Dzień pierwszy
Początek października 2015 roku
1
Wieczór to najlepsza pora do nauki. Kieliszek wina w dłoni, delikatna
muzyka sączy się z telefonu podpiętego do ładowarki, żaluzje zaciągnięte
do połowy, pola za domem spowite ciemnością. Światło odbija się od
kieliszka, widać wszystko dookoła. Tylko ona i książki. W swoim własnym
domu. Bezpieczna.
Marian Russell przyznawała sama przed sobą, że socjologia nie jest
kierunkiem dla niej, ale uwielbiała zajęcia z genealogii. Wszystkie inne
przedmioty okazywały się za trudne na jej głupi mózg. Naprawdę była
głupia. Arthur wciąż jej to powtarzał, więc teraz już prawie w to
wierzyła. Choć w głębi duszy wiedziała, że to nieprawda.
Uśmiechając się do siebie, wzięła dwie tabletki, połknęła je, popijając
winem, i zapaliła papierosa. Od kiedy udało jej się zdobyć sądowy zakaz
zbliżania się przez męża, zaczęła na nowo przejmować kontrolę nad
własnym życiem. Pomogła umowa o pracę na dwadzieścia pięć godzin w tygodniu w supermarkecie, dostała też samochód. Łajdak stracił prawo
jazdy, więc za bardzo o niego nie walczył. Udało jej się namówić mamę do
przepisania na nią domu, zanim przeprowadziła ją do mieszkania. W ostatniej chwili. No i miała studia. I wino. I tabletki.
Frontowe drzwi otworzyły się, a następnie zamknęły.
- To ty, Emma? - rzuciła Marian przez ramię. Pomyślała, że pora
porozmawiać z córką. Emma miała siedemnaście lat i zaczynała luźno
podchodzić do ustalonych pór powrotu. Marian zerknęła na zegarek. Nie
było jeszcze dziewiątej.
Wypiła łyk wina.
- Gdzie byłaś?
Cisza. Niezależnie od tego, w jakie kłopoty Emma by się władowała, nigdy
nie traciła tupetu. Ma to po ojcu? Nie, Marian wiedziała, po kim to
odziedziczyła.
Wstała i odwróciła się w stronę drzwi. Kieliszek wypadł jej z dłoni.
- To ty!
2
Carnmore to spokojna dzielnica położona na peryferiach Ragmullin.
Biegnąca przez jej środek droga kiedyś była główną arterią miasteczka,
jednak po wybudowaniu obwodnicy korzystają z niej głównie mieszkańcy
albo ci, którzy pamiętają o jej istnieniu i chcą objechać korki. Dwa
znajdujące się tu domy dzieli prawie pięćset metrów, a przy ulicy świeci
się co trzecia latarnia. W taką noc jak ta, w ulewnym deszczu, Carnmore
wyglądało na ponure i opuszczone. Stojące w czarnej, błotnistej teraz
ziemi drzewa strząsały z mokrych gałęzi ostatnie liście.
Zanim na miejscu zjawili się inspektor Lottie Parker i sierżant Mark
Boyd, zdążono już rozciągnąć policyjną taśmę. Dwa radiowozy zaparkowano
tak, żeby osłaniały dom przed wzrokiem ewentualnych gapiów. Ale wokół
panował spokój, jeśli nie liczyć ruchu funkcjonariuszy.
Lottie spojrzała na Boyda. Pokręcił przecząco głową. Miał ponad metr
osiemdziesiąt oraz szczupłą i wysportowaną sylwetkę. Jego włosy, niegdyś
czarne, a teraz przyprószone siwizną, były wygolone równo wokół lekko
odstających uszu.
- Chodź - powiedziała - nie stójmy w tym deszczu. Nie cierpię zgłoszeń
późną nocą.
- A ja nie cierpię spraw rodzinnych - dodał sierżant i postawił kołnierz
płaszcza.
- To może być włamanie. Włamanie, przy którym coś poszło nie tak.
- Na tym etapie to może być wszystko, ale mąż Marian Russell, Arthur, od
ostatnich dwunastu miesięcy miał zakaz zbliżania się do żony - odrzekł
Boyd, czytając z kartki, po której spływały krople deszczu. - I dwa razy
się do niego nie zastosował.
- Co wciąż nie oznacza, że to jego sprawka. Musimy zbadać miejsce
zbrodni.
Inspektor postawiła kołnierz puchowej kurtki. Miała nadzieję, że zima
nie będzie tak ciężka jak rok wcześniej. Październik potrafi być piękny,
ale teraz prognoza wskazywała na burzę, ostrzeżenie miało kolor
pomarańczowy, a meteorolodzy przewidywali, że za chwilę zmieni się na
czerwony. Położonemu wśród jezior miasteczku Ragmullin groziły powodzie,
a od dwóch tygodni padało tyle, że Lottie miała już serdecznie dość tego
deszczu.
Po pobieżnych oględzinach samochodu na podjeździe podeszła bliżej domu.
Drzwi stały otworem. Wejścia pilnował umundurowany policjant. Rozpoznał
ją i kiwnął głową.
- Dobry wieczór, pani inspektor. To nie wygląda dobrze.
- Widziałam już tyle makabrycznych scen przez ostatni rok, że raczej nic
mnie nie zaskoczy. - Parker wyjęła z kieszeni parę rękawiczek
ochronnych, dmuchnęła w nie i próbowała naciągnąć na przemoczone dłonie.
Z torebki wydobyła też jednorazowe nakładki na buty.
- Jak napastnik dostał się do środka? - spytał Boyd.
- Zamek jest nietknięty, więc mógł mieć klucz - odpowiedziała Lottie. -
No i nie wiemy jeszcze, czy to w ogóle "on".
- Arthur Russell miał zakaz zbliżania się. Nie powinien mieć klucza.
- Boyd... Może dasz mi szansę?
Lottie pochyliła się i przyjrzała krwawym odciskom butów, które
prowadziły wzdłuż korytarza do miejsca, w którym stała.
- Krew na całej długości w stronę wyjścia.
- W obie strony - poprawił Boyd, wskazując na ślady.
- Napastnik wrócił do drzwi, żeby coś sprawdzić czy żeby kogoś wpuścić?
- Technicy z SOCO mogą ściągnąć wzory podeszw. Uważaj, gdzie stawiasz
stopy.
Parker rzuciła mu gniewne spojrzenie, przechodząc ostrożnie wzdłuż
korytarza. Prowadził do małej staromodnej kuchni, najwidoczniej niedawno
wyremontowanej. Policjantka nie weszła jednak dalej, zadrżała na widok,
który miała przed sobą. Cieszyła się, że ma za sobą Boyda. Jego obecność
nie pozwalała jej zwątpić we własne człowieczeństwo w obliczu tak
nieludzkiego widoku.
- Musieli stoczyć niezłą walkę - skomentował.
Drewniany stół wywrócono do góry nogami. Piętrzyły się na nim dwa
krzesła, jedno miało trzy odłamane nogi. Na podłodze leżały książki i papiery, a także telefon i laptop z ekranami popękanymi w drobną
pajęczynkę, jakby ktoś po nich deptał. Każdy przedmiot, który nie był
przytwierdzony na stałe, został zmieciony z kuchennego blatu. Sosy i zupy spływały po frontach szafek, z kranu w zlewie płynęła woda.
Lottie przeniosła wzrok z tego świadczącego o brutalnej walce chaosu na
ciało. Leżało twarzą do dołu, w niewielkiej kałuży krwi. Krótkie brązowe
włosy skleiły się w miejscu rany głowy - krew, kość i mózg były
doskonale widoczne. Prawa noga wyginała się pod nienaturalnym kątem, tak
samo lewa ręka. Spódnica była rozdarta, a czerwona koszulka przedarta na
plecach.
- Siniaki przy kręgosłupie - stwierdził Boyd.
- Ciężkie pobicie - wyszeptała Parker. - To wymiociny? - Spojrzała w dół
na breję znajdującą się kilka centymetrów od jej stóp.
- Córka Marian Russell była... - zaczął Boyd.
- Nie. Nie mogła wejść do środka. Zapomniała klucza do drzwi frontowych,
a tego od tylnych drzwi nie miała. Krzyczała do matki przez otwór na
listy. Pobiegła na tyły domu. Potem poszła z powrotem w stronę ulicy do
domu przyjaciółki, zadzwoniła po pomoc. Tyle jest w raporcie.
- Jeśli nie weszła do środka, w takim razie porzygał się ktoś od nas -
powiedział Boyd.
- Nie musisz być aż taki dosłowny. Widzę to. - Lottie chciała przeczesać
ręką włosy, rękawiczki pękły. - Gdzie jest teraz córka?
- Emma? U sąsiadki.
- Biedna dziewczyna. Musiała na to patrzeć.
- Przecież nie widziała...
- W raporcie napisano, że spojrzała przez okno w tylnych drzwiach, Boyd.
Zobaczyła wystarczająco dużo, żeby już nigdy w życiu nie zasnąć
spokojnie.
- A jak ty sypiasz? Tyle się naoglądałaś w pracy. Ja wdeptuję stres w pedały roweru, ale jak ty sobie radzisz?
- Teraz nie czas na takie rozmowy. - Lottie nie podobały się sondujące
pytania Marka. Wystarczająco dużo o niej wiedział.
Wchodząc do kuchni, zdała sobie sprawę, że wkraczają na miejsce zbrodni,
które dodatkowo naruszyły już osoby udzielające pierwszej pomocy.
- Technicy są już w drodze?
- Będą za jakieś pięć minut - odpowiedział sierżant.
- Skoro na nich czekamy, to zastanówmy się, co tu się wydarzyło.
- Mąż się włamał...
- Jezu, Boyd! Możesz przestać? Nie wiemy, czy to był mąż.
- Oczywiście, że tak.
- Okej, powiedzmy, że się zgadzam. Najważniejsze pytanie brzmi:
dlaczego. Co go do tego skłoniło? Ma zakaz zbliżania się do rodziny od
dwunastu miesięcy i teraz nagle mu odbija? Czemu dzisiaj wieczorem? -
Lottie w zastanowieniu ssała wargę. Coś się nie zgadzało w tym, co
widziała przed sobą. Ale nie potrafiła określić co. Przynajmniej na
razie. - Czy znaleziono Arthura Russella?
- Nie ma po nim śladu. Ustawiono punkty kontrolne. Drogówka ma numer
rejestracyjny pojazdu. Z naszych danych wynika, że odebrano mu prawo
jazdy, ale brakuje samochodu, więc możemy przyjąć, że go zabrał.
Znajdziemy go - obiecał Boyd.
- Jeśli twoja hipoteza jest trafna, to do kogo należy wóz na podjeździe?
- Właśnie sprawdzają numer rejestracyjny.
Inspektor odwróciła się, usłyszawszy ruch za plecami. Jim McGlynn,
kierownik ekipy technicznej, dotarł do niej dwoma susami, w jednej ręce
dźwigając ogromną i ciężką walizę.
- Czy wy nie idziecie niedługo na emeryturę? - zapytał.
Lottie przycisnęła się do ściany, żeby go przepuścić.
- Nie, a co?
- Śmierć za wami chodzi. Zostańcie na zewnątrz, dopóki nie powiem, że
możecie wejść.
Zgrzytając zębami, Parker z trudem zatrzymała dla siebie słowa, które
cisnęły jej się na usta, i posłusznie czekała, aż zespół McGlynna
rozłoży metalowe platformy do chodzenia, żeby nie zanieczyszczać jeszcze
bardziej miejsca zbrodni. Obserwowała Boyda, który nerwowo gładził się
po twarzy. Widać było, że aż go skręca, żeby coś odpowiedzieć. Lottie
położyła palec na ustach i syknęła.
- Za kogo on się uważa? - wyszeptał jej do ucha Mark.
- W tej chwili za naszego najlepszego przyjaciela - odpowiedziała.
W milczeniu obserwowali zespół techników przy pracy. Jakieś dwadzieścia
pięć minut później pojawiła się Jane Dore - patolog sądowa - i McGlynn w końcu odwrócił ciało.
W tej właśnie chwili Lottie zdała sobie sprawę, co jej nie pasowało. To
nie była Marian Russell, a dużo starsza kobieta.
- Kto to, do cholery, jest? - spytał Boyd.
3
- Tępy uraz tylnej części głowy. - Jane Dore zdjęła swój roboczy
kombinezon i wrzuciła go do torby trzymanej przez asystentkę. Patolog
miała metr pięćdziesiąt, ale mikry wzrost nadrabiała wysokimi
kompetencjami. - Znajdźcie narzędzi zbrodni i będę w stanie stwierdzić,
czy rana powstała od niego.
- Co to może być? - zapytała inspektor.
- Coś twardego i zaokrąglonego.
- Mogłabyś nam powiedzieć coś jeszcze? - Parker starała się, żeby jej
ton nie był zbyt błagalny. - Wciąż musimy ją zidentyfikować.
- Nie mam pojęcia, kim jest ofiara. Ustalę termin sekcji na ósmą jutro
rano. Może ciało coś nam powie. Przyjdźcie, sami zobaczcie.
- Będę, dzięki. - Lottie obserwowała, jak Jane Dore wychodzi na deszcz,
a kierowca trzyma parasol nad jej głową.
- Na poręczy schodów wisi damski płaszcz. Jest wilgotny - zwróciła się
do Boyda, stojącego przed wejściem. Zapalił dwa papierosy i podał jej
jednego.
- No i?
Wciągnęła dym w płuca. Nie paliła papierosów. Nie nałogowo. Tylko wtedy,
kiedy Boyd ją częstował. Przydałaby się podwójna wódka, pomyślała.
Próbowała przestać pić wiele razy, ale przez ostatnie kilka miesięcy
coraz częściej wracała do starych nawyków. Zaciągnęła się mocno i wypuściła dym, kaszląc.
- Kimkolwiek jest ta kobieta, to najwyraźniej przyszła z wizytą i być
może przeszkodziła napastnikowi. To musi być jej płaszcz - stwierdziła.
- Okropna noc na towarzyskie spotkania - skomentował sierżant.
- Nie widzę za to torebki. Nie mamy nic, co mogłoby nam powiedzieć, kim
ona jest.
- Ktoś ją będzie znał.
- Gdzie jest Marian Russell? Według zeznań córki była tutaj, kiedy Emma
poszła do przyjaciółki.
- Gdzie mieszka ta przyjaciółka?
- W następnym domu.
- Jakiś kilometr stąd - powiedział Boyd.
- Bardziej kilkaset metrów - poprawiła go Lottie.
- Jest ciemno i mokro. Czemu pozwoliła dziecku wracać do domu pieszo?
- Emma Russell ma siedemnaście lat. - Parker zgasiła papierosa, który
trzymała koniuszkami palców, i podała go Boydowi. Wrzucił oba niedopałki
do paczki papierosów. - Musimy znaleźć Marian Russell - dodała.
- Kirby nad tym pracuje.
- Zajrzyjmy na podwórko.
- Powiem McGlynnowi, żeby zapalił światła na zewnątrz. - Sierżant wszedł
do środka.
Deszcz osłabł trochę, ale mimo to Lottie brodziła w kałużach, kiedy
zmierzała w stronę szczytu domu. Budynek wyglądał jak klasyczna wiejska
konstrukcja, ale po gospodarstwie nie było już śladu. Szeroki żywopłot
wyznaczał granice jej pola widzenia, które w ciemności i tak było
ograniczone.
Wyszła na tył domu, zewnętrzna lampa na ścianie zapaliła się i wypełniła
przestrzeń bursztynową barwą.
- O Boże - powiedziała.
Boyd wyszedł tylnymi drzwiami.
- Co znalazłaś?
Na ziemi tuż przy drzwiach leżał kij bejsbolowy, deszcz spłukiwał z niego krew. Obok leżała staromodna czarna skórzana torebka, metalowa
klamra była otwarta, a zawartość rozsypana na kostce brukowej.
- Oto i narzędzie zbrodni - orzekł Boyd. - Ktoś się spieszył.
- A jeśli to nie jest torebka Marian, w takim razie należy do ofiary.
Lottie kucnęła i palcami w rękawiczce ostrożnie odwróciła plastikową
kartę leżącą na podmokłej ziemi.
- Karta krwiodawcy. Tessa Ball - przeczytała. Imię i nazwisko uruchomiło
nerw pamięci w jej mózgu. Ale jednocześnie była przekonana, że nigdy nie
spotkała Tessy Ball.
- Co robicie z moim miejscem zbrodni? - Wysoka sylwetka McGlynna
górowała nad nią w otwartych drzwiach. - Nie dotykajcie niczego. Muszę
najpierw wszystko sfotografować - dodał i krzyknął do ekipy, że
potrzebuje namiotu.
- Dobrze, dobrze. - Inspektor się podniosła. - Nie wściekaj się - dodała
szeptem.
Usunęła się z drogi McGlynnowi i poszła za Boydem z powrotem na przód
domu.
- Musimy porozmawiać z Emmą - powiedziała.
- Musisz zwolnić obroty - odrzekł sierżant.
- Tak zrobię, kiedy tylko się dowiem, kto zabił tę starą kobietę.
4
Długie i cienkie włosy Emmy Russell spływały jej na ramiona. Lottie
obserwowała, jak oczy dziewczyny śledziły ją zza okularów w zwyczajnej
oprawce. Za krzesłem, na którym siedziała Emma, stanęła kobieta.
- Bernie Kelly - powiedziała. - Proszę usiąść.
- Dziękuję za opiekę nad Emmą - powiedziała inspektor, siadając na
kanapie. Przedstawiła siebie i Boyda. - Kiedy tylko będę mogła, wyznaczę
funkcjonariusza do kontaktów z rodziną - kontynuowała. - Czy jesteś w stanie z nami porozmawiać, Emmo?
Dziewczyna wyprostowała się na fotelu, ręce trzymała na dżinsach, w dłoniach miętoliła chusteczkę. Skinęła potakująco.
Salon był mały i smutny, wypchany meblami i bibelotami. W kominku mocno
palił się węgiel, a Lottie wydawało się, że gorąco popycha na nich
ściany. Aromatyczny olejek nie pomagał wcale na zapach dymu.
- Wiem, że przeżyłaś ogromny szok - powiedziała. - Ale to ważne, żebyśmy
porozmawiali tak szybko, jak to możliwe.
- Okej - wyszeptała Emma.
- Na początek powiedz, czy znasz kobietę, która nazywa się Tessa Ball?
W ciągu ostatniego kwadransa udało im się zidentyfikować ofiarę dzięki
prawu jazdy znalezionemu w torebce. A numery rejestracyjne potwierdziły,
że samochód też do niej należał.
- To moja babcia - powiedziała Emma, podnosząc głowę.
- Twoja babcia? - Lottie odwróciła się w stronę Marka. On aż się
wyprostował.
- O Boże! - Emmie na moment zabrakło tchu. - To była ona, prawda? To ona
tam leżała... na podłodze w kuchni. Kto mógłby jej zrobić coś takiego?
- Tak mi przykro. Nie wiedziałam - powiedziała policjantka, krytykując
się w myślach. - Możesz mi powiedzieć, co widziałaś?
- Ja... sama nie wiem. - Łzy zaczęły płynąć Emmie po policzkach. Zdjęła
okulary, wytarła je kawałkiem porwanej chusteczki, potem ruchem ramienia
zrzuciła rękę, którą trzymała tam Bernie.
- Jesteś pewna, że dasz radę o tym porozmawiać? Bardzo mi przykro, ale
musimy działać niezwłocznie. - Lottie poczuła szturchnięcie Boyda w żebra. Odsunęła się od niego o centymetr, ale dalej już nie była w stanie uciec.
- Musicie znaleźć moją mamę.
- Nasi ludzie jej szukają. Masz może pomysł, gdzie mogłaby być?
- Nie wiem.
- Dobrze, Emmo, potrzebuję twojej pomocy, żeby ustalić, co się stało.
Dziewczyna spojrzała na nią rozszerzonymi oczami.
- Ja nic nie wiem.
- Opowiedz mi, jak spędziłaś wieczór. Zacznij od początku.
- Czy musimy to robić teraz? - zapytała Bernie, a jej dłoń znowu
delikatnie opadła na ramię Emmy.
- Robię, co w mojej mocy, żeby dowiedzieć się, co się stało twojej
babci, i żeby odnaleźć twoją matkę. - Lottie skierowała odpowiedź do
Emmy. - Może pamiętasz coś, co tobie wydaje się bez znaczenia, ale co
tak naprawdę może nam pomóc. Czy to jest dla ciebie okej? - Opuściła
głowę i próbowała spojrzeć dziewczynie w oczy.
Emma z wahaniem zaczęła mówić:
- Po szkole wróciłam do domu i poszłam do mojego pokoju. Odrobiłam
lekcje. Słyszałam, jak mama wróciła około piątej. Zawołała mnie na
kolację o szóstej. Zjadłyśmy lazanię. Taką gotową. Straszne gówno, ale
zjadłam ją, żeby była zadowolona. Powiedziała, że musi pouczyć się na
swoje głupie zajęcia. Przyjęłam, zrobiłam sobie kawę i przez kilka minut
siedziałam w salonie, aż zadzwoniła Natasha i przyszłam tu do niej.
Oglądałyśmy telewizję. To wszystko.
- O której wróciłaś do domu? - zapytała Parker, spoglądając na Boyda,
żeby upewnić się, że robi notatki.
- Mama powiedziała, że mam być w domu o dziewiątej, ale byłam z powrotem
jakoś wpół do jedenastej. Zwykle nie ma nic przeciwko, kiedy się
spóźniam, jeśli wie, gdzie jestem. Nie mogłam znaleźć klucza. To żaden
problem, bo mama spędza wieczory w domu... - nagle urwała i spojrzała na
śledczą. - Gdzie ona jest?
- To właśnie próbujemy ustalić - powiedział Boyd.
- Czemu jej nie szukacie, tylko siedzicie tu i zadajecie mi głupie
pytania? - Emma zwiesiła głowę. - Przepraszam.
- Wiem, że jesteś zdenerwowana, Emmo. - Lottie wyciągnęła dłoń, żeby
dotknąć ręki dziewczyny.
Emma ją chwyciła.
- Znajdźcie moją mamę, proszę.
- To bardzo trudne, wiem - powiedziała Parker, ściskając dłoń Emmy - ale
czy możesz mi powiedzieć, co zrobiłaś, kiedy wróciłaś do domu?
Emma cofnęła dłoń, pociągnęła nosem, potem go potarła.
- Zadzwoniłam dzwonkiem. Nikt nie otwierał. Poszłam na tył domu.
Spojrzałam przez okno w górnej połowie drzwi. Zobaczyłam... Zobaczyłam...
- Świetnie sobie radzisz - zachęcił Boyd.
- Nie, wcale nie! Co pan o tym może wiedzieć? To było straszne.
Zobaczyłam kobietę w takim stanie - na podłodze w kuchni. A teraz
mówicie mi, że to moja babcia. Kto jej to zrobił? Kto ją zabił? I gdzie
jest moja mama?
No właśnie, gdzie?, pomyślała Lottie.
- Czyli nie weszłaś do środka? - upewnił się Boyd.
- Głuchy pan jest czy co? Nie miałam klucza. Nie mogłam wejść do środka.
- Emma patrzyła na niego ze złością, jej oczy płonęły. - Zobaczyłam...
ciało na podłodze. Nie widziałam nikogo innego. Padało i było ciemno.
Pobiegłam z powrotem do Natashy. Potem zadzwoniłam na dziewięć dziewięć
dziewięć.
- Czemu nie zadzwoniłaś spod domu? - spytał Boyd.
- Nie myślałam o tym. Bałam się. Po prostu uciekłam. - Chusteczka
zmieniła się w confetti, które opadło na kwiecisty dywan.
- Kiedy byłaś pod domem, na pewno niczego nie widziałaś? Nic nie leżało
na ziemi? - dopytywała Lottie.
- Było ciemno. Niczego nie widziałam.
- Wiem, że nie miałaś klucza, ale próbowałaś może otworzyć tylne drzwi?
Sprawdzić, czy są zamknięte?
- N-n-nie. Nie przyszło mi to do głowy. Założyłam, że są zamknięte, ale
nie próbowałam ich otworzyć. O Boże, może babcia żyła i mogłam ją
uratować. - Emma zwinęła się w kłębek, objęła się rękami, szlochała.
- Nie mogłaś jej pomóc, Emmo - powiedziała śledcza, wyciągając dłoń ku
dziewczynie. - Zrobiłaś to, co należało, opuszczając posesję.
Teraz jeszcze bardziej ją wystraszyłam, pomyślała. Emma patrzyła na nią
dzikim wzrokiem. Jeśli jej umysł był w takim kruchym stanie jak ciało,
to za chwilę mogła się rozsypać.
- Czy to możliwe, że on na mnie czekał?
- Nie, kochanie. Jego tam nie było. Ale musimy pobrać twoje odciski
palców i DNA. Żeby wykluczyć cię ze śledztwa.
Oczy Emmy rozszerzyły się ze strachu.
- Po co wam moje DNA? Nic nie zrobiłam.
- Taka jest procedura - wytłumaczyła Lottie, a potem odpuściła i powiedziała: - Ale teraz myślę, że potrzebujesz odpocząć.
- Jak mam odpocząć, kiedy cały czas widzę... Widzę...
Bernie Kelly nachyliła się nad Emmą i ścisnęła jej łokieć.
- Spróbuj nie denerwować się aż tak bardzo.
- Wiem, że to niełatwe, Emmo - powiedziała Lottie - i dziękuję, że z nami porozmawiałaś. Bardzo nam pomogłaś. To moja wizytówka z numerem
telefonu. Zadzwoń do mnie, jeśli coś jeszcze sobie przypomnisz.
- Znajdźcie moją mamę - powiedziała nastolatka i zaczęła szlochać.
Będąc już przy drzwiach, Lottie się odwróciła.
- Kiedy ostatni raz widziałaś tatę?
Emma spojrzała w górę, a na jej twarzy pojawiła się konsternacja.
- Tatę? Chyba nie myślicie, że on to zrobił?
- Oczywiście, że nie. Ale musimy porozmawiać ze wszystkimi. Gdzie go
znajdziemy?
Emma potrząsnęła głową i wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia, gdzie on jest.
Parker wymieniła spojrzenia z Boydem. Bardzo chciałaby porozmawiać
jeszcze z Emmą, ale w drzwiach pojawiła się inna dziewczyna. Lottie
założyła, że ta wysoka, tyczkowata nastolatka z rudymi włosami
związanymi w kucyk to Natasha.
Bernie Kelly odprowadziła oboje detektywów do drzwi.
- Uważam, że Emmie potrzebny jest odpoczynek, nie sądzi pani?
- Oczywiście. Ale jeśli coś sobie przypomni, proszę się ze mną od razu
kontaktować. - Lottie podała jej kolejną wizytówkę. - Tak, jak mówiłam,
zostanie jej przypisana osoba z policji specjalizująca się w kontaktach
z rodziną - dodała.
- To niepotrzebne. Zajmę się nią. I tak to robię przez większość czasu.
- Co pani ma na myśli? - Inspektor założyła kaptur, żeby schronić się
przed ulewą.
- Biedna Emma. Kiedy nie ma jej w szkole ani nie pracuje na pół etatu w hotelu, jest tutaj z Natashą. Nie wydaje mi się, żeby Marian miała się
dobrze od... sama pani wie...
- Nie wiem.
- Od tej sprawy z Arthurem.
- Chodzi pani o zakaz zbliżania się? - Policjantka zastanawiała się,
dokąd zmierza ta rozmowa.
- Tak, i o te inne rzeczy.
- Pani Kelly, czy możemy wejść z powrotem i porozmawiać?
- Naprawdę powinnam przypilnować dziewczynek. Już i tak za dużo
powiedziałam. - Bernie Kelly odwróciła się, żeby wejść do środka.
Lottie, chcąc ją zatrzymać, położyła dłoń na jej ramieniu.
- Nie powiedziała pani prawie nic. Babcia Emmy została zamordowana, jej
matka zniknęła, a my nie mamy pojęcia, gdzie jest Arthur Russell. Czy
wie pani, gdzie może być Marian?
- Nie, przykro mi.
- Wszystko może okazać się ważne.
- Ja nic nie wiem - próbowała zamknąć drzwi. Lottie przyszło do głowy,
żeby zablokować je stopą, ale doszła do wniosku, że porozmawia z kobietą
jutro.
- Wie pani dużo więcej, niż się pani wydaje. Proszę przyjść jutro rano
na komisariat. Złoży pani pełne zeznanie. Dziesiąta pani pasuje?
- Muszę zostać z dziewczętami.
- Będzie tu funkcjonariusz do kontaktów z rodziną. A więc widzimy się o dziesiątej. Do zobaczenia.
5
Lottie weszła cicho po schodach i zaczęła nasłuchiwać. Cisza. Dzięki
Bogu. Przemknęła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Nie zdejmując
kurtki, padła na łóżko i westchnęła z wycieńczenia. Po szybkim spotkaniu
na komisariacie, podczas którego wyznaczono zespół prowadzący sprawę,
pożegnała się i Boyd odwiózł ją do domu. Wszystko było przygotowane do
kontynuowania śledztwa następnego dnia rano, a przez noc trwały
poszukiwania Marian Russell.
Nagle otworzyła oczy. Jej mózg nie zwalniał obrotów. Miała nadzieję, że
technicy coś znajdą, ale priorytetem było zlokalizowanie Marian Russell
i jej męża. Może wtedy zrozumie, co wydarzyło się w tamtym domu.
- Cholera - syknęła, zrywając się na nogi. Jej kurtka była przemoczona.
Zrzuciła ją z siebie i zobaczyła mokrą plamę na kołdrze. - Tylko tego mi
trzeba.
Podniosła katalog sklepu Argos z łóżka po stronie Adama, odrzuciła go na
szafkę. Ciężka książka pozwalała jej poczuć, że w łóżku koło niej ktoś
jest. Że nie jest sama. Czasami pomagały małe rzeczy. Wytrzepała kołdrę,
odwróciła ją na drugą stronę, teraz mokra plama była na spodzie, po
stronie Adama. Nie przeszkadzałoby mu to. W końcu nie żył. W drodze po
nowy katalog zatrzymała się. Cztery lata to wystarczająco długi okres na
żałobę i pogodzenie się z pustką. Na bezdechu włożyła książkę pod łóżko.
Cztery lata to był długi okres w niektórych kwestiach, ale życie, jakie
prowadzili z Adamem, wciąż było tak świeżym wspomnieniem w jej głowie,
jakby to było wczoraj. Kiedy ściągała z siebie przemoczone ubrania,
wkładała stary T-shirt przez głowę i kładła się spać, czuła na barkach
ciężar samotności.
Płacz z pokoju obok oznaczał, że dziecko Katie nie spało.
- O Boże, znowu - wyszeptała Lottie w stronę sufitu.
W pokoju rozległy się kroki Katie, która zaczęła uspokajać małego
Louisa. Czy powinnam wstać i pomóc? Nie. Córka stanowczo chciała sama
zajmować się swoim dzieckiem. Zegarek pokazywał 3:45. Bębniąc palcami po
czole, Lottie próbowała zmusić swój umysł do snu. Nadaremnie.
Usiadła.
Otworzyła szafkę przy łóżku i nie zapalając światła, wyciągnęła z niej
butelkę. Kilka łyków nie zaszkodzi. Pomoże jej zasnąć, to wszystko. To
leczniczo. Tak.
Dwa paracetamole, jeszcze kilka łyków i wkrótce już spała.
* * *
Patrzył, jak wysoka policjantka wysiada z samochodu i wchodzi do domu,
nie zapalając światła. Drugi detektyw odjechał.
Odczekał pięć minut.
Zobaczył światło w sypialni na piętrze i cień poruszający się za
żaluzjami.
Odczekał jeszcze pięć minut i zadzwonił.
Tak jak każdej nocy przez ostatnie dziesięć miesięcy.
Kiedy wszystko było załatwione, odpalił silnik i odjechał.
Dzień drugi
6
Nowy dzień. To samo gówno. Lottie bolała głowa, a posmak w ustach był
taki, jakby coś w nich przespało całą noc. Wyśledziła pustą butelkę
wódki odrzuconą jak niechciana lalka obok na łóżko.
Zawlekła zmęczone kończyny pod prysznic, unikała patrzenia na siebie w lustrze. Przekręciła kurek w złą stronę i ciało uderzyła lodowata woda.
- Noż kur...!
Przekręciła kurek w odpowiednią stronę i stała pod ścianką małej
szklanej kabiny, aż strumień wody zrobił się ciepły. Weszła pod lejącą
się wodę, zamknęła oczy i wypuściła ustami powietrze, które zmieniło się
w wodną mgiełkę. Zakręciło jej się lekko w głowie, oparła dłonie o śliskie kafelki i pozwoliła, żeby woda zadudniła jej po plecach.
Zasługuję na to, pomyślała. Głupia. Głupia. Głupia.
Kiedy już zgromadziła wystarczająco dużo energii, wymyła włosy
szamponem, potem odżywką, spłukała je i wyszła z gorącej kabiny do
zimnej łazienki.
Nie ma ręcznika.
Biegnąc do pokoju po ręcznik, wyrżnęła dużym palcem o framugę drzwi.
I tak zaczął się ten dzień.
* * *
W drodze do kostnicy, którą wszyscy nazywali Domem Zmarłych, Lottie
naciągnęła kaptur na głowę i przeczesała palcami włosy. Ból rozsadzał
jej czaszkę. Ale serio, pomyślała, zbierz się do kupy. Wiedziała, że
pojedyncza przegrana może się skończyć równią pochyłą. Naprawdę chciała
wejść znowu do tej króliczej nory? Nie. Ale jeden łyk mógł uśmierzyć
ból. Albo jedna tabletka, jeśli ją miała.
Deszcz padał nieustannie całą noc, a teraz bębnił o przednią szybę,
kiedy jechała czterdzieści kilometrów do Tullamore, gdzie urzędowała
patolog. Zadzwoniła domofonem i weszła do lodowatego korytarza, w którym
zapach środków odkażających maskował zapach śmierci.
Jane Dore zaczęła już sekcję i krążyła wokół stalowego stołu, na którym
leżała ponadsiedemdziesięcioletnia Tessa Ball.
- Dzień dobry, pani inspektor. - Głos lekarki był ostry i profesjonalny.
- Będę kontynuować, jeśli nie ma pani nic przeciwko.
- Śmiało - powiedziała Lottie, włożyła fartuch ochronny i zajęła miejsce
na wysokim taborecie obok stołu ze stali nierdzewnej. Jane Dore i jej
zespół mieli wypracowaną rutynę. Oglądali, dotykali, szturchali,
pobierali próbki, zapisywali wyniki. Po chwili śledcza miała wrażenie,
że sala wiruje wraz z nimi.
- Jakaś pewna przyczyna zgonu? - zapytała niecierpliwie. - Zakładam, że
to morderstwo.
Jane Dore odwróciła się i zatrzymała wzrok na policjantce.
- Obie wiemy, że w mojej pracy nie zakładam niczego. Pozwalam ciału
opowiedzieć mi swoją historię. I tylko z nim jestem w stanie pracować.
- Wiem, ale jestem trochę zajęta, mam spotkanie zespołu, więc pomogłoby
mi, gdybyś... - Parker urwała; zdała sobie sprawę, że mamrocze. Jane Dore
świdrowała ją wzrokiem.
- Idź, jeśli chcesz. Prześlę wyniki mailem. - Odwróciła się i kontynuowała badanie.
- Tępy uraz? - podsunęła detektyw. - Tak mówiłaś wczoraj w nocy.
Jane westchnęła i podeszła do Lottie.
- Dobrze. Widzę, że myślami jesteś gdzie indziej. Wiem, że masz dużo na
głowie, ale mnie nie wolno poganiać. Potraktowałam sekcję pani Ball
priorytetowo, żebyś miała z czym pracować.
- Dzięki, Jane. Naprawdę to doceniam, ale nie czuję się najlepiej i...
- Przyczyną zgonu będzie najprawdopodobniej tępy uraz głowy. Zadowolona?
- Dziękuję. Coś wskazuje na rodzaj użytej broni?
- Tak jak sugerowałam wczoraj w nocy, użyto twardego i zaokrąglonego
narzędzia, uderzono z dużą siłą. Raz a dobrze. Uderzenie albo od razu ją
zabiło, albo spowodowało ogromny udar. Więcej będę w stanie powiedzieć
później.
- Czy to mógł być kij bejsbolowy, który znaleźliśmy na miejscu?
Dore rzuciła jej przeciągłe spojrzenie. Lottie wiedziała, że nie może
sobie pozwolić na złe relacje z lekarką. Potrzebowała od niej przysługi.
Nieoficjalnie, jeśli tak można to ująć. A jeśli zostanie tu dłużej,
wyczekująco patrząc na Jane, która kroi ciało, narazi na szwank dużo
więcej niż ich przyjaźń. Treść żołądka podchodziła jej do gardła.
- Dziękuję - powiedziała i zwróciła się w stronę drzwi. - Jeszcze jedno.
Napaść na tle seksualnym?
- Pobiorę próbki, ale nie wydaje się to prawdopodobne. Dostaniesz
wstępny raport dzisiaj po południu.
Lottie rzuciła jeszcze jedno spojrzenie na pożółkłe ciało i szybko
wyszła z pomieszczenia. Deszcz lał bez ustanku. Jedynym pocieszeniem
było to, że nie zwymiotowała na błyszczący stalowy blat albo białe
kafelki podłogi. Co to to nie - wytrzymała aż do parkingu i wyrzygała
się między dwoma samochodami.
Nigdy więcej alkoholu.
7
Przejaśniło się trochę i szare kontury Ragmullin wyłoniły się z mgły.
Bliźniacze strzeliste wieże katedry przebijały chmury na prawo, a wzniesienie Hill Point wybrzuszało się w płaskim krajobrazie po lewej.
Pracowała tam lekarka Annabelle O'Shea. Kiedyś się przyjaźniły.
Tabletki. Potrzebowała kilka Xanaksów, żeby przetrwać ten dzień - każdy
dzień. Otrząsając się z tych zachcianek, docisnęła pedał gazu i popędziła w kierunku miasta.
W biurze zrzuciła kurtkę, powiesiła ją na przepełnionym wieszaku i podeszła do biurka.
- Coś nowego z sekcji pani Ball? - zapytał detektyw Larry Kirby.
Lottie zatrzymała się w pół kroku i zerknęła na niego. Kirby był duży i tęgi, miał sterczące włosy. W ustach trzymał właśnie elektronicznego
papierosa.
- Po co ci to? - spytała.
- Próbuję rzucić zwykłe - wyjaśnił, szybko wkładając urządzenie do
kieszeni koszuli.
- Nie ma jeszcze wyników sekcji - powiedziała Parker i przysunęła sobie
krzesło. - Myślałam, że zajmujesz się przepytywaniem sąsiadów.
- Tak, ale zapowiedziałaś zebranie zespołu o dziesiątej. Więc jestem.
Odbędzie się?
Cholera. W ciągu półgodzinnej jazdy z Tullamore zapomniała, dlaczego tak
się spieszyła.
- Oczywiście. Centrum operacyjne. Wszyscy. - Rozejrzała się dokoła.
Detektywi patrzyli na nią. - Co?
Boyd nachylił się nad nią.
- Wszystko w porządku?
- Oczywiście, że tak. Czemu pytasz?
- Wydajesz się trochę... wstrząśnięta.
- Chyba nie wiesz, o czym mówisz.
Detektywi Boyd, Kirby i Lynch wyszli z biura. Parker poczekała, aż sobie
pójdą, po czym usiadła i wysunęła szufladę biurka. Zaczęła szperać w bałaganie. Choć jedna, pomyślała. Nawet pół. Wyciągała papiery i długopisy, przesunęła dłonią po spodzie szuflady. Nic. Wysunęła szufladę
i odwróciła do góry dnem. Jest! Pod spodem był przyklejony taśmą Xanax.
Koło ratunkowe. Oderwała od taśmy tabletkę, która zaczęła się kruszyć.
Nie, pomyślała, potrzebuję cię. Rozejrzała się dokoła, żeby upewnić się,
że jest sama, i wsadziła sobie przyklejoną do taśmy tabletkę do ust.
Językiem zlizała resztę, a potem wypluła taśmę. Złapała swoje odbicie na
ekranie komputera i zaczęła się zastanawiać, kim może być ta dzika
kobieta. Wyglądała okropnie.
Wstała, chwyciła butelkę wody z biurka Boyda, wypiła ją kilkoma łykami i poszła do centrum operacyjnego.
* * *
Tablice znowu stały na swoim miejscu, wzdłuż ścian centrum operacyjnego.
Obok siebie wisiały na nich zdjęcie pośmiertne Tessy Ball i zdjęcie
zaginionej Marian Russell, pozyskane z telefonu jej córki Emmy.
- Wiadomo, czy jakaś krew z miejsca zbrodni należy do Marian Russell? -
zapytał Kirby.
- To prawdziwe życie, nie CSI - odpowiedziała Lottie. - Dostaniemy
analizę za kilka dni. Technicy wciąż są na miejscu. - Przypięła zdjęcie
kuchni Russellów do tablicy.
- Wygląda jak pobojowisko - skomentował Kirby.
Parker odwróciła się, żeby go zbesztać, ale zamiast tego powiedziała:
- Tessa Ball. Tępy uraz tyłu głowy. Marian Russell. Ostatnio widziana
przez córkę Emmę około osiemnastej trzydzieści. - Stuknęła palcem w fotografię Marian. - Postaramy się zdobyć dzisiaj lepsze zdjęcie.
- Może Marian zabiła matkę i uciekła? A może Tessa Ball znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze? - pytał Boyd.
- Możemy działać tylko na podstawie faktów, które mamy. Tessa Ball żyła
sama, po drugiej stronie miasta, na osiedlu Świętego Declana. W torebce
nie było komórki. Portfel, pięćdziesiąt euro i drobne. Klucze, okulary
do czytania w etui. Modlitewnik z mnóstwem świętych obrazków i różaniec.
- Kaznodziejka - stwierdził Kirby.
Inspektor zamknęła oczy, policzyła do trzech i kontynuowała:
- Jeden z kluczy to klucz do samochodu zaparkowanego przed domem, możemy
założyć, że drugi to klucz do mieszkania. Przeszukamy je. Musimy również
ustalić, gdzie była wcześniej.
- Właśnie przyszła wiadomość od McGlynna. Technicy znaleźli telefon w samochodzie - przerwał Boyd.
- Świetnie. Przeanalizuj dane.
- Robi się.
- A co mówi Emma? - zapytała detektyw Maria Lynch.
- Wczoraj w nocy była bardzo zdenerwowana. Dostaniesz później
transkrypcję naszej rozmowy. - Parker z uśmiechem rzuciła spojrzenie
Boydowi, przypominając mu, że musi zrobić transkrypcję. Potaknął głową.
- Czy towarzyszy jej ktoś do spraw kontaktów z rodziną? - spytała Lynch.
- Cieszę się, że pytasz. Nasza funkcjonariuszka jest na zwolnieniu.
Chciałam zaproponować, żebyś ją zastąpiła, Lynch.
- O nie. Wprawdzie zostałam odpowiednio przeszkolona, ale mam strasznie
dużo pracy. - Maria kartkowała akta na kolanie.
- A czy mogłabyś zrobić to dzisiaj? Bardzo cię proszę. Emma jest w domu
Kellych. Możesz tam podjechać, jak skończymy, i zobaczysz, co jesteś w stanie z niej wyciągnąć.
Śledcza, wyraźnie niezadowolona, zaczęła się bawić kucykiem. Ciężka
cholera, pomyślała Lottie. Nie ufała Lynch. Miała ku temu powody, sprzed
wielu lat, nie chciała o nich myśleć. Przynajmniej nie teraz.
- No więc ustalone - podsumowała. - Mamy adres Arthura Russella?
- Zatrzymał się w pensjonacie - wyjaśnił Boyd. - Rozmawiałem z gospodynią. Jest tam w tej chwili.
- Pojedziemy z nim pomówić.
- On raczej nie ma z tym nic wspólnego - zastrzegł sierżant.
- Czemu nie? - Czy on mógłby się w końcu zamknąć i pozwolić jej
pracować?
- To nie ma sensu. Jeśli to on, już dawno by go tu nie było.
Lottie zastanowiła się nad tym przez chwilę.
- Musimy sprawdzić, gdzie był wczoraj w nocy, a potem możemy przyjrzeć
się, czy miał sposobność i motyw.
Komisarz Corrigan pojawił się z tyłu pomieszczenia.
- Proszę kontynuować, inspektor Parker. Niech pani nie zwraca na mnie
uwagi. - Oparł się o ścianę i założył ręce na piersiach nad swoim
wielkim brzuchem.
- Dziękuję, komisarzu - powiedziała inspektor, upuszczając kartkę, którą
trzymała w dłoniach. Nie ufała sobie na tyle, żeby się po nią schylić.
Wystarczająco już kręciło jej się w głowie.
Boyd wstał, żeby podnieść kartkę. Zatrzymała go spojrzeniem. Usiadł z powrotem.
- Wygląda na sprawę rodzinną - stwierdził Corrigan.
- Pozory mogą mylić. - Czy właśnie powiedziała coś takiego komisarzowi?
- Wiem, do cholery - odparował Corrigan. Patrzył prosto na nią i pocierał dłonią swoją łysinę.
Może powinna była zostać dzisiaj w łóżku.
- Dopóki technicy nie zakończą prac, nie możemy sobie pozwolić na
spekulacje - oznajmiła. - Sekcja właśnie trwa, ale patolożka
potwierdziła, że tępy uraz głowy to najbardziej prawdopodobna przyczyna
zgonu pani Ball.
- Tępy uraz głowy? Spowodowany czym? - spytał Corrigan, rozkładając ręce
i przechodząc przez pomieszczenie w stronę Lottie. Dotknął palcem
zdjęcia z miejsca zbrodni. - Pokaż mi.
- Znaleźliśmy potencjalną broń przy tylnych drzwiach. - Inspektor
wskazała ziarniste zdjęcie zrobione nocą. - Technicy ją badają.
- Kij bejsbolowy. To jest Ragmullin, a nie pieprzone Chicago. Kto trzyma
tutaj kij bejsbolowy?
- Nie ustaliliśmy, do kogo należy. Jeszcze. - Lottie wbijała paznokcie w skórę dłoni i powtarzała bezgłośnie jak mantrę: zachowaj, kurwa, spokój.
- Wydaje się, że ustaliliście już wszystko, do cholery.
- Robimy, co możemy.
- Robicie za mało. Chcę, żeby Russell trafił do celi przed końcem dnia.
I chcę, żebyście odnaleźli jego żonę. Czy możecie ustalić, gdzie ona
jest, inspektor Parker?
- Tak jest.
- To bierzcie się do pracy, do cholery. - To powiedziawszy, z uśmiechem
zadowolenia wyprostował się i wymaszerował z pomieszczenia.
- Co go ugryzło? - spytał Boyd.
- Co za bzdury - dodał Kirby.
- To on jest tu szefem - dorzuciła Lynch.
- Ja kieruję tym śledztwem - przypomniała Parker, wymachując desperacko
rękami. - Czy ktoś może dotrzeć do znajomych pani Ball i z nimi
porozmawiać? Kirby? I dowiedz się, czyj jest ten kij bejsbolowy.
Skinął potakująco głową.
Zadzwonił telefon Lottie. Oficer dyżurny.
- Co tam, Don? - spytała.
- Bernie Kelly czeka w jedynce do przesłuchań. Od pół godziny.
Zapomniałaś o niej?
- Cholera! - Detektyw zebrała papiery, ramieniem przytrzymując telefon
przy uchu. - Za minutę tam będę.
Wychodząc z operacyjnego, rzuciła:
- Lynch, podjedź do Kellych, nie chcę, żeby Emma Russell była sama.
Boyd, chodź ze mną.
- A co ja mam robić? - spytał Kirby.
- Znajdź znajomych Tessy i właściciela kija bejsbolowego.
- A mogę polecieć do Chicago?
8
- Przepraszam, że musiała pani czekać, pani Kelly. - Inspektor Parker
odsunęła krzesło i zajęła miejsce naprzeciwko Bernie Kelly, która
siedziała ze skrzyżowanymi rękami. Na oko miała jakieś czterdzieści pięć
lat, gruba warstwa podkładu przykrywała naturalny kolor jej cery, brwi
miała podmalowane kredką. Usta blade. Zapomniała użyć szminki czy to
celowe? Lottie nie miała pojęcia, ale wiedziała, że atak jest
nieuchronny.
- Czy pani myśli, że ja nie mam nic lepszego do roboty? Czekam tu od
trzydziestu pięciu minut.
Zrozumiano, bez odbioru. Włosy w kolorze truskawkowy blond miała
przyklejone do skóry głowy, a jej prochowiec wciąż pokrywały ciemne
wilgotne plamy.
- Proszę przyjąć moje przeprosiny, jesteśmy na początku śledztwa. Dużo
zamieszania. Na pewno pani to rozumie. - Uśmiechając się, Lottie
włączyła sprzęt do nagrywania.
- Po co to? - Bernie wskazała urządzenie ruchem głowy. - Nie jestem
chyba podejrzana, co? Czy potrzebuję prawnika? Przyszłam tu tylko
dlatego, że mnie pani poprosiła.
- I dziękuję, że znalazła pani dla nas czas.
Zobaczmy, czy to zadziała, pomyślała Lottie.
- Co może mi pani powiedzieć o Marian Russell?
- Nie ma tu nic specjalnego do opowiadania. - Bernie wzruszyła
ramionami, a w jej zielonych oczach pojawił się cień obojętności.
Parker kątem oka zerknęła na Boyda. Miała nadzieję, że nie będzie
musiała wyciągać zeznania słowo po słowie.
- A co może mi pani powiedzieć?
- Jak już wspomniałam wczoraj w nocy, wydaje mi się, że Marian nie miała
się dobrze.
- Co ma pani na myśli?
- No wie pani... - Bernie wskazała na skroń. - Tutaj się jej pomieszało.
- Czemu tak pani sądzi?
Kobieta westchnęła i spuściła wzrok.
- Stała się odludkiem. Przestała wychodzić z domu. Kiedyś w piątek i w sobotę wpadałyśmy do pubu na drinka. Teraz Marian chodzi tylko do pracy.
A jeśli nie ma jej w pracy, to siedzi u siebie. Nawet nie odbiera już
ode mnie telefonów.
- A co Emma mówi o swojej matce?
- Emma potrafi być wobec niej surowa. Wydaje mi się, że nie rozumie, że
Marian może mieć depresję. Od zawsze była córeczką tatusia. Za problemy
w domu obwinia matkę, nie ojca.
- Jakie problemy?
- Na pewno ma pani dostęp do akt sądowych. Marian pozwała Arthura i wyrzuciła z domu.
- Zdobędziemy akta, ale pomogłoby nam, gdyby powiedziała nam pani, co
pani wie.
Bernie konspiracyjnie nachyliła się nad biurkiem.
- Tłukł ją na kwaśne jabłko. Widziałam jej siniaki.
- W jakich okolicznościach?
- Któregoś wieczoru Emma przyszła do nas z płaczem i powiedziała, że
mamusia zezłościła tatusia i że on ją chyba zabije. To jedyny raz, kiedy
powiedziała coś złego o ojcu.
- I co pani zrobiła?
- Wzięłam telefon i pobiegłam do ich domu. Drzwi były otwarte. Marian
kuliła się przy kuchence, a Arthur chodził w tę i z powrotem po kuchni,
w ręku miał pogrzebacz.
- Uderzył ją pogrzebaczem?
- Nie wiem, czym ją uderzył, ale była przerażona. Powiedziałam mu:
"Arthurze Russellu, wynoś się z tego domu. Zadzwoniłam na policję".
Wcale tego nie zrobiłam, ale może powinnam była.
- I co było potem?
- Odwrócił się w moją stronę i wpatrywał we mnie jak dziki niedźwiedź -
chociaż nigdy nie widziałam dzikiego niedźwiedzia - a potem rzucił
pogrzebacz i wybiegł tylnymi drzwiami. Pomogłam Marian usiąść na
krześle. Krwawiła, była mocno posiniaczona. Powiedziała, że nie chce
wzywać pogotowia ani policji. Poprosiła, żebym przenocowała Emmę i zadzwoniła do jej matki.
- I co pani zrobiła?
- To, o co mnie poprosiła.
- I nie zgłosiła tego pani?
- Marian mnie o to prosiła.
- Powiedziała pani, że Marian miała depresję. Dlaczego pani tak sądzi,
pomijając fakt, że przestałyście chodzić na drinka? - spytała Lottie.
Jeśli Marian żyła w strachu przed przemocowym mężem, to zrozumiałe, że
zamknęła się w sobie, ale nie musiało to oznaczać, że cierpiała na
depresję.
- Nie powinno się mówić źle o zmarłych...
- Nie mamy dowodów na to, że Marian nie żyje.
- Mam na myśli jej matkę, Tessę Ball.
- To znaczy?
- Potrafiła być straszną jędzą. Nie podobał jej się zakaz zbliżania
wydany przez sąd. To jedna z tych staromodnych kobiecin, które wierzą w "na dobre i na złe", nawet jeśli to złe jest tak złe, że musisz wyrzucić
męża z domu.
- Więc krytykowała Marian z powodu Arthura?
Bernie przytaknęła.
- Ale to z nią chciała porozmawiać Marian tamtego wieczoru, kiedy ją
zaatakował? - dopytywał Boyd.
- Też się nad tym zastanawiałam. Myślę, że Marian chciała pokazać matce,
jak brutalny potrafił być Arthur.
- Ma to sens - odrzekł Mark, marszcząc brwi.
- Przypomina sobie pani jakieś jeszcze przypadki przemocy domowej u Russellów? - dociekała Parker.
Bernie westchnęła i spojrzała w dół na swoje złączone dłonie.
- Czy jest coś jeszcze, co chce nam pani powiedzieć? - ponaglił
sierżant. - Może pani mieć pewność, że zachowamy to w tajemnicy.
- Akurat. A potem przeczytam o tym w gazecie albo w Internecie.
- Bardzo nam pani pomaga. Musimy znaleźć Marian - przypomniał. - Żeby
przekonać się, że jest bezpieczna. Informacje od pani mogą nam pomóc ją
odszukać.
Bernie westchnęła raz jeszcze i powiedziała:
- Wydaje mi się, że Tessa Ball też biła Marian.
Śledczy wymienili się spojrzeniami.
- Czemu tak pani sądzi? - spytała Lottie.
- Emma powiedziała kiedyś coś takiego Natashy. Że to niesprawiedliwe,
jak sąd traktuje jej ojca, skoro on w porównaniu z babcią jest niewinnym
szczenięciem.
- Ale nie ma pani świadków na to, że Tessa Ball biła Marian?
- Nie. Ale po tym, co się stało wczoraj w nocy, jestem w stanie w to
uwierzyć.
- Myśli pani, że Marian zaatakowała matkę i zostawiła ją martwą na
podłodze w kuchni? - sondowała inspektor.
- Tak mi się wydaje.
- Czy jest coś jeszcze, co chciałaby pani dodać? - spytał Boyd.
- Nie. Chcę już iść do domu. - Bernie Kelly podniosła z podłogi parasol
i strząsnęła z niego krople.
- Oczywiście - zgodziła się Lottie. - Wysyłam do was funkcjonariuszkę do
spraw kontaktów z rodziną. Będzie z wami do momentu, aż znajdziemy dla
Emmy inne miejsce.
Policzki Bernie zapłonęły czerwienią.
- Mówiłam pani, że nie potrzebujemy opiekunki.
- Emma potrzebuje ochrony, dopóki nie odnajdziemy jej matki.
- Ona mówi, że chce wrócić do domu.
- To niemożliwe. Nie w tej chwili.
- Może zostać ze mną tak długo, jak zechce. I nie chcę w domu żadnej
policji.
- A ja muszę wykonywać swoją pracę. Dziękuję, że pani przyszła. -
Inspektor Parker wstała, żeby wypełnić protokół przesłuchania. -
Przepraszam, że kazałam pani czekać.
Bernie Kelly również wstała.
- I tak nie miałam nic lepszego do roboty. Tak to tylko siedzę w domu i pilnuję dziewczynek.
9
Bus techników wciąż stał na ulicy pod domem Russellów, a reflektory
punktowe rzucały snopy żółtego światła na szaroczarnym niebie. Jim
McGlynn stał na zewnątrz przy drzwiach i instruował asystenta, aby ten
udał się na piętro.
- Cześć, Jim. Widziałeś może, czy rano nie kręciła się tutaj nastolatka?
- spytała detektyw Maria Lynch, trzymając nad obojgiem parasol. - Byłam
u Kellych, ale nie ma tam chyba nikogo.
McGlynn się uchylił.
- Kapie na mnie z tego ustrojstwa. Kogo szukasz?
- Emmy Russell. Wnuczki ofiary. Mogła tu być z przyjaciółką.
- Ach, tak, widziałem je. Około dziesiątej. Chciały się dostać do
środka. Ale tupet.
- Wiesz, dokąd poszły?
- Jestem zajęty, kończymy tutaj, więc nie rozmawiałem z nimi -
odpowiedział McGlynn. - Czy to nie twoja praca, pilnowanie tej młodej?
- Tak, moja. I nie mogę jej znaleźć - odrzekła Lynch. Podmuch wiatru
wygiął parasol w drugą stronę.
- No więc to ty będziesz musiała powiedzieć Parker, że ją zgubiłaś. -
McGlynn zachichotał i wszedł pospiesznie do domu.
- Ja pierdolę - zaklęła śledcza. Już była, Bóg wie czemu, na
cenzurowanym u Lottie Parker. A teraz to. Skręci Emmie Russell kark, jak
tylko ją znajdzie.
A potem przyszła jej do głowy okropna myśl.
Cisnęła wydęty na drugą stronę parasol do rowu i zaczęła biec z powrotem
w stronę drogi.
10
Arthur Russell brzdękał na gitarze, na uszach miał słuchawki. Brzmiało
coraz lepiej. Chyba warto to nagrać. Nigdy nie porzucił marzeń. Miał
czterdzieści dziewięć lat i zachowywał się, jakby chciał podbić świat
grą na gitarze. Taki już jestem, pomyślał. Za późno, żebym się zmienił.
Przełączył kilka czerwonych prztyczków, przesunął suwak na konsoli i zaczął od nowa. Nucił do łagodnej muzyki, która sączyła się ze
słuchawek.
Nie do końca był zadowolony. Głośno westchnął, pogładził się po
sztywnej, oprószonej siwizną brodzie i zamknął oczy. Kiedy znów je
otworzył, stały przed nim dwie osoby. Gwałtownym ruchem zdjął słuchawki,
zadrapując sobie skórę na ogolonej głowie.
- Czego chcecie? Jak tu weszliście?
- Pan Russell? Arthur Russell? - powiedziała kobieta. Jej włosy były
mokre od deszczu.
- Kto pyta? - Odłożył gitarę na stojak, skrzyżował ręce i delikatnie
przekręcił się na obrotowym stołku.
- Inspektor Lottie Parker - odpowiedziała.
Podobał mu się jej głos. Był głęboki i melodyjny. Zastanawiał się, czy
potrafiła śpiewać.
- Detektyw Boyd - przedstawił się wysoki, szczupły mężczyzna.
Wyglądał na bardziej zadbanego od swojej towarzyszki. Dziwna para,
pomyślał Russell.
- Weszliście państwo nielegalnie na moją posesję. Jak się tu
dostaliście?
- Dzięki gospodyni. Niezły ma pan tu sprzęt - powiedziała inspektor.
- Pani Crumb to szalona starucha. Czego chcecie? Nic nie zrobiłem.
- A czy naruszenie zakazu zbliżania się brzmi znajomo? - Teraz głos
kobiety był wyższy. Szydziła z niego.
- Nie zbliżałem się do tego domu - wycedził. - Spytajcie żony. Czy to
ona was wysłała, żeby wydusić ze mnie jeszcze trochę kasy? No to macie
pecha. Jestem spłukany.
- Kiedy ostatni raz widział pan żonę? - zapytał detektyw.
On na pewno nie był wokalistą, pomyślał Russell. I co to miało wspólnego
z Marian?
- Moją żonę?
- Tak, panie Russell. Pana żonę.
- Jakieś cztery miesiące temu, w sądzie. Czemu jej nie spytacie?
- Zrobilibyśmy to, gdybyśmy mogli ją znaleźć - wyjaśniła inspektor.
- Spróbujcie w Tesco albo w domu. To jedyne dwa miejsca, w których można
ją spotkać.
- Nie ma jej ani tu, ani tu. Kiedy ostatni raz widział pan teściową?
- Chwileczkę... O co tu chodzi?
- Proszę odpowiedzieć na pytanie.
- Nie mam zamiaru. Nie macie prawa przychodzić do mnie i zadawać mi
głupich pytań. Wynoście się, bo zadzwonię po prawnika.
Śledcza zbliżyła się do niego. Arthur nie cofnął się ani o milimetr.
- Odpowiadanie na te pytania leży w pana interesie - powiedziała.
- Czemu? Za każdym razem, kiedy mam z wami do czynienia, słono za to
płacę. To przez was straciłem rodzinę. Nie mogę nawet widywać się z córką bez wcześniejszego miesięcznego powiadomienia. - Zacisnął pięści.
Mocno żuł gumę Nicorette. Krew pulsowała mu w klatce piersiowej i ramionach, wrzała w okolicach głowy. Mięśnie nóg sprawiły, że kolano
zaczęło mu drgać.
- Czemu pan tak się złości?
Inspektor, jak jej tam było? Parker. Tak. Ta suka zrobiła kolejny krok w jego stronę. Jeszcze jeden i jej jebnę, pomyślał. Zamiast tego wzruszył
ramionami.
- Nie chcę robić problemów.
- Gdzie był pan wczoraj między wpół do siódmej a, powiedzmy, jedenastą
wieczorem?
- Czy potrzebny mi prawnik?
- To zależy od pana. Ma pan coś do ukrycia?
Arthur uderzył pięściami w uda.
- Przychodzicie tutaj i zaczynacie przesłuchanie. Stresujecie mnie i tyle. A jak wy byście się zachowali, gdyby ktoś bez uprzedzenia wparował
do waszego studia muzycznego?
- Nie mam studia - odparła.
- Nic dziwnego.
- Co ma pan na myśli?
Arthur wstał, był na granicy cierpliwości.
- Wygląda mi pani na taką, co ma kij w dupie. I to tak głęboko, że nie
umie cieszyć się muzyką. Mam rację czy nie? Ha!
Przesadziłem, pomyślał, kiedy złapała go za koszulkę i przyciągnęła do
siebie. Poczuł miętówkę, którą ssała, żeby przykryć nieświeży zapach
alkoholu. Pijaczka. Wszyscy policjanci byli tacy sami. Pieprzeni
alkoholicy.
- Zabieraj łapy, ale już - rozkazał.
Puściła go, ale się nie odsunęła.
- Zabieram pana na komisariat, złoży pan zeznania.
- A co ja takiego zrobiłem?
- Odmówił pan odpowiedzi na nasze pytania - odrzekł szczupły detektyw. -
Gdzie był pan wczoraj wieczorem?
Russell wziął do ręki gitarę i usiadł.
- W pracy, w barze U Danny'ego i na kolacji z panią Crumb, mniej więcej
wpół do ósmej. Potem siedziałem tu i grałem. A teraz się wynoście.
Detektywi popatrzyli na siebie. Decydowali, co zrobić? Chujki, pomyślał
Arthur i założył słuchawki. Odjechał na stołku, obrócił się w stronę
komputera i zaczął śpiewać.
Kiedy znów się odwrócił, już ich nie zobaczył. Ale nie miał wątpliwości,
że wrócą: to było jasne jak słońce, czy co tam się mówi.
Wypluł gumę. Poszperał w futerale gitary, znalazł paczkę papierosów i zapalił jednego. Zakręciło mu się w głowie i wiedział, że potrzebuje
czegoś mocniejszego od nikotyny.
- Pierdol się, Marian - powiedział i ściągnął słuchawki. - Ty pieprzona
manipulantko.
* * *
- Co za typ - mruknął Boyd, próbując zapalić papierosa w deszczu.
- Flanelowa koszula w kratkę i zapuszczona broda... Za kogo on się ma? -
wtórowała mu Lottie, naciągając na głowę kaptur.
- Mógłby się umyć - dodał sierżant.
- Nic nie czułam.
- Nie dziwi mnie to.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Lottie, znowu pijesz. Nie jestem ślepy ani głupi. Co się dzieje?
Troska na jego twarzy ją niepokoiła. Nie potrzebowała jego współczucia.
Chciała stoczyć tę walkę po swojemu. Jak zawsze.
- Zajmij się swoimi sprawami. - Pobiegła do samochodu. Wsiadła,
trzasnęła drzwiczkami.
Boyd do niej dołączył.
- Powiem to tylko raz - zaczął. - Jeśli mnie potrzebujesz, jestem.
- Odpal silnik. Musimy wypełnić papierki na temat Arthura Russella i sprawdzić jego domniemane alibi.
- Twoje życzenie jest...
- Odpal silnik, Boyd.
- Może powinniśmy mu byli powiedzieć o jego nieżywej teściowej i zaginionej żonie.
- Może dobrze, że nie powiedzieliśmy. Zobaczymy, co teraz zrobi.
- Myślisz, że Marian zabiła własną matkę?
- Może zapytamy ją, jak już ją znajdziemy? - Lottie wyciągnęła nogi na
desce rozdzielczej i zaczęła zastanawiać się, skąd wziąć więcej
tabletek.
- Dokąd teraz? - spytał Boyd.
- Do mieszkania Tessy Ball.
- A co z barem U Danny'ego? Musimy sprawdzić alibi Arthura.
- To może poczekać. Możemy tam zjeść obiad.
- Może nawet dostaniemy za darmo. - Boyd wrzucił bieg.
- Jesteś skąpym draniem - skomentowała, ale pomyślała dokładnie o tym
samym.
- ...ale pomyślałaś to samo - odpowiedział.
Lottie nadaremnie próbowała powstrzymać uśmiech. Śmiech jej towarzysza
rozbrzmiewał przez całą drogę na osiedle Świętego Declana.
* * *
Lynch przestała walić w drzwi, odwróciła się i stanęła oko w oko z kobietą, która trzymała klucz w dłoni.
- Mogę w czymś pomóc?
- Jestem tymczasową funkcjonariuszką do spraw kontaktów z rodziną,
przypisaną Emmie Russell. Nie wie pani, gdzie ona może być?
- Powiedziałam tej drugiej, że nie potrzebujemy... Ech, proszę wejść. -
Kobieta otworzyła drzwi i zaprosiła Lynch do środka. - Nazywam się
Bernie Kelly.
Lynch zdjęła płaszcz i powiesiła go na słupku balustrady schodowej, na
którym wisiała już góra innych ubrań.
- Dzwoniłam i pukałam, ale nikt nie odpowiadał. Poszłam nawet do domu
Russellów. Gdzie jest Emma?
- W łóżku, jak mniemam. Nie wiem, jak ona sobie z tym wszystkim poradzi.
- Mogę sprawdzić? - Lynch chwyciła kobietę za ramię i poprowadziła ją w stronę schodów. - Chcę mieć pewność, że nic jej nie jest.
- W moim domu jest bezpieczna. Dlaczego miałoby być inaczej?
- Proszę sprawdzić, nalegam.
- Emma? Natasha? Już nie śpicie? - Bernie zaczęła wchodzić po schodach.
Lynch chciała ją wyprzedzić i sprawdzić każdy pokój.
- Co tam, mamo?
Lynch założyła, że to Natasha. Dziewczyna, która pojawiła się u szczytu
schodów, miała na sobie czarny T-shirt do spania. Spływające jej do
ramion włosy były rozczochrane. Na obu udach miała wytatuowane
ciemnoczerwone serca przebite sztyletami, z których kapała krew.
- Gdzie jest Emma? - Lynch prawie zepchnęła Bernie ze schodów,
przepychając się obok niej na górę.
Natasha zmrużyła jedno oko, drugie wydawało się wciąż przymknięte, jakby
przez sen.
- Kim pani jest?
- Detektyw Maria Lynch, funkcjonariuszka do spraw kontaktów z rodziną.
Muszę się zobaczyć z Emmą. Gdzie ona jest? - W głosie Lynch pobrzmiewały
ostre tony. Panikowała i nie potrafiła go opanować.
W sypialni Emmy nikogo nie było.
- Czy jest w innym pokoju? - Nie czekając na odpowiedź, sprawdziła
pozostałe pomieszczenia. Wszystkie okazały się puste. Wyciągnęła telefon
i zbiegła po schodach, mijając Bernie Kelly, która stała z szeroko
otwartymi ustami. Lynch szukała w telefonie numeru szefowej.
- Hej, chwileczkę, proszę pani, to mój dom.
Lynch poczuła, że ktoś ciągnie ją za kucyk, i odwróciła się
błyskawicznie, gotowa do ataku. W tym samym momencie tylne drzwi się
otworzyły i weszła nimi nastolatka, w ręku trzymała siatkę z supermarketu. W domu zapachniało świeżym pieczywem.
- To ty jesteś Emma?
Dziewczyna przytaknęła.
- Gdzieś ty, do cholery, była? - krzyknęła Lynch, rozłączając się, zanim
inspektor Parker mogła odebrać.
Emma skurczyła się i cofnęła w stronę drzwi. Do oczu napłynęły jej łzy.
- Poszłam po zakupy.
- A pani właśnie zaatakowała funkcjonariuszkę policji. - Lynch odcięła
się w stronę Bernie Kelly.
- To mój dom! Nie może pani tu wparowywać, jakby należał do pani. -
Bernie przemaszerowała obok śledczej i skierowała się do kuchni. -
Chodźcie, napijemy się herbaty. Musimy się uspokoić.
To tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło Lynch.
11
Tessa Ball mieszkała w nowym trzypokojowym mieszkaniu w apartamentowcu
obok nieczynnego szpitala Świętego Declana. Lottie wykrzywiła się, a między łopatkami przebiegł jej dreszcz. Nie lubiła wracać myślami do
swojej ostatniej sprawy, która zakończyła się w tej zamkniętej placówce.
- Co z tobą? - spytał Boyd. - Wyglądasz, jakby szczur przebiegł ci po
twarzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki