ROZDZIAŁ 1JASKÓŁKI I OPÓŹNIONY CHRZEST, czyli jak futbol wkroczył w życie małego Cristiano
Santo António to dzielnica na przedmieściach Funchal (wymawiaj: Funszal), miasta, które jest stolicą portugalskiej wyspy Madera. Dzielnica leży na zboczu wzgórza, z którego - zwłaszcza o zachodzie słońca - rozciąga się zjawiskowy widok na całe Funchal i ocean. Należy do parafii o tej samej nazwie, a jej mieszkańcy każdej niedzieli spotykają się w kościele pod wezwaniem Świętego Antoniego.
To tutaj, na ulicy Sokolej, czyli Rua da Quinta Falc?o (wymawiaj: Huła da Kinta Falkau) pod numerem 27A mieszkała rodzina państwa Aveiro. Pan Aveiro miał na imię José Dinis (wymawiaj: Żuze Dinisz), jego żona - Maria Dolores z domu dos Santos (wymawiaj: Marija Doloresz dusz Santusz). Ale ponieważ w Portugalii często używa się drugiego imienia zamiast pierwszego, pani Aveiro była tu znana jako pani Dolores, a jej mąż jako pan Dinis.
Państwo Aveiro poznali się i pobrali w Funchal, kiedy pani Dolores miała 18 lat. Rok po ślubie na świat przyszła ich córka Elma, a niedługo potem syn Hugo. Rodzina mieszkała z rodzicami pana Dinisa i wiodła bardzo skromne życie. Pani Dolores pracowała jako kucharka. Szybko została sama z dwojgiem maleńkich dzieci. Jej mąż został powołany do wojska i wysłany na wojnę do Afryki. Portugalia miała tam przez wieki kolonie, ale kraje te postanowiły się uniezależnić i dlatego wybuchły w nich walki zbrojne.
Po powrocie z Afryki pan Dinis był zupełnie innym człowiekiem, niż kiedy wyjeżdżał. Na wojnie widział tak straszne rzeczy, że przestał być wesoły i radosny. Wpadł w depresję, pracował tylko od czasu do czasu. Zaczął pić alkohol.
Pensje obojga państwa Aveiro nie wystarczały na utrzymanie całej czwórki. Pani Dolores musiała zostawić dzieci i wyjechała na kilka miesięcy do Francji, gdzie zarobki były wyższe niż w ich rodzinnej Portugalii. Dorabiała tam, pracując jako sprzątaczka.
Pan Dinis był najpierw miejskim ogrodnikiem w Funchal, potem znalazł zatrudnienie w lokalnym klubie piłkarskim. Klub nazywał się Andorinha (wymawiaj: Andurinja), co po portugalsku znaczy Jaskółka. Był tak zwanym kitmanem (z angielskiego kitman, kit - kostium, man - człowiek). Dbał o stroje i cały sprzęt klubu. Tymczasem na świat przyszła druga córka państwa Aveiro - Kátia.
Dziesięć lat po narodzinach najstarszej Elmy pani Dolores znów spodziewała się dziecka. Wyobraźcie sobie zdumienie trójki rodzeństwa, kiedy pewnego dnia rodzice pełnym powagi głosem oznajmili im:
- Kochani, mamy dla was wielką nowinę. Nasza rodzina wkrótce się powiększy.
Zaskoczenie było zupełne.
Hugo i Elma byli w szkole podstawowej, Kátia kończyła przedszkole. Pieniędzy brakowało na wszystko. Dlatego bardzo trudno było sobie wyobrazić, że za kilka miesięcy w rodzinie pojawi się bobasek. A jednak...
We wtorek 5 lutego 1985 roku na świat przyszedł czwarty potomek państwa Aveiro. Był to prześliczny chłopczyk o ciemnych, kręconych włoskach i wielkich, równie ciemnych oczach. Rodzice nadali mu imiona Cristiano Ronaldo. Mały Cris momentalnie stał się pupilem całej rodziny.
Kilka miesięcy później, w niedzielę, w małym biało-czarnym kościele Santo António miał się odbyć chrzest chłopca. Cała rodzina wraz ze znajomymi i sąsiadami przyszykowała się na to ważne wydarzenie. Odświętnie ubrani przybyli do kościoła punktualnie na szóstą po południu.
Pan Dinis był tak mocno związany ze swoim klubem, że na ojca chrzestnego wybrał kapitana drużyny Jaskółek, pana Fern?o Barroso Sousę (wymawiaj: Fernau Barrozu Souzę). Niestety traf chciał, że w dniu chrztu Andorinha grała mecz, który zaczynał się o czwartej, dwie godziny przed ceremonią. Pan Fern?o jako kapitan musiał być na meczu, podobnie jak pan Dinis. To zaś oznaczało, że obaj panowie raczej nie mieli szans, by zdążyć na czas do kościoła.
Pani Dolores uprzedziła proboszcza o ich prawdopodobnym spóźnieniu. Ksiądz, także kibic Andorinhi, doskonale rozumiał sprawę i rozpoczął mszę, wiedząc, że obaj panowie dołączą do ceremonii trochę później.
Czas mijał.
Ksiądz zdążył ochrzcić pozostałe niemowlaki, ich rodzice zaczynali rozchodzić się do domów, a pana Dinisa i pana Fern?o jak nie było, tak nie było.
Sytuacja robiła się napięta.
- Dona Dolores, ile mamy jeszcze czekać? Możemy tu stać do jutra! - narzekał proboszcz.
Zdenerwowana mama z malutkim Cristiano na rękach krążyła po placyku wokół kościoła i niecierpliwie wypatrywała męża, podobnie jak matka chrzestna i trójka pozostałego rodzeństwa. Pamiętajmy, że były to lata 80. XX wieku i nie istniały jeszcze telefony komórkowe. Nie można było zadzwonić do pana Dinisa i spytać, gdzie jest i kiedy będzie. Wreszcie przed kościół z piskiem opon zajechał samochód, z którego wyskoczyli obaj panowie. W pośpiechu zapinali garnitury. Pani Dolores odetchnęła z ulgą.
Cristiano Ronaldo dos Santos Aveiro został ochrzczony indywidualnie, a historia o spóźnieniu jego taty i ojca chrzestnego stała się rodzinną anegdotą.