Córka żelaznego smoka. Smoki Babel - Michael Swanwick
53.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
W dniu, w którym dzieci spotkały się, by uknuć śmierć nadzorcy, w głowie dziewczynki-podmieńca zrodziła się decyzja, by ukraść smoka i uciec. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziała.
Odkąd pamiętała, mieszkała w fabryce parowych smoków. Co rano prowadzono ją razem z innymi młodocianymi przypisańcami z internatu w Budynku 5 do stołówki na śniadanie, które ledwo miała czas przełknąć przed pracą. Zwykle przydzielali ją do hali obróbki cylindrów, do polerowania, czasem jednak szła do Budynku 12, gdzie kontrolowano i smarowano czarne żelazne cielska, przed przewiezieniem do hali montażu końcowego. Kanały w ich wnętrznościach były dla dorosłego zbyt ciasne. Musiała się wczołgać do tych ciemnych przejść, przetrzeć wszystko, a potem nasmarować. Pracowała do zachodu słońca, a czasem dłużej, jeśli akurat było zamówienie na szczególnie ważnego smoka.
Miała na imię Jane.
Najgorsza praca była w odlewniach: latem panowało tam piekło jeszcze zanim metal polał się do form, waląc falą żaru jak pięścią, zimą śnieg zawiewał przez powybijane okna, a podłogę zaściełała szara maź. Pracowali tam pukacze i knurogłowi, ogorzałe kosmate stwory, stale milczące, poczerniałe i umięśnione, o złowrogich, przekrwionych oczach i inteligencji, która, narażona przez dziesięciolecia na magiczne ognie i zimną stal, spaliła im się na żużel. Jane bała się ich jeszcze bardziej niż roztopionych metali, które przelewali, i brutalnych machin, przy których pracowali.
Któregoś dnia o zmierzchu wróciła z pomarańczowej kuźni zbyt chora, by coś jeść, owinęła się ciasno cienkim kocykiem i natychmiast zasnęła. Sny miała poplątane: bez przerwy polerowała metal, ściany łomotały, a podłogi śmigały w górę jak tłoki gigantycznego silnika. Uciekła od nich i schowała się pod łóżkiem, wczołgała do sekretnej kryjówki między ścianami, gdzie ukrywała się, gdy była mniejsza, przed drobnymi okrucieństwami Koguta. Jednakże Kogut pojawił się tam na samą myśl, rechotał złośliwie i machał jej przed nosem ropuchą bez nogi. Gonił ją podziemnymi chodnikami, pod gwiazdami, przez kotłownie i warsztaty.
Wizje się ustabilizowały. Biegła w podskokach przez świat zielonych trawników i ogromnych przestrzeni, dziwnie znajomy - wiedziała, że to musi być Dom. Często jej się śnił. Byli tam ludzie, którzy o nią dbali i dawali jej tyle jedzenia, ile tylko chciała. Ubranie miała czyste i nowe, nikt nie zmuszał jej do dwunastogodzinnej pracy w warsztacie. Miała własne zabawki.
Potem jednak, jak zawsze, sen pociemniał. Skakała przez skakankę pośrodku ogromnego trawnika, gdy jakiś wewnętrzny zmysł poinformował ją o obecności intruza. Otaczały ją nudne białe domy - mimo to, wrażenie, że przypatruje się jej jakaś złośliwa, inteligentna istota, stawało się coraz silniejsze. Złe siły czaiły się pod darnią, skupiały za każdym drzewem, kuliły pod każdym kamieniem. Opuściła skakankę na stopy, rozejrzała się ze zdziwieniem i wykrzyknęła imię, którego potem nie pamiętała.
Niebo rozwarło się.
- Wstawaj, ty flejo! - syknął niecierpliwie Kogut. - Zbieramy się. Musimy postanowić, co ze Szczudłakiem.
Jane zerwała się z bijącym sercem. Mimo że była dezorientowana po nagłym przebudzeniu, cieszyła się, że uciekła z tego snu, jednocześnie żałując, że go straciła. Oczy Koguta były jak dwa unoszące się w mroku zimne odblaski księżyca. Klęczał na jej posłaniu, napierał na nią kościstymi kolanami. Oddech pachniał mu wiązową korą i spleśniałymi liśćmi.
- Przesuń się, co? Ciśniesz mnie w żebra.
Kogut wyszczerzył się i uszczypnął ją w rękę.
Odepchnęła go. I tak jednak cieszyła się, że go widzi. Wypracowali coś w rodzaju szorstkiej przyjaźni, a Jane zdała sobie z czasem sprawę, że pod tą pychą i bezmyślnością Kogut jest w gruncie rzeczy całkiem sympatyczny.
- A co mamy postanowić z tym Szczudłakiem?
- Nie wiadomo, dopiero będziemy gadać, głupia!
- Zmęczona jestem - burknęła Jane. - Pracowałam długo i nie mam ochoty na te wygłupy. Jak mi nie powiesz, idę spać dalej.
Twarz mu pobielała, zacisnął pięść.
- Co to ma być, bunt? Ja tu rządzę. Robisz, co mówię i kiedy mówię, dlatego że to ja mówię. Jasne?
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Był fejem-mieszańcem, stworzeniem, które wiek temu żyłoby dziko w lesie i pokazywało się ludziom tylko od czasu do czasu, żeby przewrócić dojarce stołek albo poluzować szwy w worku z mąką, tak by się rozsypała po zarzuceniu go na ramię. Może i byli płytcy, ale do złośliwości pierwsi i twardzi jak szczury. Kogut pracował jako zbieracz żelaznych odpadków i nikt nie miał wątpliwości, że przetrwa do końca terminu.
W końcu Jane pochyliła głowę. Nie opłacało się mu teraz sprzeciwiać.
Kiedy uniosła wzrok, poszedł już budzić innych. Owijając się kocem jak peleryną, poszła za nim. Było słychać szelest stóp i łap, ciche oddechy, gdy dzieciaki zbierały się na środku sali.
Dymka wyciągnęła ukradziony ogarek i wetknęła go w najszersze miejsce szczeliny między dwiema krzywymi deskami. Wszyscy klęknęli wokoło. Kogut mruknął coś pod nosem, między palcem a knotem przeskoczyła mu iskra.
Nad świeczką zatańczył płomyk. Ściągnął spojrzenia wszystkich, rzucił na ścianę podskakujące zjawy, niczym dwuwymiarową Noc Walpurgii. W tęczówkach zatańczyły dwadzieścia trzy pomniejsze płomyczki. Było ich zaledwie dwanaścioro, i to zakładając, że chłopcień czai się gdzieś w pobliżu, schodząc z drogi większości światła, a resztę pochłaniając tak dokładnie, że nawet jeden foton nie zdradzał jego obecności.
Kogut odezwał się z namaszczeniem, zarozumiale:
- Blugg musi umrzeć. - Wyciągnął spod kamizelki szmacianą lalkę, niekształtną, uszytą byle jak, z dwoma wielkimi guzikami zamiast oczu i grubą węglową krechą zamiast ust. Promieniowała jednak mocą i na jej widok kilkoro młodszych dzieci zmrużyło oczy, czując tę samą nienawiść. - Jeżata ma krew wiedźmy. Zrobiła coś takiego.
Jeżata niechętnie kiwnęła głową. Strzegła laleczki jak oka w głowie i jedna Pani wiedziała, jak Kogutowi udało się ją zdobyć. Dzierżył ją nad świecą.
- Odmówiliśmy modlitwy, przelaliśmy krew. Teraz tylko trzeba zaszyć w środku coś, co jest jego, i rzucić do pieca.
- To morderstwo! - odezwała się wstrząśnięta Jane.
Rzep prychnęła.
- Poważnie mówię. To nie tylko coś złego, ale i bardzo głupiego. - Rzep była zmienniczką, tak jak Szczudłak, i jak wszyscy zmiennicy była trochę głupawa. Jane dawno nauczyła się, że zamknie się tylko, jeśli bezpośrednio się ją zaatakuje. - Co nam to da? Nawet jeśli to zadziała, a wątpię, będzie śledztwo. A jeśli jakimś cudem do nas nie dojdą, to i tak wymienią tylko Blugga na kogoś takiego samego albo i gorszego. Co za sens go zabijać?
To ich powinno uciszyć. Jednakże, ku jej zaskoczeniu, chór gniewnych szeptów wzrósł jak terkot cykad.
- Orze nami!
- Bije mnie!
- Nienawidzę tego starego śmierdziela!
- Zabić go - powiedział drżącym głosem chłopcień, tuż nad jej lewym ramieniem. - Zabić tego wielkiego skurwiela!
Odwróciła się, lecz jego już tam nie było.
- Spokój! - Kogut rzucił Jane pełne wyrzutu spojrzenie. - Musimy zabić Blugga. Nie ma innego wyjścia. Szczudłak, wystąp.
Szczudłak przesunął się trochę do przodu. Nogi miał tak długie, że kiedy siedział, głowę trzymał niżej niż kolana. Wysunął stopę z buciora i mimowolnie podrapał się za uchem.
- Pochyl głowę.
Cherlawy młody zmiennik usłuchał. Kogut jedną ręką opuścił mu głowę jeszcze bardziej, a drugą rozgarnął rzadkie włosy koloru zastałej wody.
- Zobaczcie! Zalążki piór! - Szarpnął mu głowę do góry i poruszył ostrym trzydziestocentymetrowym nosem, żeby pokazać, jak zwapniał. - A palce na nogach zmieniają się w szpony, no sami zobaczcie.
Dzieci przepychały się, żeby tylko zobaczyć. Szczudłak mrugał, ale z tępawym stoicyzmem znosił ich szturchańce i obmacywanie. W końcu Dymka pociągnęła nosem i zapytała:
- No i co?
- To, że dorasta. Popatrzcie na nos. Albo oczy! Do następnego Dziewiczego Księżyca już się zmieni. A wtedy... a wtedy... - Kogut zrobił dramatyczną pauzę.
- Wtedy? - podsunął chłopcień swoim papierowym, wietrznym głosikiem. Stał teraz gdzieś za Rzep.
- Wtedy będzie mógł latać! - rzucił triumfalnie Kogut. - Przefrunie za mur, na wolność i już nigdy nie wróci.
Wolność! - pomyślała Jane. Zakołysała się na piętach i wyobraziła sobie Szczudłaka odfruwającego z niezdarnym trzepotem w zielonobrązowe jesienne niebo. Jej myśli poszybowały wraz z nim, ponad murami, drutem kolczastym, w powietrze - fabryczne zabudowania i bocznice kurczyły się w dole, ona wznosiła się ponad buchające dymem kominy, w gęstniejące niebo, wyżej niż sama Jaśnie Pani Księżyc. I mogłaby nigdy, przenigdy nie wrócić!
To oczywiście było niemożliwe. Tylko smoki i półludzcy inżynierowie opuszczali fabrykę drogą powietrzną. Wszyscy inni, zarówno robotnicy, jak i kierownicy, byli ograniczeni murami i bramami, strażnikami i potężnym żeliwnym Zegarem. Mimo to, i tak przez chwilę czuła, że coś ją ogarnia, jakiś głód. Wiedziała teraz, że ta idea, idea wolności, daje się urzeczywistnić, a skoro tak, pragnienie jej uzyskania stało się już nieodwołalne.
U podstawy mózgu coś się poruszyło, przebudziło i rozejrzało z mroczną ciekawością. Przez chwilę czuła mdłości i zawroty głowy, czuła się jak przerzucona do jakiegoś pozbawionego światła, klaustrofobicznego światka - lecz zaraz znalazła się z powrotem w czeluściach fabryki parowych smoków, w małej noclegowni na piętrze Budynku 5, wciśniętego między wzorcownię a szopę z piaskiem, gdzie od nieba dzieliły ją zakurzone drewniane belki i dach z papy.
- Czyli on sobie odleci - powiedziała ponuro Dymka. Z niezadowoleniem machnęła ogonem. - No to co? Mamy zabić Blugga, żeby miał prezent na pożegnanie?
Za krnąbrność Kogut walnął ją w ramię.
- Durna! Tępa! Wredna! Co, myślisz, że Blugg nie zauważył? Myślisz, że nie zaplanował ofiary dla Bogini, żeby zatrzymała przemianę?
- Jakiej ofiary? - zapytała Jane.
Kogut chwycił się jedną ręką za krocze, drugą wygiął w sierp i wykonał nią tnący gest. Zabrał rękę. Uniósł brew.
- Dociera?
Niespecjalnie dotarło, ale Jane nie była na tyle głupia, żeby się przyznać. Zaczerwieniła się i powiedziała:
- Oj.
- No dobra, słuchajcie. Obserwowałem Blugga. W dni, kiedy chodzi odlewnia żeliwa, on w południe idzie do swojego gabinetu. Stamtąd widzi nas przez okno w drzwiach i obcina sobie te swoje parszywe, wielkie pazury. Ma taki wielki, ogromniasty nóż, a ścinki wywala do popielniczki. Jak skończy, pakuje je w serwetkę i wrzuca do pieca w odlewni, żeby nie dało się ich użyć przeciwko niemu. Następnym razem zorganizuje się jakieś zamieszanie. Wtedy Jane wśliźnie się do jego pokoju i ukradnie parę ścinków. Jeden, dwa, nie więcej - popatrzył na nią groźnie - bo zauważy.
- Ja? - jęknęła Jane. - Czemu ja?
- Nie bądź tępa. Na innych ma zabezpieczenia. Nie przejdą przez drzwi. A ty... ty jesteś z innej krwi. Jego klątwy i uroki ciebie nie powstrzymają.
- No tak, dzięki bardzo - odparła Jane. - Ale ja tego nie zrobię. To błąd i już wam mówiłam, dlaczego.
Parę mniejszych dzieciaków podeszło do niej z groźnymi minami. Splotła ręce.
- Nie obchodzi mnie, co tam sobie gadacie, mnie do tego nie zmusicie. Znajdźcie sobie kogoś innego do odwalania za was brudnej roboty!
- No, daj spokój. Pomyśl tylko, jacy będziemy ci wdzięczni. - Kogut podniósł się na jedno kolano, położył dłoń na sercu, a drugą wyciągnął tęsknie ku niej. Poruszył śmiesznie brwiami. - Na wieki tobie oddany.
- Nie!
Szczudłak nie nadążał za tym, co mówili. U takich jak on była to ewidentna oznaka nadciągającej dorosłości. Zmarszczywszy czoło, zwrócił się do Koguta i wyjąkał:
- Ja... nie mogę latać?
Kogut odwrócił głowę i z niesmakiem splunął na podłogę.
- Nie, jeśli Jane nie zmieni zdania.
Szczudłak się rozpłakał.
Z początku cicho szlochał, później coraz głośniej. Na koniec odrzucił w tył głowę i zawył w udręce. Przerażone dzieciaki przepychały się, żeby go dosięgnąć i uciszyć, dłońmi i ciałami. Szloch został stłumiony, potem ustał.
Przez długą chwilę, wstrzymując oddech, czekali, czy nie zbudził się Blugg. Nasłuchiwali jego ciężkich kroków na schodach, gniewnego skrzypienia starych desek, wyczekiwali gęstej aury gwałtowności i ledwie tłumionego gniewu, jaka go poprzedzała. Przerażoną minę miał nawet Kogut.
Nie rozległ się jednak żaden dźwięk, jeśli nie liczyć prychania psów-cyborgów na patrolu, szczękania i szelestów smoków poruszających się niespokojnie w łańcuchach na swoich dziedzińcach, oraz odległych, niemal niesłyszalnych dzwonów o północy, dla uczczenia jakiejś dalekiej wiejskiej hulanki. Najwyraźniej Blugg spał dalej.
Rozluźnili się.
Co za rozdygotana banda mizerniaków! Jane poczuła litość do nich wszystkich, nie wyłączając siebie. Dziwna siła, przypominająca desperację, wypełniła ją stanowczością, jakby nie była niczym więcej niż pustą formą, której ręce, nogi i tułów znienacka zalano roztopionym żelazem. Zapłonęła poczuciem celu. W jednej chwili uświadomiła sobie, że jeśli kiedykolwiek ma zyskać wolność, musi być twarda i bezwzględna. Należy zapomnieć o dziecinnych słabostkach. W myślach przysięgła, na własną duszę, że zrobi wszystko co konieczne, obojętne, jak bardzo byłoby to przerażające, jak bardzo obrzydliwe i złe.
- Niech będzie - powiedziała. - Zrobię to.
- Dobra. - Kogut, nawet nie kiwnąwszy głową, zaczął snuć plan, przydzielając każdemu dzieciakowi jakąś rolę.
Kiedy skończył, mruknął jakieś słowo i krótkim, ostrym ruchem machnął dłonią nad świecą. Płomień zgasł.
Każde z nich mogłoby ją bez wysiłku zgasić lekkim dmuchnięciem. Ale to nie byłoby takie fajne.
***
Odlewnia żeliwa była drugą co do wielkości halą w całej fabryce. Tu odlewano niezniszczalne korpusy i mniejsze, też opancerzone magią, części ciał wielkich smoków. W betonowych dołach trzymano zielony piasek, mieszanki mułowe i iłowe formy. Po belkach pod sufitem powoli przemieszczały się suwnice, a październikowe słońce świeciło skośnie przez unoszący się w powietrzu pył, mozolnie mieszany potężnymi wentylatorami.
W południe stara wiedźma jeziorna przywiozła wózek z lunchem: Jane dostała zawiniętą w folię kanapkę i kubek letniego soku grejpfrutowego. Zostawiła na warsztacie irchowe rękawice, zaniosła jedzenie do ciepłej, zakurzonej niszy obok drewnianej skrzyni wypełnionej żelaznymi odpadkami, mieszaniną pazurów, łusek i trybików.
Postawiła papierowy kubek obok siebie, wygładziła na kolanach szorstką, brązową spódnicę. Zamknąwszy oczy, udała, że jest w pałacu w chmurach wysokiego elfiego rodu. Damy i panowie zasiadali za długim stołem, nic tylko marmur i biała koronka, oświetlana przez cieniutkie świece w srebrnych lichtarzach. Panie nosiły imiona w rodzaju Fata Elspeth czy Fata Morgaine i porozumiewały się miodopłynnymi wielosylabowymi wyrazami. Ich śmiech przypominał dzwoneczki, a ją tytułowały Fata Jayne. Elfi książę namawiał do spróbowania sorbetowych smakołyków. Oczy błyszczały mu namiętnością. Krasnoludzcy niewolnicy, zamiast skrawkami sitowia posypywali podłogę ciętymi kwiatami.
Ugryzła kęs kanapki i przeżuwała go powoli, żeby wystarczył na dłużej.
Pod łukiem okna kucał jej własny, osobisty aquilohippus z siodłem wysadzanym drogimi kamieniami. Aż rwał się do lotu. Spojrzenie miał dzikie, a dziób ostry jak brzytwa. Nikt poza nią nie ważył się go dosiadać, dla niej był jednak miły i łagodny. Na imię miał...
Ktoś nadepnął jej na nogę.
- Au! - Zerwała się, przewracając sok, i zobaczyła, że przed chwilą minął ją Kogut z workiem złomu zarzuconym na ramię - był na przedobiedniej zmianie, ale jeszcze pracował.
- Nie śpij, gapo! Już prawie czas! - burknął. Po chwili, żeby złagodzić te słowa, uśmiechnął się i mrugnął. Był to jednak słaby i nieprzekonujący uśmiech. Gdyby go tak dobrze nie znała, uznałaby, że się boi.
I pobiegł.
Spokój runął, obracając się w gruzy. Na moment udało jej się zapomnieć o szalonym planie Koguta. Teraz wrócił do niej, a razem z nim pewność, że to się nie ma prawa udać. Złapią ją, ukarzą i nic nie może na to poradzić. Przecież dała słowo.
Wzdłuż znajdującej się najdalej od żeliwiaków ściany odlewni ciągnął się rząd wąskich pokoików dla brygadzistów poszczególnych warsztatów. Jane wcisnęła kanapkę do kieszeni fartucha i wyjrzała zza krawędzi skrzyni. Widziała gabinet Blugga, a w nim Blugga - za biurkiem, z cygarem w ustach, powoli kartkującego błyszczące czasopismo.
Blugg był gruby i potężny, miał ciężki podbródek i niskie czoło. Rzadkie, rozczochrane włosy rzedły mu, nigdy też o nie nie dbał - za to ponad miarę był dumny z pary krętych baranich rogów. Na specjalne okazje malował je i lakierował, a raz w roku, na Samhain, złocił czubki. Płatki złota trzymały się w zagłębieniach przez wiele tygodni.
- Pssst!
Jane się odwróciła. We wnęce, z której właśnie wyszła, stał chłopcień, postrzępiony kontur niewidzialny i ledwo dostrzegalny nawet podczas pełni.
- Kogut mnie przysłał. Mam dla ciebie stać na czatach.
Nie widziała wyrazu jego twarzy, ale głos mu drżał.
Poczuła się teraz strasznie. Potworny lęk.
- Nie dam rady - powiedziała. Nie miała odwagi się do tego zabrać. - Ja po prostu...
Południowy spokój rozdarł potężny ryk. Nagle wszyscy popędzili, rzucając narzędzia, na środek hali i powspinali się na formy, żeby zobaczyć, co się dzieje. Pobiegli w stronę żeliwiaków. Coś się tam działo. Jane wpatrzyła się w wir postaci, nie rozumiejąc, co to za zamieszanie. Nagle wszystko do niej dotarło.
Kogut, śmiejąc się obłąkańczo, sikał olbrzymowi-kowalowi na stopę.
Kowal ryknął z wściekłości. Kogut wziął sobie za cel samego Piaskomiota, największego stwora w całej fabryce. Typowy koguci spryt - Piaskomiot był nie tylko największy, ale i reakcje miał najwolniejsze ze wszystkich olbrzymów. Jednakże i tak było to szaleńczo niebezpieczne.
W końcu Piaskomiotowi przyszło do głowy podnieść stopę spod strumienia moczu i opuścić ją na swego mizernego przeciwnika. Podłoga zatrzęsła się od uderzenia.
Kogut odskoczył w bok z drwiącym okrzykiem.
Olbrzym pokręcił głową z dezorientacją i gniewem. Zmarszczywszy brwi, spojrzał na leżący na kowadle trzytonowy młot. Na prymitywnej twarzy wykwitła chytra mina, gigantyczna dłoń sięgnęła po narzędzie.
- Teraz! - Chłopcień niecierpliwie wskazał gabinet Blugga.
Był pusty. Drzwi pozostawiono otwarte na oścież i niestrzeżone.
Łup. Młot opadł w miejsce, gdzie przed chwilą stał Kogut.
Jane biegła, kryjąc się, przez ogromną przestrzeń dzielącą ją od gabinetu Blugga. Przerażała ją własna odwaga i bała się, że zostanie złapana. Za nią młot łupnął jeszcze raz. Aż załaskotało ją w podeszwy. I już była w gabinecie. Natychmiast odskoczyła w bok, żeby schować się za ścianą. Wyprostowała się i zaczęła rozglądać.
Łup. Młot spadł po raz trzeci. Ludzie wrzeszczeli, biegali, krzyczeli.
Gabinet był ciasny i zagracony. Na podłodze leżały sterty instrukcji technicznych. Z kosza wysypywały się śmieci. Na ścianach wisiały upstrzone zaciekami rysunki techniczne wiwern, które dziesiątki lat temu powinny trafić do lamusa, poprzypinane pineskami plany produkcji, dawno zbrązowiałe na brzegach, oraz plakat o bezpieczeństwie pracy, przedstawiający rysunkową rękę z palcem wskazującym skierowanym ku górze i przewiązanym wstążeczką tuż poniżej drugiego stawu.
Jedyny barwny element stanowił kalendarz od jakiegoś dostawcy, przedstawiający nagie syreny, grube jak krowy morskie, wylegujące się na skałach. Jane na moment zamarła i zagapiła się na hektary różowego, miękkiego jak pańska skórka ciała, jakby ów obraz stanowił okno do obcego i niebezpiecznego świata. Potem otrząsnęła się z zamyślenia i podbiegła do biurka.
Wytłoczona z blachy popielniczka stała dokładnie tam, gdzie powinna. Na jej krawędzi dymiło cygaro, jeszcze wilgotne od śliny. Nieufnie uniosła smrodliwy przedmiot i odsunęła na bok. Szybko! - pomyślała. W popiele leżało coś przypominającego siedem wyrzeźbionych z pożółkłej kości słoniowej półksiężyców. Podniosła dwa, odłożyła cygaro i okręciła się na pięcie, żeby wyjść.
Wtem jej wzrok przyciągnął błysk czegoś zielonego. Pochyliła się nad koszem na śmieci. Wystawał z niego róg książki. Sama nie wiedząc, dlaczego to robi, odgarnęła papiery, żeby na nią zerknąć. A gdy zobaczyła, aż zaparło jej dech.
Grimuar!
Gruby tom w tłoczonej oprawie z zielonego winylu, z firmowym logo na okładce. Pod nim wypukłe złote litery tytułu, którego nie umiała przeczytać. Trzy chromowane zaciski przytrzymywały kartki, żeby dawało się je łatwo wyjmować i aktualizować. Jane rozdziawiła usta, potem się opamiętała. Grimuary były niewyobrażalnie cenne i tak rzadkie, że każdy był ponumerowany i zarejestrowany w dyrekcji. Niemożliwe, żeby któryś trafił do gabinetu Blugga, a do tego wylądował w koszu jak coś bezwartościowego!
Ale... dotknąć czegoś takiego przecież nie zaszkodzi.
Dotknęła go - i po ręce przepłynęło jej upiorne wrażenie istoty. Tom przemówił do niej, w sposób, jakiego dotąd nie doświadczyła. Był prawdziwy! To była prawdziwa księga zaklęć, nic wątpliwego, nic oszukanego. Oto w zasięgu ręki miała prawdziwą magię: przepisy na piekielne ognie i zemstę, sekrety zdolne zrównać miasta z ziemią, techniki niewidzialności i ekstatycznego okrucieństwa, potęga, z którą można wskrzesić umarłych i ruszyć z bronią na samo Piekło.
Przez długi, bezczasowy moment bratała się z grimuarem, pozwalając, by ją przenikał i zawłaszczał. W końcu wyszeptywane przez niego obietnice ścichły i zamarły.
Wykopała go spomiędzy papierów.
Był za duży, by unieść go w jednej ręce. Jane schowała ukradzione ścinki paznokci do ust, między wargi i dziąsła, a w obie dłonie chwyciła grimuar.
W tej samej chwili rozległ się długi przenikliwy gwizd. Odwróciła się: w drzwiach stał chłopcień, powstrzymywany przez przybite do ościeżnic pakiety fetyszy, poganiający ją niecierpliwymi machnięciami ręki. Za nim widziała, że Piaskomiota udało się okiełznać. Jeden z knurogłowych przytrzymywał Koguta. Publiczność rozchodziła się, niektórzy zbijali się w małe grupki, żeby porozmawiać o tym, co widzieli, inni odwracali się i szli do pracy.
Ściskając grimuar w objęciach, wybiegła z gabinetu. Ważył chyba z tonę, uginała się pod jego ciężarem. Ale oddać go nie zamierzała. Teraz należał do niej.
Chłopcień stał w pełnym świetle, rzadko bywał bardziej widoczny niż teraz.
- Co tak długo? - szepnął ze strachem. - Zaraz będzie wracał.
- Masz. - Cisnęła mu książkę. - Zabierz do sypialni, szybko! I schowaj pod moim kocem. - Gdy się nie ruszył, warknęła: - Nie ma czasu na pytania. Zrób to i tyle!
- A mój lunch?! - krzyknął chłopcień takim głosem, jakby był bliski płaczu.
Odwrócił tęsknie głowę ku nachylonej nad swoim wózkiem jeziornej wiedźmie, gapiącej się z rozdziawionymi ustami na pobojowisko po walce Koguta. Musiała zaczynać drugi obchód po fabryce.
- Bierz mój. - Jane wygrzebała z kieszeni fartucha swoją nieco rozpłaszczoną kanapkę i położyła na księdze. - A teraz leć!
Niewyraźny ruch, jak wzruszenie ramion, i już go nie było. Jane nie widziała, jak odchodzi. Całkiem jakby po prostu rozpłynął się w półmroku i przestał istnieć.
Podniosła dłoń do ust, żeby wypluć ukradzione ścinki, i jednocześnie dostrzegła Blugga po drugiej stronie odlewni, mrużącego oczy i wpatrującego się w nią. Zamarła, sparaliżowana tą demaskacją.
Kogut wyrwał się knurogłowemu i wrzasnął coś do olbrzyma. Piaskomiot, z rykiem wściekłości, chwycił pierwszą broń, jaka wpadła mu w rękę, i cisnął nią.
Błyskawica.
Powidok roztopionego żelaza, które chlusnęło z ciśniętego czerpaka, aż palił Jane w oczy. Głosy wydęły się w bąbel pełen strachu, przeplatanego nerwowo wykrzykiwanymi rozkazami. Wysoko ponad tym wszystkim rozlegał się agonalny wrzask Koguta.
W tym zamieszaniu Jane udało się uciec. Po minucie była z powrotem na swoim miejscu pracy i pośpiesznie naciągała rękawice. Może Blugg tak naprawdę jej nie widział? Może w tym zamieszaniu o niej zapomniał?
- Masz je? - szepnęła Kapka.
Jane przez sekundę nie wiedziała, o czym ona mówi. Potem przypomniała sobie, kiwnęła głową i wypluła na dłoń skradzione ścinki paznokci. Kapka wzięła je, podała Niezgulakowi, ten przekazał Małemu Rysiowi, a potem Jane już się pogubiła. Sypnęła sobie na rękawicę trochę szmerglowego proszku. Do pracy. Tak będzie najbezpieczniej.
Po przeciwnej stronie fabryki ciało Koguta dalej jechało na taczce. Wszędzie ganiały sprigany w skórzanych kaszkietach, dogaszając drobne pożary spowodowane przez roztopiony metal. Woda syczała i buchała parą. Powietrze wypełniał smród spalenizny.
Nad wszystkim grzmiał, jak grom, śmiech Piaskomiota.
***
Blugg zszedł do warsztatu, twarz miał ciemną z wściekłości. Walnął dłonią w blat tak mocno, że podskoczyły kuwety ze szmerglem.
- Wstawać, wy! - krzyknął. - Macie stać, jak do was mówię!
Podnieśli się.
- Parszywi gówniarze. Bezwartościowe, beznadziejne... - Miał chyba kłopot z zebraniem myśli. - Kto namówił Koguta? To chciałbym wiedzieć? Kto? No? - Chwycił Kapkę jedną ogromną dłonią i, mimo że się szamotała, uniósł. - Gadaj! - Zaczął wykręcać jej ucho, aż jęknęła.
- Ja... sam chyba to wymyślił, proszę pana. Zawsze był taki narwany.
- Eee! - Blugg ze złością cisnął ją na ziemię i odwrócił się do Jane.
Twarz rozlała się przed nią, wielka i straszna jak księżyc. Czuła zapach jego potu, nie czystą, klarowną cierpkość Koguta albo chłopcienia, tylko ciężki, kwaśny zapach dorosłego mężczyzny. Czuła też jego oddech, słodki od próchnicy. Zamiast zębów miał żółte pieńki, czarne w miejscach, gdzie zeszły z nich dziąsła. Zahipnotyzował ją kawałek zepsutego mięsa, który tkwił między dwoma z nich. Nie mogła oderwać od niego wzroku.
- Ty... - zaczął. A potem potrząsnął głową jak byk, cofnął się i zwrócił do wszystkich: - Myślicie, że dacie radę mnie zniszczyć, co?
Za bardzo się bali, żeby się odezwać.
- No to coś wam powiem! Nie jestem jakimś cudakiem bez jajec, z którym możecie sobie lecieć w chuja, jak tylko się wam spodoba. Wy mi utrudnicie życie, to i ja wam utrudnię. Bardziej niż sobie wyobrażacie! - Zgiął się, przechylił i wskazał na własny tyłek. - Jak robicie jakiś problem, tu dostaję od zarządu, nie? Więc jak ja od nich wezmę tu, to i wam dam tu. - Za każdym "tu" kręcił tyłkiem i pokazywał go palcem; byłoby to śmieszne, gdyby nie było takie groźne. - Dociera?
Stali przed nim w milczeniu, trzęsąc się.
- Pytałem: czy dotarło?
- Tak jest!
Blugg przez długą chwilę łypał na nich, w ciszy, bez ruchu, nie mrugając. Jane od tego bezruchu zaczął drgać mięsień w lewej łydce. Była pewna, że Blugg zaraz ją zapyta, co robiła w jego gabinecie. Wezbrała w niej rozpacz, tak potężna i wszechogarniająca, że gdyby zaczęła ciec jej z oczu, wypełniłaby całą salę i potopiła wszystkich.
- Wy... małe... szkodniki - powiedział w końcu. - Najchętniej podusiłbym was gołymi rękami, jednego po drugim! I nie myślcie, że ktoś by mi powiedział słowo! Żrecie jak świnie, a potem przez pół dnia się obijacie. - Przeszedł wzdłuż linii, patrząc każdemu po kolei w oczy.
Gdy podszedł do Jane, znów pomyślała, że zapyta, co robiła w jego gabinecie, ale nie odezwał się słowem.
- No dobra - powiedział na koniec. - W dwuszeregu według wzrostu i wymarsz wschodnimi drzwiami do... A gdzie chłopcień?
- Tutaj, proszę pana - powiedział nieśmiało chłopcień.
Jane wzdrygnęła się. Nie miała pojęcia, że stoi tuż za nią.
Blugg zakołysał się na piętach, omiatając warsztat wzrokiem, rozkoszując się ich strachem. Potem warknął:
- No to w dwuszereg i do wyjścia! Mam dla was, gówniarze, specjalną robotę. Ruszać się!
Wymaszerowali szybko przez wschodnie drzwi, obrzucani przekleństwami Blugga na każdym kroku, minęli rampy załadowcze i parową kuźnię. Przed pomarańczową kuźnią stała para ładowarek, obeszli je więc przez starą pilarnię, która dawno temu powstała jako zadaszony korytarz między halą obrabiarek a heblarnią, potem ją rozbudowano, a po powstaniu nowej pilarni przebudowano na szereg pomieszczeń pomocniczych.
Blugg nadal nie wspomniał słowem, że Jane była w jego gabinecie. Już zaczynała mieć nadzieję, że wszystkie późniejsze zdarzenia wymazały mu to z pamięci.
- Ej, ty! - Chwycił ją za kołnierz, na wpół dusząc, i otworzył kopniakiem drzwi. - Czekaj tutaj. Jak cię nie będzie, kiedy wrócę, wiesz, co z tobą zrobię.
Wrzucił ją do środka i trzasnął drzwiami.
Pośpieszne kroki dzieciaków się oddaliły. Zapadła cisza.
Pomieszczenie było puste. Jedna ściana w całości, od wysokości pasa do sufitu, składała się z okien o szybkach pstrokato, chaotycznie pomalowanych na szaro i ciemnoniebiesko, żeby widok nie rozpraszał pracowników i pomagał im się skupić. Prześwitywało przez nie blade światło, zimowo słabe, nierzucające cieni. Delikatne pęknięcia przy belkach ramy, gdzie złuszczyła się farba, świeciły boleśnie jasno.
Pod oknami stał długi stół laboratoryjny, zagracony sprzętem do prób. Płynnie migotały trzy oscyloskopy, po ich ekranach powoli pełzły kwadratowo wykadrowane sinusoidy. Białe kitle zostały pośpiesznie powieszone na wieszakach na ścianie lub ciśnięte na wysokie drewniane stołki, całkiem jakby niskiej rangi technomancerzy, zwykle tu pracujący, zostali nagle wypędzeni przez jakiś fabryczny wypadek. Po przeciwnej stronie sali wyzierała z testowej obudowy gałka oczna nowego modelu smoka, niemal jej wzrostu. Pstryk. Przekręciła się, żeby na nią spojrzeć.
Jane się wzdrygnęła. Próbowała wyobrazić sobie, jaką karę za to przestępstwo wymyśli dla niej Blugg, i nie była w stanie. Wszystko jedno, i tak będzie to coś strasznego. Przeszła po sali, potem z powrotem, kroki odbijały się echem od wysokiego sufitu. Smocze oko ją śledziło.
Czy Kogut zginął? Plan wyszedł jeszcze gorzej, niż przewidywała. Spodziewała się, że on sam wyjdzie z tego bez szwanku, a ją złapią i wymierzą szybką i straszną karę. Poszło jednak gorzej, o wiele gorzej, pod każdym względem.
Czas mijał, a Blugg nie wracał. Ani pracujący w tym pomieszczeniu technicy. Z początku czekała na nich ze strachem, wiedząc, że nie uwierzą w jej tłumaczenia, co robi w ich miejscu pracy. Później jednak, po prostu z nudów, zaczęła cieszyć się na tę konfrontację. Później zapragnęła jej rozpaczliwie. Na koniec osiągnęła obojętność. Przyjdą, nie przyjdą, wszystko jej jedno. Stała się istotą złożoną z samego postrzegania, biernym obserwatorem pokrywającego blaty ostrego metalowego pyłu, zapachu utlenianej gumy z woltomierzy i delikatnego połysku wypolerowanych słojów drewna na siedzeniach stołków. Bez niej to wszystko przestałoby istnieć, zbladłoby i ulotniło się w nicość.
Okna boleśnie powoli pociemniały, w sali zrobiło się chłodniej. Tuż przed zmierzchem ktoś przeszedł korytarzem, pstrykając wyłącznikami. Nad głowami zamrugały kolejne rzędy świetlówek.
Rozbolał ją brzuch. Poczuła się tak nieszczęśliwa, że nawet łzy to było za mało. Miała skurcze żołądka. Enty raz przeszła przez salę, śledzona na każdym kroku przez smocze oko. Nie miała pojęcia, która jest godzina - ale na pewno kolacja już przepadła.
Drzwi otworzyły się z hukiem.
Wszedł Blugg. Wyglądał na znużonego i rozkojarzonego. Szarą koszulę miał przepoconą pod pachami, rękawy podwinięte do połowy włochatych przedramion.
Oko smoka zerknęło na niego.
- Co robiłaś w moim gabinecie? - Blugg, co dziwne, w ogóle na nią nie patrzył. Wbił wzrok w mały, zwieńczony filigranem kryształek, zwisający mu na nitce z ręki.
- Ja tylko...
Jej dłoń, jakby sama z siebie, powędrowała do ust, które mimowolnie się zacisnęły. Dokładnie ten sam gest zrobiła, kiedy Blugg dostrzegł ją przed drzwiami biura. Przerażona, zmusiła rękę do opuszczenia i schowała ją za plecami.
Blugg przez chwilę patrzył na nią wielkimi oczyma, nie mrugając. Powoli się uśmiechnął.
- Ty mała rozrabiaro. Grzebałaś mi w śmieciach.
- Nie! - krzyknęła. - Nic nie wzięłam, naprawdę, nic!
Blugg wsunął kryształ z powrotem do plastikowego pudełka i wetknął je do kieszeni koszuli. Wyciągnął rękę i chwycił ją pod brodę. Odwrócił jej głowę w lewo, potem w prawo, przypatrując się twarzy.
- Mmmmm. - Przesunął wzrokiem po przodzie jej fartuchu, jakby oceniał jej siłę. Nozdrza mu się rozchyliły. - Grzebałaś w koszu, tak? Skórki od pomarańczy, okruszki z kanapek. A zresztą, co tam. Zdrowy apetyt u młodziaków to dobra rzecz.
To było bardziej przerażające niż groźby, bo w ogóle się nie trzymało kupy. Wytrzeszczyła oczy, nie rozumiejąc.
Położył jej dłonie na ramionach, okręcił ją powoli.
- Ile ty już dla mnie pracujesz, co? Od lat, nie? Jak ten czas leci. Zaraz będzie z ciebie duża dziewczynka, co nie? Może czas na mały awans. Zrobię z ciebie gońca biurowego trzeciego stopnia. Co ty na to?
- Ależ proszę pana...
- Ty mnie tu nie panuj! Proste pytanie. - Spojrzał na nią dziwnie, potem znów pociągnął nosem. - Fuj! Krew ci leci. Co, nie umiesz zachować higieny?
- Krew mi leci? - zapytała tępo.
Blugg wskazał tłustym, tępym palcem jej nogę.
- O, tu.
Spojrzała w dół. Rzeczywiście, krew ciekła po jej łydce. Czuła ją teraz, płynącą w dół wzdłuż uda.
To upokorzenie zniweczyło całe kruche opanowanie. Nagłe, czarodziejskie pojawienie się krwi z jakiejś niespodziewanej rany przekłuło błonę zamykającą wszystkie jej lęki i niepokoje. Rozpłakała się.
- Cholera. - Blugg się skrzywił. - Czemu taki szajs zawsze musi trafić na mnie? - Z obrzydzeniem wskazał jej drzwi. - No idź! Idź prosto do pielęgniarki i zrób wszystko, co ci każe.
***
- Gratuluję - powiedziała pielęgniarka. - Jesteś już kobietą.
