Śniła mu się jego droga narzeczona, świeżo odzyskana z niepamięci. Leżała naga, a on pochylał się nad nią i opuszkami palców poznawał ją od nowa. Nie doszedł nawet do połowy, gdy obudziło go sakramentalne pytanie:
- Jak się pan czuje?
Nic w tym szpitalu nie męczyło go tak bardzo, jak to pytanie. Gdy odpowiada zgodnie z prawdą, że tu go boli albo tam, że kręci mu się w głowie albo w żołądku, natychmiast dzieje się coś nieprzyjemnego. Stukają go kamertonem w głowę, potem w kolano i nasłuchują błądzących po nim dźwięków. Ściskają za uchem, aż wariuje błędnik. Wpinają w wenflon kolejną kroplówkę, a on patrzy, jak kolejna ciecz wpływa mu do wnętrza, i boi się chwili, w której zbiornik będzie pusty, bo wtedy bańka powietrza może go zabić. Bańki powietrza boją się wszyscy pacjenci i mówią, że jeśli w odpowiedniej chwili nie odłączy się kroplówki, to taka bańka może krwiobiegiem dopłynąć, gdzie chce, i wybuchnąć na przykład w głowie. Jest tu nawet taki nielegalny pielęgniarz, który po pracy w kuchni chodzi po oddziałach i prywatnie odłącza kroplówki potrzebującym, biorąc po dwa złote za sztukę.
- Nic mi nie jest i czuję się wyśmienicie - kłamie więc na wszelki wypadek.
- No widzi pan, a tyle osób narzeka na służbę zdrowia.
Stoi nad nim ta brunetka w okularach, którą wcześniej pomylił z narzeczoną. Tym razem w lekarskim kitlu, a nie dla niepoznaki w sweterku.
- Jestem profesor Magdalena Gosińska-Mayer, w skrócie MGM - przedstawia się i pyta, czy słyszał o ustawieniach hellingerowskich.
Gdy zgodnie z prawdą odpowiada, że być może coś słyszał, ale nie pamięta, kobieta wyjaśnia, że to rodzaj terapii, głównie rodzinnej, odkrywającej ciemne niekiedy zaułki pamięci, a ona chciałaby zaproponować coś podobnego, a jednak zupełnie nowego. Mianowicie stosowane przez amerykańskich psychiatrów najmodniejsze w nowoczesnej psychologii ustawienia Beverly Hills. Niepokoją ją bowiem pewne luki w jego pamięci, o ile pewną luką nazwać można niepamiętanie kobiety, z którą się mieszka.
Zgodnie z metodą ustawień Beverly Hills, jak tłumaczy profesorka, każdej z bliskich sobie osób ma przyporządkować postać wybranego aktora lub wybranej aktorki - tak, by przynajmniej jakiś wyróżniający szczegół był między nimi podobny. Przy czym podobieństwo nie musi być duże, może to być kojarzący się z kimś konkretnym szczegół, na przykład kolor oczu albo łysina. Następnie powinien postaciom tym przyporządkować role podobne do tych, jakie mają w jego życiu, i w wyobraźni pobawić się nimi jak marionetkami. One w jego podświadomości już się uruchomią i dalej zaczną grać same. Dzięki temu przywrócą mu w świadomości pierwotny porządek i jeśli znów pojawią się kłopoty z pamięcią, wystarczy sięgnąć do tych postaci, a wszystko zacznie wracać na swoje miejsce.
Zgodził się, uznając, że lepsze to niż kolejna kroplówka lub stukanie kamertonem w głowę.
*
Gdy wyszła, zaczął ustawienia Beverly Hills od narzeczonej, tak fantastycznie podobnej do Margot Robbie. Od razu wrócił do swego snu, co bardzo mu się pod kołdrą podobało, i pozytywnie ocenił pierwsze skutki terapii.
Właśnie. Jest istotna rzecz do wyjaśnienia. Już pamięta. Znają się od wielu lat, mieszkają ze sobą od trzech. Od czterech są regularnymi przyjaciółmi, od dwóch nieregularnymi kochankami. Nieregularność bierze się stąd, że ona czasami woli kobiety. No i przez cały ten czas nie lubili, gdy ktoś mówił, że mieszkają w konkubinacie. Bo nie mieszkają w konkubinacie, tylko w mieszkaniu. Poza tym "konkubinat" to słowo równie brzydkie, jak "spuścizna" i "śluzówka", nie mówiąc już o prerogatywie, dlatego nie chcieli go stosować. Rok temu zaczęli używać wobec siebie określeń takich jak narzeczony i narzeczona, chociaż wtedy nie planowali ślubu. Ale brzmiało to pełniej niż kochankowie, partnerzy czy przyjaciele, i zauważyli, że jakoś bardziej do nich pasuje. Owszem, zastanawiali się, jakby to było, gdyby zostali małżeństwem. Czasami mają na to ochotę, ale wciąż oboje są równie niezdecydowani. Ślub to chyba sprawa zbyt ostateczna jak na dwoje niezdecydowanych ludzi. Poza tym Jakub już raz miał mieć narzeczoną. Nazywała się Sara i była wówczas całym jego światem, ale ten przestał istnieć.
Nowy świat ponownie powstaje z chaosu i w nim jego przyjaciółka, kochanka i partnerka - w tej trójcy jedyna. Ma na imię Margaret i tak też na nią mówi - Margaret lub Margaretka, zależnie od nastroju. No ale idźmy dalej, skoro ją już tak dobrze pamięta.
Teraz jej młodszy brat Peter, zwany Piotrusiem. Jakub nie jest wybitnym znawcą kinematografii i jako jego filmowy odpowiednik na myśl przychodzi mu tylko Tom Holland, młodziutki i trochę nawet do Piotrusia podobny. Jego plakat jako Spider-Mana wisiał kiedyś w ich przedpokoju.
No to jest już z nimi Margot Robbie i Tom Holland. Kto następny? Niech będzie Jack, jego długoletni przyjaciel, niegdysiejszy amant Margaret. Naprawdę ma na imię Jacek, ale uwielbia Piratów z Karaibów, a zwłaszcza kapitana Jacka Sparrowa, a poza tym jest snobem, więc woli, jak mówią na niego Jack. Kobiety uważają, iż to imię bardzo do niego pasuje, bo jack to także rodzaj bolcowej wtyczki, a Jackiem rządzi właśnie jego bolec. Jakub myśli, że dobry byłby w tych ustawieniach profesorki MGM jako Joe Pesci albo ten drugi, jeszcze brzydszy, Steve Buscemi z Pulp Fiction. Swoją drogą, zastanawia się, jak to jest, że brzydki Steve Buscemi jest znanym, wybitnym i dobrze opłacanym aktorem, a brzydki Jack jest po prostu brzydkim Jackiem. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
Teraz może jeszcze Liza, żona Jacka. On sam mówi o niej, że ma pupę jak Kim Kardashian. To w jego ustach ma być komplement, ale Jakub sprawdził to kiedyś w internecie i ma wątpliwości. Tyłek tak jakby za bardzo odstaje jej od ciała i ledwo za nim nadąża. Ale Liza rzeczywiście, przynajmniej od pupy strony, jest bardzo do niej podobna. Zgrabna, ciemnooka i czarnowłosa.
On zaś, zgodnie ze słowami pielęgniarki, mógłby w tych ustawieniach przypominać Madsa Mikkelsena, z tym akurat byłby w stanie się zgodzić - obaj są szczupli, wysocy i dobrze zbudowani, z grzywą ciemnoblond włosów opadających na czoło.
No i super. Po kwadransie ma w głowie niemal pełną obsadę i może spokojnie oddać się ustawieniom Beverly Hills.
*
Zamyka oczy i już pozwala toczyć się akcji, dalszemu ciągowi snu ze swoją Margaret vel Margot Robbie, gdy słyszy dźwięk przychodzącego SMS-a. Sięga po telefon i odczytuje: "Tęsknię. Znów tęsknię".
Domyśla się, że to Margaret, więc ochoczo odpisuje: "Ja też, Kochanie".
Ona odpowiada: "Znów jestem dla ciebie ruda, jak lubisz".
"Zdążyłaś pójść do fryzjera?" - nie kryje zdziwienia.
"Przed operacją. Ale pod brzuszkiem pozostał blond".
"To dobrze. Lubię Twój blond, zwłaszcza tam".
"Chcesz zobaczyć?" - proponuje po raz pierwszy, odkąd się znają. Chyba rzeczywiście się stęskniła - myśli Jakub, czując radosne podniecenie.
"Jasne!"
Przesyła zdjęcie. Co za widok! Do tej pory była tam lekko przystrzyżona, a teraz ma wąziutki pasek, przez co po obu jego stronach widać fragmenty ciała, którego nigdy tak odsłoniętego nie dotykał. A ona, już przecież rozebrana, wydaje się jeszcze bardziej naga.
"Chcę Cię i już do Ciebie lecę" - odpisuje natychmiast, chociaż nie tylko kroplówka i kołnierz ortopedyczny trzymają go na miejscu.
Odpowiedź nieco go zaskakuje: "Więc kiedy mnie w końcu odwiedzisz? Znów jestem sama i nikt nam nie będzie przeszkadzał".
Jak to - odwiedzi? Gdzie ma ją odwiedzić, skoro mieszkają razem? Poza tym to on leży w szpitalu i tylko ona może go na razie odwiedzić... Dziwne. Sprawdza numer i okazuje się, że nie ma go wśród telefonicznych kontaktów. Szlag! Co za absurdalna pomyłka! Pisał z obcą kobietą! No doprawdy... to chyba tylko jemu mogło się zdarzyć. Z żalem, że to nie Margaret, kasuje zdjęcie i odkłada telefon.
Przez kilka minut wpatruje się sufit i marszczy czoło, ale to nie pomaga. Tym razem nie odpisuje i po kwadransie przychodzi nowa wiadomość. A konkretnie - pytanie: "Kubuś! Czy wszystko w porządku?".
Czyli to jednak nie jest pomyłka? Nie może sobie jednak przypomnieć żadnej kobiety, która mogłaby się tak do niego zwracać. Wprawdzie pamiętać można tylko to, co się zdarzyło, a nie to, czego nie było, ale tego akurat jakoś dziwnie jest pewien: od lat żadna kobieta nie zdrabniała jego imienia. Chyba właśnie od czasów Sary i lat studenckich.
Czuje, że wracają mu wspomnienia i pamięta już głos Margaret, jej dotyk i śmiech. Wie, jak wygląda ich mieszkanie, jaką drogą jedzie do pracy i na którym miejscu parkuje, a przynajmniej parkował do czasu wypadku. Wie, w którym pokoju stoją regały z książkami, i bez problemu może opisać zawartość każdego po kolei, z zamkniętymi oczami trafi z łazienki do sypialni, po omacku i bez słów znów potrafiłby wyjść naprzeciw każdemu gestowi swojej narzeczonej. Ponownie zna ją bardzo dobrze i jest pewien, że nie używa zdrobnień.
Bez przekonania odpisuje oględnie: "Jest coraz lepiej, dziękuję". I skoro numer, spod którego przychodzą te wiadomości, wciąż nic mu nie mówi, zapisuje go w liście kontaktów pod dość oczywistą w tej sytuacji nazwą: Ruda.
Ignoruje jednak wiadomość, która przychodzi kilka minut później: "To czekam na Ciebie niecierpliwie".
*
Spał i śnił, a może nie był to sen, gdy do pokoju ponownie weszła Margot Robbie. Usiadła przy łóżku i z troską spojrzała na poturbowanego Madsa Mikkelsena. Głowę i dłonie miał obandażowane, na szyi kołnierz ortopedyczny. Zerknęła na telefon i zobaczyła powiadomienie przypominające o nowej wiadomości. Pewnie by jej nie czytała, gdyby nie nazwa nadawcy wyświetlająca się na ekranie. Bliżej nieznana Ruda zaintrygowała ją natychmiast, a zwłaszcza jej kolejne zdjęcie.