Copycat - Mieczysław Gorzka

-
Proszę czekać

Początek

Dwa­dzie­ścia trzy lata wcze­śniej...

Tego dnia od rana było szaro, ponuro, a z nieba sią­pił deszcz.

To był zły dzień.

Kto wie, czy nie naj­gor­szy w życiu trzy­na­sto­let­niego chłopca, jakim był wtedy Marek Rosiń­ski? Gor­szy nawet niż ten, w któ­rym jego matka została napad­nięta, pobita i tra­fiła na kilka dni do szpi­tala. Wtedy strasz­nie się o nią bał, ale prze­cież była jego matką -?naj­sil­niej­szą na świe­cie i naj­mą­drzej­szą. Świę­cie wie­rzył, że wyzdro­wieje. Nie dopusz­czał do sie­bie innej myśli. Nie pomy­lił się.

Teraz było ina­czej.

Czuł roz­pacz, przy­gnę­bie­nie i brak nadziei. Bez­względny mor­derca dzieci, gra­su­jący od kilku lat w oko­li­cach Środy Ślą­skiej, nie­uchwytny dla poli­cji, porwał jego naj­lep­szą przy­ja­ciółkę z podwórka, Agnieszkę Dudek. Na początku oczy­wi­ście nikt z doro­słych nie chciał mu nic powie­dzieć. Po ich mar­so­wych minach i sztucz­nych uśmie­chach szybko poznał, że stało się coś strasz­nego. Pró­bo­wał pytać mamę, lecz nic mu nie powie­działa i zaraz wyszła z domu, nie mówiąc mu, dokąd idzie. Na progu abso­lut­nie zabro­niła mu opusz­czać miesz­ka­nie.

Prze­ra­żony Marek został posłusz­nie z poli­cjan­tem pil­nu­ją­cym ich rodziny od czasu napadu na mamę. Wujek Michał był poste­run­ko­wym, jed­nym z pod­wład­nych ojca Marka, komi­sa­rza Rosiń­skiego. Pry­wat­nie wujek miesz­kał dwie ulice od ich bloku, Marek znał go od dzie­ciń­stwa i bar­dzo lubił z nim roz­ma­wiać, i grać z nim w makao. Poli­cjant rów­nież darzył Marka wielką sym­pa­tią. To on w końcu ugiął się pod pre­sją próśb chłopca i powie­dział mu o Agnieszce.

Marek Rosiń­ski poczuł, jakby ktoś wepchnął mu bryłę lodu do gar­dła.

Tylko nie Aga!

Prze­ra­że­nie spo­wo­do­wało dziwną sła­bość w nogach i drże­nie warg. Oczy zaczęły go nie­po­ko­jąco piec, ale się nie roz­pła­kał. Nic nie powie­dział. Usiadł na łóżku w swoim pokoju i sie­dział jak ska­mie­niały, nie sły­sząc już ani jed­nego ze słów pocie­sze­nia pły­ną­cych z ust poli­cjanta.

Tylko nie Aga!

Była tylko jedna osoba, która mogła ura­to­wać Agnieszkę Dudek. Jego ojciec!

Sko­rzy­stał z pierw­szej oka­zji do ucieczki. Poste­run­kowy poszedł do kuchni, wtedy Marek wło­żył po cichu trampki i wybiegł z miesz­ka­nia.

Dopiero kiedy biegł ulicą, roz­pła­kał się. Oczy zaszły mu gwał­tow­nie łzami, które popły­nęły po policz­kach i zmie­szały się z kro­plami desz­czu. Prze­stał cokol­wiek widzieć. Biegł jed­nak szybko w górę ulicy Kole­jo­wej. Drogę znał na pamięć. Po pew­nym cza­sie za ple­cami usły­szał woła­nie poste­run­ko­wego. Było jed­nak odle­głe i tylko upew­niło go, że zdąży do ojca, zanim zosta­nie dości­gnięty. Myśl ta dodała mu skrzy­deł i wlała w serce nadzieję.

Skrę­cił w prawo w krótką uliczkę Świę­tego Andrzeja, na któ­rej do dzi­siaj znaj­duje się budy­nek komi­sa­riatu poli­cji, i wtedy gwał­tow­nie się z kimś zde­rzył. Poczuł, jak silne dło­nie chwy­tają go za ramiona i unie­ru­cha­miają. Wszystko stra­cone, poste­run­kowy na pewno go teraz dogoni i nie pozwoli prze­szka­dzać ojcu w pracy. Marek pod­niósł wzrok na góru­ją­cego nad nim wzro­stem męż­czy­znę i znowu odzy­skał nadzieję. Przy­trzy­my­wał go naj­lep­szy przy­ja­ciel ojca i zara­zem jego naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik, komi­sarz Romu­ald Greń.

-?Muszę się zoba­czyć z tatą -?wysa­pał cicho, patrząc na niego bła­gal­nie. -?Porwali Agnieszkę...

Zanim odpo­wie­dział, Greń zmie­rzył go badaw­czym spoj­rze­niem i przez jego twarz prze­mknął gry­mas, któ­rego mały chło­piec nie zro­zu­miał.

-?Wszystko będzie dobrze -?ode­zwał się poli­cjant. -?Na pewno znaj­dziemy pory­wa­cza.

-?Ale ja muszę do taty...

W tej chwili dogo­nił ich poste­run­kowy i zatrzy­mał się, ciężko dysząc. Nie wziął z miesz­ka­nia czapki, blond włosy na grzywce miał mokre i potar­gane.

-?Prze­pra­szam -?wysa­pał. -?Zaga­pi­łem się.

-?Nie szko­dzi -?odpo­wie­dział mu Greń, po czym spoj­rzał na Marka i zmierz­wił mu dło­nią mokre włosy. -?Zmok­niesz cały. Chodź, zapro­wa­dzę cię na chwilę do ojca. On na pewno cię pocie­szy.

Od skrzy­żo­wa­nia z Kole­jową do budynku komendy poli­cji było dwie­ście metrów. To dziwne, ale Marek Rosiń­ski dokład­nie zapa­mię­tał każdą sekundę tej drogi i póź­niej, kiedy był już doro­sły, wie­lo­krot­nie wra­cała mu w pamięci w coraz bar­dziej nie­re­al­nej poświa­cie. Wyda­wało mu się, że wszystko wtedy odby­wało się jakby w zwol­nio­nym tem­pie. Szli nie­praw­do­po­dob­nie wolno, ich kroki odbi­jały się echem, zupeł­nie jakby znaj­do­wali się na kory­ta­rzu jakie­goś opusz­czo­nego urzędu pań­stwo­wego. Kroki brzmiały i brzmiały, a oni szli i szli.

Po prze­ciw­nej stro­nie ulicy cią­gnął się mur, a za nim strze­lała w niebo wielka, gotycka budowla z czer­wo­nej cegły -?Kościół pod wezwa­niem Świę­tego Andrzeja. Marek zawsze patrzył na bryłę kościoła z sza­cun­kiem i podzi­wem. Nie wyobra­żał sobie, jak można było wznieść tak oka­załą budowlę. Ile do tego potrzeba cegieł. Nie dałoby się ich poli­czyć na żad­nym kal­ku­la­to­rze!

Kościół góro­wał nad małym budyn­kiem komendy miej­skiej poli­cji, jakby drwiąc sobie z wła­dzy świec­kiej, która od końca dru­giej wojny świa­to­wej pró­bo­wała wyko­rze­nić na stałe reli­gię ze spo­łe­czeń­stwa. Bez­sku­tecz­nie. Karzeł nie mógł poko­nać giganta. Dosko­na­łym przy­kła­dem była ulica Świę­tego Andrzeja, na któ­rej po jed­nej stro­nie stał mały budy­nek komendy, jesz­cze do nie­dawna mili­cji, teraz poli­cji, a po dru­giej - oka­zały i maje­sta­tyczny kościół.

Marek pamię­tał, że tego dnia gmach kościoła wyglą­dał jakoś ina­czej. Tajem­ni­czo i... zło­wrogo. Tak przy­naj­mniej zapamię­tał go mały chło­piec, który tego dnia, za chwilę, miał zoba­czyć swo­jego ojca ostatni raz w życiu.

1. Wstręt

(17 maja 2025 -?sobota)

-?Chyba jeste­śmy na miej­scu.

Przy jed­nym ze zjaz­dów w leśną dróżkę, na pobo­czu po pra­wej stro­nie drogi, zoba­czyli zapar­ko­wany srebrno-nie­bie­ski radio­wóz. Joanna zdjęła nogę z gazu, wrzu­ciła kie­run­kow­skaz i zatrzy­mała służ­bową Skodę Superb zaraz za nim. Marek wysiadł pierw­szy i cie­ka­wie rozej­rzał się wokoło.

Polna droga pełna dziur, które po ostat­nich desz­czach wypeł­niły się wodą, pro­wa­dziła w głąb lasu. Na linii drzew stał zapar­ko­wany jesz­cze jeden pojazd -?stary woj­skowy jeep. Wła­śnie wysia­dało z niego dwóch męż­czyzn: poli­cjant w mun­du­rze i drugi po cywil­nemu. Od razu rzu­cały się w oczy ich ubło­cone buty i spodnie mokre pra­wie do kolan. Marek pew­nie ruszył w ich stronę.

-?Sier­żant Jabłoń­ski? -?zapy­tał.

-?Tak.

-?Komi­sarz Marek Rosiń­ski z komendy woje­wódz­kiej we Wro­cła­wiu.

Poka­zał mu odznakę i uści­snęli sobie dło­nie. Poli­cjant przed­sta­wił dru­giego męż­czy­znę.

-?To mój brat, Jerzy -?powie­dział. -?Mieszka w wio­sce nie­opo­dal tego miej­sca. Ma tere­nowy samo­chód, więc popro­si­łem go o pomoc. To jest dosyć daleko w lesie, a tą drogą po desz­czu może prze­je­chać tylko mocne auto.

-?Rozu­miem.

W tym momen­cie obok nich sta­nęła Aśka.

-?To jest pod­ko­mi­sarz Joanna Boro­wiec -?przed­sta­wił ją Marek. -?To z Joanną roz­ma­wiał pan tele­fo­nicz­nie. Pra­cu­jemy razem.

Po wymia­nie kolej­nych uści­sków dłoni sier­żant spoj­rzał na nich pyta­jąco.

-?To może poje­dziemy? -?zapy­tał. -?Będziemy mieli czas poroz­ma­wiać po dro­dze.

-?Dobrze.

Wsie­dli do jeepa. Roz­rusz­nik zazgrzy­tał prze­raź­li­wie i ruszyli w głąb lasu. Kie­rowca pro­wa­dził auto wolno i uważ­nie. Błoto i kałuże były w nie­któ­rych miej­scach tak wiel­kie, że nawet auto z napę­dem na cztery koła mogło im nie spro­stać. Dwa razy zda­rzyło się, że musieli zje­chać z drogi i szu­kać prze­jazdu, lawi­ru­jąc pośród drzew. Liczący wiele lat sil­nik samo­chodu wyda­wał przy tym odgłosy, jakby za chwilę miał eks­plo­do­wać albo w naj­lep­szym razie roz­paść się na kawałki. Na domiar złego w środku wszystko drżało i stu­kało. Musieli prze­krzy­ki­wać cały ten zgiełk, żeby się usły­szeć. Marek z Joanną usie­dli na tyl­nym sie­dze­niu, a poli­cjant na miej­scu pasa­żera z przodu. Nie patrzył na drogę, cały czas obró­cony był w ich stronę.

-?Tak jak mówi­łem, na nasz poste­ru­nek w Mili­czu przy­szedł wczo­raj list pole­cony -?powie­dział sier­żant Jabłoń­ski. -?Nie wiem, dla­czego nikt go nie otwo­rzył od razu. W końcu ja się nim zain­te­re­so­wa­łem. Bra­ko­wało nadawcy, ale na koper­cie przy­kle­jono znaczki i napi­sano nasz adres.

Podał Mar­kowi foliową koszulkę z kopertą for­matu B5. Ten obej­rzał ją szybko i oddał Aśce.

-?Stem­pel pocz­towy z Wro­cła­wia -?zauwa­żyła.

-?Roz­pa­ko­wa­łem list. W środku była tylko dokładna mapa tych oko­lic z zazna­czo­nym krzy­ży­kiem. Krzy­żyk opi­sany został jako miej­sce ukry­cia zwłok.

Teraz podał im drugą koszulkę. Mapę w środku tak zagięto, żeby widać było frag­ment, o któ­rym mowa. Marek przyj­rzał się nie­dba­łemu dopi­skowi czer­wo­nym cien­ko­pi­sem umiesz­czo­nemu tro­chę z boku zazna­czo­nego punktu. Joanna też pochy­liła się zain­try­go­wana. Na wer­te­pach pra­wie zde­rzali się gło­wami. Aśka odsu­nęła się, zie­wa­jąc osten­ta­cyj­nie, jakby cią­gle jesz­cze nie mogła się obu­dzić.

-?Nie wie­dzia­łem za bar­dzo, co zro­bić -?cią­gnął poli­cjant. -?Wczo­raj było już późno, wie pan, pią­tek, kole­dzy poszli do domu. Nie mia­łem nawet kogo zapy­tać o zda­nie. Pomy­śla­łem, że skoro dzi­siaj i tak mam służbę, popro­szę brata, żeby mnie tu przy­wiózł. Tak się składa, że pocho­dzimy z tych oko­lic i w dzie­ciń­stwie czę­sto cho­dzi­li­śmy po tych lasach na grzyby.

-?Teraz też cza­sem to robimy -?ode­zwał się po raz pierw­szy kie­rowca.

-?Szcze­rze mówiąc, myśla­łem, że ktoś sobie kawał jakiś robi. Kiedy jed­nak dzi­siaj rano tam poje­cha­li­śmy... No cóż, zna­leź­li­śmy zwłoki kobiety.

Sier­żant zamilkł.

-?Rozu­miem. -?Komi­sarz Rosiń­ski poki­wał głową.

W tym momen­cie sil­nik pojazdu zawył ostrze­gaw­czo i utknęli w kałuży. Kie­rowca szybko wrzu­cił wsteczny, skrzy­nia bie­gów zarzę­ziła dono­śnie, koła zabuk­so­wały i udało im się wyco­fać, omi­nąć kałużę i ruszyć dalej przez las. Nad maską auta uno­siły się kłęby pary wod­nej.

-?Uwa­żaj, Jurek -?powie­dział poli­cjant.

-?Zaga­pi­łem się.

-?Czy ktoś jesz­cze oprócz pana doty­kał koperty i mapy? -?zapy­tała Joanna.

-?Koperty pew­nie wiele osób -?odparł sier­żant. -?Co do mapy, jestem pewien, że była wyłącz­nie w moich rękach.

-?Jasne. Daleko jesz­cze?

-?Kilka minut.

Marek obej­rzał się do tyłu, potem wycią­gnął szyję i spoj­rzał przez przed­nią szybę. Droga pro­wa­dziła przez gęsty las liścia­sty, cza­sem do góry, cza­sem w dół, i lawi­ro­wała pomię­dzy zie­lo­nymi gęstwi­nami krza­ków. Szare chmury od wielu dni przy­sła­niały niebo, izo­lu­jąc zie­mię od pro­mieni sło­necz­nych i pogrą­ża­jąc ją w desz­czo­wej sza­ro­ści. Szcze­gól­nie dawało się to odczuć pośrodku lasu. Auto miało włą­czone świa­tła, lecz ten fakt niczego nie zmie­niał.

-?O któ­rej zna­lazł pan zwłoki? -?zapy­tała pod­ko­mi­sarz.

-?Ponad dwie godziny temu. W tym miej­scu mój tele­fon nie ma zasięgu. Żeby po was zatele­fonować, musia­łem wró­cić do głów­nej drogi.

Wresz­cie jeep sta­nął.

Wysie­dli.

Jabłoń­ski wska­zał im lewą stronę drogi. Poszli za nim gęsiego po wyraź­nie wydep­ta­nej ścieżce pośród rzad­kich traw wyra­sta­ją­cych ze ściółki. Trawy pokry­wały wiel­kie kro­ple rosy i natych­miast zamo­czyli buty i spodnie. W lesie było chłodno i wil­gotno.

-?Jak pan zna­lazł to miej­sce? -?zapy­tała ze zdzi­wie­niem idąca na końcu Boro­wiec. -?Nawet z mapą tra­fie­nie tu gra­ni­czy z cudem.

Zdą­żyła już wyjąć papie­rosa i zapa­lić. Cią­gnął się za nią siwy obło­czek dymu.

Jabłoń­ski, nie zatrzy­mu­jąc się, rzu­cił jej do tyłu zado­wo­lone spoj­rze­nie.

-?Pro­ste -?odpo­wie­dział. -?Tu jest taki mały sta­wek leśny. Pamię­tam go jesz­cze z dzie­ciń­stwa, jak był więk­szy. Teraz zarósł pra­wie zupeł­nie.

Marek przy­po­mniał sobie, że na mapie rze­czy­wi­ście zazna­czone było oczko wodne.

Po następ­nych kil­ku­dzie­się­ciu kro­kach sier­żant zatrzy­mał się i wska­zał im coś pal­cem.

-?Pod tymi dwoma drze­wami -?powie­dział.

-?Pro­szę tu zacze­kać.

-?Dobrze.

Dalej poszli już tylko we dwoje. Po pra­wej stro­nie, tak jak mówił poli­cjant, znaj­do­wał się zaro­śnięty wodną roślin­no­ścią staw. Na jego skraju rosły bar­dzo bli­sko sie­bie dwie olchy. U ich stóp dostrze­gli przy­kryte gałę­ziami ciało. Pode­szli bli­sko, uważ­nie patrząc pod nogi, cho­ciaż zda­wali sobie sprawę, że zna­le­zie­nie śla­dów na leśnej ściółce, po kilku dniach inten­syw­nych desz­czów, było nie­moż­liwe.

Kobieta leżała na brzu­chu, twa­rzą do ziemi. Jej prawa ręka uło­żona była wzdłuż ciała, lewa scho­wana pod brzu­chem, nogi zgięte w kola­nach pod nie­wiel­kim kątem, burza mokrych blond wło­sów ota­czała głowę, unie­moż­li­wia­jąc zaj­rze­nie denatce w twarz. Na lewej nodze bra­ko­wało buta, raj­stopy miała podarte w wielu miej­scach, widać było liczne otar­cia na skó­rze, które nabrały nie­przy­jem­nej sinej barwy. Ubrana była w czarną spód­nicę mini. Na jasno­zie­lo­nej kurtce w oko­li­cach lewej łopatki wid­niała wielka, cho­ciaż już roz­myta przez pada­jący deszcz, czarno-czer­wona plama krwi. Ktoś nie­dbale rzu­cił na zwłoki kilka zna­le­zio­nych pew­nie nie­opo­dal suchych gałęzi, sta­ra­jąc się w ten spo­sób -?raczej bez­sku­tecz­nie -?je zama­sko­wać.

Rosiń­ski stał z rękami wci­śnię­tymi głę­boko w kie­sze­nie spodni, Aśka rzu­ciła nie­do­pa­łek na mokrą ściółkę, przy­du­siła go pode­szwą buta i zaczęła krą­żyć dookoła zwłok, uważ­nie się im przy­pa­tru­jąc.

-?Dobrze, że ten poli­cjant ma wię­cej oleju w gło­wie od swo­jego brata - wyce­dziła przez zęby.

-?Pan Jerzy nie wpadł ci w oko? -?zakpił Marek.

-?Wygląda, jakby skoń­czył trzy klasy, ale w czte­rech pod­sta­wów­kach.

Rosiń­ski par­sk­nął śmie­chem i zaraz się opa­no­wał, zer­ka­jąc szybko do tyłu na sto­ją­cego w oddali sier­żanta. Śmiech echem roz­szedł się po lesie.

-?Nie śmiej się z czło­wieka. Gdyby nie jego dobra wola, musie­li­by­śmy tu przyjść pie­chotą.

-?Co to dla cie­bie, bie­ga­cza?

-?Mogę bie­gać, ale cho­dze­nie okrop­nie mnie męczy.

Popa­trzyła na niego iro­nicz­nie, po czym przy­kuc­nęła po dru­giej stro­nie zwłok i sta­rała się zaj­rzeć ofie­rze w zakrytą wło­sami twarz.

-?Cią­gle cię męczy kac? -?zapy­tała.

-?Jak cho­lera!

-?Gdzie tu logika? Tre­nu­jesz do mara­tonu, bie­gasz dzie­siątki kilo­me­trów, a póź­niej upi­jasz się do nie­przy­tom­no­ści.

-?Jedno nie prze­szka­dza dru­giemu.

-?Ta! Nie­zła teo­ria.

Wstała z kucek.

-?Nic nie widać...

Sta­nęła obok Marka i też wci­snęła dło­nie w kie­sze­nie spodni.

Joanna Boro­wiec była jego wzro­stu, miała ciemne, pro­ste włosy się­ga­jące do ramion, zawsze w pracy upięte sta­ran­nie w koń­ski ogon, brą­zowe oczy i sze­roki uśmiech. Ubie­rała się zazwy­czaj w obci­słe spodnie, pod­kre­śla­jące jej kobiece kształty, i skó­rzaną kurtkę z dużą liczbą zam­ków bły­ska­wicz­nych. Nie­raz widział, jak faceci na kory­ta­rzach komendy tęsk­nie odpro­wa­dzają ją wzro­kiem. Nie­dawno skoń­czyła trzy­dzie­ści dwa lata i była od niego o cztery lata młod­sza. Pra­co­wali ze sobą dopiero od początku roku, odkąd została prze­nie­siona z komendy miej­skiej. Jesz­cze wcze­śniej pra­co­wała w Pozna­niu.

Miała wszyst­kie cechy dobrego poli­cjanta, cho­ciaż na początku tego nie dostrze­gał. Może dla­tego, że cią­gle spra­wiała wra­że­nie, jakby jej się nie chciało, albo zie­wała i zasy­piała w aucie, jakby wciąż była nie­wy­spana. Dopiero po jakimś cza­sie zmie­nił o niej zda­nie. Tak naprawdę była docie­kliwa, logiczna do bólu, cza­sem sta­wała się ner­wowa, kiedy coś jej nie wycho­dziło, uwiel­biała swoją pracę i pod­po­rząd­ko­wała jej całe życie oso­bi­ste. Kie­dyś wyrwało się jej po paru drin­kach, że już dawno nie miała faceta. Brak czasu, tłu­ma­czyła. Kiedy tylko nada­rzała się oka­zja, potra­fiła się też nie­źle zaba­wić. Kole­dzy w wydziale do dzi­siaj wspo­mi­nają, jak pierw­szy raz wyszli na wódkę do jakie­goś baru. Piła równo z face­tami i nikt jej nie spro­stał.