Była zgorzkniałą, starą istotą o świńskich oczkach, spiczastym nosie i oślich uszach. Pokazała Jane, jak złożyć podpaskę i co z nią zrobić. Potem wygłosiła wykuty na pamięć wykład o higienie osobistej, dała pacjentce dwie aspiryny i odesłała ją do sypialni.
Kogut już tam był. Leżał w gorączce na łóżku, z głową owiniętą bandażami.
- Chyba straci lewe oko - powiedziała Dymka. - To znaczy, jeśli przeżyje. Powiedzieli, że jak dzisiaj w nocy nie umrze, to pewnie z tego wyjdzie.
Jane nieśmiało dotknęła jego ramienia, choć ledwo mogła to wytrzymać. Skórę miał bladą jak wosk i zimną.
- Leć w niebo wysokie - wymamrotał, zatopiony w jakimś nieziemskim delirium. - Bądź sobą. Wybierz Pepsi.
Dłoń Jane odskoczyła jak oparzona.
- Ja się nim zajmuję. Ty się nie wtrącaj. - Dymka wygładziła mu koc. Ton miała wyzywający. Skończywszy, odchyliła się w tył, wzięła pod boki i czekała, aż Jane odpysknie. A kiedy to nie nastąpiło, uśmiechnęła się nieprzyjemnie. - Czas, żebyś szła spać, co nie?
Jane kiwnęła głową i poszła do swojego kąta.
Grimuar czekał na nią. Chłopcień zostawił go pod kocem, tak jak mu poleciła. Rozebrała się powoli; udało jej się rozłożyć koc i wsunąć pod spód, nie odsłaniając księgi. Gdy otuliła ją ramionami, poczuła łaskotanie, jakby przepłynął przez nią prąd o małym napięciu. Dziwnie się poczuła.
Tej nocy wydawało się, że dzieciaki nigdy nie zasną. Kogut jęczał, krzyczał i mamrotał przez sen, a jego cierpienie wszystkich przerażało. Co mniejsze stworzenia powyłaziły z łóżek, żeby tulić się do przyjaciół. Nawet najstarsi z nich od czasu do czasu wzdychali albo przewracali się na drugi bok, żeby nie patrzeć na jego mękę.
W końcu jednak Jane się doczekała. Wszyscy usnęli.
Po cichu wyśliznęła się spod koca i weszła pod łóżko. Podważyła połamaną deskę i wcisnęła się w wąską szparę między salą sypialną a ścianą szopy z piaskiem. Było tu ciemno, pełno kurzu, ale nie duszno, bo żadna ze ścian nie sięgała do sufitu. Poczuła delikatny przeciąg i zadygotała. Nie było jednak aż tak zimno, żeby zmusić ją do powrotu po ubranie. Po omacku znalazła za sobą grimuar i wciągnęła go przez szczelinę.
Kogut jęknął. Wysokim, przytomnym głosem zawołał:
- Dwa kotlety z wybornej wołowiny, sos specjalny, sałata, ser...
Jane zaparło dech.
- I bułka z sezamem. - Straszne to było, ten samotny głos mówiący do nikogo w pustce nocy. - Teflon.
Chwyciła dłonią złamaną deskę i wcisnęła ją na miejsce. Teraz już nie było go słychać.
Usiadła na piętach, położyła sobie księgę na kolanach i otworzyła ją. Stronice były czarne i ciemne, litery jarzyły się jednak chłodno, srebrzyste dla oka i śliskie w dotyku. Odkryła, że jeśli skupi się na nich mocno, zaczyna ją wypełniać szept wyjaśniający ich znaczenie - choć jeszcze nie rozumiała sensu wszystkich słów. Tu tabela stopni sprężania, tam rozdział o tolerancjach wymiarowych cylindrów. Na chwilę zatrzymała się nad parametrami kalibracji kryształów, potem kartkowała dalej, polegając na opuszkach palców, że przekażą jej kwintesencję tego, po czym się prześlizgują. Wertowała dalej i dalej, aż dotarła do tego, czego szukała.
Był to wreszcie rozdział, w którym napisano, jak się steruje smokiem.
Do tej chwili sama nie wiedziała, o co jej chodzi. Teraz jednak, przesuwając dłońmi po schematach pełnych enigmatycznych symboli kondensatorów, potencjometrów, rezystorów i mas, przechylając głowę, żeby móc popieścić policzkiem rysunki tarcz i schematy obwodów, głęboko wdychając wydzielany przez każdą z kart zapach atramentu i bielonego papieru, uświadomiła sobie, że urodziła się po to, żeby któregoś dnia ukraść smoka.
Szpara między ścianami była tak ciasna, że Jane poobcierała sobie ramiona. Nie zauważała tego. Głowę miała pełną szybkich czarnych smoków. To, co dotąd było niewidzialne, bo wszechobecne, teraz stanęło jej przed oczyma. Słyszała ich ponaddźwiękowe podniebne ryki, napędzane gniewem i benzyną. Czuła ich grawitacyjne przyciąganie, przegrzane podmuchy, gdy przelatywały. I widziała, jak sama leci jednym z nich, daleko, daleko stąd.
Najpierw jednak trzeba nauczyć się tego grimuara. Musi się nauczyć, jak się obsługuje smoka.
Przez wiele godzin mozoliła się nad księgą, delikatnie dotykając i zapamiętując cały rozdział, znak po znaku. Pierwsze czytanie skończyła tuż przed śniadaniem. Wyczołgała się przez ścianę tuż przed gwizdkiem na pobudkę i wymaszerowała ze wszystkimi do stołówki, ziewająca, przemęczona do szpiku kości i szczęśliwa.
Następnej nocy po raz pierwszy usłyszała, jak mówi do niej smok.
***
Trzy dni później Jane, Dymkę i Rzep zabrano do warsztatu mechanicznego. Wszystkie zwykłe miejsca pracy były zajęte, więc Blugg po krótkiej kłótni z brygadzistą wziął pod pachę pudło kół zębatych i poprowadził je na górę. Wzdłuż całej długości budynku biegła galeryjka z pokojami, niemożliwie zagracona i zaśmiecona. Bluggowi udało się jednak znaleźć im miejsce pomiędzy drewnianymi schodami a ceglanym kominem od przemysłowego alembiku. Pokazał im rozchwierutany drewniany stół pod parapetem okna i kazał oczyścić koła zębate ze smaru.
Potem wyszedł.
Okno dawno zostało zamalowane, razem z szybami, białą, zieloną lub szarą farbą - teraz trudno było się domyślić jaką - a pomiędzy górną krawędzią przyklejonego na stałe skrzydła okiennego ziała szeroka co najmniej na stopę szczelina. Nieustannie wpadało przez nią zimne powietrze. Z zimnem na próżno walczył wciśnięty pod schody brązowy, emaliowany grzejnik na naftę.
- Zamień się ze mną - powiedziała Dymka, zaraz jak Blugg sobie poszedł. - Rzep i ja chcemy siedzieć bliżej grzejnika.
Jane chciała odmówić, ale Dymka ciągle narzekała, że jej zimno; może i faktycznie marzła bardziej. Rzep uśmiechała się, raczej złowrogo. Chyba lepiej byłoby im w tej kwestii ustąpić.
Wstała, przeszła na drugą stronę stołu i bez słowa usiadła.
Trybiki były wielkości srebrnych pensówek, ale o wiele cieńsze, z drobnymi ząbkami, które kłuły, gdy dotknęło się ich czubków. Smar na nich był brązowy, prawie przejrzysty i zaskorupiały, więc nie chciał schodzić. Pracowały nad nim pilnie, wiedząc, że Blugg będzie do nich regularnie zaglądał.
A jednak kontrola się nie pojawiała. Mijały godziny. Blugg najwyraźniej o nich zapomniał.
Pracując, Jane gapiła się przed siebie, zatopiona w myślach o grimuarze i głosie smoka - ciągle nie była do końca pewna, czy aby na pewno go w nocy słyszała. Marzyła o lśniących hebanowych burtach i gładkich, opływowych powierzchniach, o sile i wytrzymałości połączonej z bezwzględną szybkością. Wyobrażała sobie swoją dłoń na przepustnicy, władzę nad całą tą groźną potęgą.
Dymka obok westchnęła.
Brudnosrebrne światło słoneczne wlewające się górą okna nagle przecięły trzepoczące skrzydła. Dymka zadarła głowę i zawołała z entuzjazmem:
- Ropusze jajka!
- Ropusze jajka? - zdziwiła się tępo Rzep. - Łeee. O czym ty gadasz?
- Tam u góry, pod dachem. Tam robią gniazda. - Dymka weszła na parapet i stanęła na palcach. Wyciągnęła rękę przez okno najdalej, jak mogła, niecierpliwie wyginając ogon. Po spodniej stronie okapów było widać parę błotnistych bryłek. - Cholera! No, nie mogę...
- Przecież nic tam nie będzie - zauważyła Jane. - Kto by składał jajka na jesieni.
- Ropuchy składają. Nie takie jak na wiosnę - z tych nic się nie wykluwa. To zapasy na zimę, żeby miały co jeść podczas Toporowego Księżyca. - Spojrzała w dół, jej szerokie usta wykrzywił dziwny uśmiech. - Jaaaaane! Właź tu i zbierz mi trochę jajek!
- Ja nie umiem się wspinać! Weź sobie Kapkę albo Małego Dicka, albo...
Dymka i Rzep spojrzały na siebie i zanim Jane zdążyła zareagować, zmienniczka chwyciła ją i podniosła ku Dymce. Młode feje były nadnaturalnie silne. Ze śmiechem wysunęły ją przez okno i popchnęły. Pudło z kółkami zębatymi zostało kopnięte, zawartość potoczyła się po całej podłodze.
- No, kochana, wyłazisz! - zaintonowała Dymka.
Jane nerwowo chwyciła się ramy. Zimny wiatr wiał jej w twarz, wyciskając łzy z oczu. Po drugiej stronie wybrukowanego bloczkami dziedzińca chwiał się ku niej Budynek 6, a nad nim skłębione ciemne chmury. W dole, z boku, widziała pokryty papą dach szopy na narzędzia, upstrzony odłamkami cegieł i butelkami po napojach. Do ziemi było co najmniej trzydzieści stóp.
- Matko święta! - sapnęła Jane. Desperacko szarpnęła się, żeby wrócić do środka.
Twarde, bezlitosne dłonie rozprostowały jej palce. Szarpnęły ją i wystawiły w pustkę. Machając rękami i obawiając się, że zwymiotuje, zacisnęła mocno powieki i chwyciła się ramy. Całym ciężarem spoczywała teraz na górnej krawędzi okna. Tylko nogi miała w środku.
- Nie szarp się, bo cię upuścimy.
Znów chwyciła się ramy. Krucha farba sypała się płatkami spod palców. Podciągnęła się wzdłuż ściany. Ccegły drapały jej policzek, nos wypełnił słodki, ostry zapach ropuszych odchodów. Cała góra okna była od nich biała. I było zimno. Zadygotała.
- Proszę, proszę, zdejmijcie mnie - zabełkotała. - Dymko, skarbie, zrobię wszystko, co tylko zechcesz, zostanę twoją najlepszą przyjaciółką, tylko...
- Masz. - Ukazała się dłoń z foliową torebką. - Naładuj jajek i możesz schodzić.
Jane spadł but. Teraz poczuła, że Rzep ściąga jej skarpetkę. Ostry czubek palca przejechał pośrodku stopy, przystanął, potem zaskrobał w najczulszym miejscu.
- Przestań ją łaskotać! Jak spadnie, nie będzie jajek. - Dłoń poruszyła się niecierpliwie w górę i w dół. - No, bierz tę torbę.
Jane usłuchała. Wzięła głęboki wdech i otworzyła oczy. Czuła tak silne mdłości i zawroty głowy, że dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że patrzy od spodu na okap dachu. Było tam ze dwadzieścia gniazd, pękatych, brodawkowatych kształtów z otworem na boku, jak felerne słoiki.
Ropuchy rozproszyły się, gdy Jane wysunęła się z okna. Polatywały zdenerwowane niedaleko, histerycznie łopocząc skrzydłami o czarnych piórach. To były paskudne stworzenia, mieszańce kawek i lubieżnych płazich samic - tak jak ich ojcowie, słynęły ze złodziejstwa. Ich gniazda przeważnie usuwano z dachów, bo płazy lubowały się w świecących przedmiotach i w przeciwieństwie do większości zwierząt, prawie - albo wcale - nie bały się ognia. Słyszało się o pożarach budynków, kiedy podkradały palące się niedopałki i zanosiły je do gniazd. Niebezpieczne to było.
Dygocąc, wyciągnęła rękę. Gniazdo było tuż poza jej zasięgiem. Nieszczęśliwa, wiedząc, że Dymka nie przyjmie takiego usprawiedliwienia, wzięła głęboki, uspokajający wdech i zmusiła się do wychylenia w powietrze. Wyprostowawszy rękę, którą trzymała się okna, mogła już łatwo dosięgnąć najbliższego gniazda. Wcisnęła dłoń przez otwór.
Wnętrze gniazda było wyścielone miękkim czarnym puchem, jedwabistym w dotyku. Pomacała głębiej i znalazła kupkę lepkich, ciepłych jaj. Wygarnęła je i wyprostowała się w talii, wracając do okna. Niezdarnie otworzyła torebkę i wrzuciła do niej jajka. Zsunęły się na dno jak jedna masa.
Nie zebrała jeszcze wszystkich. Wychyliła się po raz drugi, by zgarnąć te przegapione. Tym razem było ich tylko pół garści, a do tego dwa kawałki folii aluminiowej, odłamek szkła i chromowana nakrętka. Te przedmioty upuściła na ziemię daleko w dole.
Drugie gniazdo. Szybko wygarnęła jajka. Gdy cofała rękę, lodowaty podmuch wiatru przeniknął jej przez ubranie. Wiedziała, że nie powinna patrzeć w dół, ale ten nagły wir powietrza pogorszył jeszcze zawrót głowy. Chciało jej się płakać, ze strachu i z frustracji, ale nie odważyła się.
Jeśli teraz zacznie płakać, to już nigdy nie przestanie.
W tym gnieździe, oprócz jaj były kolejne kawałki cynfolii i pozieleniały, ostry kawałek miedzianej blachy, który sprawił, że przez jedną pełną przerażenia chwilę myślała, że coś ją ugryzło - nadziała się bowiem palcem na jego róg.
- Mam już prawie pół torby! - krzyknęła. - Mogę schodzić?
- Mało.
- Ale już dalej nie sięgnę. Naprawdę nie dam rady.
W szczelinie okna pokazała się twarz Dymki. Na moment rozluźnił się uścisk na nogach Jane, która krzyknęła ze strachu. Dymka zmrużyła oczy z namysłem.
- Tamto. - Pokazała. - Tam sięgniesz.
Jane rozbolały palce. Nie była pewna, czy jest w stanie się dalej utrzymać. Spodnia strona okapu rozmywała się od wytężania wzroku, ale kiedy zamykała oczy, wydawało jej się, że cały świat koziołkuje - wtedy musiała szybko je otwierać, bo inaczej straciłaby równowagę.
Zmusiła się do wyciągnięcia ciała najdalej, jak mogła.
Dalej nie sięgała.
- Dymko... - zaczęła płaczliwie.
- Zbieraj jajka!
Było już tylko jedno wyjście. Przesunęła się nieco wyżej na ramie okna, tak że teraz opierała się o nią w połowie ud. Wyciągnęła się tak daleko, że czuła, jak trzeszczą jej kości.
Wsunęła dłoń do kolejnego gniazda. Poczuła ciepło puchu, a potem śliską lepkość. Wygięła palce i wygarnęła jajka.
Niestety, ropuchy zaczynały z powrotem nabierać odwagi. Skrzeczały na nią i krakały, próbowały odstraszyć, przelatując w pobliżu. Jedna prawie zderzyła się z jej twarzą, a gdy Jane uniosła łokieć, by się zasłonić, odbiła się od przedramienia z mocnym, oślizłym trzaskiem. Żołądek podszedł jej do gardła z obrzydzenia.
- Trzymaj mnie mocno za nogi - szepnęła, nieprzekonana, że ją słychać, ale niezdolna odezwać się ani odrobiny głośniej. Wyprostowała się w talii.
I już była na oknie. Przytuliła się do niego mocno.
Przez dłuższą chwilę nie była w stanie się ruszyć. Gdy trochę doszła do siebie, drżącymi rękami otworzyła torebkę i wrzuciła do niej ostatnią garść jajek. Coś zaiskrzyło czerwono. Wsunęła do środka dwa palce, żeby to wyłowić.
To był rubin.
Rubin był długi jak pół jej kciuka, sześciokątny w przekroju i płaski na obu okutych srebrem końcach - przemysłowy kryształ, używany w okultystycznych systemach informatycznych do przechowywania i przetwarzania danych. Był mniejszy niż ogryzek ołówka, ale wart pewnie więcej niż cała Jane.
Problem polegał na tym, że bała się go znieść na dół razem z jajami, bo Dymka, w swojej chciwości, wysłałaby ją na górę po więcej. Mogłaby, gdyby się odważyła, wsadzić go z powrotem do gniazda, ale nie miała już na to siły ani odwagi. A gdyby go upuściła i ktoś go później znalazł, Dymka dowiedziałaby się i domyśliła, co się stało.
Parapet był cały biały od odchodów. Wetknęła w nie kamień i powiedziała:
- Opuszczajcie mnie. Mam te wasze jajka.
***
Dymka wyrwała jej torebkę z ręki, zanim zdążyła chwiejnie zejść z parapetu i paść na stół.
- Dobra Janie, doobra Mniam-Janie - uradowała się, wsuwając rękę głęboko do torebki i ładując wielką garść galaretowatej masy w gorliwie nadstawione dłonie Rzep. Jedno jajko wsunęła do ust i przewróciła ekstatycznie oczyma, gdy pękło. Wypchała sobie usta kolejnymi.
Trybiki walały się po całej podłodze. Jane ze znużeniem wyprostowała pudełko i zaczęła je zbierać.
- Dymka? - zapytała w końcu. - Czemu wy mnie tak nienawidzicie?
Dymka uśmiechnęła się jajecznie. Rzep otworzyła szeroko usta, ukazując żółte od żółtek wnętrze. Do warg miała poprzylepiane kawałki skorupek.
- Chcesz trochę? W końcu je zebrałaś.
Łzy napłynęły Jane do oczu.
- Nigdy nic wam nie zrobiłam. Czemu mnie tak traktujecie?
Rzep wypchała sobie policzki jajkami. Dymka swoje połknęła, potem wywróciła torebkę na drugą stronę i zaczęła ją wylizywać.
- Słyszałam, że zostaniesz gońcem u Blugga - powiedziała.
- Raczej małym zwierzątkiem Blugga - plunęła Rzep. - Tym będziesz, co, panienko-podmianko?
- Nie, wcale nie!
- Wiesz, czego on naprawdę będzie chciał, co? - Dymka wsunęła rękę pod spódnicę Rzep, a ta przewróciła oczyma w udawanej ekstazie. - Chce, żebyś była jego przydupaską.
Jane pokręciła głową.
- Nawet nie wiem, co to znaczy.
- Chce włożyć swojego wacława do twojej pipulki.
- Ale co wy gadacie?! - jęknęła. - Czemu miałby...?
Oczy Dymki rozbłysły twardą czerwienią jak dwa granaty.
- Nie udawaj mi tu niewiniątka! Słyszałam, jak w nocy wykradasz się z łóżka i włazisz za ścianę, żeby wsadzać sobie palce do norki.
- Nie. Naprawdę, nie.
- Aha, nie. Pewnie, że nie. Taaakiego czegoś byś w życiu nie zrobiła. Mała grzeczna panna podmieniec. Masz się za kogoś specjalnego, co? Czekaj no, zobaczysz, jak będziesz się stawiać, jak Blugg wsadzi ci w kakaowe oko!
Rzep zaczęła skakać i tańczyć wokół Jane, podnosząc spódniczkę powyżej pasa i wywijając swoim chudym tyłkiem.
- Kakaowe oko, kakaowe oko - śpiewała. - Kakaowe, kakaowe oko.
- Tylko mi pamiętaj, lala. - Dymka chwyciła ją za kołnierz, zebrała poły razem i uniosła ją. - Ja tu rozkazuję. Co powiem, robisz, jesteś tym gońcem czy nie, przydupasem czy nie. Słuchasz mnie. Rozumiesz?
- Tak, Dymka - odpowiedziała bezradnie Jane.
- Do buzi też ci będzie chciał - zadrwiła Rzep.
