Od najmłodszych lat lubiłem rysować. Czasami przeglądałem magazyny w poszukiwaniu ciekawych portretów znanych osób i je kopiowałem, używając do tego celu kalki technicznej. Z dumą pokazywałem te prace rodzicom, a oni wyrażali swoje uznanie.
Pamiętam również lekcje plastyki, na które zawsze chętnie uczęszczałem. Pewnego razu nauczycielka zleciła nam namalowanie pejzażu. Dałem się ponieść twórczej fantazji, wskutek czego moje niebo przybrało czerwony kolor. Na zakończenie lekcji nasze dzieła były oceniane.
- Dlaczego wybrałeś czerwone niebo? - zapytała nauczycielka. - Niebo przecież jest niebieskie.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Byłem zdziwiony, bo pani od plastyki zazwyczaj pozostawiała nam spore pole do popisu i była otwarta na różne eksperymenty. Jednak tym razem spotkałem się z jej dezaprobatą.
Dopiero po latach zrozumiałem, że nie popełniłem błędu. W naturze niebo również może być czerwone, zwłaszcza o zachodzie słońca, a tym bardziej w malarstwie. To doświadczenie nauczyło mnie, że sztuka nie zawsze musi odzwierciedlać rzeczywistość, ale może być wyrazem wewnętrznej wizji i emocji.
Kredki
Jako nastolatek wielokrotnie wyjeżdżałem na miesięczne pobyty do pracy w Niemczech Wschodnich, zazwyczaj zabierając ze sobą zeszyty i kredki. Po godzinach spędzonych w zakładzie lub fabryce, często znajdowałem chwilę na rysowanie. Moje abstrakcyjne prace cechowała wyrazista kolorystyka i duża ekspresja. Niektóre kartki były zabrudzone herbatą, woskiem, a nawet przepalone papierosem. Sztuka była dla mnie sposobem na wyrażenie wewnętrznego bólu i egzystencjalnych rozterek. Miałem bardzo nihilistyczne spojrzenie na świat - nie wierzyłem w istnienie Boga i uważałem swoje życie za pozbawione sensu. Ale nawet taki światopogląd nie pozbawił mnie poczucia humoru.
Pewnego wieczoru, podczas jednego z takich wyjazdów, postanowiłem zorganizować mały występ. Cała nasza polska grupa pracowników mieszkała w kilkuosobowych pokojach w jednym budynku. Ja i mój przyjaciel Bolek dzieliliśmy jeden z nich. Byliśmy jedynymi młodymi ludźmi w grupie; resztę stanowili doświadczeni pracownicy, dużo od nas starsi. Niektórzy z nich wyglądali jak twardziele, którzy nie zawahaliby się użyć noża w razie potrzeby - i to bynajmniej nie do krojenia chleba. Wzbudzali w nas uzasadniony respekt, a my mówiliśmy o nich "zakapiorzy".
Usiadłem przy niewielkim, kwadratowym stole na środku naszego pokoju, na krześle ustawionym bokiem do drzwi wejściowych. Kurczowo trzymałem w dłoni sporą ilość kolorowych kredek. Mocno dociskając je do kartki, powoli, mechanicznie kreśliłem koła. W oczodoły wsadziłem dwa korki od butelek po winie, wpatrując się nimi w zeszyt.
Umówiłem się z Bolkiem, że zawoła jednego z pracowników, żeby przyszedł mnie zobaczyć i ewentualnie doradzić, co ze mną w takiej sytuacji zrobić. Większość z nich siedziała w kuchni przed telewizorem, popijając piwo lub coś mocniejszego. Nasz pokój tonął w półmroku, a jedynym źródłem światła była ozdobiona kolorowymi naklejkami przedstawiającymi świętych wielka i gruba świeca, pamiątka z mojej pierwszej komunii. Zabrałem ją z domu na wszelki wypadek.
Oczywiście mając na oczach korki, nic nie widziałem, ale kiedy usłyszałem, że już przyszli, powoli, zachowując powagę, odwróciłem twarz w stronę drzwi. Przerwałem rysowanie i znieruchomiałem na kilka sekund, po czym wróciłem do pracy.
- Nie wiem, co mu się stało - powiedział Bolek, wskazując na mnie palcem i uśmiechając się pod nosem.
Brodaty mężczyzna, który z nim przyszedł, nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć.
- Co on, nienormalny? - powiedział i kląc pod nosem, wrócił do kuchni.
Pracownia
Moje zainteresowanie sztuką trwało, ale brak wiary we własne możliwości oraz stany depresyjne powodowały, że nie rozwijałem swojej pasji. Zamiast tego marnowałem czas na alkohol, bezcelowe włóczenie się po mieście i szukanie środków na kolejne libacje. Coraz bardziej pogrążałem się, rozmyślając nad sensem istnienia, a raczej nad jego brakiem. Wielokrotnie nie wracałem na noc do domu, przenosząc się z miejsca na miejsce i koczując u różnych ludzi.
Nic dziwnego, że rodzice byli zaniepokojeni moim losem. Mama często płakała z mojego powodu. Pewnego lata wyjechaliśmy na wesele, podczas którego doszło do rozmowy między mną a moim tatą. Rozluźniony po alkoholu, postanowiłem opowiedzieć mu o moim marzeniu, które nosiłem w sercu od wielu lat - chciałem zostać artystą malarzem. Tato wysłuchał mnie uważnie i ku mojemu zaskoczeniu, potraktował to poważnie.
Po powrocie do domu, wspólnie z mamą, postanowili we mnie zainwestować, widząc w tym szansę na ustabilizowanie mojego życia. Wynajęli dla mnie małe pomieszczenie na poddaszu, gdzie mogłem urządzić własną pracownię artystyczną.
Byłem przepełniony radością! Miejsce znajdowało się w urokliwej, spokojnej części miasta, niedaleko naszego mieszkania. Mieściło się na drugim piętrze jednego z wielu starych domów przy wąskiej, mało uczęszczanej uliczce. Do pracowni prowadziła wąska, drewniana klatka schodowa. Podłoga w pomieszczeniu była wykonana z desek, które przy chodzeniu wydawały specyficzny dźwięk skrzypienia. Dwa małe drewniane okienka nie dostarczały zbyt dużo światła, ale mi to w ogóle nie przeszkadzało.
To był czas w moim życiu, gdy poczułem, że coś ma dla mnie znaczenie. Często przebywałem tam, pracując nad swoimi projektami do późna w nocy. Jednak nie zrezygnowałem z narkotyków. Wciąż szukałem ukojenia dla mojej niespokojnej duszy, próbując wypełnić pustkę, która czasem doprowadzała mnie do granicy szaleństwa.
Pokłon
Pewnego dnia, po zakończeniu malowania, usiadłem na podłodze i napełniłem foliowy woreczek niewielką ilością rozpuszczalnika. Zacząłem wdychać jego opary.
Zawarte w nich substancje chemiczne szybko dostają się do układu krwionośnego, wywołując zaburzenia świadomości. Najczęściej charakteryzują się one omamami i halucynacjami. Ich wchłanianie może także powodować wiele schorzeń, uszkodzenie wątroby, nerek i mózgu.
Korzystałem z rozpuszczalnika od wielu lat i zdawałem sobie sprawę z tego, że mój mózg i inne organy już na tym ucierpiały. Często nawet żartowałem, że wąchanie "wyżarło" mi wiele szarych komórek.
Ledwo zacząłem wdychać opary, gdy stało się coś niezwykłego. Nagle poczułem potrzebę oddania pokłonu i bez zastanowienia zrobiłem to, dotykając czołem podłogi. Nie wiedziałem, komu właściwie oddałem pokłon, ani dlaczego to zrobiłem. Działałem pod wpływem wewnętrznego impulsu. Kiedy się wyprostowałem, usłyszałem pytanie, które rozległo się wewnątrz mojego umysłu:
- Komu się kłaniasz?
Zaskoczony i trochę zaniepokojony, natychmiast odrzekłem:
- Własnej mądrości! - nie miałem pojęcia, dlaczego to powiedziałem, ale najwyraźniej przemówiła przeze mnie urażona duma. Byłem niezależnym, zbuntowanym młodzieńcem, nieugiętym wobec autorytetów i nie chciałem, żeby ktoś przejął hołd, który właśnie złożyłem.
Zaraz potem dostrzegłem postać stojącą kilka metrów dalej. Najwyraźniej odwracała się, by odejść. Znajdowała się jakby w innym wymiarze i widziałem ją bardzo niewyraźnie. Czułem, że moja odpowiedź sprawiła jej smutek. "Niech sobie idzie, mam to gdzieś" - pomyślałem.
Nagle z głębi mojej duszy, ku mojemu zaskoczeniu, wydobyło się wołanie:
- Nieeeee! Nie odchodź!
To był krzyk cierpiącej duszy, mojego prawdziwego "ja", pozbawionego masek i intelektualnych osłon. Miałem wrażenie, że ten głos należał do ukrytej we mnie istoty, która intuicyjnie rozpoznała w przybyszu kogoś, kto posiadał lekarstwo na jej poczucie zagubienia.
Próbowałem zlokalizować źródło tego wołania. Nim zdążyłem się zastanowić nad tym zjawiskiem, w pracowni szybko zaczęła narastać niezwykle intensywna światłość.
Ogarnął mnie wielki strach. Leżałem jak sparaliżowany, czekając na to, co będzie dalej, ale nic strasznego się nie wydarzyło.
- Nie bój się - w moim wnętrzu rozległ się łagodny, lecz pełen mocy głos. Wiedziałem, że należał do najpotężniejszej osoby we wszechświecie, niezaprzeczalnie do Boga, w którego istnienie jeszcze chwilę wcześniej nie wierzyłem. Czułem się całkowicie odsłonięty, mały i słaby przed Jego wszechmocą. Moja pycha i zarozumiałość zniknęły. Wiedziałem, że nie mogę niczego przed Nim ukryć. On, potężny Bóg, emanujący jednocześnie niewyobrażalną dobrocią i miłością, patrzył na mnie, zatrwożonego i oszołomionego. Nie widziałem Go, ale usłyszałem pytanie:
- Co chciałbyś, żebym dla ciebie zrobił?
Najpotężniejsza istota we wszechświecie chciała coś dla mnie zrobić! Ani przez chwilę nie wątpiłem, że mógłby zrobić wszystko, o co Go poproszę. Udzielenie odpowiedzi nie zajęło mi wiele czasu. Przypuszczałem, że najpilniejszą potrzebą było uzdrowienie mojego mózgu, zniszczonego przez wieloletnie używanie substancji psychoaktywnych.
- Żebyś uzdrowił mój mózg - odpowiedziałem.
Nasza komunikacja cały czas odbywała się w myślach.
- Wyprostuj się - usłyszałem polecenie.
Nadal siedząc na podłodze, wyprostowałem plecy do pozycji pionowej. Poczułem, że ktoś za mną stanął. Kątem oka spostrzegłem dwie świetliste dłonie zbliżające się do mojej głowy. Kiedy dotknęły moich skroni, zacząłem odczuwać coraz bardziej narastającą światłość, moc i miłość. Ich poziom szybko przekroczył wszelkie najlepsze doznania, jakich kiedykolwiek doświadczyłem i poszybował w górę.
Potem mój mózg został poddany niezwykłej operacji. Czułem wyraźnie, że coś się w nim fizycznie zmieniało, jakby rozsypane puzzle układały się w obrazek pod wpływem energii wypływającej z rąk stojącej za mną postaci. Gdy proces dobiegł końca, do mojego wnętrza zaczęła wlewać się płynna światłość. W tym momencie z mojej duszy został zabrany ogromny ciężar. Nie zdawałem sobie sprawy, że coś takiego we mnie tkwiło. Miałem wrażenie, jakbym całe życie chodził z trzydziestokilogramowym balastem w moim wnętrzu, który teraz w jednej chwili został usunięty. Co za ulga! Poczułem się lekki jak piórko, a światło całkowicie wypełniło moje wnętrze czystą miłością i spokojem. To było tak niezwykłe i cudowne doświadczenie, że nie ma słów, by chociaż w przybliżeniu opisać jego wspaniałość. Po raz pierwszy w życiu poczułem, że naprawdę żyję. Pokój i niezwykła radość przenikały mnie na wskroś.
Zdawałem sobie sprawę, że znajduję się w obecności Boga. Trwałem w zachwycie, zdumieniu i bezruchu, delektując się tą chwilą. Tym, co najbardziej mnie oszołomiło, była bezgraniczna miłość, pozbawiona osądu, krytyki czy wyrzutu. A przecież nie byłem bez winy. Dopuszczałem się wielu złych rzeczy. Niszczyłem własne życie, a destrukcyjny i niemoralny styl życia, który wiodłem, sprawiał ból moim rodzicom, znajomym i wielu innym osobom z mojego otoczenia. Zasługiwałem na karę, a nie na to, co mnie właśnie spotkało. Nie byłem godny miłości, ale ona do mnie przyszła. Teraz byłem świadomy, że to właśnie jej tak naprawdę szukałem przez cały czas. To za nią tęskniłem i jej pragnąłem. Z jednej strony nie wierzyłem, że taki rodzaj miłości, bezwarunkowej, przebaczającej i uzdrawiającej, istnieje, a z drugiej strony moje serce jej łaknęło. Ta sprzeczność przez lata powodowała we mnie głębokie rozdarcie.
Nie byłem religijną osobą. Już w wieku kilkunastu lat porzuciłem lekcje religii i chodzenie do kościoła. Odrzucałem wszystko, co miało związek z chrześcijaństwem, ponieważ nigdy nie doświadczyłem jego mocy. Poza tym, zniechęcał mnie styl życia większości wiernych. W mojej ocenie niczym nie różnili się od niewierzących, bo tak samo grzeszyli, raniąc i zadając ból innym.
Będąc teraz w Jego obecności, zastanawiałem się, jak On widzi praktykowanie wiary. Całym sobą pragnąłem Mu się poddać i byłem gotów robić to, czego sobie zażyczy, nawet jeśli oznaczałoby to uczestnictwo w nudnych nabożeństwach i bezdusznych obrzędach. Z niepokojem zapytałem:
- Czy teraz będę musiał chodzić do kościoła?
Oczekując odpowiedzi, usłyszałem śmiech kilku osób. Zrozumiałem, że w tym spotkaniu uczestniczą także inni. Moje pytanie ich rozbawiło, ale nie śmiali się ze mnie. Czułem ich serdeczność.
- Nie - odpowiedział łagodnie głos - to nie będzie konieczne.
Odetchnąłem z ulgą. Choć teraz, mając do czynienia z tak wielką chwałą i miłością, której właśnie doświadczyłem, nie miałbym odwagi Mu odmówić, gdyby tego zażądał. Niemniej cieszyłem się, że nie miał zamiaru mnie do tego zmuszać.
Spotkanie dobiegło końca. Goście odeszli, ale Jego obecność pozostała ze mną. Czułem ją w formie światła, miłości i pokoju. Rozpierała mnie cudowna energia i głęboka radość.
Całe to doświadczenie zdecydowanie wykraczało poza ludzkie możliwości percepcyjne. Szczerze mówiąc, nie mogłem zachować w pamięci i emocjach jego głębi, ponieważ żaden człowiek nie posiada takich zdolności. Wiem tylko, że to, co się wydarzyło, pochodziło z innego, duchowego wymiaru i dotknęło mojego ducha, ożywiając go i nadając nową jakość i cel mojemu życiu.
Później, dzieląc się swoimi przeżyciami z przyjaciółmi, od niektórych z nich słyszałem:
- Kolejny odlot Docenta (taką miałem ksywkę). Tym razem religijny, minie mu z czasem - kwitowali.
Minęło ponad trzydzieści lat i jednak mi nie minęło. Z pewnością nie był to kolejny odlot wywołany wdychaniem chemicznych oparów. Wcześniej wielokrotnie doświadczałem halucynacji związanych z używaniem substancji psychoaktywnych i żadna z tych rzeczy nie mogła w najmniejszym stopniu równać się z tym, czego doświadczyłem owego dnia. Narkotyki po prostu nie byłyby w stanie zmienić tak dogłębnie mojego życia.
Nowe życie
Przez kolejny tydzień czułem się, jakbym unosił się kilka centymetrów nad ziemią. Na nowo odkrywałem piękno świata. Zachwycała mnie przyroda; zwykłe liście drzew czy owady wydawały się cudem samym w sobie. Nigdy nie czułem się tak dobrze, co stanowiło wielki kontrast w stosunku do mojego dotychczasowego, pogrążonego w mrocznych klimatach życia. Miałem świadomość, że spotkała mnie niezwykła, cudowna Boża łaska.
Co ciekawe, moja wrażliwość na grzech niesłychanie wzrosła. Kilka dni po tamtym niezwykłym wydarzeniu, ojciec polecił mi, bym poszedł do sklepu po jakiś produkt, który był potrzebny do przygotowania posiłku. Sklep znajdował się kilka minut drogi od domu. Nie było to trudne zadanie, ale próbowałem się wykręcić, mrucząc, że mi się nie chce. Nie podniosłem nawet głosu. Wydawało się, że nie zrobiłem niczego złego. Jednak natychmiast poczułem, jak znika cała moja radość. Zszokowany, poszedłem do łazienki, zamknąłem drzwi i usiadłem na krawędzi wanny:
- Boże, przepraszam - powiedziałem i zacząłem płakać jak dziecko. Od lat nie płakałem, ponieważ moje serce stało się nieczułe i zamknięte. Teraz wszystko się zmieniło. Zacząłem rozumieć, jak wielka przemiana we mnie zaszła. Odczułem głęboki żal z powodu mojego grzechu. Grzechu? Dziwnie to brzmi, ale w tamtej chwili właśnie ten niepozorny czyn, mały opór wobec ojca całkowicie odciął radość, którą wcześniej otrzymałem.
Po wyznaniu przewinienia radość powróciła. Z uśmiechem na twarzy niemal wybiegłem z łazienki, poszedłem do kuchni i przeprosiłem tatę. On jednak nie rozumiał, o co mi chodzi i za co go przepraszam. Znając moje wcześniejsze wybryki, nie uważał tego, co zrobiłem, za coś złego.
Próba
Po tym miodowym tygodniu nadszedł czas próby. Do mojego umysłu zaczął przemawiać inny głos. Tak jak wcześniej, nie był fizycznie słyszalny. Niestety, wówczas nie rozpoznałem, do kogo należał. Mówił mi, że korzystanie z substancji psychoaktywnych nie musi być wcale złe.
- Przecież dzięki temu miałeś to niezwykłe objawienie. Pomogło ci otworzyć się na Boga! - szeptał.
Zacząłem się zastanawiać. Nie byłem pewien, czy w piwnicy, gdzie przechowywałem zapasy rozpuszczalnika, cokolwiek pozostało.
"Dobrze" - pomyślałem. "Jeśli znajdę tam chociaż jedną butelkę, uznam to za znak, że Bóg nie ma nic przeciwko temu, bym z niej skorzystał."
Zszedłem do piwnicy, otworzyłem drzwi i zobaczyłem ostatnią butelkę stojącą na półce.
"Jednak jest"
Wziąłem ją i natychmiast wyszedłem do pracowni. Jak zwykle, usiadłem na podłodze. Był późny wieczór. Wnętrze oświetlało jedynie światło Księżyca, które tego wieczoru było szczególnie jasne. Niezwłocznie zacząłem wdychać rozpuszczalnik. Chciałem jak najszybciej poczuć jego działanie.
Ale coś było nie tak. Zazwyczaj wystarczały mi dwa, trzy wdechy, aby "odlecieć", a teraz minęło kilka minut i nadal nic się nie działo.
Chcąc za wszelką cenę osiągnąć oczekiwany efekt, kontynuowałem. Wtedy otrzymałem wizję. Oczami wyobraźni zobaczyłem dużą kulę światła zawieszoną w przestrzeni, na którą wylewane były czarne pomyje. Brud spływał po kuli, nie mogąc w żaden sposób stłumić jej światła ani dostać się do środka.
Obraz uświadomił mi, co się ze mną działo. Próbując odurzyć się za pomocą narkotyku, tak naprawdę wylewałem na światło wypełniające moją duszę ohydną, czarną substancję grzechu. Jednak to ostrzeżenie mnie nie powstrzymało i wdychałem dalej.
- Nie rób tego! Przestań! Masz jeszcze czas! - usłyszałem w duchu ciche ostrzeżenie.
Czułem, że ktoś tam był ze mną i widział, co robię. Byłem pewien, że zależało mu na mnie, ale ja się uparłem i nie przestawałem.
Wtem kolejna rzecz zwróciła moją uwagę. Miałem wrażenie, że namalowane przeze mnie obrazy oparte o ściany pracowni w jakiś sposób ożyły, że mają serca, które zaczęły bić szybciej. Wyglądało na to, że nawet obrazy były przerażone. Ale i to mnie nie powstrzymało.
W końcu nadszedł krytyczny moment. Czas jakby się zatrzymał, a ja czułem, że przekroczyłem pewną granicę.
Usłyszałem ten sam pełen autorytetu głos, który tak, jak za pierwszym razem, nakazał mi się wyprostować. Wiedziałem, że muszę być posłuszny. Tym razem nie odczuwałem radości, światłości ani chwały. Te same świetliste dłonie dotknęły moich skroni i do mojego wnętrza spadł ogromny, przytłaczający ciężar. I to było wszystko.
Postać zniknęła, a ja osunąłem się na podłogę. Pozostałem sam, boleśnie świadomy tego, że popełniłem największy błąd swojego życia. Miałem głębokie przeświadczenie, że zmarnowałem wielką łaskę Bożą. Żałowałem swego czynu tak bardzo, że ledwo mogłem to znieść. Z wyżyn chwały stoczyłem się na samo dno rozpaczy. Upadek i szok były tak wielkie, że nie potrafiłem nawet zapłakać. Leżałem tak na podłodze, aż wreszcie zasnąłem.
Odnowa
Rankiem, kiedy się obudziłem i uświadomiłem sobie ponownie, co zrobiłem, rozpaczałem i płakałem przez wiele godzin. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiego przenikliwego smutku. Czułem, że zawiodłem i zasmuciłem Boga. On jednak mnie nie odrzucił. W pewnym momencie poczułem, że Jezus stoi obok i pociesza mnie swoją obecnością. To sprawiło, że płakałem jeszcze bardziej.
Mijały kolejne dni. Byłem przytłoczony, ale ani przez myśl mi nie przeszło, by szukać ucieczki w narkotykach. Przecież to one były przyczyną mojego upadku. Po tygodniu spotkałem dawnego kolegę, o którym słyszałem, że się nawrócił. Widząc moją otwartość na duchowe sprawy, umówił się ze mną. Przyszedł do mojej pracowni i przyniósł kilka interesujących książek dotyczących wiary.
Wkrótce zaprosił mnie na spotkanie małej wspólnoty chrześcijańskiej, której był częścią. Ku jego zdumieniu, szybko sam się do niej przyłączyłem.
Od tamtych wydarzeń minęło ponad trzydzieści lat. Przez te dekady starałem się poznawać Boga bardziej, czytając Biblię i ucząc się ufać Mu w trudnych życiowych sytuacjach. Spotkałem także mądrą i piękną kobietę, Ewę, która stała się moją żoną i matką naszego syna Tymoteusza. Razem ukończyliśmy studia artystyczne i zaczęliśmy działać szerzej w obszarze sztuki. Obecnie nie tylko malujemy obrazy, ale także organizujemy wydarzenia artystyczne, takie jak międzynarodowe plenery malarskie, wystawy i aukcje dzieł sztuki.
Jednak niezależnie od tego, czy mamy jakieś osiągnięcia na koncie, czy przeżywamy chwile słabości i zwątpienia, najważniejsza wciąż pozostaje bezwarunkowa, Boża miłość, której po raz pierwszy doświadczyłem tamtego dnia. To ona nadaje sens wszystkiemu innemu.