City 1. Antologia polskich opowiadań grozy - Praca zbiorowa

Kup ebooka

29.93 zł
23.94 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Copyright? Michał Cetnarowski, 2009, 2018 (ZARAŻENISTRACHEM)

Copyright? Robert Cichowlas, 2009, 2018 (SPOTKANIEPO LATACH)

Copyright? Michał Galczak, 2009, 2018 (NASZAZIMA ZŁA)

Copyright? Dawid Kain, 2009, 2018 (EPILEPSJAJEST TAŃCEM)

Copyright? Jerzy A. Kozłowski, 2009, 2018 (SIMULACRA)

Copyright? Kazimierz Kyrcz Jr, 2009, 2018 (CASTINGNA KATA,GŁOWADO KOCHANIA)

Copyright? Krzysztof Maciejewski, 2009, 2018 (DUCHW SKRZYNCE)

Copyright? Jakub Małecki, 2009, 2018 (PŁUCAW PŁOMIENIACH)

Copyright? Dariusz Muszer, 2009, 2018 (CZŁOWIEKZ KOWADŁEM)

Copyright? Bartłomiej Paszylk, 2009, 2018 (posłowie)

Copyright? Daniel Podolak, 2009, 2018 (MIEJSCE)

Copyright? Paweł Przywara, 2009, 2018 (RA)

Copyright? Łukasz Radecki, 2009, 2018 (PUSTKI)

Copyright? Piotr Roemer, 2009, 2018 (PAUZAGENERALNA)

Copyright? Bartosz Ryszowski, 2009, 2018 (KINO"WISŁA")

Copyright? Adrianna Ewa Stawska, 2009, 2018 (ROMEK26)

Copyright? Emil Strzeszewski, 2009, 2018 (TRZYŻYCZENIA)

Copyright? Anna Szczęsna, 2009, 2018 (STACJANA ZAWSZE)

Copyright? Łukasz Śmigiel, 2009, 2018 (GŁOWADO KOCHANIA)

Copyright? Arkadiusz Trzetrzelewski, 2009, 2018 (KONAJĄCEPERYFERIE)

Copyright? Aleksandra Zielińska, 2009, 2018 (ZAMKNIJWSZYSTKIE DRZWI)

Copyright? Dariusz Zientalak Jr, 2009, 2018 (KLESZCZEROZPACZY)

Copyright? Paweł Ziętek, 2009, 2018 (NAJWIĘCEJWITAMINY MAJĄ POLSKIE DZIEWCZYNY)

Copyright? Wydawnictwo FORMA, 2009, 2018

 

obrazna okładce i grafiki w książce: Jarosław Eysymont

(GaleriaPiastów 75, 70-326 Szczecin, al. Piastów 75, tel. 91 48 93 607)

 

redakcja:Bartłomiej Paszylk

 

projektgraficzny serii, projekt okładki, skład, łamanie: Paweł Nowakowski

 

korekta:Agata Borowicka, Jacek Gałkowski, Anna Nowakowska

 

konwersjae-booka: Paweł Majowski ([email protected])

 

 

ISBN978-83-60881-31-6 (wydanie pierwsze, papier)

ISBN978-83-65778-91-8 (wydanie drugie, e-book)

 

 

WYDAWNICTWOFORMA

71-219Szczecin-Bezrzecze, ul. Nowowiejska 63

www.wforma.eu,e-mail: [email protected]

KazimierzKyrcz Jr / Łukasz ŚmigielGŁOWADO KOCHANIA

"I'vebeen looking so long at these pictures of you,

thatI almost believe that they're real.

I'vebeen living so long with my pictures of you

thatI almost believe that the pictures are all I can feel"...

theCure, 1989

Maciekzakochał się w twarzy ze ściany.

Któregośranka, w drodze do sklepu, wybrał inną niż zwykle trasę i, zamiast naskróty przejść przez bramę, poszedł chodnikiem prosto. Nie był toświadomy wybór, po prostu nogi same go tak poniosły. Rozmyślał oniebieskich migdałach, gdy nagle jego uwagę przyciągnęła dużakolorowa plama na ścianie mijanego bloku. Zaciekawiony spojrzał wtamtym kierunku i aż przystanął z wrażenia. Pomiędzy wejściem naklatkę schodową a oknem mieszkania na parterze ktoś namalował ogromnątwarz młodej kobiety. Jej szafirowe oczy wpatrywały się w Maćka zintensywnością, której nigdy dotąd nie zaznał. Poczuł w brzuchuciepło, kolana ugięły się pod nim. A że zawsze miał słabość dowyzywająco umalowanych kobiet...

Zakochałsię w niej na śmierć i życie.

Abycelebrować swe uczucie, wziął roczny urlop naukowy na uczelni(dziękując Bogu za to, że ma taką możliwość) i od rana do wieczoraokupował pobliską ławkę, wpatrując się w oblicze ukochanej. Patrzyłna nią, a raczej pożerał wzrokiem, pilnując, by żaden z osiedlowychchuliganów nie zamalował Jej oblicza, by żaden kundel nie zbezcześciłelewacji, ozdobionej Jej wizerunkiem.

Pewnegodnia na przełomie lipca i sierpnia do Maćkowej ukochanej podszedłjakiś mięśniak, sięgnął do przewieszonej przez ramię torby zmateriału i wyjął puszkę spreju. W tej samej chwili Maciek zerwał sięna równe nogi i, bijąc swój życiowy rekord w biegu na dziesięćmetrów, dopadł grafficiarza.

- Nie!- wrzasnął przeraźliwie, jednocześnie łapiąc wandala za łokieć.

Chłopak,mniej więcej o głowę wyższy od Maćka, wyglądał na kompletniezaskoczonego, ale nie zamierzał rezygnować ze swego barbarzyńskiegozamiaru.

- Odpierdolsię, palancie! - warknął, wyrywając rękę.

- Błagam,nie rób tego! - zaskomlał Maciek. - Zapłacę... -dodał pospiesznie, widząc, że sama prośba nie wystarczy.

Grafficiarzzmarszczył brwi, zastanawiając się nad propozycją.

Wreszciespytał, bawiąc się w echo:

- Zapłacisz?

+ + +

Tamtegodnia mięśniak dostał na dwa piwa. Później przyłaził do Maćka co kilkadni, za każdym razem kasując piątaka. Z czasem te wizyty przestałymieć jednak jedynie ekonomiczny charakter. Krótko mówiąc: Maciek imięśniak, który, jak się okazało, miał całkiem zwyczajnie na imięPaweł, zaprzyjaźnili się. Co ich połączyło? Trudno stwierdzić z całąpewnością. Może melancholijne usposobienie? A może coś zupełnieinnego?

Byłaprawie połowa września.

- Patrz- powiedział Paweł, wskazując rosnące przy sąsiednim blokudrzewo. - Kasztany dojrzały, ale nie chcą spaść, a kwiaty znówzakwitły. Piękno będące wynikiem choroby... - lekko pokiwałgłową, jakby przyznając rację komuś niewidzialnemu.

Macieknie odpowiedział. W jego przypadku było odwrotnie. To właśnie piękno,z którym się zetknął, sprawiło, że czuł się coraz bardziej chory.

Późnymwieczorem wrócił do mieszkania, pozbawiony sił niczym po randce zwampirem. Nie chciało mu się nawet jeść. Wyjął z lodówki red bulla,klapnął na kanapę z puszką w dłoni i rozpoczął rozmowę. Właściwie nierozmowę a monolog - podniósł słuchawkę telefonu i co najmniejgodzinę, wpatrując się w zdjęcie swej ukochanej, opowiadał o miłości,jaką Ją darzy, o tęsknocie, która doprowadza go do szaleństwa, opustce kolejnych nocy, spędzanych z dala od Niej.

+ + +

Opatulonypuchową kurtką Maciek dreptał koło ławki, zastanawiając się, kiedy wkońcu nabawi się zapalenia płuc. To, że do tej pory udało mu sięuniknąć przeziębienia, zakrawało na cud... Przetarł chusteczkązaparowane okulary, a kiedy znów je założył, dostrzegł zwalistąpostać wyłaniającą się z szybko gęstniejącego mroku. Paweł.

- Widzę,że nie marnujesz czasu - zagaił grafficiarz. - A czas topieniądz. Jaki z tego wniosek? Wydeptywanie ścieżek na trawniku musibyć intratnym zajęciem.

- Jeślichodzi ci o kasę, to sorki, ale nie mam. - Maciek schylił się,zagarnął trochę śniegu, po czym kilkoma sprawnymi ruchami uformował zniego kulę. Rzucił śnieżką w kierunku tablicy z napisem: "Szanujzieleń". Chybił.

- Nieprzeszło ci jeszcze? - Paweł ze smutkiem przypatrywał siękumplowi, szukając w spojrzeniu Maćka czegoś, co świadczyłoby o tym,że jego obsesja odchodzi w przeszłość.

- Tonie ospa ani różyczka, żeby miało mi przejść.

Pawełotworzył już usta, by mu odpowiedzieć, gdy nagle obaj znieruchomieli,bo ławkę oświetliły światła nadjeżdżającego samochodu. Z ciemnościwynurzył się czarny jak smoła stary model bmw z szerokimi, zimowymioponami. Silnik chwilę jeszcze powarczał i wóz zatrzymał się tuż przypogiętym kontenerze na śmieci. Z auta wysiadło dwóch mężczyzn. Obajubrani byli w ciemne wełniane płaszcze. Kierowca otworzył bagażnik izaczął ustawiać na chodniku wyjęte z niego pakunki. Pasażer wybrałspośród nich skórzaną walizeczkę i, machając nią od niechcenia,ruszył wprost ku ścianie, na której widniał wizerunek ukochanejMaćka.

Pawełklepnął kumpla w ramię i obaj pobiegli za jegomościem z walizeczką.Zanim go dogonili, mężczyzna zdążył już wyjąć z walizki pędzel ipuszkę farby. Maciek zacisnął ze złości zęby. Kimkolwiek byłnieznajomy, najwyraźniej miał zamiar zrobić coś z twarzą pięknejdziewczyny. Nie może mu na to pozwolić! Poczuł wzbierającą falęwściekłości, ale to Paweł pierwszy się odezwał.

- Hej,ty tam! - krzyknął. - Co robisz, do cholery?!

Mężczyzna,zanurzając pędzel w puszce, odwrócił się w ich stronę. Był wysoki idobrze zbudowany, jego głowa w świetle pobliskiej latarni błyszczałałysiną, przez co mogło się wydawać, że jest starszy niż wrzeczywistości. Wąskie usta wyrażały niechęć.

- Właśnie,niech pan ją zostawi! - zawtórował kumplowi Maciek.

Nieznajomywzruszył ramionami i bez słowa dotknął pędzlem ściany. Z gardła Maćkawydobył się okrzyk przerażenia. Wreszcie znaleźli się tuż przyintruzie i Paweł złapał go za rękę, w której trzymał pędzel.Mężczyzna zmierzył go pogardliwym spojrzeniem, zupełnie tak, jakbydrogę zastąpił mu domagający się uwagi karaluch.

- Łapyprecz - warknął. - Czego chcecie?! Nie dam wam żadnychpieniędzy! Wynoście się albo mój szofer poprzetrąca wam gnaty! -mówiąc to, cofnął się o pół kroku.

- Srałpies na twoje pieniądze! - wysyczał wyzywająco Maciek. -Zostaw ją w spokoju!

Naglemiędzy nich wkroczył szofer. Dłonie w czarnych, skórzanychrękawiczkach zaciskał w pięści. Mężczyzna z farbami powstrzymał gojednak uspokajającym gestem.

- Akto powiedział, że chcę jej zrobić coś złego? - zapytał zwyraźnym zdziwieniem w głosie. - To ja ją namalowałem iprzynajmniej na razie wciąż mi się podoba. Jednak wilgoćniespecjalnie jej służy i miałem zamiar poprawić kilka szczegółów.Zasługuje na to, by zachować doskonałość. - Mówiąc to,przeniósł wzrok na swoje dzieło.

Pawełz Maćkiem zaniemówili z wrażenia. Wciąż stojący w pobliżu kierowca,jakby przewidując dalszy bieg wypadków, wyraźnie się rozluźnił isięgnął do kieszeni po paczkę marlboro.

- Znajomimówią mi Mino - przerwał milczenie malarz, podając im kolejnorękę. - Ta głowa... Jest mi szczególnie bliska. Namalowałem jąna prośbę córki. Nie sądziłem, że wzbudzi tyle emocji. To jednaktylko część większego projektu.

- Jestpan zawodowym artystą? - zapytał głupio Paweł, na co Maciekzgromił go spojrzeniem.

- Chciałbym,aby za takiego mnie uważano - odparł mężczyzna. - Ale wtym kraju trudno być artystą, jeśli nie mieszka się w Krakowie czy wstolicy! - roześmiał się drwiąco.

Maciekwreszcie nie wytrzymał i zadał pytanie, które cisnęło mu się na ustaod początku rozmowy:

- Znają pan?

Minozmarszczył czoło. Spadające płatki śniegu topiły się na jego łysiniei wolno spływały na policzki.

- Chodziwam o modelkę?

Popatrzyłuważnie na Maćka, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziejczerwony na twarzy. - No cóż, oczywiście tutaj malowałem zpamięci, ale owszem, znam ją. Jest moim najważniejszym modelem.

+ + +

Następnegodnia o szesnastej Paweł i Maciek czekali w umówionym miejscu. Minooznajmił, że wprawdzie niewiele o sobie wiedzą - ale, copodkreślił, dostrzega ich wrażliwość na piękno - dlatego niedość, że zgadza się przedstawić ich modelce, to jeszcze pokaże improjekt, nad którym pracuje. Jedynym jego warunkiem była ich zgoda,by mu pozować. Zaznaczył przy tym żartobliwie, że ostatecznym doboremmodeli zajmuje się jego córka.

Oczywiścieprzystali na te warunki - Paweł głównie ze względu na Maćka.Nie chciał go zostawiać samego w tej niezwykłej sytuacji. Zresztą,nigdy nie uważał się za szczególnie przystojnego, więcprawdopodobieństwo zatwierdzenia jego kandydatury przez córkę Mina itak wydawało mu się niewielkie.

Kiedyczekali, Maciek chodził w tę i z powrotem, mamrocząc pod nosem imięmodelki, które łaskawie wyjawił im Mino: Izabela. Co chwilaprzecierał szkła okularów, co zaczynało już Pawłowi działać na nerwy.Na szczęście zaraz po tym, jak setny raz kopnął kupkę brudnegośniegu, zza rogu wyjechało znajome czarne bmw.

Podrodze Paweł z Maćkiem niewiele ze sobą rozmawiali, a ukryty zaprzyciemnioną szybą kierowca nie odezwał się do nich ani słowem.Przebijali się przez zakorkowane ulice, aż w końcu wydostali się zgąszczu szarych blokowisk na peryferie miasta. Pobocze szosy zdobiłyokryte śniegiem brzozy i odarte z liści lipy. Niekiedy bmwpodskakiwało na jakiejś dziurze. Stopniowo w okolicy pojawiało sięcoraz więcej jednorodzinnych domków, aż wreszcie, gdzieś po lewej,zauważyli oświetlony stylowymi latarniami zjazd do rezydencji Mina.Dom otaczały wysokie topole i kute, stalowe ogrodzenie ze słupkami zczerwonej cegły. Paweł obliczał w myślach koszt takiej inwestycji.Szybko doszedł do wniosku, że suma potrzebna do jej realizacji gruboprzekracza możliwości zwykłego śmiertelnika.

Potym jak wysiedli z wozu szofer poprowadził ich wybrukowaną drobnąkostką aleją. Mijali kolejne zabudowania. Jednym z nich okazał siękryty basen. Wewnątrz pracowało kilku ludzi, wytrwale malujących nasuficie błękitne niebo.

Wdwupiętrowym budynku, do którego zmierzali, paliły się prawiewszystkie światła. Zaraz od progu przywitał ich majordomus,odbierając kurtki. Po chwili pojawił się też Mino, ubrany w sweter wkratę i szare flanelowe spodnie.

- Witam- powiedział pogodnie. - Nie chciałem was uprzedzać, żemieszkam w takim luksusie, bo wzięlibyście mnie za znudzonegobogacza, który bawi się w sztukę, a wcale tak nie jest. Zapraszam dobiblioteki. Była niegdyś ulubionym pokojem mojej żony. Od kiedyzmarła, zabroniłem w niej cokolwiek zmieniać. Chcę, aby nadal mi jąprzypominała.

Pawełspojrzał na Maćka, który patrzył osłupiały na kolekcję luster,wazonów i gustownych mebli. Nie spodziewali się, że ktoś, kto malujeludzkie twarze na ścianach zwykłych bloków, może być aż tak majętny.

- Przykronam z powodu pana żony - bąknął pod nosem Maciek. Zamiastodpowiedzi Mino splótł tylko dłonie jak do modlitwy. Dopiero wtedyzauważyli, że rękawy swetra ma poplamione farbą.

Mężczyznawprowadził ich do przestronnego pomieszczenia, którego ściany ztrzech stron zastawione były sięgającymi do sufitu regałami pełnymiksiążek. W kominku, za żaroodporną szybą, cicho strzelało drewno.Bibliotekę oświetlały jedynie płomienie paleniska i kilka ustawionychw lichtarzach świec. Przy stole, ustawionym na środku pokoju,siedziała czarnowłosa dziewczynka, zaciskając rączki na wypełnionejgęstym czerwonym płynem szklance. Z ust wystawała jej plastikowarurka.

- Poznajciemoją córkę - powiedział Mino, przymykając drzwi. -Panowie, to moja kochana Klara. Klaro, proszę, przywitaj się ładnie.

Dziewczynkapodniosła na nich wzrok. Maciek i Paweł zatrzymali się raptownie,czując, jak coś ściska ich za gardła. Oczy Klary były puste niczymramy pozbawione obrazu.

Minopodszedł do dziewczynki, podał jej rękę i dopiero wtedy wstała odstołu.

- Przepraszamza to upiorne oświetlenie - powiedział. - Moja Klaraniemal od urodzenia jest niewidoma i bardzo wrażliwa na światło,prawda, kochanie?

Schyliłsię i ucałował ją w czoło.

- Tatusiu!Przestań! - powiedziała dziewczynka z rozbawieniem. Kąciki ustmiała ubrudzone czymś, co przypominało sok pomidorowy. Mino zauważyłto i troskliwie wytarł jej buzię zabraną ze stołu serwetką.

- Taklepiej - powiedział. - Podejdźcie bliżej - zwróciłsię do gości. - Naleję nam wina, a Klara tymczasem, hmm...przyjrzy się wam.

Maciekzdjął okulary. Dłonie dziewczynki powędrowały ku jego twarzy. Byłybardzo delikatne i zimne. Drobne paluszki łaskotały go w nos,przesuwając się coraz niżej. Ocierając się o policzki, uważnie badałydołek w jego brodzie i niewielką bliznę pod lewym okiem. Maciekwstrzymywał oddech. Przed chwilą Klara bezceremonialnie oświadczyła,że Paweł się nadaje. Maciek miał nadzieję, że córka malarzazaakceptuje także jego kandydaturę. Cała ta sytuacja wydawała sięabsurdalna, ale kiedy tylko zamykał oczy, w jego wyobraźninatychmiast pojawiała się twarz Izabeli. Zrobiłby wszystko, aby jąpoznać. Ostatecznie, wypicie lampki wina u nieco zdziwaczałego,bogatego wdowca i znajomość z niewidomą Klarą nie były za to zbytwysoką ceną. A serce biło mu coraz szybciej.

Dziewczynkaskończyła oględziny, więc mógł otworzyć oczy. Paweł ze zmarszczonymczołem stał obok i od niechcenia sączył swoją porcję trunku.

- Tak!- wykrzyknęła Klara. - Tato! Proszę, proszę, weź także itego pana!

Minow zadumie stał przed barkiem. Po chwili wahania nalał sobie likieru.

- Nocóż - odparł wreszcie. - Skoro tak chcesz, mój skarbie...

+ + +

Dziewczynkęzostawili w bibliotece i teraz wspinali się schodami prowadzącymi nastrych, gdzie malarz miał pracownię. Paweł szedł obok Maćka i,zerkając na jego profil, zastanawiał się, jak jego przyjaciel w ogólewyobrażał sobie ciąg dalszy tej historii. Podobno Izabela była już wpracowni. Wkrótce ją poznają - i co dalej? Maciek poprosi ją otelefon? Rozbawi jakimś żartem? Z doświadczenia wiedział, że takiekobiety (jeśli faktycznie wyglądała tak, jak na portrecie Mina)raczej nie miewają kłopotów ze znalezieniem adoratorów.

Wreszciestanęli przed ciężkimi, rzeźbionymi drzwiami. Mino pchnął je mocno,mamrocząc, że najwyższa pora naoliwić zawiasy. W pomieszczeniurozbłysły światła. Prawie całą przestrzeń wypełniały obrazy, kawałkipłótna, rulony papieru, blejtramy i sztalugi. Pracownię przedzielonozawieszonym na sznurze białym prześcieradłem. Mino kopnął leżącą przydrzwiach tubkę z farbą i wskazał na prowizoryczne przepierzenie.

- Proszę,śmiało, przejdźcie do drugiej części pracowni, a ja poszukam jeszczekilku potrzebnych narzędzi. Teraz macie chwilę na poznanie Izabeli.Projekt także jest po drugiej stronie, bo nie chcę, by ktośprzypadkowy zobaczył go przed ukończeniem.

Ruszyliprzed siebie, mijając kolejno zaciągnięte kotarami okna.

Znadmiaru wrażeń Maćka zaczęło ściskać w żołądku. Przydałoby siętrochę więcej wina...

Pomieszczenieprzesiąknięte było jakimś dziwnym zapachem. Nie chodziło tylko ofarby i rozpuszczalniki, ale także o coś... odpychającego. Pawełwyprzedził kumpla o kilka kroków i pierwszy przekroczył białąbarierę. Prześcieradło zafalowało.

Wchwili, gdy Maciek dotknął materiału, gdzieś przed nim rozległ sięłomot. Prędko przeszedł na drugą stronę, a kiedy prześcieradłoprzestało zasłaniać mu widok, stanął jak wryty. Ucisk w żołądkuwyraźnie się nasilił, ale to co zobaczył nie pozwalało mu skupić sięna takim drobiazgu.

Tużprzed nim na podłodze leżało nienaturalnie wygięte ciało Pawła.Wyglądało na to, że chłopak żyje, bo jego lewa dłoń zaciskała się iotwierała, zupełnie jakby próbował coś pochwycić. Czymś, copowstrzymało Maćka przed ratowaniem przyjaciela, były twarze.Kilkanaście zawieszonych na chybotliwej metalowej konstrukcjiludzkich głów - szkliste, szeroko otwarte oczy, niedomknięteusta i wystające z nich fioletowe języki. Maciek chciał krzyknąć, alesilny skurcz żołądka powalił go na kolana. Krztusząc się, z trudemłapał stęchłe powietrze i wtedy zobaczył Izabelę. Jej cudowna twarzznajdowała się w centrum instalacji, otoczona resztą głów. Blondwłosy opadały w nieładzie na policzki i na przechodzący przez uszycieniutki drut. Maciek zacharczał, a ostatnią myślą, jaka przebiłasię przez gęstniejącą mgłę, było to, że Izabela uśmiecha się doniego.

Obrazpowoli odpływał mu sprzed oczu i wtedy Maciek zobaczył pochylającegosię nad nim Mino. Malarz w prawej ręce trzymał siekierę. Przecierałjej ostrze białą szmatką.

- Kiedyumarła moja żona, Klara przyszła do mnie i poskarżyła się, że nigdyjuż nie będzie mogła pogłaskać mamusi po twarzy - powiedziałdobitnie i trącił Maćka nogą. Ten nic nie poczuł.

- Mówiła,że boi się, że ją zapomni - ciągnął Mino. - Prosiła mnie,żebym zrobił coś, aby tak się nie stało. Klara tak lubi dotykaćtwarzy... Nie mogłem dać jej po prostu zdjęcia czy portretu matki. -Mówiąc to, chwycił bezwładne ciało Pawła i przeciągnął je dostojącego nieopodal pieńka. - Kocham moją żonę, a teraz nazawsze pozostanie w naszej pamięci. Zawsze będziemy razem. I wy też,moi mili, będziecie mieli okazję poznać ją bliżej - uśmiechnąłsię ciepło. - Izabela przez całe życie pragnęła, by otaczały jąosoby wrażliwe na piękno. Rozumiecie chyba, że staram się jak mogę,aby zapewnić jej odpowiednie towarzystwo...

Minoułożył głowę Pawła na pieńku. Uniósł siekierę.

+ + +

Natrętnypromień słońca przedarł się przez zasłony i Anna, czując go napoliczku, zmusiła się, aby wreszcie unieść powieki. Za godzinęmusiała być w pracy. Policzyła w myślach do pięciu i z jękiem zwlokłasię z łóżka.

Kilkaminut później mieszkanie wypełnił zapach gorącej kawy, grzanek ijajecznicy. Dziewczyna zdecydowała, że tym razem jogurt zachowa nadrugie śniadanie.

Próbujączmieścić stopę w nowym i przez to jeszcze nieco przyciasnym bucie,zabawnie podskakiwała po całym pokoju na jednej nodze. Minęła okno inagle znieruchomiała. Na szarej ścianie najbliższego bloku pojawiłosię coś kolorowego. W pierwszej chwili sądziła, że to graffiti, alenawet z tej odległości można było dostrzec dbałość o detale.Zaciekawiona, wyjęła z szuflady biurka lornetkę, przez którązazwyczaj obserwowała przesiadujące na dachach gołębie, iwyregulowała ostrość. Obraz przedstawiał dwie męskie twarze. Annagwizdnęła cicho przez zęby. Jej uwagę przykuła zwłaszcza twarzbruneta w okularach - typ intelektualisty, który zawsze jąpociągał.

Niemiała pojęcia, dlaczego ktoś miałby na pierwszym lepszym blokunamalować coś tak wspaniałego. Nie zastanawiając się nad tym dłużej,postanowiła, że jeszcze przed wypiciem kawy wyjdzie na dwór iprzyjrzy się niezwykłemu obrazowi z bliska...

DariuszZientalak JrKLESZCZEROZPACZY

Agatęznałem od dwóch lat, a lancze jadaliśmy razem od roku. Ona pracowaław Bankowości Dużych Przedsiębiorstw na dwudziestym pierwszym piętrze,a ja w Departamencie Obsługi Rozliczeń na dwudziestym trzecim.Poznaliśmy się na imprezie integracyjnej i pomiędzy grupowymprzeciąganiem liny a budowaniem żywej piramidy wyszło na jaw, żejadamy w tych samych knajpach. Z tym, że o ile ja dzieliłem jedzeniena smaczne i niesmaczne, Agata stosowała podział na niezdrowe izdrowe. Czy muszę dodawać, że była aktywną fanką tego ostatniego?

Takwięc zazwyczaj ona zasiadała nad talerzem, na którym królowałyperzyca i trociny, ja zaś pochylałem się nad przysmakami, na widokktórych zatykały się arterie, i wspólnie oddawaliśmy się ulubionejrozrywce gatunku ludzkiego. Rozmowie.

Rozmawialiśmyo wszystkim. O pracy: o beznadziejnych szefach i niekompetentnychpodwładnych, o ludziach, którzy odeszli, bo nie mogli już tegowszystkiego dłużej znieść, a także o ludziach, którzy przyszli ponich i byli nie do zniesienia. O miejscach, które chcieliśmyodwiedzić i rzeczach, które chcieliśmy zrobić przed śmiercią. Oksiążkach, które zabralibyśmy na bezludną wyspę, o filmach, którychremake powinien być zabroniony pod karą więzienia i o stu najlepszychpłytach, o których nikt nie słyszał. O randkach z piekła rodem. Naweto naszym życiu intymnym, chociaż z pominięciem obscenicznych detali.I jakoś nigdy nie brakowało nam tematów.

Tegodnia jednak Agata milczała, z pochmurną miną dziobiąc sojowy kotletschabowy.

- Facet?- Zagadnąłem niezobowiązująco.

- Niechcę o tym rozmawiać.

Alenaturalnie chciała. Tyle, że nie od razu. Przez pięć minut popychałaparodię kotleta po talerzu, podczas gdy ja obserwowałem jejpoczynania. Kiedy wreszcie odłożyła widelec, omal nie westchnąłem zulgi.

- Czyze mną jest coś nie tak? - Zapytała.

- Tozależy - odparłem, ocierając sobie gęsty sos z brody.

Posłałami kuse spojrzenie.

- Zkażdym jest coś nie tak - wyjaśniłem. - Ale pomiędzynoszeniem skarpetek na lewą stronę a owijaniem sobie głowy cynfolią,żeby kosmici nie odczytali twoich myśli, istnieje całe spektrumodchyleń. Zależy, o co pytasz.

- Skarpetekna lewą stronę?

- Szwynie uwierają - wyjaśniłem.

- Tytak robisz? - Podejrzliwie przyjrzała się moim nogom.

- Naturalnie,że nie - odparłem i dla pewności wsunąłem stopy głębiej podstolik. - Ale rozmawialiśmy o tobie.

- Chodzio tego faceta. Mówiłam ci o nim.

Jasne.Marek czy Marcin, ksywka Jelonek ze Złamanym Serduszkiem. On i Agatapoznali się pół roku temu, zupełnie przypadkowo w restauracji. Agatamiała się tam spotkać z koleżanką, która w ostatniej chwilizadzwoniła, że nie może przyjechać, bo jej padł samochód, a Marcinczy Marek był na umówiony na randkę w ciemno z dziewczyną, która gowystawiła. Siedzieli tak w pojedynkę przy dwuosobowych stolikach,wymieniając zakłopotane uśmiechy. W pewnej chwili zaczęli rozmawiać itak się zaczęło. Myślę, że w dużej mierze urzekła ich romantycznośćtej sytuacji. Przeznaczenie, palec Boży i te rzeczy. Poza tym okazałosię, że Marek vel Marcin przeżył tragedię - rok wcześniejstracił żonę i dwuletnią córeczkę w wypadku samochodowym. Podobnociężko to odchorował i właśnie powoli wracał do siebie. Nie wiem czyistnieje kobieta, która potrafiłaby się oprzeć takiemu wyzwaniu.Agata nie potrafiła. Natychmiast obudziła się w niej siostramiłosierdzia, której misją było przywrócenie tego złamanego przez losmężczyznę światu.

- Wszystkoukładało się między nami znakomicie. Parę tygodni temu Michałzaproponował nawet, żebyśmy zamieszkali razem, to znaczy, żebym jawprowadziła się do niego. Aż tu nagle, dwa dni temu zadzwonił ipowiedział, że między nami koniec.

- Podałjakiś powód?

- Żadnego.Powiedział wręcz, że nie oczekuje, że zrozumiem.

- Aty, co na to?

- Odparłam,że to bardzo dobrze, bo rzeczywiście nie rozumiem. Chciałam się z nimspotkać, ale odmówił. Potem jeszcze raz powtórzył, że jest mu bardzoprzykro i się rozłączył.

- Anisłowa o tym, że chciałby żebyście mimo wszystko zostali przyjaciółmi?

Agatapokręciła głową.

- Todobry znak - zapewniłem ją. - Znaczy, że ma dla ciebieresztki szacunku.

- Aleja wciąż próbuję zrozumieć, o co tutaj chodzi. Zrobiłam coś? Niezrobiłam czegoś? Próbowałam się do niego dodzwonić, ale nie odbieratelefonu.

- Innakobieta? - Podsunąłem.

Agataz wahaniem pokręciła głową.

- Raczejnie...

- Raczejczy na pewno? Żadnej dalekiej kuzynki, która ostatnio przeprowadziłasię z prowincji do wielkiego miasta? Żadnej koleżanki z pracy, którejmusiał pomóc przy jakimś projekcie, bo sama nie dałaby rady? Żadnegodamskiego imienia pojawiającego się regularnie w rozmowach?

Pominie Agaty widziałem, że przeszukuje zasoby pamięci.

- Nie- odparła wreszcie.

- Więcmoże się wystraszył?

- Mnie?

- Sytuacji.Już raz stracił dwie bliskie osoby i, z tego co mówiłaś, ledwie siępozbierał. Teraz, kiedy okazało się, że wy ze sobą tak na poważnie,dotarło do niego, że historia może się powtórzyć. Spanikował, żedrugi raz nie da rady przez to przejść, więc wolał się wycofać.

- Zerwałze mną, bo boi się, że mnie straci?

Pokiwałemgłową.

- Mężczyźnito jednak kompletni idioci - zawyrokowała Agata.

- Pozwolęsobie przypomnieć ci, że to ja wydedukowałem rozwiązanie twojejzagadki.

- Tomoże jeszcze wydedukujesz, co powinnam teraz zrobić -powiedziała z przekąsem.

- Dajmu trochę czasu. Może ochłonie i zadzwoni.

- Ajeśli nie?

Rozłożyłemręce.

- Półświatu tego kwiatu. Spotkasz kogoś innego. Jesteś inteligentną,zaradną i atrakcyjną dziewczyną.

Spojrzałana mnie z ukosa.

- Kobietą- poprawiłem się szybko.

Zmarszczyłaczoło.

- Czyczym tam jesteś - dodałem.

- Kretyn.

+ + +

Spotkałemją dwa dni później, wychodząc z pracy. Miała na sobie obcisłą, letniągarsonkę i turkusowe pantofle na wysokim obcasie. W skali od jednegodo dziesięciu dałbym jej piętnaście, ale równocześnie zauważyłem, żejest w podłym nastroju. Powitała mnie z roztargnieniem. Kiedyzapytałem jak leci, tylko potrząsnęła głową. W milczeniu zjechaliśmyna parter. Już chciałem się pożegnać i zmykać, gdy niespodziewaniestanęła na środku foyer, obojętna na wymijających ją ludzi.

- Towszystko nie ma sensu - powiedziała z rozpaczą w głosie.

- Conie ma sensu? - zapytałem łagodnie.

Odwróciłagłowę.

- Pomyślisz,że mi odbiło.

Nakońcu języka miałem jedną z tych żartobliwych odpowiedzi, jakimilubię się zasłaniać w kłopotliwych sytuacjach, ale w tej samej chwilizauważyłem łzy spływające jej po twarzy. Ochota do żartów miprzeszła.

- Nodobra - powiedziałem, biorąc ją pod rękę. - Znajdźmyjakieś miejsce, gdzie moglibyśmy porozmawiać w spokoju.

Nieopodalbyła kawiarnia z wolnymi stolikami. Wbrew prognozie pogody świeciłosłońce, więc usiedliśmy w ogródku. Młoda kelnerka w śnieżnobiałymfartuszku przyjęła zamówienie na kawę ode mnie i wodę mineralną odAgaty.

- Pojechałamdo niego - wypaliła Agata, kiedy zostaliśmy sami.

Milczałem,choć Bóg jeden wie ile mnie to kosztowało.

- Naprawdęchciałam cię posłuchać. Dać mu czas do namysłu, tak jak mówiłeś. Alepotem spotkałam jego kolegę z biura. Okazało się, że Michał rzuciłpracę.

- Złożyłwymówienie?

Pokręciłagłową.

- Poprostu zadzwonił i powiedział, że rezygnuje. Od zaraz. I dodał, żebymu nie zawracać głowy telefonami, bo i tak nie wróci. Ten kolegaMichała myślał, że ja coś wiem i pytał, co się dzieje. Czy Michał majakieś kłopoty, albo jest chory? Bo podobno mówił tak jakby siężegnał.

Chory?No tak, to się nawet trzymało kupy. Facet wstaje rano, drapie się pokroczu i wymacuje guzek. Nic nie mówiąc nikomu, robi badania iokazuje się, że zostało mu trzy miesiące życia. Cztery, jeśli będzieprzestrzegał diety i unikał przeciągów. Facet najpierw wznosi pięścido nieba i krzyczy "Dlaczego ja?", potem wpada wdepresję, a na koniec dochodzi do wniosku, że musi uporządkować swojesprawy przed opuszczeniem tego łez padołu. A ponieważ nie lubickliwych rozstań przy szpitalnym łóżku, obdzwania znajomych, żeby siępożegnać. Może to i obcesowe, ale z pewnością lepsze niż patrzenie woczy wszystkim tym ludziom, którzy dalej będą się cieszyć słońcem,podczas gdy on spocznie w ciemnej mogile. Lepsze niż udawanie, żebierze się za dobrą monetę fałszywe współczucie maskujące ulgę, że toktoś inny, że to jeszcze nie moja kolej. Jakby to był jakiś wyścig nazwycięzcę, którego czeka nieśmiertelność.

NajwyraźniejAgata doszła do tych samych co ja wniosków, bo pożegnała się zkolegą, wskoczyła do samochodu i pognała do Michała, wyrzucając sobiepo drodze, że wcześniej nie odgadła, co się naprawdę z nim dzieje.Michał miał dwupoziomowe mieszkanie w jednym z tych przypominającychtwierdze osiedli z własną ochroną i murem odgradzającym je od resztyświata.

- Najpierww ogóle nie chciał otworzyć drzwi. Kazał mi wracać do domu. Zmieniłzdanie dopiero, kiedy powiedziałam mu, że nie ruszę się stamtąd nakrok.

- Jakwyglądał? - zapytałem.

Agatazaczerpnęła powietrza.

- Jakduch. Ledwo go poznałam. Blady, wymizerowany. Jakby nie jadł odtygodnia.

Albojakby to jego coś zżerało, pomyślałem, ale przez wzgląd na Agatę,zachowałem ten komentarz dla siebie.

- Powiedziałam,że wiem o chorobie. Wyparł się wszystkiego. Wyglądał na zdziwionego.Prosiłam, błagałam, żeby mi powiedział prawdę. Tłumaczyłam, że chcębyć przy nim bez względu na wszystko, że chcę tylko mu pomóc, żego...

Urwała,a ja pomyślałem, że znowu się rozpłacze. Tym razem na dobre. A jabędę tu siedział, znosząc pełne potępienia spojrzenia innych gościoraz obsługi i komentarze w rodzaju "Co za świnia, takdoprowadzić kobietę do łez".

Alenie. Agata tylko potrząsnęła głową. Jej twarz przybrała zaciętywyraz.

- Oniczym nie chciał słyszeć. W kółko tylko powtarzał, że między namiwszystko skończone. Nawet nie wpuścił mnie do mieszkania. Cały czasrozmawialiśmy na korytarzu. Pod koniec prawie na siebie krzyczeliśmyi ludzie z innych mieszkań zaczęli wyglądać, żeby sprawdzić, co siędzieje. Wtedy on się trochę uspokoił i powiedział, że nigdy niechciał mnie skrzywdzić, ale nie możemy się dłużej spotykać, bo jegożona i córka wróciły do niego.

Mójwyraz twarzy musiał mówić wszystko, bo Agata pokiwała głową.

- Tak,wiem. Mnie też najpierw zatkało. A potem pomyślałam, że oszalał. Nowiesz, z tęsknoty za nimi. Bo przecież wiem, że cały czas tęsknił. Tosię czuło. Bywały dni, że trudno było do niego dotrzeć. Mówiłam coś,a on patrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem, jakby nie pamiętał, kimjestem i co tu robię. I to jak patrzył na rodziny z dziećmi. Jakby mubyło żal tych ludzi. Jakby potrafił dostrzec ich przyszłość i niewidział tam nic oprócz strachu i bólu. Najpierw miałam nadzieję, żekiedyś zapomni. Nie, zapomni to złe słowo. Zaakceptuje prawdę. Alewłaściwie nigdy w to nie wierzyłam. Potem przestałam liczyć na to, żebędzie lepiej, modliłam się tylko, żeby nie było gorzej. A jednakstało się. I wiesz, co? To wcale nie było takie złe. W każdym razienie dla niego. Cała tęsknota, cały ten ból, zniknęły jak ręką odjął.Powinieneś go wtedy widzieć - wyglądał jak więzień oświęcimski,ale uśmiech miał od ucha do ucha. Uwierzyłam mu. To znaczy,uwierzyłam, że on w to wierzy. Ani mi w głowie było przypominać mu,że jego żona i córeczka spłonęły razem z samochodem; podobno żonamogła się uratować, ale do ostatniej chwili próbowała wyciągnąć małąz fotelika i w końcu spaliły się obie.

Przezchwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

- Jestjeszcze jedna możliwość - zacząłem ostrożnie. - Może onerzeczywiście wróciły.

- Maszna myśli duchy?

- Mamna myśli faceta, który wymyśla wzruszającą historyjkę o straszliwymwypadku samochodowym, podczas gdy jego żona i córka całe i zdrowespędzają wakacje na wsi.

Agatapokręciła głową.

- Odwiedzaliśmyich grób. Nazwiska się zgadzają. I twarze ze zdjęć na nagrobku z tymiw albumie rodzinnym. Teoria o ckliwej historyjce dla naiwnychdzierlatek upada.

Wzruszyłemramionami.

- Przepraszam.Lubię brać pod uwagę różne możliwości zanim przyznam, że komuś odbiłaszajba.

- No,to poczekaj aż skończę, bo teraz będzie najlepsze. Po rozmowie zMichałem nawet mi ulżyło. Zawsze myślałam, że tylko dzięki mniejeszcze utrzymuje się na powierzchni, a tymczasem cały czas byłamjego balastem. Teraz się mnie pozbył i był szczęśliwy, a przecieżtego właśnie chciałam. Zanim wsiadłam do samochodu, odwróciłam siężeby po raz ostatni spojrzeć w okno jego mieszkania. I tam jązobaczyłam. Kobietę z małym dzieckiem na ręku, stojącą w oknie,nieruchomo jak manekin. Rzeczywiście przypominała jego żonę. Nawetbardzo. Powiedzmy, że gdybym nie widziała jej grobu, gotowa byłabympomyśleć, że to ona. Stałyśmy tak przez dłuższą chwilę, ona patrzącprzed siebie, a ja patrząc na nią. Wtedy jakby wyczuła, że jąobserwuję, bo zaczęła odwracać głowę w moją stronę. Robiła topowolnym, sennym ruchem. Jednocześnie jej twarz zaczęła się zmieniać.

- Zmieniać?W co?

Agatapotrząsnęła głową.

- Todalej była ludzka twarz. Oczy, nos, usta, wszystko na swoim miejscu.Tyle, że to nie była ta sama twarz. Zmieniła się w inną. A potem wjeszcze inną. Zmiany następowały po sobie bardzo szybko, zupełniejakby ktoś kartkował książkę z obrazkami. Niektóre twarze miałyzdecydowanie męskie rysy. Przez chwilę wydawało mi się nawet, żewidzę wśród nich twarz mojego ojca.

Agatapatrzyła na mnie wyzywająco.

- Czystewariactwo, nie?

- Niejestem psychiatrą. Co było dalej?

Wzruszyłaramionami.

- Odpatrzenia na to zakręciło mi się w głowie. Odwróciłam wzrok tylko nachwilę, a kiedy znowu spojrzałam w okno, nikogo tam nie było.Wsiadłam do samochodu i wróciłam do domu.

Przezchwilę siedzieliśmy w milczeniu. Powróciła kelnerka, otoczonaszelestem wykrochmalonego fartuszka i dyskretną wonią papierosowegodymu. Postawiła przede mną filiżankę wielkości naparstka, na dniektórej czerniła się odrobina kawy. Westchnąłem ciężko. Kelnerkaposłała mi krzywy uśmiech.

- Coo tym myślisz? - zapytała Agata, kiedy znowu zostaliśmy sami.

- Skandal- odparłem, zaglądając do filiżanki. - Co ja mam z tymzrobić, wetrzeć sobie w dziąsła?

- Skupsię.

- Dobra- odstawiłem filiżankę. - No, więc, miał u siebiekobietę, bliźniaczo podobną do zmarłej żony. Może jej siostrę?

- Niemiała siostry. I to nie tłumaczy, dlaczego schudł o połowę.

- Aletłumaczy, dlaczego nie chciał cię wpuścić do mieszkania.

Agatazastanawiała się przez chwilę.

- Aco ze zmieniającymi się twarzami tej kobiety?

- Oczywistąodpowiedź znasz: halucynacja wywołana stresem.

- Amniej oczywista?

Terazto ja się zastanowiłem.

- Sukkub?

Agatautkwiła we mnie spojrzenie.

- Takidemon - wyjaśniłem. - Objawiał się pod postacią pięknejkobiety i uwodził mężczyzn. Według niektórych źródeł żywił się ichsiłami witalnymi.

Agatanie spuszczała ze mnie wzroku.

- Twierdzisz,że u Michała zalągł się demon?

Wzruszyłemramionami.

- Żartowałem.Zapomnij o sukkubie.

- Demon- powtórzyła głucho.

- Dobrze- zacząłem tracić cierpliwość. - Zamiast "demon"wstaw sobie "mutant" albo jeszcze lepiej "gatuneknieznany nauce". Używa mimikry w celu zmylenia ofiary, tak jakniektóre owady. Gatunek pasożytniczy. Teraz brzmi lepiej?

- Pasożytniczy?

- Bo,żeby przetrwać, potrzebuje żywiciela. Jak komar. Albo kleszcz.

Agataw zamyśleniu dziobała słomką dno butelki.

- Czymsię żywi? Krwią?

- Nie- odparłem zdecydowanie. - Zbyt oklepane. Myśl bardziej wstronę New Age. Może aurą?

- Nieoczekiwałam, że mi uwierzysz - jej spojrzenie mówiło cośprzeciwnego.

- Wierzęci.

Niewyglądała na przekonaną. Postanowiłem zmienić temat.

- Cosię stało z twoim ojcem? - spytałem.

- Odszedłod nas, kiedy miałam cztery lata. On i matka często się kłócili.Miała trudny charakter, ale wtedy tego nie rozumiałam. Chciałam tylkożeby przestali. Za którymś razem wyszedł, trzaskając drzwiami, iwięcej nie wrócił. Matka nie darowała mu tego do samej śmierci.

- Aty?

- Niewiem - Agata wzruszyła ramionami. - Kiedy byłam mała,strasznie za nim tęskniłam. Cały czas czekałam aż wróci. Za każdymrazem, kiedy ktoś pukał do drzwi, myślałam, że to on. Potemubzdurałam sobie, że odwiedza nas, kiedy śpię i co noc leżałam włóżku, próbując nie zasnąć, żeby go zobaczyć. Po jakimś czasie miprzeszło. Pogodziłam się z myślą, że pewnie więcej go nie spotkam.Teraz to już nie ma znaczenia.

Powiedziałato gorzkim tonem, w którym wyczuwało się dobrze zamaskowane kłamstwo.

- Aty? - zapytała. - Straciłeś kiedyś bliską osobę?

Zastanowiłemsię.

- Właściwienie. Dziadkowie umarli, kiedy byłem mały. Ledwo ich pamiętam.Rodzice, póki co, mają się dobrze. Bracia też. Były jakieśdziewczyny, ale trudno powiedzieć, żebym przeżywał ich stratę. Conajwyżej ucierpiało moje ego. Zresztą, sama wiesz jak to jest.

Pokiwałagłową, ale miałem wrażenie, że mnie nie słucha. Myślami błądziłagdzieś daleko.

- Myślisz,że taki pasożyt, ten kleszcz, mógłby istnieć niezauważony przeznikogo?

- Tylkow naszej wyobraźni.

- Pewniemasz rację - przyznała. - I co teraz?

- Muszęsię zastanowić. A ty wracaj do domu, otwórz butelkę wina i daj głowieodpocząć. Jutro też jest dzień.

Uśmiechnęłasię, pierwszy raz tego dnia.

- Dzięki,że pozwoliłeś mi się wygadać.

- Odtego są przyjaciele.

+ + +

Wnocy obudził mnie telefon. Deszcz monotonnie bębnił o szyby. Pociemku namacałem słuchawkę.

- Toja - usłyszałem głos Agaty. - Spałeś?

Spojrzałemna zegarek. Dochodziła druga.

- Zastanawiałamsię nad tym, o czym dzisiaj rozmawialiśmy - jej głos zdradzał,że posłuchała mnie w kwestii wina. Gdybym miał zgadywać,powiedziałbym nawet, że odkorkowała więcej niż jedną butelkę. -Jesteś tam?

- Jestem- stłumiłem ziewnięcie.

- No,więc cały czas chodziło mi to po głowie. I wtedy przypomniałam sobieo tych ludziach zza ściany.

- Jakichludziach? - zapytałem sennie. Głos Agaty docierał do mnie jakzza grubej kotary.

- Notych, o których słyszy się w wiadomościach - odparłazniecierpliwiona. - Tych, co nie potrafią się pozbierać postracie najbliższych. Nic im nie dolega. Po prostu marnieją w oczach.Mówi się, że stracili wolę życia. Zamykają się w sobie. Przestająopuszczać mieszkanie. I czasem mijają miesiące nim sąsiedzizawiadomią policję, uskarżając się na odór zza ściany. Może tacyludzie zostawiają jakiś trop, który przyciąga te stwory.

- Maszna myśli feromony?

- Tak!- podchwyciła. - Może te pasożyty wyczuwają smutek isamotność, tak jak psy wyczuwają strach?

Westchnąłem.

- Popierwsze, nie ma żadnych dowodów na to, że psy rzeczywiście wyczuwająstrach. Po drugie, to my wymyśliliśmy te pasożyty, pamiętasz? A potrzecie, na świecie istnieją tysiące ludzi bardziej samotnych niżtwój facet. On przynajmniej ma ciebie.

Agatamilczała przez chwilę.

- Możeto dla niego było za mało? Może myślał, że jest inaczej, ale sięmylił. I może teraz w głębi serca wie, że dzieje się coś niedobrego,ale nie potrafi o tym myśleć, bo został zatruty...

Chwilamijej głos ginął w szumie zakłóceń.

- Ledwiecię słychać. Gdzie ty jesteś?

- Ktośmu musi pomóc, udowodnić, że nie jest sam - mówiła żarliwie.

- Gdziejesteś? - powtórzyłem głośniej, czując równocześnie jak coś wemnie osuwa się w głąb.

- Podjego domem - odpowiedziała pogodnie. Wyczułem po głosie, że sięuśmiecha. - Zamierzam tam wejść i porozmawiać z nim. A przyokazji trochę się rozejrzeć.

- Co?Agata, poczekaj. Nie możesz tak po prostu mu się włamać do domu.

- Akto mówi o włamaniu, głuptasie? - roześmiała się. - Mamwłasne klucze.

Usiadłemna łóżku zupełnie rozbudzony.

- Własneklucze? Skąd?

- Dałmi je, kiedy poprosił, żebym się do niego wprowadziła. Nie mówiłamci?

- Nie.

- Musiałomi wylecieć z głowy - roześmiała się beztrosko.

Wtle usłyszałem stłumiony trzask zamykanych drzwi samochodu ipiknięcie centralnego zamka. Usłyszałem jej kroki na mokrym chodniku.Padający deszcz brzmiał w słuchawce jak zwielokrotniony syk wody nagorącej blasze.

- Jestśrodek nocy - próbowałem przemówić jej do rozsądku. - Toniebezpieczne. Wracaj do domu.

- Cojest niebezpieczne? Wierzysz w to, że znajdę tam wielkie kleszczekarmiące się ludzką rozpaczą?

- Nie- odparłem zdecydowanie. - Nie wierzę.

Alerównocześnie pomyślałem, że znacznie łatwiej byłoby mi w nie uwierzyćteraz, kiedy siedziałem w ciemnościach, patrząc jak krople deszczurozmazują się na szybach. Półślepe, ledwo świadome stwory wyczulonena zapach beznadziejnej rozpaczy, tak jak rekiny są wyczulone nazapach krwi. Może przyciągają je feromony, może zmiany w poluelektrycznym - naukowe wytłumaczenie, jeśli istnieje, jestnieistotne. Ważne jest, że trop oznacza łatwą zdobycz. A pasożytpotrzebuje żywiciela.

- Niewierzę w to - powtórzyłem stanowczo. Mówiłem trochę do Agaty, atrochę do siebie.

- Skorotak, co mi może grozić?

Sykdeszczu ustał, za to przybyło zakłóceń. Najwyraźniej Agata była jużna klatce schodowej. Wykładzina tłumiła jej kroki.

- Zdajeszsobie sprawę, że on może być niebezpieczny? Mówimy o człowieku, którywiduje swoją zmarłą żonę.

- No,to jest nas już dwoje - oddech Agaty stał się cięższy, gdyzaczęła wchodzić po schodach. - Sam powiedziałeś, że nigdy niestraciłeś bliskiej osoby. Nie wiesz jak to jest. Najgorsze jest niesamo poczucie straty, ale myśl, że było coś, co mogłeś zrobić, żebyzapobiec katastrofie. Dwadzieścia lat minęło odkąd mój ojciec odszedłz domu, a ja wciąż zadręczam się myślą, że mogłam go wtedy jakośzatrzymać. Przerwać kłótnię, powiedzieć coś, kiedy wychodził,zatrzymać go siłą w drzwiach. Cokolwiek. Rozumiesz?

- Rozumiem- odparłem, czując w ustach straszliwą suchość.

- Niechcę spędzić następnych dwudziestu lat żałując, że nie zrobiłamwszystkiego, co można było, żeby odzyskać Michała. Zwariowałabym.Dotarło to do mnie, kiedy leżałam dzisiaj w łóżku. Dlatego sięubrałam i przyjechałam tutaj.

Niewiedziałem, co powiedzieć.

- Przepraszam,że cię obudziłam - powiedziała łagodnie. - Jutro opowiemci jak mi poszło.

- Agata...

Podrugiej stronie zachrobotał klucz obracany w zamku.

- Życzmi powodzenia.

- Powodzenia- wykrztusiłem.

Rozłączyłasię.

Wytrzymałempół godziny. Pół godziny bezsennego przewalania się w łóżku irozgrywania w głowie najróżniejszych scenariuszy, z których każdykończył się gorzej od poprzedniego. Pół godziny przekonywania samegosiebie, że wszystko gra, Agata jest bezpieczna, a ja niepotrzebniewtrącam się w cudze sprawy. Tak mi mówił rozsądek, tyle, żeprzeczucie podpowiadało co innego.

Wreszciesięgnąłem po telefon.

Zrobiszz siebie idiotę, pomyślałem.

Trudno.

Rozsądekskapitulował. Wybrałem numer jej komórki.

Potrzecim dzwonku uzyskałem połączenie.

Zakłóceniabyły jeszcze silniejsze niż poprzednio. Szumy i trzaski zostałyzastąpione przez echa rozmów. Męskie głosy mieszały się z kobiecymi,a w tle rozbrzmiewał, od czasu do czasu, dziecięcy śmiech. A wszystkoto zniekształcone do tego stopnia, że nie sposób było rozróżnićposzczególnych słów. Ktoś uskarżał się płaczliwie. Ale na co? Ktoinny tłumaczył się żarliwie. Ale z czego? Dwie koleżanki wymieniałysię ploteczkami. Ale jakimi? Głoski układały się w słowa, słowa wzdania, a zdania w rozmowy. Ale to wszystko było wyprane z treści.Miałem wrażenie, że słucham ludzi udających, że rozmawiają w obcymjęzyku. I do tego śmiech dziecka rozbrzmiewający w regularnychodstępach czasu. Niczym puszczony z taśmy. O trzeciej nad ranem.

- Wiem,że tam jesteś - powiedziałem.

Rozmowyucichły jak ucięte nożem. Po drugiej stronie linii telefonicznejwyczułem czyjąś obecność, niespokojną, zawsze głodną, próbującą mniewywęszyć, tak jak ja wywęszyłem ją. Usłyszałem nierówny oddech,przypominający trzepot skrzydeł olbrzymiej ćmy, a potem głos,upiornie nieludzki, a przecież zdradzający podobieństwo do głosuAgaty, wyświszczał:

- Mateusz?

Cisnąłemtelefon w kąt pokoju.

Tejnocy już nie zasnąłem.

+ + +

Agatanie pojawiła się w pracy następnego dnia. Ani następnego. Ani nawetpo trzech dniach. Nie odbierała też telefonu. Wiem to, bo próbowałem,choć nie bez obaw, połączyć się z numerem jej komórki. W świetle dniapewne rzeczy wyglądają inaczej. Odczekałem pięć sygnałów i zostawiłemwiadomość na sekretarce, bez większych nadziei, że oddzwoni. Isłusznie.

Trzeciegodnia postanowiłem wziąć sprawę w swoje ręce i zgłosiłem zaginięcieAgaty na komisariacie. Powiedziałem wszystko co wiedziałem na temattej sprawy, przy okazji wyszło na jaw, że jest tego niewiele. Naprzykład nie znałem adresu mieszkania chłopaka Agaty, ba, nie miałempewności, co do jego imienia, o nazwisku nie wspominając. Musiałempoprzestać na opisaniu go jako niezrównoważonego emocjonalnieosobnika, który twierdzi, jakoby utrzymywał kontakt ze swoją zmarłążoną i córką.

Naznudzonym oficerze dyżurnym nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia.Podsunął mi do podpisu formularz zgłoszenia i enigmatyczniestwierdził, że pchnie sprawę dalej.

Pozostałoczekać aż korytarze mojego biurowca zapełnią się funkcjonariuszamizdejmującymi odciski palców, przetrząsającymi biurka i zadającymipytania, całe mnóstwo pytań.

Czekałemcierpliwie przez dwa tygodnie, a później to ja zacząłem nachodzićkomisariat policji. Miałem kilka pomysłów od czego można by zacząćposzukiwania.

Powiedziałem,że od kilku tygodni na jednym ze strzeżonych parkingów stoi srebrnymatiz Agaty. Ochrona osiedla musiała coś zauważyć. Trzeba tylkopodzwonić i popytać.

Powiedzieli,że mają za mało ludzi.

Powiedziałem,że jeśli chcą znaleźć Agatę, powinni zlokalizować jej komórkę.

Odpowiedzieli,że to nie jest takie łatwe jak się wydaje.

Powiedziałem,że wystarczy nakreślić trzy okręgi wokół anten gdzie sygnał zewzmiankowanej komórki jest najsilniejszy, a miejsce przecięciaokręgów wskaże położenie aparatu z dokładnością do pięćdziesięciumetrów.

Odparli,żebym dał im spokój.

Jedynym,który wykazał więcej zainteresowania moją osobą był młody porucznik opromiennym uśmiechu i przenikliwym spojrzeniu. Przy okazji kolejnejwizyty poprosił, żebym opowiedział mu jeszcze raz całą historię.Usiedliśmy w palarni przerobionej na pokój przesłuchań. Słuchałcierpliwie, notując coś od czasu do czasu, a kiedy skończyłem,zapytał jak to wszystko znoszę.

Odpowiedziałem,że chciałbym żeby ją znaleźli i żeby już było po wszystkim.

Powiedział,że rozumie i zapytał gdzie byłem tej nocy, kiedy Agata zaginęła.

Odpowiedziałem,że w domu.

Jegouśmiech stał się bardziej promienny niż zwykle, a oczy jeszczebardziej przenikliwe. Zapytał czy był ktoś ze mną.

Odpowiedziałem,że nie, byłem sam.

Odchyliłsię na krześle i pokiwał głową z zagadkowym wyrazem twarzy.

Najakiś czas stałem się ich podejrzanym numer jeden, ale późniejodpuścili. Może sprawdzili bilingi rozmów z moim mieszkaniem i doszlido wniosku, że nie mogłem być w dwóch miejscach równocześnie, a możepo prostu pojawiły się nowe sprawy i ta przestała ich interesować. Oile mi wiadomo nigdy nie rozwiązano zagadki zaginięcia Agaty, nieznaleziono też jej samochodu ani nawet komórki.

Tojuż właściwie wszystko. Agata zniknęła, a ja nigdy nie powiedziałemjej co do niej czuję. Wahałem się, odkładałem to do następnej okazji,czekałem na idealny moment, który nigdy nie nadszedł. A teraz jest zapóźno. Mogę jedynie żałować niewypowiedzianych słów, niewykonanychgestów. Wiem, że tędy wiedzie droga do szaleństwa, ale nie potrafięprzestać. Nieustannie odtwarzam z pamięci nasze rozmowy, teniezliczone godziny przegadane o wszystkim, po to by jeszcze razusłyszeć jej głos, ujrzeć jej twarz, poczuć jej zapach. Nie opuszczamnie nawet we śnie. A potem otwieram oczy i kolejny dzień wita mniemartwym pocałunkiem. Żyję na dnie studni wypełnionej rozpaczą.

Iczekam.

posłowie

Ileantologii grozy może wchłonąć w ciągu paru lat przeciętny, cieszącysię dobrym zdrowiem i niezbędną dozą fanatyzmu wielbiciel tegogatunku? Pięć? Dziesięć? Czy jednak więcej?

Topodstępne pytanie dopadło mnie jakieś dwa lata temu, a więc na długoprzed przystąpieniem do pracy nad antologią, do której terazzaglądacie (albo, co też przecież prawdopodobne - którą właśnieuczciwie skończyliście czytać). Na półki polskich księgarń zwaliłasię wówczas pozbawiona miłosierdzia lawina horrorowych antologii: ato zdobna w pokręcone maszkary okładka kryła urocze ale niecochaotyczne pokłosie konkursu literackiego, a to znów zbiór dokładnieprzemyślanych i z uczuciem poukładanych opowiadań na z góry ustalonytemat; jedne zbiory pisane były dzikim, nasączonym młodzieńczym jadempiórem pisarzy amatorów, inne przyrządzili literaci z imponującymstażem, niedbający już o to czy ich nazwisko będzie się prężyło zdumy w kolejnym spisie treści, ale pragnący pobawić się z tematyką,która niekoniecznie przyciąga ich na tyle, aby okręcać wokół niejkilkusetstronicową powieść. Tyle się tych antologii narobiło, żechyba nikt nie mógł powiedzieć, że choć raz w jego gust nie trafiono.Dla zatwardziałych patriotów powstały liczne antologie twórcówkrajowych; dla zwolenników czeskiej i słowackiej myśli w literaturzegrozy zebrano cudne koszmary wyśnione przez pisarzy z tych właśniekrajów; dla tych, którzy twierdzą, że prawdziwy horror pisany jestwyłącznie w języku angielskim kompilowano opowiadania Amerykanów iAnglików; dla fanatyków klasyki po raz nie-wiadomo-który tasowanomniej lub bardziej znane opowiadania Poe'ego, Lovecrafta iBierce'a; dla wielbicieli literackich nowinek wyszarpywanoteksty pachnące świeżością i sukcesem, napisane przez autorównajmodniejszych, najbogatszych i najpiękniejszych; dla tych zaś,którzy marzyli o przedarciu się przez współczesny horror z ambicjamitakże opublikowano całkiem niezłe zbiory i to niekoniecznie,zatrzymując się na pojedynczych tomach.

Samteż wgryzałem się w te mroczne antologie z dużym uporem. Początkowo wstanie absolutnej euforii - cóż to za radość, że wreszciehorror tak pięknie panoszy się w naszych księgarniach! -później jednak z coraz większą rezerwą, a wreszcie z pewnym znużeniemczy nawet delikatną podejrzliwością. No bo czy nie jest tak, że dlawydawcy wrzucenie na rynek antologii opowiadań to po prostunajbardziej bezstresowe rozwiązanie z możliwych? Wyłapanie kilkunastuautorów zawsze zwiększa szansę, że któreś nazwisko albo któryśchwytliwy tytuł skusi nabywcę do wydania ciężko przyoszczędzanegotrzydziestaka, a jeśli akurat nie udało się wycisnąć nowego horroru ztakiego na przykład Łukasza Orbitowskiego, to zawsze można gogrzecznie poprosić o przyrządzenie efektownego wstępu i proszę bardzo- kolejna gwiazda na okładce, setki czytelników uboższe oparędziesiąt złotych. (Nie zrozumcie mnie źle: Łukasz potrafi pisaćpiękne wstępy, ale gdyby zamiast wstępu grzmotnął opowiadanie, byłobyprzecież jeszcze piękniej). Tak czy inaczej, kiedy już antologieliterackiej grozy polskiej i zagranicznej przestawały mi się mieścićna półce, zacząłem się poważnie zastanawiać na ile tego typu pozycjistarczy mi jeszcze sił. Jasne: ciągle wszystkie nabożnie czytałem,bez oszukiwania, od dechy do dechy, ale zakupom kolejnych antologiinie towarzyszyły już takie same emocje co na początku. Dłoń niepociła się podczas przetrzepywania kieszeni w poszukiwaniuniezbędnych banknotów; oczy nie rozszerzały się jak dawniej przyprzeglądaniu spisu treści; serducho nie biło już tak mocno na widoknowej okładki przyozdobionej licznymi czachami, bladolicymi trupamiczy przecudnymi demonami. A teraz proszę: sam dokładam całkiemsolidną kulę śniegową do tej przeklętej lawiny antologii horroru. Igorzej jeszcze: nie mam w związku z tym najmniejszych wyrzutówsumienia.

Bezobaw, daruję sobie teksty w rodzaju: "Oto antologia, która bijewszystkie inne na głowę". Powiem jednak jedno: mimo nadmiernieeksploatowanej mody na wydawaną w ten sposób literaturę grozy i mimowypracowanej już mojej własnej teorii spiskowej co do tego dlaczegosię tego typu rzeczy wydaje, ja sam bym się jednak w tę antologięzaopatrzył. Gdyby tak nie było - możecie mi wierzyć, że nieprzykładałbym do niej ręki. Kiedy dowiedziałem się, że w projektzaangażują się moi ulubieni młodzi autorzy - m.in. Kazek Kyrcz,Kuba Małecki czy Dawid Kain - od razu czułem, że wypada mipowiedzieć: "Jestem zainteresowany". Kiedy dostałem odnich pierwsze teksty i poczułem, że z brutalną wprawą dotykają onetych problemów, których sam chciałbym dotknąć - byłem jużprawie kupiony. Całkowicie zaś rozłożyła mnie informacja, że noweopowiadanie napisze też dla potrzeb antologii Dariusz Zientalak Jr -facet, którego miałem za jednego z najlepszych krajowychhorrorpisarzy, a który parę lat temu zrobił mi niemiłą niespodziankęi nagle, bez słowa ostrzeżenia, przestał publikować. A teraz wraca!Właśnie w tej antologii! Początkowo znałem tylko tytuł jegoopowiadania - "Bliżej niż myślisz" - alewiedziałem od razu, że będzie świetne. Jak mogłoby nie być?Wiedziałem też już, że nie mam wyjścia: muszę się w ten projektwkręcić. Na szczęście nie zawiodłem się ani na opowiadaniu Darka -choć ostatecznie z "Bliżej niż myślisz" zamieniło się wbrutalniej brzmiące "Kleszcze rozpaczy" - ani teżna całej antologii.

Chciałbymoczywiście twierdzić, że pomysł na tę książkę jest w stu procentachmój, byłoby to jednak dalekie od prawdy. Pomysł wyszedł od KazkaKyrcza i to on namówił większość autorów, aby przygotowali tekstypodpadające pod termin szeroko pojętej "grozy miejskiej".Ja zorganizowałem parę dodatkowych opowiadań, pomogłem w wyborzenajciekawszej dwudziestki dwójki - no i uchroniłem Kazka odpisania posłowia, dzięki czemu mógł się skupić na tym, do czegozostał stworzony: konstruowaniu wymyślnych horrorów. Choć trzebapamiętać, że i on i wydawca antologii, Paweł Nowakowski, takżepoświęcili sporo swojego czasu, żeby wybrać - i pomócdoszlifować - historie najlepiej pasujące do tego zbioru; niezawsze zgadzaliśmy się co do tego, który tekst koniecznie musi wejśćdo zbioru, ale z ostatecznego efektu wszyscy - chyba mogę zaWas odpowiedzieć, panowie? - jesteśmy jak najbardziejzadowoleni. Bo to naprawdę cholernie dobre opowiadania, a do tegowyłaniający się z nich obraz współczesnego miasta - szarego,zindustrializowanego molocha wyżerającego swoich mieszkańców odwewnątrz - jest zaskakująco spójny, niepokojąco prawdziwy i,cóż począć, konsekwentnie pesymistyczny. W tle opowiadań różnychautorów przewijają się podobne symbole, ich bohaterów dręczą pewnewspólne lęki, a jakiekolwiek ślady miłości - można odnieśćwrażenie - zostały z tego świata skutecznie usunięte. Nie: niepodpowiadaliśmy autorom o czym dokładnie mają pisać, nie wymagaliśmyteż, aby powyrzucali do kosza happy endy. Jeśli mimo wszystko obrazyświata prezentowanego w ich opowiadaniach nader często się nakładają- widać jest w nich mnóstwo jakiejś smutnej, przerażającejprawdy o naszym współczesnym życiu.

Weźmychoćby "Płuca w płomieniach" Kuby Małeckiego: co prawdaautor ten nieraz już pisywał o miastach opanowanych przez Złego i ofrustracji wywołanej codziennym wykonywaniem szarych, ogłupiającychczynności, ale w nowym opowiadaniu po raz kolejny bezwzględnie chwytanas za serce i wyciska z nas nieznane wcześniej emocje. Czytająckażdy kolejny tekst Kuby, coraz bardziej nerwowo drapię się po głowiei zastanawiam się jak to możliwe, żeby w takim tempie ulepszać swójwarsztat. Jeszcze niedawno narzekałem w newsweekowej recenzji na jegoniezły, ale nierówny debiut "Błędy", a teraz w napięciunasłuchuję, kiedy znów wyda coś nowego. Gość naprawdę rośnie nagwiazdę naszego literackiego horroru, a "Płuca w płomieniach"to kolejny dobrze postawiony krok na drodze jego pisarskiego rozwoju.Choć uczciwie ostrzegam (i nie jest to pusty chwyt marketingowy zmojej strony, możecie sprawdzić sami): dawka makabry, jaką Kuba namtym razem zapodaje może się okazać dla niektórych zbyt duża...

Szarpiącanerwy i emocje atmosfera z "Płuc w płomieniach" pojawiasię w antologii niczym najbardziej ponury refren świata: znajdziecieją chociażby w groteskowym opowiadaniu Dawida Kaina "Epilepsjajest tańcem", w poruszającym "Człowieku z kowadłem"Dariusza Muszera czy nawet w krótkich impresjach autorstwa ArkadiuszaTrzetrzelewskiego ("Konające peryferie") i DanielaPodolaka ("Miejsce"). Pomimo wspomnianych już wcześniejwielu wspólnych motywów, nie sposób jednak nazwać tego zbioru małourozmaiconym. Bo jest tu też przecież przesycona zjadliwym humoremmakabreska o niebezpiecznym internetowym romansie ("Romek26"Adrianny Ewy Stawskiej), zabójczo zabawna - a jednocześnieautentycznie niepokojąca - historyjka o strachu przedmłodocianymi "królami miasta" ("Zarażeni strachem"Michała Cetnarowskiego), czy wciągająca opowieść emigracyjna("Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny" PawłaZiętka). Klamrą opinają całość dwa teksty Kazka Kyrcza: "Głowado kochania" (pisana do spółki z Łukaszem Śmiglem), któradoczekała się niedawno adaptacji filmowej... w języku angielskim(należy jej szukać pod tytułem "Head to Love") oraz jejudana kontynuacja - "Casting na kata".

Nieoznacza to, że kilkanaście pozostałych opowiadań to jakieś tamśrednio udane zapychacze. Wręcz przeciwnie. Przecież są wśród nichjeszcze chociażby "Kleszcze rozpaczy" Dariusza ZientalakaJr. Myślę, że się Wam spodobają. Myślę też, że przypadnie Wam dogustu pomysł na tę "miejską antologię" i że za jakiś czasbędziemy mogli Wam przedstawić kolejny zbiór współczesnych horrorów otej tematyce. Kto wie - może będzie w nim już trochę więcejhappy endów?

BartłomiejPaszylk

notyo autorach

MichałCetnarowski- pisarz związany z fantastyką, literaturą grozy i sciencefiction, publicysta, tłumacz, redaktor antologii młodej polskiejfantastyki pt. "Nowe idzie" (2008). Wydał zbiór opowiadań"Labirynty" (2009).

RobertCichowlas(ur. w 1982 r.) - pisarz związany z fantastyką, literaturągrozy i science fiction. Mieszka w Poznaniu. Jest współautorem zbioruopowiadań "Sępy" (2009), "Twarze szatana"(2009) oraz powieści "Siedlisko" (2009). Na podstawiejego opowiadania "Jestem głodny" w 2008 roku powstał filmPatryka Jurka.

MichałGalczak(ur. w 1978 r. na Mazurach) - autor opowiadań. Mieszka wWarszawie. Jego utwory ukazywały się wyłącznie w antologiach orazpismach publikujących fantastykę, literaturę science fiction iopowieści grozy.

DawidKain(pseudonim literacki, ur. w 1981 r. w Kolonii) - pisarzzwiązany z fantastyką, literaturą grozy i science fiction. Mieszka wKrakowie. Jest współautorem zbiorów opowiadań: "Piknik wPiekle" (2004) i "Horrorarium" (2006) oraz autorempowieści "Prawy, lewy, złamany" (FORMA 2007). W książce"2008. Antologia współczesnych polskich opowiadań" (FORMA2008) znalazło się jego opowiadanie "Hodowla".

JerzyA. Kozłowski(ur. w 1986 r. w Zakopanem) - autor opowiadań. Jego utworyukazywały się wyłącznie w pismach publikujących fantastykę,literaturę science fiction i opowieści grozy.

KazimierzKyrcz Jr(ur. w 1970 r. w Krakowie) - pisarz związany z literaturą grozyi science fiction, poeta, muzyk, kompozytor oraz autor tekstówzespołu rockowego Lusthaus. Mieszka w Krakowie. Jest jednym z autorówzbioru opowiadań "Piknik w piekle" (2004), "Horrorarium"(2006), "Twarze szatana" (2009), a także współautorempowieści "Siedlisko" (2009). Na podstawie opowiadania,które napisał wraz z Łukaszem Śmiglem, amerykański reżyser VanKassabian nakręcił film krótkometrażowy pt. "Headto Love".

KrzysztofMaciejewski(ur. w 1971 r.) - autor opowiadań, recenzent, dziennikarz,redaktor portalu literackiego Papierowe Myśli. Mieszka w Sulejówku.Jego utwory ukazywały się wyłącznie w pismach publikującychfantastykę, literaturę science fiction i opowieści grozy.

JakubMałecki(ur. w 1982 r.) - pisarz związany z fantastyką, literaturągrozy i science fiction. Mieszka w Poznaniu. Wyróżniony w konkursieliterackim "Nowej Ery" za opowiadanie "Wybór"(2008). Wydał powieści: "Błędy" (2008), "Przemytnikcudu" (2008) oraz zbiór opowiadań "Zaksięgowani"(2009).

DariuszMuszer(ur. w 1959 r.) - prozaik, poeta, tłumacz. Mieszka w Hanowerze.LaureatNagrody Związku Niemieckich Pisarzy "Das neue Buch inNiedersachsen und Bremen" za powieść "Die Freiheit riechtnach Vanille" (1999). Opublikowałm.in. tomy wierszy: "Zatrzymane wersy" (1987), "Pestkii ogryzki" (1989), "Księga zielonej kamizelki"(1996), "Jestem chłop" (2004), "Wszyscy moinieznajomi" (2004) oraz powieści: "Die Freiheit riechtnach Vanille" (1999, wydanie polskie: "Wolność pachniewanilią" - FORMA 2008), "Der Echsenmann"(2001), "Niebieski" (FORMA 2006), "Gottes Homepage"(2007). W książce "2008. Antologia współczesnych polskichopowiadań" (FORMA 2008) znalazło się jego opowiadanie "Naszaklasa".

DanielPodolak(ur. w 1986 r.) - autor opowiadań, scenograf. Mieszka wWarszawie.

PawełPrzywara(ur. w 1968 r.) - prozaik, doktor nauk humanistycznych, członekgrupy rockowej Euroman. Mieszka w Rzeszowie. Wydał powieści:"Amnezja. Antyutopia filozoficzna" (1995), "Euroman.Pierwsza powieść eurorealistyczna" (2001) oraz "ZgrzewkaPandory" (FORMA 2008). Jest także autorem dysertacji "Teoriaprzestrzeni Husserla i Carnapa. Analiza porównawczo-krytyczna"oraz współpracownikiem Powszechnej Encyklopedii Filozofii wydawanejprzez Polskie Towarzystwo Tomasza z Akwinu. W książce "2008.Antologia współczesnych polskich opowiadań" (FORMA 2008)znalazło się jego opowiadanie "Absolutysta".

ŁukaszRadecki(ur. w Malborku) - pisarz związany z literaturą grozy i sciencefiction, muzyk, członek kilku zespołów rockowych, twórca muzyki dofilmów i gier komputerowych. Mieszka w Malborku. Wydał zbióropowiadań "Kraina bez powrotu". Na podstawie jegoopowiadań w 2007 roku powstał film "Rigor Mortis" PatrykaJurka.

PiotrRoemer(ur. w 1988 r. w Krakowie) - autor opowiadań, muzyk,kompozytor. Mieszka w Krakowie. Wyróżniony w konkursie wydawnictwa"Muzyka w Duszy Gra" za bajkę pt. "Pokruszyć wiatr"(2008). Publikował w Antologii opowiadań fantastycznych "Białeszepty" (2008). Jego utwór "Tango sonore" (2009)został wykonany na 52. Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Współczesnej"Warszawska Jesień".

BartoszRyszowski(ur. w 1982 r. w Krakowie) - autor zamieszczonego w niniejszejantologii opowiadania "Kino 'Wisła'", którejest jego pierwszą publikacją.

AdriannaEwa Stawska(ur. w 1967 r.) - pisarka, dziennikarka, tłumaczka. Mieszka wWarszawie. Wydała powieść kryminalną "Śmierć w klasztorze"(2007).

EmilStrzeszewski(ur. w 1985 r. na Kurpiowszczyźnie)- autor opowiadań. Założyciel i redaktor e-zinu CreatioFantastica. Jego utwory ukazywały się wyłącznie w pismachpublikujących fantastykę, literaturę science fiction i opowieścigrozy.

AnnaSzczęsna(ur. w 1981 r. we Włocławku) - autorka opowiadań. Mieszka wWarszawie. Jej utwory ukazywały się wyłącznie w antologiachpublikujących fantastykę, literaturę science fiction i opowieścigrozy.

ŁukaszŚmigiel(ur. w 1982 r.) - pisarz związany z literaturą grozy i sciencefiction, dziennikarz, redaktor naczelny magazynu grozy "Lśnienie".Mieszka we Wrocławiu. Wydał zbiory opowiadań: "Demony"(2008), "Muzykologia" (2009) i "Decathexis"(2009). Na podstawie opowiadania, które napisał wraz z KazimierzemKyrczem, amerykański reżyser Van Kassabian nakręcił filmkrótkometrażowy pt. "Headto Love".

ArkadiuszTrzetrzelewski(ur. w 1971 r.) - autor zamieszczonego w niniejszej antologiiopowiadania Konające peryferia, które jest jego pierwszą publikacją.Mieszka w Jastrzębiu Zdroju.

AleksandraZielińska(ur. w 1989 r. w Sandomierzu) - autorka opowiadań. Mieszka wKrakowie. Laureatka konkursu "Mistrzowie i adepci",organizowanego przez Fabrykę Słów. Jej utwory ukazywały się wyłączniew antologiach i pismach publikujących fantastykę, literaturę sciencefiction i opowieści grozy.

DariuszZientalak Jr(ur. w 1969 r.) - autor opowiadań. Jego utwory ukazywały sięwyłącznie w pismach publikujących fantastykę, literaturę sciencefiction i opowieści grozy.

PawełZiętek(ur. w 1984 r.) - pisarz. Mieszka w Poznaniu. Wydał powieść"Motel piekiełko" (2008).