Co pochłania Twoje myśli, kontroluje Twoje życie - Aleksandra Hyła

Kup ebooka

14.19 zł
11.78 zł (12,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Białe żyto, czerwona mrówka

W brudnym i notorycznym mroku,

widzę ciemne i jasne smugi,

wiesz... nie nawidzę zmian pór roku,

włóczę po piachu brudne nogi.

Ja, dźwigacz traw paryskich

o oczach niebieskich

nie dbam o pasożyta,

któremu trzeba donosić żyta.

Ja, niewolnik sumienia

nie mam własnego mienia.

Tysiące w tysiącach,

miliony w milionach,

od strzały tupniętej stopy

rozpoczniesz roztopy.

Jedna padnie... jedna skona

na swe ramiona weźmie ją druga.

druga weźmie ją na swe ramiona.

Trzy nogi... trzy ręce

głową pokręcę,

i szukam puszystej, mięsistej ofiary.

Ofiary mięsistej, puszystej szukam i

pokręcę głową,

ręce trzy... nogi trzy,

na swe ramiona weźmie ją druga.

Pijmy zwycięską woń rzeźwą,

barwną i wonną, co ciało orzeźwia.

Jedną jedyną, naszą ojczystą.

Dlaczego jesteś tak przeźroczystą

ofiarą? marą?

Dwie łuski, trzy zboża, pięć

kropel rajskiego żywota.

Złota proporcja,

Boska proporcja podzieliła nas odpowiednio...

...Rozhulał się wiatr...

szumi i syczy - o szyby łomocze,

sznurem owija zwaśnione dwie dusze...

łączy je w jedno, potężne zniszczenie,

aż słychać tu... tu aż jego brzmienie.

Złudna mądrości wątpisz miłości?!

Jedna padnie... jedna skona

druga weźmie ją na swe ramiona.

Trzy nogi... trzy ręce

głową pokręcę,

i szukam puszystej, mięsistej ofiary.

ofiary mięsistej, puszystej szukam i

pokręcę głową,

ręce trzy... nogi trzy,

na swe ramiona weźmie ją druga.

Koncentracja

Kroczysz ulicą zapomnienia ze słuchawkami na uszach,

z grupą przyjaciół.

Najpierw jest film, który nazywają wprowadzeniem

do wspaniałego życia.

Przechodzisz przez bramę, na której widnieje napis:

Arbeit macht frei.

Przekraczasz linię wolności, nachodzi cię smutek i nostalgia

za prawdziwym domem.

Witają cię ludzie, którzy są tak chudzi jak twoja siostra.

Dotykają cię ludzie, których ręce są brudne, schorowane,

czerwone i lepkie od własnej krwi.

Wchodzisz do każdego z domów, jakby to było miejsce

wspólnych spotkań.

Aż wreszcie dochodzisz do miejsca,

gdzie miliony osób od strzału pistoletu w głowę ginęły.

Jak setki twych brudnych ubrań w pokoju leżały na stosie.

Wchodzisz do piwnic, gdzie ciemność i smród przeważa.

W jednym z bloków, za szybą

stare buty, okulary, ubrania i włosy,

wybiegasz trzymając się za żołądek.

Czy to nie to samo, co zastaje cię w domu?

Proza życia, schorowana babka.

Nareszcie możesz odpocząć.

Siadasz na murku razem z kolegami.

Czujesz w ciele taki ból, którego nie umiesz wytłumaczyć.

Zasiada na piersi i dusi cię - nerwowo łapiesz oddech.

Nagle dociera do ciebie smród palącego białka.

Czy to nie ten sam zapach, co palone mrówki?

Boisz się, że i ciebie nazwą Hitlerem.

Ten smród to palone ciała osób, które z miłością walczyły

o życie.

Gdzie ich dusze? Gdzie kończy się horyzont?

23 XII 2009 / 1 I 2010 r.

Joanna d'Arc XXI w.

Świeżo zielona trwa, naokoło polana,

błękitne obłoki powoli, sennie płyną po niebie.

Cieplutkie, życiodajne nici dotykają świata,

bezszelestnie, bezdźwięcznie, bez patosu

dają pierwsze tchnienie.

Oddycham, patrzę, miarkuję życie.

Nie mam nic przeciwko

świerszczowi - on swą pieść na skrzypcach wygrywa

sarnie - ona liście z topoli obrywa.

Ach! Głucha cisza, cicho, cichosza.

Lecz, cóż to?

Posuwisty szum, chłód, ciemność.

Świerszcz wygrywa marsz żałobny.

Sarna zmienia się w czarnego smoka,

Aaaa... uciekam w głąb plany. Gdzie drzewa? jaskinie?

Gdzie zieleń życia?

co to za mara?

co to za stwór?

Nie idź za mną! Zostaw mnie już.

W oddali, ledwo widoczny czarny jeździec na białym koniu

jest mi nadzieją! ocali mą duszę!

Tętent kopyt zagłusza marsz żałobny

czy zdąży przed ciosem smoka

czy nie będzie

kolejnej kobiecej ofiary śmierci krwi ciał łez.

Rycerz zawsze dotrzymuje danego słowa

nie zhańbi swojego imienia króla ojczyzny.

Może zdobędzie ukochaną?

Zawalcz o miłość prawdę dumę i honor.

To nie czasy wypraw krzyżowych,

ale zawalcz ze złem grzechem pokusą.

Wbij miecz w centrum nicości,

zabij moją śmierć, by uratować od śmierci

zachowaj moje życie za jedno życie.

Zdobądź potęgę!

Nie okryj się hańbą.

Lewa dłoń gotowa do zabójstwa

rżenie konia, przeraźliwy świst metalu w powietrzu.

Jerzy, Marsylia. Ach, stoi przy mnie, jest mi Aniołem!

Staruszka

Podczas podróży, na pustej i długiej drodze

spotykam starą, brudną, za chudą, jak dla Rubensa kobietę.

Pytam ją, czy potrzebuje pomocy.

Wpatrując się w Staruszkę dostrzegam to,

czego na pierwszy rzut oka nie zobaczyłam.

Jej twarz pełna zmarszczek i blizn,

włosy siwe, aż białe,

rozpuszczone, jak moje.

Mój wzrok spotyka się z jej wzrokiem.

Właśnie wtedy uświadamiam sobie, że

łatwo oceniać.

Jej oczy kryły w sobie pewną tajemnicę i nienaturalną

mądrość.

Jej oczy koloru nadchodzącej wiosny przeszywały moją duszę.

Poczułam, jakby ktoś poznał całe moje życie.

W jednej chwili.

Chwila ta krótka, jak mrugnięcie powiek sprawiła, że

świat zakwitł.

Odzyskał dawne kolory.

Staruszka w moich oczach stała się wieszczem,

który zna mnie, moje życie i to, co stanie się z moją duszą.

Wówczas ja zmieniłam się w małą i kruchą istotę,

która szuka samej siebie.

W istotę, która nieustannie podróżuje i wspiera

poznając życie. Lecz czymże jest to życie?

Co to znaczy żyć?

Podając dłoń Staruszce, dotykam gorącej, pełnej troski dłoni.

Prowadzę ją do domu, lecz nie wiem gdzie mieszka.

Mówię do niej, lecz ona nie odpowiada.

Nagle się zatrzymuję i patrząc w niebo odpowiada:

Dom jest tam, gdzie serce Twoje.

Wiem, nie widzisz go, bo ciemność dotknęła ślepotą Twoje oczy.

Pytasz co to jest życie,

To wszystko, co bezgranicznie i bezinteresownie kochasz.

Wtedy pada na jej twarz promień słońca, ona znika.

A ja dostrzegam ten dom, choć jest noc.

Łapię powietrze, choć to niemożliwe.

Zbieram polne kwiaty, choć luty.

Zauważam jasność w ciemności,

serce bije mi mocniej, rumienię się.

Krok do przodu i jestem znowu

obok babcinego domu.

W tle słyszę znajomy, dawno niesłyszany głos.

Na ramieniu czuję czyjąś dłoń.

Odwracam się.

Nie umiem otworzyć oczu.

Panicznie się boję.

Widzę zarys czyjejś postaci

o błękitnych oczach, jak letni poranek,

lecz nadal nie mam otwartych oczu.

Budzę się, jestem w pokoju o pomarańczowych ścianach.

Śpię, lecz nadal mam buty.

18 II 2011 r.