Cisza pod powierzchnią - Magdalena Góralska

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział II

Dublin to miasto nieoczywistej urody. Nie od razu można je pokochać czy choćby zaakceptować. Za to po kilku latach życia wśród zgiełku tych ulic i zapachu kawy na każdym niemal rogu, ciężko jest sobie wyobrazić życie gdziekolwiek indziej. Choć deszcz pada tu przez dwieście osiemdziesiąt dni w roku, to jednak ludzie są zawsze uśmiechnięci i niezwykle życzliwi. Tu poranki zaczynają się od stukotu butów na wilgotnym chodniku i dźwięku rowerowego dzwonka. Ludzie wręcz lgną do kawiarni - kawa to niewątpliwie ich napój bogów, bez którego niemożliwe jest wejście w tryb nowego dnia.

Alicja często siadała w jednej małej kafejce, tuż przy Grand Canal. Zawsze ten sam stolik, zawsze twarzą do okna. Lubiła obserwować ludzi: kobietę z rudym psem, który nie znosił przejść dla pieszych; mężczyznę w zielonej kurtce, zawsze z gazetą pod pachą; parę studentów, którzy nigdy nie rozmawiali, tylko pisali do siebie na kartkach.

Wśród tych niepozornych scen znajdowała ciszę. A może raczej uczyła się jej od nowa. W Dublinie nikt nie wypytywał, nie zaglądał w oczy. Można tu było całkowicie się zatracić lub odnaleźć.

Pewnego dnia, kiedy mgła schodziła nisko, niemal ocierając się o dachy kamienic, Alicja postanowiła zboczyć z utartej jak dotąd trasy. Skręciła w nieznaną uliczkę, choć wydawało jej się, że poznała już to miasto jak własną kieszeń.

Znalazła tam coś, pomiędzy kostką brukową a niebem, co później nazwała "oddechem spokoju".

W zaułku stała ławka. Obok niej rósł kasztanowiec - samotny, nieco pochylony, jakby próbował dosięgnąć kogoś, kto dawno odszedł. Alicja usiadła i poczuła wszechobecny tu spokój. Po raz pierwszy od dawna zrozumiała, że nic nie musi. Świat nie wymaga wyjaśnień, planów ani odpowiedzi. Nie musi się ciągle ukrywać i obawiać. Nabrała powietrza w płuca, wypełniła je nadzieją i odetchnęła z ulgą. Jakby ogromne brzemię, które nosiła na barkach przez lata właśnie z niej spadło i roztrzaskało się o brukowany, irlandzki chodnik. W głowie przemykały jej różne obrazy, swoiste flashback'i z przeszłości. Ale po raz pierwszy była w stanie je ujarzmić, nie spychały ją w otchłań. Mogła je posegregować i powkładać do odpowiednich szuflad bez tracenia przy tym rozumu.

- Chyba już czas - powiedziała do siebie. - Czas wrócić i rozprawić się z tym, co odebrało mi życie.

***

Alicja wróciła do Dębowego Jaru po kilkuletniej emigracji w Irlandii, na prośbę dawnego mentora - dyrektora ośrodka Od-nowa, który niegdyś odegrał znaczącą rolę w jej życiu. Była tu kiedyś wychowanką, potem praktykantką w czasie studiów psychologicznych. Teraz - po latach - wracała jako specjalistka, choć sama nie była pewna, czy można się tak nazwać, gdy bagaż własnych doświadczeń ważył więcej niż niejeden dyplom. Od-nowa nie była zwykłą placówką. Nie przypominała ani zamkniętego zakładu wychowawczego, ani klasycznego internatu. Z zewnątrz wyglądała niepozornie - stare budynki wtopione w krajobraz, pachnące żywicą, pokrzywione ścieżki z opadłych liści, a jednak to miejsce miało jakąś siłę przyciągania. Coś w tej przestrzeni mówiło: jesteś tutaj, bo masz jeszcze szansę. Trafiały tu dzieci określane mianem "nieprzystosowanych" - według społeczeństwa. Dzieci w nastoletnim wieku, od trzynastu do osiemnastu lat, które albo sprawiały problemy wychowawcze, albo po prostu przestały mówić, zamknęły się w milczeniu; jeszcze inne - uciekały lub okaleczały się. Wszystkie zbyt wyraziste dla świata, który lubił zamykać w ramki.

W każdym z nich była jakaś zadra, dżazga, która utkwiła tak głęboko, że już niemalże zrosła się z mięśniami. Była też pustka, krążąca po synapsach i neuronach jak toksyna. Brak nadziei, brak celu. Jakby ktoś wyciął z nich przyszłość, zanim jeszcze zdążyli jej doświadczyć. U niektórych wyglądało to jak bunt, u innych jak apatia, ale Alicja wiedziała, że to różne formy tego samego bólu.

Wysłano ich tu z różnych stron: z rodzin rozbitych jak szkło, z domów dziecka, z interwencji kryzysowych, często po próbach samobójczych. Mieli uczyć się tutaj nie tylko egzystować, ale naprawdę żyć, ujarzmić traumy i demony.

Alicja miała być jedną z tych, którzy pomogą im odnaleźć drogę. Nie terapeutką za biurkiem. Raczej kimś, kto szedł obok - czasem w milczeniu, czasem podając dłoń, czasem pokazując lustro. I choć sama nosiła w sobie wiele niewypowiedzianych zdań, to według dyrektora, właśnie to czyniło ją najlepszą kandydatką. Bo tylko ktoś, kto zna ból od środka, potrafi rozpoznać go w oczach innych.

Kiedy wróciła, jesień była już w zaawansowanej fazie umierania. Liście przypominały martwe wspomnienia, szeleszczące pod butami jak niechciane myśli. Ośrodek nic się nie zmienił, stał pośrodku leśnej polany z tym samym niepokojącym milczeniem w oknach. Jakby sam budynek bał się tego, co w nim siedzi. Te wszystkie krzyki poupychane w plecakach, zastygłe jak guma do żucia łzy, poprzyklejane pod ławkami... Tkwiły w ścianach, w zardzewiałych zawiasach drzwi skrzypiących ze starości, jakby ze smutkiem. Echem odbijały się po kątach niewypowiedziane słowa, przemilczane traumy, spojrzenia wbite w podłogę, tak ciężkie, że zostawiały ślady. Nawet powietrze było tu gęstsze, jakby przesiąknięte historiami, których nikt nie miał odwagi opowiedzieć do końca. Pachniało kurzem dramatów - takim, który nie osiadał na meblach, ale na duszach, odkładał się warstwami lat.

Alicja poczuła znajome ściśnięcie w żołądku, jak wtedy, gdy miała trzynaście lat i po raz pierwszy stanęła przed tymi drzwiami z plecakiem wypchanym ubraniami i parą starych trampek. Wtedy wydawało jej się, że to tylko przystanek. Dziś wiedziała, że to był początek wszystkiego.

Szła wolno korytarzem, który wyglądał dokładnie tak samo jak przed laty - wyblakłe zdjęcia na tablicy korkowej, podarta linia na podłodze wyznaczająca strefę "ciszy", krzesła, z których jedno zawsze skrzypiało złowrogo, jakby ostrzegało, że ktoś za długo siedzi w jednym miejscu. Pamiętała to wszystko z niemal bolesną precyzją - zapach pasty do podłogi zmieszany z zapachem kakao, które serwowano w papierowych kubkach w stołówce, krzyki dobiegające czasami z sal, które często były oznaką wyzwolenia - momentem, w którym ktoś odważył się przerwać ciszę i wypłynąć na powierzchnię.

Zatrzymała się przy jednym z okien. Szyba była porysowana, może od paznokci, może od czasu. Na zewnątrz świat był złoto-rudy i niezwykle spokojny, jakby natura układała się do snu.

"Jakby te drzewa też wiedziały, że wróciłam..." - pomyślała.

Alicja położyła dłoń na chłodnym parapecie. Oparła się na nim lekko, jakby chciała złapać równowagę. Wiedziała, że nie przyszła tu tylko pracować. Przyszła, by zmierzyć się z własnymi duchami. Tym razem nie mogła ich już przemilczeć ani przegadać. Musiała spojrzeć im w oczy.

***

Alicja weszła do sali kilka minut wcześniej niż uczestnicy. Z podróżnym kubkiem gorącej tym razem kawy, którą trzymała oburącz, jakby łapała z niej nie tylko ciepło ale i odwagę. Usiadła w kręgu ławek i położyła przed sobą cienką teczkę. W środku znajdowały się kartki zapisane przez młodzież na ostatnim spotkaniu. Pojedyncze słowa - czasami ledwo czytelne, zapisane nerwowo jakby ktoś chciał się ich jak najszybciej pozbyć.

Kiedy wszyscy już przyszli i zajęli miejsca, Alicja uśmiechnęła się do nich przyjaźnie.

- Dziękuję, że znów tu jesteście. Dziś nie będzie niczego trudnego, obiecuję. Po prostu wrócimy do tego, co zostawiliście mi tydzień temu. Nie chcę, żebyście przyznali, do kogo należy które słowo, ale abyśmy je wspólnie spróbowali zinterpretować, dobrze?

Na twarzach grupy malowała się niepewność ale również zaciekawienie.

Wyjęła pierwszą kartkę.

- "Niewidzialny" - przeczytała, nie patrząc jeszcze na grupę. - Ktoś z was poczuł się kiedyś niewidzialny? Albo może chciał się taki stać?

Sandra, ubrana w szarą bluzę uniosła głowę.

- Jak krzyczysz, ale nikt nie reaguje. Albo jak w domu jesteś tylko meblem, takim niepotrzebnym, o który się tylko wszyscy potykają, którego się wstydzą. Tylko przeszkadzasz - wtedy fajnie byłoby stać się niewidzialną.

- To też przeraża... - powiedział bardzo cicho Szymon.

- Co przeraża? - zapytała Alicja wiedząc, że za wszelką cenę musi podtrzymać tę rozmowę.

- To, że czujesz się niewidzialny dla innych, jakbyś w ogóle nie istniał, jakby cię tu nie było. Ale jesteś, każdego dnia, choć może nawet nie chcesz. Wstajesz każdego ranka i widzisz swoje odbicie w lustrze, tę samą, brzydką gębę i beznadziejną fryzurę. Ale nikt poza tobą ciebie nie dostrzega. A kiedy trwa to już tak długo, wtedy sam siebie przestajesz widzieć. I czuć...

Zapadła cisza, gęsta tak bardzo, że prawie namacalna. Alicja poczuła ścisk w gardle. Nagle wstąpiły w nią jakieś znajome emocje, poczuła jakby przeniosła się w czasie tylko jeszcze nie wiedziała gdzie dokładnie.

- To trudne uczucie. - odparła po czasie. - Ale skoro je znacie, to znaczy, że jesteście świadomi. A to już coś. Najgorzej chyba jest znaleźć się w takim stanie, kiedy kompletnie nie potrafimy określić tego, co czujemy. Jesteśmy wtedy bardzo zdezorientowani. Emocje i uczucia trzeba umieć nazywać i co najważniejsze - mówić o nich głośno, choćby do samego siebie, nie bać się ich. Pamiętajcie, że nie ma złych i dobrych emocji. One wszystkie są nam potrzebne.

Wzięła kolejną kartkę.

- "Złość" - przeczytała. - Dużymi literami, na czerwono.

- Czasami złość to jedyna rzecz, która działa. Jak nie jesteś wkurzony to jesteś frajerem - prychnął jeden z bliźniaków.

- A co jest pod tą złością? - zapytała Alicja.

Chłopak wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Nie ma tam nic.

- Może kiedyś było. A złość to skorupa, która miała to coś chronić?

Ponownie zapanowało milczenie. Alicja sięgnęła po kolejną kartkę.

- "Nie chcę tu być" - odczytała. - To też się pojawiło.

Kilka głów drgnęło. Nikt nie przyznał się głośno, ale widać było, że to zdanie krążyło po sali jak echo.

- Rozumiem. Naprawdę rozumiem. Czasem jako dorosła czuję, że nie chcę być tam, gdzie jestem. Ale to, że coś zapisaliście... to, że w ogóle przyszliście... to znaczy, że może gdzieś wewnątrz was jest coś, co chce przemówić. Może tylko jeszcze o tym nie wiecie.

Wyciągnęła ostatnią kartkę, była pusta, nie widniało na niej żadne słowo, kompletnie nic.

Spojrzała na nich uważnie.

- Dziś nie oczekuję odpowiedzi. Chciałam tylko, żebyście wiedzieli: słowa, które zapisaliście, zostały przeczytane. Usłyszane. A teraz możecie dać im głos, jeśli chcecie.

Zdawało się, że niektóre spojrzenia łagodniały, nie były już tak nieprzyjaźnie przenikliwe jak za pierwszym razem.

W ciszy dało się słyszeć lekkie trzeszczenie parkietu, szelest ubrań, mimowolne westchnienia. Nikt nie podjął wzroku. Kilka głów uniosło się nieco wyżej, ramiona nie były już tak sztywno zaciśnięte.

Alicja nie mówiła nic więcej. Nie nalegała. To, co miało wybrzmieć, już padło - i to, że pozostało bez odpowiedzi, nie znaczyło, że zostało zignorowane.

Patrzyła na nich uważnie. Nie jak nauczycielka, nie jak psycholog. Patrzyła jak ktoś, kto sam wie, jak wygląda cisza, kiedy nikt nie słucha. I jak wygląda ta druga - kiedy ktoś milczy, bo po raz pierwszy ktoś inny naprawdę usłyszał.

Alicja zsunęła dłonie na kolana i powoli wstała.

- To wszystko na dziś - powiedziała cicho. - Dziękuję, że zostaliście.

Nie oczekiwała reakcji, ale kiedy odwróciła się, kątem oka zobaczyła jak Szymon spojrzał na nią ukradkiem nieco inaczej. Z zaciekawieniem.

To wystarczyło.

Zgasiła światło, wychodząc jako ostatnia.

Za drzwiami korytarz nadal wydawał się być nieprzyjazny, zimny, odpychający. I tylko unoszący się w powietrzu zapach słodkiego kakao, ocieplał nieco wizerunek tego miejsca.

Kiedy zamknęła za sobą salę spotkań, przez ułamek sekundy poczuła, że ten mrok nie jest już tylko cieniem, że coś się w nim przesunęło. Jeszce daleko do zaufania, do rozmów, do rozbrajania min zakopanych głęboko pod skórą. Ale pierwszy milimetr pęknięcia już się pojawił. A to więcej, niż mogłaby się teraz spodziewać.