Copycat - Mieczysław Gorzka

Reflow text when sidebars are open.
Dwadzieścia trzy lata wcześniej...
Tego dnia od rana było szaro, ponuro, a z nieba siąpił deszcz.
To był zły dzień.
Kto wie, czy nie najgorszy w życiu trzynastoletniego chłopca, jakim był wtedy Marek Rosiński? Gorszy nawet niż ten, w którym jego matka została napadnięta, pobita i trafiła na kilka dni do szpitala. Wtedy strasznie się o nią bał, ale przecież była jego matką -?najsilniejszą na świecie i najmądrzejszą. Święcie wierzył, że wyzdrowieje. Nie dopuszczał do siebie innej myśli. Nie pomylił się.
Teraz było inaczej.
Czuł rozpacz, przygnębienie i brak nadziei. Bezwzględny morderca dzieci, grasujący od kilku lat w okolicach Środy Śląskiej, nieuchwytny dla policji, porwał jego najlepszą przyjaciółkę z podwórka, Agnieszkę Dudek. Na początku oczywiście nikt z dorosłych nie chciał mu nic powiedzieć. Po ich marsowych minach i sztucznych uśmiechach szybko poznał, że stało się coś strasznego. Próbował pytać mamę, lecz nic mu nie powiedziała i zaraz wyszła z domu, nie mówiąc mu, dokąd idzie. Na progu absolutnie zabroniła mu opuszczać mieszkanie.
Przerażony Marek został posłusznie z policjantem pilnującym ich rodziny od czasu napadu na mamę. Wujek Michał był posterunkowym, jednym z podwładnych ojca Marka, komisarza Rosińskiego. Prywatnie wujek mieszkał dwie ulice od ich bloku, Marek znał go od dzieciństwa i bardzo lubił z nim rozmawiać, i grać z nim w makao. Policjant również darzył Marka wielką sympatią. To on w końcu ugiął się pod presją próśb chłopca i powiedział mu o Agnieszce.
Marek Rosiński poczuł, jakby ktoś wepchnął mu bryłę lodu do gardła.
Tylko nie Aga!
Przerażenie spowodowało dziwną słabość w nogach i drżenie warg. Oczy zaczęły go niepokojąco piec, ale się nie rozpłakał. Nic nie powiedział. Usiadł na łóżku w swoim pokoju i siedział jak skamieniały, nie słysząc już ani jednego ze słów pocieszenia płynących z ust policjanta.
Tylko nie Aga!
Była tylko jedna osoba, która mogła uratować Agnieszkę Dudek. Jego ojciec!
Skorzystał z pierwszej okazji do ucieczki. Posterunkowy poszedł do kuchni, wtedy Marek włożył po cichu trampki i wybiegł z mieszkania.
Dopiero kiedy biegł ulicą, rozpłakał się. Oczy zaszły mu gwałtownie łzami, które popłynęły po policzkach i zmieszały się z kroplami deszczu. Przestał cokolwiek widzieć. Biegł jednak szybko w górę ulicy Kolejowej. Drogę znał na pamięć. Po pewnym czasie za plecami usłyszał wołanie posterunkowego. Było jednak odległe i tylko upewniło go, że zdąży do ojca, zanim zostanie doścignięty. Myśl ta dodała mu skrzydeł i wlała w serce nadzieję.
Skręcił w prawo w krótką uliczkę Świętego Andrzeja, na której do dzisiaj znajduje się budynek komisariatu policji, i wtedy gwałtownie się z kimś zderzył. Poczuł, jak silne dłonie chwytają go za ramiona i unieruchamiają. Wszystko stracone, posterunkowy na pewno go teraz dogoni i nie pozwoli przeszkadzać ojcu w pracy. Marek podniósł wzrok na górującego nad nim wzrostem mężczyznę i znowu odzyskał nadzieję. Przytrzymywał go najlepszy przyjaciel ojca i zarazem jego najbliższy współpracownik, komisarz Romuald Greń.
-?Muszę się zobaczyć z tatą -?wysapał cicho, patrząc na niego błagalnie. -?Porwali Agnieszkę...
Zanim odpowiedział, Greń zmierzył go badawczym spojrzeniem i przez jego twarz przemknął grymas, którego mały chłopiec nie zrozumiał.
-?Wszystko będzie dobrze -?odezwał się policjant. -?Na pewno znajdziemy porywacza.
-?Ale ja muszę do taty...
W tej chwili dogonił ich posterunkowy i zatrzymał się, ciężko dysząc. Nie wziął z mieszkania czapki, blond włosy na grzywce miał mokre i potargane.
-?Przepraszam -?wysapał. -?Zagapiłem się.
-?Nie szkodzi -?odpowiedział mu Greń, po czym spojrzał na Marka i zmierzwił mu dłonią mokre włosy. -?Zmokniesz cały. Chodź, zaprowadzę cię na chwilę do ojca. On na pewno cię pocieszy.
Od skrzyżowania z Kolejową do budynku komendy policji było dwieście metrów. To dziwne, ale Marek Rosiński dokładnie zapamiętał każdą sekundę tej drogi i później, kiedy był już dorosły, wielokrotnie wracała mu w pamięci w coraz bardziej nierealnej poświacie. Wydawało mu się, że wszystko wtedy odbywało się jakby w zwolnionym tempie. Szli nieprawdopodobnie wolno, ich kroki odbijały się echem, zupełnie jakby znajdowali się na korytarzu jakiegoś opuszczonego urzędu państwowego. Kroki brzmiały i brzmiały, a oni szli i szli.
Po przeciwnej stronie ulicy ciągnął się mur, a za nim strzelała w niebo wielka, gotycka budowla z czerwonej cegły -?Kościół pod wezwaniem Świętego Andrzeja. Marek zawsze patrzył na bryłę kościoła z szacunkiem i podziwem. Nie wyobrażał sobie, jak można było wznieść tak okazałą budowlę. Ile do tego potrzeba cegieł. Nie dałoby się ich policzyć na żadnym kalkulatorze!
Kościół górował nad małym budynkiem komendy miejskiej policji, jakby drwiąc sobie z władzy świeckiej, która od końca drugiej wojny światowej próbowała wykorzenić na stałe religię ze społeczeństwa. Bezskutecznie. Karzeł nie mógł pokonać giganta. Doskonałym przykładem była ulica Świętego Andrzeja, na której po jednej stronie stał mały budynek komendy, jeszcze do niedawna milicji, teraz policji, a po drugiej - okazały i majestatyczny kościół.
Marek pamiętał, że tego dnia gmach kościoła wyglądał jakoś inaczej. Tajemniczo i... złowrogo. Tak przynajmniej zapamiętał go mały chłopiec, który tego dnia, za chwilę, miał zobaczyć swojego ojca ostatni raz w życiu.
(17 maja 2025 -?sobota)
-?Chyba jesteśmy na miejscu.
Przy jednym ze zjazdów w leśną dróżkę, na poboczu po prawej stronie drogi, zobaczyli zaparkowany srebrno-niebieski radiowóz. Joanna zdjęła nogę z gazu, wrzuciła kierunkowskaz i zatrzymała służbową Skodę Superb zaraz za nim. Marek wysiadł pierwszy i ciekawie rozejrzał się wokoło.
Polna droga pełna dziur, które po ostatnich deszczach wypełniły się wodą, prowadziła w głąb lasu. Na linii drzew stał zaparkowany jeszcze jeden pojazd -?stary wojskowy jeep. Właśnie wysiadało z niego dwóch mężczyzn: policjant w mundurze i drugi po cywilnemu. Od razu rzucały się w oczy ich ubłocone buty i spodnie mokre prawie do kolan. Marek pewnie ruszył w ich stronę.
-?Sierżant Jabłoński? -?zapytał.
-?Tak.
-?Komisarz Marek Rosiński z komendy wojewódzkiej we Wrocławiu.
Pokazał mu odznakę i uścisnęli sobie dłonie. Policjant przedstawił drugiego mężczyznę.
-?To mój brat, Jerzy -?powiedział. -?Mieszka w wiosce nieopodal tego miejsca. Ma terenowy samochód, więc poprosiłem go o pomoc. To jest dosyć daleko w lesie, a tą drogą po deszczu może przejechać tylko mocne auto.
-?Rozumiem.
W tym momencie obok nich stanęła Aśka.
-?To jest podkomisarz Joanna Borowiec -?przedstawił ją Marek. -?To z Joanną rozmawiał pan telefonicznie. Pracujemy razem.
Po wymianie kolejnych uścisków dłoni sierżant spojrzał na nich pytająco.
-?To może pojedziemy? -?zapytał. -?Będziemy mieli czas porozmawiać po drodze.
-?Dobrze.
Wsiedli do jeepa. Rozrusznik zazgrzytał przeraźliwie i ruszyli w głąb lasu. Kierowca prowadził auto wolno i uważnie. Błoto i kałuże były w niektórych miejscach tak wielkie, że nawet auto z napędem na cztery koła mogło im nie sprostać. Dwa razy zdarzyło się, że musieli zjechać z drogi i szukać przejazdu, lawirując pośród drzew. Liczący wiele lat silnik samochodu wydawał przy tym odgłosy, jakby za chwilę miał eksplodować albo w najlepszym razie rozpaść się na kawałki. Na domiar złego w środku wszystko drżało i stukało. Musieli przekrzykiwać cały ten zgiełk, żeby się usłyszeć. Marek z Joanną usiedli na tylnym siedzeniu, a policjant na miejscu pasażera z przodu. Nie patrzył na drogę, cały czas obrócony był w ich stronę.
-?Tak jak mówiłem, na nasz posterunek w Miliczu przyszedł wczoraj list polecony -?powiedział sierżant Jabłoński. -?Nie wiem, dlaczego nikt go nie otworzył od razu. W końcu ja się nim zainteresowałem. Brakowało nadawcy, ale na kopercie przyklejono znaczki i napisano nasz adres.
Podał Markowi foliową koszulkę z kopertą formatu B5. Ten obejrzał ją szybko i oddał Aśce.
-?Stempel pocztowy z Wrocławia -?zauważyła.
-?Rozpakowałem list. W środku była tylko dokładna mapa tych okolic z zaznaczonym krzyżykiem. Krzyżyk opisany został jako miejsce ukrycia zwłok.
Teraz podał im drugą koszulkę. Mapę w środku tak zagięto, żeby widać było fragment, o którym mowa. Marek przyjrzał się niedbałemu dopiskowi czerwonym cienkopisem umieszczonemu trochę z boku zaznaczonego punktu. Joanna też pochyliła się zaintrygowana. Na wertepach prawie zderzali się głowami. Aśka odsunęła się, ziewając ostentacyjnie, jakby ciągle jeszcze nie mogła się obudzić.
-?Nie wiedziałem za bardzo, co zrobić -?ciągnął policjant. -?Wczoraj było już późno, wie pan, piątek, koledzy poszli do domu. Nie miałem nawet kogo zapytać o zdanie. Pomyślałem, że skoro dzisiaj i tak mam służbę, poproszę brata, żeby mnie tu przywiózł. Tak się składa, że pochodzimy z tych okolic i w dzieciństwie często chodziliśmy po tych lasach na grzyby.
-?Teraz też czasem to robimy -?odezwał się po raz pierwszy kierowca.
-?Szczerze mówiąc, myślałem, że ktoś sobie kawał jakiś robi. Kiedy jednak dzisiaj rano tam pojechaliśmy... No cóż, znaleźliśmy zwłoki kobiety.
Sierżant zamilkł.
-?Rozumiem. -?Komisarz Rosiński pokiwał głową.
W tym momencie silnik pojazdu zawył ostrzegawczo i utknęli w kałuży. Kierowca szybko wrzucił wsteczny, skrzynia biegów zarzęziła donośnie, koła zabuksowały i udało im się wycofać, ominąć kałużę i ruszyć dalej przez las. Nad maską auta unosiły się kłęby pary wodnej.
-?Uważaj, Jurek -?powiedział policjant.
-?Zagapiłem się.
-?Czy ktoś jeszcze oprócz pana dotykał koperty i mapy? -?zapytała Joanna.
-?Koperty pewnie wiele osób -?odparł sierżant. -?Co do mapy, jestem pewien, że była wyłącznie w moich rękach.
-?Jasne. Daleko jeszcze?
-?Kilka minut.
Marek obejrzał się do tyłu, potem wyciągnął szyję i spojrzał przez przednią szybę. Droga prowadziła przez gęsty las liściasty, czasem do góry, czasem w dół, i lawirowała pomiędzy zielonymi gęstwinami krzaków. Szare chmury od wielu dni przysłaniały niebo, izolując ziemię od promieni słonecznych i pogrążając ją w deszczowej szarości. Szczególnie dawało się to odczuć pośrodku lasu. Auto miało włączone światła, lecz ten fakt niczego nie zmieniał.
-?O której znalazł pan zwłoki? -?zapytała podkomisarz.
-?Ponad dwie godziny temu. W tym miejscu mój telefon nie ma zasięgu. Żeby po was zatelefonować, musiałem wrócić do głównej drogi.
Wreszcie jeep stanął.
Wysiedli.
Jabłoński wskazał im lewą stronę drogi. Poszli za nim gęsiego po wyraźnie wydeptanej ścieżce pośród rzadkich traw wyrastających ze ściółki. Trawy pokrywały wielkie krople rosy i natychmiast zamoczyli buty i spodnie. W lesie było chłodno i wilgotno.
-?Jak pan znalazł to miejsce? -?zapytała ze zdziwieniem idąca na końcu Borowiec. -?Nawet z mapą trafienie tu graniczy z cudem.
Zdążyła już wyjąć papierosa i zapalić. Ciągnął się za nią siwy obłoczek dymu.
Jabłoński, nie zatrzymując się, rzucił jej do tyłu zadowolone spojrzenie.
-?Proste -?odpowiedział. -?Tu jest taki mały stawek leśny. Pamiętam go jeszcze z dzieciństwa, jak był większy. Teraz zarósł prawie zupełnie.
Marek przypomniał sobie, że na mapie rzeczywiście zaznaczone było oczko wodne.
Po następnych kilkudziesięciu krokach sierżant zatrzymał się i wskazał im coś palcem.
-?Pod tymi dwoma drzewami -?powiedział.
-?Proszę tu zaczekać.
-?Dobrze.
Dalej poszli już tylko we dwoje. Po prawej stronie, tak jak mówił policjant, znajdował się zarośnięty wodną roślinnością staw. Na jego skraju rosły bardzo blisko siebie dwie olchy. U ich stóp dostrzegli przykryte gałęziami ciało. Podeszli blisko, uważnie patrząc pod nogi, chociaż zdawali sobie sprawę, że znalezienie śladów na leśnej ściółce, po kilku dniach intensywnych deszczów, było niemożliwe.
Kobieta leżała na brzuchu, twarzą do ziemi. Jej prawa ręka ułożona była wzdłuż ciała, lewa schowana pod brzuchem, nogi zgięte w kolanach pod niewielkim kątem, burza mokrych blond włosów otaczała głowę, uniemożliwiając zajrzenie denatce w twarz. Na lewej nodze brakowało buta, rajstopy miała podarte w wielu miejscach, widać było liczne otarcia na skórze, które nabrały nieprzyjemnej sinej barwy. Ubrana była w czarną spódnicę mini. Na jasnozielonej kurtce w okolicach lewej łopatki widniała wielka, chociaż już rozmyta przez padający deszcz, czarno-czerwona plama krwi. Ktoś niedbale rzucił na zwłoki kilka znalezionych pewnie nieopodal suchych gałęzi, starając się w ten sposób -?raczej bezskutecznie -?je zamaskować.
Rosiński stał z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie spodni, Aśka rzuciła niedopałek na mokrą ściółkę, przydusiła go podeszwą buta i zaczęła krążyć dookoła zwłok, uważnie się im przypatrując.
-?Dobrze, że ten policjant ma więcej oleju w głowie od swojego brata - wycedziła przez zęby.
-?Pan Jerzy nie wpadł ci w oko? -?zakpił Marek.
-?Wygląda, jakby skończył trzy klasy, ale w czterech podstawówkach.
Rosiński parsknął śmiechem i zaraz się opanował, zerkając szybko do tyłu na stojącego w oddali sierżanta. Śmiech echem rozszedł się po lesie.
-?Nie śmiej się z człowieka. Gdyby nie jego dobra wola, musielibyśmy tu przyjść piechotą.
-?Co to dla ciebie, biegacza?
-?Mogę biegać, ale chodzenie okropnie mnie męczy.
Popatrzyła na niego ironicznie, po czym przykucnęła po drugiej stronie zwłok i starała się zajrzeć ofierze w zakrytą włosami twarz.
-?Ciągle cię męczy kac? -?zapytała.
-?Jak cholera!
-?Gdzie tu logika? Trenujesz do maratonu, biegasz dziesiątki kilometrów, a później upijasz się do nieprzytomności.
-?Jedno nie przeszkadza drugiemu.
-?Ta! Niezła teoria.
Wstała z kucek.
-?Nic nie widać...
Stanęła obok Marka i też wcisnęła dłonie w kieszenie spodni.
Joanna Borowiec była jego wzrostu, miała ciemne, proste włosy sięgające do ramion, zawsze w pracy upięte starannie w koński ogon, brązowe oczy i szeroki uśmiech. Ubierała się zazwyczaj w obcisłe spodnie, podkreślające jej kobiece kształty, i skórzaną kurtkę z dużą liczbą zamków błyskawicznych. Nieraz widział, jak faceci na korytarzach komendy tęsknie odprowadzają ją wzrokiem. Niedawno skończyła trzydzieści dwa lata i była od niego o cztery lata młodsza. Pracowali ze sobą dopiero od początku roku, odkąd została przeniesiona z komendy miejskiej. Jeszcze wcześniej pracowała w Poznaniu.
Miała wszystkie cechy dobrego policjanta, chociaż na początku tego nie dostrzegał. Może dlatego, że ciągle sprawiała wrażenie, jakby jej się nie chciało, albo ziewała i zasypiała w aucie, jakby wciąż była niewyspana. Dopiero po jakimś czasie zmienił o niej zdanie. Tak naprawdę była dociekliwa, logiczna do bólu, czasem stawała się nerwowa, kiedy coś jej nie wychodziło, uwielbiała swoją pracę i podporządkowała jej całe życie osobiste. Kiedyś wyrwało się jej po paru drinkach, że już dawno nie miała faceta. Brak czasu, tłumaczyła. Kiedy tylko nadarzała się okazja, potrafiła się też nieźle zabawić. Koledzy w wydziale do dzisiaj wspominają, jak pierwszy raz wyszli na wódkę do jakiegoś baru. Piła równo z facetami i nikt jej nie sprostał.
Od pierwszego spotkania z Joanną Rosiński postanowił, że będzie traktować ją z pewnym dystansem, jak starszy i bardziej doświadczony kolega. Ona jednak miała tak bezpośredni sposób bycia, że nawet nie zauważył, kiedy zaczęli rozmawiać o wszystkim, jakby znali się od lat. Co więcej, Marek polubił jej zaczepki i złośliwości. Mógłby z nią rozmawiać bez przerwy.
Wyciągnęła z kieszeni kurtki paczkę papierosów, włożyła jednego do ust i zapaliła. Paliła bardzo dużo i wcale nie ukrywała, że to lubi. Kupowała zawsze cienkie mentolowe papierosy i zwykle miała otwartych jednocześnie kilka paczek. Jedną nosiła w kieszeni, drugą trzymała w skrytce w aucie, kolejną w biurku. Marek złośliwie mówił, że pewnie w domu otwarte paczki trzyma w każdym pomieszczeniu, żeby daleko nie chodzić. Zawsze gubiła gdzieś zapalniczki, dlatego często kupowała nowe. Potem te zgubione nagle się odnajdywały i walały się wszędzie w biurze. Parę dni wcześniej Marek pozbierał te odnalezione -?było ich sześć -?i rozdał innym palącym kolegom.
-?Komisarz Marek Rosiński, miłośnik kobiet i dobrej whisky -?odezwała się nagle. -?Albo odwrotnie. Już nie pamiętam. Zresztą różnica niewielka.
-?Co?
-?Takie opowieści o tobie krążą po wydziale. Wcześniej nie wiedziałam, na co cię stać. Teraz zaczynam sobie co nieco wyobrażać.
Półtorej godziny wcześniej ledwo wyciągnęła go z łóżka. W jednej z knajpek na rynku spotkał się z przyjacielem z czasów studiów i nie pamiętał, jak wrócił nad ranem do domu.
-?Tak mówią? -?zapytał. -?Kto?
-?Twoi koledzy.
-?Pierwsze słyszę...
-?To jak miała na imię ta laska?
Spojrzał na nią z ukosa, trochę zaskoczony fałszywą nutą w tonie jej głosu. Niby miała być kpina, a wyszło nie wiadomo co.
-?Johnny.
-?Ach tak! -?Pokiwała głową ostentacyjnie, dając do zrozumienia, że nie wierzy w takie tłumaczenia.
Zamilkli, patrząc na leżące przed nimi zwłoki. Marek jeszcze raz obejrzał się na sierżanta Jabłońskiego i przywołał go gestem dłoni. Zanim policjant przyszedł, zapytał Joannę:
-?I co o tym myślisz?
W jednej sekundzie znowu była śledczą.
-?Ułożenie ciała wskazuje, że zginęła w tym miejscu -?powiedziała. -?Nie pytaj mnie, co robiła na takim odludziu. Nie mam pojęcia.
-?Morderca strzelił jej w plecy, upadła i tak już została -?dodał Marek.
-?Też tak uważam. -?Pokiwała głową. -?Otarcia na nogach i brak jednego buta sugerują, że przed kimś uciekała, przedzierając się przez zarośla. Sprawca musiał ją w tym miejscu dogonić i zastrzelić. Zauważ, że nigdzie nie widać torebki. Kobieta nigdzie nie rusza się bez torebki. Musiała ją wyrzucić podczas ucieczki. Trzeba dokładnie przeczesać połać lasu. Moim zdaniem gdzieś musi być but, torebka i może coś jeszcze.
-?Masz rację.
-?Ciało niezbyt przyjemnie pachnie, widać już początek procesów rozkładu. Musi tu leżeć jakiś czas.
Zamilkła i spojrzała na bladego Jabłońskiego.
-?Dobrze się pan czuje? -?zapytała.
-?Nie jestem przyzwyczajony do takich widoków -?odpowiedział, z trudem przełykając ślinę.
-?Jeśli panu niedobrze, proszę wrócić do auta. Zaraz też tam podejdziemy.
-?Nie jest mi niedobrze, czuję raczej... wstręt.
Policjant odwrócił się i szybko odszedł, nie oglądając się za siebie.
-?Mogłem go nie wołać -?odezwał się Marek, odprowadzając go wzrokiem.
-?Jesteśmy nienormalni.
-?Skąd taki brutalny osąd? -?zakpił.
-?Zwykli ludzie na widok śmierci zachowują się w sposób podobny do naszego przystojnego sierżanta. Nikomu nie przyszłoby do głowy żartować lub gadać o pierdołach, jak nam. Dlatego jesteśmy inni.
Marek wzruszył ramionami.
-?Tylko czy od razu nienormalni? -?zapytał z powątpiewaniem w głosie. - Chirurg kroi ludzi, myśląc o tym, co zje na obiad, a patolog robi sekcję zwłok, przypominając sobie krągłości ciała swojej kochanki.
Nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.
-?Dlaczego akurat kochanki?
Rzucił okiem za siebie, jakby upewniając się, czy mężczyźni przy aucie nie usłyszeli jej śmiechu.
-?A dlaczego nie? Nie jesteśmy aż tak bardzo nienormalni. W grę wchodzi raczej rutyna.
-?Chciałabym ci wierzyć. Czasem dochodzę do innych wniosków.
-?Uważasz, że nasz sierżant Jabłoński jest przystojny? -?zapytał, zmieniając nagle temat.
Teraz Aśka się obejrzała.
-?Niezłe ciacho -?mruknęła, oblizując wargi.
Marek rzucił jej pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym przeniósł wzrok na swoje przemoczone buty i spodnie i nagle wzdrygnął się, kiedy wielka, zimna kropla spadająca z drzewa wylądowała mu za kołnierzem.
-?Niech to cholera! Zmarzłem już na kość.
-?Po co ta szopka z mapą? -?zapytała. -?Przecież tutaj nikt nie znalazłby zwłok do wczesnej jesieni, kiedy ludzie ruszają na grzyby, jak słyszeliśmy z opowieści sprzed kwadransa.
-?Zależało mu, żebyśmy ją znaleźli.
-?Po co?
-?Chciał się pochwalić? Mordowanie go kręci.
-?Mordowanie czy świadomość, że policja go szuka?
-?Może i jedno, i drugie?
Patrzyła na zwłoki z twarzą zastygłą w dziwnym grymasie, po czym zapytała:
-?Co robimy?
-?Dzwonimy po prokuratora i techników, może jeszcze uda się znaleźć jakieś ślady.
-?Zastanawiam się, jak tu dojadą?
-?Może podwiezie ich pan Jerzy. Idź i z nim porozmawiaj.
Szybko wyciągnęła z kieszeni swój aparat.
-?Cholera, brak zasięgu! Obiecałam, że zatelefonuję do prokuratora Kotowicza i zdam mu relację z miejsca zdarzenia. Chyba się nie ucieszy, że będzie musiał tu przyjechać.
-?Jak uważasz. -?Uśmiechnął się pod nosem i ruszył w kierunku stojącego na leśnej drodze pojazdu.
(17 maja 2025 -?sobota)
Piwnica była zimna i wilgotna. Dzienne światło sączyło się przez niewielkie okno przy samym suficie i ledwo rozświetlało mrok.
Agnieszka Dudek siedziała naga, przywiązana do krzesła stojącego na środku pomieszczenia. Usta miała zakneblowane szmatą i zaklejone taśmą izolacyjną. Szmata była brudna, miała posmak oleju silnikowego i przyprawiała ją o mdłości. Walczyła, żeby nie zemdleć. Dygotała z zimna i przerażenia.
Najgorzej było, kiedy przychodził On. Stawał blisko, tak że czuła kwaśny zapach jego potu. Gładził ją po szyi, zanurzał palce we włosach, kładł dłonie na ramionach, po czym nagle chwytał ją boleśnie za piersi albo brutalnie wciskał dłoń między zaciśnięte rozpaczliwie uda. Jego dotyk był jak tortury rozpalonym żelazem. Wyobrażała sobie, że każde muśnięcie jego palców zostawia na jej delikatnej, dziecięcej skórze krwawe znaki, z których później bez przerwy sączy się krew.
Najgorsza była jednak chwila, kiedy się dostatecznie podniecił. Wtedy opuszczał spodnie i robił sobie dobrze. Drugą ręką trzymał ją za policzki i krzyczał, żeby otworzyła oczy i patrzyła. Groził, że w przeciwnym razie ją udusi, a później pójdzie do jej matki i wytnie jej nożem serce z piersi. Ta groźba jeszcze bardziej ją przerażała niż perspektywa uduszenia. Była posłuszna. Patrzyła szeroko otwartymi oczami, w których groza z każdą upływającą godziną zmieniała się w pustkę i beznadzieję.
Potem On odchodził. Miała chwilę ulgi. Raz zerwał jej z twarzy taśmę izolacyjną, wyszarpał z ust szmatę i dał pić. Drugim razem oprócz picia przyniósł jej batona w mlecznej czekoladzie. Później okrywał ją całą kocem z wyciętym otworem na głowę, żeby zbytnio nie zmarzła, i wychodził. Najpierw czuła ulgę, która wraz z upływającym wolno czasem zmieniała się powoli w strach i na końcu przerażenie. Wiedziała, że On znowu wróci.
Pamiętała dokładnie, że przychodził do niej cztery razy.
Agnieszka Dudek obudziła się, gwałtownie łapiąc oddech. Usiadła na łóżku i opuściła stopy na miękki i ciepły dywan. Zupełnie inaczej niż w piwnicy.
To był jedynie sen.
Tym bardziej przerażający, bo prawdziwy.
Kiedy porwał ją człowiek, nazywany później Bestią ze Środy, miała trzynaście lat. Trzy doby przetrzymywał ją w piwnicy opuszczonego domu swoich rodziców. Dom stał blisko lasu, z dala od ludzkich siedzib. Potem planował ją zabić, a ciało porzucić gdzieś w rowie na skraju drogi, podobnie jak wcześniejsze swoje ofiary. Siedem dziewczynek w wieku od jedenastu do trzynastu lat.
Przeżyła cudem. Policjanci ocalili ją w ostatnim momencie. Jeszcze godzina, a zostałaby zgwałcona i zamordowana, jeszcze kilkanaście godzin, a sama zmarłaby z wychłodzenia i wycieńczenia organizmu.
Zanim trafiła do piwnicy Bestii, była wesołą, pełną energii, ciekawą świata dziewczynką o prześlicznym uśmiechu. Sanitariusze pogotowia ratunkowego wyciągnęli z piwnicy istotę tylko z pozoru przypominającą dziecko. Odtąd przestała się odzywać, zapomniała o uśmiechu, a jedynym uczuciem, jakie znała, był strach. Szczególnie bała się mężczyzn.
To był jedynie sen.
Nawiedzał ją regularnie przez ostatnie dwadzieścia trzy lata i stało się coś bardzo dziwnego. Oswoiła go. Nie był już tak przerażający jak na samym początku, przez lata stracił swoją grozę i teraz był tylko straszny. Czas spiłował jego ostre kły. Co dziwne, zawsze był taki sam. Często sny są absurdalnym kolażem nonsensu. Nawet sen o minionych prawdziwych wydarzeniach mógł zrobić się znienacka irracjonalny i kpić z nich, rozgrywając je na swój własny, nieprzewidywalny sposób. Z tym snem było inaczej. On nigdy nie zmieniał swojej formy. Zawsze był nadzwyczaj realny. Odtwarzał złe chwile z przeszłości z chirurgiczną wręcz precyzją, nie pomijając żadnych szczegółów. Nawet zapachu nasienia mordercy.
Agnieszka wstała z sofy i nie zwracając uwagi na koc, który spadł na podłogę, poczłapała do kuchni. Sięgnęła do szafki nad zlewem po puszkę z kawą, papierowe filtry i po chwili z jej przelewowego, starego jak świat ekspresu rozszedł się po całym domu rześki zapach kawy. Siedziała przy stole kuchennym i czekała, aż ostatnie krople spłyną do dzbanka. Zegar wiszący na ścianie pokazywał piętnastą siedem. Ziewnęła i przejechała dłonią po zmierzwionych długich, ciemnych włosach. Znowu będzie miała problem z ich rozczesaniem.
Poprzedniego dnia siedziała do trzeciej w nocy nad nową książką. Potem wstała, jak zwykle o ósmej, do południa starała się normalnie funkcjonować, jednak przeceniła swoje siły. Nie miała już przecież osiemnastu lat. Zarwana noc szybko dała o sobie znać uczuciem ciężkości, zwolnionym myśleniem, brakiem ochoty na cokolwiek -?nawet nie zrobiła sobie kawy na przebudzenie. Pokręciła się bez celu po domu i w południe ogłosiła kapitulację. Prawie trzy godziny spała zawinięta w koc na sofie w salonie, lecz teraz nie czuła się ani krztynę lepiej. Najchętniej położyłaby się znowu.
Może gdyby śniło jej się coś innego, jeszcze by trochę pospała. Niestety, ten sen, mimo że znany i już nie tak straszny, zawsze odbierał ochotę na przytulenie się do poduszki.
Z kubkiem gorącej czarnej kawy w dłoni Agnieszka włączyła laptopa i przeglądała ostatnie strony książki, które powstały w nocy. Zdziwiła się, że nie bardzo pamięta, co napisała. Tak było zawsze, kiedy pisała w nocy. Z zadowoleniem stwierdziła, że tekst jest bardzo dobry. Według niej nie wymagał żadnych poprawek. Zaraz jednak uśmiechnęła się cierpko pod nosem. Redaktor z wydawnictwa i tak pewnie zechce wszystko pozmieniać i wyjdzie z tego nie to, co było jej zamierzeniem.
Nie tym razem -?pomyślała z determinacją. Potem przypomniała sobie, że przy poprzednich dwóch książkach też tak mówiła i w końcu przystawała bez walki na propozycje zmian.
Zła taktyka. Stanowczo.
Nagle coś wyrwało ją z zamyślenia.
Co to było?
Rozglądała się po salonie zdziwiona. Omiotła spojrzeniem otwarte drzwi do korytarza, obok których znajdowały się schody na pierwsze piętro i na poddasze, potem jej spojrzenie prześlizgnęło się po starych meblach, które odziedziczyła -?podobnie jak dom -?po dziadkach ze strony mamy, popatrzyła na koc nadal leżący przy sofie. Dłużej zatrzymała wzrok na dwuskrzydłowych drzwiach na taras i do ogrodu.
Nareszcie się rozpogadzało. Po wielu dniach deszczów chmury się rozpraszały i pojawiła się szansa na słońce. Potem popatrzyła jeszcze na kuchnię. Po śmierci dziadków, kiedy wreszcie mogła wyremontować dół domu tak, jak chciała, zrezygnowała z osobnej kuchni i kazała wyburzyć ścianę działową. Teraz salon i kuchnia stanowiły jedno. Tu też nie znalazła nic, co mogło wyrwać ją z zamyślenia.
Co to było?
Wzruszyła ramionami i wróciła do czytania. Po czterdziestu pięciu minutach ciągłego wpatrywania się w ekran komputera z przygarbionymi plecami rozprostowała się z rozkosznym westchnieniem i stwierdziła, że jest głodna. Poszła do kuchni, usiadła przy stole i otworzyła książkę z przepisami na potrawy zapobiegające powstawaniu nowotworów. Miała obsesję na tym punkcie. Wmówiła sobie, że ma wady genetyczne i na pewno w końcu zachoruje na raka, i z tego powodu umrze. Była o tym przekonana, dlatego starała się za wszelką cenę naturalnymi sposobami odwlec moment zachorowania. Przecież jej ojciec zmarł na raka tuż przed jej drugimi urodzinami -?znała go jedynie z kilku czarno-białych fotografii, które zostawiła jej matka w spadku. Dziadkowie, po których odziedziczyła dom, również zmarli na raka. Przecież rekombinacja genów następuje zawsze w drugim pokoleniu. A to oznacza, że najbardziej jesteśmy podobni do swoich dziadków. Dziedziczymy też ich wady. Stąd jej pewność. Na pewno umrze na nowotwór. Kwestią otwartą było, kiedy pojawią się pierwsze objawy choroby. Odwlekała ten moment, jak mogła -?regularnie od lat łykała tabletki tranu, starała się zażywać codziennie duże dawki witaminy C, każdego dnia rano piła łyżeczkę oleju lnianego, jadła pestki moreli gorzkich, które zawierały amigdalinę. Wyczytała w internecie, że amigdalina hamuje rozwój nowotworów i można ją również stosować zapobiegawczo. Kupiła też książkę z przepisami kucharskimi na potrawy o właściwościach antyrakowych i odtąd korzystała tylko z niej.
Teraz również szybko przerzuciła listę przepisów, oceniając, które składniki ma w tej chwili dostępne w lodówce.
Około osiemnastej, ciągle jeszcze ziewając, siedziała zamyślona na krześle w salonie, grzebiąc widelcem w resztkach. Nie smakowało jej, wsypała za dużo pieprzu cayenne i teraz czuła nieprzyjemne pieczenie w gardle. Sięgnęła więc do szafki po swoje ulubione czerwone wino Faustino V, w które regularnie zaopatrywali ją znajomi jeżdżący często do Hiszpanii, nalała sobie lampkę i znowu siadła do komputera. Nawet nie chciało się jej sprzątnąć po obiedzie. Ciągle nie mogła dojść do siebie. Wino nie było dobrym rozwiązaniem. Pewnie kiedy wypije go za dużo, zaraz znowu pójdzie spać i nie zrealizuje planu. Całą sobotę miała poświęcić na pisanie.
Nagle ponownie poczuła niepokój.
Podniosła głowę, rozejrzała się i... znowu nic. Odstawiła kieliszek, włożyła kapcie, na ramiona zarzuciła rozpinany sweter i wyszła na korytarzyk, skąd skrzypiącymi schodami ruszyła w górę. Weszła na poddasze. Na szczycie schodów zatrzymała się na chwilę, żeby przyzwyczaić oczy do panującego tu wiecznie półmroku. Ta część domu była praktycznie nieremontowana od wojny. Wcześniej dziadkowie uważali, że remont jest niepotrzebny, teraz Agnieszki po prostu nie było na niego stać. Sprzątała tu raz. Zaraz po śmierci babci dziesięć lat temu. Wyrzuciła wtedy cały kontener nikomu niepotrzebnych starych mebli i ubrań, w końcu dała sobie spokój. Poddasze i tak wyglądało jak nietknięte. Porozstawiane bezładnie po korytarzyku i dwóch pokojach stare, zakurzone meble patrzyły na nią ponuro. Miała wrażenie, jakby zazdrośnie strzegły tajemnicy zawartości swoich wnętrz. Tak naprawdę już tylko one pamiętały, co jest w środku. Agnieszka nie chciała sprawdzać. Przynajmniej na razie. Zawsze obiecywała sobie, że gdy zarobi na kolejnej książce więcej pieniędzy, zdecyduje się na remont. Wtedy wszystkie meble po prostu wyrzuci, nie zastanawiając się, jakie mogą kryć skarby sprzed lat.
Wydawało jej się, że z pokoju naprzeciw schodów dobiegło skrzypnięcie. Bez wahania weszła do środka i stanęła zaskoczona. Jedna z szafek była otwarta, a na zakurzonym, poszarzałym ze starości dywanie leżały rozrzucone wycinki z gazet. Akurat oświetlała je smuga światła wpadająca do środka przez szczelinę w zaciągniętych zasłonach.
Jak to możliwe, że szafka sama się otworzyła?
Każda inna kobieta samotnie mieszkająca w wielkim, starym domu, pamiętającym jeszcze początki dwudziestego stulecia, poczułaby w tym momencie strach. Ale nie Agnieszka Dudek. Ona miała defekt. Od wielu lat nie czuła strachu. Chyba że we śnie, kiedy wracały wspomnienia koszmaru z piwnicy. Oczywiście odczuwała stany niepokoju, może nawet lekkiego lęku, lecz jej zdaniem nie był to strach. Znajomym często mówiła, że jest rozregulowana. W dzieciństwie przeżyła takie przerażenie, że teraz nic nie mogło jej przestraszyć. Nic nie dorównuje skalą tamtemu Strachowi.
Teraz też się nie bała. Spokojnie schyliła się i podniosła wycinki z podłogi. Wiedziała, czego dotyczą. Zbierała je przez dwa lata, przygotowując się do napisania swojej pierwszej książki.
Wspomnienia z piwnicy odniosły wielki sukces, bardzo dobrze się sprzedały, zrobiły spory szum na rynku, dostała nawet jakieś nagrody literackie za debiut roku, sprzedała prawa do filmu. W książce opisała minuta po minucie swój pobyt w piwnicy mordercy, nie pomijając żadnych brutalnych szczegółów, a później wieloletnią tułaczkę po szpitalach psychiatrycznych i powolny powrót do normalnego życia. Redaktor zmienił jednak zakończenie na bardziej optymistyczne. I żyli długo i szczęśliwie -?szyderczo komentowała nowe zakończenie, ale zgodziła się. Jedynie w tym miejscu książka rozmijała się z prawdą.
Ona nigdy już nie będzie normalna. Tylko udaje normalność, żeby nie zrażać do siebie innych i móc żyć spokojnie na wolności, a nie w zakładzie zamkniętym, gdzie umieściłaby siebie bez wahania, gdyby była lekarzem.
Włożyła wycinki do szafki, nawet na nie nie spojrzawszy, i zamknęła ją. Drzwiczki zaskrzypiały z oporem, poddając się naciskowi dłoni. Nie mogły się same otworzyć. Pewnie otworzył je któryś z Gości nawiedzających czasem jej dom.
Tak nazywała duchy zmarłych. Wierzyła, że jest nawiedzona, przyciąga do siebie dusze skrzywdzonych i zamordowanych osób jak płomień świecy ćmy. Po raz pierwszy zmarli odwiedzili ją w szpitalu już na drugi dzień po tym, jak sanitariusze wyciągnęli ją z piwnicy. Odwiedzały ją dzieci zamordowane przez Bestię ze Środy. Stawały w drzwiach, nagie, okaleczone, pokrwawione, cierpiące i patrzyły na nią jakby z wyrzutem, że jej udało się przeżyć ten koszmar. Czasem w ich oczach malowała się niemożliwa do spełnienia prośba o pomoc. Odwiedzały ją w nocy, w trakcie dnia, były dni, kiedy czuła, że któreś z nich ukrywa się pod jej szpitalnym łóżkiem, przesiadywały godzinami na jego skraju, nie zważając na wizyty pielęgniarek i lekarzy, lub stały pod ścianami. Tak było przez lata. Bez względu na miejsce, w którym akurat przebywała.
Nie bała się duchów i nie potrafiła im pomóc.
Potem odeszły, lecz odtąd przychodzili do niej inni. Nie mieli już widzialnej postaci. Miała świadomość ich obecności, czasem zostawiali widoczne znaki, tak jak teraz. Wszyscy cierpieli, byli przerażeni i zagubieni.
Wyszła z pokoju i schodziła zamyślona po schodach. Duchy też opisała w swojej pierwszej książce. Były przecież nieodłącznym elementem jej życia. Redaktor zmienił zakończenie jej książki, pisząc, że przestały przychodzić. To nie była prawda.
Usiadła na sofie z lampką wina w dłoni, zawinęła się w koc i rozmyślała o wszystkim i o niczym. Dzisiaj już nie będzie w stanie napisać nawet zdania. Szkoda.
We Wspomnieniach z piwnicy świadomie pominęła jeden bardzo ważny wątek swojego życia: gorący romans z młodą panią psycholog, Izą Karewicz. Nie chciała sprowadzić na nią kłopotów -?przecież wiadomo, że media są bezwzględne. Ich romans trwał wiele lat, nawet kiedy Iza wyjechała do pracy do Francji, a Agnieszka próbowała ułożyć sobie kilkakrotnie życie w związkach z mężczyznami. Korespondowały i spotykały się przy każdej nadarzającej się okazji. Wtedy zawsze szły do łóżka. Nawet teraz utrzymywały mailowy kontakt, mimo że Iza od kilku lat mieszkała na stałe w Bostonie, gdzie pracowała w tamtejszej klinice psychiatrycznej. Ocean stał się przeszkodą trudną do pokonania. Powrót Agnieszki do świata i normalnego życia był w całości zasługą Izy. Nigdy jej tego nie zapomni i będzie wdzięczna do końca życia, jakkolwiek się jeszcze ono potoczy.
Doktor Iza często powtarzała aforyzm: "Życie jest jak jajo, trzeba je znieść". Takie motto swojego życia przyjęła Agnieszka.
W drugiej książce: Ja i śmierć, która ukazała się na rynku półtora roku po pierwszej, Agnieszka wspominała swoje życie po tym, jak opuściła mury szpitalne. Opisała wieloletnie zmagania z depresją, próby samobójcze, aż wreszcie zaakceptowanie życia takiego, jakie przynosi los, i pogodzenie się z nieuchronnością śmierci. Znowu sukces, pieniądze, nagrody i -?co najważniejsze -?listy od czytelników zmagających się z podobnymi problemami, których podniosła na duchu i którym pomogła, uświadamiając im, że nie są sami. Miała jednak niesmak, wspominając tę książkę. Redaktor namówił ją, żeby zaczęła od opisu samobójstwa swojej matki, która nie wytrzymała psychicznie tragedii córki i któregoś wieczora odkręciła gaz. Sąsiedzi znaleźli ją martwą po kilku godzinach. Cud, że cały blok nie wyleciał w powietrze. Nie powinna się na to zgodzić, ale uległa. I teraz żałowała.
Obecnie pisała trzecią książkę, zatytułowaną roboczo Ja i życie, w której opisywała swoją przemianę duchową i uzasadniała, dlaczego jednak warto żyć.
Około dwudziestej odstawiła wino i stanęła przed drzwiami prowadzącymi na taras. Miała stąd doskonały widok na dom obok. Ogrodzenie oddzielające obie posesje dawno się zawaliło ze starości i bardzo dobrze widać było drzwi wejściowe i ścieżkę prowadzącą do furtki. Poprzedni właściciele nie wyrażali chęci naprawy płotu, a Agnieszka nie miała zamiaru sama finansować takiej poważnej inwestycji. Jednak od dwóch miesięcy sąsiedni dom miał nowego mieszkańca i spodziewała się, że kwestia ogrodzenia wypłynie prędzej czy później. Miała nawet odłożone na ten cel pieniądze w banku.
Nie wiedziała dlaczego, ale nowy właściciel domu bardzo ją pociągał. Był wysoki, dobrze zbudowany, miał nie więcej niż czterdzieści lat i był... dziwny.
Tak jak ja.
Rzadko wychodził z domu, zakupy dowoziła mu firma transportowa, często w trakcie dnia przyjmował gości, lecz wieczorami czas spędzał samotnie.
Teraz właśnie zobaczyła, że otwierają się drzwi i pojawia się w nich sąsiad. Jakby z wahaniem, niepewnie przestępuje przez próg, blady, z mocno zaciśniętymi wargami. Potem drżącymi jak u alkoholika rękami przekręca klucz w zamku i nieruchomieje, oparty o drzwi. Wyraźnie uspokaja oddech. Minęły co najmniej dwie minuty, zanim zdecydował się iść dalej. Niepewnie zbliżył się do furtki prowadzącej na ulicę i znowu przystanął, przytrzymując się klamki. W końcu ostrożnie otworzył furtkę, nieśmiało, ze strachem wyjrzał na zewnątrz, jakby miało mu tam grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Wreszcie zniknął jej z oczu.
Dziwne. Podejrzewała, że musiał być na coś ciężko chory. Taka procedura wyjścia na ulicę powtarzała się codziennie, mniej więcej o tej samej porze. Wracał zawsze po trzydziestu minutach. Jakby go ktoś gonił, szybko, nie oglądając się za siebie, wpadał do domu i zatrzaskiwał drzwi.
Naprawdę dziwne. Tym bardziej że już kilka tygodni temu Agnieszka dokonała nieoczekiwanego odkrycia. Sąsiad obserwował ją całymi godzinami, stojąc w oknie naprzeciwko okien jej salonu. Szczególnie wieczorami. Miał doskonały widok przy zapalonym u niej świetle. Nie wyrobiła w sobie nawyku opuszczania żaluzji. Kiedyś sąsiedni dom zajmowała starsza pani, która bardzo wcześnie chodziła spać, później przez półtora roku dom stał pusty.
Po pierwszym szoku spowodowanym tym odkryciem uspokoiła się. Teraz jej to nie przeszkadzało. Nawet czasami czuła coś na kształt podniecenia, mając świadomość, że on tam jest i patrzy.
Zresztą ona też go często obserwowała z okna sypialni na piętrze.
(17 maja 2025 -?sobota)
Robert Wójtowicz obudził się już o ósmej rano i to nie było dobre przebudzenie.
Kiedy otworzył oczy i wróciła mu świadomość, poczuł w gardle niepokój w postaci wielkiej śnieżnej kuli, której chłód rozchodził się po całym ciele.
Poprzedniego wieczora nie mógł zasnąć. Do późnej nocy chodził po całym domu jak zły duch, potem siedział w kuchni, usiłując się uspokoić, wreszcie położył się do łóżka, lecz sen nie przychodził. Pamiętał jeszcze, jak stary zegar wiszący w salonie wybił wpół do czwartej. Potem nagle pogrążył się w sennym niebycie pozbawionym marzeń i nagle ten sam zegar obudził go, wybijając ósmą. Było już jasno i liczył uderzenia, żeby się dowiedzieć, która jest godzina.
Za oknem był nowy dzień, może nawet pierwszy od wielu dni bez opadów? Na moment promienie wiosennego słońca wpadły do sypialni przez szpary w żaluzjach. Nie było sensu dłużej leżeć. I tak by już przecież nie zasnął. Wstał, powlókł się do łazienki i długo stał pod prysznicem. Miał nadzieję, że woda spłucze z niego lęk i pozwoli wrócić do równowagi, ale oczywiście nic takiego się nie stało.
Z każdą chwilą było coraz gorzej.
Miał problemy z umyciem zębów, ponieważ każda próba włożenia do ust końcówki elektrycznej szczoteczki powodowała gwałtowne napady mdłości. Zrezygnował więc z mycia zębów i tylko przepłukał usta płynem do higieny jamy ustnej. Nienawidził tego smaku, który niezmiennie kojarzył mu się z odorem szaletu miejskiego. Za każdym razem płyn palił go w usta, tak że nie mógł wytrzymać. Zawsze miał wtedy w oczach reklamę telewizyjną tego płynu: facet płucze usta z rozkoszą na twarzy.
Gówno prawda!
Reklamy kłamią. Gdyby ten gość naprawdę płukał usta płynem, który reklamuje, nie byłby w stanie dwóch sekund wytrzymać z takim wyrazem twarzy. Pewnie na planie używali odpowiednio zabarwionej wody i dlatego tak wspaniale wyszło. Robert znał się na produkcji, ponieważ był współwłaścicielem sporej agencji reklamowej. Co prawda nie udzielał się już w niej zawodowo od około dwóch lat, ale czasem zdarzało się, że pracownicy prosili go o konsultacje albo uwagi do różnych projektów -?w tym scenariuszy filmów reklamowych.
Narzucił na siebie szlafrok i poszedł do kuchni, choć wiedział, że nie zdoła niczego przełknąć. Jego żołądek był boleśnie ściśnięty i położony gdzieś bardzo blisko śnieżnej kuli lęku, która ogarniała go swoim chłodem i zaburzała normalną pracę organizmu. Miał jednak nadzieję, że uda mu się wypić chociaż kubek gorącej kawy. Niestety zebrało mu się na wymioty, gdy poczuł zapach, który zaczął rozchodzić się po kuchni z ekspresu. Wyłączył więc ekspres, kawę z metalowego dzbanka wylał do zlewu i przepłukał wodą, żeby nic nie było czuć.
Następnie poszedł do salonu i próbował się czymś zająć. Niewiele z tego wyszło. Ciągłe wewnętrzne uczucie lęku powodowało przyspieszone bicie serca i nieznośne drżenie narządów wewnętrznych, które przenosiło się na ręce i osłabiało mięśnie nóg. Nie potrafił spokojnie przejść kilku kroków. Nie mógł też usiedzieć na jednym miejscu ani skupić się na najprostszych czynnościach.
Na początek usiadł w fotelu i włączył w telewizorze kanał TVN24, żeby zobaczyć wiadomości ze świata. Przed oczami migały mu obrazy i nic nie docierało do mózgu. Zerwał się, wyłączył telewizję i usiadł przy biurku. Okazało się, że wczoraj zapomniał wyłączyć laptop i rozładowała się bateria. Sięgnął pod biurko, znalazł końcówkę kabla zasilającego i bezskutecznie próbował włożyć ją do gniazda w urządzeniu. Ręka mu drżała i nie mógł trafić. Próbował oburącz, lecz i tak się nie udało. Wściekły rzucił kablem o podłogę. Lęki zagnały go w inne miejsce. Próbował czytać wczorajszą "Gazetę Wyborczą" leżącą na blacie pomiędzy kuchnią a salonem. Bezskutecznie. Literki były zbyt małe, żeby mógł skoncentrować na nich rozbiegany wzrok, a poza tym z kuchni czuć było jeszcze kawą, co nadal powodowało nudności. Uwielbiał kawę i pił jej wielkie ilości. Czasem jednak zdarzały się takie dni jak ten, kiedy coś go odrzucało i nie mógł nawet o niej myśleć.
Wreszcie zrozpaczony zaczął chodzić bez celu po salonie, na uginających się od uczucia lęku nogach, i w końcu już nawet o niczym nie myślał. W ostatnim przebłysku rozsądku pomyślał o tabletkach, które miał przepisane na stany lękowe takie jak ten. Nie zdecydował się ich zażyć. Może to był kolejny etap jego choroby, lecz starał się nie brać niczego, co mogłoby go otumanić, uśpić, spłaszczyć jego myślenie, czyli sztucznie poprawić mu nastrój. To byłoby dla niego skrajne poniżenie. Okazałoby się, że jest za słaby, nie potrafi walczyć ze swoimi chorobami, i oznaczałoby ostateczną klęskę jego jako człowieka. Wiedział, że postępował idiotycznie, ale nie zmieniał zdania. Oczywiście kilka razy już zdarzyło mu się ulec i sięgnąć po środki medyczne. Kiedy wspomaganie chemiczne pozwalało jego umysłowi wrócić na właściwy tor, śmiał się z tych swoich zasad. Przecież po tabletkach czuł się tak wspaniale. Kiedy tylko znikał gdzieś lęk, wydawało mu się, że jest kilka razy lżejszy, wstępowała w niego chęć do życia i do rozpoczęcia nowego etapu walki ze swoimi słabościami. Zawsze jednak szybko, sam nie wiedząc dlaczego, odstawiał lekarstwa i po kilku, w najlepszym wypadku kilkunastu, dniach fobie wracały.
Wreszcie położył się w salonie na sofie, przykrył kocem i trwał tak bardzo długo w pozycji embrionalnej, aż w końcu zapadł w nieprzyjemny letarg, z którego nie mógł się wyrwać. W tym czasie we śnie odwiedził dziesiątki miejsc i spotkał setki ludzi, których znał albo i nie. Wiele razy wracał na granice przytomności i wtedy wpadła mu do głowy myśl, że może powinien się już obudzić, lecz nie miał dość siły i po kilku sekundach zwyciężał sen, zabierając go do swojego mrocznego królestwa.
Kiedy się wreszcie gwałtownie ocknął, wydawało mu się, że jest już piętnasta, ponieważ słyszał trzy uderzenia zegara. Musiał jednak coś pokręcić -?wskazówki na cyferblacie pokazywały szesnastą.
Sen podziałał na niego kojąco -?czuł się wyspany, pełen energii i, co najważniejsze, obezwładniający lęk gdzieś zniknął. Zwlókł się więc zdrętwiały z sofy i postanowił jeszcze raz zacząć dzień od nowa. W kuchni nastawił kawę i miły aromat z ekspresu szybo rozszedł się po domu. Tym razem czuł, że ma na kawę wielką ochotę i nic go już nie powstrzyma przed wychyleniem dużego kubka. Albo najlepiej dwóch. Zazwyczaj pił dwie kawy jedną po drugiej, a czasem miał jeszcze ochotę na trzecią. Wtedy jednak przychodziło uczucie przesytu i nie kończył ostatniej filiżanki.
Jeszcze raz wziął prysznic, potem umył zęby i przepłukał usta płynem do higieny jamy ustnej o smaku miejskiego szaletu. Teraz jego aromat mniej mu przeszkadzał. Ubrał się w świeżą koszulkę i spodnie od dresu i poszedł do kuchni. Kawa była już gotowa. Wyciągnął z szafki wielki piankowy kubek jednorazowy, w jakich podaje się kawę w fast foodach, i nalał sobie do pełna z termosu ekspresu. Trochę nawet przesadził i musiał odrobinę upić, ponieważ nie zmieściłaby się taka ilość mleka, która gwarantowała najlepszy smak. Pił kawę, rozkoszując się każdym łykiem, i nagle poczuł, że jest głodny. Sięgnął znowu do szafki kuchennej nad zlewem, gdzie trzymał poskładane w eleganckie stosy jednorazowe talerze różnej wielkości i rodzaju -?od papierowych tacek na grilla, przez większe talerze z plastiku, aż po głębsze na zupę -?i wyciągnął sobie jeden, średniej wielkości. W lodówce znalazł kawałek kiełbasy, w koszu na owoce dostrzegł awokado, o którym musiał zapomnieć, gdyż było już bardzo miękkie i na skórce pojawiły się czarne plamy. Znak, że to ostatnia chwila, żeby je zjeść. Uwielbiał awokado, ale nie dopuszczał, żeby robiło się za miękkie. Z bardzo dojrzałego owocu łatwiej schodziła skórka, lecz w środku robiło się rozlazłe i miało konsystencję masła. Teraz poczuł taką ochotę na awokado, że nie miało to znaczenia. Obrał owoc rękami, wydłubał ze środka pestkę i miąższ zmienił się w bezkształtną bryłę na talerzu. Umył zaraz ręce i sięgnął do chlebaka, gdzie znalazł ostatnią, trochę czerstwą bułkę. Trudno ją było rozłamać, więc gryzł ją w całości.
Po jedzeniu, przy drugiej kawie, poczuł przypływ weny twórczej. Poszedł szybko na górę, gdzie miał spore atelier fotograficzne, i zaczął zmieniać dekoracje. Jakiś czas temu, na zamówienie jednego z czasopism kobiecych, przez kilka dni fotografował modelki w wiosennych płaszczykach, dlatego na ścianie rozwieszona była wielka fototapeta przedstawiająca ukwieconą majową łąkę, przy której postawił przyciągnięty z garażu wiklinowy stolik i cztery krzesła pamiętające jeszcze czasy Peerelu. Po obróbce komputerowej zdjęcia nawet nieźle wyszły. Teraz należało posprzątać. Miał teraz zamówienie na serię subtelnych aktów znanej celebrytki. Był bardzo dobry w kobiecych aktach i nawet kiedyś sporo u niego zamawiano tego typu fotografii. Odkąd ukrył się przed światem w domu, powoli o nim zapominano. Liczba zamówień zmalała. Na razie nie narzekał, odłożył sporo pieniędzy na lokatach, duże kwoty zainwestował w giełdę i fundusze inwestycyjne, na bieżące życie starczało mu wynagrodzenie za członkostwo w radzie nadzorczej swojej firmy. Na razie nie narzekał -?miał czas na malowanie, odpoczynek, a jego fobie nikomu nie zatruwały życia.
Nie wiedział, dlaczego celebrytka wybrała właśnie jego. Wymyśliła, żeby przedstawiać ją przy wielkim łóżku i otwartej szafie z ubraniami i bielizną. Przymierzałaby różne ciuszki i całą sesję by temu poświęcono. Robert był zadowolony z takiego pomysłu. Nie musiał wychodzić z domu. Wystarczyło przygotować dekoracje w domowym atelier. Sesja miała odbyć się w czwartek.
Do wieczora pracował w atelier. Sygnał przypomnienia w telefonie komórkowym go zaskoczył. A nie powinien. Odzywał się przecież codziennie o tej samej porze. Za kwadrans dwudziesta. Nienawidził tej chwili. Przypominał sobie, że musi wyjść z domu na krótki spacer.
Jak zwykle zaczął szukać wymówek i usprawiedliwiać się w myślach przed samym sobą. Nic się nie stanie, jeśli dzisiaj zostanie w domu. Takie jednorazowe odstępstwo od ustalonego z lekarzem rytuału nie powinno wpłynąć negatywnie na terapię. Teraz przecież czuje się całkiem dobrze, po ciężkim poranku wrócił do normalnego funkcjonowania. Już miał kontynuować pracę przy rozstawianiu oświetlenia, gdy przypomnienie w telefonie rozległo się znowu. Tym razem sygnał był głośniejszy i brzmiał jak wyrzut sumienia.
No dobrze, już idę -?pomyślał niechętnie i wrócił na dół. Zmienił spodnie, włożył wiatrówkę, na głowę wcisnął czapkę z daszkiem i długo wiązał buty.
Nie mógł dopuścić do tego, aby lęk wrócił. Uczył się panowania nad własnym strachem od dawna. Na razie z mizernym skutkiem.
Zastygł z dłonią na klamce, oddychając ciężko. Świat po drugiej stronie drzwi był dla niego obcym i bardzo niebezpiecznym miejscem. W krzakach przy ulicy, za ogrodzeniami, w trudno dostępnych zakamarkach w ogrodach sąsiadów, czaiła się ciemność. Wiedział, że taka ciemność potrafi pełzać za nim bezgłośnie, skrywając w swoim wnętrzu oślizgłe stwory, które tylko czekały na okazję, aby rzucić się na niego i zamknąć w uścisku swoich lepkich i zachłannych macek. Ludzie na ulicach mieli twarze wykrzywione w przerażających grymasach i zawsze kiedy ich mijał, patrzyli na niego szyderczo. Starał się nie zwracać na nich uwagi. Wiedział przecież, że kiedy przechodzi obok, oni stają i odprowadzają go złym spojrzeniem, dopóki nie zniknie w oddali lub za zakrętem. Prawie słyszał złorzeczenia pod swoim adresem szeptane przez nich pod nosem. Nie odwracał się więc, starał się tego nie widzieć. Na nierównym chodniku łatwo było się potknąć, wydawało mu się, że ostre ogrodzenia sąsiednich domów wykonano z drutu kolczastego, żywopłoty miały długie kolce i czasem zbliżały się do niego niebezpiecznie. Musiał uważać, aby się nie pokaleczyć.
Świat był przerażającym miejscem. Musiał się jednak do niego znowu przyzwyczaić. Chociaż pewnie nigdy nie będzie już tak jak dawniej. Wychodzenie z domu stanowiło niezbędny element terapii.
Otworzył drzwi, wyszedł na zewnątrz z zaciśniętymi ustami, z trudem przekręcił klucz w zamku i oparł się, żeby przeczekać. Zawsze na początku świat atakował go swoimi koszmarnymi kształtami przedmiotów i musiał odczekać, zanim jego oczy przywykną. Potem ruszył do furtki, tutaj stał dłużej, zanim zdecydował się wyjść na ulicę.
Pół godziny później szybko wrócił. Obszedł taką samą trasę jak co dzień bez żadnych znaczących incydentów. Raz tylko, kiedy mijał chłopaka i dziewczynę idących wolno objętych ramionami, niepotrzebnie spojrzał na ich twarze. To były maski, takie jak często widzi się w telewizji, kiedy pokazywane są obrazki z zamieszek -?Anonymous. Przyspieszył więc kroku, a oni zatrzymali się i wyśmiewali go piskliwymi głosami, dopóki nie oddalił się na znaczną odległość.
W domu od razu poczuł się lepiej. W serce wstąpiła nowa nadzieja i energia. Na kolację wyciągnął z zamrażarki kawałek pizzy i odgrzał w piekarniku. Nie miał już w domu nic do jedzenia. Musiał złożyć zamówienie na dostawę z jakiegoś supermarketu.
Po kolacji stał w oknie, przy zgaszonym świetle, i obserwował sąsiadkę w domu obok. Akurat chodziła po salonie z kieliszkiem wina w ręce, siadała na dłużej przy komputerze, odchodziła, drapiąc się w głowę, czasem przeglądała stosy papierów leżących na biurku.
Robiła na Robercie piorunujące wrażenie. Nie potrafił się powstrzymać przed codzienną sesją zaglądania w jej okna. Była średniego wzrostu, miała pełne kształty, ale bez nadwagi, czasem pod koszulkę nie wkładała stanika i wtedy podziwiał cudowne falowanie jej piersi. Miała długie ciemne włosy i była bardzo ładna. Wyglądała na kilka lat młodszą od niego.
Marzył o tym, żeby namalować jej akt. Wyobrażał sobie taką scenę -?on maluje, ona leży i obserwuje każdy jego ruch, bez słów. Pełne porozumienie dusz.
Z zamyślenia wyrwało go gasnące światło w jej salonie. Była dwudziesta trzecia. Sąsiadka poszła do sypialni na piętrze. Po chwili zobaczył, jak gasi światło.
Zapalił światło u siebie i jeszcze przez godzinę chodził po domu. Nie widział szarej postaci kobiety obserwującej go z okna sypialni na piętrze w domu obok.
(19 maja 2025 -?poniedziałek)
Marek Rosiński stał przy ciśnieniowym ekspresie do kawy i mocował się z uchwytem. Na początku roku ludzie z wydziału zrzucili się i wspólnie kupili inny ekspres niż najtańszy przelewowy z hipermarketu. Nareszcie można było napić się porządnej kawy. Pod jednym warunkiem -?trzeba było nauczyć się obsługi urządzenia. Marek miał wieczny problem z odkręceniem uchwytu, a później z ponownym jego zamocowaniem ze świeżą kawą do zaparzenia. Inni radzili sobie z tym bez trudu. Widać miał jakiś feler. Podobnie było tym razem.
-?Nie szarp tak, bo złamiesz -?usłyszał nagle nad uchem kobiecy głos.
Aśka odsunęła go stanowczym ruchem i sprawnie obsłużyła ekspres, wyjęła mu z rąk kubek, postawiła w odpowiednim miejscu i włączyła start. Urządzenie zabuczało i dwoma strumieniami kawa lała się do naczynia.
-?Nie wiem, jak ty to robisz -?mruknął pod nosem.
-?Potrzeba trochę czułości.
-?Bardzo śmieszne.
Spojrzała na niego z ukosa.
-?Coś taki naburmuszony? -?zapytała ostrożnie.
-?Wydaje ci się.
-?Zdążyłam cię już trochę poznać.
-?Złapałem kontuzję.
Poprzedniego wieczoru, jak co niedzielę, w planie treningowym miał ćwiczenie siły biegowej. W tym celu jeździł do Parku Grabiszyńskiego od strony cmentarza i tam kilkakrotnie wbiegał na pomnik poległych żołnierzy, górujący nad otoczeniem. Musiał się przeforsować, ponieważ rano wstał z bolącą lewą łydką. Miał już kiedyś taką kontuzję i nawet wybrał się do lekarza po poradę. Prawdopodobnie uszkodził głowę mięśnia brzuchatego łydki. Rano okładał bolące miejsce lodem i smarował maścią. Kontuzja nie była poważna, ale czekało go kilka dni przerwy, nie wspominając o bólu przy chodzeniu w pierwszych dniach.
-?Coś poważnego?
-?Mam nadzieję, że nie.
-?Już rozumiem. -?Pokiwała głową. -?Perspektywa kilku dni bez endorfiny powoduje rozdrażnienie.
-?Nie jestem jeszcze uzależniony. -?Skrzywił się.
-?Chodź, wiem, kim jest ofiara z lasu.
Kiedy wrócili do pokoju, usiedli obok siebie przy jej biurku i przez chwilę wpatrywali się w ładną blondynkę, patrzącą na nich z uśmiechem z ekranu. Trudno było uwierzyć, że to denatka z lasu.
-?Nazywała się Marzanna Witkowska, lat dwadzieścia pięć, zamieszkała w Pułtusku, we Wrocławiu z koleżanką wynajmowała mieszkanie blisko centrum. I właśnie ta koleżanka zgłosiła jej zaginięcie półtora tygodnia temu. Potem to samo zrobili rodzice w Pułtusku, którzy stracili z córką kontakt.
-?To by się zgadzało -?przyznał Marek. -?Jednak nie mam pewności, czy to ta sama osoba.
Joanna szybko zmieniła zdjęcie. Teraz kobieta patrzyła na nich z ekranu poważnie. Ubrana była w taki sam płaszcz, jaki Marek zapamiętał z lasu.
-?A teraz? -?zapytała Borowiec.
-?Cieplej. -?Pokiwał głową.
-?Pracowała w nocnym Klubie Żądza po drugiej stronie zaułka neonów przy Ruskiej czterdzieści sześć. Tam też, w nocy z trzeciego na czwartego maja po skończonej pracy, była widziana ostatni raz przez koleżankę, która zgłosiła zaginięcie.
-?Żądza to ten klub, z którym mają problemy koledzy z obyczajówki? - zapytał.
-?Nie tylko. Wydział narkotyków też ma tam co robić -?odpowiedziała. - Po północy oficjalnie klub jest zamykany, ale zostają klienci, którzy zapłacili tak zwane wpisowe. Kelnerki zamieniają się w panie do towarzystwa i korzystają z udostępnionego im wtedy zaplecza klubu. Oficjalnie to nie jest burdel, nic właścicielom klubu nie można zrobić, bo zadowolony klient płaci kelnerce. Klub nic z tego nie ma.
-?Nieźle. Jak się nazywa ta koleżanka?
-?Ewa Fornalik, pracuje w tym samym klubie.
-?To chyba ją odwiedzimy, co? -?Marek spojrzał pytająco na koleżankę.
-?Zdecydowanie, już do niej dzwoniłam, jest w domu, pracę zaczyna po południu. Pij kawę i się zbieramy.
Do bloku na Łaciarskiej przy skrzyżowaniu z Nożowniczą, nieopodal Placu Nowy Targ, z budynku komendy wojewódzkiej można było dojść piechotą w kilka minut. Aśka chciała się przespacerować, bo po raz pierwszy od kilkunastu dni było ciepło, jednak Marek wymógł na niej przejażdżkę autem ze względu na bolącą łydkę. Potem przeklinała go pod nosem, kiedy krążyła wokoło rynku, szukając miejsca do zaparkowania. Żeby przerwać ciąg złych spojrzeń rzucanych przez nią za każdym razem, kiedy upatrzone miejsce było już zajęte, zgodził się zapłacić za podziemny parking pod Nowym Targiem. Tu przynajmniej była winda i nie musiał wspinać się po schodach. A od mieszkania Ewy Fornalik na Łaciarskiej dzieliło ich tylko sto metrów.
Kiedy szli ramię w ramię, Joanna oczywiście nie odmówiła sobie papierosa. Do tego cały czas ziewała.
-?Ty dzisiaj w ogóle spałaś? -?zapytał trochę złośliwie.
-?Nie bardzo -?odrzekła, znowu ziewając i zasłaniając usta dłonią.
-?Może to przez te fajki nie możesz spać?
-?Odgrywasz się teraz za te moje przekleństwa po drodze?
-?Trochę -?przyznał.
-?Dobra, mnie to wcale nie rusza.
Chciał jeszcze powiedzieć coś złośliwego o jej ubłoconych podeszwach, ale przypomniał sobie, że padało do majówki i dzisiaj po raz pierwszy zza chmur wyjrzało słońce. Pewnie weszła gdzieś w błoto na parkingu.
Ewa Fornalik wyglądała, jakby dopiero co wyszła spod prysznica. Była boso, ubrana w czerwony szlafrok, z mokrymi ciemnymi włosami do ramion zaczesanymi do góry. Była bardzo ładna. Marek miał przez chwilę problem z utrzymaniem koncentracji, kiedy usiadła naprzeciw nich w fotelu i założyła nogę na nogę, odsłaniając zgrabne uda i ładne stopy. Widział po Joannie, że jej się nie spodobało takie swobodne zachowanie kobiety. Nic jednak nie powiedziała, jedynie zacisnęła szczęki.
-?To pani zgłosiła zaginięcie Marzanny Witkowskiej -?zaczął Marek.
-?Tak -?potwierdziła szybko Fornalik, lekko zaniepokojona -?Czy już wiecie, co się z nią stało?
-?Niestety nie żyje -?odpowiedział twardo Rosiński. -?Została zamordowana.
-?Poznaje ją pani? -?Joanna nie dała jej przetrawić tej informacji, natychmiast pokazując zdjęcie denatki ze stołu sekcyjnego.
Dla Fornalik to był szok. W jednej chwili uleciała z niej cała pewność siebie i trochę prowokacyjne zachowanie. Nagle się skurczyła, zacisnęła kolana, szczelniej otuliła się szlafrokiem i zbladła jak papier. Zaczęła jej drgać dolna warga, za moment po policzkach potoczyły się dwie wielkie łzy. Pokiwała głową, nie mogąc wykrztusić ani słowa.
Marek zerknął na koleżankę. Z jej kamiennej twarzy nic nie dało się wyczytać. Mogła to zrobić subtelniej, ale Aśka już taka była, czasem waliła prosto z mostu i zazwyczaj robiła to wtedy, gdy ktoś jej się ewidentnie nie podobał. Tak jak Ewa Fornalik teraz. Z jakiegoś powodu policjantka uprzedziła się do kobiety w sekundę. Może chodziło o jej zachowanie?
Mimo wszystko Borowiec dała kobiecie dłuższą chwilę na oswojenie się z tą informacją i na opanowanie łez. Marek postanowił przejąć inicjatywę i zaczął powoli:
-?Długo pani znała Marzannę Witkowską?
Fornalik pokiwała głową, nadal nie mogąc wykrztusić słowa.
-?A konkretniej?
-?Dwa lata -?padła cicha odpowiedź. -?Mniej więcej.
-?Jak się poznałyście?
Kobieta sięgnęła na stolik przy jej fotelu po chusteczki i zanim odpowiedziała, wytarła oczy i wysiąkała nos.
-?Marzanna zaczęła pracę w Żądzy, ja już tam pracowałam, szukała mieszkania, a to mieszkanie jest dla mnie za duże i za drogie. Jakoś tak przypadła mi do gustu, więc jej zaproponowałam jeden pokój.
-?Czy kogoś miała? Chłopaka, narzeczonego?
-?Nie.
-?Spotykała się z kimś?
Ewa Fornalik nagle poruszyła się niespokojnie.
-?Czyli jednak ktoś był -?drążył Marek.
-?Nie do końca... -?Zawahała się.
-?Posłuchaj mnie -?odezwała się policjantka twardym głosem. -?Nawet nie próbuj kręcić. My wiemy, co się dzieje w waszym klubie po oficjalnym zamknięciu. Czy Witkowska brała pieniądze za seks?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki