Córka dawcy nasienia. Jak poznałam 35 swoich braci i sióstr - Chrysta Bilton

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Ktoś puka.

- Chry­sto, to do cie­bie! - krzy­czy z kuchni mój mąż, nawet nie spoj­rzaw­szy, kto to. Od samego rana zja­wiają się na mojej weran­dzie kom­plet­nie obcy ludzie z baga­żami i ramio­nami wycią­gnię­tymi, by przy­tu­lić mnie, swoją star­szą sio­strę.

Scho­dzę na dół, by powi­tać kolejną osobę. Pierw­sza oka­zała się zaska­ku­jąco cie­pła, życz­liwa i sym­pa­tyczna. Druga też. "Jaka będzie ta? - zasta­na­wia­łam się. - Podobna do niego?". Otwie­ram drzwi, uśmie­cha­jąc się tak pro­mien­nie, jak tylko potra­fię. Po dość krę­pu­ją­cym uści­sku przed­sta­wiam się.

- Jestem Chry­sta - mówię, z całych sił sta­ra­jąc się roz­luź­nić atmos­ferę.

- A ja Grace - odpo­wiada sto­jąca przede mną kobieta. Bacz­nie obser­wuję wyraz jej oczu i lekko spe­szona śmieję się na widok naszego nie­sa­mo­wi­tego fizycz­nego podo­bień­stwa.

- Reszta rodzeń­stwa jest na tyłach - rzu­cam, bio­rąc od Grace torbę, i zapra­szam ją do środka.

Kiedy dość nie­śmiało prze­stę­puje próg, sły­szę w oddali ude­rza­jąco zna­jomy, gło­śny ryk. To mój wła­sny śmiech, w któ­rym pobrzmie­wają nawet cha­rak­te­ry­styczne gar­dłowe sap­nię­cia. Wra­cam do moich gości, by spraw­dzić, które z tuzina rodzeń­stwa wydaje ten dźwięk - mój dźwięk! - i zastaję wszyst­kich przy­by­łych sto­ją­cych w kółku i usta­wia­ją­cych do zdję­cia palce u stóp: ktoś zwró­cił uwagę, że są iden­tyczne. Zdej­muję san­dał, uzu­peł­niam krąg wła­sną prawą stopą i rze­czy­wi­ście oka­zuje się, że mój paluch zna­lazł tuzin sobo­wtó­rów.

Odkry­wam, że jest mię­dzy nami wiele fizycz­nych podo­bieństw - mamy taki sam dołe­czek w lewym policzku, takie same wydatne brwi, takie same musku­larne przed­ra­miona. Łączą nas także pewne dzi­waczne cechy oso­bo­wo­ści, jak choćby cią­gle nie­obecne spoj­rze­nie, które wywo­łuje w naszych zna­jo­mych wra­że­nie, że nie obcho­dzi nas to, co mają do powie­dze­nia, choć to nie­prawda - po pro­stu nic nie możemy pora­dzić na to, że cią­gle cho­dzimy z głową w chmu­rach. Ani na to, że każde urzą­dze­nie, z któ­rego korzy­stamy, wiecz­nie ma 1% bate­rii.

Potem sły­szę kolejny ryczący śmiech nio­sący się po domu.

I kolejne puka­nie do drzwi.

- To do cie­bie, Chry­sto!

Tym razem jed­nak, kiedy poko­naw­szy salon sza­lo­nym bie­giem, otwie­ram drzwi, roz­po­znaję osobę, która za nimi stoi.

- Wszy­scy są strasz­nie kochani, Kait - mówię w nadziei, że to roz­wieje jej obawy. - Wejdź, pozna­cie się.

- To obcy ludzie, Chry­sto - odpo­wiada moja sio­stra. W jej oczach widać panikę, którą stara się ukryć za zdy­stan­so­wa­nym spoj­rze­niem. - Fakt, że jeste­śmy bio­lo­gicz­nie spo­krew­nieni, nie spra­wia, że są naszą rodziną. - Spo­gląda przez hol w stronę podwórka z tyłu domu, gdzie ktoś z naszego rodzeń­stwa wła­śnie bawi się z moim led­wie sta­wia­ją­cym pierw­sze kroki dziec­kiem. Pochy­la­jąc się ku mnie, Kaitlyn zasta­na­wia się: - Skąd wiesz, że ktoś z nich ci cze­goś nie ukrad­nie?

Patrzę na jej poiry­to­waną twarz i nie mogę powstrzy­mać śmie­chu na myśl o absur­dal­no­ści sytu­acji, w jakiej się zna­la­zły­śmy.

- Kait - mówię, usi­łu­jąc zacho­wać powagę. - Jeśli naj­gor­szą rze­czą, jaka zda­rzy się w ten week­end, będzie to, że któ­reś z rodzeń­stwa, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie widzia­ły­śmy na oczy, ukrad­nie coś z mojego domu, uznam to za spek­ta­ku­larny suk­ces.

Kaitlyn nie uważa tego za zabawne.

- Powie­dzia­łam o tym mojej tera­peutce - oznaj­mia, spo­glą­da­jąc na swój bagaż. - Zgo­dziła się ze mną: to bar­dzo dziwne.

Milk­nie na moment; naj­wy­raź­niej rów­nież usły­szała "nasz" śmiech.

- Jacy są? Podobni do nas?

- Bar­dzo.

- Gdzie mama? - pyta, wciąż jedną stopą za pro­giem.

Ten zjazd to naj­gor­szy kosz­mar mojej matki. O ist­nie­niu naszego rodzeń­stwa - mogą­cego liczyć od kil­ku­dzie­się­ciu do kil­ku­set osób - wie­dzia­ły­śmy już od ponad dekady: od dnia, w któ­rym na pierw­szej stro­nie "New York Timesa" uka­zał się tam­ten szo­ku­jący arty­kuł. Od tam­tej pory moja matka, zamiast przy­znać, że jest w pew­nym stop­niu odpo­wie­dzialna za tę sytu­ację, radziła sobie z nią poprzez uda­wa­nie, że ta się ni­gdy nie zda­rzyła.

Dawka rze­czy­wi­sto­ści, jaką pocią­gała za sobą moja decy­zja o zapro­sze­niu do domu rodzeń­stwa, była tak duża, że gro­ziła roz­wia­niem wszel­kich złu­dzeń doty­czą­cych naszej rodziny, które żywiła matka. Kiedy powie­dzia­łam jej o swo­ich pla­nach, nie była zado­wo­lona.

Biorę głę­boki wdech i wyglą­dam na ulicę: gra­na­towy prius mojej matki wyjeż­dża wła­śnie zza rogu, skręca i par­kuje pod kątem; tył auta wystaje dobry metr za kra­węż­nik. Z tą samą mie­sza­niną miło­ści i nie­po­koju, którą matka czę­sto wywo­łuje u innych, obser­wuję, jak wysiada z samo­chodu; jej twarz jest czer­wona od pła­czu. Otwiera tylne drzwi i wyciąga swo­jego tłu­stego towa­rzy­sza, krót­ko­no­giego mie­szańca pekiń­czyka z beaglem, któ­rego lęk przed stra­ce­niem z oczu swo­jej pani dorów­nuje lękowi sepa­ra­cyj­nemu matki, gdy oddala się ode mnie i Kaitlyn.

Jak zwy­kle od stóp do głów ubrana jest w różne odcie­nie poma­rań­czu, pasu­jące do jej poma­rań­czo­wego miesz­ka­nia i poma­rań­czo­wego psa, Gra­cie. Nosze­nie się na poma­rań­czowo jest jed­nym z licz­nych zwy­cza­jów, które zostały jej z życia krze­wi­cielki wielu newage'owych reli­gii - i kilku sekt - kwit­ną­cych w Los Ange­les w latach sześć­dzie­sią­tych, sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych ubie­głego wieku.

- Cześć, mamo - witam ją z cie­płym uśmie­chem, mając nadzieję, że uda mi się roz­ła­do­wać nieco napię­cie, po pro­stu je igno­ru­jąc.

Zbliża się i kiedy uchy­lam sze­rzej drzwi, wybu­cha pła­czem.

- Zanim tu przy­je­cha­łam, przez godzinę pła­ka­łam na pobo­czu - wyja­śnia.

Stoję spo­koj­nie, cicha i opa­no­wana.

Gorącz­kowo wodzi oczami to tu, to tam, cze­ka­jąc na moją reak­cję, być może w nadziei, że uda jej się wymu­sić na mnie zmianę pla­nów. Demon­stra­cyj­nie zapra­szam ją do środka: chcę dać jej do zro­zu­mie­nia, że nie jest w sta­nie zro­bić nic, by mnie powstrzy­mać.

- To jest zły pomysł, Chry­sto - ostrzega mnie i wcho­dzi do domu. Dra­ma­ty­zo­wa­nie gwał­tow­nie ustę­puje miej­sca furii. - Naprawdę zły pomysł.

Polowanie na faceta

Miałam trzy lata, gdy mama zapo­cząt­ko­wała rodzinną tra­dy­cję zwaną "pudeł­kiem zło­tych wspo­mnień". Co roku pod koniec grud­nia, gdy cho­inka wciąż jesz­cze skrzyła się w rogu salonu, a ja nie widzia­łam świata poza nowymi eks­cy­tu­ją­cymi zabaw­kami, które przy­niósł mi Święty Miko­łaj - a zawsze przy­no­sił ich mnó­stwo, nie­za­leż­nie od tego, czy pie­nią­dze wydane na nie lepiej byłoby prze­zna­czyć na czynsz - mama pusz­czała Nata Kinga Cole'a i uro­czy­ście krą­żyła po domu, zbie­ra­jąc skarby z ostat­nich dwu­na­stu mie­sięcy. Pie­czo­ło­wi­cie gro­ma­dziła moje naj­pięk­niej­sze rysunki, zbie­rane w trak­cie naszych spa­ce­rów kamyki i muszelki oraz setki zdjęć, na któ­rych doku­men­to­wała każdy mój krok, po czym wkła­dała je do wiel­kiego pudła. Następ­nie brała dłu­go­pis i swoim olbrzy­mim, zama­szy­stym pismem pod­pi­sy­wała je "Pudełko zło­tych wspo­mnień Chry­sty", dopi­sy­wała rok i dory­so­wy­wała kilka wymyśl­nych gwiaz­dek i serc. Kiedy pół­tora roku póź­niej na świat przy­szła moja sio­stra Kaitlyn, razem z nią poja­wiło się dru­gie pudło. Z cza­sem ich zawar­tość sta­wała się coraz bar­dziej cha­otyczna, nie­które lata pomi­ja­ły­śmy i zwy­czaj stop­niowo zani­kał.

Od czasu do czasu, w losowe sobot­nie popo­łu­dnie, matka pro­po­no­wała, byśmy wybrały się "na wycieczkę ścież­kami pamięci", i wycią­gała spod łóżka losowe pudełko. Któ­re­goś z takich dni, kilka mie­sięcy po tym, jak dowie­dzia­ły­śmy się o ist­nie­niu naszej roz­le­głej bio­lo­gicz­nej rodziny, prze­ko­py­wa­ły­śmy się przez pudło opi­sane jako "Chry­sta 1993. Sie­dząc po turecku na pod­ło­dze, nagle zda­łam sobie sprawę z cze­goś, czego nie zauwa­ży­łam pod­czas żad­nej z wcze­śniej­szych podróży sen­ty­men­tal­nych: coś w moim dzie­ciń­stwie się nie zga­dzało. Prze­glą­da­jąc dzie­siątki zdjęć przed­sta­wia­ją­cych mnie i mojego ojca - przy­tu­la­ją­cego mnie na przy­ję­ciu z oka­zji moich dzie­wią­tych uro­dzin, brzdą­ka­ją­cego na sta­rej gita­rze aku­stycz­nej ze mną na kola­nach, uda­ją­cego "łaskot­ko­wego potwora" gonią­cego mnie i Kaitlyn po domu - uświa­do­mi­łam sobie, że nie jestem w sta­nie przy­wo­łać z pamięci żad­nych zwią­za­nych z nim wspo­mnień z tam­tego okresu. Żadna foto­gra­fia nie wią­zała się nawet z ich cie­niem. Patrząc na moje życie, czu­łam się w nim obco. Pomy­śla­łam: "Jak to, prze­cież on musiał tam być". Ale nie mogłam przy­po­mnieć sobie ani jed­nej jego wizyty z 1993 roku.

Prze­trzą­sa­jąc resztę zawar­to­ści pudła, natknę­łam się na opra­wioną w ramkę pro­fe­sjo­nalną foto­gra­fię mniej wię­cej for­matu A4, przed­sta­wia­jącą dwa liski tulące się do sie­bie w śniegu. Tam­tego roku mia­łam trwa­jącą wiele mie­sięcy obse­sję na punk­cie tego zwie­rzę­cia i kiedy zoba­czy­łam zdję­cie, natych­miast zalała mnie fala rado­ści, taka sama jak ta, którą poczu­łam, gdy odpa­ko­wa­łam ten pre­zent. Odwró­ci­łam ramkę. Z tyłu wid­niała wypi­sana mar­ke­rem dedy­ka­cja. Wiel­kie, okrą­głe litery mojej matki ukła­dały się w zda­nie: "Naszemu misiacz­kowi, Chry­ście, kocha­jąca mama i"... Koniec. Nie mogłam przy­po­mnieć sobie żad­nej z uchwy­co­nych na foto­gra­fiach chwil spę­dza­nych z ojcem, pamię­ta­łam jed­nak każdy naj­mniej­szy szcze­gół doty­czący kobiety, któ­rej imię było teraz zakryte bia­łym korek­to­rem, byle jak nało­żo­nym przez moją matkę. (Piszę "byle jak", bo wystar­czyło dobrze się przyj­rzeć, by wciąż je doj­rzeć).

Sie­dząc na pod­ło­dze i gapiąc się rów­no­cze­śnie na zdję­cia ojca z cza­sów, z któ­rymi nie wią­zały się żadne wspo­mnie­nia, i na celowo usu­nięte imię osoby, któ­rej obec­ność wciąż, po tych wszyst­kich latach, wiele dla mnie zna­czyła, dotarło do mnie, że to wcale nie były pudełka wspo­mnień, tylko ści­śle ocen­zu­ro­wana wer­sja mojego życia: taka, jaką mia­łam zapa­mię­tać. W pudłach nie było worecz­ków po koka­inie, powia­do­mień o eks­mi­sjach ani foto­gra­fii ojca z okresu, kiedy miesz­kał w zde­ze­lo­wa­nej przy­cze­pie w Pico i stra­cił więk­szość zębów. Nie było też śladu po zła­ma­nych ser­cach, które matka zosta­wiała za sobą, wymie­nia­jąc jedną dziew­czynę na kolejną, by prze­trwać i zapew­nić nam byt. Ani jed­nego por­tretu któ­re­goś z naszych psich czy kocich towa­rzy­szy dzie­ciń­stwa, któ­rych kocha­ły­śmy i któ­rzy jechali "na farmę", gdy musia­ły­śmy się prze­pro­wa­dzić do domu kolej­nej z przy­ja­ció­łek matki, by sta­nąć na nogi. Póź­niej dowie­dzia­łam się, skąd wzięły się liczne zdję­cia ojca, na któ­rych wyglą­dał na przy­stoj­nego i ogar­nię­tego męż­czy­znę: matka pła­ciła mu, żeby do nich pozo­wał. Kil­ka­na­ście razy w roku dopro­wa­dzała go do porządku, zmu­szała do kąpieli, może nawet wysy­łała do den­ty­sty, po czym kazała mu wkra­czać na scenę naszego życia. On grał swoje solo na gita­rze, a ona zapeł­niała jedną rolkę filmu za drugą w nadziei, że uda się jej zastą­pić wszel­kie pozo­sta­ło­ści naszych bole­snych wspo­mnień malow­ni­czym kłam­stwem. Stan­dar­dową stawką za te godne Oskara popisy był sze­lesz­czący dwu­dzie­sto­do­la­rowy bank­not.

Gdy wpa­try­wa­łam się w przy­kryte bia­łym korek­to­rem imię Sable, nagle przy­tło­czyły mnie fala nie­uświa­do­mio­nego dotąd żalu i lawina pytań o to, co się z nią naprawdę stało i czy kie­dyś za mną tęsk­niła. Zda­łam sobie sprawę, że w opo­wie­ściach matki nie znajdę całej - praw­do­po­dob­nie bole­snej - prawdy o swoim życiu. Zaczę­łam więc doko­py­wać się do szcze­gó­łów, które pomi­jała. Na moje szczę­ście od czasu do czasu - być może przez zwy­czajne wyczer­pa­nie koniecz­no­ścią trzy­ma­nia się jed­no­cze­śnie tak wielu "baje­czek", jak z czu­ło­ścią matka nazy­wała swoje nagi­na­nie prawdy - pozwa­lała sobie na chwi­lowy przy­pływ szcze­ro­ści. W takich momen­tach prawda wyle­wała się z niej jak mar­tini z prze­peł­nio­nego kie­liszka. Chwy­ta­łam te infor­ma­cje jak krnąbrny dzie­ciak, który wska­kuje w dziury w chod­niku, zamiast je omi­jać, i zada­wa­łam jak naj­wię­cej pytań - wie­dzia­łam, że roz­mowa potrwa naj­wy­żej kilka minut, po czym matka gwał­tow­nie zaprze­czy każ­demu dro­bia­zgowi, który spra­wiał jej ból.

- Opo­wiedz mi jesz­cze raz, jak pozna­łaś tatę. - Zada­wa­łam jej to pyta­nie tysiące razy i za każ­dym razem zupeł­nym przy­pad­kiem i pomimo jej usil­nych sta­rań dowia­dy­wa­łam się cze­goś nowego.

Histo­ria mojego przyj­ścia na świat nie roz­po­czyna się w sypialni, w barze ani na plaży, gdzie dwójka zako­cha­nych trzyma się za ręce, patrzy sobie głę­boko w oczy na tle różo­wie­ją­cego nieba i wyznaje sobie uczu­cie. Bie­rze ona począ­tek w znacz­nie mniej typo­wym miej­scu: w salo­nie fry­zjer­skim Micha­el­john's na rogu Cam­den i Bri­gh­ton Way w Beverly Hills.

W roku 1983, na kilka cykli przed moim poczę­ciem, moja matka Debra była tuż po trzy­dzie­stce. W ciągu ostat­nich pięt­na­stu lat z wolna prze­mi­jało lato miło­ści, któ­rego mogłaby być sym­bo­lem, ustę­pu­jąc dra­pa­czom chmur, Wall Street i począt­kom zim­nej wojny (tu spe­cjalne podzię­ko­wa­nia należą się urzę­du­ją­cemu wów­czas pre­zy­den­towi Ronal­dowi Reaga­nowi, któ­rego Debra, zatwar­działa demo­kratka, pomimo jego sym­pa­tii poli­tycz­nych uwa­żała za "uro­czego").

Choć z geo­po­li­tycz­nego punktu widze­nia losy świata wisiały na wło­sku, Debra uwa­żała, że żyje w wyjąt­kowo eks­cy­tu­ją­cych cza­sach. Thril­ler Micha­ela Jack­sona sztur­mem zdo­by­wał listy prze­bo­jów - ta oznaka zmian zacho­dzą­cych w spo­łe­czeń­stwie była dla niej tym bar­dziej przej­mu­jąca, że wła­śnie sza­leń­czo zako­chała się w uta­len­to­wa­nej, dwa­dzie­ścia lat od niej star­szej, czar­no­skó­rej pio­sen­karce i aktorce Ann Weldon, w skró­cie Annie. Pod wpły­wem impulsu posta­no­wiła roz­po­cząć zupeł­nie nową karierę i zostać mene­dżerką muzyczną swo­jej part­nerki (mimo że nie miała żad­nego doświad­cze­nia w prze­my­śle muzycz­nym ani bla­dego poję­cia, z czym wiąże się ta praca). Prze­ży­wała gorący romans z Annie, jed­no­cze­śnie zała­twia­jąc jej kon­certy, w tym występ przed Jane Fondą w hol­ly­wo­odz­kim Para­mo­unt Stu­dios czy rolę sup­portu Dizzy'ego Gil­le­spie pod­czas jego tournée po pary­skich klu­bach.

Poza byciem szczę­śli­wie zako­chaną i zmie­nia­niem hete­ro­sek­su­al­nych kobiet w bisek­su­alistki (ulu­biony sport mojej matki) Debra cie­szyła się nowym życiem, poda­ro­wa­nym jej przez pro­gram Ano­ni­mo­wych Alko­ho­li­ków, który odkryła przy oka­zji wycią­ga­nia swo­jej młod­szej sio­stry Diane z uza­leż­nie­nia od hero­iny. Zanim natknęła się na AA, Debra robiła wszystko, co mogła, by Diane była czy­sta. Nie­raz waliła w drzwi jej sypialni, bła­ga­jąc, by stam­tąd wyszła.

- Cicho! Uczę się, by zostać reży­serką! - odwrza­ski­wała Diane, wkłu­wa­jąc się igłą w ramię i odpły­wa­jąc przy powtór­kach Kocham Lucy.

Któ­re­goś popo­łu­dnia Debra zadzwo­niła po pomoc na poli­cję, ale powie­dziano jej, że przy­jadą tylko wtedy, gdy Diane "będzie sta­no­wiła zagro­że­nie dla sie­bie lub innych" - a uza­leż­nie­nia od hero­iny za takie nie uzna­wano. Debra pod­ło­żyła więc Diane pisto­let i ponow­nie wykrę­ciła numer alar­mowy.

- Ona ma broń! Wła­śnie zagro­ziła, że mnie zabije! - krzyk­nęła do dyżur­nego.

W wię­zie­niu posta­wiono wście­kłą na sio­strę Diane przed wybo­rem: mogła spę­dzić mie­siąc za kra­tami albo zapi­sać się na pół­roczny pro­gram odwy­kowy. Zde­cy­do­wała się na to dru­gie i roz­po­częła pro­ces wycho­dze­nia z nałogu w ośrodku Impact w Pasa­de­nie.

Kiedy Diane była na odwyku, Debra napi­sała do niej list, prze­ry­wa­jąc w poło­wie zda­nia - zupeł­nie jakby naprawdę roz­ma­wiały - sło­wami: "Zacze­kaj chwilę, wezmę sobie tro­chę soku mar­chew­ko­wego". Poszła wtedy do kuchni i wcią­gnęła kre­skę koka­iny. W tym momen­cie, który póź­niej będzie nazy­wać "potęż­nym prze­bły­skiem olśnie­nia", zdała sobie sprawę, że sama też jest uza­leż­niona, tylko dotąd wypie­rała ten fakt. Będąc świad­ki­nią cudow­nych prze­mian, jakie zaszły w życiu Diane po odwyku, Debra rów­nież zaczęła uczęsz­czać na spo­tka­nia AA, zde­ter­mi­no­wana, by - po tym jak spę­dziła więk­szość dru­giej i trze­ciej dekady życia na upa­ja­niu się wszyst­kimi nar­ko­ty­kami, reli­giami i eks­pe­ry­men­tami sek­su­al­nymi popu­lar­nymi w latach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych - w końcu wytrzeź­wieć.

Matka zawsze była hedo­nistką, pra­gnącą przedaw­ko­wać wszystko, zwłasz­cza życie. Kiedy Bitelsi medy­to­wali w aśra­mie Maha­ri­shi w Indiach, Debra była z nimi. Gdy Bha­gwan Raj­ne­esh, póź­niej znany jako Osho, potrze­bo­wał wizy, by kon­ty­nu­ować dzia­łal­ność swo­jej newage'owej sekty w Ore­go­nie, to Debrę popro­szono o uru­cho­mie­nie poli­tycz­nych konek­sji. Kiedy w trak­cie kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej McGo­verna i krę­ce­nia Szam­ponu War­ren Beatty miesz­kał w pen­tho­usie w hotelu Beverly Wil­shire, Debra wyna­jęła apar­ta­ment obok - to tam napi­sała swoją pracę dyplo­mową na UCLA na temat komu­ni­zmu, w mię­dzy­cza­sie uwo­dząc kobiety razem z War­renem. Za swo­jego pierw­szego poważ­nego faceta uwa­żała Jeffa Brid­gesa, a wśród wielu jej zna­nych, nie­ujaw­nia­ją­cych swo­jej orien­ta­cji przy­ja­ció­łek była mię­dzy innymi Eva Gabor. Męż­czyźni kochali Debrę, kobiety kochały Debrę, a Debra kochała przy­gody.

Była ude­rza­jąco piękna. Miała gęste blond włosy, wyso­kie kości policz­kowe i mocne, atrak­cyjne rysy, zmięk­czone nieco dzie­cięcą nie­win­no­ścią i figlar­no­ścią bijącą z głę­bo­kiego wej­rze­nia jej brą­zo­wych oczu. Była bar­dzo kobieca, co czę­sto myliło uga­nia­ją­cych się za nią bez powo­dze­nia męż­czyzn. Jej dłu­gie, ide­al­nie poma­lo­wane na czer­wono paznok­cie zawsze paso­wały odcie­niem do jaskra­wo­czer­wo­nych ust. Na małym palcu pra­wej dłoni nosiła zabyt­kowy pier­ścio­nek z kora­lem z osiem­na­sto­ka­ra­to­wego złota, który spra­wiał, że wyglą­dała jak egip­ska księż­niczka - uwiel­biała go, bo przy­wo­dził jej na myśl ocean. Miała także olbrzy­mie piersi, które zwy­kle, ponie­waż nie zno­siła żad­nych ogra­ni­czeń, błą­kały się swo­bodne pod deli­katną bluzką. Ale nie cho­dziło tylko o wygląd - wszyst­kich, któ­rzy się z nią zetknęli, osza­ła­miały jej zaraź­liwa radość życia i nie­za­chwiana pew­ność sie­bie. Gdy prze­sta­wali być dla niej eks­cy­tu­jący, zosta­wiała ich ze zła­ma­nym ser­cem, sama zaś wyru­szała na poszu­ki­wa­nie kolej­nej nowej, lśnią­cej zabawki, która być może cze­kała na nią tuż za rogiem. Teraz, kiedy była trzeźwa i skoń­czyła z impre­zami, zapra­gnęła zaznać kolej­nej przy­gody - macie­rzyń­stwa. Marzyła o dziecku bar­dziej niż o czym­kol­wiek na świe­cie.

Pro­blem pole­gał na tym, że Debra była les­bijką. Był począ­tek lat osiem­dzie­sią­tych i nie znała ani jed­nej homo­sek­su­al­nej osoby, która zało­ży­łaby rodzinę. Nie robiły tego nawet samotne hete­ro­sek­su­alne kobiety - przy­naj­mniej nie celowo. Ame­ry­kań­ski sen wciąż kur­czowo trzy­mał się prze­ko­na­nia, że zdrowe dziecko można wycho­wać jedy­nie na łonie tra­dy­cyj­nej rodziny, skła­da­ją­cej się z ojca, matki i dwóch i pół dziecka. Już samo to, że Debra, dora­sta­jąca w latach pięć­dzie­sią­tych w nale­żą­cej do wyż­szych sfer rodzi­nie - jako uwiel­biana wnuczka byłego guber­na­tora Kali­for­nii Cul­berta Levy'ego Olsona i córka wpły­wo­wego sędziego z Los Ange­les - przy­znała przed sobą i wybraną grupą zaufa­nych przy­ja­ciół, że woli kobiety, sta­jąc się w ten spo­sób w pew­nej mie­rze jaw­nie homo­sek­su­alna, było rewo­lu­cyjne.

Nie ist­niał żaden pod­ręcz­nik, z któ­rego mogłaby sko­rzy­stać. Nie miała żad­nych otwar­cie homo­sek­su­al­nych ikon czy wzo­rów do naśla­do­wa­nia. Żad­nego banku nasie­nia, który roz­da­wałby jed­no­pł­cio­wym parom bro­szury infor­mu­jące o alter­na­tyw­nych ścież­kach pro­wa­dzą­cych do rodzi­ciel­stwa. W tele­wi­zji nie pusz­czano Współ­cze­snej rodziny, Ellen czy Willa i Grace. Hol­ly­wood z reguły nie ofe­ro­wało zbyt wielu wąt­ków doty­czą­cych homo­sek­su­ali­zmu; nie­liczne postaci gejów i les­bi­jek, które poja­wiały się w fil­mach i książ­kach, czę­sto umie­rały lub spo­ty­kał je inny nie­szczę­śliwy koniec. Epi­de­mia AIDS, ochrzczona przez popu­lar­nego tele­wi­zyj­nego tele­ewan­ge­li­stę Jerry'ego Fal­wella "gejow­ską zarazą", osią­gała wła­śnie swoje apo­geum. Atmos­fera, z którą musieli się mie­rzyć geje i les­bijki we wcze­snych latach osiem­dzie­sią­tych, nawet w libe­ral­nym Los Ange­les nie była po pro­stu nie­kom­for­towa - była wręcz wroga.

Debra myślała o dziecku, po czym włą­czała tele­wi­zję albo radio i dosta­wała skur­czy żołądka, słu­cha­jąc, jak znane osoby, takie jak Fal­well czy pio­sen­karka i anty­ge­jow­ska akty­wistka Anita Bry­ant, gło­szą tezy w stylu: "Pamię­taj­cie, homo­sek­su­ali­ści się nie roz­mna­żają! Oni rekru­tują! I wielu z nich czyha na moje i wasze dzieci".

Debra oba­wiała się, że dziecko samot­nej matki les­bijki będzie miało nie­sły­cha­nie trudne życie. Poza tym była star­sza niż więk­szość matek, które znała, i zda­wała sobie sprawę, że zegar bio­lo­giczny nie daje jej wiele czasu, zwłasz­cza gdyby zechciała mieć wię­cej niż jedno dziecko. Kiedy więc to olbrzy­mie, naglące pra­gnie­nie potomka ogar­nęło ją po raz pierw­szy, cztery lata przed tam­tym brze­mien­nym w skutki spo­tka­niem w zakła­dzie fry­zjer­skim, zro­biła to, co na jej miej­scu zro­biłaby każda logicz­nie myśląca osoba: posta­no­wiła zostać hetero. Roz­wią­za­nie to nie było ide­alne, ale było wyko­nalne - taką przy­naj­mniej miała nadzieję.

Poznała nawet męż­czy­znę dosko­nale pasu­ją­cego do tego planu: Sola Westa III, przy­stoj­nego dzie­dzica naf­to­wej for­tuny. Sol pocho­dził z San Anto­nio i chciał kupić sobie posia­dłość w Los Ange­les. Debra, która w tam­tym okre­sie z powo­dze­niem roz­wi­jała karierę agentki nie­ru­cho­mo­ści, została jego pośred­niczką. Kiedy roz­sia­dali się we dwoje na tyl­nym sie­dze­niu jego limu­zyny i sunęli fali­stymi wzgó­rzami Bel Air od jed­nego domu poka­zo­wego do dru­giego, Debra ocza­ro­wy­wała go uryw­kami swo­jego życia: opo­wia­dała o nocy spę­dzo­nej na egip­skim Sfink­sie albo o tym, jak wpro­wa­dziła Tinę Tur­ner w taj­niki bud­dy­zmu. Jej opo­wie­ści były nie­sa­mo­wite - i chciało się brać je za dobrą monetę - ale cza­sem odpły­wała tak daleko, że potrzeba było praw­dzi­wego aktu wiary, by jej zaufać. Mimo tego twarde, dzi­kie, repu­bli­kań­skie serce Sola zabiło moc­niej dla tej sza­lo­nej blond demo­kratki z Beverly Hills, opro­wa­dza­ją­cej go po coraz to nowych posia­dło­ściach. Był nią tak urze­czony, że po pierw­szej randce wysłał jej dwa tuziny czer­wo­nych róż, a następ­nie kupił trzeci dom, który mu poka­zała, od ręki, zanim jesz­cze zeszli z pod­jazdu.

Kiedy sfi­na­li­zo­wano trans­ak­cję, Debra wrę­czyła Solowi klu­cze do jego nowego kró­le­stwa, a on odwdzię­czył się jej, pro­po­nu­jąc, by z nim zamiesz­kała. Miała do dys­po­zy­cji wła­sne skrzy­dło, wypeł­nione ubra­niami od pro­jek­tan­tów i futrami, oraz nie­ogra­ni­czone konto na wła­sne wydatki. Cho­dziła nawet na coty­go­dniowe sesje tera­peu­tyczne, by "stać się hetero". Choć ni­gdy się jej to nie udało, z cza­sem Debra nauczyła się na swój spo­sób kochać Sola. Podob­nie jak ona dora­stał w głę­boko dys­funk­cyj­nej rodzi­nie. (Po tym jak star­szy brat Sola umarł w wyniku przedaw­ko­wa­nia hero­iny, jego rów­nież uza­leż­niona szwa­gierka zastrze­gła w testa­men­cie, że Sol odzie­dzi­czy for­tunę brata tylko pod warun­kiem, że pochowa ją ubraną w jej ulu­bioną błę­kitną koszulę nocną w jej ulu­bio­nym nie­bie­skim Fer­rari 330 Ame­rica. Kiedy w końcu przedaw­ko­wała i jej ostat­nią wolę upu­blicz­niono, Sol pró­bo­wał wal­czyć z tymi zapi­sami w sądzie, ale osta­tecz­nie prze­grał sprawę. To był naj­słyn­niej­szy pogrzeb w histo­rii San Anto­nio).

Dla Debry waż­niej­sze niż miłość było poczu­cie, że jej rodzice, choć nie żyli, byliby dumni, widząc ją u boku Sola. Jego mają­tek i dobre maniery - nie wspo­mi­na­jąc już o płci - były wszyst­kim, czego życzyłby sobie jej ojciec. Uwa­żała także, że Sol byłby tro­skli­wym tatą. I tak kilka mie­sięcy po prze­pro­wadzce Debrze udało się go prze­ko­nać, że powinni spró­bo­wać zajść w ciążę. Sta­rali się dwa lata. Co mie­siąc w trak­cie owu­la­cji kochali się, po czym Debra kła­dła się na łóżku w pozy­cji jogi z unie­sio­nymi nogami opar­tymi o ścianę, żeby upew­nić się, że doszło do zapłod­nie­nia, pod­czas gdy Sol leżał obok niej, oglą­da­jąc w tele­wi­zji wia­do­mo­ści eko­no­miczne. Kilka tygo­dni póź­niej z nie­do­wie­rza­niem spo­glą­dała na nega­tywny wynik testu cią­żo­wego. W końcu razem z Solem odwie­dzili spe­cja­li­stę, dok­tora Cappy'ego Roth­mana, który pro­wa­dził w Cen­tury City nowo otwartą kli­nikę lecze­nia nie­płod­no­ści zwaną Cali­for­nia Cry­obank.

Pod­czas tej wizyty ku swo­jemu wiel­kiemu zasko­cze­niu Debra dowie­działa się, że pro­blem leży po stro­nie Sola. Cappy wyja­śnił im, że naj­praw­do­po­dob­niej w wyniku prze­sia­dy­wa­nia w popu­lar­nych w latach sie­dem­dzie­sią­tych jacuzzi z wodą o tem­pe­ra­tu­rze się­ga­ją­cej czter­dzie­stu pię­ciu stopni Sol naba­wił się żyla­ków powrózka nasien­nego, przez co w jego sper­mie nie było wystar­cza­ją­cej liczby plem­ni­ków.

- To czę­sta przy­pa­dłość - zapew­nił Cappy. - Na szczę­ście wystar­czy pro­sty zabieg.

W kolej­nych mie­sią­cach Sol uni­kał usta­le­nia daty ope­ra­cji. Debra nie prze­sta­wała naci­skać, co zmu­siło go do wyzna­nia prawdy: nie miał zbyt szczę­śli­wego dzie­ciń­stwa i nie był pewien, czy w ogóle chce mieć dzieci.

Debra była wście­kła. Przez dwa lata sta­rali się o dziecko. Teraz zasta­na­wiała się, czy jakaś część Sola przez cały ten czas nie prze­czu­wała, że nie jest zdolny dać jej potomka. Czuła się zdra­dzona.

- Albo umó­wisz się na ope­ra­cję, Sol - powie­działa - albo cię zosta­wię.

- Ni­gdy mnie nie zosta­wisz, Debro - odparł z wyż­szo­ścią. - Zosta­niesz naj­bo­gat­szą kobietą w Los Ange­les. Była­byś idiotką, gdy­byś się tego wyrze­kła.

Wkrótce po tej wymia­nie zdań Sol oświad­czył się Debrze pod­czas w zamie­rze­niu roman­tycz­nej prze­jażdżki kon­nej po jego rodzin­nym ran­czu w San Anto­nio. Jed­nak Debra jechała na oklep, spa­dła z konia i zła­mała rzepkę - uznała, że w ten spo­sób świat daje jej znak, że ten zwią­zek nie ma przy­szło­ści.

Po kilku mie­sią­cach zasta­na­wia­nia się nad swoim życiem, wciąż mając w pamięci nie­pewną sytu­ację finan­sową, jaką nazna­czone było jej dzie­ciń­stwo, Debra w końcu się wypro­wa­dziła, wcze­śniej zaak­cep­to­waw­szy jed­nak 50 tysięcy dola­rów, które Sol dał jej na "roz­krę­ce­nie kariery mene­dżerki muzycz­nej" jej sekret­nej dziew­czyny Annie. (Debra z przy­jem­no­ścią wydała całą tę sumę na to, co póź­niej nazy­wała "mie­sią­cem mio­do­wym" z Annie, swoją "klientką", która wkrótce stała się pierw­szą z wielu moich dru­gich matek).

Porzu­ciw­szy poszu­ki­wa­nia ide­al­nego ojca, Debra dotarła do punktu, w któ­rym cał­ko­wi­cie zado­wo­li­łoby ją zna­le­zie­nie ide­al­nej spermy. To nie mogło być byle jakie nasie­nie. Jed­no­ra­zowy nume­rek w Pips czy Daisy nie przy­niósłby jej małego Buddy, któ­rego tak bar­dzo pra­gnęła. Potrze­bo­wała kogoś boskiego. Uta­len­to­wa­nego. Kogoś odpo­wied­nio wybit­nego i ze sto­sow­nym rodo­wo­dem.

O to, czy nie pomógłby jej zostać matką, zapy­tała naj­pierw swo­jego zna­jo­mego aktora i osła­wio­nego play­boya War­rena Beatty'ego. Przez lata War­ren i Debra stali się bli­skimi przy­ja­ciółmi i spo­ra­dycz­nymi kochan­kami: łączyła ich fascy­na­cja kobie­tami.

- Nie zna­łem nikogo, kto kochałby kobiety rów­nie mocno jak ja, póki nie spo­tka­łem Debry! - zwykł cheł­pić się przed zna­jo­mymi za każ­dym razem, gdy ją komuś przed­sta­wiał. War­ren grzecz­nie odmó­wił jej proś­bie.

Potem przez chwilę dążyła do zre­ali­zo­wa­nia innego, jej zda­niem genial­nego pomy­słu: chciała wyko­rzy­stać nasie­nie brata Annie.

- Zro­zum - tłu­ma­czyła dziew­czy­nie - to byłoby tak, jak­by­śmy naprawdę miały razem dziecko, mia­łoby w sobie geny nas obu.

Debra uwa­żała, że histo­ria rodziny Annie jest fascy­nu­jąca. Po kądzieli się­gała romansu mię­dzy synem wła­ści­ciela plan­ta­cji na Środ­ko­wym Zacho­dzie a jedną z pra­cu­ją­cych na niej nie­wol­nic. Syn plan­ta­tora (pra­pra­dzia­dek Annie) wal­czył o to, by wyzwo­lono jej pra­pra­babkę i ich wspólne dzieci, po czym zaży­czył sobie, by po śmierci pocho­wano go obok uko­cha­nej. Po mie­czu nato­miast Annie pocho­dziła z indiań­skiego ple­mie­nia Czar­nych Czok­ta­wów. Czę­sto żar­tem mówiła Debrze: "Skar­bie, jestem tym, co naj­lep­sze ze wszyst­kich świa­tów. W moich żyłach pły­nie czarna, biała i czer­wona krew".

Annie była olśnie­wa­jącą, robiącą pio­ru­nu­jące wra­że­nie kobietą o pro­mien­nym uśmie­chu i głę­bo­kim, potęż­nym gło­sie. Dora­stała na far­mie w Okla­ho­mie pod koniec lat trzy­dzie­stych. Jej ojciec, libe­ralny mini­ster i wła­ści­ciel gospo­dar­stwa, tak sku­tecz­nie i zażar­cie chro­nił szóstkę swo­ich dzieci przed rasi­zmem, że Annie dowie­działa się o jego ist­nie­niu dopiero, gdy po prze­pro­wadzce do Kali­for­nii jako nasto­latka zaczęła śpie­wać w klu­bach - i musiała do nich wcho­dzić innymi drzwiami niż jej biali sze­fo­wie. W latach pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych wyro­biła sobie nazwi­sko, wystę­pu­jąc w gejow­skich i les­bij­skich barach pokroju 524 Club w San Fran­ci­sco. Ich wła­ści­ciele z rado­ścią pozwa­lali jej korzy­stać z głów­nego wej­ścia: dla tej żyją­cej na mar­gi­ne­sie spo­łecz­no­ści Annie stała się gwiazdą. Śpie­wała przed Dinah Washing­ton i została pierw­szą czar­no­skórą aktorką obsa­dzaną w głów­nych rolach w Ame­ri­can Con­se­rva­tory The­ater w San Fran­ci­sco - jesz­cze zanim prze­nio­sła się do Hol­ly­wood, by zagrać Mary w Szam­po­nie. Moja matka poszła zoba­czyć występ Annie na wiecu doty­czą­cym spraw kobiet: gdy tylko ujrzała ją dum­nie kro­czącą w dłu­giej, beżo­wej sukni po sce­nie i śpie­wa­jącą I Am Woman z całą orkie­strą sym­fo­niczną za ple­cami, wprost osza­lała na jej punk­cie.

Annie zgo­dziła się na dziecko z Debrą. Zgo­dził się nawet jej brat - pro­po­zy­cja mu schle­biała. Nie zgo­dziła się tylko jego żona.

- Nie ma mowy! - wydarła się na Debrę, gdy tylko zro­zu­miała, co się święci. Rzu­cała oczami takie gromy, jakby wła­śnie dowie­działa się, że jej mąż i moja matka mają romans.

Debra powoli zaczy­nała rozu­mieć, że skło­nie­nie któ­re­goś ze zna­jo­mych, by został ojcem jej dziecka, może nie być takie łatwe, jak się spo­dzie­wała.

Wkrótce potem przy­pad­kiem wpa­dła na inne roz­wią­za­nie. Prze­glą­da­jąc "Los Ange­les Times" natknęła się na arty­kuł opi­su­jący dzia­łal­ność Repo­si­tory for Ger­mi­nal Cho­ice, orga­ni­za­cji, która zaj­mo­wała się roz­da­wa­niem spermy lau­re­atów Nagrody Nobla w szczyt­nym celu: ich gene­tyczna wspa­nia­łość miała przy­czy­nić się do "roz­woju rasy ludz­kiej".

Przed­sta­wi­cie­lem "banku geniu­szy", jak nazy­wała go Debra, oka­zał się przy­po­mi­na­jący obwoź­nego han­dla­rza męż­czy­zna w śred­nim wieku, który pew­nego dnia poja­wił się w jej salo­nie: zamiast jed­nak wci­skać jej biblie czy ency­klo­pe­die, rekla­mo­wał plik "jed­no­stro­ni­co­wych cha­rak­te­ry­styk męż­czyzn mogą­cych pochwa­lić się "genialną spermą"". Choć pro­fili nie opa­trzono zdję­ciami ("by chro­nić toż­sa­mość daw­ców"), Debra uznała, że to naj­lep­sza z dostęp­nych jej opcji. Był tylko jeden pro­blem: bank geniu­szy, jak nie­mal wszyst­kie banki nasie­nia funk­cjo­nu­jące w tam­tych cza­sach, wyzna­wał nie­dwu­znaczną poli­tykę "żad­nych les­bi­jek i samot­nych kobiet", uzna­jąc te dwie kate­go­rie matek za abso­lut­nie nie­zdolne do wycho­wa­nia kolej­nego mło­dego poko­le­nia.

Debra połech­tała wła­ści­ciela Repo­si­tory wizją gene­tycz­nego poten­cjału mie­szanki plem­ni­ków nobli­sty i jajeczka wnuczki guber­na­tora Kali­for­nii: był on tak pod­eks­cy­to­wany, że jego uprze­dze­nia zeszły na dal­szy plan. Tydzień póź­niej sie­działa już w swo­jej kuchni z męż­czy­zną z aktówką, prze­glą­da­jąc dzie­siątki pro­fili ano­ni­mo­wych daw­ców. W końcu zde­cy­do­wała się na spermę "mate­ma­tycz­nego talentu" z Uni­wer­sy­tetu Stan­forda.

W następ­nym tygo­dniu pod jej drzwiami poja­wił się gigan­tyczny srebrny kokon. Ostroż­nie wnio­sła meta­lowy obiekt do środka, posta­wiła go na kuchen­nym bla­cie i otwo­rzyła. Dym z wypeł­nia­ją­cego pojem­nik suchego lodu owio­nął jej twarz, a gdy się roz­wiał, Debra zoba­czyła przed sobą trzy fiolki ze spermą geniu­sza. Każda miała wbu­do­wany apli­ka­tor. Moja matka wła­śnie jajecz­ko­wała, poło­żyła się więc na stole w jadalni i z pomocą sio­stry od razu pod­jęła próbę inse­mi­na­cji. Nie­stety Diane nie miała bla­dego poję­cia, co robi, więc zawar­tość pierw­szej fiolki w cało­ści wylą­do­wała na bla­cie.

Za dru­gim razem wszystko dostało się tam, gdzie trzeba, i Debrze pozo­stało już tylko cze­kać.

Kiedy oka­zało się, że pierw­sza próba nie dała jej upra­gnio­nej ciąży, Debra zaczęła się zasta­na­wiać, czy to cza­sem nie kolejny znak z nie­bios. Zanim więc się­gnęła po trze­cią i ostat­nią fiolkę z nasie­niem, wyna­jęła pry­wat­nego detek­tywa. Po tygo­dniu otwo­rzyła otrzy­maną od niego kopertę i wycią­gnęła z niej foto­gra­fię, która przed­sta­wiała łysego i naj­mniej atrak­cyj­nego pro­fe­sora, jakiego Debra widziała w życiu. Patrząc na zdję­cie, wyobra­żała sobie dzi­wacz­nego chłopca z przed­wcze­śnie cofa­jącą się linią wło­sów, któ­rego mia­łaby wydać na świat. Czym prę­dzej ode­słała srebrny meta­lowy kon­te­ner tam, skąd przy­był. Nobli­sta czy nie, Debra posta­no­wiła, że musi znać ojca swo­ich dzieci. I musi on być przy­stojny.

Nie wie­dząc, dokąd się zwró­cić, i nie­mal gotowa się pod­dać, Debra poświe­cała czas na medy­ta­cję. Leżąc z zamknię­tymi oczami na łóżku pod świe­tli­kiem w sypialni, którą dzie­liła z Annie, przy­po­mi­nała sobie chwile sprzed dwóch lat, gdy sie­działa u stóp swo­jego guru w jego zamku w New Jer­sey. Był rok 1982. Debra dostą­piła rzad­kiego zaszczytu oso­bi­stej audien­cji u Bha­gwana Raj­ne­esha, który zło­żył śluby odosob­nie­nia i mil­cze­nia, pod­czas gdy jego komuna w Ore­go­nie codzien­nie dawała pożywkę wszyst­kim kana­łom infor­ma­cyj­nym w całych Sta­nach. She­ela, "sekre­tarka" i zastęp­czyni Bha­gwana, zor­ga­ni­zo­wała spo­tka­nie, nie­świa­doma, że Debra ma romans z jej wspól­no­tową neme­sis, nie­jaką Françoise Ruddy, obec­nie znaną jako Ma Prem Hasya. O czwar­tej rano Debrę zapro­wa­dzono w góry, do pry­wat­nego azylu Bha­gwana, i kazano usiąść po turecku na pod­ło­dze wśród stadka wie­lo­ko­lo­ro­wych pawi. Bha­gwan zajął miej­sce powy­żej, na swoim wysa­dza­nym klej­no­tami tro­nie. Zarówno jego powłó­czy­sta biała szata, jak i cha­rak­te­ry­styczna długa siwa broda nada­wały mu wład­czy rys.

- Co chcesz wie­dzieć, Debro? - zapy­tał łagod­nym, życz­li­wym gło­sem.

Debra skło­niła głowę i zadała pyta­nie, które tra­wiło jej serce:

- Bha­gwa­nie, ponad wszystko pra­gnę zostać matką. Pro­szę, powiedz mi: czy będę miała dzieci?

Guru zamknął oczy i sie­dział w ciszy. Debra cze­kała w napię­ciu. Wie­działa, że Bha­gwan pole­cił swoim wyznaw­czy­niom wyrzec się potom­stwa, ponie­waż chciał, by kobiety stały się jego "wojow­nicz­kami", i uwa­żał, że dzieci prze­szka­dza­łyby im w wypeł­nia­nia jakże istot­nej misji "budo­wa­nia nowego spo­łe­czeń­stwa". Otwo­rzył oczy, uśmiech­nął się pro­mien­nym uśmie­chem czy­stej rado­ści i wycią­gnął ręce, by powoli dotknąć róż­nych czę­ści ciała Debry. Naj­pierw poło­żył dłoń na jej gło­wie - cza­krze korony. Potem prze­su­nął ją na cza­krę gar­dła, serca, a potem - co zro­zu­miałe, bio­rąc pod uwagę pyta­nie - na cza­krę sakralną.

Jego dłoń spo­czy­wała tam chwilę, po czym uśmiech­nął się, patrząc Debrze w oczy, i dał jej odpo­wiedź.

- Tak, Debro, widzę to bar­dzo wyraź­nie. Będziesz miała dwóch małych Bud­dów.

Dwa lata póź­niej, wpa­tru­jąc się w świe­tlik nad łóż­kiem i wspo­mi­na­jąc to spo­tka­nie, Debra zasta­na­wiała się, czy aby guru tak naprawdę - jak wielu sądziło - nie był zwy­kłym oszu­stem.

- Boże, Siło Wyż­sza, kim­kol­wiek lub czym­kol­wiek jesteś - powie­działa na głos - jeśli ist­nie­jesz, a mnie jest prze­zna­czone zostać matką, pro­szę, ześlij mi jakiś znak.

Ale żaden znak się nie poja­wił. Przy­naj­mniej nie tam­tego wie­czoru.

Następ­nego dnia Debra, nie­ty­powo dla niej roz­ża­lona swoim losem, poja­wiła się na umó­wio­nej wizy­cie w Micha­el­john Salon w Beverly Hills, zało­żyła pele­rynę i usia­dła w fotelu. Fry­zjerka zabrała się za roz­pla­ta­nie jej gru­bych blond wło­sów.

- Upo­lo­wa­łaś kogoś? - zapy­tała.

Debra prze­cząco potrzą­snęła głową.

Dzwo­nek oznaj­mił, że do salonu wszedł kolejny klient. Debra odru­chowo spoj­rzała przez ramię.

Mie­rzący ponad metr osiem­dzie­siąt nie­zna­jomy, który sta­nął w drzwiach, był naj­pięk­niej­szym fizycz­nie męż­czy­zną, jakiego Debra kie­dy­kol­wiek widziała. Miał inten­syw­nie błę­kitne oczy, muśniętą słoń­cem oliw­kową cerę i gęste pia­sko­wo­brą­zowe włosy, które cały czas musiał odgar­niać z twa­rzy. Nosił białą, zapi­naną na guziki koszulę i dobrze skro­jone twe­edowe spodnie, pod­kre­śla­jące jego musku­larne, szczu­płe ciało, oraz nieco zno­szone brą­zowe skó­rzane moka­syny. Nie­mal jaśniał na tle obry­so­wu­ją­cego jego syl­wetkę świa­tła wpa­da­ją­cego przez olbrzy­mie prze­szklone drzwi; wyglą­dał jak młody bóg, który wła­śnie zstą­pił z nieba wprost do Micha­el­john.

Przy­stojny męż­czy­zna zajął fotel obok Debry, która nie mogła ode­rwać od niego wzroku. Uważ­nie przyj­rzała się jego uszom, pro­fi­lowi, dużym, wyglą­da­ją­cym na zręczne dło­niom i nagle, w jed­nej sekun­dzie, zyskała abso­lutną pew­ność: zna­la­zła go. Tego jedy­nego. Nie męż­czy­znę, w któ­rym się zako­cha, któ­rego poślubi i z któ­rym będzie żyła długo i szczę­śli­wie, tylko męż­czy­znę, któ­rego prze­kona, by spu­ścił się do kubeczka, żeby mogła pójść do domu, napeł­nić jego zawar­to­ścią pipetę do pole­wa­nia indyka i się zapłod­nić.

- Jestem Debra - przed­sta­wiła się, z bły­skiem w oku wycią­ga­jąc ku niemu dłoń. - Jak się nazy­wasz?

Jef­frey Har­ri­son ni­gdy by nie przy­pusz­czał, że odpo­wiedź na to pyta­nie tak bar­dzo zmieni jego życie. W cza­sie strzy­że­nia Debra dowie­działa się, że ma on dwa­dzie­ścia pięć lat i jest wolny, że dora­stał na Wschod­nim Wybrzeżu oraz że wła­śnie prze­pro­wa­dził się do Los Ange­les z Hany na Maui, dokąd jego majętna matka i ojczym prze­nie­śli się po przej­ściu na eme­ry­turę. Pra­co­wał jako kel­ner i dora­biał jako model, w wol­nych chwi­lach nie­ustan­nie pró­bu­jąc roz­wi­nąć karierę gita­rzy­sty, ponie­waż uwa­żał się przede wszyst­kim za muzyka i autora tek­stów. Debra, słu­cha­jąc jego histo­rii, coraz sze­rzej otwie­rała oczy. Zewnętrzne piękno i talent arty­styczny! Kosz­mar o łysie­ją­cym naukowcu natych­miast został wyparty przez marze­nie o skrzypku. Dowie­działa się, że Jef­frey odrzu­cił pro­po­zy­cję rodzi­ców chcą­cych opła­cić mu col­lege - wolał stu­dio­wać medy­ta­cję trans­cen­den­talną we Wło­szech i sur­fo­wać wzdłuż hawaj­skich plaż. Jego ojciec skoń­czył Yale i Harvard, matka cho­dziła do Wel­le­sley, a wujek był pre­ze­sem Banku Rezerw Fede­ral­nych w Nowym Jorku.

- Ach - dodał, jakby to było mało istotne - moim cio­tecz­nym dziad­kiem był sędzia Sądu Naj­wyż­szego Oli­ver Wen­dell Hol­mes Jr.

Serce Debry pod­sko­czyło.

- Znam wszyst­kich w branży muzycz­nej - stwier­dziła, roz­sie­wa­jąc wokół swój osła­wiony czar. - Pomogę ci, jak tylko będę mogła. Zostaw mi swój numer.

O ile darem, któ­rym życie obda­rzyło Jef­freya, był jego wygląd, o tyle Debrze przy­pa­dła w udziale zdol­ność prze­ko­ny­wa­nia ludzi do róż­nych rze­czy. Tydzień póź­niej pod­czas lun­chu, nim Jef­frey zdo­łał się zorien­to­wać, zga­dzał się oddać kobie­cie, którą led­wie znał, kube­czek swo­jej spermy, by speł­nić jej życiowe marze­nie o dziecku.

W zamian miała mu dać dwa tysiące dola­rów.

- Jesz­cze tylko jedna kwe­stia - powie­działa, kła­dąc na stole zaliczkę w wyso­ko­ści połowy tej kwoty.

- Jasne, o co cho­dzi?

- Jef­frey, chcę, żebyś mi przy­siągł na swoją duszę, Boga czy kogo­kol­wiek, do kogo tam się modlisz, że nie zro­bisz tego dla nikogo oprócz mnie.

Jef­frey bar­dzo się sta­rał, by się nie roze­śmiać. Miał pracę. Nie zamie­rzał zara­biać na życie, zacze­pia­jąc kobiety na ulicy i ofe­ru­jąc im swoje nasie­nie na sprze­daż. Choć uwa­żał tę prośbę za dzi­waczną, spoj­rzał na Debrę z poważ­nym wyra­zem twa­rzy i wzru­szył ramio­nami.

- Oczy­wi­ście. Żaden pro­blem.

- Jeśli będziesz kie­dyś chciał mieć wła­sne dzieci, w porządku. Ale żad­nego dziecka wię­cej w ten spo­sób. Rozu­miesz? To dla mnie bar­dzo ważne.

- Przy­się­gam - powie­dział - że nie zro­bię tego dla nikogo innego.

Nasienie idealne

Miliony maleń­kich, nibysz­kla­nych kora­li­ków, poru­sza­ją­cych się gorącz­kowo za sprawą ogon­ków, prze­śli­zgi­wało się tam i z powro­tem we wszyst­kich kie­run­kach w poszu­ki­wa­niu cze­goś, czego mogłyby się uchwy­cić.

- Dobry jest! - Cappy Roth­man, dyrek­tor kli­niki lecze­nia nie­płod­no­ści Cali­for­nia Cry­obank, pod­niósł wzrok znad oku­laru mikro­skopu i uśmiech­nął się sze­roko. - Ma mnó­stwo plem­ni­ków!

Debra ode­tchnęła z wielką ulgą. Przez cały wcze­śniej­szy tydzień prze­ra­ża­jąca obawa, że Jef­frey jest bez­płodny tak jak Sol, odbie­rała jej wszyst­kie siły i nie pozwa­lała zasnąć.

- Zwy­kle w jed­nym mili­li­trze spermy pływa od 20 do 150 milio­nów plem­ni­ków - wyja­śniał dalej Cappy. - U tego faceta jest ich grubo ponad 200 milio­nów na mili­litr. To mniej wię­cej obję­tość łyżeczki do her­baty. - Wciąż z uśmie­chem zapy­tał: - Chcesz je zoba­czyć?

- Jasne, że chcę! - odparła Debra i szybko zajęła miej­sce Cappy'ego przed mikro­sko­pem. Z zachwy­tem wpa­try­wała się w 200 milio­nów malut­kich plem­ni­ków pły­wa­ją­cych w kółko po szkla­nej szalce labo­ra­to­ryj­nej: każdy mógł dać począ­tek żyją­cej isto­cie.

Unio­sła głowę znad oku­laru i ode­tchnęła: był to głę­boki, gar­dłowy wydech pełen nadziei. Czuła, że wszystko jest tak, jak należy. Gdy dwa lata wcze­śniej sie­działa dokład­nie na tym samym fotelu z Solem, nic nie było, jak należy. Bank geniu­szy z pew­no­ścią nie był, jak należy. Nawet War­ren to nie do końca było to. Miała poczu­cie, że cały wszech­świat kie­ro­wał ją ku tej chwili, a nad­zwy­czajna jakość spermy Jef­freya tylko utwier­dziła ją w prze­ko­na­niu, że to jemu było prze­zna­czone zostać ojcem jej dzieci.

- Chcesz zoba­czyć coś fascy­nu­ją­cego? - Cappy uniósł brwi. - Jajecz­ku­jesz, prawda?

Debra sądziła, że tak, i poczuła się pod­eks­cy­to­wana tym, co Cappy miał w zana­drzu. Pole­cił jej udać się do łazienki i pobrać małą próbkę śluzu z szyjki macicy. Kiedy wró­ciła, ostroż­nie zamie­nił pre­pa­raty.

- Tuż przed owu­la­cją - wyja­śnił - w ślu­zie szyj­ko­wym poja­wia się kształt przy­po­mi­na­jący liście paproci. Nazywa się to fer­ning. Przez resztę mie­siąca nie ma żad­nego dostrze­gal­nego wzoru, papro­cie zni­kają. - Cappy zamknął jedno oko i zer­k­nął przez oku­lar, prze­sta­wia­jąc pokrę­tła jak sza­lony nauko­wiec, póki nie uzy­skał ostrego obrazu. - Patrz, jest!

Debra kolejny raz zamie­niła się z nim miej­scami. Na widok obrazu, który zoba­czyła przez pry­zmat soczewki, wstrzy­mała oddech: poczuła się zadzi­wiona i ocza­ro­wana jak wtedy, gdy jako dziecko, wtu­lona w ramiona ojca, podzi­wiała roz­gwież­dżone niebo czy spi­ralę we wnę­trzu muszli. Miała wra­że­nie, że życie jest sta­now­czo zbyt upo­rząd­ko­wane, zbyt olśnie­wa­jące, by być tylko serią zbie­gów oko­licz­no­ści; że musi ist­nieć wyż­szy cel czy forma bytu, jakiś więk­szy plan, w który nie mamy wglądu. Zasta­na­wiała się, jaki sce­na­riusz prze­wi­dziano dla niej. Po raz pierw­szy od początku tej dłu­giej podróży ku macie­rzyń­stwu poczuła pew­ność, że jaki­kol­wiek by on nie był, jest w nim miej­sce dla Jef­freya.

Jef­frey w tym samym cza­sie dozna­wał znacz­nie mniej mistycz­nych doświad­czeń, sie­dząc w znaj­du­ją­cym się tuż obok nie­wiel­kim, ste­ryl­nym pomiesz­cze­niu i wycią­ga­jąc rękę w kie­runku Rosjanki, która miała pobrać mu krew, by upew­nić się, że nie ma HIV ani żad­nych innych cho­rób prze­no­szo­nych drogą płciową.

Bar­dzo sta­rał się nie patrzeć na grubą igłę wkłu­wa­jąca mu się w ramię, odwró­cił więc wzrok, a kiedy to zro­bił, przez otwarte na oścież drzwi zoba­czył coś dziw­nego: kolejkę prze­cha­dza­ją­cych się tam i z powro­tem stu­den­tów.

- Co to za jedni? - zagad­nął z cie­ka­wo­ści pie­lę­gniarkę.

- Nasi regu­larni dawcy - odparła rze­czowo.

- Ktoś im za to płaci? - zapy­tał, oszo­ło­miony, nagle zupeł­nie zapo­mi­na­jąc o igle.

- Oczy­wi­ście.

Jef­frey przez chwilę sie­dział w mil­cze­niu, prze­twa­rza­jąc tę infor­ma­cję. Od momentu, gdy w celu pobra­nia próbki zapro­wa­dzono go do maleń­kiego pokoju z "Play­boy­ami", "Pen­tho­use'ami" i "Hustle­rami" roz­ło­żo­nymi na sto­liku, aż do teraz, gdy ktoś go kłuł, by prze­ba­dać mu krew, miał nie­od­parte wra­że­nie, że zażył grzyby i wła­śnie znaj­duje się w środku jakie­goś psy­cho­de­licz­nego tripu, w któ­rym ni z tego, ni z owego prze­obra­ził się w cen­nego ogiera, bada­nego pod kątem przy­dat­no­ści do roz­płodu. Już samo to, że jakaś obca kobieta zacze­piła go w salo­nie fry­zjer­skim i zapro­po­no­wała, że zapłaci mu za sło­iczek nasie­nia, bo chce sobie zro­bić dziecko, było wystar­cza­jąco dziwne; fakt, że na podob­nym pomy­śle oparto cały - sądząc po sto­ją­cych w kolejce męż­czy­znach, cał­kiem nie­źle pro­spe­ru­jący - biz­nes, zupeł­nie zbiło go z tropu. W końcu zro­zu­miał też, czemu Debra kazała mu przy­siąc, że nie zrobi tego dla nikogo innego.

Debra weszła do pokoju dokład­nie w momen­cie, gdy miał zamiar dopy­tać o szcze­góły.

- Jak leci? - zapy­tała z sze­ro­kim uśmie­chem. Jef­frey szybko otrzą­snął się z osłu­pie­nia i udał, że nie zauwa­żył face­tów cze­ka­ją­cych przed drzwiami.

W kolej­nych tygo­dniach zdo­łał dobrze poznać per­so­nel Cali­for­nia Cry­obank.

Choć testy płod­no­ści zdał śpie­wa­jąco, a pierw­sze ana­lizy krwi wyka­zały, że nie jest nosi­cie­lem wirusa HIV, musiał poja­wić się w ośrodku jesz­cze kilka razy. Debra dopil­no­wała, by zamro­żono dzie­sięć osob­nych pró­bek jego nasie­nia. Pla­no­wała wpraw­dzie użyć świe­żej spermy, ponie­waż z jakie­goś powodu była prze­ko­nana, że jest wyż­szej jako­ści, ale wolała mieć plan awa­ryjny na wypa­dek, gdyby Jef­frey w ostat­niej chwili się wyco­fał. Dzia­łała w spo­sób typowy dla sie­bie: przed każ­dym odda­niem nasie­nia uma­wiała się z nim, że pod­wie­zie go do Cry­obanku, pła­ciła mu ratę w wyso­ko­ści dwu­stu dola­rów i wyko­rzy­sty­wała oka­zję, by w cza­sie jazdy lepiej poznać przy­szłego bio­lo­gicz­nego ojca swo­jego dziecka. Jef­frey szybko zorien­to­wał się, jak funk­cjo­no­wała: zawsze kal­ku­lo­wała na dzie­sięć kro­ków do przodu i zwy­kle nie wta­jem­ni­czała innych w swoje plany, nawet jeśli mieli ode­grać w nich główną rolę.

Dzie­sięć dona­cji póź­niej, kiedy pięć­dzie­siąt fio­lek - czy też ampu­łek, jak je tam nazy­wano - leżało bez­piecz­nie w krio­ko­mo­rze, nad­szedł czas na zabra­nie się za robie­nie dziecka.

Wiele zna­jo­mych Debry prze­cho­dziło przez potworne bata­lie zwią­zane z usta­le­niem praw do opieki - chciała zagwa­ran­to­wać sobie, że dziecko będzie w stu pro­cen­tach jej. Praw­nik pora­dził jej, że w takim wypadku ważne jest, by inse­mi­na­cja odbyła się w gabi­ne­cie lekar­skim, ina­czej Jef­frey teo­re­tycz­nie mógłby rościć sobie prawa do potomka. Poza tym Debrze naprawdę zale­żało na świe­żym mate­riale.

Porzu­ciła nie­dawno odkryte miej­sce na lunch na rzecz Ivy, nowo otwar­tej ele­ganc­kiej restau­ra­cji przy Robert­son Boule­vard, gdzie Jef­frey pra­co­wał jako kel­ner, poda­jąc kraby i char­don­naya cele­bry­tom i hol­ly­wo­odz­kim agen­tom. Kiedy lekarz potwier­dził, że Debra jest w trak­cie owu­la­cji, pod­je­chała do lokalu, minęła pło­tek z bia­łych szta­chet i zamó­wiła sto­lik w sek­cji obsłu­gi­wa­nej przez Jef­freya. Spod jedwab­nej bluzki nie­po­strze­że­nie wycią­gnęła kubek ter­miczny i poło­żyła go przed sobą, tuż obok torebki i klu­czy.

- Witamy - Jef­frey pod­szedł do sto­lika i ukrad­kiem scho­wał kubek pod kel­ner­skim far­tu­chem. - Co mogę dzi­siaj pani podać?

- Może mro­żoną her­batę i coś słod­kiego? - odparła Debra z szel­mow­skim uśmie­chem.

Jef­frey przy­jął zamó­wie­nie i pobiegł do łazienki po próbkę. Kilka minut póź­niej wró­cił, nio­sąc w pra­wej ręce tacę z mro­żoną her­batą, cro­is­san­tem i kub­kiem Debry.

- Oto pani napój - powie­dział, sta­wia­jąc przed nią szklankę i tale­rzyk. - A to pani słodki mały bobas - dokoń­czył szep­tem.

Debra - niczym kwoka - wsa­dziła kubek z powro­tem pod bluzkę, by się nie wychło­dził. Wypiła her­batę dusz­kiem, się­gnęła do torebki, poło­żyła na sto­liku bank­not dwu­stu­do­la­rowy, wsia­dła do swo­jego bia­łego jagu­ara XJ12 i prze­je­chała kilka prze­cznic na zachód, gdzie w gabi­ne­cie gine­ko­loga dała się zapłod­nić małą strzy­kawką.

Jej genialny plan nie zadzia­łał. Choć co mie­siąc w cza­sie owu­la­cji uda­wało się jej odna­leźć Jef­freya tam, gdzie aku­rat prze­by­wał - raz spo­tkali się nawet na par­kingu sta­cji ben­zy­no­wej - po trzech mie­siącach sta­rań wciąż nie była w ciąży.

Zaczęła zasta­na­wiać się, czy pro­blem nie leży w trans­por­cie mię­dzy miej­scem odda­nia spermy a gabi­ne­tem lekar­skim. Może nasie­nie zostaje w jakiś spo­sób uszko­dzone w cza­sie prze­wozu, a może po pro­stu duszy nie­na­ro­dzo­nego dziecka nie podoba się pomysł przyj­ścia na ten świat na sta­cji ben­zy­no­wej.

- Słu­chaj, Jef­frey - zagad­nęła pew­nego popo­łu­dnia, gdy pod­wo­ziła go do pracy, by nie musiał cze­kać na auto­bus. - Coś ewi­dent­nie nie działa. Może jed­nak zro­bi­li­by­śmy to tra­dy­cyjną metodą?

Uśmiech­nęła się zalot­nie. Jef­frey był wyraź­nie skrę­po­wany. Już od jakie­goś czasu nabie­rał prze­ko­na­nia, że Debra, podob­nie jak więk­szość kobiet, które spo­ty­kał, zako­chuje się w nim. (To nie była prawda). Jeśli się z nią prze­śpi, kto zabroni jej twier­dzić, że jest praw­dzi­wym ojcem i żądać od niego finan­so­wego wspar­cia dla dziecka?

- Nie, nie, nie. Zde­cy­do­wa­nie nie! - powie­dział, krę­cąc głową. Spoj­rzał na nią jesz­cze raz, zasta­na­wia­jąc się, czy nie powi­nien jed­nak lepiej prze­my­śleć sprawy. Nie, nie prze­śpi się z nią, nie da się wro­bić w to dziecko. Rów­no­cze­śnie jed­nak zda­wał sobie sprawę, jak roz­pacz­li­wie Debra pra­gnie być matką, i chciał jej w tym pomóc, już nie tylko dla pie­nię­dzy. Zaczął uwa­żać ją za swoją przy­ja­ciółkę: mieli podobne, udu­cho­wione spoj­rze­nie na życie, a jej pew­ność sie­bie, ener­gicz­ność i wyra­zi­sta oso­bo­wość robiły na nim duże wra­że­nie. Był prze­ko­nany, że poma­ga­jąc tej kobie­cie speł­nić jej życiowe marze­nie o potom­stwie, robi dobry uczy­nek, i miał nadzieję, że świat odpłaci mu dobrą karmą.

Pew­nego umiar­ko­wa­nie chłod­nego gru­dnio­wego wie­czoru, gdy słońce zacho­dziło już nad Los Ange­les, Debra wybrała się do Canyon Coun­try Store w pobli­skim Lau­rel Canyon i kupiła pipetę do pole­wa­nia sosem indyka. Następ­nie udała się do Bene­dict Canyon, gdzie Jef­frey pomiesz­ki­wał u zna­jo­mego, po czym razem z nim wró­ciła do Lau­rel i zapar­ko­wała na pod­jeź­dzie w zaułku, w któ­rym miesz­kała z Annie. W ciszy wysie­dli z samo­chodu - oboje zde­ner­wo­wani - i fron­to­wymi drzwiami weszli do nowo­cze­snego domu. (Całe szczę­ście Annie wyje­chała na plan Od dzie­wią­tej do pią­tej, pro­du­ko­wa­nego przez Jane Fondę serialu tele­wi­zyj­nego, w któ­rym grała jedną z postaci epi­zo­dycz­nych, więc na miej­scu nie było nikogo).

Debra zapa­liła w sypialni kilka świec, po czym prze­szła do kuchni, gdzie Jef­frey sączył piwo, i poło­żyła pustą szklankę na bla­cie. Kiedy Jef­frey poczuł, że jest wystar­cza­jąco wsta­wiony - nie był w sta­nie zre­ali­zo­wać tak obłą­ka­nego planu bez cze­goś, co pomo­głoby mu się wylu­zo­wać - chwy­cił naczy­nie, poszedł do łazienki i zamknął za sobą drzwi.

Gdy wró­cił kilka minut póź­niej, w szklance, którą trzy­mał w ręku, była jego sperma. Debra leżała na łóżku. Ski­nęła na Jef­freya, by poło­żył się obok niej, co uczy­nił z pew­nym zaże­no­wa­niem, kła­dąc się tak bli­sko kra­wę­dzi mate­raca i tak daleko od Debry, jak tylko się dało.

Debra wzięła pipetę oraz szklankę i doko­nała próby zapłod­nie­nia, po czym oboje zamknęli oczy i zain­to­no­wali trzy hin­du­skie man­try om.

Po dłuż­szej chwili Debra otwo­rzyła oczy.

- Poczu­łeś to, Jef­frey? - zapy­tała. - Dziecko już tu jest. Wiem to.

- Serio? - zapy­tał, roz­glą­da­jąc się po pokoju, nie do końca pewien, gdzie dokład­nie powi­nien go szu­kać.