***
Kogut leżał w łóżku przez tydzień, zanim odzyskał świadomość na tyle, by zacząć kontaktować. U szczytu wyczerpania leżał bez ruchu, oddychając z trudem - każdy wdech był chrapliwy i udręczony. Czasami krzyczał. Kiedy indziej wylewały się z niego potoki glosolalicznego bełkotu.
- Proletariusze nie mają nic do stracenia poza swoimi kajdanami - mówił. - Lucky Strike znaczy przedni tytoń.
Co noc Jane czekała, aż reszta zaśnie, i wykradała się za ścianę, żeby zapoznawać się z grimuarem. Kiedy wpadała w czytelniczy trans, na wpół ekstazę, na wpół wyczerpanie, w tyle głowy odzywał się głos smoka. Mówił jej, że oboje są więźniami. Mówił, że ich losy są ze sobą splecione, opowiadał o wolności, której zaznają, kiedy razem odlecą, opisywał nieskończone łańcuchy gór z zimnymi górskimi jeziorami, archipelagi południa, powykręcane jak jaszczurki, i podniebne gniazda zakotwiczone między jesiennymi gwiazdami. Siedziała między ścianami tak długo jak mogła wytrzymać, zasłuchana, wychodząc dopiero wtedy, gdy groziło jej, że zaśnie i przegapi poranne sprawdzanie obecności. Nie wiedziała, czy ów głos jest rzeczywisty, czy zmyślony, i prawdę mówiąc, nie obchodziło jej to.
Czuła wewnętrzny przymus, by go słuchać.
Gdy wracała do sypialni, zawsze szokował ją widok leżącego w łóżku Koguta - tak dokumentnie o nim zapomniała. Wydawał się kimś obcym: oślizły od potu, błyszczący jak owad, który utknął w połowie metamorfozy. Ropa przesiąkająca przez brzegi bandaża delikatnie fosforyzowała, jak trupogień. I dziwnie pachniał.
Czuła się potwornie winna. Wiedziała, że powinna go pielęgnować, ocierać mu pot, zmieniać bandaże, robić, co tylko się da, żeby złagodzić ból. Ale odrzucał ją, jeszcze bardziej niż obce demony pracujące na Wydziale A jako snycerze i stolarze, o których plotki mówiły, że są kanibalami i koprofagami. Nie mogła się zmusić, by się do niego zbliżyć.
***
Któregoś wieczoru dzieci wróciły z tupotem do sypialni, by zastać Koguta zbudzonego i czekającego na nie. Podniósł się i oparł o wezgłowie łóżka. Na ich widok wykrzywił usta w czymś, co według niego miało być uśmiechem.
- Tak wcześnie z pracy? Za moich czasów robiło się do wieczora, a jak. Te młodziaki dzisiaj, ja nie wiem.
Dzieci zebrały się lękliwie przy drzwiach.
- No chodźcie. Nie ma co się tak cofać. To ja!
Zażenowane zbiły się jeszcze ciaśniej.
- No dobra. To jak to poszło? Blugg nie żyje?
Nikt nie odpowiedział.
Teraz Kogut się zaniepokoił.
- Zadziałała ta laleczka czy nie?
Dymka odchrząknęła.
- Jeszcze nie próbowaliśmy - przyznała.
- Wy mięczaki. - Twarz Koguta jarzyła się delikatnie, jak miąższ jakichś magicznych grzybów z głębi lasu. Bandaże miał zaskorupiałe, niezmieniane od wielu dni. Powieki opadły mu, potem znowu się uniosły. - A czemu nie?
- Bo Dymka powiedziała... - zaczął Szczudłak.
- ...że mamy na ciebie poczekać - dodała pośpiesznie Jane.
Dymka obdarzyła ją szybkim spojrzeniem, mówiącym dobitnie: "Nie myśl, że sobie tym na coś zasłużysz". Dwukrotnie trzepnęła ogonem.
- Żeby mieć pewność, że zrobimy to jak trzeba.
- A, jak tak, to dobrze. - Kogut nie był aż tak subtelny i nie zauważył dyskretnej wymiany spojrzeń. - To nie tak źle, jak myślałem. - Kiwnął na Szczudłaka. - Słyszysz? Zadbamy, przyjacielu, o twój interes.
Szczudłak pokiwał głową na boki, radośnie, groteskowo szczęśliwy i mający rozkoszną pewność, że przyjaciel go ochroni. Widząc taką wiarę, Jane nie miała wyboru: musiała przyznać sama przed sobą, że już nie wierzy w plan Koguta. Byli tylko dzieciakami. Ich proste zaklęcia nawet nie tkną kogoś dorosłego, jak Blugg. Kierownictwo na pewno zapewniło im ochronę przed takimi atakami, inaczej brygadziści padaliby jak muchy, codziennie. Pewnie w ogóle nie zauważy, że go zaatakowali. Poczuła zimno i odrętwienie.
- Dawać świeczkę, zrobimy to teraz - powiedział Kogut. A potem, gdy Dymka nie zareagowała: - No rusz się, krowo! Ruszaj się, kurwa!
Młoda huldra niechętnie usłuchała. Wetknąwszy świecę między deski podłogi, odczekała odpowiednio długą chwilę, by wyglądało na to, że spodziewa się, że Kogut zapali ją zaklęciem, po czym trzasnęła sztormową zapałką.
Siarka zaskwierczała i zapłonęła.
- A gdzie laleczka? - zapytał Kogut.
Zawstydzona Jeżata wyciągnęła ją. Kogut przesunął palcem po jej brzuchu, wymacując pod tkaniną ostre paznokciowe ścinki, potem podał ją Szczudłakowi.
- Ty to zrób - powiedział.
Szczudłak automatycznie spojrzał na Dymkę, szukając aprobaty.
Dymka zacisnęła usta i kiwnęła głową.
- Cicho - rozkazał Kogut.
Znieruchomieli. Z zewnątrz dobiegały nakładające się na siebie odgłosy maszyn, przyjacielskie pomruki, jęki i postukiwania. A dokładnie pod nimi było słychać miarowe, ledwo słyszalne, skrzyp-skrzyp-skrzyp bujanego fotela. Blugg gwizdał balladę o Królu Elfów, zmieniając tempo i melodię w miarę, jak fotel przyśpieszał i zwalniał.
- Teraz! - szepnął Kogut.
Szczudłak wetknął laleczkę w płomień.
Była uszyta ze starego nylonu, który w ogniu zaczął wydymać się w bąble i czernieć. Powietrze wypełnił paskudny smród. Potem z sykiem zajęła się bawełna w środku i Szczudłak, wystraszony, upuścił lalkę. Odsunął się w tył, ssąc palce.
W momencie, gdy płomień dotknął brzucha lalki, Jane zdrętwiały usta. Sapnęła. Język zrobił się opuchnięty i bolący, jakby dotknęła nim pokrzywy. Oczywiście! Na ścinkach były jeszcze śladowe ilości jej śliny. Działał na nią jakiś drobny ułamek klątwy.
Może i uda się tego Blugga zabić.
Jeżata zaczęła płakać, ale Kogut nie zwracał na nią uwagi. W jego oczach tańczył złowrogi płomień. Siadł prosto na łóżku, z zaciśniętymi pięściami i głową odrzuconą w tył.
- Tak! - krzyknął. - Tak, właśnie! Zdychaj, gnoju, zdychaj!
A kiedy Kapka i Mały Dick zaczęli gorączkowo gasić płomienie, żeby się nie rozlały, zaśmiał się triumfalnie.
W tym momencie z dołu dobiegło walenie w sufit i Blugg zawołał:
- Co wy tam knujecie, łobuzy?! Niech mnie kule, zaraz tam wejdę i jak dam pasem...
Umilkli.
Minutę później usłyszeli na schodach jego ciężkie kroki, a do tego drugi, bardziej sprężysty odgłos uderzającej o udo skóry.
Kogut był przybity. Wszystkie dzieci, jak jedno, odwróciły się od niego ku Dymce, która machnęła ręką i rozkazała:
- Pod kołdry, już! Ruchy!
Rozbiegły się do łóżek, wbrew wszystkiemu licząc na to, że ominie je zbiorowa kara. Jane także. Zdążyła jednak zauważyć, że Rzep szczerzy się z satysfakcją.
Teraz ich szefem była Dymka.
Wszyscy uznali, że to wina Jane.
Od razu po złożeniu ofiary z laleczki dostała wysokiej gorączki. Szczudłak przez trzy dni w ogóle nie mówił, a na dłoniach i twarzy Jeżatej wykwitła bąblowata wysypka. Oprócz tego obraziła się, ale to niewiele odbiegało od jej poprzedniego charakteru, więc mało które dziecko zwróciło na to uwagę. Wszyscy widzieli, że klątwa miała swoją siłę - trzeba więc było jakoś wytłumaczyć, czemu Bluggowi nic się nie stało.
Dymka rozpowiedziała wszystkim, a Rzep potwierdziła, że Jane w gabinecie Blugga wystraszyła się i uciekła bez ścinków paznokci. Jane, osłabiona, nie była za bardzo w stanie się bronić, a chłopcień, przestraszony i zdezorientowany całą kłótnią, także na nic się nie przydał.
Kogut oczywiście znał prawdę - dotknął ścinków paznokci własnymi palcami. Mimo to, nie odezwał się słowem. Po tamtej chwili triumfu znów mu się pogorszyło. Zamilkł i tylko łypał na wszystkich podejrzliwie. Jane straciła zatem wszystkich przyjaciół.
Ostracyzm pogłębiła jeszcze nowa posada, jaką dał jej Blugg. Jako goniec musiała nosić odblaskową pomarańczową kamizelkę. Składała się z dwóch płatów materiału, przodu i tyłu, wkładanych przez głowę i wiązanych w talii czterema laminowanymi tasiemkami. Czuła się w niej niezręcznie, jak naznaczona.
Praca była łatwa, ale nowa. Przez cały okres szkoleniowy chodziła za obchodzącym fabrykę Bluggiem i trzymała gębę na kłódkę.
- Tu są szafki z licznikami - burczał. Albo: - Stąd bierze się szmergiel, zawsze tylko w małych torebkach i pamiętaj, żeby zachować żółtą kopię zamówienia.
Jane ze zdumieniem odkryła, jak niewiele Blugg robi w porównaniu ze swymi podwładnymi - wydawało się, że jego praca składa się z bezcelowego łażenia oraz długich, niezrozumiałych rozmów, na wpół służbowych, a na wpół plotkarskich. Czasem grywał w domino z przysadzistym facetem z Działu Zakupów - obaj zgarbieni nieruchomo nad deską, zerkający na siebie podejrzliwie i szachrujący przy każdej okazji.
- Umyj twarz - powiedział podczas którejś przerwy na lunch. - Ręce też i wyszoruj paznokcie. Musisz zrobić dobre wrażenie.
- Czemu? - zapytała.
- Nie twoja sprawa! Nie twój interes, czemu. Rób, co mówię, i tyle.
Blugg poszedł za nią do umywalni i stał tam, kiedy się myła, pilnując, by namydliła się szarym mydłem. W pewnym momencie własną śliną starł jej jakąś plamę z ucha.
Wyszli na zimną mżawkę i podeszli do niewielkiego kantorka zaraz przy głównej bramie. Blugg zapukał i weszli do środka.
W kantorku siedziała elegancka, smukła, ubrana na czarno elfka. Patrzyła przez okno i paliła papierosa. Kiedy weszli, odwróciła głowę, nic tylko puder i wysokie kości policzkowe. Dość beznamiętnie zapytała:
- Czy to ona?
- To ona - przytaknął Blugg.
Elfka wstała. Była o dobre półtorej głowy wyższa od Blugga. Stukając obcasami, podeszła do Jane i ścisnęła kciukiem i palcem wskazującym jej podbródek. Odwróciła jej głowę w jedną, potem w drugą stronę, marszcząc krytycznie czoło.
- Bardzo posłuszna - powiedział Blugg, jak przekupień. - Robi dokładnie, co się każe, pstryk i już, nie trzeba jej dwa razy powtarzać.
Jane wpatrzyła się w oczy elfki. Były zimne, jak szare okruchy lodu, a cerę wokół nich pokrywały skomplikowane bruzdy zmarszczek, sugerując całkiem niewidoczne z drugiego końca pokoju lata i dziesięciolecia. Nagle zwidziało jej się, że ta twarz to tylko cieniutka maska naciągnięta na czaszkę kobiety.
W pozbawionych błysku oczach pojawiło się coś na kształt zrozumienia.
- Ty się mnie boisz?
Jane pokręciła ze strachem głową.
- A powinnaś.
Oddech elfki pachniał kandyzowanymi słodyczami i nikotyną. Z uszu zwisały dwie podłużne perły, długie jak pół jej palca wskazującego, wyrzeźbione w tępe wężowe kształty. Palce zaciskały się na podbródku Jane, aż łzy zaczęły mimo woli napływać jej do oczu.
Wreszcie uwolniła ją z uścisku.
- Zastanowię się - powiedziała. Machnęła ręką ku drzwiom. - Możecie iść.
Kiedy znaleźli się na dworze, Blugg był w niewytłumaczalnie świetnym nastroju.
- Wiesz, kto to był? - Prawie zarechotał. I nie czekając na odpowiedź, dodał: - Ona jest z Greenleafów! Z Greenleafów!
Jane niemal natychmiast zapomniała o tym spotkaniu. Dla niej było to tylko jedno z wielu dziwnych zdarzeń.
***
Niedługo potem Kogut wrócił do pracy. Demony ze stolarni zrobiły mu wózeczek, żeby poruszał się, póki nie będzie miał siły samodzielnie chodzić, a Jane i Szczudłak codziennie wozili go w nim do pracy i z powrotem, każde ciągnąc za jedną rączkę wózka.
Któregoś wieczoru, gdy prowadzono ich z powrotem do noclegowni, musieli zatrzymać się przy bramie, bo dzienna zmiana akurat kończyła pracę. Musieli poczekać w cieniu monstrualnego, czarnego Zegara, przepuszczając potok kuśtykających, powłóczących nogami i podskakujących robotników. Wszyscy dochodzący pracownicy czekali w kolejce do Zegara. Odbijali w nim swoje karty, całowali kamień z Boginią i odchodzili.
Szczudłak patrzył tęsknie za bramę. Widział tam tylko parking i zapylony zakręt asfaltowej drogi, ale gapił się, jakby to były Wyspy Zachodnie. Blugg podszedł do niego od tyłu, położył mu dłoń na ramieniu.
Szczudłak zadarł głowę.
Szerokie usta Blugga wykrzywiły się w wyrazie niemal przypominającym uśmiech. Wyskubał z nasady szyi Szczudłaka małe piórko, przysunął je do zmrużonych oczu.
- Huhmmmm. - Włożył piórko do ust i powoli, delektując się, rozpuścił je na języku. - Chyba już najwyższy czas, żebyś poszedł do lecznicy, co? - mruknął. - Jane! Przypomnij mi z rana, żebym posłał tego tu do doktora na...
Nie było pewności, czy Szczudłak rozumiał, o czym Blugg mówi. Ale coś w nim pękło. Z wysokim, rozpaczliwym krzykiem puścił uchwyt wózka i pobiegł.
Blugg zaklął i ociężale ruszył za nim, lecz ze swoją tuszą nie miał szans dogonić drobnej, chudej postaci. Robotnicy odwracali się, rozdziawiając usta, kiedy ich mijał. W porównaniu z nim ruszali się powoli, jak muchy w krzepnącej smole. Jane z przerażeniem zacisnęła dłonie na fałdach spódnicy.
- Szczudłak, nie rób tego! - wrzasnął Kogut. Usiadł prosto w wózku, z twarzą woskową i bladą. - Wracaj!
Szczudłak jednak już nie mógł usłuchać. Rozłożywszy szeroko ręce, pobiegł wzdłuż drogi. Stworzenia z dziennej zmiany stały jak wryte, gapiąc się nań tępo. Przebiegł wzdłuż Zegara i przez bramę.
Znalazł się na zewnątrz.
W miarę jak biegł, wydawało się, że jego ręce grubieją i unoszą się. Właściwie, zmieniało się całe ciało, wydłużała się szyja, grzbiet wyginał się ku przodowi, nogi zanikały, chude jak ołówki.
- Dorasta - szepnęło w osłupieniu któreś z mniejszych dzieci.
- Durna! - warknęła Dymka. - Jak ci się zdaje, po co jest Zegar?
To była prawda. Z każdym oddalającym go od Zegara krokiem Szczudłak posuwał się o dni, tygodnie, miesiące. Już nie był dzieckiem. W jednej chwili przemknął przez fazę młodzieńczą, nabrał barw. Już był dorosły.
Wtem skoczył w powietrze i pofrunął. Przez jedną cudowną chwilę było dokładnie tak, jak wyobrażała sobie Jane. Zapamiętale trzepotał swoimi nowymi skrzydłami, z wysiłkiem pnąc się w górę. Z jego ust dobył się śmiech zaskoczenia.
Był wspaniały.
Mur wokół terenu fabryki zasłonił go na moment, gdy wzlatywał. Ukazał się znów nad bramą, coraz mniejszy. Kierował się na wschód. Nagle zachwiał się, opadł. Dziki trzepot ramion osłabł, coraz mniej skutecznie zagarniał powietrze. Brązowordzawe upierzenie posiwiało. Ze skrzydeł opadło jedno pióro. Potem kolejne. Sypały się jedno za drugim, gęsto jak płaty śniegu podczas zamieci.
Szczudłak spadł.
W drodze do noclegowni wszyscy milczeli. Nawet Blugg, choć wściekły, nie znajdował słów; wymachiwał tylko bezradnie pięściami w powietrzu. Kogut zaś miał twarz jak wykutą z kamienia.
***
Wczołgując się tej nocy do łóżka, Jane ze zdziwieniem zauważyła, że tam już czeka na nią Kogut, oparty plecami o ścianę, z podwiniętymi pod siebie nogami. Ogarnął ją niepokój, dotkliwy jak elektryczny wstrząs, zanim jednak zdążyła się odezwać, on zadygotał spazmatycznie i suchym, płaskim szeptem powiedział:
- Coś niedobrego się z tobą dzieje. - Zachwiał się. - Coś... złego.
- Daj spokój - powiedziała, zmuszając się do troskliwego tonu. - Musisz wracać do łóżka. - Wzięła go za rękę, zdumiona, jaki jest lekki, jak niewielki stawia jej opór, i poprowadziła do jego łóżka. Ułożyła, okryła kocem. Dotykanie go nie było aż tak obrzydliwe, jak sobie wcześniej wyobrażała.
- Nie, nie. Musisz...
Po raz pierwszy otworzył oko. Nie miało białka. Źrenica była większa niż szczelina między powiekami - rozrosła się do czarnego, bezświetlnego otworu wychodzącego na inny świat. Z przestrachem puściła jego ramię.
- Nie tylko... Szczudłak... dojrzewał. Inni też. Ja widzę. Nie za dużo, ale trochę tak.
Znów zadygotał. Ogarnęła go wena, wędrowała mu pod skórą, groziła połamaniem kości od wewnątrz. Szczupłe ciało wiło się pod naporem jej siły, jak pracujący ponad miarę silnik.
Pohamowując strach, Jane weszła pod jego koc. Okryła się razem z nim obfitymi jak namiot fałdami. Objęła Koguta. Skórę miał zimną jak trup.
- Widziałem cię we śnie - zaskrzeczał. - Widziałem.
- Ciii.
- Straciłem najlepszego przyjaciela - powiedział. - Ale nie ciebie. - Głos mu słabł. Miotał głową to w jedną, to w drugą stronę, jakby usiłował złapać nieuchwytną myśl. - Widzieliśmy światełko na końcu tunelu. Zdławmy inflację teraz! Gdzie dobre płoty, tam dobrzy sąsiedzi1.
- Ciii, ciii. - Przytuliła go mocno, dzieląc się własnym ciepłem i nie słuchając.
W końcu wena go opuściła. Leżał, dysząc, wyczerpany, zmarznięty i spocony. Twarz miał szarą. Dopiero wtedy Jane wymknęła się do swojego łóżka.
***
Pewnego dnia Blugg zabrał Jane wcześniej z pracy. Zaprowadził ją do swojego pokoju, typowej jaskini trolla, pełnej poczerniałych dębowych mebli i paskudnej ceramiki malowanej w sentymentalne sceny. Puk kradnący jabłka. Porwanie Europy. Postawił ją pośrodku pokoju i głośno wciągnął nosem powietrze. Małe świńskie oczka wydały się zadowolone.
- Dobrze, że chociaż nie krwawisz. - Wskazał półotwarte drzwi. - Tam jest wanna. I mydło. Umyj się porządnie. Dokładnie.
