Córka Edenu. Cykl Ciemny Eden. Tom 3 - Chris Beckett

Kup ebooka

48.00 zł
40.80 zł (48,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Gwiazdeczka Strumyk

Jaki gło­śny i jaki piękny wyda­wał mi się ten Dom Lona Downika, kiedy odwró­ci­ły­śmy się od reszty i zanur­ko­wa­ły­śmy w nim z powro­tem, jaki wielki i jasny, pło­nący tym gorącz­ko­wym świa­tłem, w porów­na­niu z któ­rym nawet Gwiezdny Wir wyda­wał się blady i słaby.

-?Kola­nowi cią­gle powta­rzają, jak to jeste­śmy lepsi niż Davi­dowi i Joh­nowi -?powie­dzia­łam -?bo tamci są okrutni i cią­gle się biją. Ale, na fiuta Toma, popatrz tylko na nich! Popatrz tylko na nich i porów­naj z nami!

Angie zupeł­nie nie zwra­cała uwagi na moje słowa. Dobrze wie­działa, że nie o tym chcia­łam mówić.

-?Ten Zie­lo­no­ka­myk, śliczny jest -?odparła. -?I wystar­czy raz na niego spoj­rzeć, żeby wie­dzieć, że bar­dzo mu się podo­basz.

Odwró­ci­łam wzrok. Cud­nie było to sły­szeć, ale na konia Jeffa, sama nie chcia­łam tego mówić.

* * *

W pło­cie ota­cza­ją­cym Lon Downik była prze­rwa, w prze­rwie stał wielki facet. Trzy­mał ciężką dzidę zakoń­czoną czar­nosz­kla­nym gro­tem, a włosy miał cia­sno zwią­zane z tyłu, żeby odsła­niały kółko z bia­łych kro­pek, które miał na czole. To ozna­czało, że był straż­ni­kiem, jed­nym z tych, któ­rzy zmiaż­dżą ci palce kamie­niem, jeśli reguły mówią, że trzeba ci zmiaż­dżyć palce.

Moja matka, Sen, opo­wie­działa kie­dyś, że ojciec, Czar­nosz­klany, miał takie wła­śnie kropki, kiedy go pierw­szy raz spo­tkała, i że to ozna­cza Kamienny Krąg. I czę­sto mi mówiła -?za bar­dzo nie rozu­mia­łam dla­czego - o tym, jak w ramach swo­jej pracy cią­gle musiał kogoś karać. Przy­wią­zy­wał ludzi do drzew kol­cza­ko­wych, mówiła, gorą­cych jak wrząca woda, a potem musiał stać i patrzeć, jak się szar­pią.

-?Ej, wy dwie to skąd jeste­ście? -?zapy­tał straż­nik.

-?Z Ziemi Kola­now­ców -?powie­dzia­łam mu.

Skrzy­wił się.

-?Że skąd?

-?To jest za Wielką Głową. Na Sta­wie Świat.

Zaśmiał się nie­przy­jem­nie.

-?Na Sta­wie Świat? Co wy jeste­ście, tłusz­czaki? I gada­cie jakoś tak dziw­nie. Wy w ogóle jeste­ście Davi­dowi?

Przez cały czas myśla­łam o tym mło­dziaku Zie­lo­no­ka­myku, o jego oczach, o pre­zen­cie, który mi tak przy wszyst­kich dał, i co Angie powie­działa o tym, jak na mnie patrzył.

-?Nie, my... a nie wiem... chyba Jef­fowi, można by powie­dzieć -?ode­zwała się Angie. -?A co cię to inte­re­suje?

-?Jef­fowi? Jef­fowi? Na czer­woną dzidę Johna, no nie mów­cie, że jeste­ście za tym dur­nym krzy­wo­sto­pem! W ogóle nie powi­nie­nem was tu wpu­ścić. To miej­sce należy do nas, do Praw­dzi­wej Rodziny, co trzy­mała się razem, tak jak chciała Matka Edenu.

-?Czyli do Davi­do­wych, tak mówisz? -?zapy­tała Angie.

-?No wła­śnie, Ein­ste­inie. Ale mam dziś dobry nastrój. -?Mówiąc to, nie patrzył na Angie, lecz na mnie. -?No i pośmieję się tro­chę, widząc, jak twoja przy­ja­ciółka cho­dzi.

No więc weszły­śmy. I oto był, Lon Downik, dokład­nie w tym miej­scu, gdzie roz­bił się o zie­mię, całe te setki łon temu. Na fiuta Toma, nawet samą jego wiel­kość trudno było ogar­nąć. Miał chyba co naj­mniej trzy­dzie­ści stóp sze­ro­ko­ści, a prze­cież wie­dzie­li­śmy, że sam jechał w brzu­chu wiel­kiego gwiezd­nego statku z Ziemi.

Wycią­gnę­ły­śmy ręce i dotknę­ły­śmy go. Metal był dziw­nie chłodny, gładka powierzch­nia odbi­jała poma­rań­czowe świa­tło lamp na koźli tłuszcz, które paliły się na tycz­kach ze wszyst­kich stron. Aż krę­ciło się w gło­wie od sta­ro­ści i dziw­no­ści tego przed­miotu. Na Ziemi Kola­now­ców każdy znał histo­rię, jak to John i jego przy­ja­ciele zna­leźli Lon Downik, kiedy ucie­kali przed gnie­wem Davida Czer­wo­niu­cha i Sta­rej Rodziny. Wszy­scy wie­dzieli o trzech bia­łych szkie­le­tach, które zna­leźli w środku, o obrazku, który ożył tylko na chwilę i prze­mó­wił gło­sem Micha­ela od Nazw. Wszystko to działo się tak dawno temu, że wyda­wało się raczej czymś ze snu niż czymś, co naprawdę wyda­rzyło się w naszym świe­cie. A ten Lon Downik już i wtedy był stary. Nawet Joh­nowi i Tinie, któ­rzy dla nas byli jak ze snu, musiał wyda­wać się przed­mio­tem ze snu.

-?Patrzy na cie­bie ten straż­nik -?powie­działa Angie.

-?To lepiej zejdźmy mu z oczu.

Pochy­li­ły­śmy się i prze­ci­snę­ły­śmy przez nie­równą dziurę do cze­goś w rodzaju groty w środku Lona Downika. Dach miała z cze­goś dziw­nego, prze­zro­czy­stego jak woda, wpa­dało przez nią poma­rań­czowe świa­tło Domu Lona Downika i rzu­cało słabe cie­nie na brudną poma­rań­czową pod­łogę. Ze wszyst­kich stron pełno było rzę­dów dziw­nych kształ­tów: kółek, kwa­dra­ci­ków, kawał­ków pisma małymi, rów­niut­kimi liter­kami. Pach­niało kwa­śno, nie­zdrowo.

-?Fuj -?mruk­nęła Angie. -?Fak­tycz­nie tu śmier­dzi krwią.

W gło­wie od razu poja­wiła mi się wizja zgni­łego mięsa spły­wa­ją­cego z kości tych trzech tru­pów i gro­ma­dzą­cego się brą­zową, gru­zło­watą war­stwą na pod­ło­dze. I zro­biło mi się nie­do­brze. Poczu­łam się tak nie­do­brze, że wie­dzia­łam, że jeśli od razu nie wyjdę na świeże powie­trze, naprawdę się zrzy­gam. Do środka aku­rat wcho­dziła kobieta z trójką gru­bych dzieci. Prze­ci­ska­jąc się obok nich w pośpie­chu, wal­nę­łam głową o ostry kawał metalu.

-?Nie mogłaś pocze­kać z minutę? -?burk­nęła ze zło­ścią.

Wyszłam i nabra­łam powie­trza. Zgniły smród krwi został za mną, ale i tu powie­trze było cięż­kie od palo­nego tłusz­czu i tłu­stego zapa­chu goto­wa­nego mięsa, a w gło­wie kłę­bił mi się ten potworny obraz: że cała ludz­kość to jedna wielka zgni­li­zna, roz­le­wa­jąca się mię­dzy gwiaz­dami jak brudna plama.

Czemu ten Zie­lo­no­ka­myk mi dał ten pre­zent? Co chciał przez to powie­dzieć?

-?Fuj! -?rzu­ciła rado­śnie Angie, wycho­dząc za mną. -?Straszne to było! Ale i super, nie?

* * *

Straż­nik przy bra­mie zastą­pił nam drogę.

-?Ja się nazy­wam Mike, moja śliczna -?powie­dział do mnie. -?Chcia­ła­byś się gdzieś spo­tkać, jak już tu skoń­czę? Dobrze na tym wyj­dziesz. Bo wiesz, my, straż­nicy, to mamy dostęp do róż­nych rze­czy.

-?Byłoby faj­nie -?mruk­nę­łam.

Wybie­gły­śmy na zatło­czoną ścieżkę na zewnątrz i pra­wie od razu wpa­dły­śmy na sze­reg trzech wiel­kich weł­nia­ków czła­pią­cych na sze­ściu pła­skich sto­pach, obła­do­wa­nych wor­kami z suro­wym czar­nosz­kłem. Wie­dzia­łam, że gład­kie lampki na ich gło­wach mogą oświe­tlać podróż­ni­kom drogę przez Śnieżne Ciemno, ale tutaj ledwo widać było, jak się jarzą.

-?Ojej, krew ci leci! -?powie­dział ktoś za moimi ple­cami.

To był on! To był ten sło­dziak Zie­lo­no­ka­myk!

-?Krew? -?wyją­ka­łam.

Wska­zał miej­sce, gdzie ude­rzy­łam się, wycho­dząc z Lona Downika.

-?Trzeba kogoś zna­leźć, żeby ci to obmył.

Jeden z jego ludzi z dzidą wska­zał pal­cem pię­trowy sza­łas, na któ­rym coś było napi­sane. Oczy­wi­ście dla mnie i Angie to były tylko kre­ski i zawi­jasy.

-?"Zdro­wie" -?prze­czy­tał Zie­lo­no­ka­myk. -?W sam raz.

Razem z jed­nym ze swo­ich ludzi wpro­wa­dzili mnie do środka i dra­biną na górę, stara kobieta prze­tarła mi ska­le­cze­nie miękką koźlą skórką i posma­ro­wała czymś tłu­stym.

-?A te patyki, które ci dałem, wymie­ni­łaś na coś ład­nego? -?zapy­tał Zie­lo­no­ka­myk, kiedy wyszli­śmy z powro­tem na zewnątrz.

-?Nie. Podzie­li­łam się z resztą naszych -?powie­dzia­łam. -?Ina­czej to nie byłoby... ten... spra­wie­dliwe.

Zmarsz­czył brwi.

-?Chyba naro­bi­łem ci tro­chę pro­ble­mów z nimi, prawda? Wie­dzia­łem, że to głupi ruch. Tak z miej­sca dać dziew­czy­nie pre­zent, nie pyta­jąc jej ojca! U nas ni­gdy bym cze­goś takiego nie zro­bił. Ale po pro­stu... wiesz... tak ślicz­nie wyglą­da­łaś.

Nie mia­łam poję­cia, o czym on gada.

-?Dixon to mój wujek -?powie­dzia­łam.

-?No to wujka. Prze­pra­szam. Mogę to jakoś napra­wić? Może zapro­szę cię na jakieś jedze­nie?

Zer­k­nę­łam na Angie, która nie­znacz­nie wzru­szyła ramio­nami. Oczy­wi­ście, że dla niej nie było to tak eks­cy­tu­jące jak dla mnie.

-?Jakich pro­ble­mów? -?papla­łam, od razu odwra­ca­jąc się z powro­tem do niego. -?Jedze­nie? Nie. Bo dla­czego?

Wska­zał jesz­cze inny sza­łas.

-?Lubisz mięso weł­niaka? Tu umieją robić dobre dobre, w soku z owo­ców i gwiaz­do­kwia­tów. -?Par­sk­nął śmie­chem. -?Wiesz co? Prze­cież ja nawet nie wiem, jak ty się nazy­wasz!

-?Jestem Gwiaz­deczka, a to jest Angie, moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka.

Zer­k­nął w jej stronę i kiw­nął głową, ale nie spoj­rzał jej w oczy. Jasne, nie­to­pysk to nie jest przy­jemny widok, z tym zro­śnię­tym nosem i ustami, ale tu cho­dziło chyba o coś wię­cej. Jakby ni­gdy w życiu nie był tak bli­sko nie­to­pyska.

* * *

We troje usie­dli­śmy na pniu nad wyso­kim brze­giem, dzie­ląc się tale­rzem z kory peł­nym duszo­nego mięsa. Ciemne kształty łodzi poru­szały się powoli na lśnią­cej wodzie pod nami, nad nimi krą­żyły nie­to­pe­rze, pod­świe­tlone od dołu wod­nym bla­skiem. Od czasu do czasu nur­ko­wały po ryby i skrawki jedze­nia. Dwóch towa­rzy­szy Zie­lo­no­ka­myka poszło sobie kawa­łek na bok, ich twa­rze kryły się w cie­niu, ale sam Zie­lo­no­ka­myk sie­dział tyłem do Stawu Świat, tak że na jego twarz, piękną, żywą i pewną sie­bie, padało ogniowe świa­tło Domu Lona Downika. W życiu nie widzia­łam kogoś tak pięk­nego.

Mia­łam wra­że­nie, że się w środku roz­ta­piam. Mia­łam wra­że­nie, że ktoś mi powyj­mo­wał wszyst­kie stałe czę­ści mojego ciała i zastą­pił je czymś cie­płym, płyn­nym i lek­kim. Czu­łam się, jak­bym wresz­cie wyrwała się ze zwy­kło­ści i powta­rzal­no­ści świata.

"Musisz nauczyć się zado­wa­lać dobrymi rze­czami, które mamy na Ziemi Kola­now­ców!" -?powta­rzała mi cią­gle Migotka, ja jed­nak od zawsze wie­dzia­łam, że jeśli odpo­wied­nio mocno poszu­kam, znajdę coś lep­szego.

* * *

-?Wy też chyba nie jeste­ście z Domu Lona Downika, co?

Zie­lo­no­ka­myk poczę­sto­wał się wiel­kim kawa­łem zie­lo­nego mięsa.

-?W ogóle nie jeste­śmy z Głów­no­ziemi -?odpo­wie­dzia­łam. -?Jeste­śmy z Ziemi Kola­now­ców. To takie małe miej­sce na Sta­wie Świat.

-?Wodna górka?

-?Wodna górka?

-?Co, nie zna­cie tego słowa? -?Zie­lo­no­ka­myk się zaśmiał. -?Fak­tycz­nie, wy dziw­nie gada­cie po tej stro­nie Stawu. Po pro­stu: taki kawa­łek ziemi, co ze wszyst­kich stron ma wodę.

Uśmiech­nę­łam się i kiw­nę­łam głową.

-?Ach, no tak. To wła­śnie będzie to. Wodna górka. -?Dziw­nie się to wypo­wia­dało. -?My na to mówimy po pro­stu "zie­mia". A ty jesteś z dru­giej strony Stawu Świat, tak?

-?Wła­śnie. Z Nowej Ziemi.

-?Nowej Ziemi?

-?"Nło­wej Zjemi". -?Śmie­jąc się, naśla­do­wał mój spo­sób mówie­nia. -?My mówimy "Nowej Ziemi". Ale pro­szę, pro­szę, mów sobie po swo­jemu, kiedy tylko zechcesz.

Zjadł jesz­cze kęs mięsa, po czym wycią­gnął spod swo­jej cało­skóry kwa­dra­cik pro­stej niby­skóry i wytarł nim zie­lony sok z pal­ców i ust.

-?Gwiaz­deczko, ty nic nie jesz!

Jak mia­łam jeść, skoro wszyst­kie kiszki mi się roz­to­piły? Skub­nę­łam odro­binę mięsa.

-?Nowa Zie­mia jest daleko daleko -?powie­dział Zie­lo­no­ka­myk. -?Całe dzie­sięć wstań wio­sło­wa­nia przez Głę­bo­kie Ciemno i potem jesz­cze dwa, trzy wsta­nia po jasnej wodzie. I jest wielka wielka, taka jak cała Stara Zie­mia tutaj.

-?Stara Zie­mia? Tak mówi­cie na Głów­no­zie­mię?

-?Tak mówimy. Pew­nie dla­tego, że już tak dawno z niej odpły­nę­li­śmy.

Angie wycią­gnęła rękę i też wzięła tro­chę mięsa.

-?Na naszej Ziemi cza­sami to sobie opo­wia­damy -?powie­działa -?o tym, jak John Czer­wo­niuch wyru­szył przez Głę­bo­kie Ciemno z Ger­rym i grupą innych ludzi.

Kiw­nę­łam głową.

-?John był już stary i miał dość całego tego zabi­ja­nia na Głów­no­ziemi. Tak to nam opo­wia­dali. Zebrał wokół sie­bie dużo dużo ludzi, ale David cały czas miał wię­cej i końca zabi­ja­nia nie było widać. John wie­dział, że to się ni­gdy nie skoń­czy, póki jest na Głów­no­ziemi i ma pier­ścień na palcu. Wziął więc tych swo­ich zwo­len­ni­ków i wyru­szył za wodę. I nikt już ni­gdy o nich nie usły­szał.

Zie­lo­no­ka­myk roze­śmiał się. Miał piękny, rado­sny śmiech.

-?No to teraz o nich usły­szysz, Gwiaz­deczko. Bo John Czer­wo­niuch to mój pra­pra­dzia­dek.

-?Na fiuta Toma, pomy­śleć tylko! -?powie­dzia­łam. -?John z tych wszyst­kich opo­wie­ści to twój pra­pra­dzia­dek!

-?A naszym jest Jeff Czer­wo­niuch -?zauwa­żyła kwa­śno Angie. -?I on też jest w tych opo­wie­ściach.

Oczy­wi­ście była zazdro­sna o Zie­lo­no­ka­myka i mnie.

-?To prawda -?doda­łam. -?Kuzyn Johna, Jeff. To mój pra­pra­dzia­dek. I Angie.

Gdy powie­działa to Angie, w ogóle nie zwró­cił uwagi, teraz zain­te­re­so­wał się bar­dzo bar­dzo.

-?O, to zna­czy, że my jeste­śmy kuzy­nami!

-?Tak jak wszy­scy na Ede­nie -?burk­nęła Angie.

-?A jak jest na Nowej Ziemi? -?zapy­ta­łam.

-?Eee, jak­bym ci powie­dział, popsuł­bym całą nie­spo­dziankę.

Mru­gnął do mnie i podał mi ten swój kawa­łek niby­skóry. Wyda­wało się to nie­sto­sowne, uży­wać cze­goś tak cen­nego do takiego celu, poza tym ja zja­dłam tylko jeden kęs, ale otar­łam usta i ręce tak samo jak on.

-?No mów!

Zie­lo­no­ka­myk uśmiech­nął się.

-?To naj­pierw mi powiedz, co myślisz o Domu Lona Downika.

-?Podoba mi się. -?Odwró­ci­łam się do Angie. -?Podoba się nam, prawda? I to jak! Jest taki... wielki wielki, jasny jasny, taki pełny życia.

Zie­lo­no­ka­myk kiw­nął głową.

-?No dobrze. Posłu­chaj. Obie­cuję ci, że jak zoba­czysz Serce Edenu na Nowej Ziemi, to miej­sce tutaj wyda ci się małe i ciemne.

-?Żar­tu­jesz.

-?Nie, naprawdę nie, Gwiaz­deczko. Naprawdę. John Czer­wo­niuch chciał, żeby Nowa Zie­mia była miej­scem peł­nym cudów, tak jak pierw­sza Zie­mia. Musisz przy­pły­nąć i sama się prze­ko­nać.

-?To się ni­gdy nie zda­rzy.

-?Tak? A dla­czego?

-?Bo...

Wyda­wało mi się, że mówi to poważ­nie, ale pew­no­ści nie mia­łam. Na serce Geli, nawet nie byłam pewna, czy chcę, by mówił to poważ­nie.

-?Prze­pra­szam -?powie­dział i dotknął mojej ręki. -?Wiem, że całe życie prze­miesz­ka­ły­ście na tej małej wod­nej górce. I wasz dom, wasi ludzie, bar­dzo dużo dla was zna­czą... -?Rzu­cił na dół zatłusz­czony kawał kory. - Nawet jeśli nie pozwa­lają ci zatrzy­mać pre­zentu.

-?Prze­cież by mi pozwo­lili, ale...

Spoj­rzał mi pro­sto w oczy.

-?Gwiaz­deczko. Skoro ja mogę przy­pły­nąć aż tutaj, ty możesz popły­nąć aż tam.

Pośpiesz­nie odwró­ci­łam się od niego.

-?Ilu masz ludzi ze sobą? -?zapy­ta­łam, patrząc na małe, ciemne nie­to­pe­rze, śmi­ga­jące i nur­ku­jące nad lśniącą wodą cią­gnącą się aż po długą, czarną linię Brzegu Świata.

Nie­da­leko na brzegu sie­działy cie­nie dwóch towa­rzy­szy Zie­lo­no­ka­myka i coś do sie­bie szep­tały.

-?Jak ostat­nio liczy­li­śmy, czter­dzie­stu. Powinno być wię­cej, ale paru stra­ci­li­śmy. Leniom nie uśmie­chało się chyba wio­sło­wać z powro­tem. Ucie­kli pew­nie do lasu albo przy­łą­czyli się do Davi­do­wych. Będę szu­kał paru nowych gości, żeby ich zastą­pić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Migotka Strumyk

Kło­poty zaczęły się tego wsta­nia, kiedy pierw­szy raz zosta­wi­łam Mikeya na Pia­sku z jego tatą i poszłam zbie­rać korę z wuj­kiem Dixo­nem, moim bra­tem John­nym i sio­strą Gwiaz­deczką. Johnny dopiero co wró­cił z Wiel­kiej Głowy i kiedy wio­sło­wa­li­śmy mię­dzy drze­wami, opo­wia­dał, czego się tam dowie­dział.

-?Powiem wam coś naprawdę naprawdę cie­ka­wego.

Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły wyso­kie drzewa w wodzie dookoła. Wszystko było tak samo jak zawsze. Nad nami czer­niało niebo. Wokół paliły się drzewne lampki. Pod wodą świe­cił falo­rost.

-?No, coś naprawdę dziw­nego -?cią­gnął Johnny. -?Sam nie wie­dzia­łem, czy w to wie­rzyć. Gada­łem z tym Har­rym, no wie­cie, tym sta­rym Har­rym, krzy­wo­sto­pem, co nie ma pal­ców, nie? I on powie­dział, że ostat­nio na Głów­no­zie­mię przy­pły­wają goście z dru­giej strony Stawu Świat, z jego pra­wej strony. To zna­czy nie do samej Wiel­kiej Głowy, ale w inne miej­sca, dalej w stronę Alp, na przy­kład do Domu Lona Downika czy do Brą­zo­wej Rzeki. No i nie uwie­rzy­cie, powie­dział, że przy­wożą ze sobą metal. Nie kawałki tego metalu z Ziemi, ale metal, który sami wyko­pali z ziemi, tutaj, na Ede­nie.

-?Niech mnie serce Geli -?szep­nę­łam. Poczu­łam nagły strach.

Nowina Johnny'ego wydała mi się jak ten powiew, co przy­cho­dzi z Głę­bo­kiego Ciemna przed burzą. Sam w sobie to nic takiego, tylko lam­po­kwiaty koły­szą się tro­chę na gałę­ziach, ale wiesz, że to dopiero począ­tek. Metal ozna­czał zmiany. Metal to coś, o co się wal­czy, tak jak ludzie Johna i Davida cią­gle bili się o ten meta­lowy pier­ścień z Ziemi. Pomy­śla­łam o moim małym Mikeyu na Pia­sku i wyobra­zi­łam sobie wybu­cha­jącą nad jego głową krwawą burzę.

Ale Dixon tylko par­sk­nął śmie­chem.

-?E tam, nie wierz­cie we wszystko, co Harry wyga­duje. Jakby myślał, że uwie­rzy­cie, to by wam naga­dał i o statku z Ziemi, co wła­śnie przy­le­ciał.

Chlap, chlap, chlap, robiły nasze wio­sła. A w tle ponad tymi odgło­sami, które roz­le­gały się i cichły, poja­wiały i zni­kały, trwał ten star­szy rytm, który się ni­gdy ni­gdy nie zmie­niał. Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły drzewa, pom­pu­jąc swój sok do Pod­zie­mia, daleko daleko w dole.

-?Tylko że wiesz, to może być prawda -?powie­działa Gwiazdka.

Popa­trzyła na wuja tymi pięk­nymi, sza­rymi oczami, które zawsze zaglą­dały ci do środka. Ludzie mówili, że mam takie same, tylko że swo­ich oczy­wi­ście ni­gdy nie widzia­łam.

-?Wiemy prze­cież, że John Czer­wo­niuch popły­nął na drugą stronę Stawu Świat, nie? -?zauwa­żyła. -?On i garstka innych Joh­no­wych. Kiedy znu­dziły im się cią­głe walki o Głów­no­zie­mię, po Podziale.

Dixon prych­nął.

-?No tak. Wypły­nęli małymi łód­kami z pni, żeby prze­pły­nąć Głę­bo­kie Ciemno. Gwiaz­deczko, wiesz prze­cież, jak tam jest. Jakie są fale. Nie ma mowy, żeby im się udało. Nie ma mowy. Ich kości leżą gdzieś na dnie, razem z tym dro­go­cen­nym pier­ście­niem Johna.

-?Wszy­scy tak myślą -?powie­działa Gwiaz­deczka -?bo ni­gdy nie dali znaku życia. Ale może im się jed­nak udało?

Mały nie­to­perz, klej­no­tek, śmi­gnął tuż nad wodą, cią­gnąc czub­kami palusz­ków po gład­kiej powierzchni.

-?No, ja też tak myśla­łem. Ale nie tylko Harry mi o tym mówił. Jakiś inny gość też mi to samo opo­wie­dział: John i Joh­nowi naprawdę dotarli na drugą stronę Stawu Świat i doszli do tego, jak wycią­gać z ziemi metal.

-?A kto to był, ten "inny gość"? -?zapy­tał Dixon, uśmie­cha­jąc się, jakby dobrze wie­dział. -?Cza­sem nie Dave, ten kum­pel Harry'ego, z nie­to­py­skiem?

Johnny zaczer­wie­nił się odro­binę.

-?No... tak. Dave. Ale i tak... To może być prawda.

Wujek Dixon znów prych­nął.

-?Może być. Wszystko może być, ale jestem pewien, że nie jest. Bo nawet jeśli Joh­nowi dopły­nęli na drugą stronę, a jestem pewien, że nie, to po co by wra­cali? Wypły­nęli wła­śnie po to, żeby zacząć od nowa i nie musieć wal­czyć z Davi­do­wymi.

Chlup, chlup, chlup. Popły­nę­li­śmy dalej. Ze wszyst­kich stron wzno­siły się wyso­kie kola­nowce, u dołu pro­ste, a potem zgi­na­jące się w stronę Głów­no­ziemi i opusz­cza­jące zie­lo­no­żółte lam­po­kwiaty nad płytką wodę. Koja­rzyły mi się z mat­kami, które nachy­lają się nad dziećmi. Ale tego wsta­nia wszystko koja­rzyło mi się z mat­kami i dziećmi, bo pierw­szy raz zosta­wi­łam Mikeya samego.

* * *

Johnny na moment mnie zanie­po­koił, ale po sło­wach Dixona poczu­łam się lepiej. Głu­pia opo­wiastka i tyle, pomy­śla­łam, i znów zaczę­łam się cie­szyć podróżą, tym, że jestem na wodzie, że wokół świecą lam­po­kwiaty i ich odbi­cia.

Kiedy byli­śmy mali, mama mówiła nam, żeby­śmy zmru­żyli oczy i uda­wali, że jeste­śmy w gwiezd­nym statku, a lam­po­kwiaty to gwiazdy. Parę łon­cza­sów póź­niej sama się w to bawi­łam z Mikeyem. Wyobra­zi­łam sobie teraz, jak mruży małe oczka, tak samo jak kie­dyś mała Gwiaz­deczka. Przy­jemne przy­jemne to było, pomy­śleć znowu o tych dzie­cię­cych zaba­wach, że znowu będzie oka­zja, zwłasz­cza że wie­dzia­łam, że zapew­nię ich Mikey­owi o wiele wię­cej, niż zdą­żyła nam dać nasza mamu­sia.

Wujek Dixon prze­stał wio­sło­wać.

-?Tu jest pierw­sze -?powie­dział. -?Powinno być w sam raz.

Mie­li­śmy przed sobą drzewo z dłu­gim owal­nym nacię­ciem w korze w miej­scu, gdzie pień się zgi­nał -?nazy­wa­li­śmy to kola­nem. Pod­pły­nę­li­śmy do niego, wujek Dixon wychy­lił się w jedną stronę, a cała pozo­stała trójka dla rów­no­wagi w drugą.

-?No dobra -?mruk­nął. -?To zaczy­namy.

W pień były powbi­jane grube kołki. Posta­wił nogę na naj­niż­szym z nich, ręką chwy­cił naj­wyż­szy, do któ­rego był w sta­nie dosię­gnąć, i choć był wielki i ciężki, zręcz­nie pod­cią­gnął się w górę, nie doty­ka­jąc gorą­cego pnia. I od razu, pod­czas gdy my gra­mo­li­li­śmy się z łódki, zaczął stuk-stu­kać w owalny kawał kory, wielki biały brzuch zwi­sał mu nad szorstką koźlą skórą, którą był prze­pa­sany, twarz poczer­wie­niała i spo­ciła się z gorąca.

Hrrummmf, wes­tchnęło drzewo i wypu­ściło z otworu powietrz­nego w osiem­dzie­się­cio­sto­po­wym pniu, wysoko nad nami, kłąb pary.

Hmmmf, hmmmf, robiły wszyst­kie drzewa wokół, tak że łączyło się to w jedno nie­usta­jące hmmmmmm, które sły­szało się z daleka, kiedy pod­pły­wało się do Głów­no­ziemi.

Wyobra­zi­łam sobie, że Mikey, kiedy pod­ro­śnie, będzie się uczył robić łodzie. Wyobra­zi­łam sobie, jak budzi się któ­re­goś wsta­nia razem ze swo­imi dziećmi i mówi im, żeby zmru­żyły oczy i pomy­ślały, że płyną mię­dzy gwiaz­dami.

Gwiazdeczka Strumyk

Moja sio­stra była ode mnie inna inna. Jak tylko usły­szała od Johnny'ego tę histo­rię o metalu i ludziach z dru­giej strony Stawu, w jej oczach zoba­czy­łam strach. Kiedy zaś Dixon powie­dział, że to wszystko nie­prawda, wyraź­nie się uspo­ko­iła. Ze mną było dokład­nie na odwrót. Po histo­rii Johnny'ego jakby otwo­rzyła się przede mną nowa droga, poczu­łam eks­cy­ta­cję, całą głowę wypeł­niły mi myśli o nowych moż­li­wo­ściach. A gdy Dixon to wszystko wyśmiał, wyj­ście znik­nęło, z powro­tem zamy­ka­jąc mnie na nud­nej nud­nej Ziemi Kola­now­ców.

* * *

Wujek Dixon ostroż­nie stu­kał okrą­głym kamie­niem, co parę ude­rzeń przy­sta­jąc, żeby wytrzeć dło­nie o paso­skórę. Owalny kawał kory, odcięty od gorą­cego drzew­nego soku, skur­czył się i zaczął odsta­wać od twar­dego drewna pod spodem i od reszty żywej kory. Gdyby odpo­wied­nio długo pocze­kać, sam by odpadł.

-?Jak tam, rusza się?! -?zawo­ła­łam.

-?Już pra­wie pra­wie. -?Pot na jego twa­rzy zalśnił w świe­tle drzew. - Spró­bu­jemy. Uwaga, łap!

Nad­sta­wi­łam dło­nie, żeby zła­pać ciężki kamień i poło­żyć go ostroż­nie w łódce. Na piasz­czy­stej Ziemi Kola­now­ców kamie­nie to cenna rzecz.

Dixon wsu­nął palce w szparę w korze i zaczął deli­kat­nie cią­gnąć.

-?Spo­koj­nie -?mru­czał do sie­bie pod nosem. -?Spo­koj­nie... O, no, jest! Gotowi? Leci!

Długi owal kory z szur­go­tem zsu­nął się z pnia -?cała nowa łódź. Czy raczej cała nowa łódź, kiedy się to oczy­ści, oszli­fuje i pokryje war­stwami soku drzew­nego i koź­lego tłusz­czu, żeby zatkać maleń­kie dziurki.

-?Pro­szę bar­dzo -?powie­dział wujek Dixon.

Za każ­dym razem, kiedy war­stwa kory czy­sto ode­szła od pnia, miał taki sam ton. Ile razy by to powta­rzał, przy­jem­ność była taka sama.

-?No dobra, gotowi?

Dysząc od żaru i z wysiłku, ostroż­nie ostroż­nie opu­ścił korę, aż ktoś z nas był w sta­nie się­gnąć dol­nego brzegu i pod­trzy­mać go nad wodą. Potem szybko szybko zlazł z drzewa.

-?Na bystre oko Jeffa. -?Wes­tchnął z ulgą, scho­dząc z powro­tem w chłód. -?Jak przy­jem­nie przy­jem­nie.

Ochla­pał wodą twarz i pulchny brzuch, a my tym­cza­sem ostroż­nie uło­ży­li­śmy gorący kawał kory w wol­nej łodzi. Mówił to samo pew­nie już z tysiąc razy.

-?Ład­nie poszła i gładko. Ani rysy na niej. Będzie dobra dobra łódź. W Wiel­kiej Gło­wie dosta­niemy za nią pięć sześć szkla­nych noży, co naj­mniej.

-?Coś widzę, że ostat­nio idzie nam lepiej niż wszyst­kim innym na Kola­nie -?ode­zwał się Johnny.

Wujek Dixon z zado­wo­le­niem kiw­nął głową, gra­mo­ląc się do łódki.

-?No. Ale to wszystko kwe­stia doświad­cze­nia, nie? Ja to robię, odkąd taki mały byłem. Umiem wypa­trzeć dobrego kola­nowca, no i wiem, kiedy kora jest gotowa. A te wszyst­kie mło­dziaki pró­bują rwać za wcze­śnie, myślą, że oszczę­dzą tro­chę czasu, ale ni­gdy nie oszczę­dzają. Bo ile to czasu oszczę­dzi­łeś, gdy na środku łodzi wyrwiesz sobie dziurę i musisz zaczy­nać od nowa? No a ile dobrych drzew zmar­no­wali? Nowa kora już nie odra­sta tak ład­nie, i...

To nasze całe życie, pomy­śla­łam nagle. Tym się zaj­mu­jemy, to są nasze przy­jem­no­ści: kora, co ład­nie ode­szła, łódka, co dobrze pływa, a raz na jakiś czas wycieczka do innego podob­nego miej­sca z garstką ludzi, led­wie parę mil po wodzie.

* * *

-?A może popły­niemy do Domu Lona Downika? -?zapy­ta­łam, gdy w końcu powio­sło­wa­li­śmy w stronę Pia­sku. Za nami, w wol­nej łodzi, cią­gnę­li­śmy cztery owalne kawały kory. -?Mogli­by­śmy tam posprze­da­wać łodzie zamiast w Wiel­kiej Gło­wie. I dowie­dzie­li­by­śmy się, czy histo­ria Johnny'ego to prawda, czy nie.

Migotka oczy­wi­ście była zupeł­nie prze­ciwna.

-?Co za durny pomysł, wiesz, Gwiazdka? Wio­sło­wać przez dzie­sięć wstań, a do tego to nie­bez­pieczne. No i co za sens? Wszystko, czego potrzeba, mamy w Wiel­kiej Gło­wie.

Wokół nas, pod nami, ponad nami, świe­ciły zie­lo­no­żółte lampki.

-?Ty, Migotko, nie musisz pły­nąć -?odpo­wie­dzia­łam. -?Rozu­miem, jesteś na to dużo dużo za roz­sądna i za doro­sła, ale reszta? Dla­czego nie?

Pokrę­ciła głową.

-?Powin­naś już mieć wła­sne dziecko, wiesz? Wtedy byś myślała o czymś innym, a nie tylko o wła­snej fraj­dzie. Byś się ustat­ko­wała i dotar­łoby do cie­bie, co jest naprawdę ważne.

-?Ale ty, Migotko, od razu byłaś ustat­ko­wana. Byłaś sta­ro­matką, zanim ci jesz­cze cycki wyro­sły, a teraz to tylko jedno ci w gło­wie: Mikey Mikey.

-?Na fiuta Toma, to nie­ład­nie! -?zapro­te­sto­wał Johnny.

Migotka skrzy­wiła się.

-?To nic, Johnny. Przy­zwy­cza­iłam się.

Macha­li­śmy wio­słami i macha­li­śmy. Hmmmf hmmmf hmmmf hmmmf, robiły drzewa.

-?Co w ogóle za sens żyć -?zapy­ta­łam -?jeśli od razu, jak prze­sta­jemy być dziećmi, to w gło­wie nam tylko mieć dzieci? To jakby cho­dzić w kółko w kółko i w kółko i ni­gdy ni­gdzie nie dojść.

-?Ale po co mamy w ogóle gdzieś dojść, co? -?zapy­tał wujek Dixon. -?Jeff Czer­wo­niuch cią­gle mówił: "Jeste­śmy tutaj". Ludzie cią­gle chcą być tam, ale gdzie­kol­wiek pój­dziesz, choćby i naj­da­lej, zawsze będziesz tutaj. Lepiej się do tego przy­zwy­czaj.

-?Jeff może i tak mówił, ale o ile pamię­tam, nie został w Okrą­głej Doli­nie. A potem i z Głów­no­ziemi wypły­nął, prawda?

Stąd w ogóle wzię­li­śmy się my, Jeff prze­pro­wa­dził grupę ludzi na Zie­mię Kola­now­ców, żeby oddzie­lić się od cią­głych walk o pier­ścień, które trwały po Podziale. Ci ludzie byli naszymi pra­pra­dziad­kami.

Johnny par­sk­nął śmie­chem.

-?Tu Gwiazdka ma rację. Jeff różne rze­czy mówił, ale naprawdę nie był z tych, co sie­dzą na miej­scu.

-?Łatwo by to nie było -?powie­dział Dixon. -?Dzie­sięć wstań moc­nego wio­sło­wa­nia, w stronę Alp. I to samo z powro­tem. Ciężko by to było. I prze­pa­dłaby nam masa czasu na robie­nie łodzi.

-?Dokład­nie! -?wykrzyk­nęła Migotka. -?Dwa­dzie­ścia wstań cięż­kiej cięż­kiej pracy, z tego połowa w paskud­nej ciem­no­ści. I w tym cza­sie można byłoby robić nowe łodzie. Nie ma to sensu. Jak się zasta­no­wić, to też nie­spra­wie­dliwe wobec reszty. Wszy­scy inni na Pia­sku będą pra­co­wać z sen­sem, a wy -?tylko wio­sło­wać, kom­plet­nie bez celu.

Nie zwró­ci­łam na nią uwagi.

-?Ty byś popły­nął, co, Johnny? -?zapy­ta­łam.

Johnny zer­k­nął z poczu­ciem winy na Migotkę.

-?No, chyba tak. Bo czemu nie? Raz tylko.

Nasza sio­stra prych­nęła pogar­dli­wie.

-?Wystar­czy, że zagada do cie­bie tym sło­dziut­kim dzie­cin­nym gło­si­kiem i już, tak?

-?Oj, wujku, popłyńmy. Pro­szę -?powie­dzia­łam. -?Eden jest taki wielki wielki, a my ni­gdy nie byli­śmy ni­gdzie poza tą par­szywą Wielką Głową.

Na fiuta Toma, cały nasz wodny las miał może dwie mile na dwie, a i do Wiel­kiej Głowy było może z dzie­sięć.

-?W sumie to ja bym chciał zoba­czyć ten Lon Downik, póki żyję - powie­dział po chwili Dixon. -?No wie­cie: na oko Jeffa, prze­cież to łódź, co przy­wio­zła z nieba pierw­szych ludzi! To coś, co każdy powi­nien zoba­czyć. Zwłasz­cza jeśli samemu się robi łodzie, tak jak ja.

Cał­kiem jakby myślał, że Lon Downik z Ziemi nie za bar­dzo się róż­nił od jego kawa­łów natłusz­czo­nej kory!

-?Może nawet dałoby się pod­pa­trzeć jakąś sztuczkę, dwie -?dodał.

* * *

Pia­sek, gdzie miesz­ka­li­śmy, był małą, suchą wysepką pośrodku naszego wod­nego lasu, Ziemi Kola­now­ców. Drzewa prze­ra­stały go równo i cią­gnęły się po dru­giej stro­nie, jakby nie widziały żad­nej róż­nicy mię­dzy suchą zie­mią a zie­mią, która była trzy stopy pod wodą. A zresztą, co w tym dziw­nego, skoro ich korze­nie, jak mówią, się­gają milę pod zie­mię, do ogni­stego świata Pod­zie­mia?

-?Czyli pły­niemy, tak? -?Naci­ska­łam wujka Dixona, kiedy wcią­ga­li­śmy łodzie na piach. -?Na pewno, tak? Jak tylko zro­bimy odpo­wied­nio dużo łodzi?

Nic nie powie­dział, kiedy nie­śli­śmy świeżo ściętą korę do jego sza­ła­sów na łodzie, nic nie powie­dział, kiedy ukła­da­li­śmy ją sta­ran­nie jedną na dru­giej. Dopiero kiedy szli­śmy na Miej­sce Spo­tkań, wresz­cie się zde­cy­do­wał.

-?No tak. Pły­niemy. Bo czemu by nie?

Rzu­ci­łam mu się na szyję.

-?Dzię­kuję, dzię­kuję, wujku! Dzię­kuję, dzię­kuję. Jesteś naj­lep­szym wuj­kiem na całym Pia­sku!

Roze­śmiał się i poca­ło­wał mnie.

-?Zoba­czymy, czy uda mi się namó­wić Julię. W końcu nie na darmo ma na nazwi­sko Głę­bina. Dobra jest na wodzie, będę się czuł bez­piecz­niej, jeśli z nami popły­nie.

Migotka wybuch­nęła pła­czem.

-?Wujku, nie płyń­cie! Pro­szę!

Dixon par­sk­nął śmie­chem, zaże­no­wany, i pró­bo­wał ją także przy­tu­lić, ale mu nie pozwo­liła.

-?Migotko, będziemy na sie­bie uwa­żać, obie­cuję!

-?Ni­gdzie nie płyń­cie! Nie dość, że to nie­bez­pieczne, że to strata czasu! Po co zwra­cać na sie­bie uwagę? Prze­cież chcemy, żeby Głów­no­zie­mia dała nam spo­kój, prawda?

-?Na Głów­no­ziemi już wie­dzą, że my tu jeste­śmy, Migotko -?wtrą­cił Johnny.

-?Nie­któ­rzy może wie­dzą, ale po co mówić wszyst­kim. Nie potra­fi­cie się cie­szyć z tego, co macie?

-?Tylko zoba­czyć -?powie­dział wujek Dixon, znów pró­bu­jąc ją objąć.

Ode­pchnęła go. Nie zamie­rzała pozwo­lić, żeby poczuł się dobrze z tą decy­zją.

-?Ja tylko chcę, żeby moje dziecko miało spo­kojne życie. Nam niczego wię­cej nie potrzeba. Po co ryzy­ko­wać jakieś zagro­że­nia dla naszych dzieci?

I Dixon, i Johnny nie lubili nikogo dener­wo­wać i zawsze odru­chowo pró­bo­wali łago­dzić sprawę. Nato­miast ja byłam na sio­strę wście­kła.

-?Na fiuta Toma -?powie­dzia­łam. -?Twój Mikey to nie jest jedyne, co się liczy na świe­cie.

-?No... nie, pew­nie, że nie, ale go kocham i to mój obo­wią­zek opie­ko­wać się nim. Wiem, że ty nikim się nie przej­mu­jesz, ale ja tak.

I ode­szła od nas szyb­kim kro­kiem, cała zapła­kana, żeby zna­leźć swo­jego uko­cha­nego synka. Ja powtó­rzy­łam sobie, jakie to nudne, tak gor­li­wie ustat­ko­wać się jako matka i nic poza tym. I sta­ra­łam się nie zauwa­żać, jak zazdro­sna jestem o miłość, którą to dziecko obda­rza.

Julia Głębina

Na Ziemi Kola­now­ców żyło nas około sie­dem­dzie­siątki. Dzie­li­li­śmy się prak­tycz­nie wszyst­kim, a także, zupeł­nie ina­czej niż na Głów­no­ziemi, gdzie zawsze ktoś spał, a ktoś inny wsta­wał, kła­dli­śmy się o tej samej porze, żeby pod koniec każ­dego wsta­nia móc zejść się na Miej­scu Spo­tkań pośrodku Pia­sku.

Sie­dzia­łam tam, kiedy pod­szedł do mnie kuzyn Dixon. Przy­szła już z połowa Kola­no­wych, a reszta wła­śnie się scho­dziła.

-?Myślimy, z John­nym i Gwiaz­deczką, żeby prze­pły­nąć się łodzią do Domu Lona Downika -?powie­dział. -?Tak się zasta­na­wia­łem, też byś cza­sem nie chciała? Bywa­łaś na Głów­no­ziemi czę­ściej niż wszy­scy, a i w Ciemno też wypły­wa­łaś, prawda? Nie myślisz, że cie­ka­wie byłoby raz cho­ciaż się tam prze­pły­nąć? A poza tym Johnny usły­szał w Wiel­kiej Gło­wie jakąś histo­rię, że niby Joh­nowi przy­pły­wają do nich z dru­giej strony Stawu. Mogli­by­śmy się dowie­dzieć, czy to prawda.

Zaśmia­łam się.

-?Cie­kawe, kto w ogóle rzu­cił taki pomysł. Może zgadnę?

-?Gwiaz­deczka.

-?No, co za zasko­cze­nie!

-?Migotce strasz­nie strasz­nie się to nie podoba -?powie­dział Dixon. - Zła zła jest na wszyst­kich.

Poki­wa­łam głową. Migotka miała swoje powody, żeby chcieć, by wszystko zostało po sta­remu, ale nie byłaby w tym odosob­niona. Więk­szość Kola­no­wych, w tym i ja, uwa­żała, że powin­ni­śmy sie­dzieć cicho i we wła­snym towa­rzy­stwie. Można by powie­dzieć, że po to wła­śnie powstała Zie­mia Kola­now­ców. Odkąd nasi pra­dziad­ko­wie tu przy­byli, nie było u nas ani jed­nego zabój­stwa, nikogo nie prze­bito dzidą, nie pobito, ani nie przy­wią­zano do gorą­cego drzewa. I nie jedna Migotka o tym pamię­tała.

-?Być może -?powie­dzia­łam Dixo­nowi. -?Muszę się zasta­no­wić.

Usia­dłam z powro­tem i patrzy­łam na scho­dzą­cych się ludzi. Nie­któ­rzy byli w lesie, jak Dixon. Inni łowili ryby albo polo­wali na tłusz­czaki na otwar­tej wodzie za drze­wami. Inni jesz­cze pra­co­wali na samym Pia­sku, prali skóry, opie­ko­wali się dziećmi, albo robili coś przy łodziach, jak ja.

Zoba­czy­łam przy­cho­dzącą Gwiaz­deczkę, która usia­dła mię­dzy paroma przy­ja­ciółmi. Dziwna dziew­czyna. Za dobrze nie wie­działa, gdzie jej miej­sce, i przy kim, ale dzięki inte­li­gen­cji, uro­dzie i opiece wujka doszła do wnio­sku, że zawsze dosta­nie wszystko, co zechce. Zupełne prze­ci­wień­stwo swo­jej sio­stry, Migotki, która była rów­nie bystra i piękna jak ona, ale spo­koj­nie zado­wa­lała się rze­czami naj­prost­szymi i naj­bar­dziej zwy­czaj­nymi.

-?Jedziemy z wuj­kiem i bra­tem do Domu Lona Downika -?usły­sza­łam, jak gło­śno mówi swo­jemu towa­rzy­stwu. -?Ktoś popły­nie z nami?

A potem dostrze­głam, że przy­szła Migotka ze swoim dziec­kiem i jego ojcem, Metem. Usie­dli jak naj­da­lej od Gwiazdki. Widzia­łam, że Migotka pła­kała.

Dziew­czyny miały tę samą matkę -?nazy­wała się Sen -?ale róż­nych ojców. Tato Migotki był łodzia­rzem, jak Dixon; ojciec Gwiazdki był straż­ni­kiem z Głów­no­ziemi, któ­rego Sen poznała w Wiel­kiej Gło­wie. Nazy­wał się Czar­nosz­klany; zapa­mię­ta­łam, że był głupi, próżny i myślał tylko o sobie. Przez czas jakiś łaził po Ziemi Kola­now­ców, nady­ma­jąc się, prze­chwa­la­jąc i kła­miąc, potem mu się znu­dziło i wró­cił na Głów­no­ziemię, zanim jesz­cze uro­dziła się Gwiaz­deczka. Póź­niej dowie­dzie­li­śmy się, że zgi­nął pod­czas jakiejś bójki. Sen bar­dzo cier­piała i przez resztę życia powta­rzała, że to był ide­alny facet, a my wszy­scy dopro­wa­dzi­li­śmy do jego śmierci. I zawsze mówiła Gwiaz­deczce, że jest kimś szcze­gól­nym, że ma w sobie tę iskrę Czar­nosz­kla­nego.

-?Wujku?! -?zawo­łała Gwiaz­deczka, patrząc na nas pięk­nymi, bystrymi, nie­spo­koj­nymi oczami. -?Angie mówi, że też chce pły­nąć!

Ktoś sie­dzący obok uci­szył ją. Scho­dzili się ostatni ludzie -?ostatni z tych, któ­rzy w ogóle przyjdą, bo zawsze ktoś jest za daleko. Wszy­scy usie­dli­śmy, zamil­kli­śmy i znie­ru­cho­mie­li­śmy. Póź­niej zjemy tłusz­czaka, który teraz pie­cze się nad ogniem pośrodku Miej­sca Spo­tkań. A jedząc, będziemy roz­wią­zy­wać nasze pro­blemy i uspo­ka­jać lęki: mamy dość czar­nosz­kła na narzę­dzia? Czyja teraz kolej iść na kozły? -?ale od czasu Pierw­szego Jeffa na początku zawsze jest chwila ciszy.

-?Naprawdę tu jeste­śmy -?powie­działa kobieta imie­niem Caro­line.

Zawsze ktoś tak zaczy­nał.

Tak cią­gle mówił Pierw­szy Jeff, a jego słowa wid­niały na korze wiel­kiego kola­nowca na skraju Miej­sca Spo­tkań.

NA PRAWDE TU JESTEŹMY, mówiły litery, choć mało kto z nas umiał je prze­czy­tać. Więk­szość ludzi wolała uczyć dzieci bar­dziej prak­tycz­nych rze­czy.

Cisza pogłę­biła się. Ludzie prze­stali patrzeć po sobie i wpa­trzyli się we wła­sne dło­nie, oczy, pia­sek. Słu­chali pul­so­wa­nia drzew, trza­sku ognia, szumu fal zała­mu­ją­cych się w oddali, na brzegu lasu.

-?Naprawdę tu jestem -?mieli powta­rzać po cichu; wszy­scy chyba wie­dzie­li­śmy z doświad­cze­nia, że jeśli się to zrobi, to wszyst­kie nie­po­koje i lęki zbledną, przy­naj­mniej do pew­nego stop­nia, i nie będziemy już odczu­wać braku cze­go­kol­wiek.

A cza­sami, jeśli uda nam się zna­leźć ten punkt ide­al­nej rów­no­wagi pomię­dzy dosko­na­łym sku­pie­niem a zbyt wiel­kim wysił­kiem nasze oczy prze­staną nale­żeć do nas i staną się oczami Patrzą­cego, czyli świata, który w mil­cze­niu obser­wuje z góry, co się na nim dzieje, i nic nie chce.

Gwiaz­deczka, nawet choćby chciała, nie była do tego zdolna, a dziś w ogóle nie była w nastroju. Wzrok miała roz­bie­gany, a palce bęb­niły po ziemi.

* * *

Pomy­śla­łam o tych opo­wie­ściach z Wiel­kiej Głowy, o przy­pły­wa­ją­cych zza wody Joh­no­wych. Parę razy już to sły­sza­łam, ale sta­ra­łam się o tym zapo­mnieć. Wiel­ko­głowi cią­gle wci­skali nam różne bzdury, wie­dząc, że tylko od nich dowia­du­jemy się nowin o całym Ede­nie. Pamię­tam, że któ­re­goś razu Kola­nowi wró­cili stam­tąd cali pod­eks­cy­to­wani, bo ktoś im naga­dał, że w Okrą­głej Doli­nie wylą­do­wali ludzie z Ziemi!

Ale może to prawda, że Joh­nowi wró­cili? Kie­dyś prze­byli Śnieżne Ciemno mię­dzy górami, choć wszy­scy myśleli, że to nie­moż­liwe. Kto by teraz powie­dział, że i Ciemna na Sta­wie nie da się prze­pły­nąć? A skoro to prze­żyli, myśla­łam, to pew­nie dalej mają ze sobą pier­ścień, ten pier­ścień dla któ­rego zgi­nęło tyle osób, który należy do matki nas wszyst­kich.

Mówi się o miło­ści matki, ale zapo­mina o jej wła­dzy. Wła­dzy nad życiem. Wła­dzy pozwa­la­ją­cej dawać i zabie­rać. Joh­nowi i Davi­dowi wal­czyli o ten pier­ścień jak bra­cia i sio­stry bijący się o miłość matki, roz­pacz­li­wie, nie licząc się z prze­laną krwią.

Ale nad Jef­fem, któ­rego wła­sna matka kochała z całego serca, pier­ścień nie miał żad­nej wła­dzy.

-?To tylko pier­ścień -?mówił. -?Pew­nie, przy­le­ciał z Ziemi, tak, nale­żał kie­dyś do Geli, ale to tylko pier­ścień.

Gwiazdeczka Strumyk

Nor­malne łodzie z kola­now­ców nie bar­dzo nadają się na głę­boką wodę, Dixon przy­go­to­wał więc dłu­go­łódź zro­bioną z drew­nia­nego szkie­letu obi­tego korą, z małą łódką przy­mo­co­waną po pra­wej stro­nie, żeby się nie prze­chy­lała. Pra­co­wał nad nią, ja i Johnny razem z nim, ale na oczy Jeffa, jakże reszta Kola­no­wych dener­wo­wała się i zamar­twiała naszym pla­nem! Czy to ma sens -?na tyle czasu odry­wać się od robie­nia nor­mal­nych łodzi? Czy to nie głu­pota tak ryzy­ko­wać? Czy to dobrze, pły­nąć tam i tylu ludziom przy­po­mi­nać się z ist­nie­niem Ziemi Kola­now­ców? Nie­któ­rzy porów­ny­wali nas nawet do Trzech Nie­po­słusz­nych, któ­rzy ukra­dli z Ziemi sta­tek kosmiczny.

Na fiuta Toma, co za ludzie! -?myśla­łam. Dopil­no­wa­łam jed­nak, żeby wuj­kowi Dixo­nowi nawet przez myśl nie prze­szło, by zmie­nić zda­nie.

-?I tak robimy wię­cej łodzi niż kto­kol­wiek inny -?prze­ko­ny­wa­łam go. -?A kto wie, co tam znaj­dziemy? Może wszyst­kim się przyda?

* * *

Oka­zało się w końcu, że pły­nie nas sió­demka: wujek Dixon, Johnny, ja, wysoka Julia o zde­cy­do­wa­nej, bystrej twa­rzy, z powy­krę­ca­nymi sto­pami; moja przy­ja­ciółka Angie, uro­dzona dokład­nie tego samego wsta­nia co ja; dwoje innych przy­ja­ciół Dixona -?Fuks, ze spi­cza­stą głową, i niski, gruby Rado­cha. Prze­ci­śnię­cie się pomię­dzy drze­wami tą wielką łodzią ze ster­czą­cym z boku pły­wa­kiem i cią­gnię­tymi z tyłu ośmioma dodat­ko­wymi kola­no­wymi łód­kami było męczące i trwało długo długo, ale w końcu się udało -?poko­na­li­śmy fale na skraju naszego lasu i wypły­nę­li­śmy na cią­gnącą się przed nami jasną wodę, różową i zie­loną, się­ga­jącą aż po czarne niebo na Brzegu Świata. Potem już mogli­śmy pły­nąć o wiele szyb­ciej, cała sió­demka wio­sło­wała mia­rowo -?nasz mały lasek szybko zmie­nił się w świetlną plamkę na tej dłu­giej pro­stej linii pomię­dzy jasną jasną wodą i czar­nym czar­nym nie­bem.

A potem znik­nęła nawet ona.

-?Wyru­szy­li­śmy! -?krzyk­nę­łam. -?Pły­niemy do Domu Lona Downika.

-?No! I zoba­czymy Lon Downik! -?dodała Angie, a świa­tełka wod­nych drzew, dwa­dzie­ścia stóp pod nami, oświe­tlały jej dzi­waczny nie­to­pysk.

Zmie­niały nie­ustan­nie kolor, z różo­wego na zie­lony i z powro­tem na różowy.

* * *

-?Cie­kawe, jacy to ludzie tam będą? -?zapy­tała Angie, gdy już czas jakiś wio­sło­wa­li­śmy w mil­cze­niu.

Nad nami nie było drzew -?sły­sze­li­śmy jedy­nie chlu­pot wody mąco­nej wio­słami i opły­wa­ją­cej łódkę. Głos Angie dziw­nie zabrzmiał w tej ciszy, w tej otwar­tej prze­strzeni, cał­kiem jakby docho­dził z innego świata.

-?Pew­nie różni -?powie­dział wymi­ja­jąco Dixon. -?Jak wszę­dzie.

-?Mnie cho­dzi o coś innego, na Głów­no­ziemi w nie­któ­rych miej­scach miesz­kają Davi­dowi, a w innych Joh­nowi. A w Domu Lona Downika są któ­rzy?

-?Lon Downik zna­leźli John, Jeff i ich ludzie, prawda? -?pod­su­nął Johnny.

-?No tak, ale teraz miesz­kają tam Davi­dowi -?wtrą­ciła znie­cier­pli­wiona Julia.

Na ziemi Julia chwiała się i uty­kała przez swoje krzy­wo­stopy, za to w łodzi sie­działa pro­sta i naj­wyż­sza ze wszyst­kich, może oprócz mnie.

-?No, daj­cie spo­kój -?powie­działa. -?Dobrze wie­cie. Davi­dowi zajęli to miej­sce dawno dawno, zaraz kiedy przy­szli z Okrą­głej Doliny. Jedyni Joh­nowi, któ­rzy zostali na Głów­no­ziemi, miesz­kają daleko w stronę Alp, nad Brą­zową Rzeką.

Angie wciąż nie rozu­miała.

-?A to my nie pły­niemy w stronę Alp?

-?Pły­niemy, ale żeby dopły­nąć do Brą­zo­wej Rzeki, trzeba pły­nąć dużo dalej niż do Lona Downika. A cała reszta Głów­no­ziemi to Davi­dowi, cza­sami tylko trafi się ktoś z towa­rami na sprze­daż od Joh­no­wych.

-?Ja ni­gdy nie rozu­mia­łam, co to za róż­nica, Joh­nowi, Davi­dowi -?dodał Rado­cha.

-?A powi­nie­neś -?powie­działa Julia. -?Joh­nowi myślą, że John Czer­wo­niuch ura­to­wał nas wszyst­kich, kiedy wypro­wa­dził pierw­szych swo­ich ludzi z Okrą­głej Doliny. A Davi­dowi myślą, że jest winny roz­bi­cia Sta­rej Rodziny, i...

-?Eee, to wszystko oczy­wi­ście wiem. Ale teraz co to za róż­nica? Coś robią ina­czej? Czemu się tak nie­na­wi­dzą?

-?To już trud­niej powie­dzieć -?przy­znała Julia. -?Pozna­łam masę Davi­do­wych i paru Joh­no­wych znad Brą­zo­wej Rzeki, jak dla mnie niczym się nie róż­nią. Bar­dziej są podobni do sie­bie niż my do nich. Ale i tak nie­na­wi­dzą się strasz­nie strasz­nie.

-?No, w Domu Lona Downika to nikt się tym nie przej­muje -?powie­dział Fuks z tym swoim nie­to­py­skiem, kiwa­jąc czu­batą głową. -?To kupcy, han­dla­rze, han­dlują z każ­dym, kto przy­pły­nie, Joh­no­wym, Davi­do­wym czy jakim bądź.

-?Tylko ani słowa o Matce Geli i jej pier­ście­niu -?pora­dziła Julia swoim powol­nym, niskim gło­sem.

Na to wszy­scy zachi­cho­tali, bo jedną rzecz o Davi­do­wych każdy wie­dział: jak bar­dzo nie­na­wi­dzą Johna Czer­wo­niu­cha za to, że zabrał pier­ścień.

-?O tak -?zgo­dził się Fuks. -?O tym cho­ler­stwie ani słowa.

* * *

Cztery, pięć godzin póź­niej wypły­nę­li­śmy z płyt­kiej jasnej wody na jęzor Głę­bo­kiego Ciemna, się­ga­jący pomię­dzy czu­bek Wiel­kiej Głowy i resztę Głów­no­ziemi. (Nazy­wa­li­śmy go po pro­stu Jęzo­rem). Znik­nęły dające świa­tło pod­wodne drzewa i zna­leź­li­śmy się w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. Nawet gwiazdy były zasło­nięte chmu­rami, więc niebo także było czarne, zostało tylko tro­chę świa­tła z Sze­ro­kiego Lasu, na Głów­no­ziemi po lewej, rzu­ca­ją­cego słaby różo­wawy odblask na chmury nad sobą. Zaraz znik­nął nawet Brzeg Świata i nie było wia­domo, gdzie koń­czy się czarna woda i zaczyna czarne niebo. Czu­li­śmy, że wzno­simy się po ciemku na wzgó­rza zro­bione z wody, potem opa­damy w doliny zro­bione z wody, ale nic z tego nie widzie­li­śmy. Nawet wła­snych twa­rzy nie widzie­li­śmy.

Chlap, chlap, chlap, robiły wio­sła w ciem­no­ści.

-?Jak myślisz, jak ten Lon Downik wygląda? -?zapy­ta­łam Angie.

-?Sły­sza­łam, że śmier­dzi krwią -?powie­działa. I zmie­niła głos na zło­wiesz­czy, jak u tych okrop­nych cie­nio­mów­czyń z Wiel­kiej Głowy. - Krwią trzech ludzi, któ­rzy w nim zgi­nęli.

Obie prych­nę­ły­śmy z nie­sma­kiem i roze­śmia­ły­śmy się.

-?Prze­cież tam naprawdę nie może być żad­nej krwi -?powie­dział Dixon. - Już kiedy John i Jeff ich zna­leźli, goście dawno nie żyli, a to było prze­cież całe poko­le­nia temu.

-?Bąbel mi się zro­bił na kciuku -?burk­nęła Julia.

-?A może byśmy coś nie­długo zje­dli? -?zapy­tał Rado­cha.

-?Dziwna sprawa, wie­cie? -?powie­dzia­łam nagle. -?To ja was wszyst­kich na to namó­wi­łam, prawda? Angie, Fuksa, Johnny'ego, Rado­chę, Dixona, Julię. Wszyst­kich was namó­wi­łam, żeby­ście poświę­cili dwa­dzie­ścia wstań pracy, poże­gnali się ze wszyst­kimi i zary­zy­ko­wali wyprawę na głę­boką wodę.

-?To prawda, Gwiazdko -?przy­znała Julia. -?Coś nam chyba na głowę padło. Już mnie tyłek boli, a nóg nie czuję nic a nic.

Julia Głębina

Dziw­nie to zabrzmiało, co powie­działa Gwiaz­deczka, myśla­łam, wio­słu­jąc w ciem­no­ści. Dziwne słowa, jak na doro­słą kobietę. Bar­dziej paso­wa­łyby do małego dziecka.

Kiedy się nad tym zasta­na­wia­łam, przy­po­mniały mi się czasy, kiedy nie była wysoką młodą kobietą, lecz tylko chudą dziew­czynką. I przy­po­mniało mi się jedno straszne wsta­nie, na pewno naj­gor­sze w całym jej życiu.

Dixon wziął ją, razem z bra­tem i sio­strą, na ryby. Popły­nęli poza las, na jasną wodę. Połów był udany, a co naj­lep­sze, zła­pali czer­wo­no­rybę, ogromną, brzydką, z wiel­kimi, pła­skimi oczami i sze­ścioma łapami z pazu­rami. Była pra­wie tak długa, jak sama Gwiaz­deczka, ale to nie prze­szko­dziło jej wstać w łodzi i dum­nie trzy­mać wiel­kiej zdo­by­czy, jed­no­cze­śnie roz­glą­da­jąc się po brzegu za ludźmi.

Nie wie­działa jed­nego -?nikt z nich nie wie­dział -?że przez ostat­nie pół wsta­nia wszy­scy ich szu­kali. Ludzie roze­szli się po lesie we wszyst­kie strony, w stronę Peckham, Alp, Gór Ska­li­stych, Gór Nie­bie­skich, ale jakoś ani Dixon, ani dzie­ciaki nikogo nie zauwa­żyli i dotarli na sam Pia­sek, nie dowie­dziaw­szy się, co się stało, kiedy ich nie było.

Ja byłam wśród ludzi, któ­rzy cze­kali na nich na brzegu.

-?Halo, Julia! -?wykrzyk­nęła mała Gwiaz­deczka jesz­cze z wody. Oczy miała już wtedy bystre i jasne. -?Patrz, co mamy! To ja ją zro­bi­łam, moją dzidą! Wujek Dixon mówi, że takiej wiel­kiej w życiu nie widział!

Brat i sio­stra obok niej pro­mie­nieli dumą.

-?Gwiaz­deczko -?powie­dzia­łam, kiedy wcią­gali kola­nówkę na pia­sek. - Migotko. Johnny. Jest mi strasz­nie strasz­nie przy­kro, ale stało się coś złego. Złego złego.

Widzia­łam, jak uśmie­chy bledną. Na serce Geli, w ustach mia­łam tak sucho, że ledwo byłam w sta­nie mówić.

-?Przy­szła ryba-dzida -?powie­dzia­łam. -?Wasza mama była w wodzie, zbie­rała orze­chy.

-?Ugry­zła ją? Jest ranna?

-?Nie­stety ugry­zła ją, kochani, ale nie jest ranna. Zro­biła ją. Strasz­nie mi przy­kro. Wasza mama nie żyje.

Johnny spoj­rzał na mnie z okrop­nym, mar­twym uśmie­chem. Migotka skur­czyła się jak rybia skóra w ogniu. Ale mała Gwiaz­deczka zacho­wała się zupeł­nie ina­czej.

-?Nie, nie­prawda -?powie­działa mi sta­now­czo z twa­rzą pociem­niałą od furii. -?Nie­prawda. Mama wcale nie umarła.

I teraz to była wła­śnie ta sama sta­now­czość, która ją napę­dzała -?ją i nas wszyst­kich. To była wielka wielka rzecz, któ­rej się pod­ję­li­śmy. Wsta­nie za wsta­niem macha­li­śmy wio­słami, macha­li­śmy i macha­li­śmy. Wsta­nie za wsta­niem spa­li­śmy na zmianę, a reszta cały czas pchała łódź naprzód, nabie­ra­li­śmy wody ze Stawu, kiedy chcie­li­śmy pić, i wycho­dzi­li­śmy na drągi pły­waka, kiedy chcie­li­śmy kupę lub siku.

To była wielka wielka rzecz. I Gwiaz­deczka miała rację. Gdyby nie ona, nic takiego by się nie wyda­rzyło.

Gwiazdeczka Strumyk

-?Patrz­cie! -?zawo­łała Angie pod­eks­cy­to­wana, jej dziwna, jakby zmarsz­czona twarz odwró­ciła się ku mnie. -?Patrz­cie tam! Ogni­ska!

Wio­sło­wa­li­śmy od dzie­wię­ciu wstań, a od pię­ciu byli­śmy z powro­tem na jasnej wodzie. Na cycki Geli, jacy byli­śmy zmę­czeni zmę­czeni! Bolało nas wszystko, od szyi po stopy, dawa­li­śmy radę, tylko pod­da­jąc się ryt­mowi i nie roz­ma­wia­jąc cza­sami przez pół wsta­nia. Kiedy unie­śli­śmy wzrok, wysoki brzeg przed nami pło­nął poma­rań­czowo, o wiele jaśniej i bar­dziej czer­wono niż lampki Sze­ro­kiego Lasu, gorą­cym bla­skiem ognia, nad któ­rym pła­sko słała się gruba war­stwa dymu.

-?Na kol­cza­ste włosy Tiny! Ile oni tu mają tych ognisk? -?mruk­nął Rado­cha.

Zaczę­li­śmy mijać inne łodzie, te wiel­kie, nie­zgrabne łodzie z oble­pio­nych skórą pni, jakich uży­wali Głów­no­ziemcy -?i zaraz dostrze­gli­śmy sza­łasy na wyso­kim brzegu przed nami, wiel­kie, kwa­dra­towe, o wiele więk­sze i solid­niej­sze od naszych malut­kich sza­ła­sów z kory na Pia­sku.

* * *

Pod wyso­kim brze­giem była skalna półka, do któ­rej dobi­li­śmy łodziami. Wycią­gnę­li­śmy je, tę dużą, w któ­rej prze­sie­dzie­li­śmy tyle czasu, i osiem, które cią­gnę­li­śmy za sobą.

-?Wiesz co, Gwiaz­deczko, przy­po­mnij mi, żebym już ni­gdy nie słu­chała two­ich wariac­kich pomy­słów -?ode­zwała się Angie, roz­pro­sto­wu­jąc ręce.

-?Mi też -?dodała Julia, roz­cie­ra­jąc obo­lały tyłek.

Fuks pod­ska­ki­wał w górę i w dół, Johnny pocie­rał dłońmi zdrę­twiałe barki.

Par­sk­nę­łam śmie­chem.

-?Nie dam się nabrać. Cie­szy­cie się, że was namó­wi­łam.

Dixon urzą­dził loso­wa­nie, kto zostaje i pil­nuje łodzi. Johnny i Fuks prze­grali.

Chwy­ci­łam przy­ja­ciółkę za rękę.

-?To chodź, Angie! Idziemy!

* * *

Na górze nie było żad­nych drzew, żad­nych świe­cą­cych lam­pek. Wszystko wycięto. Świa­tło dawały tylko ogni­ska i koźli tłuszcz palący się w wiel­kich gli­nia­nych misach. Blask był ner­wowy, nie­spo­kojny, a oświe­tlał tylko jedno: ludzi, ludzi, ludzi. Widzie­li­śmy przed sobą wię­cej ludzi niż przez całe życie, a do tego każdy wyglą­dał cał­kiem ina­czej. Nie­któ­rzy mieli wyma­lo­wane twa­rze. Inni -?zwi­sa­jące z uszu skrzy­dła nie­to­pe­rzy. Jesz­cze inni -?nosy poprze­bi­jane drew­nia­nymi lub kościa­nymi koł­kami. Więk­szość nosiła róż­no­ko­lo­rowe niby­skóry zakry­wa­jące ich od ramion do kolan. Więk­szość miała też skóry na sto­pach, rów­nież w róż­nych kolo­rach -?na naszej piasz­czy­stej Ziemi nikt cze­goś takiego ni­gdy nie nosił.

Obję­łam Angie ramie­niem.

-?Będzie świet­nie, zoba­czysz.

Zaśmiała się i poca­ło­wała mnie mokro, jak to nie­to­pysk.

Potem dotarł do nas zasa­pany Dixon, a za nim Rado­cha i kuś­ty­ka­jąca na końcu Julia.

Uwiel­bia­łam Dixa -?w końcu opie­ko­wał się mną przez pół mojego życia - kocha­łam też Julię, lecz teraz, gdy tak stali nie­spo­kojni i nie­swoi, z gołymi brzu­chami, w pro­stych paso­skó­rach, zawsty­dzi­łam się ich tak, że było to pra­wie jak nie­na­wiść. Nie byłam w sta­nie spoj­rzeć im w oczy. Bez słowa chwy­ci­łam moc­niej dłoń Angie, odwró­ci­łam się z powro­tem do Domu Lona Downika i ruszy­łam, zosta­wia­jąc Dixo­nowi, Julii i Rado­sze decy­zję, czy mają za nami nadą­żyć, czy nie.

Angie zaśmiała się nie­swojo.

-?Nie­ład­nie, Gwiazdka, tak trak­to­wać wujka. Prze­cież spe­cjal­nie zro­bił łódź, żeby­śmy mogli tu dopły­nąć. I jesz­cze zno­sił narze­ka­nia masy ludzi, któ­rzy powta­rzali, że nie powin­ni­śmy pły­nąć.

-?Ja mu raczej pomo­głam. Zawsze chciał tu przy­pły­nąć, ale gdyby nie ja, w życiu by się nie wybrał, nawet za tysiąc łon.

Powoli nabie­ra­łam orien­ta­cji. Dom Lona Downika skła­dał się z dwóch krę­gów tych wiel­kich, kwa­dra­to­wych sza­ła­sów, jeden w dru­gim. W wewnętrz­nym kręgu stał wysoki płot, tam pew­nie był Lon Downik. A pomię­dzy wewnętrz­nym i zewnętrz­nym krę­giem bie­gła ścieżka, pełna pełna ludzi. Mówię "sza­łasy", choć one w niczym nie przy­po­mi­nały tych u nas - paru pła­skich pła­tów kory pod­par­tych sko­śną ramą z paty­ków. Te tutaj były wyż­sze od doro­słego czło­wieka, a dachy miały pła­skie, tak że dało się bez schy­la­nia wejść do środka. Parę miało nawet kolejną pod­łogę na górze, z drewna, na którą można było wejść po dra­bi­nie i sta­nąć na niej, jakby na dodat­ko­wym kawałku ziemi! Ni­gdy cze­goś takiego nie widzie­li­śmy, oprócz tych zabaw­ko­wych modeli ziem­skich domów, które dawało się dzie­ciom, z drzwiami i otwo­rami wia­tro­wymi.

Bar­dziej nas jed­nak inte­re­so­wało to, co miały w środku. Wszyst­kie były otwarte od przodu, gdzie na sto­łach leżały różne rze­czy. Zęby czar­nego lam­parta wyrzeź­bione w noże i sie­kiery, pióra uło­żone według wiel­ko­ści i koloru, rzeźby zwie­rząt z drewna i kamie­nia. Kołki i kółka do wkła­da­nia w nosy i uszy. Dzidy. Strzały. Wielka góra kla­tek z małymi nie­to­pe­rzami, sło­dzia­kami, ści­ska­ją­cymi pomarsz­czo­nymi rącz­kami pręty, cmo­ka­ją­cymi języ­kami i gapią­cymi się na prze­cho­dzą­cych ludzi.

-?Ludzie, ludzie, weź­cie sobie mały Dom albo Auto z kołami! -?krzyk­nęła kobieta za sto­łem zasta­wio­nym mode­lami ziem­skich rze­czy. -?Będzie­cie bli­żej Ziemi, kochani moi -?dodała z tym dziw­nym, pła­skim Lon Downi­ko­wym akcen­tem. -?Bli­żej kocha­nej, jasnej Ziemi i kocha­nej kocha­nej matki Geli.

-?Świeże mięso z nie­to­pe­rzy! Świeże sło­dziaki! Robione na miej­scu!

-?Zapra­szam! Zapra­szam! Naj­lep­sze skóry w całym Domu!

-?Nowe dzidy! Naj­lep­sze czar­nosz­kło!

-?Tylko dla was! Tylko dla was! Pier­ście­nie i bran­so­lety. Z ser­cem matki Geli!

Angie chwy­ciła mnie za rękę i znów poca­ło­wała.

Tyle róż­nych rze­czy! Tyle do zoba­cze­nia!

-?Ej, wy dwie, zacze­kaj­cie! -?wysa­pał Dixon, docho­dząc do nas. -?I nie pędź­cie tak. Julia nie cho­dzi tak szybko, jak...

Urwał, bo minęło nas gigan­tyczne zwie­rzę o czar­nej skó­rze. Było cztery razy wyż­sze od czło­wieka, z długą długą szyją, wielką głową i dwiema musku­lar­nymi łapami. Ale pro­wa­dził je mały chłop­czyk, cał­kiem sam i nikt nawet na nie nie spoj­rzał.

* * *

-?Hej, sły­sza­łeś o kola­nów­kach, takich łodziach? -?spy­tał Dixon han­dla­rza. -?Mamy na sprze­daż osiem, dzie­się­cio­sto­po­wych. Cał­kiem nowe. Znasz kogoś, kto potrze­buje?

Han­dlarz miał na sobie dłu­go­skórę z weł­niaka, siwe włosy spi­nał w ogon ozdo­biony pió­rami. Przed jego sza­ła­sem leżały wio­sła i sieci.

-?Tak? Kola­nówki, mówisz? Zaraz, zaraz, powoli. Dziw­nie gadasz. Skąd ty w ogóle jesteś?

-?Z Ziemi Kola­now­ców. To wła­śnie my robimy te łodzie.

-?Kola­now­ców? Na dzidę Johna, róż­nych ludzi widzia­łem, ale was jesz­cze ni­gdy. Kola­nówki zawsze biorę od gościa, co się nazywa Dave, gdzieś z Wiel­kiej Głowy. Te wasze są nowe? Musiał­bym oczy­wi­ście spoj­rzeć na nie, ale pew­nie mogę wam dać dwa­dzie­ścia paty­ków czy coś takiego. Może dwa­dzie­ścia dwa dwa­dzie­ścia trzy, jak będą naprawdę porządne.

Wielki, łagodny Dixon obej­rzał się na mnie, Angie, Rado­chę i Julię, uśmie­cha­jąc się, jak mu się wyda­wało, z wyż­szo­ścią.

-?Czło­wieku, po co nam jakieś tam patyki. Na naszej Ziemi mamy paty­ków, ile zechcesz. A nawet jak­by­śmy chcieli, to na pewno dużo wię­cej niż dwa­dzie­ścia za osiem łodzi.

Han­dlarz pokrę­cił głową z ubo­le­wa­niem.

-?Przy­ja­cielu, to nie jest jakaś dziura, gdzie się wymie­niasz towa­rami, jak Wielka Głowa. Tu przy­jeż­dżają na han­del ludzie z całego Edenu i wszystko sprze­daje się za patyki.

-?Ale po co? Po co im wszyst­kim tyle paty­ków? -?zapy­ta­łam, prze­py­cha­jąc się naprzód, zanim Dixon zdą­żyłby powie­dzieć coś głu­piego.

Facet roze­śmiał się.

-?Na matkę Edenu! Wy o niczym nie macie poję­cia! Patyki służą do wymiany, bo do czego. -?Się­gnął pod swój stół i wycią­gnął pięć krót­kich dre­wie­nek. -?Pro­szę, patrz­cie. Może głu­pio robię, ale dam wam dwa­dzie­ścia pięć paty­ków za wasze osiem łodzi, jeśli okażą się w porządku.

Podał je Dixo­nowi.

-?Ale my nie... -?zaczął ten, po czym urwał. -?Ale to nie jest dwa­dzie­ścia pięć paty­ków! Na wóz Jeffa! Może i nie mamy poję­cia, jak się tu u was robi, ale liczyć to, do cho­lery, umiemy!

Han­dlarz wes­tchnął.

-?Każdy taki jest wart pięć paty­ków -?wyja­śnił powoli jak małemu dziecku. -?To wła­śnie ozna­czają te znaki tutaj, widzisz? Za jeden taki kupi­li­by­ście cztery porządne czar­nosz­klane dzidy.

Dixon wziął jeden z "paty­ków", potem podał go Julii. Ja też nad­sta­wi­łam rękę, chcia­łam być następna.

Dre­wienko było super­gład­kie i błysz­czące, a w poprzek miało pięć głę­bo­kich row­ków, wszyst­kie poma­lo­wane na fio­le­towo jakimś barw­ni­kiem. Patrzy­łam na nie, marsz­cząc czoło, pró­bu­jąc zro­zu­mieć -?i poczu­łam, że po twa­rzy roz­lewa mi się rumie­niec wstydu. Wyglą­damy jak banda dur­niów, sto­imy i roz­dzia­wiamy gęby, w głu­pich koź­lich paso­skó­rach, pró­bu­jemy pojąć coś, co tutaj jest dla wszyst­kich oczy­wi­ste.

-?Więc ty mówisz... -?zaczął powoli Dixon.

Prze­rwa­łam mu.

-?Czyli zamiast wymie­niać łodzie na czar­nosz­kło albo skóry, wymie­niamy je na te patyki -?powie­dzia­łam. -?I potem... co? Inni han­dla­rze wezmą od nas patyki i dadzą, co chcemy?

Byłam od han­dla­rza wyż­sza i patrzy­łam mu pro­sto w oczy. Nie zamie­rza­łam mu pozwo­lić, żeby poczuł się kimś lep­szym.

-?Otóż to, Ein­ste­inie -?powie­dział, sta­ra­jąc się ze wszyst­kich sił nie odwró­cić wzroku. -?To zna­czy, że da się z kimś han­dlo­wać, nawet jeśli on nie ma tego, czego chcesz.

Zasta­no­wi­łam się nad tym, pró­bu­jąc otrzą­snąć się z głu­poty wyni­ka­ją­cej z miesz­ka­nia na skrawku pia­chu, gdzie nikt nie przy­pływa i nic się nie dzieje.

-?Ale czemu ktoś sobie nie natnie kupy takich paty­ków i nie wymieni na co tylko zechce?

-?Są trzy powody. Pierw­szy: tych paty­ków nie da się tak ot "naciąć". Drewno pocho­dzi z dru­giej strony Śnież­nego Ciemna, a farba z Gór Ska­li­stych. Drugi: my, han­dla­rze, szybko wyła­piemy patyki, które nie są zro­bione jak trzeba. Trzeci: jeśli się kogoś zła­pie na robie­niu fał­szy­wych paty­ków, straż­nicy miaż­dżą mu palce wiel­kim kamie­niem, żeby już ni­gdy niczego nie fał­szo­wał.

Wie­dzie­li­śmy, że na Głów­no­ziemi mają okrutne kary, lecz sły­sząc teraz to o nich, byli­śmy zszo­ko­wani. Kiedy na naszej Ziemi ktoś zro­bił coś złego, wszy­scy mu to cią­gle wypo­mi­nali i tyle. Rozu­mia­łam jed­nak, że coś takiego nie spraw­dzi­łoby się w Domu Lona Downika, gdzie scho­dzą się ludzie, któ­rzy się nie znają i nie przej­mują się sobą nawza­jem. Trzeba było zna­leźć inny spo­sób. To samo doty­czyło tych paty­ków, to samo zacho­wa­nia han­dla­rzy, któ­rzy zapra­szali nie­zna­jo­mych, uda­jąc przy­ja­ciel­skich. Dom Lona Downika w porów­na­niu z Zie­mią Kola­now­ców był zimny i wrogi. Ale dzięki temu był taki jasny, taki wielki i taki pełny pięk­nych rze­czy.

-?Myślę, że trzeba zro­bić jedną rzecz -?pod­su­nęła Julia. -?Zapy­tać innych han­dla­rzy, ile paty­ków nam dadzą za łodzie. Tak się dowiemy, czy to dobra cena, czy nie. W sumie to nie­wiele się różni od tego, jak się sprze­daje w Wiel­kiej Gło­wie. Po pro­stu jest jakby tro­chę prze­rwy mię­dzy tym, kiedy się daje i kiedy się bie­rze.

Han­dlarz wzru­szył ramio­nami i już mie­li­śmy odejść, gdy zza naszych ple­ców dobiegł kolejny głos, mło­dego męż­czy­zny. Mówił jesz­cze ina­czej, w spo­sób, jakiego ni­gdy nie sły­sze­li­śmy.

-?Dzień dobry, co mi możesz za to dać? -?zapy­tał.

Miał na sobie nie­sa­mo­witą barwną skórę, się­ga­jącą do ziemi. Był ode mnie tro­chę star­szy, ale wciąż młody. I był abso­lut­nie wspa­niały.

Julia Głębina

Gwiaz­deczka od razu wpa­dła mu w oko, to było widać, a jesz­cze bar­dziej - że sama też od razu była zachwy­cona.

Był od niej star­szy o jakieś dzie­sięć łon. Miał jasne, pogodne oczy, a brodę rudą i włosy przy­cięte i nasma­ro­wane tłusz­czem, tak że ster­czały mu we wszyst­kie strony jak kolce, każdy prze­wią­zany cien­kim, far­bo­wa­nym koź­lim rze­my­kiem. Miał też zie­lone sto­po­skóry i się­ga­jącą do ziemi cało­skórę, jakiej w życiu nie widzie­li­śmy, zro­bioną z trzech róż­nych kolo­rów tego mate­riału, co Głów­no­ziemcy wyra­biają z roślin i nazy­wają niby­skórą. Było z nim dwóch star­szych męż­czyzn. Mieli dzidy, a na sobie podobne niby­skóry, tylko krót­sze i w jed­nym kolo­rze, brą­zo­wym.

-?No... ten... niech popa­trzę... -?zaczął han­dlarz. Nie potra­fił ukryć zdu­mie­nia, patrząc na ten przed­miot wiel­ko­ści pię­ści, który przed nim poło­żyli.

-?Da się z tego zro­bić noże i dzidy -?powie­dział pogodny mło­dziak, po czym z jakie­goś powodu odwró­cił się do nas Kola­no­wych i mru­gnął, jak­by­śmy byli w coś wta­jem­ni­czeni.

-?Wiem, co się robi z metalu -?burk­nął han­dlarz. -?Mogę wam dać osiem­dzie­siąt paty­ków.

Wga­pi­li­śmy się w bryłkę w dło­niach mło­dego czło­wieka, czer­wo­nawą, ale prze­ty­kaną bladą zie­le­nią -?i powoli dotarło do nas, co powie­dział tam­ten. To coś było warte trzy razy tyle, co osiem naszych łodzi.

-?Osiem­dzie­siąt paty­ków -?powtó­rzył han­dlarz.

Młody chło­pak tylko się zaśmiał.

-?To są ci Joh­nowi, z dru­giej strony Stawu -?burk­nął jakiś czło­wiek za naszymi ple­cami. -?Zło­dzieje pier­ście­nia. Nie mam poję­cia, czemu Mocne Serce w ogóle pozwala im tu cho­dzić.

-?No, powód masz przed sobą -?dodała kwa­śno jakaś kobieta.

Nie chciała, żeby młody w trój­ko­lo­ro­wej skó­rze ją usły­szał, ale tak się stało -?obej­rzał się i par­sk­nął śmie­chem.

-?Tak, to jest wła­śnie powód, ale ten gość chyba tego nie rozu­mie.

-?Dzie­więć­dzie­siąt paty­ków -?mruk­nął z urazą han­dlarz.

-?Gościu, żar­tu­jesz sobie ze mnie -?powie­dział młody, znów zer­ka­jąc na nas i mru­ga­jąc okiem, wyraź­nie do Gwiaz­deczki. -?Oddam za sto dwa­dzie­ścia, ale naprawdę to jest warte dużo wię­cej.

Zauwa­ży­łam teraz, że spinka, która pod­trzy­my­wała mu niby­skórę pod brodą, też jest zro­biona z takiego czer­wo­nego metalu, wygła­dzo­nego do poły­sku, z gład­kim, nie­bie­skim kamie­niem wpra­wio­nym w śro­dek. Dwaj pozo­stali mieli zro­bione z tego odznaki, okrą­głe z trój­ką­tem w środku, a na dzi­dach -?meta­lowe groty. Nie ma mowy, żeby wyłu­pać taki kształt z czar­nosz­kła, roz­pry­słoby się przy pierw­szym uży­ciu.

Tak więc te opo­wie­ści to była prawda. Na Ede­nie, w ziemi naprawdę był metal, tak jak na Sta­rej Ziemi. A John Czer­wo­niuch wcale nie uto­nął. A pier­ścień Geli nie leżał na dnie Głę­bo­kiego Ciemna. Poczu­łam dziwny, mroczny lęk. Co jesz­cze się zmieni? Co jesz­cze wynu­rzy się z bul­go­tem z prze­szło­ści?

-?Metal już nie trzyma takiej ceny, jak za pierw­szym razem, kiedy przy­je­cha­li­ście -?powie­dział z upo­rem han­dlarz.

-?Może i tak. Ale nie chcę dwu­stu, prawda? Chcę sto dwa­dzie­ścia. Dobrze wiesz, że jakby mi się chciało przejść po innych han­dla­rzach, na pewno dostał­bym sto pięć­dzie­siąt albo i lepiej.

Han­dlarz zaci­snął usta na sekundę czy dwie, potem kiw­nął głową, wziął bryłkę metalu i się­gnął pod stół, żeby wycią­gnąć dwa­dzie­ścia cztery pona­ci­nane dre­wienka.

-?Dzię­kuję, przy­ja­cielu -?powie­dział rudo­włosy, poda­jąc patyki jed­nemu ze swo­ich towa­rzy­szy.

Po czym się zaśmiał. Znał swoją wła­sną moc. Wie­dział, że budzi fascy­na­cję. Wie­dział, że chroni go dwóch wojow­ni­ków z dzi­dami o meta­lo­wych gro­tach. Wie­dział też, że wśród tłumu, który się wokół niego zebrał, stoi piękna młoda kobieta i błysz­czą­cymi błysz­czą­cymi oczami patrzy na wszystko, co on robi.

Się­gnął po raz kolejny do woreczka z paty­kami, który pod­su­nął mu towa­rzysz, i wyjął parę dre­wie­nek. Potem skło­nił się lekko przed Gwiaz­deczką i wsu­nął je w jej dło­nie. Wszyst­kich patrzą­cych aż zatch­nęło, tak Kola­no­wych, jak i Domo­wych.

-?Weź je -?powie­dział do niej, drugą dło­nią zamy­ka­jąc na nich jej palce. -?Wymień na parę kolo­ro­wych skór i pier­ścieni. Jesteś piękna piękna, pięk­niej­szej kobiety w życiu nie widzia­łem, ale ta zwy­kła skóra nie przy­daje ci urody, jeśli mogę tak powie­dzieć.

Uśmiech­nął się i mru­gnął, tylko do niej. Dopiero teraz naprawdę ją zauwa­żył.

-?Nazy­wam się Zie­lo­no­ka­myk -?powie­dział. -?Zie­lo­no­ka­myk John­son. Do zoba­cze­nia. Mam nadzieję.

Po czym ukło­nił się Dixo­nowi, Rado­sze, Angie, mnie i odszedł. Dwaj towa­rzy­sze pośpie­szyli za nim ze swo­imi meta­lo­wymi dzi­dami.

Gwiaz­deczka spoj­rzała we wła­sną dłoń. Miała w niej pięć dre­wie­nek, każde z pię­cioma nacię­ciami, dokład­nie tyle samo, co nam wła­śnie pro­po­no­wano za osiem dzie­się­cio­sto­po­wych łodzi, które robi­li­śmy przez czter­dzie­ści wstań i wieź­li­śmy tutaj przez dzie­więć kolej­nych, i to cięż­kich.

-?Wujku, zaopie­kuj się nimi, dobra? -?szep­nęła. -?Razem z tymi, co dosta­niemy za łodzie.

Dixon, bio­rąc je, kiw­nął sztywno głową.

-?Na kulasy Jeffa! Wujku Dix! -?Oczy Gwiaz­deczki nagle wypeł­niły się łzami. -?Mia­łam mu odmó­wić, czy jak?

-?Ja nie... -?wyją­kał Dixon. -?Ja nie...

Spoj­rzał na mnie z nadzieją, że będę wie­działa, co chce powie­dzieć.

-?Wujek nie jest na cie­bie zły -?powie­dzia­łam.

-?No, naprawdę nie, skar­bie -?dodał. -?Po pro­stu... Jeśli na kogoś jestem zły, to na tego Zie­lo­no­ka­myka. Jak on mógł!

-?Jak on mógł co? -?zapy­tała Gwiaz­deczka. -?Nosić ładne rze­czy? Mieć ładną buzię? Dawać komuś pre­zent?

Dixon znów bez­rad­nie spoj­rzał na mnie, a ja zaczę­łam zasta­na­wiać się nad sło­wem okre­śla­ją­cym to, co zro­bił ten uśmiech­nięty mło­dziak. Musia­łoby zna­czyć coś w rodzaju "osią­gnąć coś, po pro­stu dając komuś tro­chę paty­ków".

-?Nie jestem pewna, czy to pre­zent. -?To było naj­lep­sze, co mi przy­szło do głowy. -?To raczej był han­del.

-?Han­del? Jak to han­del? A co wziął w zamian?

"Twoje serce, Gwiaz­deczko", chcia­łam powie­dzieć, ale wie­dzia­łam, że albo się wściek­nie, albo nasunę jej nowe myśli, któ­rych według mnie nie powinna mieć. I zda­wa­łam sobie sprawę, że wokół nas stoi tro­chę obcych ludzi, gapią­cych się na cudacz­nych Kola­no­wych i uśmie­cha­ją­cych się, gdy sły­szeli dziwny spo­sób mówie­nia.

-?A ci to skąd są? -?usły­sza­łam, jak pyta jakaś kobieta.

Ści­szy­łam głos.

-?Wszy­scy się tu gubimy -?powie­dzia­łam do Gwiaz­deczki. -?Odda­lamy się tu od Patrzą­cego. Zaczy­namy myśleć, że...

-?A mnie się tu podoba. O wiele faj­niej niż na naszej Ziemi.

-?I myślę, że o tym Zie­lo­no­ka­myku też nie wiesz, co myśleć. Wydaje ci się eks­cy­tu­jący, bo jest nowy i...

-?Mnie tam wydał się fajny -?wtrą­ciła Angie, choć od razu było widać, że też jest zanie­po­ko­jona. -?Myślę, że to miło z jego strony, że dał Gwiaz­deczce pre­zent tylko dla­tego, że mu się spodo­bała. No wie­cie, sama bym się nie pognie­wała, jakby...

-?Idę popa­trzeć na Lon Downik -?powie­działa Gwiaz­deczka.

-?Myśla­łem, że póź­niej wszy­scy pój­dziemy -?zdzi­wił się Dixon.

-?Ale ja chcę teraz. Idziesz, Angie?