Cmentarz zagubionych dusz. Cmentarze Osobliwości. Tom 2 - Paulina Hendel

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Koła po­ciągu jed­no­staj­nie stu­ko­tały o szyny, a moja głowa co rusz obi­jała się o zimną szybę za każ­dym ra­zem, kiedy już za­czy­na­łem od­pły­wać w nie­spo­kojny sen. W końcu wal­ną­łem o nią czo­łem tak mocno, że aż się obu­dzi­łem.

- To nie ja! - Ro­zej­rza­łem się nie­przy­tom­nie po prze­dziale.

Więk­szo­ści mo­ich współ­pa­sa­że­rów już nie było. Cho­lerka, to ozna­czało, że wy­sie­dli du­sze wie­dzą kiedy, a ja spa­łem tak twardo, że na­wet tego nie za­uwa­ży­łem. Zer­k­ną­łem na półkę nad głową. Moja torba na­dal tam tkwiła. Cho­ciaż tyle do­brego, że nikt mnie nie okradł.

Kra­jo­braz za oknem się zmie­nił. Już nie wi­dzia­łem za­ora­nych pól, tylko brą­zowe łąki po­ro­śnięte trawą, co ja­kiś czas mi­ja­li­śmy nie­wiel­kie wio­ski, ale po­ciąg się w nich nie za­trzy­my­wał. Od­ru­chowo po­dra­pa­łem się po twa­rzy i na­tych­miast skrzy­wi­łem się z bólu. Pod­bite oko, pęk­nięty łuk brwiowy i wielki guz na czole da­wały mi się we znaki. Na­wet nie wspo­mnę o obi­tych ko­la­nach i łok­ciach.

Na­raz do­tarł do mnie nie­przy­jemny za­pach. Pod­nio­słem wzrok na star­szą ko­bietę sie­dzącą na­prze­ciwko. Trzy­mała na ko­la­nach wo­re­czek, do któ­rego wrzu­cała sko­rupki od jajka. Kto, do li­cha cięż­kiego, za­biera w po­dróż go­to­wane jajka?! Mimo tego smrodu za­bur­czało mi w brzu­chu.

- Chcesz, ko­cha­nieńki? - Sta­ruszka wy­cią­gnęła w moją stronę ob­rane jajo.

- Nie, dzię­kuję. - Po­sła­łem jej słaby uśmiech i się­gną­łem do mo­jej torby po ka­napkę z se­rem.

- Dłuży się ta droga, co? - za­gad­nęła.

- Ni­gdy jesz­cze tak da­leko mnie nie wy­wiało - przy­zna­łem.

- Ja wra­cam od córki. Prze­pro­wa­dziła się do mia­sta, a wnuki tak szybko ro­sną, więc cho­ciaż kilka razy do roku sta­ram się je od­wie­dzić. To i mam wprawę w tych po­dró­żach.

- Je­stem pe­łen po­dziwu - rzu­ci­łem na od­czep­nego, wgry­za­jąc się w ka­napkę.

- A tam. - Mach­nęła ręką, z któ­rej na pod­łogę po­sy­pało się kilka drob­nych sko­ru­pek. - Nie po­wiem, że­bym była za­chwy­cona, jak usły­sza­łam, że córka chce się wy­pro­wa­dzić. Ale co ona miała ro­bić u nas na wsi? Żad­nej pracy nie mo­gła zna­leźć. Do­ryw­czo sprzą­tała w ośrodku zdro­wia w mia­steczku nie­da­leko. Ale mu­siała do­jeż­dżać tam ro­we­rem, a zimą, jak za­sy­pie u nas drogi, to umarł w kap­ciach. Kilka lat temu na­wa­liło tyle śniegu, że przez dwa dni nie mo­głam wyjść z domu, do­piero są­sie­dzi mnie od­ko­pali!

- Sły­sza­łem, że na pół­nocy są nie­złe zimy. - Po­ki­wa­łem głową.

- Te­raz to była moja ostat­nia wi­zyta u córki tej je­sieni. Na­stępna do­piero wio­sną, jak pusz­czą mrozy. - Ko­bieta do­kład­nie obej­rzała ob­rane jajko, po czym z na­masz­cze­niem od­gry­zła ka­wa­łek. - Raz tylko się wy­bra­łam do niej w stycz­niu, kiedy była w za­awan­so­wa­nej ciąży i le­karz ka­zał jej le­żeć. No to tak za­sy­pało tory, że po­ciąg sta­nął i cze­ka­li­śmy w tych prze­klę­tych za­spach po­nad dobę, nim mógł ru­szyć!

Znów wyj­rza­łem przez okno. Ciemne chmury prze­sło­niły ho­ry­zont, jakby chciały zstą­pić na roz­le­głe łąki. Za­czął pa­dać deszcz. Wiel­kie kro­ple pły­nęły po­ziomo po brud­nej szy­bie. Zro­biło się chłodno, więc za­rzu­ci­łem na plecy kurtkę i pod­nio­słem koł­nierz. Po­trzą­sną­łem głową. Co ja, na wszyst­kich bo­gów, wy­pra­wiam i po jaką cho­lerę jadę do tej prze­klę­tej Bo­re­alii?!

- A ty, ko­cha­nieńki? - za­gad­nęła po­now­nie moja współ­pa­sa­żerka po chwili ci­szy. - Co cie­bie tu spro­wa­dza?

- Praca. - Wzru­szy­łem ra­mio­nami. - Po­przed­nią ro­botę mu­sia­łem zo­sta­wić i ja­koś tak...

Ko­bieta ze zro­zu­mie­niem po­ki­wała głową.

- Pew­nie cho­dziło o dziew­czynę, co? - Przy­ło­żyła pa­lec do wła­snego oka, jakby chciała dać mi do zro­zu­mie­nia, że wi­dzi, jak bar­dzo mam obitą gębę. Tak po praw­dzie to trudno by­łoby tego nie za­uwa­żyć. Ale na­le­żała się ko­bie­ci­nie odro­bina po­dziwu. Wszy­scy lu­dzie w po­ciągu od­wra­cali ode mnie wzrok i uda­wali, że nie ist­nieję. Zu­peł­nie jakby pod­bite oko było in­fek­cją, którą można bar­dzo ła­two zła­pać. No do­bra, w pew­nych krę­gach, w któ­rych się ob­ra­ca­łem, ta­kie rze­czy były bar­dzo "za­raź­liwe", ale prze­cież wy­glą­da­łem dziś ra­czej jak lump po nie­uda­nej bur­dzie w ba­rze, a nie śmier­telne za­gro­że­nie dla po­czci­wych pa­sa­że­rów tego po­jazdu, mkną­cego na pół­noc z pręd­ko­ścią ku­la­wej świni.

- Cóż - rzu­ci­łem, a w mo­jej gło­wie po­ja­wiła się cała hi­sto­ria, jak mo­gło wy­glą­dać moje do­tych­cza­sowe ży­cie. - Jej oj­ciec nie po­pie­rał na­szego związku - skła­ma­łem z lek­ko­ścią, ob­ra­ca­jąc na palcu złoty sy­gnet dzie­dzica z czar­nym ka­mie­niem. - Jej bra­cia rów­nież. A było ich pię­ciu. Ro­słych jak byki! Łap­ska mieli wiel­kie jak bochny chleba. - Po­ka­za­łem jej wła­sne dło­nie.

- Oj, chłop­cze, ty to chyba lu­bisz pchać się w kło­poty, co? - Ko­bieta uśmiech­nęła się po­błaż­li­wie.

- To kło­poty uwiel­biają mnie - spro­sto­wa­łem. - Ży­łem so­bie grzecz­nie, jak bo­go­wie przy­ka­zali, aż pew­nego dnia ją zo­ba­czy­łem. - Wes­tchną­łem z roz­ma­rze­niem na wspo­mnie­nie nie­ist­nie­ją­cej dziew­czyny. - Od tam­tego dnia moje ży­cie bar­dzo się skom­pli­ko­wało...

Za­czą­łem snuć zu­peł­nie zmy­śloną hi­sto­rię. Ale sam mu­szę przy­znać, że szło mi to na­prawdę do­brze, co zresztą było wi­dać po mi­nie współ­pa­sa­żerki. Ko­bie­cina na­chy­liła się w moją stronę, żeby le­piej sły­szeć, i cał­kiem za­po­mniała o nad­gry­zio­nym jajku, które trzy­mała w dłoni. Bę­dzie miała co opo­wia­dać ko­le­żan­kom na wsi w nad­cho­dzące zi­mowe wie­czory.

- No i te­raz sie­dzę so­bie w po­ciągu pę­dzą­cym do miej­sca naj­bar­dziej od­da­lo­nego od jej ojca i braci w po­szu­ki­wa­niu ro­boty - za­koń­czy­łem.

Ko­bie­cina przy­po­mniała so­bie o jajku, zja­dła je i oparła głowę o za­głó­wek.

- Cóż, serce po­trafi pro­wa­dzać nas bar­dzo krę­tymi ścież­kami - pod­su­mo­wała.

- I to jesz­cze jak - przy­tak­ną­łem. - A przy oka­zji we­pchnie nas w ba­gno, prze­cią­gnie po tłu­czo­nym szkle i gdy po­sta­no­wimy, że już ni­gdy wię­cej, za­pewni nam tę roz­rywkę od nowa, gdy na ho­ry­zon­cie po­jawi się ko­lejna ładna bu­zia.

- To jest to. - Ko­bieta zer­k­nęła na ze­wnątrz, gdzie po ho­ry­zont cią­gnęły się ta­kie same łąki jak przez ostat­nie sto ki­lo­me­trów. - Za­raz moja sta­cja - wes­tchnęła, po czym za­częła pa­ko­wać rze­czy do torby.

- Po­mogę pani - za­ofe­ro­wa­łem, kiedy ko­bie­cina za­częła się prze­py­chać z torbą przez ko­ry­tarz.

Wzią­łem od niej ba­gaż, a po­cią­giem szarp­nęło, gdy ma­szy­ni­sta za­czął ha­mo­wać. Koła za­zgrzy­tały na szy­nach, wresz­cie cały skład się za­trzy­mał. Przez chwilę mo­co­wa­łem się z drzwiami, po czym wy­sko­czy­łem na pe­ron. Za mną znaj­do­wał się nie­wielki bu­dy­nek z czer­wo­nej ce­gły. Ale tak samo jak na po­przed­nich sta­cjach był za­mknięty na głu­cho. Deszcz przy­brał na sile. Po­da­łem rękę mo­jej współ­pa­sa­żerce i po­mo­głem jej zejść po krzy­wych stop­niach.

- Po­wo­dze­nia, ko­cha­nieńki. - Po­kle­pała mnie po po­liczku. - Wszystko na pewno się ułoży. Je­steś młody, jesz­cze znaj­dziesz do­brą pracę i go­spo­darną żonę. Tylko może mniej uwagi zwra­caj na ładną bu­zię, a wię­cej na do­bry cha­rak­ter. - Pu­ściła do mnie oko.

- Za­pa­mię­tam. - Za­śmia­łem się i z po­wro­tem wsko­czy­łem do po­ciągu.

Roz­legł się gwiz­dek kon­duk­tor­ski, więc za­mkną­łem drzwi i wró­ci­łem do prze­działu. W ca­łym wa­go­nie by­łem już ostat­nim po­dróż­ni­kiem. Z głu­chym jęk­nię­ciem opa­dłem na nie­wy­godne sie­dze­nie. Tak bar­dzo chciał­bym, żeby hi­sto­ria o ucieczce przed wście­kłą ro­dziną pięk­nej dziew­czyny była praw­dziwa. Żeby moje ży­cie było na po­wrót ta­kie pro­ste, żeby nie za­le­żał ode mnie byt tylu osób, które, co naj­gor­sze, na mnie li­czyły i wie­rzyły, że Ma­xi­mus Opoka po­trafi wszystko. A ja by­łem prze­cież tylko cwa­niacz­kiem z mia­sta. Pie­przo­nym opor­tu­ni­stą, jak to kie­dyś okre­ślił mnie, zresztą cał­kiem traf­nie, za­rządca mo­jego cmen­ta­rza.

- To się po­ro­biło - wes­tchną­łem i opar­łem głowę o chłodną szybę.

Dwie go­dziny póź­niej kon­duk­tor zaj­rzał do mo­jego prze­działu i lekko zdzi­wiony, że jesz­cze ktoś tu zo­stał, oświad­czył, że po­ciąg koń­czy bieg. Do­tar­li­śmy do Bo­re­alii. Ma­lut­kiego, au­to­no­micz­nego ka­wałka ziemi, do któ­rego ab­so­lut­nie nikt nie chciał przy­jeż­dżać.

Wci­sną­łem do kie­szeni ka­wa­łek pa­pieru, w który była za­wi­nięta moja ka­napka, wzią­łem ostatni łyk wody i zdją­łem z półki torbę. Znów po­si­ło­wa­łem się z drzwiami i wy­sko­czy­łem z po­ciągu na pe­ron wy­ło­żony wy­szczer­bio­nymi pły­tami chod­ni­ko­wymi, po­mię­dzy któ­rymi rósł mech.

- I co? To już? - za­py­ta­łem sam sie­bie ze zdzi­wie­niem.

Ro­zej­rza­łem się wo­kół. Z jed­nej strony jak okiem się­gnąć tylko te prze­klęte łąki, a gdy zwró­ci­łem twarz ku pół­nocy, uj­rza­łem ciemne wzgó­rza po­ro­śnięte gę­stym la­sem. Sama sta­cja zaś to tylko je­den stary, za­nie­dbany pe­ron, na któ­rego środku stał słu­pek z kartką z roz­kła­dem jazdy. Po­ciąg przy­jeż­dżał tu tylko raz w ty­go­dniu. Na bocz­nym to­rze stał rząd za­rdze­wia­łych wa­go­nów trans­por­to­wych.

Usły­sza­łem me­ta­liczny dźwięk, gdy re­wi­dent ta­boru, czy jak się go tam zwało, za­czął ostu­ki­wać prę­tem koła po­ciągu.

- Prze­pra­szam, jak się do­stanę do Po­kosu? - Pod­sze­dłem do niego.

- Drogą pro­sto. - Mach­nął za sie­bie ręką. - Trzeba iść za słu­pami.

Zer­k­ną­łem na po­lną drogę nik­nącą w od­dali, wzdłuż któ­rej cią­gnęła się sta­ro­świecka li­nia elek­tryczna.

- Nie kur­sują tu żadne au­to­busy? - za­py­ta­łem z na­dzieją. - Bo o tak­sówce to na­wet nie będę wspo­mi­nał.

Re­wi­dent się ro­ze­śmiał.

- Pa­nie! Tam nic nie kur­suje! - Na­gle prze­stał się śmiać i przyj­rzał mi się uważ­nie. - Po co chcesz pan tam je­chać? Tam nikt nie jeź­dzi.

- To już moja sprawa - rzu­ci­łem.

Re­wi­dent od­wró­cił się i wzru­szył ra­mio­nami.

- Wa­riat - skwi­to­wał po ci­chu do sie­bie.

Przez ja­kiś czas pa­trzy­łem jesz­cze na od­cze­pioną od składu lo­ko­mo­tywę, która zje­chała na są­siedni tor, by póź­niej zo­stać pod­łą­czona do wa­go­nów z tyłu. To był praw­dziwy ko­niec świata. Tu­taj na­wet po­ciąg za­wra­cał.

Nie mia­łem więc in­nego wyj­ścia, jak tylko za­rzu­cić torbę na plecy i ru­szyć po­lną drogą w nie­znane. Cho­ciaż tyle do­brego, że prze­stał pa­dać deszcz. Wkrótce nie sły­sza­łem już dźwię­ków po­ciągu i oto­czyła mnie dziwna ci­sza prze­ry­wana je­dy­nie sze­le­stem traw. Niby po­dobne łąki ro­sły w oko­li­cach mo­jego dworku, ale te tu­taj zda­wały się bar­dziej dzi­kie. Mia­łem wra­że­nie, jakby coś się w nich kryło. Coś bar­dzo złego. Coś, co do­sko­nale wie­działo, że je­stem obcy i nie mam po­ko­jo­wych za­mia­rów. Tro­chę się na­słu­cha­łem o tym miej­scu i wie­dzia­łem, że nie jest przy­ja­zne, mimo to jak ostatni idiota pcha­łem się do sa­mego serca Zi­mo­wej Pusz­czy po­kry­wa­ją­cej nie­mal całą Bo­re­alię. Od­ru­chowo się­gną­łem do klatki pier­sio­wej, ale przez kurtkę le­d­wie mo­głem wy­czuć mo­netę wi­szącą na mo­jej szyi. Ten ka­wa­łek in­kru­sto­wa­nego złota był je­dyną pa­miątką po ro­dzi­cach, ale tym ra­zem na­wet on nie do­dał mi otu­chy.

Usły­sza­łem ha­łas po le­wej. Od­ru­chowo przy­ło­ży­łem rękę do bio­dra, ale nie wy­czu­łem tam ko­ją­cego chłodu sza­bli. Ma­la­ria. A nóż mia­łem w tor­bie. Przez chwilę na­słu­chi­wa­łem bez ru­chu, aż do­tarł do mnie krzy­kliwy skrzek. Od razu się roz­luź­ni­łem. To tylko prze­klęty ba­żant. Trawy się po­ru­szyły, kiedy spło­szony ptak ru­szył przez nie bie­giem, a ja uśmiech­ną­łem się pod no­sem. Jesz­cze cztery lata temu nie wie­dzia­łem, ani jak wy­gląda, ani jaki dźwięk wy­daje ba­żant. Na do­brą sprawę to na­wet nie mia­łem po­ję­cia o ist­nie­niu ta­kiego ptaka.

Słońce znik­nęło za ho­ry­zon­tem, sza­rówka za­lała bez­kre­sne łąki, a ja za­czą­łem się oba­wiać, czy idę w do­brym kie­runku. Niby spraw­dzi­łem so­bie to wszystko na ma­pie jesz­cze w domu i trzy­ma­łem się tych słu­pów, ale był ze mnie taki po­dróż­nik jak z ko­ziej dupy trąba, więc rów­nie do­brze nie­długo mo­gło się oka­zać, że tra­fię na ja­kieś ba­gni­ska, które po­żrą mnie żyw­cem. Jesz­cze cztery lata temu nikt by za mną na­wet nie za­pła­kał.

Znów za­częło pa­dać. Tym ra­zem była to lekka mżawka, którą jed­nak po­mimo braku ja­kiej­kol­wiek gwał­tow­no­ści ce­cho­wała wy­trwa­łość, przez co wkrótce prze­mo­kłem do su­chej nitki. A na do­da­tek śli­zga­łem się w bło­cie, które po­wstało na dro­dze. Na po­cie­sze­nie jed­nak w od­dali do­strze­głem świa­tła. Ode­tchną­łem z ulgą i przy­spie­szy­łem kroku. Ist­niała szansa, że już nie­długo będę się grzał przy ko­minku z kub­kiem go­rą­cej her­baty w dłoni. O ile zo­stanę ugosz­czony tak, jak my ugo­ści­li­by­śmy dzie­dzica in­nego cmen­ta­rza oso­bli­wo­ści. Czer­stwy chleb i ośli­zgłą szynkę trzy­ma­li­śmy prze­cież tylko na wy­pa­dek wi­zyty wszel­kich urzęd­ni­ków. Z pew­nym ża­lem po­my­śla­łem, że w La­wen­do­wym Dworku wszy­scy sie­dzą te­raz w kuchni i szy­kują się do ko­la­cji. Rę­ko­dajni opo­wia­dają spro­śne ka­wały, Alma pie­cze cia­sto, Irys plot­kuje o tym, co dzieje się we wsi, Ak­sel i pra­wie dwu­let­nia Ala ba­wią się z psami, a Da­lia pew­nie pra­cuje na pod­da­szu nad no­wym ob­ra­zem.

Nie są­dzi­łem, że tak szybko za­tę­sk­nię za do­mem.

Wkrótce moje buty sta­nęły na mo­krym bruku. Nie było tu żad­nych lamp, a cie­nie na ulicy roz­świe­tlała de­li­katna błę­kitna łuna bi­jąca z po­bli­skiego wzgó­rza. Wle­pi­łem spoj­rze­nie w las gó­ru­jący nad wsią. Moim cia­łem wstrzą­snął dreszcz. O w mordę, jak duży był tu­tej­szy cmen­tarz, skoro blask łez do­cie­rał aż tu?

Ro­zej­rza­łem się po nie­wiel­kiej wsi, ale przy ta­kiej po­go­dzie to wszy­scy chyba sie­dzieli w do­mach. Ni­g­dzie jak okiem się­gnąć nie do­strze­głem re­zy­den­cji dzie­dzica. Pew­nie znaj­do­wała się gdzieś da­lej. Po­py­tał­bym, ale na uli­cach nie było ży­wej du­szy. Ru­szy­łem przed sie­bie, aż do­tar­łem do spo­rego skweru oświe­tlo­nego słabo przez kilka lamp. Na sa­mym jego środku stała drew­niana kon­struk­cja przy­po­mi­na­jąca szu­bie­nicę, a w rogu znaj­do­wała się knajpa. To jest to. W ta­kim miej­scu za­się­gnę ję­zyka i ogarnę się przed spo­tka­niem ko­legi, a wła­ści­wie ko­le­żanki po fa­chu.

Zer­k­ną­łem na szyld przed­sta­wia­jący ja­kie­goś po­twora i le­d­wie czy­telną na­zwę baru: Lo­dowy Ba­stion, po czym pchną­łem cięż­kie drzwi. Po­czu­łem za­pach wil­goci i potu wy­mie­sza­nych ze smro­dem przy­pa­lo­nego mięsa. Na­wet świa­tło w tym przy­bytku zda­wało się ja­kieś ta­kie... brudne. Wszyst­kie oczy, a nie było ich zbyt wiele i je­śli wzrok mnie nie my­lił, to za­ło­żył­bym się, że była ich nie­pa­rzy­sta liczba, zwró­ciły się na mnie.

- Do­bry. - Unio­słem dłoń do kap­tura i zsu­ną­łem go z głowy.

Nikt nie od­po­wie­dział. Wpa­try­wali się tylko we mnie jak w za­mor­skie zwie­rzę.

Ru­szy­łem w stronę kon­tu­aru. Pod moim bu­tem pę­kła z trza­skiem sko­rupka od orze­cha. De­ski skrzy­piały przy każ­dym kroku w ci­szy, jaka za­pa­dła w ca­łym po­miesz­cze­niu. Gdy pierw­szy raz wsze­dłem do knajpy w Po­go­rze­li­skach, sta­łem się lo­kalną atrak­cją. Tym ra­zem zaś mia­łem wra­że­nie, jakby tu­bylcy wła­śnie się za­sta­na­wiali, czy ła­pać za dzidy, wy­nieść mnie na nich na skwer i tam ry­tu­al­nie za­mor­do­wać. Wszy­scy mó­wili, że Bo­re­alia jest dzika, że cy­wi­li­za­cja ni­gdy tu tak na­prawdę nie do­tarła. Co z tego, że mieli prąd, skoro nie obo­wią­zy­wały tu żadne prawa wy­zna­czone przez pań­stwo. Ale ja prze­cież pra­co­wa­łem nie­gdyś dla ka­sty. Ob­co­wa­nie z dzi­kimi i nie­okrze­sa­nymi ludźmi to dla mnie chleb po­wsze­dni.

Za ladą stał chudy, wy­soki bar­man z ły­siną na gło­wie i długą do pasa po­si­wiałą brodą. Miał na so­bie fla­ne­lową ko­szulę w kratę. Obej­rza­łem się za sie­bie. Co drugi klient baru był ubrany iden­tycz­nie, zu­peł­nie jakby za­ma­wiali z Ha­ta­rii całą belę fla­neli i szyli te ko­szule spod jed­nej sztancy dla każ­dego oby­wa­tela Po­kosu.

- Coś roz­grze­wa­ją­cego po­pro­szę. - Usia­dłem na wą­skim stołku.

Zda­wało się, jakby bar­man w ogóle mnie nie wi­dział. Wy­cią­gnął z kie­szonki na piersi drew­niany grze­bień i za­czął roz­cze­sy­wać nim długą brodę, po­ło­ży­łem więc na stole dwie krypty, a on przyj­rzał się im, jakby mo­gły go ugryźć.

- Nie wi­dzisz, że czło­wiek jest zmę­czony, prze­mo­czony i zmar­z­nięty?! - usły­sza­łem za ple­cami.

Ob­ró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem wiel­kiego ko­le­sia z czarną prze­pa­ską na oku. Le­d­wie się po­wstrzy­ma­łem, żeby nie spoj­rzeć w dół w po­szu­ki­wa­niu drew­nia­nej nogi albo cho­ciaż haka za­miast ręki.

Bar­man osten­ta­cyj­nie wy­cią­gnął z grze­bie­nia kilka gru­bych, po­fa­lo­wa­nych wło­sów i po pro­stu upu­ścił je na pod­łogę, po czym zę­bami wy­cią­gnął ze szkla­nej bu­telki ko­rek i na­lał do kie­liszka prze­źro­czy­stego płynu o błę­kit­nej po­świa­cie. A więc to prawda, że łez mieli tu pod do­stat­kiem, skoro po­le­wali je na­wet w tak pod­rzęd­nej knaj­pie. Try­biki w mo­jej gło­wie za­częły pra­co­wać na wyż­szych ob­ro­tach. Mój były szef, Dio­ge­nes, byłby za­chwy­cony, gdyby mógł mnie tu wy­słać na prze­szpiegi. Po­noć wszystko, co uzbie­rali tu na pół­nocy, sprze­da­wali pań­stwu na leki i inne ta­kie. Ale prze­cież za­wsze znaj­dzie się ktoś, z kim można się do­ga­dać... Przed oczami po­ja­wiła mi się wi­zja do­cho­do­wego i bar­dzo nie­le­gal­nego in­te­resu.

Wy­pi­łem za­war­tość kie­liszka jed­nym hau­stem i zro­bi­łem wszystko, żeby nie dać po so­bie po­znać, że to dzia­do­stwo wła­śnie wy­pala mi dziurę w prze­łyku.

- Swój chłop! - Osi­łek klep­nął mnie w ło­patkę, a ja omal nie wy­plu­łem wła­snych płuc. - Fa­bian, na drugą nóżkę! - po­le­cił bar­ma­nowi.

Ude­rzy­łem się pię­ścią w klatkę pier­siową i od­zy­ska­łem dech, a mój nowy ko­lega wci­snął mi w rękę na­peł­niony kie­li­szek.

Wy­chy­li­łem go, a oczy mi się za­szkliły. Pra­co­wa­łem dla ka­sty, by­łem ku­rie­rem i prze­wo­zi­łem złoto, pie­nią­dze oraz łzy. Te zbie­rane nie­le­gal­nie na cmen­ta­rzach. Ale sam ni­gdy ich nie bra­łem. Były za dro­gie, no i otę­piały umysł.

- Bordo je­stem - przed­sta­wił się osi­łek i zmiaż­dżył mi rękę w swoim wiel­kim łap­sku.

- Max. - Na­wet udało mi się nie jęk­nąć z bólu.

Bar­man znów chciał mi po­lać, ale od­su­ną­łem od niego kie­li­szek.

- Do­stanę ja­kie­goś grzańca? - za­py­ta­łem bez więk­szych na­dziei.

- Za­jąc! - wrza­snął bar­man.

W drzwiach od kuchni po­ja­wiła się głowa brzyd­kiego jak noc chło­paka z za­ję­czą wargą.

- Pod­grzej panu wina! - po­le­cił Fa­bian, jak­bym tym jed­nym py­ta­niem ob­ra­ził cały jego przy­by­tek, żonę i ro­dzinę pięć po­ko­leń wstecz.

Chło­pak ski­nął głową i znik­nął w kuchni.

- Usiądźmy przy sto­liku. - Bordo klep­nął mnie za­chę­ca­jąco w ra­mię.

Ru­szy­łem za nim i nie umknęło mo­jej uwa­dze, że wszy­scy scho­dzili mu z drogi. Lu­dzie pod­kur­czali nogi i prze­su­wali się z krze­słami, żeby tylko miał przej­ście. Chyba mia­łem do czy­nie­nia z kimś po­kroju Edwina, ru­dego syna ma­ry­na­rza z Po­go­rze­lisk, który uwiel­biał wsz­czy­nać burdy w knaj­pie.

Bordo usiadł i brodą wska­zał mi krze­sło po dru­giej stro­nie sto­lika.

- Co cię spro­wa­dza w na­sze piękne oko­lice? - za­py­tał przy­jaź­nie, co od razu za­pa­liło ostrze­gaw­czą lampkę w mo­jej gło­wie.

Gdy wszy­scy pa­trzą na cie­bie z co naj­mniej lekką wro­go­ścią, je­dyna osoba oka­zu­jąca sym­pa­tię po­winna wzbu­dzić twoje po­dej­rze­nia.

- Mam tu pe­wien in­te­res - od­par­łem ogól­ni­kowo.

Bordo wy­buchł śmie­chem. Kilka osób mu za­wtó­ro­wało.

- In­te­res?! Tu­taj?!

Do Zi­mo­wej Pusz­czy nikt nie przy­jeż­dżał. Lu­dzie ra­czej my­śleli, jak się stąd wy­do­stać. Ale z tego, czego się wcze­śniej do­wie­dzia­łem, miej­sce to ofe­ro­wało schro­nie­nie oso­bom ucie­ka­ją­cym od... Od wszyst­kiego: od ży­cia, śmierci, od żony, męża, ko­chanki lub li­chwia­rza.

Po kilku mi­nu­tach chło­pak z za­ję­czą wargą przy­niósł mi ku­bek z nie­mal wrzą­cym wi­nem. Ni­czym roz­bit­ko­wie na oce­anie pły­wały w nim trzy goź­dziki. W su­mie nie było źle. Nie są­dzi­łem, że na tym za­du­piu będą wie­dzieli, że do grza­nego wina wrzuca się ja­kie­kol­wiek przy­prawy.

- Dzięki. - Ski­ną­łem głową chło­pa­kowi, a jego usta roz­cią­gnęły się w uśmie­chu. Przez roz­sz­cze­pioną górną wargę dało się zo­ba­czyć nie tylko zęby, ale i dzią­sła.

Naj­wy­raź­niej za­chę­cony mi­łym sło­wem, stał tak nade mną z głup­ko­wa­tym uśmie­chem. Upi­łem łyk wina, pa­rząc so­bie przy oka­zji ję­zyk. Wy­ją­łem z ust goź­dzik star­szy chyba niż ja.

- Do­bre - skła­ma­łem, a Za­jąc nie­mal w pod­sko­kach wró­cił do kuchni.

Bie­dak mu­siał mieć tu nie­ła­twe ży­cie. W Ha­ta­rii ta­kie wady się ope­ro­wało.

Upi­łem ko­lejny łyk i dys­kret­nie ro­zej­rza­łem się po ba­rze. Chciał­bym po­wie­dzieć, że knajpa pa­mię­tała lep­sze czasy, ale ona chyba ni­gdy ta­kich nie miała. Wszyst­kie sprzęty, które się tu znaj­do­wały, li­czyły co naj­mniej kil­ka­na­ście, a może na­wet kil­ka­dzie­siąt lat. Klienci spra­wiali wra­że­nie sta­rych by­wal­ców - kil­ku­na­stu pod­sta­rza­łych fa­ce­tów, któ­rzy ukry­wali się tu przed wła­snymi żo­nami, dziećmi i wszel­kimi obo­wiąz­kami.

Cho­ciaż rzutki mają - po­my­śla­łem, pa­trząc na star­szego ko­le­sia tłu­ma­czą­cego młod­szym chło­pa­kom swoją tech­nikę. Lu­bi­łem rzutki, mia­łem do­brego cela i cza­sem wy­star­czyło wy­grać, a czę­ściej prze­grać, żeby zdo­być no­wych ko­le­gów.

Se­kundę póź­niej jed­nak przyj­rza­łem się ich tar­czy, która spra­wiła, że cały mój plan na pierw­szy dzień w Po­ko­sie ru­nął w gru­zach. Tar­cza była wielka na pół ściany, a na niej znaj­do­wały się wy­pi­sane imiona i na­zwi­ska. Obok zaś była po­wie­szona roz­pi­ska, które na­zwi­sko ile jest warte. Gla­rius Mu­er­ton pla­so­wał się w pierw­szej trójce. Jego syn, Mort Mu­er­ton, był w pierw­szej dzie­siątce.

Cho­lera ja­sna! Dla­czego oni ce­lo­wali w mo­ich przod­ków?! Byli tam jesz­cze Sa­lo­mon, Ka­li­ste­ron i kilka na­zwisk, któ­rych nie zna­łem. Czyli nie przy­cze­pili się tylko do mo­jego cmen­ta­rza, ale po­zwolę so­bie stwier­dzić, że do wszyst­kich cmen­ta­rzy oso­bli­wo­ści w kraju, o któ­rych wie­dzieli. A to już bar­dzo wiele po­wie­działo mi o lo­kal­nej spo­łecz­no­ści. Na pewno nie przed­sta­wię się im jako Ma­xi­mus Opoka, trzy­na­sty dzie­dzic cmen­ta­rza oso­bli­wo­ści Gla­riusa Mu­er­tona. Dys­kret­nie ścią­gną­łem z palca sy­gnet i wsu­ną­łem go do kie­szeni. Przez chwilę za­sta­na­wia­łem się, co zro­bić z mo­netą na szyi, ale osta­tecz­nie ją zo­sta­wi­łem. Zresztą i tak była ukryta pod ko­szulą.

- Gdzie znajdę Li­vię Fu­ego? - za­gad­ną­łem Borda.

- A po co ci ona? - zdzi­wił się.

- Szu­kam ro­boty - wy­ja­śni­łem krótko.

- Tu­taj nie ma żad­nej ro­boty. No, chyba że chcesz po­ma­gać Fa­bia­nowi w knaj­pie. - Bordo zer­k­nął na znu­dzo­nego chu­dego bar­mana. - Za­jąc nie bę­dzie dużą kon­ku­ren­cją. Naj­wy­żej wy­walą go na zbity pysk.

- Nie chcę pra­co­wać w knaj­pie. - Po­krę­ci­łem głową. - Spe­cja­li­zuję się w in­nej... dzie­dzi­nie.

Ko­lega zmie­rzył mnie od stóp do głów, a w jego oczach na­tych­miast po­ja­wiła się ocena. I nie była zbyt wy­soka. Za­wsze wku­rzało mnie, że wielcy fa­ceci pa­trzą na in­nych przez pry­zmat wzro­stu i ob­wodu w bi­cep­sie. Na pewno ustę­po­wa­łem mu siłą, ale by­łem od niego szyb­szy i spryt­niej­szy, a je­śli cho­dzi o in­te­li­gen­cję, to wy­gry­wa­łem w przed­bie­gach. Ale nie, tępa siła dla ta­kich lu­dzi jest w ży­ciu je­dyną war­to­ścią.

- W pierw­szej chwili wy­glą­da­łeś mi na mą­drego ko­le­sia - oce­nił Bordo. - Ale chyba jed­nak nie je­steś taki mą­dry, skoro chcesz pra­co­wać na cmen­ta­rzu.

Za­tkało mnie. Czyli był bar­dziej do­myślny, niż wska­zy­wał na to jego wy­gląd.

- Je­steś rę­ko­daj­nym? - za­py­ta­łem.

- Rę­koco?

- Pra­cu­jesz na cmen­ta­rzu? - chcia­łem się upew­nić.

- A, ta, je­stem sier­pem - przy­znał.

Po­woli po­ki­wa­łem głową.

- Ale sze­fowa nie szuka lu­dzi - stwier­dził. - Ze wszyst­kim da­jemy so­bie radę.

- Li­czę, że jak ze mną po­roz­ma­wia, to zmieni zda­nie - za­pew­ni­łem. - Mam pewne do­świad­cze­nie...

Bordo wy­buchł śmie­chem.

- Na pewno. - Po­kle­pał mnie pro­tek­cjo­nal­nie po ło­patce.

- Ja mó­wię se­rio - rzu­ci­łem znu­żo­nym to­nem.

By­łem zmę­czony, na­dal prze­mo­czony od desz­czu, a grzane wino sma­ko­wało po­de­szwą. Już na­wet nie wspo­mnę o tym, że po ostat­nich ty­go­dniach moje nerwy stały się na­pięte jak po­stronki. Nie bę­dzie ja­kiś ba­rowy idiota trak­to­wał mnie w ten spo­sób!

Bordo przyj­rzał mi się uważ­nie.

- Na­prawdę? - zdzi­wił się. - No do­bra, jak chcesz, to po­ga­dam z sze­fową - rzu­cił ugo­dowo. - Ale ni­czego nie gwa­ran­tuję.

- I tyle mi wy­star­czy. - Ski­ną­łem głową, po czym wy­chy­li­łem ostatni łyk pa­skud­nego wina. - A te­raz mi po­wiedz, czy jest szansa na to, że bar­man ma do wy­na­ję­cia ja­kiś po­kój.

- Da się za­ła­twić. - Bordo wy­szcze­rzył zęby.

Pół go­dziny póź­niej moje mo­kre ciu­chy su­szyły się przy piecu, a ja le­ża­łem na w miarę mięk­kim i tylko tro­chę za­ple­śnia­łym łóżku, za które Fa­bian za­ży­czył so­bie kro­cie. Sy­gnet dzie­dzica tkwił w ukry­tej kie­szonce torby. Za ścianą sły­sza­łem co ja­kiś czas ci­che mu­cze­nie. Jedna z krów sys­te­ma­tycz­nie stu­kała ko­py­tem w żłób chyba tylko po to, żeby spraw­dzić, czy nie znik­nął w ma­giczny spo­sób.

Prze­tar­łem dłońmi twarz. Ni­gdy nie pla­no­wa­łem się tu zna­leźć. Ni­gdy już nie za­mie­rza­łem opu­ścić mo­jego domu w La­wen­do­wym Dworku. A jed­nak ży­cie znów spła­tało mi fi­gla i śmiało mi się pro­sto w twarz.

Za­mkną­łem oczy, po raz nie wiem który za­sta­na­wia­jąc się, czy mo­głem tego unik­nąć. Czy gdy­bym zro­bił co­kol­wiek ina­czej, przy­szłość też by­łaby inna? Czy mimo wszystko i tak wy­lą­do­wał­bym tu­taj, na tym końcu świata?

Wspo­mnia­łem tamto po­po­łu­dnie, kiedy roz­le­gło się wa­le­nie w drzwi dworku.

Otwo­rzy­łem tylko dla­tego, że aku­rat prze­cho­dzi­łem przez hall. Na progu stała blada Ofe­lia. Jej gę­ste kasz­ta­nowe włosy znaj­do­wały się w to­tal­nej roz­sypce, na po­liczki wy­stą­piły ru­mieńce, a oku­lary za­szły mgłą, gdy tylko we­szła do środka.

- Mój szef tu je­dzie - rzu­ciła, a mnie włos na gło­wie sta­nął dęba.

Jej szef, mi­ni­ster kul­tury. Po­noć wredny i cze­pliwy fa­cet.

- Mu­simy coś z tym zro­bić! - Za­częła cho­dzić w kółko po prze­stron­nym hallu. - A może uda się go po­wstrzy­mać? - Spoj­rzała na mnie. - Nie, usi­ło­wa­łam od­wieść go od tego po­my­słu i nic to nie dało. A może roz­sy­pać coś na dro­dze, żeby prze­bić opony jego sa­mo­chodu? A może...

- Ofe­lio, spo­koj­nie. - Zła­pa­łem ją za ra­miona. - Prze­cież nie może być aż tak źle.

- Nie może być źle? - po­wtó­rzyła głu­cho. - Nie może być źle?! Masz ra­cję. To tra­ge­dia! Ty go nie znasz! On po­trafi przy­cze­pić się do wszyst­kiego! Przej­rzy wa­sze księgi ra­chun­kowe i je­śli choć raz ku­charka wy­nio­sła z kuchni cia­sto dla swo­jej ro­dziny, on się o tym do­wie!

Po­słała mi prze­stra­szone spoj­rze­nie. Nie wiem, ile wie­działa, a ile się do­my­ślała, ale je­śli jej szef był choć w po­ło­wie tak in­te­li­gentny jak ona, to do­wie się wszyst­kiego, po­cząw­szy od prze­krę­tów Aster. Prze­cież na­dal ku­po­wa­li­śmy siano dla nie­ist­nie­ją­cych koni! A wio­sną we­te­ry­narz "po­brał" opłatę za za­szcze­pie­nie ośmiu psów! I co, bę­dziemy mu wci­skać, że cztery z na­szych psów po­żarły ko­nie, po czym same zmarły na roz­strój żo­łądka?!

- Ale czego on od nas chce? I dla­czego się nie za­po­wie­dział? - za­py­ta­łem z pewną urazą.

- Bo lubi ro­bić ta­kie nie­spo­dzianki! - Ofe­lia znów za­częła krą­żyć po hallu. - A bę­dzie chciał wie­dzieć wszystko o cmen­ta­rzu! Wiesz, dla­czego zo­sta­wił mnie na sta­no­wi­sku asy­stentki mi­ni­stra kul­tury po odej­ściu swo­jego po­przed­nika? Bo po­wie­dzia­łam mu o te­ma­cie mo­jej dy­ser­ta­cji! Tylko dla­tego! Poza tym na pewno ma już haka na każ­dego z was!

- Kiedy tu bę­dzie? - za­py­ta­łem kon­kret­nie.

Za­czą­łem w my­ślach ukła­dać plan, co po­win­ni­śmy zro­bić. Ku­pić te prze­klęte ko­nie, ukryć księgi ra­chun­kowe i na­sze nie­le­gal­nie zdo­byte od ka­sty auto... Da się ogar­nąć.

- Ju­tro - po­wie­działa gro­bo­wym to­nem Ofe­lia, za­trzy­mu­jąc się na sa­mym środku hallu.

- No to je­ste­śmy w czar­nej du­pie - stwier­dzi­łem.

Te­raz zaś, dwa ty­go­dnie póź­niej, le­ża­łem na cuch­ną­cym łóżku w przy­bu­dówce obok Lo­do­wego Ba­stionu, wsłu­chu­jąc się w mu­cze­nie krów, a moje ży­cie wcale nie ma­lo­wało się w ja­snych bar­wach.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki