Cykl z detektyw Lottie Parker. Dzieci mroku. Cykl z detektyw Lottie Parker - Patricia Gibney

Kup ebooka

36.90 zł
30.60 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dzień pierwszy

30 grud­nia 2014 roku

1

Susan Sul­li­van wybie­rała się na spo­tka­nie z osobą, któ­rej bała się naj­bar­dziej na świe­cie.

Posta­no­wiła pójść pie­chotą, w nadziei, że spa­cer jej pomoże. Prze­chadzka w świe­tle dnia, z dala od dusz­nej atmos­fery domu, od przy­tła­cza­ją­cych myśli powinna przy­nieść jej ulgę. Wci­snęła do uszu słu­chawki iPoda, wło­żyła ciemną weł­nianą czapkę, mocno otu­liła się brą­zo­wym twe­edo­wym płasz­czem i wyszła w sypiący śnieg.

Jed­nak myśli na­dal kłę­biły jej się w gło­wie. Kogo chciała oszu­kać? Nie umiała się od nich uwol­nić ani uciec od kosz­maru swo­jej prze­szło­ści. Nawie­dzał on każdą minutę jej dnia i zakłó­cał noc niczym nie­to­perz, czarny i szybki, budzący paniczny strach. Pró­bo­wała się skon­tak­to­wać z któ­rymś z detek­ty­wów z komi­sa­riatu w Rag­mul­lin, ale nie otrzy­mała odpo­wie­dzi. Chciała się w ten spo­sób zabez­pie­czyć. Lecz naj­bar­dziej zale­żało jej na pozna­niu prawdy, więc kiedy zawio­dły wszyst­kie ofi­cjalne drogi, posta­no­wiła dojść do niej sama. Może w ten spo­sób prze­gna swoje demony. Zadrżała. Przy­spie­szyła kroku, poty­ka­jąc się i śli­zga­jąc, obo­jętna na wszystko. Naj­wyż­szy czas, by odkryć tajem­nicę.

Z głową nisko pochy­loną na wie­trze masze­ro­wała przez mia­sto naj­szyb­ciej, jak na to pozwa­lały oblo­dzone chod­niki. Wcho­dząc przez kutą meta­lową bramę na teren kate­dry, zer­k­nęła na jej bliź­nia­cze wieże i odru­chowo się prze­że­gnała. Ktoś posy­pał beto­nowe schody solą, która zachrzę­ściła pod pode­szwami jej butów. Śnieg nie padał już tak inten­syw­nie i zimowe słońce wychy­nęło zza ciem­nych chmur. Susan popchnęła skrzy­dło wiel­kich drzwi, obtu­pała zdrę­twiałe z zimna stopy na gumo­wej wycie­raczce i gdy umil­kło echo zamy­ka­nych drzwi, sta­nęła w ciszy.

Wyjęła z uszu słu­chawki, które zawi­sły na jej ramio­nach. Prze­mar­zła, mimo że przez pół godziny żwawo masze­ro­wała. Wschodni wiatr prze­nik­nął przez war­stwy ubrań, a szczu­płe ciało nie mogło ochro­nić pięć­dzie­się­cio­jed­no­let­nich kości. Pocie­ra­jąc twarz, prze­su­nęła pal­cem pod opuch­nię­tymi oczami i zamru­gała, strzą­sa­jąc wil­goć z rzęs. Pró­bo­wała coś doj­rzeć w pół­mroku. Świece na bocz­nym ołta­rzu rzu­cały cie­nie na pokryte mozaiką ściany, a słabe świa­tło sączyło się przez witra­żowe okna wysoko nad sta­cjami drogi krzy­żo­wej. Susan szła powoli przez sepiową mgiełkę, wcią­ga­jąc uno­szący się w powie­trzu zapach kadzi­dła.

Schy­liw­szy głowę, nie­pew­nie przy­sia­dła w pierw­szym rzę­dzie ławek, ude­rza­jąc pisz­cze­lami o drew­niany klęcz­nik. Znów się prze­że­gnała, dzi­wiąc się, jakim cudem pozo­stała w niej choćby odro­bina wiary po tym, co zro­biła i przez co prze­szła. Poczuła się bar­dzo samotna w tej ciszy i ude­rzyła ją iro­nia tego, że męż­czy­zna zapro­po­no­wał spo­tka­nie aku­rat w kate­drze. Zgo­dziła się, bo uznała, że będzie bez­pieczna wśród ludzi, któ­rzy powinni tu być o tej porze dnia. Nie­stety, pogoda wszyst­kich znie­chę­ciła.

Drzwi otwo­rzyły się i zamknęły, a główną nawą prze­mknął podmuch wia­tru. Susan wie­działa, że to on. Strach obez­wład­nił ją tak bar­dzo, że nie mogła się poru­szyć. Wpa­try­wała się więc pro­sto przed sie­bie w lampkę nad taber­na­ku­lum, aż obraz przed jej oczami się roz­ma­zał.

Dźwięk kro­ków, nie­spiesz­nych i zde­cy­do­wa­nych, poniósł się echem po kościele. Ławka za nią zaskrzy­piała, gdy męż­czy­zna ukląkł. Oto­czyła ją chmura zim­nego powie­trza i jego cha­rak­te­ry­styczny zapach prze­mie­szany z wonią kadzi­dła. Pod­nio­sła się z klę­czek i usia­dła. Jedy­nym dźwię­kiem, jaki sły­szała, był jego ury­wany oddech. Nie musiał jej nawet doty­kać, by czuła jego siłę. Natych­miast sobie uświa­do­miła, że popeł­niła błąd. Nie przy­szedł tu, by odpo­wie­dzieć na pyta­nia. Nie wyjawi jej prawdy, któ­rej tak długo szu­kała.

- Nie powin­naś była się wtrą­cać - ode­zwał się schryp­nię­tym szep­tem.

Susan nie mogła wydo­być z sie­bie głosu. Jej oddech przy­spie­szył, a serce tłu­kło się w piersi, dud­niąc gło­śno w uszach. Zaci­snęła dło­nie w pię­ści, aż cienka skóra pobie­lała na jej kłyk­ciach. Chciała zerwać się i uciec jak naj­da­lej, ale nie miała już siły. Wie­działa, że przy­szedł na nią czas.

Łzy napły­nęły jej do oczu, gdy męż­czy­zna objął jej szyję dło­nią w ręka­wiczce, pal­cami prze­su­wa­jąc w górę i w dół po wiot­kiej skó­rze. Unio­sła ręce, chcąc go powstrzy­mać, ale je odtrą­cił. Chwy­cił kabel od słu­cha­wek i skrę­cił go w pal­cach. Poczuła kwa­śny zapach jego wody po gole­niu i z pełną jasno­ścią zro­zu­miała, że umrze, nie poznaw­szy prawdy.

Usi­ło­wała mu się wyrwać, odsu­wa­jąc się na drew­nia­nej ławce i pró­bu­jąc roze­wrzeć jego palce, ale on tylko moc­niej zacią­gnął kabel. Pró­bo­wała zaczerp­nąć tchu - bez­sku­tecz­nie. Poczuła cie­pło mię­dzy nogami, gdy jej pęcherz popu­ścił. Męż­czy­zna zaci­snął kabel jesz­cze moc­niej. Susan bez­rad­nie opu­ściła ręce. Był zbyt silny.

Gdy życie z niej ucho­dziło, w dziwny spo­sób zaak­cep­to­wała fizyczny ból po latach psy­chicz­nej udręki. Męż­czy­zna szarp­nął kabel moc­niej raz, potem drugi, w końcu zapa­da­jąca ciem­ność pochło­nęła świa­tło lampki. Ciało Susan zwi­sło bez­wład­nie i opu­ścił ją wszelki lęk.

W tych ostat­nich chwi­lach cier­pie­nia pozwo­liła, by cie­nie powio­dły ją do świa­tła i bło­go­ści, do spo­koju, któ­rego nie zaznała za życia. Maleń­kie gwiazdy roz­bły­sły pod jej powie­kami, nim czarna fala porwała jej kona­jące ciało.

* * *

Kate­dralny dzwon roz­brzmiał dwa­na­ście razy. Męż­czy­zna zwol­nił uścisk, a ciało Susan opa­dło na posadzkę.

Kolejny powiew lodo­wa­tego wia­tru prze­mknął główną nawą, kiedy mor­derca pospiesz­nie opu­ścił świą­ty­nię.

2

- Trzy­na­ście - oznaj­miła inspek­tor Lot­tie Par­ker.

- Dwa­na­ście - zaopo­no­wał sier­żant Mark Boyd.

- Nie, jest trzy­na­ście. Widzisz butelkę wódki za jac­kiem daniel­sem? Jest zasło­nięta.

Lot­tie lubiła liczyć. Boy mawiał, że liczby to jej fetysz, ona sama twier­dziła, że prze­li­cza sobie po pro­stu z nudów, choć wie­działa, że ten odruch sta­nowi pokło­sie cięż­kich prze­żyć z dzie­ciń­stwa. Nie umie­jąc sobie pora­dzić z traumą, któ­rej doświad­czyła, ucie­kała się do licze­nia, poma­ga­ją­cego odwró­cić myśli od spraw i sytu­acji nie­zro­zu­mia­łych dla dziecka. A teraz prze­szło to w zwy­kły nawyk.

- Teraz kie­liszki - zapro­po­no­wał Boyd.

- Trzy­dzie­ści cztery - odparła natych­miast Lot­tie. - Na dol­nej półce.

- Pod­daję się... - Sier­żant wes­tchnął.

- Cie­nias! - Par­sk­nęła śmie­chem.

Sie­dzieli przy barze w pubie U Danny'ego wraz z nie­wielką grupką klien­tów, któ­rzy przy­szli na lunch. Lot­tie mar­zła, bo więk­szość cie­pła z ognia pło­ną­cego w dużym węglo­wym pale­ni­sku za ich ple­cami zni­kała w sze­ro­kim komi­nie. Przy bla­cie robo­czym szef kuchni zdej­mo­wał gruby kożuch z sosu na tale­rzyk obok dania dnia, czyli nieco prze­su­szo­nego rost­befu. Poli­cjantka zamó­wiła cia­battę z kur­cza­kiem, Boyd popro­sił o to samo. Drobna Włoszka stała ple­cami do nich, wpa­tru­jąc się w ciemne pie­czywo, które zapie­kała w nie­wiel­kim toste­rze.

- Sądząc po tym, ile czasu zaj­muje im przy­go­to­wa­nie kana­pek, chyba dopiero sku­bią kur­czaka - ziry­to­wał się Boyd.

- Odbie­rasz mi ape­tyt - stwier­dziła Lot­tie.

- Może i dobrze w tej sytu­acji - odpa­ro­wał.

Zapo­mniane świą­teczne deko­ra­cje pobły­ski­wały nad barem. Obok na ścia­nie wisiał przy­mo­co­wany taśmą kle­jącą pla­kat zapo­wia­da­jący kon­cert zespołu After­math, który miał się odbyć w week­end. Lot­tie znała tę nazwę dzięki swo­jej szes­na­sto­let­niej córce Chloe. Na dużym ozdob­nym lustrze wypi­sana była oferta spe­cjalna z poprzed­niego wie­czoru: "Trzy kie­liszki wódki za dzie­sięć euro".

- W tej chwili dała­bym tyle choćby za jeden - wyznała poli­cjantka.

Nim Boyd zdą­żył odpo­wie­dzieć, jej tele­fon zawi­bro­wał na kon­tu­arze, a na ekra­nie uka­zało się nazwi­sko komi­sa­rza Cor­ri­gana.

- Oho, kło­poty - jęk­nęła detek­tyw Par­ker.

Mała Włoszka odwró­ciła się, ser­wu­jąc cia­batty z kur­cza­kiem, lecz dwójki detek­ty­wów już nie było.

* * *

- Komu mogłoby zale­żeć na śmierci tej kobiety? - Komi­sarz Myles Cor­ri­gan skie­ro­wał to pyta­nie do detek­ty­wów sto­ją­cych przed kate­drą.

Naj­wy­raź­niej komuś mogło, pomy­ślała Lot­tie, zacho­wu­jąc na tyle dużo roz­sądku, by nie powie­dzieć tego na głos. Czuła się nie­usta­jąco zmę­czona. Nie­na­wi­dziła zimna, spra­wiało, że zapa­dała w swo­isty letarg. Potrze­bo­wała waka­cji, na które nie miała szans, bo była zupeł­nie spłu­kana. Boże, jak ona nie­na­wi­dziła Bożego Naro­dze­nia, a ponu­rego okresu po nich jesz­cze bar­dziej.

Oboje z Boy­dem, na­dal głodni, stali na oblo­dzo­nych scho­dach przed oka­załą kate­drą w Rag­mul­lin wybu­do­waną w latach trzy­dzie­stych dwu­dzie­stego wieku. Komi­sarz Cor­ri­gan pokrótce wpro­wa­dził ich w sprawę. Ktoś zawia­do­mił poli­cję, że w kate­drze zna­le­ziono ciało. Komi­sarz natych­miast przy­stą­pił do dzia­ła­nia i oto­czył miej­sce zbrodni kor­do­nem. Lot­tie wie­działa, że będzie jej trudno nie dopu­ścić go do sprawy, jeśli się okaże, że to mor­der­stwo. Jako inspek­tor kry­mi­nalna z Rug­mul­lin to ona powinna pro­wa­dzić śledz­two, nie Cor­ri­gan. Na razie jed­nak posta­no­wiła odło­żyć na bok per­so­nalne roz­grywki i dowie­dzieć się, z czym mają do czy­nie­nia.

Cor­ri­gan zaczął wyda­wać pole­ce­nia. Detek­tyw Par­ker wci­snęła dłu­gie do ramion włosy pod kap­tur kurtki i z rezy­gna­cją zacią­gnęła zamek. Zer­k­nęła na Marka Boyda ponad ramie­niem komi­sa­rza, przy­ła­pu­jąc go na iro­nicz­nym uśmieszku, ale go zigno­ro­wała. Miała nadzieję, że to nie mor­der­stwo. Pew­nie bez­domny zmarł z powodu wyzię­bie­nia. Ostat­nio pano­wały takie mrozy, że jakiś nie­szczę­śnik musiał paść ich ofiarą. Lot­tie widziała kar­tony i zwi­nięte śpi­wory w zauł­kach mię­dzy skle­pami.

Cor­ri­gan skoń­czył mówić, co było dla nich zna­kiem, że mogą wziąć się do pracy.

Minąw­szy poli­cjan­tów krzą­ta­ją­cych się przy wej­ściu, inspek­tor Par­ker dotarła do kor­donu oddzie­la­ją­cego główną nawę. Zanur­ko­wała pod taśmą i pode­szła do ciała. Poczuła nie­przy­jemny zapach dola­tu­jący od kobiety w twe­edo­wym płasz­czu wci­śnię­tej mię­dzy fron­towy klęcz­nik i ławkę. Zauwa­żyła kabel od słu­cha­wek owi­nięty wokół jej szyi oraz nie­wielką kałużę roz­laną na pod­ło­dze.

Poczuła potrzebę, by przy­kryć ciało kocem. Na litość boską, to jest kobieta, a nie przed­miot, chciała krzyk­nąć. Kim była? Dla­czego tu przy­szła? Kto będzie za nią tęsk­nił? Oparła się poku­sie, by się pochy­lić i zamknąć nie­ru­chome oczy. To nie nale­żało do jej zadań.

Sto­jąc w zim­nej kate­drze ską­pa­nej w świe­tle reflek­to­rów, zigno­ro­wała pole­ce­nia Cor­ri­gana i zadzwo­niła po spe­cja­li­stów, któ­rzy powinni natych­miast się tu zja­wić. Następ­nie zabez­pie­czyła bez­po­śred­nią oko­licę miej­sca zbrodni dla kry­mi­na­li­sty­ków.

- Pato­log już tu jedzie - oznaj­mił komi­sarz. - Zaj­mie jej to nie wię­cej niż pół godziny, w zależ­no­ści od stanu dróg. Zoba­czymy, co powie.

Krótki rzut oka na niego wystar­czył Lot­tie, by zro­zu­miała, że naj­wy­raź­niej zachwyca go per­spek­tywa pro­wa­dze­nia śledz­twa w spra­wie mor­der­stwa. Zapewne ukła­dał już w myślach treść wystą­pie­nia na kon­fe­ren­cję pra­sową. Ale to było jej docho­dze­nie, a Cor­ri­gana w ogóle nie powinno być na miej­scu zbrodni.

Za barierką oddzie­la­jącą ołtarz dostrze­gła funk­cjo­na­riuszkę Gil­lian O'Dono­ghue sto­jącą obok księ­dza, który obej­mo­wał ramie­niem roz­trzę­sioną kobietę. Lot­tie prze­szła przez mosiężną bramkę i zbli­żyła się do nich.

- Dzień dobry, jestem inspek­tor Lot­tie Par­ker. Chcia­ła­bym zadać pań­stwu kilka pytań.

Kobieta załkała gło­śno.

- Czy to nie może pocze­kać? - zapy­tał ksiądz.

Detek­tyw oce­niła, że jest nieco młod­szy od niej. W czerwcu miała skoń­czyć czter­dzie­ści cztery lata, a on wyglą­dał na czło­wieka przed czter­dziestką. Jak na księ­dza przy­stało, był ubrany w czarne spodnie, weł­niany swe­ter i koszulę ze sztywną białą kolo­ratką.

- Nie zaj­mie nam to wiele czasu - zapew­niła - a to naj­lep­szy moment na zada­nie pytań, ponie­waż macie pań­stwo wszystko świeżo w pamięci.

- Rozu­miem - odrzekł. - Ale prze­ży­li­śmy ogromny wstrząs, więc nie wiem, czy dowie się pani od nas cze­goś war­to­ścio­wego. - Postą­pił krok w przód, wycią­ga­jąc rękę. - Jestem ksiądz Joe Burke. A to pani Gavin, która sprząta w kate­drze.

Lot­tie zasko­czył mocny uścisk jego cie­płej dłoni. Zauwa­żyła, że ksiądz jest wysoki. W jego oczach o głę­bo­kim błę­kit­nym odcie­niu odbi­jały się pło­mie­nie świec.

- To ona zna­la­zła ciało - dodał.

Śled­cza wyjęła notes z wewnętrz­nej kie­szeni kurtki. Zazwy­czaj korzy­stała z tele­fonu, jed­nak w tym świę­tym miej­scu wydało jej się to nie­sto­sowne. Sprzą­taczka zer­k­nęła na nią i zaczęła szlo­chać.

- Ciii, ciii... - Ksiądz Burke uspo­ka­jał ją, jakby była dziec­kiem. Usiadł obok niej i deli­kat­nie pogła­dził ją po ramie­niu. - Ta miła pani detek­tyw chce tylko, by pani opo­wie­działa, co się stało.

Miła?, zdzi­wiła się Lot­tie. Sama ni­gdy by się tak nie okre­śliła. Usia­dła w ławce i odwró­ciła się do świad­ków na tyle, na ile pozwa­lała jej gruba piko­wana kurtka. Dżinsy wpi­jały jej się w talię. Kur­czę, pomy­ślała, chyba muszę ogra­ni­czyć śmie­ciowe jedze­nie.

Oce­niła sprzą­taczkę na jakieś sześć­dzie­siąt lat. Po prze­ży­tym wstrzą­sie jej twarz powle­kała bla­dość pod­kre­śla­jąca zmarszczki i bruzdy.

- Pani Gavin, czy może pani opo­wie­dzieć, co się wyda­rzyło od chwili, gdy weszła pani dziś do kate­dry?

Uznała, że to wystar­cza­jąco pro­ste pyta­nie. Jed­nak nie dla pani Gavin, która zare­ago­wała na nie wybu­chem pła­czu.

Ksiądz Burke obda­rzył poli­cjantkę współ­czu­ją­cym spoj­rze­niem, wyra­ża­jąc nieme przy­pusz­cze­nie, że trudno dziś będzie coś wycią­gnąć z pani Gavin. Jed­nak jakby na prze­kór ich oba­wom zroz­pa­czona kobieta nagle zaczęła mówić cichym, drżą­cym gło­sem:

- Przy­szłam do pracy na dwu­na­stą, żeby posprzą­tać po mszy o dzie­sią­tej. Zazwy­czaj zaczy­nam w nawie bocz­nej - wyja­śniła, wska­zu­jąc w prawo - ale zauwa­ży­łam płaszcz z przodu w nawie głów­nej. Pomy­śla­łam więc, że naj­pierw to spraw­dzę. I wtedy oka­zało się, że to nie tylko płaszcz... O, święta Mario, Matko Boża...

Prze­że­gnała się trzy­krot­nie, pró­bu­jąc zata­mo­wać łzy zmiętą chu­s­teczką higie­niczną. Matka Boża nikomu teraz nie pomoże, pomy­ślała Lot­tie.

- Czy doty­kała pani ciała?

- Boże broń! Nie! - zaprze­czyła pani Gavin. - Miała otwarte oczy i to... to coś na szyi. Widy­wa­łam już przed­tem zwłoki, ale nie takie... Na Jezusa, ksiądz wyba­czy, wie­dzia­łam od razu, że ona nie żyje.

- I co pani wtedy zro­biła? - spy­tała inspek­tor.

- Krzyk­nę­łam. Upu­ści­łam mop i wia­dro, a potem pobie­głam do zakry­stii. W drzwiach wpa­dłam na księ­dza Burke'a.

- Usły­sza­łem krzyk i pospie­szy­łem spraw­dzić, co się dzieje - wyja­śnił duchowny.

- Czy widzie­li­ście tu pań­stwo kogoś jesz­cze?

- Nikogo - zaprze­czył Burke.

Po policz­kach pani Gavin popły­nęły świeże łzy.

- Widzę, że jest pani bar­dzo poru­szona - powie­działa Lot­tie. - Funk­cjo­na­riuszka O'Dono­ghue spi­sze pani dane i odwie­zie panią do domu. Skon­tak­tu­jemy się z panią póź­niej. Pro­szę tro­chę odpo­cząć.

- Ja się nią zaopie­kuję, pani inspek­tor - zapew­nił kapłan.

- Ale ja muszę z księ­dzem poroz­ma­wiać - zaopo­no­wała.

- Miesz­kam na ple­ba­nii za kate­drą. Może mnie tam pani zastać o każ­dej porze.

Sprzą­taczka zło­żyła głowę na jego ramie­niu.

- Nie powi­nie­nem zosta­wiać pani Gavin - dodał.

- Dobrze - ustą­piła Par­ker, mając wra­że­nie, że wstrzą­śnięta kobieta z każdą sekundą sta­rzeje się coraz bar­dziej. - Skon­tak­tuję się z księ­dzem póź­niej.

Burke ski­nął głową i ująw­szy panią Gavin pod ramię, popro­wa­dził ją po mar­mu­ro­wej posadzce do drzwi za ołta­rzem. O'Dono­ghue ruszyła za nimi.

Tech­nicy weszli do kate­dry, wpusz­cza­jąc lodo­waty podmuch. Komi­sarz Cor­ri­gan pospie­szył, by ich powi­tać. Jim McGlynn, szef działu kry­mi­na­li­styki, szybko uści­snął mu dłoń i bez zbęd­nych wstę­pów od razu zaczął wyda­wać pole­ce­nia swoim ludziom.

Lot­tie przez kilka minut przy­glą­dała się ich krzą­ta­ni­nie, a potem obe­szła ławki, żeby sta­nąć jak naj­bli­żej ciała bez nara­ża­nia się McGlyn­nowi.

- Wygląda na kobietę w śred­nim wieku, ubraną odpo­wied­nio do pogody - powie­działa do Boyda, który łaził za nią krok w krok. Cof­nęła się w stronę barierki przed ołta­rzem, czę­ściowo po, by mieć lep­szy widok, ale przede wszyst­kim żeby odsu­nąć się od sier­żanta.

- Na pewno nie zmarła z powodu hipo­ter­mii - stwier­dził, nie adre­su­jąc tego oczy­wi­stego wnio­sku do nikogo szcze­gól­nego.

Nie­zwy­kła w tym miej­scu aktyw­ność ekipy kry­mi­na­li­stycz­nej zakłó­cała spo­kój świą­tyni. Lot­tie aż się wzdry­gnęła, jed­nak z zain­te­re­so­wa­niem obser­wo­wała pracę zespołu tech­ni­ków.

- Ta kate­dra to naj­gor­szy kosz­mar kry­mi­na­li­styka - oznaj­mił Jim McGlynn. - Bóg jeden wie, ile osób przy­cho­dzi tu co dnia, a każda z nich zosta­wia cząstkę sie­bie.

- Zabójca spryt­nie wybrał miej­sce - wtrą­cił komi­sarz Cor­ri­gan. Nikt mu nie odpo­wie­dział.

Detek­tyw Par­ker pod­nio­sła wzrok, sły­sząc w nawie głów­nej stu­kot wyso­kich obca­sów. Zmie­rzała w ich stronę drobna kobieta w wiel­kiej, ciem­nej pucho­wej kurtce, przez którą wyda­wała się jesz­cze mniej­sza. Idąc, podzwa­niała klu­czy­kami samo­cho­do­wymi, które trzy­mała w ręku, ale nagle jakby przy­po­mniała sobie, gdzie się znaj­duje, i wrzu­ciła je do prze­wie­szo­nej przez ramię czar­nej skó­rza­nej torby. Podała rękę komi­sa­rzowi.

- Pato­log sta­nowa Jane Dore - przed­sta­wiła się ostrym, pro­fe­sjo­nal­nym tonem.

- Zna pani inspek­tor Lot­tie Par­ker? - zapy­tał Cor­ri­gan.

- Tak. Uwinę się naj­szyb­ciej, jak się da. - Pato­log zwró­ciła się do Lot­tie: - Chcia­ła­bym jak naj­prę­dzej przy­stą­pić do autop­sji. Gdy tylko przed­sta­wię wnio­ski, będzie­cie mogli ofi­cjal­nie przy­stą­pić do dzia­ła­nia.

Par­ker była pod wra­że­niem spo­sobu, w jaki lekarka pora­dziła sobie z Cor­ri­ga­nem, poka­zu­jąc mu jego miej­sce, zanim zaczął się wymą­drzać. Jane Dore mie­rzyła nie wię­cej niż metr sześć­dzie­siąt i przy inspek­tor, która bez obca­sów miała metr sie­dem­dzie­siąt trzy, wyglą­dała na kru­szynkę. Dziś Lot­tie wło­żyła wygodne uggi, w które nie­dbale wetknęła nogawki dżin­sów.

Po zało­że­niu ręka­wi­czek oraz bia­łego kom­bi­ne­zonu i ochra­nia­czy na buty pato­log przy­stą­piła do wstęp­nego bada­nia zwłok. Prze­su­nęła pal­cami po szyi kobiety, bada­jąc kabel zaci­śnięty na szyi, a potem unio­sła jej głowę i prze­pro­wa­dziła dokładne oglę­dziny oczu i ust. Tech­nicy kry­mi­na­li­styczni uło­żyli ciało na boku i w powie­trzu roz­szedł się fetor. Detek­tyw domy­śliła się, że kałuża na pod­ło­dze to mocz i eks­kre­menty, które wyda­liła ofiara w ostat­nich sekun­dach życia.

- Może pani okre­ślić czas zgonu? - zapy­tała.

- Wstępne bada­nie suge­ruje, że zmarła w ciągu ostat­nich dwóch godzin. Potwier­dzę to po sek­cji. - Jane Dore zdjęła ze swo­ich drob­nych dłoni ręka­wiczki. - Jim, jak skoń­czysz, można prze­wieźć ciało do kost­nicy w Tul­la­more.

Nie po raz pierw­szy inspek­tor poża­ło­wała, że Zarząd Służby Zdro­wia prze­niósł kost­nicę do odda­lo­nego o pół godziny jazdy szpi­tala w Tul­la­more. Kolejny gwóźdź do trumny Rag­mul­lin.

- Gdy tylko okre­śli pani przy­czynę zgonu, pro­szę mnie natych­miast zawia­do­mić - zażą­dał Cor­ri­gan.

Lot­tie powstrzy­mała się przed wywró­ce­niem oczami. Dla wszyst­kich było jasne, że ofiara została udu­szona, nie mogła sama sobie tego zro­bić przez przy­pa­dek czy w jakiś inny spo­sób. Pato­log musiała tylko ofi­cjal­nie zakwa­li­fi­ko­wać jej śmierć jako mor­der­stwo.

Jane Dore wrzu­ciła jed­no­ra­zowy strój ochronny do papie­ro­wej torby i opu­ściła scenę rów­nie szybko, jak się poja­wiła, pozo­sta­wia­jąc za sobą echo wyso­kich obca­sów.

- Wra­cam do biura - oznaj­mił komi­sarz. - Inspek­tor Par­ker, pro­szę natych­miast zebrać zespół. - Ruszył w ślad za odda­la­jącą się pato­log.

Tech­nicy poświę­cili kolejną godzinę ofie­rze, po czym roz­sze­rzyli obszar dzia­łań. Ciało umiesz­czono w worku, który zamknięto na zamek i poło­żono na wypo­sa­żo­nych w kółka noszach z naj­więk­szą rewe­ren­cją, jaką można oka­zać dużemu pla­sti­ko­wemu wor­kowi. Drew­niane drzwi zaskrzy­piały, gdy wywo­żono zwłoki. Kie­rowca karetki włą­czył syreny, co było cał­ko­wi­cie zbędne, jako że pacjentka nie żyła i doni­kąd się nie spie­szyła.

3

Lot­tie nacią­gnęła kap­tur kurtki i przy­ci­snęła go do uszu. Wyszła na ośnie­żone schody kate­dry, pozo­sta­wiw­szy za sobą roz­gar­diasz robiony przez tech­ni­ków, któ­rzy prze­szu­ki­wali każdy zaka­ma­rek i badali każdy cen­ty­metr mar­mu­ro­wej posadzki.

Ode­tchnęła chłod­nym powie­trzem i spoj­rzała w niebo. Płatki śniegu spa­dły na jej nos i natych­miast się roz­to­piły. Za kutą żela­zną bramą, teraz owi­niętą nie­bie­sko-białą taśmą poli­cyjną, roz­cią­gało się Raga­mul­lin, spore mia­sto poło­żone w środ­ko­wej czę­ści kraju. Nie­gdyś było kwit­ną­cym ośrod­kiem prze­my­sło­wym, a teraz każ­dego ranka zmu­szało się do prze­bu­dze­nia, tak jak ona. Miesz­kańcy brnęli przez kolejne godziny dnia, aż ciem­ność w końcu prze­sła­niała okna i mogli odpo­cząć, nim wsta­nie kolejny nużący dzień. Lot­tie lubiła ano­ni­mo­wość, którą to mia­sto zapew­niało, ale wie­działa też, że jak wiele innych skrywa mroczne sekrety.

Wyda­wało się, że życie w Rag­mul­lin umarło wraz z gospo­darką. Mło­dzi ludzie ucie­kali na wybrzeże Austra­lii i Kanady, by dołą­czyć do tych szczę­śliw­ców, któ­rym już udało się stąd wyrwać. Ich rodzice narze­kali, że nie mają dość pie­nię­dzy na pod­sta­wowe pro­dukty, nie wspo­mi­na­jąc o iPhone'ach pod cho­inkę. Cóż, na szczę­ście kolejne Boże Naro­dze­nie dopiero za rok, pomy­ślała Lot­tie.

Wyda­wało się, że szum ruchu samo­cho­do­wego z nowej obwod­nicy dociera aż tutaj, choć omi­jała mia­sto w odle­gło­ści dwóch kilo­me­trów, przez co drobni skle­pi­ka­rze zostali pozba­wieni docho­dów, które wcze­śniej zapew­niali im prze­jezdni. Poli­cjantka spoj­rzała na pokryte cza­pami śniegu drzewa i powio­dła wzro­kiem po przy­le­głym tere­nie, wie­dząc, że nie znajdą tu żad­nych dowo­dów. Zie­mia zamar­zła, a biały puch tward­niał tuż po opad­nię­ciu. Odci­ski stóp uczest­ni­ków poran­nej mszy przy­kryła kolejna war­stwa śniegu i lodu. Mimo to poli­cjanci ze szczyp­cami na dłu­gich tycz­kach prze­szu­ki­wali teren. Życzyła im szczę­ścia.

- Czter­na­ście - oznaj­mił Boyd.

Oto­czyła ją chmura dymu ze świeżo zapa­lo­nego papie­rosa, gdy sier­żant sta­nął tuż obok niej. Znów to samo. Odsu­nęła się, a on natych­miast pod­szedł bli­żej, doty­ka­jąc ręka­wem jej rękawa. Boyd, wysoki i szczu­pły czter­dzie­sto­pię­cio­la­tek, wyglą­dał na wiecz­nie głod­nego, jak kie­dyś stwier­dziła wynio­słym tonem jej matka. Brą­zowe oczy z orze­cho­wymi cęt­kami roz­ja­śniały jego silną, inte­re­su­jącą twarz o czy­stej cerze. Miał lekko odsta­jące uszy i krót­kie szpa­ko­wate włosy. Dziś był ubrany w nie­ska­zi­tel­nie białą koszulę i szary gar­ni­tur pod kurtką z cięż­kim kap­tu­rem.

- Czego czter­na­ście? - zapy­tała Lot­tie.

- Sta­cji drogi krzy­żo­wej - wyja­śnił. - Uzna­łem, że je poli­czysz, więc chcia­łem cię uprze­dzić.

- Przy­nu­dzasz - rzu­ciła.

Jakiś czas temu po pijaku wylą­do­wali razem w łóżku, a ona skrę­cała się ze wstydu, gdy to wspo­mnie­nie do niej wra­cało, i choć bla­kło z upły­wem czasu, na­dal było obecne na obrze­żach jej świa­do­mo­ści. Dzie­lił ich też fakt, że to ona dostała sta­no­wi­sko inspek­tora, o które Boyd się ubie­gał. Zazwy­czaj mu to nie prze­szka­dzało, ale wie­działa, że teraz chęt­nie popro­wa­dziłby to śledz­two. Kiep­ska sprawa, Boyd. Awans ją ucie­szył, bo ozna­czał, że nie musi już codzien­nie dojeż­dżać sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów do Ath­lone. Taki tryb życia był bar­dzo wyczer­pu­jący, choć chwi­lami wyda­wało jej się, że powrót do pracy z nim w Rag­mul­lin męczy ją bar­dziej. Ale przy­naj­mniej ozna­czał, że nie musiała już pro­sić swo­jej despo­tycz­nej matki o opiekę nad dziećmi.

Odwró­ciła się od Boyda, który zaba­wiał się pusz­cza­niem kółek z dymu, uśmie­cha­jąc się pod nosem.

- Sama zaczę­łaś - stwier­dził. Zacią­gnął się papie­ro­sem po raz ostatni, zszedł po scho­dach i ruszył w kie­runku komi­sa­riatu poli­cji po dru­giej stro­nie ulicy.

Lot­tie uśmiech­nęła się wbrew sobie i stą­pa­jąc ostroż­nie, żeby nie wylą­do­wać na tyłku na oczach połowy poli­cji, podą­żyła za tycz­ko­wa­tym sier­żan­tem.

* * *

Kilka osób stało w kolejce w pocze­kalni, a ofi­cer dyżurny pró­bo­wał zapro­wa­dzić wśród nich porzą­dek. Lot­tie prze­mknęła obok i pospie­szyła na pię­tro do biura.

Tele­fony już się roz­dzwo­niły. Podobno dobre wia­do­mo­ści roz­no­szą się szybko, za to złe chyba z pręd­ko­ścią świa­tła.

Wcią­gnęła w noz­drza zastałe powie­trze i się rozej­rzała. Na jej biurku pano­wał kipisz, pod­czas gdy sta­no­wi­sko Boyda wyglą­dało ste­ryl­nie niczym blat w tele­wi­zyj­nym pro­gra­mie kuli­nar­nym. Ani śladu mąki, to zna­czy akt czy przy­bo­rów do pisa­nia nie na swo­ich miej­scach. Wyraźna oznaka ner­wicy natręctw.

- Pedan­tyczny świr - mruk­nęła pod nosem.

Z powodu trwa­ją­cego remontu dzie­liła pokój z troj­giem detek­ty­wów: Mar­kiem Boy­dem, Marią Lynch i Lar­rym Kir­bym. Tele­fony sta­cjo­narne, komór­kowe, foto­ko­piarka, hała­śliwe grzej­niki ole­jowe i prze­marsz każ­dego funk­cjo­na­riu­sza, który chciał sko­rzy­stać z toa­lety, prze­kła­dały się na wieczne poczu­cie cha­osu. Lot­tie tęsk­niła za wła­snym gabi­ne­tem, w któ­rym mogłaby pomy­śleć w ciszy. Im szyb­ciej remont na komi­sa­ria­cie się zakoń­czy, tym lepiej.

Przy­naj­mniej poste­ru­nek zaczął tęt­nić życiem, pomy­ślała, sia­da­jąc za biur­kiem. Tak jakby wyda­rze­nia w kate­drze zdarły war­stwy zmę­cze­nia i nudy, uka­zu­jąc kobiety i męż­czyzn goto­wych do dzia­ła­nia. To dobrze.

- Dowiedz się, kim ona była - pole­ciła Boy­dowi.

- Denatka?

- Nie, papież. Oczy­wi­ście, że ona. - Nie­na­wi­dziła, kiedy sier­żant uży­wał ter­mi­no­lo­gii z CSI.

Boyd uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem, a ona zro­zu­miała, że uprze­dził jej roz­kaz.

- Czyli już wiesz. - Prze­ło­żyła teczki z aktami z jed­nej strony blatu na drugą, szu­ka­jąc kla­wia­tury.

- Susan Sul­li­van. Wiek: pięć­dzie­siąt jeden lat. Sin­gielka. Zamiesz­kała w Park­green, dzie­sięć minut jazdy stąd w zależ­no­ści od ruchu, pie­chotą pół godziny. Przez ostat­nie dwa lata pra­co­wała w radzie mia­sta, w wydziale pla­no­wa­nia prze­strzen­nego jako dyrek­tor wyko­naw­cza, cokol­wiek to zna­czy. Prze­nie­siona tu z Dublina.

- Jakim cudem dowie­dzia­łeś się tego tak szybko?

- McGlynn zna­lazł jej nazwi­sko zapi­sane mar­ke­rem na spo­dzie iPoda.

- No i?

- Wygu­glo­wa­łem ją. Zna­la­złem infor­ma­cje na stro­nie rady mia­sta, a adres spraw­dzi­łem w reje­strze wybor­ców.

- Miała przy sobie tele­fon? - Lot­tie na­dal prze­szu­ki­wała biurko. Przy­da­łyby jej się do tego mapy i kom­pas.

- Nie - odrzekł Boyd.

- Poślij Kirby'ego i Lynch do jej domu. Jed­nym z naszych prio­ry­te­tów jest odna­le­zie­nie tele­fonu i kogoś, kto zwe­ry­fi­kuje jej dzi­siej­sze ruchy. - Zna­la­zła bez­prze­wo­dową kla­wia­turę na wierz­chu kubła na śmieci u swo­ich stóp.

- Dobra.

- Jacyś krewni?

- Naj­wy­raź­niej nie była zamężna. Muszę tro­chę pogrze­bać, żeby się dowie­dzieć, czy jej rodzice żyją i czy ma jakąś dal­szą rodzinę.

Lot­tie zalo­go­wała się do kom­pu­tera. Choć czuła się pod­eks­cy­to­wana, nie­po­ko­iło ją zamie­sza­nie, które zapewne wynik­nie ze śledz­twa. I tak mieli mnó­stwo roboty - prze­cią­ga­jące się roz­prawy sądowe, spory mię­dzy Tra­we­le­rami - a jutrzej­szy syl­we­ster zapewne przy­nie­sie kolejne nocne kło­poty.

Pomy­ślała o swo­jej rodzi­nie - o trójce nasto­lat­ków samych w domu. Znowu. Może powinna zadzwo­nić, żeby spraw­dzić, czy wszystko w porządku. Miała też zro­bić zakupy spo­żyw­cze, nawet zapi­sała notatkę w apce tele­fo­nicz­nej. Umie­rała z głodu. Pogrze­bała w szu­fla­dzie, rów­nie prze­peł­nio­nej jak blat biurka, zna­la­zła paczkę prze­ter­mi­no­wa­nych her­bat­ni­ków i poczę­sto­wała Boyda. Odmó­wił. Pochła­nia­jąc ciastko, zaczęła spi­sy­wać raport ze wstęp­nego prze­słu­cha­nia pani Gavin i księ­dza Burke'a.

- Mogła­byś zamy­kać usta, jak jesz? - zapy­tał sier­żant.

- Boyd?

- Co?

- Zamknij się!

Wepchnęła do ust kolej­nego her­bat­nika i zaczęła gło­śno chru­pać.

- Na litość boską... - ziry­to­wał się Boyd.

- Inspek­tor Par­ker, do mojego gabi­netu!

Bez­wied­nie pod­sko­czyła na dźwięk grzmią­cego głosu komi­sa­rza Cor­ri­gana. Nawet Boyd uniósł wzrok, gdy drzwi trza­snęły, wpra­wia­jąc w drże­nie pokrywę foto­ko­piarki.

- Co, do dia­bła...?

Lot­tie popra­wiła bluzkę, nacią­gnęła rękawy, by ukryć man­kiety bie­li­zny ter­mo­ak­tyw­nej, i strzep­nęła okru­chy z dżin­sów. Zało­żyła nie­sforne pasmo wło­sów za ucho i ruszyła za sze­fem przez tor prze­szkód zło­żony z dra­bin i puszek farby. Dział BHP miałby uży­wa­nie, ale nikt nie narze­kał. Wszystko było lep­sze od sta­rych biur.

Zamknęła za sobą drzwi. Gabi­net komi­sa­rza został odno­wiony jako pierw­szy. Wciąż dało się w nim wyczuć zapach nowych mebli i świe­żej farby.

- Sia­daj - rzu­cił szef, a ona wyko­nała pole­ce­nie.

Pięć­dzie­się­cio­kil­ku­letni Cor­ri­gan usa­do­wił się za biur­kiem i podra­pał po czer­wo­nym nosie. Wydatne brzu­szy­sko wci­snął w drew­niany blat. Pamię­tała czasy, gdy był szczu­pły, wyspor­to­wany i zamę­czał wszyst­kich zasa­dami zdro­wego trybu życia. Zanim dopa­dła go rze­czy­wi­stość. Pochy­lił się, by pod­pi­sać jakiś for­mu­larz, a ona ujrzała swoje odbi­cie w jego okrą­głej łysej gło­wie. Nagle ryk­nął, spo­glą­da­jąc na nią:

- Co się tam wypra­wia?

Ty jesteś sze­fem, powi­nie­neś wie­dzieć, pomy­ślała Lot­tie, zasta­na­wia­jąc się, czy ten czło­wiek w ogóle potrafi mówić nor­mal­nym tonem. Może głos przy­biera na sile wraz z wyż­szym sta­no­wi­skiem.

- Nie rozu­miem, sir.

Żało­wała, że nie ma na sobie kurtki i nie może ukryć twa­rzy w jej koł­nie­rzu.

- "Nie rozu­miem, sir" - prze­drzeź­nił ją. - Ty i pier­dzie­lony Boyd! Nie może­cie zacho­wy­wać się uprzej­mie przez pięć minut? Za chwilę ofi­cjal­nie roz­pocz­niemy śledz­two w spra­wie mor­der­stwa, a wy ska­cze­cie sobie do gar­deł jak para smar­ka­czy.

Nie wiesz nawet połowy... Cie­kawe, czy Cor­ri­gan byłby wstrzą­śnięty, gdyby poznał prawdę?

- Wyda­wało mi się, że jeste­śmy uprzejmi.

- Zakop­cie przy­sło­wiowy topór i bierz­cie się do roboty. Co mamy do tej pory?

- Usta­li­li­śmy nazwi­sko, adres i miej­sce pracy ofiary. Pró­bu­jemy się dowie­dzieć, czy ma jakichś krew­nych - odpo­wie­działa Lot­tie.

- I?

- Pra­cuje w radzie mia­sta. Detek­tywi Kirby i Lynch zabez­pie­czają jej dom przed przy­by­ciem zespołu tech­ni­ków.

Komi­sarz nie spusz­czał z niej wzroku.

Wes­tchnęła.

- To wszystko, sir. Zaraz zor­ga­ni­zuję cen­trum ope­ra­cyjne, a potem udam się do rady mia­sta i spró­buję stwo­rzyć por­tret ofiary.

- Nie chcę żad­nych pier­dzie­lo­nych por­tre­tów! - wrza­snął. - Chcę roz­wią­za­nia. I to szybko! Za godzinę mam wywiad z pier­dzie­lo­nym Catha­lem Moro­neyem z tele­wi­zji RTE. A ty chcesz malo­wać jakieś por­trety!

Detek­tyw Par­ker patrzyła Cor­ri­ga­nowi w oczy, masku­jąc swoje praw­dziwe uczu­cia bez­na­miętną miną, którą opa­no­wała do per­fek­cji pod­czas dwu­dzie­stu czte­rech lat pracy w poli­cji.

- Zor­ga­ni­zuj cen­trum ope­ra­cyjne, zbierz zespół, wyznacz kogoś do papier­ko­wej roboty i prze­ślij mi szcze­góły mailem. Jutro wcze­snym ran­kiem zrób odprawę zespołu, będę na niej.

- O szó­stej?

Kiw­nął głową.

- A jeśli na coś tra­fisz, chcę wie­dzieć o tym pierw­szy. Ruchy, pani inspek­tor, do roboty!

Tak też zro­biła.

Godzinę póź­niej z zado­wo­le­niem uznała, że wszy­scy człon­ko­wie zespołu wie­dzą, co mają robić. Pie­sze patrole prze­słu­chi­wały miesz­kań­ców, cho­dząc od drzwi do drzwi. Na pewno coś znajdą. Czas dowie­dzieć się wię­cej o Susan Sul­li­van.

Wyszła z komi­sa­riatu pro­sto w sypiący wiel­kimi płat­kami śnieg.

4

Do biur rady mia­sta znaj­du­ją­cych się w nie­dawno wybu­do­wa­nym super­no­wo­cze­snym budynku w cen­trum Rag­mul­lin szło się z komi­sa­riatu pięć minut. Dziś z powodu pogody spa­cer zajął Lot­tie dwa razy wię­cej czasu.

Inspek­tor obrzu­ciła wzro­kiem wielką szklaną kon­struk­cję, która wyglą­dała jak mon­stru­alne akwa­rium z ławicą rybek w środku. Na wszyst­kich trzech pię­trach widziała ludzi sie­dzą­cych przy biur­kach lub prze­mie­rza­ją­cych kory­ta­rze, jakby uno­sili się w ogrom­nym szkla­nym naczy­niu. Uznała, że to wła­śnie ma na myśli rząd, mówiąc o przej­rzy­sto­ści w dzia­ła­niu sek­tora publicz­nego. Weszła przez waha­dłowe drzwi do względ­nie cie­płego wnę­trza.

Recep­cjo­nistka pro­wa­dziła roz­mowę przez tele­fon. Inspek­tor nie wie­działa, o kogo powinna pytać ani czy wie­dzą tu, że Susan Sul­li­van opu­ściła już ziem­ski padół.

Młoda bru­netka roz­łą­czyła się i powi­tała ją uśmie­chem.

- W czym mogę pomóc?

- Chcia­ła­bym poroz­ma­wiać z prze­ło­żo­nym Susan Sul­li­van. - Chłodno odwza­jem­niła uśmiech kobiety.

- To będzie pan James Brown. Czy mogę wie­dzieć, kto go szuka?

- Inspek­tor Lot­tie Par­ker. - Poka­zała legi­ty­ma­cję służ­bową. Naj­wy­raź­niej wia­do­mo­ści docie­rały do rady powoli i pra­cow­nicy nie sły­szeli jesz­cze o losie Susan.

Dziew­czyna zadzwo­niła do kogoś, po czym wska­zała jej drzwi windy.

- Trze­cie pię­tro. Pan Brown będzie na panią ocze­ki­wał.

* * *

James Brown pod żad­nym wzglę­dem nie przy­po­mi­nał swo­jego słyn­nego imien­nika, ame­ry­kań­skiego muzyka soulo­wego. Po pierw­sze tam­ten zmarł w dwa tysiące szó­stym roku, po dru­gie był ciem­no­skóry. Ten James Brown był cał­kiem żywy, a do tego bar­dzo blady. Miał przy­li­zane rude włosy pasu­jące odcie­niem do czer­wo­nego kra­wata. Mie­rzył zale­d­wie metr sześć­dzie­siąt, jak na oko oce­niła Lot­tie, i był ubrany w nie­na­ganny gar­ni­tur w drobne prążki.

Przed­sta­wiła się i podała mu rękę.

Brown ujął ją w swoją drobną dłoń i mocno uści­snął. Następ­nie zapro­wa­dził poli­cjantkę do swo­jego gabi­netu i wysu­nął krze­sło zza okrą­głego stołu. Usie­dli.

- Co mogę dla pani zro­bić, pani inspek­tor? - zapy­tał.

Czy w języku urzę­do­wym ozna­czało to: "Dla­czego, do dia­bła, zakłóca pani mój napięty har­mo­no­gram"? Sztucz­nie przy­kle­jony uśmiech nie zdo­łał zama­sko­wać napię­cia malu­ją­cego się na twa­rzy urzęd­nika.

- Chcia­ła­bym zadać panu kilka pytań na temat Susan Sul­li­van.

Jego jedyną reak­cją było unie­sie­nie brwi i czer­wony rumie­niec na policz­kach się­ga­jący oczu.

- Czy miała być dzi­siaj w pracy?

Brown zer­k­nął na leżą­cego na biurku iPada.

- A o co cho­dzi, pani inspek­tor? - zapy­tał, stu­ka­jąc w odpo­wied­nią ikonę.

Poli­cjantka nie odpo­wie­działa.

- Jest na dorocz­nym urlo­pie od dwu­dzie­stego trze­ciego grud­nia - wyja­śnił - i ma wró­cić dopiero trze­ciego stycz­nia. Dla­czego chce pani to wie­dzieć? - W gło­sie Browna pobrzmie­wała panika. Lot­tie znów zigno­ro­wała jego pyta­nie.

- Na czym polega jej praca? - spy­tała.

Z dłu­giej, zawi­łej wypo­wie­dzi wyni­kało, że zmarła zaj­mo­wała się pozwo­le­niami na budowę, reko­men­du­jąc przy­ję­cie lub odrzu­ce­nie wnio­sków.

- Decy­zje doty­czące kon­tro­wer­syj­nych pro­jek­tów podej­mo­wane są na wyż­szym szcze­blu - dodał.

Detek­tyw zaj­rzała w notatki.

- Czyli przez Gerry'ego Dunne'a?

- Tak.

- Wie pan może, czy Susan ma rodzinę lub przy­ja­ciół?

- Z tego, co pamię­tam, nie ma rodziny, a z tego, co widzę, naj­lep­szą przy­ja­ciółką Susan jest ona sama. Trzyma się z boku, nie inte­gruje się z per­so­ne­lem, posiłki w kan­ty­nie spo­żywa samot­nie, nie udziela się towa­rzy­sko. Nie wzięła nawet udziału w przy­ję­ciu bożo­na­ro­dze­nio­wym dla pra­cow­ni­ków. Pro­szę wyba­czyć okre­śle­nie, ale jest dość dziwna. Zresztą, sama by to przy­znała. Ale ze swo­ich obo­wiąz­ków wywią­zuje się dosko­nale.

Lot­tie zauwa­żyła, że Brown mówi o Susan w cza­sie teraź­niej­szym. Czas na złe wie­ści.

- Zna­le­ziono dziś jej zwłoki - oznaj­miła, zasta­na­wia­jąc się, czy i jaki efekt wywrą na jej roz­mówcy następne słowa. - W podej­rza­nych oko­licz­no­ściach.

Dopóki pato­log nie wyda opi­nii, dopóty nie może publicz­nie mówić, że to mor­der­stwo. Brown pobladł.

- Zwłoki? Susan? O mój Boże! To potworne... potworne! - Czoło męż­czy­zny zro­sił pot, a jego głos zabrzmiał oktawę wyżej. Brown cały się trząsł. Lot­tie miała nadzieję, że facet nie zemdleje. Nie chciało jej się go cucić.

- Ale co się stało? Jak zmarła?

- Nie­stety nie mogę udzie­lać takich infor­ma­cji. Czy ma pan jakieś podej­rze­nia, kto chciałby skrzyw­dzić panią Sul­li­van?

- Co? Nie! Oczy­wi­ście, że nie. - Wykrę­cał dło­nie, jakby trzy­mał w nich piłki anty­stre­sowe.

- Czy mogła­bym poroz­ma­wiać z kimś, kto znał ją lepiej? Kto mógłby mi coś opo­wie­dzieć o jej życiu?

Coś wię­cej niż pan, chciała dodać. Pod­skór­nie wyczu­wała, że męż­czy­zna nie jest z nią zupeł­nie szczery.

- To dla mnie wstrząs. Nie myślę jasno. Susan jest... była bar­dzo skrytą osobą. Może powinna pani poroz­ma­wiać z jej sekre­tarką, Beą Walsh.

- Może - zgo­dziła się Lot­tie.

Na policzki Browna wró­ciło tro­chę koloru, głos mu się obni­żył, a drże­nie ustało. Zaczął ner­wowo prze­cie­rać czoło białą baweł­nianą chu­s­teczką.

- Chęt­nie spo­tkam się z nią teraz, jeśli to moż­liwe - oznaj­miła detek­tyw. - Liczy się czas, zapewne pan rozu­mie.

Brown wstał.

- W takim razie pójdę po nią.

- Dzię­kuję. Na pewno będę chciała zadać panu jesz­cze kilka pytań. Tym­cza­sem tu jest moja wizy­tówka, gdyby przy­szło panu do głowy coś, co powin­nam wie­dzieć.

- Oczy­wi­ście, pani inspek­tor.

- Pro­szę mi wska­zać drogę - powie­działa, cze­ka­jąc, aż ją zapro­wa­dzi.

Prze­szedł kory­ta­rzem do innego pokoju będą­cego lustrza­nym odbi­ciem jego gabi­netu.

- Pójdę po Beę. To jest biuro Susan.

Gdy się odda­lił, Lot­tie sia­dła przy biurku i rozej­rzała się po pomiesz­cze­niu. Wyglą­dało, jakby nale­żało do Boyda. Nie­ska­zi­tel­nie czy­ste. Ani jedna kartka czy spi­nacz nie leżały nie na swoim miej­scu. Na biurku znaj­do­wały się tylko tele­fon i kom­pu­ter. W kalen­da­rzu otwar­tym na dwu­dzie­stym trze­cim grud­nia wid­niało motto: "Uczynki w tym życiu są naszym losem w następ­nym". Zasta­na­wiała się, czy teraz Susan zbiera owoce tego, co zro­biła lub czego nie zro­biła za życia.

Do gabi­netu weszła przy­po­mi­na­jąca ptaka kobieta z twa­rzą mokrą od łez, roz­trzę­sio­nymi rękami wygła­dza­jąc gra­na­tową, zapi­naną na guziki sukienkę. Inspek­tor wska­zała jej krze­sło.

- Bea Walsh, sekre­tarka pani Sul­li­van - przed­sta­wiła się przy­była. - Nie mogę uwie­rzyć, że ona nie żyje... Pan Brown wła­śnie prze­ka­zał mi tę straszną nowinę. Pani Sul­li­van miała tyle rze­czy do zro­bie­nia. Dziś wysprzą­ta­łam jej gabi­net i przy­go­to­wa­łam doku­menty na jej powrót. To okropne...

Roz­pła­kała się.

Lot­tie uznała, że kobieta jest w wieku przed­eme­ry­tal­nym, tro­chę po sześć­dzie­siątce. Wyglą­dała na bar­dzo kru­chą.

- Czy przy­cho­dzi pani do głowy, kto chciałby skrzyw­dzić panią Sul­li­van?

- Zupeł­nie nie.

- Potrze­buję pomocy pani i wszyst­kich osób, które może mi pani wska­zać. Chcia­ła­bym stwo­rzyć obraz pani Sul­li­van i jej życia, zwłasz­cza w ostat­nim okre­sie. Muszę poznać ludzi, z któ­rymi się spo­ty­kała, miej­sca, które odwie­dzała, jej zain­te­re­so­wa­nia, upodo­ba­nia, wro­gów lub osoby, które miały z nią na pieńku.

Lot­tie zamil­kła, ale Bea na­dal patrzyła na nią z ocze­ki­wa­niem.

- Może mi pani pomóc? - zapy­tała poli­cjantka.

- Zro­bię, co w mojej mocy, pani inspek­tor, ale oba­wiam się, że mam nie­wiele do powie­dze­nia. Pani Sul­li­van była bar­dzo skryta, jeśli chce pani znać moją opi­nię. Więk­szość z tego, co wiem, to pogło­ski.

Detek­tyw zano­to­wała parę ogól­ni­ko­wych infor­ma­cji, w sumie nie usły­szaw­szy niczego istot­nego. Wyglą­dało na to, że usta­le­nie, kim była Susan Sul­li­van, oraz co waż­niej­sze, dla­czego i przez kogo została zabita, nie będzie takie łatwe.

* * *

James Brown otarł z czoła pot zebrany w płyt­kich zmarszcz­kach. Nie mógł uwie­rzyć, że Susan nie żyje. Z zawo­alo­wa­nych słów pani inspek­tor domy­ślił się, że została zamor­do­wana.

- O mój Boże... - wes­tchnął.

Myślał, że Susan zawsze będzie przy nim, gotowa zbie­rać szczątki za każ­dym razem, gdy on się roz­pa­dał pod cię­ża­rem ich wspól­nej prze­szło­ści.

- Susan... - wymam­ro­tał do sie­bie.

Wpa­try­wał się w ścianę o mdłym odcie­niu magno­lii, aż wzrok mu się zmą­cił, więc zamknął oczy. Czy do przed­wcze­snej śmierci Susan doszło dla­tego, że zaczęli wskrze­szać dawne tajem­nice?

Pró­bo­wał upo­rząd­ko­wać myśli. Musiał się chro­nić i wdro­żyć plan, który opra­co­wał na wypa­dek, gdyby doszło do cze­goś takiego. Przy­go­to­wał się na to, ale Susan chyba nie.

Był dość bystry, by wie­dzieć, że mają do czy­nie­nia z prze­bie­głymi, nie­bez­piecz­nymi ludźmi, więc doku­men­to­wał wszystko od samego początku. Otwo­rzył szu­fladę i wyjął cienką teczkę. Wsu­nął ją do koperty i coś na niej napi­sał. Potem wło­żył całość do więk­szej koperty, zaadre­so­wał i zakleił. Wrzu­cił prze­syłkę do kosza na pocztę. Odbiorca będzie wie­dział, czy należy to otwo­rzyć i prze­słać dalej zgod­nie z instruk­cją. Jeśli tak... cóż, on już się o tym nie dowie, prawda? Stłu­mił panikę i wyjął tele­fon.

Nie pozo­stało mu już nic innego, tylko zadzwo­nić.

Drżą­cymi pal­cami wybrał numer. Ode­zwał się moc­nym, pew­nym gło­sem, choć serce tłu­kło mu się w piersi jak osza­lałe. Ale nawet gdy mówił, wspo­mnie­nia nie chciały ucich­nąć.

- Musimy się spo­tkać - oznaj­mił.

* * *

Rok 1971

Mini­stranci wła­śnie się prze­bie­rali, kiedy do pokoju wszedł wysoki męż­czy­zna z gęstymi ciem­nymi wło­sami i gniewną twa­rzą. Naj­mniej­szy chło­piec miał naj­ja­śniej­szą cerę i włosy. Przy­po­mi­nał char­cika na dwóch nogach. Spoj­rze­nie jego prze­ra­żo­nych oczu bła­gało: "Pro­szę, nie zwra­caj na mnie uwagi". Szybko nacią­gnął wyświech­tany swe­ter na zapiętą pod szyję posza­rzałą koszulę.

Kości­sta ręka z wysta­ją­cymi żyłami wska­zała na niego.

- Ty!

Ośmio­letni chło­piec miał wra­że­nie, że zapada się w sobie. Jego dolna warga zaczęła drżeć.

- Chodź do zakry­stii. Mam dla cie­bie zada­nie.

- Ale... ale ja muszę wra­cać - wyją­kał. - Sio­stra będzie mnie szu­kała.

Otwo­rzył sze­roko oczy, a łzy zawi­sły na jego jasnych rzę­sach. W panice wyda­wało mu się, że męż­czy­zna robi się coraz więk­szy. Jak przez mgłę widział długi kiwa­jący się palec, który go przy­zy­wał. Znie­ru­cho­miał z jed­nym butem na nodze, pod­czas gdy drugi na­dal leżał pod ławką. Beżowe skar­pety zro­lo­wały się wokół jego kostek. Ela­styczne włókna spar­ciałe od zbyt wielu prań wysta­wały z mate­riału niczym patyki z pia­sku. Męż­czy­zna zro­bił krok, a jego cień padł na malu­cha, pogrą­ża­jąc go w ciem­no­ści.

Chwy­cił chłopca za ramię i powlókł przez drew­niane drzwi. Mały spoj­rzał bła­gal­nie na pozo­sta­łych mini­stran­tów, ale oni pospiesz­nie zebrali ubra­nia i ucie­kli.

Złote anioły zdo­biły naroż­niki sufitu w zakry­stii, jakby wzle­ciały tam, uwię­zły i nie mogły się ponow­nie wyrwać. Mię­dzy che­ru­binki wmie­szały się białe masz­ka­rony z ala­ba­stru o znu­żo­nych, wyczer­pa­nych twa­rzach. Chło­piec pró­bo­wał się skryć za dużym maho­nio­wym sto­łem na środku pomiesz­cze­nia. Wyda­wało mu się, że z ciem­nego drewna bije prze­szy­wa­jąca atmos­fera cier­pie­nia.

- A co my tu mamy za bojaź­liwe kocię? Zacho­wu­jesz się jak dzie­wu­cha, ty łzawa nie­dojdo! - skar­cił go męż­czy­zna.

Chło­piec wie­dział, że nikt go nie usły­szy i nie przy­bie­gnie na ratu­nek. Bywał tu już wcze­śniej.

Czarne sutanny zako­ły­sały się na wie­szaku, gdy męż­czy­zna minął je i usiadł na krze­śle w kącie. Chło­piec drżał gwał­tow­nie, a doro­sły tak­so­wał go wzro­kiem jak far­mer na targu oce­nia­jący byczka.

- Podejdź tu.

Mały nie drgnął.

- Podejdź, powie­dzia­łem.

Nie miał wyj­ścia. Ruszył ostroż­nie niczym lino­sko­czek, lekko uty­ka­jąc w jed­nym bucie.

Krzyk­nął, gdy męż­czy­zna przy­cią­gnął go mię­dzy nagie kolana i trzy­ma­jąc mocno, zaka­sał wyżej sutannę.

- Zamknij się! Masz być grzecz­nym chłop­cem w jed­nym bucie i robić, co ci każę.

- P-p-pro­szę nie robić mi krzywdy - wyję­czał mały, zale­wa­jąc się łzami. Nic nie widział, pochła­niała go ciem­ność.

Męż­czy­zna wci­snął jego głowę w zie­jącą otchłań i chło­piec zaczął się dła­wić.

Prze­ra­że­nie ści­snęło mu brzuch, wypy­cha­jąc śnia­da­nie zło­żone z wod­ni­stej jajecz­nicy. Unio­sło się niczym fala przy­pływu i eks­plo­do­wało poci­skiem żół­tej flegmy.

Męż­czy­zna zerwał się na równe nogi, na­dal trzy­ma­jąc go za włosy, i z głu­chym odgło­sem ude­rzył go w pierś, rzu­ca­jąc nim o wie­szak z ubra­niami. Chło­piec osu­nął się po ścia­nie, zupeł­nie bez­władny, zdez­o­rien­to­wany i prze­ra­żony.

Nie sły­szał nawet wyzwisk pod swoim adre­sem, kuląc się pod gra­dem sil­nych, szyb­kich cio­sów w głowę.

Krzyk­nął gło­śniej i zaniósł się szlo­chem, a potem się zmo­czył.

Anioły zapa­dły się głę­biej w zaka­marki ala­ba­stro­wego sufitu, jakby one też były prze­ra­żone.

5

Pub Caf­ferty znaj­do­wał się przy Gaol Street, dwie­ście metrów od biu­rowca rady mia­sta. Lot­tie jadła gęstą zupę z kawał­kami kur­czaka i ziem­nia­ków. Naresz­cie zaczęła się tro­chę roz­grze­wać. Boyd już pochło­nął połowę kanapki fir­mo­wej, którą mogłyby się najeść dwie prze­ciętne osoby. Ale on nie był prze­ciętny. Mógł jeść wszystko i nie przy­bie­rać ani grama na wadze. Chudy skur­czy­syn, pomy­ślała.

Było późne popo­łu­dnie i przy barze sie­działo tylko kilku twar­dzieli, któ­rzy nie prze­stra­szyli się pogody, popi­ja­jąc guin­nessa i zakre­śla­jąc zakłady konne w pomię­tych gaze­tach. Na ekra­nie ogrom­nego tele­wi­zora z wyci­szo­nym dźwię­kiem maja­czył tor wyści­gowy w Anglii. Śnieg tam nie padał.

- Bea Walsh twier­dzi, że Susan mogła być les­bijką - oznaj­miła Lot­tie.

- A ty kie­dyś pró­bo­wa­łaś to robić z kobietą? - zapy­tał Boyd, nie­świa­domy, że tro­chę sałatki cole­slaw przy­kle­iło mu się do gór­nej wargi, two­rząc pro­wi­zo­ryczny wąs.

- Nie­stety nie. Może wtedy nie drę­czy­łoby mnie to kosz­marne wspo­mnie­nie sprzed pół roku, jak wylą­do­wa­łam w twoim łóżku.

- Ha, ha, bar­dzo śmieszne - odpo­wie­dział, ale wcale nie było mu do śmie­chu.

Natych­miast pró­bo­wała wyma­zać z pamięci obraz ich pijac­kiej schadzki. Choć nie­chęt­nie, musiała przy­znać, że cie­pło jego ciała obok niej tam­tej nocy spra­wiało jej przy­jem­ność - to zna­czy na tyle, na ile pamię­tała. Od tam­tej pory nie roz­ma­wiali o tym.

- Mówiąc poważ­nie, Adam nie chciałby, żebyś była sama - dodał Boyd.

- Nie masz poję­cia, czego Adam by chciał, więc się zamknij. - Lot­tie nie­chęt­nie zare­je­stro­wała, że pod­nio­sła głos, co ozna­czało, że uwaga Boyda tra­fiła w czuły punkt.

Zamknął się i jadł dalej kanapkę, mruk­nąw­szy żar­to­bli­wie:

- Jędza.

- Sły­sza­łam to - obu­rzyła się.

- I dobrze.

- W każ­dym razie zda­niem Bei to naj­praw­do­po­dob­niej zwy­kłe plotki, ponie­waż Susan wio­dła samot­ni­czy tryb życia, a ludzie uwiel­biają wymy­ślać histo­rie o odlud­kach.

- Wróćmy do tematu. Czy to jak z nie­prak­ty­ku­ją­cymi kato­li­kami? "Byłam tam, zro­bi­łam to i uwa­żam, że to nie dla mnie"?

- Wiesz, że nie jestem les­bijką, nawet nie­prak­ty­ku­jącą.

- Niczego nie prak­ty­ku­jesz od śmierci Adama.

Lot­tie wie­działa, że Boyd poża­ło­wał tych słów, gdy tylko je wypo­wie­dział. Nie zare­ago­wała, nie chciała mu dać satys­fak­cji sar­ka­styczną odpo­wie­dzią, nawet gdyby udało jej się wymy­ślić coś odpo­wied­nio bły­sko­tli­wego. W każ­dym razie posta­no­wiła mu odpu­ścić. Przy­naj­mniej na razie.

- Dobra zupa - stwier­dziła.

- Zmie­niasz temat.

- Boyd, prze­ka­za­łam ci, co mi mówiła sekre­tarka Susan, Bea Walsh. Sul­li­van pocho­dziła z Rag­mul­lin, ale wiele lat miesz­kała w Dubli­nie, skąd dwa lata temu została prze­nie­siona tutaj. Podobno nikt nie umiał się do niej zbli­żyć. Była sku­piona na karie­rze. Haro­wała dzień i noc, poślu­biła pracę. Musiała w tym świe­cie męż­czyzn wywal­czyć sobie pozy­cję. To słowa Bei, nie moje.

- Ale chyba miała też jakieś życie poza pracą - zasu­ge­ro­wał Boyd.

- A ty masz?

- Co?

- Życie poza pracą - dopo­wie­działa Lot­tie, odsta­wia­jąc talerz po zupie.

- Nie bar­dzo. Ty też nie.

- No wła­śnie.

- Wiesz, o co mi cho­dzi.

- Kończ kanapkę, Sher­locku. Idziemy do Park­green spraw­dzić, czy Lynch i Kirby zna­leźli coś inte­re­su­ją­cego w domu Sul­li­van.

- Zamie­rzasz prze­słu­chać tego waż­niaka z rady?

- Kogo? - zdzi­wiła się Par­ker.

- Prze­wod­ni­czą­cego rady mia­sta.

- Gerry Dunne wraca dopiero jutro rano.

- Zakła­dam, że nie robi to na tobie wra­że­nia.

- Zakła­daj, co chcesz.

- Zależy, do kogo to należy.

- Czy ty kie­dyś doro­śniesz?! - ziry­to­wała się Lot­tie.

Ale Boyd miał rację. Nie była pod wra­że­niem. Podzie­lili się rachun­kiem i wyszli.

* * *

Ruszyli szyb­kim kro­kiem, idąc bli­sko sie­bie dla ochrony przed chło­dem, a para z ich odde­chów zle­wała się w jeden obłok.

Lampy uliczne odbi­jały się w śniegu i lodzie, rzu­ca­jąc żół­tawe cie­nie na witryny skle­pów. Tęgi mróz ści­nał wszystko na kość i sta­no­wił główny temat dnia. Ci, któ­rzy byli na tyle głupi, by odwa­żyć się wyjść z domu, szli pospiesz­nie, oku­tani w szale i czapki chro­niące ich przed ostrym wia­trem.

Masze­ru­jąc dziar­skim kro­kiem po śli­skim chod­niku, Lot­tie czuła, jak mroźne powie­trze prze­nika przez jej ubra­nia. Pod komi­sa­ria­tem sier­żant uru­cho­mił samo­chód. Inspek­tor wsia­dła do niego, roz­cie­ra­jąc zmar­z­nięte dło­nie.

- Włącz ogrze­wa­nie - popro­siła.

- Daj już spo­kój - odrzekł i ruszył z pośli­zgiem nie­bez­piecz­nie bli­sko ściany.

Jest doro­sły, pomy­ślała, patrząc na swoje mia­sto okryte fał­szywą czy­sto­ścią i pogrą­ża­jące się w wie­czor­nym mroku.

* * *

Susan Sul­li­van miesz­kała w sze­re­gówce usy­tu­owa­nej w ustron­nej dziel­nicy w "lep­szej czę­ści mia­sta". Jeśli taka jesz­cze w ogóle ist­niała.

Oko­lica wyda­wała się spo­kojna. Kil­koro dzieci, opa­tu­lo­nych po uszy, jeź­dziło na otrzy­ma­nych pod cho­inkę rower­kach po oblo­dzo­nej ulicy, rzu­ca­jąc ukrad­kowe spoj­rze­nia spod kolo­ro­wych cza­pek na dwa radio­wozy zapar­ko­wane przed furtką Susan, przy któ­rej para mun­du­ro­wych stała na war­cie. Samo­chód na pod­jeź­dzie pokry­wała tygo­dniowa war­stwa śniegu. Biało-nie­bie­ska taśma zwi­sa­jąca luźno z fron­to­wych drzwi wołała: "Zakaz wstępu!", choć nie umiesz­czono prze­cież na niej żad­nych napi­sów. Były to jedyne oznaki tego, że coś się stało. Lot­tie zapra­gnęła wsiąść do auta i wró­cić do domu.

Detek­tyw Maria Lynch przy­wi­tała ich przy drzwiach.

- Macie coś? - zapy­tała inspek­tor.

Cza­sami nie wie­działa, co myśleć o zawsze ele­gancko ubra­nej Marii z jej pie­go­wa­tym nosem, świ­dru­ją­cym wzro­kiem i dłu­gimi wło­sami zwią­za­nymi w dzie­cięcy kucyk. Wyglą­dała jak nasto­latka, ale ponie­waż pra­co­wała w poli­cji już od pięt­na­stu lat, musiała mieć co naj­mniej trzy­dzie­ści pięć. Była entu­zja­styczna, ale nie nad­gor­liwa. Lot­tie wie­działa, że Lynch jest wyjąt­kowo ambitna, i nie chciała dać się wcią­gnąć w pułapkę kobie­cej rywa­li­za­cji. Ale musiała przy­znać, że czuje lekką zazdrość o rodzinną sta­bi­li­za­cję kole­żanki. Lynch była mężatką, naj­wy­raź­niej szczę­śliwą. Podobno jej mąż goto­wał, sprzą­tał, a przed pracą odpro­wa­dzał dwójkę dzieci do szkoły.

- Totalne śmiet­ni­sko. Nie mam poję­cia, jak ta kobieta mogła żyć w takim baj­zlu - oznaj­miła Lynch, strze­pu­jąc kurz z wypra­so­wa­nych gra­na­to­wych spodni.

Lot­tie unio­sła brwi.

- To nie przy­staje do obrazu, jaki sobie wyro­bi­łam po odwie­dzi­nach w jej biu­rze i roz­mo­wach z ludźmi, z któ­rymi pra­co­wała.

Wraz z Boy­dem weszli do przed­po­koju. W domu było dość tłoczno. Dwóch tech­ni­ków zaj­mo­wało się swoją pracą, a Kirby grze­bał w kuchen­nym kuble, wypi­na­jąc okrą­gły zadek.

- Same śmieci - zaszem­rał głos detek­tywa. Z jego ust zwi­sało duże nie­za­pa­lone cygaro, a na gło­wie ster­czała strze­cha wło­sów przy­po­mi­na­ją­cych mopa.

Uśmiech­nął się sze­roko do Lot­tie, która odpo­wie­działa mu gniew­nym łyp­nię­ciem. Larry Kirby był roz­wie­dziony i aktu­al­nie rand­ko­wał z dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nią aktorką z mia­sta. I bar­dzo dobrze, pomy­ślała. Może przy­naj­mniej prze­sta­nie rzu­cać jej uwo­dzi­ciel­skie spoj­rze­nia. Mimo to na komi­sa­ria­cie Kirby miał opi­nię uro­czego łobuza.

- Scho­waj to cygaro - roz­ka­zała.

Zaru­mie­nił się i wło­żył cygaro do kie­szeni na piersi. Gło­śno sapiąc, otwo­rzył lodówkę, by przej­rzeć jej zawar­tość.

- I sprawdź, czy dokład­nie prze­py­tano sąsia­dów - pole­ciła mu inspek­tor. - Musimy usta­lić, kiedy widziano Susan Sul­li­van po raz ostatni.

- Już się robi - odrzekł Kirby, zatrza­sku­jąc lodówkę i wycho­dząc, żeby prze­ka­zać roz­kaz komuś innemu.

Lot­tie szybko zro­zu­miała, o czym mówiła Lynch. W zle­wie pię­trzyły się brudne naczy­nia. Na stole obok otwar­tej paczki kro­jo­nego chleba stał gar­nek z czę­ściowo obra­nymi ziem­nia­kami oraz słoik dżemu z bia­łym nalo­tem wokół kra­wę­dzi i wetknię­tym do środka nożem. Pośród całego tego bała­ganu widać było miseczkę z zaschnię­tymi reszt­kami owsianki. Nie dało się okre­ślić, czy kobieta jadła wła­śnie śnia­da­nie, czy obiad. Może jedno i dru­gie naraz. Pod­łoga była brudna, a wszystko pokry­wały okru­chy i kurz.

- Salon wygląda jesz­cze gorzej - oznaj­miła Lynch. - Chodź­cie zoba­czyć.

Par­ker wyco­fała się z kuchni i idąc we wska­za­nym kie­runku, sta­nęła w drzwiach pokoju dzien­nego.

- Kur­czę blade - jęk­nęła.

- Dobry Boże - wes­tchnął Boyd.

- Zga­dzam się - pod­su­mo­wała Lynch.

W całym salo­nie pię­trzyły się sterty gazet. Na pod­ło­dze, fote­lach, kana­pie i na tele­wi­zo­rze. Nie­które już pożół­kły, inne wyglą­dały jak nad­gry­zione przez myszy. W pokoju zale­gała gruba war­stwa kurzu. Detek­tyw pod­nio­sła gazetę z naj­bliż­szego stosu. Dwu­dzie­sty dzie­wiąty grud­nia. Czyli Sul­li­van suk­ce­syw­nie zapeł­niała pokój od naj­dal­szej ściany. Zaczęła w myślach liczyć gazety.

- Nie­zła kupa śmieci - stwier­dziła. - Wygląda na kolek­cję z co naj­mniej kilku lat.

- Ta kobieta musiała mieć poważny pro­blem psy­chiczny - rzu­ciła Lynch zza jej ple­ców.

Lot­tie pokrę­ciła głową.

- Nie umiem połą­czyć tego widoku ze ste­ryl­nym porząd­kiem w jej biu­rze. Jakby była dwiema róż­nymi oso­bami.

- Jeste­ście pewni, że to wła­ściwy dom? - zapy­tał Boyd.

Dwie pary oczu spoj­rzały na niego ze zło­ścią.

- Tylko pytam - wyco­fał się i ruszył powoli po scho­dach, schy­la­jąc głowę pod niskim sufi­tem.

- Szu­kaj­cie dalej - pole­ciła inspek­tor. - Musimy odna­leźć jej tele­fon. Dowiemy się cze­goś o jej kon­tak­tach i być może o tym, kto chciał ją zabić. Nie widzę ni­gdzie lap­topa ani kom­pu­tera.

- Poszu­kam ich. Tech­nicy już pra­wie skoń­czyli. - Detek­tyw Maria Lynch wci­snęła się do zatło­czo­nej kuchni.

Lot­tie poszła na górę. Zna­la­zła Boyda w łazience.

- Pigułki na wszystko, od bólu dupy po skurcz łok­cia - stwier­dził.

Mówił jak jej matka. Ode­pchnęła go i zaj­rzała do szafki na lekar­stwa. Przy­glą­da­jąc się opa­ko­wa­niom pro­zaku, Xanaksu i tema­ze­pamu, pomy­ślała, że Sul­li­van powinna była znaj­do­wać się pod obser­wa­cją psy­chia­tryczną, zwłasz­cza po kątem skłon­no­ści samo­bój­czych.

- Wygląda na to, że nie zaży­wała prze­pi­sa­nych leków - stwier­dziła, wal­cząc z pokusą, by scho­wać do kie­szeni kilka bli­strów Xanaksu. Jezu, wystar­czy­łyby jej na co naj­mniej trzy mie­siące.

- Bo tyle tego zostało? - zapy­tał sier­żant.

- Tak. Oxy­con­tin też.

- Co to jest?

- Mor­fina - wyja­śniła Lot­tie, przy­po­mi­na­jąc sobie zawar­tość swo­jej apteczki tuż przed śmier­cią Adama. Prze­czy­tała szcze­góły na ety­kie­cie, zapi­su­jąc w tele­fo­nie nazwę apteki, żeby ją póź­niej spraw­dzić. Rozej­rzała się po zaro­śnię­tej bru­dem łazience. Prze­ci­snęła się obok Boyda i weszła do sypialni.

- Chodź tutaj! - zawo­łała.

Dołą­czył do niej.

- Nie­wia­ry­godne... - stwier­dził.

- Co się działo w gło­wie tej kobiety, w jej życiu? - zasta­na­wiała się na głos śled­cza.

Sypial­nia wyglą­dała wręcz ste­ryl­nie czy­sto. Żad­nych rupieci czy szpar­ga­łów. Łóżko sta­ran­nie zasłano świeżą białą lnianą pościelą. Na toa­letce zero kosme­ty­ków. Drew­niana pod­łoga lśniła.

- Można się nie­mal przej­rzeć w tej pod­ło­dze - stwier­dziła Lot­tie i otwo­rzyła szu­fladę komody. Ubra­nia zło­żone z woj­skową pre­cy­zją. Zamknęła ją. Bez­czesz­cze­nie dobytku po zmar­łej nale­żało do obo­wiąz­ków kogoś innego. Ona nie chciała tego robić. Nie po Ada­mie. - Ta kobieta skła­dała się ze sprzecz­no­ści.

- I miesz­kała sama - zauwa­żył Boyd, zaglą­da­jąc do dru­giej sypialni.

Par­ker zer­k­nęła mu przez ramię. Pokój był pusty. Cztery nagie ściany i drew­niana pod­łoga. Zbita z tropu pokrę­ciła głową. Nie­wąt­pli­wie Susan Sul­li­van sta­no­wiła tajem­nicę.

Inspek­tor zeszła na dół i ponow­nie się rozej­rzała. Coś tu nie paso­wało. Coś jej umy­kało. Ale nie umiała okre­ślić co.

Musiała wyjść na dwór.

* * *

Boyd dołą­czył do niej na zewnątrz z papie­ro­sem w pal­cach.

- Dokąd teraz? - zapy­tał, zacią­ga­jąc się głę­boko.

Lot­tie z przy­jem­no­ścią ode­tchnęła dymem, a potem ziew­nęła.

- Muszę wró­cić do domu nakar­mić dzie­ciaki.

- Są nasto­lat­kami i potra­fią się sobą zająć - zaopo­no­wał. - Ty powin­naś zadbać o sie­bie.

To stwier­dze­nie nie wyma­gało odpo­wie­dzi. Było praw­dziwe.

- Chcę prze­tra­wić całą sprawę, powią­zać te nie­liczne fakty, które znamy, spró­bo­wać nadać im jakiś sens. Potrze­buję prze­strzeni.

- I znaj­dziesz ją w domu?

- Nie wymą­drzaj się.

Czuła jego bli­skość, nie tylko fizyczną, ale i umy­słową. Boyd ją iry­to­wał, a ona wbrew wszyst­kiemu zapra­gnęła, by ją przy­tu­lił i pocie­szył. Lecz w tej samej sekun­dzie zro­zu­miała, że i tak by go ode­pchnęła. Witamy w świe­cie ozię­błej Lot­tie Par­ker. Jej nastrój ide­al­nie paso­wał do pogody.

- Dziś wie­czo­rem już nic nie wskó­ramy. Idę się przejść. Do zoba­cze­nia rano. Pamię­taj, spo­tka­nie zespołu jest o szó­stej. Cor­ri­gan zamie­rza przyjść, więc się nie spóź­nij. - Nie­po­trzeb­nie to mówię, pomy­ślała. Boyd ni­gdy się nie spóź­nia.

Ruszyła samot­nie do domu oblo­dzo­nym chod­ni­kiem.

6

Dom guber­na­tora, budy­nek z dzie­więt­na­stego wieku przy­le­ga­jący do nowej sie­dziby rady mia­sta, nie­gdyś sta­no­wił część miej­skiego wię­zie­nia. Poli­cja, która teraz pil­no­wała biu­rowca, nie wie­działa, że znaj­duje się w nim przej­ście do sta­rego gma­chu.

Zacho­wano w nim lochy, które cza­sami wyko­rzy­sty­wano jako sale kon­fe­ren­cyjne, choć nie­wielu pra­cow­ni­ków odwa­żało się tam zejść. Plotka gło­siła, że ska­zani na śmierć spę­dzali w tych murach swoje ostat­nie godziny i czuć w nich było oddech potę­pio­nych dusz.

Tę histo­rię znali męż­czyźni zebrani w jed­nym z lochów, sto­jący w kręgu niczym ska­zańcy ocze­ku­jący na odro­cze­nie egze­ku­cji.

- Tego popo­łu­dnia pra­cow­nica wydziału pla­no­wa­nia, Susan Sul­li­van, zgi­nęła w podej­rza­nych oko­licz­no­ściach - powie­dział urzęd­nik. - Poża­ło­wa­nia godne wyda­rze­nie. Wstrzą­sa­jące, prawdę mówiąc. A dla nas ozna­cza spore kom­pli­ka­cje. Poli­cja naj­pew­niej dokład­nie przej­rzy całą doku­men­ta­cję. Musi­cie być przy­go­to­wani na to, że wasze nazwi­ska wypłyną w trak­cie śledz­twa i zosta­nie­cie prze­słu­chani. - Zamilkł, spo­glą­da­jąc na pozo­sta­łych. - Jeśli nasze dzia­ła­nia wyjdą na jaw, możemy zna­leźć się w gro­nie podej­rza­nych o mor­der­stwo - dodał.

- Przy­naj­mniej zabrała do grobu to, co wie­działa - rzu­cił dewe­lo­per. - Ale śledz­two rze­czy­wi­ście skie­ruje na nas świa­tło reflek­to­rów.

Ban­kier wyraź­nie zadrżał. Może dla­tego, że tem­pe­ra­tura w lochu spa­dła. Wyda­wało się, że wie­czorna ciem­ność prze­nika przez mury.

- Musimy na­dal liczyć się z Jame­sem Brow­nem - zauwa­żył.

- Bez Sul­li­van jest tylko jego słowo prze­ciwko naszemu - stwier­dził urzęd­nik. - Ale masz rację. Myślę, że trzeba opra­co­wać plan awa­ryjny na wypa­dek poten­cjal­nego śledz­twa. Nie mogą nas ze sobą powią­zać ani zorien­to­wać się w naszych dzia­ła­niach. - Zatarł ręce, pró­bu­jąc je roz­grzać.

- Nie daj­cie się zwieść - prze­strzegł dewe­lo­per. - Są bar­dzo skru­pu­latni, więc musimy być spryt­niejsi od nich. Musimy zacho­wać naj­wyż­szą czuj­ność, jeśli śledz­two popro­wa­dzi inspek­tor Lot­tie Par­ker.

- Znasz ją? - spy­tał ban­kier.

- Sły­sza­łem o niej. Roz­wią­zała sprawę tego mor­der­stwa Tra­we­lera kilka lat temu. Gro­żono jej i ją zastra­szano, ale ona nie ustą­piła. I dopa­dła wino­wajcę. Jeśli wbije zęby w tę sprawę, będzie jej pil­no­wała jak pies kości.

Duchowny się nie ode­zwał, ale urzęd­nik wie­dział, że ten czło­wiek ana­li­zuje całą sytu­ację w swoim wyra­cho­wa­nym umy­śle.

Wszy­scy otu­lili się szczel­niej weł­nia­nymi płasz­czami, przy­glą­da­jąc się sobie nie­uf­nie.

- Pano­wie, w grę wcho­dzą miliony euro. Musimy być bar­dzo ostrożni. I nie możemy się tu wię­cej spo­ty­kać. Miej­cie się na bacz­no­ści. - Urzęd­nik zakoń­czył zebra­nie. Otwo­rzył drzwi lochu i wyj­rzał na zewnątrz. Poje­dyn­cza lampa oświe­tlała opu­sto­szały pry­watny par­king.

Wycho­dzili osobno, podejrz­liwi wobec sie­bie nawza­jem.

Jeden z nich mógł być mor­dercą.

7

James Brown zapar­ko­wał czarną toyotę aven­sis na podwórku przed domem, wyłą­czył reflek­tory i wyjął klu­czyki ze sta­cyjki. Świa­tełko wewnątrz auta przy­ga­sało, a on wsłu­chi­wał się w sty­gnący sil­nik.

Zwy­kle uwiel­biał wra­cać do domu po pracy, zwłasz­cza wio­sną. Spo­kój wsi, szum drzew i widok dzie­wi­czych łąk roz­cią­ga­ją­cych się za nie­wiel­kim ogro­dem popra­wiały mu nastrój. Ogar­niało go tu poczu­cie wol­no­ści, któ­rego rzadko zazna­wał gdzie­kol­wiek indziej. Jed­nak nie teraz. Tego wie­czoru był smutny i zły. Smutny z powodu Susan, a zły, bo odtrą­cił go czło­wiek, do któ­rego zadzwo­nił. Skon­tak­to­wał się z nim, by spraw­dzić, czy wie coś o śmierci Susan. Ale gdy tylko zaczął mówić, męż­czy­zna się roz­łą­czył. Może mimo wszystko zadzwo­nił do nie­wła­ści­wej osoby.

Zaci­snął dło­nie na kie­row­nicy i ude­rzył w nie głową. Susan ode­szła. Z tru­dem to sobie uświa­da­miał. Przez te wszyst­kie lata rato­wała go przed demo­nami, a on ją zawiódł.

Nie chciał wysia­dać z samo­chodu. Tutaj czuł się bez­piecz­nie i mógł roz­my­ślać o tym, jak tulili się z Susan jako dzieci, ona szep­tała mu do ucha, że ma być silny, zacho­wać spo­kój i dumę, a on chli­pał w jej ramio­nach niczym prze­stra­szone kocię. Przy­po­mniał sobie, że to Susan nauczyła go odpo­wied­nio ście­lić łóżko, skła­dać ubra­nia i zbie­rać papro­chy z pod­łogi, by utrzy­mać ją w ide­al­nej czy­sto­ści. Póź­niej popa­dła w obse­sję na punk­cie porządku w sypialni. Ale kto mógłby ją winić? Myślał o wszyst­kim, co widzieli i o czym ni­gdy nie roz­ma­wiali, i w ciszy pła­kał nad nią, nad wspól­nymi wspo­mnie­niami i nad jej dobro­cią. Teraz musi sta­nąć na wła­snych nogach i być silny. Choćby dla Susan, jeśli nie z innych powo­dów.

W końcu prze­marzł do szpiku kości, więc zmu­sił się, by wysiąść z auta. Zabraw­szy nese­ser z tyl­nego sie­dze­nia, wszedł na podwórko pokryte war­stwą śnież­nego puchu i klik­nął w pilota, by zamknąć samo­chód. Księ­życ szy­ko­wał się do wej­ścia w następną fazę, a Jame­sowi jego blask wydał się dziw­nie przy­tłu­miony.

Wtem ujrzał przed sobą cień, więc popa­trzył w górę zmru­żo­nymi oczami, spo­dzie­wa­jąc się, że zoba­czy chmurę prze­sła­nia­jącą księ­życ. Ale na roz­gwież­dżo­nym mroź­nym nie­bie nie było chmur. Przed nim stała wysoka postać w skry­wa­ją­cej twarz masce nar­ciar­skiej, spod któ­rej błysz­czała tylko para ciem­nych oczu.

James odsko­czył, upusz­cza­jąc aktówkę, i przy­po­mniał sobie, że tele­fon zosta­wił w samo­cho­dzie. Nie zdąży po niego się­gnąć.

- Czego... czego chcesz? - Język miał odrę­twiały, a strach spły­wał mu po twa­rzy wraz z kro­plami potu, które ście­kały po nosie i zawi­sały na jego koniuszku. Co mógł zro­bić? Nie potra­fił zebrać myśli.

- Nie powi­nie­neś był się w to mie­szać... - wyce­dził męż­czy­zna cichym, groź­nym gło­sem.

James krę­cił głową, zasta­na­wia­jąc się, dla­czego nie zauwa­żył samo­chodu, kiedy pod­jeż­dżał. Teraz dostrzegł błysk karo­se­rii za dębem po pra­wej. Kim był ten czło­wiek? Skąd wie­dział, gdzie ukryć auto?

- Co? O co cho­dzi? - wyszep­tał, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę w śniegu i wpa­tru­jąc się w potężną postać. Wtem ośle­piło go świa­tło latarki, którą intruz trzy­mał w dłoni okry­tej ręka­wiczką.

- Ty i ta twoja przy­ja­ciółka naro­bi­li­ście kło­po­tów. Nie po raz pierw­szy.

- Moja przy­ja­ciółka? - zapy­tał James, choć wie­dział, że cho­dzi o Susan.

Męż­czy­zna się zaśmiał, chwy­cił go za łokieć i popchnął ścieżką. Brown poczuł, że gar­dło mu się zaci­ska, a oddech przy­spie­sza. Niebo zasnuło się chmu­rami i śnieg zaczął padać wiel­kimi okrą­głymi płat­kami.

- Czego chcesz? - Strach Jamesa szybko prze­ro­dził się w panikę, a jego mózg zwi­nął się niczym śli­mak w sko­ru­pie. Musiał myśleć szybko i prze­jąć kon­trolę nad sytu­acją. Mógłby wołać o pomoc, gdyby tylko jego głos nie ugrzązł gdzieś głę­boko w piersi. Poza tym wie­dział, że nikt go nie usły­szy. W pro­mie­niu trzech kilo­me­trów nie było żad­nego domu.

Może powi­nien spró­bo­wać uciec? Nie. Napast­nik był wyż­szy, szer­szy w ramio­nach i wyglą­dał na o wiele sil­niej­szego. James czuł się przy nim jak owad w szczę­kach pająka.

Panika wez­brała, zatrzy­mu­jąc go w miej­scu po kilku kro­kach. Nie mógł iść dalej. Czuł się, jakby miał tylko jeden but na nodze. Męż­czy­zna też sta­nął i wyjął z kie­szeni sznur. To wystar­czyło.

James rzu­cił się do przodu, zaska­ku­jąc oprawcę, który puścił jego łokieć i się wywró­cił. Latarka wpa­dła w śnieżną zaspę. Brown, śli­zga­jąc się, ruszył do fron­to­wych drzwi, jedną ręką szu­ka­jąc w kie­szeni klu­cza. Lód za nim zachrzę­ścił. Już wło­żył klucz do zamka, kiedy męż­czy­zna zarzu­cił ramię na jego szyję, mocno zaci­snął i przy­cią­gnął do swo­jego twar­dego torsu.

James szar­pał się gwał­tow­nie i po chwili udało mu się nieco roz­luź­nić chwyt, lecz nagle dostał cios w tył czaszki. Jego głowa eks­plo­do­wała bólem.

- Nie powi­nie­neś był tego robić! - krzyk­nął napast­nik.

Jame­sowi wyda­wało się, że roz­po­znaje ten głos, pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć skąd, jed­nak nie umiał. Odwró­cił się i rzu­cił do ucieczki, lecz poczuł, jak sznur oplata mu szyję, a szorstki nylon wrzyna się w skórę. To może być jego ostat­nia szansa.

Wyrzu­ca­jąc ramię do tyłu, ude­rzył męż­czy­znę, ale jego ręka odbiła się od twar­dego brzu­cha. Ból prze­szył mu łokieć, pro­mie­niu­jąc aż do barku. Jed­nak sznur się polu­zo­wał, a Brown upadł na zie­mię. Odwró­cił się i dźwi­gnął na kolana. Ucie­kać, musiał ucie­kać... Lecz nie miał siły wstać. Zaczął krzy­czeć. Naj­gło­śniej, jak potra­fił przez ści­śnięte stra­chem gar­dło.

- Ratunku! Pomocy! - Nio­sący się echem wśród drzew głos brzmiał, jakby nale­żał do kogoś obcego.

Sznur się zaci­snął. James usi­ło­wał wcze­pić się rękoma w zamar­z­niętą zie­mię. Pró­bo­wał się opie­rać. Chciał znów krzyk­nąć, ale napięta lina wpi­jała się w jego szyję i nie­malże odci­nała dopływ powie­trza. Co mógł zro­bić? Mówić, pomy­ślał. Muszę go skło­nić do mówie­nia. Prze­stał się opie­rać, lecz w tym momen­cie męż­czy­zna zacią­gnął sznur moc­niej.

- Idziemy - powie­dział.

Popro­wa­dził Jamesa w stronę dębu, któ­rego konary rzu­cały demo­niczne cie­nie na bie­lone ściany. Stały pod nim dwa kute meta­lowe krze­sła, na któ­rych w lecie można było przy­siąść w cie­niu. Teraz, pokryte kop­czy­kami śniegu, wyglą­dały dziw­nie nie na miej­scu.

- Co ty... robisz? - zapy­tał Brown, gdy nacisk liny nieco zelżał.

Męż­czy­zna wyrzu­cił jeden jej koniec w górę, prze­wie­sza­jąc przez konar pokryty pomarsz­czoną korą. James modlił się, by chmura prze­sło­niła księ­życ, pogrą­ża­jąc ogród w zupeł­nej ciem­no­ści. Jego wzrok przy­wykł już do pół­mroku i widział teraz zbyt wiele. Umysł wypeł­niały mu irra­cjo­nalne myśli i ode­rwane od sie­bie cha­otyczne obrazy. W jed­nym z nich ujrzał matkę, któ­rej ni­gdy w życiu nie widział. Umrę, pomy­ślał. On mnie zabije, a ja nic nie mogę na to pora­dzić. Jego ciało drżało w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób. Potrze­bo­wał Susan. Ona zawsze wie­działa, co robić. Męż­czy­zna obró­cił się i James spoj­rzał w zama­sko­waną twarz, w gore­jące oczy - i roz­po­znał je. Oczy, któ­rych ni­gdy nie mógł zapo­mnieć, które zapa­mię­tał na zawsze.

- To ty... Susan... ty... - wyją­kał. - Znam cię. Pamię­tam...

James wal­czył coraz sła­biej, pró­bu­jąc się wyrwać, ale każdy jego ruch koń­czył się sil­niej­szym napię­ciem liny. Teraz sobie przy­po­mniał. Czy było za późno? Pró­bo­wał zna­leźć słowa, by powstrzy­mać tego czło­wieka.

- Wtedy... noc świec... pas...

- Myślisz, że jesteś sprytny. Ale kie­dyś taki nie byłeś, co? Wtedy bro­niła cię dziew­czyna. Koniec z tym. - Twardy głos napast­nika mógłby kru­szyć lód. Jego oczy znie­ru­cho­miały.

James zaczął sza­leń­czo szar­pać za sznur, łapał i cią­gnął, wci­skał pod niego palce, aż z wysiłku zebrało mu się na mdło­ści. Nie mógł zła­pać tchu, lecz na­dal pró­bo­wał się wyzwo­lić. Kopał mocno, wzbi­ja­jąc w powie­trze tumany śniegu. Musiał prze­żyć. Wezwać pomoc. Miał przed sobą całe życie. W roz­pacz­li­wym wysiłku, by prze­chy­trzyć prze­ciw­nika, zawisł bez­wład­nie, żeby tam­ten nie mógł go pod­cią­gnąć w górę.

- Stań na krze­śle - pole­cił męż­czy­zna, jed­nym ruchem ręki zgar­nia­jąc śnieg.

James trwał w bez­ru­chu jak zahip­no­ty­zo­wany, lina żło­biła bruzdę w jego szyi, a cie­pło ciała oprawcy para­li­żo­wało jego zmy­sły. Czuł w ustach słony posmak. Męż­czy­zna objął go ramio­nami, uniósł i posta­wił na ogro­do­wym krze­śle, które zapa­dło się w śnieg, zachy­bo­tało się, a potem sta­nęło równo. Zanim James zdą­żył zesko­czyć, męż­czy­zna pod­cią­gnął linę na gałęzi.

Śnieg sypał coraz szyb­ciej i gęściej. James się zachwiał, gdy męż­czy­zna sta­nął na dru­gim krze­śle i zawią­zał sznur.

- Powi­nie­neś zawi­snąć na jabłoni, ale jej gałę­zie są zbyt kru­che. Musi wystar­czyć ten dąb.

Lina mocno obej­mo­wała gruby konar. Pada­jący śnieg prze­sła­niał księ­życ, ale mimo to jego blady blask padł na ogród. Ośnie­żone gałę­zie drżały pod dodat­ko­wym cię­ża­rem, a James bez­gło­śnie bła­gał o litość.

Zanim zdo­łał zmu­sić ciało do jakie­goś dzia­ła­nia, męż­czy­zna kop­nął krze­sło, które wywró­ciło się na pokrytą śnie­giem zie­mię.

Do płuc Jamesa prze­stało docie­rać powie­trze, język wysu­nął się z jego sinych ust, a białka oczu pokryły sia­teczką pęk­nię­tych naczyń krwio­no­śnych. James ujrzał, jak księ­życ tań­czy na nie­bie w milio­nach bia­łych roz­bły­sków. Wyda­wało mu się, że czuje zapach jabłek. Jego ciało zako­ły­sało się bez­wład­nie, a jelita się opróż­niły. Nim białe świa­tła stały się czer­wone, usły­szał skrzy­pie­nie odda­la­ją­cych się kro­ków, a potem ogar­nęła go ciem­ność.

Roz­pę­tała się gwał­towna śnie­życa. Oble­pione śnie­giem ciało zlało się z bia­łym tłem, sty­gnąc po śmierci.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki