Cave canem! 1
Ostrożnie, czytelniku! Teraz nastąpi psia historia.
Należałoby się dowiedzieć, jakiego rodzaju słabością jest ta, która
czasem dopada pisarzy, nawet tych najbardziej wymagających, w trakcie
ich kariery, żeby swoją uwagę oraz intencję przenieśli z odwiecznego i wybitnego modelu - człowieka - na niższych rangą statystów dzieła
stworzenia. W tonie takich publikacji jest
coś lekko protekcjonalnego. Twórca literacki łaskawie i życzliwie
spogląda w dół ku niższym sferom życia, być może z powodu zdumienia bądź
rozczarowania tragiczną grą, której obraz rozpościera się na wysokości
oczu istot dwunożnych - w każdym razie życzliwie i z wybaczającym
grymasem spogląda w głębinę, gdzie, na jednym z niższych stopni
hierarchii stworzeń, spoziera ku niemu z uwagą niewinny, odległy i pierwotny krewniak, zwierzę. Aha, pies!... - myśli z pobłażliwą
przychylnością. Po czym gwiżdże i rusza z psem na spacer.
Podczas przechadzki, gdy niskiej rangi przyjaciel biega sobie to
naprzód, to w przeciwną stronę, i z nastroszoną sierścią, z postawionymi
w szpic uszami, kręcąc ogonem, nieodzownie z niewypowiedzianym zapałem i podnieceniem lustruje świat, pisze listy w dole pni drzew przynależących
do swojskiego otoczenia i przegląda tu i tam na rogu ulicy codzienną
pocztę, to pisarz podejrzliwie zauważa, że i w jego życiu nadszedł ów
krytyczny moment pokusy, aby napisać powieść o psie. Pisarz, który w rzeczywistości mieszczańskiej jest dziennikarzem, a tamten podniosły
tytuł nadaje sobie jedynie w butnych chwilach swego życia, tego rodzaju
pokusę odbiera z nieprzyjemnym uczuciem i stara się ją odeprzeć. Aha,
psia powieść!... - myśli ponownie. A potem: Wygląda na to, że jest
problem, skoro ty chcesz napisać powieść o psie. Tak idą, pogrążeni w myślach, pies i pisarz, w kierunku Vérmező2. Na skraju
ośmiostopniowych schodów - tam, gdzie następuje zbawienny moment: pisarz
spuszcza ze smyczy psa, który jednym obłąkanym rzutem, na podobieństwo
wystrzelonej rakiety, leci w dół niczym samobójca w głębinę i tracąc
rozsądek, poddaje się oszołomieniu i czystej rozkoszy - pisarz
przystaje, spogląda za niskim rangą przyjacielem, którego do tego aż
stopnia porwała pasja, zapala papierosa i kręci głową. Teraz już wie, że
nadszedł moment, nie do uniknięcia, gdy musi napisać powieść o psie. Nie
podoba mu się to. Niedobrze, jestem tchórzliwy w stosunku do ludzi,
myśli. To ta chwila, wręcz historycznie ta chwila, nachodzi go dodatkowa
refleksja, kiedy jakiś pomniejszy pisarz nie może napisać już zresztą
niczego innego, jak tylko powieść o psie. Ma wrażenie, że to kryzys.
Myśli o tym, że dotychczas starał się być uczciwy i dochowywać wierności
ludziom. A teraz po raz pierwszy nie ma ochoty być uczciwym i dochowywać
wierności ludziom.
Psia powieść, dlaczego nie?... - dochodzi do wniosku teraz już z lżejszym
sercem, jak ktoś, kto zna powód pewnej świeżej manii; poświstuje laską i wciąga głęboko do płuc gorzkie, wilgotne powietrze, które pod postacią
mgły zalega nad wielkim polem. Przypominają mu się klasyczne powieści o psie i wysokie wzorce, a ta okoliczność nieco chłodzi pierwotny
entuzjazm. Pisanie o psie to chyba zaniedbywanie obowiązków, myśli
jeszcze. Tyle pilnych, niecierpiących zwłoki rzeczy byłoby do
powiedzenia w związku z człowiekiem... Ale potem szuka usprawiedliwienia i wytłumaczenia, co zawsze jest najłatwiejsze, i to, co w tym
przedsięwzięciu przynosi wstyd, przedstawia w taki sposób, że w trakcie
kariery pisarskiej psia powieść to niedziela, kiedy twórca odpoczywa,
wkłada bambosze i oddaje się lekkiej rozrywce, przykładowo słucha radia
bądź pisze powieść o psie. Pisarz nie tylko w swym życiu, lecz i w ramach swej profesji nie może stale chodzić w todze i wykonywać
tragicznych gestów. Nader łatwo i tanio jest twierdzić coś takiego i szukać pretekstu... Jednakże teraz, skoro znalazł się w tym punkcie, a też
powoli kończy mu się papieros, pies zaś, gdzieś w oddali, zdaje się tak
naprawdę jedynie fizycznym wyobrażeniem, obrazem ruchu wykonywanego dla
samego ruchu, pisarza ogarnia nagle niepokój. Psiej powieści nie pisze
się bez powodu i tylko z racji na taki tani pretekst, myśli uparcie. Po
świecie chodzą posępni prorocy, którzy pisarza napominają do innego
obecnie obowiązku niż do powieści o psie. O tym myśli, ale natychmiast
też się zawstydza, bo swoją drogą wcale nie uważa słów proroków za
obowiązkowy nakaz; i nagle wykazuje solidarność z psem przeciwko
prorokom, z psem, którego dopiero co, z politycznego tchórzostwa, już
się nieledwie zaparł. Odczuwa solidarność z psem... A ponieważ udało mu
się to tak sformułować, robi głęboki wydech w zawilgotniałe powietrze, z ulgą, a mimo wszystko w stanie rozdrażnienia, bo ciężko mu na sercu,
rusza w kierunku psa i czuje to dziwne podenerwowanie, jak przed
egzaminem, to pomieszane z bólem brzucha pobudzenie, które niekiedy
zauważa każdy pisarz, jeśli się zdecyduje, żeby iść na zderzenie z życiem, i chce, i ma odwagę dowiedzieć się o nim czegoś bezpośrednio
oraz w sposób wolny od polityki. Ewentualnie poprzez psa... To pobudzenie
pomieszane z bólem brzucha, które pisarz odczuwa przed pracą, to jest
natchnienie. Ale o tym chyba w ogóle nie wypada mówić.
Teraz już wie, że u spodu tego postanowienia tkwi coś hańbiącego, ale
wie i o tym, że nie może się przed nim uchylić, a nadto ma świadomość,
że fascynuje go nie tylko sam pomysł - jego zamiar podgrzewany jest
przez podniecenie i ciekawość; to ta ciekawość, która pojawia się u niego zawsze wtedy, gdy widzi możliwość, aby zajrzeć w pogmatwany chaos
tamtego drugiego obszaru życia - w zamęt ciemniejącej za dniem nocy.
Nie, pozostać jedynie przy przekazaniu informacji na temat idylli psa i człowieka to rzeczywiście mało ekscytujące zadanie... Ale być może, jeśli
bardzo skupi uwagę na zwierzęciu, dowie się czegoś również o człowieku.
A prorocy wytłumaczą później, co w tym jest drobnomieszczańskiego, jeśli
w pewnym historycznym momencie, kiedy człowieka spotyka psi los, ktoś ma
nadzieję, że poprzez psa dowie się czegoś o chwilowej sytuacji człowieka
w świecie.
Pisarz podnosi rękę i macha na psa, zdecydowanym gestem, jak ktoś, kto
podjął decyzję. Ten osobliwy przymus i ta szczególna siła, które w krótkich chwilach wolności przemieniły czworonożne zwierzę domowe w fizyczną masę poruszającą się ruchem przyśpieszonym, na skutek owego
ruchu ręką zaczynają ustawać, prędkość poruszania się wirującej materii
spada i owa masa, poddając się niemożliwemu do odparcia przyciąganiu, z trudem i w kontrze oporem, ale jednak ulega temu tajemniczemu, magicznemu rozkazowi. Pies,
ubłocony i zdyszany, ruchem takim, jakby każdy pokonany metr wymagał
przezwyciężenia dotkliwego oporu, zbliża się i zatrzymuje, sapiąc z rozemocjonowania, o dwa kroki od pisarza. Przybliża się na chwiejnych
nogach, odurzony wcześniejszym biegiem. Pisarz wkłada mu na szyję obrożę
i wzrusza ramionami. Tak, będzie z tego psia powieść.
Przez kilka dni obserwują siebie nawzajem. Ich relację cechuje teraz już
złe nastawienie, pisarz stara się skończyć z modelem jakiejkolwiek
osobistej więzi, a pies jest podejrzliwy i bez humoru. Tak muszę go
opisać, myśli pisarz, bez współczucia i emocji, jak wszystko, co
widziałem w świecie, jak sędziego, kobietę, księdza czy żołnierza. A tymczasem z zaskoczeniem zauważa, że przez lata zgromadził już
dostateczny materiał kliniczny o psach w ogólności. Tak więc nic a nic
nie stoi na przeszkodzie, żeby pewnego dnia podniósł słuchawkę
telefoniczną i zaproponował psią powieść wydawcy, który uprzejmie
przytaknie do telefonu. Prorocy będą mieli radość, myśli pisarz,
odkładając słuchawkę na miejsce, przygotowuje papier i pióro i podczas
gdy pies kładzie się u jego nóg, on zapisuje tytuł: Cave canem!. Z rzetelności dodaje jeszcze: "Ostrożnie, czytelniku! Teraz nastąpi psia
historia".
Pada śnieg
Ale skoro już się zabrał do pracy, to w ogóle nie rozmyśla dalej, i jest
zdecydowany, żeby całe to przedsięwzięcie przetrwać, jak to zresztą
wypada, zgodnie z wszelkimi regułami tej profesji, z epicką wygodą, ba,
nadać mu postać powieści i użyć podtytułów. Tak więc pada śnieg, jest
Boże Narodzenie dziesięć lat po wielkiej wojnie, a w domu nie ma
pieniędzy.
Pani i pan, którzy mieszkają tu w domu, po obiedzie, opuszczają jadalnię
i przechodzą do sąsiedniego pokoju, gdzie biurko, przy którym pracuje
pan, zajęła już chuda, zmierzwiona choinka, mająca za zadanie swymi
niewyszukanymi ozdobami i ledwie wyczuwalnym zapachem lasu
rozprzestrzeniać w mieszkaniu świąteczny nastrój. Wymiary drzewka są tak
skromne, a ozdoby, które nagromadziły się przez lata, tak podniszczone,
że temu swojemu zadaniu może ono sprostać jedynie z udręką. Pan staje
przed nim i przygląda mu się z ubolewaniem. W pokoju robi się ciemno, bo
od rana pogoda złagodniała i pada śnieg. W półmroku cnotliwie lśnią
dekoracje rachitycznego drzewka, a na dodatek całość stoi nieco też
krzywo, pochyla się do przodu, jak każde takie drzewko bożonarodzeniowe,
które niezdarnie i w złej wierze ustawiają - dla samych siebie -
bezdzietne pary małżeńskie. Mieszkanie swoją drogą zostało ubezpieczone
od ognia.
Ale tę ostatnią ewentualność, jako szansę niemoralną, pan natychmiast
zresztą przegania z myśli. Obchodzi choinkę, wzruszając ramionami.
Wystrojona na galowo, wzbudza w nim śmiech - przywołuje wspomnienie
ciotki Gizelli, która miała połyskującą suknię, prawdopodobnie uplecioną
z anielskiego włosa i naszpikowaną cekinami, i w tej sukni nieodzownie
pojawiała się na dużych rodzinnych uroczystościach, anemiczna, podobnie
rachityczna, ale ufryzowana, błyszcząca i obwieszona niczym drzewko
bożonarodzeniowe. Wypisz wymaluj ciotka Gizella, myśli pan, robiąc
kwaśną minę. Z niemiłym uczuciem spogląda na ozdobione drzewko, a zarazem wie, że to lekceważenie należy się nie tyle choince i naiwnym
świątecznym akcesoriom, ile raczej jego własnemu brakowi odwagi, który
nie pozwala, by się poddał świątecznemu nastrojowi. Czegoś brakuje tej
choince, myśli jeszcze. Ale nie ma odwagi przyznać tego na głos.
Podobnie jak, już od lat, nie ośmiela się głośno zaproponować, żeby w ten łaskawy wieczór zamiast błyskotek i rozjarzonych świeczek, obfitej
kolacji i skromnych prezentów poszli raczej do jednej z nielicznych
kawiarni, które z profanacyjną celowością są otwarte również w to
rodzinne święto. Nie ośmiela się tego zaproponować ani nie waży się
podnieść sprzeciwu wobec drzewka i błyskotek, gdyż panią, ba, nawet i służącą, która właśnie wniosła czarną kawę, całkowicie przenika
ekscytacja, radość wzbudzona przez to święto; teraz też omawiają
ostatnie szczegóły wieczornego programu, uroczysty obiad, tradycyjne
dodatki z orzechami i makiem oraz sos do ryby. To jest całkiem takie,
jakby szło na poważnie, myśli pan ze szczerym zadziwieniem. Podchodzi do
okna, patrzy, jak pada śnieg, i słucha prowadzonej szeptem narady pani i służącej. To też jest częścią wspomnień, że przed Bożym Narodzeniem
wszystko szykowane jest jako niespodzianka, jeden drugiemu przedstawia
sprawy jakoś bardziej sekretnie, nawet i to, ile jajek dziewczyna ma
podać do majonezu - bo trwa oczekiwanie, aby powróciły cud i tajemnica,
które przeminęły. Jakby na poważnie było Boże Narodzenie, myśli pan z dogłębnym zdumieniem, jakby to tutaj było poważne mieszkanie, poważna
rodzina, poważne Boże Narodzenie, ze świąteczną tajemnicą, z pachnącym
choinką podekscytowaniem i misterium... Coś takiego zawsze go zadziwia.
Patrzy na śnieg, ale nie słyszy nic z dawnego podzwaniania i pobrzękiwania. Nie ma tu już żadnego rodzaju tajemnicy. Całe to święto
jest raczej krepujące, jak gdyby ktoś w cywilizowanym towarzystwie
nietaktownie wypowiedział rozczulone słowa. Mówić o tym oczywiście nie
wolno. Mieszkanie już od wielu dni napełnia się drobnymi sekretami,
szuflady w sekreterze zamknięto na klucz, a poprzedniego dnia w południe
jakiś człowiek mówiący przez nos przyniósł większy pakunek, wzbudzając
dyskretne zamieszanie w domu, ponieważ, mówiąc przez nos i pomimo
uciszania przez dziewczynę, wielokrotnie podkreślał w przedpokoju, że
odbiór wyłącznie po uregulowaniu rachunku. Pani, która już we wczesnych
godzinach porannych opuściła mieszkanie i od tamtego momentu nic, tylko
biegała po mieście, a powróciła stamtąd do jadalni poirytowana i zmęczona, nie jest skłonna przystać na wyjaśnienie historyczne,
mianowicie że gdy przestarzały ład produkcyjny jest zastępowany przez
jakiś nowy i odmienny, wówczas tym, którzy uczestniczą w tego rodzaju
historycznym procesie, brakuje warunków, aby wykazywać się usposobieniem
pasującym do tego przenikniętego łaską święta. Pan odnosi wrażenie, że
on nie ma z czego robić święta, i myśli przy tym nie tylko o własnej
kieszeni, która jest pusta. Co innego też jest puste. Ale gdzie jest ten
kat, co odważy się powiedzieć to pani, która chce święta - z drzewkiem i z anielskim włosem, i z zapachem płonącego wosku i świeżej choinki,
naładowanego drobnymi ofiarami i sekretami, kompletnego i stuprocentowego święta! Kto się odważy powiedzieć jej, że za tym świętem
nie stoi tajemnica, jeśli ona sama, pani, też nie ma odwagi, aby to
sobie wyznać? Pan nie czuje, by miał na to siłę.
- Pada śnieg - mówi raczej. I dodaje, podobnie jak słyszał to już tysiąc
razy, mechanicznie: - Będziemy mieli białe Boże Narodzenie.
Wypijają kawę i ponownie, po raz dziesiąty, obiecują na słowo honoru, że
w tym roku nie będzie prezentów. W ubiegłym roku też tak zrobili, a także przed dwoma laty i również przed ośmioma, dziewięcioma, nie ma
więc żadnego powodu, żeby nie uczynić tego samego w tym roku. Dają sobie
zatem nawzajem słowo honoru, którego jednak nie złamać byłoby nikczemnością. Pan wie, że pani, która w minionych
tygodniach, pierwszy raz po dziewięciu latach, z zaskakującym
zainteresowaniem informowała się na temat zmian w zasobach krawatów
pana, przedpołudnia spędza w Śródmieściu, niekiedy telefonuje także po
południu, przyciszonym głosem, i dopytuje się o krój koszul szytych dla
jakiejś zupełnie obcej osoby. Pani wie, że pan nie ma pieniędzy, a zatem
narobi długów, bo nie mógł tak bez powodu zapytać, pierwszy raz od
dziewięciu lat, jakich to perfum używa pani ostatnimi czasy. Jak co
roku, tak i teraz uzgadniają, że "to byłoby komiczne, gdyby człowiek
naraził się na zbędne koszty". Pan, który wcale nie tak dawno, w łatwiejszych i mniej odpowiedzialnych czasach, chętnie podkreślał, że
warto się narażać jedynie na zbędne koszty, w ostatnich miesiącach jest
mniej skłonny do aforyzmów, milczy z aprobatą. Przyrzeczenie "nikomu
niczego", które teraz naprawdę łatwo byłoby podeprzeć ważkimi
argumentami, i tak już złamali, bo w ostatniej chwili wydaje się jednak
niemożliwością, żeby ten zacny i purytański József, który altruistycznie
i z powodzeniem przeprowadził proces przeciwko pewnemu niechlujnemu
tygodnikowi, nie otrzymał tamtej skórzanej cygarniczki ze srebrnym
monogramem, która nie tyle jest honorarium, ile raczej tylko skromną
oznaką uważności. A pewien elegancki pan i czytelnik z prowincji,
prawdziwy literary gentleman z ginącego gatunku, przysłał dzisiaj
przed południem w paczce pocztowej sześć butelek starego tokaju:
szczęście, że lekarz domowy, ten intymny przyjaciel, który wprawdzie z większym zapałem i z większą ciekawością leczy duchowe przeziębienia
rodziny niż te cielesne, pija tylko słodkie wino, i dlatego wspomniana
przesyłka, przyozdobiona kilkoma gałązkami choiny, od razu może
powędrować do niego. Pozostaje kilka cousines - im prawdopodobnie
sprawi przyjemność, jeśli każda otrzyma flakonik francuskich perfum,
które, chwała przewidującej troskliwości pani, domownicy przywieźli
jeszcze ze swojego ostatniego wyjazdu do Paryża; i Teréz, służąca. Ale
Teréz dostanie pieniądze, bo ona jest materialistką.
- A zatem nikomu niczego - mówi pani i zapala tego jedynego papierosa,
którego zwykła palić w ciągu dnia. - Słowo honoru. Żebym nie musiała
stać tu wieczorem i się wstydzić.
Pan daje na to rękę.
- A wymów jakieś pragnienie - ciągnie pani, bez żadnego przejścia. To
zawsze idzie w taki sposób.
Pan zastanawia się i ze zdumieniem zauważa, że jest całkowicie wyzuty z pragnień. Nie pożąda srebrnej zapalniczki, jedwabnego krawata, ba, nawet
auta ani riwiery, nie pragnie szesnastu tomów Kunstgeschichte, których
jeszcze kilka miesięcy temu tak namiętnie
pożądał - szybko zresztą porzuca to wyliczanie metodą wykluczania, bo
ono nie prowadzi do celu. Prawda jest taka, że nie ma pragnień. To też
wyznaje. Wyznaje bez satysfakcji i buty, nie życzy sobie, by kogokolwiek
karać, ale taka jest prawda, że on kompletnie nie ma pragnień. I jest
tym zresztą zdumiony.
- To zły znak - mówi bez nacisku, niemniej na głos.
Jeszcze wcale nie tak dawno potrafił pragnąć z gniewem i zgrzytaniem
zębami, i wcale nie detali zresztą, lecz raczej całego świata. Jedyne
pragnienie, które zauważa w tym momencie, to to, że chciałby mieć już za
sobą również to Boże Narodzenie, jak pozostałe, bez szczególniejszego
nieszczęśliwego wypadku - to teraz jedyne jego pragnienie, ale jest ono
silne i zachłanne.
Gdy tak myśli, odzywa się dzwonek, sygnał alarmowy nowego
nieszczęśliwego wypadku, bo jakiś uważny pan przysłał pani kwiaty, które
szybko wypada odwzajemnić kolejnym przejawem uważności, i to w ciągu
paru minut, tak żeby ów gest nie wyglądał na rewanż, lecz zachowywał
pozór równoległego zainteresowania. Dlatego, a i dlatego, że swoją drogą
robi się już ciemno, za godzinę, dwie zamkną sklepy, pan pośpiesznie
gasi papierosa i wyrusza w trudną drogę. Z progu rzuca wstecz prośbę:
- Wypowiedz jakieś pragnienie.
- Och - odpowiada pani i ruchem, który pozwala przypuszczać, że ona też
jest pozbawiona pragnień, macha ręką w powietrzu. Rozgania dłonią dym i z tą łagodną pogardą w głosie, którą tak naprawdę tylko kobieta może
odczuwać w stosunku do rzeczy świata, odnotowuje: - Jeśli to za wszelką
cenę konieczne... Jakąś sznorrkę.
"Sznorrka" pochodzi z rodzinnego języka dla wtajemniczonych i jest nie
tak bardzo eleganckim, lecz jednym z powszechnie używanych zdrobnień
rzeczownika pochodzącego od czasownika schnorren. Oznacza błahy
prezent, którego mógłby się wstydzić ten, kto go daje, i byłby nieledwie
obraźliwy dla osoby obdarowanej. Tego sobie życzy na Boże Narodzenie,
dziesięć lat po wielkiej wojnie, pani od pana. Ale, nauczony
doświadczeniami właśnie tych dziesięciu lat, pan patrzy przed siebie
skonsternowany, bo zna symboliczną głębię słownictwa pani, i jedynie
jakiś analityk potrafiłby tak z nagła stwierdzić, czy pod określeniem
"sznorrka" rozumiała rodzinną willę z tarasem na dachu, większą kwotę
gotówki w obcej walucie, łańcuszek na szyję, francuski model sukni czy
nowy samochód z dwoma siedzeniami. Wie, że bezcelowe byłoby to drążyć,
tak więc w milczeniu rusza w swoją drogę. Z progu jeszcze słyszy, jak
pani, która teraz podeszła do okna i patrzy na padający śnieg, mówi z uroczystym rozczuleniem, cicho:
- Pada śnieg. To dobrze dla biednych ludzi.
Sznorrka
"To znakomicie dla biednych ludzi" - pan zabiera ze sobą w uchu tę frazę
i powoli idzie w śniegu do miasta. Biedni ludzie będą mieli co zgarniać w wigilijny
wieczór, to dla nich znakomite. Pieszo przechodzi przez most. Miasto
jest o tej godzinie podniośle uroczyste. Pan mija oświetlone witryny,
czując przestrach i znajome osłupienie, jak zawsze przed zakupami i zawarciem transakcji. Kupować to dla niego jednoznaczne ze zgodą na coś:
trzeba przystać na cały system, przede wszystkim na handel pośredni, a także na tę nieprzyjemną walkę toczoną osobiście, jaka następuje w sposób nie do uniknięcia, gdy otwiera drzwi i wchodzi do sklepu, a w następnej chwili, podczas gdy cicho rozmawia z handlowcem, który
uprzejmie poleca, a on uprzejmie wybiera, ukazuje mu się wizja, że oto
dwie bestie chwytają się wzajem strasznymi łapami za gardło i w tej
wybetonowanej dżungli, w tej oświetlonej elektrycznie puszczy, na śmierć
i życie kłócą się i żrą o ochłapy. Wie, że w tej walce bezwzględnie musi
przegrać, bo handlowiec wkłada w to zmaganie całą swą istotę i egzystencję, a on - tylko swoje pieniądze, których stale jest tak mało,
że nie warto nawet bronić ich na poważnie. Oskarżając samego siebie,
myśli o tym, że znów, jak co roku, świąteczne zakupy odłożył na ostatni
dzień, ba, na ostatnią chwilę: zawsze w tym samym czasie, z tym samym
pośpiechem i z psującą dobry humor nerwowością przechodzi męki kupowania
prezentu i przy każdej takiej okazji postanawia, że następnym razem już
wiele miesięcy wcześniej, z zachowaniem staranności i uważności,
przeznaczy na to wybieranie jedno popołudnie - a teraz znów w ostatniej
chwili stoi tu przed wystawami, odczuwając skrępowanie i lekki wstręt,
bo jest tchórzem i nie ma chęci do tego przedsięwzięcia. Dawać to
największa sprawa, ale dawać mało i z poczuciem bezradności jest czymś
poniżającym i świadczącym o złym nastawieniu. Wie, że ta setka, którą
przed południem był w stanie zdobyć już tylko z wysiłkiem, stopnieje mu
w rękach bez śladu, ledwie przekroczy próg któregoś sklepu, i nawet w najlepszym wypadku pozostanie po niej na pamiątkę jakiś całkiem mały i nieużyteczny pakunek, którego zawartość trzeba będzie pośpiesznie
wymienić po świętach. Są ludzie, w których rękach pieniądze mają moc
magnesu, którzy potrafią nawet molekułami najmniejszej kwoty przyciągać
do siebie znaczące przedmioty oraz pokaźne ekwiwalenty; ze stu pengő
umieją oni wyczarować obfite święta dla czteroosobowej rodziny, pod
choinką wyciągają z niewidzialnego cylindra upominki, pożyteczne, wesołe
i zbędne, wydają biesiadę dla przyjaciół i w końcu z tej setki jeszcze
też zaoszczędzą dwadzieścia sześć pengő, które zaniosą do kasy
oszczędnościowej. Pan nie należy do tych szczęśliwych ludzi. Czuje, że
za kilka chwil ta setka odfrunie, a zamiast niej pozostanie jakaś
torebka, którą trzeba będzie potem wymienić na zegarek na rękę, albo
jakiś flakon perfum, który trzeba będzie potem wymienić na kobiecy
kapelusz. Wszystko to jest nudne, monotonne i krępujące.
Ale wszystko to dzieje się regularnie od dekady przed małymi i dużymi,
urzędowymi i rodzinnymi świętami; dlatego z rękoma w kieszeniach i ze
zgodą w sercu pan rusza i teraz pomiędzy lustrzanymi ścianami wystaw,
gotowy na to, żeby bez zastrzeżeń poddać się pierwszemu silniejszemu
przyciąganiu, które go usidli z okna witryny jakiegoś utalentowanego
handlowca.
Pęta się wzdłuż tej wąskiej trasy, po tej ciasnej śródmiejskiej
promenadzie o znaczeniu geograficznym, która ostro i zdecydowanie
oddziela Wschód od Zachodu. To granica - zawsze ma takie poczucie, gdy
wędruje tą modną i wdzięczną ulicą, idzie ostrożnie, żeby choć o krok
nie zbłądzić z jej skraju, i także teraz wydaje mu się, że o centymetry
bardziej na lewo zaczyna się już Wschód, podczas gdy kilka kroków
bardziej na prawo wciąż niezmiennie znajduje się Zachód. Ta wąska droga
jest ostatnim jeszcze, bezwzględnie zachodnim milimetrem na tym
kontynencie; to jedna z ostatnich promenad zachodniego imperium, nad
którym zapada zmierzch, z witrynami w stylu Bauhausu i z tym wszystkim
za szybami, bez czego - w zakresie artykułów, które właśnie wyszły z mody - może się obejść zachodnia cywilizacja. Śnieg pada gęsto, a przechodnie, tłocząc się w tłumie, podążają naprzód powolnym krokiem, ze
wzruszeniem ciągną w profanacyjnym przedświątecznym korowodzie.
Zaśnieżone i konkurujące ze sobą pod względem blasku wystawy oferują
babiloński zamęt i babilońską masę wszystkiego, co chwilę temu było
jeszcze modne na Zachodzie: ostatnią książkę Valéry'ego, ten wykwintny
delikates i wyborną nowość, o której minionej wiosny w Paryżu szlachetne
i znające się na rzeczy koła wspominały z uznaniem, perfumę o nazwie
"Sekret lata", która w lecie tego roku napełniała zdrojowe promenady w wielkoświatowych kurortach Europy zapachem osobliwie zdławionej erotyki,
i słynny album z rysunkami George'a Grosza, który to album, uwieńczony
reklamowaniem go jako bluźnierstwa, trafił w Boże Narodzenie ubiegłego
roku do prokuratora w Berlinie, po wyroku uniewinniającym zaś jako
starzyzna dotarł i tutaj, gdzie miejscowy prokurator jeszcze go nie
zauważył. Urocze damskie fatałaszki, zachwycające artykuły toaletowe:
wszystkie są "całkiem nowoczesne" albo, jak się tutaj mówi na ulicach,
"up to date", bo publika, która tu kupuje, za istotne uważa w pierwszym rzędzie to, żeby dotrzymywać kroku wydarzeniom na Zachodzie;
na każdym przedmiocie daje się wyczuć akurat tylko jednogodzinną różnicę
czasu, która chyba nie jest zresztą niczym innym, jak różnicą pomiędzy
czasem środkowoeuropejskim a zachodnioeuropejskim.
Oto jeszcze bezwzględnie Europa, ta zaśnieżona i elegancka ulica, a rekwizyty i pomysły zachodniej cywilizacji prezentują się tu na pokazie
europejskiej mody po raz ostatni, nim trafią do rupieciarni i na
Bałkany. Pan zatrzymuje się przed księgarnią i bierze pod lupę
literaturę europejską. Tak na oko, sądząc po przepełnieniu wystawy, nie
ma żadnego problemu, widać, że literatura europejska kwitnie. Pan
sylabizuje szereg dobrze znanych, ulubionych nazwisk na okładkach
książek w ozdobnej oprawie, z powątpiewaniem zauważa podejrzanie
okazjonalną, związaną ze świętami płodność niektórych kolegów cieszących
się sławą w Europie, z pożądaniem przygląda się bezbłędnej serii
Encyclop?dia Britannica, ale nie odważy się choćby i pomyśleć, żeby
postawić stopę w tym sklepie: pani mogłaby powitać z uprawnioną
podejrzliwością wszelki prezent książkowy ze strony pana, nawet taki jak
Encyclop?dia Britannica, a i nie całkiem bezpodstawnie mogłaby
zakładać, że pan chciał obdarować raczej samego siebie. O tym w ogóle
nie może być mowy. Muszę kupić coś wyraźnie dla kobiet, myśli pan,
natomiast Encyclop?dia Britannica może być uznana za rzecz kobiecą
jedynie w przypadku okazania przez panią wyrozumiałości za błąd
popełniony przez nieuwagę. Tego rodzaju prezent i tak potem wymieni albo
przefarbuje... Coś, co jest trochę też użyteczne, ale jednocześnie także
nieco zbędne, co jest zarazem luksusem, jednakże da się również
sfatygować, a ponadto niech będzie ciepłe lub ze skóry, lub niech będzie
wielokolorowe, lub bardzo proste, niemniej niech się prezentuje bogato;
krótko mówiąc, jakąś sznorrkę. Coś, z czego się ucieszy. Mimo wszystko
to jest najważniejsze. Coś, czym będzie się bawić albo co będzie nosić.
Chyba mądrzej byłoby kupić jakąś dużą zabawkę, lalkę z włosami, która
zamyka oczy i mówi "mama" - albo jakąś kolejkę z szynami i semaforem...
Ale nie, pociąg to ja sam bym chciał, przyznaje ze świadomością winy.
Mimo wszystko coś, co nie trafi od razu do lamusa życia, lecz będzie
żyło dłużej, niż trwa moment obdarowywania, nawet jeśli ledwie tylko o jedną chwilę. Coś, co do czego będzie miała poczucie, że to właśnie dla
niej powstało w warsztacie świata... Wiele i tak nigdy nie dostała, myśli
pan i dopada go zły humor.
Przystaje na środku ulicy, w otoczeniu wyrobów skórzanych, modeli
kapeluszy, nieosiągalnej biżuterii i nienadających się do noszenia
podróbek klejnotów, i rozgląda się wokoło ze świadomością grzechu
ubóstwa. Wszystko, co może tu kupić, jest tylko podkreśleniem i przyznaniem się do biedy: w ostatecznym rezultacie jest więc porażką,
potwierdzeniem przypuszczenia, że nie był dostatecznie zręczny, szybki,
przebiegły i utalentowany w interesach życia.
- Jakąś sznorrkę - mruczy i kiwa ręką na taksówkę. - Do Ogrodu
Zoologicznego! - woła z naciskiem i wsiada do środka. Kierowca zerka nań
ze zdziwieniem.
Auto ślizga się na śniegu, Lasek Miejski3 rozmywa się we mgle,
w okienku kasy ZOO wita go, nie wierząc własnym oczom, samotna pani,
która czyta powieść, strażnik spogląda za nim z powątpiewaniem. To
nieprawdopodobne, żeby również w Wigilię po południu ktoś był ciekaw
hipopotamów. Tylko bizon stoi pod gołym niebem, zaśnieżony, a kilka
sztuk drobnej zwierzyny i stado kaczek drży z zimna u podnóża jednej ze
skał. Przed pawilonem dla słoni nachodzi pana chętka, żeby wstąpić tam z krótką wizytą kurtuazyjną; ale teraz już trzeba się śpieszyć, bo zapada
zmierzch. Po zasypanych śniegiem trasach nie chodzą ludzie ani
zwierzęta. W szarówce, za betonowymi ścianami swego zimowego lokum ryczą
bestie. Niewidzialnie i bezcelowo skrzypi w ciemności muzyką radiową
jakiś megafon. Pan zdecydowanie okrąża górę wzniesioną z dekoracji,
śpieszy się jakby w obawie, że się po drodze przestraszy i rozmyśli.
Niedźwiedź brunatny żebrze na dworze, naprzeciwko klatek dla psów,
nigdzie tu ani śladu człowieka, jak gdyby zwierzęta żyły swoim
więziennym życiem, pozostawione tego wieczoru same sobie. Od strony
klatki dla psów wita pana ujadanie.
Ujadają dwa komondory, do kraty pędzi z głupią wściekłością kilka
kuwaszów. Pan przystaje i przemawia do nich cicho. Jego postępowanie
spotyka się z reakcją w postaci ciszy przepełnionej nieufnością. Kuwasze
chyłkiem wracają do bud. Ale z dalszej odległości zaczynają swoje wyżły
węgierskie, a potem ostro warcząc - pumi. Pan głośno gwiżdże. Był tu już
dawniej i wie, że na ten znak rozpocznie się rozpaczliwy koncert. Pumi
nadają ton, wyją sopranem, nawet tenor komondorów nie dławi ich wycia, a głęboki bas kuwaszów zapewnia podkład dla tamtego duetu. Mija wiele
minut, nim na te grzmoty pojawia się również człowiek. Chóralny śpiew
psów niesie się rykiem z półmroku, zza ściany padającego śniegu, a z budki, z której okna sączy się na zewnątrz światło, powoli wychodzi
dozorca, huczy komendami i klnie. Ma na sobie kożuch i czapkę oficerską.
Z rękoma schowanymi w kieszeniach zatrzymuje się pośrodku tego wybuchu
złości i przekrzykując hałas, pyta z zaskakującym rozeznaniem:
- Życzy pan sobie psa?
- Pudla - odpowiada równie głośno pan.
- Tu byłby jeden - odkrzykuje mu tamten i ułożywszy dłoń w lejek przy
ustach, dodaje: - bardzo dobry pudelek.
Wchodzi bohater
Jeszcze kilka chwil i pojawi się jedyny bohater tej historii. Weźmy
głęboki oddech, odsapnijmy. Pan jest podekscytowany, on też tak czyni.
Podąża w ślad za strażnikiem, poprzez kłębowisko uciszonych psich stad,
po czym obaj wchodzą do budki, gdzie rozpalono w piecu naftowym i gościa
witają żrące, irytujące wonie: smród nafty, cuchnący, piekący psi odór i zatęchła woń człowieka. Tu na kanapie spał dozorca, a na nieoheblowanym
stole jełczeją teraz w misce resztki jedzenia, obok stoi pół butelki
wina, i w tej mgle i parze roznosi się atmosfera życia ludzkiego - to
też jest życie, myśli pan, wśród psów, naprzeciwko klatki dla
niedźwiedzi, pośród baranich skór, rok za rokiem, samotnie, z prawem do
emerytury. Coś takiego zawsze go zaskakuje. Jego idée fixe jest to, że
wszędzie węszy tajemnicę. Dozorca zaś jest mężczyzną w średnim wieku,
człowiekiem, który węszy interes.
- Dzisiaj już tu byli z miasta - opowiada rozwlekle, salutem dziękuje za
papieros zaproponowany mu przez pana i wkłada sobie ten papieros za
ucho. - Wzięli jednego pumi i jednego szczeniaka komondora, tego
ostatniego zabrał pewien wielmożny pan z ministerstwa.
W ten sposób dozorca chce tylko dowieść, że hodowla psów na terenie
Ogrodu Zoologicznego ma dobrą reputację; ale pan ze skrępowaniem
stwierdza, że ta wiadomość nie przynosi mu uczucia komfortu... Podczas gdy
dozorca zachwala swój dziwny towar, pan bezzwłocznie i karnie bierze pod
lupę to swoje zniechęcenie, jako że ma dużą praktykę w autoanalizie:
innym też przyszedł do głowy taki pomysł, inni też nie mają pieniędzy,
inni też wstydzą się kupować sznorrkę, inni też są zdania, że pies jest
zarówno trochę pożyteczny, jak i trochę zbędny, jest czymś, co
jednocześnie stanowi luksus, jak i daje się sfatygować, i wyraźnie czymś
kobiecym, ponadto jest też ze skóry i ma futro, jest ciepły, a nade
wszystko oryginalny, w tym, kto go dostanie, wzbudzi silne uczucia, no i także cenowo pozostaje przystępny. Stwierdza to w mgnieniu oka, z tym
samym okrucieństwem, z jakim stara się rejestrować wszelkie własne
sprawy i postępki.
- Czyli innym też przyszło to na myśl w samą Wigilię?... - pyta dozorcę.
- No oczywiście - odpowiada tamten hardo. - W okolicy Bożego Narodzenia
tu zawsze jest duży psi targ, w tym tygodniu poszły już cztery dopiero
co urodzone szczeniaki, w ogóle żaden już nie został. Ale byłby jeden
pumi, ledwie roczna suka, mogłaby być rozpłodowa. I każdy pies, który
stąd wychodzi w świat, otrzymuje od dyrekcji dokumenty, drzewo rodowe i dyplom potwierdzający rasę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki