Cormoran Strike prowadzi śledztwo (#7). Wartka śmierć - Robert Galbraith

Kup ebooka

63.90 zł
49.84 zł (49,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

Być roz­trop­nym i nie za­po­mi­nać o zbro­je­niach

to wła­ściwa droga do bez­pie­czeń­stwa.

I-cing. Księga Prze­mian

O ósmej wie­czo­rem Strike wró­cił do miesz­ka­nia na pod­da­szu przy Den­mark Street z wra­że­niem roz­dę­cia, które za­wsze wy­wo­ły­wał u niego szam­pan, a do tego jakby przy­gnę­biony. Za­zwy­czaj w dro­dze do domu za­szedłby po ja­kieś je­dze­nie na wy­nos, lecz wy­cho­dząc w ubie­głym roku ze szpi­tala po trzy­ty­go­dnio­wym po­by­cie, do­stał wy­raźne za­le­ce­nia, żeby schudł, pod­dał się fi­zjo­te­ra­pii i rzu­cił pa­le­nie. Pierw­szy raz, od­kąd urwało mu nogę w Afga­ni­sta­nie, zro­bił to, co ka­zali le­ka­rze.

Bez więk­szego en­tu­zja­zmu wło­żył wa­rzywa do nowo za­ku­pio­nego garnka do go­to­wa­nia na pa­rze, wy­jął z lo­dówki fi­let z ło­so­sia i od­mie­rzył por­cję ryżu peł­no­ziar­ni­stego, cały czas sta­ra­jąc się nie my­śleć o Ro­bin El­la­cott. Udało mu się tylko o tyle, że po raz ko­lejny uświa­do­mił so­bie, jak trudno jest o niej nie my­śleć. Może i wy­cho­dził ze szpi­tala z wie­loma do­brymi po­sta­no­wie­niami, lecz także z trud­nym pro­ble­mem, któ­rego nie można było roz­wią­zać, zmie­nia­jąc styl ży­cia. Prawdę mó­wiąc, pro­blem ten po­wstał o wiele wcze­śniej, niż byłby skłonny przy­znać, lecz Strike zmie­rzył się z nim do­piero wów­czas, gdy le­żąc w szpi­tal­nym łóżku, pa­trzył, jak Ro­bin idzie na pierw­szą randkę z Mur­phym.

Już od kilku lat po­wta­rzał so­bie, że dla ro­mansu ze wspól­niczką nie warto ry­zy­ko­wać naj­waż­niej­szej przy­jaźni ani na­ra­żać na szwank biz­nesu, który ra­zem zbu­do­wali. Je­śli z ży­ciem wie­dzio­nym z de­ter­mi­na­cją w sa­mot­no­ści w ma­łym miesz­ka­niu nad agen­cją wią­zały się ja­kieś trud­no­ści i nie­do­statki, Strike uwa­żał je za cenę, którą warto za­pła­cić za nie­za­leż­ność i spo­kój po nie­ustan­nych bu­rzach i cier­pie­niach to­wa­rzy­szą­cych dłu­giemu, prze­ry­wa­nemu związ­kowi z Char­lotte. Szok na wieść o tym, że Ro­bin wy­biera się na randkę z Ry­anem Mur­phym, zmu­sił jed­nak Strike'a do przy­zna­nia, że po­ciąg, który czuł do Ro­bin od chwili, gdy pierw­szy raz zdjęła płaszcz w jego agen­cji, po­mału prze­obra­ził się wbrew jego woli w coś in­nego - coś, co wresz­cie był zmu­szony na­zwać. Mi­łość przy­była w for­mie, ja­kiej nie roz­po­znał, i bez wąt­pie­nia wła­śnie dla­tego zdał so­bie sprawę z nie­bez­pie­czeń­stwa zbyt późno, żeby mu za­po­biec.

Pierw­szy raz, od­kąd po­znał Ro­bin, Strike nie był za­in­te­re­so­wany dą­że­niem do ja­kie­goś związku ero­tycz­nego w ra­mach od­wra­ca­nia swo­jej uwagi od wszel­kich nie­wy­god­nych uczuć, które mógł ży­wić do wspól­niczki, oraz ich sub­li­mo­wa­nia. Gdy ostat­nim ra­zem szu­kał po­cie­chy u in­nej - nie­za­prze­czal­nie pięk­nej - ko­biety, zo­stały mu po niej rana na no­dze za­dana ob­ca­sem oraz po­czu­cie po­nu­rego bez­sensu. Wciąż nie wie­dział, czy w ra­zie za­koń­cze­nia związku Ro­bin z Mur­phym, na co żar­li­wie li­czył, zmu­siłby się do od­by­cia roz­mowy, któ­rej kie­dyś opie­rał się ze wszyst­kich sił, w celu usta­le­nia praw­dzi­wych uczuć sa­mej Ro­bin. Obiek­cje prze­ciwko ich ro­man­sowi wciąż po­zo­sta­wały w mocy. Z dru­giej strony ("Do twa­rzy ci z nim!" - po­wie­dział ten ku­tas Mur­phy na wi­dok Ro­bin z dziec­kiem w ra­mio­nach), oba­wiał się, że tak czy ina­czej jego spółka się roz­pad­nie, po­nie­waż Ro­bin mo­gła uznać mał­żeń­stwo i dzieci za atrak­cyj­niej­szą opcję niż ka­riera de­tek­ty­wi­styczna. Cor­mo­ran Strike - szczu­plej­szy, spraw­niej­szy, z czyst­szymi płu­cami - stał za­tem sa­mot­nie na swoim pod­da­szu i trą­ca­jąc ze zło­ścią bro­kuły drew­nianą łyżką, my­ślał o tym, żeby nie my­śleć o Ro­bin El­la­cott.

Dzwo­nek ko­mórki wy­dał mu się wy­ba­wie­niem. Ode­brał, zdej­mu­jąc z ku­chenki ło­so­sia, ryż i wa­rzywa.

- Sie­masz, Bun­sen - za­brzmiał zna­jomy głos.

- Shan­ker - po­wie­dział Strike. - Co sły­chać?

Dzwo­nił do niego stary przy­ja­ciel, choć Strike mu­siałby się bar­dzo po­sta­rać, żeby przy­po­mnieć so­bie jego praw­dziwe imię. Leda, matka Strike'a, zgar­nęła osie­ro­co­nego i nie­ule­czal­nie skon­flik­to­wa­nego z pra­wem szes­na­sto­let­niego Shan­kera z ulicy po tym, jak ktoś sprze­dał mu kosę, i przy­pro­wa­dziła go do skłotu. Po­tem Shan­ker stał się dla Strike'a kimś w ro­dzaju brata przy­rod­niego i praw­do­po­dob­nie był je­dyną istotą ludzką, która ni­gdy nie wi­działa żad­nych wad w nie­re­for­mo­wal­nie lek­ko­myśl­nej i nie­po­tra­fią­cej usie­dzieć w jed­nym miej­scu Le­dzie.

- Po­trze­buję po­mocy - oznaj­mił Shan­ker.

- Mów - po­wie­dział Strike.

- Mu­szę zna­leźć jed­nego go­ścia.

- Po co? - spy­tał Strike.

- E, nie, to nie to, co my­ślisz - uspo­koił go Shan­ker. - Nie za­mie­rzam z nim za­dzie­rać.

- To do­brze. - Strike za­cią­gnął się e-pa­pie­ro­sem, który wciąż do­star­czał mu ni­ko­tyny. - Co to za je­den?

- Oj­ciec An­gel.

- Czyj oj­ciec?

- An­gel - po­wtó­rzył Shan­ker. - Mo­jej pa­sier­bicy.

- A - od­rzekł za­sko­czony Strike. - Oże­ni­łeś się?

- Nie - znie­cier­pli­wił się Shan­ker - ale miesz­kam z jej mamą, no nie?

- Cho­dzi o ali­menty?

- Nie - po­wtó­rzył Shan­ker. - Wła­śnie się do­wie­dzie­li­śmy, że An­gel ma bia­łaczkę.

- Cho­lera - od­parł ze zdzi­wie­niem Strike. - Przy­kro mi.

- Mała chce zo­ba­czyć swo­jego praw­dzi­wego tatę, a my nie mamy po­ję­cia, gdzie on się po­dziewa. To piź­dzie­lec - do­dał Shan­ker - tylko że nie z mo­jej bajki.

Strike zro­zu­miał, o co cho­dzi, po­nie­waż Shan­ker miał roz­le­głe kon­takty w lon­dyń­skim świe­cie prze­stęp­czym i z ła­two­ścią mógłby zna­leźć za­wo­do­wego kry­mi­na­li­stę.

- W po­rządku, po­daj mi jego na­zwi­sko i datę uro­dzin. - Strike się­gnął po dłu­go­pis i no­tes. Shan­ker po­dał mu dane, a po­tem spy­tał, ile to bę­dzie kosz­to­wało.

- Bę­dziesz mi winny przy­sługę - od­rzekł Strike.

- Po­waż­nie? - Shan­ker wy­dał się za­sko­czony. - No do­bra. Dzięki, Bun­sen.

Shan­ker, który ni­gdy nie miał cier­pli­wo­ści do zbęd­nych roz­mów te­le­fo­nicz­nych, roz­łą­czył się, a Strike wró­cił do bro­ku­łów i ło­so­sia, za­smu­cony wie­ścią o cho­rym dziecku, które pra­gnęło zo­ba­czyć ojca, nie­mniej jed­nak do­szedł do wnio­sku, że do­brze bę­dzie móc po­pro­sić Shan­kera o ja­kąś przy­sługę w za­mian. Drobne cynki i in­for­ma­cje, które do­sta­wał od sta­rego przy­ja­ciela, nie­kiedy przy­datne, gdy Strike po­trze­bo­wał ja­kiejś przy­nęty dla kon­tak­tów w po­li­cji, mocno po­dro­żały, od­kąd agen­cja Strike'a za­częła od­no­sić suk­cesy.

Przy­go­to­waw­szy po­si­łek, Strike za­niósł ta­lerz na mały stół w kuchni, lecz za­nim zdą­żył usiąść, jego ko­mórka za­dzwo­niła drugi raz. Po­łą­cze­nie zo­stało prze­kie­ro­wane z nu­meru sta­cjo­nar­nego agen­cji. Za­nim ode­brał, za­wa­hał się, po­nie­waż coś mu mó­wiło, że wie, kogo za chwilę usły­szy.

- Strike.

- Cześć, Bluey - za­brzmiał lekko beł­ko­tliwy głos. W tle było sły­chać spory ha­łas, mię­dzy in­nymi czy­jeś roz­mowy i mu­zykę.

Char­lotte dzwo­niła do niego po raz drugi w ciągu ty­go­dnia. Po­nie­waż już nie miała nu­meru jego ko­mórki, mo­gła się z nim kon­tak­to­wać tylko za po­śred­nic­twem te­le­fonu sta­cjo­nar­nego.

- Char­lotte, je­stem za­jęty - oznaj­mił chłodno.

- Wie­dzia­łam, że to po­wiesz... Je­stem w kosz­mar­nym klu­bie. Nie spodo­bałby ci się...

- Je­stem za­jęty - po­wtó­rzył, po czym się roz­łą­czył. Przy­pusz­czał, że za­dzwoni jesz­cze raz, i rze­czy­wi­ście to zro­biła. Po­zwo­lił, by po­łą­cze­nie tra­fiło do skrzynki gło­so­wej i zdjął ma­ry­narkę. Ro­biąc to, usły­szał sze­lest w kie­szeni i wy­jął z niej kar­teczkę, któ­rej nie po­winno tam być. Gdy ją roz­ło­żył, zo­ba­czył nu­mer ko­mórki z do­pi­skiem "Bi­jou Wat­kins". Po­my­ślał, że ta ko­bieta musi być bar­dzo zręczna, skoro udało jej się wsu­nąć kar­teczkę do jego kie­szeni tak, że tego nie po­czuł. Przedarł kar­teczkę na pół, wrzu­cił ją do ko­sza i usiadł do po­siłku.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Nie każdy ma w ta­kim sa­mym stop­niu zdol­ność do za­py­ty­wa­nia wy­roczni. Po­trzebny jest do tego ja­sny i spo­kojny umysł wraż­liwy na ko­smiczne od­dzia­ły­wa­nia ukryte w nie­po­zor­nych wró­żeb­nych ło­dy­gach [...].

Ri­chard Wil­helmze wstępu do I-cing. Księga Prze­mian

Ko­re­spon­den­cja sir Co­lina i lady Sally Eden­so­rówz ich sy­nem Wil­lia­mem

13 marca 2012

Willu,

wczo­raj ku swo­jemu prze­ra­że­niu do­wie­dzie­li­śmy się od Two­jego oso­bi­stego opie­kuna na­uko­wego, że rzu­ci­łeś stu­dia i do­łą­czy­łeś do ja­kie­goś ru­chu re­li­gij­nego. Jesz­cze bar­dziej zdu­miało nas, że nie po­roz­ma­wia­łeś z nami na ten te­mat ani nie za­da­łeś so­bie trudu, by nam po­wie­dzieć, do­kąd się wy­bie­rasz.

Je­śli ko­bieta od­bie­ra­jąca te­le­fony w sie­dzi­bie Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego nie kła­mie, z człon­kami tego ko­ścioła można się kon­tak­to­wać je­dy­nie li­stow­nie. Dała mi słowo, że ten list do Cie­bie do­trze.

Ani ja, ani Twoja matka nie ro­zu­miemy, dla­czego tak po­stą­pi­łeś, dla­czego naj­pierw z nami nie po­roz­ma­wia­łeś ani co Cię skło­niło do po­rzu­ce­nia stu­diów i przy­ja­ciół. Bar­dzo się o Cie­bie mar­twimy.

Pro­simy, skon­tak­tuj się z nami NIE­ZWŁOCZ­NIE po otrzy­ma­niu tego li­stu.

Tata

16 kwiet­nia 2012

Naj­droż­szy Willu,

pani w sie­dzi­bie ko­ścioła mówi, że list od taty do­sta­łeś, ale wciąż nie otrzy­ma­li­śmy od Cie­bie od­po­wie­dzi, więc na­dal bar­dzo się mar­twimy.

Przy­pusz­czamy, że mo­żesz być na Far­mie Chap­mana w hrab­stwie Nor­folk. W naj­bliż­szą so­botę o godz. 13 bę­dziemy z tatą w New Inn we wsi Ro­ugh­ton. Pro­szę, Will, spo­tkaj się tam z nami, że­by­śmy mo­gli po­roz­ma­wiać. Tata zna­lazł tro­chę in­for­ma­cji na te­mat Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego i wy­gląda na to, że to bar­dzo in­te­re­su­jąca or­ga­ni­za­cja dą­żąca do war­to­ścio­wych ce­lów. Do­sko­nale ro­zu­miemy, dla­czego Ci się spodo­bała.

Willu, nie pró­bu­jemy znisz­czyć Ci ży­cia. Na­prawdę chcemy Cię tylko zo­ba­czyć i upew­nić się, że wszystko u Cie­bie w po­rządku.

Twoja ko­cha­jąca mama xxx

29 kwiet­nia 2012

Drogi Willu,

wczo­raj od­wie­dzi­łem Cen­tralną Świą­ty­nię PKH w Lon­dy­nie i roz­ma­wia­łem z ko­bietą, która upar­cie twier­dziła, że prze­ka­zano Ci na­sze po­przed­nie li­sty. Po­nie­waż jed­nak nie zja­wi­łeś się w so­botę na spo­tka­niu i nie przy­sła­łeś nam żad­nej wia­do­mo­ści, nie je­ste­śmy w sta­nie stwier­dzić, czy ona mówi prawdę.

Czuję się za­tem w obo­wiązku oświad­czyć - na uży­tek Twój albo osoby, która być może nie­le­gal­nie otwiera Twoją ko­re­spon­den­cję - że wiem na pewno, iż je­steś na Far­mie Chap­mana, że ni­gdy nie opusz­czasz jej bez osób to­wa­rzy­szą­cych i że sporo schu­dłeś. Wiem też, że nikt oprócz człon­ków ko­ścioła nie ma wstępu na tę farmę.

Willu, je­steś bar­dzo in­te­li­gentny, lecz fakty są ta­kie, że je­steś au­ty­sty­kiem i nie po raz pierw­szy ktoś Tobą ma­ni­pu­luje. Je­śli do 5 maja do nas nie za­dzwo­nisz albo nie do­sta­niemy od Cie­bie wła­sno­ręcz­nie na­pi­sa­nego li­stu, za­wia­do­mię po­li­cję.

Je­stem w kon­tak­cie z by­łym człon­kiem Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego i chciał­bym, że­byś się z nim spo­tkał. Je­śli ko­ściół nie ma nic do ukry­cia i prze­by­wasz na Far­mie Chap­mana z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli, jego człon­ko­wie nie będą mieli nic prze­ciwko temu, że­byś się z nami spo­tkał i po­roz­ma­wiał z tym czło­wie­kiem.

Willu, po­wta­rzam, je­śli do 5 maja nie dasz znaku ży­cia, za­wia­do­mię po­li­cję.

Tata

1 maja 2012

Dro­dzy Co­li­nie i Sally,

dzię­kuję za li­sty. U mnie wszystko w po­rządku. Je­stem bar­dzo szczę­śliwy w PKH i zro­zu­mia­łem tu wiele rze­czy, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie ro­zu­mia­łem. Tak na­prawdę nie miesz­czę się w spek­trum au­ty­zmu. To ety­kietka, którą mi przy­cze­pi­li­ście, żeby uspra­wie­dli­wić kon­trolę, jaką mi na­rzu­ca­li­ście przez całe moje ży­cie. Nie je­stem wa­szym obiek­tem cie­le­snym i w prze­ci­wień­stwie do was nie kie­ruję się wzglę­dami fi­nan­so­wymi ani ma­te­ria­li­stycz­nymi.

Z wa­szego ostat­niego li­stu wnio­skuję, że ka­za­li­ście ko­muś ob­ser­wo­wać Farmę Chap­mana. Je­stem do­ro­sły i to, że w dal­szym ciągu trak­tu­je­cie mnie jak dziecko, które na­leży szpie­go­wać, do­wo­dzi je­dy­nie, jak bar­dzo nie mogę wam ufać.

Poza tym do­sko­nale wiem, z któ­rym by­łym człon­kiem PKH chce­cie mnie po­znać. To bar­dzo nie­bez­pieczny, podły czło­wiek, który skrzyw­dził wiele nie­win­nych osób. Ra­dzę wam, że­by­ście wię­cej się z nim nie kon­tak­to­wali.

Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze bło­go­sławi każ­dego, kto od­daje Jej cześć.

Will

2 maja 2012

Drogi Willu,

bar­dzo się ucie­szy­li­śmy, gdy do­sta­li­śmy Twój list, lecz tro­chę nas za­nie­po­koił, bo w ogóle Cię w nim nie roz­po­zna­jemy, ko­cha­nie.

Willu, pro­simy, spo­tkaj się z nami. Je­śli bę­dziemy mo­gli się zo­ba­czyć, prze­ko­namy się, że je­steś szczę­śliwy i wiesz, co ro­bisz. O nic wię­cej nie pro­simy, tylko o spo­tka­nie twa­rzą w twarz.

Ko­cha­nie, będę z Tobą zu­peł­nie szczera. Tata rze­czy­wi­ście zle­cił ko­muś ob­ser­wo­wa­nie Farmy Chap­mana, po­nie­waż bar­dzo się o Cie­bie nie­po­koi, ale przy­rze­kam, że to się już nie po­wtó­rzy. Tata się z tego wy­co­fał. Willu, nikt Cię nie szpie­guje i nie chcemy Cię kon­tro­lo­wać. Chcemy Cię tylko zo­ba­czyć i usły­szeć od Cie­bie, że je­steś szczę­śliwy i dzia­łasz z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli.

Ko­chamy Cię i za­pew­niam, że chcemy dla Cie­bie jak naj­le­piej.

Mama xxx

12 maja 2012

Dro­dzy Co­li­nie i Sally,

spo­tkam się z wami w Cen­tral­nej Świą­tyni przy Ru­pert Co­urt w Lon­dy­nie 23 maja w po­łu­dnie. Ni­kogo ze sobą nie przy­pro­wa­dzaj­cie, zwłasz­cza żad­nego by­łego członka ko­ścioła, po­nie­waż nie zo­sta­nie wpusz­czony.

Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze bło­go­sławi każ­dego, kto od­daje Jej cześć.

Will

24 maja 2012

Dro­dzy Co­li­nie i Sally,

zgo­dzi­łem się z wami wczo­raj spo­tkać, żeby udo­wod­nić, że je­stem zu­peł­nie szczę­śliwy i mam pełną kon­trolę nad swo­imi de­cy­zjami. Oby­dwoje do­wie­dli­ście swo­jego wy­so­kiego po­ziomu ego­mo­tyw­no­ści i braku sza­cunku dla mnie oraz znie­wa­ży­li­ście lu­dzi, któ­rych sza­nuję i ko­cham.

Je­śli skon­tak­tu­je­cie się z po­li­cją albo znowu ka­że­cie mnie ob­ser­wo­wać, po­dam was do sądu. Ko­ściół zor­ga­ni­zo­wał mi ba­da­nie u le­ka­rza, który ze­zna, że je­stem w pełni władz umy­sło­wych i że pró­bu­je­cie wy­wie­rać na mnie nad­mierny wpływ. Poza tym skon­tak­to­wa­łem się z praw­ni­kami PKH. Mój fun­dusz po­wier­ni­czy na­leży wy­łącz­nie do mnie, a po­nie­waż dzia­dek zo­sta­wił te pie­nią­dze mnie, a nie wam, nie ma­cie prawa mnie po­wstrzy­my­wać od wy­ko­rzy­sta­nia tego spadku na rzecz do­bra.

Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze bło­go­sławi każ­dego, kto od­daje Jej cześć.

Will

16 marca 2013

Naj­droż­szy Willu,

wiem, że pi­szę to w każ­dym li­ście, ale pro­szę, pro­szę, skon­tak­tuj się z nami. Ro­zu­miemy i sza­nu­jemy Twoją chęć po­zo­sta­nia w PKH. Chcemy je­dy­nie wie­dzieć, że je­steś szczę­śliwy i zdrowy. Naj­bar­dziej chcie­li­by­śmy spo­tkać się z Tobą. Willu, mi­nął po­nad rok. Bar­dzo za Tobą tę­sk­nimy.

Prze­sła­łam Ci na Farmę Chap­mana pre­zent uro­dzi­nowy. Mam na­dzieję, że do­tarł.

Pro­szę, Willu, skon­tak­tuj się z nami. Nikt nie bę­dzie pró­bo­wał Cię prze­ko­nać do odej­ścia z PKH. Chcemy je­dy­nie, że­byś był szczę­śliwy. Tata gorzko ża­łuje nie­któ­rych słów, ja­kie po­wie­dział pod­czas na­szego ostat­niego spo­tka­nia. Nie je­ste­śmy na Cie­bie źli, Willu, po pro­stu roz­pacz­li­wie za tobą tę­sk­nimy.

Tata doda list od sie­bie, a ja chcę tylko na­pi­sać, że ko­cham Cię ca­łym ser­cem i po pro­stu chcę mieć pew­ność, że wszystko u Cie­bie w po­rządku.

Mama xxx xxx

Willu,

szcze­rze prze­pra­szam za to, co po­wie­dzia­łem o ko­ściele w ubie­głym roku. Mam na­dzieję, że zdo­łasz mi wy­ba­czyć i że się z nami skon­tak­tu­jesz. Mama bar­dzo za Tobą tę­skni, po­dob­nie jak ja.

Twój ko­cha­jący

Tata x

Frag­menty pi­sma kan­ce­la­rii praw­ni­czej Co­olidge i Fa­ir­fax skie­ro­wa­nego do pana Ke­vina Pir­bri­ghta, by­łego członka Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego

18 marca 2013

PRY­WATNA I PO­UFNA

KO­RE­SPON­DEN­CJA PRAW­NI­CZA

ZA­KAZ PU­BLI­KO­WA­NIA, TRANS­MI­TO­WA­NIA

I ROZ­PO­WSZECH­NIA­NIA

Sza­nowny Pa­nie [...],

ni­niej­sze pi­smo opiera się na za­ło­że­niu, że jest Pan osobą od­po­wie­dzialną za blog "Prawda o Po­wszech­nej Sek­cie", który pro­wa­dzi Pan jako "Były czło­nek PKH" [...].

Wpis na blogu z kwiet­nia 2012 roku: Po­wią­za­nie z Ayl­mer­ton

2 kwiet­nia 2012 roku opu­bli­ko­wał Pan na blogu wpis za­ty­tu­ło­wany Po­wią­za­nie z Ayl­mer­ton. Post ten za­wiera różne fał­szywe i wy­soce oszczer­cze twier­dze­nia na te­mat PKH. W pierw­szych aka­pi­tach czy­tamy:

Ogromna więk­szość co­raz licz­niej­szych człon­ków zwa­bia­nych do ko­ścioła prze­sła­niem rów­no­ści, róż­no­rod­no­ści i dzia­łal­no­ści do­bro­czyn­nej nie wie, że Po­wszechny Ko­ściół Hu­ma­ni­tarny zro­dził się ze Wspól­noty Ayl­mer­ton, owia­nej złą sławą ko­muny z sie­dzibą w hrab­stwie Nor­folk, która w 1986 roku zo­stała zde­ma­sko­wana jako przy­krywka dla pe­do­fil­skiej dzia­łal­no­ści ro­dziny Crow­the­rów.

Więk­szość człon­ków Wspól­noty Ayl­mer­ton aresz­to­wano ra­zem z ro­dziną Crow­the­rów, lecz ci, któ­rym się po­szczę­ściło i unik­nęli pro­ku­ra­tor­skich za­rzu­tów, zo­stali na te­re­nie wspól­noty, którą prze­chrzcili na Farmę Chap­mana. Ci za­twar­dzialcy za­ło­żyli póź­niej PKH.

Każdy do­cie­kliwy czy­tel­nik wy­wnio­skuje z tych słów, że PKH jest w isto­cie kon­ty­nu­acją Wspól­noty Ayl­mer­ton pod inną na­zwą oraz że dzia­łal­ność PKH przy­po­mina dzia­łal­ność Wspól­noty Ayl­mer­ton, zwłasz­cza w od­nie­sie­niu do pe­do­fi­lii. Oba twier­dze­nia są fał­szywe i wy­soce oszczer­cze dla na­szych klien­tów.

Co wię­cej, sfor­mu­ło­wa­nia "ci, któ­rym się po­szczę­ściło i unik­nęli za­rzu­tów pro­ku­ra­tor­skich" oraz "za­twar­dzialcy" su­ge­rują do­cie­kli­wemu czy­tel­ni­kowi, że osoby po­zo­stałe na te­re­nie wspól­noty, do­pusz­czały się bez­praw­nych czy­nów po­dob­nych do tych, za które aresz­to­wano ro­dzinę Crow­the­rów. W twier­dze­niu tym nie ma ani krzty prawdy, jest ono fał­szywe i wy­soce oszczer­cze dla człon­ków PKH i jego Rady Prze­ło­żo­nych.

Stan fak­tyczny

W rze­czy­wi­sto­ści tylko je­den czło­nek PKH na­le­żał kie­dy­kol­wiek do Wspól­noty Ayl­mer­ton: to pani Mazu Wace, żona Jo­na­thana Wace'a, za­ło­ży­ciela i przy­wódcy PKH.

W chwili roz­wią­za­nia Wspól­noty Ayl­mer­ton Mazu Wace miała pięt­na­ście lat i na pro­ce­sie ze­zna­wała prze­ciwko bra­ciom Crow­ther. In­for­ma­cje te są do­stępne w ar­chi­wach pań­stwo­wych i z ła­two­ścią można do nich do­trzeć za po­śred­nic­twem akt są­do­wych oraz do­nie­sień pra­so­wych na te­mat tej sprawy.

Pani Wace otwar­cie mó­wiła o swo­ich trau­ma­tycz­nych do­świad­cze­niach we Wspól­no­cie Ayl­mer­ton także na spo­tka­niach człon­ków ko­ścioła, w któ­rych oso­bi­ście Pan uczest­ni­czył. Nie tylko da­leko było jej do tego, by "po­szczę­ściło jej się i unik­nęła pro­ku­ra­tor­skich za­rzu­tów", lecz sama pa­dła ofiarą Crow­the­rów. In­sy­nu­owa­nie, że brała udział w nik­czem­nych, bez­praw­nych dzia­ła­niach Crow­the­rów lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób je apro­bo­wała jest wy­soce oszczer­cze i spra­wiło pani Wace ogromną przy­krość oraz ból. Po­nadto po­waż­nie za­szko­dziło i praw­do­po­dob­nie da­lej bę­dzie szko­dzić re­pu­ta­cji pani Wace i PKH. Grozi Panu za to od­po­wie­dzial­ność karna.

Wpis na blogu z 28 stycz­nia 2013: Wielki cha­ry­ta­tywny prze­kręt

28 stycz­nia 2013 roku opu­bli­ko­wał Pan wpis za­ty­tu­ło­wany Wielki cha­ry­ta­tywny prze­kręt, w któ­rym stwier­dza Pan:

Tak na­prawdę je­dy­nym ce­lem PKH jest gro­ma­dze­nie pie­nię­dzy i wy­cho­dzi mu to wy­jąt­kowo do­brze. Pod­czas gdy le­piej znani człon­ko­wie mogą so­bie po­zwo­lić na gło­sze­nie wiary w wy­wia­dach pra­so­wych, od sze­re­go­wych człon­ków wy­maga się, by co­dzien­nie cho­dzili po uli­cach z pusz­kami na datki i prze­by­wali tam bez względu na po­godę i stan zdro­wia, do­póki nie złożą swo­jej "ofiary". Każdy sze­re­gowy czło­nek musi przy­nieść co naj­mniej sto fun­tów dzien­nie, gdyż w prze­ciw­nym ra­zie na­raża się na gniew Taio Wace'a, wy­bu­cho­wego eg­ze­ku­tora ko­ścioła i za­ra­zem star­szego z dwóch sy­nów Jo­na­thana i Mazu Wace'ów.

Na­zwa­nie pana Taio Wace'a "wy­bu­cho­wym eg­ze­ku­to­rem" zo­sta­nie ode­brane przez do­cie­kli­wego czy­tel­nika jako su­ge­stia, że pan Taio Wace to agre­sywny, nie­prze­wi­dy­walny ty­ran. Taki wi­ze­ru­nek jest wy­soce oszczer­czy dla pana Taio Wace'a i praw­do­po­dob­nie po­waż­nie za­szko­dzi za­równo jego re­pu­ta­cji jako przy­wódcy Ko­ścioła, jak i sa­memu PKH.

W dal­szej czę­ści pi­sze Pan:

Do­kąd tra­fiają te wszyst­kie pie­nią­dze? Do­bre py­ta­nie. Ci, któ­rzy od­wie­dzą na­le­żące do ko­ścioła "ustro­nie" na Far­mie Chap­mana, za­uważą, że pod­czas gdy zwy­kli człon­ko­wie "roz­ko­szują się" do­świad­cza­niem nie­zme­cha­ni­zo­wa­nego rol­nic­twa, śpiąc w nie­ogrze­wa­nych sto­do­łach i za­mie­nia­jąc swoje puszki z dat­kami na mo­tyki i pługi cią­gnięte przez ko­nie, wa­runki, w ja­kich miesz­kają prze­ło­żeni i ce­le­bryci, są znacz­nie bar­dziej kom­for­towe.

Główny bu­dy­nek farmy po­więk­szono i wy­re­mon­to­wano, do­pro­wa­dza­jąc go do zde­cy­do­wa­nie dwu­dzie­sto­pierw­szo­wiecz­nego stan­dardu, wy­po­sa­ża­jąc w ba­sen, ja­cuzzi, si­łow­nię, saunę i pry­watne kino. Więk­szość prze­ło­żo­nych jeź­dzi no­wiu­teń­kimi luk­su­so­wymi sa­mo­cho­dami, a Jo­na­than Wace, głowa ko­ścioła (znany jego człon­kom jako Papa J.), po­siada nie­ru­cho­mość w An­ti­gui. Osoby od­wie­dza­jące Cen­tralną Świą­ty­nię przy Ru­pert Co­urt mogą także za­uwa­żyć co­raz bar­dziej eks­klu­zywne ele­menty wy­po­sa­że­nia, że nie wspo­mnę o ha­fto­wa­nych zło­tem sza­tach prze­ło­żo­nych. "Pro­stota, Skrom­ność i Do­bro­czyn­ność"? Ra­czej "Ko­rup­cja, Dwu­li­co­wość i Próż­ność".

Także w tym przy­padku każdy do­cie­kliwy czy­tel­nik tego po­stu zin­ter­pre­tuje go w ten spo­sób, że Rada Prze­ło­żo­nych bez­praw­nie przy­własz­cza so­bie środki prze­ka­zane na cele do­bro­czynne i albo bie­rze je do swo­jej kie­szeni, albo prze­zna­cza na luk­su­sowe wy­po­sa­że­nie i odzież na wła­sny uży­tek. To twier­dze­nie jest cał­ko­wi­cie fał­szywe i wy­soce oszczer­cze dla Rady Prze­ło­żo­nych.

Stan fak­tyczny

Jak można się do­wie­dzieć z ar­chi­wów pań­stwo­wych, pani Mar­ga­ret Ca­th­cart-Bryce, za­można wie­lo­let­nia człon­kini Ko­ścioła, za ży­cia prze­ka­zała na jego rzecz znaczne środki w for­mie datku na re­mont Farmy Chap­mana, a gdy zmarła w 2004 roku, Rada Prze­ło­żo­nych zo­stała je­dy­nym be­ne­fi­cjen­tem jej te­sta­mentu, co umoż­li­wiło Ko­ścio­łowi na­by­cie w cen­tral­nym Lon­dy­nie, Bir­ming­ham i Glas­gow nie­ru­cho­mo­ści prze­zna­czo­nych na spo­tka­nia człon­ków zgro­ma­dze­nia.

Pana wpis na blogu za­wiera kilka cał­ko­wi­cie fał­szy­wych twier­dzeń. Na Far­mie Chap­mana nie ma ani ja­cuzzi, ani ba­senu, a pan Jo­na­than Wace nie po­siada i ni­gdy nie po­sia­dał nie­ru­cho­mo­ści w An­ti­gui. Wszyst­kie sa­mo­chody na­le­żące do prze­ło­żo­nych Ko­ścioła zo­stały ku­pione za ich wła­sne pen­sje. Pana twier­dze­nie, że wy­maga się od człon­ków Ko­ścioła ze­bra­nia stu fun­tów dzien­nie, gdyż w prze­ciw­nym ra­zie na­ra­żają się na "gniew" pana Taio Wace'a, także jest zu­peł­nie fał­szywe.

Cała dzia­łal­ność fi­nan­sowa Ko­ścioła jest otwarta i przej­rzy­sta. Żadne środki fi­nan­sowe ze­brane na cele cha­ry­ta­tywne ni­gdy nie były prze­zna­czane na utrzy­ma­nie i re­mont Farmy Chap­mana ani na na­by­cie sie­dziby PKH w Lon­dy­nie czy pod­nie­sie­nie jej stan­dardu, a prze­ło­żeni nie czer­pali z tych środ­ków żad­nych ko­rzy­ści oso­bi­stych. Su­ge­ro­wa­nie, że PKH albo jego Rada Prze­ło­żo­nych są "sko­rum­po­wani", "dwu­li­cowi" i "próżni" jest wy­soce oszczer­cze za­równo dla Ko­ścioła, jak i dla jego rady, oraz może po­waż­nie za­szko­dzić re­pu­ta­cji PKH. Za to także grozi od­po­wie­dzial­ność karna.

Wpis na blogu z 23 lu­tego 2013 roku: Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze

23 lu­tego 2013 roku opu­bli­ko­wał Pan wpis za­ty­tu­ło­wany Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze, w któ­rym za­warł Pan sze­reg oszczer­czych i głę­boko krzyw­dzą­cych twier­dzeń na te­mat śmierci przez uto­nię­cie w 1995 roku Da­iyu, pier­wo­rod­nego dziecka pań­stwa Wace'ów, którą PKH uznaje za pro­ro­ki­nię.

Człon­ko­wie PKH do­sko­nale zdają so­bie sprawę, że choć teo­re­tycz­nie wszy­scy pro­rocy są równi, je­den jest rów­niej­szy od in­nych. Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze stała się cen­tralną po­sta­cią w kul­cie PKH, ma­jącą wła­sne ry­tu­ały i od­rębne prak­tyki re­li­gijne. Bez wąt­pie­nia po­cząt­kowo Mazu Wace pra­gnęła w ja­kimś sen­sie "za­cho­wać przy ży­ciu" zmarłą córkę [Da­iyu Wace], ale te­raz przy każ­dej oka­zji wy­ko­rzy­stuje swój zwią­zek z Pro­ro­ki­nią Za­braną przez Mo­rze. Po pra­niu mó­zgu bar­dzo nie­liczni człon­ko­wie ko­ścioła mają od­wagę spy­tać (choćby szep­tem), co ta­kiego spra­wiło, że sied­mio­latka, która uto­nęła w mo­rzu, za­słu­żyła na sta­tus pro­ro­kini. Jesz­cze mniej osób ośmiela się zwró­cić uwagę na dziwny zbieg oko­licz­no­ści: pierw­sza żona Jo­na­thana Wace'a (za­wsze wy­ma­zy­wana z hi­sto­rii PKH) także uto­piła się przy plaży w Cro­mer.

Za­warte w tym aka­pi­cie twier­dze­nia i in­sy­nu­acje nie mo­głyby być chyba bar­dziej ob­raź­liwe, krzyw­dzące i oszczer­cze dla pań­stwa Wace'ów oraz dla ca­łego PKH.

Su­ge­stia, ja­koby pani Wace "wy­ko­rzy­sty­wała" tra­giczną śmierć swo­jej córki to podłe po­mó­wie­nie, wy­soce oszczer­cze dla pani Wace za­równo jako matki, jak i prze­ło­żo­nej Ko­ścioła.

Po­nadto do­cie­kliwy czy­tel­nik, prze­czy­taw­szy, w jaki spo­sób używa pan sfor­mu­ło­wa­nia "dziwny zbieg oko­licz­no­ści" w od­nie­sie­niu do przy­pad­ko­wego uto­pie­nia się pani Jen­ni­fer Wace, praw­do­po­dob­nie wy­snuje wnio­sek, że jest coś po­dej­rza­nego albo w śmierci pani Jen­ni­fer Wace, albo w tym, że ży­cie Da­iyu Wace za­koń­czyło się tra­gicz­nie w po­dobny spo­sób.

Stan fak­tyczny

29 lipca 1995 roku sied­mio­let­nia Da­iyu Wace uto­piła się w mo­rzu przy plaży w Cro­mer. Jak z ła­two­ścią można się do­wie­dzieć z ar­chi­wów pań­stwo­wych oraz z akt są­do­wych i ma­te­ria­łów pra­so­wych po­świę­co­nych do­cho­dze­niu w spra­wie jej śmierci, wcze­snym ran­kiem Da­iyu zo­stała za­brana na plażę przez człon­ki­nię Ko­ścioła, która nie spy­tała ro­dzi­ców dziew­czynki o po­zwo­le­nie. Gdy do pań­stwa Wace'ów do­tarła wieść, że ich córka uto­piła się, pły­wa­jąc bez nad­zoru, byli zdru­zgo­tani.

To, że nie­któ­rzy zmarli człon­ko­wie Ko­ścioła zo­stają po śmierci "pro­ro­kami", jest ele­men­tem sys­temu wie­rzeń PKH. Prze­ko­na­nia re­li­gijne są chro­nione bry­tyj­skim pra­wem.

Praw­dziwą hi­sto­rię tra­gicz­nej śmierci pani Jen­ni­fer Wace także można po­znać z akt są­do­wych i do­nie­sień pra­so­wych na te­mat do­cho­dze­nia w tej spra­wie. Pani Jen­ni­fer Wace zgi­nęła po po­łu­dniu w dniu święta na­ro­do­wego w maju 1988 roku. Cier­piała na epi­lep­sję i do­znała w wo­dzie na­padu grand mal. Mimo sta­rań oko­licz­nych pły­wa­ków, któ­rzy ru­szyli jej na ra­tu­nek, uto­nęła. Pod­czas do­cho­dze­nia liczni świad­ko­wie ze­znali, że pana Jo­na­thana Wace'a nie było w mo­rzu w chwili śmierci pani Wace. Gdy do­wie­dział się, co się dzieje, wbiegł do wody, lecz było już za późno, aby ura­to­wać jego żonę. Pan Wace był zroz­pa­czony przed­wcze­sną śmier­cią pierw­szej żony i by­naj­mniej nie "wy­ma­zał" jej ze swo­jej oso­bi­stej hi­sto­rii, lecz pu­blicz­nie oświad­czył, iż ta tra­ge­dia po­głę­biła jego kieł­ku­jącą wiarę re­li­gijną, w któ­rej szu­kał po­cie­chy. Wszel­kie su­ge­stie, że było ina­czej, są fał­szywe, podłe i wy­soce oszczer­cze dla pana Jo­na­thana Wace'a.

Po­nadto wy­soce oszczer­cze jest okre­śla­nie Ko­ścioła mia­nem sekty albo su­ge­ro­wa­nie, że jego człon­ków pod­daje się pra­niu mó­zgu. Wszy­scy człon­ko­wie PKH na­leżą do tego Ko­ścioła z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli i mogą go opu­ścić w do­wol­nym mo­men­cie.

Pod­su­mo­wu­jąc [...].

Ko­re­spon­den­cja mej­lowa by­łego członka PKH pana Ke­vina Pir­bri­ghta z sir Co­li­nem Eden­so­rem

Ke­vin Pir­bri­ght

20 marca 2013

Pi­smo od praw­nika PKH

Do: sir Co­lina Eden­sora

Drogi Co­li­nie,

Dziś rano do­sta­łem pi­smo od PKH na­ka­zu­jące mi za­mknąć blog, bo w prze­ciw­nym ra­zie za to za­płacę, po­sta­wią mnie przed są­dem itp., itd., czyli to, czym grożą wszyst­kim by­łym człon­kom. I do­brze! Chcę, żeby ta sprawa tra­fiła do sądu. Nie mam jed­nak pie­nię­dzy na praw­nika, więc za­sta­na­wia­łem się, czy nie mógł­byś mi po­móc, po­nie­waż w spra­wach o znie­sła­wie­nie ra­czej nie dają ad­wo­kata z urzędu. Ro­bię to dla wszyst­kich, któ­rym piorą tam mó­zgi, także dla Willa. Trzeba rzu­cić świa­tło na to, co te dra­nie wy­pra­wiają.

Praca nad książką idzie bar­dzo do­brze. Poza tym wszyst­kie po­dej­mo­wane przez nich prze­ciwko mnie dzia­ła­nia po­zwolą mi do­pi­sać nowe roz­działy!

Po­zdra­wiam

Ke­vin

Sir Co­lin Eden­sor

20 marca 2013

Re: Pi­smo od praw­nika PKH

Do: Ke­vina Pir­bri­ghta

Drogi Ke­vi­nie,

z przy­jem­no­ścią po­mogę po­kryć koszty ho­no­ra­rium praw­ni­ków. Po­le­cam wła­snych, Ren­to­nów, któ­rzy już wie­dzą o nie­go­dzi­wych dzia­ła­niach PKH w od­nie­sie­niu do na­szego syna. In­for­muj mnie o po­stę­pach. To wspa­niale, że praca nad książką idzie do­brze. Moim zda­niem ta pu­bli­ka­cja wiele zmieni.

Z po­zdro­wie­niami

Co­lin

Frag­ment wy­wiadu z ak­torką Noli Sey­mour w ma­ga­zy­nie "Ze­it­ge­ist", sty­czeń 2014

[...]

Py­tam o dwa małe chiń­skie znaki wy­ta­tu­owane tuż pod le­wym uchem Sey­mour: nowe do­datki do jej już i tak ob­szer­nej ko­lek­cji body artu.

- Och, zro­bi­łam je so­bie w ubie­głym mie­siącu. Ozna­czają "j?nzi", czyli "złoto". To na­wią­za­nie do Zło­tej Pro­ro­kini z Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego.

Wcze­śniej po­in­for­mo­wano mnie, że Sey­mour nie bę­dzie od­po­wia­dała na py­ta­nia o swoją przy­na­leż­ność do kon­tro­wer­syj­nego PKH, lecz skoro sama po­ru­szyła ten te­mat, py­tam, co są­dzi o ne­ga­tyw­nych po­gło­skach na te­mat tego ko­ścioła.

- Noli nie chce o tym roz­ma­wiać - od­zywa się jej PR-owiec, lecz klientka go igno­ruje.

- Och, li­to­ści - mówi, prze­wra­ca­jąc swo­imi olśnie­wa­ją­cymi błę­kit­nymi oczami. - Czy NA­PRAWDĘ jest coś strasz­nego w chęci po­mocy bez­dom­nym i da­nia chwili wy­tchnie­nia dzie­cia­kom, które na co dzień opie­kują się bli­skimi? Po­waż­nie: czy lu­dzie nie mają nic lep­szego do ro­boty niż ata­ko­wać miej­sce, które czyni je­dy­nie do­bro? Mó­wię se­rio - do­daje, pierw­szy raz po­chy­la­jąc się do mnie z po­ważną miną - Po­wszechny Ko­ściół Hu­ma­ni­tarny to naj­bar­dziej po­stę­powa re­li­gia wszech cza­sów. Jest bar­dzo spójna. Dąży do upo­wszech­nie­nia, po­nie­waż wła­śnie ta­kie jest ży­cie i taka jest ludz­kość: to po­szu­ki­wa­nie jed­no­ści i pełni. To jedna z tych rze­czy, które na­prawdę mi się tam po­do­bają. No bo we wszyst­kich re­li­giach są ja­kieś ele­menty prawdy, ale nie zo­ba­czymy jej, do­póki ich nie po­łą­czymy. Dla­tego jest tam ol­brzy­mia róż­no­rod­ność. Stu­diu­jemy różne święte księgi. Po­win­naś przyjść na spo­tka­nie. Masa lu­dzi przy­cho­dzi z cie­ka­wo­ści, a po­tem już tu zo­staje.

Nie je­stem za­sko­czona, gdy po tych sło­wach in­ter­we­niuje PR-owiec Sey­mour, przy­po­mi­na­jąc Noli, że mamy roz­ma­wiać o jej naj­now­szym fil­mie.

[...]

Ko­re­spon­den­cja mej­lowa sir Co­lina Eden­sora z jego praw­ni­kiem Da­vi­dem Ren­to­nem

Sir Co­lin Eden­sor

27 maja 2014

Fun­dusz po­wier­ni­czy Willa Eden­sora

Do: Da­vida Ren­tona

Drogi Da­vi­dzie,

prze­pra­szam, że pod­czas na­szej po­ran­nej roz­mowy te­le­fo­nicz­nej po­nio­sły mnie emo­cje. Za­pewne ro­zu­miesz, że cała ta sy­tu­acja daje mi się we znaki, zwłasz­cza w świe­tle nie­daw­nej dia­gnozy po­sta­wio­nej Sally.

Do­sko­nale zdaję so­bie sprawę, że Will jest peł­no­letni i ma prawo od­mó­wić pod­da­nia się dal­szym ba­da­niom psy­chia­trycz­nym, lecz je­stem sfru­stro­wany sy­tu­acją, w któ­rej się zna­leź­li­śmy, przy­po­mi­na­jącą za­gadkę o jajku i ku­rze. Mó­wisz, że ak­tu­al­nie nie ma pod­staw, by sę­dzia orzekł nie­po­czy­tal­ność Willa. Mój syn do­łą­czył do nie­bez­piecz­nej sekty i ze­rwał wszel­kie kon­takty z ro­dziną oraz daw­nymi przy­ja­ciółmi. Już samo to z pew­no­ścią do­wo­dzi jego nie­zrów­no­wa­że­nia i stwa­rza pod­stawy do dal­szej oceny le­kar­skiej.

Sam fakt, że ten dok­tor Andy Zhou jest jed­nym z prze­ło­żo­nych PKH, po­wi­nien go dys­kwa­li­fi­ko­wać jako osobę le­czącą i oce­nia­jącą stan zdro­wia człon­ków tego ko­ścioła. Zdaję so­bie sprawę, że Zhou jest czyn­nym za­wo­dowo psy­cho­lo­giem, ale prze­cież z po­wodu jego przy­na­leż­no­ści do PKH po­wstaje tu co naj­mniej ra­żący kon­flikt in­te­re­sów, je­śli cho­dzi o ocenę stanu zdro­wia psy­chicz­nego bez­bron­nych człon­ków ko­ścioła bę­dą­cych w po­sia­da­niu ol­brzy­mich fun­du­szy po­wier­ni­czych.

Jak wiesz, na czwart­ko­wym ze­bra­niu zo­sta­łem prze­gło­so­wany przez po­wier­ni­ków Willa, któ­rych więk­szość uznała, że nie ma pod­staw praw­nych, by po­zba­wić go do­stępu do tych środ­ków fi­nan­so­wych. Ozna­cza to, że łączna suma pie­nię­dzy, które Will pod­jął z fun­du­szu, od­kąd przy­łą­czył się do PKH, się­gnęła dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu ty­sięcy fun­tów. Nie wie­rzę, że Will kie­dy­kol­wiek za­mie­rzał wpła­cić wkład wła­sny na za­kup domu czy sa­mo­chodu, po­nie­waż wciąż mieszka na Far­mie Chap­mana i nic nie wska­zuje na to, by za­pi­sał się na na­ukę jazdy.

Jak Ci wspo­mnia­łem przez te­le­fon, Ke­vin Pir­bri­ght jest go­tów ze­znać w są­dzie, że ta­kim za­moż­nym oso­bom jak Will pod­suwa się tam sza­blony pism w celu ich od­ręcz­nego prze­pi­sa­nia we wnio­sku o wy­płatę środ­ków fi­nan­so­wych. Nikt, kto zna Willa, nie uwie­rzyłby, że to on na­pi­sał dwa ostat­nie pi­sma do rady po­wier­ni­czej. Po­nadto za­uwa­ży­łem, że gdy cho­dzi o po­ło­że­nie łapy na go­tówce, Will nie wspo­mina o Pro­ro­kini Za­bra­nej przez Mo­rze.

Był­bym Ci wdzięczny za każdą radę do­ty­czącą tego, jak prze­zwy­cię­żyć im­pas, w któ­rym się zna­leź­li­śmy. Uwa­żam, że cho­robę Sally wy­wo­łał stres, jaki prze­ży­wała w ciągu dwóch ostat­nich lat. Oby­dwoje wciąż bar­dzo mar­twimy się o syna.

Twój

Co­lin

Da­vid Ren­ton

27 maja 2014

Re: Fun­dusz po­wier­ni­czy Willa Eden­sora

Do: sir Co­lina Eden­sora

Drogi Co­li­nie,

dzię­kuję za mejla. Do­sko­nale ro­zu­miem, że to nie­zmier­nie stre­su­jąca sy­tu­acja dla Cie­bie i Sally. Szcze­rzę Wam współ­czuję, zwłasz­cza w świe­tle nie­daw­nej dia­gnozy po­sta­wio­nej Sally.

Choć obaj mamy wąt­pli­wo­ści i py­ta­nia do­ty­czące Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego, jest to le­gal­nie za­re­je­stro­wany pod­miot, któ­rego ni­gdy nie po­sta­wiono sku­tecz­nie w stan oskar­że­nia.

Nie­stety, je­śli cho­dzi o ewen­tu­al­ność we­zwa­nia na świadka Ke­vina Pir­bri­ghta, mam obawy zwią­zane z jego wia­ry­god­no­ścią. Już mu­siał usu­nąć z bloga po­świę­co­nego PKH za­miesz­czone tam nie­ści­sło­ści, a w część jego za­rzu­tów pod ad­re­sem tego ko­ścioła trudno uwie­rzyć, zwłasz­cza w jego re­la­cje z ob­ja­wień pro­ro­ków, które przy­pi­suje dzia­ła­niu sił nad­przy­ro­dzo­nych.

Je­śli znasz ja­kichś in­nych by­łych człon­ków PKH, któ­rych można by na­kło­nić do zło­że­nia ze­znań w spra­wie sto­so­wa­nia ogra­ni­cze­nia wol­no­ści, pod­su­wa­nia sza­blo­nów pism i tak da­lej, chyba mo­gli­by­śmy pójść z tym do sądu, lecz oba­wiam się, że je­śli Twoim je­dy­nym świad­kiem bę­dzie Ke­vin, masz bar­dzo ni­kłe szanse.

Co­li­nie, przy­kro mi z po­wodu tej po­nu­rej pro­gnozy. Je­śli uda Ci się zna­leźć in­nych by­łych człon­ków ko­ścioła, z przy­jem­no­ścią wrócę do te­matu.

Wszyst­kiego naj­lep­szego

Da­vid

Frag­ment wy­wiadu z pi­sa­rzem Gi­le­sem Har­mo­nem, ma­ga­zyn "Clic­kLit", luty 2015

[...]

CL: Nie­któ­rzy czy­tel­nicy za­uwa­żyli w naj­now­szej po­wie­ści bar­dzo głę­boką zmianę w pana po­dej­ściu do re­li­gii.

GH: Tak na­prawdę to nie jest żadna zmiana. To po­stęp, ewo­lu­cja. Je­stem po pro­stu na tej ścieżce o kilka kro­ków da­lej, niż by­łem. Je­dyne, co się wy­da­rzyło, to że przy­pad­kiem na­tkną­łem się na wy­jąt­kowy spo­sób spo­tka­nia się z czymś, co we­dług mnie jest po­wszechną po­trzebą bo­sko­ści, lecz nie po­ciąga za sobą żad­nego zła to­wa­rzy­szą­cego tra­dy­cyj­nym re­li­giom.

CL: Wszyst­kie tan­tiemy ze sprze­daży Pew­nego świę­tego po­ranka prze­każe pan Po­wszech­nemu Ko­ścio­łowi Hu­ma­ni­tar­nemu?

GH: Tak, zga­dza się. Je­stem pod ogrom­nym wra­że­niem zmiany, ja­kiej PKH do­ko­nał w ży­ciu wielu, bar­dzo wielu bez­bron­nych lu­dzi.

CL: Na pana pierw­szym spo­tka­niu au­tor­skim do­szło do in­cy­dentu: trzeba było wy­pro­wa­dzić by­łego członka PKH. Może pan to sko­men­to­wać?

GH: Do­wie­dzia­łem się od po­li­cji, że ten biedny czło­wiek cierpi na bar­dzo po­ważną cho­robę psy­chiczną, ale nic wię­cej nie wiem.

CL: Sły­szał pan o uwa­gach pod ad­re­sem PKH, które wy­gła­sza pu­blicz­nie sir Co­lin Eden­sor? Zwłasz­cza o tym, że PKH to sekta?

GH: To kom­pletna bzdura. Trudno mi so­bie wy­obra­zić ja­ką­kol­wiek grupę, która mniej przy­po­mi­na­łaby sektę. Tam roi się od in­te­li­gent­nych fa­chow­ców - le­ka­rzy, pi­sa­rzy, na­uczy­cieli, a cały etos to swo­bodne zgłę­bia­nie roz­ma­itych fi­lo­zo­fii i sys­te­mów wie­rzeń, w tym ate­izmu. Za­chę­cał­bym każdą in­te­li­gentną osobę o otwar­tym umy­śle, roz­cza­ro­waną tra­dy­cyjną re­li­gią, by wpa­dła na ze­bra­nie PKH, po­nie­waż moim zda­niem za­sko­czy ją to, co tam znaj­dzie.

[...]

Ko­re­spon­den­cja mej­lowa sir Co­lina Eden­sora z Ke­vi­nem Pir­bri­gh­tem

Sir Co­lin Eden­sor

2 marca 2015

Spo­tka­nie au­tor­skie Gi­lesa Har­mona

Do: Ke­vina Pir­bri­ghta

Drogi Ke­vi­nie,

ze skraj­nym nie­za­do­wo­le­niem prze­czy­ta­łem o Twoim za­cho­wa­niu na spo­tka­niu au­tor­skim z Gi­le­sem Har­mo­nem. Nie poj­muję, jaką ko­rzyść mia­łoby Twoim zda­niem przy­nieść któ­re­muś z nas pu­bliczne ob­rzu­ce­nie sza­no­wa­nego pi­sa­rza obe­lgami. Bio­rąc pod uwagę, że Ro­per Chard jest także wy­dawcą Har­mona, nie zdzi­wił­bym się, gdyby ze­rwano z Tobą umowę.

Co­lin

Ke­vin Pir­bri­ght

20 marca 2015

Re: Spo­tka­nie au­tor­skie Gi­lesa Har­mona

Do: sir Co­lina Eden­sora

Gdy­byś tam był, zro­zu­miał­byś bez trudu, dla­czego wsta­łem i po­wie­dzia­łem Har­mo­nowi, co o nim my­ślę. Ta­kie pie­przone bo­gate po­je­busy jak on i Noli Sey­mour nie mają po­ję­cia, co się dzieje na Far­mie Chap­mana. Wy­ko­rzy­stuje się ich jako na­rzę­dzia do re­kru­ta­cji, a oni są, kurwa, zbyt głupi i aro­ganccy, żeby to za­uwa­żyć.

Książka utknęła w mar­twym punk­cie, więc Ro­per Chard praw­do­po­dob­nie i tak mi po­dzię­kuje. Zma­gam się z mnó­stwem spraw, które do­tąd chyba wy­pie­ra­łem. Pew­nego wie­czoru po­dano wszyst­kim dzie­ciom na­poje, które, jak te­raz są­dzę, mu­siały zo­stać za­pra­wione ja­ki­miś nar­ko­ty­kami. Śnią mi się kosz­mary o ka­rach. Poza tym są dłu­gie od­cinki czasu, któ­rych w ogóle nie pa­mię­tam.

Czuję wo­kół sie­bie obec­ność Pro­ro­kini Za­bra­nej przez Mo­rze. Je­śli sta­nie mi się coś złego, to bę­dzie jej wina.

Ke­vin

Li­sty sir Co­lina i lady Eden­so­rówdo ich syna Wil­liama

14 grud­nia 2015

Drogi Willu,

le­ka­rze dają ma­mie trzy mie­siące ży­cia. Bła­gam, skon­tak­tuj się z nami. Mama za­drę­cza się my­ślą, że może Cię ni­gdy wię­cej nie zo­ba­czyć.

Tata

14 grud­nia 2015

Naj­droż­szy Willu,

umie­ram. Pro­szę, po­zwól mi Cię zo­ba­czyć. To moje ostat­nie ży­cze­nie. Pro­szę, Willu. Nie mogę znieść my­śli, że odejdę z tego świata, nie zo­ba­czyw­szy Cię. Willu, bar­dzo Cię ko­cham i za­wsze, za­wsze będę Cię ko­chała. Gdy­bym mo­gła przy­tu­lić Cię jesz­cze raz, umar­ła­bym szczę­śliwa.

Mama xxxxxxxxx

2 stycz­nia 2016

Drogi Willu,

wczo­raj umarła mama. Le­ka­rze my­śleli, że bę­dzie z nami dłu­żej. Je­śli je­steś za­in­te­re­so­wany udzia­łem w jej po­grze­bie, daj mi znać.

Tata

2

Sześć na pią­tym miej­scu ozna­cza [...]

To­wa­rzysz prze­gryza się przez po­włokę.

Gdy zbli­żać się do niego,

jak­żeby to był błąd?

I-cing. Księga Prze­mian

Ro­bin sie­działa na końcu sze­ro­kiego łóżka w głów­nej sy­pialni. W po­koju, urzą­dzo­nym w od­cie­niach nie­bie­skiego, pa­no­wał po­rzą­dek, je­śli po­mi­nąć dwie wy­su­nięte szu­flady na dole szafy. Ro­bin znała Her­ber­tów wy­star­cza­jąco długo, by wie­dzieć, że osobą, która tak je zo­sta­wiła, był Nick: jego żona wiecz­nie na­rze­kała, że mąż nie wsuwa z po­wro­tem szu­flad ani nie za­myka sza­fek.

Praw­niczka Ilsa sie­działa w bu­ja­nym fo­telu w ką­cie, a dziecko łap­czy­wie ssało pierś. Po­cho­dząca z rol­ni­czej ro­dziny Ro­bin nie przej­mo­wała się jego gło­śnym po­sa­py­wa­niem, ale Strike'owi wy­da­łoby się ono tro­chę nie­przy­zwo­ite.

- Cho­ler­nie chce się przez to pić - po­wie­działa Ilsa, która opróż­niła pra­wie do dna szklankę wody. Od­daw­szy ją Ro­bin, do­dała: - Moja mama chyba się wsta­wiła.

- Wiem. Ni­gdy nie spo­tka­łam ni­kogo, kto bar­dziej by się cie­szył z by­cia bab­cią - od­rze­kła Ro­bin.

- To prawda. - Ilsa wes­tchnęła. - Ale ta prze­klęta Bi­jou...

- Prze­klęta co?

- Ta krzy­kaczka w ró­żo­wym! Na pewno ją za­uwa­ży­łaś, jej cycki do­słow­nie wy­łażą z su­kienki. Nie zno­szę jej - unio­sła się Ilsa - za­wsze musi być w cen­trum pie­przo­nej uwagi. Aku­rat się na­pa­to­czyła, kiedy za­pra­sza­łam dwie inne osoby z jej kan­ce­la­rii, więc po pro­stu za­ło­żyła, że ją też mam na my­śli, a mnie nie udało się wy­my­ślić żad­nego spo­sobu, żeby wy­pro­wa­dzić ją z błędu.

- Ma na imię Bi­jou? - spy­tała z nie­do­wie­rza­niem Ro­bin. - Jak coś z bi­żu­te­rii?

- Jak uga­nia­jący się za fa­ce­tami wrzód na du­pie. Tak na­prawdę ma na imię Be­linda - wy­ja­śniła Ilsa, do­da­jąc po chwili do­no­śnym, uwo­dzi­ciel­skim gło­sem: - "ale wszy­scy na­zy­wają mnie Bi­jou".

- Dla­czego?

- Bo ona im tak każe - zde­ner­wo­wała się Ilsa, roz­śmie­sza­jąc Ro­bin. - Ma ro­mans z żo­na­tym radcą kró­lew­skim i mo­dlę się, że­bym w naj­bliż­szym cza­sie nie spo­tkała go w są­dzie, bo zde­cy­do­wa­nie za dużo opo­wia­dała nam o tym, co wy­pra­wiają w łóżku. Cał­kiem otwar­cie wy­znaje, że stara się zajść z nim w ciążę, żeby zmu­sić go do odej­ścia od żony... ale może po pro­stu je­stem roz­go­ry­czona... no, w su­mie je­stem roz­go­ry­czona. Nie po­trze­buję te­raz w naj­bliż­szym oto­cze­niu ko­biet, które no­szą ciu­chy w roz­mia­rze osiem. Sama no­szę szes­nastkę - do­dała, spo­glą­da­jąc na swoją gra­na­tową su­kienkę. - Ni­gdy w ży­ciu nie by­łam taka wielka.

- Nie­dawno uro­dzi­łaś i wy­glą­dasz ślicz­nie - oświad­czyła zde­cy­do­wa­nie Ro­bin. - Wszy­scy tak mó­wią.

- Wi­dzisz, Ro­bin, wła­śnie dla­tego cię lu­bię - po­wie­działa Ilsa, krzy­wiąc się lekko z po­wodu en­tu­zja­stycz­nego ssa­nia syna. - Jak ci idzie z Ry­anem?

- Do­brze - od­rze­kła Ro­bin.

- Ile to już? Sie­dem mie­sięcy?

- Osiem - po­wie­działa Ro­bin.

- Hm - mruk­nęła Ilsa, po czym uśmie­cha­jąc się, spoj­rzała na dziecko.

- Co to zna­czy?

- Corm jest wście­kły. Ależ on miał minę, kiedy przed ko­ścio­łem trzy­ma­li­ście się z Ry­anem za ręce. Poza tym za­uwa­ży­łam, że zrzu­cił mnó­stwo ki­lo­gra­mów.

- Mu­siał - po­wie­działa Ro­bin. - W ubie­głym roku z jego nogą było bar­dzo źle.

- Skoro tak twier­dzisz... Ryan w ogóle nie pije?

- Nie, już ci mó­wi­łam: jest al­ko­ho­li­kiem. Trzeź­wym od dwóch lat.

- Aha... no cóż, wy­daje się miły. Chce mieć dzieci - do­dała Ilsa, rzu­ca­jąc przy­ja­ciółce prze­lotne spoj­rze­nie. - Wspo­mniał mi o tym.

- Ilsa, znamy się za­le­d­wie od ośmiu mie­sięcy. Ra­czej nie za­mie­rzamy sta­rać się te­raz o dziecko.

- Corm ni­gdy nie chciał mieć dzieci.

Ro­bin pu­ściła tę uwagę mimo uszu. Do­sko­nale wie­działa, że Ilsa i Nick przez kilka lat mieli na­dzieję, że ona i Strike staną się dla sie­bie kimś wię­cej niż tylko wspól­ni­kami w agen­cji de­tek­ty­wi­stycz­nej i naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi.

- Wi­dzia­łaś Char­lotte w "Mail"? - spy­tała Ilsa, gdy stało się ja­sne, że Ro­bin nie za­mie­rza roz­ma­wiać o ro­dzi­ciel­skich za­pę­dach Strike'a albo ich braku. - Z tym Do­rme­rem czy jak mu tam?

- Mhm - mruk­nęła Ro­bin.

- Po­wie­dzia­ła­bym: "biedny fa­cet", ale wy­gląda na wy­star­cza­jąco twar­dego, żeby umiał so­bie z nią po­ra­dzić... Tylko weź pod uwagę, że Corm też taki był, a jed­nak nie po­wstrzy­mało jej to od spie­prze­nia mu ży­cia naj­bar­dziej, jak się dało.

Char­lotte Camp­bell była dawną na­rze­czoną Strike'a, z którą był zwią­zany z prze­rwami przez szes­na­ście lat. Od nie­dawna żyła w se­pa­ra­cji z mę­żem i ak­tu­al­nie czę­sto po­ja­wiała się w ru­bry­kach to­wa­rzy­skich u boku no­wego chło­paka, Lan­dona Do­rmera, trzy­krot­nie żo­na­tego ba­jecz­nie bo­ga­tego ame­ry­kań­skiego ho­te­la­rza z wy­sta­jącą żu­chwą. Na wi­dok naj­now­szych zdjęć pary zro­bio­nych przez pa­pa­raz­zich Ro­bin po­my­ślała je­dy­nie, że Char­lotte, choć jak za­wsze piękna w czer­wo­nej su­kience z od­kry­tymi ra­mio­nami, wy­gląda na dziw­nie za­gu­bioną i ma szkli­sty wzrok.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi i po chwili do sy­pialni wszedł mąż Ilsy.

- Osią­gnę­li­śmy kon­sen­sus - oznaj­mił żo­nie. - Przed po­kro­je­niem tortu zro­bimy zdję­cia.

- Mu­si­cie dać mi jesz­cze tro­chę czasu - od­rze­kła umę­czona Ilsa. - Na­pił się do­piero z jed­nej strony.

- A z in­nych wie­ści: twoja ko­le­żanka Bi­jou pró­buje po­de­rwać Corma - do­dał z uśmie­chem Nick.

- To nie jest moja ko­le­żanka, do cho­lery - od­pa­ro­wała Ilsa - i le­piej go ostrzeż, że to skoń­czona wa­riatka. Aua! - do­dała, pa­trząc ze zło­ścią na syna.

Strike wciąż stał w kuchni obok nie­po­kro­jo­nego tortu, pod­czas gdy Bi­jou Wat­kins, którą przed chwilą po­pro­sił o po­wtó­rze­nie imie­nia, po­nie­waż za pierw­szym ra­zem nie uwie­rzył, pod­da­wała go zma­so­wa­nemu ostrza­łowi plo­tek zwią­za­nych z jej miej­scem pracy, prze­pla­ta­nych wy­bu­chami śmie­chu z wła­snych dow­ci­pów. Mó­wiła bar­dzo gło­śno: Strike wąt­pił, czy w kuchni jest kto­kol­wiek, kto jej nie sły­szy.

- ...z Hark­nes­sem. Znasz Geo­rge'a Hark­nessa? Tego radcę kró­lew­skiego?

- No - skła­mał Strike.

Albo jej się wy­da­wało, że pry­watni de­tek­tywi ru­ty­nowo uczest­ni­czą w roz­pra­wach są­do­wych, albo żyła w prze­świad­cze­niu, że wszy­scy są rów­nie za­in­te­re­so­wani naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami i oso­bi­sto­ściami zwią­za­nymi z ich pro­fe­sją jak one same.

- ...więc zaj­mo­wa­łam się sprawą Win­ter­sona... Da­niela Win­ter­sona. Nie­le­galny ob­rót pa­pie­rami war­to­ścio­wymi.

- No - po­wtó­rzył Strike, roz­glą­da­jąc się po kuchni. Ryan Mur­phy znik­nął. Strike miał na­dzieję, że już wy­szedł.

- ...i oczy­wi­ście nie mo­gli­śmy so­bie po­zwo­lić na ko­lejne nie­ważne po­stę­po­wa­nie są­dowe, więc Gerry po­wie­dział do mnie: "Bi­jou, mamy sę­dziego Raw­linsa, po­trze­buję cię w twoim push-upie". - Znowu się roz­chi­cho­tała, a kilku go­ści płci mę­skiej spoj­rzało na nią, nie­któ­rzy z uśmiesz­kiem.

Strike, który nie prze­wi­dział, że roz­mowa przy­bie­rze taki ob­rót, przy­ła­pał się na tym, że spo­gląda na prze­dzia­łek mię­dzy pier­siami tej ko­biety. Miała nie­za­prze­czal­nie fan­ta­styczną fi­gurę: wą­ską ta­lię, dłu­gie nogi i ol­brzy­mie piersi.

- ...ko­ja­rzysz sę­dziego Raw­linsa, prawda? Piersa Raw­linsa.

- No - skła­mał po­now­nie Strike.

- ...praw­dziwy z niego pies na baby, więc wcho­dzę do sądu o tak...

Ści­snęła piersi ra­mio­nami i znowu gar­dłowo się za­śmiała.

Nick, który wła­śnie wró­cił do kuchni, po­chwy­cił spoj­rze­nie Strike'a i się uśmiech­nął.

- ...da­li­śmy z sie­bie wszystko, a kiedy za­padł wy­rok, Gerry po­wie­dział do mnie: okej, na­stęp­nym ra­zem bę­dziesz mu­siała przyjść bez maj­tek i cią­gle schy­lać się po pióro. - Bi­jou po raz trzeci wy­buch­nęła śmie­chem.

Strike, który do­sko­nale so­bie wy­obra­żał, jak za­re­ago­wa­łyby jego dwie współ­pra­cow­nice: Ro­bin i była po­li­cjantka Midge Gre­en­street, gdyby za­czął pro­po­no­wać ta­kie stra­te­gie wy­do­by­wa­nia in­for­ma­cji od świad­ków albo po­dej­rza­nych, zde­cy­do­wał się na zdaw­kowy uśmiech.

W tym mo­men­cie Ro­bin po­ja­wiła się w kuchni - sama. Strike wo­dził za nią wzro­kiem, gdy prze­ci­skała się przez tłum, by po­wie­dzieć coś Nic­kowi. Ro­bin rzadko upi­nała swoje ja­sno­rude włosy u góry, ale w ta­kiej fry­zu­rze było jej do twa­rzy. Jej błę­kitna su­kienka była o wiele skrom­niej­sza niż kre­acja Bi­jou i wy­glą­dała na nową: Strike za­sta­na­wiał się, czy ku­piła ją w hoł­dzie dla pa­ni­cza Ben­ja­mina Her­berta, czy ra­czej by zro­bić przy­jem­ność Ry­anowi Mur­phy'emu. Gdy tak pa­trzył, Ro­bin od­wró­ciła się, za­uwa­żyła go i uśmiech­nęła się nad mo­rzem głów.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział do Bi­jou, prze­ry­wa­jąc jej w po­ło­wie aneg­doty - mu­szę z kimś po­roz­ma­wiać.

Się­gnął po dwa kie­liszki na­la­nego wcze­śniej szam­pana, które po­sta­wiono obok tortu, i prze­ci­snął się przez gąszcz ro­ze­śmia­nych, po­pi­ja­ją­cych przy­ja­ciół oraz krew­nych do miej­sca, w któ­rym stała Ro­bin.

- Cześć - przy­wi­tał się. W ko­ściele nie mieli oka­zji po­roz­ma­wiać, mimo że stali obok sie­bie przy chrzciel­nicy i ra­zem wy­rze­kali się Sza­tana. - Na­pi­jesz się?

- Dzięki - od­rze­kła Ro­bin, bio­rąc od niego kie­li­szek. - My­śla­łam, że nie lu­bisz szam­pana.

- Nie udało mi się zna­leźć piwa. Do­sta­łaś mo­jego mejla?

- Tego o sir Co­li­nie Eden­so­rze? - Ro­bin ści­szyła głos. W mil­czą­cym po­ro­zu­mie­niu od­da­lili się od rej­wa­chu i sta­nęli w ką­cie. - Tak. Za­bawna sprawa, bo nie­dawno czy­ta­łam ar­ty­kuł o Po­wszech­nym Ko­ściele Hu­ma­ni­tar­nym. Wiesz, że jego główna sie­dziba znaj­duje się o dzie­sięć mi­nut drogi od na­szej agen­cji?

- No, przy Ru­pert Co­urt - po­wie­dział Strike. - Kiedy ostatni raz by­łem na War­dour Street, wi­dzia­łem tam ja­kieś dziew­czyny z pusz­kami na datki. Mia­ła­byś ochotę wy­brać się ze mną we wto­rek na spo­tka­nie z Eden­so­rem?

- Pew­nie. - Ro­bin miała na­dzieję, że Strike to za­pro­po­nuje. - Gdzie chce się z nami zo­ba­czyć?

- W klu­bie Re­form, jest jego człon­kiem. Mur­phy mu­siał już iść? - spy­tał Strike, jak gdyby ni­gdy nic.

- Nie - od­rze­kła Ro­bin, roz­glą­da­jąc się - ale mu­siał za­dzwo­nić w ja­kiejś spra­wie służ­bo­wej. Pew­nie jest na ze­wnątrz.

Ro­bin była na sie­bie zła, że mó­wiąc to, czuje się za­kło­po­tana. Po­winna umieć roz­ma­wiać swo­bod­nie o swoim chło­paku z naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, lecz bio­rąc pod uwagę brak ser­decz­no­ści Strike'a przy tych nie­licz­nych oka­zjach, gdy Mur­phy wpa­dał po nią do agen­cji, spra­wiało jej to trud­ność.

- Jak wczo­raj po­szło Lit­tle­joh­nowi? - spy­tał Strike.

- W po­rządku - po­wie­działa Ro­bin - ale chyba ni­gdy nie spo­tka­łam ni­kogo rów­nie mil­czą­cego.

- Miła od­miana po Mor­ri­sie i Nu­tleyu, prawda?

- No, w su­mie tak. - Za­wa­hała się. - Ale sie­dze­nie obok ko­goś w sa­mo­cho­dzie przez trzy go­dziny w zu­peł­nej ci­szy jest tro­chę krę­pu­jące. A je­śli coś do niego po­wiesz, re­aguje mruk­nię­ciem albo mo­no­sy­labą.

Przed mie­sią­cem Strike'owi udało się zna­leźć no­wego pod­wy­ko­nawcę. Clive Lit­tle­john, tro­chę star­szy od Strike'a, także słu­żył w Wy­dziale do spraw Spe­cjal­nych i do­piero nie­dawno od­szedł z woj­ska. Był wielki i kan­cia­sty, miał opa­da­jące po­wieki, przez co za­wsze wy­glą­dał, jakby był zmę­czony, a przy­pró­szone si­wi­zną włosy wciąż ob­ci­nał po woj­sko­wemu. Na roz­mo­wie w spra­wie pracy wy­ja­śnił, że po nie­ustan­nych wstrzą­sach i nie­obec­no­ściach to­wa­rzy­szą­cych jego służ­bie woj­sko­wej pra­gną z żoną sta­bil­niej­szego ży­cia dla swo­ich na­sto­let­nich dzieci. W ciągu czte­rech ty­go­dni do­wiódł, że jest su­mienny i można na nim po­le­gać, ale Strike mu­siał przy­znać, że jego ma­ło­mów­ność osią­gnęła stan skrajny, a poza tym nie przy­po­mi­nał so­bie, by Lit­tle­john kie­dy­kol­wiek się uśmiech­nął.

- Pat go nie lubi - po­wie­działa Ro­bin.

Pat była se­kre­tarką agen­cji, pięć­dzie­się­cio­ośmio­let­nią nie­praw­do­po­dob­nie czar­no­włosą na­ło­gową pa­laczką, która wy­glą­dała co naj­mniej dzie­sięć lat sta­rzej.

- Nie po­le­gam na Pat w kwe­stii oceny cha­rak­teru - od­parł Strike.

Za­uwa­żył ser­decz­ność, jaką se­kre­tarka oka­zy­wała Ry­anowi Mur­phy'emu, ile­kroć funk­cjo­na­riusz Wy­działu Kry­mi­nal­nego wpa­dał do agen­cji po Ro­bin, i wcale mu się to nie spodo­bało. Ir­ra­cjo­nal­nie uwa­żał, że wszy­scy w agen­cji po­winni czuć do Mur­phy'ego taką samą wro­gość jak on.

- Wy­gląda na to, że Pat­ter­son na­prawdę schrza­nił sprawę Eden­sora - po­wie­działa Ro­bin.

- No - przy­znał Strike z nie­skry­wa­nym za­do­wo­le­niem, które wy­ni­kało z tego, że jego re­la­cje z Mit­chem Pat­ter­so­nem, sze­fem kon­ku­ren­cyj­nej agen­cji de­tek­ty­wi­stycz­nej, cha­rak­te­ry­zo­wała wza­jemna nie­na­wiść. - Jego czło­wiek był cho­ler­nie nie­ostrożny. Czy­tam o tym ko­ściele, od­kąd na­pi­sał do nas Eden­sor, i po­wie­dział­bym, że nie­do­ce­nia­nie tych lu­dzi to po­ważny błąd. Je­śli weź­miemy tę sprawę, być może ktoś z nas bę­dzie mu­siał dzia­łać pod przy­krywką. Ja nie mogę, noga jest zbyt cha­rak­te­ry­styczna. Praw­do­po­dob­nie pa­dłoby na Midge. Nie ma męża.

- Ja też nie mam - oznaj­miła szybko Ro­bin.

- Ale to nie by­łoby to samo co uda­wa­nie Ve­ne­tii Hall albo Jes­siki Ro­bins - za­zna­czył Strike, na­wią­zu­jąc do fał­szy­wych toż­sa­mo­ści, któ­rymi po­słu­gi­wała się Ro­bin we wcze­śniej­szych spra­wach. - To nie by­łaby praca od dzie­wią­tej do pią­tej. Mo­głaby ozna­czać dłuż­szy brak kon­taktu ze świa­tem ze­wnętrz­nym.

- No i? - spy­tała Ro­bin. - Da­ła­bym radę.

Wy­raź­nie czuła, że Strike pró­buje ją wy­ba­dać.

- No cóż - stwier­dził Strike, który rze­czy­wi­ście do­wie­dział się tego, czego chciał się do­wie­dzieć - na ra­zie jesz­cze nie do­sta­li­śmy tej ro­boty. Je­śli tak się sta­nie, bę­dziemy mu­sieli zde­cy­do­wać, kto na­daje się naj­le­piej.

W tej chwili Ryan Mur­phy po­now­nie zja­wił się w kuchni. Ro­bin od­ru­chowo od­su­nęła się od Strike'a, przy któ­rym do­tąd stała bli­sko, by nikt nie mógł usły­szeć, co mó­wią.

- Co knu­je­cie? - spy­tał z uśmie­chem Mur­phy, choć jego spoj­rze­nie było czujne.

- Nie knu­jemy - od­rze­kła Ro­bin. - Po pro­stu ga­damy o pracy.

Do kuchni we­szła Ilsa, trzy­ma­jąc w końcu sy­tego śpią­cego syna.

- Tort! - za­wo­łał Nick. - Za­pra­szamy ro­dzi­ców chrzest­nych i dziad­ków do zdję­cia.

Ro­bin prze­szła na śro­dek, a lu­dzie z pa­wi­lonu ogro­do­wego stło­czyli się w kuchni. Na chwilę przy­po­mniały jej się na­pię­cia, ja­kich do­świad­czała w mał­żeń­stwie: nie spodo­bało jej się py­ta­nie Mur­phy'ego i nie była za­do­wo­lona, że Strike usil­nie pró­bo­wał się do­wie­dzieć, czy jest rów­nie mocno za­an­ga­żo­wana w pracę jak sin­gielka Midge.

- Po­trzy­maj Benjy'ego - po­pro­siła Ilsa, gdy Ro­bin do niej po­de­szła. - Wtedy będę mo­gła sta­nąć za tobą i wy­glą­dać szczu­plej.

- Nie wy­głu­piaj się, wy­glą­dasz wspa­niale - mruk­nęła Ro­bin, lecz wzięła śpią­cego chrze­śniaka od matki i od­wró­ciła się do apa­ratu trzy­ma­nego przez za­ru­mie­nio­nego wuja Ilsy. Za wy­spą ku­chenną, na któ­rej usta­wiono tort, za­częły się prze­py­chanki i prze­gru­po­wa­nia, lu­dzie unie­śli ko­mórki. Pod­chmie­lona matka Ilsy na­dep­nęła bo­le­śnie Ro­bin na nogę, lecz za­miast niej, prze­pro­siła Strike'a. Śpiące dziecko było za­ska­ku­jąco cięż­kie.

- Se­eer! - ryk­nął wuj Ilsy.

- Do twa­rzy ci z nim! - za­wo­łał Mur­phy do Ro­bin, uno­sząc kie­li­szek w to­a­ście.

Ro­bin za­uwa­żyła ką­tem oka eks­plo­zję szo­ku­ją­cego różu: Bi­jou Wat­kins udało się zna­leźć doj­ście do Strike'a. Kilka razy bły­snął flesz, dziecko w ra­mio­nach Ro­bin za­częło się wier­cić, ale spało da­lej, i wła­śnie ta chwila zo­stała uwiecz­niona dla po­tom­no­ści: uśmiech za­czer­wie­nio­nej dum­nej babci, nie­po­kój na twa­rzy Ilsy, świa­tło od­bite w oku­la­rach Nicka i na­da­jące mu lekko zło­wrogi wy­gląd oraz nieco wy­mu­szone uśmie­chy obojga ro­dzi­ców chrzest­nych, ści­śnię­tych ra­zem za mi­siem z nie­bie­skiego lu­kru: Strike'a roz­my­śla­ją­cego o tym, co wła­śnie po­wie­dział Mur­phy, i Ro­bin, która za­uwa­żyła, jak Bi­jou przy­su­nęła się do jej wspól­nika, pra­gnąc za wszelką cenę zna­leźć się na zdję­ciu.

1

[...] czło­wiek szla­chetny zważa na swoje słowa

i za­cho­wuje umiar w je­dze­niu i pi­ciu.

I-cing. Księga Prze­mian

Luty 2016

Pry­watny de­tek­tyw Cor­mo­ran Strike stał w ką­cie ma­łego, dusz­nego pa­wi­lonu ogro­do­wego, trzy­ma­jąc w ra­mio­nach pła­czące dziecko. Gę­sty deszcz pa­dał na płótno nad jego głową, a nie­re­gu­larne bęb­nie­nie kro­pel było sły­chać mimo gwaru go­ści i wrza­sków jego świeżo ochrzczo­nego chrze­śniaka. Grzej­nik za ple­cami Strike'a wy­twa­rzał za dużo cie­pła, lecz Cor­mo­ran nie mógł się prze­su­nąć, po­nie­waż trzy blon­dynki, wszyst­kie koło czter­dziestki i z pla­sti­ko­wymi kie­lisz­kami szam­pana w dło­niach, osa­czyły go i na zmianę wy­krzy­ki­wały py­ta­nia o jego naj­słyn­niej­sze sprawy. Strike zgo­dził się po­trzy­mać dziecko "na chwilę", gdy matka nie­mow­lę­cia szła do ła­zienki, lecz te­raz miał wra­że­nie, że znik­nęła tam na go­dzinę.

- Kiedy zda­łeś so­bie sprawę, że to nie było sa­mo­bój­stwo? - spy­tała gło­śno naj­wyż­sza z blon­dy­nek.

- Tro­chę to trwało - za­wo­łał w od­po­wie­dzi, prze­peł­niony ża­lem, że żadna z ko­biet nie za­pro­po­no­wała, że po­trzyma dziecko. Na pewno znały ja­kąś ta­jemną ko­biecą sztuczkę, która by je uspo­ko­iła. Spró­bo­wał de­li­kat­nie pod­rzu­cać ma­łego w ra­mio­nach. Ten roz­wrzesz­czał się jesz­cze bar­dziej.

Za blon­dyn­kami stała sza­tynka w szo­ku­jąco ró­żo­wej su­kience. Strike za­uwa­żył ją już w ko­ściele. Gło­śno mó­wiła i chi­cho­tała w ławce przed na­bo­żeń­stwem, a gdy główkę śpią­cego dziecka po­le­wano wodą świę­coną, ścią­gnęła na sie­bie sporo uwagi, mó­wiąc gło­śno "aua", przez co po­łowa wier­nych pa­trzyła na nią za­miast na chrzciel­nicę. Te­raz ich oczy się spo­tkały. Jej miały ko­lor ja­snego błę­kit­nego mo­rza i były uma­lo­wane pro­fe­sjo­nal­nie, dzięki czemu wy­róż­niały się ni­czym akwa­ma­ryny na tle oliw­ko­wej cery i dłu­gich, brą­zo­wych wło­sów. Strike pierw­szy od­wró­cił wzrok. Tak jak prze­krzy­wiony fa­scy­na­tor i spo­wol­nione re­ak­cje dum­nej babci dziecka pod­po­wie­działy mu, że matka Ilsy już za dużo wy­piła, tak spoj­rze­nie ko­biety w różu nie po­zo­sta­wiało wąt­pli­wo­ści, że ozna­cza ona kło­poty.

- A ten Roz­pru­wacz z Shac­kle­well - za­gad­nęła go blon­dynka w oku­la­rach - na­prawdę fi­zycz­nie go zła­pa­łeś?

Nie, zła­pa­łem go te­le­pa­tycz­nie.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział Strike, po­nie­waż za drzwiami ta­ra­so­wymi pro­wa­dzą­cymi do kuchni wła­śnie za­uwa­żył matkę swo­jego chrze­śniaka. - Mu­szę go od­dać ma­mie.

La­wi­ru­jąc, prze­szedł obok za­wie­dzio­nych blon­dy­nek i ko­biety w różu, po czym opu­ścił pa­wi­lon ogro­dowy. Go­ście roz­stę­po­wali się przed nim, jakby płacz dziecka był sy­reną.

- Och, Boże, wy­bacz, Corm - za­wo­łała ja­sno­włosa Ilsa Her­bert w oku­la­rach. Stała oparta o ścianę i roz­ma­wiała z Ro­bin El­la­cott, wspól­niczką Strike'a, oraz z jej chło­pa­kiem Ry­anem Mur­phym, funk­cjo­na­riu­szem Wy­działu Kry­mi­nal­nego. - Daj mi go, mu­szę go na­kar­mić. A ty chodź ze mną - do­dała, zwra­ca­jąc się do Ro­bin. - Bę­dziemy mo­gły po­ga­dać... Na­le­jesz mi szklankę wody?

Kurwa, cu­dow­nie - po­my­ślał Strike, pa­trząc, jak Ro­bin pod­cho­dzi do zlewu, żeby na­peł­nić szklankę, i zo­sta­wia go sam na sam z Ry­anem Mur­phym, który po­dob­nie jak Strike mie­rzył grubo po­wy­żej me­tra osiem­dzie­się­ciu. Na tym jed­nak po­do­bień­stwo się koń­czyło. W prze­ci­wień­stwie do pry­wat­nego de­tek­tywa, który ciem­nymi, mocno krę­co­nymi wło­sami i na­tu­ral­nie gbu­ro­watą miną przy­po­mi­nał Beetho­vena ze zła­ma­nym no­sem, Mur­phy był kla­sycz­nym przy­stoj­nia­kiem z wy­so­kimi ko­śćmi po­licz­ko­wymi i ja­sno­brą­zo­wymi fa­lo­wa­nymi wło­sami.

Nim któ­ryś z nich zna­lazł te­mat do roz­mowy, do­łą­czył do nich Nick Her­bert, stary przy­ja­ciel Strike'a, ga­stro­en­te­ro­log i oj­ciec dziecka, które przed chwilą przy­pusz­czało atak na bę­benki w uszach de­tek­tywa. Nick, któ­remu włosy za­częły się prze­rze­dzać po dwu­dzie­stce, był już w po­ło­wie łysy.

- Więc ja­kie to uczu­cie wy­rzec się Sza­tana? - spy­tał Strike'a.

- Tro­chę bo­le­sne, rzecz ja­sna - od­rzekł de­tek­tyw - ale da­li­śmy radę.

Mur­phy się ro­ze­śmiał, a ra­zem z nim ro­ze­śmiał się ktoś jesz­cze, tuż za Stri­kiem. Cor­mo­ran się od­wró­cił: ko­bieta w różu wy­szła za nim z pa­wi­lonu. Joan, nie­ży­jąca już ciotka Strike'a, uzna­łaby, że ró­żowa su­kienka jest na chrzci­nach nie­sto­sowna: ob­ci­sła, ko­per­towa kre­acja wy­róż­niała się głę­bo­kim de­kol­tem w kształ­cie li­tery V i dłu­go­ścią od­sła­nia­jącą spory ka­wa­łek opa­lo­nych nóg.

- Za­mie­rza­łam za­pro­po­no­wać, że po­trzy­mam dziecko - po­wie­działa do­no­śnym, lekko chro­pa­wym gło­sem, uśmie­cha­jąc się do Strike'a, który za­uwa­żył, jak spoj­rze­nie Mur­phy'ego prze­suwa się w dół ku prze­dział­kowi mię­dzy jej pier­siami, po czym wraca w kie­runku oczu. - Uwiel­biam dzieci. Ale ty wy­sze­dłeś.

- Cie­kawe, co się robi z tor­tem na chrzci­nach? - ode­zwał się Nick, wpa­tru­jąc się w ol­brzy­mią, nie­po­kro­joną sztabę po­lu­kro­wa­nego tortu owo­co­wego, który le­żał na wy­spie na środku kuchni, zwień­czony nie­bie­skim mi­siem z lu­kru.

- Je się go? - pod­su­nął Strike, który był głodny. Za­nim Ilsa po­dała mu dziecko, zdą­żył zjeść tylko dwie ka­napki i gdy utknął w pa­wi­lo­nie, reszta go­ści spa­ła­szo­wała więk­szość je­dze­nia.

Ko­bieta w różu znowu się ro­ze­śmiała.

- No tak, ale czy naj­pierw nie na­leży zro­bić zdjęć albo coś? - po­wie­dział Nick.

- Zdję­cia - po­tak­nęła ko­bieta w różu. - Na pewno.

- Więc bę­dziemy mu­sieli za­cze­kać - stwier­dził Nick. Zmie­rzył Strike'a spoj­rze­niem zza oku­la­rów w dru­cia­nej oprawce. - Ile już zrzu­ci­łeś? - spy­tał.

- Dzie­więt­na­ście kilo - po­wie­dział Strike.

- Do­bra ro­bota - po­chwa­lił go Mur­phy, szczu­pły i wy­spor­to­wany w jed­no­rzę­do­wym gar­ni­tu­rze.

Pier­dol się, ty za­do­wo­lony z sie­bie dra­niu.

Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nałuThe Run­ning Grave
Pro­jekt okładki Dun­can Spil­ling ? Lit­tle, Brown Book Group Ltd 2023 fot. po­staci: Dun­can Spil­ling; po­zo­stałe ele­menty: ? Shut­ter­stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuNA­TA­LIA STECKA-KU­BA­NEK
Re­dak­cjaMAŁ­GO­RZATA GRO­CHOCKA
Ko­rektaANNA KU­RZYCA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Co­py­ri­ght ? J.K. Row­ling 2023 All ri­ghts re­se­rved.
Po­lish edi­tion ? Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
Po­wieść wy­dana po raz pierw­szy w Wiel­kiej Bry­ta­nii w 2023 roku przez Sphere. Oso­bi­ste prawa au­tor­skie za­strze­żone.
Wszel­kie po­staci i wy­da­rze­nia opi­sane w tym utwo­rze, oprócz funk­cjo­nu­ją­cych w do­me­nie pu­blicz­nej, są fik­cyjne, a ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do osób ży­ją­cych lub zmar­łych jest cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.
Wszel­kie po­wią­za­nia mię­dzy mu­zyką, o któ­rej mowa w po­wie­ści, i sektą, są czy­sto fik­cyjne, a tek­sty użyte w utwo­rze nie po­winny być ko­ja­rzone z żad­nym ist­nie­ją­cym w rze­czy­wi­sto­ści kul­tem ani grupą.
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Ża­den frag­ment ni­niej­szego utworu nie może być re­pro­du­ko­wany, prze­cho­wy­wany ani prze­sy­łany w żad­nej for­mie ani żad­nymi środ­kami, bez uprzed­niej pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Utwór nie może też być roz­po­wszech­niany w opra­wie lub okładce in­nej niż ory­gi­nalna oraz w for­mie in­nej niż ta, w któ­rej zo­stał wy­dany.
ISBN 978-83-271-6585-5
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl