Cukier - Bibiana Candia

Kup ebooka

29.00 zł
24.60 zł (24,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jak się nazywasz, synaczku?

Orestes Veiga.

Mężczyzna brudnym językiem zwilża grafit starego ołówka i robi znak obok jednego z nazwisk na liście, niezgrabny krzyżyk podobny do rozgniecionego owada. Nie masz tobołka? Nie, proszę pana. Tym lepiej, będziesz szedł szybciej. A nie zimno ci? Zimno, proszę pana. Zaraz ruszymy w drogę, to się rozgrzejesz; stań obok tamtych. Mężczyzna z kompanii wskazuje podbródkiem na grupę chłopców, a na wypadek wątpliwości charczy i pluje ciemną flegmą u stóp Juana Ra?ety, który bez słowa cofa się tylko o krok. Orestes myśli, że gdyby nie to, że ten mężczyzna jest przedłużeniem pana, chłopak z głową jak cielak rozkwasiłby mu nos jednym ciosem, ale tak zachowują się ludzie, a nawet niektóre zwierzęta, w których władza budzi większy szacunek niż siła. Orestes staje pod krzyżem na rozstaju dróg obok Amadora Suchotnika i Manuela Trasdelrío; wszyscy trzej w tym samym wieku, trzech prawie identycznych chłopców z tego samego miejsca. Resztę zna z widzenia, z pielgrzymek, mszy, szabrowania owoców w pańskich sadach; a Ra?etę z rozwalania sobie gęb kamieniami, ale to wszystko to jak nic nie powiedzieć, bo identyczne życia są doskonale wymienne.

Nasz pan Jezus Chrystus jest przybity do krzyża na rozstaju i opuszcza głowę, jakby interesował go gwar rozmów. Nasłuchuje kamiennym uchem okrzyków chłopaczków, zbijających się w kupkę jak źrebaki, które równie dobrze mogą się wzajemnie ogrzewać, jak wzajemnie pokopać. Nasz pan Jezus Chrystus w rzeczywistości jest tylko ociosanym kamieniem, zabitym uderzeniami dłuta. Żywych kamieni nigdy nie interesowało to, co mówią ludzie, mają za dużo roboty ze zmieszczeniem w sobie morza, przywieraniem do ziemi, byciem siłą, która podtrzymuje wszystko. Gdyby przestały trwać w skupieniu, żeby posłuchać naszych rozmów, cały świat by się zawalił.

Nie chciałbyś już iść, Orestesie? Ja bardzo bym chciał. Suchotnik umie ukrywać kaszel i maskować go pauzami podczas mówienia, jakby nie chciał się chwalić chorymi oskrzelami. Tak, chciałbym już ruszyć, bo mi zimno. Orestes jest też głodny, ale o tym nie wspomina, bo powiedzieć, że jest głodny, to tak, jak powiedzieć, że jest obudzony. Juan el Ra?eta mówi głośno i poklepuje innych po plecach jak zwierzę, które nie może się opanować. Tłumaczy, że to z zimna, i chucha w dłonie jak niecierpliwy byk. Wiem, że Orestes robi to, by onieśmielać innych, jest bestią i trzeba go rozumieć tak, jak rozumie się dzikie zwierzęta. Będą już dwa lata, odkąd Ra?eta i Orestes pobili się podczas pielgrzymki. Zdarzyło się to po mszy, po poczęstunku, tańcach i winie, kiedy pozostaje tylko wrócić do domu albo solidnie kogoś sprać, żeby święto zakończyło się tak, jak powinno. Synaczki takie są, komunikują się na pięści jak ktoś, kto nie umie mówić. Niektórzy gadają, że poszło o jakąś dziewuchę, ale wiemy, jacy są ludzie.

Wspomnienia Orestesa z tej bijatyki zasnute są mgłą, zupełnie jak wtedy, gdy budzisz się w środku koszmarnego snu. Popchnięcie w plecy i utrata równowagi, smak ziemi w ustach, prawa dłoń hamująca upadek na jedynym kamieniu znajdującym się na terenie festynu, chwiejne podnoszenie się z tym kamieniem w ręku. Ra?eta podchodzi do niego, prycha, czerwony, spocony po całonocnych tańcach, ręka, która trzymała kamień, wbija się w środek jego twarzy, stłumiony i wilgotny odgłos łamanego nosa. Kiedy Ra?eta upadł, wśród otaczających ich gapiów zapadła głucha cisza, twarda jak chmura gradu na skroniach Orestesa. Jest coś godnego w pokonaniu osiłka, ale jednocześnie wpada się w osłupienie i odczuwa wstyd, widząc, jak uderza o ziemię niczym worek ziemniaków, pozbawiony swojej własnej wściekłości i krwawiący jak prosię. Kamienia nikt nie pociągnął do odpowiedzialności, niełatwo odpowiedzieć na zarzut bycia użytym jako broń.

Wgnieciony nos sprawiał, że od tamtego dnia wyglądał bardziej jak byczek, i przypominał, że Ra?eta musi się zemścić na Orestesie; dlatego od tej pory patrzy na niego kątem oka, rozmawiając z innymi synaczkami, i mówi, jedziemy, jedziemy robić w cukrze, tam przetrwają najsilniejsi, zobaczymy, kto jest gotowy, by stać się mężczyzną. Orestes czuje groźbę w każdym słowie, jak wtedy, kiedy wychodził z kościoła i martwy ptak upadł mu pod nogi, a kilka dni później umarła matka. Wie, że nie będzie spał w spokoju, myśli, że powinien pozwolić, żeby Pedro, jego młodszy brat, przyszedł na rozstaje się z nim pożegnać jak brat Ra?ety, który stoi w grupie dzieciaków i patrzy na nich z podziwem niczym potulny pies. Nagle czuje w kościach ból osoby przeraźliwie samotnej, a chłód staje się nie do zniesienia. Chce ruszyć w drogę i zostawić za sobą to poczucie, że ostrze tnie mu kości na pół, oddalić się jak ktoś, kto zapomina wszystko wszystkim, co uczyniło go nieszczęśliwym. Kiedy jesteś zbyt młody, nie wiesz jeszcze, że nieszczęście to pasożyt zdolny wbić ci żądło tak głęboko, że rany zaczynają ropieć po latach, gdy najmniej się tego spodziewasz.

Mężczyzna od listy przerywa rozmowy. Chodźcie, synaczki, chodźcie, musimy zabrać jeszcze czterech, niech nikt nie zostaje z tyłu. Dzieciak, który patrzył jak pies na swojego brata, obejmuje go w pasie, ale Ra?eta odsuwa go i się śmieje. No już, zmykaj do domu, nie wiem, po co przyszedłeś. Ale dzieciak się nie rusza i brat musi go popchnąć przed odejściem, śmiejąc się w głos i rozglądając się dookoła, jakby szukał wsparcia. Dzieciak chwieje się i przewraca, leży na mokrym kamiennym podłożu, patrząc za odchodzącym bratem z uśmiechem zdradzającym panikę. Mężczyzna od listy kasła pełnym flegmy kaszlem i pluje w rytmie, który mógłby odmierzać jego kroki. Ruszają w drogę, przechodzą obok miejsca, w którym kobiety piorą, a te patrzą na nich z ukosa i robią znak krzyża w powietrzu, by się nie zmoczyć. Ubrania zanurzają się w wodzie i mydlinach jakby w takt błagalnej modlitwy, która ma uchronić od nieuniknionego. Tam idą, bidulki, tam idą, pozwól im pójść w pokoju, Panie, czuwaj nad nimi, Panie, niech nie spotka ich krzywda, Panie, niech wyleczą głód ich matek, Panie, niech dotrą cali i zdrowi, o Panie, nasz Panie.

Amen.

W Vigo José Couto budzi się razem z czterema innymi mężczyznami na dnie barki; pachną przegniłymi sieciami i przypływem. Statek, który zabierze ich do Coru?i, ma niedługo odbić. Mężczyzna z kompanii stoi na rampie nabrzeża; obok niego wąska kładka, po której wniosą Matkę Boską del Carmen. Niektórzy skaczą na pokład i przewracają się natychmiast, inni jak linoskoczkowie przechodzą przez kładkę. Mężczyźnie z kompanii brakuje zębów i ciągle ma minę kogoś, kto przeżuwa nicość.

Na nabrzeżu marynarze pieką sardynki na śniadanie. Trudno nie czuć się obco w miejscu, gdzie wszyscy wiedzą, dokąd się wybierają. Kiedy spędziłeś całe życie w głębi lądu, czujesz się jak na krawędzi przepaści, stojąc nad brzegiem morza. Tylko jeszcze gorzej: nie możesz spaść, a jedynie utonąć. José boi się, że skończy w wodzie i połkną go fale albo jakaś ryba. Boi się, że umrze pożarty, bo kiedy był mały, świnia zjadła mu ucho. Kiedy przyszedł czas świniobicia, zjedli prosiaka, co w pewien sposób wyrównało rachunki, ale José nie odzyskał ani kawałka utraconego ucha, ani fragmentu odgryzionego wraz z nim policzka. Krzyki świni też zdały się na nic.

Zjedzony José. Ludzie żyjący w wioskach są okrutni i szczerzy jak bogowie. Nie wynika to ze złej woli, ale z chęci klasyfikowania, niemal chorobliwej potrzeby nadania rzeczom imion. Gdybyż tak było zawsze, gdybyż wszystko dało się nazwać podług wyglądu i żyć w świecie niezmiennych odniesień, ale nie: dobro i zło, Bóg i diabeł wciąż się mieszają i człowiek już nic nie wie. Człowiek nigdy nie wie.

Zjedzony José jeszcze dwa tygodnie temu miał syna. Dzieciak dostał jakiejś złośliwej gorączki, wezwali znachorkę z Porri?o, która przykładała mu ręce do ciała i wcierała smarowidła. Aniołek umarł tamtej nocy. Człowiek nigdy nie wie, co jest dobre, a co złe, dlatego José odchodzi, zostawiając żonę z pustym domem i brzuchem. Ani dziecka, ani męża. José wybierał się do pracy przy cukrze, żeby wyżywić rodzinę, nie chciał jechać do Portugalii, gdzie jest tylko nędza, ale dzieciątko nie żyje i teraz wyjeżdża, jakby uciekał przed zarazą. Zjedzony José ucieka przed zarazą. Dlatego myśli, że czasem to, co dobre, jest złe, a to, co złe, jest dobre, że w gruncie rzeczy nigdy nie wiadomo. Ludzie tacy są, zwierzęta nie mają dylematów.

Zjedzony José ma brata bliźniaka. Identycznego brata, którego świnia nie zaatakowała, bo w tamtej chwili matka miała go na rękach, udało jej się tylko kopnąć zwierzę w ryj i pozwolić mu odejść z ciałem drugiego chłopca w zębach. Kiedy nadszedł czas świniobicia, matka myła flaki zwierzęcia z lękiem, że znajdzie jeszcze te kawałki ucha, i nie wzięła do ust ani kęsa; mówiła, że to jakby zjeść własne dziecko. Matki są skłonne widzieć we wszystkim odbicie swoich dzieci, nawet w jelitach zabitej świni. José wolałby stracić palec niż ucho i kawałek policzka, ręce można schować w kieszeni, ale twarz jest zawsze odsłonięta i patrzenie na brata z tą samą twarzą, ale nienadgryzioną, codziennie przypominało mu o tym, jaki sam mógłby być. Miał żal do matki, że to nie jego wzięła na ręce, a ona, jakby odprawiała pokutę, nigdy nie wzięła już do ust wieprzowiny. Nigdy nie wiadomo, co jest dobre.