Za drzwiami było ciasno i ciemnawo, pachniało delikatnie amoniakiem i puszczanymi wiatrami. Na brzegu cynkowej niecki leżała kostka kremowobiałego, pachnącego bzem mydła. Jane rozebrała się i, dzierżąc je oburącz jak miecz, weszła do parującej wody.
Myła się powoli, myśląc o wyrzutniach napalmu, puszkach z elfią zarazą i laserowo naprowadzanych pociskach powietrze-ziemia. Od myśli o systemach uzbrojenia smoka jego głos robił się mocniejszy, na tyle silny, że go czuła, delikatnie, jak łaskotki, nawet kiedy fizycznie nie dotykała księgi.
Zapadła w podobny do snu trans, dotyk ciepłej wody na nagiej skórze, głos smoka niemal realny. Powoli przesuwała kostką kwiatowego mydła w górę i w dół po ciele. Schematy układów smoka unosiły się jej przed oczyma jak mandala.
Smok, jak się zdaje, nalegał, żeby nie pozwoliła Bluggowi się tknąć.
Jane nie odpowiedziała. Wiedziała, że jego napomnienia, obojętne: rzeczywiste czy będące projekcją jej własnych lęków, zdadzą się na nic. Blugg, jeśli zechce, i tak jej dotknie. Jest od niej większy i zrobi z nią, co mu się spodoba. Tak to już jest.
Jej milczenie wywołało wybuch wściekłości - wydało jej się, że widzi smoka, oddalającego się na zachód po niebie, i siebie, pozostawioną samą sobie, samotną i niezmienioną, do końca życia uwięzioną w fabryce. Ten atak gniewu był podszyty czymś, co mogło być tylko strachem.
Właśnie delikatnie obmywała kępkę puszystych włosków, które wyrosły jej pomiędzy nogami. Puściła mydło, a ono wypłynęło na powierzchnię. Przekrzywiła głowę, żeby na nie spojrzeć, jedno oko pod wodą, drugie nad nią. Udawała, że jest łodzią, galeonem, który zabierze ją daleko, daleko stąd. Woda falowała w górę i w dół, poruszana oddechem. Wydawało się, że cały świat się kołysze.
Podłoga zaskrzypiała od ciężkich, zbliżających się kroków. W uszach Jane brzmiały one jak akord, głośniejsze poskrzypywanie w uchu nad powierzchnią wody oraz jego wodny odpowiednik w drugim uchu. Poczuła obecność grubasa za swoim karkiem i zamknęła oczy. Światło przygasło, gdy nakrył ją jego cień.
- Dobra, starczy.
Uniosła wzrok, spojrzała na dziwnie krzywy uśmiech.
- Opłucz się, wytrzyj i się ubieraj. Mamy randkę na Zamku.
***
Zamek był nieregularnym ceglanym domostwem usytuowanym prawie na środku terenu fabryki. Starszy niż fabryczne budynki, które wyrosły wokół, otoczyły go i zastraszyły, był mniej więcej tak stylowy, jak przewrócona na bok puszka po herbatnikach. Wszelkie ozdoby i murarka skryły się pod grubą warstwą przemysłowej sadzy, a po ścianach spływały z okapów czarne smugi, jak ślady łez.
Chuda elfka otworzyła drzwi z pełną dezaprobaty miną i, machnąwszy ręką, wpuściła Jane do środka.
- Możesz przyjść za dwie godziny - powiedziała, zamknęła Bluggowi drzwi przed nosem, po czym odwróciła się i ruszyła przed siebie.
Jane nie miała wyboru: musiała pójść za nią.
Dom był znacznie większy w środku niż na zewnątrz. Elfka poprowadziła ją wąskim korytarzem, w którym wysoko, w półmroku wisiały podobne do luminescencyjnych meduz kandelabry, potem w górę schodami i przez ciąg pokojów. Wszystkie domowe sprzęty były kosztowne, ale nigdy nie stuprocentowo czyste. Adamaszkowe obicia sof miały przetarcia, a koronkowe firanki były zetlałe jak stare pajęczyny. Tłoczone tapety na ścianach przesiąkły papierosowym dymem i politurą, odbijając echem tysiące dni nieróżniących się niczym od siebie.
Przez jedne z drzwi Jane zobaczyła salon, w którym wszystkie meble stały sobie spokojnie na suficie. Półki pełne drobiazgów oraz olejne portrety wisiały do góry nogami na ścianach, a za oknami szara mżawka padała do góry. Elfka zmarszczyła czoło.
- Nie dla nas - powiedziała i trzasnęła drzwiami.
W końcu dotarły do nieużywanej sypialni. Wiekowy baldachim łoża zaczynał się rwać przy kółkach, a świeczka na nocnym stoliku poszarzała od kurzu i chyliła się dystyngowanie na bok. Elfka otworzyła szafkę, wyciągnęła duże kartonowe pudełko. Zaszeleściła bibułka.
- Włóż to. - Uniosła różową sukienkę.
Jane posłuchała, starannie składając części garderoby. Elfka zacmokała, widząc jej bieliznę, i wyciągnęła z szafki elegantszą, jedwabną.
- To też.
Sukienka była jasnoróżowa, lniana, z bufiastymi rękawkami. Zbluzowany stanik miała wyszywany w drobne różowe kwiatki, a spódnicę w zielone listki. Zwężała się w talii, a potem opadała prosto do kolan. Rąbek miał kolejne kółko haftowanych różyczek.
Elfka przyglądała się jej przy ubieraniu, marszcząc brwi i paląc.
- Młodzi marnują swoją młodość - rzuciła w którymś momencie. Ale nic więcej nie dodała.
Sukienka zapinała się na plecach na perłowe guziczki. Sięgając niezręcznie do tyłu, Jane udało się zapiąć wszystkie: poddała się dopiero przy ostatniej perełce, na karku.
- Oj, niech mnie Cernunnos - burknęła elfka. Zrobiła szybki krok i dopięła kołnierzyk. - Może obejrzyj się w lustrze.
Spoglądając w lustro na szponiastych łapach, spodziewała się ujrzeć kogoś innego. Ujrzała jednak siebie. Stanik sukienki był obcisły, przez co wydawała się szersza w biodrach. Zdecydowanie była przeznaczona dla o wiele młodszego dziecka. Jednakże Jane nie wyglądała w niej na młodszą ani na kogoś innego - raczej na samą siebie o nieprzyjemnie podkreślonych niedoskonałościach. Uniosła rękę, i odbicie też tęsknie sięgnęło, żeby jej dotknąć. Zatrzymała dłoń tuż przed szkłem.
- Dobrze, proszę pani. To co mam robić?
- Zaraz się dowiesz. - Otworzyła drzwi. - Tędy.
Pięć minut później weszły do wielkiej jaskini gabinetu. W wysokim kominku płonęły polana, kolumny po obu stronach podpierały potrójne kafelkowane sklepienie. Na ścianach wisiały obrazy i zdjęcia w miedziocynkowych i emaliowanych ramach, poroża, religijne fetysze w takiej obfitości, że wzrok nie nadążał ich ogarnąć, oraz półki pełne książek oprawnych w skórę o jesiennej barwie. Podłoga, dla odmiany, była pusta, jeśli nie liczyć szezlongu, bujaka oraz porozkładanych tu i ówdzie dywanów.
W wyłożonym poduszkami fotelu bujanym siedział elfi dziedzic. Nie bujał się. Był niesamowicie stary, brązowy i sękaty jak uschnięte drzewo. Gapił się przed siebie.
- Ojcze, to jest mała Jane. Przyszła tu dzisiaj na wieczór, pobawić się.
Oczy starego magnata obróciły się ku niej, ale cała reszta ani drgnęła.
- Spodoba ci się, prawda? Zawsze lubiłeś dzieci.
Jane dygnęłaby, gdyby wiedziała jak, ale tego chyba od niej nie wymagano. Stała pośrodku pokoju, podczas gdy elfka wyciągała zza szezlongu wielkie drewniane pudło.
Magnat nie zareagował. Żywe w nim były tylko oczy, nie zdradzały jednak ani odrobiny jego myśli.
- Proszę pani... - powiedziała Jane. - Co mu jest?
- Nic mu nie jest - odpowiedziała sztywno elfka. - To Baldwynn z Baldwynnów. Z Greenleaf-Baldwynnów. Będziesz okazywać mu należny szacunek. Jesteś tutaj, by uprzyjemniać mu wieczory. Jeśli będziesz się odpowiednio zachowywać, będzie ci wolno przychodzić tu regularnie. Ale jeśli nie, to nie. Czy wyrażam się jasno?
- Tak, proszę pani.
- Możesz się do mnie zwracać "pani Greenleaf".
- Dobrze, pani Greenleaf.
Na dywaniku przed kominkiem stało pudło z zabawkami.
- Cóż - powiedziała pani Greenleaf. - Baw się nimi, dziecko.
Jane niepewnie uklękła obok zabawek. Pogrzebała w pudle. Było pełne prawdziwych cudów: komplet pałeczek do jedzenia ze wstawkami z kości słoniowej i macicy perłowej. Malutki diabelski młyn, który naprawdę się kręcił, z wahadłowo zawieszonymi siedzeniami i wymalowanymi po bokach wszystkimi znakami zodiaku. Komplet żołnierzyków, z łucznikami i saperami, dwie pełne armie, każda z własnym czarodziejem-dowódcą. Magiczny dzwoneczek, który po potrząśnięciu wypełniał głowę łagodną melodią, przepiękną, kiedy brzmiała, i niemożliwą do przypomnienia chwilę po tym, jak umilkła. Kostki do gry w hacele.
Pani Greenleaf rozsiadła się na szezlongu. Rozłożyła gazetę i zaczęła czytać. Czasem czytała jakiś artykuł na głos, na użytek swojego ojca.
Jane przez dwie godziny bawiła się zabawkami. Nie miała z tego takiej przyjemności, jak można by się spodziewać. Nieustannie pamiętała o obecności magnata, o świdrującym jej plecy wzroku. Te oczy chłonęły wszystko, a nie wychodziło z nich nic. Miał najbardziej niezdrową aurę, jaką w życiu czuła, potężną osobowość, która wydawała się groźna, kapryśna, nieprzewidywalna. Od czasu do czasu zerkała na nogawki jego spodni, na wyglansowane, ozdobne czubki butów. Nigdy wyżej. Całkiem jakby siedziała w jednym pokoju z przegrzanym kotłem i patrzyła, czy wybuchnie, czy nie.
- O, tu jest ciekawy artykuł. Wycofują te stare pancerniki klasy Neptun, a stocznie adaptują do kutrów rakietowych. Ty masz jakieś ich akcje, prawda?
Baldwynn siedział w fotelu i patrzył przed siebie.
***
Była już noc, gdy Jane wróciła do drzwi, przebrana z powrotem we własne ubranie, czując dziwną ulgę z uwolnienia od tego dusznego pokoju, jego niesamowitego właściciela i drętwych uwag pani Greenleaf. Blugg stał na ganku, dygocąc z zimna. Kiedy spojrzała na niego, łypnął ponuro.
- Możesz ją przyprowadzić za dwa dni o tej samej porze - powiedziała elfka. A potem dodała oficjalnym tonem: - Wyrazy naszej wdzięczności.
Jane spodziewała się, że Blugg ją uderzy albo, w najlepszym razie, pociągnie za ucho, a potem przez całą drogę do noclegowni będzie jej wymyślał i narzekał. Jednakże i tym razem słowa pani Greenleaf dziwnie go rozradowały.
- Wdzięczności - mówił. - Wyrazy naszej wdzięczności! To jest coś, naprawdę coś.
Nie poszli prosto do noclegowni, ale przeszli przez składowisko do kuźni, gdzie Blugg zatrzymał się, żeby napić się z kotłowym chochlikiem, mieszkającym w wycofanym z użytku piecu. Chochlik był drobną istotką z bokobrodami, której wyraźnie imponowała postura i pewność siebie Blugga. Przyniósł dzbanek i dwie szklanki.
- No i co, udało się? - zapytał niecierpliwie. - Jak poszło?
- Świetnie, kurwa - odparł Blugg. - Mam jej wdzięczność. Osobiste wyrazy wdzięczności, rozumiesz, wdzięczność Greenleafa.
Stuknęli się szklankami, a chochlik zaczął wypytywać go o szczegóły.
Warsztat był pusty i ciemny, nie licząc czerwonego żaru w ustawionych rzędem piecach i jednej gołej żarówki nad piecem chochlika. Pozostawiona sama sobie, Jane wycofała się do cienia. Znalazła ciepły zakamarek u podstawy pieca i usadowiła się na żużlu. Przyjemnie pachniał koksem i dymem.
Czując się znużona i wyżęta z ambicji, Jane oparła się o ścianę i pomyślała o swoim smoku. Ostatni tydzień poświęciła na naukę jego układów elektrycznych - teraz zwizualizowała je sobie w całości, jako sieć lśniących srebrnych kresek rozwieszoną na tle aksamitnego nieba. Potrafiła obracać ją w myślach, patrzeć, jak druciki zbliżają się do siebie, zbiegają i omijają, orbitując najpierw wokół jednej osi, potem drugiej.
Po pewnym czasie poczucie obecności smoka zaczęło narastać. A razem z nim swego rodzaju nerwowa energia, niespokojna z natury siła, która przepędzała sen, choć nie usuwała zmęczenia.
Obecność smoka emanowała ciepłem, niemal zadowoleniem, że nie została tknięta przez Blugga. A jednocześnie kryły się w niej jakieś nieczyste otchłanie. Im lepiej go poznawała, tym bardziej uświadamiała sobie, że przynajmniej pod względem moralnym smok nie jest lepszy od Blugga czy kogokolwiek innego z fabryki.
Ale mieli wspólny cel.
- Nie chciał - szepnęła Jane, niepewna, czy ją słychać. Po drugiej stronie pieca Blugg i chochlik rechotali pijacko. Łatwo było odróżnić mysie piski i basowe, trollowe pomruki. - Ja nie miałam nic do powiedzenia.
Smok emanował jednak uczuciem i akceptacją. Jane poczuła przymus. Stopy zaczęły się niecierpliwić. Nie wysiedzi za tym piecem ani sekundy dłużej.
Powoli, dyskretnie, wymknęła się stamtąd.
Pora, żeby wreszcie poznała smoka.
Jane wykradła się na składowisko. Obecność smoka wypełniała ją jak dłoń pacynkę. Na dworze panowało zimno, a ziemia była czarna. Z wiszącego nisko nieba spadały pierwsze tej zimy, nieprzyjemne płatki śniegu.
Czując się potwornie bezbronna, przeszła wąskim korytarzykiem pomiędzy kuźnią a halą montażową, mijając gigantyczne hałdy blachy kotłowej, i weszła na stację rozrządową.
Za siatkowym ogrodzeniem smoki szeleściły i szczękały łańcuchami. Jane przekradała się po drugiej stronie, starając się pozostać mała i nieważna, bojąc się drapieżnych machin i mając przykrą świadomość ich krwawych i pełnych pogardy myśli. W cieniu szopy z butlami z gazem wspięła się na płot i zeskoczyła na plac.
Jakiś smok prychnął i przerażona Jane uciekła biegiem, jak pędzony wiatrem liść.
Smoki nie raczyły nawet zwrócić uwagi na pędzącą między ich cieniami drobną postać; taki nędzny kąsek nie zaspokoiłby ich niszczycielskich apetytów. Chrzęszcząc na żużlu, przebiegła wzdłuż majestatycznych machin, kierując się do nieużywanego i zachwaszczonego kąta składowiska.
Tam, pomiędzy pryzmą nasączonych kreozotem podkładów i górą gnijących skrzynek po amunicji, leżał wrak smoka. Do połowy zarastały go jeżyny, sucha trawa, malwy i koronka królowej Mab. Rdza wyżarła mu dziury w bokach kotła. Na burcie był wymalowany łuszczącymi się cyframi numer 7332.
Jane zamarła, dygocąc z konsternacji.
To nie może być jej smok!
- Przecież on nie żyje - szepnęła. - Nie żyje.
Jednakże, mimo mdlącego rozczarowania, wiedziała, że się myli. Żył, okaleczony i niespełna rozumu, pielęgnując w rozbitym kadłubie ostatnią iskierkę życia i hodując halucynacje. Złapał ją na lep swojego szaleństwa, na swoje fantazje o ucieczce.
Chciała odwrócić się na pięcie, uciec i nigdy nie wrócić. Nagle znów poczuła ten przymus i przestała panować nad własnym ciałem. Nogi podeszły do szczątków smoka. Ręce sięgnęły ku drabince na burcie. Gdy się wspinała, szczeble dźwięczały pod stopami.
Weszła do wypalonej kabiny, przerdzewiałej i zniszczonej, drzwi zatrzasnęły się za plecami. Samotna w mroku, poczuła zmieszane zapachy palonego węgla i wysokooktanowego paliwa. Z głębi machiny dobiegło buczenie. Podłogą zatrzęsła delikatna wibracja, która przeniosła się w górę nóg Jane. Powietrze było ciepłe.
Pulpity ze wskaźnikami rozświetliły się powoli, jakby jakaś niewidzialna dłoń obróciła potencjometrem. Wnętrze smoka przeniknęło delikatne zielonkawe światło.
Kabina się odmieniła.
Rdza i zwęglony plastik stały się chromowaną stalą, optycznym szkłem i gładkimi hebanowymi powierzchniami. Osmolony słupek pośrodku kabiny okazał się leżanką pilota, z ciemnokarmazynowej skóry z miękkimi podłokietnikami.
Jane wsunęła się na leżankę. Dopasowała się do jej ciężaru, otuliła w biodrach, uniosła, by podeprzeć plecy. Wszystko znajdowało się dokładnie w tych miejsach, o których mówił grimuar. Przesunęła palcami po przyrządach sterowania silnikiem. Pstryknęła przełącznikiem, spowiły ją cybernetyczne systemy. Chwyciła gumowe uchwyty na końcach podłokietników i przekręciła o ćwierć obrotu. Podwójne igły wśliznęły się bezboleśnie w przeguby rąk.
Wypukłe gogle zamknęły się na jej oczach. Zaczęła patrzeć na świat wizualizacjami smoka - widmem szerszym niż widzialne, sięgającym głęboko w dół w podczerwień i daleko w górę w ultrafiolet. Bocznice oplotły pomarańczowe i srebrne linie energetyczne, ceglane ściany fabrycznych budynków stały się fioletowymi kwarcowymi urwiskami. Gwiazdy na niebie były czerwonymi, pomarańczowymi i zielonymi punkcikami.
A potem wpadła, kompletnie bez wstrząsu, w jego wspomnienia: leciała nisko nad Lyonesse, bombardując napalmem. Za ogonem smoka rozkwitały różowe obłoki, kłębiące się nad soczyście zieloną dżunglą. Czuła dygot naddźwiękowego przyśpieszenia, laminarny opływ powietrza wokół skrzydeł, gdy wykonywała ciasną beczkę, by uniknąć działek przeciwsmoczej baterii. Fale radiowe były gęste od komunikatów, okrzyków złości i triumfu jej pobratymców oraz beznamiętnych namiarów, którymi wymieniali się piloci. Na horyzoncie ukazały się czarne cętki, dywizjon nieprzyjaciela już wystartował im na spotkanie. Z radością zawróciła, widząc nowe wyzwanie.
Drżała od adrenaliny i zastępczych emocji. Prawie ze szlochem wykrzyknęła:
- Kim ty jesteś?!
Jestem lancą, co krwi się domaga.
Na kontynencie wiecznej nocy ścierały się armie. Umysł smoka ogarniał je wszystkie, zimny jak północny ocean i równie potężny. Jane niemal tonęła w jego brutalnych marzeniach. Migawkowy kadr: elfi żołnierze na ziemi, z uniesionymi wysoko włóczniami, pozujący obok pryzmy głów-trofeów. Uśmiechy mieli elektryzujące, szerokie, ekstatyczne. Szereg płonących jak pochodnie trolli. Miasto nad morzem rosnące w celownikach, smukłe wieże rozpryskujące się w kryształowe odłamki i pył. Po policzkach popłynęły jej łzy, wielkie, mokre i ciepłe.
Teraz wznosiła się, samotnie, ponad chmury jaśniejące mocniej niż stuwatowe żarówki, w powietrze zimne jak lód i rzadsze niż sen. Smocza żądza krwi już była jej własną żądzą, rozkoszowała się nią, zachwycała pięknem jej okrutnej prostoty.
- Nie! Nie o to mi chodziło! Jak masz na imię?
Została raptownie wyrwana z tych wspomnień: wylądowała spocona i wyczerpana na leżance w sterowni. Igły cofnęły się, przeguby zapiekły. Przez gogle zobaczyła smoka skulonego na drugim końcu placu, unoszącego jedną pazurzastą łapę. Wpatrywał się, nie mrugając, w księżyc. W słuchawkach odezwał się chropowaty i chłodny jak szum dalekich gwiazd głos:
- Możesz mi mówić 7332.
Jane poczuła się brudna. Z jednej strony cieszyła się, że uwolniła się z umysłu smoka, z drugiej, pragnęła znów tam wrócić, jeszcze raz poczuć tę wspaniałą wolność od wszelkich wątpliwości i wahań. Patrząc na smoka w przeciwległym kącie składowiska, poczuła chęć, by wejść do niego i odlecieć, daleko, na zawsze, i już nigdy nie wrócić.
- I tak się stanie - obiecał 7332.
- Naprawdę? To się uda? - Nagle trudno jej było to sobie wyobrazić. - Z zewnątrz jesteś taki... przerdzewiały, zniszczony.
- To maskowanie, moja mała zbawczyni. Gdyby nasi władcy wiedzieli, że jeszcze działam, dokończyliby to, co zaczęli, kiedy mnie tu przywieźli. Jestem zbyt niebezpieczny, żeby mogli mnie zignorować.
Jane musnęła palcami pulpity, gładząc gałki potencjometrów i przesuwając dłońmi po rzędach włączników, których noc po nocy uczyła się z grimuara. Aż kręciło jej się w głowie od możliwości, jakie otwierało posiadanie ich w rzeczywistości.
- Możemy lecieć teraz? - zapytała.
Silniki zadygotały basowym hurgotem, przenikającym całe jej ciało. 7332 śmiał się.
- Masz grimuar. To już coś na początek. Mając to i trzy klucze, możemy lecieć w każdej chwili.
- Trzy klucze?
- Pierwszy to rubin z chromową skazą w środku.
- Widziałam go! - odpowiedziała ze zdumieniem Jane. - Ja... To twoja sprawka?
- Słuchaj uważnie. Czasu jest niewiele. Rubin uaktywni mój laserowy system naprowadzania. To pierwszy klucz. Drugi też jest mały. Wygląda jak orzech włoski, ale jest zrobiony z mosiądzu i chłodny w dotyku.
- To też widziałam... - powiedziała niepewnie Jane.
- Jest w pudle z zabawkami w gabinecie Baldwynna. Musisz mi go przynieść; zawiera fragment mojej pamięci. A trzeci klucz już mamy. To ty.
- Ja?
- Ty, mój podmieńcu. Jak myślisz, czemu Tylwyth Tegi wykradły właśnie ciebie? Żebyś się pociła i dusiła w fabrykach? To by się nie opłaciło! Nie, trzymają cię tutaj, póki nie dorośniesz na tyle, żeby cię wykorzystać. Smoki, jak zapewne wiesz, buduje się z zimnego żelaza, wokół serca z czarnej stali. Generujemy pole magnetyczne, które dla elfich panów i ich sług jest rakotwórcze. Sami nie są w stanie nas pilotować. Pilot musi mieć krew śmiertelnego.
- Czyli ja... mam być pilotem? - Perspektywa była tak oszałamiająca, że Jane, oślepiona ambicją, na moment całkiem zapomniała o ucieczce.
7332 zaśmiał się. Nie był to miły śmiech.
- Ludzki pilot? To niemożliwe! Pilot musi być godny zaufania, lojalny wobec systemu, związany z nim krwią i szkoleniem. Nie zdarzyło się, żeby ktoś inny niż istota półkrwi dostała uprawnienia do latania smokiem. Nie, ciebie przeznaczono do rozrodu.
Chwilę potrwało, zanim dotarł do niej sens tych słów. A wtedy zatrzęsła się jak od fizycznego ciosu. Chcieli z niej zrobić klacz rozpłodową! Miała rodzić dla nich dzieci, półelfy, które zaraz po urodzeniu zabiorą, żeby wychować na wojowników. Zapłonął w niej zimny gniew.
- Podaj mi swoje imię - powiedziała.
- Już podałem.
- To tylko numer seryjny. Potrzebuję imienia, żeby poznać twoje dane operacyjne. - Takich modeli, do których mógł się zaliczać, były setki; indeks w grimuarze ciągnął się bez końca. Bez głównego klucza, sam numer seryjny nic nie mówił. - Bez danych operacyjnych nie dam rady tobą sterować.
- Żadnych imion.
- Ale ja muszę!
W zimnym jak szum szepcie pojawiła się nuta złości.
- Podmieńcu, za kogo ty mnie masz? Mój gatunek góruje nad twoim. Twoja rola to uwolnienie mnie. Ja w zamian cię stąd zabiorę. Nie próbuj przeskoczyć sama siebie.
- Nie mogę uwolnić cię z więzów, nie znając twojego prawdziwego imienia - skłamała Jane. - Tak jest napisane w grimuarze.
Światła zgasły.
Jane siedziała w ciemności, pośród cichnącego wycia chowających cybernetyki serwomechanizmów. Drzwi otworzyły się z trzaskiem.
Wystrój wnętrza 7332 odnowił się lub przepadł, gdyż w chłodnym blasku księżyca znów stało się wypalone i martwe. Jane wstała, otrzepując płatki spalonego winylu, które poprzylepiały się z tyłu do sukienki.
- Nie zmienię zdania - powiedziała wojowniczo. - Potrzebujesz mojej pomocy. Więc jeśli chcesz być znów wolny, musisz mi podać swoje imię.
Nie doczekała się odpowiedzi. Zatem wyszła.
***
Blugg miał jakiś plan. Jane nie miała pojęcia jaki, ale związane z nim machinacje dawały jej zajęcie na całe następne dni - ganiała od zakładu sprężyn do wagowni, od zakładu napędów do śrubowni, a stamtąd z powrotem, po drodze wpadając do laboratorium metafizycznego. Posłał ją do wydziału obróbki cylindrów, żeby zarezerwowała trzy dni pracy rozwiertarek, potem do biura przetargowego, by odebrała zaklejoną kopertę od starego, zdegradowanego inżyniera, który wiele lat temu stracił jedno oko i oboje uszu w ramach kary dyscyplinarnej. A kiedy poszła do magazynu odczynników, żeby zapytać, ile jest jeszcze na stanie ekstraktu z przestępu, zaopatrzeniowiec założył druciane okulary i spojrzał na nią zaczerwienionymi oczyma.
- A czemu to Blugga interesuje? - zapytał.
Jane wzruszyła ramionami.
- Mnie nie powiedział.
- Szykuje się do awansu, to akurat jest jasne. Wszyscy mówią, że ma poparcie Baldwynna przy tym projekcie. Wszyscy gadają, ale nikt nie wie na pewno. Tu ciężko dojść, kto komu szefuje, więc byle chamidło z karaluchem w głowie może... - Urwał raptownie. - Naprawdę ma chody u Baldwynna? Takie zero jak Blugg, jak mu się to udało? A w ogóle, jak się odważył? Co on w ogóle kombinuje?
- Naprawdę nie wiem.
- Coś tam musisz wiedzieć. - Kancelista był brązowy jak kora drzewa i tak groteskowo chudy, że oczy sterczały mu na boki; wyglądał jak zbieranina gałązek, jak te patykowe ludziki wieszane na tyczkach i podpalane w noc Hogmanay. Pstryknął na nią palcami i powiedział: - Pomagierzy zawsze wszystko wiedzą. - Po jego twarzy rozlał się uśmiech, który miał za przypochlebny. - Wszędzie się wślizną i wkradną, jak te myszy, we wszystko wsadzą wąsate nosy.
- Nie, naprawdę nie.
- Gówno prawda! - Walnął dłonią w kontuar. - To ma jakiś związek z Grimpkem, co nie? Z tym starym dziadem bez uszu, z Wydziału A? - Odwrócił głowę w bok, by móc łypnąć na nią jedynym okiem. - Tak myślałem! Coś z tą jego słynną konstrukcją nogi, na pewno. - Wyprostował się, rechocząc. - No, jeśli Blugg myśli, że tym wejdzie w łaski Zarządu, to możesz mu powiedzieć... możesz mu powiedzieć... - Zrobił chytrą minę. - Nie, nie mów tego. Powiedz mu - wykręcił się, żeby zerknąć na szeregi beczek ułożonych za jego plecami na półkach ze stalowej siatki - powiedz mu, że mam tylko pół beczki przestępu, a jak chce więcej, to będzie musiał zebrać dokumentację od chłopaków z labora-torium.
Wychodząc, słyszała, jak zaopatrzeniowiec śmieje jej się za plecami.
- Grimpke! Co za głupek!
***
Kiedy następnym razem wykradła się do kryjówki między ścianami, nie usadowiła się w gnieździe, które tam sobie uwiła. Zostawiwszy grimuar, wspięła się pomiędzy ścianami, wyszukując uchwyty i oparcia dla bosych stóp. Okazało się to zadziwiająco łatwe. Ostrożnie weszła na samą górę. Potem poszła wzdłuż chłodnego prądu powietrza, aż znalazła jego źródło, klapę, która dawno temu zapewniała wyjście na dach.
Szarpnąwszy nią, stwierdziła, że jest zaklejona papą i nie ustępuje. Ale wykradzenie noża nie sprawi jej wielkiej trudności.
***
Następnego dnia, pod koniec zmiany, Kogut przyszedł do niej z nowym planem ucieczki. Mieli akurat sezonowy przestój w produkcji, a Blugg, zamiast odprowadzić dzieciaki wcześniej do noclegowni, dał im miotły oraz beczki środka czyszczącego i kazał czyścić podłogę we wzorcowni.
To była ciężka robota. Podłogi zrobiono prawie sto lat temu z gigantycznych dębowych belek, przez pokolenia tak wypaczonych i wydeptanych, że pomiędzy słojami powstały głębokie rysy i pęknięcia, tworzące bezdenne studnie na brud i kurz. Nie sprzątnęłoby się tego, nawet zamiatając do końca świata.
Jednakże, dopóki dzieciaki udawały, że pracują, Blugg siedział w pokoju szefa wzorcowni i dawał im święty spokój. Jane widziała tę klitkę przez ciągnącą się wzdłuż całego budynku ścianę z oknami, tuż pod sufitem: ciasna nora pełna biurek, dywan, czysto, spokojny i inny świat od tego, w którym się trudziła. Grimpke siedział z nim w tym pożyczonym gabineciku. Dwa stare ogry pochylały się z namaszczeniem nad swoimi planami produkcji.
- Ej, zobacz. - Kogut potrząsnął jej przed nosem szufelką pełną brudu i tłustych drobinek środka czyszczącego. - Jak myślisz, gdzie to wyląduje?
Jane odepchnęła szufelkę.
- Jeszcze chwila i z powrotem na podłodze.
- Bardzo śmieszne. Nie. Posłuchaj. Wrzucamy to do tych koszy, nie? Później przychodzą dwa pillywigginy, zabierają, wywalają do kontenera, nie? Razem z trocinami, złomem, kanistrami po chemikaliach i tak dalej. Potem przyjeżdża śmieciarka i opróżnia kontenery. Jak myślisz, gdzie potem jedzie?
- Na stołówkę.
- Durna! Wyjeżdża przez bramę serwisową we wschodnim murze. Daleko od Zegara, rozumiesz? Bardzo daleko od zegara.
- Zastanów się. Chcesz wleźć do środka śmieciarki? Widziałeś, jakie tam są zęby? Ostre jak brzytwa i większe od ciebie. Wchodzisz temu czemuś do paszczy i już nie żyjesz.
- Pewna jesteś?
- Nie, no pewnie, że nie jestem. Ale lepiej nie próbować.
Kogut zrobił przebiegłą minę.
- W takim razie jedyne wyjście to przejść koło Zegara. Jak ci ludzie tam przechodzą? Bo mają karty zegarowe, tak? No to załóżmy, że skombinujemy sobie parę kart. Gdyby czymś zająć paru ludzi, którzy ich normalnie używają, może dałoby się...
- Ja się nie piszę. - Jane zaczęła energicznie zamiatać.
- Jane! - Kogut pobiegł za nią. Ukradkiem zerknąwszy na górę, chwycił ją za rękę i zaciągnął w cień filara. - Jane, czemu ty jesteś przeciwko mnie? Cała reszta, poza tobą, jest po stronie Dymki. A Dymka nienawidzi cię do żywego. To po czyjej stronie jesteś? Musisz się zdecydować.
- Nie będę już nigdy po niczyjej stronie - odparła. - Strony są głupie.
- Co mam zrobić? - zapytał desperacko. - Co miałbym zrobić, żebyś wróciła na moją stronę?
Wiedziała, że nie przestanie jej męczyć, póki ona nie zgodzi się brać udziału w jego idiotycznych knowaniach. No cóż, postanowiła, że zrobi wszystko co może, żeby się stąd wydostać. Więc równie dobrze może to obrócić na swoją korzyść.
- No dobra, wiesz co? Chodzisz w takie miejsca, gdzie ja się nie zapuszczam. Ukradnij dla mnie sześciokątną nakrętkę. Ale taką dziewiczą. Co nigdy nie była używana.
Kogut, dosłowny jak zawsze, wyszczerzył się i złapał za krocze.
- Dość też mam tych twoich chamskich żartów. Pomożesz mi, nie pomożesz, wszystko jedno. Ale jak nie chce ci się czegoś dla mnie zrobić, choćby takiego drobiazgu, nie widzę, czemu ja miałabym się narażać dla ciebie.
- Czy ja ci coś kiedyś zrobiłem? - zapytał urażonym tonem Kogut. - Nie byłem zawsze twoim przyjacielem? - Zamknął zdrowe oko i przytknął palec do boku do nosa. - Pomożesz mi, jeśli ja ci pomogę? Przy planie?
- Tak, pewnie - odparła Jane. - Na pewno.
Kiedy poszedł, Jane ze znużeniem zamiotła halę aż do drugiego, ciemnego końca. Dzień już był długi, a jeszcze musiała iść do pani Greenleaf się pobawić. Bardzo liczyła na to, że tym razem Blugga nie pochłonie bez reszty jego projekt, bo przez ostatnie trzy dni z rzędu musiała czekać na niego w hallu Zamku.
Dymka czekała na nią w cieniu i chwyciła ją tuż poniżej barku.
- Au! - Na nieszczęsnym ramieniu Jane na pewno zostaną siniaki.
Dymka zacisnęła palce mocniej.
- O czym tam żeście gadali z Kogutem?
- O niczym! - krzyknęła Jane.
Dymka patrzyła na nią twardo, oczyma jak dwie zwinięte żmije. W końcu puściła ją i odwróciła się.
- Lepiej, żeby tak było.
***
Mijały zimowe tygodnie, a plany Blugga miały niebawem przynieść owoce. Zaczęły do niego przychodzić na pogawędki istoty w garniturach. Zrobił się bardziej wylewny i zaczął się staranniej ubierać, ozdobiwszy roboczą koszulę sznurkowym krawatem. Trzy razy w tygodniu brał kąpiel. W warsztacie w jednej z nieużywanych hal montażowych, zamkniętej do remontu konstrukcji, którego nie planowano, dopóki klimat ekonomiczny się nie ociepli, kształtu nabierał prototyp nogi pomysłu Grimpkego.
Podczas jednej z wycieczek na Wydział A Jane zwędziła z podłogi tapicerni kawałek zielonej skórki. Ukradła też grubą nitkę i zakrzywioną igłę, po czym trochę czasu zamiast na grimuar poświęciła na uszycie Kogutowi przepaski na oko. Okazało się to bardziej pracochłonne niż planowała i, kończąc, była już dobrze poirytowana. Jednakże, kiedy obudziła Koguta, żeby mu ją dać, był tak wzruszony i zachwycony prezentem, że aż się zawstydziła.
- Coś pięknego!
Usiadł na łóżku i odwinął szmatę z głowy, na jedną nieprzyjemną chwilę ukazując okaleczone oko. Potem pochylił głowę, szarpnął za pasek, poprawiając go, a kiedy się wyprostował, z powrotem był dawnym Kogutem. Jedną stroną twarzy uśmiechał się znacznie szerzej niż drugą, jakby próbował zrównoważyć asymetrię nieco powyżej. Loki opadły zawadiacko na przepaskę, jak u prawdziwego pirata. Zeskoczył z łóżka.
- Gdzie lustro?
Jane pokręciła głową, śmiejąc się bezgłośnie, tak zaraźliwa była jego radość. Bo oczywiście w noclegowni, ani w jej pobliżu, nie było żadnych luster. Przepisy bezpieczeństwa zabraniały.
Kogut wetknął kciuki pod pachy, robiąc z łokci skrzydełka, i stanął na jednej nodze.
- Dymka niech teraz na mnie uważa!
- Tylko nie zaczynaj z nią wojny. Proszę - rzuciła z przestrachem Jane.
- Nie ja zacząłem.
- Jest silniejsza niż ty. Teraz.
- Tylko dzięki innym dzieciakom. Gdyby one w nią tak nie wierzyły, byłaby nikim. A cała ta moc przypłynie do mnie z powrotem, jak tylko zabiję Blugga.
- Nie możesz zabić Blugga.
- A zobaczysz.
- Nie będę tego słuchać - powiedziała Jane. - Idę do łóżka.
Miała jednak paskudne przeczucie, że jej niewinny prezencik wyzwolił coś, co już wymknęło się spod kontroli.
***
Jane stała przed kantorkiem Blugga i czekała na wezwanie, gdy podkradł się do niej Kogut z sześciokątną nakrętką, którą obiecał ukraść. Mrugnął do niej jedynym okiem i wcisnął łup w dłoń.
- Faktycznie nietknięta? - zapytała.
- Pewnie, że tak - powiedział Kogut. - Za kogo mnie masz? Za jakiegoś ruchacza złomu?
- Nie bądź wulgarny.
Jane wsunęła nakrętkę pod kamizelkę i do kieszeni. Sama stawała się coraz lepszą złodziejką, odpowiednie ruchy przychodziły jej już niemal automatycznie. Z zaskoczeniem stwierdziła, że kradzieże naprawdę się jej podobają. Był w tym jakiś mroczny dreszczyk - narażać się na niebezpieczeństwo, a jednak uniknąć kary.
***
Gdy tego wieczoru wróciła z Zamku, reszta dzieci już spała. Z wyćwiczoną szybkością zdjęła kitel, wsunęła się pod łóżko i uniosła obluzowaną deskę. Zwinna jak nocna małpa, wspięła się we wnętrzu ściany.
Wiatr siekł jej nagą skórę. Sina z zimna, przykucnęła na dachu. Jaśnie Pani Księżyc dała jej siłę, by mogła to wytrzymać. Zmobilizowała całą siłę woli i wpatrzyła się w nakrętkę na dłoni, skupiając się na wyuczonych na pamięć danych: wymiarach, ciężarze, wytrzymałości na ścinanie, składzie procentowym stopu.
Nic się nie wydarzyło.
Przeturlała ją po dłoni, skupiając się na ciężarze, na dotyku, na delikatnym odbłysku księżyca na jej sześciu fasetkach, na ciasnej spirali gwintu w otworze pośrodku. Poczuła, jak z niemal słyszalnym szczęknięciem jej wiedza o nakrętce zbija się w doskonałą całość.
Już cię znam, pomyślała. Leć.
Nakrętka, wirując, uniosła się w powietrze.
Jane odczuła satysfakcję, wiedząc, że natura nakrętki dawała jej nad nią władzę. Musiała robić, co jej każe. Podobnie wiedziała, że smok 7332, mimo że milczy, nadal jej potrzebuje. Któregoś dnia zostanie zmuszony do tego, by ją wezwać. A wtedy będzie gotowa. Pozna jego dane operacyjne na pamięć. A kiedy wylecą, będzie już znała także jego imię.
Będzie panować.
- Co ty tu robisz na górze?
Jane odwróciła się z przerażeniem. Z klapy wyłaził Kogut. Uśmiechał się obleśnie od ucha do ucha, a ona, przypomniawszy sobie, że jest naga, na próżno usiłowała zakryć się dłońmi.
- Nie patrz!
- Za późno. I tak wszystko widziałem. - Kogut się roześmiał. - Wyglądasz jak sam Glam skaczący po dachach. - Sięgnął w cień za sobą i wyciągnął koc. Nonszalancko zawiesił go na jej ramionach. - Proszę. To cię przekona, że jednak jestem po twojej stronie.
- Jeju, znowu te strony. - Jane, rumieniąc się, otuliła się ciaśniej kocem.
Kogut stanął na palcach, wyciągając rękę do księżyca, jakby liczył, że uda mu się zdjąć go z nieba. Wyciągnięty, był tak wysoki i chudy, że niemal się zlewał z wiatrem.
- No, niezły tu masz widok. - Zerknął na nią zmrużonymi oczyma. - Będzie ci lepiej, jak ja się też rozbiorę? - Zaczął rozpinać spodnie.
- Nie!
- No dobra. - Wzruszył ramionami i zapiął rozporek. Potem, nieoczekiwanie, klęknął przed nią. - Jane, tak myślałem i myślałem, co zrobić, żebyś mnie znowu polubiła.
- Kogut, ja cię lubię. Przecież wiesz. - Jane odsunęła się od niego, a on poszedł za nią na kolanach, tak że odległość między nimi wcale się nie zmieniła.
- No tak, ale nie chcesz mi pomóc. Mówisz, że pomożesz, ale nie myślisz tego. Rozumiesz, o co mi chodzi?
Spuściła wzrok.
- Tak.
Kogut zniżył głos, jakby przyznawał się do czegoś wstydliwego. Jane ledwo rozumiała słowa.
- Więc tak sobie pomyślałem... może powinniśmy sobie powiedzieć swoje prawdziwe imiona?
- Co takiego?
- No wiesz. Ty mi mówisz swoje, a ja tobie moje. To oznacza, że naprawdę się komuś ufa, bo jak znasz czyjeś prawdziwe imię, to możesz go zabić, o tak! - Pstryknął palcami.
- Kogut, ja jestem człowiekiem!
- No to co? Ja nie mam nic przeciwko. - Zrobił urażoną, zranioną minę.
Mimo że jeszcze nie znała jego tajemnego imienia, już był wobec niej bezbronny. Aż serce ją zabolało z litości.
- Ja nie mam prawdziwego imienia - powiedziała łagodnym głosem.
- Cholera. - Kogut podszedł na samą krawędź dachu i przez niekończącą się chwilę spoglądał prosto na odległą ziemię.
Jane ogarnęło przerażenie, ale jednocześnie bała się go wołać, żeby nie spadł. W końcu jednak wyciągnął ręce na boki i odwrócił się. Podszedł nieśmiało do niej.
- A ja i tak ci powiem.
- Kogut, nie!
- Tetigistus. To znaczy "igła"2. - Zaplótł ręce na piersi. Na twarzy odmalował mu się nieziemski spokój, jakby nagle zniknęły wszystkie troski i niepokoje.
Jane stwierdziła, że prawie mu zazdrości.
- I już. Teraz możesz zrobić ze mną, co zechcesz.
- Kogut, ja w ogóle nie wiem, co powiedzieć.
- Ej, jeszcze mi nawet nie powiedziałaś, co tu robiłaś, na górze.
Kiedy się pierwszy raz odezwał, nakrętka spadła z nieba. Przez cały czas trzymała ją w zaciśniętej pięści. Teraz Kogut rozprostował jej palce i wyjął ją.
- Aaaa. - Zerknął na nią przez otwór nakrętki. - To do tego ci była potrzebna. Uczysz się, jak wykorzystywać imiona rzeczy przeciwko nim.
Jane skinęła tępo głową.
- Tak, ja... no wiesz, znalazłam ten grimuar...
- A, no właśnie. Nadepnąłem na niego tam na dole. - Jego głos aż płonął radością. - No to super. To znaczy, że wszystko da się obrócić przeciwko Bluggowi! Możemy zwalić na niego kocioł, ściągnąć na niego roztopiony mosiądz, wypełnić mu tętnice ołowianym osadem.
- Kogut, coś ty się tak uwziął na tego Blugga? Daj spokój. Zemsta nie pomoże ci uciec.
- E tam, na ucieczce mi nie zależy.
- Przecież mówiłeś...
- Tylko dlatego, że ty tego chciałaś. Od wypadku, odkąd straciłem oko, każdego dnia widziałem coraz więcej. Teraz wszystko mi jedno, po której stronie muru jestem, rozumiesz? Nawet tu i teraz widzę takie światy, o jakich ci się nie śniło. Rzeczy, na które nie ma słów. A czasem przepowiednie. - Zmarszczył z namaszczeniem czoło, zupełnie nie po koguciemu, i dodał: - Dlatego właśnie cały czas chcę cię ostrzec. W coś się wplątałaś i im bardziej się szarpiesz, tym bardziej jesteś wplątana. - Roześmiał się, znów jak dawny Kogut. - Ale od tej chwili współpracujemy! Najpierw ty mi pomożesz zabić Blugga, a potem podwędzimy mu kartę zegarową i pójdziesz sobie wolno. Takie proste, że aż piękne.
Jane poczuła się okropnie. Nie widziała dla siebie miejsca w planach Koguta. Nie ma mowy, żeby 7332 pozwolił jej go zabrać, kiedy będą odlatywać. Obecność smoka czuła nawet teraz, jak ośrodek przenikający całą fabrykę. Nawet tu była jeszcze namacalna, choć osłabiona blaskiem księżyca. W tyle głowy Jane wyczuwała żelazną pewność jego niechęci.
- To się nie uda. To kolejna twoja dziecinna fantazja.
- Nie mów tak. Sama dajesz się wkręcać w to złudzenie istnienia. - Wyciągnął rękę. - Chodź, pokażę ci.
Ujęła ją.
- Pokażesz mi? Jak?
- Znasz moje imię, prawda? No to go użyj.
- Teti... Tetigistus - powiedziała z wahaniem. - Pokaż mi, co widzisz.
***
Szli ciemnym zimowym chodnikiem. Nieodśnieżone połacie zostały zdeptane na czarne bryłki, twarde jak skała i śliskie jak lód. Wokół, z niebytu wyłaniały się kamienno-szklane budynki. Wszędzie było pełno świateł: obramowywały niekończące się sklepowe wystawy, skrzyły się w koronach cherlawych, bezlistnych drzew, tworząc słowa z ogromnych liter alfabetu, który wydawał jej się dziwnie znajomy, a jednak nie do odszyfrowania. Na ulicach było gęsto od maszyn, które poruszały się jak żywe, ale nie miały własnych głosów, tylko ryk silników i trąbienie klaksonów.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała z ciekawością.
Kogut pokręcił głową.
Szli i szli, wśród tłumu milczących, niewyraźnych ludzi. Nikt się do nich nie odzywał, nikt ich nie potrącał. Całkiem jakby byli duchami.
Przez okno dostrzegli drzewka iglaste obsypane popcornem, sreberkiem i sznurami piernikowych żołnierzyków. Pod jodełkami był istny skarbiec ogra pełen zabawek: misie w uprzęży bijące w bębenki, maszyny będące lśniącymi miniaturkami tych na ulicach, lalki w strojach z tafty obszytej koronką, wypchana żyrafa, wielka jak połowa prawdziwej.
Jane w życiu nie widziała niczego podobnego do tego skarbca obcego bogactwa, ale jakaś rezonująca w duszy resztka podpowiedziała jej, że to miejsce jest podobne czy też identyczne ze światem z jej najdawniejszych wspomnień - z tego czasu, gdy była mała, szczęśliwa i otoczona opieką.
Rozpłakała się.
- Kogut, proszę, zabierz mnie do domu.
Odwrócił się, zaskoczony, i bez namysłu puścił jej dłoń.
Znów znaleźli się na dachu fabryki.
- I już. - Pocałował ją w policzek. - Teraz ufamy sobie całkowicie.
***
Czasu było coraz mniej. Jane czuła zgrzyt i wibrację zbiegających się zdarzeń, przesuwanych przez maszynerię przeznaczenia. Następnego wieczoru, gdy udawała, że bawi się zabawkami, zamknęła dłoń na bryłce mosiądzu, której potrzebował 7332. Dla odwrócenia uwagi podniosła z pudełka łapkę wisielca, zamachała nią, jakby się bawiła w czarownicę. Wiedziała, że takim dziecinnym zachowaniem sprawi przyjemność pani Greenleaf - im bardziej dziecinną grała, tym szczęśliwszy był stary elf.
Zręcznie odwróciła się, by ukryć kradzież, leniwym gestem przygarnęła gałkę ku sobie i ukryła ją pomiędzy ubraniami. Pani Greenleaf, zajęta ołówkiem i czasopismem, niczego nie zauważyła. Jane ukradkiem zerknęła też na Baldwynna, choć stary elf nigdy na nic nie patrzył wprost.
I aż sapnęła.
Elfi magnat zniknął z fotela. Na jego miejscu unosiło się świetliste jajo. Delikatnie pulsowało. Na gładkiej, zimnej powierzchni igrały blade refleksy. Jane cofnęła się odruchowo, czując irracjonalny lęk, że jajo poleci za nią.
Pani Greenleaf uniosła wzrok znad akrostychów.
- Jane? - zapytała ostrzegawczym tonem. - Coś nie tak?
- Nie, proszę pani - odrzekła pośpiesznie Jane.
Ona jednak już odwróciła się do ojca. Ułożyła otwarte usta w małe, okrągłe "o" i wytrzeszczyła oczy, jakby nagle ktoś zaklął ją w rybę. Udręka była tak komicznie przesadzona, że Jane musiała się powstrzymać, żeby nie zachichotać.
Czasopisma zsunęły się jej z kolan i elfka wstała. Chwyciła Jane za rękę, bezmyślnie mocno, aż zabolało, i natychmiast wyciągnęła z pokoju.
Gdy tylko drzwi się szczelnie zamknęły, odwróciła się ku niej. Twarz miała napiętą i bladą, jej usta wyglądały jak pozbawiona warg szczelina.
- Nic nie widziałaś, rozumiesz? - Dla podkreślenia potrząsnęła jej ramieniem. - Nic!
- Tak jest, proszę pani.
- Jesteśmy starą, szanowaną rodziną, ani odrobiny skandalu od... Na co ty się tam gapisz?
- Na nic. - Jane przestraszyła się, że elfka chce ją uderzyć.
Ta jednak, choć upłynęła dopiero połowa przeznaczonego czasu, zaprowadziła ją prosto do pokoju, w którym Jane się przebierała. Zwrócono jej robocze ubranie, a sukienkę i koronkową bieliznę zapakowano po raz kolejny w bibułkę. Było jeszcze wcześnie, pozostała przynajmniej godzina do przyjścia Blugga, gdy wylądowała na ganku.
- Raczej nie będzie konieczne, żebyś jutro przychodziła - rzuciła stanowczo pani Greenleaf i zamknęła drzwi.
Blugg spóźnił się pół godziny. Jane czekała na niego, zadręczając się tym oczekiwaniem. Gdy wreszcie się zjawił, z osłupieniem widząc ją pod drzwiami, a nie w hallu, jak poprzednio, zaraz zaczął wypytywać, dlaczego. Powtórzyła mu ostatnie słowa pani Greenleaf, on zaś odrzucił głowę w tył i zawył. Straszny był to dźwięk, przeniknięty bólem i zniweczonymi marzeniami.
A kiedy wrócili do noclegowni, pobił ją.
Następnego dnia wstawanie z łóżka było potwornie bolesne. Jedna noga ugięła się lekko, kiedy Jane ją obciążyła, przez co szła dziwnie wykręcona i utykała. Kleik musiała jeść lewą stroną ust; prawa nie otwierała się, opuchnięta do rozmiarów jajka.
Blugg raz tylko na nią spojrzał i zdarł jej z grzbietu kamizelkę gońca, po czym rzucił ją Dymce, która wsunęła ją przez głowę i poszła za nim do biura, triumfalnie zamiatając spódnicami.
Jane, zdumiona i upokorzona, odkryła, że utrata tego stanowiska naprawdę zabolała.
Jednakże projekt Blugga nie skończył się z utratą rzekomego poparcia Baldwynna. Nabrał już własnego rozpędu - zbyt wielu kierowników średniego szczebla zainwestowało w niego swój czas i prestiż, by teraz pozwolić mu zdechnąć.
Paradoksalnie, po odprawieniu Jane przez panią Greenleaf, przedsięwzięcie nabrało rozmachu. Prototyp, który przez tygodnie, bez pośpiechu, stał nieruszony i nieukończony, został raptownie dopracowany, przetestowany i grubo nasmarowany. Kapka, Ślimak i Trzyoki cały dzień spędzili na polerowaniu jego powierzchni na wysoki połysk.
W nocy Kogut wpełzał za ścianę, żeby mozolić się nad grimuarem. Nalegał, żeby Jane pokazała mu rozdział mówiący o wałkach rozrządu, i siedział nad ich schematami bez końca, póki nie nabrał pewności, że zidentyfikował model użyty w prototypie przez starego, pomarszczonego inżyniera Grimpkego.
- Nie mamy dużo czasu - powiedział. - Gadałem z Hobem - tym brygadzistą z blacharni, nie tym z jedną nogą - no i on mówi, że za pięć dni przyjdzie spojrzeć na tę nogę jakiś megawysoki lord Szajs z samej centrali. Inspektor Generalny z Biura Analizy Zastosowań. - Prawie wyśpiewywał te słowa: przesadnie ekscytował się takimi pompatycznymi tytułami. - Na hali się gada, że musieli nieźle pociągnąć za sznurki, żeby sprowadzić tu samego Generalnego, i teraz wszyscy latają tam jak kot z pęcherzem, żeby wszystko było gotowe na czas.
- Kogut, daj sobie spokój, to mrzonka - odszepnęła Jane. Między ścianami było ciasno i nawet kompletnie ubrana czuła się zażenowana, przyciśnięta do Koguta w ten sposób. - Nie ma co marzyć, że zwrócisz przeciwko Bluggowi jego własną konstrukcję.
- Pewnie, że dam radę. - Zadygotał z radości lub zimna, nie wiadomo. - Te tytanowe pazury zrobią taki skurcz, potem się obrócą, a potem zacisną na tyłku tego bezczelnego tłuściocha. Powoli, żeby miał czas się przestraszyć. A potem... będzie super.
- Ja w ogóle nie wiem, jak ty sobie wyobrażasz, że nauczysz się tych cyferek na pamięć w pięć dni. Chyba z siedem stron ich jest!
- Dam radę - odparł ponuro.
Zmarszczył się nad tabelkami, z twarzą ciemną i niemal niewidoczną w srebrnym blasku run. Jane wiedziała, jak trudne sobie postawił zadanie. Sama musiała spuścić z tonu i zrezygnować z ambicji całkowitego opanowania smoka na rzecz nauczenia się paru kluczowych funkcji systemu optycznego i przetwarzania danych.
- Ty w ogóle umiesz czytać liczby?
- Pewnie, że tak.
- No to co tu jest napisane? - Dźgnęła palcem runy oznaczające "3,2 ?".
- Nie muszę przecież rozumieć tych zawijasów, żeby się ich nauczyć. A jak wyglądają, widzę równie dobrze, jak ty. Po prostu zapamiętam je jako obrazki.
Zadanie, które postawił sobie Kogut, było całkiem niemożliwe. Jane zostawiła go tam i poszła do łóżka, wdzięczna, że może trochę pospać, i pewna, że po jednej nocy, góra dwóch, Kogut da sobie spokój. Wtedy będzie mogła sama wrócić do lektury.
On jednak nie zrezygnował. Tamtej nocy, następnej, aż do trzeciej, wykradał się za ścianę i siedział nad grimuarem do świtu. Jane odkryła, że denerwuje ją to. W końcu to była jej książka i była jej bardzo potrzebna. Kogut jednak wzruszał ramionami na wszystkie jej wskazówki, podpowiedzi, a na koniec również na żądanie, żeby siedzieli nad grimuarem na zmianę.
Nie dało się z nim rozmawiać. Miał obsesję.
***
W noc przed zaplanowaną kontrolą wszystkie dzieciaki ustawiono przed łaźnią i kazano im się wykąpać, choć był środek tygodnia. Wołano je do środka jedno po drugim. Dziewczynki nadzorowała Dymka, dzierżąca twardą szczotkę, by domyć miejsca, które same przegapiły, a Blugg obserwował to z nieskrywanym rozbawieniem.
Szczotka nabrała wyjątkowego wigoru, gdy przyszła kolej Jane na kąpiel w cynkowym korycie. Wyglądało na to, że Dymka chce Bluggowi coś udowodnić, coś, czego Jane nie potrafiła odgadnąć.
- Zdejmuj te ciuchy, dziwko! - krzyknęła. - No, ruszaj się.
Jane, rozbierając się, uparcie odwracała wzrok od Blugga. Trochę już doszła do siebie po pobiciu, ale siniaki wciąż miała - żółto-czarne, w środku purpurowe kręgi, jak chmury gradowe pod skórą. Weszła niezdarnie do wanny. Woda była jeszcze ciepła, po szarej powierzchni pływały cienkie, tłustawe pasemka mydlin.
- Obesrałaś się, ty świnio!
- Nieprawda! - krzyknęła machinalnie Jane.
- No to, co to jest? - Dymka wcisnęła jej szczotkę między nogi i potarła szybkimi, energicznymi pociągnięciami, wyciskając jej łzy z oczu. - Całą dupę masz w tym!
Jane chlapała i cofała się, a Dymka szła za nią aż na drugi koniec wanny, drapiąc jej tyłek ostrą plastikową szczeciną.
- Masz! - Rzuciła jej brudną ścierkę w twarz. - Twarz se wytrzyj. Jest brudna.
Kiedy się ubierała, nieśmiało uniosła wzrok i zobaczyła, jak Dymka i Blugg wymieniają się osobliwym spojrzeniem, zagadkowym, choć porozumiewawczym, pełnym groźnego znaczenia.
***
Podczas śniadania, na twarzy Koguta pojawił się, po czym zniknął, niezdrowy uśmiech. Palce drżały mu lekko, wzrok miał rozbiegany i rozkojarzony. Odkąd zaczął nocami przesiadywać za ścianą, twarz zrobiła mu się jeszcze bardziej ziemista i pociągła; roztaczał aurę ciągłego znużenia. Jednakże tego ranka spod wyczerpania przezierała nienaturalna energia, jakby elektryczny prąd kurczył mu konwulsyjnie mięśnie.
- Kogut? - zapytała cicho Jane. Nikt więcej nie zauważył jego stanu, wszystkim myśli zaprzątała wizytacja inspektora generalnego. - Nie zadręczaj się, jeśli to się nie... - Nie potrafiła wykrztusić tych słów.
- Dzisiaj jest ten dzień. - Rzucił jej dziwny, groźny uśmiech. - Wiesz co? Ostatnio znowu zacząłem słyszeć głos Szczudłaka. Jakby naprawdę nie zginął, tylko chował się gdzieś w cieniach, albo z tyłu mojej głowy, wiesz? I myślę, że dzisiejszy dzień mu się spodoba. To wszystko dla niego.
- Tak, ale jeśli...
- Cii! - Mrugnął i położył palec na jej nosie. W tym momencie podeszła Dymka, żeby ustawić ich do marszu do pracy. - Jak tam leci, Dymka?
- Ty lepiej się pilnuj. - Chwyciła go za ucho kciukiem i palcem wskazującym i ścisnęła. - Jak dzisiaj coś spierdzielisz, masz przerąbane, palancie. - Puściła go.
Kogut pochylił głowę, odwrócił wzrok, a kiedy była już o krok za daleko, żeby móc się odwrócić bez tracenia twarzy, rzucił do Jane:
- Gada całkiem jak Blugg, co nie?
Dymka na moment zesztywniała, ale nie zatrzymała się.
***
Tego ranka, kiedy szli koło smołowni, Dymce przydarzył się nieszczęśliwy wypadek. Mijała właśnie Koguta, pilnując, żeby kolumna była równa, gdy nastąpiło zamieszanie, a Rzep szarpnęła się i wpadła na nią. Dymka, zaskoczona, straciła równowagę i potoczyła się w bok, wpadając twarzą do kubła z gorącą smołą. Gdy wstała, plując, wyglądała jak Murzyniątko, z czarną twarzą i błyszczącymi włosami.
Dzieciaki się roześmiały.
- Zamknąć się! - wysapała Dymka. - Cicho, cicho, cicho! - Komicznie rozdziawiła usta. Wściekle tarła oczy, próbując usunąć z nich smołę.
Blugg eksplodował.
- Won stąd! Ty durna łajzo. Idź prosto do łaźni i się wyszoruj! Do południa masz tego nie mieć na twarzy, choćby miało zejść razem ze skórą.
- Ale to nie moja wina! - jęknęła Dymka. - To przez...
- No już! - Blugg okręcił się i dźgnął tłustym palcem Koguta. - Ty! Leć do magazynu i pobierz sobie kamizelkę gońca. Nową, nieużywaną, najlepszą jaką mają. Cernunnos jeden wie, nie jesteś najbystrzejszy, ale będziesz musiał wystarczyć.
- Tak, proszę pana, tak jest! - Kogut odgarnął lok z czoła i skłonił się nisko, żeby ukryć triumfalnie wyszczerzone zęby.
***
Jane nie pamiętała dnia, który dłużyłby jej się tak jak ten. Dzieci, choć w ogóle się nie napracowały - liczył się wygląd, nie mogły więc dotykać smarów czy past polerskich - były nieustannie przeganiane z warsztatu do warsztatu, dzielone na grupy i łączone z powrotem, tak że nerwowość i niepokój trwały od wczesnego ranka do późnego popołudnia.
Wreszcie, pod koniec dnia, przybył inspektor generalny.
Gdy szedł przez fabrykę, poprzedzała go fala strachu. Każdy kobold i korrigan, ognik, pillywiggin i najskromniejszy czerwony kapturek wiedział, że nadchodzi inspektor. Powietrze aż drżało z wyczekiwania. Tuż przed nim pojawiało się migotliwe światełko, sprawiając, że odwracały się wszystkie głowy i ustawała wszelka praca - na sekundę, zanim się wyłonił zza rogu albo wszedł do pomieszczenia.
Ukazał się w drzwiach.
Wysoki, majestatyczny był elfi pan, odziany we włoski garnitur i spiczasty jedwabny krawat. Na głowie miał biały kask. Przystojny był nadludzko: kanciasta szczęka, idealne zęby i włosy. Towarzyszyło mu dwóch Tylwyth Tegów wysokiej rangi, z tabliczkami w rękach, z tyłu zaś szedł sępiogłowy analityk kosztowy z Księgowości.
Blugg stał wyprostowany i dumny w mieszanym szeregu kierowników średniego i wyższego szczebla. Twarz i rogi miał wyszorowane tak dokładnie, że ich powierzchnia zaczęła delikatnie prześwitywać. U jego boku, nieco z tyłu, stał Kogut, atrybut jego godności. Obecny był nawet stary Grimpke, nieco zgarbiony, zacierający dłonie z uśmiechem i nerwowością. Prototyp pazurzastej nogi stał odwrócony pośrodku hali.
Robotnicy stali w szeregach pod ścianami, według wzrostu i stanowiska, jak ułożone do inspekcji narzędzia. Dzieci, wyprostowane i przestraszone, ustawiono obok ich nadzorcy. Dymka stała na przeciwnym końcu szeregu niż Jane, twarz miała czerwoną od tłumionej złości. Żeby pozbyć się smoły, musiała obciąć sobie większość włosów, przez co wyglądała niechlujnie, jak oskubana, co całkowicie dyskwalifikowało ją z pierwszego, reprezentacyjnego szeregu.
Kogut obrócił się, żeby spojrzeć znacząco najpierw na Dymkę, potem na Jane. Rozchylił na moment koszulę - pod spodem, prawie podprogowo, mignął przyciśnięty do jego skóry prostokąt białego kartonu.
To była karta zegarowa Blugga.
Jane tak dokładnie przewidywała, co powie Kogut, że kiedy bezgłośnie wypowiedział te słowa, przeczytała je z samego ruchu ust.
"Chodź ze mną", powiedział.
Pokręciła głową.
Wyciągnął rękę, jakby chciał ją chwycić. "Jesteśmy mali - karta ochroni nas oboje".
Zabrała dłoń. "Nie!".
Uniósł brwi, jedyne oko wypełniło się zimnym, nieludzkim światłem. I odwrócił się do niej tyłem, elegancki, wyprostowany.
- Co to było? - szepnął Mały Dick. - To coś białego za koszulą Koguta?
- No właśnie, co to? - powtórzyła Kapka.
- Cicho, kurwa! - burknęła Jane kącikiem ust.
Ogr w białej koszuli obejrzał się na nich przez ramię, więc ze wszystkich sił starali się wyglądać niewinnie.
Ona jednak już zobaczyła. Stalowy błysk w oku Koguta nie miał z nim nic wspólnego. To była iskra smoka, przebłysk powodującej nim obcej inteligencji. Kogut został przez niego opanowany, smok zrobił z niego swoje narzędzie, wykorzystywane do jemu tylko znanych celów.
"Nie rób tego, nie rób, nie rób", modliła się w myślach. "Kogut, nie rób tego, nie daj się tak wykorzystywać". A smoka błagała: "Nie każ mu tego robić, nie każ". A Boginię: "Nie pozwól. Zatrzymaj czas, zatrzymaj ruch, niech stanie świat, niech słońce stanie na niebie, niech to się dalej nie toczy".
Czuła wpływ smoka dosłownie wszędzie, jak przenikający wszystko ośrodek, w którym się poruszali, jak ryby w groźnym oceanie. Po usztywnieniu pleców Koguta widziała, że wpatruje się w prototyp. Teraz, cokolwiek za późno, uświadomiła sobie, że noce spędzone nad grimuarem nie były czasem zmarnowanym na Koguta, lecz otworzyły w nim furtkę, przez którą mógł wejść 7332 i na niego wpływać.
Dyrektor fabryki podał rękę inspektorowi generalnemu i przedstawił księgowego. Elfi pan szedł z wdziękiem wzdłuż szeregu, patrząc każdemu głęboko w oczy, a od czasu do czasu podkreślając uścisk dłoni krótkim śmieszkiem albo klepnięciem po ramieniu.
Ceremonia rozwijała się w wystudiowanym tempie rytuału. W którymś momencie Kogut podał Bluggowi oprawny tom ze statystyką produkcji. Ten wręczył go elfiemu panu, który z kolei przekazał go starszemu Tylwyth Tegowi, ten młodszemu, aż w końcu tomiszcze wylądowało u kontrolera kosztów, który, nawet nie spojrzawszy, wetknął je pod pachę. Ślimak ziewnął, Dymka ostro szturchnęła go łokciem.
W końcu wszyscy oficjele odwrócili się do prototypu, jakby dopiero teraz go zauważyli. Grimpke odśrubował klapę serwisową, otwierając nogę, by pokazać zespół mimośrodowych trybów w środku.
- Bałdzo ważna - powiedział. - Dżała szylna magja, wiszpan?
Jeden z ważniejszych dyrektorów skrzywił się, inspektor miał jednak zachęcającą, beznamiętną, uśmiechniętą minę. Grimpke wsadził rękę w smar, żeby pokazać, jak ciasno upakowane są tryby; wtem między palcami rozbłysło mu światło. Wrzasnął.
Jaskrawy, aktyniczny blask rozpalił się w środku konstrukcji. Pochłonął i ogarnął stojących najbliżej. W świetle roztopiły się garnitury i twarze. Kask odbił się od podłogi i potoczył. Wszystko zaczęło się ruszać. Buchnęły płomienie. Działo się to w absolutnej ciszy.
Potem świat się rozpękł.
Ciepłe powietrze uderzyło Jane w twarz, aż się zachwiała. Jak uderzenie poduszką. Była ogłuszona, w uszach jej dzwoniło. Czuła się rozbita, rozerwana, obraz przed oczyma rozpadł się na wiele trudnych do ogarnięcia wizji jednocześnie: płonący, biegnący, padający Tylwyth Teg. Któryś z mniejszych olbrzymów zgięty wpół, zanoszący się histerycznym śmiechem pełnym niedowierzania. Coś koziołkującego przez powietrze. Pękające pustaki, sypiący się żwir, łuszcząca się farba.
Halę wypełniła mgiełka szarego dymu i czarny odór palonych płytek drukowanych. Zawyły alarmy.
Blugg stał, sparaliżowany, pośrodku gejzerów iskier. Jak słup we wzburzonym morzu, nie poruszał się, a światło przenikało go na wskroś. Jedna ręka powoli uniosła się, jakby chciał zgłosić jakąś uwagę. Potem upadł, rozsypując się w szary popiół.
Dymka krzyknęła, gdy chmura odłamków wyrysowała jej na twarzy krzywą linię, z wdziękiem omijającą wargi, nos i oboje oczu, choć ledwie o włos od nich wszystkich. Inne dzieci skakały, tańczyły w bolesnym quickstepie, trzepały rękoma ramiona i boki.
Jane jednak na nie nie patrzyła. Gapiła się - jakby od zarania dziejów nie robiła nic innego - na Koguta.
Przy wyjściu, do ściany była przykręcona szara, emaliowana skrzynka. Urządzenie kontrolne, prostsza córka Zegara. Pozbawiona twarzy i oczu, nie była jednak ślepa. I miała moc.
Pod drzwiami leżało ciało Koguta, puste i chude, jak skrawek papieru, zgnieciony i wyrzucony po tym, jak spełnił swoje zadanie. Z piersi unosiła się smużka dymu. Tylko ona spośród wszystkich na hali dostrzegła jaśniejszy niż magnezja płomień, który wykwitł mu pod koszulą, gdy przeszedł obok urządzenia kontrolnego i minął próg. Pochodził z karty zegarowej Blugga. Widziała ten błysk, widziała ten bolesny łuk targający ciałem z potężną siłą, słyszała urwany krzyk bólu, jak krótki, ostry okrzyk skowronka.
Wpatrzyła się w Koguta. Kogut nie żył.
***
Dzieci instynktownie zbiły się w gromadkę. W kłębach dymu i płomieni, pośród wrzasków i wykrzykiwanych rozkazów, Dymka rzuciła z lekkim zdziwieniem:
- Blugg nie żyje.
- I Kogut też - odezwał się gdzieś za jej plecami chłopcień. - Razem poszli do Spiralnego Zamku.
Dziwność tego zdarzenia, nieprawdopodobieństwo, że akurat te dwa losy splątały się razem, sprawiła, że przez dłuższą chwilę wszyscy milczeli. Wreszcie Rzep zapytała:
- To co robimy?
Patrzyła błagalnym wzrokiem prosto na Dymkę. Ta nie odpowiedziała. Wypadek przeraził ją tak jak wszystkich. Dygotała, oszołomiona i zszokowana, twarz miała bladą jak papier i upstrzoną kropkami krwi tam, gdzie trafiły ją odłamki. Niezły przywódca, pomyślała kwaśno Jane.
Obok nich przekuśtykał brygadzista z oślimi uszami, w rozdartej białej koszuli, po drodze dotykając ramienia każdego z nich, jakby się bał, że bez tego oparcia upadnie.
- Nigdzie się nie ruszajcie - powiedział. - Zaraz przyjdzie kontroler od bezpieczeństwa. Za parę minut. Będzie chciał was przesłuchać. - I zniknął w dymie.
Wtedy w Jane znów wszedł smok, napełniając ją siłą i poczuciem celu.
- W dwuszeregu! - warknęła. - Według wzrostu. W lewo zwrot. Marsz!
Dzieci potulnie jej usłuchały.
Jane wyprowadziła je z hali i poprowadziła przez teren. Zbiegali się ratownicy. Wyły karetki. Noc wypełniły migające światła i smród wybuchu. Ładowarki i ciężarówki poruszały się niespokojnie w swoich boksach, pokrzykując zaniepokojonymi mechanicznymi głosami. Dzieci szły przez ten chaos jak zaczarowane, chronione przez własne pozorne zdecydowanie. Nikt ich nie zatrzymywał.
Jane prowadziła je - niektóre, te najmniejsze, ciągle kaszlały i prychały - prosto do Budynku 5. Słyszała ciche szlochy i popłakiwania: to nie było problemem, ale kiedy Jeżata odrzuciła w tył głowę i zaczęła wyć, Jane walnęła ją porządnie w ucho. Od razu ucichła.
Przy schodach do noclegowni Jane odsunęła się na bok i zapędziła wszystkich na górę, popychając i warcząc. A kiedy minął ją ostatni dzieciak - Ślimak, oczywiście - zerwała z haczyka przy drzwiach Blugga apteczkę.
Najważniejsze było opatrzenie ran. Na szczęście, mało które dziecko zostało ranne w wybuchu; ucierpiały głównie od fali uderzeniowej. Kiedy przyszła pora na oczyszczenie twarzy Dymki, zmienniczka obudziła się z apatycznego letargu i wykrzyknęła:
- Moja twarz! Jak ja będę wyglądać?
- Jak cudak - burknęła Jane - jeśli ci tego nie powyciągam. Cicho bądź i nie przeszkadzaj.
Zrobiła, co mogła, narzędziami, jakie miała. Kiedy skończyła, pod skórą Dymki pozostało parę czarnych kropek, ale najpewniej nie było to nic groźnego. Co bardziej histerycznych pacjentów potraktowała morfiną i posłała wszystkie dzieciaki do łóżek.
Teraz ona nimi dowodziła.
Ale nie potrwa to długo, jeśli ma w tej sprawie coś do powiedzenia.
***
Gdy dzieciarnia wreszcie usnęła, Jane wspięła się na dach, żeby popatrzeć na rozwój wydarzeń. Z kominów buchały iskry i dym, machiny ratunkowe przemierzały bez wytchnienia teren fabryki. Śmierć tak grubej ryby jak inspektor generalny poderwała na nogi i zmusiła do działania, sensownego czy nie, każdą żywą duszę.
Powoli wrócił porządek. Taumaturdzy wyszli z laboratoriów i przeszli się po terenie, odziani w pomarańczowe kombinezony ochronne, siejąc radioaktywnymi cząstkami stałymi z trybularzy i kadzielnic, mrucząc zaklęcia, od których powietrze sztywniało ze strachu. Tam, gdzie przeszli, na ziemi krzyżowały się świecące niebiesko, czerwono i żółto linie mocy, jak jakiś obłąkany schemat ideowy, nakładające się koła i linie proste, zbiegające się pod nieprawdopodobnymi kątami i znów rozchodzące. Nie wiedziała, jak są w stanie rozwikłać te ślady magicznych wpływów - i pewnie nie byli, bo żadna z linii nie doprowadziła ich do Numeru 7332.
Jane patrzyła z dachu przez pół nocy, bojąc się, że smok zostanie zdemaskowany. Sama była drobnym, bladym przecinkiem na połaci czarnej papy: gdyby ktokolwiek ją dojrzał, pewnie wziąłby ją za magazynowego duszka opiekuńczego zajmującego się własnymi sprawami.
Gdy księżyc opuścił się nisko na niebie, 7332 wreszcie ją wezwał.
***
Jane spokojnie zeszła z dachu, zebrała grimuar, kryształ i bryłkę metalu, po czym się ubrała. Kluczem Blugga otworzyła sobie noclegownię. Wychodząc, rozejrzała się i poszła do smoka. Szła przez fabrykę, nie próbując uniknąć wykrycia. Już nie bała się fabrycznej ochrony. To było zadanie 7332, nie jej.
Gdy dotarła na stację rozrządową, wielkie smoki odsunęły się na bok, żeby zrobić jej przejście. Zbyt dumne były, by spojrzeć na nią wprost, jednak zerkały z ukosa, wyniośle i enigmatycznie. Kontury boków obrysowywały jaskrawe sznureczki czerwonych, zielonych i białych światełek nawigacyjnych.
Jane dotarła do Numeru 7332 i wspięła się po jego burcie. Poczuła się niewidzialna.
Gdy weszła do kabiny, zapaliły się łagodne światła. Dziś nie będzie ochronnego kamuflażu. Drzwi zatrzasnęły się za nią.
- Zabiłeś go - powiedziała.
Z bezświetlnych czeluści maszynerii dobył się głos, z pozoru spokojny, choć podszyty nutką niecierpliwości:
- Musiałem czymś zająć ochronę, na tyle długo, żeby móc dokończyć przygotowania. Nie ma co płakać nad przelaną odrobiną elfiej krwi.
Przez chwilę nie docierał do niej sens odpowiedzi. Potem uświadomiła sobie, że 7332 mówi o inspektorze generalnym.
- Chodzi mi o Koguta! Wykorzystałeś go. Nakłoniłeś, żeby ukradł kartę zegarową Blugga, choć wiedziałeś, co się stanie, gdy spróbuje jej użyć. A wszystko po to, żeby zatrzeć nasze ślady.
- A, tego małego? - W głosie 7332 zabrzmiało zdziwienie. - Nic szczególnego w sobie nie miał. Mogę ci takich znaleźć, ilu tylko zechcesz. - Delikatnie ją ponaglił. - Siadaj. Pora wyrwać się z tego więzienia, w niebo i na wolność.
Jane usiadła tępo na leżance i pozwoliła serwomechanizmom się opleść. Ścisnęła czarne rękojeści, przekręciła lewą o ćwierć obrotu. Podwójna igła wsunęła się w jej przegub. Obraz zafalował i się zmienił - patrzyła teraz oczyma smoka, czuła jego nerwowym systemem chłodny zimowy powiew na żelaznej skórze. Już nie była tylko Jane: była częścią czegoś znacznie większego. Podobało jej się to.
- Uruchom układ napędowy - powiedziała.
- To mi się podoba!
Zabulgotało paliwo, pompowane przez elektryczne silniki do turbin. Wysoki pisk narastał i narastał, aż wypełnił cały wszechświat. Ogłuszyłby ją, gdyby nie słuchawki.
- Gotowe. Teraz użyj kluczy - powiedział 7332.
Jane przestawiła szereg przełączników, sprawdzając jednocześnie, czy działają systemy nawigacji.
- To nie jest konieczne - wtrącił gniewnie smok. - Masz tylko włożyć klucze.
Wtem nieludzki głos zaniósł się wyciem. Dołączył do niego kolejny, potem trzeci - alarmy włączały się w całej fabryce. Cichsze, ale bardziej przenikliwe głosy ujadały i szczekały. Psy-cyborgi. To mogło tylko oznaczać, że ich wykryli. Po włączeniu turbin prowadzące do nich linie mocy i władzy musiały rozświetlić się jak jarzeniówki.
- Szybko! - zawołał 7332. - Wykryli nas.
Jane miała rubin i orzech w kieszeni spodni; niewygodnie jej było na nich siedzieć. Ale nie poruszyła się, żeby je wyciągnąć.
- Podaj mi swoje imię.
Na drugim końcu placu pojawił się troll z ochrony fabryki, z płomieniami w oczach. Za nim wyszło jeszcze kilku jego pobratymców, odcinali się czarno na tle zimnego nieba. Każdy prowadził pięć czy sześć psów-cyborgów, rwących się na tytanowych smyczach.
- Idą po nas. Musimy startować, teraz albo wcale.
- Imię - powtórzyła.
Odpięli psy ze smyczy. Puściły się pędem ku smokowi. Pierwszy z nich odbił się od burty z głośnym brzękiem i zatopił w niej diamentowe kły. Jane, zanurzona w sensorium 7332, poczuła, jak zwierają się w jej własnym ciele. Głośno krzyknęła z bólu.
Teraz głos 7332 zabrzmiał desperacją:
- Jeśli teraz nie wystartujemy, dopadną nas! - Kopnął psa, wyrzucając go w powietrze.
Ale już biegły kolejne, były tuż-tuż.
- No to dopadną.
Psy skakały w powietrze, żeby obezwładnić smoka. 7332 obrócił się przodem do nich, omal nie wyrzucając Jane z leżanki. Turbiny wyły, ale nie dało się ich ustawić do lotu. Wojownicy trolle rzucali gniewne okrzyki i wściekłe rozkazy. 7332 przytłumił układy przenoszące wrażenia ze skóry; Jane poczuła, że drętwieje na równi z nim. Ale psy zaczynały naprawdę go uszkadzać.
- Klucze!
Jane czekała. Na wpół zanurzona w smoku, niepewna, gdzie kończy się i gdzie zaczyna jej własna tożsamość, jednego była pewna: smok musi wiedzieć, że ona nie blefuje. Że bez imienia, bez władzy, jaką jej daje, nigdzie nie polecą.
- Melanchton, z linii Melchezjasza, z linii Molocha! - krzyknął smok.
Jego udręka buchała wokół Jane jak wyimaginowany płomień. Poczuła, jak opala jej rzęsy, a jednocześnie całą swoją jaźnią poznała, że mówi prawdę.
Otworzyła grimuar, przekartkowała na kody sterujące i zaczęła czytać:
- Recurvor. Recusadora. Recusamor.
Silniki ryknęły i zatrzęsły się.
- Recussus. Redaccendo. Redactamos. - Wcisnęła na miejsce kamień. - Redadim. Redambules. Redamnavit.
Smok dygotał od nieznajdującej ujścia mocy. Wetknęła mosiężną bryłkę w odpowiednie wgłębienie, obróciła prawą rękojeść o ćwierć obrotu naprzód. Teraz igły miała już głęboko w obu przegubach.
- Leć!
- Będziesz się smażyć w piekle za tę zniewagę! - obiecał 7332, a w tyle czaszki Jane mignęły wspomnienia wojennych okropności. - Zaniosę cię na Dziesięcinę we własnych pazurach!
- Cicho bądź i startuj!
Poruszali się. Gdy nabierali szybkości, asfalt trzeszczał pod ich ciężarem. Smok uniósł skrzydła, rozpostarł je, nabrał w nie powietrza. Psy odpadły. Jane śmiała się histerycznie. 7332, ku jej zaskoczeniu, także się śmiał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki