Coś mi się śniło - Joanna Kordula

Reflow text when sidebars are open.
Non omnis moriar.
Horacy, Pieśń III, 30 (Wybudowałem pomnik...)
Dzwonek do drzwi wyrwał Kamila z głębokiego zamyślenia i wiercił mu niecierpliwie dziurę w głowie. "Kto to może być o takiej porze?" Kamil patrzył spokojnie na ogród, mając nadzieję, że natarczywy gość się zniechęci i sobie pójdzie. Rodzice i siostra mieli klucze.
Wiatr zmiótł suche liście i zakręcił nimi na podłodze tarasu. Dzwonek rozbrzmiewał co kilkanaście sekund i wydawało się, że już nigdy nie przestanie drażnić uszu.
– Już iiidę! – zawołał Kamil.
Przed drzwiami stał rumiany, uśmiechnięty listonosz. Kamilowi zawsze się wydawało, że ten człowiek jest z lekka oderwany od rzeczywistości.
– No nareszcie! Myślałem, że będę musiał przeskoczyć przez płot! – zażartował mężczyzna, zanurzając rękę w dużej skórzanej torbie.
– Prezydent do mnie napisał czy co? – rzucił niedbale Kamil.
– A! Być może, być może! – Listonosz triumfalnie wyciągnął przed siebie białą kopertę. – Trzeba będzie potwierdzić.
Kamil zerknął na nadawcę, skrzywił się na widok stempla urzędu skarbowego i podpisał się na małej karteczce.
– Już po raz piąty tu u pana jestem. Dziś zobaczyłem samochód i postanowiłem cierpliwie poczekać, aż zejdzie pan z tarasu.
"Skąd wiedział, że byłem na tarasie?" – przeleciało Kamilowi przez głowę. "Czy ten rumiany wesołek obserwuje swój teren z konarów drzew? To by tłumaczyło ten głupi uśmieszek".
– Dziękuję bardzo.
Czapka przesunęła się listonoszowi na bok, kiedy wyginał się, żeby zajrzeć do domu.
– Ma pan dla mnie coś jeszcze? – Kamil zrobił krok do przodu, jakby chciał zagrodzić mu drogę.
– A mam! – Mężczyzna wyjął jeszcze jeden list z torby. – Tego się pan nie spodziewał!
Kamil obrócił kopertę.
– Ze Stanów! – oświadczył uroczyście listonosz, patrząc z ciekawością na kopertę, którą zapewne obejrzał już wcześniej z każdej strony.
– Nic panu nie umknie, prawda?
– Taka praca, drogi panie! Taka praca!
– Dziękuję. – Kamil złapał znacząco za klamkę. – Do widzenia.
Listonosz uniósł daszek czapki.
Kamil szybko zamknął drzwi i rozdarł kopertę. Po chwili opadł na kanapę i ze zmarszczonym czołem wczytał się w treść listu.
Drogi Kamilu,
mamy nadzieję, że list nasz zastał Cię w zdrowiu.
My jakoś się tu trzymamy, choć po ostatnich wydarzeniach bardzo trudno o równowagę. Zdajemy sobie sprawę, że Tobie jest równie ciężko.
Usiądź wygodnie, bo czeka Cię kilka niecodziennych wiadomości. Teraz, kiedy nie ma już z nami Michała, a i nasze życie się kończy, musieliśmy podjąć kilka ważnych decyzji. Dotyczą one Ciebie – stąd nasz list.
Dziękujemy Ci za przyjaźń, którą otaczałeś naszego jedynego wnuka, za pomoc i poświęcenie. Jesteśmy ogromnie wdzięczni za wszystko, co dla niego zrobiłeś. Wszystko, co było Twoim udziałem, było dobre. Wszystko!
Z pewnością wiesz już, że zdecydowaliśmy się wesprzeć dom pomocy społecznej, w którym przebywał Michał. Ta placówka potrzebuje remontu, na pewno zdajesz sobie z tego sprawę. Ze względu na Twoje wykształcenie i cechy charakteru wybraliśmy Cię na naszego pełnomocnika. Nie miej nam za złe ogromu pracy, jaki na Ciebie spadnie w związku z nowymi obowiązkami. Po prostu wiemy, że sobie świetnie poradzisz. Cieszymy się na samą myśl, że dzięki naszej wspólnej pomocy ludzie, których Michał tak cenił, będą żyli lepiej. Jesteśmy w stałym kontakcie z panią kierowniczką, która ma nas informować o potrzebach i przebiegu prac.
Podjęliśmy też inne ważne decyzje.
Nasz jedyny wnuk odszedł. Nie mamy spadkobiercy. Zdecydowaliśmy, że będziesz nim Ty. Wiemy, co robimy. Znamy Cię lepiej, niż myślisz, i jesteśmy przekonani o słuszności naszej decyzji. Założyliśmy Ci konto w banku, na którym znajdziesz sporą kwotę. Spodziewamy się, że będziesz się sprzeciwiał, ale prosimy, nie odmawiaj przyjęcia tych pieniędzy. Przydadzą Ci się i jesteśmy pewni, że zrobisz z nich dobry użytek.
Nasi prawnicy niebawem skontaktują się z Tobą. Nie odwlekaj formalności. Będzie nam wszystkim dużo łatwiej, jeśli przejdziemy przez cały proces spadkowy jak najszybciej.
Chcielibyśmy najserdeczniej zaprosić Cię do nas. Jest wiele spraw, które powinniśmy omówić w cztery oczy. Możesz przyjechać z osobą towarzyszącą. Gdyby tak miało być, poinformuj nas możliwie szybko, żebyśmy mogli podjąć odpowiednie działania. Nasi prawnicy postarają się przyspieszyć wszystkie formalności: oświadczenia, wizy, rezerwacje itd.
Kiedy przyjedziesz, wszystko zrozumiesz. Prosimy, nie zwlekaj. My już nie mamy czasu.
Czekamy z utęsknieniem
Na dole listu widniały dwa zamaszyste i mało czytelne podpisy.
Trudno było Kamilowi w to wszystko uwierzyć. Wydawało mu się, że to kolejny sen, choć bardzo realny. Uszczypnął się mocno i syknął z bólu.
"Rzeczywiście mnie znają, skoro wiedzą, że nie będę chciał przyjąć tych pieniędzy. Niech je przeleją w całości na jakieś szczytne cele. Ja nie potrzebuję więcej, niż mam. W ogóle niczego już nie potrzebuję!" – pomyślał. Obracał kopertę w palcach, potem przyjrzał się z uwagą charakterowi pisma i kartce. List napisano piórem, granatowym atramentem, lekko drżącą ręką, ale bardzo starannie. Płynne łączenia liter, ich nachylenie i efektowne pętle wskazywały na starą szkołę. Kamil włożył list do koperty i rzucił nim, jak się puszcza kaczki na wodzie. Koperta poleciała płasko, po czym odbiła się od ściany. Spadła na podłogę w miejsce rozświetlone snopem światła wpadającym przez okno. Biały papier błyszczał mocno.
Kamil odchylił głowę na oparcie sofy i spojrzał na swoje odbicie w lustrze wiszącym w przedpokoju. Przyszło mu na myśl, że w sumie to nawet całkiem zwyczajnie wygląda. Dziwił się, że nie widać na zewnątrz, jaki jest roztrzaskany w środku. "Wszystko we mnie krzyczy, a ja udaję, że jest w porządku. Uśmiecham się – i to działa".
Zamknął oczy i tkwił w bezruchu przez dobre pół godziny. Kiedy uniósł powieki, jego wzrok padł wprost na białą kopertę. "Nie, moi drodzy! Nie liczcie na mnie!"
Zapowiadał się upalny dzień. Wychodząc z domu, spojrzał na czyste niebo. Było bardzo duszno i pomyślał, że może później nadejdzie burza, dlatego wrócił po parasol. Wrzucił go do bagażnika. Kiedy otworzył drzwi samochodu, buchnęło w niego gorące powietrze.
Przed pracą chciał jak zwykle pojechać na cmentarz. Zaparkował tuż obok bramy. Zatrzymał się koło straganu ze zniczami i kwiatami. Znana mu dobrze sprzedawczyni uśmiechnęła się na jego widok i sięgnęła po białą lampkę. Wiedziała doskonale, co kupi. Zamienili ze sobą kilka zdań o pogodzie i samopoczuciu. Kiedy się oddalał, patrzyła za nim smutno, kręcąc lekko głową. Wiedziała, do kogo codziennie przychodzi. Miasteczko wciąż było poruszone śmiercią tamtego przystojnego sportowca.
Jakaś kobieta stanęła właśnie obok straganu.
– Dzień dobry! Dzień dobry! Przepraszam, nie zauważyłam, kiedy pani podeszła. Zamyśliłam się.
– No właśnie widzę.
– Szkoda mi tego chłopaka. Strasznie szkoda. – Kalisiakowa ruchem głowy wskazała na Kamila oddalającego się cmentarną aleją.
– A co mu się stało?
– To przyjaciel tego sportowca, co to do wody skoczył i złamał kręgosłup.
Kobieta przyjrzała się uważniej jego sylwetce.
– A tak, słyszałam! Taka tragedia!
Patrzyły obie w milczeniu na znikającą za zakrętem postać.
– Mieszkali koło mnie, wie pani? Doskonale ich pamiętam. Byli po prostu nierozłączni. Do przedszkola zawsze razem, na spacery, w piaskownicy. Później do szkoły, ze szkoły, wieczorami, ciągle. – Sprzedawczyni zmarszczyła czoło, jakby próbowała coś sobie przypomnieć. – A z nimi zawsze jeszcze dziewczynka była. Taki trzpiot, gaduła i śmieszek. Mieszkała zaledwie dwa bloki dalej. Jak oni o nią dbali! Piękna przyjaźń. Byli bardzo zżyci. – Kobieta się zamyśliła. Poprawiła wieńce. – A później takie nieszczęście! Aż trudno uwierzyć!
– Jak to się mogło stać, że taki zawodnik tak niefortunnie do wody skoczył?
– Wie pani, jak to jest. Młodość! Brawura! Pewnie myślał, że jest niezniszczalny.
– Oj tak, straszna szkoda. Straszna!
– Serce mi się krajało, kiedy widziałam jego matkę. Był jej oczkiem w głowie. Chuchała na niego i dmuchała. A ten tarzał się w piachu i często bił. Miała z nicponiem siedem światów! – Tu kobieta przerwała, żeby obsłużyć starszego pana i wymienić z nim uprzejmości.
Przed cmentarzem stał tylko jeden stragan z kwiatami, wieńcami i zniczami. Był otwarty dzień w dzień, od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Kobieta przychodziła do pracy na godzinę przed otwarciem cmentarza, żeby wszystko przygotować. Tuż przed zamknięciem bram stoisko było już sprzątnięte, a ona szła na grób męża, żeby się pomodlić i pożegnać przed nocą. Bardzo lubiła swój straganik. A przede wszystkim ludzi, których tu spotykała. Od kiedy zmarł jej mąż, a dwójka dorosłych dzieci założyła własne rodziny i wyjechała do innego miasta, praca ratowała ją przed samotnością.
– Był jej jedynym dzieckiem?
– Tak... Szalony był ten chłopak, ale matkę uwielbiał! Nieraz widziałam, jak ją przepraszał z taką skruchą i miłością, że tylko kamień by się nie wzruszył. – Kalisiakowa westchnęła. – Jego ojciec podobno zmarł bardzo dawno temu. Nigdy go nie widziałam, wydaje mi się, że musieli się wprowadzić do naszego bloku już po jego śmierci. – Promienie słońca przebijały się przez konary starych drzew i rozświetlały chodnik. W oddali przemknęła wesoło wiewiórka. – A ten... ten jego przyjaciel to bardzo inteligentny, rozważny człowiek. Świetnie się uczył. A jaki miał głos! Absolutnie wyjątkowy! W naszym parafialnym chórze nie miał sobie równych. Na msze z jego udziałem zawsze przychodzili jego przyjaciele. I nie wstydzili się siedzieć w pierwszej ławce. – Znowu w skupieniu poprawiła kwiaty. – I tak było do tego strasznego wypadku. Potem ten przyjaciel zniknął, zniknęła dziewczyna. Długo ich nie widziałam.
– Jak to możliwe, że ich pani nie spotykała, skoro mieszkali tak niedaleko?
– Dziewczyna wyjechała. Myślę, że zmieniła szkołę i przeniosła się do rodziny. Po pewnym czasie jej rodzice się wyprowadzili, podobno na wieś. Chłopak zapewne zaszył się w książkach, bo to wszystko wydarzyło się jeszcze przed ich maturą. Potem wyjechał na studia. Na pewno odwiedzał rodziców, ale ja nie miałam szczęścia go nigdy spotkać.
– Podobno ten, który skoczył, długo był w śpiączce.
– Bardzo długo. Miesiącami nie było z nim kontaktu. Matka całymi dniami siedziała w szpitalu. Wychodziła wczesnym rankiem i wracała późną nocą. Kiedy ją pewnego dnia zobaczyłam, to aż się przeraziłam. Była cieniem człowieka. Niedługo później pojawił się nekrolog. A gdyby widziała ją pani wcześniej! Jaka elegancja! Jaki styl! – Sprzedawczyni chrząknęła i pokiwała głową. – Jakby z rodziny hrabiowskiej pochodziła! Miała szyk w każdym ruchu, w postawie, w sposobie chodzenia. A jak się ubierała! Trzeba mieć talent, żeby takie stroje wymyślać! – Wyprostowała się i wyciągnęła do góry brodę, żeby podkreślić swoje słowa.
– A ten młody człowiek – druga z kobiet ruchem głowy wskazała aleję za bramą – kiedy się znowu pojawił?
– Zobaczyłam go wczesną wiosną, tutaj, na cmentarzu. Natychmiast go poznałam! Wyrósł na przystojniaka. Przyjechał z tamtą dziewczyną na grób jej babci. Jej nie rozpoznałam tak od razu, zmieniła się, wypiękniała. Oj, na pewno chłopcy się za nią oglądają!
– To była ta ich przyjaciółka?
– Tak! Kupili u mnie znicze, chwilę porozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że przyjechała z Anglii. Powspominaliśmy stare dzieje i ich wygłupy. Mówili mi o operacji tego sportowca. – Westchnęła. – Aż miło było patrzeć na tych dwoje. Od razu było widać, że się uwielbiają.
– Byli parą?
– Z całą pewnością! Odkleić się od siebie nie mogli. A jak na siebie patrzyli! Trzymałam za nich kciuki. – Uśmiechnęła się. – Tak się teraz mówi. To było bardzo pocieszające.
– Co się z nią teraz dzieje? Nie wie pani?
– Na pogrzeb tego chłopaka przyjechała sama i sama odjechała.
– Rozstali się?
– Na to wygląda.
– Dziewczyna pewnie znowu wyjechała za granicę.
– Tak. Chociaż pojawili się razem jeszcze raz, po pogrzebie przyjaciela. Nie rozmawiali ze sobą. Szli z dala od siebie, bardzo smutni. Znowu kupili u mnie kwiaty i znicze. Nie byli skorzy do rozmowy. Widać było ich ból jak na dłoni.
W alejce znowu pojawiła się sylwetka wysokiego, szczupłego mężczyzny. Wracał wolno, pogrążony w myślach. Nie rozglądał się na boki, ale przechodząc obok straganu, ukłonił się kobietom na pożegnanie. Odprowadziły go wzrokiem w milczeniu. Nie odezwały się, dopóki nie zamknął drzwi samochodu i nie włączył silnika.
– Spotkałam go już! – Na twarzy kobiety stojącej obok sprzedawczyni malował się triumf. – Jestem pewna! – Zastanawiała się dłuższą chwilę, mrużąc oczy. – Wiem nawet kiedy! Zapadł mi dobrze w pamięć, on i ten samochód. Wracałam od dzieci. Pomagam im, są tacy zaganiani. Opiekuję się wnukami, kiedy są chore i nie mogą iść do przedszkola. Szłam na przystanek autobusowy, kiedy na pobocze zjechał samochód. Zwróciłam na niego uwagę. Nikt z niego nie wysiadał. W środku był tylko kierowca. Siedział z taką miną, jakby był nieobecny myślami. Kiedy go mijałam, położył głowę na kierownicy. Przestraszyłam się, że może coś mu się stało. Nie poruszał się. Zastukałam w szybę. Na początku chyba nawet nie słyszał albo nie chciał słyszeć. W końcu podniósł głowę. Był taki smutny, że i mnie łzy się w oczach zakręciły. Zapytałam, czy nic mu nie jest i czy mogę jakoś pomóc. Spróbował się uśmiechnąć, ale słabo mu to wyszło. Nieraz myślałam o tym, że trzeba było z nim dłużej porozmawiać. Męczyło mnie to. – Westchnęła. – Czyli to był on... – powiedziała jakby już tylko do siebie. – Moja siostrzenica pracuje w szpitalu w Łodzi. O tej operacji to wszyscy wtedy mówili.
– Słyszałam o tym nawet w wiadomościach – przypomniała sobie Kalisiakowa. – Widziałam też wywiady z ordynatorem oddziału i z tym sparaliżowanym chłopakiem. Ordynator opowiadał o możliwościach i zagrożeniach związanych z operacją. Chłopak wyglądał na pełnego nadziei. Był bardzo przyjemnym i naprawdę przystojnym mężczyzną.
– To miało być wielkie wydarzenie w polskiej medycynie.
– Tak. Szkoda, że się nie udało.
– Wola Boża.
– A teraz ten jego kolega przychodzi tu codziennie. Snuje się jak cień.
– Wszystkich ich szkoda. Nie zasłużyli na to, co się stało.
– Zaglądam na grób tego chłopaka, kiedy już pomodlę się u mojego Józia. – Kalisiakowa ciężko westchnęła.
– Już tylko modlitwa może mu pomóc.
– Oj tak. – Kobieta się zamyśliła. – On oprócz matki raczej nie miał tutaj rodziny. Nigdy nie widziałam żadnych jego krewnych.
– Dziwne.
– Tak, tym bardziej że na jego grobie jest zawsze świeża wielka wiązanka kwiatów.
– Pewnie ten przyjaciel ją przynosi.
– Właśnie nie! Każdego dnia jest tu też niewidoma dziewczyna. Ale to nie ona przynosi kwiaty. I ona, i ten przyjaciel wchodzą zawsze tą bramą. Widzę, co wnoszą. Zresztą oni kupują tylko u mnie.
– A w tym grobie to tylko on jest pochowany, ten sportowiec?
– Nie. Leży tam też jego matka. To rodzinny grobowiec. Niech pani kiedyś tam zajdzie. Ten biały marmur musiał kosztować majątek. Połowa płyty jest pusta, jakby miało tam spocząć więcej osób.
Do stoiska podeszła zgarbiona starsza kobieta. Kupiła znicze. Zamieniła kilka zdań ze sprzedającą i podreptała w stronę bramy cmentarza.
– Do tego coś tam się szykuje. Widziałam, jak przy tym grobowcu kręcił się jakiś mężczyzna, coś mierzył, sprawdzał. Zagadnęłam go. Powiedział, że to będzie najpiękniejszy grób w okolicy. Później widziałam, jak odjeżdża samochodem na warszawskich numerach.
– Ten chłopak musiał przecież kogoś mieć, przynajmniej dalszą rodzinę.
– A jednak. Na pogrzebie byli podobno tylko jego znajomi z ośrodka, w którym mieszkał, koleżanki i koledzy ze szkoły, sąsiedzi i kilka osób z czasów jego treningów piłki nożnej.
– A co z mieszkaniem, które zajmował z matką?
– Nic. Ciemno w nim i głucho. Moim zdaniem nikt tam nie zagląda.
– Rzeczywiście dziwne.
– Mówiłam pani!
Kalisiakowa znowu zajęła się układaniem towaru na półkach. Poprawiała każdy znicz, przesuwając go o milimetr, o dwa.
– Ktoś przecież musi płacić czynsz!
– No raczej!
Kobiety równocześnie spojrzały w niebo.
– Jaka czarna chmura!
– Zapowiadali burzę.
Nie gardź sobą, że przegrałeś bitwę.Trzeba znacznej siły, by zapędzić się aż tam,gdzie się bitwę przegrywa.
Henryk Elzenberg
Normalny dzień w pracy, czyli dużo obowiązków, trochę żartów, a w przerwie lunch w pobliskiej kantynie w towarzystwie kolegi i koleżanki z pokoju.
Stanowili zgrany zespół. Rozpoczęli pracę w firmie tego samego dnia i od pierwszej chwili bardzo się polubili. Maciek i Aneta w niedługim czasie stali się parą. Kamil obserwował, jak się do siebie zbliżają, i szczerze im kibicował. Zżyli się wszyscy na tyle, że naprawdę dużo o sobie wiedzieli. Rzadko jednak spotykali się po pracy, bo Kamil jeszcze do niedawna każde popołudnie spędzał u sparaliżowanego przyjaciela w domu pomocy społecznej.
Ułożył dokumenty na biurku i zapisał w kalendarzu, co ma zrobić kolejnego dnia. Potem długo patrzył na zdjęcie dziewczyny, które zawsze stało obok monitora. Dziewczyna miała długie ciemne włosy związane w koński ogon, zamyślony wyraz twarzy i lekki uśmiech na ustach.
– To moja przyjaciółka z dzieciństwa – odpowiadał na pytania kolegów z pracy z takim rodzajem dumy, który nie pozostawiał wątpliwości, że była dla niego kimś więcej.
Odstawił zdjęcie na miejsce z namaszczeniem. Chwilę siedział jeszcze w bezruchu, po czym wstał i wyjrzał przez otwarte okno na mokrą ulicę. Gwałtowna burza, która przeszła godzinę wcześniej, oczyściła powietrze. Nie było już tak duszno. Zamknął dokładnie okno. Z przyjemnością pomyślał o czekającej go podróży do rodzinnego miasteczka. Pomyślał, że po takiej burzy droga wśród lasów i pól będzie prawdziwym relaksem.
Szukając kluczyków do auta w kieszeni, ruszył do recepcji. Modlił się, żeby nikogo tam już nie było. Niestety, daremnie, bo recepcjonistka wytrwale czekała, aż skończy pracę. Wyłoniwszy się zza rogu, zauważył, jak dziewczyna błyskawicznie zamyka i odkłada do szuflady lusterko. Uśmiechała się już promiennie. Lubił ją, była bardzo sympatyczna, prostolinijna i szczera. Przyjemnie się z nią rozmawiało i można się było razem serdecznie pośmiać. Nie mogła mu się też nie podobać z tą ładną, miłą buzią i gęstymi, długimi włosami. To wszystko jednak nie wystarczało, żeby chciał się z nią umówić. Choćby była miss świata i mistrzynią konwersacji, choćby stawała na głowie – w tym momencie nie miała najmniejszych szans, tylko dlatego, że nie była nią.
Z nikim się nie umawiał. Był zawsze zajęty, zawsze skupiony, dziewczyna musiała się bardzo starać, żeby ją w ogóle dostrzegł. Nie zostawał po godzinach ani nie chodził na imprezy. Po pracy biegł do chorego przyjaciela. Słyszała o młodzieńczej brawurze i nieszczęśliwym wypadku.
Dostrzegł ją w końcu i był bardzo miły; wydawało się, że sprawy dobrze się mają. I właśnie wtedy gruchnęła po biurze plotka, że przyjechała ona. Chodził wtedy szczęśliwy, jakby złapał Pana Boga za nogi, i... coraz częściej się spóźniał, coraz wcześniej wychodził, aż w końcu poprosił o urlop. Odbyło się też to nieszczęsne przyjęcie, na którym wszystko stało się jasne.
Ciężko, bardzo ciężko przeżyła tamto spotkanie. Nie spodziewała się czegoś tak okropnego. Oni naprawdę byli sobie bardzo bliscy. Zerkali na siebie jak zakochane szczeniaki – koszmar! I to ich szczęście, i bijąca od nich dobroć, wszystko bliskie ideału. Ślepy by zauważył, że Kamil i Basia nie są tylko przyjaciółmi z dzieciństwa.
Należało odpuścić. Próbowała się leczyć z uczucia do Kamila. Unikała jego towarzystwa, unikała jakiegokolwiek kontaktu. Myślała nawet o tym, żeby się zwolnić z pracy, jednak kiedy największy szok minął, kiedy opadły emocje i okazało się, że nie może odejść z pracy przed końcem okresu wypowiedzenia, nieco się uspokoiła. Uznała, że da się jakoś w biurze wytrzymać. Tak jak kiedyś wiedziała, którędy chodzić, żeby spotkać Kamila, tak teraz dokładnie wiedziała, co robić, żeby się na niego nie natknąć. Imprezowała ze znajomymi niemal codziennie, żeby zapomnieć i się znieczulić. Umawiała się z różnymi chłopakami. A wtedy wstrząsnęła biurem wieść, że ten jego chory przyjaciel nie przeżył operacji! "Boże, to okropne, że tacy młodzi ludzie umierają!" – przeraziła się. Potem, już kilka dni po pogrzebie, dowiedziała się, że owa "przyjaciółka" wyjechała ponoć na dobre z Polski.
Kamil nie przychodził do pracy przez kolejny tydzień, a kiedy wrócił, trudno go było poznać. Zmizerniał i posmutniał. W skupieniu wykonywał swoją pracę. Zostawał w biurze długo po godzinach, jakby nie miał nic lepszego do roboty, jakby musiał coś zrobić z nadmiarem wolnego czasu.
Karolina postanowiła więc jeszcze nie odpuszczać. Też zostawała dłużej w pracy, a jej drogi znowu coraz częściej krzyżowały się z drogami Kamila.
– Ty jeszcze tutaj? – spytał tego dnia, udając zaskoczenie. Jakby dotąd nie zauważył, że dziwnym trafem dziewczyna zbiera się do wyjścia zawsze równocześnie z nim.
– Tak. Musiałam coś skończyć.
Czuł, że należy coś powiedzieć, ale jakoś nie chciało mu się wysilać. Karolina sięgnęła po torebkę, by dać sygnał, że akurat też wychodzi z pracy. Przysunęła fotel do biurka.
– Miałam właśnie wychodzić.
Nie wypadało na nią nie poczekać. Było naprawdę późno.
– Możemy wyjść razem.
Ucieszyła się, jakby proponował randkę.
– Świetnie! Pozamykam wszystko, okej? – Rozejrzała się tylko wkoło i sięgnęła po klucze. – Zrobione.
Kamil uśmiechnął się, widząc, jak Karolina wyskakuje zza biurka. Wszystko miała już wcześniej gotowe. Przepuścił ją w drzwiach. Pożegnali się z ochroniarzem, który leniwym wzrokiem odprowadził ich ku przeszklonemu wyjściu.
– Podwieźć cię do domu? – zapytał Kamil z nadzieją, że Karolina nie odważy się rzucić żadnej szalonej propozycji.
– A może... – A jednak! – Może poszlibyśmy gdzieś razem? Masz jakieś plany na ten wieczór?
Wolał pobyć sam. Ciągle tak miał od śmierci Michała. Pamiętał jednak, że kiedyś obiecał Karolinie spotkanie. Nie chciał się wycofywać z danego słowa. "Można to odbębnić już dziś" – pomyślał.
– Dokąd chciałabyś iść? – zapytał niezbyt chętnie.
– Jesteś głodny?
– Czuję jeszcze w żołądku tego kebaba, którego wciągnęliśmy w południe.
– Jest już wieczór – zauważyła.
Spojrzał na zegarek.
– O, faktycznie, późno się zrobiło. Tak, chodźmy coś zjeść. Mam pustą lodówkę.
– Byłeś kiedyś w pubie Bagdad Café?
– Nie, ale dużo o nim słyszałem. Możemy tam iść. – Nie zadawał zbędnych pytań.
Podeszli do samochodu. Otworzył Karolinie drzwi. Niespiesznie schował torbę do bagażnika. Wykorzystała ten moment na ponowne szybkie przejrzenie się w lusterku. O takiej chwili marzyła od bardzo dawna.
– Jak ci minął dzień? – zapytała, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Dobrze, dziękuję. A tobie? – Nie chciało mu się rozgadywać. Myślą przebiegł tylko ten zaskakujący list od dziadków Michała, telefon z domu pomocy społecznej i kilka zdarzeń z biura.
– Dzień zaczął się niesamowicie! – zaczęła z zapałem Karolina. Opowiadała niemal bez wytchnienia przez całą drogę. Dbała o to, żeby nie nastała cisza. Czasem zadawała Kamilowi pytanie, na które odpowiadał mruknięciem albo skinieniem głowy. Mówiła więc za dwoje. – Tutaj zaparkuj – doradziła, kiedy zbliżyli się już do celu.
Bez słowa skręcił i zajął wolne miejsce.
W pubie było kilka osób. Kamil przebiegł wzrokiem po twarzach – nie rozpoznał nikogo. Anonimowość jest ogromną zaletą dużych miast. W swoim miasteczku na pewno wzbudziłby spore zainteresowanie. Wydawało mu się, że wszyscy wiedzą, kim jest i co mu się przydarzyło. Nie lubił plotek i tego małomiasteczkowego zainteresowania. "Ludzie w małych społecznościach są po prostu bezlitośni" – myślał.
Na widok dziewczyny i chłopaka siedzących przy barze Karolina aż podskoczyła z radości.
– To moi znajomi! Możemy do nich podejść?
– Jasne.
Karolina przedstawiła Kamila. Słysząc jego imię, jej koleżanka zrobiła ukradkiem wymowną minę, jakby dobrze wiedziała, kim jest.
Barman podał menu. Karolina przeprosiła znajomych, a Kamil wskazał stolik w rogu sali.
– Usiądziemy tam?
– Dobrze.
Kiedy zajęli już miejsca i kelner odebrał zamówienie, Karolina nachyliła się w stronę Kamila. Miała szczęście wypisane na twarzy. Chłopak uśmiechnął się lekko i odchylił głowę w bok. Ona opowiadała już kolejną historię. Generalnie była bardzo rozmowna i przypomniało mu się, że Basia też była kiedyś gadatliwa. Patrzył na twarz Karoliny, porównując ją do niej. To nie było fair, ale nie potrafił inaczej. Chciał być z Basią, szukał jej w każdej napotkanej dziewczynie.
Karolina kokietowała go całą sobą, co przestało go denerwować, a nawet zaczęło bawić. Myślami jednak znowu uciekł daleko, przebiegając nimi błyskawicznie dzieciństwo, szkołę, obóz, ognisko, tamtą nieszczęsną grę w butelkę, ustronne miejsce w lesie i... szpital.
– Hej – szepnęła. – Postaraj się nie myśleć o niczym smutnym, dobrze?
– Przepraszam. – Zdziwił się, że aż tak było widać, że się wyłączył.
– Nie przepraszaj. – Dotknęła jego ręki i długo jej nie cofała.
Patrzył na jej delikatną dłoń, jakby był zaskoczony, że w ogóle da się go dotknąć.
– Często wychodzimy wieczorami z ludźmi z biura. Jest naprawdę sympatycznie. Mógłbyś się czasem przyłączyć.
– To nie takie proste – westchnął i sam się zaśmiał.
"To nie takie proste" – to nie były jego słowa. Ileż to razy kłócił się z Basią, kiedy tak właśnie mówiła. Jej drugim ulubionym zdaniem było: "Widocznie tak miało być". Znowu poczuł, jak podnosi mu to ciśnienie. "Co za bzdury!" – pomyślał.
– Wiem, że jest ci ciężko. Po tym, co się wydarzyło... Bardzo ci współczuję. Ale proszę cię, pozwól sobie pomóc.
Jej szczerość go ujęła. Spodziewał się, że będzie szczebiotać i udawać, że nic się nie stało. Myślał, że będzie go po prostu męczyć. Nie było jednak źle. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co nią kieruje, i nie przeszkadzało mu to, skoro jej nie przeszkadzało, że on kocha kogoś innego. Przecież o tym wiedziała, musiała wiedzieć, wszyscy wiedzieli!
Lokal wypełniał się młodymi ludźmi. Muzyka grała coraz głośniej. Kiedy wyszli na zewnątrz, było już prawie ciemno. Wolnym krokiem kierowali się w stronę samochodu.
– Zobacz, jest pełnia!
Kamil spojrzał na księżyc, a Karolina przyglądała się jemu. Wciąż nie mogła uwierzyć, że w końcu może z nim spędzić kilka chwil poza biurem, sam na sam.
– Masz ochotę się przejść? – zapytał.
– Pewnie! – Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. – Mowa!
– Weź może kurtkę z samochodu. Robi się coraz chłodniej.
Karolina miała nadzieję, że ten spacer potrwa bardzo długo. Mogłaby tak chodzić do białego rana. Nie potrzebowała kurtki, w ogóle niczego więcej nie potrzebowała!
Kamil pomyślał, że to całe spotkanie było bardzo miłą alternatywą dla samotnego siedzenia w czterech ścianach. Miał tylko nadzieję, że Karolina nie straci dla niego głowy.
Rozmowy były naprawdę szczere, a Kamil starał się na nich skupić i być miły. Karolina opowiedziała mu o swoim ostatnim chłopaku, który okazał się totalnym dupkiem i po prostu przestał dzwonić i odbierać telefony. Ona się zamartwiała, a on spotykał się już z następną. Kiedy zobaczyła go z tamtą na ulicy, omal nie dostała zawału.
– Trudno komukolwiek zaufać po czymś takim – zakończyła, dając do zrozumienia, że i jej bywało ciężko.
Chodniki opustoszały. Czasem tylko minął ich ktoś wyprowadzający psa na ostatni spacer. Z rzadka przejeżdżały samochody. Gasły światła w oknach.
– Późno już – powiedział Kamil, wyciągając przed siebie ramię i odsuwając mankiet koszuli.
– Nie patrz! – Karolina przytrzymała jego rękę.
– Jutro ciężko będzie wstać.
– Jutro piątek. – Machnęła ręką. – Jakoś się wytrzyma ten jeden dzień. W sobotę się odeśpi.
Kamil spojrzał na Karolinę, która przyciskała splecione przedramiona do brzucha.
– Zimno ci?
– Trochę. – Natychmiast rozplotła ramiona, żeby tylko nie postanowił zakończyć spaceru. – Tylko trochę.
– Wracajmy do samochodu.
– Nie, naprawdę jest dobrze.
– Właśnie widzę! Trzęsiesz się! – Rozejrzał się. – Gdzie my w ogóle jesteśmy?
– Nie wiem. – Zaśmiała się. – Nie chce mi się nad tym zastanawiać.
– Ładne rzeczy!
W tym momencie ich zobaczył. Dwóch podejrzanych mężczyzn stało w ciemnej bramie starej, mocno podupadłej kamienicy. Już zauważyli swoje ofiary. Patrzyli w ich kierunku, coś cicho uzgadniając. Kamil szybko ocenił sytuację: byli bardzo blisko, na pewno będą ich gonić, a Karolina na tych wysokich obcasach nie miała szans.
– Karolina... – wyszeptał. – Uciekaj!
Zesztywniała ze strachu, widząc, jak tamtych dwóch zdecydowanym krokiem zmierza w ich stronę.
– Uciekaj, powiedziałem!
– Nie mogę cię zostawić! – wyjęczała.
– W niczym nie pomożesz! Masz się schować! Możesz kogoś zawołać! – Wcisnął jej w rękę swój portfel i kluczyki od samochodu. – Dam sobie radę! Biegnij!
Mężczyźni przyspieszyli. Nie było wątpliwości, że nie mają dobrych zamiarów. Już było słychać przekleństwa.
Karolina gwałtownie skręciła w małą uliczkę i najszybciej, jak mogła, schowała się za najbliższy budynek. Odwróciła się, żeby sprawdzić, czy nikt jej nie goni. Na szczęście uliczka była pusta. Przystanęła, wsłuchując się w odgłosy szarpaniny. Co chwilę ktoś strasznie przeklinał i coś wykrzykiwał. Strach jej jednak nie sparaliżował. Pobiegła do najbliższego bloku. W oknie na parterze świeciło się światło. Zobaczyła mężczyznę i kobietę krzątających się po kuchni.
Schyliła się po mały kamyk i rzuciła. Okno natychmiast się otworzyło i pojawiła się w nim wykrzywiona w napięciu twarz.
– Błagam! – zawołała. – Potrzebujemy pomocy!
– Kim jesteś?! Co tu się dzieje!?
– Napadło na nas dwóch typów! Mój kolega nadal tam jest!
Facet wychylił się mocniej i rozejrzał dokoła.
– Gdzie?
– Tuż obok! – Wskazała ręką kierunek. – Przy bramie, przy głównej ulicy!
Do okna podeszła kobieta. Patrzyła na Karolinę zza szerokich pleców swego towarzysza.
– Błagam! Zabiją go! Pomóżcie!
Do okna podeszła jeszcze jedna osoba.
– Co jest grane? – zapytał młody mężczyzna lekko podchmielonym głosem. Uśmiechnął się na widok ładnej dziewczyny.
– Łysy i Brzytwa znowu leją! – wyjaśnił krótko ten pierwszy.
Karolina struchlała, słysząc ksywy rodem z więzienia.
– Błagam!
– Nigdzie nie idziecie! – krzyknęła kobieta. – Nie będziecie się w to mieszali!
– Jak ojciec nie chce, to niech nie idzie! Ja idę! – postawił się chłopak i już po chwili był na dole.
– Co się tu znowu dzieje, do jasnej cholery? Nie da się spać w tym domu! – krzyczał jakiś człowiek z okna na pierwszym piętrze.
Po krótkiej wymianie zdań trzech mężczyzn już wybiegało z budynku. Doskonale wiedzieli, w którą stronę się kierować.
Karolina spodziewała się najgorszego. Biegnąc za nimi jak najszybciej, bała się, że tamtych dwóch już skatowało jej kolegę. Ulżyło jej odrobinę, kiedy zobaczyła Kamila wciąż walczącego i stojącego o własnych siłach. Po chwili jednak upadł i gdyby nie zbliżające się kroki i krzyki, naprawdę byłoby z nim krucho. Napastnicy rzucili kilka wyzwisk i gróźb, po czym zniknęli w tej samej bramie, z której wyszli. Kamil wstał sam. Karolina podziękowała mężczyznom. Młodszy kombinował, czy dałoby się ją poprosić o numer telefonu. Ostatecznie odpuścił sobie nawiązywanie znajomości, widząc jej pełne uwielbienia i troski spojrzenie skierowane na chłopaka.
– Wszystko w porządku? – zapytał najstarszy mężczyzna.
– Tak, dziękuję! – wydusił Kamil. Opierał dłonie o kolana i z mocno pochyloną głową starał się złapać oddech.
– Miałeś szczęście!
– Tutaj lepiej się nie kręcić po nocy! – poradził najmłodszy.
– Teraz już będziemy wiedzieli – odpowiedziała Karolina. – Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję i przepraszam za kłopot.
– Gdybyś potrzebowała jeszcze czegoś, to wiesz, gdzie mieszkam – rzucił facet zalotnie, po czym spojrzał niepewnie na Kamila. – Dobra! My tu chwilę zostaniemy, a wy idźcie!
– Dzięki! – Kamil podał rękę wszystkim po kolei.
– Nic ci nie jest? – Karolina dopadła do niego, kiedy tylko znaleźli się na dobrze oświetlonej ulicy. Ujmując jego twarz w dłonie, oglądała ją w świetle latarni.
Uśmiechnął się szeroko.
– Wszystko w porządku! – Uścisnął zdezorientowaną dziewczynę. – Wreszcie czuję, że żyję!
Karolina, kompletnie zaskoczona jego reakcją, pozwalała mu się obejmować, zastanawiając się, czy nie oszalał.
– Na pewno wszystko z tobą okej?
– Czekaj, policzę zęby – zażartował i przesunął po nich językiem. – W porządku! Są wszystkie! – Otrzepał spodnie i poprawił koszulę.
– Idziemy stąd. Nie kuśmy losu.
Karolina dopiero teraz poczuła, jak opada z sił. Z wrażenia tak trzęsły jej się nogi, że z trudem się na nich utrzymywała.
– Nic ci się nie stało? – Zmierzył ją od stóp do głów.
– Nie. Przeżyłam tylko zawał serca!
– Super sobie poradziłaś! Dziękuję!
Z trudem poruszała nogami, jakby były z galarety.
– Twoje dokumenty! – Podała mu wszystko, co jej powierzył.
Skręcili w kolejną przecznicę.
– O! Już wiem, gdzie jesteśmy! – Odetchnęła z ulgą.
– Całe szczęście!
– Jesteśmy na Pomorskiej. To jedna z najniebezpieczniejszych ulic Łodzi!
W świetle latarni zauważyła, że koszula Kamila jest mocno poplamiona krwią. Zatrzymała się.
– O kurczę! Zobacz!
– Co jest? – Oglądał swoje ubranie.
– Mogę? – zapytała. Czekała, aż się odezwie.
– Możesz.
Rozpięła kilka guzików koszuli, żeby obejrzeć jego ramiona i plecy. Potem uniosła włosy nad czołem.
– Oko chyba będzie sine. Łuk brwiowy już puchnie.
– Zaczyna mnie boleć noga. – Zaśmiał się. – Ale spodni tu nie zdejmę!
Karolina udała, że nie usłyszała żartu.
– Do mojego domu jest bliżej niż do samochodu. Rodziców nie ma, a brat na pewno z tego korzysta i szlaja się gdzieś z kumplami. Możesz zostać na noc.
– A gdzie miałbym spać? – spytał naprawdę poważnie.
– Na sofie w salonie.
Ponownie zrobił żartobliwą minę.
– A twój brat jest starszy czy młodszy od ciebie?
– Młodszy o cztery lata.
Kamil bronił się jeszcze przed pójściem do jej domu, ale pozostawała nieugięta. Po kilku minutach byli już pod jej blokiem.
– Ty wiesz, jak nazywają tych dwóch meneli, co nas tak z bramy przywitali? – przypomniała sobie.
– Nie przedstawili mi się.
– Łysy i Brzytwa! Czujesz to?!
Kamila rozśmieszyły te ksywy tak bardzo, że musiał przystanąć.
– Nie?! Czyli banda Łysego!
– No tak! Dwóch na jednego!
Śmiejąc się, musiał trzymać się za brzuch, żeby mniej go bolały poobijane żebra.
Z górnych pięter dochodziła głośna muzyka.
– Adam sprosił jednak towarzystwo do siebie. – Zadarła głowę w stronę okna. – Ale on durny! Zaraz sąsiedzi wezwą policję. Chodź! – Pociągnęła Kamila za rękaw.
Szybko wchodzili po schodach. Gdzieś na piętrze wyżej trzasnęły drzwi. Sąsiedzi musieli się już bardzo denerwować. Basy dudniły tak mocno, że drżało powietrze. Kiedy otwierali drzwi, ktoś wyłączył muzykę. W przedpokoju pojawił się wysoki, dość muskularny chłopak.
– O, Karolina! O której to się do domu wraca, co? – droczył się.
– Nic już lepiej nie mów! – ostrzegła. – Kończ tę imprezę! Zaraz Kostelakowa tu wpadnie, zobaczysz! Ty do reszty oszalałeś!
Przedstawiła brata Kamilowi. Inny chłopak wysunął się zza jego pleców.
– Chodź, chłopie! Napij się z nami. – Klepnął Kamila w ramię jak starego kumpla z podwórka.
Kamil syknął z bólu i uścisnął mu rękę na powitanie.
– Gdzieś ty go znalazła? – żartował chłopak, przyglądając się bliżej podbitemu oku.
– Przestań, dobra? – ostrzegła z nadzieją, że odpuści.
– Niezłe numery!
– Kamil ze mną pracuje. – Postanowiła ukrócić jego docinki.
– To jest ten Kamil!? – Klasnął głośno w dłonie. – Już kumam! Siłą go tutaj przyciągnęłaś, co?! – Śmiał się głośno, uderzając dłońmi o kolana. – Ale nie musiałaś go tak bić!
Karolina posłała bratu wściekłe spojrzenie. Bojąc się, że powie coś jeszcze, szybko zaprowadziła gościa do swojego pokoju.
– Kończ już imprezę! I posprzątajcie ten chlew! – krzyknęła i zatrzasnęła za sobą drzwi, po czym łagodniejszym tonem zwróciła się do Kamila: – Przepraszam cię.
– Spoko!
– Poczekasz chwilę?
– Nie stresuj się mną.
Zrobiła przepraszającą minę i wyszła.
– Chłopaki! – Kamila dobiegł już spokojny głos Karoliny. – Niestety, ta impreza naprawdę musi się skończyć!
– Weź przestań, Karola! Jest cicho przecież. Chodźcie do nas! My tu nic złego nie robimy, zobacz! – próbował przekonywać kolega Adama.
Zadzwoniły butelki.
– Wypiliśmy po dwa!
– Ty mnie nie denerwuj, dobrze? Twoja mama się o ciebie martwi.
– Wie, że tu jestem.
– Na pewno! Lepiej zajmij się nauką!
– Wyluzuj! – wtrącił Adam.
– Sprzątać tutaj! I to już! – rzuciła jeszcze i wycofała się z pokoju, kopiąc po drodze rozrzucone buty.
Kamil podszedł do zdjęć ustawionych na parapecie.
– Ale mnie wkurzył ten kretyn! – Usiadła ciężko na krześle przy biurku. – Na jeden dzień rodzice wyjeżdżają, a on od razu kumpli sprasza.
– Daj mu spokój. Dziwisz się, że chce wykorzystać nieobecność rodziców? To ty? – Zmienił temat, wskazując jedno ze zdjęć.
– Jasne! – Jakby nie słuchała, co Kamil do niej mówi. – Dobry chłopak, tak w ogóle. Tylko strasznie podatny. Boję się, że wpadnie w złe towarzystwo.
– Ile on ma lat, z dziewiętnaście pewnie?
– Nawet nie. Dopiero osiemnaście skończył.
– Odpuść, niech się wyszumi. To ty? – powtórzył pytanie.
– Tak. To zdjęcie ze studniówki.
– Fajne!
W pokoju obok ktoś znowu włączył na chwilę muzykę.
– Chodź do łazienki. Zdejmiesz koszulę. Trzeba ją od razu zaprać, bo zostanie plama.
Kamil poszedł za Karoliną.
– Szybko ją namoczę, okej?
– Potrafię sam, wiesz?
– Mam tu taki dobry odplamiacz. Daj. – Karolina się nie poddawała i nie miała zamiaru wychodzić z łazienki. – Umyj twarz. Przyniosłam wodę utlenioną i plastry. Zajmiemy się tym skaleczeniem.
Kamil spojrzał na nią podejrzliwie, a ona parsknęła śmiechem.
– Przestań tak patrzeć! Chcę ci pomóc!
Też się zaśmiał i zaczął rozpinać koszulę. Łazienka była bardzo mała, musieli się sprytnie mijać, żeby się nie dotknąć. Karolina obserwowała ruchy jego palców. W końcu odwróciła się do umywalki. Sięgnęła do szafki po miskę i butelkę z odplamiaczem. Nalała wody do miski i ustawiła ją na pralce.
– Sam to zrobię.
Stanęła w drzwiach.
– Wykąp się. Tu masz ręcznik – powiedziała. – Zawołaj mnie, jak skończysz, to odkazimy wszystko. Ja idę pomóc temu idiocie rozstać się z kolegami!