Promienie wczesnego wiosennego słońca
wpadały przez okno.
Powinienem je umyć, myślał Sebastian, gdy kobieta naprzeciwko niego nie
przestawała gadać. Przez piętnaście minut mówiła na temat, który
dominował w ich rozmowach przez ostatnie trzy miesiące - swojej dawno
zmarłej kotki Pyttsan.
- Nikt się nie przejmuje, nie traktuje tego poważnie. Czuję się wręcz
tak, jakby miało mi być wstyd za to, że ją opłakuję.
Anna-Clara Wernersson była po czterdziestce i naprawdę powinna zająć się
tym, że kilka lat wcześniej zostawił ją mąż, a córka w zasadzie nie
chciała mieć z nią kontaktu. Jeśli jednak chciała rozmawiać o martwej
kotce, to proszę bardzo. Za tysiąc pięćset koron pod stołem raz na
tydzień Sebastian mógł udawać, że słucha czegokolwiek.
Potrzebował gotówki.
Pieniądze po matce się wyczerpały, nie pracował, rzadko miał wykłady,
jego ostatnia książka nie sprzedała się tak dobrze, jak na to liczył,
więc odnowił dawną licencję psychologa i znów zaczął praktykę. Dał sobie
spokój z myślami o pucowaniu okien i nachylił się do Anny-Clary.
Pomyślał, że musi się postarać o stawkę godzinową. Spojrzał jej głęboko
w oczy i skierował na nią tyle uwagi, ile - jak sądził - nigdy przedtem
nie dostała.
- Anno-Claro, nie martw się o innych, martw się o siebie. Pyttsan była
dla ciebie ważna, więc powinnaś ją opłakiwać w sposób, który tobie
wydaje się najwłaściwszy. Położyłaś kwiaty na jej grobie, jak
rozmawialiśmy?
Anna-Clara energicznie pokiwała głową.
- Zrobiłam dokładnie to, co mi kazałeś.
- Dobrze. Smutek jest prawdziwy, musi być dla niego miejsce, ale
niektórzy ludzie nie potrafią zrozumieć, jak to jest stracić ukochanego
zwierzaka. Dlatego to ważne, abyś miała odwagę porozmawiać o tym ze mną
- kontynuował, odchylił się i znów zaczął rozmyślać na temat okien.
Naprawdę były brudne. Anna-Clara mówiła dalej. Miała w sobie pewną
kruchą słodycz i w swoim dawnym życiu już zdążyłby ją uwieść.
Ale dosyć tego.
Dziś nie było to możliwe ani nawet warte zachodu.
Ponad trzy lata wcześniej na kilka straszliwych miesięcy zawładnął nim
strach, że jego pieprzenie się na prawo i lewo skończyło się czymś, o czym nie miał nawet odwagi myśleć. Po wszystkim, po Uppsali, dał sobie
spokój z romansami i zaczął poważniej traktować Ursulę.
Odnalazł równowagę. Taką prawdziwą.
Pielęgnował te nieliczne relacje, których w kółko nie psuł i nie musiał
odbudowywać.
Do Krajowej Policji Kryminalnej nie mógłby wrócić, nawet gdyby chciał.
Vanja zakomunikowała mu to jasno, kiedy objęła dowodzenie, a szanse, że
zmieni zdanie, były zerowe. Ale to dobrze. Potrzebował ograniczeń i zamkniętych drzwi. Zbyt długo brak granic był treścią jego życia. Nie
mógł już tego kontynuować. Nie chciał. Zależało mu na zmianie. Sądził,
że mu się uda, bo otrzymał to, co najważniejsze: kogoś, dla kogo mógł
żyć.
Amandę, córkę Vanji, a jego wnuczkę.
Uniknął katastrofy, a dzięki temu, że trzymał się z dala od życia
zawodowego Vanji, poprawił relacje z nią i jej córką. Tak naprawdę nie
był ani ojcem, ani dziadkiem. Poczuł w sobie coś innego. Coś, co
wzrastało. Było bezcenne i postanowił tego nie zniszczyć.
Musiał przyznać, że w niektóre dni zdarzało mu się tęsknić za dawnym
życiem, przynajmniej zawodowym. Jako członek Krajowej Policji
Kryminalnej wgryzał się w skomplikowane i wymagające przypadki zabójstw.
Siedzenie w mieszkaniu i pomaganie kobietom w żałobie po utraconych
kotach nie stanowiło takiego samego wyzwania, ale było znacznie
spokojniejsze, normalniejsze.
Tego właśnie potrzebował, nawet jeśli głos z tyłu głowy mówił, że to
nudne jak cholera. Jednak im więcej czasu mijało, tym bardziej był
przekonany, że obrał właściwą ścieżkę. Regularnie odbierał Amandę z przedszkola i szedł z nią na plac zabaw. Za nic nie chciałby utracić
możliwości spędzania z nią czasu.
Robił więc to, co dawniej uznałby za niemożliwe. Dobrze się prowadził.
Żadnych głupot.
- Czy twoim zdaniem mam rację? - przerwała Anna-Clara. Sebastian nie
miał zielonego pojęcia, o co jej chodzi, ale to go nie powstrzymało.
- Tu nie ma racji ani jej braku. To twój smutek i postępujesz z nim tak,
jak jest najlepiej dla ciebie - odparł. - Chciałbym, abyś do następnego
tygodnia wzięła jedną z rzeczy Pyttsan i się jej pozbyła.
Zobaczył, że pobladła na samą myśl. Nachylił się, utkwił w niej wzrok i ściszył głos.
- Dasz radę, Anno-Claro. Dasz sobie z tym radę, bo jesteś silna.
Stał przy brudnym oknie i patrzył, jak Anna-Clara lekkim krokiem idzie w kierunku Strandvägen, zadowolona z ich sesji. Na ten dzień nie miał już
zaplanowanych żadnych pacjentów. Bardzo mu to odpowiadało. Na kolejny
był umówiony z Timem Cunninghamem, australijskim biznesmenem, który
stracił żonę. Inteligentnym. Wygadanym. Spotkali się przedtem tylko raz,
ale od razu pomyślał, że facet jest interesujący, co należało do
wyjątków. Poza tym miał okazję poćwiczyć angielski. To był przyjemny
bonus.
W zasadzie on i Ursula mieli tego wieczoru zjeść razem kolację, ale
przed kilkoma dniami wraz z resztą ekipy z Krajowej Policji Kryminalnej
pojechała do Karlshamn. Sprawa dotyczyła snajpera. Kojarzył kilka
podobnych przypadków ze Stanów Zjednoczonych, ale tego typu przestępcy
wyjątkowo rzadko pojawiali się w Szwecji. Może powinien zrobić mały
research, przejrzeć stare profile psychologiczne sprawców? Tak na
wszelki wypadek. Będzie mógł powiedzieć Ursuli, do czego doszedł.
Wiedział, że byłaby zainteresowana. Jednak natychmiast odrzucił tę myśl.
Skończyłoby się tylko na nadmiernym zaangażowaniu. Rozwiązywanie
skomplikowanych spraw zabójstw nie należało już do jego obowiązków.
Tylko Vanji. Była mądra i nieustępliwa. Sama nigdy by się nie przyznała,
że cokolwiek po nim odziedziczyła, ale znał ten typ uporu. Wiedział, że
Vanja nie wyjedzie z Karlshamn, dopóki sprawa nie zostanie rozwiązana.
Oznaczało to, że mogą potrzebować pomocy przy Amandzie.
Rzucił okiem na zegarek i postanowił, że zje obiad, a potem zadzwoni do
Jonathana i zapyta. Nauczył się, że im bliżej godziny odbioru małej
dzwoni, tym większa jest szansa, że Jonathan się zgodzi. Bycie rodzicem
pracującym na cały etat jest stresujące, zwłaszcza kiedy drugi rodzic
wyjedzie. Dodatkowa para rąk, która daje znak w odpowiednim momencie,
zwykle jest mile widziana.
Jonathan przystał na to z radością. Musiał coś dostarczyć jednemu z klientów i już i tak był zestresowany. Zapytał, czy może ją odebrać od
niego około szóstej. Kilka godzin sam na sam z Amandą to było więcej,
niż Sebastian mógł sobie wymarzyć.
Jej przedszkole, Promyk, mieściło się blisko parku Tessin, zaledwie
kilka minut drogi od mieszkania Vanji i Jonathana przy De Geersgatan.
Nawet on mógł tam przejść na piechotę. Któregoś razu Vanja i Jonathan
oglądali domek szeregowy w Sollentunie. To go zaniepokoiło. Zastanawiał
się, w jaki sposób dokonać sabotażu tego zakupu, jeśli zdecydują się
pociągnąć tę sprawę dalej, ale wtedy pojawiło się mieszkanie przy De
Geersgatan i problem został rozwiązany.
Sztokholm zaczynał się budzić po zimie. Powietrze nie było jeszcze zbyt
ciepłe, ale świeciło wiosenne słońce. Sebastian pozwolił sobie na
rozkoszowanie się spacerem, ale i tak był w Promyku kilka minut przed
wpół do czwartej.
- Sebastian! - zawołała uradowana Amanda na jego widok. Błysk w jej
oczach, kiedy go zauważyła, i wyraźna radość, gdy do niego biegła,
sprawiły, że zrobiło mu się ciepło na sercu. Kiedy pomagał jej się
ubrać, rozmawiali o tym, jak minął jej dzień. Dowiedział się, że
malowała akwarelami i jadła makaron. Po wyjściu z przedszkola poszli na
jej ulubiony plac zabaw. Uwielbiała zjeżdżalnie, a Sebastian nie
szczędził czasu na znalezienie najlepszej w okolicy przedszkola. Amanda,
podskakując, ruszyła przodem w swoim zbyt dużym czerwonym kombinezonie.
On poszedł za nią z wózkiem. Nie nazywała go dziadkiem, ale czuł się,
jakby nim był. Vanja nie pozostawiła złudzeń, że to Valdemar jest
dziadkiem. A Sebastian to Sebastian. Podejrzewał, że przyczyna tkwi w jej skomplikowanej relacji z Valdemarem. Nie skarżył się, ale ukradkiem
z przyjemnością smakował to słowo. Dziadek.
Na początku swoich zjeżdżalnianych przygód Amanda chciała, by stał na
końcu i ją łapał, ale po jakimś czasie nabrała większej odwagi i coraz
częściej chciała robić wszystko sama. Sebastian nie zawsze na to
pozwalał. Ludzie, którzy widzieli go na placu zabaw, myśleli pewnie, że
jest nadopiekuńczy. Nie wiedzieli jednak, czego się nauczył: to, co
najbardziej kochamy, w każdej chwili może nam zostać wyrwane z rąk.
Zadzwoniła jego komórka. Początkowo zamierzał to zignorować, ale uznał,
że może dzwonić Jonathan, i spojrzał na wyświetlacz. Ursula. Bacznie
obserwując Amandę, odebrał.
- Cześć, co jest?
- Wszystko w porządku?
W tym krótkim pytaniu Sebastian usłyszał jej wielkie zmęczenie.
- Jak najbardziej, odebrałem Amandę z przedszkola i jestem na placu
zabaw. A co u was?
- Właśnie przybyła nam nowa ofiara - odparła, tym samym szybko
przenosząc go w inne miejsce.
- Tak, widziałem. Nie ma przełomu?
- Jeszcze nie. Jestem teraz w jej mieszkaniu.
Sebastian odwrócił się do Amandy, zajętej zabawą. Pomachała mu radośnie
i poczuł całym sobą, że dokonał właściwego wyboru. Świat, z którego
dzwoniła Ursula, nie wabił go już tak silnie swoim mrokiem.
- A co tam u Vanji? Dobrze się czuje? - zapytał. Martwił się o nią.
Wiedział, pod jaką jest presją przy trzech ofiarach w ciągu jednego
tygodnia.
- Można powiedzieć, że znalazła się w opałach, ale moim zdaniem dobrze
sobie radzi.
- Pilnuj, żeby jej to nie zeżarło. Zawsze chce być najlepsza.
- Ciekawe, po kim to ma.
- To tylko jedna ze wszystkich moich pozytywnych cech - odparł, próbując
obrócić w żart własny niepokój. Średnio pomogło... - Słuchaj, nie bardzo
mam czas, czy chodzi o coś konkretnego?
- Myślę o Torkelu. Zbliża się rocznica i spróbuję do niego wpaść, ale
jeśli...
- Nie - przerwał Sebastian. - Nie zamierzam tam iść.
Ursula nie odpowiedziała od razu. Widział oczami wyobraźni, jak zaciska
zęby ze zdenerwowania.
- Nie chcę, aby był sam - dodała po chwili.
- Ma byłe żony, córki i pewnie jeszcze jakichś ludzi, którzy nadal
nazywają go przyjacielem.
- Ty powinieneś być jednym z nich.
- Tak, ale nie jestem. Więc nie próbuj...
Amanda przewróciła się przy drabinkach. Szybko wstała, ale Sebastian i tak potraktował to jako pretekst do zakończenia rozmowy.
Sprawił Ursuli zawód. Ale przejdzie jej.
Ze wszystkich kobiet, które przewinęły się w jego życiu, została tylko
ona. Rozumiała go na tyle dobrze, by z nim wytrzymać. Albo była do niego
wystarczająco podobna. Nie rozkwitła między nimi wielka miłość, ale
musiał przyznać, że łączyło ich coś wyjątkowego. Przez wielu ludzi z otoczenia mogła być odbierana jako surowa. A nawet pozbawiona empatii.
Jak on. Jednak pod szorstką powłoką, inaczej niż w jego przypadku, krył
się dobry człowiek. Świadczył o tym sam fakt, że pomyślała o samopoczuciu Torkela w czasie trudnego śledztwa.
Gdyby wstyd nie był mu obcy, pewnie teraz zacząłby go odczuwać. Czy
powinien mimo wszystko zadzwonić? Byli kiedyś dobrymi przyjaciółmi.
Torkel wytrzymywał z nim, był wyrozumiały, nawet mu pomagał. To jednak
było dawno, a Sebastian nie potrafił wykrzesać z siebie takiej troski o innych jak Ursula.
Nigdy tego nie potrafił.
Nowe życie czy nie, miał swoje granice.
Podszedł do Amandy i zaproponował pójście na lody. Vanja zabroniła mu ją
rozpieszczać, ale była w Karlshamn i zmagała się z większymi problemami.
Trzeba było korzystać z okazji.
Ile minęło od jej wyjazdu z tego miasta?
Lata. Kilka lat. Ale ile dokładnie? Zdaje się, że mniej niż dziesięć.
Bez znaczenia. Równie dobrze mogłoby, a nawet powinno upłynąć więcej
czasu, pomyślała na widok znajomych kształtów za szybą autobusu.
Co tu robiła?
Dlaczego wróciła?
Tak naprawdę.
Po dziesięciu latach, no i co z tego? Dlaczego w ogóle ją to obchodziło?
Nie obchodziło jej. Nie była w najmniejszym stopniu zainteresowana, co
słychać u którejkolwiek z dwudziestu dziewięciu osób, z którymi była
zmuszona przebywać przez trzy lata. Co dziś robią, czy mają rodziny,
czym się zajmują, gdzie mieszkają.
Miała to wszystko gdzieś. Miała gdzieś tych ludzi.
Sama też pewnie nie była interesująca dla nikogo. Nigdy nic dla nich nie
znaczyła. Czy w ogóle ją pamiętali? Może niektórzy. Powinni pamiętać. A co, jeśli po prostu zapomina się tych, których dawniej traktowało się
podle? Czy istnieją tylko do momentu, kiedy się ich dręczy, a kiedy już
nie da się ich zranić, znikają? Może na ich miejsce przychodzą nowe
ofiary, w różnym tego słowa znaczeniu.
Co tu robiła?
Dlaczego wróciła?
Nie był to żaden triumfalny powrót. Żaden piękny rewanż. Nie mogła
liczyć na to, że zaczną się do niej garnąć albo bardziej ją lubić, bo
jest sławna lub odniosła sukces. Że wróci i dopiero im pokaże. Brzydkie
kaczątko nie przemieniło się w łabędzia, tylko stało się brzydką kaczką
- starszą i twardą.
Co w takim razie tu robiła?
Dlaczego wróciła?
Może chciała tylko pokazać, że żyje, że zdobyła się na odwagę, że jej
nie złamali. Ale czy naprawdę? Kto wie, jak wyglądałoby jej życie, gdyby
w tamtych latach było inne. Lepsze. Możliwe do zniesienia.
Gdyby nie było Tych Trzech, które postanowiły, że nie jest warta nawet
tego, by się na nią wkurzać. Traktowały ją jak powietrze. Jak wielkie
nic.
Gdyby nie było biernych uczestników, którzy na to pozwalali, bo byli tak
niepewni siebie i czuli strach, że sami znajdą się na jej miejscu.
Gdyby nie było Mackego i Philipa.
Nie, w tamte rejony nie zamierzała się zapuszczać. Nie teraz. Jeszcze
nie. Odsunęła od siebie to wszystko: myśli, nazwiska, tamten wieczór.
Będą tam, przypomniała sama sobie. Spotka ich. Dziś wieczorem. Na
imprezie, czy jak to nazwać. Nie odnowieniem kontaktu, bo najpierw
trzeba by było go mieć.
Będą tam.
Może dlatego przyjechała, dlatego wróciła.
I jeszcze ten sen.
Powracający.
Po raz pierwszy przyśnił jej się w nocy po tym, jak dostała zaproszenie.
Odpowiedziała, że się pojawi, a wtedy zaczął nawiedzać ją częściej. Śnił
jej się rewanż. Umiała im się postawić. W końcu. Dawała im to, na co
zasłużyli. Czasem sen był tak realistyczny, tak żywy, że budziła się z uczuciem triumfu. Oczywiście znikało ono zaraz po obudzeniu i powrocie
do rzeczywistości.
Autobus minął tablice informujące, że wjeżdżają do Karlshamn - miasta, z którego wyjechała. Które opuściła. Z którego uciekła. Próbowała sobie
wmawiać, że ucisk w brzuchu nie jest objawem żalu i strachu, lecz czegoś
innego. Determinacji. Wyczekiwania. Z wolna odradzającej się nienawiści,
którą tak długo tłumiła i której zamierzała teraz pozwolić wzrastać.
To dlatego wróciła.
Naprawdę zamierzała to zrobić.
Chciała się zemścić.
Kungsgatan.
Kiedy Angelica Carlsson skręciła w tę ulicę, nawet nie próbowała ukrywać
uśmiechu zadowolenia. W Karlshamn były większe i bardziej luksusowe
wille, lepsze mieszkania, bardziej ekskluzywne dzielnice. Jednak do
dużego trzypokojowego mieszkania przy Kungsgatan wprowadziła się
praktycznie po niecałych czterech miesiącach. Nieźle.
Sto dwanaście dni od jej pierwszego spotkania z Nilsem.
Sto trzynaście, odkąd nawiązała z nim kontakt na jednym z wielu portali
randkowych, które regularnie odwiedzała. Był o siedemnaście lat starszy.
Wyglądał sympatycznie, był rozwiedziony, córka wyprowadziła się z domu -
jego profil wyglądał na idealny. Właśnie takiego mężczyzny szukała, choć
oczywiście nie mogła być pewna. Dopiero na piątej, a może na szóstej
randce zrozumiała, że trafiła w dziesiątkę. Ze spuszczonym wzrokiem
trochę nieśmiało położyła dłoń na jego dłoni i wyraziła nadzieję, że
będzie chciał spotykać się z nią częściej, bo naprawdę by się cieszyła,
gdyby... wyszło z tego coś więcej, gdyby zostali parą. Roześmiał się wtedy
z lekkim zawstydzeniem i z pewnością rozłożyłby ręce w obronnym geście,
gdyby nie to, że trzymała go za jedną z nich.
- Do czego jestem ci potrzebny?
Nie pozwoliła, by wzbierająca w niej radość była widoczna na twarzy.
Spojrzała na niego z powagą, stwierdziła, że jest głupi, skoro ma tak
niskie mniemanie o sobie. Taki fantastyczny facet. Dlatego chciała
spędzać z nim więcej czasu. Tamtego wieczoru, trzymając się za ręce,
poszli do jego domu. Wtedy po raz pierwszy była w mieszkaniu przy
Kungsgatan.
Kilka tygodni później pozwoliła, by pojawił się Dick.
Jej były chłopak, nieuleczalny kretyn.
Przygnębiona i trochę nieobecna myślami spotkała się z Nilsem po pracy,
w jego domu. Oczywiście zauważył, że nie wszystko jest w porządku, ale
nie chciała o tym rozmawiać, nie chciała go do tego mieszać. Trzymała
się tej linii, dopóki nie poczuła, że zaraz przestanie zadawać kolejne
pytania i zgodnie z jej życzeniem da spokój.
Wtedy niechętnie opowiedziała mu o wszystkim.
Gdy jej opowieść dobiegła końca, była już noc.
Nils dowiedział się, że poznała Dicka, kiedy była młoda i głupia, że
była zafascynowana jego dalekosiężnymi nierealistycznymi planami,
szalonymi przedsięwzięciami, beztroskim stylem życia, choć pod swobodną
i czarującą powierzchownością kryły się mroczne wnętrze i obsesja
kontroli. Zalewając się łzami, opowiedziała, jak po kilku latach zaszła
w ciążę, a Dick pod żadnym pozorem nie chciał mieć dziecka. Zmusił ją do
dokonania wyboru między nim a maluchem, a zaledwie kilka miesięcy po
aborcji i tak ją rzucił. Nils ją przytulił, otarła łzy, dawała się
pocieszać. Zastanawiała się, co dalej, ale sam wybawił ją z kłopotu, bo
zapytał, dlaczego myśli o Dicku akurat dzisiaj, teraz.
Czy coś się stało? Skontaktował się z nią?
Tak. Skontaktował się.
Powiedziała, że kilka lat wcześniej wrócił do jej życia. Znów zaczął o nią zabiegać. Mówił, że tęskni, żałuje tego, jak ją potraktował, i już
wie, że postąpił paskudnie. Tłumaczył, że dojrzał i zastanawia się, czy
mogliby znów być parą. Prosił i zaklinał. Dała się przekonać. Myślała,
że naprawdę się zmienił. Że będzie potrafił zapewnić jej poczucie
bezpieczeństwa, którego szukała.
Zaczęło się dobrze, mniej więcej po pół roku postanowili razem
zamieszkać, kupili mieszkanie w Göteborgu. Jednak już po kilku
miesiącach jego zazdrosne, kontrolujące oblicze przypomniało o sobie i zatriumfowało. Tym razem posunął się do przemocy. Znalazła w sobie siłę,
by się wyrwać. Już nie zamierzała dać mu się odzyskać, bez względu na
słowa i obietnice. Skończyła z Dickiem. On jednak nie skończył z nią, co
to, to nie. Regularnie dzwonił z żądaniami, groźbami, uciekał się do
szantażu, robił, co mógł, żeby utrudnić i zniszczyć jej życie. Ostatnio
mówił coś o mieszkaniu w Göteborgu i kredycie, nie wiedziała dokładnie
co, bo kiedy zaczął się wydzierać, rozłączyła się i zablokowała numer,
ale i tak myśli o nim nie dawały jej spokoju.
To dlatego była przygnębiona, kiedy przyszedł, choć powinna być radosna.
Zadowolona z życia. Z niego. Z Nilsa.
Tej nocy po raz pierwszy poszli ze sobą do łóżka. Po wszystkim płakała w jego ramionach. Mówiła, jak bardzo jest szczęśliwa i wdzięczna, że się
spotkali. Przy nim czuła się bezpieczna, czuła, że ma opiekę.
- Lubię się tobą opiekować - wyszeptał i czule pogłaskał ją po włosach.
Przytuliła go w milczeniu, właśnie to miała nadzieję usłyszeć.
Kilka tygodni później praktycznie się do niego wprowadziła. Przychodziła
częściej, zostawała dłużej, brała komplet ubrań na zmianę. Dostała
własną półkę, szufladę, miejsce w szafie. Byłej żony Nilsa nie widziała
ani nie słyszała. Jego córka o niej wiedziała, ale chyba nie
przeszkadzało jej, że tata poznał kogoś nowego. Nie mieli przesadnie
częstych kontaktów, dzwonili do siebie nie częściej niż raz na dwa
tygodnie. Kiedy tam była, córka Nilsa nigdy nie przyjechała się
przywitać, choć mieszkała w Helsingborgu oddalonym o niecałe dwie
godziny drogi.
Angelica pokonała ostatni odcinek drogi do furtki. Uśmiech zadowolenia
musiał już zniknąć. Zastąpił go niepokój. Nadszedł czas na kolejny krok.
Dziś Dick znów nawiązał z nią kontakt. Groził policją, komornikiem i czymś jeszcze. Nie zrozumiała wszystkiego, ale zdaje się, że chciał
sprzedać mieszkanie w Göteborgu, a ona była mu winna jakieś pieniądze.
Zamierzała wejść wzburzona, roztrzęsiona, zapłakana, potrzebująca
pomocy, której tylko Nils mógł jej udzielić. Dostanie ją, ale mimo to
się nie uspokoi. Nie tego wieczoru. Dick chciał dwustu trzydziestu
pięciu tysięcy koron. Masę, masę, ogromną masę pieniędzy. Skąd miałaby
je wytrzasnąć?
Do tego momentu mogła wszystko zaplanować, potem przyjdzie czas na
improwizację. W najlepszym wypadku Nils od razu sam z siebie zaoferuje
jej pożyczkę, niczego nie kwestionując ani nie sprawdzając.
Najprawdopodobniej zaproponuje pomoc prawnika, może zgłoszenie na
policję. Jeśli tak, spróbuje to odrzucić, a potem wolno i ostrożnie
podsunie mu pomysł, że może być tym, który pomoże jej się uwolnić raz na
zawsze. Jej rycerzem na białym koniu. Pożyczka. Suma osiągalna dla
niego, a jej ratująca życie.
Przynajmniej dopóki nie pojawią się kolejne problemy i nie będzie
potrzebowała więcej.
Wsunęła klucz do dziurki i zamknęła oczy, poczuła napływające łzy.
Cholera, dobra jest.
Ćwiczenie czyni mistrza.
Kiedy znów otworzyła oczy, do końca jej życia została jedna ósma
sekundy. Może mniej. Kula po opuszczeniu lufy przemieszczała się z prędkością prawie ośmiuset metrów na sekundę. Ponaddwukrotnie szybciej
niż dźwięk, więc Angelica nie zdążyła usłyszeć głuchego huku. Została
trafiona w skroń i padła martwa na swojej ukochanej Kungsgatan.
Trzecie ciało, trzecie zabójstwo.
Vanja spojrzała na karetkę, bez pośpiechu mijającą barierki na
Kyrkogatan. Za niebiesko-białą taśmą policyjną zebrało się już sporo
gapiów. Wiele telefonów komórkowych fotografowało i filmowało
żółto-zielony samochód, gdy bez niebieskich świateł i bez syren jechał
do najbliższego szpitala z kostnicą. Vanja nie wiedziała, gdzie się
mieści - nie zdążyła jeszcze wystarczająco poznać miasta. Ursula
wiedziała, bo już tam była, żeby wyrobić sobie własny pogląd na temat
obrażeń dwóch poprzednich ofiar. Jedynym, co poza tym o nich wiedzieli,
było to, co przeczytali w komisariacie, gdy lokalna policja oficjalnie
przekazała śledztwo w ich ręce.
Pierwszą ofiarą była kobieta w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat, Kerstin
Neuman. Została zastrzelona, prawdopodobnie w chwili, kiedy szła wyjąć
korespondencję ze skrzynki przy głównej drodze. Mieli niewiele
informacji. Mała posiadłość, w której samotnie mieszkała, znajdowała się
około dziesięciu kilometrów za miastem. Wczytując się w materiały ze
śledztwa, Vanja zrozumiała, że kobieta celowo szukała takiego
odosobnienia. Nie groziło jej żadne konkretne niebezpieczeństwo, ale
wszyscy, a w każdym razie bardzo wielu mieszkańców Karlshamn wiedziało,
kim jest Kerstin Neuman. Co zrobiła. A raczej czego doświadczyła, bo
nigdy nie została oficjalnie pociągnięta do odpowiedzialności za
katastrofę autobusową.
Drugą ofiarą był Bernt Andersson. Miał pięćdziesiąt trzy lata, ale na
zdjęciu, które wisiało na tablicy w ich prowizorycznym biurze w komisariacie kilka przecznic dalej, wyglądał na co najmniej o dziesięć
lat starszego. Był to skutek trudnego życia. Długie lata nadużywał
większości substancji, jakich można nadużywać. Ludzie, którzy od czasu
do czasu spotykali go jeżdżącego po dzielnicy Asarum, w której mieszkał,
twierdzili, że ostatnio głównie alkoholu. Andersson był znany lokalnej
policji: spędził wiele nocy w izbie wytrzeźwień, zatrzymywano go za
zakłócanie porządku, oskarżano o drobne przestępstwa narkotykowe, ale
zawsze kończyło się na karach grzywny. Kilka razy zdarzyło się, że różne
kobiety, u których przez jakiś czas mieszkał, zgłaszały na policji
kradzież i pobicie.
Nie zapadł jednak żaden wyrok.
Znaleziono go leżącego na jednym z przyrządów do ćwiczeń na skraju lasu,
trzy dni po śmierci Kerstin Neuman. Strzał został oddany w skroń, był
śmiertelny i, jak się okazało, w obu przypadkach użyto tej samej broni.
To wtedy Kriście Kyllönen, szefowej policji w okręgu, udało się
przekonać przełożonego z Regionu Południe w Malmö, by zwrócono się do
Krajowej Policji Kryminalnej. Nietypowe posunięcie w przypadku śledztwa,
które trwało zaledwie niecały tydzień, ale oba zabójstwa były dziełem
snajpera, a nie mieli żadnych świadków, żadnych fizycznych dowodów poza
pociskami, żadnych łusek zostawionych na miejscu, śladów opon, niczego
podejrzanego na filmach z nielicznych kamer monitoringu zamontowanych w mieście.
Nie mieli nic, na czym mogliby się oprzeć, i potrzebowali pomocy.
Stwierdzenie, że przyjechali do miasta, na które padł strach, byłoby
przesadą, ale trzecia strzelanina w ciągu ośmiu dni bez wątpienia
doprowadzi do nasilenia niepokoju i strachu, a stąd niedaleko do gniewu.
Vanja westchnęła w duchu. To może łatwo przerodzić się w koszmar. Nie
wolno na to pozwolić. Czuła na sobie spojrzenia. To było jej pierwsze
duże śledztwo, odkąd w grudniu została szefową Krajowej Policji
Kryminalnej.
Zastępując Torkela.
Spojrzała za siebie, w kierunku blokady drogowej na następnym
skrzyżowaniu, przy Södra Fogdelyckegatan. Vanja nie wiedziała, co znaczy
fogdelycke ani czy takie słowo w ogóle istnieje. Brzmiało jak
wymyślone. Również tam gromadzili się gapie, ale mniej licznie i nie
widziała tylu wyciągniętych telefonów. Ta blokada była bardziej oddalona
od miejsca zabójstwa, więc trudniej było zrobić zdjęcia, które
ukazywałyby coś więcej niż zwyczajną ulicę w małym miasteczku. Może
dałoby się uchwycić Ursulę, kucającą i fotografującą miejsce, w którym
leżała ofiara. Według prawa jazdy znalezionego w kieszeni płaszcza była
to trzydziestodziewięcioletnia Angelica Carlsson.
- Vanja.
Odwróciła się i zobaczyła idącego w jej stronę Carlosa. Był początek
kwietnia, słońce wprawdzie zachodziło, ale nie było zimno, a w każdym
razie nie tak, jak można by pomyśleć na widok Carlosa Rojasa. Miał
czapkę naciągniętą na uszy, ocieplane rękawiczki i szalik. Poza tym
wiedziała, że pod jego ekskluzywną kurtką są jeszcze sweter, flanelowa
koszula i T-shirt. Była prawie pewna, że pod markowymi dżinsami nosi też
kalesony.
Carlos był najnowszym nabytkiem w ich grupie. Po raz pierwszy pracowali
razem w Uppsali, ścigali wtedy seryjnego gwałciciela. Vanja starała się
unikać myśli o tych październikowych tygodniach sprzed trzech i pół
roku. O tym, jak niewiele brakowało, by sama została jedną z ofiar.
Zdarzyło się wówczas mnóstwo okropnych rzeczy i była to jedna z najdziwniejszych spraw, przy których kiedykolwiek pracowała, ale to
wtedy wraz z pozostałą dwójką z Krajowej Policji Kryminalnej poznała
Carlosa. Kiedy Torkel odszedł... został zmuszony do odejścia - poprawiła
się w myślach - musieli dobrać jeszcze jedną osobę do grupy. Dołączył
właśnie on. Był łatwy we współpracy, zdolny, pracowity i sumienny. Miał
mnóstwo cech, które Vanja ceniła, zwłaszcza teraz, gdy sama odpowiadała
za wszystko, co lądowało na ich biurku. Tyle tylko, że marzł. Zawsze,
niezależnie od temperatury.
- O co chodzi? - zapytała, kiedy do niej podszedł.
- Jest tam pewna kobieta - odparł, wskazując dzwonnicę na wzgórzu za
czarnym ogrodzeniem z kutego żelaza po drugiej stronie ulicy. - Mówi, że
słyszała snajpera.
- Słyszała?
- Tak. Chcesz z nią porozmawiać?
Vanja się zastanowiła. Czy chciała? Pewnie kobieta powie, że słyszała
huk, i tyle. Czuła jednak, że musi to zrobić. Należało zajrzeć pod każdy
kamień...
Poszła za Carlosem w kierunku pokrytej beżowym tynkiem małej kamiennej
wieży. Można by się spodziewać, że będzie połączona z kościołem, ale
królowała samotnie na wzgórzu, a najbliższy kościół mieścił się pół
przecznicy dalej. Tu i ówdzie pośród traw wyrastały kępy rozkwitających
żonkili. W tym mieście wiosna rozgościła się bardziej niż w Sztokholmie,
pomyślała Vanja i poczuła się jak emerytka. Coś takiego mógłby
powiedzieć jej ojciec. A przynajmniej jeden z jej ojców. Valdemar. Ten,
którego miała nadzieję wspierać zawsze, cokolwiek by się działo, i z którym po wielu skomplikowanych kolejach losu, pełnych kłamstw i sensacyjnych odkryć, straciła kontakt.
Sytuacji nie ułatwiał fakt, że Valdemar siedział w więzieniu.
Zamiast tego raz na jakiś czas odzywała się do Sebastiana Bergmana -
człowieka, którego długo usiłowała wymazać z życia. Co dziwne, w ciągu
ostatnich lat rozwinęła się między nimi prawie normalna relacja. Nie do
wiary, jak życie potrafi się ułożyć. To miało związek z jej córką. Z Amandą. Wnuczką Sebastiana. W lipcu miała skończyć trzy lata. Vanja
przerwała rozmyślania i stłumiła tęsknotę, która dawała o sobie znać za
każdym razem, gdy myślała o Amandzie - czyli często.
Podeszli do czekającej na nich kobiety. Stała, trzymając torbę na
kółkach, w brązową kratę. Miała około pięćdziesięciu lat. Jej włosy były
krótkie, nierówno ostrzyżone - Vanja domyślała się w tym skutków
bliskiego spotkania z nożyczkami przed lustrem w domowej łazience. Jej
ubrania były czyste i w dobrym stanie, ale i tak robiła wrażenie nieco
niechlujnej. W jednej ręce trzymała chwytak. Vanja zwróciła uwagę, że
torba jest do połowy wypełniona pustymi puszkami i plastikowymi
butelkami. Podała nazwisko oraz stopień służbowy i poprosiła o informacje.
- Już wszystko powiedziałam temu panu - odparła kobieta, wskazując głową
na Carlosa. - Szłam tędy, bo wieczorami przesiaduje tu sporo młodzieży,
więc zwykle to dobre miejsce do szukania puszek. Nagle usłyszałam huk.
Vanja zaklęła w duchu. Mogła, a wręcz powinna zlecić to Carlosowi.
Nadawanie priorytetów. Delegowanie. Carlos był dobry w te klocki.
- Huk?
- Jakby wystrzału.
- Wie pani, z której strony dobiegł?
- Nie, bo pomiędzy budynkami było echo.
Vanja się rozejrzała. Nie było czegoś takiego jak "pomiędzy budynkami".
Na początku ulicy zauważyła dwa niskie drewniane domy, a trzydzieści
metrów w głębi przypominającego park terenu, na którym właśnie się
znajdowali - duży czerwony budynek z napisem "Dom parafialny". Oprócz
tego po jednej stronie Kungsgatan stał tylko samotny dwupiętrowy dom.
Dźwięk nie miał się od czego odbić.
- Nie zauważyła pani, by ktokolwiek stąd wybiegał?
- Nie.
- Nikt się nie poruszał, niekoniecznie szybko? Nie przejechał żaden
samochód?
- Nie, ale usłyszałam huk.
- Dziękuję, kolega zapisze pani dane, na wypadek gdybyśmy chcieli
jeszcze się skontaktować. Dziękujemy za pomoc.
Vanja ruszyła z powrotem w stronę znajdującej się w dole ulicy.
Rozglądała się. Skąd mógł paść strzał? Z jednego z budynków przy
krzyżujących się ulicach - tam, gdzie teraz była blokada? Możliwe. Albo
z jakiegoś punktu terenu parkowego, który właśnie opuszczała, ale to
było mniej prawdopodobne. Rosło tu niewiele drzew, za którymi można było
się schować, nie było żadnych gęstych krzaków. Zbyt ryzykowne miejsce za
dnia. Spekulacje w zasadzie nie miały sensu. Nie znali kąta, pod którym
padł strzał, i pewnie nigdy go nie poznają, bo nie wiedzieli, w którą
stronę była odwrócona Angelica Carlsson, kiedy trafiła ją kula. Zdążyła
włożyć klucz do zamka, co wskazywałoby na to, że wchodziła przez
niebieską furtkę. Jeśli stała przed nią, to strzał padł z prawej strony.
A więc od południa Fogdelyckegatan...
Czy powinna wysłać kilku ludzi, żeby popytali mieszkańców żółtych
kamiennych budynków na skrzyżowaniu, z których dało się zobaczyć miejsce
zbrodni? Co zrobiłby Torkel?
Nie podjąwszy decyzji, zeszła z powrotem na ulicę, a w tej samej chwili
Billy szybkim krokiem ruszył ku niej od strony niebieskiej furtki.
- Wiem, w którą stronę szła - oznajmił.
Gdy tylko Vanja weszła do lokalu na
pierwszym piętrze, odniosła wrażenie, że to nie jest mieszkanie
Angeliki. Przez te wszystkie lata była w tak wielu mieszkaniach - ofiar,
krewnych, sprawców - ale w tym nie poczuła obecności kobiety. Nie
potrafiła do końca nazwać tej myśli, ale mieszkanie wydawało się...
gotowe. Jakby ktoś wybrał się do sklepu meblowego, kupił wszystko, co
potrzebne, ani mniej, ani więcej, i na tym poprzestał. Nie uzupełniał
wystroju, nie czynił go bardziej osobistym, niczego nie dodawał ani nie
zabierał. Tylko zadowolił się tym, co jest. Vanja nie sądziła, by
kobieta mogła tak postąpić. Może kierowała się stereotypem, ale
mieszkanie miało klimat szybkiego - męskiego - pomysłu na życie po
rozwodzie.
Na kanapie siedział mężczyzna, którego Billy przedstawił jako Nilsa
Fridmana. Wyglądał na niecałe sześćdziesiąt lat, miał na sobie beżowe
chinosy i kraciastą koszulę, a jego włosy zaczynały się przerzedzać i siwieć. Przed nim na szklanym blacie stolika stała nietknięta szklanka
wody, a po bladych policzkach spływały mu łzy. Jego ręce zwisały ciężko
wzdłuż tułowia, ramiona się trzęsły i wyglądało na to, że na samo
siedzenie prosto zużywa wszystkie siły. Vanja ponownie się przedstawiła
i zapytała, czy mógłby odpowiedzieć na kilka pytań. Nils skinął głową,
odchrząknął i wyjął z kieszeni materiałową chustkę do nosa. Vanja nie
sądziła, że ktokolwiek poniżej osiemdziesiątki wciąż takich używa.
Szybko wytarł mokre policzki, wydmuchał nos i schował chustkę z powrotem
do kieszeni.
- Kobieta, którą znaleźliśmy na dworze, nazywała się Angelica Carlsson?
- zapytała Vanja, siadając na krawędzi jedynego fotela w pokoju.
- Tak - odparł Nils, a na dźwięk tego nazwiska oczy znów zaszły mu
łzami. Chustka pozostała jednak w kieszeni.
- Wybierała się do pana? - Znów było to bardziej stwierdzenie niż
pytanie, ale po raz kolejny otrzymała odpowiedź w postaci skinienia
głową.
- Skąd pan ją znał? Mieszkała tutaj?
Nils pociągnął nosem, kilka razy przełknął ślinę, jakby chciał mieć
pewność, że głos go nie zawiedzie, i podniósł zapłakane czerwone oczy na
Vanję.
- Byliśmy parą - odparł niewyraźnie. - Pomieszkiwała tu od czasu do
czasu.
- A poza tym gdzie mieszkała? - kontynuowała Vanja i kątem oka
zauważyła, że Billy zaczyna notować. Nils nabrał powietrza, żeby
odpowiedzieć, ale zawahał się i chwilę myślał, a na jego czole pojawiła
się mała zmarszczka.
- Ma... ma mieszkanie gdzieś w okolicach Bräkne-Hoby... gmina Ronneby.
- Nigdy nie był pan u niej w domu?
- Nie, spędzaliśmy czas głównie tutaj. A raczej zawsze tutaj, jeśli
nigdzie nie wychodziliśmy.
Ostatnie słowa wypowiedział wolniej. Jakby właśnie do niego dotarło, że
to trochę dziwne, iż nigdy nie był u Angeliki w domu ani nawet nie
wiedział, gdzie mieszka, pomyślała Vanja.
- Jak długo byli państwo razem?
- Poznaliśmy się pod koniec grudnia, na jednym z portali randkowych.
- Czyli prawie cztery miesiące.
- Tak.
- Ale nigdy nie był pan u niej w domu?
- Nie.
Vanja posłała Billy'emu szybkie spojrzenie. To, że Nils nigdy nie
odwiedził Angeliki, wskazywało, że nie chciała go gościć, co z kolei
mogło oznaczać, że coś ukrywała, że Nils po prostu miał się o tym nie
dowiedzieć.
- Zna pan adres?
- Niestety nie.
- Znajdziemy go, nie ma problemu. - Vanja umilkła, spojrzała na
udręczonego mężczyznę i uświadomiła sobie, że kolejne pytanie będzie dla
niego jeszcze trudniejsze. Nachyliła się i lekko ściszyła głos. - Czy
może pan powiedzieć o niej coś, co mogłoby wyjaśnić, dlaczego została
zamordowana?
Nils tylko ponownie pokręcił głową i znów zaszkliły mu się oczy, jakby
każde przypomnienie o tym, że Angelica nie żyje, było ponad jego siły.
Wyłuskał chustkę do nosa i powtórzył całą wcześniejszą procedurę:
wycieranie łez, wydmuchiwanie nosa, chowanie chustki z powrotem do
kieszeni. Vanja mimo woli zaczęła się zastanawiać, czy ma jakiś system,
by nie wcierać sobie w oczy starych smarków, ale odepchnęła tę myśl.
Musiała się skupić na tym, co było ważne.
- Czy to nie ten sam człowiek, który zabił dwie pozostałe osoby? -
wykrztusił w końcu Nils.
- Możliwe - przyznała Vanja. - Czy nigdy nie wspominała o jakichś
groźbach, o tym, że czuła się obserwowana, lub czymś w tym rodzaju? Nie
mówiła panu nic takiego?
- Był ten cały Dick - odparł Nils z namysłem.
- Kto to jest Dick?
- Jej były chłopak, z którym mieszkała w Göteborgu i który czasem nadal
uprzykrzał jej życie.
- W jaki sposób?
- Dzwonił i mówił, że jest mu winna pieniądze, groził policją,
komornikiem i tak dalej.
Vanja znów spojrzała na Billy'ego i zrozumiała, że pomyślał o tym samym,
kiedy wziął do ręki telefon i ruszył do drzwi, najwyraźniej chcąc
sprawdzić, czego można się dowiedzieć o owym Dicku.
- Wie pan, jak miał na nazwisko? - zapytał, odwracając się w drzwiach.
- Nie, mówiła tylko Dick.
- Okej. Dziękuję.
Vanja milczała i myślała. Były chłopak. To nigdy nie jest dobry znak.
Byli partnerzy często grożą kobietom, robią im krzywdę albo je zabijają.
Zbyt często. Każdego roku.
Zazdrosny eks. Na pewno nie można tego wykluczyć.
Jednak czy w takim przypadku istniał związek z dwoma pierwszymi
zabójstwami? A może były tylko próbą ukrycia, że to Angelica jest
rzeczywistą, zamierzoną ofiarą? Kiedy Vanja sformułowała tę tezę w myślach, wydała jej się wyjątkowo pokrętna i naciągana. Wiedzieli zbyt
mało, przede wszystkim o Angelice, ale też o całej sytuacji. Nic nie
wiedzieli.
- Nie miała żadnych innych zmartwień ani powodów do niepokoju?
- Nie, zawsze była taka radosna... kochająca, wspaniała... - Głos Nilsa
załamał się ponownie i tym razem nie dało się już powstrzymać szlochu.
Vanja szybko przeniosła wzrok na sofę. Nie sądziła, że Nils Fridman może
jej jeszcze w czymś pomóc. Przynajmniej na razie.
- Czy możemy zadzwonić do kogoś, kto dotrzymałby panu towarzystwa? -
zapytała, wstając z fotela, gotowa zakończyć wizytę. Ku jej wielkiej
uldze Nils ponownie pokręcił głową. Chciała jak najszybciej wrócić do
ich pokoju w okazałym budynku przy ulicy Erika Dahlberga. Czuła, że musi
pobyć sama, pomyśleć, ułożyć strategię na najbliższe fazy śledztwa.
Odpowiedzialność spoczywała teraz na jej barkach. Po raz pierwszy. Czuła
jej ciężar.
Wystarczająco niepokojące było to, że mieli trzy ofiary.
Chciała za wszelką cenę uniknąć czwartej.
Takie żałosne. Wszystkie one. Tak
cholernie żałosne. Julia nienawidziła patrzeć, z jaką łatwością wchodzą
w swoje dawne role. Bez oporu, jakby nic się nie wydarzyło, jakby czas
stanął w miejscu. Te zwyczajne, pozbawione ambicji zdolne dziewczyny,
które z pewnością skończyły studia, miały dobre posady, kariery, rodziny
i ułożyły sobie życie, siedziały razem przy jednym krańcu stołu.
Chłopacy, którzy dawniej byli nerdami albo po prostu zwyczajnymi gośćmi,
siedzieli obok nich. Popularne dziewczyny zajmowały miejsca obok
popularnych chłopaków, którzy się rozsiadali, zużywali cały tlen w pomieszczeniu, za dużo pili i co dwie minuty zaczynali zdanie od: "A pamiętacie, jak...", a potem padało jakieś okropieństwo, przypomnienie
poniżającej chwili wymierzone w kogoś siedzącego dalej, kto odpowiadał
sztywnym uśmiechem, wysilonym rechotem, bo nie chciał psuć atmosfery,
dawał do zrozumienia, że absolutnie nie ma nic przeciwko odrobinie
zabawy swoim kosztem. Wiedział, gdzie jest jego miejsce w hierarchii,
która w czarodziejski sposób na jeden wieczór zmartwychwstała.
Najgorszy był Macke. Jakżeby inaczej.
Król dziewiątej B.
Był zupełnie taki sam jak dawniej. Trochę grubszy - pod napiętą koszulą
w duże wzory i źle dopasowaną marynarką odznaczał się brzuszek. Kilka
dodatkowych lat złych nawyków żywieniowych i nadmiaru alkoholu, oceniła
Julia. Kręcone włosy w kolorze rudego blondu, szeroki, kiedyś złamany
nos, wąskie usta i brzydkie wąsy. Te same niebieskie oczy, które, o ile
sobie przypominała, nigdy nie były ciepłe ani przyjazne.
Tak samo głośny, tak samo durny.
Równie przerażający dla nieśmiałych, jednakowo popularny u Tych Trzech -
o wiele za głośno śmiały się z jego żartów, wypijały z nim toasty, co
jakiś czas nabierały ochoty, by usiąść mu na kolanach.
Przesunęła wzrok na Philipa. Przez cały czas był wyjątkowo cichy.
Najwyraźniej postanowił usiąść z dala od Mackego, ale Król to zauważył.
- Fille! Fille! Masz siedzieć z żelazną ekipą!
Przez chwilę wydawało się, że Philip zamierza zaprotestować, powiedzieć,
że zostanie na miejscu, które wybrał, ale Macke się nie poddawał i przeciągnął na swoją stronę Te Trzy. Zaczęły skandować: Fille! Fille! -
aż Filip z rezygnacją kiwnął głową, przeprosił pierwotnie obraną
sąsiadkę, wstał i wśród wiwatów usiadł przy ich krańcu stołu. Nikt nie
powiedział głośno, w czym rzecz, ale równie dobrze mogli to zrobić.
Nikt nie będzie przecież siedział z przegrywami.
Loserami ze szkoły w Grundvik.
Julia wcześnie pojawiła się w hotelu,
była jedną z pierwszych osób. Weszła do dużego pomieszczenia na
pierwszym piętrze - "Sali Balowej", jak nazwano je na wypucowanej
mosiężnej tabliczce przy wysokich podwójnych drzwiach. Tego wieczoru
sala miała pełnić funkcję swoistego miejsca zbiórki, w którym mieli
spędzać czas przy trunkach i rozmowach, aż zjawią się wszyscy i będzie
można podać kolację w jadalni. Julia nigdy wcześniej w niej nie była.
Wiedziała, że służy jako sala taneczna na balu kończącym dziewiątą
klasę, ale nie uczestniczyła w nim. Sala miała wysoki sufit z trzema
kryształowymi żyrandolami, grube i ciężkie jedwabne zasłony w ogromnych
oknach i duże szklane drzwi prowadzące na taras. Pewnie kiedy budowano
hotel, rozciągał się z niego ciekawszy widok, ale teraz z tarasu można
było zobaczyć wysoki anonimowy budynek za wąską ulicą z kontenerami i koszami na śmieci, przywodzącą na myśl uliczki z amerykańskich filmów. W jednym rogu sali znajdowała się scena, której stylem nie próbowano nawet
ukryć, że została dobudowana później, były też wysokie stoliki przy
barze, w którym można było wybierać między piwem, winem albo ginem z tonikiem. Zamówiła to ostatnie, wzięła kieliszek, stanęła w rogu i przesunęła wzrok po sali. Robiło się coraz gęściej, w miarę jak
docierali kolejni uczestnicy imprezy, najczęściej w mniejszych, cztero-
i pięcioosobowych grupkach. Jedna lub dwie taksówki. Niewątpliwie
spotkali się wcześniej i gdzieś razem pojechali. Nikt się do niej nie
odezwał z pytaniem, czy chciałaby dołączyć. Bardziej by mieć coś do
roboty niż z rzeczywistej potrzeby, poszła do toalety.
Janet, jedna z Tych Trzech, stała przed lustrem i poprawiała i tak już
mocny makijaż.
- Julia! - krzyknęła odruchowo tym irytującym piskliwym głosem, używanym
z reguły na spotkaniach dziewczyn, które trochę wypiły.
- Tak - odparła Julia krótko i spostrzegła, że Janet natychmiast zdała
sobie sprawę z pomyłki - przecież ona nie zasługiwała na tak serdeczne
babskie powitanie.
- Masz fioletowe włosy - skonstatowała Janet, gdy już zmierzyła ją
wzrokiem od stóp do głów.
- Wiem.
Najwyraźniej tylko to było warte uwagi. Janet schowała błyszczyk do
małej torebki i wyszła bez słowa. Kiedy Julia wróciła do sali balowej,
pozostałe dwie z Tych Trzech były już na miejscu, a głośność wzrosła o kilka decybeli.
Nie było tylu ludzi, ilu się spodziewała. Z dwudziestu dziewięciu
uczniów klasy pojawiło się zaledwie dziewiętnaście osób. W pozostałych
klasach i drugiej szkole frekwencja była mniej więcej taka sama, więc
łącznie było około stu osiemdziesięciu osób.
Niewielu podchodziło z nią porozmawiać. Ci, którzy próbowali, szybko się
zniechęcali, bo nie zadawała pytań zwrotnych ani nie okazywała
najdrobniejszego zainteresowania ich życiem. Nie przyjechała po to, by
odnawiać kontakt albo zdobyć kolegów. Była tu po to, by powiedzieć
prawdę. Popsuć atmosferę. To było coś w rodzaju jej specjalności. Wypiła
więcej niż zwykle. Pomyślała, że to pomoże, doda jej odwagi. Jak w tym
śnie. Czy była w nim pod wpływem alkoholu? Nieważne. Teraz była.
- Julia?
Odwróciła się w kierunku, z którego dobiegł głos. Należał do chłopaka o kilka lat młodszego od niej i od reszty zebranych w lokalu. Miał jasne
włosy, podgolone po bokach, brązowe sympatyczne oczy, krzywe przednie
zęby widoczne, gdy się uśmiechał, strój kelnera i tabliczkę z imieniem.
RASMUS. Mimo wszystko chwilę zajęło, zanim go rozpoznała. Zdążył
zauważyć jej puste spojrzenie i dodał:
- To ja, Rasmus. Grönwall.
- Tak, wiem, w pierwszej chwili cię nie poznałam, ale już...
- Wiem, minęło wiele czasu.
- Pracujesz tutaj?
- Tylko dorabiam. Kiedy mnie potrzebują.
- A co robisz poza tym? Studiujesz?
- Nie, pracuję w sklepie ICA Maxi, na kasie... Nie wiem, co będę chciał
robić potem. A ty czym się zajmujesz?
- Studiuję. Prawo. W Lund. Piąty semestr - odparła. To było kłamstwo, z którego postanowiła korzystać przez cały wieczór, bez względu na to, kto
zapyta.
- Nie sądziłem, że się pojawisz.
- Ja też, ale... pojawiłam się.
Rasmus nie pytał więcej, skinął tylko głową i ogarnął spojrzeniem salę.
Natężenie dźwięku rosło w miarę wzrostu liczby wizyt w barze.
- Dużo ludzi - stwierdził. - Muszę wracać do pracy.
- Fajnie było cię zobaczyć - oznajmiła i poczuła, że mówi prawdę.
- Ciebie też. Pewnie się jeszcze spotkamy.
Po tych słowach odszedł. Julia śledziła go wzrokiem, gdy zbierał
szklanki i butelki z mijanych stolików. Rasmus Grönwall. Młodszy brat
Rebekki. Kiedy widziała go ostatnio? Osiem, dziewięć lat temu, kiedy
miał... czternaście lat. Mogło tak być. Przypomniała sobie. Spotkali się w autobusie. Nie mógł się doczekać, aż skończy piętnaście lat, bo wtedy
można legalnie jeździć motorowerem. Większość jego kolegów czekało to
wiosną, a jego jesienią.
Kiedy po raz ostatni spotkała go tak naprawdę, a nie tylko przelotnie w autobusie, miał około jedenastu lat. To było na pogrzebie Rebekki. Może
troszkę później. Bez Rebekki nie miała jednak powodu przebywać w domu
Grönwallów.
Z zamyślenia wyrwał ją facet w marynarce, który do niej podszedł.
Philip. Nie była gotowa na spotkanie z nim. Jeszcze nie.
- Cześć - powiedział i stanął około metra od niej. Milczał. Odwrócony do
tłumu, nie do niej. Zerknęła w jego stronę. Czego chciał? Dlaczego tam
stanął?
- Jak tam?
- Dobrze.
Nic więcej. Żadnego "a ty?", "a jak ty się czujesz" czy czegokolwiek, co
mogłoby zostać odczytane jako zainteresowanie albo zachęcić go do
kontynuowania rozmowy.
- Chcesz coś z baru?
- Nie, już mam.
- Okej.
Odszedł jeszcze o krok, przystanął, odwrócił się do niej. Spojrzenie
miał poważne, jakby coś mu leżało na sercu. Wydawało się, że coś powie,
ale w końcu tylko zacisnął zęby i odszedł.
Rozległ się dzwonek, ktoś, być może z hotelu albo z firmy organizującej
imprezę, przywitał wszystkich i zaprosił do jadalni. Z założenia miejsca
miały być zajmowane dowolnie, ale oczywiście stało się inaczej.
Decydowali Macke i Te Trzy. Nie tylko w sprawie Philipa. Sami zajęli
miejsca przy krótszym boku stołu i wydając krótkie komendy: "Carl!",
"Alva, chodź", "Tutaj, Milos", dopilnowali, by usadzić wszystkich od
najbardziej do najmniej popularnych. Ci ostatni znaleźli się na
przeciwnym końcu - tam gdzie Julia.
Jedzenie było takie sobie. Nie całkiem ciepłe, nie całkiem smaczne. Nie
miało to znaczenia, i tak była zbyt spięta, by jeść. Myślała o tym, że
wkrótce wszyscy się dowiedzą.
Nie zamierzała grać w ich grę. Odtwarzać swojej dawnej roli.
Rozmowa na jej końcu toczyła się ociężale. Ludzie umieli się zachować -
z pewnością mieli już za sobą rozmaite przyjęcia, bale i inne takie,
więc wiedzieli, jak prowadzić grzecznościową konwersację, ale byli
obcymi sobie ludźmi, których łączy tylko jedno: trzy lata, podczas
których widzieli się codziennie, choć nie wybrali swojego towarzystwa.
Prawie nikt nie myślał o tym później. Teraz jednak ci ludzie wrócili. W najgorszym możliwym sensie.
Żałośni. Wszyscy. Tak cholernie żałośni.
Milczała przez całą kolację. Ładowała akumulatory. Czekała na odpowiedni
moment. Kiedy pojawili się kelnerzy, żeby dolać kawy, wstała.
Zastanowiła się, czy zadzwonić łyżeczką o pustą szklankę, i uznała, że
tego nie zrobi. Wysunęła tylko krzesło, podniosła się i stała bez słowa.
Zauważyła, że siedzący najbliżej patrzą najpierw na siebie, a potem na
nią z pytającymi minami. Czy Julia będzie przemawiała? Nikt się tego nie
spodziewał. Nagle ktoś syknął, a pozostali, jeden po drugim, milkli -
oprócz ekipy w rogu: Mackego, Tych Trzech i jeszcze kilkorga osób
zaproszonych na wieczór. Philip syknął na to towarzystwo, podpity Macke
odwrócił się do niego, ten zaś wskazał głową jej część stołu i ją.
- Co jest, do chuja, będziesz przemawiała? - wrzasnął Macke, uniósł
szklankę i udało mu się oblać jednocześnie siebie i Janet. - Zamknąć
się, Julia ma przemówienie. Zamknąć się!
Całkowita cisza nie zapadła - Janet nie potrafiła opanować chichotu, a Emma nie umiała się powstrzymać przed próbami uciszenia jej głośnym
szeptem. Macke ponownie kazał obu się zamknąć i jednocześnie skupił na
niej spojrzenie pijacko błyszczących oczu.
Julia stała i milczała. Było jak we śnie, a jednak inaczej.
Miejsce, twarze, dźwięki, zapachy, wszystko się różniło, ale nie to było
najgorsze. Nie czuła się jak w swoim śnie, tylko zupełnie inaczej.
Widziała Mackego, pamiętała jego zamglony wzrok, ciepły cuchnący oddech,
ból, upokorzenie, ale w przeciwieństwie do snu spojrzenia jej nie
nakręcały. Nie dodawały sił.
Sprawiały za to, że robiła się malutka.
Przestraszona. Niepewna. Nieważna.
- Powiesz coś? - krzyknął Macke nad stołem przykrytym białym obrusem. -
Czy będziesz tak sterczała jak te trolle do nakładania na długopisy?
- Powiem coś... - zaczęła, gdy śmiech po komentarzu o trollach ucichł. -
Powiem coś o tobie.
Po tych słowach znowu umilkła. Te wszystkie twarze... Chichot Janet w tle.
Niektórzy odwracali wzrok, myśleli, że zaczyna się robić żenująco, może
przypuszczali, do czego zmierza. Przed dziesięcioma laty na pewno nie
brakowało plotek.
- Co chcesz powiedzieć o mnie? - zapytał Macke. Czy tylko jej się
wydawało, czy w jego głosie pojawiła się innego rodzaju ostrość?
Podskórna groźba, ostrzeżenie przed posunięciem się zbyt daleko i zepsuciem mu wieczoru. To wszystko sprawiło, że skurczyła się jeszcze
bardziej.
- No to mów coś albo siadaj, pieprzony dziwaku.
Nie była w stanie nic powiedzieć, ale nie potrafiła też usiąść. Bez
słowa wyszła z jadalni. Słyszała, że Macke coś za nią woła, ale nie
wiedziała co. Słyszała w uszach pulsowanie krwi. Te Trzy się śmiały. Na
pewno nie tylko one. Śmiech zdawał się podążać za nią przez pustą salę
balową, dopóki nie wyszła na taras biegnący wzdłuż całego długiego boku
hotelu i nie zamknęła za sobą dużych szklanych drzwi. Zrobiła kilka
kroków w kierunku niskiej drewnianej poręczy, ciężko oddychała. Wyjmując
paczkę papierosów, spostrzegła, że trzęsą jej się ręce. Zapaliła jednego
i głośno wydmuchała dym. Co za cholerna głupota z jej strony. Za kogo
się uważała? Czego się spodziewała? Pojawiły się łzy. Kolejny dowód jej
słabości. Gniewnie otarła je grzbietem dłoni.
- Jak się czujesz?
Julia się obróciła. Zobaczyła Rasmusa. Jego ciemne oczy były pełne
troski.
- Dobrze, tylko... są tacy kurewsko żałośni.
- Są pijani.
- Nie chodzi o to, mówię ogólnie. Czemu ma służyć to debilne spotkanie?
Nie mamy ze sobą nic wspólnego, wszyscy zachowują się tak jak dziesięć
lat temu. Nic się nie wydarzyło. Żaden z tych gnojków nie miał odwagi
się rozwinąć, dorosnąć czy cokolwiek w tym rodzaju. Nienawidzę tego, do
cholery!
To była prawda, ale nie cała. Nienawidziła też siebie. Za to, że
stchórzyła. Zaprzepaściła szansę. W ogóle wierzyła, że jakaś szansa
istnieje.
- Masz jeszcze fajki?
Julia wręczyła mu paczkę. Wytrząsnął z niej papierosa, zapaliła mu go.
Osłonił jej dłonie przed wiatrem. Był rozgrzany. Dziwnie wyglądał z papierosem. Uderzyła ją myśl, że zrobił się całkiem przystojny. Nigdy
przedtem tak o nim nie myślała. Nie miała powodu. Zawsze był tylko
młodszym bratem Rebekki, najczęściej im zawadzał i - musiała szczerze
przyznać - irytował jak cholera. Zawsze chciał im towarzyszyć, nie dając
spokoju, i skarżył mamie, gdy robiły coś głupiego.
- Dlaczego w takim razie tu przyjechałaś? - zapytał, mocno się zaciągnął
i wydmuchał dym. - Przecież można było przewidzieć, że właśnie tak to
będzie wyglądało.
- Zaplanowałam, że coś zrobię.
- Co takiego?
Pokręciła głową. Jej myśli o zemście, zadośćuczynieniu, o odzyskaniu
honoru wydawały się teraz naiwnością, pobożnym życzeniem. Równie dobrze
mogła sobie zażyczyć nosorożca albo Nagrody Nobla.
- Nic, to było głupie.
Nie pytał dalej. Najwyraźniej wyczuł, że nie chce mówić. To dobra cecha.
Stali w milczeniu oparci o poręcz i palili. Podniosła wzrok. Niebo było
pełne gwiazd.
- Fajna jesteś.
- Słucham?
Odwróciła się do niego. Czy dobrze usłyszała? Czyżby się z niej
naigrawał? Nic w jego oczach na to nie wskazywało.
- Fajna jesteś. Masz superciuchy, podoba mi się twoja fryzura. Wyglądasz
jak ta dziewczyna ze Scott Pilgrim kontra świat.
- Nie wiem, co to jest.
- Taki film. A pierwotnie komiks, ale wyglądasz jak ta z filmu.
- Aha.
- Tak.
Dalej palili w milczeniu. Było jej z tym dobrze. Rasmus dorósł, pod
każdym względem, ale mimo wszystko był kimś, kogo znała i kto znał ją -
wiedział, kim była, i to akceptował.
- Jak tam w domu? - zapytała. Nie po to, by przerwać ciszę. Uświadomiła
sobie, że naprawdę chce znać odpowiedź.
- Dobrze - odparł Rasmus, zaciągnął się papierosem i wzruszył ramionami.
- Mama i tata się rozwiedli, wiedziałaś o tym?
- Nie.
- Cztery lata temu. Nigdy nie uporali się z tym, że umarła.
A ty? - pomyślała Julia. Sama się z tym nie uporałam.
- Wielka szkoda - skwitowała, nie zdradzając tych myśli. - Ale wszystko
z nimi dobrze?
- Tata ma nową partnerkę, ale tak. Myślę, że wszystko u nich w porządku.
- Pozdrów ich.
- Pozdrowię. Jak długo zostaniesz w mieście?
- Nie wiem.
- Będziesz tu jutro?
- Być może. A co?
- Chcesz się spotkać?
Ponownie napotkała jego wzrok. Spojrzała mu w oczy - miłe i wyczekujące.
Takie jak wtedy, gdy wchodził do pokoju Rebekki, pytał, co robią i czy
może im towarzyszyć.
- Jasne, dlaczego nie.
Trzy metry. Nie, więcej.
Vanja odchyliła się na oparcie biurowego fotela i przez chwilę
kontemplowała imponującą wysokość sufitu. Pokój z całą pewnością był
najpiękniejszym, jaki im kiedykolwiek przydzielono, zlecając jakąś
pracę. Wysoki sufit ze sztukaterią, a na ścianach matowożółte tapety we
wzór medalionowy, na wysokości metra z kawałkiem pokryte pomalowaną na
biało boazerią. Szerokie rzeźbione futryny, grube drewniane drzwi z lustrami, parkiet. Budynek pierwotnie musiał zostać wzniesiony w innym
celu, jako szkoła, szpital, dom zakonny czy coś podobnego. Cynicznie
rzecz ujmując, nikt nie zainwestowałby tyle czasu, pieniędzy i troski w komisariat. Nawet na początku dwudziestego wieku, gdy, jak domyślała się
Vanja, został zbudowany. Plus minus trzydzieści lat - nie miała
zielonego pojęcia o architekturze, ale wydawał się stary.
Stary i przyjazny.
Czuli się tu mile widziani.
Była w tym spora zasługa Kristy Kyllönen. Kriście zależało na pomocy z ich strony, co zawsze ułatwiało pracę. Sama dopilnowała, by ulokowano
ich w przestronnym pomieszczeniu na pierwszym piętrze tego dużego
żółtego budynku. Miała czterdzieści kilka lat, była o głowę wyższa od
Vanji, a ciemne włosy nosiła spięte w kok. Jej zielone oczy, zawsze na
granicy uśmiechu, świadczyły o tym, że jest w dobrej kondycji. Sebastian
z całą pewnością próbowałby się z nią przespać, pomyślała Vanja. W czasach, gdy wciąż udawało mu się wślizgnąć do Krajowej Policji
Kryminalnej. Było to kilka lat temu, a ostatni raz zdarzyło się w Uppsali. Teraz był z Ursulą. Vanja nie wiedziała, jak udało jej się go
odzwyczaić od sypiania z kim popadnie, ale Ursula wydawała się
zadowolona, więc nie drążyła tematu.
Krista z chęcią dostarczała im wszystko, czego sobie zażyczyli,
zapewniła im dostęp do dwóch cywilnych samochodów, odpowiadała na
wszelkie pytania, pomogła wdrożyć się w śledztwo i niezwłocznie
przekazała informacje o dotychczasowych ustaleniach.
Jak się okazało, było ich bardzo niewiele.
Zazwyczaj w takich przypadkach Ursula w prywatnych rozmowach
wyzłośliwiała się na temat słabych kompetencji lokalnej policji. Tym
razem jednak nie była to wina policji z Karlshamn. Mieli nadzieję, że
ich obecność okaże się pomocna i będą mogli sami przeprowadzić badania
miejsca zbrodni. Krista przedstawiła ich kolegom i wyznaczyła jedną z koleżanek, Sarę Gavrilis, z którą mieli się kontaktować, gdyby
potrzebowali jakiejkolwiek pomocy. Jeśli nie będzie umiała pomóc
osobiście, znajdzie odpowiednią osobę. Vanja pomyślała przelotnie o Thomasie Haraldssonie - policjancie, który wiele lat wcześniej pełnił
podobną funkcję podczas śledztwa w Väster?s i był jednym z najbardziej
nieporadnych funkcjonariuszy, z jakimi kiedykolwiek miała do czynienia.
Jakimś dziwnym trafem udało mu się później zostać kierownikiem zakładu
karnego Lövhaga i spotkali się ponownie przy okazji śledztwa w sprawie
seryjnego mordercy Edwarda Hindego. Potem na szczęście już nigdy więcej
nie musiała mieć z nim kontaktu. Za to Sara Gavrilis, tak jak jej
szefowa, wydawała się bardzo kompetentna.
Vanja ponownie spojrzała na ekran. Nie zdziwiło jej, że zabójstwo było
szeroko komentowane. Krzykliwe nagłówki przedstawiały Karlshamn jako
miasto tkwiące w szponach strachu i założyła, że nawet jeśli na razie
nie jest to prawda, to w niedługim czasie będzie. Już się o to postarają
prasa, media społecznościowe i grasujący w okolicy snajper.
Carlos wstał ze swojego miejsca przy drzwiach i ruszył w jej stronę.
Wystarczyło spojrzeć na jego minę, by zrozumieć, że nie przynosi dobrych
wiadomości.
- Niech zgadnę - powiedziała, kiedy położył przed nią wydruki. - Sprawy
zostały zgłoszone na policję, przeprowadzono śledztwo, ale wyrok
skazujący nie zapadł.
- Zgadza się - potwierdził Carlos. - Dwie w ciągu ostatnich dziewięciu
lat. Oszustwa matrymonialne.
Vanja usiadła wygodniej i zaczęła przeglądać dokumenty. Wiedziała, czego
mniej więcej się spodziewać. Kobieta zaczyna znajomość z mężczyznami,
nawiązuje romans, potem zrywa lub znika, a wraz z nią przepada pokaźna
suma pieniędzy.
Mężczyzna, który dokonał pierwszego zgłoszenia w Trelleborgu, twierdził,
że Angelica wyłudziła od niego około sześciuset tysięcy koron. Vanja
odwróciła stronę. Drugie zgłoszenie, z Växjö, późniejsze o cztery lata,
opiewało na sumę czterystu pięćdziesięciu tysięcy. Czyli ponad milion. W ciągu dziewięciu lat. Albo Angelica Carlsson miała inne, dodatkowe
dochody, albo też nie wszystkie jej ofiary zgłosiły sprawę na policję.
Zapewne to drugie. Wielu trudno było pokonać wstyd. Było im głupio, że
tak łatwo dali się oszukać, że nie przejrzeli jej gry. Nie potrafili się
uporać z poczuciem, że właściwie sami są sobie winni. Vanja w głębi
duszy tak właśnie myślała, choć wiedziała, że nie powinna. Ale przecież
można oczekiwać, że człowiekowi zapali się czerwona lampka, gdy ktoś,
kogo krótko zna, chce pożyczyć dużą sumę pieniędzy, namawia do wejścia
na giełdę albo zainwestowania w naprędce powstałe przedsięwzięcie.
- Nienawidzę tego rodzaju przestępstw - oznajmił Carlos z naciskiem. -
Takich, w których wykorzystuje się ludzką dobroć.
- Tak, to nic przyjemnego - zgodziła się Vanja. Słysząc zaangażowanie w jego głosie, ucieszyła się, że zachowała swoje poglądy dla siebie.
- To niewybaczalne, jak oni mogą oszukiwać starszych ludzi, namawiając
ich na zakup bitcoinów albo przejmując ich komputery i opróżniając
konta. Pieprzone hieny!
Vanja spojrzała na Carlosa. Gniew sugerował, że sam przeżył coś takiego
albo spotkało to któregoś z jego bliskich. Nie pytała, uznawszy, że to
nie jej sprawa, a jeśli będzie chciał, sam opowie.
- Okej, dzięki - odparła i odłożyła na bok papiery, które dostała. -
Sprawdź, czy uda ci się znaleźć jakieś powiązanie między Angelicą a pozostałą dwójką.
- Rozumiem, że poza tym, iż we wszystkich trzech przypadkach skończyło
się na postępowaniu przygotowawczym albo wyroku uniewinniającym?
- Tak, poza tym.
- Zabieram się do pracy.
- Dzięki.
Vanja ponownie oparła się na krześle. Mieli ślad motywu. W najgorszym
wypadku ścigali jakiegoś samozwańczego stróża sprawiedliwości, mściciela
karzącego osoby, które nie przestrzegają prawa. Miała głęboką nadzieję,
że tak nie jest, bo wówczas nie mieliby żadnej możliwości, by
przewidzieć, gdzie i w kogo uderzy następnym razem. Przypadki, że kogoś
zgłoszono na policję, a potem wypuszczono lub uwolniono z różnych
powodów, najczęściej z braku wystarczającego materiału dowodowego,
zdarzały się częściej, niż można by przypuszczać.
Karlshamn nie było tu wyjątkiem.
Do pokoju wszedł Billy i Vanja poczuła, że nastrój nieco się poprawił.
- Proszę, powiedz, że przynosisz dobre wieści - powiedziała z uśmiechem,
kiedy zbliżył się do jej stanowiska.
- Co to znaczy dobre wieści?
- Że Dick szkolił się w wojsku na snajpera, ma długą historię przemocy i w zeszłym tygodniu kupił bilet do Karlshamn, a my wiemy, w którym hotelu
mieszka.
- W takim razie nie - odparł Billy, odwzajemniając uśmiech. - Nie widzę
żadnego powiązania między Angelicą a jakimś Dickiem.
- No nie...
Nie była zaskoczona, szczególnie po tym, co chwilę wcześniej usłyszała
od Carlosa, ale i tak poczuła lekkie rozczarowanie.
- Z tego, co widzę, nigdy nie była właścicielką mieszkania w Göteborgu -
ciągnął Billy. - Ani z Dickiem, ani z nikim innym.
- Czy w ogóle mieszkała w Göteborgu?
- Nigdy nie była tam zameldowana.
- Carlos znalazł dwa przypadki zgłoszenia jej na policję. Była oskarżana
o oszustwa matrymonialne - oznajmiła Vanja, wskazując głową wydruki na
swoim biurku. - Czy powinniśmy założyć, że Dick to ktoś, kogo wymyśliła,
żeby skłonić nowego chłopaka do pozbycia się odrobiny kasy?
- Nils mówił, że groził komornikiem i zgłoszeniem na policję... Brzmi jak
typowy wstęp do prośby o pożyczkę.
- To prawda.
- Nie zapadł żaden wyrok skazujący? - zapytał Billy i wziął do ręki
wydruki, z którymi przyszedł Carlos. Vanja zrozumiała, że on także
rozważa hipotezę o mścicielu.
- Nie.
Billy przejrzał materiały i odłożył je z zamyśloną miną.
- O czym myślisz? - spytała Vanja.
- Powiedzmy, że naprawdę mamy do czynienia z kimś, kto bierze prawo w swoje ręce - rzekł Billy, drapiąc się po zaroście. Carlos wstał i podszedł bliżej, żeby lepiej słyszeć. - W tym mieście na pewno mieszkają
ludzie, którzy mają na sumieniu gorsze rzeczy niż ta trójka. Zgoda, w wypadku autobusowym zginęli ludzie, ale reszta ofiar? Zwykłe pobicie i kradzież, a teraz oszustwa?
- Czyli myślisz, że łączy ich coś innego - wtrącił Carlos.
- Musi tak być, nie uważasz?
- Okej, w takim razie ustalimy, co to takiego - zawyrokowała Vanja i od
razu poczuła, że jest to stwierdzenie z kategorii "łatwiej powiedzieć,
niż zrobić". Mimo to koledzy pokiwali z powagą głowami i wrócili do
biurek. Vanja postanowiła, że zadzwoni do Ursuli i sprawdzi, czy ta
znalazła coś w mieszkaniu Angeliki. Wzięła do ręki telefon, ale nie
zdążyła wybrać numeru, bo przerwało jej pukanie w futrynę drzwi.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale macie gościa.
Wszyscy troje odwrócili się do drzwi. Za Sarą Gavrilis do pomieszczenia
wszedł na oko pięćdziesięciopięcioletni mężczyzna. Łysy, w okularach z metalowymi oprawkami, w marynarce, kraciastej koszuli rozpiętej pod
szyją i chinosach. Vanja wstała, posyłając pytające spojrzenie Sarze.
Pomyślała, że nie bez powodu gość spotkał się z nimi w ich gabinecie,
zamiast czekać w recepcji.
- Herman Göransson, przewodniczący Rady Miasta - oznajmiła Sara,
wskazując gościa. - To Vanja Lithner z Wydziału Zabójstw. Kieruje tym
dochodzeniem.
Super, właśnie tego było nam potrzeba, pomyślała Vanja, idąc do niego z uśmiechem i wyciągniętą ręką. Czasami nie dało się zaprzeczyć, że
naprawdę, ale to naprawdę tęskniła za Torkelem.