Od pierw­szego spo­tka­nia z Joanną Rosiń­ski posta­no­wił, że będzie trak­to­wać ją z pew­nym dystan­sem, jak star­szy i bar­dziej doświad­czony kolega. Ona jed­nak miała tak bez­po­średni spo­sób bycia, że nawet nie zauwa­żył, kiedy zaczęli roz­ma­wiać o wszyst­kim, jakby znali się od lat. Co wię­cej, Marek polu­bił jej zaczepki i zło­śli­wo­ści. Mógłby z nią roz­ma­wiać bez prze­rwy.

Wycią­gnęła z kie­szeni kurtki paczkę papie­ro­sów, wło­żyła jed­nego do ust i zapa­liła. Paliła bar­dzo dużo i wcale nie ukry­wała, że to lubi. Kupo­wała zawsze cien­kie men­to­lowe papie­rosy i zwy­kle miała otwar­tych jed­no­cze­śnie kilka paczek. Jedną nosiła w kie­szeni, drugą trzy­mała w skrytce w aucie, kolejną w biurku. Marek zło­śli­wie mówił, że pew­nie w domu otwarte paczki trzyma w każ­dym pomiesz­cze­niu, żeby daleko nie cho­dzić. Zawsze gubiła gdzieś zapal­niczki, dla­tego czę­sto kupo­wała nowe. Potem te zgu­bione nagle się odnaj­dy­wały i walały się wszę­dzie w biu­rze. Parę dni wcze­śniej Marek pozbie­rał te odna­le­zione -?było ich sześć -?i roz­dał innym palą­cym kole­gom.

-?Komi­sarz Marek Rosiń­ski, miło­śnik kobiet i dobrej whi­sky -?ode­zwała się nagle. -?Albo odwrot­nie. Już nie pamię­tam. Zresztą róż­nica nie­wielka.

-?Co?

-?Takie opo­wie­ści o tobie krążą po wydziale. Wcze­śniej nie wie­dzia­łam, na co cię stać. Teraz zaczy­nam sobie co nieco wyobra­żać.

Pół­to­rej godziny wcze­śniej ledwo wycią­gnęła go z łóżka. W jed­nej z knaj­pek na rynku spo­tkał się z przy­ja­cie­lem z cza­sów stu­diów i nie pamię­tał, jak wró­cił nad ranem do domu.

-?Tak mówią? -?zapy­tał. -?Kto?

-?Twoi kole­dzy.

-?Pierw­sze sły­szę...

-?To jak miała na imię ta laska?

Spoj­rzał na nią z ukosa, tro­chę zasko­czony fał­szywą nutą w tonie jej głosu. Niby miała być kpina, a wyszło nie wia­domo co.

-?Johnny.

-?Ach tak! -?Poki­wała głową osten­ta­cyj­nie, dając do zro­zu­mie­nia, że nie wie­rzy w takie tłu­ma­cze­nia.

Zamil­kli, patrząc na leżące przed nimi zwłoki. Marek jesz­cze raz obej­rzał się na sier­żanta Jabłoń­skiego i przy­wo­łał go gestem dłoni. Zanim poli­cjant przy­szedł, zapy­tał Joannę:

-?I co o tym myślisz?

W jed­nej sekun­dzie znowu była śled­czą.

-?Uło­że­nie ciała wska­zuje, że zgi­nęła w tym miej­scu -?powie­działa. -?Nie pytaj mnie, co robiła na takim odlu­dziu. Nie mam poję­cia.

-?Mor­derca strze­lił jej w plecy, upa­dła i tak już została -?dodał Marek.

-?Też tak uwa­żam. -?Poki­wała głową. -?Otar­cia na nogach i brak jed­nego buta suge­rują, że przed kimś ucie­kała, prze­dzie­ra­jąc się przez zaro­śla. Sprawca musiał ją w tym miej­scu dogo­nić i zastrze­lić. Zauważ, że ni­gdzie nie widać torebki. Kobieta ni­gdzie nie rusza się bez torebki. Musiała ją wyrzu­cić pod­czas ucieczki. Trzeba dokład­nie prze­cze­sać połać lasu. Moim zda­niem gdzieś musi być but, torebka i może coś jesz­cze.

-?Masz rację.

-?Ciało nie­zbyt przy­jem­nie pach­nie, widać już począ­tek pro­ce­sów roz­kładu. Musi tu leżeć jakiś czas.

Zamil­kła i spoj­rzała na bla­dego Jabłoń­skiego.

-?Dobrze się pan czuje? -?zapy­tała.

-?Nie jestem przy­zwy­cza­jony do takich wido­ków -?odpo­wie­dział, z tru­dem prze­ły­ka­jąc ślinę.

-?Jeśli panu nie­do­brze, pro­szę wró­cić do auta. Zaraz też tam podej­dziemy.

-?Nie jest mi nie­do­brze, czuję raczej... wstręt.

Poli­cjant odwró­cił się i szybko odszedł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

-?Mogłem go nie wołać -?ode­zwał się Marek, odpro­wa­dza­jąc go wzro­kiem.

-?Jeste­śmy nie­nor­malni.

-?Skąd taki bru­talny osąd? -?zakpił.

-?Zwy­kli ludzie na widok śmierci zacho­wują się w spo­sób podobny do naszego przy­stoj­nego sier­żanta. Nikomu nie przy­szłoby do głowy żar­to­wać lub gadać o pier­do­łach, jak nam. Dla­tego jeste­śmy inni.

Marek wzru­szył ramio­nami.

-?Tylko czy od razu nie­nor­malni? -?zapy­tał z powąt­pie­wa­niem w gło­sie. - Chi­rurg kroi ludzi, myśląc o tym, co zje na obiad, a pato­log robi sek­cję zwłok, przy­po­mi­na­jąc sobie krą­gło­ści ciała swo­jej kochanki.

Nie wytrzy­mała i par­sk­nęła śmie­chem.

-?Dla­czego aku­rat kochanki?

Rzu­cił okiem za sie­bie, jakby upew­nia­jąc się, czy męż­czyźni przy aucie nie usły­szeli jej śmie­chu.

-?A dla­czego nie? Nie jeste­śmy aż tak bar­dzo nie­nor­malni. W grę wcho­dzi raczej rutyna.

-?Chcia­ła­bym ci wie­rzyć. Cza­sem docho­dzę do innych wnio­sków.

-?Uwa­żasz, że nasz sier­żant Jabłoń­ski jest przy­stojny? -?zapy­tał, zmie­nia­jąc nagle temat.

Teraz Aśka się obej­rzała.

-?Nie­złe cia­cho -?mruk­nęła, obli­zu­jąc wargi.

Marek rzu­cił jej pełne dez­apro­baty spoj­rze­nie, po czym prze­niósł wzrok na swoje prze­mo­czone buty i spodnie i nagle wzdry­gnął się, kiedy wielka, zimna kro­pla spa­da­jąca z drzewa wylą­do­wała mu za koł­nie­rzem.

-?Niech to cho­lera! Zmar­z­łem już na kość.

-?Po co ta szopka z mapą? -?zapy­tała. -?Prze­cież tutaj nikt nie zna­la­złby zwłok do wcze­snej jesieni, kiedy ludzie ruszają na grzyby, jak sły­sze­li­śmy z opo­wie­ści sprzed kwa­dransa.

-?Zale­żało mu, żeby­śmy ją zna­leźli.

-?Po co?

-?Chciał się pochwa­lić? Mor­do­wa­nie go kręci.

-?Mor­do­wa­nie czy świa­do­mość, że poli­cja go szuka?

-?Może i jedno, i dru­gie?

Patrzyła na zwłoki z twa­rzą zasty­głą w dziw­nym gry­ma­sie, po czym zapy­tała:

-?Co robimy?

-?Dzwo­nimy po pro­ku­ra­tora i tech­ni­ków, może jesz­cze uda się zna­leźć jakieś ślady.

-?Zasta­na­wiam się, jak tu dojadą?

-?Może pod­wie­zie ich pan Jerzy. Idź i z nim poroz­ma­wiaj.

Szybko wycią­gnęła z kie­szeni swój apa­rat.

-?Cho­lera, brak zasięgu! Obie­ca­łam, że zate­le­fo­nuję do pro­ku­ra­tora Koto­wi­cza i zdam mu rela­cję z miej­sca zda­rze­nia. Chyba się nie ucie­szy, że będzie musiał tu przy­je­chać.

-?Jak uwa­żasz. -?Uśmiech­nął się pod nosem i ruszył w kie­runku sto­ją­cego na leśnej dro­dze pojazdu.

2. Niepokój

(17 maja 2025 -?sobota)

Piw­nica była zimna i wil­gotna. Dzienne świa­tło sączyło się przez nie­wiel­kie okno przy samym sufi­cie i ledwo roz­świe­tlało mrok.

Agnieszka Dudek sie­działa naga, przy­wią­zana do krze­sła sto­ją­cego na środku pomiesz­cze­nia. Usta miała zakne­blo­wane szmatą i zakle­jone taśmą izo­la­cyjną. Szmata była brudna, miała posmak oleju sil­ni­ko­wego i przy­pra­wiała ją o mdło­ści. Wal­czyła, żeby nie zemdleć. Dygo­tała z zimna i prze­ra­że­nia.

Naj­go­rzej było, kiedy przy­cho­dził On. Sta­wał bli­sko, tak że czuła kwa­śny zapach jego potu. Gła­dził ją po szyi, zanu­rzał palce we wło­sach, kładł dło­nie na ramio­nach, po czym nagle chwy­tał ją bole­śnie za piersi albo bru­tal­nie wci­skał dłoń mię­dzy zaci­śnięte roz­pacz­li­wie uda. Jego dotyk był jak tor­tury roz­pa­lo­nym żela­zem. Wyobra­żała sobie, że każde muśnię­cie jego pal­ców zosta­wia na jej deli­kat­nej, dzie­cię­cej skó­rze krwawe znaki, z któ­rych póź­niej bez prze­rwy sączy się krew.

Naj­gor­sza była jed­nak chwila, kiedy się dosta­tecz­nie pod­nie­cił. Wtedy opusz­czał spodnie i robił sobie dobrze. Drugą ręką trzy­mał ją za policzki i krzy­czał, żeby otwo­rzyła oczy i patrzyła. Gro­ził, że w prze­ciw­nym razie ją udusi, a póź­niej pój­dzie do jej matki i wytnie jej nożem serce z piersi. Ta groźba jesz­cze bar­dziej ją prze­ra­żała niż per­spek­tywa udu­sze­nia. Była posłuszna. Patrzyła sze­roko otwar­tymi oczami, w któ­rych groza z każdą upły­wa­jącą godziną zmie­niała się w pustkę i bez­na­dzieję.

Potem On odcho­dził. Miała chwilę ulgi. Raz zerwał jej z twa­rzy taśmę izo­la­cyjną, wyszar­pał z ust szmatę i dał pić. Dru­gim razem oprócz picia przy­niósł jej batona w mlecz­nej cze­ko­la­dzie. Póź­niej okry­wał ją całą kocem z wycię­tym otwo­rem na głowę, żeby zbyt­nio nie zmar­zła, i wycho­dził. Naj­pierw czuła ulgę, która wraz z upły­wa­ją­cym wolno cza­sem zmie­niała się powoli w strach i na końcu prze­ra­że­nie. Wie­działa, że On znowu wróci.

Pamię­tała dokład­nie, że przy­cho­dził do niej cztery razy.

Agnieszka Dudek obu­dziła się, gwał­tow­nie łapiąc oddech. Usia­dła na łóżku i opu­ściła stopy na miękki i cie­pły dywan. Zupeł­nie ina­czej niż w piw­nicy.

To był jedy­nie sen.

Tym bar­dziej prze­ra­ża­jący, bo praw­dziwy.

Kiedy porwał ją czło­wiek, nazy­wany póź­niej Bestią ze Środy, miała trzy­na­ście lat. Trzy doby prze­trzy­my­wał ją w piw­nicy opusz­czo­nego domu swo­ich rodzi­ców. Dom stał bli­sko lasu, z dala od ludz­kich sie­dzib. Potem pla­no­wał ją zabić, a ciało porzu­cić gdzieś w rowie na skraju drogi, podob­nie jak wcze­śniej­sze swoje ofiary. Sie­dem dziew­czy­nek w wieku od jede­na­stu do trzy­na­stu lat.

Prze­żyła cudem. Poli­cjanci oca­lili ją w ostat­nim momen­cie. Jesz­cze godzina, a zosta­łaby zgwał­cona i zamor­do­wana, jesz­cze kil­ka­na­ście godzin, a sama zmar­łaby z wychło­dze­nia i wycień­cze­nia orga­ni­zmu.

Zanim tra­fiła do piw­nicy Bestii, była wesołą, pełną ener­gii, cie­kawą świata dziew­czynką o prze­ślicz­nym uśmie­chu. Sani­ta­riu­sze pogo­to­wia ratun­ko­wego wycią­gnęli z piw­nicy istotę tylko z pozoru przy­po­mi­na­jącą dziecko. Odtąd prze­stała się odzy­wać, zapo­mniała o uśmie­chu, a jedy­nym uczu­ciem, jakie znała, był strach. Szcze­gól­nie bała się męż­czyzn.

To był jedy­nie sen.

Nawie­dzał ją regu­lar­nie przez ostat­nie dwa­dzie­ścia trzy lata i stało się coś bar­dzo dziw­nego. Oswo­iła go. Nie był już tak prze­ra­ża­jący jak na samym początku, przez lata stra­cił swoją grozę i teraz był tylko straszny. Czas spi­ło­wał jego ostre kły. Co dziwne, zawsze był taki sam. Czę­sto sny są absur­dal­nym kola­żem non­sensu. Nawet sen o minio­nych praw­dzi­wych wyda­rze­niach mógł zro­bić się znie­nacka irra­cjo­nalny i kpić z nich, roz­gry­wa­jąc je na swój wła­sny, nie­prze­wi­dy­walny spo­sób. Z tym snem było ina­czej. On ni­gdy nie zmie­niał swo­jej formy. Zawsze był nad­zwy­czaj realny. Odtwa­rzał złe chwile z prze­szło­ści z chi­rur­giczną wręcz pre­cy­zją, nie pomi­ja­jąc żad­nych szcze­gó­łów. Nawet zapa­chu nasie­nia mor­dercy.

Agnieszka wstała z sofy i nie zwra­ca­jąc uwagi na koc, który spadł na pod­łogę, poczła­pała do kuchni. Się­gnęła do szafki nad zle­wem po puszkę z kawą, papie­rowe fil­try i po chwili z jej prze­le­wo­wego, sta­rego jak świat eks­presu roz­szedł się po całym domu rześki zapach kawy. Sie­działa przy stole kuchen­nym i cze­kała, aż ostat­nie kro­ple spłyną do dzbanka. Zegar wiszący na ścia­nie poka­zy­wał pięt­na­stą sie­dem. Ziew­nęła i prze­je­chała dło­nią po zmierz­wio­nych dłu­gich, ciem­nych wło­sach. Znowu będzie miała pro­blem z ich roz­cze­sa­niem.

Poprzed­niego dnia sie­działa do trze­ciej w nocy nad nową książką. Potem wstała, jak zwy­kle o ósmej, do połu­dnia sta­rała się nor­mal­nie funk­cjo­no­wać, jed­nak prze­ce­niła swoje siły. Nie miała już prze­cież osiem­na­stu lat. Zarwana noc szybko dała o sobie znać uczu­ciem cięż­ko­ści, zwol­nio­nym myśle­niem, bra­kiem ochoty na cokol­wiek -?nawet nie zro­biła sobie kawy na prze­bu­dze­nie. Pokrę­ciła się bez celu po domu i w połu­dnie ogło­siła kapi­tu­la­cję. Pra­wie trzy godziny spała zawi­nięta w koc na sofie w salo­nie, lecz teraz nie czuła się ani krztynę lepiej. Naj­chęt­niej poło­ży­łaby się znowu.

Może gdyby śniło jej się coś innego, jesz­cze by tro­chę pospała. Nie­stety, ten sen, mimo że znany i już nie tak straszny, zawsze odbie­rał ochotę na przy­tu­le­nie się do poduszki.

Z kub­kiem gorą­cej czar­nej kawy w dłoni Agnieszka włą­czyła lap­topa i prze­glą­dała ostat­nie strony książki, które powstały w nocy. Zdzi­wiła się, że nie bar­dzo pamięta, co napi­sała. Tak było zawsze, kiedy pisała w nocy. Z zado­wo­le­niem stwier­dziła, że tekst jest bar­dzo dobry. Według niej nie wyma­gał żad­nych popra­wek. Zaraz jed­nak uśmiech­nęła się cierpko pod nosem. Redak­tor z wydaw­nic­twa i tak pew­nie zechce wszystko pozmie­niać i wyj­dzie z tego nie to, co było jej zamie­rze­niem.

Nie tym razem -?pomy­ślała z deter­mi­na­cją. Potem przy­po­mniała sobie, że przy poprzed­nich dwóch książ­kach też tak mówiła i w końcu przy­sta­wała bez walki na pro­po­zy­cje zmian.

Zła tak­tyka. Sta­now­czo.

Nagle coś wyrwało ją z zamy­śle­nia.

Co to było?

Roz­glą­dała się po salo­nie zdzi­wiona. Omio­tła spoj­rze­niem otwarte drzwi do kory­ta­rza, obok któ­rych znaj­do­wały się schody na pierw­sze pię­tro i na pod­da­sze, potem jej spoj­rze­nie prze­śli­zgnęło się po sta­rych meblach, które odzie­dzi­czyła -?podob­nie jak dom -?po dziad­kach ze strony mamy, popa­trzyła na koc na­dal leżący przy sofie. Dłu­żej zatrzy­mała wzrok na dwu­skrzy­dło­wych drzwiach na taras i do ogrodu.

Naresz­cie się roz­po­ga­dzało. Po wielu dniach desz­czów chmury się roz­pra­szały i poja­wiła się szansa na słońce. Potem popa­trzyła jesz­cze na kuch­nię. Po śmierci dziad­ków, kiedy wresz­cie mogła wyre­mon­to­wać dół domu tak, jak chciała, zre­zy­gno­wała z osob­nej kuchni i kazała wybu­rzyć ścianę dzia­łową. Teraz salon i kuch­nia sta­no­wiły jedno. Tu też nie zna­la­zła nic, co mogło wyrwać ją z zamy­śle­nia.

Co to było?

Wzru­szyła ramio­nami i wró­ciła do czy­ta­nia. Po czter­dzie­stu pię­ciu minu­tach cią­głego wpa­try­wa­nia się w ekran kom­pu­tera z przy­gar­bio­nymi ple­cami roz­pro­sto­wała się z roz­kosz­nym wes­tchnie­niem i stwier­dziła, że jest głodna. Poszła do kuchni, usia­dła przy stole i otwo­rzyła książkę z prze­pi­sami na potrawy zapo­bie­ga­jące powsta­wa­niu nowo­two­rów. Miała obse­sję na tym punk­cie. Wmó­wiła sobie, że ma wady gene­tyczne i na pewno w końcu zacho­ruje na raka, i z tego powodu umrze. Była o tym prze­ko­nana, dla­tego sta­rała się za wszelką cenę natu­ral­nymi spo­so­bami odwlec moment zacho­ro­wa­nia. Prze­cież jej ojciec zmarł na raka tuż przed jej dru­gimi uro­dzi­nami -?znała go jedy­nie z kilku czarno-bia­łych foto­gra­fii, które zosta­wiła jej matka w spadku. Dziad­ko­wie, po któ­rych odzie­dzi­czyła dom, rów­nież zmarli na raka. Prze­cież rekom­bi­na­cja genów nastę­puje zawsze w dru­gim poko­le­niu. A to ozna­cza, że naj­bar­dziej jeste­śmy podobni do swo­ich dziad­ków. Dzie­dzi­czymy też ich wady. Stąd jej pew­ność. Na pewno umrze na nowo­twór. Kwe­stią otwartą było, kiedy poja­wią się pierw­sze objawy cho­roby. Odwle­kała ten moment, jak mogła -?regu­lar­nie od lat łykała tabletki tranu, sta­rała się zaży­wać codzien­nie duże dawki wita­miny C, każ­dego dnia rano piła łyżeczkę oleju lnia­nego, jadła pestki moreli gorz­kich, które zawie­rały amig­da­linę. Wyczy­tała w inter­ne­cie, że amig­da­lina hamuje roz­wój nowo­two­rów i można ją rów­nież sto­so­wać zapo­bie­gaw­czo. Kupiła też książkę z prze­pi­sami kuchar­skimi na potrawy o wła­ści­wo­ściach anty­ra­ko­wych i odtąd korzy­stała tylko z niej.

Teraz rów­nież szybko prze­rzu­ciła listę prze­pi­sów, oce­nia­jąc, które skład­niki ma w tej chwili dostępne w lodówce.

Około osiem­na­stej, cią­gle jesz­cze zie­wa­jąc, sie­działa zamy­ślona na krze­śle w salo­nie, grze­biąc widel­cem w reszt­kach. Nie sma­ko­wało jej, wsy­pała za dużo pie­przu cay­enne i teraz czuła nie­przy­jemne pie­cze­nie w gar­dle. Się­gnęła więc do szafki po swoje ulu­bione czer­wone wino Fau­stino V, w które regu­lar­nie zaopa­try­wali ją zna­jomi jeż­dżący czę­sto do Hisz­pa­nii, nalała sobie lampkę i znowu sia­dła do kom­pu­tera. Nawet nie chciało się jej sprząt­nąć po obie­dzie. Cią­gle nie mogła dojść do sie­bie. Wino nie było dobrym roz­wią­za­niem. Pew­nie kiedy wypije go za dużo, zaraz znowu pój­dzie spać i nie zre­ali­zuje planu. Całą sobotę miała poświę­cić na pisa­nie.

Nagle ponow­nie poczuła nie­po­kój.

Pod­nio­sła głowę, rozej­rzała się i... znowu nic. Odsta­wiła kie­li­szek, wło­żyła kap­cie, na ramiona zarzu­ciła roz­pi­nany swe­ter i wyszła na kory­ta­rzyk, skąd skrzy­pią­cymi scho­dami ruszyła w górę. Weszła na pod­da­sze. Na szczy­cie scho­dów zatrzy­mała się na chwilę, żeby przy­zwy­czaić oczy do panu­ją­cego tu wiecz­nie pół­mroku. Ta część domu była prak­tycz­nie nie­re­mon­to­wana od wojny. Wcze­śniej dziad­ko­wie uwa­żali, że remont jest nie­po­trzebny, teraz Agnieszki po pro­stu nie było na niego stać. Sprzą­tała tu raz. Zaraz po śmierci babci dzie­sięć lat temu. Wyrzu­ciła wtedy cały kon­te­ner nikomu nie­po­trzebnych sta­rych mebli i ubrań, w końcu dała sobie spo­kój. Pod­da­sze i tak wyglą­dało jak nie­tknięte. Poroz­sta­wiane bez­ład­nie po kory­ta­rzyku i dwóch poko­jach stare, zaku­rzone meble patrzyły na nią ponuro. Miała wra­że­nie, jakby zazdro­śnie strze­gły tajem­nicy zawar­to­ści swo­ich wnętrz. Tak naprawdę już tylko one pamię­tały, co jest w środku. Agnieszka nie chciała spraw­dzać. Przy­naj­mniej na razie. Zawsze obie­cy­wała sobie, że gdy zarobi na kolej­nej książce wię­cej pie­nię­dzy, zde­cy­duje się na remont. Wtedy wszyst­kie meble po pro­stu wyrzuci, nie zasta­na­wia­jąc się, jakie mogą kryć skarby sprzed lat.

Wyda­wało jej się, że z pokoju naprze­ciw scho­dów dobie­gło skrzyp­nię­cie. Bez waha­nia weszła do środka i sta­nęła zasko­czona. Jedna z sza­fek była otwarta, a na zaku­rzo­nym, posza­rza­łym ze sta­ro­ści dywa­nie leżały roz­rzu­cone wycinki z gazet. Aku­rat oświe­tlała je smuga świa­tła wpa­da­jąca do środka przez szcze­linę w zacią­gnię­tych zasło­nach.

Jak to moż­liwe, że szafka sama się otwo­rzyła?

Każda inna kobieta samot­nie miesz­ka­jąca w wiel­kim, sta­rym domu, pamię­ta­ją­cym jesz­cze początki dwu­dzie­stego stu­le­cia, poczu­łaby w tym momen­cie strach. Ale nie Agnieszka Dudek. Ona miała defekt. Od wielu lat nie czuła stra­chu. Chyba że we śnie, kiedy wra­cały wspo­mnie­nia kosz­maru z piw­nicy. Oczy­wi­ście odczu­wała stany nie­po­koju, może nawet lek­kiego lęku, lecz jej zda­niem nie był to strach. Zna­jo­mym czę­sto mówiła, że jest roz­re­gu­lo­wana. W dzie­ciń­stwie prze­żyła takie prze­ra­że­nie, że teraz nic nie mogło jej prze­stra­szyć. Nic nie dorów­nuje skalą tam­temu Stra­chowi.

Teraz też się nie bała. Spo­koj­nie schy­liła się i pod­nio­sła wycinki z pod­łogi. Wie­działa, czego doty­czą. Zbie­rała je przez dwa lata, przy­go­to­wu­jąc się do napi­sa­nia swo­jej pierw­szej książki.

Wspo­mnie­nia z piw­nicy odnio­sły wielki suk­ces, bar­dzo dobrze się sprze­dały, zro­biły spory szum na rynku, dostała nawet jakieś nagrody lite­rac­kie za debiut roku, sprze­dała prawa do filmu. W książce opi­sała minuta po minu­cie swój pobyt w piw­nicy mor­dercy, nie pomi­ja­jąc żad­nych bru­tal­nych szcze­gó­łów, a póź­niej wie­lo­let­nią tułaczkę po szpi­ta­lach psy­chia­trycz­nych i powolny powrót do nor­mal­nego życia. Redak­tor zmie­nił jed­nak zakoń­cze­nie na bar­dziej opty­mi­styczne. I żyli długo i szczę­śli­wie -?szy­der­czo komen­to­wała nowe zakoń­cze­nie, ale zgo­dziła się. Jedy­nie w tym miej­scu książka roz­mi­jała się z prawdą.

Ona ni­gdy już nie będzie nor­malna. Tylko udaje nor­mal­ność, żeby nie zra­żać do sie­bie innych i móc żyć spo­koj­nie na wol­no­ści, a nie w zakła­dzie zamknię­tym, gdzie umie­ści­łaby sie­bie bez waha­nia, gdyby była leka­rzem.

Wło­żyła wycinki do szafki, nawet na nie nie spoj­rzaw­szy, i zamknęła ją. Drzwiczki zaskrzy­piały z opo­rem, pod­da­jąc się naci­skowi dłoni. Nie mogły się same otwo­rzyć. Pew­nie otwo­rzył je któ­ryś z Gości nawie­dza­ją­cych cza­sem jej dom.

Tak nazy­wała duchy zmar­łych. Wie­rzyła, że jest nawie­dzona, przy­ciąga do sie­bie dusze skrzyw­dzo­nych i zamor­do­wa­nych osób jak pło­mień świecy ćmy. Po raz pierw­szy zmarli odwie­dzili ją w szpi­talu już na drugi dzień po tym, jak sani­ta­riu­sze wycią­gnęli ją z piw­nicy. Odwie­dzały ją dzieci zamor­do­wane przez Bestię ze Środy. Sta­wały w drzwiach, nagie, oka­le­czone, pokrwa­wione, cier­piące i patrzyły na nią jakby z wyrzu­tem, że jej udało się prze­żyć ten kosz­mar. Cza­sem w ich oczach malo­wała się nie­moż­liwa do speł­nie­nia prośba o pomoc. Odwie­dzały ją w nocy, w trak­cie dnia, były dni, kiedy czuła, że któ­reś z nich ukrywa się pod jej szpi­tal­nym łóż­kiem, prze­sia­dy­wały godzi­nami na jego skraju, nie zwa­ża­jąc na wizyty pie­lę­gnia­rek i leka­rzy, lub stały pod ścia­nami. Tak było przez lata. Bez względu na miej­sce, w któ­rym aku­rat prze­by­wała.

Nie bała się duchów i nie potra­fiła im pomóc.

Potem ode­szły, lecz odtąd przy­cho­dzili do niej inni. Nie mieli już widzial­nej postaci. Miała świa­do­mość ich obec­no­ści, cza­sem zosta­wiali widoczne znaki, tak jak teraz. Wszy­scy cier­pieli, byli prze­ra­żeni i zagu­bieni.

Wyszła z pokoju i scho­dziła zamy­ślona po scho­dach. Duchy też opi­sała w swo­jej pierw­szej książce. Były prze­cież nie­od­łącz­nym ele­men­tem jej życia. Redak­tor zmie­nił zakoń­cze­nie jej książki, pisząc, że prze­stały przy­cho­dzić. To nie była prawda.

Usia­dła na sofie z lampką wina w dłoni, zawi­nęła się w koc i roz­my­ślała o wszyst­kim i o niczym. Dzi­siaj już nie będzie w sta­nie napi­sać nawet zda­nia. Szkoda.

We Wspo­mnie­niach z piw­nicy świa­do­mie pomi­nęła jeden bar­dzo ważny wątek swo­jego życia: gorący romans z młodą panią psy­cho­log, Izą Kare­wicz. Nie chciała spro­wa­dzić na nią kło­po­tów -?prze­cież wia­domo, że media są bez­względne. Ich romans trwał wiele lat, nawet kiedy Iza wyje­chała do pracy do Fran­cji, a Agnieszka pró­bo­wała uło­żyć sobie kil­ka­krot­nie życie w związ­kach z męż­czy­znami. Kore­spon­do­wały i spo­ty­kały się przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji. Wtedy zawsze szły do łóżka. Nawet teraz utrzy­my­wały mailowy kon­takt, mimo że Iza od kilku lat miesz­kała na stałe w Bosto­nie, gdzie pra­co­wała w tam­tej­szej kli­nice psy­chia­trycz­nej. Ocean stał się prze­szkodą trudną do poko­na­nia. Powrót Agnieszki do świata i nor­mal­nego życia był w cało­ści zasługą Izy. Ni­gdy jej tego nie zapo­mni i będzie wdzięczna do końca życia, jak­kol­wiek się jesz­cze ono poto­czy.

Dok­tor Iza czę­sto powta­rzała afo­ryzm: "Życie jest jak jajo, trzeba je znieść". Takie motto swo­jego życia przy­jęła Agnieszka.

W dru­giej książce: Ja i śmierć, która uka­zała się na rynku pół­tora roku po pierw­szej, Agnieszka wspo­mi­nała swoje życie po tym, jak opu­ściła mury szpi­talne. Opi­sała wie­lo­let­nie zma­ga­nia z depre­sją, próby samo­bój­cze, aż wresz­cie zaak­cep­to­wa­nie życia takiego, jakie przy­nosi los, i pogo­dze­nie się z nie­uchron­no­ścią śmierci. Znowu suk­ces, pie­nią­dze, nagrody i -?co naj­waż­niej­sze -?listy od czy­tel­ni­ków zma­ga­ją­cych się z podob­nymi pro­ble­mami, któ­rych pod­nio­sła na duchu i któ­rym pomo­gła, uświa­da­mia­jąc im, że nie są sami. Miała jed­nak nie­smak, wspo­mi­na­jąc tę książkę. Redak­tor namó­wił ją, żeby zaczęła od opisu samo­bój­stwa swo­jej matki, która nie wytrzy­mała psy­chicz­nie tra­ge­dii córki i któ­re­goś wie­czora odkrę­ciła gaz. Sąsie­dzi zna­leźli ją mar­twą po kilku godzi­nach. Cud, że cały blok nie wyle­ciał w powie­trze. Nie powinna się na to zgo­dzić, ale ule­gła. I teraz żało­wała.

Obec­nie pisała trze­cią książkę, zaty­tu­ło­waną robo­czo Ja i życie, w któ­rej opi­sy­wała swoją prze­mianę duchową i uza­sad­niała, dla­czego jed­nak warto żyć.

Około dwu­dzie­stej odsta­wiła wino i sta­nęła przed drzwiami pro­wa­dzą­cymi na taras. Miała stąd dosko­nały widok na dom obok. Ogro­dze­nie oddzie­la­jące obie pose­sje dawno się zawa­liło ze sta­ro­ści i bar­dzo dobrze widać było drzwi wej­ściowe i ścieżkę pro­wa­dzącą do furtki. Poprzedni wła­ści­ciele nie wyra­żali chęci naprawy płotu, a Agnieszka nie miała zamiaru sama finan­so­wać takiej poważ­nej inwe­sty­cji. Jed­nak od dwóch mie­sięcy sąsiedni dom miał nowego miesz­kańca i spo­dzie­wała się, że kwe­stia ogro­dze­nia wypły­nie prę­dzej czy póź­niej. Miała nawet odło­żone na ten cel pie­nią­dze w banku.

Nie wie­działa dla­czego, ale nowy wła­ści­ciel domu bar­dzo ją pocią­gał. Był wysoki, dobrze zbu­do­wany, miał nie wię­cej niż czter­dzie­ści lat i był... dziwny.

Tak jak ja.

Rzadko wycho­dził z domu, zakupy dowo­ziła mu firma trans­por­towa, czę­sto w trak­cie dnia przyj­mo­wał gości, lecz wie­czo­rami czas spę­dzał samot­nie.

Teraz wła­śnie zoba­czyła, że otwie­rają się drzwi i poja­wia się w nich sąsiad. Jakby z waha­niem, nie­pew­nie prze­stę­puje przez próg, blady, z mocno zaci­śnię­tymi war­gami. Potem drżą­cymi jak u alko­ho­lika rękami prze­kręca klucz w zamku i nie­ru­cho­mieje, oparty o drzwi. Wyraź­nie uspo­kaja oddech. Minęły co naj­mniej dwie minuty, zanim zde­cy­do­wał się iść dalej. Nie­pew­nie zbli­żył się do furtki pro­wa­dzą­cej na ulicę i znowu przy­sta­nął, przy­trzy­mu­jąc się klamki. W końcu ostroż­nie otwo­rzył furtkę, nie­śmiało, ze stra­chem wyj­rzał na zewnątrz, jakby miało mu tam gro­zić śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo. Wresz­cie znik­nął jej z oczu.

Dziwne. Podej­rze­wała, że musiał być na coś ciężko chory. Taka pro­ce­dura wyj­ścia na ulicę powta­rzała się codzien­nie, mniej wię­cej o tej samej porze. Wra­cał zawsze po trzy­dzie­stu minu­tach. Jakby go ktoś gonił, szybko, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, wpa­dał do domu i zatrza­ski­wał drzwi.

Naprawdę dziwne. Tym bar­dziej że już kilka tygo­dni temu Agnieszka doko­nała nie­ocze­ki­wa­nego odkry­cia. Sąsiad obser­wo­wał ją całymi godzi­nami, sto­jąc w oknie naprze­ciwko okien jej salonu. Szcze­gól­nie wie­czo­rami. Miał dosko­nały widok przy zapa­lo­nym u niej świe­tle. Nie wyro­biła w sobie nawyku opusz­cza­nia żalu­zji. Kie­dyś sąsiedni dom zaj­mo­wała star­sza pani, która bar­dzo wcze­śnie cho­dziła spać, póź­niej przez pół­tora roku dom stał pusty.

Po pierw­szym szoku spo­wo­do­wa­nym tym odkry­ciem uspo­ko­iła się. Teraz jej to nie prze­szka­dzało. Nawet cza­sami czuła coś na kształt pod­nie­ce­nia, mając świa­do­mość, że on tam jest i patrzy.

Zresztą ona też go czę­sto obser­wo­wała z okna sypialni na pię­trze.

3. Fobie

(17 maja 2025 -?sobota)

Robert Wój­to­wicz obu­dził się już o ósmej rano i to nie było dobre prze­bu­dze­nie.

Kiedy otwo­rzył oczy i wró­ciła mu świa­do­mość, poczuł w gar­dle nie­po­kój w postaci wiel­kiej śnież­nej kuli, któ­rej chłód roz­cho­dził się po całym ciele.

Poprzed­niego wie­czora nie mógł zasnąć. Do póź­nej nocy cho­dził po całym domu jak zły duch, potem sie­dział w kuchni, usi­łu­jąc się uspo­koić, wresz­cie poło­żył się do łóżka, lecz sen nie przycho­dził. Pamię­tał jesz­cze, jak stary zegar wiszący w salo­nie wybił wpół do czwar­tej. Potem nagle pogrą­żył się w sen­nym nie­by­cie pozba­wio­nym marzeń i nagle ten sam zegar obu­dził go, wybi­ja­jąc ósmą. Było już jasno i liczył ude­rze­nia, żeby się dowie­dzieć, która jest godzina.

Za oknem był nowy dzień, może nawet pierw­szy od wielu dni bez opa­dów? Na moment pro­mie­nie wio­sen­nego słońca wpa­dły do sypialni przez szpary w żalu­zjach. Nie było sensu dłu­żej leżeć. I tak by już prze­cież nie zasnął. Wstał, powlókł się do łazienki i długo stał pod prysz­ni­cem. Miał nadzieję, że woda spłu­cze z niego lęk i pozwoli wró­cić do rów­no­wagi, ale oczy­wi­ście nic takiego się nie stało.

Z każdą chwilą było coraz gorzej.

Miał pro­blemy z umy­ciem zębów, ponie­waż każda próba wło­że­nia do ust koń­cówki elek­trycz­nej szczo­teczki powo­do­wała gwał­towne napady mdło­ści. Zre­zy­gno­wał więc z mycia zębów i tylko prze­płu­kał usta pły­nem do higieny jamy ust­nej. Nie­na­wi­dził tego smaku, który nie­zmien­nie koja­rzył mu się z odo­rem sza­letu miej­skiego. Za każ­dym razem płyn palił go w usta, tak że nie mógł wytrzy­mać. Zawsze miał wtedy w oczach reklamę tele­wi­zyjną tego płynu: facet płu­cze usta z roz­ko­szą na twa­rzy.

Gówno prawda!

Reklamy kła­mią. Gdyby ten gość naprawdę płu­kał usta pły­nem, który rekla­muje, nie byłby w sta­nie dwóch sekund wytrzy­mać z takim wyra­zem twa­rzy. Pew­nie na pla­nie uży­wali odpo­wied­nio zabar­wio­nej wody i dla­tego tak wspa­niale wyszło. Robert znał się na pro­duk­cji, ponie­waż był współ­wła­ści­cie­lem spo­rej agen­cji rekla­mo­wej. Co prawda nie udzie­lał się już w niej zawo­dowo od około dwóch lat, ale cza­sem zda­rzało się, że pra­cow­nicy pro­sili go o kon­sul­ta­cje albo uwagi do róż­nych pro­jek­tów -?w tym sce­na­riu­szy fil­mów rekla­mo­wych.

Narzu­cił na sie­bie szla­frok i poszedł do kuchni, choć wie­dział, że nie zdoła niczego prze­łknąć. Jego żołą­dek był bole­śnie ści­śnięty i poło­żony gdzieś bar­dzo bli­sko śnież­nej kuli lęku, która ogar­niała go swoim chło­dem i zabu­rzała nor­malną pracę orga­ni­zmu. Miał jed­nak nadzieję, że uda mu się wypić cho­ciaż kubek gorą­cej kawy. Nie­stety zebrało mu się na wymioty, gdy poczuł zapach, który zaczął roz­cho­dzić się po kuchni z eks­presu. Wyłą­czył więc eks­pres, kawę z meta­lo­wego dzbanka wylał do zlewu i prze­płu­kał wodą, żeby nic nie było czuć.

Następ­nie poszedł do salonu i pró­bo­wał się czymś zająć. Nie­wiele z tego wyszło. Cią­głe wewnętrzne uczu­cie lęku powo­do­wało przy­spie­szone bicie serca i nie­zno­śne drże­nie narzą­dów wewnętrz­nych, które prze­no­siło się na ręce i osła­biało mię­śnie nóg. Nie potra­fił spo­koj­nie przejść kilku kro­ków. Nie mógł też usie­dzieć na jed­nym miej­scu ani sku­pić się na naj­prost­szych czyn­no­ściach.

Na począ­tek usiadł w fotelu i włą­czył w tele­wi­zo­rze kanał TVN24, żeby zoba­czyć wia­do­mo­ści ze świata. Przed oczami migały mu obrazy i nic nie docie­rało do mózgu. Zerwał się, wyłą­czył tele­wi­zję i usiadł przy biurku. Oka­zało się, że wczo­raj zapo­mniał wyłą­czyć lap­top i roz­ła­do­wała się bate­ria. Się­gnął pod biurko, zna­lazł koń­cówkę kabla zasi­la­ją­cego i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał wło­żyć ją do gniazda w urzą­dze­niu. Ręka mu drżała i nie mógł tra­fić. Pró­bo­wał obu­rącz, lecz i tak się nie udało. Wście­kły rzu­cił kablem o pod­łogę. Lęki zagnały go w inne miej­sce. Pró­bo­wał czy­tać wczo­rajszą "Gazetę Wybor­czą" leżącą na bla­cie pomię­dzy kuch­nią a salo­nem. Bez­sku­tecz­nie. Literki były zbyt małe, żeby mógł skon­cen­tro­wać na nich roz­bie­gany wzrok, a poza tym z kuchni czuć było jesz­cze kawą, co na­dal powo­do­wało nud­no­ści. Uwiel­biał kawę i pił jej wiel­kie ilo­ści. Cza­sem jed­nak zda­rzały się takie dni jak ten, kiedy coś go odrzu­cało i nie mógł nawet o niej myśleć.

Wresz­cie zroz­pa­czony zaczął cho­dzić bez celu po salo­nie, na ugi­na­ją­cych się od uczu­cia lęku nogach, i w końcu już nawet o niczym nie myślał. W ostat­nim prze­bły­sku roz­sądku pomy­ślał o tablet­kach, które miał prze­pi­sane na stany lękowe takie jak ten. Nie zde­cy­do­wał się ich zażyć. Może to był kolejny etap jego cho­roby, lecz sta­rał się nie brać niczego, co mogłoby go otu­ma­nić, uśpić, spłasz­czyć jego myśle­nie, czyli sztucz­nie popra­wić mu nastrój. To byłoby dla niego skrajne poni­że­nie. Oka­za­łoby się, że jest za słaby, nie potrafi wal­czyć ze swo­imi cho­ro­bami, i ozna­cza­łoby osta­teczną klę­skę jego jako czło­wieka. Wie­dział, że postę­po­wał idio­tycz­nie, ale nie zmie­niał zda­nia. Oczy­wi­ście kilka razy już zda­rzyło mu się ulec i się­gnąć po środki medyczne. Kiedy wspo­ma­ga­nie che­miczne pozwa­lało jego umy­słowi wró­cić na wła­ściwy tor, śmiał się z tych swo­ich zasad. Prze­cież po tablet­kach czuł się tak wspa­niale. Kiedy tylko zni­kał gdzieś lęk, wyda­wało mu się, że jest kilka razy lżej­szy, wstę­po­wała w niego chęć do życia i do roz­po­czę­cia nowego etapu walki ze swo­imi sła­bo­ściami. Zawsze jed­nak szybko, sam nie wie­dząc dla­czego, odsta­wiał lekar­stwa i po kilku, w naj­lep­szym wypadku kil­ku­na­stu, dniach fobie wra­cały.

Wresz­cie poło­żył się w salo­nie na sofie, przy­krył kocem i trwał tak bar­dzo długo w pozy­cji embrio­nal­nej, aż w końcu zapadł w nie­przy­jemny letarg, z któ­rego nie mógł się wyrwać. W tym cza­sie we śnie odwie­dził dzie­siątki miejsc i spo­tkał setki ludzi, któ­rych znał albo i nie. Wiele razy wra­cał na gra­nice przy­tom­no­ści i wtedy wpa­dła mu do głowy myśl, że może powi­nien się już obu­dzić, lecz nie miał dość siły i po kilku sekun­dach zwy­cię­żał sen, zabie­ra­jąc go do swo­jego mrocz­nego kró­le­stwa.

Kiedy się wresz­cie gwał­tow­nie ock­nął, wyda­wało mu się, że jest już pięt­na­sta, ponie­waż sły­szał trzy ude­rze­nia zegara. Musiał jed­nak coś pokrę­cić -?wska­zówki na cyfer­bla­cie poka­zy­wały szes­na­stą.

Sen podzia­łał na niego kojąco -?czuł się wyspany, pełen ener­gii i, co naj­waż­niej­sze, obez­wład­nia­jący lęk gdzieś znik­nął. Zwlókł się więc zdrę­twiały z sofy i posta­no­wił jesz­cze raz zacząć dzień od nowa. W kuchni nasta­wił kawę i miły aro­mat z eks­presu szybo roz­szedł się po domu. Tym razem czuł, że ma na kawę wielką ochotę i nic go już nie powstrzyma przed wychy­le­niem dużego kubka. Albo naj­le­piej dwóch. Zazwy­czaj pił dwie kawy jedną po dru­giej, a cza­sem miał jesz­cze ochotę na trze­cią. Wtedy jed­nak przy­cho­dziło uczu­cie prze­sytu i nie koń­czył ostat­niej fili­żanki.

Jesz­cze raz wziął prysz­nic, potem umył zęby i prze­płu­kał usta pły­nem do higieny jamy ust­nej o smaku miej­skiego sza­letu. Teraz jego aro­mat mniej mu prze­szka­dzał. Ubrał się w świeżą koszulkę i spodnie od dresu i poszedł do kuchni. Kawa była już gotowa. Wycią­gnął z szafki wielki pian­kowy kubek jed­no­ra­zowy, w jakich podaje się kawę w fast foodach, i nalał sobie do pełna z ter­mosu eks­presu. Tro­chę nawet prze­sa­dził i musiał odro­binę upić, ponie­waż nie zmie­ści­łaby się taka ilość mleka, która gwa­ran­to­wała naj­lep­szy smak. Pił kawę, roz­ko­szu­jąc się każ­dym łykiem, i nagle poczuł, że jest głodny. Się­gnął znowu do szafki kuchen­nej nad zle­wem, gdzie trzy­mał poskła­dane w ele­ganc­kie stosy jed­no­ra­zowe tale­rze róż­nej wiel­ko­ści i rodzaju -?od papie­ro­wych tacek na grilla, przez więk­sze tale­rze z pla­stiku, aż po głęb­sze na zupę -?i wycią­gnął sobie jeden, śred­niej wiel­ko­ści. W lodówce zna­lazł kawa­łek kieł­basy, w koszu na owoce dostrzegł awo­kado, o któ­rym musiał zapo­mnieć, gdyż było już bar­dzo mięk­kie i na skórce poja­wiły się czarne plamy. Znak, że to ostat­nia chwila, żeby je zjeść. Uwiel­biał awo­kado, ale nie dopusz­czał, żeby robiło się za mięk­kie. Z bar­dzo doj­rza­łego owocu łatwiej scho­dziła skórka, lecz w środku robiło się roz­la­złe i miało kon­sy­sten­cję masła. Teraz poczuł taką ochotę na awo­kado, że nie miało to zna­cze­nia. Obrał owoc rękami, wydłu­bał ze środka pestkę i miąższ zmie­nił się w bez­kształtną bryłę na tale­rzu. Umył zaraz ręce i się­gnął do chle­baka, gdzie zna­lazł ostat­nią, tro­chę czer­stwą bułkę. Trudno ją było roz­ła­mać, więc gryzł ją w cało­ści.

Po jedze­niu, przy dru­giej kawie, poczuł przy­pływ weny twór­czej. Poszedł szybko na górę, gdzie miał spore ate­lier foto­gra­ficzne, i zaczął zmie­niać deko­ra­cje. Jakiś czas temu, na zamó­wie­nie jed­nego z cza­so­pism kobie­cych, przez kilka dni foto­gra­fo­wał modelki w wio­sen­nych płasz­czy­kach, dla­tego na ścia­nie roz­wie­szona była wielka foto­ta­peta przed­sta­wia­jąca ukwie­coną majową łąkę, przy któ­rej posta­wił przy­cią­gnięty z garażu wikli­nowy sto­lik i cztery krze­sła pamię­ta­jące jesz­cze czasy Peerelu. Po obróbce kom­pu­te­ro­wej zdję­cia nawet nie­źle wyszły. Teraz nale­żało posprzą­tać. Miał teraz zamó­wie­nie na serię sub­tel­nych aktów zna­nej cele­brytki. Był bar­dzo dobry w kobie­cych aktach i nawet kie­dyś sporo u niego zama­wiano tego typu foto­gra­fii. Odkąd ukrył się przed świa­tem w domu, powoli o nim zapo­mi­nano. Liczba zamó­wień zma­lała. Na razie nie narze­kał, odło­żył sporo pie­nię­dzy na loka­tach, duże kwoty zain­we­sto­wał w giełdę i fun­du­sze inwe­sty­cyjne, na bie­żące życie star­czało mu wyna­gro­dze­nie za człon­ko­stwo w radzie nad­zor­czej swo­jej firmy. Na razie nie narze­kał -?miał czas na malo­wa­nie, odpo­czy­nek, a jego fobie nikomu nie zatru­wały życia.

Nie wie­dział, dla­czego cele­brytka wybrała wła­śnie jego. Wymy­śliła, żeby przed­sta­wiać ją przy wiel­kim łóżku i otwar­tej sza­fie z ubra­niami i bie­li­zną. Przy­mie­rza­łaby różne ciuszki i całą sesję by temu poświę­cono. Robert był zado­wo­lony z takiego pomy­słu. Nie musiał wycho­dzić z domu. Wystar­czyło przy­go­to­wać deko­ra­cje w domo­wym ate­lier. Sesja miała odbyć się w czwar­tek.

Do wie­czora pra­co­wał w ate­lier. Sygnał przy­po­mnie­nia w tele­fo­nie komór­ko­wym go zasko­czył. A nie powi­nien. Odzy­wał się prze­cież codzien­nie o tej samej porze. Za kwa­drans dwu­dzie­sta. Nie­na­wi­dził tej chwili. Przy­po­mi­nał sobie, że musi wyjść z domu na krótki spa­cer.

Jak zwy­kle zaczął szu­kać wymó­wek i uspra­wie­dli­wiać się w myślach przed samym sobą. Nic się nie sta­nie, jeśli dzi­siaj zosta­nie w domu. Takie jed­no­ra­zowe odstęp­stwo od usta­lo­nego z leka­rzem rytu­ału nie powinno wpły­nąć nega­tyw­nie na tera­pię. Teraz prze­cież czuje się cał­kiem dobrze, po cięż­kim poranku wró­cił do nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia. Już miał kon­ty­nu­ować pracę przy roz­sta­wia­niu oświe­tle­nia, gdy przy­po­mnie­nie w tele­fo­nie roz­le­gło się znowu. Tym razem sygnał był gło­śniej­szy i brzmiał jak wyrzut sumie­nia.

No dobrze, już idę -?pomy­ślał nie­chęt­nie i wró­cił na dół. Zmie­nił spodnie, wło­żył wia­trówkę, na głowę wci­snął czapkę z dasz­kiem i długo wią­zał buty.

Nie mógł dopu­ścić do tego, aby lęk wró­cił. Uczył się pano­wa­nia nad wła­snym stra­chem od dawna. Na razie z mizer­nym skut­kiem.

Zastygł z dło­nią na klamce, oddy­cha­jąc ciężko. Świat po dru­giej stro­nie drzwi był dla niego obcym i bar­dzo nie­bez­piecz­nym miej­scem. W krza­kach przy ulicy, za ogro­dze­niami, w trudno dostęp­nych zaka­mar­kach w ogro­dach sąsia­dów, cza­iła się ciem­ność. Wie­dział, że taka ciem­ność potrafi peł­zać za nim bez­gło­śnie, skry­wa­jąc w swoim wnę­trzu ośli­zgłe stwory, które tylko cze­kały na oka­zję, aby rzu­cić się na niego i zamknąć w uści­sku swo­ich lep­kich i zachłan­nych macek. Ludzie na uli­cach mieli twa­rze wykrzy­wione w prze­ra­ża­ją­cych gry­ma­sach i zawsze kiedy ich mijał, patrzyli na niego szy­der­czo. Sta­rał się nie zwra­cać na nich uwagi. Wie­dział prze­cież, że kiedy prze­cho­dzi obok, oni stają i odpro­wa­dzają go złym spoj­rze­niem, dopóki nie znik­nie w oddali lub za zakrę­tem. Pra­wie sły­szał zło­rze­cze­nia pod swoim adre­sem szep­tane przez nich pod nosem. Nie odwra­cał się więc, sta­rał się tego nie widzieć. Na nie­rów­nym chod­niku łatwo było się potknąć, wyda­wało mu się, że ostre ogro­dze­nia sąsied­nich domów wyko­nano z drutu kol­cza­stego, żywo­płoty miały dłu­gie kolce i cza­sem zbli­żały się do niego nie­bez­piecz­nie. Musiał uwa­żać, aby się nie poka­le­czyć.

Świat był prze­ra­ża­ją­cym miej­scem. Musiał się jed­nak do niego znowu przy­zwy­czaić. Cho­ciaż pew­nie ni­gdy nie będzie już tak jak daw­niej. Wycho­dze­nie z domu sta­no­wiło nie­zbędny ele­ment tera­pii.

Otwo­rzył drzwi, wyszedł na zewnątrz z zaci­śnię­tymi ustami, z tru­dem prze­krę­cił klucz w zamku i oparł się, żeby prze­cze­kać. Zawsze na początku świat ata­ko­wał go swo­imi kosz­mar­nymi kształ­tami przed­mio­tów i musiał odcze­kać, zanim jego oczy przy­wykną. Potem ruszył do furtki, tutaj stał dłu­żej, zanim zde­cy­do­wał się wyjść na ulicę.

Pół godziny póź­niej szybko wró­cił. Obszedł taką samą trasę jak co dzień bez żad­nych zna­czą­cych incy­den­tów. Raz tylko, kiedy mijał chło­paka i dziew­czynę idą­cych wolno obję­tych ramio­nami, nie­po­trzeb­nie spoj­rzał na ich twa­rze. To były maski, takie jak czę­sto widzi się w tele­wi­zji, kiedy poka­zy­wane są obrazki z zamie­szek -?Ano­ny­mous. Przy­spie­szył więc kroku, a oni zatrzy­mali się i wyśmie­wali go piskli­wymi gło­sami, dopóki nie odda­lił się na znaczną odle­głość.

W domu od razu poczuł się lepiej. W serce wstą­piła nowa nadzieja i ener­gia. Na kola­cję wycią­gnął z zamra­żarki kawa­łek pizzy i odgrzał w pie­kar­niku. Nie miał już w domu nic do jedze­nia. Musiał zło­żyć zamó­wie­nie na dostawę z jakie­goś super­mar­ketu.

Po kola­cji stał w oknie, przy zga­szo­nym świe­tle, i obser­wo­wał sąsiadkę w domu obok. Aku­rat cho­dziła po salo­nie z kie­lisz­kiem wina w ręce, sia­dała na dłu­żej przy kom­pu­te­rze, odcho­dziła, dra­piąc się w głowę, cza­sem prze­glą­dała stosy papie­rów leżą­cych na biurku.

Robiła na Rober­cie pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Nie potra­fił się powstrzy­mać przed codzienną sesją zaglą­da­nia w jej okna. Była śred­niego wzro­stu, miała pełne kształty, ale bez nad­wagi, cza­sem pod koszulkę nie wkła­dała sta­nika i wtedy podzi­wiał cudowne falo­wa­nie jej piersi. Miała dłu­gie ciemne włosy i była bar­dzo ładna. Wyglą­dała na kilka lat młod­szą od niego.

Marzył o tym, żeby nama­lo­wać jej akt. Wyobra­żał sobie taką scenę -?on maluje, ona leży i obser­wuje każdy jego ruch, bez słów. Pełne poro­zu­mie­nie dusz.

Z zamy­śle­nia wyrwało go gasnące świa­tło w jej salo­nie. Była dwu­dzie­sta trze­cia. Sąsiadka poszła do sypialni na pię­trze. Po chwili zoba­czył, jak gasi świa­tło.

Zapa­lił świa­tło u sie­bie i jesz­cze przez godzinę cho­dził po domu. Nie widział sza­rej postaci kobiety obser­wu­ją­cej go z okna sypialni na pię­trze w domu obok.

4. Niesmak

(19 maja 2025 -?ponie­dzia­łek)

Marek Rosiń­ski stał przy ciśnie­nio­wym eks­pre­sie do kawy i moco­wał się z uchwy­tem. Na początku roku ludzie z wydziału zrzu­cili się i wspól­nie kupili inny eks­pres niż naj­tań­szy prze­le­wowy z hiper­mar­ketu. Naresz­cie można było napić się porząd­nej kawy. Pod jed­nym warun­kiem -?trzeba było nauczyć się obsługi urzą­dze­nia. Marek miał wieczny pro­blem z odkrę­ce­niem uchwytu, a póź­niej z ponow­nym jego zamo­co­wa­niem ze świeżą kawą do zapa­rze­nia. Inni radzili sobie z tym bez trudu. Widać miał jakiś feler. Podob­nie było tym razem.

-?Nie szarp tak, bo zła­miesz -?usły­szał nagle nad uchem kobiecy głos.

Aśka odsu­nęła go sta­now­czym ruchem i spraw­nie obsłu­żyła eks­pres, wyjęła mu z rąk kubek, posta­wiła w odpo­wied­nim miej­scu i włą­czyła start. Urzą­dze­nie zabu­czało i dwoma stru­mie­niami kawa lała się do naczy­nia.

-?Nie wiem, jak ty to robisz -?mruk­nął pod nosem.

-?Potrzeba tro­chę czu­ło­ści.

-?Bar­dzo śmieszne.

Spoj­rzała na niego z ukosa.

-?Coś taki nabur­mu­szony? -?zapy­tała ostroż­nie.

-?Wydaje ci się.

-?Zdą­ży­łam cię już tro­chę poznać.

-?Zła­pa­łem kon­tu­zję.

Poprzed­niego wie­czoru, jak co nie­dzielę, w pla­nie tre­nin­go­wym miał ćwi­cze­nie siły bie­go­wej. W tym celu jeź­dził do Parku Gra­bi­szyń­skiego od strony cmen­ta­rza i tam kil­ka­krot­nie wbie­gał na pomnik pole­głych żoł­nie­rzy, góru­jący nad oto­cze­niem. Musiał się prze­for­so­wać, ponie­waż rano wstał z bolącą lewą łydką. Miał już kie­dyś taką kon­tu­zję i nawet wybrał się do leka­rza po poradę. Praw­do­po­dob­nie uszko­dził głowę mię­śnia brzu­cha­tego łydki. Rano okła­dał bolące miej­sce lodem i sma­ro­wał maścią. Kon­tu­zja nie była poważna, ale cze­kało go kilka dni prze­rwy, nie wspo­mi­na­jąc o bólu przy cho­dze­niu w pierw­szych dniach.

-?Coś poważ­nego?

-?Mam nadzieję, że nie.

-?Już rozu­miem. -?Poki­wała głową. -?Per­spek­tywa kilku dni bez endor­finy powo­duje roz­draż­nie­nie.

-?Nie jestem jesz­cze uza­leż­niony. -?Skrzy­wił się.

-?Chodź, wiem, kim jest ofiara z lasu.

Kiedy wró­cili do pokoju, usie­dli obok sie­bie przy jej biurku i przez chwilę wpa­try­wali się w ładną blon­dynkę, patrzącą na nich z uśmie­chem z ekranu. Trudno było uwie­rzyć, że to denatka z lasu.

-?Nazy­wała się Marzanna Wit­kow­ska, lat dwa­dzie­ścia pięć, zamiesz­kała w Puł­tu­sku, we Wro­cła­wiu z kole­żanką wynaj­mo­wała miesz­ka­nie bli­sko cen­trum. I wła­śnie ta kole­żanka zgło­siła jej zagi­nię­cie pół­tora tygo­dnia temu. Potem to samo zro­bili rodzice w Puł­tu­sku, któ­rzy stra­cili z córką kon­takt.

-?To by się zga­dzało -?przy­znał Marek. -?Jed­nak nie mam pew­no­ści, czy to ta sama osoba.

Joanna szybko zmie­niła zdję­cie. Teraz kobieta patrzyła na nich z ekranu poważ­nie. Ubrana była w taki sam płaszcz, jaki Marek zapa­mię­tał z lasu.

-?A teraz? -?zapy­tała Boro­wiec.

-?Cie­plej. -?Poki­wał głową.

-?Pra­co­wała w noc­nym Klu­bie Żądza po dru­giej stro­nie zaułka neo­nów przy Ruskiej czter­dzie­ści sześć. Tam też, w nocy z trze­ciego na czwar­tego maja po skoń­czo­nej pracy, była widziana ostatni raz przez kole­żankę, która zgło­siła zagi­nię­cie.

-?Żądza to ten klub, z któ­rym mają pro­blemy kole­dzy z oby­cza­jówki? - zapy­tał.

-?Nie tylko. Wydział nar­ko­ty­ków też ma tam co robić -?odpo­wie­działa. - Po pół­nocy ofi­cjal­nie klub jest zamy­kany, ale zostają klienci, któ­rzy zapła­cili tak zwane wpi­sowe. Kel­nerki zamie­niają się w panie do towa­rzy­stwa i korzy­stają z udo­stęp­nio­nego im wtedy zaple­cza klubu. Ofi­cjal­nie to nie jest bur­del, nic wła­ści­cie­lom klubu nie można zro­bić, bo zado­wo­lony klient płaci kel­nerce. Klub nic z tego nie ma.

-?Nie­źle. Jak się nazywa ta kole­żanka?

-?Ewa For­na­lik, pra­cuje w tym samym klu­bie.

-?To chyba ją odwie­dzimy, co? -?Marek spoj­rzał pyta­jąco na kole­żankę.

-?Zde­cy­do­wa­nie, już do niej dzwo­ni­łam, jest w domu, pracę zaczyna po połu­dniu. Pij kawę i się zbie­ramy.

Do bloku na Łaciar­skiej przy skrzy­żo­wa­niu z Nożow­ni­czą, nie­opo­dal Placu Nowy Targ, z budynku komendy woje­wódz­kiej można było dojść pie­chotą w kilka minut. Aśka chciała się prze­spa­ce­ro­wać, bo po raz pierw­szy od kil­ku­na­stu dni było cie­pło, jed­nak Marek wymógł na niej prze­jażdżkę autem ze względu na bolącą łydkę. Potem prze­kli­nała go pod nosem, kiedy krą­żyła wokoło rynku, szu­ka­jąc miej­sca do zapar­ko­wa­nia. Żeby prze­rwać ciąg złych spoj­rzeń rzu­ca­nych przez nią za każ­dym razem, kiedy upa­trzone miej­sce było już zajęte, zgo­dził się zapła­cić za pod­ziemny par­king pod Nowym Tar­giem. Tu przy­naj­mniej była winda i nie musiał wspi­nać się po scho­dach. A od miesz­ka­nia Ewy For­na­lik na Łaciar­skiej dzie­liło ich tylko sto metrów.

Kiedy szli ramię w ramię, Joanna oczy­wi­ście nie odmó­wiła sobie papie­rosa. Do tego cały czas zie­wała.

-?Ty dzi­siaj w ogóle spa­łaś? -?zapy­tał tro­chę zło­śli­wie.

-?Nie bar­dzo -?odrze­kła, znowu zie­wa­jąc i zasła­nia­jąc usta dło­nią.

-?Może to przez te fajki nie możesz spać?

-?Odgry­wasz się teraz za te moje prze­kleń­stwa po dro­dze?

-?Tro­chę -?przy­znał.

-?Dobra, mnie to wcale nie rusza.

Chciał jesz­cze powie­dzieć coś zło­śli­wego o jej ubło­co­nych pode­szwach, ale przy­po­mniał sobie, że padało do majówki i dzi­siaj po raz pierw­szy zza chmur wyj­rzało słońce. Pew­nie weszła gdzieś w błoto na par­kingu.

Ewa For­na­lik wyglą­dała, jakby dopiero co wyszła spod prysz­nica. Była boso, ubrana w czer­wony szla­frok, z mokrymi ciem­nymi wło­sami do ramion zacze­sa­nymi do góry. Była bar­dzo ładna. Marek miał przez chwilę pro­blem z utrzy­ma­niem kon­cen­tra­cji, kiedy usia­dła naprze­ciw nich w fotelu i zało­żyła nogę na nogę, odsła­nia­jąc zgrabne uda i ładne stopy. Widział po Joan­nie, że jej się nie spodo­bało takie swo­bodne zacho­wa­nie kobiety. Nic jed­nak nie powie­działa, jedy­nie zaci­snęła szczęki.

-?To pani zgło­siła zagi­nię­cie Marzanny Wit­kow­skiej -?zaczął Marek.

-?Tak -?potwier­dziła szybko For­na­lik, lekko zanie­po­ko­jona -?Czy już wie­cie, co się z nią stało?

-?Nie­stety nie żyje -?odpo­wie­dział twardo Rosiń­ski. -?Została zamor­do­wana.

-?Poznaje ją pani? -?Joanna nie dała jej prze­tra­wić tej infor­ma­cji, natych­miast poka­zu­jąc zdję­cie denatki ze stołu sek­cyj­nego.

Dla For­na­lik to był szok. W jed­nej chwili ule­ciała z niej cała pew­ność sie­bie i tro­chę pro­wo­ka­cyjne zacho­wa­nie. Nagle się skur­czyła, zaci­snęła kolana, szczel­niej otu­liła się szla­fro­kiem i zbla­dła jak papier. Zaczęła jej drgać dolna warga, za moment po policz­kach poto­czyły się dwie wiel­kie łzy. Poki­wała głową, nie mogąc wykrztu­sić ani słowa.

Marek zer­k­nął na kole­żankę. Z jej kamien­nej twa­rzy nic nie dało się wyczy­tać. Mogła to zro­bić sub­tel­niej, ale Aśka już taka była, cza­sem waliła pro­sto z mostu i zazwy­czaj robiła to wtedy, gdy ktoś jej się ewi­dent­nie nie podo­bał. Tak jak Ewa For­na­lik teraz. Z jakie­goś powodu poli­cjantka uprze­dziła się do kobiety w sekundę. Może cho­dziło o jej zacho­wa­nie?

Mimo wszystko Boro­wiec dała kobie­cie dłuż­szą chwilę na oswo­je­nie się z tą infor­ma­cją i na opa­no­wa­nie łez. Marek posta­no­wił prze­jąć ini­cja­tywę i zaczął powoli:

-?Długo pani znała Marzannę Wit­kow­ską?

For­na­lik poki­wała głową, na­dal nie mogąc wykrztu­sić słowa.

-?A kon­kret­niej?

-?Dwa lata -?padła cicha odpo­wiedź. -?Mniej wię­cej.

-?Jak się pozna­ły­ście?

Kobieta się­gnęła na sto­lik przy jej fotelu po chu­s­teczki i zanim odpo­wie­działa, wytarła oczy i wysią­kała nos.

-?Marzanna zaczęła pracę w Żądzy, ja już tam pra­co­wa­łam, szu­kała miesz­ka­nia, a to miesz­ka­nie jest dla mnie za duże i za dro­gie. Jakoś tak przy­pa­dła mi do gustu, więc jej zapro­po­no­wa­łam jeden pokój.

-?Czy kogoś miała? Chło­paka, narze­czo­nego?

-?Nie.

-?Spo­ty­kała się z kimś?

Ewa For­na­lik nagle poru­szyła się nie­spo­koj­nie.

-?Czyli jed­nak ktoś był -?drą­żył Marek.

-?Nie do końca... -?Zawa­hała się.

-?Posłu­chaj mnie -?ode­zwała się poli­cjantka twar­dym gło­sem. -?Nawet nie pró­buj krę­cić. My wiemy, co się dzieje w waszym klu­bie po ofi­cjal­nym zamknię­ciu. Czy Wit­kow­ska brała pie­nią­dze za seks?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki