Connorowie. Szalejąc za tobą. Tom 2 - Layla Hagen

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

GRAHAM

- Grahamie, jesteś pewny? - spytała Amber.

- Tak. - Zwróciłem się do Matta: - Czy mógłbyś przypomnieć swojej przyszłej żonie, że nigdy nie godzę się na coś, do czego nie jestem przekonany?

- Racja - potwierdził Matt.

- Jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi. Oczywiście, że chcę być świadkiem na waszym ślubie. - Posłałem Amber szeroki uśmiech.

Siedzieliśmy w nowej restauracji w West Hollywood. Dziś było otwarcie, więc zaprosiłem Amber i Matta, żebyśmy wspólnie ją przetestowali. Szef kuchni szczycił się tym, że potrafi zmienić smażonego kurczaka w danie dla smakoszy. I dotrzymał słowa. Mięso było warte każdego wydanego centa, podobnie jak frytki i sałatka coleslaw. Od razu po przyjściu przyjaciele ogłosili nowinę - Amber była w ciąży. Powiedzieli też, że chcą się jak najszybciej pobrać.

- Będziemy musieli to zrobić po kosztach - ciągnęła dziewczyna. - Na sam widok cen za rezerwację miejsca rozbolała mnie głowa. Myślimy o tym, żeby wynająć kawałek przestrzeni na świeżym powietrzu i rozstawić namiot.

- Nie musicie niczego wynajmować. Możecie skorzystać z mojego ogrodu. Jest wystarczająco duży i lubicie go - zaproponowałem.

Amber westchnęła.

- Uwielbiam go. Ale to byłby dla ciebie duży kłopot.

Znów zwróciłem się do Matta:

- Przypomnij jej, że niczego nie proponuję, dopóki nie jestem o tym przekonany.

- Wy dwaj zawsze będziecie wrzodami na dupie. Dziękuję ci, Grahamie. Rozważymy twoją propozycję. Stawiamy ci dzisiaj kolację - zadeklarowała Amber.

- To mi wygląda na uczciwą transakcję. - Puściłem do nich oko, jedząc frytkę. Zamierzałem się też dołożyć do kosztów organizacji, ale o tym wspomnę im innym razem. To byłby mój prezent ślubny dla najlepszych przyjaciół.

- No tak, bardzo uczciwą. Znęcaj się nade mną dalej, a wynajdę ci takie obowiązki, żebyś cierpiał męki.

- Cierpiał męki? Oto ja, najlepszy świadek pod słońcem, a ty chcesz mnie udręczyć? Jeszcze mogę zmienić zdanie - zagroziłem. Amber przeszyła mnie spojrzeniem. Gdyby wzrok mógł zabijać.

Kiedy mnie zapytali, omal nie zasugerowałem, żeby wybrali kogoś innego. Obowiązki świadka sięgają o wiele dalej niż organizacja wieczoru kawalerskiego czy wygłoszenie przemowy. Powinien być głosem rozsądku, kiedy para tego potrzebuje, służyć radą. Moje małżeństwo okazało się porażką. Na jakiej podstawie moje rady miałyby im pomóc? Ale cała nasza trójka przyjaźniła się od czasów gimnazjum. Nie mogłem odmówić. Poza tym Matt i Amber zaczęli ze sobą chodzić w ostatniej klasie liceum. Przez te dwanaście lat nie potrzebowali moich mądrości, więc byłem pewien, że tak zostanie.

- Nadal się ze mną droczysz. Wiesz, że potrafię się zemścić. Z pomocą mojego przyszłego męża lub bez niej.

Matt uniósł ręce w geście obronnym.

- Hej, ja nic nie mówiłem.

- Wyczułam, że jesteś po stronie Grahama.

- Człowieku, lepiej jej nie wkurzaj. Odkąd zaszła w ciążę, jest jeszcze bardziej przerażająca.

Roześmiałem się.

- Wiecie co? Skoro stawiacie mi kolację, zamówię dokładkę.

Amber pogładziła się po brzuchu, a Matt przywołał kelnera gestem.

- My też weźmiemy. Mam teraz wymówkę, żeby jeść za dwoje, nie?

Dokładka smakowała nawet lepiej. Ciągle napływali nowi goście i w pewnym momencie zrobiło się dla mnie za tłoczno. Moja wina, że zarezerwowałem stolik w dniu otwarcia, ale testowaniem nowych knajp zajmowałem się hobbystycznie. Kiedy jedliśmy, Amber przedstawiała nam swój plan.

- Chcę, żeby ślub się odbył, zanim brzuch będzie widoczny, ale nie mam czasu na organizację. Potrzebuję profesjonalnego wsparcia. - Jako szefowa działu PR i marketingu w moim klubie piłkarskim była bardzo skuteczna, więc nie miałem wątpliwości, że znajdzie wedding plannerkę w mgnieniu oka. - Dlaczego ciągle patrzysz na zegarek? - spytała.

- Za godzinę mam rozmowę telefoniczną na temat potencjalnego transferu zawodnika i chcę być wtedy w samochodzie.

- Jest osiemnasta - zauważyła Amber.

- Dzwonią z Pekinu. Inna strefa czasowa. Ale nie sądzę, żeby długo mi to zajęło. Potem możemy się przenieść w inne miejsce.

Amber zmarszczyła nos.

- Nie możemy, przepraszamy. Mamy plany na później. Nadal odwlekasz powroty do domu, hę? Czy ty w ogóle spędzasz czas w tej swojej wypasionej willi?

- Oczywiście. Tam śpię. - Ale niewiele poza tym. Dom jest za duży, za pusty. Kupiłem go po rozwodzie, był w połowie drogi między Santa Monica a Malibu. Wcześniej mieliśmy mieszkanie w mieście, ale ja zawsze chciałem żyć nad oceanem i przez otwarte okna słuchać szumu fal bijących o brzeg, a nie hałasu ulicznego. Potrzebowałem wtedy trochę ciszy i spokoju. Teraz miałem pod dostatkiem obu i wkurzało mnie to. - Jest za duży dla jednej osoby.

- Przyzwyczaisz się - zapewnił Matt. - Chyba że chcesz go sprzedać i kupić coś mniejszego?

- W tej okolicy nie budują mniejszych, a ten mi się podoba.

Rozmowa na temat transferu okazała się stratą czasu, więc w trakcie przeglądałem maile. Pojawił się komunikat o nowej wiadomości od Amber zatytułowany "Obowiązki świadka".

Lista była bezlitośnie długa, ale na samym końcu wstawiła emotkę z przymrużonym okiem i dodała: Nie przejmuj się. Myślę, że obędzie się bez połowy tych rzeczy.

Miałem przeczucie, że z tym ślubem będą same kłopoty.

Rozdział drugi

LORI

Przez większość czasu kochałam moją pracę. Ale dziś miałam do czynienia z hydrą o trzech głowach: panną młodą, matką i teściową. Siedziały w moim gabinecie już ponad godzinę, wrzeszczały, płakały i jeszcze więcej wrzeszczały.

- Drogie panie, może zrobimy sobie małą przerwę? Zaparzę kawę, a w lodówce mam pyszny sernik.

- Chętnie napiłabym się kawy i zjadła ciasto - powiedziała panna młoda. Wyszłam pospiesznie z pokoju, jak tylko pozostałe kobiety kiwnęły głowami. Miałam nadzieję, że słodka przekąska trochę je ujarzmi, bo inaczej oprawa ślubu będzie trójkolorowa. Kiedy wróciłam z kawą i ciastem, nieco się uspokoiły.

W pokoju nadal siekierę można było powiesić, więc przerwa upływała w pełnej napięcia ciszy, ale kiedy kubki i talerze zostały opróżnione, rozmowa stała się bardziej cywilizowana. Byłam całkiem pewna, że sernik mógłby zaprowadzić pokój na świecie. Ale i tak pół godziny później stało się jasne, że dziś nie ustalimy, jaki ma być motyw kolorystyczny ślubu.

- Zanotowałam wszystkie wypowiedziane dziś życzenia. Wezmę je pod uwagę i wyślę paniom maile z propozycjami, a następnym razem od tego zaczniemy.

Z mojego doświadczenia wyłożenie wszystkich możliwości pozwala ludziom szybciej podejmować decyzje. Poza tym jeśli hydra sprawnie się nie ulotni, spóźnię się na kolejne spotkanie. Mój brat Jace poprosił mnie, żebym wcisnęła w grafik rozmowę z jego szefem i dwójką przyjaciół, którzy mają się pobrać, a nie chciałam, żeby Jace źle wypadł, jeśli nie zdążę na czas.

- Dobry plan - orzekła panna młoda. Dwie pozostałe kobiety podniosły się z krzeseł jako pierwsze, dziękując za ciasto i kawę, po czym ruszyły jak najkrótszą drogą do wyjścia.

- Dziękuję, że była pani po mojej stronie - dodała dziewczyna, kiedy zostałyśmy same. - Wiem, że chcą dla mnie jak najlepiej, ale doprowadzają mnie do szału.

- Wszystko się uda - obiecałam.

Po ich wyjściu zredagowałam wstępną wersję maila podsumowującego naszą dyskusję i przedstawiłam moje propozycje. Mimo że miałam zamiar dopieścić szczegóły tuż przed następnym spotkaniem, chciałam na świeżo spisać wszystko, co zapamiętałam.

Przed wyjściem przejrzałam się w lustrze. Blond włosy sięgające do ramion były dziś wyjątkowo nieposłuszne, mimo że rano starannie je ułożyłam. Spróbowałam je trochę ugładzić, ale ani palcami, ani grzebieniem wiele nie zdziałałam. Westchnęłam i szybko zaplotłam je w gruby warkocz. Tylko taka fryzura pozwalała mi nad nimi zapanować. Byłam ubrana tak profesjonalnie, jak to tylko możliwe: miałam na sobie ciemnoniebieską sukienkę do kolan z zachowawczym, okrągłym dekoltem. Pasowała do cielistych czółenek.

Umówiliśmy się w kawiarni nieopodal Griffith Park. Chociaż miałam biuro, większość klientów wolała się spotykać w pobliżu ich miejsca pracy. Z tego względu lokal służył mi przede wszystkim za magazyn na dekoracje ślubne i imprezowe. Nawet z trójką moich asystentek umawiałam się głównie na mieście.

Na szczęście ruch uliczny mi sprzyjał, więc miałam czas, żeby zatrzymać się przy moim ulubionym food trucku, który stał trzy przecznice od parku. Mimo sernika wciąż umierałam z głodu. Miałam zasadę, że nie jem przy klientach, nawet jeśli oni to robią. Było wczesne popołudnie, więc nie musiałam stać w kolejce.

- Cześć! Poproszę kanapkę z hummusem i falafelem.

Declan, sprzedawca, zaczął pracę w zeszłym tygodniu. Zastępował właściciela, który wziął wolne.

- Hej, pamiętam cię. W zeszłym tygodniu też byłaś.

- To jeden z moich ulubionych food trucków. Wpadam tu za każdym razem, kiedy jestem w okolicy.

Przygotował kanapkę w mgnieniu oka i podał mi ją, mówiąc:

- Mam nadzieję, że nie będzie to zbyt bezczelne z mojej strony, ale chciałbym się z tobą umówić.

Okej... Tego się nie spodziewałam.

- Wow, Declan. Jest mi bardzo miło... ale nie mogę.

Przystał na to bez zbędnych ceregieli.

- Jasne, oczywiście. Ale musiałem spróbować. Mam nadzieję, że nie przestaniesz do nas przychodzić.

- Żartujesz? Za te kanapki dałabym się pokroić.

Byłam tak głodna, że pochłonęłam jedzenie w trymiga. Declan wydawał się fajnym kolesiem i był atrakcyjny, ale miałam już kogoś, kogo lubiłam nazywać najważniejszym mężczyzną w moim życiu - siedmioletniego synka.

W drodze do kawiarni zerknęłam na zdjęcia Matta i Amber na Facebooku, żeby połączyć twarze z imionami. Później zignorowałam kilka zaproszeń do znajomych od przypadkowych facetów. Nie wiedziałam, czy to kwestia bycia singielką, czy samotną matką, ale to wydawało się już wymykać spod kontroli. A nawet nie opublikowałam statusu związku.

Przekraczając próg kawiarni, omiotłam wzrokiem wnętrze. Było mnóstwo ludzi - niektórzy siedzieli z laptopami i stukali w klawiatury, inni po prostu gawędzili przy napojach. Moi rozmówcy jeszcze nie dotarli. W kącie zauważyłam jeden wolny stolik. Facet, który wszedł po mnie, też na niego zerkał. Zapomnij, koleś. To mój stolik.

Rzuciłam się pędem w jego kierunku, mamrocząc słowa przeprosin, kiedy po drodze trąciłam kilka krzeseł. Położyłam na stoliku swoją wielką torbę i usiadłam, analizując w myślach tematy, które zwykle się pojawiały podczas pierwszego spotkania.

Uważnie wpatrywałam się w drzwi. Kiedy weszli, pomachałam im. Amber odwzajemniła gest. Jej płomiennorudy bob falował przy każdym kroku. Gdy wraz z narzeczonym podeszli do stolika, zauważyłam trzecią osobę. Mężczyzna wyglądał jakby znajomo. Chwilę mi zajęło, żeby połączyć kropki. Nagle dotarło do mnie, że to właściciel LA Lords, drużyny Jace'a. Próbowałam sobie przypomnieć, czy brat wspominał coś na temat Grahama Fraziera, ale nie przychodziło mi do głowy nic poza tym, że miał trzydzieści dwa lata i był dobrym liderem.

Byłam pewna, że widziałam go już wcześniej na zdjęciach z drużyną, ale albo fotografie były czarno-białe, albo nie zarejestrowałam jego niesamowicie niebieskich oczu. Prawdę mówiąc, ogólnie robił wrażenie. W skali od jeden do dziesięć ta twarz zasługiwała na dwadzieścia.

- Cześć! Jestem Lori Connor.

- Cześć, Lori. Jestem Amber. To mój narzeczony Matt, a to Graham, nasz świadek.

Uścisnęliśmy sobie dłonie i kiedy wszyscy usiedli, wyprostowałam się i uniosłam kąciki ust, przybierając minę zdobywcy.

- Co mogę dla was zrobić? Obawiam się, że mój brat nie znał zbyt wielu szczegółów. Najważniejsze rzeczy to data i przybliżona liczba gości. Zacznijmy od daty.

- Jak najszybciej. Jestem w ciąży i chciałabym włożyć białą suknię, zanim pojawi się brzuszek. Myśleliśmy o walentynkach. Czy to wykonalne?

- Wszystko jest do zrobienia. Popracuję nad tym, bez obaw. I gratulacje.

Walentynki były za cztery tygodnie. Będzie więcej zamieszania niż zwykle, a niektórzy dostawcy doliczali sobie za szybsze usługi. Mieliśmy niewiele czasu, ale już kiedyś przez to przechodziłam.

- Dziękujemy. Myślimy o osiemdziesięciu gościach.

Kiwnęłam głową.

- Mam listę miejsc, które pomieszczą tę liczbę osób.

Amber zwróciła się do Grahama.

- Graham zgodził się być gospodarzem. Ma piękny dom na przedmieściach Santa Monica z cudownym ogrodem. Moglibyśmy tam rozstawić namiot.

- Doskonale. Skoro jest już miejsce, połowę spraw mamy praktycznie z głowy. - Zwróciłam się do Grahama. - Ale muszę cię ostrzec, że wyprawianie ślubu i wesela to spore zamieszanie. Obsługa będzie się kręciła po posesji.

- Poradzę sobie.

Nie miałam co do tego wątpliwości. Wyglądał na faceta, który poradzi sobie ze wszystkim. Posłał mi uśmiech. Odwzajemniłam go, ale zaraz odwróciłam wzrok. Naprawdę mocno się starałam, żeby nie poddać się jego urokowi, ale nic z tego. Twarz miał taką, jakby wyszła spod dłuta artysty, i od razu zaczęłam się zastanawiać, czy reszta ciała też prezentuje się tak dobrze. Nie mogłam tego stwierdzić, bo jego niebieska koszula była dopasowana, ale nie opięta. Mimo to wydawało mi się, że widzę zarys mocnych, wyrzeźbionych mięśni. A może to jedynie kwestia mojej plastycznej wyobraźni.

- Ponieważ mamy napięty grafik, może warto zacząć rozsyłać maile z zawiadomieniem. Mogę wam pokazać kilka pięknych szablonów.

- Ale będziemy też wysyłać normalne zaproszenia? - spytała Amber.

- Niektórzy z naszych gości mają bardziej tradycyjne podejście - dodał Matt.

- Oczywiście. Ale wybór zaproszeń, wydruk i wysyłka mogą zająć tydzień, nawet jeśli się pospieszymy. Maile z zawiadomieniem są po to, żeby goście zarezerwowali sobie ten dzień, a w razie potrzeby zaplanowali podróż.

- Dobrze pomyślane. Podobasz mi się, Lori - stwierdziła Amber. - Więc jakie są kolejne kroki?

- Czy macie jakieś preferencje dotyczące koloru, a może motywu przewodniego?

- Nie za bardzo - odpowiedziała Amber.

Matt wydawał się lekko spanikowany. Graham tylko odchylił się na krześle. Typowe. Panna młoda się ekscytuje, pan - a w tym przypadku panowie - wycofują się na samą wzmiankę o kolorach.

- Mam ze sobą laptopa. Pokażę wam kilka rzeczy, żebyście wiedzieli, jakie macie możliwości.

Wydobyłam komputer z torby i ustawiłam go na stoliku tak, żebyśmy wszyscy widzieli ekran. Zazwyczaj pierwsze spotkanie polegało tylko na tym, żeby się poznać i sprawdzić, czy zaiskrzyło, ale Amber i Matt mieli mało czasu. Otworzyłam folder "Motywy" i wyświetliłam prezentację. Uwzględniłam wszystko - od klasycznej elegancji, przez artystyczny nieład, po bardziej ekstrawaganckie opcje.

- Mówcie, jeśli coś wam się spodoba. A jeśli nie, to też okej. Obiecuję, że znajdziemy dokładnie to, czego oczekujecie w tym wyjątkowym dniu.

Wbiłam wzrok w państwa młodych, próbując odczytać ich wyrazy twarzy, ale kątem oka zauważyłam, jak Graham uśmiecha się z przekąsem na słowa o "wyjątkowym dniu". Czy podchodził sceptycznie do małżeństwa? Miałam nadzieję, że nie, bo takie osoby psuły zabawę. Co rusz napotykałam kogoś takiego w najbliższym kręgu znajomych pary. A kiedy taka osoba jest świadkiem, może zrobić się bardzo nieprzyjemnie. Słyszałam już zbyt wiele niezręcznych przemów.

Może uśmieszek Grahama był tylko odruchową reakcją na wysyp błyskotek, które pojawiały się na ekranie. Przesadzone dekoracje potrafiły wzbudzić cynizm u każdego, czasem nawet u panien młodych. Ale chciałam im przedstawić różne opcje.

Na kolejnym zdjęciu pokazałam styl vintage, a na następnym - aranżację bez żadnego szczególnego motywu, po prostu klasyczną, ponadczasową elegancję. Miałam przeczucie, że Amber wybierze właśnie to. Kiedy wskazała na ekran i wykrzyknęła: "To! Chcę coś takiego!", nie mogłam powstrzymać rozpierającej mnie dumy.

- Co myślisz? - spytała narzeczonego.

- Wygląda nieźle.

- Tak myślałam, że wybierzecie klasyczną elegancję! Jeśli chodzi o catering, fotografów, florystów i wszystko co pomiędzy, współpracuję z siecią profesjonalistów. Będzie szybciej, jeśli zaufacie mi co do wyboru właściwego zespołu.

- To oznacza mniej zamieszania dla nas, więc wchodzę w to - stwierdził Matt. - Powinniśmy też porozmawiać o twoim wynagrodzeniu.

Miałam nadzieję, że to pytanie padnie później, ale nie mogłam go unikać. Kiedy podałam cenę, Amber pokiwała głową.

- Jak myślisz, ile będzie kosztowało jedzenie? - spytała.

Graham się wtrącił, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

- Amber, zostaw to mnie. Powiedziałem wam, że to będzie mój prezent ślubny.

Zaskoczyło mnie to. A więc nie tylko udostępniał im posesję, ale też płacił za jedzenie? To zdecydowanie wykraczało poza obowiązki świadka. Przesunął po stole wizytówkę.

- Pani Connor, proszę wysyłać mi wszystkie faktury dotyczące wyżywienia.

- Tak zrobię. Proszę, mów mi Lori.

- Pokryję wszystko bez względu na koszty, Lori.

Amber dźgnęła go łokciem.

- Hej! To, że płacisz, nie oznacza, że nie mogę zobaczyć cen.

- A właśnie, że oznacza - odparł Graham.

- Amber, obiecuję, że dokonam najlepszych wyborów. Wasze wesele będzie idealne. Zachowasz te wspomnienia na resztę życia.

Na ustach Grahama znów pojawił się sarkastyczny uśmiech. Spojrzałam na niego i uniosłam brew. Patrzył mi w oczy, dopóki nie odwróciłam wzroku, zakłopotana. Instynkt mnie nie zawiódł. Nie był entuzjastą małżeństwa... ale płacił za weselne jedzenie. Intrygująca kombinacja.

- Mam kilka szablonów zawiadomień, które powinny wam się spodobać. Muszę jak najszybciej obejrzeć miejsce, żeby wiedzieć, jaki namiot dopasować, gdzie go postawić i tak dalej. Potem porozmawiamy o menu. Kiedy wybierzecie kilka opcji, zorganizuję degustację, podczas której pojawi się też moja florystka. Pokaże wam parę aranżacji.

- Wow! - Amber zamrugała z niedowierzaniem. - Czuję się, jakbym połowę wesela miała już z głowy. Zaczynam się uspokajać.

- Stres zostaw mnie, Amber. Po to tu jestem. Teraz zaprezentuję wam szablony zawiadomień. Mam też zdjęcia zaproszeń.

- Brzmi świetnie. Ale może najpierw czegoś się napijemy? - zaproponowała.

Graham wstał.

- Pójdę zamówić. Co sobie życzycie?

Wszyscy przystali na kawę. Skończyło się na tym, że podeszłam do lady razem z Grahamem, bo nie zabrałby się z filiżankami sam.

- Dzięki, że zajmiesz się weselem na ostatnią chwilę - powiedział, kiedy czekaliśmy, aż barista przygotuje napoje.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Przyślę kosztorys menu jak najszybciej. Czy chciałbyś też listę obowiązków świadka?

- Amber już o to zadbała.

- Czyli jesteś przygotowany?

- Myślę, że tak.

Powiedział to prowokacyjnym tonem, jakby chciał, żebym podważyła jego zdanie. Uśmiechnął się, a moją uwagę przykuł lewy kącik jego ust. Czy to był... dołeczek? Dobra, do rzeczy. Zastanawiałam się, czy poruszyć temat przemowy, ale chciałam najpierw mieć plan i ułożyć sobie, co zrobić z tym, że jest szefem Jace'a i tak dalej. Wbił we mnie spojrzenie tych swoich niewinnych, błękitnych oczu. Były hipnotyzujące. Jasnobrązowe włosy miał w seksownym nieładzie. Zastanawiałam się, czy tak właśnie wygląda po przebudzeniu. Teraz byłam już nie tylko zakłopotana, lecz także czułam, że robi mi się gorąco.

Kolejne dwie godziny spędziliśmy na przekopywaniu się przez materiały zgromadzone na moim laptopie. Wybraliśmy tekst zawiadomienia i rodzaj drukowanych zaproszeń, sprawdziliśmy też kalendarze w poszukiwaniu wolnych terminów na kolejne spotkania.

- Chcesz z nami zjeść? - spytała Amber, kiedy zamknęłam laptopa.

- Dziękuję, ale mam już plany. Będziemy w kontakcie.

Gawędziliśmy jeszcze przez chwilę, ale później musiałam ich przeprosić. Nie chciałam się spóźnić, żeby odebrać Milo ze szkoły.

Kiedy będziemy z Amber same, miałam zamiar zasypać ją pytaniami. Chciałam znać wszystkie smaczki: kiedy się oświadczył? Jak to zrobił? Uklęknął? Czy byli jacyś świadkowie? Ledwie się powstrzymałam, żeby nie zadać tych wszystkich pytań dziś. Żyłam życiem moich panien młodych. Miałam dwadzieścia trzy lata, kiedy zaszłam w nieplanowaną ciążę. Ogłoszenie tej nowiny nie spotkało się z oświadczynami, cholera, nawet mnie nie przytulił.

Przyjechałam po Milo na czas. Kiedy siedzieliśmy już w samochodzie, spytałam:

- Jak ci minął dzień, mój mały chłopczyku?

- Mamo! Mówiłem ci, że nie jestem już mały. Jestem dorosłym chłopakiem.

- Okej, okej. Jak ci minął dzień, dorosły chłopaku?

- Mamy nowego trenera piłki nożnej. Jest spoko. Umieram z głodu.

- Zaraz będziemy u cioci Val.

W piątki całym rodzeństwem spotykaliśmy się na kolacji w domu mojej siostry Valentiny. Był to zdecydowanie najlepszy sposób na rozpoczęcie weekendu i nadrobienie zaległości. Przy sześciorgu rodzeństwa nigdy nie brakowało nowinek. Kiedy dojechaliśmy, wszyscy już zebrali się wokół stołu.

Mój najstarszy brat Landon skakał koło Maddie - swojej ciężarnej żony. Obok siedział Jace, który starał się przekonać Willa, żeby był jego skrzydłowym podczas wieczornego wyjścia.

- Boisz się, że bez pomocy nie poderwiesz dziewczyny? - spytał Will z wrednym uśmieszkiem.

- No wiesz! Czuję się urażony! - wykrzyknął Jace.

- Detektywie Williamie Connorze. Oj, oj. Zabieranie kogoś na podryw jest jak ściąganie na egzaminie. Czy oszustwo nie uwłacza twojej godności? - droczyła się z nim Val.

- Hej, kiedy zdejmuję odznakę, oficjalnie schodzę za służby. W wolnym czasie dla odmiany łamię zasady.

Moja druga siostra, Hailey, przytuliła Milo i pocałowała go w policzek.

- Myślisz, że powinniśmy przypomnieć Willowi, że Jace jest celebrytą? Prawdopodobnie to Jace będzie nagrywał randki jemu. To znaczy wiem, że Will potrafi zgrywać seksownego glinę, ale prowadzanie się z zawodowym sportowcem z pewnością mu nie zaszkodzi - powiedziała Hailey udawanym szeptem i zachichotała. Will posłał nam złowrogie spojrzenie.

- Eee, poczekajmy, aż zje, zanim zaczniemy być wredne.

Ślinka mi ciekła na sam widok smakowitości: słodkich ziemniaczków z sosem chili i sałatką z ciecierzycy, pokrojonego w kostki awokado i kurczaka. Obok stała mała miseczka z dressingiem z limonką i kolendrą. Val była najlepszą kucharką, jaką znałam.

Nasi rodzice zginęli w wypadku, gdy Jace, Hailey, Will i ja byliśmy jeszcze dziećmi. Tylko Valentina i Landon byli wtedy pełnoletni i praktycznie nas wychowywali. Mama gotowała przepysznie, ale Val jeszcze lepiej.

Kiedy zasiadłam między siostrami, Hailey zaczęła mi pokazywać zdjęcia płomiennorudych fryzur - rozważała zmianę koloru. Włosy Hailey miały piękny odcień brązu, głębokiej czekolady. Byłam jedyną blondynką w rodzinie. Kolory włosów mojego rodzeństwa wahały się od ciemnego brązu - u Landona i Valentiny - do jasnego brązu - u Jace'a i Willa.

Milo wcisnął się między Willa a Jace'a. Mój synek uwielbiał swoich wujków. Jego tata odszedł od nas, zanim Milo się urodził, więc moi bracia w największym stopniu zastępowali mu ojca.

- Lori, jak poszło z Amber? - spytał Jace.

- Dobrze. Ślub za cztery tygodnie, co oznacza sporo zamieszania, ale Amber wydaje się łatwa we współpracy.

Moja agencja miała zapełniony grafik na najbliższe dwa miesiące, więc asystentki już miały co robić. Zamierzałam zająć się tym weselem w pojedynkę.

- To prawda. Jest najlepszą szefową marketingu i PR, jaką mieliśmy.

Pochłaniając ziemniaczki z dodatkami, wypytałam brata o Amber. Im więcej się dowiem, tym łatwiej będzie mi z nią pracować. No i nie mogłam się powstrzymać, żeby nie podpytać o świadka.

Rozdział trzeci

GRAHAM

W czwartek nie dałem rady pojawić się na czas na kolejnym spotkaniu z Lori. Amber i Matt mieli jej pokazać dom i ogród, żeby doradziła, gdzie postawić namiot weselny i zorganizować miejsce samej ceremonii ślubnej. Niezapowiedziana rozmowa telefoniczna z potencjalnym sponsorem zajęła mi grubo ponad godzinę. Kiedy byłem w połowie drogi, Amber zadzwoniła, że prawie skończyli i będą się zbierać.

Kurde, szkoda, bo chciałem ich złapać. Zeszłotygodniowe spotkanie było zaskakujące z więcej niż jednego powodu. Nie spodziewałem się, że okaże się takie owocne... ani że Lori będzie taka zjawiskowa. Bez wątpienia chciała wyglądać profesjonalnie w tej sukience. Nie odsłaniała absolutnie niczego. Prawdę mówiąc, zakrywała o wiele za dużo, a mimo to puściłem wodze fantazji, jak tylko przede mną usiadła.

Kiedy podjechałem od frontu domu, przeżyłem miłe zaskoczenie - Lori podeszła do czerwonej hondy, rozmawiając przez telefon. Usłyszałem jej głos przez otwarte okno.

- Szanuję to, że jesteś moją klientką, i lubiłam z tobą pracować, ale nie będę dłużej tolerować twoich wymówek. Jeśli nie stać cię już na moje usługi, po prostu to powiedz i się rozstaniemy.

Stała do mnie tyłem, a ponieważ nie zauważyła, że przyjechałem, mogłem obserwować ją w swoim żywiole. Miała pewny głos i wyprostowane plecy. Lori Connor nie daje sobie wciskać kitu. Podobało mi się, że ma twardy tyłek. Ogólnie podobał mi się jej tyłek; miała na sobie ołówkową spódnicę - ciasną w pasie i idealnie przylegającą do krągłości bioder i pupy.

- Okej. Umowa stoi. Doceniam twoją szczerość. Zadzwoń, kiedy staniesz na nogi - powiedziała. Rozłączyła się i odwróciła w moją stronę.

- Panie Frazier, dzień dobry! Nie słyszałam, że pan przyszedł.

- Po prostu Graham. Wszystko okej?

Wskazała na samochód.

- Nie odpala. Holownik jest w drodze, ale powiedzieli, że zajmie to co najmniej półtorej godziny. Znasz jakieś kawiarnie albo restauracje w okolicy, do których można pójść na piechotę?

Znałem kilka dobrych restauracji, ale wpadłem na lepszy pomysł.

- Wejdźmy do mnie. Zrobię kolację.

Zamrugała, po czym pokręciła głową.

- Dzięki, ale zjem coś w pobliżu.

Zauważyłem, że się zawahała. Kusiło ją, żeby się zgodzić, więc naciskałem dalej. Kolacja w towarzystwie Lori Connor byłaby dobrym pomysłem na spędzenie wieczoru.

- Lori, ja coś ugotuję. Odpoczniesz i opowiesz mi o dzisiejszych postępach z Mattem i Amber. Czy z moją propozycją jest coś nie tak?

Kąciki jej ust uniosły się w najpiękniejszym uśmiechu. Założyła ręce na piersi, ale odpowiedziała, uśmiechając się jeszcze szerzej.

- Cóż, skoro tak stawiasz sprawę, rzeczywiście trudno mi się oprzeć.

Lori szybko zrelacjonowała mi, co nowego w sprawie organizacji wesela. Zdecydowali się już na rodzaj namiotu. Następnym punktem na liście były degustacje.

- Namiot stanie oczywiście w ogrodzie. Plaża jest za wąska, żeby zorganizować ceremonię tam. Może też odbyć się w ogrodzie albo na tarasie, skąd widać ocean. Spokojnie pomieści osiemdziesiąt osób. Ale wtedy wszyscy kręciliby ci się po domu.

- Nie mam z tym problemu.

- Uwielbiam twój dom. Za ten widok dałabym się pokroić.

- Dzięki. Właśnie to mnie do niego przekonało.

Chciałem mieszkać blisko oceanu, a ta oferta pojawiła się jako pierwsza. Był zdecydowanie za duży dla jednej osoby, ale nie zamierzałem dłużej zwlekać. Kuchnię od oficjalnej części jadalnianej oddzielała wysepka. Wskazałem na dwa wysokie krzesła przy blacie.

- Możesz tu siedzieć, jak będę gotował.

- A co dziś poleca szef kuchni?

Lori wspięła się na krzesełko i uderzała palcami o blat, zerkając na podwójny piekarnik po drugiej stronie. Oparłem łokieć o wysepkę, a drugą rękę położyłem na niskim oparciu za jej plecami.

- Udka z kurczaka. Mogę zrobić sos pomidorowy i ugotować brązowy ryż. Mam też makaron. Lubisz sos serowy? Znam doskonały przepis ze śmietanką, gorgonzolą i parmezanem.

Zmarszczyła nos.

- Kurczak z sosem pomidorowym brzmi dobrze.

- Ale tak naprawdę wolałabyś makaron.

- Skąd wiesz?

- Mowa ciała. Dlaczego odmawiać sobie czegoś, na co ma się ochotę?

- O mój Boże, nie powinieneś mnie tak demoralizować. Oczywiście, że wolę makaron.

Roześmiała się. Jej wydatne usta, które uśmiechały się z mojego powodu, sprawiły, że zacząłem się zastanawiać, w jaki jeszcze sposób mógłbym ją zdemoralizować. Podszedłem bliżej i przesunąłem rękę z oparcia na jej plecy. Zesztywniała, ale nie odsunęła się.

- Demoralizowanie to moja specjalność.

Znów się roześmiała i przechyliła głowę na bok.

- A byłam całkiem przekonana, że lubisz proste, wąskie ścieżki.

- Skąd to wrażenie?

- Nie jestem pewna.

Oblizała dolną wargę. Prawie się zbliżyłem, żeby ją pocałować. Wtedy odwróciła wzrok, więc się wycofałem. Co ja do diabła robiłem? Przeszedłem do części kuchennej, wyjąłem wszystkie składniki i zacząłem przygotowywać kolację.

- Wow, ty naprawdę gotujesz! - wykrzyknęła Lori, kiedy kroiłem cebulę.

- Tak. Relaksuje mnie to. Myślałaś, że zaproszę cię na mrożoną pizzę?

- Przeszło mi to przez myśl.

Słyszałem uśmiech w jej głosie i spojrzałem na nią przez ramię.

- Nisko stawiasz poprzeczkę, co? Zobaczymy, czy zrobię na tobie wrażenie.

- No to dawaj, szefie.

Z miejsca, w którym stałem, miałem dobry widok na jej długie nogi. Spódniczka sięgała jej tuż przed kolano. Palce mnie świerzbiły, żeby jej dotknąć i podciągnąć materiał w górę ud. Jak gładką ma skórę? Jak dobrze smakuje?

- Jak długo znasz Matta i Amber? - spytała, skutecznie przerywając mój tok myślenia. Wstawiłem sos do zagotowania i odwróciłem się do niej.

- Od gimnazjum. To moi najlepsi przyjaciele.

- To słodkie, że opłacasz im weselne menu.

- Mam w zanadrzu jeszcze jedną niespodziankę, ale o tym cicho sza.

- Powiedz mi. - Próbowała mnie podejść, ale pokręciłem głową. - Robisz to specjalnie.

- Oczywiście, że tak. Odpłacam ci się za powątpiewanie w moje umiejętności kulinarne.

Wybuchnęła gromkim śmiechem, który rozległ się w całej kuchni. Nie mogłem oderwać wzroku od tych pełnych ust, tych długich nóg.

Kiedy jedzenie było gotowe, wzięliśmy wszystko na taras. Fakt, był ogromny. Miała rację; ceremonia spokojnie mogła się odbyć tutaj. Po jednej stronie stała rattanowa sofa, a obok niej stół na sześć osób. Usiedliśmy przy stole.

- Powinieneś spróbować swoich sił w konkursach kulinarnych. Wygrałbyś wszystkie. Brałeś lekcje gotowania czy coś?

- To wszystko zasługa Nany. Mojej babci. Jest lepsza od każdego szefa kuchni.

- Niesamowite. To nawet smaczniejsze niż przepis mojej siostry, ale... - udała, że zapina usta na zamek - miałabym poważne kłopoty, gdyby się dowiedziała, że tak mówię.

- Zachowam tę tajemnicę dla siebie. Nie wiedziałem, że Jace ma drugą siostrę. - Miałem przyjazne relacje ze wszystkimi chłopakami z drużyny, ale trzymaliśmy zdrowy dystans ze względu na pracę.

- Jest nas sześcioro. Trzech braci i trzy siostry. A ty?

- Mam dwójkę przyrodniego rodzeństwa, ale nie utrzymujemy kontaktu. Znam Amber i Matta już tak długo, że traktuję ich jak rodzinę.

Nie chciałem wdawać się w dalsze szczegóły. Matka od nas odeszła z powodu zdrad ojca, kiedy miałem dwa latka. Mężczyźni z rodu Frazierów skłonność do romansowania mieli chyba we krwi. Mój ojciec i dziadek ani trochę nie szanowali swoich żon i rodzin. Chciałem, żeby u mnie było odwrotnie. Ale rozwód pokazał, że małżeństwo nie jest łatwe, nawet jeśli dajesz z siebie wszystko, co najlepsze. Skupiłem się z powrotem na rozmowie z Lori.

- Która z sióstr ma takie niesamowite zdolności kulinarne?

- Valentina.

- Gdzie pracuje?

- Jest właścicielką firmy produkującej perfumy i kosmetyki.

- A reszta rodzeństwa?

- Landon ostatnio sprzedał swoją firmę IT w San Jose i przeprowadził się tutaj. Teraz otwiera fundusz inwestycyjny. Will jest detektywem, a Hailey konsultantką biznesową. Dużo podróżuje, przyjeżdża głównie w weekendy.

- Po smutnym tonie twojego głosu wnoszę, że chciałabyś ją widywać częściej?

- No.

Nie rozwodziła się nad tym tematem, bo skupiła się na makaronie i nie przestawała jeść, dopóki nie opróżniła talerza do czysta. Miałem przeczucie, że pod ołówkową spódnicą i włożoną w nią bluzką kryła się dzikość, która tylko czekała, żeby ją wyzwolić. Podobało mi się, z jakim apetytem jadła, jak perliście się śmiała. Po kolacji przenieśliśmy się na sofę.

- No i? Dama ukontentowana?

- O, tak. Pierwsza klasa, kuchmistrzu. Gdybyś kiedyś odszedł z klubu, zrobiłbyś furorę we włoskiej restauracji. Klub jest w twojej rodzinie od trzech pokoleń, mam rację?

- Tak. Mój dziadek odziedziczył fortunę i wszystko zainwestował w swoje dwie wielkie pasje: gorzałę i piłkę nożną. Firma alkoholowa padła po pięciu latach, ale klub przetrwał pokolenia.

Zawsze czułem się tam jak w drugim domu. A ostatnio jak w jedynym. Stadion i biura były blisko siebie. Dzięki klubowi miałem miłe wspomnienia z dzieciństwa. Starannie przycięta trawa, granie z najlepszymi piłkarzami tamtych czasów, siedzenie na podłodze w biurze ojca i słuchanie, jak prowadzi biznes. Piłka nożna była jedynym, co nas łączyło.

- Takie dziedzictwo to powód do dumy. - Spojrzała na telefon i westchnęła. - Zaraz powinnam się zbierać.

Chciałem ją powstrzymać. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz tak dobrze się bawiłem. Nie byłem gotowy na zakończenie tego wieczoru.