Wprowadzenie
Dopóki nie zabito Usamy Ibn Ladina, nie
poświęcałem wiele uwagi umysłom zwierząt.
Moje zainteresowanie wzbudził nie Ibn Ladin, lecz Cairo, pies biorący
udział w tej misji. Cairo był psem wojskowym i umiał robić niezwykłe
rzeczy, na przykład skakać z helikoptera. Jego wysoka odporność
psychiczna na hałaśliwe i chaotyczne otoczenie podsunęła mi myśl, która
dzisiaj wydaje się tak oczywista, że aż dziwne, iż nikt nie wpadł
wcześniej na ten pomysł. Jeśli psa można wyszkolić do skoków ze
śmigłowca, to z pewnością można go również nauczyć wchodzenia do skanera
MRI. A do czego mi to było potrzebne? Oczywiście do tego, żeby
dowiedzieć się, jak psy myślą.
To było nieoczekiwane olśnienie. Pracowałem naukowo od trzydziestu lat,
najpierw zdobywając kwalifikacje bioinżyniera, potem zostałem lekarzem,
w końcu wyspecjalizowałem się w badaniu mechanizmów podejmowania decyzji
za pomocą obrazowania metodą rezonansu magnetycznego (MRI) ludzkiego
mózgu. Mój ulubiony pies - mops imieniem Newton - zmarł rok wcześniej i wciąż gdzieś z tyłu głowy krążyły mi wątpliwości dotyczące relacji
między ludźmi a psami. Czy Newton kochał mnie w taki sam sposób jak ja
jego? Czy też były to tylko pozory, niewinne kłamstewko psa, który
starał się być miły i posłuszny w zamian za schronienie i pokarm?
Na miejsce Newtona wzięliśmy suczkę, szczupłego czarnego mieszańca
teriera, którą nazwaliśmy Callie. Zarówno pod względem wyglądu, jak i sposobu bycia stanowiła przeciwieństwo mopsa. Stale spięta i nerwowa,
rzucała się na drugiego domowego psa, uroczego golden retrievera, który
zupełnie się nie bronił. Ale obok zadziorności Callie miała cechę,
jakiej nie dostrzegłem u żadnego innego mojego psa - ciekawość.
Uwielbiała uczyć się czegoś nowego. Zwykłe psie sztuczki były dla niej
błahostką i wkrótce odkryła w naszym życiu domowym różne interesujące
sprawy. Nauczyła się na przykład, jak działają klamki u drzwi. Dzięki
temu nie musiała czekać na ludzi, żeby dostać się do spiżarni. Callie
zorientowała się, że jeśli stanie na tylnych łapach, przednimi będzie
mogła pociągnąć klamkę w dół i popchnąć drzwi do przodu. Robiła to tak
sprawnie, jakby była kapucynką o przeciwstawnych kciukach. Za tę
umiejętność niestety drogo zapłaciła, lądując na pogotowiu
weterynaryjnym z żołądkiem wypełnionym do oporu nie wiadomo czym.
Musiałem znaleźć Callie jakieś zajęcie. Czy nie można użyć jej talentów
do czegoś bardziej produktywnego niż sprytne poszukiwanie sposobów na
podwędzenie jedzenia? Na przykład wyszkolić ją tak, żeby dobrowolnie
wchodziła do aparatu MRI i pozwalała mi zobaczyć, co dzieje się w jej
mózgu?
Poprosiłem o pomoc Marka Spivaka, który prowadził miejscową szkołę dla
psów Comprehensive Pet Therapy. Mark chętnie zaangażował się w moje
przedsięwzięcie i zaczęliśmy w najdrobniejszych szczegółach opracowywać
plan takiego wyszkolenia Callie, aby umiała pozostać bez ruchu w rurze
skanera MRI na tyle długo, żebyśmy zbadali pracę jej mózgu. Badanie pod
narkozą było wykluczone z dwóch powodów. Callie powinna być w pełni
rozbudzona, żebyśmy mogli stwierdzić, jak jej mózg reaguje na bodźce:
zapachy, dźwięki, a przede wszystkim na kontakt z właścicielem - czyli
mną. A ponieważ mieliśmy zamiar traktować ją tak samo, jak
traktowalibyśmy człowieka biorącego udział w badaniach MRI, powinna też
móc wyjść ze skanera, jeśli tylko zechce. Podobnie jak w wypadku ludzi,
psi uczestnik eksperymentu miał być ochotnikiem. Oznaczało to, że nie
może być żadnego przymusu.
Zmajstrowałem symulator urządzenia MRI, który umieściłem w naszym
salonie. Skonstruowaliśmy też namiastkę cewki odbiorczej, która
wychwytuje w skanerze sygnały z mózgu, i szybko nauczyliśmy Callie
wsuwać się do niej. Chociaż odbywało się to metodą prób i błędów i nabiliśmy sobie po drodze sporo guzów, okazało się, że nie jest to takie
trudne, jak początkowo sądziliśmy. Po zaledwie kilku miesiącach
szkolenia Callie awansowała z pozycji zdeklasowanego psa ze schroniska
na pozycję pierwszego w historii psa, który bez żadnego przymusu i bez
usypiania pozwala skanować swój mózg.
Zachęceni tym powodzeniem zwróciliśmy się do okolicznych właścicieli
psów z apelem o przyłączenie się do naszych przełomowych badań nad
tajemnicami psiego mózgu. Ku naszemu zaskoczeniu nie mogliśmy opędzić
się od chętnych. Było ich tak wielu, że musieliśmy z Markiem opracować
specjalną procedurę wstępną pozwalającą stwierdzić, które zwierzęta będą
najlepiej nadawały się do naszych celów. W ciągu roku od pierwszego
skanowania Callie nasz zespół powiększył się o blisko dwadzieścia psów.
Żeby zadowolić całą grupę, prowadziliśmy prace z MRI w każde sobotnie
popołudnie, w dwóch grupach, na przemian z Zespołem A i Kompanią Bravo.
Zaczęliśmy od bardzo prostych doświadczeń, żeby zobaczyć, jak mózgi psów
reagują na ruchy rąk zapowiadające otrzymanie kąska. Wiedzieliśmy już,
że u ludzi bliskość czegoś przyjemnego, na przykład jedzenia, pieniędzy
czy muzyki, wywołuje reakcję jednej ze struktur mózgowych, tak zwanego
jądra ogoniastego. Kiedy więc stwierdziliśmy, że u psów jądro ogoniaste
reaguje podobnie w odpowiedzi na gesty sygnalizujące poczęstunek,
zrozumieliśmy, że zbliżamy się do czegoś ważnego1. Psy traktowały te zabiegi jako coś naturalnego,
po prostu jeszcze jedną zabawę ze swoimi właścicielami. Ich mózgi w oczekiwaniu na przyjemność zachowywały się bardzo podobnie do ludzkich.
W miarę jak przywykały do aparatu MRI, mogliśmy proponować im bardziej
złożone zadania. Kiedy podsuwaliśmy im zapachy ludzi i innych zwierząt,
odkryliśmy, że reakcja ośrodka nagrody pojawia się w ich mózgach tylko
pod wpływem zapachu osób, z którymi razem mieszkają, ale nie zapachu
innych psów. Ponieważ zapachy te nie były bezpośrednio związane z pokarmem, był to pierwszy twardy dowód, że pies może żywić do bliskich
sobie ludzi coś w rodzaju miłości.
Projekt Pies wkrótce wypełnił całe moje życie, przesłaniając
laboratoryjne badania na ludziach. Ponieważ mógł wpłynąć na usprawnienie
szkolenia psów wojskowych, Biuro Badań Marynarki wsparło nas finansowo,
dzięki czemu zwiększyliśmy liczbę psów biorących udział w badaniach, a także rozbudowaliśmy zakres zadań wykonywanych przez nie w skanerze.
Było to po prostu zajmujące, ale ponadto miałem poczucie, że jesteśmy o krok od nowego wglądu w umysły naszych najlepszych przyjaciół.
Dowiadując się coraz więcej o psim mózgu,
zacząłem dochodzić do przekonania, że na najgłębszym poziomie mamy z psami wiele wspólnego. U jednego i drugiego gatunku można znaleźć te
same podstawowe struktury odpowiedzialne za emocje. Poza kwestią emocji
pojawiło się jednak także poważniejsze pytanie, które wygodniej mi było
ignorować w pierwszej fazie Projektu Pies.
Wypłynęło ono podczas konferencji poświęconej tematyce wegańskiej.
Miałem wątpliwości, czy przyjąć zaproszenie do wystąpienia na tej
konferencji, ponieważ sam nie jestem weganinem, ale organizatorzy
zapewnili mnie, że chcą po prostu usłyszeć, czego dowiedzieliśmy się o umysłowości psów, i że nie będzie mowy o osobistych nawykach
żywieniowych. Tak to było planowane, ale wyszło inaczej. Po mojej
prelekcji poświęconej Projektowi Pies inny prelegent zarzucił mi
"gatunkizm"1, ponieważ nadaję psom szczególny status,
posuwając się nawet do karmienia ich ciałami innych zwierząt w postaci
hot dogów. To było bardzo niemiłe i poczułem się oszukany przez
organizatorów imprezy.
Czy jestem gatunkistą? Pewnie tak.
Czy to źle? Nie wiem.
W czwartym roku badań nie dało się zaprzeczyć, że nasza praca
doprowadziła do postawienia poważnego pytania. Skoro mamy dowody, że psy
doznają emocji w podobny sposób jak człowiek, to jak to jest z innymi
gatunkami zwierząt?
Ludzie zaczęli dopytywać się, czy nie dałoby się wyszkolić do udziału w doświadczeniach z MRI także kotów, a niekiedy mówili nawet o tresowaniu
w tym celu świń. Wiedziałem, że to mało prawdopodobne, a skanowanie
zwierzęcia będącego pod wpływem środków uspokajających byłoby niezbyt
etyczne i można wątpić, czy dostarczyłoby wartościowej informacji o jego
funkcjach poznawczych. Zabrnąłem w ślepy zaułek: badanie w ten sposób
innych zwierząt wydawało mi się czystą fantastyką.
Zwrot akcji nastąpił, gdy w naszym laboratorium pojawił się Peter Cook.
Przeniósł się do nas z Santa Cruz w Kalifornii, gdzie obronił pracę
doktorską na temat pamięci lwów morskich. Jego pasją było dociekanie,
jak działają umysły zwierząt, zwłaszcza w ich naturalnym środowisku. W Kalifornii morze wyrzucało na brzeg wiele lwów morskich. Niektóre z nich
można było rehabilitować, ale inne odnosiły tak poważne urazy, że trzeba
je było usypiać. Peter załatwił nam dostęp do ich mózgów. Nigdy nie
przypuszczałem, że będę się zajmował skanowaniem martwych mózgów, i byłem zaskoczony, jak wiele dowiedzieliśmy się w ten sposób o ich
dawnych właścicielach. Przyjemnie myśleć, że nawet po śmierci mogą nam
powiedzieć coś o rzeczywistości, w której żyły. Lwy morskie to był
dopiero początek. Z użyciem najnowszej techniki MRI zaczęliśmy
przełamywać kolejne granice tego, co można skanować. Inne zwierzęta.
Okazy zdjęte z półek muzealnych. A nawet mózgi gatunków uchodzących za
wymarłe.
Co takiego mamy w mózgach, co czyni nas
ludźmi, albo co muszą mieć w mózgach psy, żeby były psami? Przez wieki
anatomowie skupiali się na rozmiarach. Większy mózg oznaczał większy
"majątek" neuronowy, a milczące założenie brzmiało, że większe jest
lepsze. Zasadę tę stosowano do mózgu jako całości, czyli większy mózg
kojarzono z wyższą inteligencją. Ale stosowano ją również do części
mózgu - uważano, że rozmiary poszczególnych struktur świadczą o ważności
funkcji, jaką pełni dana struktura. Jest w tym trochę prawdy. Psy mają
wielką opuszkę węchową, co wskazuje na kluczową rolę zapachów w psim
świecie.
Ale sam rozmiar nie tłumaczy działania mózgu. Naprawdę liczy się to, w jaki sposób różne części mózgu są ze sobą powiązane. Tak narodziła się
nowa dziedzina badań: konektomika2. Postęp techniki MRI
pozwolił na badanie najdrobniejszych szczegółów w schemacie połączeń
ludzkiego mózgu. Gdybym ja lub ktokolwiek inny miał kiedyś w pełni
zrozumieć umysłowość zwierzęcia, to źródłem zrozumienia byłaby analiza
tych połączeń i sposobu koordynacji ich aktywności. To w nich rodzi się
subiektywne doświadczanie, w tym także emocje.
Nastały dobre czasy dla neuronauki, a Projekt Pies dopiero się zaczynał.
Im głębiej wchodziłem w mózg psa, tym silniejsze stawało się pragnienie
zbadania innych zwierząt. Gdybyśmy zrozumieli ich wewnętrzne doznania,
to może lepiej byśmy się z nimi porozumiewali. Jak by to było, gdyby
pies mógł powiedzieć nam dokładnie, co czuje? Jaką opinię mogłaby
wyrazić świnia na temat rzeźni? Co myślą wieloryby o zamieszaniu, które
wywołują w oceanach statki i okręty podwodne? Nieuchronnym rezultatem
tych badań byłoby nie tylko uświadomienie sobie przez ludzi, że
wewnętrzny świat zwierząt jest o wiele bogatszy, niż sobie wyobrażali,
lecz także konieczność zrewidowania sposobu, w jaki je traktujemy.
Niniejsza książka mówi o mózgach zwierząt oraz o ich umysłowości, która
jest pochodną budowy mózgu. Naukowcy nazywają ten kierunek badań
neurobiologią porównawczą. Cała neuronauka jest do pewnego stopnia
dyscypliną porównawczą, ale mało który z jej przedstawicieli sięga
głębiej i stawia sobie pytanie, dlaczego mózgi zwierząt są ukształtowane
w taki, a nie inny sposób oraz jak to się ma do ich psychicznych
doświadczeń. To trudne pytania. Sięgają do samego sedna tego, co czyni
nas ludźmi, i prowadzą do kłopotliwej dla nas hipotezy, iż być może nie
odbiegamy aż tak daleko od wielu innych istot, z którymi dzielimy naszą
planetę.
Układ książki odpowiada z grubsza kolejności, w jakiej przechodziłem
kolejno od ludzi do psów, a od psów do innych zwierząt, ale podobieństwo
mózgów jest osnową wiążącą wszystkie te przygody w całość. Raz po raz
odkrywałem u zwierząt struktury mózgowe wyglądające tak samo i podobnie
zorganizowane jak odpowiednie struktury naszych własnych mózgów. I części te nie tylko były podobne, ale również w ten sam sposób działały.
Zależność pomiędzy budową mózgu a jego funkcjami poznawczymi jest
skomplikowana i często zależy od koordynacji pracy różnych jego
obszarów. Do niedawna sporządzenie szczegółowego opisu sieci połączeń w mózgu było zadaniem niewykonalnym. Ale to się w ciągu paru ostatnich lat
zmieniło. Postęp techniczny w dziedzinie obrazowania układu nerwowego i nowe oprogramowanie analizujące sieć połączeń mózgu poszerzyły wgląd w działanie naszych umysłów, a zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by te
same narzędzia zastosować do mózgów zwierząt.
Nowa technika badawcza otwiera również drogę prowadzącą do zrozumienia
subiektywnych doświadczeń zwierząt. Jeśli relacja między strukturą i jej
funkcją w mózgu zwierzęcia przypomina analogiczną relację w mózgu
człowieka, to prawdopodobnie zwierzę może doznawać podobnych
subiektywnych doświadczeń jak my. Wierzę, że w ten sposób w końcu
zrozumiemy, jak to jest być psem czy kotem, a potencjalnie - dowolnym
innym zwierzęciem.
Część rozdziałów książki poświęcona jest głównie psom, ponieważ wszyscy
czytelnicy dobrze je znają, a także dlatego że są one najlepszymi
partnerami w badaniach. Zanurzyłem się jednak także w oceanie, żeby
zbadać, jak wygląda umysłowość naszych morskich kuzynów. Są więc
rozdziały o morskich ssakach najbardziej zbliżonych do psów - lwach
morskich i fokach, oraz osobny rozdział o najbardziej osobliwym
zwierzęciu na kuli ziemskiej - delfinie. Swoją wysoką inteligencją i umiejętnościami społecznymi delfiny od dziesięcioleci intrygują zarówno
uczonych, jak i laików. Długo jednak pozostawały zagadką. Dziś, dzięki
nowym technikom obrazowania, dowiadujemy się, jak są zbudowane ich mózgi
i jak to się ma do warunków życia pod wodą. Może niedługo będziemy
umieli się z nimi porozumieć.
I jest jeszcze tasmański wilk workowaty (wilk tasmański, wilkowór),
mięsożerne zwierzę z nadrzędu torbaczy, uderzająco przypominające
niewielkiego wilka. Uważa się go za gatunek wymarły od 1936 roku, kiedy
ostatni znany osobnik zmarł w ogrodzie zoologicznym w Hobart w Australii. Doniesienia o tym, że komuś udało się zobaczyć tę tajemniczą
istotę, pojawiają się jednak do dziś. Wszcząłem poszukiwania
nietkniętego mózgu wilka workowatego, by móc dowiedzieć się czegoś o jego życiu wewnętrznym, i w końcu odnalazłem taki okaz w piwnicy
Instytutu Smithsona - jeden z czterech zachowanych na świecie. Uzyskałem
zgodę na skanowanie go z użyciem najnowszej techniki MRI. Ale był to
tylko początek odysei, która zaprowadziła mnie do Australii w poszukiwaniu kolejnych mózgów i celem skanowania najbliższego żyjącego
krewnego wilka workowatego - diabła tasmańskiego.
Książka kończy się tak, jak się zaczyna - na psach. Przyznaję, że jestem
niepoprawnym gatunkistą, ale doszedłem do tego, że widzę w psie nie
tylko najlepszego przyjaciela człowieka, lecz również ambasadora
królestwa zwierząt. Pozostało w nim dostatecznie dużo z wilka, żeby jego
mózg powiedział nam coś o tym, jak to jest być dzikim zwierzęciem.
Główne wyzwanie polega na stworzeniu sposobów komunikowania się z psami.
Uważam, że w tym celu powinniśmy poznać ich mózgi. Tak więc końcowe
rozdziały traktują o próbach ustalenia, w jakim stopniu pies może
rozumieć ludzką mowę i co to oznacza dla praw należnych nie tylko psom,
lecz również wszystkim zwierzętom.
Gatunkizm (ang. specieism) - neologizm oznaczający przyznawanie pewnym gatunkom zwierząt wyższości i większych praw niż innym (wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumacza). [wróć]
Od ang. connection - połączenie. [wróć]
Rozdział 1
Jak to jest być psem
Wczesną wiosną 2014 roku grupa zapaleńców
oswajała swoje psy z atrapą aparatu MRI.
Jeden z czekających na swoją kolej, duży żółty pies imieniem Zen,
podbiegł do mnie, trzymając głowę nisko przy ziemi, a zad wypinając do
góry. Machał ogonem, domagając się zabawy. Przyjąłem jego zaproszenie i zacząłem się z nim tarmosić. Po paru minutach takiej przyjacielskiej
kotłowaniny Zen miał już jednak dosyć i pokazał, że trafnie dobrano mu
imię. Klapnął tyłkiem na podłogę i bez szczególnego pośpiechu pozwolił,
by jego przednie łapy pojechały do przodu. Obejrzał się na mnie,
niewzruszony i enigmatyczny niczym Sfinks.
Zastanawiałem się, jak to jest być takim Zenem.
Zen był krzyżówką żółtego labradora z golden retrieverem i jednym z weteranów Projektu Pies. Gdy był szczeniakiem, typowano go na psa
służbowego, ale kiedy dorósł, jego trenerzy uznali, że za łatwo się
rozprasza, by mógł wypełniać takie obowiązki. Zrezygnowano ze szkolenia
i oddano go na wychowanie jego opiekunowi. Istnieje zwyczaj, by
wszystkim psom z jednego miotu nadawać imiona zaczynające się na tę samą
literę. Tak się złożyło, że Zenowi i jego rodzeństwu przypadła litera Z.
Ktokolwiek nadał mu takie imię, nie mógł nic wiedzieć o jego przyszłej
osobowości. Być może psy dostosowują się do swoich imion, ale w tym
wypadku zgodność imienia z usposobieniem wydawała się swoistym wyrokiem
losu.
Zen (fot. Gregory Berns)
W sali ćwiczeń kłębiło się mnóstwo najróżniejszych psów i ludzi. Zen i podobne do niego odrzuty z hodowli psów służbowych tworzyły luźną grupę
przy jednej ze ścian. Wśród jego kolegów był Pearl, dobrze zbudowany,
pełen energii golden retriever, również zdyskwalifikowany za słabą
koncentrację. Był też Edmond, zdrobniale Eddie, kolejna krzyżówka
labradora z goldenem, z wyglądu bliźniak Zena, odrzucony z powodu
predyspozycji do dysplazji stawu biodrowego. Była Ohana, czysty golden
retriever, nieco mniej ruchliwa niż Pearl. Była Kady, uroczy mieszaniec
retrievera, zwolniona ze służby za zbytnią nieśmiałość. I wreszcie był
Big Jack, starszy już, flegmatyczny, pięćdziesięciokilogramowy golden
retriever, pełen radości życia pod warunkiem stałego dostępu do hot
dogów.
Po drugiej stronie pomieszczenia Peter Cook, odbywający po doktoracie
staż w Santa Cruz, wcześniej badacz lwów morskich, lustrował drugą grupę
psów, nie tak dobrze ułożonych jak retrievery. W tej żywiołowej sforze
wyróżniała się Libby, rudawy mieszaniec pitbulla, która stała sztywno
jak pomnik w specjalnym kagańcu wymyślonym przez nas, żeby pomóc psom w utrzymywaniu właściwej pozycji głowy przy skanowaniu. Jej właścicielka,
Claire Pearce, znalazła Libby wałęsającą się na poboczu autostrady w Kalifornii. Szczęśliwie Claire jest doświadczonym trenerem zwierząt,
dzięki czemu sukę udało się wychować na tyle, by mogła przebywać w towarzystwie ludzi. Ale nie w towarzystwie innych psów. Ich obecność
pobudzała ją do szczekania i prób ataku. Claire zajęła miejsce w kącie,
gdzie mogła zapanować nad Libby i gdzie Libby nie mogła prowokować
innych psów.
Wiele osób uczestniczących w Projekcie Pies nie lubiło Libby, ale mnie
się ona podobała. Przypominała mi Callie, czarnego mieszańca teriera,
którą moja żona przygarnęła ze schroniska. Callie była wycofana
emocjonalnie, niepewna siebie i skłonna do wdawania się w bójki, ale
uczyła się bardzo gorliwie. Była pierwszym psem szkolonym do testów z MRI i w toku eksperymentów przywiązałem się do niej jak do żadnego
innego psa.
Zen i jego zgraja retrieverów to wspaniałe zwierzęta, o jakich marzy
każde dziecko, natomiast Libby i Callie są dziksze i mniej udomowione.
Przypominają relikt z czasów ostatniego zlodowacenia, kiedy naszym
prehistorycznym przodkom udało się oswoić wilki i zamienić je w zwierzęta domowe. Życie z takimi psami wymaga pogodzenia się z ich
nieprzewidywalnością. Nikt nie umiał dotąd odpowiedzieć na pytanie, czy
te różnice osobowości są uwarunkowane genetycznie, wynikają z innego
przebiegu socjalizacji w wieku szczenięcym, czy też są skutkiem
odmienności funkcjonowania mózgu. Postawiłem sobie za cel stwierdzenie,
jakie zjawiska zachodzące w mózgu Zena czynią go Zenem, tak różnym od
Libby i innych psów.
Libby (fot. Gregory Berns)
Przedsięwzięcie to nie obyło się bez kontrowersji. Wielu uczonych
odrzucało myśl, że możemy poznać umysł zwierzęcia, nawet za pomocą
nowoczesnej techniki stosowanej w neuronauce. Istotę problemu
sformułował filozof Thomas Nagel w głośnym eseju zatytułowanym What It
Is Like to Be a Bat? (Jak to jest być nietoperzem?)1. Neuronauka, pisał Nagel, nigdy nie będzie w stanie wytłumaczyć subiektywnego doznania polegającego na posiadaniu
myśli i uczuć. Nawet jeśli dowiemy się, jak działa mózg nietoperza, nie
posunie to nas ani o krok w kierunku zrozumienia, jak to jest być
nietoperzem. Nietoperze są bowiem zbyt odmienne od ludzi. Rozważmy
choćby echolokację. Ponieważ ludzie nie mają takiego zmysłu, nigdy nie
zdołamy wyobrazić sobie, jak się czuje nietoperz, kiedy z niego
korzysta. Nie mówiąc już o lataniu. Według Nagela nie znajdziemy w mózgu
nietoperza niczego, co powiedziałoby nam, jak się zwierzę czuje podczas
lotu.
Esej Nagela wywarł doniosły wpływ na interpretację wyników neuronauki.
Dziedzina ta zajmuje się mierzalnymi cechami mózgu, a subiektywne
doświadczenia nie dawały się wyrażać liczbowo. Nie istniały narzędzia
pozwalające na pomiar doznań przy wąchaniu róży albo tego, co czuje
pies, kiedy jego pan wraca do domu. Im usilniej dążyliśmy do uchwycenia
obiektywnych cech tych doświadczeń, tym bardziej oddalaliśmy się od ich
jednostkowego, subiektywnego postrzegania. Bez możliwości ilościowej
oceny subiektywnych doznań nie mogło być mowy o pożenieniu ich z neuronauką. Według Nagela możemy dowolnie głęboko spenetrować mózg, ale
bez znalezienia powiązań między zjawiskami subiektywnymi i obiektywnymi
nigdy nie zbliżymy się do zrozumienia, jak to jest być zwierzęciem. To
samo odnosi się do ludzi. Cokolwiek mówimy i czynimy, nie mamy sposobu,
by w pełni dowiedzieć się, co myśli i czuje inna osoba. Zgodnie z tą
logiką grzebanie się w mózgu też nic nie pomoże.
Dwa przykłady Nagela, latanie i echolokacja, na pierwszy rzut oka wydają
się bardzo odległe od ludzkiego doświadczenia. Ale przecież dzisiaj nie
są niczym niezwykłym poszukiwacze mocnych wrażeń, którzy odziani w kombinezony typu wingsuit fruwają niczym wielkie nietoperze przez
górskie kaniony. Ci, którzy odważyli się na taki lot, mogą nam
opowiedzieć, jakie to uczucie. Nawet argument o echolokacji nie jest tak
mocny, jak by się zdawało. Wszyscy mamy zalążki zmysłu badania
przestrzeni dźwiękiem. Wystarczy głośno coś powiedzieć, by bez trudu
odróżnić rozmiary i układ łazienki od sali balowej czy koncertowej.
Kiedy pytamy, jak to jest być nietoperzem albo psem, idzie nam o wewnętrzne doświadczenie zwierzęcia. Nazwijmy to stanem umysłu. Pytanie
dotyczy różnicy między punktem widzenia zewnętrznym a wewnętrznym. Nagel
dowodził, że nie można się dowiedzieć, jak to jest być nietoperzem (albo
innym człowiekiem), nie będąc nim, ponieważ subiektywne doświadczenie to
kwestia wewnętrznego punktu widzenia - tego, co czuje dany osobnik - a to nie to samo, co jego relacja przekazana komuś innemu czy tym bardziej
obserwacja poczyniona przez osobę postronną. Opis własnych doznań jest
jakimś sposobem podzielenia się z innymi swoimi przeżyciami, ale - jak
wskazywał Nagel - będzie to dla nich co innego, niż gdyby doświadczyli
tego osobiście2.
Lecz z faktu, że nie możemy stać się inną osobą, nie wynika jeszcze,
byśmy nie mogli wyrobić sobie całkiem dobrego wyobrażenia o tym, co ona
czuje. Ważną rolę odgrywa tu mowa, pozwalająca nam komunikować się i opisywać różne zjawiska, lecz sama mowa mogłaby nie wystarczyć do tego,
żeby skutecznie dzielić się wrażeniami. Jeśli możemy to uczynić, to
przede wszystkim dlatego, że wszyscy ludzie mają te same cechy fizyczne
i przebywają w tym samym środowisku. Jesteśmy do siebie bardzo podobni i mowa wykorzystuje te zbieżności, budując symboliczną drogę na skróty.
Podobieństwa te dotyczą jednak także innych zwierząt3. Z wieloma gatunkami łączą nas te same procesy
fizjologiczne podtrzymujące życie, a w ramach gromady ssaków podobieństw
jest jeszcze więcej. Wszystkie ssaki oddychają powietrzem. Wszystkie
mają po cztery kończyny. Wszystkie potrzebują snu i pokarmu. Wszystkie
rozmnażają się płciowo, są żyworodne i muszą przez pewien czas opiekować
się nowo narodzonym potomstwem. Ponadto wiele gatunków ssaków to
zwierzęta żyjące stadnie. Przy takim podobieństwie fizycznym dziwne
byłoby założenie, że struktura naszych wewnętrznych doznań jest
całkowicie odmienna, a przecież często tak właśnie się twierdzi.
Te czysto fizyczne zagadnienia podsuwają sposób na dotarcie do
wewnętrznego doświadczenia innych istot. Zamiast szukać odpowiedzi na
ogólne pytanie, jak to jest być psem, możemy skupić się na konkretach. W jaki sposób pies odczuwa radość? Albo jeszcze bardziej konkretnie: w jaki sposób odczuwa radość Zen? Albo jak się czuje Libby, gdy
powstrzymuje się od szczekania na inne psy? Oczywistymi obszarami, w których możemy szukać odpowiedzi na te pytania, są postrzeganie, emocje
i ruchy. Dochodzą do tego obszary niezbędne dla funkcjonowania
organizmu, takie jak sen, pragnienie i głód. Wszystko to w sumie tworzy
doświadczenie psychiczne4.
U ludzi występuje jeszcze kilka innych wymiarów doświadczania, zwłaszcza
mowa i reprezentacja symboliczna. Mowa służy do porozumiewania się z innymi, lecz umożliwia nam także prowadzenie wewnętrznego monologu.
Dominuje nad pozostałymi obszarami i nadaje im nazwy. Nie możemy nic na
to poradzić. Zdaniem niektórych język jest tak integralną częścią
ludzkiego doświadczania, że jego słowa wpływają na odbiór wszystkich
innych doznań. William James, ojciec amerykańskiej psychologii, pisał,
że człowiek boi się niedźwiedzia, ponieważ uświadamia sobie, że przy
spotkaniu z nim serce bije mu szybciej i wtedy mówi sobie: "Jestem
przerażony!".
Ta dominacja mowy to powód, dla którego wielu badaczy odrzucało
możliwość zrozumienia, czego doświadcza zwierzę. Pies nie może
powiedzieć sam do siebie: "Jestem przerażony", więc niektórzy uczeni
próbowali zredefiniować najlepiej zbadaną zwierzęcą emocję - czyli lęk -
przyjmując, że jest to program behawioralny, który wytworzył się u zwierząt celem unikania bolesnych doznań5. To
byłby krok w tył, w kierunku kartezjańskiego postrzegania zwierząt jako
automatów.
Można by sądzić, że uczony powinien w tej sprawie pozostać agnostykiem,
ale warto przypomnieć, że taka sama postawa "poczekamy, zobaczymy"
dominowała swojego czasu w debacie wokół zmian klimatu. To prawda, że
wielu jeszcze rzeczy nie wiemy o mechanizmach rządzących klimatem, ale w pewnym momencie nie można już ignorować rosnącej liczby danych i dla
każdego racjonalnie myślącego człowieka staje się jasne, że nasza
planeta rozgrzewa się za sprawą ludzkiej działalności. To samo dotyczy
umysłowego życia zwierząt. Podobnie jak w przypadku klimatu, negowanie
go pociągało za sobą określone konsekwencje. Długotrwały agnostycyzm w kwestii tego, czy zwierzęta mają życie emocjonalne, a niektóre gatunki
nawet pewien stopień świadomości, pozwalał ludziom krzywdzić je i eksploatować w najrozmaitszy sposób. Ale to się zaczyna zmieniać.
Zanim pojawiły się nowoczesne narzędzia neuronauki, jedyny sposób na
poznanie stanu umysłu innej istoty polegał na obserwowaniu jej zachowań,
a u ludzi na wypytywaniu, co dana osoba myśli lub czuje. Obie te metody
są dalekie od doskonałości. Obserwacja zachowania pozwala jedynie snuć
domysły na temat wewnętrznych doznań osobnika. Jest to dość skuteczne w odniesieniu do ludzi, gdyż mamy taką samą budowę ciała i ukształtowała
nas ta sama kultura, ale kiedy idzie o zwierzęta, dzieli nas od ich
stanów wewnętrznych głęboka przepaść. A jeśli zwierzę pozostaje
bezczynne? Skąd mamy wiedzieć, co w tym momencie czuje i czy w ogóle coś
czuje? Od tego rodzaju wątpliwości wychodził Nagel, dowodząc, że nie
możemy dowiedzieć się, jak to jest być zwierzęciem.
Uczeni twierdzący, że zwierzęta nie doznają emocji, mogli też kierować
się osobistymi motywacjami. Chodziło o usprawiedliwienie prac badawczych
wymagających okrutnego traktowania zwierząt. Uważam jednak, że takie
racjonalizacje są naiwne i egoistyczne. Fakt, że zwierzę nie potrafi
uzewnętrznić swoich wewnętrznych stanów, nie oznacza, że nie czuje
czegoś zbliżonego do tego, co mógłby czuć człowiek w podobnej sytuacji.
Nie tylko ja kwestionuję status quo. Od eseju Nagela upłynęło
czterdzieści lat ciągłego postępu badań i obecnie wahadło przechyla się
na stronę neuronauki. Dwa niedawne osiągnięcia pokazały, że badając
mózg, naprawdę możemy dowiedzieć się czegoś o psychicznych doznaniach
jego właściciela nawet przy braku odpowiednich zachowań zewnętrznych.
W 2006 roku Adrian Owen, neuronaukowiec z Cambridge, wykorzystał
funkcjonalny rezonans magnetyczny (fMRI) do badania mózgowych reakcji
dwudziestotrzyletniej kobiety, która nie odzyskała przytomności po
wypadku drogowym, a doznała podczas niego poważnego urazu mózgu6. Według wszelkich kryteriów klinicznych
pozostawała w stanie wegetatywnym. Lecz kiedy Owen i jego
współpracownicy mówili do niej, obserwowali podwyższoną aktywność lewej
części kory czołowej, zwłaszcza po wypowiedziach niejednoznacznych. Co
jeszcze bardziej znamienne, kiedy polecano pacjentce, by wyobrażała
sobie, że gra w tenisa albo wchodzi do poszczególnych pokojów w swoim
domu, stwierdzano zwiększoną aktywność obszarów kory mózgowej związanych
z orientacją przestrzenną. Wyniki Owena były niezwykle znaczące.
Dowodziły, że subiektywne, wewnętrzne doznania mogą być oderwane od
zachowań zewnętrznych, ale obrazowanie mózgu może je ujawnić.
W 2008 roku Jack Gallant, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, przesunął granice poznania mózgu jeszcze dalej. Udowodnił, że
można stwierdzić, na co dana osoba patrzy, mierząc aktywność jej kory
wzrokowej. W ciągu następnych kilku lat Gallant systematycznie
udoskonalał swoją technikę, aż w końcu potrafił ustalić nie tylko, na co
badany patrzy, lecz również jaki to jest widok (osoba, przedmiot,
scena), a nawet stwierdzić, kiedy widok ten jest tylko przywoływany w pamięci7. Wyniki Gallanta udowodniły ponad
wszelką wątpliwość, że fizyczne pomiary aktywności mózgu można przełożyć
na określone stany umysłu - w tym wypadku wrażenia wzrokowe. To była
triumfalna rehabilitacja poglądów materialistycznych redukcjonistów.
Obserwując mózg, można odszyfrować zjawiska umysłowe.
Skoro zaś techniki te sprawdzają się w wypadku ludzi, to dlaczego nie
mielibyśmy ich użyć do badania stanów umysłu zwierząt? Zdobycie wiedzy o tym, jak to jest być nietoperzem albo psem, wydaje się leżeć w zasięgu
naszych możliwości.
Po rozgrzewce Claire uwolniła Libby z kagańca. Suka spostrzegła, że się jej przyglądam, i uznała to za
zaproszenie do zabawy. Próbowała się rozpędzić, ale nie miała dobrego
oparcia na śliskiej podłodze. Na wpół biegnąc, na wpół jadąc, dopadła do
mnie wielce podniecona. Podskoczyła mi do twarzy. Przewidywałem to, więc
uchyliłem się i Libby przeleciała obok. Dopiero wtedy przyklęknąłem i pozwoliłem jej na zapalczywe lizanie.
Claire podeszła i wzięła Libby na smycz.
- Libby, dosyć!
Libby siadła, spoglądając na przemian to na mnie, to na Claire. Z największym wysiłkiem powstrzymywała się, by znowu nie zacząć na mnie
skakać w porywie entuzjazmu. Gdyby jej ogon nie był taki wątły,
zamiotłaby nim całą podłogę.
- Włóżcie ją do rury - powiedział Peter. "Rura" to był produkt firmy
Sonotube długości dwóch metrów, normalnie używany jako szalunek przy
wylewaniu betonowych słupów. Zastosowałem go w roli symulatora wnętrza
skanera MRI. Rura leżała poziomo na stole pośrodku pokoju ćwiczeń.
Wewnątrz umieściliśmy arkusz sklejki udającej łoże dla pacjenta.
Claire poprowadziła Libby do przenośnych schodków sięgających wylotu
rury. Suka uczestniczyła w Projekcie Pies od trzech lat, więc wiedziała,
co ma robić. Wbiegła po stopniach i ułożyła pysk na podpórce - bloku
styropianu wyciętym tak, by pasował do profilu jej szczęki. Podpórka
była umocowana do imitacji cewki odbiorczej - części skanera, która
wychwytuje sygnały z mózgu. Jej wersja przeznaczona dla ludzi przypomina
hełm szturmowców Imperium z Gwiezdnych wojen, ale podczas pracy z psami używamy tylko dolnej części, która normalnie obejmuje kark.
Kiedy Libby już skuliła się w rurze z głową w hełmie, Claire przystąpiła
do kolejnego eksperymentu. Wszystkie nasze wcześniejsze badania
sprowadzały się do testów pasywnych. Dostarczaliśmy psom pewnych
bodźców, takich jak ruch ręki, obraz komputerowy, smakołyk lub zapach, a one miały tylko pozostawać bez ruchu podczas pomiaru ich reakcji
mózgowych. Wyniki były nadzwyczaj pomyślne. Przeszkoliliśmy w ten sposób
ponad dwadzieścia psów i opublikowaliśmy kilka artykułów omawiających
funkcjonowanie ośrodka nagrody w psim mózgu. Teraz Claire i Libby miały
spróbować czegoś znacznie bardziej złożonego. Pracowały nad aktywnością
fizyczną. Po raz pierwszy Libby miała podczas prawdziwego skanowania MRI
przejawić jakieś zachowanie.
Badanie zachowań psa w toku skanowania było czymś całkowicie sprzecznym
z nieruchomością, której wymagaliśmy przy wcześniejszych pracach, ale
mogło stanowić klucz do zrozumienia, co sprawia, że Libby to właśnie
Libby, i jakie cechy jej mózgu powodują, że różni się od Zena. Ich
widoczne zachowania nie pozostawiały wątpliwości, że te dwa psy są
bardzo odmienne, ale badanie ich reakcji na ludzi i inne psy za pomocą
MRI było kłopotliwe. Być może Zen z właściwą mu pewnością siebie
zachowałby spokój, ale było jasne, że Libby tego nie potrafi.
Zapożyczyliśmy więc pomysł eksperymentu z obszaru psychologii człowieka.
Jest to coś, co potrafią nawet małe dzieci. Nazywa się to zadaniem typu
"rusz - nie rusz" (Go-NoGo).
Kiedy Libby znalazla się w symulatorze, Claire wydobyła gwizdek
szkoleniowy.
Spojrzała w głąb rury na Libby i gwizdnęła.
Libby bez wahania trąciła pyskiem mały plastikowy przedmiot przyklejony
taśmą do podpórki centymetr od jej nosa. Claire nacisnęła przycisk na
mieszczącym się w dłoni pudełku, które wydało głośne kliknięcie. Ono
zasygnalizowało Libby, że zachowała się prawidłowo, i Claire nagrodziła
ją smakołykiem.
Jak dotąd szło dobrze. Libby nauczyła się, co oznacza dźwięk gwizdka:
Dotknij celu. Większość psów uczyła się tego dosyć łatwo. Zaczynaliśmy
od umieszczenia celu na podłodze. Wskazując go psom, dawaliśmy im do
zrozumienia, że jest to coś, co powinny zbadać. Robiły to z przyjemnością. Kolejnym prostym krokiem było użycie gwizdka w chwili
wskazywania celu. Kiedy pies dotknął celu, właściciel nagradzał go
jakimś kąskiem. Po krótkim czasie można już było zrezygnować z pokazywania.
Teraz przyszła pora na trudniejszą część zadania. Nie wyjmując gwizdka z ust, Claire uniosła ramiona i skrzyżowała je na kształt litery X. To
znaczyło: Nie ruszaj się. Nawet jeśli usłyszysz gwizdek.
Ze skrzyżowanymi ramionami Claire cicho gwizdnęła.
Libby patrzyła na nią beznamiętnie.
- Dobrze - powiedział Peter. - Daj jej nagrodę.
Żeby się upewnić, czy rezultat nie był przypadkowy, Claire opuściła
ramiona i jeszcze raz zagwizdała. Tym razem Libby dotknęła celu.
- Dobra dziewczynka! - pochwaliła ją Claire, wręczając kolejny smakołyk.
Wyglądało na to, że Libby rozumie, iż gwizdek oznacza Go, a skrzyżowane ramiona znaczą NoGo i są ważniejsze od gwizdka.
- Wyszło doskonale - powiedział Peter. - A teraz spróbujmy głośniej.
Powtarzaliśmy ćwiczenie ze skrzyżowanymi ramionami i coraz silniejszym
dźwiękiem gwizdka, a Libby wciąż leżała spokojnie z głową na podpórce.
Byłem zachwycony. To jest trudne nawet dla ludzi.
Zadanie "rusz - nie rusz" było przez
dziesiątki lat jednym z podstawowych narzędzi psychologów. My używaliśmy
gwizdka, by sygnalizować Libby, że ma trącić cel nosem, w eksperymentach
z ludźmi chodzi o naciśnięcie klawisza. Ludzie również muszą wykazać się
dobrym poziomem samokontroli, by sprostać temu zadaniu, i wcale nie
każdy dobrze sobie z tym radzi. Małe dzieci, o słabo rozwiniętym płacie
czołowym, w ogóle nie potrafią tego wykonać. Miałem nadzieję, że podobne
indywidualne zróżnicowanie występuje również wśród psów, ponieważ
otworzyłoby nam to drogę do badania różnic pomiędzy ich mózgami.
Pies nie ma zbyt wielkiego mózgu. Jest on w przybliżeniu wielkości
cytryny, a jego płat czołowy jest w proporcji do całości o wiele
mniejszy niż u człowieka. Nic więc dziwnego, że psy nie są mistrzami
samokontroli. Pewnie, można je nauczyć różnych sztuczek i nawet skłonić
do długotrwałego siedzenia bez ruchu w oczekiwaniu na pana, który
przyniesie im coś smacznego. Ale moje psy domowe nieustannie się kręcą,
próbując podwędzić jakiś zapomniany kęs jedzenia lub części bielizny.
Callie ledwie sięgała na blat kuchenny, ale bardzo zmyślnie umiała
chwytać cząstki pokarmu, obracając głowę bokiem i wyciągając daleko
język niczym mrówkojad. Albo nie potrafiła się od tego powstrzymać, albo
przeciwnie, doskonale panowała nad sytuacją i wiedziała, jak daleko może
się posunąć, zanim ktoś z ludzi ją zwymyśla.
Brak samokontroli często sprawia, że psy lądują w schroniskach.
Gryzienie, szczekanie, niszczenie sprzętów, oddawanie moczu w domu to
najpowszechniejsze przyczyny, dla których ludzie rezygnują z psa.
Zbadanie, które obszary psiego mózgu odpowiadają za panowanie nad
impulsami i jak te obszary funkcjonują, stało się głównym celem Projektu
Pies. Gdybyśmy dokonali istotnego postępu w tej dziedzinie, moglibyśmy
ograniczyć liczbę psów oddawanych do schronisk i usypianych.
Zachowaniem Libby byliśmy skonfundowani. Słabo panowała nad impulsami w kontaktach z innymi psami, ale podczas prób z symulatorem MRI
zachowywała się wzorowo. Nasza prosta koncepcja mówiąca, że pies albo
panuje nad sobą, albo nie, okazała się niekompletna. Jeśli Libby
przejawia doskonałą samokontrolę w jednej sytuacji, a poddaje się
impulsom w innej, to znaczy, że poziom samokontroli jest zależny od
kontekstu. Chcieliśmy poznać tę zależność.
Chociaż inne psy nie pobudzały się tak łatwo jak Libby, to wiele z nich
z trudem uczyło się wykonywania zadań typu "rusz- nie rusz". Niektóre
potrzebowały kilku miesięcy, by osiągnąć biegłość porównywalną z Libby.
Trudno je za to winić. Przecież wiele z nich uczestniczyło w próbach z MRI od samego początku. Wiedziały, że kiedy mają na głowie prawdziwy
hełm lub jego imitację, nie powinny się poruszać. Zadanie "rusz - nie
rusz" stało w sprzeczności z całym ich dotychczasowym szkoleniem. Libby
dostosowała się do nowych okoliczności, ale inne, bardziej bierne psy
najwyraźniej trzymały się starych nawyków. Nie wiedziałem, czy był to
upór, czy dezorientacja.
Typowym przykładem takiej umysłowej bierności była Kady, podobnie jak
Zen mieszaniec golden retrievera i labradora. Miała gęstą, prawie
śnieżnobiałą sierść, z którą kontrastowały wielkie oczy czekoladowej
barwy. Była jednym z najsłodszych psów, z jakimi się zetknąłem, ale
muszę także przyznać, że robiła wrażenie istoty bezmyślnej. Snuła się
bez celu, dopóki jej właścicielka, Patricia King, nie powiedziała jej,
co ma robić. Bez wątpienia było to w większości dziedzictwo genetyczne.
Przewidziana na psa służbowego, Kady wywodziła się z długiej linii psów
hodowanych do wykonywania na rozkaz czegoś, czego ludzie nie mogli
zrobić sami. Wyglądało to niemal tak, jakby Patricia była dla Kady
dodatkowym mózgiem. Nie jest jasne, czy tego rodzaju psy oddzielają
własne życzenia od życzeń właściciela i czy w ogóle widzą między nimi
istotną różnicę.
Samo zachowanie nie mogło nam nic powiedzieć o tym, jak to jest być
Kady, ponieważ mogło wynikać z wielu motywacji. Dopiero odczytując stany
jej mózgu, moglibyśmy uzyskać wgląd w powody, dla których suka robi coś
lub tego nie robi. Mając Libby i Kady na dwóch krańcach spektrum psiej
elastyczności, zyskalibyśmy doskonałą okazję do zbadania wewnętrznej gry
między tym, czego pies pragnie, a tym, na co mu się pozwala.
Ale najpierw musieliśmy sprawić, by Kady zaangażowała się w nowy rodzaj
ćwiczeń.
Kady nie chciała dotykać celu. To było dziwne, gdyż piłka stanowiła jej
ulubioną zabawkę. Sądziłem, że szturchanie plastikowego przedmiotu nosem
jest czymś podobnym do uganiania się za piłeczką. Obie te czynności
wymagają użycia nosa i pyska. Ale w ten sposób znowu wpadłem w pułapkę
myślenia na ludzki, a nie psi sposób.
Kiedy Kady miała głowę w hełmie, w ogóle się nie poruszała, dzięki czemu
była szczególnie przydatna do naszego projektu. Skanowanie stawało się
łatwizną. Odwrotna strona medalu polegała na tym, że gdy tylko
zmieniliśmy kontekst zadania, Kady zamknęła się w sobie. Wyglądało na
to, że zamiast próbować zrozumieć, czego od niej oczekujemy, woli nic
nie robić i czekać na polecenia Patricii.
Szczęśliwie mogliśmy wykorzystać wyjątkową zdolność psów do
interpretacji gestu wskazywania. Brian Hare, antropolog ewolucyjny z Uniwersytetu Duke'a, przebadał tę umiejętność u kilku gatunków, między
innymi u psów i naczelnych. Jak stwierdził, pies zdaje się rozumieć, że
kiedy człowiek na coś wskazuje ręką, to należy patrzeć w tym kierunku.
Ludziom wydaje się to oczywiste, ale inne naczelne opanowują tę
umiejętność dopiero po długotrwałym szkoleniu, jeśli w ogóle są do tego
zdolne. Małpa zwykle będzie po prostu patrzyła na wskazujący palec.
Badacze spierają się o to, czy umiejętność kierowania się takim
wskazaniem jest wrodzona, czy wyuczona. Monique Udell, badaczka zachowań
psowatych z uniwersytetu stanu Oregon, wykazała, że wilki wychowujące
się od urodzenia wśród ludzi radzą sobie z tym równie dobrze jak psy.
Dowodziła, że ręce człowieka mają szczególne znaczenie dla psów i oswojonych wilków, ponieważ psowate szybko uczą się, że z tych rąk
otrzymuje się pokarm. Jej zdaniem naturalnym rozszerzeniem znaczenia
przywiązywanego do ludzkiej ręki jest zwracanie wzroku w stronę przez
nią wskazywaną, zwłaszcza jeśli sama ręka nie zawiera pokarmu. Hare
natomiast utrzymuje, że zachowanie to jest wrodzone i że rozwijało się u psów w ciągu tysiącleci. Niezależnie jednak od tego, czy psia
umiejętność podążania wzrokiem za palcem wskazującym człowieka jest
wrodzona, czy wyuczona, wykorzystaliśmy ją, by nauczyć Kady, co ma
robić.
Najpierw Patricia wskazała palcem plastikowy cel leżący na podłodze.
Kady podeszła do niej i węszyła wokół palca, machając zadartym ogonem.
Niewątpliwie spodziewała się poczęstunku. Kręcąc się, niechcący
potrąciła cel. O to właśnie chodziło, więc Patricia natychmiast
zawołała: "Dobry pies!" i wręczyła suce smakołyk.
Kady nie rozumiała jeszcze w tym momencie, co się właściwie zdarzyło,
ale wiedziała, że spotkała ją przyjemność.
Powtarzały to ćwiczenie wielokrotnie.
Wreszcie po jakichś dwudziestu razach zagrało. Kiedy Patricia wskazała
cel, Kady podbiegła do niego i z rozmysłem szturchnęła go nosem. Dopiero
potem obejrzała się na swoją panią, oczekując pochwały i nagrody.
Nauczyła się, że poczęstunek zależy od tego, czy dotknie celu.
Gdy Kady wiedziała już, że szturchanie nosem plastikowego przedmiotu to
fajna zabawa, Patricia wprowadziła do gry gwizdek. Zamiast tylko
wskazywać cel, jednocześnie gwizdała. Po kolejnych dwudziestu
powtórzeniach Kady przeniosła skojarzenie na dźwięk gwizdka i Patricia
nie musiała już w ogóle wskazywać niczego palcem.
Kady nauczyła się dotykać nosem celu leżącego na podłodze, więc przyszła
pora na przeniesienie go do hełmu. Żeby bowiem nasz eksperyment się
powiódł, wszystkie psy, lękliwe czy nie, musiały szturchać cel nosem w trakcie skanowania MRI. Psy są jednak zaskakująco wyczulone na kontekst
sytuacji. Chociaż Kady umiała wykonać zadanie, gdy cel leżał na
podłodze, nie znaczyło to bynajmniej, że zrobi to samo w hełmie. Nie
mieliśmy nawet gwarancji, że uzna, iż ma do czynienia z tym samym celem
co poprzednio, chociaż dla człowieka byłoby to oczywiste. Wciąż nie
wiedzieliśmy, jak to jest być Kady.
Gdy Kady miała już na głowie hełm z celem przyczepionym taśmą do bocznej
osłony, o centymetr od jej nosa, Patricia zagwizdała. Suka jedynie
obejrzała się w jej stronę. Jej oczy pozostały bez wyrazu.
Patricia powtórzyła próbę jeszcze kilka razy i spojrzała na nas
zirytowana: "I co z tym poczniemy?".
Odpowiedź brzmiała naturalnie, że trzeba zrobić to samo co poprzednio na
podłodze. Wskazywać cel, a w razie potrzeby go dotykać, używając gwizdka
tak długo, aż Kady zrozumie, czego od niej chcemy.
Z psami takimi jak Kady nie szło to szybko. Inaczej niż Libby, po prostu
nie miały ochoty poruszać się w hełmie. W końcu jednak wszystkie
nauczyły się szturchać cel nosem na gwizdek, a także, choć w niejednakowym stopniu, powstrzymywać się od tego na widok skrzyżowanych
ramion. Niektóre potrzebowały na to dwóch miesięcy, inne aż pół roku.
Teraz przyszła pora na skaner. Przy odrobinie szczęścia i właściwym
ustawieniu eksperymentu mieliśmy się wkrótce dowiedzieć, co się dzieje w mózgach tych psów.