Cuda po polsku - Radosław Krawczyk

Kup ebooka

35.91 zł
35.86 zł (29,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Temu, który mnie ukochał,

uratował i przeznaczył do wieczności

Jezusowi Chrystusowi

Drogi Czytelniku, biorąc tę książkę do ręki, być może zastanawiasz się, czy warto poświęcić jej swój czas. W świecie, w którym każdego dnia ukazuje się ogromna liczba publikacji, wybór nie jest łatwy. Sam kocham książki i starannie dobieram lektury, dlatego doskonale rozumiem Twoją ostrożność.

Od lat najchętniej sięgam po książki oparte na prawdziwych historiach - opowieściach ludzi, którzy doświadczyli w swoim życiu czegoś wyjątkowego, poruszającego, a czasem wręcz nadprzyrodzonego. Takie świadectwa zawsze pokazywały mi żywego Boga: troskliwego, obecnego, zainteresowanego człowiekiem. Wiem, że w świadectwie tkwi ogromna siła, dlatego przez lata wyszukiwałem te historie, czytałem je, a potem polecałem innym.

Pewnego dnia, czytając Księgę Rodzaju, natrafiłem na fragment o Jakubie, który po latach wrócił do miejsca swojego duchowego spotkania z Bogiem, by "zbudować ołtarz Panu". To właśnie tam, uciekając przed niebezpieczeństwem, przeżył coś, co odmieniło całe jego życie: usłyszał Bożą obietnicę opieki i błogosławieństwa. Rozważając ten fragment Pisma Świętego, miałem świadomość, że wielu z nas miało w swoim życiu podobne chwile - duchowe momenty, do których warto powrócić, by wyrazić Bogu wdzięczność.

Pomyślałem więc: a gdyby zebrać te historie w jedną książkę? Od lat obserwowałem życie moich przyjaciół i znajomych, czasem uczestnicząc w wydarzeniach, które odmieniały ich losy. Wiedziałem, że ich świadectwa mogą dać innym nadzieję. Chciałem, by ta książka stała się takim wspólnym "ołtarzem dziękczynienia" - zbiorem opowieści o Bogu, który wciąż działa.

Historie, które tu znajdziesz, nie są bajkami o łatwych zwycięstwach. To często dramatyczne losy ludzi zmagających się z bólem, uzależnieniem, stratą, poczuciem bezsilności. Ale są to również opowieści o tym, jak w tych najciemniejszych chwilach potrafili podnieść wzrok ku górze - i otrzymać pomoc, choć nie zawsze taką, jakiej się spodziewali.

Trzymasz więc w ręku książkę o ludziach zwyczajnych, ale z niezwykłymi historiami. Znam ich od lat - jednych bardzo blisko, innych mniej - lecz o każdym mogę powiedzieć, że jest człowiekiem kochającym Boga, ufającym Mu bez względu na okoliczności.

Jestem im głęboko wdzięczny za to, że zgodzili się podzielić swoimi przeżyciami. Doceniam to szczególnie dlatego, że są one bardzo osobiste, czasem wręcz intymne, a niekiedy odsłaniają ich błędy, upadki i niedoskonałości. Nie wahali się jednak opowiedzieć o tym wszystkim ze względu na ponadczasowe przesłanie, jakie niosą.

Wierzę, że ich doświadczenia poruszą także Ciebie, przyniosą nadzieję, skłonią do refleksji i zapewnią, że nie idziesz przez życie sam.

Radosław Krawczyk

Wstęp

Od najmłodszych lat lubiłem rysować. Czasami przeglądałem magazyny w poszukiwaniu ciekawych portretów znanych osób i je kopiowałem, używając do tego celu kalki technicznej. Z dumą pokazywałem te prace rodzicom, a oni wyrażali swoje uznanie.

Pamiętam również lekcje plastyki, na które zawsze chętnie uczęszczałem. Pewnego razu nauczycielka zleciła nam namalowanie pejzażu. Dałem się ponieść twórczej fantazji, wskutek czego moje niebo przybrało czerwony kolor. Na zakończenie lekcji nasze dzieła były oceniane.

- Dlaczego wybrałeś czerwone niebo? - zapytała nauczycielka. - Niebo przecież jest niebieskie.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Byłem zdziwiony, bo pani od plastyki zazwyczaj pozostawiała nam spore pole do popisu i była otwarta na różne eksperymenty. Jednak tym razem spotkałem się z jej dezaprobatą.

Dopiero po latach zrozumiałem, że nie popełniłem błędu. W naturze niebo również może być czerwone, zwłaszcza o zachodzie słońca, a tym bardziej w malarstwie. To doświadczenie nauczyło mnie, że sztuka nie zawsze musi odzwierciedlać rzeczywistość, ale może być wyrazem wewnętrznej wizji i emocji.

Kredki

Jako nastolatek wielokrotnie wyjeżdżałem na miesięczne pobyty do pracy w Niemczech Wschodnich, zazwyczaj zabierając ze sobą zeszyty i kredki. Po godzinach spędzonych w zakładzie lub fabryce, często znajdowałem chwilę na rysowanie. Moje abstrakcyjne prace cechowała wyrazista kolorystyka i duża ekspresja. Niektóre kartki były zabrudzone herbatą, woskiem, a nawet przepalone papierosem. Sztuka była dla mnie sposobem na wyrażenie wewnętrznego bólu i egzystencjalnych rozterek. Miałem bardzo nihilistyczne spojrzenie na świat - nie wierzyłem w istnienie Boga i uważałem swoje życie za pozbawione sensu. Ale nawet taki światopogląd nie pozbawił mnie poczucia humoru.

Pewnego wieczoru, podczas jednego z takich wyjazdów, postanowiłem zorganizować mały występ. Cała nasza polska grupa pracowników mieszkała w kilkuosobowych pokojach w jednym budynku. Ja i mój przyjaciel Bolek dzieliliśmy jeden z nich. Byliśmy jedynymi młodymi ludźmi w grupie; resztę stanowili doświadczeni pracownicy, dużo od nas starsi. Niektórzy z nich wyglądali jak twardziele, którzy nie zawahaliby się użyć noża w razie potrzeby - i to bynajmniej nie do krojenia chleba. Wzbudzali w nas uzasadniony respekt, a my mówiliśmy o nich "zakapiorzy".

Usiadłem przy niewielkim, kwadratowym stole na środku naszego pokoju, na krześle ustawionym bokiem do drzwi wejściowych. Kurczowo trzymałem w dłoni sporą ilość kolorowych kredek. Mocno dociskając je do kartki, powoli, mechanicznie kreśliłem koła. W oczodoły wsadziłem dwa korki od butelek po winie, wpatrując się nimi w zeszyt.

Umówiłem się z Bolkiem, że zawoła jednego z pracowników, żeby przyszedł mnie zobaczyć i ewentualnie doradzić, co ze mną w takiej sytuacji zrobić. Większość z nich siedziała w kuchni przed telewizorem, popijając piwo lub coś mocniejszego. Nasz pokój tonął w półmroku, a jedynym źródłem światła była ozdobiona kolorowymi naklejkami przedstawiającymi świętych wielka i gruba świeca, pamiątka z mojej pierwszej komunii. Zabrałem ją z domu na wszelki wypadek.

Oczywiście mając na oczach korki, nic nie widziałem, ale kiedy usłyszałem, że już przyszli, powoli, zachowując powagę, odwróciłem twarz w stronę drzwi. Przerwałem rysowanie i znieruchomiałem na kilka sekund, po czym wróciłem do pracy.

- Nie wiem, co mu się stało - powiedział Bolek, wskazując na mnie palcem i uśmiechając się pod nosem.

Brodaty mężczyzna, który z nim przyszedł, nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć.

- Co on, nienormalny? - powiedział i kląc pod nosem, wrócił do kuchni.

Pracownia

Moje zainteresowanie sztuką trwało, ale brak wiary we własne możliwości oraz stany depresyjne powodowały, że nie rozwijałem swojej pasji. Zamiast tego marnowałem czas na alkohol, bezcelowe włóczenie się po mieście i szukanie środków na kolejne libacje. Coraz bardziej pogrążałem się, rozmyślając nad sensem istnienia, a raczej nad jego brakiem. Wielokrotnie nie wracałem na noc do domu, przenosząc się z miejsca na miejsce i koczując u różnych ludzi.

Nic dziwnego, że rodzice byli zaniepokojeni moim losem. Mama często płakała z mojego powodu. Pewnego lata wyjechaliśmy na wesele, podczas którego doszło do rozmowy między mną a moim tatą. Rozluźniony po alkoholu, postanowiłem opowiedzieć mu o moim marzeniu, które nosiłem w sercu od wielu lat - chciałem zostać artystą malarzem. Tato wysłuchał mnie uważnie i ku mojemu zaskoczeniu, potraktował to poważnie.

Po powrocie do domu, wspólnie z mamą, postanowili we mnie zainwestować, widząc w tym szansę na ustabilizowanie mojego życia. Wynajęli dla mnie małe pomieszczenie na poddaszu, gdzie mogłem urządzić własną pracownię artystyczną.

Byłem przepełniony radością! Miejsce znajdowało się w urokliwej, spokojnej części miasta, niedaleko naszego mieszkania. Mieściło się na drugim piętrze jednego z wielu starych domów przy wąskiej, mało uczęszczanej uliczce. Do pracowni prowadziła wąska, drewniana klatka schodowa. Podłoga w pomieszczeniu była wykonana z desek, które przy chodzeniu wydawały specyficzny dźwięk skrzypienia. Dwa małe drewniane okienka nie dostarczały zbyt dużo światła, ale mi to w ogóle nie przeszkadzało.

To był czas w moim życiu, gdy poczułem, że coś ma dla mnie znaczenie. Często przebywałem tam, pracując nad swoimi projektami do późna w nocy. Jednak nie zrezygnowałem z narkotyków. Wciąż szukałem ukojenia dla mojej niespokojnej duszy, próbując wypełnić pustkę, która czasem doprowadzała mnie do granicy szaleństwa.

Pokłon

Pewnego dnia, po zakończeniu malowania, usiadłem na podłodze i napełniłem foliowy woreczek niewielką ilością rozpuszczalnika. Zacząłem wdychać jego opary.

Zawarte w nich substancje chemiczne szybko dostają się do układu krwionośnego, wywołując zaburzenia świadomości. Najczęściej charakteryzują się one omamami i halucynacjami. Ich wchłanianie może także powodować wiele schorzeń, uszkodzenie wątroby, nerek i mózgu.

Korzystałem z rozpuszczalnika od wielu lat i zdawałem sobie sprawę z tego, że mój mózg i inne organy już na tym ucierpiały. Często nawet żartowałem, że wąchanie "wyżarło" mi wiele szarych komórek.

Ledwo zacząłem wdychać opary, gdy stało się coś niezwykłego. Nagle poczułem potrzebę oddania pokłonu i bez zastanowienia zrobiłem to, dotykając czołem podłogi. Nie wiedziałem, komu właściwie oddałem pokłon, ani dlaczego to zrobiłem. Działałem pod wpływem wewnętrznego impulsu. Kiedy się wyprostowałem, usłyszałem pytanie, które rozległo się wewnątrz mojego umysłu:

- Komu się kłaniasz?

Zaskoczony i trochę zaniepokojony, natychmiast odrzekłem:

- Własnej mądrości! - nie miałem pojęcia, dlaczego to powiedziałem, ale najwyraźniej przemówiła przeze mnie urażona duma. Byłem niezależnym, zbuntowanym młodzieńcem, nieugiętym wobec autorytetów i nie chciałem, żeby ktoś przejął hołd, który właśnie złożyłem.

Zaraz potem dostrzegłem postać stojącą kilka metrów dalej. Najwyraźniej odwracała się, by odejść. Znajdowała się jakby w innym wymiarze i widziałem ją bardzo niewyraźnie. Czułem, że moja odpowiedź sprawiła jej smutek. "Niech sobie idzie, mam to gdzieś" - pomyślałem.

Nagle z głębi mojej duszy, ku mojemu zaskoczeniu, wydobyło się wołanie:

- Nieeeee! Nie odchodź!

To był krzyk cierpiącej duszy, mojego prawdziwego "ja", pozbawionego masek i intelektualnych osłon. Miałem wrażenie, że ten głos należał do ukrytej we mnie istoty, która intuicyjnie rozpoznała w przybyszu kogoś, kto posiadał lekarstwo na jej poczucie zagubienia.

Próbowałem zlokalizować źródło tego wołania. Nim zdążyłem się zastanowić nad tym zjawiskiem, w pracowni szybko zaczęła narastać niezwykle intensywna światłość.

Ogarnął mnie wielki strach. Leżałem jak sparaliżowany, czekając na to, co będzie dalej, ale nic strasznego się nie wydarzyło.

- Nie bój się - w moim wnętrzu rozległ się łagodny, lecz pełen mocy głos. Wiedziałem, że należał do najpotężniejszej osoby we wszechświecie, niezaprzeczalnie do Boga, w którego istnienie jeszcze chwilę wcześniej nie wierzyłem. Czułem się całkowicie odsłonięty, mały i słaby przed Jego wszechmocą. Moja pycha i zarozumiałość zniknęły. Wiedziałem, że nie mogę niczego przed Nim ukryć. On, potężny Bóg, emanujący jednocześnie niewyobrażalną dobrocią i miłością, patrzył na mnie, zatrwożonego i oszołomionego. Nie widziałem Go, ale usłyszałem pytanie:

- Co chciałbyś, żebym dla ciebie zrobił?

Najpotężniejsza istota we wszechświecie chciała coś dla mnie zrobić! Ani przez chwilę nie wątpiłem, że mógłby zrobić wszystko, o co Go poproszę. Udzielenie odpowiedzi nie zajęło mi wiele czasu. Przypuszczałem, że najpilniejszą potrzebą było uzdrowienie mojego mózgu, zniszczonego przez wieloletnie używanie substancji psychoaktywnych.

- Żebyś uzdrowił mój mózg - odpowiedziałem.

Nasza komunikacja cały czas odbywała się w myślach.

- Wyprostuj się - usłyszałem polecenie.

Nadal siedząc na podłodze, wyprostowałem plecy do pozycji pionowej. Poczułem, że ktoś za mną stanął. Kątem oka spostrzegłem dwie świetliste dłonie zbliżające się do mojej głowy. Kiedy dotknęły moich skroni, zacząłem odczuwać coraz bardziej narastającą światłość, moc i miłość. Ich poziom szybko przekroczył wszelkie najlepsze doznania, jakich kiedykolwiek doświadczyłem i poszybował w górę.

Potem mój mózg został poddany niezwykłej operacji. Czułem wyraźnie, że coś się w nim fizycznie zmieniało, jakby rozsypane puzzle układały się w obrazek pod wpływem energii wypływającej z rąk stojącej za mną postaci. Gdy proces dobiegł końca, do mojego wnętrza zaczęła wlewać się płynna światłość. W tym momencie z mojej duszy został zabrany ogromny ciężar. Nie zdawałem sobie sprawy, że coś takiego we mnie tkwiło. Miałem wrażenie, jakbym całe życie chodził z trzydziestokilogramowym balastem w moim wnętrzu, który teraz w jednej chwili został usunięty. Co za ulga! Poczułem się lekki jak piórko, a światło całkowicie wypełniło moje wnętrze czystą miłością i spokojem. To było tak niezwykłe i cudowne doświadczenie, że nie ma słów, by chociaż w przybliżeniu opisać jego wspaniałość. Po raz pierwszy w życiu poczułem, że naprawdę żyję. Pokój i niezwykła radość przenikały mnie na wskroś.

Zdawałem sobie sprawę, że znajduję się w obecności Boga. Trwałem w zachwycie, zdumieniu i bezruchu, delektując się tą chwilą. Tym, co najbardziej mnie oszołomiło, była bezgraniczna miłość, pozbawiona osądu, krytyki czy wyrzutu. A przecież nie byłem bez winy. Dopuszczałem się wielu złych rzeczy. Niszczyłem własne życie, a destrukcyjny i niemoralny styl życia, który wiodłem, sprawiał ból moim rodzicom, znajomym i wielu innym osobom z mojego otoczenia. Zasługiwałem na karę, a nie na to, co mnie właśnie spotkało. Nie byłem godny miłości, ale ona do mnie przyszła. Teraz byłem świadomy, że to właśnie jej tak naprawdę szukałem przez cały czas. To za nią tęskniłem i jej pragnąłem. Z jednej strony nie wierzyłem, że taki rodzaj miłości, bezwarunkowej, przebaczającej i uzdrawiającej, istnieje, a z drugiej strony moje serce jej łaknęło. Ta sprzeczność przez lata powodowała we mnie głębokie rozdarcie.

Nie byłem religijną osobą. Już w wieku kilkunastu lat porzuciłem lekcje religii i chodzenie do kościoła. Odrzucałem wszystko, co miało związek z chrześcijaństwem, ponieważ nigdy nie doświadczyłem jego mocy. Poza tym, zniechęcał mnie styl życia większości wiernych. W mojej ocenie niczym nie różnili się od niewierzących, bo tak samo grzeszyli, raniąc i zadając ból innym.

Będąc teraz w Jego obecności, zastanawiałem się, jak On widzi praktykowanie wiary. Całym sobą pragnąłem Mu się poddać i byłem gotów robić to, czego sobie zażyczy, nawet jeśli oznaczałoby to uczestnictwo w nudnych nabożeństwach i bezdusznych obrzędach. Z niepokojem zapytałem:

- Czy teraz będę musiał chodzić do kościoła?

Oczekując odpowiedzi, usłyszałem śmiech kilku osób. Zrozumiałem, że w tym spotkaniu uczestniczą także inni. Moje pytanie ich rozbawiło, ale nie śmiali się ze mnie. Czułem ich serdeczność.

- Nie - odpowiedział łagodnie głos - to nie będzie konieczne.

Odetchnąłem z ulgą. Choć teraz, mając do czynienia z tak wielką chwałą i miłością, której właśnie doświadczyłem, nie miałbym odwagi Mu odmówić, gdyby tego zażądał. Niemniej cieszyłem się, że nie miał zamiaru mnie do tego zmuszać.

Spotkanie dobiegło końca. Goście odeszli, ale Jego obecność pozostała ze mną. Czułem ją w formie światła, miłości i pokoju. Rozpierała mnie cudowna energia i głęboka radość.

Całe to doświadczenie zdecydowanie wykraczało poza ludzkie możliwości percepcyjne. Szczerze mówiąc, nie mogłem zachować w pamięci i emocjach jego głębi, ponieważ żaden człowiek nie posiada takich zdolności. Wiem tylko, że to, co się wydarzyło, pochodziło z innego, duchowego wymiaru i dotknęło mojego ducha, ożywiając go i nadając nową jakość i cel mojemu życiu.

Później, dzieląc się swoimi przeżyciami z przyjaciółmi, od niektórych z nich słyszałem:

- Kolejny odlot Docenta (taką miałem ksywkę). Tym razem religijny, minie mu z czasem - kwitowali.

Minęło ponad trzydzieści lat i jednak mi nie minęło. Z pewnością nie był to kolejny odlot wywołany wdychaniem chemicznych oparów. Wcześniej wielokrotnie doświadczałem halucynacji związanych z używaniem substancji psychoaktywnych i żadna z tych rzeczy nie mogła w najmniejszym stopniu równać się z tym, czego doświadczyłem owego dnia. Narkotyki po prostu nie byłyby w stanie zmienić tak dogłębnie mojego życia.

Nowe życie

Przez kolejny tydzień czułem się, jakbym unosił się kilka centymetrów nad ziemią. Na nowo odkrywałem piękno świata. Zachwycała mnie przyroda; zwykłe liście drzew czy owady wydawały się cudem samym w sobie. Nigdy nie czułem się tak dobrze, co stanowiło wielki kontrast w stosunku do mojego dotychczasowego, pogrążonego w mrocznych klimatach życia. Miałem świadomość, że spotkała mnie niezwykła, cudowna Boża łaska.

Co ciekawe, moja wrażliwość na grzech niesłychanie wzrosła. Kilka dni po tamtym niezwykłym wydarzeniu, ojciec polecił mi, bym poszedł do sklepu po jakiś produkt, który był potrzebny do przygotowania posiłku. Sklep znajdował się kilka minut drogi od domu. Nie było to trudne zadanie, ale próbowałem się wykręcić, mrucząc, że mi się nie chce. Nie podniosłem nawet głosu. Wydawało się, że nie zrobiłem niczego złego. Jednak natychmiast poczułem, jak znika cała moja radość. Zszokowany, poszedłem do łazienki, zamknąłem drzwi i usiadłem na krawędzi wanny:

- Boże, przepraszam - powiedziałem i zacząłem płakać jak dziecko. Od lat nie płakałem, ponieważ moje serce stało się nieczułe i zamknięte. Teraz wszystko się zmieniło. Zacząłem rozumieć, jak wielka przemiana we mnie zaszła. Odczułem głęboki żal z powodu mojego grzechu. Grzechu? Dziwnie to brzmi, ale w tamtej chwili właśnie ten niepozorny czyn, mały opór wobec ojca całkowicie odciął radość, którą wcześniej otrzymałem.

Po wyznaniu przewinienia radość powróciła. Z uśmiechem na twarzy niemal wybiegłem z łazienki, poszedłem do kuchni i przeprosiłem tatę. On jednak nie rozumiał, o co mi chodzi i za co go przepraszam. Znając moje wcześniejsze wybryki, nie uważał tego, co zrobiłem, za coś złego.

Próba

Po tym miodowym tygodniu nadszedł czas próby. Do mojego umysłu zaczął przemawiać inny głos. Tak jak wcześniej, nie był fizycznie słyszalny. Niestety, wówczas nie rozpoznałem, do kogo należał. Mówił mi, że korzystanie z substancji psychoaktywnych nie musi być wcale złe.

- Przecież dzięki temu miałeś to niezwykłe objawienie. Pomogło ci otworzyć się na Boga! - szeptał.

Zacząłem się zastanawiać. Nie byłem pewien, czy w piwnicy, gdzie przechowywałem zapasy rozpuszczalnika, cokolwiek pozostało.

"Dobrze" - pomyślałem. "Jeśli znajdę tam chociaż jedną butelkę, uznam to za znak, że Bóg nie ma nic przeciwko temu, bym z niej skorzystał."

Zszedłem do piwnicy, otworzyłem drzwi i zobaczyłem ostatnią butelkę stojącą na półce.

"Jednak jest"

Wziąłem ją i natychmiast wyszedłem do pracowni. Jak zwykle, usiadłem na podłodze. Był późny wieczór. Wnętrze oświetlało jedynie światło Księżyca, które tego wieczoru było szczególnie jasne. Niezwłocznie zacząłem wdychać rozpuszczalnik. Chciałem jak najszybciej poczuć jego działanie.

Ale coś było nie tak. Zazwyczaj wystarczały mi dwa, trzy wdechy, aby "odlecieć", a teraz minęło kilka minut i nadal nic się nie działo.

Chcąc za wszelką cenę osiągnąć oczekiwany efekt, kontynuowałem. Wtedy otrzymałem wizję. Oczami wyobraźni zobaczyłem dużą kulę światła zawieszoną w przestrzeni, na którą wylewane były czarne pomyje. Brud spływał po kuli, nie mogąc w żaden sposób stłumić jej światła ani dostać się do środka.

Obraz uświadomił mi, co się ze mną działo. Próbując odurzyć się za pomocą narkotyku, tak naprawdę wylewałem na światło wypełniające moją duszę ohydną, czarną substancję grzechu. Jednak to ostrzeżenie mnie nie powstrzymało i wdychałem dalej.

- Nie rób tego! Przestań! Masz jeszcze czas! - usłyszałem w duchu ciche ostrzeżenie.

Czułem, że ktoś tam był ze mną i widział, co robię. Byłem pewien, że zależało mu na mnie, ale ja się uparłem i nie przestawałem.

Wtem kolejna rzecz zwróciła moją uwagę. Miałem wrażenie, że namalowane przeze mnie obrazy oparte o ściany pracowni w jakiś sposób ożyły, że mają serca, które zaczęły bić szybciej. Wyglądało na to, że nawet obrazy były przerażone. Ale i to mnie nie powstrzymało.

W końcu nadszedł krytyczny moment. Czas jakby się zatrzymał, a ja czułem, że przekroczyłem pewną granicę.

Usłyszałem ten sam pełen autorytetu głos, który tak, jak za pierwszym razem, nakazał mi się wyprostować. Wiedziałem, że muszę być posłuszny. Tym razem nie odczuwałem radości, światłości ani chwały. Te same świetliste dłonie dotknęły moich skroni i do mojego wnętrza spadł ogromny, przytłaczający ciężar. I to było wszystko.

Postać zniknęła, a ja osunąłem się na podłogę. Pozostałem sam, boleśnie świadomy tego, że popełniłem największy błąd swojego życia. Miałem głębokie przeświadczenie, że zmarnowałem wielką łaskę Bożą. Żałowałem swego czynu tak bardzo, że ledwo mogłem to znieść. Z wyżyn chwały stoczyłem się na samo dno rozpaczy. Upadek i szok były tak wielkie, że nie potrafiłem nawet zapłakać. Leżałem tak na podłodze, aż wreszcie zasnąłem.

Odnowa

Rankiem, kiedy się obudziłem i uświadomiłem sobie ponownie, co zrobiłem, rozpaczałem i płakałem przez wiele godzin. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiego przenikliwego smutku. Czułem, że zawiodłem i zasmuciłem Boga. On jednak mnie nie odrzucił. W pewnym momencie poczułem, że Jezus stoi obok i pociesza mnie swoją obecnością. To sprawiło, że płakałem jeszcze bardziej.

Mijały kolejne dni. Byłem przytłoczony, ale ani przez myśl mi nie przeszło, by szukać ucieczki w narkotykach. Przecież to one były przyczyną mojego upadku. Po tygodniu spotkałem dawnego kolegę, o którym słyszałem, że się nawrócił. Widząc moją otwartość na duchowe sprawy, umówił się ze mną. Przyszedł do mojej pracowni i przyniósł kilka interesujących książek dotyczących wiary.

Wkrótce zaprosił mnie na spotkanie małej wspólnoty chrześcijańskiej, której był częścią. Ku jego zdumieniu, szybko sam się do niej przyłączyłem.

Od tamtych wydarzeń minęło ponad trzydzieści lat. Przez te dekady starałem się poznawać Boga bardziej, czytając Biblię i ucząc się ufać Mu w trudnych życiowych sytuacjach. Spotkałem także mądrą i piękną kobietę, Ewę, która stała się moją żoną i matką naszego syna Tymoteusza. Razem ukończyliśmy studia artystyczne i zaczęliśmy działać szerzej w obszarze sztuki. Obecnie nie tylko malujemy obrazy, ale także organizujemy wydarzenia artystyczne, takie jak międzynarodowe plenery malarskie, wystawy i aukcje dzieł sztuki.

Jednak niezależnie od tego, czy mamy jakieś osiągnięcia na koncie, czy przeżywamy chwile słabości i zwątpienia, najważniejsza wciąż pozostaje bezwarunkowa, Boża miłość, której po raz pierwszy doświadczyłem tamtego dnia. To ona nadaje sens wszystkiemu innemu.

Pokłon

Radosław Krawczyk

Paweł Krystkiewicz, Ernest Krystkiewicz, Joanna Kupczyńska

Joanna JKupczyńska

Paweł

Urodziłem się na początku lat dziewięćdziesiątych. Był to czas, w którym moi rodzice próbowali odnaleźć swoje miejsce w Polsce i jej nowym, demokratycznym ustroju. Pomimo burzliwych przemian, które się wtedy dokonywały oraz wielu niewiadomych, oni zawsze byli optymistycznie nastawieni do życia, pokładając całą swoją nadzieję w Bogu. Dzięki nim nauczyłem się, że nie tylko warto marzyć, ale także te marzenia realizować.

Od małego miałem zacięcie techniczne. Uwielbiałem rozkręcać urządzenia aby zobaczyć, co sprawia, że działają. Samochodziki, miksery kuchenne, magnetowidy - nic nie dało się przede mną ukryć. Gdyby ktoś mnie wtedy spytał, co jest moim największym marzeniem to powiedziałbym, że zostać inżynierem i kreować nowe technologie, najlepiej te w branży lotów kosmicznych. Pewnie dlatego wahadłowce długo pozostawały moimi ulubionymi pojazdami i pojawiały się na wielu moich rysunkach.

Po beztroskim dzieciństwie nadszedł czas edukacji. Lubiłem się uczyć, jednak ten czas był huśtawką wrażeń. Z jednej strony mogłem zaspokajać swoją ciekawość świata, a z drugiej zauważałem, jak bardzo odstaję od innych dzieci. Powodem tego była moja wrodzona wada serca. Od początku brałem na to leki, a od szóstej klasy nie ćwiczyłem na WF-ie. Lekarze mówili mi, że nie zagraża ona życiu, a ludzie z tym po prostu żyją. Wiedziałem też, że Bóg, o którym uczyli mnie moi rodzice, w odpowiednim czasie uzdrowi mnie zgodnie z obietnicą, jaką otrzymali. Jednak choroba przerwała mój pęd do wiedzy. Okazało się, że nie jest tak łagodna jak się wydawało.

Ernest

Zazwyczaj nie spodziewamy się, że coś złego może przydarzyć się właśnie nam. Owszem, słyszymy o cierpieniu innych lub o tragediach, które gdzieś się wydarzyły, może nawet niedaleko nas, ale nam? Tak dokładnie myślałem aż do września 2008 roku.

Mój najstarszy syn, szesnastoletni Paweł, który od dziecka był pod kontrolą kardiologa z powodu wady serca, w tym kardiomiopatii rozstrzeniowej, nagle osłabł i nie mógł normalnie funkcjonować. Jego nogi, zwłaszcza na wysokości łydek, znacząco spuchły. Osłabiony spał po południu, męczył się bardzo szybko. Trzy tygodnie wcześniej rozpoczął naukę w liceum. Aby uniknąć dalszych powikłań, udaliśmy się do kardiologa prowadzącego jego leczenie od dzieciństwa. Lekarz orzekł, że serce Pawła jest w beznadziejnym stanie i nie wiadomo jak długo popracuje.

Nikt z nas nie spodziewał się takiej diagnozy. Same słowa nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak twarz naszego lekarza, która raz była bardzo czerwona, a zaraz potem niespotykanie blada.

Została podjęta natychmiastowa decyzja: należało przetransportować Pawła do szpitala w Poznaniu na oddział kardiologii dziecięcej. W Gorzowie takiego oddziału nie było. Aby zaoszczędzić czas, postanowiłem zawieźć go tam osobiście. W trasie zastanawialiśmy się, jak długo może zająć hospitalizacja. Paweł spodziewał się, że maksymalnie dwa tygodnie, ale nie wiedzieliśmy, jak potoczą się dalsze losy.

Dojechaliśmy na miejsce około jedenastej wieczorem. Dyżurujący lekarz wykonał badania i potwierdził wcześniejszą diagnozę - serce nie jest w stanie normalnie pracować. Frakcja wyrzutowa EF1 wynosiła jedynie 18%.

Paweł

To był pierwszy raz, kiedy musiałem zostać w szpitalu na dłużej niż kilka dni. Była to dla mnie zupełna nowość.

Moje kolejne lęki były przełamywane. Wenflony, igły, wejścia głębokie? Po dwóch tygodniach to była pestka a miejsca do wkłucia wybierałem pielęgniarkom sam.

Jednak leczenie nie pomagało. Dostawałem coraz silniejsze leki, a kurczliwość mojego serca spadała. Moje żyły na rękach były tak wyeksploatowane, że wkłucia miałem też na nogach. Mój stan nigdy nie był tak poważny, a tutaj stale się pogarszał. Lekarze przygotowywali nas mentalnie na możliwość przeszczepu serca.

Wkrótce znalazłem się na pilnej liście oczekujących. Wszyscy byliśmy przerażeni nową sytuacją i tym, jak w ciągu zaledwie kilku tygodni nasz świat stanął do góry nogami. W tej sytuacji jak w każdej innej naszą najpewniejszą strategią było zaufać Bogu.

Ernest

Paweł stracił w szpitalu prawie 20 kg, a na plecach zaczęły pojawiać się odleżyny. Gdy go odwiedziłem, zauważyłem, jak bardzo był osłabiony. Przez skórę widać było żebra. To był moment, który złamał moje serce. Lekarz delikatnie zasugerował mi, że nie wszyscy pacjenci dotknięci tą chorobą wychodzą cało. Powróciwszy do domu, nie mogłem powstrzymać łez. Dopiero wówczas uświadomiłem sobie, że i my, jak wszyscy inni, jesteśmy narażeni na nieszczęścia.

Moja żona spędzała dużo czasu przy Pawle, rzadko wracając do domu. Pozostała trójka dzieci dzielnie znosiła trudności wynikające z tej sytuacji. Zauważyłem, że zaprzestały kłótni i drobnych sprzeczek. Wiedziały, że Paweł potrzebuje przeszczepu, ale nie chcieliśmy ich obciążać najgorszymi przewidywaniami.

Po miesiącu spędzonym w Poznaniu i braku jakiejkolwiek poprawy, pojawiła się możliwość przeniesienia Pawła do kliniki w Zabrzu. Jego stan wymagał transportu lotniczego. Ta niezwykła akcja zaangażowała wiele osób i została zrealizowana perfekcyjnie. Paweł znalazł się w najlepszym miejscu w kraju na dalsze leczenie.

Według oceny lekarzy z nowej kliniki, w ciągu dwóch tygodni miał być przygotowany do powrotu do domu w oczekiwaniu na przeszczep. Niestety, mimo wysiłków personelu medycznego, stan Pawła nadal się pogarszał. Brakowało leków skuteczniejszych od tych, które już otrzymywał. Razem z żoną mieliśmy świadomość, że koniec może nadejść szybciej, niż się spodziewaliśmy. Kasia towarzyszyła Pawłowi przez cały czas w Zabrzu.

Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że jako mężczyzna będę tak wiele i tak bardzo płakał. Staraliśmy się ukryć przed dziećmi nasze uczucia, aby nie wywołać w nich niepokoju i strachu. Czy to było najlepsze rozwiązanie? Nie jestem pewien. Musiałem jednak powiedzieć dziecom o możliwości śmierci brata, co było bardzo trudne.

Paweł

Pomimo lepszej opieki medycznej w nowym miejscu mój stan wciąż się pogarszał, a ja powoli traciłem nadzieję, że ten koszmar kiedyś się skończy. Coraz częściej towarzyszyło mi zniechęcenie i mroczne myśli. Tym bardziej zaskoczyła mnie informacja, że jedną z naszych znajomych, Asię Kupczyńską, która była liderką zespołu muzycznego w naszym kościele, spotkało coś bardzo niezwykłego. Coś, co dawało nadzieję na to, że mój los może się zmienić na lepsze.

Asia

20 listopada 2008, wracając samochodem z kursu BHP do domu zauważyłam, że od dłuższego czasu jedzie przede mną samochód o numerze rejestracyjnym 22122. Gdy jechał tak przez całą trasę do mojego domu, miałam nieodparte wrażenie, że te liczby mają w sobie jakąś ukrytą wiadomość. Odłożyłam tę myśl na później, ale niedługo potem zdarzyło się coś bardzo dziwnego.

Dwa dni później mój mąż Łukasz, który jest muzykiem, pojechał tym samym samochodem do Bydgoszczy, gdzie miał zagrać koncert z zespołem TGD.

W pewnym momencie w ciągu dnia ogarnął mnie niepokój i w mojej głowie pojawiła się niepokojąca myśl, że może mu się przydarzyć coś bardzo złego. Pomyślałam, że może nawet nie wrócić do domu żywy. Zaczęłam się żarliwie modlić o ochronę dla Łukasza i o to, by nie wydarzyło się nic, co nie jest zgodne z Bożym planem.

Po koncercie, w drodze powrotnej do domu, męża zaskoczyła śnieżyca. Była trzecia w nocy. Widoczność spadła dramatycznie i na drodze zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Najgorsze jednak było to, że Łukaszowi ze zmęczenia po prostu zamykały się oczy i na krótką chwilę zdrzemnął się za kierownicą. Kiedy nagle się ocknął, próbował zahamować, ale wtedy samochód wpadł w poślizg i zaczął się obracać wokół własnej osi na przysypanej świeżym śniegiem jezdni. W końcu z impetem wpadł tyłem do rowu. Łukaszowi nic się nie stało, poduszki powietrzne nie wystrzeliły i wyglądało na to, że auto jest całe. Całe szczęście, że nikt inny wtedy nie jechał ani za nim, ani z naprzeciwka. W tamtej chwili jednak na tej opustoszałej drodze w środku nocy, w środku lasu Łukasz był sam. Z jego perspektywy sytuacja wyglądała beznadziejnie, ale tylko przez chwilę, bo dość szybko pojawiła się niespodziewana pomoc. W ciągu kilkudziesięciu minut nadjechał ktoś, później jeszcze ktoś, kto znał kogoś innego i skończyło się tym, że z pobliskiej wioski przyjechał człowiek z ciągnikiem i wyciągnął samochód z rowu. Mąż szczęśliwie dotarł do domu.

Następnego dnia wsiadając do tego samego samochodu, który jeszcze kilka godzin temu mógł się rozbić na jakimś drzewie, oboje byliśmy pod ogromnym wrażeniem, że nie tylko auto pozostało nietknięte, ale przede wszystkim Łukaszowi nic się nie stało.

Za chwilę czekała nas kolejna niespodzianka. Szyby samochodu szybko zaparowały od środka, a na przedniej ukazał się napis: 22122. Wyglądało to tak, jakby ktoś napisał te liczby palcem na szkle. Wielokrotnie pytaliśmy się nawzajem: "Czy to ty napisałeś, napisałaś?", a każde z nas odpowiadało, że nie. Przecież nikt inny nie korzystał z naszego auta po powrocie męża.

Zjawisko to było tym bardziej zdumiewające, że jeszcze nikomu nie wspomniałam o tych samych liczbach, które poprzedniego dnia widziałam na tablicy rejestracyjnej jadącego przede mną samochodu. Kto więc mógł napisać je na szybie i czy krył się w nich jakiś przekaz?

Opowiedzieliśmy o tym zdarzeniu kilku bliskim osobom, a nasza koleżanka, Ania Chojnacka, zasugerowała, że powinniśmy sprawdzić Psalm 22, szczególnie wersety od pierwszego do dwudziestego drugiego.

Autor Psalmu, Dawid, wyrażał w nim wołanie do Boga o ratunek i pomoc w najtrudniejszych chwilach swojego życia. Natomiast w wersecie 22 nastąpił zaskakujący zwrot: "Ty odpowiedziałeś mi".

Zrozumiałam wtedy, że Bóg odpowiedział na moje wołanie i ocalił życie Łukasza. Byłam wdzięczna za Jego opiekę i obecność w tamtej chwili, w środku nocy. Teraz jednak czuliśmy, że napis, który niespodziewanie pojawił się na szybie naszego samochodu, mógł być także przesłaniem dla kogoś innego - kogoś, kto zmagał się z własną burzą. Oczywiście chodziło o Pawła, za którego od dłuższego czasu modliliśmy się razem z przyjaciółmi do Boga.

Kiedy dokładniej przyjrzeliśmy się Psalmowi 22, odkryliśmy, że niezwykle trafnie odnosił się do naszej sytuacji. Werset piętnasty brzmiał bardzo wymownie: "Serce moje stało się jak wosk, roztopiło się we wnętrzu moim." Kluczowy i pełen nadziei był jednak werset 22: "Ty odpowiedziałeś mi." Brzmiał jak wiadomość z nieba, która dodawała otuchy nam wszystkim zaangażowanym w modlitwę, post i wszelką pomoc dla rodziny Krystkiewiczów. Wzmacniała naszą wiarę w to, że Bóg jest z Pawłem i mu pomoże, odpowiadając na nasze wołanie.

Kilka dni później, mimo wszystkich negatywnych wiadomości płynących ze szpitala w Zabrzu, gdzie przebywał Paweł, napisałam piosenkę opartą na wersetach z Psalmu 22: 1-222. Ufając Bogu, śpiewaliśmy ją wielokrotnie w kościele przez kolejne miesiące, ogłaszając, że On już nam odpowiedział. Czekała nas jednak jeszcze długa droga do przebycia.

Ernest

Pod koniec listopada 2008 roku postanowiłem zabrać dzieci, aby mogły jeszcze raz, być może ostatni, zobaczyć się z Pawłem. Dotarliśmy tam, z powodu dramatycznie złej pogody, po jedenastu godzinach, podczas gdy w normalnych warunkach można tam się dostać w ciągu czterech i pół godziny! Byliśmy psychicznie wyczerpani i fizycznie zmęczeni.

Ponieważ przybyliśmy późno w nocy i minął czas odwiedzin, skorzystaliśmy z niezwykłej życzliwości i gościnności pewnego małżeństwa, mieszkającego niedaleko kliniki. W tych trudnych chwilach pocieszali nas i zachęcali, abyśmy się nie poddawali. Zarówno oni jak i ich dzieci spędzili z nami wiele czasu, rozmawiając i wspólnie przeżywając nasze problemy.

Następnego dnia udaliśmy się do szpitala. Okazało się, że Pawła przeniesiono do pokoju jednoosobowego, dzięki czemu mieliśmy bardziej komfortową sytuację, ale i tak, wchodząc tam, czuliśmy się spięci i niepewni. Dzieci nie widziały się z bratem od dwóch miesięcy i nie wiedziałem czego mogę się po tym spotkaniu spodziewać. Zupełnie niepotrzebnie. Ich serdeczna postawa i słowa pełne wrażliwości i miłości zrobiły na mnie ogromne wrażenie i głęboko mnie wzruszyły. Aby ukryć moje emocje i płynące z moich oczu łzy, udawałem, że myję ręce przy umywalce w narożniku.

Po wizycie trwającej kilkanaście minut, pożegnaliśmy się i wróciliśmy, już bez przeszkód, do naszego domu w Wojcieszycach pod Gorzowem Wielkopolskim.

Miesiąc wcześniej przeprowadziliśmy się z naszego starego domu do zaadoptowanej na mieszkanie stodoły. Wszystkie pomieszczenia były już urządzone i umeblowane, jedynie pokój Pawła stał pusty. Właśnie w tym miejscu w kilku kolejnych dniach spędzałem dużo czasu w modlitwie, zadając Bogu wciąż jedno pytanie: "Czy ten dom ma być miejscem żałoby i smutku, czy raczej radości i wesela?". Wznosiłem je do Pana, a łzy same cisnęły mi się do oczu. Nikt nie był świadkiem moich wewnętrznych rozterek, nawet moja żona. Nie otrzymałem wtedy odpowiedzi i nie wiedziałem, co Bóg zdecyduje. Jednakże odpowiedź nadeszła, ale znacznie później i w nieoczekiwany dla mnie sposób.

W obliczu stałego zagrożenia, nasi przyjaciele z kościoła, widząc zmaganie, które stało się naszym udziałem, postanowili zorganizować serię spotkań modlitewnych połączonych z postem. Ich zaangażowanie było ogromne, a dla nas bardzo cenne i ważne. To był prawdziwa duchowa walka. Ale chociaż wszyscy modliliśmy się o uratowanie życia Pawła, ja wiedziałem, że musimy być także przygotowani na najgorszy z naszego, ludzkiego punktu widzenia, scenariusz. Na jego śmierć.

Dlatego podczas jednego ze spotkań modlitewnych postanowiłem całkowicie zdać się na Bożą wolę. W modlitwie oddałem Bogu moje oczekiwania związane z Pawłem i ofiarowałem Mu mego syna, kładąc go, mówiąc w przenośni, na stole ofiarnym.

Do tego posunięcia zainspirowała mnie pochodząca z kart Biblii historia Abrahama i Izaaka. Ten człowiek wiary nie mógł mieć dzieci ze swoją żoną Sarą, ze względu na jej bezpłodność. Bóg, widząc ich zmagania i ból, obiecał im syna, ale musieli na niego czekać długie lata.

Kiedy wreszcie oboje stracili już nadzieję na potomstwo, w późnej starości doczekali się upragnionego syna. Ich radość była wielka i, co zrozumiałe, kochali swoje wyjątkowe dziecko bezgranicznie. Po jakimś czasie, gdy chłopiec podrósł, Bóg postanowił wypróbować wiarę Abrahama i polecił mu, żeby wziął swego dwunastoletniego syna i złożył go w ofierze całopalnej na górze Moria. Abraham okazał bezwarunkowe posłuszeństwo i zamierzał tak uczynić. Po trzydniowej podróży znaleźli się u podnóża góry a następnie weszli na jej szczyt. Tam Abraham związał Izaaka, położył go na stole ofiarnym i wyjął nóż z zamiarem złożenia go w ofierze. W tym momencie usłyszał głos z nieba, który go przed tym powstrzymał. Bóg powiedział, że ponieważ nie wzbraniał się ofiarować Mu swego ukochanego syna, zostanie w szczególny sposób pobłogosławiony.

Abraham udowodnił tam, na tej górze, że kocha Boga bardziej niż nawet swoich najbliższych. I chociaż odzyskał Izaaka z powrotem, wcześniej mentalnie pogodził się z jego utratą. Ja także, podobnie jak ów patriarcha, stanąłem przed Bogiem i powiedziałem Mu, że powierzam mojego syna Pawła w Jego ręce, mając świadomość, że mogę go już nie odzyskać. Ten krok pozwolił nam wszystkim, modlącym się za Pawła, pozbyć się naszych oczekiwań i nadal ufać Bogu, niezależnie od tego, czy pozostanie przy życiu czy odejdzie do wieczności.

O mojej decyzji poinformowałem dwie inne życzliwe nam osoby, które również gorliwie modliły się za Pawła, a nie były częścią naszego kościoła. Pierwszą była właścicielka dużego zakładu, w którym pracowałem. Jej współczucie było nieprzeciętne. W trakcie rozmowy telefonicznej podziękowałem za jej serce, mówiąc także:

- Bóg ma moc Pawła uzdrowić, ma nawet moc, by w razie potrzeby wzbudzić go z martwych, ale ma też prawo zabrać go do siebie. - Wydawała się bardzo zaskoczona moją deklaracją. Po kilku godzinach otrzymałem od niej sms-a: "Do tej pory znałam Boga, który ma odpowiadać na nasze prośby, a teraz poznałam Boga, który może decydować o naszym życiu i jest najważniejszy".

Drugą osobą był dyrektor handlowy, ponad pięćdziesięcioletni mężczyzna, którego miałem przyjemność znać od kilku lat. Modlił się ze swoją żoną o uzdrowienie Pawła. Po rozmowie telefonicznej, podczas której opowiedziałem mu o oddaniu Pawła w Boże ręce, skontaktował się ze mną ponownie. Słyszałem, że płacze. Zaskoczony wysłuchałem tego, co się wydarzyło od czasu naszej ostatniej rozmowy. Otóż mój rozmówca udał się, głęboko wzruszony naszą decyzją, do swojego przyjaciela, księdza. Opowiedział mu o nas i wyznał, że w konfrontacji z naszą postawą czuje, że jego wiara jest bardzo powierzchowna. Proboszcz wysłuchał go uważnie a na najbliższej niedzielnej mszy opowiedział o wszystkim zgromadzonym wiernym i wezwał ich do modlitwy za nas na dodatkowym popołudniowym spotkaniu. Przybyło ok. 50 osób, ludzi, którzy nas nie znali, by modlić się za naszą rodzinę.

Jak na ironię, wkrótce po tym, jak powierzyłem Pawła Bożej Opatrzności, otrzymałem z Zabrza telefon z informacją, że serce Pawła zatrzymało się i chociaż po reanimacji wznowiło swoją pracę, wykazywało bardzo złe objawy i musiało być natychmiast operowane.

- Stan Pawła jest krytyczny. Żeby pozostał przy życiu, konieczne jest wszczepienie sztucznej komory.3 Zabieg potrwa kilka godzin. Czy wyrażacie państwo zgodę na przeprowadzenie operacji? - zapytał lekarz.

Musieliśmy natychmiast podjąć decyzję. Po chwili namysłu zgodziliśmy się. Nie mieliśmy innego wyjścia.

Niestety, operacja okazała się dużo bardziej skomplikowana niż zakładano. Ponieważ serce Pawła było w jeszcze gorszym stanie niż się spodziewano, zamiast jednej, wszczepiono mu dwie komory. Operacja trwała aż dwanaście godzin a w jej trakcie wystąpiły wszelkie możliwe komplikacje. Później też nie było lepiej.

Paweł

28 listopada, w drugiej dobie po wszczepieniu, doznałem udaru mózgu. Pojawił się niedowład prawej strony ciała oraz poważne zaburzenia funkcji poznawczych. Przestałem rozpoznawać ludzi i nie potrafiłem się komunikować. Nie wiedziałem, kim jestem, gdzie się znajduję ani co w ogóle tam robię. Utraciłem poczucie własnej tożsamości - istniało tylko "tu i teraz", zniekształcone przez leki, ból i uszkodzenia neurologiczne. Większość mojego doświadczenia stanowiły upiorne, groteskowe wizje - jednym słowem: koszmar na jawie.

Ernest

Funkcjonowanie ciała Pawła kontrolowała skomputeryzowana maszyna, zasilana prądem oraz sprężonym powietrzem o zmiennym ciśnieniu. Stał się jednym z nielicznych pacjentów w historii tego szpitala, podłączonych jednocześnie do dwóch komór. Przystosowanie się do tych ekstremalnie nowych warunków utrudnił kolejny problem - wykryta bakteria, która zmusiła go do całkowitej izolacji. Wydawało się, że jak na tak krótki czas to już więcej, niż ktokolwiek mógłby udźwignąć. Niestety, to wciąż nie był koniec niespodzianek.

Kilka dni po wszczepieniu komór, lekarz dyżurujący skontaktował się ze mną, informując, że Paweł zaczyna się dziwnie zachowywać i wykazuje objawy utraty sprawności umysłowej. Pilnie wezwano mnie na miejsce. Okazało się, że Paweł doświadczał ataków lęku i wyobrażał sobie różne historie. To było dla nas bardzo zatrważające. Otrzymał leki uspokajające, a my czekaliśmy na rozwój sytuacji.

W okresie przedświątecznym postanowiliśmy odwiedzić Pawła, choć nie byliśmy pewni, czy uda nam się z nim nawiązać kontakt. Już wcześniej zostaliśmy poinformowani, że ma on ograniczoną świadomość otoczenia. Gdy moja żona zapytała, czy ją rozpoznaje, odpowiedział niepewnie:

- Tak... - zawahał się - Babcia?

Nasze serca krwawiły. Zadawałem sobie pytania, jaki będzie koniec tej historii i czy całe jego cierpienie i udręka ma jakikolwiek sens.

Nieoczekiwanie pojawiła się jednak nadzieja. Przyszła przez znajomego z Koszalina, który odczuł wyraźną duchową inspirację, żeby się za nas modlić. Poruszony do łez, miał wrażenie, że przechodzimy przez coś bardzo trudnego. Nie znał naszej sytuacji, ale kiedy dowiedział się z czym się konkretnie zmagamy, tym bardziej modlił się o Bożą interwencję. Kiedy spotkaliśmy się kilka tygodni później powiedział mi, że podczas modlitwy słyszał w swoim sercu cały czas powtarzane słowa: "dom radości i wesela". Spytał niepewnie:

- Czy ma to dla mnie jakieś znaczenie?

- Oczywiście, że ma! - byłem wstrząśnięty - Przez trzy dni o to tylko pytałem Pana! - wyjaśniłem.

Były to chwile radosne i pełne czci dla Boga.

Pod koniec 2008 roku również moja żona, Kasia, przeżyła wyjątkowe, głęboko duchowe doświadczenie. Szukając w Biblii pociechy i inspiracji, natrafiła na fragment z Księgi Izajasza: "Tak bowiem rzekł Pan do mnie: dokładnie za rok, obliczony ściśle jak rok najemnika, skończy się wszelka wspaniałość Kedaru."

W tym fragmencie "Kedar" oznaczał najeźdźcę Izraela - ciemiężyciela, sprawcę nieszczęść i zamętu. Prorok zapowiadał, że w ciągu roku wróg, który wystąpił przeciw Izraelitom, zostanie pokonany i odepchnięty, a ich życie ponownie zostanie napełnione pokojem i pomyślnością. Kasia poczuła, że Duch Święty poprzez ten tekst przemawia również do niej - i że te słowa dotyczą sytuacji Pawła. Uwierzyła, że za rok Paweł będzie wolny od swoich trudności i szczęśliwie wróci do domu. Nie wiedziała, w jaki sposób miałoby się to wydarzyć, ale była pewna, że tak będzie.

Kiedy po powrocie do domu, podzieliła się ze mną swoim przekonaniem, nie potrafiłem się z niego ucieszyć. Nie wiedziałem, czy zdołamy wytrwać przez tak długi czas ani czy podołamy emocjonalnemu i fizycznemu ciężarowi, który na nas spadł. Perspektywa roku wydawała mi się zbyt wymagająca - niemal nierealna.

Mimo to wracałem do całego rozdziału z Księgi Izajasza. Czytałem go kilkakrotnie, uważnie.

Uwolnienie

Magdalena Ponomarenkow

Niniejszą książkę otworzyła historia mojego osobistego spotkania z Jezusem, które miało miejsce ponad trzydzieści lat temu, a kończy ją opowieść dotyczącą tematu, który od lat przyciąga moją uwagę - Izraela.

Początek

W 2008 roku postanowiliśmy wraz z grupą przyjaciół z Gorzowa Wielkopolskiego i Kalisza polecieć do Izraela na Święto Namiotów, zwane po hebrajsku Sukkot.

Święto to jest jednym z najważniejszych świąt żydowskich i ma długą historię, bo jest obchodzone od ponad trzech tysięcy lat! Trwa siedem dni i przypomina o wędrówce Izraelitów po pustyni, kiedy mieszkali w prowizorycznych schronieniach. Podczas Sukkot Izraelczycy budują sukkot - tymczasowe namioty lub altany, które symbolizują kruchość życia, zależność od Boga i opiekę, jaką On zapewnia. To święto łączy w sobie radość, modlitwy i dziękczynienie za plony.

W Jerozolimie podczas tych dni miasto tętniło życiem: ludzie gromadzili się w synagogach, na placach, w domach, śpiewali psalmy, tańczyli, machali palmami.

Nasze spotkania odbywały się na najwyższym piętrze jednego z wieżowców, skąd roztaczał się niezwykły widok na całe miasto. Impreza miała charakter całodobowy, można tam było przyjść o każdej porze dnia i nocy. Na miejscu zawsze był jakiś zespół muzyczny, który prowadził swoją dwugodzinną sesję. Spędzaliśmy ten czas, śpiewając, grając na instrumentach, tańcząc, modląc się lub po prostu milcząc. Czuliśmy, że jesteśmy częścią czegoś większego, że nasze serca łączą się z historią i teraźniejszością tego niezwykłego miejsca.

Szczególnym momentem podczas tych spotkań było niemal mistyczne zjawisko atmosferyczne, które mogliśmy obserwować po nocnej modlitwie. Wyszliśmy na taras widokowy, który otaczał nasze piętro z każdej strony, i zobaczyliśmy, że wieżowiec, w którym się znajdowaliśmy, znalazł się w samym centrum ogromnego pierścienia utworzonego przez mgłę o promieniu kilkudziesięciu metrów. Przenikały go złote promienie wschodzącego słońca, tworząc zachwycający spektakl. Dla mojej żony było to szczególnie znaczące. Wielu naszych przyjaciół, w tym równiej ja sam, kupowało obrączki lub pierścionki z wygrawerowanymi hebrajskimi inskrypcjami o Bożej miłości, i chociaż Ewa również pragnęła taką zdobyć, nie znalazła odpowiedniej. Dla niej pierścień z mgły stał się osobistą odpowiedzią i wyjątkowym prezentem od Boga.

Marsz poparcia

Podczas pobytu w Izraelu uczestniczyliśmy w międzynarodowym marszu poparcia dla Izraela. Tysiące osób z wielu krajów świata, w tym również delegacja z Polski, przybywały do Jerozolimy nie tylko po to, by podziwiać święte miejsca, ale by powiedzieć mieszkańcom: "Nie jesteście sami, wspieramy i kochamy was. Macie prawo do istnienia i obrony". Maszerując ulicami miasta, ludzie machali flagami swoich państw, rozdawali drobne upominki i słodycze stojącym tłumnie wzdłuż trasy przemarszu Izraelczykom.

Był to czas szczególnie trudny dla mieszkańców tego kraju. Wciąż żywe były wspomnienia drugiej Intifady, która trwała od 2000 do 2005 roku i pozostawiła głębokie rany w izraelskim społeczeństwie. Choć od jej zakończenia minęły już trzy lata, skutki były wciąż wyczuwalne: wzmocnione środki bezpieczeństwa, kontrole i ciągła obecność żołnierzy noszących broń. W tamtych latach wielu Izraelczyków nadal żyło w cieniu traumatycznych doświadczeń z zamachów bombowych w autobusach, restauracjach i na ulicach, które w czasie Intifady pochłonęły setki cywilnych ofiar.

Równolegle nasilały się ataki rakietowe ze Strefy Gazy. Syreny alarmowe i konieczność natychmiastowego szukania schronienia stawały się smutną codziennością mieszkańców południowej części kraju. Wiele rodzin żyło w nieustannym stresie.

Jednocześnie w przestrzeni międzynarodowej pojawiały się liczne oskarżenia wobec Izraela o "apartheid", "łamanie praw człowieka" czy "niewłaściwe traktowanie Palestyńczyków", powielane bez refleksji przez media zachodnie i różne organizacje, a mające swoje korzenie w sowieckiej propagandzie sięgającej lat 60. XX wieku.

Te oskarżenia często ignorowały kontekst historyczny: nie wspominały o latach zagrożeń terrorystycznych, o codziennej ochronie cywilów ani o zbrodniach Hamasu i innych grup ekstremistycznych.

W takim kontekście marsz poparcia nabierał szczególnego znaczenia. To było wyraźne i mocne świadectwo solidarności i wsparcia w czasie, gdy Izrael musiał nieustannie balansować między zagrożeniem militarnym, politycznym naciskiem i medialnymi manipulacjami. Dla Izraelczyków miało to ogromne znaczenie. Widzieliśmy w oczach ludzi wzruszenie i wdzięczność.

Po powrocie do Polski w sercach nosiliśmy głębokie pragnienie, aby tam wrócić. Czuliśmy się duchowo połączeni i Izraelem i jego mieszkańcami. Chcieliśmy go błogosławić a także wnosić pojednanie tam, gdzie były zranienia i uprzedzenia. Stało się to możliwe dopiero po ośmiu latach.

Znowu z Jerozolimie

W 2016 roku podczas mojego dialogu z Panem Bogiem, poczułem, że daje nam On zielone światło na kolejny wylot do Izraela, tym razem z naszym pięcioletnim synem Tymoteuszem.

- Panie, ale my nie mamy przecież pieniędzy na ten cel - zaprotestowałem.

Jednak On widział to inaczej. W tym czasie co miesiąc odkładaliśmy część dochodów z zamiarem przekazania na jakiś charytatywny cel. Mieliśmy odłożonych sporo środków. Pokryłyby w większości wydatki związane z wylotem i pobytem w Izraelu. Miałem wrażenie, że Pan mówi do mnie:

- Te pieniądze są na ten cel.

- No tak, ale my je odkładaliśmy dla kogoś innego, nie dla siebie - nadal się opierałem.

- One należą do Mnie, a Ja je wam daję - poczułem Jego emocje i pragnienie, żebyśmy tam polecieli.

Wydawało się, że On mówi wprost do mojego serca:

- Chcę się tam z wami spotkać i wspólnie świętować. Chcę was błogosławić i cieszyć się wami. To jest właściwy czas, byście się tam znaleźli.

Ucieszyłem się bardzo, bo od lat wyczekiwałem, aż stanie się to możliwe.

Kiedy tylko postawiliśmy stopy na izraelskiej ziemi, poczułem jakbym wrócił do domu. Wynajęliśmy mieszkanie w centrum miasta. Opiekunką lokalu była niezwykle serdeczna Koreanka o imieniu Sowon, zakochana w Izraelu, bardzo dobrze znająca Jerozolimę. Bezinteresownie zaoferowała swoją pomoc przy zwiedzaniu starożytnej metropolii. Oprowadzała nas po wielu miejscach biblijnych i poznała z różnymi interesującymi osobami. Była dla nas prawdziwym darem z nieba.

Jako artyści zabraliśmy ze sobą z Polski płótna, pędzle i farby. Naszym zamiarem i marzeniem było malować w różnych ważnych biblijnych miejscach takich jak Góra Oliwna, Góra Karmel, czy Zachodnia Ściana. I tak się stało! W każdym z tych miejsc rozkładaliśmy płótna i w sposób artystyczny za pomocą kolorów i form symbolicznych ogłaszaliśmy Bożą dobroć nad Izraelem.

Malując na placu przy Ścianie Zachodniej zwrócili na nas uwagę reporterzy telewizji publicznej:

- Skąd jesteście i co tu robicie? - pytali

- Z Polski. Kochamy Izrael i poprzez nasze malowanie wyrażamy swoje poparcie i miłość do tego narodu.

Kiedy usłyszeli, że jesteśmy Polakami, byli zdumieni, chyba dlatego, że stereotypy o Polsce są tam nadal silne.

Po powrocie do kraju naciągnęliśmy płótna na blejtramy i połączyliśmy w jedną dużą kompozycję, którą wyeksponowaliśmy w sali spotań Chrześcijańskiej Wspólnoty "Górna Izba" w Gorzowie Wielkopolskim.

Rzeczywiście w Jerozolimie spotkaliśmy się z Bogiem, naszym kochającym Ojcem. Czuliśmy Jego opiekę i obecność na każdym kroku. To był tak piękny czas pod każdym względem, duchowym, relacyjnym, a także turystycznym, że kiedy wracaliśmy z lotniska w Polsce do naszego domu, walczyłem niemal z depresją.

Fundacja

Z czasem pragnienie pojednania i budowania relacji polsko-izraelskich przybrało konkretny kształt.

W 2024 roku założyliśmy wspólnie z Ewą Fundację Sztuka Ducha i rozpoczęliśmy współpracę z izraelskimi artystami, organizując pierwszy "Międzypokoleniowy Polsko-Izraelski Plener Malarski. Lubniewice 2024."

Środki na ten cel otrzymaliśmy z kilku instytucji a w dużej części od przyjaciół i znajomych, którym temat Izraela leżał na sercu. Jesteśmy im za to bardzo wdzięczni.

Zaprosiliśmy sześciu artystów z Izraela, w tym dwóch studentów Akademii Sztuk Pięknych i Wzornictwa Besaleela - jednej z najstarszych i najbardziej prestiżowych uczelni artystycznych na Bliskim Wschodzie.

Ze strony polskiej w plenerze wzięli udział artyści oraz studenci Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu.

Slava, jeden ze studentów izraelskiej akademii, opowiadał nam, że jego profesor nie mógł uwierzyć, iż ktoś z Polski zaprasza Izraelczyka na plener artystyczny. Kilkukrotnie dopytywał, czy na pewno dobrze zrozumiał - zwłaszcza że w tym czasie na świecie, również na uczelniach, narastała fala antysemityzmu, a niektórych wykładowców zwalniano z pracy. Dopiero pisemne zaproszenie rozwiało jego wątpliwości. Profesor był pod dużym wrażeniem.

Przez dwa tygodnie mieszkaliśmy w ośrodku wypoczynkowym położonym na zalesionym cyplu, otoczonym z trzech stron jeziorem. Okolica była przepiękna - spokojna, zielona, idealna do twórczej pracy. Mieliśmy do dyspozycji dużą, przeszkloną pracownię, z której rozciągał się widok na wysokie sosny i krzewy. Wieczorami spotykaliśmy się na rozmowach i prezentacjach - każdy uczestnik po kolei pokazywał swoją twórczość pozostałym.

Plener zakończył się wernisażem w Muzeum Lubuskim, na który przyszło wielu gości, przyjaciół i znajomych. Na początku wysłuchaliśmy koncertu muzyki klasycznej, który - ponieważ był to piątkowy wieczór, czas rozpoczynania szabatu - nawiązywał do żydowskiej tradycji. Następnie podziwialiśmy obrazy powstałe podczas pleneru, ciesząc się sztuką i swoją wzajemną obecnością. Atmosfera wydarzenia była wyjątkowa - jednocześnie serdeczna i uroczysta.

Jako organizatorzy staraliśmy się okazywać naszym gościom życzliwość i miłość. Izraelczycy byli tym szczerze poruszeni. Jedna z uczestniczek, Olga, żegnając się, powiedziała:

- Kiedy wrócę do Izraela i ktoś powie mi, że w Polsce są sami antysemici, odpowiem, że to nieprawda.

Gdy to usłyszałem, z jednej strony poczułem radość, a z drugiej uświadomiłem sobie, jak głęboko Izraelczycy noszą w sobie zranienia związane z polsko-izraelskimi relacjami.

Wystawa

Jeszcze tego samego roku, w grudniu, Anatol - koordynator pleneru po stronie izraelskiej - zorganizował wystawę naszych prac w Jerozolimie. Spakowaliśmy niewielkie obrazy do walizek i ruszyliśmy w drogę, choć do ostatniej chwili nie mieliśmy pewności, czy w ogóle uda nam się wylecieć. Loty do Izraela były zawieszone z powodu zagrożeń, a sytuacja w regionie zmieniała się z dnia na dzień. Mimo to czuliśmy w sercu pokój i ufaliśmy, że Bóg otworzy nam drogę. Dopiero kilka dni przed planowanym wernisażem wznowiono połączenia lotnicze - zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili.

Wystawa została otwarta 24 grudnia, dokładnie o godzinie 18.00 - w Wigilię, którą w Izraelu obchodzi jedynie niewielki procent mieszkańców. Tego roku termin wernisażu zbiegł się również z trwającą Chanuką, żydowskim Świętem Światła. Wieczorami w Jerozolimie zapala się kolejne lampki chanukowe - w oknach, na dziedzińcach synagog i w szklanych skrzynkach przy wejściach do domów. Miasto rozświetlają małe płomyki, symbolizujące nadzieję i zwycięstwo światła nad ciemnością.

Na otwarciu pojawiła się przedstawicielka wydziału kultury Jerozolimy. W swoim przemówieniu podziękowała nam za to, że zdecydowaliśmy się przyjechać w tak trudnym i bolesnym dla Izraela okresie.

Rok 2024 był bowiem czasem wstrząsów, nieustannych zagrożeń i głębokiego bólu. Zaledwie rok wcześniej Izrael przeżył najtragiczniejszy dzień od czasu Holokaustu - masakrę z 7 października. Terroryści Hamasu wtargnęli wówczas do kibuców i miast południowego Izraela, mordując całe rodziny, porywając dzieci, kobiety i osoby starsze. W ciągu kilku godzin zginęło ponad 1200 osób, a świat został skonfrontowany z obrazami, które wielu ekspertów nazwało "czystym barbarzyństwem".

W odpowiedzi Izrael rozpoczął szeroko zakrojoną operację wojskową w Strefie Gazy - jedną z najtrudniejszych kampanii w swojej historii. Toczyła się ona w gęsto zabudowanym terenie, pod stałym ostrzałem rakietowym, przeciwko przeciwnikowi wykorzystującemu tunele, ludność cywilną i zakładników jako tarcze.

Jednocześnie narastało napięcie na północy. Hezbollah prowadził regularne ataki rakietowe i dronowe z terytorium Libanu, zmuszając dziesiątki tysięcy Izraelczyków do ewakuacji. Z Syrii od czasu do czasu odpalano pociski i rakiety. Najbardziej dramatycznym momentem roku był jednak bezprecedensowy atak Iranu z kwietnia 2024 r., kiedy Teheran wystrzelił w kierunku Izraela ponad 300 dronów, rakiet i pocisków balistycznych. Choć większość została przechwycona, był to pierwszy w historii bezpośredni, otwarty atak Iranu na Izrael.

W efekcie cały kraj żył w stanie permanentnej gotowości, a syreny alarmowe, schrony i instrukcje bezpieczeństwa stały się częścią codziennego życia mieszkańców.

Mimo traumy i skali zagrożenia reakcja dużej części świata była pełna chłodu, a nawet wrogości. Na ulicach europejskich i amerykańskich miast odbywały się demonstracje wymierzone w Izrael, często całkowicie ignorujące kontekst, źródła konfliktu oraz fakt, że 7 października to Izrael został zaatakowany z niespotykaną brutalnością.

W zachodnich mediach dominowały uproszczone narracje oparte na propagandzie Hamasu, powielające fałszywe oskarżenia o "ludobójstwo", "celowe głodzenie ludności" czy "atakowanie cywilów". Rzadko wspominano o tym, że Hamas wykorzystywał cywilów jako żywe tarcze, budował tunele pod szpitalami i szkołami i przejmował dużą część dostaw humanitarnych.

Dla wielu Izraelczyków szczególnie bolesna była obojętność Zachodu wobec losu porwanych zakładników. Na ulicach Jerozolimy, Tel Awiwu i Hajfy niemal na każdym kroku widać było plakaty z ich twarzami - obok zapalone świece, dziecięce zabawki i błagania: "Bring them home". Ten widok był bardzo poruszający.

W takim świecie - pełnym oskarżeń, dezorientacji, propagandy i medialnych przekłamań - obecność ludzi, artystów, którzy przyjechali wyłącznie po to, by Izrael błogosławić, była dla uczestników wernisażu czymś niezwykle pokrzepiającym.

Ciąg dalszy

Rok później, w 2025 roku zorganizowaliśmy kolejny polsko-izraelski plener malarski, a jego efektem była wystawa w Miejskiej i Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Gorzowie Wielkopolskim, połączona z koncertem muzyki klasycznej, w którym uczestniczył nasz syn Tymoteusz, grający na skrzypcach. Byliśmy z niego dumni i szczęśliwi, że możemy to wydarzenie tworzyć jako rodzina.

Dla izraelskich gości był to kolejny dowód na naszą przyjaźń, za którą byli wdzięczni. Slava, student z izraelskiej uczelni powiedział:

- Plener był dla nas wielkim przeżyciem i radością. W Izraelu trwa wojna. Żyjemy w trudnej, napiętej rzeczywistości, w której trudno jest nawet o spokojny sen. Człowiek może być zmuszony w każdej chwili biec do schronu, a tu po raz pierwszy od ponad roku mogliśmy naprawę odpocząć i poczuć twórczą energię.

Sofia, jego żona i również studentka dodała:

- Poznałam tu wielu wspaniałych ludzi. Czuję, że będąc w Polsce znalazłam prawdziwą rodzinę. To naprawdę ekscytujące mieć taką wspólnotę. Mam nadzieję, że to nie będzie nasz ostatni wspólny projekt i że będzie ich więcej.

Na zakończenie

Jestem przekonany, że jako Polacy mamy szczególną rolę do odegrania w dziele pojednania polsko-izraelskiego oraz w przynoszeniu uzdrowienia narodowi żydowskiemu.Aby zrozumieć wagę tej misji, warto spojrzeć na szeroki historyczny kontekst.

Przez wiele stuleci Żydzi tworzyli na ziemiach polskich jedną z największych i najważniejszych diaspor żydowskich na świecie. Od średniowiecza Polska oferowała im warunki względnego bezpieczeństwa, swobodę religijną i możliwości rozwoju gospodarczego - na tyle wyjątkowe jak na ówczesną Europę, że Rzeczpospolita bywała nazywana "Paradisus Iudaeorum", "rajem dla Żydów".

W XIX wieku Żydzi stanowili nawet około 10% mieszkańców ziem polskich. Współistnienie nie było jednak wolne od napięć i trudności. W II Rzeczypospolitej antysemityzm coraz bardziej przenikał politykę, edukację i życie codzienne, a Żydzi doświadczali ograniczeń, nacisków ekonomicznych oraz narastającej społecznej niechęci.

XX wiek przyniósł największą tragedię w dziejach ludzkości - Zagładę. Sześć milionów Żydów, w tym około trzy miliony pochodzących z ziem polskich, zostało zamordowanych w obozach zagłady, gettach i masowych egzekucjach. Polska stała się miejscem największych gett i obozów koncentracyjnych. Ziemia ta przesiąkła krwią niewinnych ludzi, a pamięć o tamtych wydarzeniach pozostaje głęboko bolesna i zobowiązująca.

Po II wojnie światowej, wraz z powstaniem państwa Izrael w 1948 roku, naród żydowski ponownie stanął wobec zagrożeń. Od pierwszych dni istnienia państwo to musiało zmierzyć się z wrogimi atakami i kolejnymi wojnami, mającymi doprowadzić do jego zniszczenia.

Niestety Polska nie stanęła wtedy po stronie Izraela, ale powielała sowiecką propagandę antysyjonistyczną, zmuszając mieszkającą w naszym kraju resztkę Żydów do emigracji w 1968 roku.

W ciągu kolejnych dekad Izrael doświadczał nie tylko konfliktów militarnych, ale też nieustannych aktów terroru ze strony organizacji takich jak Hamas czy Hezbollah.

Pomimo niewielkich rozmiarów i niekorzystnych uwarunkowań geopolitycznych państwo przetrwało - dzięki determinacji mieszkańców, ich ofiarności i wsparciu sojuszników.

Dla mnie Izrael jest świadectwem Bożej wierności. Bóg zapowiedział przez proroków starotestamentowych, że zgromadzi Żydów z czterech krańców ziemi i ponownie osadzi ich w ziemi obiecanej. I tak się stało - po niemal dwóch tysiącach lat rozproszony po świecie naród powrócił do kraju przodków i zbudował silne, nowoczesne państwo.

Jako Polak, ale także jako artysta, żyjący w kraju, którego historia przez wieki splatała się z historią narodu wybranego, odczuwam szczególną odpowiedzialność, by ogłaszać pojednanie i błogosławić Izrael. Zwłaszcza dziś - wobec narastającego w Polsce i na świecie antysemityzmu, antysyjonizmu, bojkotu, wykluczenia i kłamstw - staję w przeciwnym duchu. Wybieram pamięć, szacunek i solidarność z Izraelem.

Izrael

Radosław Krawczyk

Informacje o książce

Tytuł: Cuda po polsku

Autor: Radosław Krawczyk

Redakcja: Radosław Krawczyk

Korekta: Ada Kowalczewska, Magdalena Ponomarenkow

Skład i przygotowanie do druku: Radosław Krawczyk

Projekt graficzny okładki: Radosław Krawczyk

Druk i oprawa: Jedność. Drukarnia im. A. Półtawskiego

ul. Krakowska 62, 25-701 Kielce

Copyright ? Radosław Krawczyk 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty biblijne pochodzą z Biblii to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Nowy przekład z języków hebrajskiego i greckiego opracowany przez Komisję Przekładu Pisma Świętego .

Wydawca:

Szaron

Księgarnia | Wydawnictwo | Hurtownia

ul. 3 Maja 49a, 43-450 Ustroń

tel. 503 792 766

[email protected]

[email protected]

szaron.pl

Książkę można nabyć u wydawcy.

Wydanie I, Ustroń 2026

ISBN 9788382473261