Prolog
Ktoś puka.
- Chrysto, to do ciebie! - krzyczy z kuchni mój mąż, nawet nie
spojrzawszy, kto to. Od samego rana zjawiają się na mojej werandzie
kompletnie obcy ludzie z bagażami i ramionami wyciągniętymi, by
przytulić mnie, swoją starszą siostrę.
Schodzę na dół, by powitać kolejną osobę. Pierwsza okazała się
zaskakująco ciepła, życzliwa i sympatyczna. Druga też. "Jaka będzie ta?
- zastanawiałam się. - Podobna do niego?". Otwieram drzwi, uśmiechając
się tak promiennie, jak tylko potrafię. Po dość krępującym uścisku
przedstawiam się.
- Jestem Chrysta - mówię, z całych sił starając się rozluźnić atmosferę.
- A ja Grace - odpowiada stojąca przede mną kobieta. Bacznie obserwuję
wyraz jej oczu i lekko speszona śmieję się na widok naszego
niesamowitego fizycznego podobieństwa.
- Reszta rodzeństwa jest na tyłach - rzucam, biorąc od Grace torbę, i zapraszam ją do środka.
Kiedy dość nieśmiało przestępuje próg, słyszę w oddali uderzająco
znajomy, głośny ryk. To mój własny śmiech, w którym pobrzmiewają nawet
charakterystyczne gardłowe sapnięcia. Wracam do moich gości, by
sprawdzić, które z tuzina rodzeństwa wydaje ten dźwięk - mój dźwięk! -
i zastaję wszystkich przybyłych stojących w kółku i ustawiających do
zdjęcia palce u stóp: ktoś zwrócił uwagę, że są identyczne. Zdejmuję
sandał, uzupełniam krąg własną prawą stopą i rzeczywiście okazuje się,
że mój paluch znalazł tuzin sobowtórów.
Odkrywam, że jest między nami wiele fizycznych podobieństw - mamy taki
sam dołeczek w lewym policzku, takie same wydatne brwi, takie same
muskularne przedramiona. Łączą nas także pewne dziwaczne cechy
osobowości, jak choćby ciągle nieobecne spojrzenie, które wywołuje w naszych znajomych wrażenie, że nie obchodzi nas to, co mają do
powiedzenia, choć to nieprawda - po prostu nic nie możemy poradzić na
to, że ciągle chodzimy z głową w chmurach. Ani na to, że każde
urządzenie, z którego korzystamy, wiecznie ma 1% baterii.
Potem słyszę kolejny ryczący śmiech niosący się po domu.
I kolejne pukanie do drzwi.
- To do ciebie, Chrysto!
Tym razem jednak, kiedy pokonawszy salon szalonym biegiem, otwieram
drzwi, rozpoznaję osobę, która za nimi stoi.
- Wszyscy są strasznie kochani, Kait - mówię w nadziei, że to rozwieje
jej obawy. - Wejdź, poznacie się.
- To obcy ludzie, Chrysto - odpowiada moja siostra. W jej oczach widać
panikę, którą stara się ukryć za zdystansowanym spojrzeniem. - Fakt, że
jesteśmy biologicznie spokrewnieni, nie sprawia, że są naszą rodziną. -
Spogląda przez hol w stronę podwórka z tyłu domu, gdzie ktoś z naszego
rodzeństwa właśnie bawi się z moim ledwie stawiającym pierwsze kroki
dzieckiem. Pochylając się ku mnie, Kaitlyn zastanawia się: - Skąd wiesz,
że ktoś z nich ci czegoś nie ukradnie?
Patrzę na jej poirytowaną twarz i nie mogę powstrzymać śmiechu na myśl o absurdalności sytuacji, w jakiej się znalazłyśmy.
- Kait - mówię, usiłując zachować powagę. - Jeśli najgorszą rzeczą, jaka
zdarzy się w ten weekend, będzie to, że któreś z rodzeństwa, którego
nigdy wcześniej nie widziałyśmy na oczy, ukradnie coś z mojego domu,
uznam to za spektakularny sukces.
Kaitlyn nie uważa tego za zabawne.
- Powiedziałam o tym mojej terapeutce - oznajmia, spoglądając na swój
bagaż. - Zgodziła się ze mną: to bardzo dziwne.
Milknie na moment; najwyraźniej również usłyszała "nasz" śmiech.
- Jacy są? Podobni do nas?
- Bardzo.
- Gdzie mama? - pyta, wciąż jedną stopą za progiem.
Ten zjazd to najgorszy koszmar mojej matki. O istnieniu naszego
rodzeństwa - mogącego liczyć od kilkudziesięciu do kilkuset osób -
wiedziałyśmy już od ponad dekady: od dnia, w którym na pierwszej stronie
"New York Timesa" ukazał się tamten szokujący artykuł. Od tamtej pory
moja matka, zamiast przyznać, że jest w pewnym stopniu odpowiedzialna za
tę sytuację, radziła sobie z nią poprzez udawanie, że ta się nigdy nie
zdarzyła.
Dawka rzeczywistości, jaką pociągała za sobą moja decyzja o zaproszeniu
do domu rodzeństwa, była tak duża, że groziła rozwianiem wszelkich
złudzeń dotyczących naszej rodziny, które żywiła matka. Kiedy
powiedziałam jej o swoich planach, nie była zadowolona.
Biorę głęboki wdech i wyglądam na ulicę: granatowy prius mojej matki
wyjeżdża właśnie zza rogu, skręca i parkuje pod kątem; tył auta wystaje
dobry metr za krawężnik. Z tą samą mieszaniną miłości i niepokoju, którą
matka często wywołuje u innych, obserwuję, jak wysiada z samochodu; jej
twarz jest czerwona od płaczu. Otwiera tylne drzwi i wyciąga swojego
tłustego towarzysza, krótkonogiego mieszańca pekińczyka z beaglem,
którego lęk przed straceniem z oczu swojej pani dorównuje lękowi
separacyjnemu matki, gdy oddala się ode mnie i Kaitlyn.
Jak zwykle od stóp do głów ubrana jest w różne odcienie pomarańczu,
pasujące do jej pomarańczowego mieszkania i pomarańczowego psa, Gracie.
Noszenie się na pomarańczowo jest jednym z licznych zwyczajów, które
zostały jej z życia krzewicielki wielu newage'owych religii - i kilku
sekt - kwitnących w Los Angeles w latach sześćdziesiątych,
siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku.
- Cześć, mamo - witam ją z ciepłym uśmiechem, mając nadzieję, że uda mi
się rozładować nieco napięcie, po prostu je ignorując.
Zbliża się i kiedy uchylam szerzej drzwi, wybucha płaczem.
- Zanim tu przyjechałam, przez godzinę płakałam na poboczu - wyjaśnia.
Stoję spokojnie, cicha i opanowana.
Gorączkowo wodzi oczami to tu, to tam, czekając na moją reakcję, być
może w nadziei, że uda jej się wymusić na mnie zmianę planów.
Demonstracyjnie zapraszam ją do środka: chcę dać jej do zrozumienia, że
nie jest w stanie zrobić nic, by mnie powstrzymać.
- To jest zły pomysł, Chrysto - ostrzega mnie i wchodzi do domu.
Dramatyzowanie gwałtownie ustępuje miejsca furii. - Naprawdę zły pomysł.
Polowanie na faceta
Miałam trzy lata, gdy mama zapoczątkowała
rodzinną tradycję zwaną "pudełkiem złotych wspomnień". Co roku pod
koniec grudnia, gdy choinka wciąż jeszcze skrzyła się w rogu salonu, a ja nie widziałam świata poza nowymi ekscytującymi zabawkami, które
przyniósł mi Święty Mikołaj - a zawsze przynosił ich mnóstwo,
niezależnie od tego, czy pieniądze wydane na nie lepiej byłoby
przeznaczyć na czynsz - mama puszczała Nata Kinga Cole'a i uroczyście
krążyła po domu, zbierając skarby z ostatnich dwunastu miesięcy.
Pieczołowicie gromadziła moje najpiękniejsze rysunki, zbierane w trakcie
naszych spacerów kamyki i muszelki oraz setki zdjęć, na których
dokumentowała każdy mój krok, po czym wkładała je do wielkiego pudła.
Następnie brała długopis i swoim olbrzymim, zamaszystym pismem
podpisywała je "Pudełko złotych wspomnień Chrysty", dopisywała rok i dorysowywała kilka wymyślnych gwiazdek i serc. Kiedy półtora roku
później na świat przyszła moja siostra Kaitlyn, razem z nią pojawiło się
drugie pudło. Z czasem ich zawartość stawała się coraz bardziej
chaotyczna, niektóre lata pomijałyśmy i zwyczaj stopniowo zanikał.
Od czasu do czasu, w losowe sobotnie popołudnie, matka proponowała,
byśmy wybrały się "na wycieczkę ścieżkami pamięci", i wyciągała spod
łóżka losowe pudełko. Któregoś z takich dni, kilka miesięcy po tym, jak
dowiedziałyśmy się o istnieniu naszej rozległej biologicznej rodziny,
przekopywałyśmy się przez pudło opisane jako "Chrysta 1993. Siedząc po
turecku na podłodze, nagle zdałam sobie sprawę z czegoś, czego nie
zauważyłam podczas żadnej z wcześniejszych podróży sentymentalnych: coś
w moim dzieciństwie się nie zgadzało. Przeglądając dziesiątki zdjęć
przedstawiających mnie i mojego ojca - przytulającego mnie na przyjęciu
z okazji moich dziewiątych urodzin, brzdąkającego na starej gitarze
akustycznej ze mną na kolanach, udającego "łaskotkowego potwora"
goniącego mnie i Kaitlyn po domu - uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie przywołać z pamięci żadnych związanych z nim wspomnień z tamtego
okresu. Żadna fotografia nie wiązała się nawet z ich cieniem. Patrząc na
moje życie, czułam się w nim obco. Pomyślałam: "Jak to, przecież on
musiał tam być". Ale nie mogłam przypomnieć sobie ani jednej jego wizyty
z 1993 roku.
Przetrząsając resztę zawartości pudła, natknęłam się na oprawioną w ramkę profesjonalną fotografię mniej więcej formatu A4, przedstawiającą
dwa liski tulące się do siebie w śniegu. Tamtego roku miałam trwającą
wiele miesięcy obsesję na punkcie tego zwierzęcia i kiedy zobaczyłam
zdjęcie, natychmiast zalała mnie fala radości, taka sama jak ta, którą
poczułam, gdy odpakowałam ten prezent. Odwróciłam ramkę. Z tyłu widniała
wypisana markerem dedykacja. Wielkie, okrągłe litery mojej matki
układały się w zdanie: "Naszemu misiaczkowi, Chryście, kochająca mama
i"... Koniec. Nie mogłam przypomnieć sobie żadnej z uchwyconych na
fotografiach chwil spędzanych z ojcem, pamiętałam jednak każdy
najmniejszy szczegół dotyczący kobiety, której imię było teraz zakryte
białym korektorem, byle jak nałożonym przez moją matkę. (Piszę "byle
jak", bo wystarczyło dobrze się przyjrzeć, by wciąż je dojrzeć).
Siedząc na podłodze i gapiąc się równocześnie na zdjęcia ojca z czasów,
z którymi nie wiązały się żadne wspomnienia, i na celowo usunięte imię
osoby, której obecność wciąż, po tych wszystkich latach, wiele dla mnie
znaczyła, dotarło do mnie, że to wcale nie były pudełka wspomnień, tylko
ściśle ocenzurowana wersja mojego życia: taka, jaką miałam zapamiętać. W pudłach nie było woreczków po kokainie, powiadomień o eksmisjach ani
fotografii ojca z okresu, kiedy mieszkał w zdezelowanej przyczepie w Pico i stracił większość zębów. Nie było też śladu po złamanych sercach,
które matka zostawiała za sobą, wymieniając jedną dziewczynę na kolejną,
by przetrwać i zapewnić nam byt. Ani jednego portretu któregoś z naszych
psich czy kocich towarzyszy dzieciństwa, których kochałyśmy i którzy
jechali "na farmę", gdy musiałyśmy się przeprowadzić do domu kolejnej z przyjaciółek matki, by stanąć na nogi. Później dowiedziałam się, skąd
wzięły się liczne zdjęcia ojca, na których wyglądał na przystojnego i ogarniętego mężczyznę: matka płaciła mu, żeby do nich pozował.
Kilkanaście razy w roku doprowadzała go do porządku, zmuszała do
kąpieli, może nawet wysyłała do dentysty, po czym kazała mu wkraczać na
scenę naszego życia. On grał swoje solo na gitarze, a ona zapełniała
jedną rolkę filmu za drugą w nadziei, że uda się jej zastąpić wszelkie
pozostałości naszych bolesnych wspomnień malowniczym kłamstwem.
Standardową stawką za te godne Oskara popisy był szeleszczący
dwudziestodolarowy banknot.
Gdy wpatrywałam się w przykryte białym korektorem imię Sable, nagle
przytłoczyły mnie fala nieuświadomionego dotąd żalu i lawina pytań o to,
co się z nią naprawdę stało i czy kiedyś za mną tęskniła. Zdałam sobie
sprawę, że w opowieściach matki nie znajdę całej - prawdopodobnie
bolesnej - prawdy o swoim życiu. Zaczęłam więc dokopywać się do
szczegółów, które pomijała. Na moje szczęście od czasu do czasu - być
może przez zwyczajne wyczerpanie koniecznością trzymania się
jednocześnie tak wielu "bajeczek", jak z czułością matka nazywała swoje
naginanie prawdy - pozwalała sobie na chwilowy przypływ szczerości. W takich momentach prawda wylewała się z niej jak martini z przepełnionego
kieliszka. Chwytałam te informacje jak krnąbrny dzieciak, który wskakuje
w dziury w chodniku, zamiast je omijać, i zadawałam jak najwięcej pytań
- wiedziałam, że rozmowa potrwa najwyżej kilka minut, po czym matka
gwałtownie zaprzeczy każdemu drobiazgowi, który sprawiał jej ból.
- Opowiedz mi jeszcze raz, jak poznałaś tatę. - Zadawałam jej to pytanie
tysiące razy i za każdym razem zupełnym przypadkiem i pomimo jej
usilnych starań dowiadywałam się czegoś nowego.
Historia mojego przyjścia na świat nie rozpoczyna się w sypialni, w barze ani na plaży, gdzie dwójka zakochanych trzyma się za ręce, patrzy
sobie głęboko w oczy na tle różowiejącego nieba i wyznaje sobie uczucie.
Bierze ona początek w znacznie mniej typowym miejscu: w salonie
fryzjerskim Michaeljohn's na rogu Camden i Brighton Way w Beverly Hills.
W roku 1983, na kilka cykli przed moim poczęciem, moja matka Debra była
tuż po trzydziestce. W ciągu ostatnich piętnastu lat z wolna przemijało
lato miłości, którego mogłaby być symbolem, ustępując drapaczom chmur,
Wall Street i początkom zimnej wojny (tu specjalne podziękowania należą
się urzędującemu wówczas prezydentowi Ronaldowi Reaganowi, którego
Debra, zatwardziała demokratka, pomimo jego sympatii politycznych
uważała za "uroczego").
Choć z geopolitycznego punktu widzenia losy świata wisiały na włosku,
Debra uważała, że żyje w wyjątkowo ekscytujących czasach. Thriller
Michaela Jacksona szturmem zdobywał listy przebojów - ta oznaka zmian
zachodzących w społeczeństwie była dla niej tym bardziej przejmująca, że
właśnie szaleńczo zakochała się w utalentowanej, dwadzieścia lat od niej
starszej, czarnoskórej piosenkarce i aktorce Ann Weldon, w skrócie
Annie. Pod wpływem impulsu postanowiła rozpocząć zupełnie nową karierę i zostać menedżerką muzyczną swojej partnerki (mimo że nie miała żadnego
doświadczenia w przemyśle muzycznym ani bladego pojęcia, z czym wiąże
się ta praca). Przeżywała gorący romans z Annie, jednocześnie
załatwiając jej koncerty, w tym występ przed Jane Fondą w hollywoodzkim
Paramount Studios czy rolę supportu Dizzy'ego Gillespie podczas jego
tournée po paryskich klubach.
Poza byciem szczęśliwie zakochaną i zmienianiem heteroseksualnych kobiet
w biseksualistki (ulubiony sport mojej matki) Debra cieszyła się nowym
życiem, podarowanym jej przez program Anonimowych Alkoholików, który
odkryła przy okazji wyciągania swojej młodszej siostry Diane z uzależnienia od heroiny. Zanim natknęła się na AA, Debra robiła
wszystko, co mogła, by Diane była czysta. Nieraz waliła w drzwi jej
sypialni, błagając, by stamtąd wyszła.
- Cicho! Uczę się, by zostać reżyserką! - odwrzaskiwała Diane, wkłuwając
się igłą w ramię i odpływając przy powtórkach Kocham Lucy.
Któregoś popołudnia Debra zadzwoniła po pomoc na policję, ale
powiedziano jej, że przyjadą tylko wtedy, gdy Diane "będzie stanowiła
zagrożenie dla siebie lub innych" - a uzależnienia od heroiny za takie
nie uznawano. Debra podłożyła więc Diane pistolet i ponownie wykręciła
numer alarmowy.
- Ona ma broń! Właśnie zagroziła, że mnie zabije! - krzyknęła do
dyżurnego.
W więzieniu postawiono wściekłą na siostrę Diane przed wyborem: mogła
spędzić miesiąc za kratami albo zapisać się na półroczny program
odwykowy. Zdecydowała się na to drugie i rozpoczęła proces wychodzenia z nałogu w ośrodku Impact w Pasadenie.
Kiedy Diane była na odwyku, Debra napisała do niej list, przerywając w połowie zdania - zupełnie jakby naprawdę rozmawiały - słowami: "Zaczekaj
chwilę, wezmę sobie trochę soku marchewkowego". Poszła wtedy do kuchni i wciągnęła kreskę kokainy. W tym momencie, który później będzie nazywać
"potężnym przebłyskiem olśnienia", zdała sobie sprawę, że sama też jest
uzależniona, tylko dotąd wypierała ten fakt. Będąc świadkinią cudownych
przemian, jakie zaszły w życiu Diane po odwyku, Debra również zaczęła
uczęszczać na spotkania AA, zdeterminowana, by - po tym jak spędziła
większość drugiej i trzeciej dekady życia na upajaniu się wszystkimi
narkotykami, religiami i eksperymentami seksualnymi popularnymi w latach
sześćdziesiątych i siedemdziesiątych - w końcu wytrzeźwieć.
Matka zawsze była hedonistką, pragnącą przedawkować wszystko, zwłaszcza
życie. Kiedy Bitelsi medytowali w aśramie Maharishi w Indiach, Debra
była z nimi. Gdy Bhagwan Rajneesh, później znany jako Osho, potrzebował
wizy, by kontynuować działalność swojej newage'owej sekty w Oregonie, to
Debrę poproszono o uruchomienie politycznych koneksji. Kiedy w trakcie
kampanii prezydenckiej McGoverna i kręcenia Szamponu Warren Beatty
mieszkał w penthousie w hotelu Beverly Wilshire, Debra wynajęła
apartament obok - to tam napisała swoją pracę dyplomową na UCLA na temat
komunizmu, w międzyczasie uwodząc kobiety razem z Warrenem. Za swojego
pierwszego poważnego faceta uważała Jeffa Bridgesa, a wśród wielu jej
znanych, nieujawniających swojej orientacji przyjaciółek była między
innymi Eva Gabor. Mężczyźni kochali Debrę, kobiety kochały Debrę, a Debra kochała przygody.
Była uderzająco piękna. Miała gęste blond włosy, wysokie kości
policzkowe i mocne, atrakcyjne rysy, zmiękczone nieco dziecięcą
niewinnością i figlarnością bijącą z głębokiego wejrzenia jej brązowych
oczu. Była bardzo kobieca, co często myliło uganiających się za nią bez
powodzenia mężczyzn. Jej długie, idealnie pomalowane na czerwono
paznokcie zawsze pasowały odcieniem do jaskrawoczerwonych ust. Na małym
palcu prawej dłoni nosiła zabytkowy pierścionek z koralem z osiemnastokaratowego złota, który sprawiał, że wyglądała jak egipska
księżniczka - uwielbiała go, bo przywodził jej na myśl ocean. Miała
także olbrzymie piersi, które zwykle, ponieważ nie znosiła żadnych
ograniczeń, błąkały się swobodne pod delikatną bluzką. Ale nie chodziło
tylko o wygląd - wszystkich, którzy się z nią zetknęli, oszałamiały jej
zaraźliwa radość życia i niezachwiana pewność siebie. Gdy przestawali
być dla niej ekscytujący, zostawiała ich ze złamanym sercem, sama zaś
wyruszała na poszukiwanie kolejnej nowej, lśniącej zabawki, która być
może czekała na nią tuż za rogiem. Teraz, kiedy była trzeźwa i skończyła
z imprezami, zapragnęła zaznać kolejnej przygody - macierzyństwa.
Marzyła o dziecku bardziej niż o czymkolwiek na świecie.
Problem polegał na tym, że Debra była lesbijką. Był początek lat
osiemdziesiątych i nie znała ani jednej homoseksualnej osoby, która
założyłaby rodzinę. Nie robiły tego nawet samotne heteroseksualne
kobiety - przynajmniej nie celowo. Amerykański sen wciąż kurczowo
trzymał się przekonania, że zdrowe dziecko można wychować jedynie na
łonie tradycyjnej rodziny, składającej się z ojca, matki i dwóch i pół
dziecka. Już samo to, że Debra, dorastająca w latach pięćdziesiątych w należącej do wyższych sfer rodzinie - jako uwielbiana wnuczka byłego
gubernatora Kalifornii Culberta Levy'ego Olsona i córka wpływowego
sędziego z Los Angeles - przyznała przed sobą i wybraną grupą zaufanych
przyjaciół, że woli kobiety, stając się w ten sposób w pewnej mierze
jawnie homoseksualna, było rewolucyjne.
Nie istniał żaden podręcznik, z którego mogłaby skorzystać. Nie miała
żadnych otwarcie homoseksualnych ikon czy wzorów do naśladowania.
Żadnego banku nasienia, który rozdawałby jednopłciowym parom broszury
informujące o alternatywnych ścieżkach prowadzących do rodzicielstwa. W telewizji nie puszczano Współczesnej rodziny, Ellen czy Willa i Grace. Hollywood z reguły nie oferowało zbyt wielu wątków dotyczących
homoseksualizmu; nieliczne postaci gejów i lesbijek, które pojawiały się
w filmach i książkach, często umierały lub spotykał je inny
nieszczęśliwy koniec. Epidemia AIDS, ochrzczona przez popularnego
telewizyjnego teleewangelistę Jerry'ego Falwella "gejowską zarazą",
osiągała właśnie swoje apogeum. Atmosfera, z którą musieli się mierzyć
geje i lesbijki we wczesnych latach osiemdziesiątych, nawet w liberalnym
Los Angeles nie była po prostu niekomfortowa - była wręcz wroga.
Debra myślała o dziecku, po czym włączała telewizję albo radio i dostawała skurczy żołądka, słuchając, jak znane osoby, takie jak Falwell
czy piosenkarka i antygejowska aktywistka Anita Bryant, głoszą tezy w stylu: "Pamiętajcie, homoseksualiści się nie rozmnażają! Oni rekrutują!
I wielu z nich czyha na moje i wasze dzieci".
Debra obawiała się, że dziecko samotnej matki lesbijki będzie miało
niesłychanie trudne życie. Poza tym była starsza niż większość matek,
które znała, i zdawała sobie sprawę, że zegar biologiczny nie daje jej
wiele czasu, zwłaszcza gdyby zechciała mieć więcej niż jedno dziecko.
Kiedy więc to olbrzymie, naglące pragnienie potomka ogarnęło ją po raz
pierwszy, cztery lata przed tamtym brzemiennym w skutki spotkaniem w zakładzie fryzjerskim, zrobiła to, co na jej miejscu zrobiłaby każda
logicznie myśląca osoba: postanowiła zostać hetero. Rozwiązanie to nie
było idealne, ale było wykonalne - taką przynajmniej miała nadzieję.
Poznała nawet mężczyznę doskonale pasującego do tego planu: Sola Westa
III, przystojnego dziedzica naftowej fortuny. Sol pochodził z San
Antonio i chciał kupić sobie posiadłość w Los Angeles. Debra, która w tamtym okresie z powodzeniem rozwijała karierę agentki nieruchomości,
została jego pośredniczką. Kiedy rozsiadali się we dwoje na tylnym
siedzeniu jego limuzyny i sunęli falistymi wzgórzami Bel Air od jednego
domu pokazowego do drugiego, Debra oczarowywała go urywkami swojego
życia: opowiadała o nocy spędzonej na egipskim Sfinksie albo o tym, jak
wprowadziła Tinę Turner w tajniki buddyzmu. Jej opowieści były
niesamowite - i chciało się brać je za dobrą monetę - ale czasem
odpływała tak daleko, że potrzeba było prawdziwego aktu wiary, by jej
zaufać. Mimo tego twarde, dzikie, republikańskie serce Sola zabiło
mocniej dla tej szalonej blond demokratki z Beverly Hills,
oprowadzającej go po coraz to nowych posiadłościach. Był nią tak
urzeczony, że po pierwszej randce wysłał jej dwa tuziny czerwonych róż,
a następnie kupił trzeci dom, który mu pokazała, od ręki, zanim jeszcze
zeszli z podjazdu.
Kiedy sfinalizowano transakcję, Debra wręczyła Solowi klucze do jego
nowego królestwa, a on odwdzięczył się jej, proponując, by z nim
zamieszkała. Miała do dyspozycji własne skrzydło, wypełnione ubraniami
od projektantów i futrami, oraz nieograniczone konto na własne wydatki.
Chodziła nawet na cotygodniowe sesje terapeutyczne, by "stać się
hetero". Choć nigdy się jej to nie udało, z czasem Debra nauczyła się na
swój sposób kochać Sola. Podobnie jak ona dorastał w głęboko
dysfunkcyjnej rodzinie. (Po tym jak starszy brat Sola umarł w wyniku
przedawkowania heroiny, jego również uzależniona szwagierka zastrzegła w testamencie, że Sol odziedziczy fortunę brata tylko pod warunkiem, że
pochowa ją ubraną w jej ulubioną błękitną koszulę nocną w jej ulubionym
niebieskim Ferrari 330 America. Kiedy w końcu przedawkowała i jej
ostatnią wolę upubliczniono, Sol próbował walczyć z tymi zapisami w sądzie, ale ostatecznie przegrał sprawę. To był najsłynniejszy pogrzeb w historii San Antonio).
Dla Debry ważniejsze niż miłość było poczucie, że jej rodzice, choć nie
żyli, byliby dumni, widząc ją u boku Sola. Jego majątek i dobre maniery -
nie wspominając już o płci - były wszystkim, czego życzyłby sobie jej
ojciec. Uważała także, że Sol byłby troskliwym tatą. I tak kilka
miesięcy po przeprowadzce Debrze udało się go przekonać, że powinni
spróbować zajść w ciążę. Starali się dwa lata. Co miesiąc w trakcie
owulacji kochali się, po czym Debra kładła się na łóżku w pozycji jogi z uniesionymi nogami opartymi o ścianę, żeby upewnić się, że doszło do
zapłodnienia, podczas gdy Sol leżał obok niej, oglądając w telewizji
wiadomości ekonomiczne. Kilka tygodni później z niedowierzaniem
spoglądała na negatywny wynik testu ciążowego. W końcu razem z Solem
odwiedzili specjalistę, doktora Cappy'ego Rothmana, który prowadził w Century City nowo otwartą klinikę leczenia niepłodności zwaną California
Cryobank.
Podczas tej wizyty ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu Debra dowiedziała
się, że problem leży po stronie Sola. Cappy wyjaśnił im, że
najprawdopodobniej w wyniku przesiadywania w popularnych w latach
siedemdziesiątych jacuzzi z wodą o temperaturze sięgającej czterdziestu
pięciu stopni Sol nabawił się żylaków powrózka nasiennego, przez co w jego spermie nie było wystarczającej liczby plemników.
- To częsta przypadłość - zapewnił Cappy. - Na szczęście wystarczy
prosty zabieg.
W kolejnych miesiącach Sol unikał ustalenia daty operacji. Debra nie
przestawała naciskać, co zmusiło go do wyznania prawdy: nie miał zbyt
szczęśliwego dzieciństwa i nie był pewien, czy w ogóle chce mieć dzieci.
Debra była wściekła. Przez dwa lata starali się o dziecko. Teraz
zastanawiała się, czy jakaś część Sola przez cały ten czas nie
przeczuwała, że nie jest zdolny dać jej potomka. Czuła się zdradzona.
- Albo umówisz się na operację, Sol - powiedziała - albo cię zostawię.
- Nigdy mnie nie zostawisz, Debro - odparł z wyższością. - Zostaniesz
najbogatszą kobietą w Los Angeles. Byłabyś idiotką, gdybyś się tego
wyrzekła.
Wkrótce po tej wymianie zdań Sol oświadczył się Debrze podczas w zamierzeniu romantycznej przejażdżki konnej po jego rodzinnym ranczu w San Antonio. Jednak Debra jechała na oklep, spadła z konia i złamała
rzepkę - uznała, że w ten sposób świat daje jej znak, że ten związek nie
ma przyszłości.
Po kilku miesiącach zastanawiania się nad swoim życiem, wciąż mając w pamięci niepewną sytuację finansową, jaką naznaczone było jej
dzieciństwo, Debra w końcu się wyprowadziła, wcześniej zaakceptowawszy
jednak 50 tysięcy dolarów, które Sol dał jej na "rozkręcenie kariery
menedżerki muzycznej" jej sekretnej dziewczyny Annie. (Debra z przyjemnością wydała całą tę sumę na to, co później nazywała "miesiącem
miodowym" z Annie, swoją "klientką", która wkrótce stała się pierwszą z wielu moich drugich matek).
Porzuciwszy poszukiwania idealnego ojca, Debra dotarła do punktu, w którym całkowicie zadowoliłoby ją znalezienie idealnej spermy. To nie
mogło być byle jakie nasienie. Jednorazowy numerek w Pips czy Daisy nie
przyniósłby jej małego Buddy, którego tak bardzo pragnęła. Potrzebowała
kogoś boskiego. Utalentowanego. Kogoś odpowiednio wybitnego i ze
stosownym rodowodem.
O to, czy nie pomógłby jej zostać matką, zapytała najpierw swojego
znajomego aktora i osławionego playboya Warrena Beatty'ego. Przez lata
Warren i Debra stali się bliskimi przyjaciółmi i sporadycznymi
kochankami: łączyła ich fascynacja kobietami.
- Nie znałem nikogo, kto kochałby kobiety równie mocno jak ja, póki nie
spotkałem Debry! - zwykł chełpić się przed znajomymi za każdym razem,
gdy ją komuś przedstawiał. Warren grzecznie odmówił jej prośbie.
Potem przez chwilę dążyła do zrealizowania innego, jej zdaniem
genialnego pomysłu: chciała wykorzystać nasienie brata Annie.
- Zrozum - tłumaczyła dziewczynie - to byłoby tak, jakbyśmy naprawdę
miały razem dziecko, miałoby w sobie geny nas obu.
Debra uważała, że historia rodziny Annie jest fascynująca. Po kądzieli
sięgała romansu między synem właściciela plantacji na Środkowym
Zachodzie a jedną z pracujących na niej niewolnic. Syn plantatora
(prapradziadek Annie) walczył o to, by wyzwolono jej praprababkę i ich
wspólne dzieci, po czym zażyczył sobie, by po śmierci pochowano go obok
ukochanej. Po mieczu natomiast Annie pochodziła z indiańskiego plemienia
Czarnych Czoktawów. Często żartem mówiła Debrze: "Skarbie, jestem tym,
co najlepsze ze wszystkich światów. W moich żyłach płynie czarna, biała
i czerwona krew".
Annie była olśniewającą, robiącą piorunujące wrażenie kobietą o promiennym uśmiechu i głębokim, potężnym głosie. Dorastała na farmie w Oklahomie pod koniec lat trzydziestych. Jej ojciec, liberalny minister i właściciel gospodarstwa, tak skutecznie i zażarcie chronił szóstkę
swoich dzieci przed rasizmem, że Annie dowiedziała się o jego istnieniu
dopiero, gdy po przeprowadzce do Kalifornii jako nastolatka zaczęła
śpiewać w klubach - i musiała do nich wchodzić innymi drzwiami niż jej
biali szefowie. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wyrobiła
sobie nazwisko, występując w gejowskich i lesbijskich barach pokroju 524
Club w San Francisco. Ich właściciele z radością pozwalali jej korzystać
z głównego wejścia: dla tej żyjącej na marginesie społeczności Annie
stała się gwiazdą. Śpiewała przed Dinah Washington i została pierwszą
czarnoskórą aktorką obsadzaną w głównych rolach w American Conservatory
Theater w San Francisco - jeszcze zanim przeniosła się do Hollywood, by
zagrać Mary w Szamponie. Moja matka poszła zobaczyć występ Annie na
wiecu dotyczącym spraw kobiet: gdy tylko ujrzała ją dumnie kroczącą w długiej, beżowej sukni po scenie i śpiewającą I Am Woman z całą
orkiestrą symfoniczną za plecami, wprost oszalała na jej punkcie.
Annie zgodziła się na dziecko z Debrą. Zgodził się nawet jej brat -
propozycja mu schlebiała. Nie zgodziła się tylko jego żona.
- Nie ma mowy! - wydarła się na Debrę, gdy tylko zrozumiała, co się
święci. Rzucała oczami takie gromy, jakby właśnie dowiedziała się, że
jej mąż i moja matka mają romans.
Debra powoli zaczynała rozumieć, że skłonienie któregoś ze znajomych, by
został ojcem jej dziecka, może nie być takie łatwe, jak się spodziewała.
Wkrótce potem przypadkiem wpadła na inne rozwiązanie. Przeglądając "Los
Angeles Times" natknęła się na artykuł opisujący działalność Repository
for Germinal Choice, organizacji, która zajmowała się rozdawaniem spermy
laureatów Nagrody Nobla w szczytnym celu: ich genetyczna wspaniałość
miała przyczynić się do "rozwoju rasy ludzkiej".
Przedstawicielem "banku geniuszy", jak nazywała go Debra, okazał się
przypominający obwoźnego handlarza mężczyzna w średnim wieku, który
pewnego dnia pojawił się w jej salonie: zamiast jednak wciskać jej
biblie czy encyklopedie, reklamował plik "jednostronicowych
charakterystyk mężczyzn mogących pochwalić się "genialną spermą"". Choć
profili nie opatrzono zdjęciami ("by chronić tożsamość dawców"), Debra
uznała, że to najlepsza z dostępnych jej opcji. Był tylko jeden problem:
bank geniuszy, jak niemal wszystkie banki nasienia funkcjonujące w tamtych czasach, wyznawał niedwuznaczną politykę "żadnych lesbijek i samotnych kobiet", uznając te dwie kategorie matek za absolutnie
niezdolne do wychowania kolejnego młodego pokolenia.
Debra połechtała właściciela Repository wizją genetycznego potencjału
mieszanki plemników noblisty i jajeczka wnuczki gubernatora Kalifornii:
był on tak podekscytowany, że jego uprzedzenia zeszły na dalszy plan.
Tydzień później siedziała już w swojej kuchni z mężczyzną z aktówką,
przeglądając dziesiątki profili anonimowych dawców. W końcu zdecydowała
się na spermę "matematycznego talentu" z Uniwersytetu Stanforda.
W następnym tygodniu pod jej drzwiami pojawił się gigantyczny srebrny
kokon. Ostrożnie wniosła metalowy obiekt do środka, postawiła go na
kuchennym blacie i otworzyła. Dym z wypełniającego pojemnik suchego lodu
owionął jej twarz, a gdy się rozwiał, Debra zobaczyła przed sobą trzy
fiolki ze spermą geniusza. Każda miała wbudowany aplikator. Moja matka
właśnie jajeczkowała, położyła się więc na stole w jadalni i z pomocą
siostry od razu podjęła próbę inseminacji. Niestety Diane nie miała
bladego pojęcia, co robi, więc zawartość pierwszej fiolki w całości
wylądowała na blacie.
Za drugim razem wszystko dostało się tam, gdzie trzeba, i Debrze
pozostało już tylko czekać.
Kiedy okazało się, że pierwsza próba nie dała jej upragnionej ciąży,
Debra zaczęła się zastanawiać, czy to czasem nie kolejny znak z niebios.
Zanim więc sięgnęła po trzecią i ostatnią fiolkę z nasieniem, wynajęła
prywatnego detektywa. Po tygodniu otworzyła otrzymaną od niego kopertę i wyciągnęła z niej fotografię, która przedstawiała łysego i najmniej
atrakcyjnego profesora, jakiego Debra widziała w życiu. Patrząc na
zdjęcie, wyobrażała sobie dziwacznego chłopca z przedwcześnie cofającą
się linią włosów, którego miałaby wydać na świat. Czym prędzej odesłała
srebrny metalowy kontener tam, skąd przybył. Noblista czy nie, Debra
postanowiła, że musi znać ojca swoich dzieci. I musi on być przystojny.
Nie wiedząc, dokąd się zwrócić, i niemal gotowa się poddać, Debra
poświecała czas na medytację. Leżąc z zamkniętymi oczami na łóżku pod
świetlikiem w sypialni, którą dzieliła z Annie, przypominała sobie
chwile sprzed dwóch lat, gdy siedziała u stóp swojego guru w jego zamku
w New Jersey. Był rok 1982. Debra dostąpiła rzadkiego zaszczytu
osobistej audiencji u Bhagwana Rajneesha, który złożył śluby
odosobnienia i milczenia, podczas gdy jego komuna w Oregonie codziennie
dawała pożywkę wszystkim kanałom informacyjnym w całych Stanach. Sheela,
"sekretarka" i zastępczyni Bhagwana, zorganizowała spotkanie,
nieświadoma, że Debra ma romans z jej wspólnotową nemesis, niejaką
Françoise Ruddy, obecnie znaną jako Ma Prem Hasya. O czwartej rano Debrę
zaprowadzono w góry, do prywatnego azylu Bhagwana, i kazano usiąść po
turecku na podłodze wśród stadka wielokolorowych pawi. Bhagwan zajął
miejsce powyżej, na swoim wysadzanym klejnotami tronie. Zarówno jego
powłóczysta biała szata, jak i charakterystyczna długa siwa broda
nadawały mu władczy rys.
- Co chcesz wiedzieć, Debro? - zapytał łagodnym, życzliwym głosem.
Debra skłoniła głowę i zadała pytanie, które trawiło jej serce:
- Bhagwanie, ponad wszystko pragnę zostać matką. Proszę, powiedz mi: czy
będę miała dzieci?
Guru zamknął oczy i siedział w ciszy. Debra czekała w napięciu.
Wiedziała, że Bhagwan polecił swoim wyznawczyniom wyrzec się potomstwa,
ponieważ chciał, by kobiety stały się jego "wojowniczkami", i uważał, że
dzieci przeszkadzałyby im w wypełniania jakże istotnej misji "budowania
nowego społeczeństwa". Otworzył oczy, uśmiechnął się promiennym
uśmiechem czystej radości i wyciągnął ręce, by powoli dotknąć różnych
części ciała Debry. Najpierw położył dłoń na jej głowie - czakrze
korony. Potem przesunął ją na czakrę gardła, serca, a potem - co
zrozumiałe, biorąc pod uwagę pytanie - na czakrę sakralną.
Jego dłoń spoczywała tam chwilę, po czym uśmiechnął się, patrząc Debrze
w oczy, i dał jej odpowiedź.
- Tak, Debro, widzę to bardzo wyraźnie. Będziesz miała dwóch małych
Buddów.
Dwa lata później, wpatrując się w świetlik nad łóżkiem i wspominając to
spotkanie, Debra zastanawiała się, czy aby guru tak naprawdę - jak wielu
sądziło - nie był zwykłym oszustem.
- Boże, Siło Wyższa, kimkolwiek lub czymkolwiek jesteś - powiedziała na
głos - jeśli istniejesz, a mnie jest przeznaczone zostać matką, proszę,
ześlij mi jakiś znak.
Ale żaden znak się nie pojawił. Przynajmniej nie tamtego wieczoru.
Następnego dnia Debra, nietypowo dla niej rozżalona swoim losem,
pojawiła się na umówionej wizycie w Michaeljohn Salon w Beverly Hills,
założyła pelerynę i usiadła w fotelu. Fryzjerka zabrała się za
rozplatanie jej grubych blond włosów.
- Upolowałaś kogoś? - zapytała.
Debra przecząco potrząsnęła głową.
Dzwonek oznajmił, że do salonu wszedł kolejny klient. Debra odruchowo
spojrzała przez ramię.
Mierzący ponad metr osiemdziesiąt nieznajomy, który stanął w drzwiach,
był najpiękniejszym fizycznie mężczyzną, jakiego Debra kiedykolwiek
widziała. Miał intensywnie błękitne oczy, muśniętą słońcem oliwkową cerę
i gęste piaskowobrązowe włosy, które cały czas musiał odgarniać z twarzy. Nosił białą, zapinaną na guziki koszulę i dobrze skrojone
tweedowe spodnie, podkreślające jego muskularne, szczupłe ciało, oraz
nieco znoszone brązowe skórzane mokasyny. Niemal jaśniał na tle
obrysowującego jego sylwetkę światła wpadającego przez olbrzymie
przeszklone drzwi; wyglądał jak młody bóg, który właśnie zstąpił z nieba
wprost do Michaeljohn.
Przystojny mężczyzna zajął fotel obok Debry, która nie mogła oderwać od
niego wzroku. Uważnie przyjrzała się jego uszom, profilowi, dużym,
wyglądającym na zręczne dłoniom i nagle, w jednej sekundzie, zyskała
absolutną pewność: znalazła go. Tego jedynego. Nie mężczyznę, w którym
się zakocha, którego poślubi i z którym będzie żyła długo i szczęśliwie,
tylko mężczyznę, którego przekona, by spuścił się do kubeczka, żeby
mogła pójść do domu, napełnić jego zawartością pipetę do polewania
indyka i się zapłodnić.
- Jestem Debra - przedstawiła się, z błyskiem w oku wyciągając ku niemu
dłoń. - Jak się nazywasz?
Jeffrey Harrison nigdy by nie przypuszczał, że odpowiedź na to pytanie
tak bardzo zmieni jego życie. W czasie strzyżenia Debra dowiedziała się,
że ma on dwadzieścia pięć lat i jest wolny, że dorastał na Wschodnim
Wybrzeżu oraz że właśnie przeprowadził się do Los Angeles z Hany na
Maui, dokąd jego majętna matka i ojczym przenieśli się po przejściu na
emeryturę. Pracował jako kelner i dorabiał jako model, w wolnych
chwilach nieustannie próbując rozwinąć karierę gitarzysty, ponieważ
uważał się przede wszystkim za muzyka i autora tekstów. Debra, słuchając
jego historii, coraz szerzej otwierała oczy. Zewnętrzne piękno i talent
artystyczny! Koszmar o łysiejącym naukowcu natychmiast został wyparty
przez marzenie o skrzypku. Dowiedziała się, że Jeffrey odrzucił
propozycję rodziców chcących opłacić mu college - wolał studiować
medytację transcendentalną we Włoszech i surfować wzdłuż hawajskich
plaż. Jego ojciec skończył Yale i Harvard, matka chodziła do Wellesley,
a wujek był prezesem Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku.
- Ach - dodał, jakby to było mało istotne - moim ciotecznym dziadkiem
był sędzia Sądu Najwyższego Oliver Wendell Holmes Jr.
Serce Debry podskoczyło.
- Znam wszystkich w branży muzycznej - stwierdziła, rozsiewając wokół
swój osławiony czar. - Pomogę ci, jak tylko będę mogła. Zostaw mi swój
numer.
O ile darem, którym życie obdarzyło Jeffreya, był jego wygląd, o tyle
Debrze przypadła w udziale zdolność przekonywania ludzi do różnych
rzeczy. Tydzień później podczas lunchu, nim Jeffrey zdołał się
zorientować, zgadzał się oddać kobiecie, którą ledwie znał, kubeczek
swojej spermy, by spełnić jej życiowe marzenie o dziecku.
W zamian miała mu dać dwa tysiące dolarów.
- Jeszcze tylko jedna kwestia - powiedziała, kładąc na stole zaliczkę w wysokości połowy tej kwoty.
- Jasne, o co chodzi?
- Jeffrey, chcę, żebyś mi przysiągł na swoją duszę, Boga czy
kogokolwiek, do kogo tam się modlisz, że nie zrobisz tego dla nikogo
oprócz mnie.
Jeffrey bardzo się starał, by się nie roześmiać. Miał pracę. Nie
zamierzał zarabiać na życie, zaczepiając kobiety na ulicy i oferując im
swoje nasienie na sprzedaż. Choć uważał tę prośbę za dziwaczną, spojrzał
na Debrę z poważnym wyrazem twarzy i wzruszył ramionami.
- Oczywiście. Żaden problem.
- Jeśli będziesz kiedyś chciał mieć własne dzieci, w porządku. Ale
żadnego dziecka więcej w ten sposób. Rozumiesz? To dla mnie bardzo
ważne.
- Przysięgam - powiedział - że nie zrobię tego dla nikogo innego.
Nasienie idealne
Miliony maleńkich, nibyszklanych koralików,
poruszających się gorączkowo za sprawą ogonków, prześlizgiwało się tam i z powrotem we wszystkich kierunkach w poszukiwaniu czegoś, czego mogłyby
się uchwycić.
- Dobry jest! - Cappy Rothman, dyrektor kliniki leczenia niepłodności
California Cryobank, podniósł wzrok znad okularu mikroskopu i uśmiechnął
się szeroko. - Ma mnóstwo plemników!
Debra odetchnęła z wielką ulgą. Przez cały wcześniejszy tydzień
przerażająca obawa, że Jeffrey jest bezpłodny tak jak Sol, odbierała jej
wszystkie siły i nie pozwalała zasnąć.
- Zwykle w jednym mililitrze spermy pływa od 20 do 150 milionów
plemników - wyjaśniał dalej Cappy. - U tego faceta jest ich grubo ponad
200 milionów na mililitr. To mniej więcej objętość łyżeczki do herbaty.
- Wciąż z uśmiechem zapytał: - Chcesz je zobaczyć?
- Jasne, że chcę! - odparła Debra i szybko zajęła miejsce Cappy'ego
przed mikroskopem. Z zachwytem wpatrywała się w 200 milionów malutkich
plemników pływających w kółko po szklanej szalce laboratoryjnej: każdy
mógł dać początek żyjącej istocie.
Uniosła głowę znad okularu i odetchnęła: był to głęboki, gardłowy wydech
pełen nadziei. Czuła, że wszystko jest tak, jak należy. Gdy dwa lata
wcześniej siedziała dokładnie na tym samym fotelu z Solem, nic nie było,
jak należy. Bank geniuszy z pewnością nie był, jak należy. Nawet Warren
to nie do końca było to. Miała poczucie, że cały wszechświat kierował ją
ku tej chwili, a nadzwyczajna jakość spermy Jeffreya tylko utwierdziła
ją w przekonaniu, że to jemu było przeznaczone zostać ojcem jej dzieci.
- Chcesz zobaczyć coś fascynującego? - Cappy uniósł brwi. -
Jajeczkujesz, prawda?
Debra sądziła, że tak, i poczuła się podekscytowana tym, co Cappy miał w zanadrzu. Polecił jej udać się do łazienki i pobrać małą próbkę śluzu z szyjki macicy. Kiedy wróciła, ostrożnie zamienił preparaty.
- Tuż przed owulacją - wyjaśnił - w śluzie szyjkowym pojawia się kształt
przypominający liście paproci. Nazywa się to ferning. Przez resztę
miesiąca nie ma żadnego dostrzegalnego wzoru, paprocie znikają. - Cappy
zamknął jedno oko i zerknął przez okular, przestawiając pokrętła jak
szalony naukowiec, póki nie uzyskał ostrego obrazu. - Patrz, jest!
Debra kolejny raz zamieniła się z nim miejscami. Na widok obrazu, który
zobaczyła przez pryzmat soczewki, wstrzymała oddech: poczuła się
zadziwiona i oczarowana jak wtedy, gdy jako dziecko, wtulona w ramiona
ojca, podziwiała rozgwieżdżone niebo czy spiralę we wnętrzu muszli.
Miała wrażenie, że życie jest stanowczo zbyt uporządkowane, zbyt
olśniewające, by być tylko serią zbiegów okoliczności; że musi istnieć
wyższy cel czy forma bytu, jakiś większy plan, w który nie mamy wglądu.
Zastanawiała się, jaki scenariusz przewidziano dla niej. Po raz pierwszy
od początku tej długiej podróży ku macierzyństwu poczuła pewność, że
jakikolwiek by on nie był, jest w nim miejsce dla Jeffreya.
Jeffrey w tym samym czasie doznawał znacznie mniej mistycznych
doświadczeń, siedząc w znajdującym się tuż obok niewielkim, sterylnym
pomieszczeniu i wyciągając rękę w kierunku Rosjanki, która miała pobrać
mu krew, by upewnić się, że nie ma HIV ani żadnych innych chorób
przenoszonych drogą płciową.
Bardzo starał się nie patrzeć na grubą igłę wkłuwająca mu się w ramię,
odwrócił więc wzrok, a kiedy to zrobił, przez otwarte na oścież drzwi
zobaczył coś dziwnego: kolejkę przechadzających się tam i z powrotem
studentów.
- Co to za jedni? - zagadnął z ciekawości pielęgniarkę.
- Nasi regularni dawcy - odparła rzeczowo.
- Ktoś im za to płaci? - zapytał, oszołomiony, nagle zupełnie
zapominając o igle.
- Oczywiście.
Jeffrey przez chwilę siedział w milczeniu, przetwarzając tę informację.
Od momentu, gdy w celu pobrania próbki zaprowadzono go do maleńkiego
pokoju z "Playboyami", "Penthouse'ami" i "Hustlerami" rozłożonymi na
stoliku, aż do teraz, gdy ktoś go kłuł, by przebadać mu krew, miał
nieodparte wrażenie, że zażył grzyby i właśnie znajduje się w środku
jakiegoś psychodelicznego tripu, w którym ni z tego, ni z owego
przeobraził się w cennego ogiera, badanego pod kątem przydatności do
rozpłodu. Już samo to, że jakaś obca kobieta zaczepiła go w salonie
fryzjerskim i zaproponowała, że zapłaci mu za słoiczek nasienia, bo chce
sobie zrobić dziecko, było wystarczająco dziwne; fakt, że na podobnym
pomyśle oparto cały - sądząc po stojących w kolejce mężczyznach, całkiem
nieźle prosperujący - biznes, zupełnie zbiło go z tropu. W końcu
zrozumiał też, czemu Debra kazała mu przysiąc, że nie zrobi tego dla
nikogo innego.
Debra weszła do pokoju dokładnie w momencie, gdy miał zamiar dopytać o szczegóły.
- Jak leci? - zapytała z szerokim uśmiechem. Jeffrey szybko otrząsnął
się z osłupienia i udał, że nie zauważył facetów czekających przed
drzwiami.
W kolejnych tygodniach zdołał dobrze poznać personel California
Cryobank.
Choć testy płodności zdał śpiewająco, a pierwsze analizy krwi wykazały,
że nie jest nosicielem wirusa HIV, musiał pojawić się w ośrodku jeszcze
kilka razy. Debra dopilnowała, by zamrożono dziesięć osobnych próbek
jego nasienia. Planowała wprawdzie użyć świeżej spermy, ponieważ z jakiegoś powodu była przekonana, że jest wyższej jakości, ale wolała
mieć plan awaryjny na wypadek, gdyby Jeffrey w ostatniej chwili się
wycofał. Działała w sposób typowy dla siebie: przed każdym oddaniem
nasienia umawiała się z nim, że podwiezie go do Cryobanku, płaciła mu
ratę w wysokości dwustu dolarów i wykorzystywała okazję, by w czasie
jazdy lepiej poznać przyszłego biologicznego ojca swojego dziecka.
Jeffrey szybko zorientował się, jak funkcjonowała: zawsze kalkulowała na
dziesięć kroków do przodu i zwykle nie wtajemniczała innych w swoje
plany, nawet jeśli mieli odegrać w nich główną rolę.
Dziesięć donacji później, kiedy pięćdziesiąt fiolek - czy też ampułek,
jak je tam nazywano - leżało bezpiecznie w kriokomorze, nadszedł czas na
zabranie się za robienie dziecka.
Wiele znajomych Debry przechodziło przez potworne batalie związane z ustaleniem praw do opieki - chciała zagwarantować sobie, że dziecko
będzie w stu procentach jej. Prawnik poradził jej, że w takim wypadku
ważne jest, by inseminacja odbyła się w gabinecie lekarskim, inaczej
Jeffrey teoretycznie mógłby rościć sobie prawa do potomka. Poza tym
Debrze naprawdę zależało na świeżym materiale.
Porzuciła niedawno odkryte miejsce na lunch na rzecz Ivy, nowo otwartej
eleganckiej restauracji przy Robertson Boulevard, gdzie Jeffrey pracował
jako kelner, podając kraby i chardonnaya celebrytom i hollywoodzkim
agentom. Kiedy lekarz potwierdził, że Debra jest w trakcie owulacji,
podjechała do lokalu, minęła płotek z białych sztachet i zamówiła stolik
w sekcji obsługiwanej przez Jeffreya. Spod jedwabnej bluzki
niepostrzeżenie wyciągnęła kubek termiczny i położyła go przed sobą, tuż
obok torebki i kluczy.
- Witamy - Jeffrey podszedł do stolika i ukradkiem schował kubek pod
kelnerskim fartuchem. - Co mogę dzisiaj pani podać?
- Może mrożoną herbatę i coś słodkiego? - odparła Debra z szelmowskim
uśmiechem.
Jeffrey przyjął zamówienie i pobiegł do łazienki po próbkę. Kilka minut
później wrócił, niosąc w prawej ręce tacę z mrożoną herbatą, croissantem
i kubkiem Debry.
- Oto pani napój - powiedział, stawiając przed nią szklankę i talerzyk.
- A to pani słodki mały bobas - dokończył szeptem.
Debra - niczym kwoka - wsadziła kubek z powrotem pod bluzkę, by się nie
wychłodził. Wypiła herbatę duszkiem, sięgnęła do torebki, położyła na
stoliku banknot dwustudolarowy, wsiadła do swojego białego jaguara XJ12
i przejechała kilka przecznic na zachód, gdzie w gabinecie ginekologa
dała się zapłodnić małą strzykawką.
Jej genialny plan nie zadziałał. Choć co miesiąc w czasie owulacji
udawało się jej odnaleźć Jeffreya tam, gdzie akurat przebywał - raz
spotkali się nawet na parkingu stacji benzynowej - po trzech miesiącach
starań wciąż nie była w ciąży.
Zaczęła zastanawiać się, czy problem nie leży w transporcie między
miejscem oddania spermy a gabinetem lekarskim. Może nasienie zostaje w jakiś sposób uszkodzone w czasie przewozu, a może po prostu duszy
nienarodzonego dziecka nie podoba się pomysł przyjścia na ten świat na
stacji benzynowej.
- Słuchaj, Jeffrey - zagadnęła pewnego popołudnia, gdy podwoziła go do
pracy, by nie musiał czekać na autobus. - Coś ewidentnie nie działa.
Może jednak zrobilibyśmy to tradycyjną metodą?
Uśmiechnęła się zalotnie. Jeffrey był wyraźnie skrępowany. Już od
jakiegoś czasu nabierał przekonania, że Debra, podobnie jak większość
kobiet, które spotykał, zakochuje się w nim. (To nie była prawda). Jeśli
się z nią prześpi, kto zabroni jej twierdzić, że jest prawdziwym ojcem i żądać od niego finansowego wsparcia dla dziecka?
- Nie, nie, nie. Zdecydowanie nie! - powiedział, kręcąc głową. Spojrzał
na nią jeszcze raz, zastanawiając się, czy nie powinien jednak lepiej
przemyśleć sprawy. Nie, nie prześpi się z nią, nie da się wrobić w to
dziecko. Równocześnie jednak zdawał sobie sprawę, jak rozpaczliwie Debra
pragnie być matką, i chciał jej w tym pomóc, już nie tylko dla
pieniędzy. Zaczął uważać ją za swoją przyjaciółkę: mieli podobne,
uduchowione spojrzenie na życie, a jej pewność siebie, energiczność i wyrazista osobowość robiły na nim duże wrażenie. Był przekonany, że
pomagając tej kobiecie spełnić jej życiowe marzenie o potomstwie, robi
dobry uczynek, i miał nadzieję, że świat odpłaci mu dobrą karmą.
Pewnego umiarkowanie chłodnego grudniowego wieczoru, gdy słońce
zachodziło już nad Los Angeles, Debra wybrała się do Canyon Country
Store w pobliskim Laurel Canyon i kupiła pipetę do polewania sosem
indyka. Następnie udała się do Benedict Canyon, gdzie Jeffrey
pomieszkiwał u znajomego, po czym razem z nim wróciła do Laurel i zaparkowała na podjeździe w zaułku, w którym mieszkała z Annie. W ciszy
wysiedli z samochodu - oboje zdenerwowani - i frontowymi drzwiami weszli
do nowoczesnego domu. (Całe szczęście Annie wyjechała na plan Od
dziewiątej do piątej, produkowanego przez Jane Fondę serialu
telewizyjnego, w którym grała jedną z postaci epizodycznych, więc na
miejscu nie było nikogo).
Debra zapaliła w sypialni kilka świec, po czym przeszła do kuchni, gdzie
Jeffrey sączył piwo, i położyła pustą szklankę na blacie. Kiedy Jeffrey
poczuł, że jest wystarczająco wstawiony - nie był w stanie zrealizować
tak obłąkanego planu bez czegoś, co pomogłoby mu się wyluzować - chwycił
naczynie, poszedł do łazienki i zamknął za sobą drzwi.
Gdy wrócił kilka minut później, w szklance, którą trzymał w ręku, była
jego sperma. Debra leżała na łóżku. Skinęła na Jeffreya, by położył się
obok niej, co uczynił z pewnym zażenowaniem, kładąc się tak blisko
krawędzi materaca i tak daleko od Debry, jak tylko się dało.
Debra wzięła pipetę oraz szklankę i dokonała próby zapłodnienia, po czym
oboje zamknęli oczy i zaintonowali trzy hinduskie mantry om.
Po dłuższej chwili Debra otworzyła oczy.
- Poczułeś to, Jeffrey? - zapytała. - Dziecko już tu jest. Wiem to.
- Serio? - zapytał, rozglądając się po pokoju, nie do końca pewien,
gdzie dokładnie powinien go szukać.