Cykl z detektyw Lottie Parker. Niechciane dusze. Cykl z detektyw Lottie Parker - Patricia Gibney

Kup ebooka

36.90 zł
30.90 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Lata sie­dem­dzie­siąte: Dziecko

- Musisz być cicho. Pro­szę. Nie płacz już.

- Ale... ona zro­biła mi krzywdę. Chcę do naszej dru­giej mamy.

- Ciiiii. Ciiiii. Ja też chcę. Ale jeśli będziemy się dobrze zacho­wy­wać, ta mama nas nie skrzyw­dzi. Musisz się zacho­wy­wać naprawdę bar­dzo, bar­dzo grzecz­nie.

Płacz dziecka się wzmaga.

- Nie mam siły. Strasz­nie chce mi się jeść. Hik... hik.

- Tylko nie czkawka. Prze­stań. Okrop­nie ją to wku­rza.

Obej­muję drobne, szczu­płe ciało obok mnie i wpa­truję się w czerń przede mną. Za ciemno tu. Kiedy ta kobieta, mama, wyłą­czyła świa­tło na kory­ta­rzu, nawet wąziutka szcze­lina przy zamku w drzwiach stała się czarna. Ukła­dam się na worku do odku­rza­cza, pró­buję zro­bić sobie z niego poduszkę pod głowę, ale jest zbyt nie­równy, a moja głowa zbyt kości­sta. Czuję mro­wie­nie w ramie­niu, na któ­rym dru­gie bliź­nię uło­żyło swoją główkę.

Jest zbyt cia­sno, nie mogę się ruszyć. Leżące na mnie dzie­cięce ciało, dla doro­słego ważące tyle co nic, mnie wydaje się potwor­nie cięż­kie.

Pająk zsuwa się na paję­czy­nie pro­sto na mój nos. Krzy­czę. Dru­gie z nas wysuwa się z uści­sku. Sły­chać gło­śny stuk - głową ude­rzyło w ścianę. Teraz krzy­czymy we dwójkę.

W małym schowku w kory­ta­rzu nasze krzyki są gło­śne i prze­ni­kliwe. Żadne z nas nie wie, dla­czego to dru­gie wyje. Żadne nie jest w sta­nie powstrzy­mać dru­giego od pła­czu. Żadne nie wie, kiedy ten hor­ror się skoń­czy.

I wtem... sły­chać trzask otwie­ra­nego zamka.

Car­rie King zasła­nia sobie uszy dłońmi. Czy one się w końcu zamkną? Wyją, pła­czą, krzy­czą. Małe bachory. A tyle dla nich zro­biła. Skoń­czyła z nar­ko­ty­kami. Prze­stała pić. Stała się kimś, kim nie jest. Dla nich. Żeby je odzy­skać. Musiała to zro­bić, szcze­gól­nie po tym, jak zabrano jej inne. Tak bar­dzo o nie wal­czyła.

- Zamknij­cie się!

Odkor­ko­wuje whi­sky i napeł­nia szklankę. Dwa łyki i czuje, jak cie­pło zaczyna krą­żyć żyłami po całym ciele. Od razu lepiej. Ale wciąż sły­szy dzieci. Jesz­cze jeden łyk.

- Dosyć tego! - Wybiega z kuchni i wali pię­ścią w drzwi schowka w kory­ta­rzu. - Zamknąć się, mówi­łam! Jedno słowo wię­cej i was poza­bi­jam - wywrza­skuje.

Opiera się o białą płytę wió­rową, jej klatka pier­siowa unosi się i opada, serce łomo­cze, a ona sama ciężko oddy­cha z wysiłku i nasłu­chuje. Wciąż płacz, ale już cich­szy. Bar­dziej kwi­le­nie.

- Bogu dzięki - wzdy­cha. - Naresz­cie spo­kój.

Ocię­ża­łym kro­kiem wraca do kuchni, bosymi sto­pami zbie­ra­jąc okru­chy i kurz. Staje przy zatka­nym zle­wie, wygląda przez brudne okno, zarzuca sobie kwas, ale tak naprawdę potrze­buje zapa­lić. Wyciąga małą torebkę zioła z kie­szeni spód­nicy, skręca jointa i szybko zaciąga się spli­fem dwa razy, jeden po dru­gim.

Nogi miękną w kola­nach. Dostrzega dwa okna. A może trzy? Wzdłuż ławki pod­ska­kuje chle­bak, a mio­tła szuka pary do tańca.

Śmieje się, zapala świeczkę. Cho­ler­nie dobry towar. A może to ten kwas? Odwraca się, chwyta whi­sky i pije z gwinta. Teraz już nie sma­kuje tak ostro. Otwiera książkę, która leży pod ręką, potem znowu ją zamyka. Nie pamięta już, kiedy ostat­nio coś czy­tała. Ten tom wyglą­dał dobrze, podo­bały jej się obrazki, ale teraz książka się z niej naśmiewa.

Hałas z kory­ta­rza ustał, teraz sły­szy śpiewy anio­łów. Tam wysoko, leżą na pucha­tych chmu­rach przy sufi­cie. Są cał­kiem uro­cze. Nie to co te bliź­nia­cze bękarty, które kosz­to­wały ją taki szmat życia. Przy­naj­mniej znowu ma je ze sobą. Z dala od zastęp­czej matki. Kobieta robiła z sie­bie pośmie­wi­sko. Nie miała poję­cia o wycho­wy­wa­niu dzieci.

- Witaj­cie, dro­gie aniołki - szcze­bioce w stronę sufitu, a jej głos wznosi się oktawę wyżej niż zwy­kle. - Przy­by­ły­ście uci­szyć bachory?

I wtedy sły­szy wrzask. Wykrzy­wia twarz, skon­ster­no­wana, obrzuca kuch­nię nie­wi­dzą­cym spoj­rze­niem. Anioły ucie­kły.

Car­rie King bie­rze jesz­cze jeden haust whi­sky, zaciąga się join­tem, chwyta drew­nianą łyżkę. Wybie­ga­jąc z kuchni, nie zauważa, że prze­wró­ciła świecę i butelkę.

- Już ja wam dam powód do pła­czu. Bóg mi świad­kiem.

Dzień pierwszy

Począ­tek paź­dzier­nika 2015 roku

1

Wie­czór to naj­lep­sza pora do nauki. Kie­li­szek wina w dłoni, deli­katna muzyka sączy się z tele­fonu pod­pię­tego do łado­warki, żalu­zje zacią­gnięte do połowy, pola za domem spo­wite ciem­no­ścią. Świa­tło odbija się od kie­liszka, widać wszystko dookoła. Tylko ona i książki. W swoim wła­snym domu. Bez­pieczna.

Marian Rus­sell przy­zna­wała sama przed sobą, że socjo­lo­gia nie jest kie­run­kiem dla niej, ale uwiel­biała zaję­cia z gene­alo­gii. Wszyst­kie inne przed­mioty oka­zy­wały się za trudne na jej głupi mózg. Naprawdę była głu­pia. Arthur wciąż jej to powta­rzał, więc teraz już pra­wie w to wie­rzyła. Choć w głębi duszy wie­działa, że to nie­prawda.

Uśmie­cha­jąc się do sie­bie, wzięła dwie tabletki, połknęła je, popi­ja­jąc winem, i zapa­liła papie­rosa. Od kiedy udało jej się zdo­być sądowy zakaz zbli­ża­nia się przez męża, zaczęła na nowo przej­mo­wać kon­trolę nad wła­snym życiem. Pomo­gła umowa o pracę na dwa­dzie­ścia pięć godzin w tygo­dniu w super­mar­ke­cie, dostała też samo­chód. Łaj­dak stra­cił prawo jazdy, więc za bar­dzo o niego nie wal­czył. Udało jej się namó­wić mamę do prze­pi­sa­nia na nią domu, zanim prze­pro­wa­dziła ją do miesz­ka­nia. W ostat­niej chwili. No i miała stu­dia. I wino. I tabletki.

Fron­towe drzwi otwo­rzyły się, a następ­nie zamknęły.

- To ty, Emma? - rzu­ciła Marian przez ramię. Pomy­ślała, że pora poroz­ma­wiać z córką. Emma miała sie­dem­na­ście lat i zaczy­nała luźno pod­cho­dzić do usta­lo­nych pór powrotu. Marian zer­k­nęła na zega­rek. Nie było jesz­cze dzie­wią­tej.

Wypiła łyk wina.

- Gdzie byłaś?

Cisza. Nie­za­leż­nie od tego, w jakie kło­poty Emma by się wła­do­wała, ni­gdy nie tra­ciła tupetu. Ma to po ojcu? Nie, Marian wie­działa, po kim to odzie­dzi­czyła.

Wstała i odwró­ciła się w stronę drzwi. Kie­li­szek wypadł jej z dłoni.

- To ty!

2

Carn­more to spo­kojna dziel­nica poło­żona na pery­fe­riach Rag­mul­lin. Bie­gnąca przez jej śro­dek droga kie­dyś była główną arte­rią mia­steczka, jed­nak po wybu­do­wa­niu obwod­nicy korzy­stają z niej głów­nie miesz­kańcy albo ci, któ­rzy pamię­tają o jej ist­nie­niu i chcą obje­chać korki. Dwa znaj­du­jące się tu domy dzieli pra­wie pięć­set metrów, a przy ulicy świeci się co trze­cia latar­nia. W taką noc jak ta, w ulew­nym desz­czu, Carn­more wyglą­dało na ponure i opusz­czone. Sto­jące w czar­nej, błot­ni­stej teraz ziemi drzewa strzą­sały z mokrych gałęzi ostat­nie liście.

Zanim na miej­scu zja­wili się inspek­tor Lot­tie Par­ker i sier­żant Mark Boyd, zdą­żono już roz­cią­gnąć poli­cyjną taśmę. Dwa radio­wozy zapar­ko­wano tak, żeby osła­niały dom przed wzro­kiem ewen­tu­al­nych gapiów. Ale wokół pano­wał spo­kój, jeśli nie liczyć ruchu funk­cjo­na­riu­szy.

Lot­tie spoj­rzała na Boyda. Pokrę­cił prze­cząco głową. Miał ponad metr osiem­dzie­siąt oraz szczu­płą i wyspor­to­waną syl­wetkę. Jego włosy, nie­gdyś czarne, a teraz przy­pró­szone siwi­zną, były wygo­lone równo wokół lekko odsta­ją­cych uszu.

- Chodź - powie­działa - nie stójmy w tym desz­czu. Nie cier­pię zgło­szeń późną nocą.

- A ja nie cier­pię spraw rodzin­nych - dodał sier­żant i posta­wił koł­nierz płasz­cza.

- To może być wła­ma­nie. Wła­ma­nie, przy któ­rym coś poszło nie tak.

- Na tym eta­pie to może być wszystko, ale mąż Marian Rus­sell, Arthur, od ostat­nich dwu­na­stu mie­sięcy miał zakaz zbli­ża­nia się do żony - odrzekł Boyd, czy­ta­jąc z kartki, po któ­rej spły­wały kro­ple desz­czu. - I dwa razy się do niego nie zasto­so­wał.

- Co wciąż nie ozna­cza, że to jego sprawka. Musimy zba­dać miej­sce zbrodni.

Inspek­tor posta­wiła koł­nierz pucho­wej kurtki. Miała nadzieję, że zima nie będzie tak ciężka jak rok wcze­śniej. Paź­dzier­nik potrafi być piękny, ale teraz pro­gnoza wska­zy­wała na burzę, ostrze­że­nie miało kolor poma­rań­czowy, a mete­oro­lo­dzy prze­wi­dy­wali, że za chwilę zmieni się na czer­wony. Poło­żo­nemu wśród jezior mia­steczku Rag­mul­lin gro­ziły powo­dzie, a od dwóch tygo­dni padało tyle, że Lot­tie miała już ser­decz­nie dość tego desz­czu.

Po pobież­nych oglę­dzi­nach samo­chodu na pod­jeź­dzie pode­szła bli­żej domu. Drzwi stały otwo­rem. Wej­ścia pil­no­wał umun­du­ro­wany poli­cjant. Roz­po­znał ją i kiw­nął głową.

- Dobry wie­czór, pani inspek­tor. To nie wygląda dobrze.

- Widzia­łam już tyle maka­brycz­nych scen przez ostatni rok, że raczej nic mnie nie zasko­czy. - Par­ker wyjęła z kie­szeni parę ręka­wi­czek ochron­nych, dmuch­nęła w nie i pró­bo­wała nacią­gnąć na prze­mo­czone dło­nie. Z torebki wydo­była też jed­no­ra­zowe nakładki na buty.

- Jak napast­nik dostał się do środka? - spy­tał Boyd.

- Zamek jest nie­tknięty, więc mógł mieć klucz - odpo­wie­działa Lot­tie. - No i nie wiemy jesz­cze, czy to w ogóle "on".

- Arthur Rus­sell miał zakaz zbli­ża­nia się. Nie powi­nien mieć klu­cza.

- Boyd... Może dasz mi szansę?

Lot­tie pochy­liła się i przyj­rzała krwa­wym odci­skom butów, które pro­wa­dziły wzdłuż kory­ta­rza do miej­sca, w któ­rym stała.

- Krew na całej dłu­go­ści w stronę wyj­ścia.

- W obie strony - popra­wił Boyd, wska­zu­jąc na ślady.

- Napast­nik wró­cił do drzwi, żeby coś spraw­dzić czy żeby kogoś wpu­ścić?

- Tech­nicy z SOCO mogą ścią­gnąć wzory pode­szw. Uwa­żaj, gdzie sta­wiasz stopy.

Par­ker rzu­ciła mu gniewne spoj­rze­nie, prze­cho­dząc ostroż­nie wzdłuż kory­ta­rza. Pro­wa­dził do małej sta­ro­mod­nej kuchni, naj­wi­docz­niej nie­dawno wyre­mon­to­wa­nej. Poli­cjantka nie weszła jed­nak dalej, zadrżała na widok, który miała przed sobą. Cie­szyła się, że ma za sobą Boyda. Jego obec­ność nie pozwa­lała jej zwąt­pić we wła­sne czło­wie­czeń­stwo w obli­czu tak nie­ludz­kiego widoku.

- Musieli sto­czyć nie­złą walkę - sko­men­to­wał.

Drew­niany stół wywró­cono do góry nogami. Pię­trzyły się na nim dwa krze­sła, jedno miało trzy odła­mane nogi. Na pod­ło­dze leżały książki i papiery, a także tele­fon i lap­top z ekra­nami popę­ka­nymi w drobną paję­czynkę, jakby ktoś po nich dep­tał. Każdy przed­miot, który nie był przy­twier­dzony na stałe, został zmie­ciony z kuchen­nego blatu. Sosy i zupy spły­wały po fron­tach sza­fek, z kranu w zle­wie pły­nęła woda.

Lot­tie prze­nio­sła wzrok z tego świad­czą­cego o bru­tal­nej walce cha­osu na ciało. Leżało twa­rzą do dołu, w nie­wiel­kiej kałuży krwi. Krót­kie brą­zowe włosy skle­iły się w miej­scu rany głowy - krew, kość i mózg były dosko­nale widoczne. Prawa noga wygi­nała się pod nie­na­tu­ral­nym kątem, tak samo lewa ręka. Spód­nica była roz­darta, a czer­wona koszulka przedarta na ple­cach.

- Siniaki przy krę­go­słu­pie - stwier­dził Boyd.

- Cięż­kie pobi­cie - wyszep­tała Par­ker. - To wymio­ciny? - Spoj­rzała w dół na breję znaj­du­jącą się kilka cen­ty­me­trów od jej stóp.

- Córka Marian Rus­sell była... - zaczął Boyd.

- Nie. Nie mogła wejść do środka. Zapo­mniała klu­cza do drzwi fron­to­wych, a tego od tyl­nych drzwi nie miała. Krzy­czała do matki przez otwór na listy. Pobie­gła na tyły domu. Potem poszła z powro­tem w stronę ulicy do domu przy­ja­ciółki, zadzwo­niła po pomoc. Tyle jest w rapor­cie.

- Jeśli nie weszła do środka, w takim razie porzy­gał się ktoś od nas - powie­dział Boyd.

- Nie musisz być aż taki dosłowny. Widzę to. - Lot­tie chciała prze­cze­sać ręką włosy, ręka­wiczki pękły. - Gdzie jest teraz córka?

- Emma? U sąsiadki.

- Biedna dziew­czyna. Musiała na to patrzeć.

- Prze­cież nie widziała...

- W rapor­cie napi­sano, że spoj­rzała przez okno w tyl­nych drzwiach, Boyd. Zoba­czyła wystar­cza­jąco dużo, żeby już ni­gdy w życiu nie zasnąć spo­koj­nie.

- A jak ty sypiasz? Tyle się naoglą­da­łaś w pracy. Ja wdep­tuję stres w pedały roweru, ale jak ty sobie radzisz?

- Teraz nie czas na takie roz­mowy. - Lot­tie nie podo­bały się son­du­jące pyta­nia Marka. Wystar­cza­jąco dużo o niej wie­dział.

Wcho­dząc do kuchni, zdała sobie sprawę, że wkra­czają na miej­sce zbrodni, które dodat­kowo naru­szyły już osoby udzie­la­jące pierw­szej pomocy.

- Tech­nicy są już w dro­dze?

- Będą za jakieś pięć minut - odpo­wie­dział sier­żant.

- Skoro na nich cze­kamy, to zasta­nówmy się, co tu się wyda­rzyło.

- Mąż się wła­mał...

- Jezu, Boyd! Możesz prze­stać? Nie wiemy, czy to był mąż.

- Oczy­wi­ście, że tak.

- Okej, powiedzmy, że się zga­dzam. Naj­waż­niej­sze pyta­nie brzmi: dla­czego. Co go do tego skło­niło? Ma zakaz zbli­ża­nia się do rodziny od dwu­na­stu mie­sięcy i teraz nagle mu odbija? Czemu dzi­siaj wie­czo­rem? - Lot­tie w zasta­no­wie­niu ssała wargę. Coś się nie zga­dzało w tym, co widziała przed sobą. Ale nie potra­fiła okre­ślić co. Przy­naj­mniej na razie. - Czy zna­le­ziono Arthura Rus­sella?

- Nie ma po nim śladu. Usta­wiono punkty kon­tro­lne. Dro­gówka ma numer reje­stra­cyjny pojazdu. Z naszych danych wynika, że ode­brano mu prawo jazdy, ale bra­kuje samo­chodu, więc możemy przy­jąć, że go zabrał. Znaj­dziemy go - obie­cał Boyd.

- Jeśli twoja hipo­teza jest trafna, to do kogo należy wóz na pod­jeź­dzie?

- Wła­śnie spraw­dzają numer reje­stra­cyjny.

Inspek­tor odwró­ciła się, usły­szaw­szy ruch za ple­cami. Jim McGlynn, kie­row­nik ekipy tech­nicz­nej, dotarł do niej dwoma susami, w jed­nej ręce dźwi­ga­jąc ogromną i ciężką walizę.

- Czy wy nie idzie­cie nie­długo na eme­ry­turę? - zapy­tał.

Lot­tie przy­ci­snęła się do ściany, żeby go prze­pu­ścić.

- Nie, a co?

- Śmierć za wami cho­dzi. Zostań­cie na zewnątrz, dopóki nie powiem, że może­cie wejść.

Zgrzy­ta­jąc zębami, Par­ker z tru­dem zatrzy­mała dla sie­bie słowa, które cisnęły jej się na usta, i posłusz­nie cze­kała, aż zespół McGlynna roz­łoży meta­lowe plat­formy do cho­dze­nia, żeby nie zanie­czysz­czać jesz­cze bar­dziej miej­sca zbrodni. Obser­wo­wała Boyda, który ner­wowo gła­dził się po twa­rzy. Widać było, że aż go skręca, żeby coś odpo­wie­dzieć. Lot­tie poło­żyła palec na ustach i syk­nęła.

- Za kogo on się uważa? - wyszep­tał jej do ucha Mark.

- W tej chwili za naszego naj­lep­szego przy­ja­ciela - odpo­wie­działa.

W mil­cze­niu obser­wo­wali zespół tech­ni­ków przy pracy. Jakieś dwa­dzie­ścia pięć minut póź­niej poja­wiła się Jane Dore - pato­log sądowa - i McGlynn w końcu odwró­cił ciało.

W tej wła­śnie chwili Lot­tie zdała sobie sprawę, co jej nie paso­wało. To nie była Marian Rus­sell, a dużo star­sza kobieta.

- Kto to, do cho­lery, jest? - spy­tał Boyd.

3

- Tępy uraz tyl­nej czę­ści głowy. - Jane Dore zdjęła swój robo­czy kom­bi­ne­zon i wrzu­ciła go do torby trzy­ma­nej przez asy­stentkę. Pato­log miała metr pięć­dzie­siąt, ale mikry wzrost nad­ra­biała wyso­kimi kom­pe­ten­cjami. - Znajdź­cie narzę­dzi zbrodni i będę w sta­nie stwier­dzić, czy rana powstała od niego.

- Co to może być? - zapy­tała inspek­tor.

- Coś twar­dego i zaokrą­glo­nego.

- Mogła­byś nam powie­dzieć coś jesz­cze? - Par­ker sta­rała się, żeby jej ton nie był zbyt bła­galny. - Wciąż musimy ją ziden­ty­fi­ko­wać.

- Nie mam poję­cia, kim jest ofiara. Ustalę ter­min sek­cji na ósmą jutro rano. Może ciało coś nam powie. Przyjdź­cie, sami zobacz­cie.

- Będę, dzięki. - Lot­tie obser­wo­wała, jak Jane Dore wycho­dzi na deszcz, a kie­rowca trzyma para­sol nad jej głową.

- Na porę­czy scho­dów wisi dam­ski płaszcz. Jest wil­gotny - zwró­ciła się do Boyda, sto­ją­cego przed wej­ściem. Zapa­lił dwa papie­rosy i podał jej jed­nego.

- No i?

Wcią­gnęła dym w płuca. Nie paliła papie­ro­sów. Nie nało­gowo. Tylko wtedy, kiedy Boyd ją czę­sto­wał. Przy­da­łaby się podwójna wódka, pomy­ślała. Pró­bo­wała prze­stać pić wiele razy, ale przez ostat­nie kilka mie­sięcy coraz czę­ściej wra­cała do sta­rych nawy­ków. Zacią­gnęła się mocno i wypu­ściła dym, kasz­ląc.

- Kim­kol­wiek jest ta kobieta, to naj­wy­raź­niej przy­szła z wizytą i być może prze­szko­dziła napast­ni­kowi. To musi być jej płaszcz - stwier­dziła.

- Okropna noc na towa­rzy­skie spo­tka­nia - sko­men­to­wał sier­żant.

- Nie widzę za to torebki. Nie mamy nic, co mogłoby nam powie­dzieć, kim ona jest.

- Ktoś ją będzie znał.

- Gdzie jest Marian Rus­sell? Według zeznań córki była tutaj, kiedy Emma poszła do przy­ja­ciółki.

- Gdzie mieszka ta przy­ja­ciółka?

- W następ­nym domu.

- Jakiś kilo­metr stąd - powie­dział Boyd.

- Bar­dziej kil­ka­set metrów - popra­wiła go Lot­tie.

- Jest ciemno i mokro. Czemu pozwo­liła dziecku wra­cać do domu pie­szo?

- Emma Rus­sell ma sie­dem­na­ście lat. - Par­ker zga­siła papie­rosa, który trzy­mała koniusz­kami pal­ców, i podała go Boy­dowi. Wrzu­cił oba nie­do­pałki do paczki papie­ro­sów. - Musimy zna­leźć Marian Rus­sell - dodała.

- Kirby nad tym pra­cuje.

- Zaj­rzyjmy na podwórko.

- Powiem McGlyn­nowi, żeby zapa­lił świa­tła na zewnątrz. - Sier­żant wszedł do środka.

Deszcz osłabł tro­chę, ale mimo to Lot­tie bro­dziła w kału­żach, kiedy zmie­rzała w stronę szczytu domu. Budy­nek wyglą­dał jak kla­syczna wiej­ska kon­struk­cja, ale po gospo­dar­stwie nie było już śladu. Sze­roki żywo­płot wyzna­czał gra­nice jej pola widze­nia, które w ciem­no­ści i tak było ogra­ni­czone.

Wyszła na tył domu, zewnętrzna lampa na ścia­nie zapa­liła się i wypeł­niła prze­strzeń bursz­ty­nową barwą.

- O Boże - powie­działa.

Boyd wyszedł tyl­nymi drzwiami.

- Co zna­la­złaś?

Na ziemi tuż przy drzwiach leżał kij bejs­bo­lowy, deszcz spłu­ki­wał z niego krew. Obok leżała sta­ro­modna czarna skó­rzana torebka, meta­lowa klamra była otwarta, a zawar­tość roz­sy­pana na kostce bru­ko­wej.

- Oto i narzę­dzie zbrodni - orzekł Boyd. - Ktoś się spie­szył.

- A jeśli to nie jest torebka Marian, w takim razie należy do ofiary.

Lot­tie kuc­nęła i pal­cami w ręka­wiczce ostroż­nie odwró­ciła pla­sti­kową kartę leżącą na pod­mo­kłej ziemi.

- Karta krwio­dawcy. Tessa Ball - prze­czy­tała. Imię i nazwi­sko uru­cho­miło nerw pamięci w jej mózgu. Ale jed­no­cze­śnie była prze­ko­nana, że ni­gdy nie spo­tkała Tessy Ball.

- Co robi­cie z moim miej­scem zbrodni? - Wysoka syl­wetka McGlynna góro­wała nad nią w otwar­tych drzwiach. - Nie doty­kaj­cie niczego. Muszę naj­pierw wszystko sfo­to­gra­fo­wać - dodał i krzyk­nął do ekipy, że potrze­buje namiotu.

- Dobrze, dobrze. - Inspek­tor się pod­nio­sła. - Nie wście­kaj się - dodała szep­tem.

Usu­nęła się z drogi McGlyn­nowi i poszła za Boy­dem z powro­tem na przód domu.

- Musimy poroz­ma­wiać z Emmą - powie­działa.

- Musisz zwol­nić obroty - odrzekł sier­żant.

- Tak zro­bię, kiedy tylko się dowiem, kto zabił tę starą kobietę.

4

Dłu­gie i cien­kie włosy Emmy Rus­sell spły­wały jej na ramiona. Lot­tie obser­wo­wała, jak oczy dziew­czyny śle­dziły ją zza oku­la­rów w zwy­czaj­nej oprawce. Za krze­słem, na któ­rym sie­działa Emma, sta­nęła kobieta.

- Ber­nie Kelly - powie­działa. - Pro­szę usiąść.

- Dzię­kuję za opiekę nad Emmą - powie­działa inspek­tor, sia­da­jąc na kana­pie. Przed­sta­wiła sie­bie i Boyda. - Kiedy tylko będę mogła, wyzna­czę funk­cjo­na­riu­sza do kon­tak­tów z rodziną - kon­ty­nu­owała. - Czy jesteś w sta­nie z nami poroz­ma­wiać, Emmo?

Dziew­czyna wypro­sto­wała się na fotelu, ręce trzy­mała na dżin­sach, w dło­niach mię­to­liła chu­s­teczkę. Ski­nęła pota­ku­jąco.

Salon był mały i smutny, wypchany meblami i bibe­lo­tami. W kominku mocno palił się węgiel, a Lot­tie wyda­wało się, że gorąco popy­cha na nich ściany. Aro­ma­tyczny ole­jek nie poma­gał wcale na zapach dymu.

- Wiem, że prze­ży­łaś ogromny szok - powie­działa. - Ale to ważne, żeby­śmy poroz­ma­wiali tak szybko, jak to moż­liwe.

- Okej - wyszep­tała Emma.

- Na począ­tek powiedz, czy znasz kobietę, która nazywa się Tessa Ball?

W ciągu ostat­niego kwa­dransa udało im się ziden­ty­fi­ko­wać ofiarę dzięki prawu jazdy zna­le­zio­nemu w torebce. A numery reje­stra­cyjne potwier­dziły, że samo­chód też do niej nale­żał.

- To moja bab­cia - powie­działa Emma, pod­no­sząc głowę.

- Twoja bab­cia? - Lot­tie odwró­ciła się w stronę Marka. On aż się wypro­sto­wał.

- O Boże! - Emmie na moment zabra­kło tchu. - To była ona, prawda? To ona tam leżała... na pod­ło­dze w kuchni. Kto mógłby jej zro­bić coś takiego?

- Tak mi przy­kro. Nie wie­dzia­łam - powie­działa poli­cjantka, kry­ty­ku­jąc się w myślach. - Możesz mi powie­dzieć, co widzia­łaś?

- Ja... sama nie wiem. - Łzy zaczęły pły­nąć Emmie po policz­kach. Zdjęła oku­lary, wytarła je kawał­kiem porwa­nej chu­s­teczki, potem ruchem ramie­nia zrzu­ciła rękę, którą trzy­mała tam Ber­nie.

- Jesteś pewna, że dasz radę o tym poroz­ma­wiać? Bar­dzo mi przy­kro, ale musimy dzia­łać nie­zwłocz­nie. - Lot­tie poczuła szturch­nię­cie Boyda w żebra. Odsu­nęła się od niego o cen­ty­metr, ale dalej już nie była w sta­nie uciec.

- Musi­cie zna­leźć moją mamę.

- Nasi ludzie jej szu­kają. Masz może pomysł, gdzie mogłaby być?

- Nie wiem.

- Dobrze, Emmo, potrze­buję two­jej pomocy, żeby usta­lić, co się stało.

Dziew­czyna spoj­rzała na nią roz­sze­rzo­nymi oczami.

- Ja nic nie wiem.

- Opo­wiedz mi, jak spę­dzi­łaś wie­czór. Zacznij od początku.

- Czy musimy to robić teraz? - zapy­tała Ber­nie, a jej dłoń znowu deli­kat­nie opa­dła na ramię Emmy.

- Robię, co w mojej mocy, żeby dowie­dzieć się, co się stało two­jej babci, i żeby odna­leźć twoją matkę. - Lot­tie skie­ro­wała odpo­wiedź do Emmy. - Może pamię­tasz coś, co tobie wydaje się bez zna­cze­nia, ale co tak naprawdę może nam pomóc. Czy to jest dla cie­bie okej? - Opu­ściła głowę i pró­bo­wała spoj­rzeć dziew­czy­nie w oczy.

Emma z waha­niem zaczęła mówić:

- Po szkole wró­ci­łam do domu i poszłam do mojego pokoju. Odro­bi­łam lek­cje. Sły­sza­łam, jak mama wró­ciła około pią­tej. Zawo­łała mnie na kola­cję o szó­stej. Zja­dły­śmy laza­nię. Taką gotową. Straszne gówno, ale zja­dłam ją, żeby była zado­wo­lona. Powie­działa, że musi pouczyć się na swoje głu­pie zaję­cia. Przy­ję­łam, zro­bi­łam sobie kawę i przez kilka minut sie­dzia­łam w salo­nie, aż zadzwo­niła Nata­sha i przy­szłam tu do niej. Oglą­da­ły­śmy tele­wi­zję. To wszystko.

- O któ­rej wró­ci­łaś do domu? - zapy­tała Par­ker, spo­glą­da­jąc na Boyda, żeby upew­nić się, że robi notatki.

- Mama powie­działa, że mam być w domu o dzie­wią­tej, ale byłam z powro­tem jakoś wpół do jede­na­stej. Zwy­kle nie ma nic prze­ciwko, kiedy się spóź­niam, jeśli wie, gdzie jestem. Nie mogłam zna­leźć klu­cza. To żaden pro­blem, bo mama spę­dza wie­czory w domu... - nagle urwała i spoj­rzała na śled­czą. - Gdzie ona jest?

- To wła­śnie pró­bu­jemy usta­lić - powie­dział Boyd.

- Czemu jej nie szu­ka­cie, tylko sie­dzi­cie tu i zada­je­cie mi głu­pie pyta­nia? - Emma zwie­siła głowę. - Prze­pra­szam.

- Wiem, że jesteś zde­ner­wo­wana, Emmo. - Lot­tie wycią­gnęła dłoń, żeby dotknąć ręki dziew­czyny.

Emma ją chwy­ciła.

- Znajdź­cie moją mamę, pro­szę.

- To bar­dzo trudne, wiem - powie­działa Par­ker, ści­ska­jąc dłoń Emmy - ale czy możesz mi powie­dzieć, co zro­bi­łaś, kiedy wró­ci­łaś do domu?

Emma cof­nęła dłoń, pocią­gnęła nosem, potem go potarła.

- Zadzwo­ni­łam dzwon­kiem. Nikt nie otwie­rał. Poszłam na tył domu. Spoj­rza­łam przez okno w gór­nej poło­wie drzwi. Zoba­czy­łam... Zoba­czy­łam...

- Świet­nie sobie radzisz - zachę­cił Boyd.

- Nie, wcale nie! Co pan o tym może wie­dzieć? To było straszne. Zoba­czy­łam kobietę w takim sta­nie - na pod­ło­dze w kuchni. A teraz mówi­cie mi, że to moja bab­cia. Kto jej to zro­bił? Kto ją zabił? I gdzie jest moja mama?

No wła­śnie, gdzie?, pomy­ślała Lot­tie.

- Czyli nie weszłaś do środka? - upew­nił się Boyd.

- Głu­chy pan jest czy co? Nie mia­łam klu­cza. Nie mogłam wejść do środka. - Emma patrzyła na niego ze zło­ścią, jej oczy pło­nęły. - Zoba­czy­łam... ciało na pod­ło­dze. Nie widzia­łam nikogo innego. Padało i było ciemno. Pobie­głam z powro­tem do Nata­shy. Potem zadzwo­ni­łam na dzie­więć dzie­więć dzie­więć.

- Czemu nie zadzwo­ni­łaś spod domu? - spy­tał Boyd.

- Nie myśla­łam o tym. Bałam się. Po pro­stu ucie­kłam. - Chu­s­teczka zmie­niła się w con­fetti, które opa­dło na kwie­ci­sty dywan.

- Kiedy byłaś pod domem, na pewno niczego nie widzia­łaś? Nic nie leżało na ziemi? - dopy­ty­wała Lot­tie.

- Było ciemno. Niczego nie widzia­łam.

- Wiem, że nie mia­łaś klu­cza, ale pró­bo­wa­łaś może otwo­rzyć tylne drzwi? Spraw­dzić, czy są zamknięte?

- N-n-nie. Nie przy­szło mi to do głowy. Zało­ży­łam, że są zamknięte, ale nie pró­bo­wa­łam ich otwo­rzyć. O Boże, może bab­cia żyła i mogłam ją ura­to­wać. - Emma zwi­nęła się w kłę­bek, objęła się rękami, szlo­chała.

- Nie mogłaś jej pomóc, Emmo - powie­działa śled­cza, wycią­ga­jąc dłoń ku dziew­czy­nie. - Zro­bi­łaś to, co nale­żało, opusz­cza­jąc pose­sję.

Teraz jesz­cze bar­dziej ją wystra­szy­łam, pomy­ślała. Emma patrzyła na nią dzi­kim wzro­kiem. Jeśli jej umysł był w takim kru­chym sta­nie jak ciało, to za chwilę mogła się roz­sy­pać.

- Czy to moż­liwe, że on na mnie cze­kał?

- Nie, kocha­nie. Jego tam nie było. Ale musimy pobrać twoje odci­ski pal­ców i DNA. Żeby wyklu­czyć cię ze śledz­twa.

Oczy Emmy roz­sze­rzyły się ze stra­chu.

- Po co wam moje DNA? Nic nie zro­bi­łam.

- Taka jest pro­ce­dura - wytłu­ma­czyła Lot­tie, a potem odpu­ściła i powie­działa: - Ale teraz myślę, że potrze­bu­jesz odpo­cząć.

- Jak mam odpo­cząć, kiedy cały czas widzę... Widzę...

Ber­nie Kelly nachy­liła się nad Emmą i ści­snęła jej łokieć.

- Spró­buj nie dener­wo­wać się aż tak bar­dzo.

- Wiem, że to nie­ła­twe, Emmo - powie­działa Lot­tie - i dzię­kuję, że z nami poroz­ma­wia­łaś. Bar­dzo nam pomo­głaś. To moja wizy­tówka z nume­rem tele­fonu. Zadzwoń do mnie, jeśli coś jesz­cze sobie przy­po­mnisz.

- Znajdź­cie moją mamę - powie­działa nasto­latka i zaczęła szlo­chać.

Będąc już przy drzwiach, Lot­tie się odwró­ciła.

- Kiedy ostatni raz widzia­łaś tatę?

Emma spoj­rzała w górę, a na jej twa­rzy poja­wiła się kon­ster­na­cja.

- Tatę? Chyba nie myśli­cie, że on to zro­bił?

- Oczy­wi­ście, że nie. Ale musimy poroz­ma­wiać ze wszyst­kimi. Gdzie go znaj­dziemy?

Emma potrzą­snęła głową i wzru­szyła ramio­nami.

- Nie mam poję­cia, gdzie on jest.

Par­ker wymie­niła spoj­rze­nia z Boy­dem. Bar­dzo chcia­łaby poroz­ma­wiać jesz­cze z Emmą, ale w drzwiach poja­wiła się inna dziew­czyna. Lot­tie zało­żyła, że ta wysoka, tycz­ko­wata nasto­latka z rudymi wło­sami zwią­za­nymi w kucyk to Nata­sha.

Ber­nie Kelly odpro­wa­dziła oboje detek­ty­wów do drzwi.

- Uwa­żam, że Emmie potrzebny jest odpo­czy­nek, nie sądzi pani?

- Oczy­wi­ście. Ale jeśli coś sobie przy­po­mni, pro­szę się ze mną od razu kon­tak­to­wać. - Lot­tie podała jej kolejną wizy­tówkę. - Tak, jak mówi­łam, zosta­nie jej przy­pi­sana osoba z poli­cji spe­cja­li­zu­jąca się w kon­tak­tach z rodziną - dodała.

- To nie­po­trzebne. Zajmę się nią. I tak to robię przez więk­szość czasu.

- Co pani ma na myśli? - Inspek­tor zało­żyła kap­tur, żeby schro­nić się przed ulewą.

- Biedna Emma. Kiedy nie ma jej w szkole ani nie pra­cuje na pół etatu w hotelu, jest tutaj z Nata­shą. Nie wydaje mi się, żeby Marian miała się dobrze od... sama pani wie...

- Nie wiem.

- Od tej sprawy z Arthu­rem.

- Cho­dzi pani o zakaz zbli­ża­nia się? - Poli­cjantka zasta­na­wiała się, dokąd zmie­rza ta roz­mowa.

- Tak, i o te inne rze­czy.

- Pani Kelly, czy możemy wejść z powro­tem i poroz­ma­wiać?

- Naprawdę powin­nam przy­pil­no­wać dziew­czy­nek. Już i tak za dużo powie­dzia­łam. - Ber­nie Kelly odwró­ciła się, żeby wejść do środka.

Lot­tie, chcąc ją zatrzy­mać, poło­żyła dłoń na jej ramie­niu.

- Nie powie­działa pani pra­wie nic. Bab­cia Emmy została zamor­do­wana, jej matka znik­nęła, a my nie mamy poję­cia, gdzie jest Arthur Rus­sell. Czy wie pani, gdzie może być Marian?

- Nie, przy­kro mi.

- Wszystko może oka­zać się ważne.

- Ja nic nie wiem - pró­bo­wała zamknąć drzwi. Lot­tie przy­szło do głowy, żeby zablo­ko­wać je stopą, ale doszła do wnio­sku, że poroz­ma­wia z kobietą jutro.

- Wie pani dużo wię­cej, niż się pani wydaje. Pro­szę przyjść jutro rano na komi­sa­riat. Złoży pani pełne zezna­nie. Dzie­siąta pani pasuje?

- Muszę zostać z dziew­czę­tami.

- Będzie tu funk­cjo­na­riusz do kon­tak­tów z rodziną. A więc widzimy się o dzie­sią­tej. Do zoba­cze­nia.

5

Lot­tie weszła cicho po scho­dach i zaczęła nasłu­chi­wać. Cisza. Dzięki Bogu. Prze­mknęła do swo­jego pokoju i zamknęła drzwi. Nie zdej­mu­jąc kurtki, padła na łóżko i wes­tchnęła z wycień­cze­nia. Po szyb­kim spo­tka­niu na komi­sa­ria­cie, pod­czas któ­rego wyzna­czono zespół pro­wa­dzący sprawę, poże­gnała się i Boyd odwiózł ją do domu. Wszystko było przy­go­to­wane do kon­ty­nu­owa­nia śledz­twa następ­nego dnia rano, a przez noc trwały poszu­ki­wa­nia Marian Rus­sell.

Nagle otwo­rzyła oczy. Jej mózg nie zwal­niał obro­tów. Miała nadzieję, że tech­nicy coś znajdą, ale prio­ry­te­tem było zlo­ka­li­zo­wa­nie Marian Rus­sell i jej męża. Może wtedy zro­zu­mie, co wyda­rzyło się w tam­tym domu.

- Cho­lera - syk­nęła, zry­wa­jąc się na nogi. Jej kurtka była prze­mo­czona. Zrzu­ciła ją z sie­bie i zoba­czyła mokrą plamę na koł­drze. - Tylko tego mi trzeba.

Pod­nio­sła kata­log sklepu Argos z łóżka po stro­nie Adama, odrzu­ciła go na szafkę. Ciężka książka pozwa­lała jej poczuć, że w łóżku koło niej ktoś jest. Że nie jest sama. Cza­sami poma­gały małe rze­czy. Wytrze­pała koł­drę, odwró­ciła ją na drugą stronę, teraz mokra plama była na spo­dzie, po stro­nie Adama. Nie prze­szka­dza­łoby mu to. W końcu nie żył. W dro­dze po nowy kata­log zatrzy­mała się. Cztery lata to wystar­cza­jąco długi okres na żałobę i pogo­dze­nie się z pustką. Na bez­de­chu wło­żyła książkę pod łóżko. Cztery lata to był długi okres w nie­któ­rych kwe­stiach, ale życie, jakie pro­wa­dzili z Ada­mem, wciąż było tak świe­żym wspo­mnie­niem w jej gło­wie, jakby to było wczo­raj. Kiedy ścią­gała z sie­bie prze­mo­czone ubra­nia, wkła­dała stary T-shirt przez głowę i kła­dła się spać, czuła na bar­kach cię­żar samot­no­ści.

Płacz z pokoju obok ozna­czał, że dziecko Katie nie spało.

- O Boże, znowu - wyszep­tała Lot­tie w stronę sufitu.

W pokoju roz­le­gły się kroki Katie, która zaczęła uspo­ka­jać małego Louisa. Czy powin­nam wstać i pomóc? Nie. Córka sta­now­czo chciała sama zaj­mo­wać się swoim dziec­kiem. Zega­rek poka­zy­wał 3:45. Bęb­niąc pal­cami po czole, Lot­tie pró­bo­wała zmu­sić swój umysł do snu. Nada­rem­nie.

Usia­dła.

Otwo­rzyła szafkę przy łóżku i nie zapa­la­jąc świa­tła, wycią­gnęła z niej butelkę. Kilka łyków nie zaszko­dzi. Pomoże jej zasnąć, to wszystko. To lecz­ni­czo. Tak.

Dwa para­ce­ta­mole, jesz­cze kilka łyków i wkrótce już spała.

* * *

Patrzył, jak wysoka poli­cjantka wysiada z samo­chodu i wcho­dzi do domu, nie zapa­la­jąc świa­tła. Drugi detek­tyw odje­chał.

Odcze­kał pięć minut.

Zoba­czył świa­tło w sypialni na pię­trze i cień poru­sza­jący się za żalu­zjami.

Odcze­kał jesz­cze pięć minut i zadzwo­nił.

Tak jak każ­dej nocy przez ostat­nie dzie­sięć mie­sięcy.

Kiedy wszystko było zała­twione, odpa­lił sil­nik i odje­chał.

Dzień drugi

6

Nowy dzień. To samo gówno. Lot­tie bolała głowa, a posmak w ustach był taki, jakby coś w nich prze­spało całą noc. Wyśle­dziła pustą butelkę wódki odrzu­coną jak nie­chciana lalka obok na łóżko.

Zawle­kła zmę­czone koń­czyny pod prysz­nic, uni­kała patrze­nia na sie­bie w lustrze. Prze­krę­ciła kurek w złą stronę i ciało ude­rzyła lodo­wata woda.

- Noż kur...!

Prze­krę­ciła kurek w odpo­wied­nią stronę i stała pod ścianką małej szkla­nej kabiny, aż stru­mień wody zro­bił się cie­pły. Weszła pod lejącą się wodę, zamknęła oczy i wypu­ściła ustami powie­trze, które zmie­niło się w wodną mgiełkę. Zakrę­ciło jej się lekko w gło­wie, oparła dło­nie o śli­skie kafelki i pozwo­liła, żeby woda zadud­niła jej po ple­cach.

Zasłu­guję na to, pomy­ślała. Głu­pia. Głu­pia. Głu­pia.

Kiedy już zgro­ma­dziła wystar­cza­jąco dużo ener­gii, wymyła włosy szam­po­nem, potem odżywką, spłu­kała je i wyszła z gorą­cej kabiny do zim­nej łazienki.

Nie ma ręcz­nika.

Bie­gnąc do pokoju po ręcz­nik, wyrżnęła dużym pal­cem o fra­mugę drzwi.

I tak zaczął się ten dzień.

* * *

W dro­dze do kost­nicy, którą wszy­scy nazy­wali Domem Zmar­łych, Lot­tie nacią­gnęła kap­tur na głowę i prze­cze­sała pal­cami włosy. Ból roz­sa­dzał jej czaszkę. Ale serio, pomy­ślała, zbierz się do kupy. Wie­działa, że poje­dyn­cza prze­grana może się skoń­czyć rów­nią pochyłą. Naprawdę chciała wejść znowu do tej kró­li­czej nory? Nie. Ale jeden łyk mógł uśmie­rzyć ból. Albo jedna tabletka, jeśli ją miała.

Deszcz padał nie­ustan­nie całą noc, a teraz bęb­nił o przed­nią szybę, kiedy jechała czter­dzie­ści kilo­me­trów do Tul­la­more, gdzie urzę­do­wała pato­log. Zadzwo­niła domo­fo­nem i weszła do lodo­wa­tego kory­ta­rza, w któ­rym zapach środ­ków odka­ża­ją­cych masko­wał zapach śmierci.

Jane Dore zaczęła już sek­cję i krą­żyła wokół sta­lo­wego stołu, na któ­rym leżała ponad­sie­dem­dzie­się­cio­let­nia Tessa Ball.

- Dzień dobry, pani inspek­tor. - Głos lekarki był ostry i pro­fe­sjo­nalny. - Będę kon­ty­nu­ować, jeśli nie ma pani nic prze­ciwko.

- Śmiało - powie­działa Lot­tie, wło­żyła far­tuch ochronny i zajęła miej­sce na wyso­kim tabo­re­cie obok stołu ze stali nie­rdzew­nej. Jane Dore i jej zespół mieli wypra­co­waną rutynę. Oglą­dali, doty­kali, sztur­chali, pobie­rali próbki, zapi­sy­wali wyniki. Po chwili śled­cza miała wra­że­nie, że sala wiruje wraz z nimi.

- Jakaś pewna przy­czyna zgonu? - zapy­tała nie­cier­pli­wie. - Zakła­dam, że to mor­der­stwo.

Jane Dore odwró­ciła się i zatrzy­mała wzrok na poli­cjantce.

- Obie wiemy, że w mojej pracy nie zakła­dam niczego. Pozwa­lam ciału opo­wie­dzieć mi swoją histo­rię. I tylko z nim jestem w sta­nie pra­co­wać.

- Wiem, ale jestem tro­chę zajęta, mam spo­tka­nie zespołu, więc pomo­głoby mi, gdy­byś... - Par­ker urwała; zdała sobie sprawę, że mam­ro­cze. Jane Dore świ­dro­wała ją wzro­kiem.

- Idź, jeśli chcesz. Prze­ślę wyniki mailem. - Odwró­ciła się i kon­ty­nu­owała bada­nie.

- Tępy uraz? - pod­su­nęła detek­tyw. - Tak mówi­łaś wczo­raj w nocy.

Jane wes­tchnęła i pode­szła do Lot­tie.

- Dobrze. Widzę, że myślami jesteś gdzie indziej. Wiem, że masz dużo na gło­wie, ale mnie nie wolno poga­niać. Potrak­to­wa­łam sek­cję pani Ball prio­ry­te­towo, żebyś miała z czym pra­co­wać.

- Dzięki, Jane. Naprawdę to doce­niam, ale nie czuję się naj­le­piej i...

- Przy­czyną zgonu będzie naj­praw­do­po­dob­niej tępy uraz głowy. Zado­wo­lona?

- Dzię­kuję. Coś wska­zuje na rodzaj uży­tej broni?

- Tak jak suge­ro­wa­łam wczo­raj w nocy, użyto twar­dego i zaokrą­glo­nego narzę­dzia, ude­rzono z dużą siłą. Raz a dobrze. Ude­rze­nie albo od razu ją zabiło, albo spo­wo­do­wało ogromny udar. Wię­cej będę w sta­nie powie­dzieć póź­niej.

- Czy to mógł być kij bejs­bo­lowy, który zna­leź­li­śmy na miej­scu?

Dore rzu­ciła jej prze­cią­głe spoj­rze­nie. Lot­tie wie­działa, że nie może sobie pozwo­lić na złe rela­cje z lekarką. Potrze­bo­wała od niej przy­sługi. Nie­ofi­cjal­nie, jeśli tak można to ująć. A jeśli zosta­nie tu dłu­żej, wycze­ku­jąco patrząc na Jane, która kroi ciało, narazi na szwank dużo wię­cej niż ich przy­jaźń. Treść żołądka pod­cho­dziła jej do gar­dła.

- Dzię­kuję - powie­działa i zwró­ciła się w stronę drzwi. - Jesz­cze jedno. Napaść na tle sek­su­al­nym?

- Pobiorę próbki, ale nie wydaje się to praw­do­po­dobne. Dosta­niesz wstępny raport dzi­siaj po połu­dniu.

Lot­tie rzu­ciła jesz­cze jedno spoj­rze­nie na pożół­kłe ciało i szybko wyszła z pomiesz­cze­nia. Deszcz lał bez ustanku. Jedy­nym pocie­sze­niem było to, że nie zwy­mio­to­wała na błysz­czący sta­lowy blat albo białe kafelki pod­łogi. Co to to nie - wytrzy­mała aż do par­kingu i wyrzy­gała się mię­dzy dwoma samo­cho­dami.

Ni­gdy wię­cej alko­holu.

7

Prze­ja­śniło się tro­chę i szare kon­tury Rag­mul­lin wyło­niły się z mgły. Bliź­nia­cze strze­li­ste wieże kate­dry prze­bi­jały chmury na prawo, a wznie­sie­nie Hill Point wybrzu­szało się w pła­skim kra­jo­bra­zie po lewej. Pra­co­wała tam lekarka Anna­belle O'Shea. Kie­dyś się przy­jaź­niły. Tabletki. Potrze­bo­wała kilka Xanak­sów, żeby prze­trwać ten dzień - każdy dzień. Otrzą­sa­jąc się z tych zachcia­nek, doci­snęła pedał gazu i popę­dziła w kie­runku mia­sta.

W biu­rze zrzu­ciła kurtkę, powie­siła ją na prze­peł­nio­nym wie­szaku i pode­szła do biurka.

- Coś nowego z sek­cji pani Ball? - zapy­tał detek­tyw Larry Kirby.

Lot­tie zatrzy­mała się w pół kroku i zer­k­nęła na niego. Kirby był duży i tęgi, miał ster­czące włosy. W ustach trzy­mał wła­śnie elek­tro­nicz­nego papie­rosa.

- Po co ci to? - spy­tała.

- Pró­buję rzu­cić zwy­kłe - wyja­śnił, szybko wkła­da­jąc urzą­dze­nie do kie­szeni koszuli.

- Nie ma jesz­cze wyni­ków sek­cji - powie­działa Par­ker i przy­su­nęła sobie krze­sło. - Myśla­łam, że zaj­mu­jesz się prze­py­ty­wa­niem sąsia­dów.

- Tak, ale zapo­wie­dzia­łaś zebra­nie zespołu o dzie­sią­tej. Więc jestem. Odbę­dzie się?

Cho­lera. W ciągu pół­go­dzin­nej jazdy z Tul­la­more zapo­mniała, dla­czego tak się spie­szyła.

- Oczy­wi­ście. Cen­trum ope­ra­cyjne. Wszy­scy. - Rozej­rzała się dokoła. Detek­tywi patrzyli na nią. - Co?

Boyd nachy­lił się nad nią.

- Wszystko w porządku?

- Oczy­wi­ście, że tak. Czemu pytasz?

- Wyda­jesz się tro­chę... wstrzą­śnięta.

- Chyba nie wiesz, o czym mówisz.

Detek­tywi Boyd, Kirby i Lynch wyszli z biura. Par­ker pocze­kała, aż sobie pójdą, po czym usia­dła i wysu­nęła szu­fladę biurka. Zaczęła szpe­rać w bała­ga­nie. Choć jedna, pomy­ślała. Nawet pół. Wycią­gała papiery i dłu­go­pisy, prze­su­nęła dło­nią po spo­dzie szu­flady. Nic. Wysu­nęła szu­fladę i odwró­ciła do góry dnem. Jest! Pod spodem był przy­kle­jony taśmą Xanax. Koło ratun­kowe. Ode­rwała od taśmy tabletkę, która zaczęła się kru­szyć. Nie, pomy­ślała, potrze­buję cię. Rozej­rzała się dokoła, żeby upew­nić się, że jest sama, i wsa­dziła sobie przy­kle­joną do taśmy tabletkę do ust. Języ­kiem zli­zała resztę, a potem wypluła taśmę. Zła­pała swoje odbi­cie na ekra­nie kom­pu­tera i zaczęła się zasta­na­wiać, kim może być ta dzika kobieta. Wyglą­dała okrop­nie.

Wstała, chwy­ciła butelkę wody z biurka Boyda, wypiła ją kil­koma łykami i poszła do cen­trum ope­ra­cyj­nego.

* * *

Tablice znowu stały na swoim miej­scu, wzdłuż ścian cen­trum ope­ra­cyj­nego. Obok sie­bie wisiały na nich zdję­cie pośmiertne Tessy Ball i zdję­cie zagi­nio­nej Marian Rus­sell, pozy­skane z tele­fonu jej córki Emmy.

- Wia­domo, czy jakaś krew z miej­sca zbrodni należy do Marian Rus­sell? - zapy­tał Kirby.

- To praw­dziwe życie, nie CSI - odpo­wie­działa Lot­tie. - Dosta­niemy ana­lizę za kilka dni. Tech­nicy wciąż są na miej­scu. - Przy­pięła zdję­cie kuchni Rus­sel­lów do tablicy.

- Wygląda jak pobo­jo­wi­sko - sko­men­to­wał Kirby.

Par­ker odwró­ciła się, żeby go zbesz­tać, ale zamiast tego powie­działa:

- Tessa Ball. Tępy uraz tyłu głowy. Marian Rus­sell. Ostat­nio widziana przez córkę Emmę około osiem­na­stej trzy­dzie­ści. - Stuk­nęła pal­cem w foto­gra­fię Marian. - Posta­ramy się zdo­być dzi­siaj lep­sze zdję­cie.

- Może Marian zabiła matkę i ucie­kła? A może Tessa Ball zna­la­zła się w nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wej porze? - pytał Boyd.

- Możemy dzia­łać tylko na pod­sta­wie fak­tów, które mamy. Tessa Ball żyła sama, po dru­giej stro­nie mia­sta, na osie­dlu Świę­tego Dec­lana. W torebce nie było komórki. Port­fel, pięć­dzie­siąt euro i drobne. Klu­cze, oku­lary do czy­ta­nia w etui. Modli­tew­nik z mnó­stwem świę­tych obraz­ków i róża­niec.

- Kazno­dziejka - stwier­dził Kirby.

Inspek­tor zamknęła oczy, poli­czyła do trzech i kon­ty­nu­owała:

- Jeden z klu­czy to klucz do samo­chodu zapar­ko­wa­nego przed domem, możemy zało­żyć, że drugi to klucz do miesz­ka­nia. Prze­szu­kamy je. Musimy rów­nież usta­lić, gdzie była wcze­śniej.

- Wła­śnie przy­szła wia­do­mość od McGlynna. Tech­nicy zna­leźli tele­fon w samo­cho­dzie - prze­rwał Boyd.

- Świet­nie. Prze­ana­li­zuj dane.

- Robi się.

- A co mówi Emma? - zapy­tała detek­tyw Maria Lynch.

- Wczo­raj w nocy była bar­dzo zde­ner­wo­wana. Dosta­niesz póź­niej trans­kryp­cję naszej roz­mowy. - Par­ker z uśmie­chem rzu­ciła spoj­rze­nie Boy­dowi, przy­po­mi­na­jąc mu, że musi zro­bić trans­kryp­cję. Potak­nął głową.

- Czy towa­rzy­szy jej ktoś do spraw kon­tak­tów z rodziną? - spy­tała Lynch.

- Cie­szę się, że pytasz. Nasza funk­cjo­na­riuszka jest na zwol­nie­niu. Chcia­łam zapro­po­no­wać, żebyś ją zastą­piła, Lynch.

- O nie. Wpraw­dzie zosta­łam odpo­wied­nio prze­szko­lona, ale mam strasz­nie dużo pracy. - Maria kart­ko­wała akta na kola­nie.

- A czy mogła­byś zro­bić to dzi­siaj? Bar­dzo cię pro­szę. Emma jest w domu Kel­lych. Możesz tam pod­je­chać, jak skoń­czymy, i zoba­czysz, co jesteś w sta­nie z niej wycią­gnąć.

Śled­cza, wyraź­nie nie­za­do­wo­lona, zaczęła się bawić kucy­kiem. Ciężka cho­lera, pomy­ślała Lot­tie. Nie ufała Lynch. Miała ku temu powody, sprzed wielu lat, nie chciała o nich myśleć. Przy­naj­mniej nie teraz.

- No więc usta­lone - pod­su­mo­wała. - Mamy adres Arthura Rus­sella?

- Zatrzy­mał się w pen­sjo­na­cie - wyja­śnił Boyd. - Roz­ma­wia­łem z gospo­dy­nią. Jest tam w tej chwili.

- Poje­dziemy z nim pomó­wić.

- On raczej nie ma z tym nic wspól­nego - zastrzegł sier­żant.

- Czemu nie? - Czy on mógłby się w końcu zamknąć i pozwo­lić jej pra­co­wać?

- To nie ma sensu. Jeśli to on, już dawno by go tu nie było.

Lot­tie zasta­no­wiła się nad tym przez chwilę.

- Musimy spraw­dzić, gdzie był wczo­raj w nocy, a potem możemy przyj­rzeć się, czy miał spo­sob­ność i motyw.

Komi­sarz Cor­ri­gan poja­wił się z tyłu pomiesz­cze­nia.

- Pro­szę kon­ty­nu­ować, inspek­tor Par­ker. Niech pani nie zwraca na mnie uwagi. - Oparł się o ścianę i zało­żył ręce na pier­siach nad swoim wiel­kim brzu­chem.

- Dzię­kuję, komi­sa­rzu - powie­działa inspek­tor, upusz­cza­jąc kartkę, którą trzy­mała w dło­niach. Nie ufała sobie na tyle, żeby się po nią schy­lić. Wystar­cza­jąco już krę­ciło jej się w gło­wie.

Boyd wstał, żeby pod­nieść kartkę. Zatrzy­mała go spoj­rze­niem. Usiadł z powro­tem.

- Wygląda na sprawę rodzinną - stwier­dził Cor­ri­gan.

- Pozory mogą mylić. - Czy wła­śnie powie­działa coś takiego komi­sa­rzowi?

- Wiem, do cho­lery - odpa­ro­wał Cor­ri­gan. Patrzył pro­sto na nią i pocie­rał dło­nią swoją łysinę.

Może powinna była zostać dzi­siaj w łóżku.

- Dopóki tech­nicy nie zakoń­czą prac, nie możemy sobie pozwo­lić na spe­ku­la­cje - oznaj­miła. - Sek­cja wła­śnie trwa, ale pato­lożka potwier­dziła, że tępy uraz głowy to naj­bar­dziej praw­do­po­dobna przy­czyna zgonu pani Ball.

- Tępy uraz głowy? Spo­wo­do­wany czym? - spy­tał Cor­ri­gan, roz­kła­da­jąc ręce i prze­cho­dząc przez pomiesz­cze­nie w stronę Lot­tie. Dotknął pal­cem zdję­cia z miej­sca zbrodni. - Pokaż mi.

- Zna­leź­li­śmy poten­cjalną broń przy tyl­nych drzwiach. - Inspek­tor wska­zała ziar­ni­ste zdję­cie zro­bione nocą. - Tech­nicy ją badają.

- Kij bejs­bo­lowy. To jest Rag­mul­lin, a nie pie­przone Chi­cago. Kto trzyma tutaj kij bejs­bo­lowy?

- Nie usta­li­li­śmy, do kogo należy. Jesz­cze. - Lot­tie wbi­jała paznok­cie w skórę dłoni i powta­rzała bez­gło­śnie jak man­trę: zacho­waj, kurwa, spo­kój.

- Wydaje się, że usta­li­li­ście już wszystko, do cho­lery.

- Robimy, co możemy.

- Robi­cie za mało. Chcę, żeby Rus­sell tra­fił do celi przed koń­cem dnia. I chcę, żeby­ście odna­leźli jego żonę. Czy może­cie usta­lić, gdzie ona jest, inspek­tor Par­ker?

- Tak jest.

- To bierz­cie się do pracy, do cho­lery. - To powie­dziaw­szy, z uśmie­chem zado­wo­le­nia wypro­sto­wał się i wyma­sze­ro­wał z pomiesz­cze­nia.

- Co go ugry­zło? - spy­tał Boyd.

- Co za bzdury - dodał Kirby.

- To on jest tu sze­fem - dorzu­ciła Lynch.

- Ja kie­ruję tym śledz­twem - przy­po­mniała Par­ker, wyma­chu­jąc despe­racko rękami. - Czy ktoś może dotrzeć do zna­jo­mych pani Ball i z nimi poroz­ma­wiać? Kirby? I dowiedz się, czyj jest ten kij bejs­bo­lowy.

Ski­nął pota­ku­jąco głową.

Zadzwo­nił tele­fon Lot­tie. Ofi­cer dyżurny.

- Co tam, Don? - spy­tała.

- Ber­nie Kelly czeka w jedynce do prze­słu­chań. Od pół godziny. Zapo­mnia­łaś o niej?

- Cho­lera! - Detek­tyw zebrała papiery, ramie­niem przy­trzy­mu­jąc tele­fon przy uchu. - Za minutę tam będę.

Wycho­dząc z ope­ra­cyj­nego, rzu­ciła:

- Lynch, pod­jedź do Kel­lych, nie chcę, żeby Emma Rus­sell była sama. Boyd, chodź ze mną.

- A co ja mam robić? - spy­tał Kirby.

- Znajdź zna­jo­mych Tessy i wła­ści­ciela kija bejs­bo­lo­wego.

- A mogę pole­cieć do Chi­cago?

8

- Prze­pra­szam, że musiała pani cze­kać, pani Kelly. - Inspek­tor Par­ker odsu­nęła krze­sło i zajęła miej­sce naprze­ciwko Ber­nie Kelly, która sie­działa ze skrzy­żo­wa­nymi rękami. Na oko miała jakieś czter­dzie­ści pięć lat, gruba war­stwa pod­kładu przy­kry­wała natu­ralny kolor jej cery, brwi miała pod­ma­lo­wane kredką. Usta blade. Zapo­mniała użyć szminki czy to celowe? Lot­tie nie miała poję­cia, ale wie­działa, że atak jest nie­uchronny.

- Czy pani myśli, że ja nie mam nic lep­szego do roboty? Cze­kam tu od trzy­dzie­stu pię­ciu minut.

Zro­zu­miano, bez odbioru. Włosy w kolo­rze tru­skaw­kowy blond miała przy­kle­jone do skóry głowy, a jej pro­cho­wiec wciąż pokry­wały ciemne wil­gotne plamy.

- Pro­szę przy­jąć moje prze­pro­siny, jeste­śmy na początku śledz­twa. Dużo zamie­sza­nia. Na pewno pani to rozu­mie. - Uśmie­cha­jąc się, Lot­tie włą­czyła sprzęt do nagry­wa­nia.

- Po co to? - Ber­nie wska­zała urzą­dze­nie ruchem głowy. - Nie jestem chyba podej­rzana, co? Czy potrze­buję praw­nika? Przy­szłam tu tylko dla­tego, że mnie pani popro­siła.

- I dzię­kuję, że zna­la­zła pani dla nas czas.

Zobaczmy, czy to zadziała, pomy­ślała Lot­tie.

- Co może mi pani powie­dzieć o Marian Rus­sell?

- Nie ma tu nic spe­cjal­nego do opo­wia­da­nia. - Ber­nie wzru­szyła ramio­nami, a w jej zie­lo­nych oczach poja­wił się cień obo­jęt­no­ści.

Par­ker kątem oka zer­k­nęła na Boyda. Miała nadzieję, że nie będzie musiała wycią­gać zezna­nia słowo po sło­wie.

- A co może mi pani powie­dzieć?

- Jak już wspo­mnia­łam wczo­raj w nocy, wydaje mi się, że Marian nie miała się dobrze.

- Co ma pani na myśli?

- No wie pani... - Ber­nie wska­zała na skroń. - Tutaj się jej pomie­szało.

- Czemu tak pani sądzi?

Kobieta wes­tchnęła i spu­ściła wzrok.

- Stała się odlud­kiem. Prze­stała wycho­dzić z domu. Kie­dyś w pią­tek i w sobotę wpa­da­ły­śmy do pubu na drinka. Teraz Marian cho­dzi tylko do pracy. A jeśli nie ma jej w pracy, to sie­dzi u sie­bie. Nawet nie odbiera już ode mnie tele­fo­nów.

- A co Emma mówi o swo­jej matce?

- Emma potrafi być wobec niej surowa. Wydaje mi się, że nie rozu­mie, że Marian może mieć depre­sję. Od zawsze była córeczką tatu­sia. Za pro­blemy w domu obwi­nia matkę, nie ojca.

- Jakie pro­blemy?

- Na pewno ma pani dostęp do akt sądo­wych. Marian pozwała Arthura i wyrzu­ciła z domu.

- Zdo­bę­dziemy akta, ale pomo­głoby nam, gdyby powie­działa nam pani, co pani wie.

Ber­nie kon­spi­ra­cyj­nie nachy­liła się nad biur­kiem.

- Tłukł ją na kwa­śne jabłko. Widzia­łam jej siniaki.

- W jakich oko­licz­no­ściach?

- Któ­re­goś wie­czoru Emma przy­szła do nas z pła­czem i powie­działa, że mamu­sia zezło­ściła tatu­sia i że on ją chyba zabije. To jedyny raz, kiedy powie­działa coś złego o ojcu.

- I co pani zro­biła?

- Wzię­łam tele­fon i pobie­głam do ich domu. Drzwi były otwarte. Marian kuliła się przy kuchence, a Arthur cho­dził w tę i z powro­tem po kuchni, w ręku miał pogrze­bacz.

- Ude­rzył ją pogrze­ba­czem?

- Nie wiem, czym ją ude­rzył, ale była prze­ra­żona. Powie­dzia­łam mu: "Arthu­rze Rus­sellu, wynoś się z tego domu. Zadzwo­ni­łam na poli­cję". Wcale tego nie zro­bi­łam, ale może powin­nam była.

- I co było potem?

- Odwró­cił się w moją stronę i wpa­try­wał we mnie jak dziki niedź­wiedź - cho­ciaż ni­gdy nie widzia­łam dzi­kiego niedź­wie­dzia - a potem rzu­cił pogrze­bacz i wybiegł tyl­nymi drzwiami. Pomo­głam Marian usiąść na krze­śle. Krwa­wiła, była mocno posi­nia­czona. Powie­działa, że nie chce wzy­wać pogo­to­wia ani poli­cji. Popro­siła, żebym prze­no­co­wała Emmę i zadzwo­niła do jej matki.

- I co pani zro­biła?

- To, o co mnie popro­siła.

- I nie zgło­siła tego pani?

- Marian mnie o to pro­siła.

- Powie­działa pani, że Marian miała depre­sję. Dla­czego pani tak sądzi, pomi­ja­jąc fakt, że prze­sta­ły­ście cho­dzić na drinka? - spy­tała Lot­tie. Jeśli Marian żyła w stra­chu przed prze­mo­co­wym mężem, to zro­zu­miałe, że zamknęła się w sobie, ale nie musiało to ozna­czać, że cier­piała na depre­sję.

- Nie powinno się mówić źle o zmar­łych...

- Nie mamy dowo­dów na to, że Marian nie żyje.

- Mam na myśli jej matkę, Tessę Ball.

- To zna­czy?

- Potra­fiła być straszną jędzą. Nie podo­bał jej się zakaz zbli­ża­nia wydany przez sąd. To jedna z tych sta­ro­mod­nych kobie­cin, które wie­rzą w "na dobre i na złe", nawet jeśli to złe jest tak złe, że musisz wyrzu­cić męża z domu.

- Więc kry­ty­ko­wała Marian z powodu Arthura?

Ber­nie przy­tak­nęła.

- Ale to z nią chciała poroz­ma­wiać Marian tam­tego wie­czoru, kiedy ją zaata­ko­wał? - dopy­ty­wał Boyd.

- Też się nad tym zasta­na­wia­łam. Myślę, że Marian chciała poka­zać matce, jak bru­talny potra­fił być Arthur.

- Ma to sens - odrzekł Mark, marsz­cząc brwi.

- Przy­po­mina sobie pani jakieś jesz­cze przy­padki prze­mocy domo­wej u Rus­sel­lów? - docie­kała Par­ker.

Ber­nie wes­tchnęła i spoj­rzała w dół na swoje złą­czone dło­nie.

- Czy jest coś jesz­cze, co chce nam pani powie­dzieć? - pona­glił sier­żant. - Może pani mieć pew­ność, że zacho­wamy to w tajem­nicy.

- Aku­rat. A potem prze­czy­tam o tym w gaze­cie albo w Inter­ne­cie.

- Bar­dzo nam pani pomaga. Musimy zna­leźć Marian - przy­po­mniał. - Żeby prze­ko­nać się, że jest bez­pieczna. Infor­ma­cje od pani mogą nam pomóc ją odszu­kać.

Ber­nie wes­tchnęła raz jesz­cze i powie­działa:

- Wydaje mi się, że Tessa Ball też biła Marian.

Śled­czy wymie­nili się spoj­rze­niami.

- Czemu tak pani sądzi? - spy­tała Lot­tie.

- Emma powie­działa kie­dyś coś takiego Nata­shy. Że to nie­spra­wie­dliwe, jak sąd trak­tuje jej ojca, skoro on w porów­na­niu z bab­cią jest nie­win­nym szcze­nię­ciem.

- Ale nie ma pani świad­ków na to, że Tessa Ball biła Marian?

- Nie. Ale po tym, co się stało wczo­raj w nocy, jestem w sta­nie w to uwie­rzyć.

- Myśli pani, że Marian zaata­ko­wała matkę i zosta­wiła ją mar­twą na pod­ło­dze w kuchni? - son­do­wała inspek­tor.

- Tak mi się wydaje.

- Czy jest coś jesz­cze, co chcia­łaby pani dodać? - spy­tał Boyd.

- Nie. Chcę już iść do domu. - Ber­nie Kelly pod­nio­sła z pod­łogi para­sol i strzą­snęła z niego kro­ple.

- Oczy­wi­ście - zgo­dziła się Lot­tie. - Wysy­łam do was funk­cjo­na­riuszkę do spraw kon­tak­tów z rodziną. Będzie z wami do momentu, aż znaj­dziemy dla Emmy inne miej­sce.

Policzki Ber­nie zapło­nęły czer­wie­nią.

- Mówi­łam pani, że nie potrze­bu­jemy opie­kunki.

- Emma potrze­buje ochrony, dopóki nie odnaj­dziemy jej matki.

- Ona mówi, że chce wró­cić do domu.

- To nie­moż­liwe. Nie w tej chwili.

- Może zostać ze mną tak długo, jak zechce. I nie chcę w domu żad­nej poli­cji.

- A ja muszę wyko­ny­wać swoją pracę. Dzię­kuję, że pani przy­szła. - Inspek­tor Par­ker wstała, żeby wypeł­nić pro­to­kół prze­słu­cha­nia. - Prze­pra­szam, że kaza­łam pani cze­kać.

Ber­nie Kelly rów­nież wstała.

- I tak nie mia­łam nic lep­szego do roboty. Tak to tylko sie­dzę w domu i pil­nuję dziew­czy­nek.

9

Bus tech­ni­ków wciąż stał na ulicy pod domem Rus­sel­lów, a reflek­tory punk­towe rzu­cały snopy żół­tego świa­tła na sza­ro­czar­nym nie­bie. Jim McGlynn stał na zewnątrz przy drzwiach i instru­ował asy­stenta, aby ten udał się na pię­tro.

- Cześć, Jim. Widzia­łeś może, czy rano nie krę­ciła się tutaj nasto­latka? - spy­tała detek­tyw Maria Lynch, trzy­ma­jąc nad oboj­giem para­sol. - Byłam u Kel­lych, ale nie ma tam chyba nikogo.

McGlynn się uchy­lił.

- Kapie na mnie z tego ustroj­stwa. Kogo szu­kasz?

- Emmy Rus­sell. Wnuczki ofiary. Mogła tu być z przy­ja­ciółką.

- Ach, tak, widzia­łem je. Około dzie­sią­tej. Chciały się dostać do środka. Ale tupet.

- Wiesz, dokąd poszły?

- Jestem zajęty, koń­czymy tutaj, więc nie roz­ma­wia­łem z nimi - odpo­wie­dział McGlynn. - Czy to nie twoja praca, pil­no­wa­nie tej mło­dej?

- Tak, moja. I nie mogę jej zna­leźć - odrze­kła Lynch. Podmuch wia­tru wygiął para­sol w drugą stronę.

- No więc to ty będziesz musiała powie­dzieć Par­ker, że ją zgu­bi­łaś. - McGlynn zachi­cho­tał i wszedł pospiesz­nie do domu.

- Ja pier­dolę - zaklęła śled­cza. Już była, Bóg wie czemu, na cen­zu­ro­wa­nym u Lot­tie Par­ker. A teraz to. Skręci Emmie Rus­sell kark, jak tylko ją znaj­dzie.

A potem przy­szła jej do głowy okropna myśl.

Cisnęła wydęty na drugą stronę para­sol do rowu i zaczęła biec z powro­tem w stronę drogi.

10

Arthur Rus­sell brzdę­kał na gita­rze, na uszach miał słu­chawki. Brzmiało coraz lepiej. Chyba warto to nagrać. Ni­gdy nie porzu­cił marzeń. Miał czter­dzie­ści dzie­więć lat i zacho­wy­wał się, jakby chciał pod­bić świat grą na gita­rze. Taki już jestem, pomy­ślał. Za późno, żebym się zmie­nił.

Prze­łą­czył kilka czer­wo­nych prztycz­ków, prze­su­nął suwak na kon­soli i zaczął od nowa. Nucił do łagod­nej muzyki, która sączyła się ze słu­cha­wek.

Nie do końca był zado­wo­lony. Gło­śno wes­tchnął, pogła­dził się po sztyw­nej, opró­szo­nej siwi­zną bro­dzie i zamknął oczy. Kiedy znów je otwo­rzył, stały przed nim dwie osoby. Gwał­tow­nym ruchem zdjął słu­chawki, zadra­pu­jąc sobie skórę na ogo­lo­nej gło­wie.

- Czego chce­cie? Jak tu weszli­ście?

- Pan Rus­sell? Arthur Rus­sell? - powie­działa kobieta. Jej włosy były mokre od desz­czu.

- Kto pyta? - Odło­żył gitarę na sto­jak, skrzy­żo­wał ręce i deli­kat­nie prze­krę­cił się na obro­to­wym stołku.

- Inspek­tor Lot­tie Par­ker - odpo­wie­działa.

Podo­bał mu się jej głos. Był głę­boki i melo­dyjny. Zasta­na­wiał się, czy potra­fiła śpie­wać.

- Detek­tyw Boyd - przed­sta­wił się wysoki, szczu­pły męż­czy­zna.

Wyglą­dał na bar­dziej zadba­nego od swo­jej towa­rzyszki. Dziwna para, pomy­ślał Rus­sell.

- Weszli­ście pań­stwo nie­le­gal­nie na moją pose­sję. Jak się tu dosta­li­ście?

- Dzięki gospo­dyni. Nie­zły ma pan tu sprzęt - powie­działa inspek­tor.

- Pani Crumb to sza­lona sta­ru­cha. Czego chce­cie? Nic nie zro­bi­łem.

- A czy naru­sze­nie zakazu zbli­ża­nia się brzmi zna­jomo? - Teraz głos kobiety był wyż­szy. Szy­dziła z niego.

- Nie zbli­ża­łem się do tego domu - wyce­dził. - Spy­taj­cie żony. Czy to ona was wysłała, żeby wydu­sić ze mnie jesz­cze tro­chę kasy? No to macie pecha. Jestem spłu­kany.

- Kiedy ostatni raz widział pan żonę? - zapy­tał detek­tyw.

On na pewno nie był woka­li­stą, pomy­ślał Rus­sell. I co to miało wspól­nego z Marian?

- Moją żonę?

- Tak, panie Rus­sell. Pana żonę.

- Jakieś cztery mie­siące temu, w sądzie. Czemu jej nie spy­ta­cie?

- Zro­bi­li­by­śmy to, gdy­by­śmy mogli ją zna­leźć - wyja­śniła inspek­tor.

- Spró­buj­cie w Tesco albo w domu. To jedyne dwa miej­sca, w któ­rych można ją spo­tkać.

- Nie ma jej ani tu, ani tu. Kiedy ostatni raz widział pan teściową?

- Chwi­leczkę... O co tu cho­dzi?

- Pro­szę odpo­wie­dzieć na pyta­nie.

- Nie mam zamiaru. Nie macie prawa przy­cho­dzić do mnie i zada­wać mi głu­pich pytań. Wyno­ście się, bo zadzwo­nię po praw­nika.

Śled­cza zbli­żyła się do niego. Arthur nie cof­nął się ani o mili­metr.

- Odpo­wia­da­nie na te pyta­nia leży w pana inte­re­sie - powie­działa.

- Czemu? Za każ­dym razem, kiedy mam z wami do czy­nie­nia, słono za to płacę. To przez was stra­ci­łem rodzinę. Nie mogę nawet widy­wać się z córką bez wcze­śniej­szego mie­sięcz­nego powia­do­mie­nia. - Zaci­snął pię­ści. Mocno żuł gumę Nico­rette. Krew pul­so­wała mu w klatce pier­sio­wej i ramio­nach, wrzała w oko­li­cach głowy. Mię­śnie nóg spra­wiły, że kolano zaczęło mu drgać.

- Czemu pan tak się zło­ści?

Inspek­tor, jak jej tam było? Par­ker. Tak. Ta suka zro­biła kolejny krok w jego stronę. Jesz­cze jeden i jej jebnę, pomy­ślał. Zamiast tego wzru­szył ramio­nami.

- Nie chcę robić pro­ble­mów.

- Gdzie był pan wczo­raj mię­dzy wpół do siód­mej a, powiedzmy, jede­na­stą wie­czo­rem?

- Czy potrzebny mi praw­nik?

- To zależy od pana. Ma pan coś do ukry­cia?

Arthur ude­rzył pię­ściami w uda.

- Przy­cho­dzi­cie tutaj i zaczy­na­cie prze­słu­cha­nie. Stre­su­je­cie mnie i tyle. A jak wy byście się zacho­wali, gdyby ktoś bez uprze­dze­nia wpa­ro­wał do waszego stu­dia muzycz­nego?

- Nie mam stu­dia - odparła.

- Nic dziw­nego.

- Co ma pan na myśli?

Arthur wstał, był na gra­nicy cier­pli­wo­ści.

- Wygląda mi pani na taką, co ma kij w dupie. I to tak głę­boko, że nie umie cie­szyć się muzyką. Mam rację czy nie? Ha!

Prze­sa­dzi­łem, pomy­ślał, kiedy zła­pała go za koszulkę i przy­cią­gnęła do sie­bie. Poczuł mię­tówkę, którą ssała, żeby przy­kryć nie­świeży zapach alko­holu. Pijaczka. Wszy­scy poli­cjanci byli tacy sami. Pie­przeni alko­ho­licy.

- Zabie­raj łapy, ale już - roz­ka­zał.

Puściła go, ale się nie odsu­nęła.

- Zabie­ram pana na komi­sa­riat, złoży pan zezna­nia.

- A co ja takiego zro­bi­łem?

- Odmó­wił pan odpo­wie­dzi na nasze pyta­nia - odrzekł szczu­pły detek­tyw. - Gdzie był pan wczo­raj wie­czo­rem?

Rus­sell wziął do ręki gitarę i usiadł.

- W pracy, w barze U Danny'ego i na kola­cji z panią Crumb, mniej wię­cej wpół do ósmej. Potem sie­dzia­łem tu i gra­łem. A teraz się wyno­ście.

Detek­tywi popa­trzyli na sie­bie. Decy­do­wali, co zro­bić? Chujki, pomy­ślał Arthur i zało­żył słu­chawki. Odje­chał na stołku, obró­cił się w stronę kom­pu­tera i zaczął śpie­wać.

Kiedy znów się odwró­cił, już ich nie zoba­czył. Ale nie miał wąt­pli­wo­ści, że wrócą: to było jasne jak słońce, czy co tam się mówi.

Wypluł gumę. Poszpe­rał w fute­rale gitary, zna­lazł paczkę papie­ro­sów i zapa­lił jed­nego. Zakrę­ciło mu się w gło­wie i wie­dział, że potrze­buje cze­goś moc­niej­szego od niko­tyny.

- Pier­dol się, Marian - powie­dział i ścią­gnął słu­chawki. - Ty pie­przona mani­pu­lantko.

* * *

- Co za typ - mruk­nął Boyd, pró­bu­jąc zapa­lić papie­rosa w desz­czu.

- Fla­ne­lowa koszula w kratkę i zapusz­czona broda... Za kogo on się ma? - wtó­ro­wała mu Lot­tie, nacią­ga­jąc na głowę kap­tur.

- Mógłby się umyć - dodał sier­żant.

- Nic nie czu­łam.

- Nie dziwi mnie to.

- Co chcesz przez to powie­dzieć?

- Lot­tie, znowu pijesz. Nie jestem ślepy ani głupi. Co się dzieje?

Tro­ska na jego twa­rzy ją nie­po­ko­iła. Nie potrze­bo­wała jego współ­czu­cia. Chciała sto­czyć tę walkę po swo­jemu. Jak zawsze.

- Zaj­mij się swo­imi spra­wami. - Pobie­gła do samo­chodu. Wsia­dła, trza­snęła drzwicz­kami.

Boyd do niej dołą­czył.

- Powiem to tylko raz - zaczął. - Jeśli mnie potrze­bu­jesz, jestem.

- Odpal sil­nik. Musimy wypeł­nić papierki na temat Arthura Rus­sella i spraw­dzić jego domnie­mane alibi.

- Twoje życze­nie jest...

- Odpal sil­nik, Boyd.

- Może powin­ni­śmy mu byli powie­dzieć o jego nie­ży­wej teścio­wej i zagi­nio­nej żonie.

- Może dobrze, że nie powie­dzie­li­śmy. Zoba­czymy, co teraz zrobi.

- Myślisz, że Marian zabiła wła­sną matkę?

- Może zapy­tamy ją, jak już ją znaj­dziemy? - Lot­tie wycią­gnęła nogi na desce roz­dziel­czej i zaczęła zasta­na­wiać się, skąd wziąć wię­cej table­tek.

- Dokąd teraz? - spy­tał Boyd.

- Do miesz­ka­nia Tessy Ball.

- A co z barem U Danny'ego? Musimy spraw­dzić alibi Arthura.

- To może pocze­kać. Możemy tam zjeść obiad.

- Może nawet dosta­niemy za darmo. - Boyd wrzu­cił bieg.

- Jesteś ską­pym dra­niem - sko­men­to­wała, ale pomy­ślała dokład­nie o tym samym.

- ...ale pomy­śla­łaś to samo - odpo­wie­dział.

Lot­tie nada­rem­nie pró­bo­wała powstrzy­mać uśmiech. Śmiech jej towa­rzy­sza roz­brzmie­wał przez całą drogę na osie­dle Świę­tego Dec­lana.

* * *

Lynch prze­stała walić w drzwi, odwró­ciła się i sta­nęła oko w oko z kobietą, która trzy­mała klucz w dłoni.

- Mogę w czymś pomóc?

- Jestem tym­cza­sową funk­cjo­na­riuszką do spraw kon­tak­tów z rodziną, przy­pi­saną Emmie Rus­sell. Nie wie pani, gdzie ona może być?

- Powie­dzia­łam tej dru­giej, że nie potrze­bu­jemy... Ech, pro­szę wejść. - Kobieta otwo­rzyła drzwi i zapro­siła Lynch do środka. - Nazy­wam się Ber­nie Kelly.

Lynch zdjęła płaszcz i powie­siła go na słupku balu­strady scho­do­wej, na któ­rym wisiała już góra innych ubrań.

- Dzwo­ni­łam i puka­łam, ale nikt nie odpo­wia­dał. Poszłam nawet do domu Rus­sel­lów. Gdzie jest Emma?

- W łóżku, jak mnie­mam. Nie wiem, jak ona sobie z tym wszyst­kim pora­dzi.

- Mogę spraw­dzić? - Lynch chwy­ciła kobietę za ramię i popro­wa­dziła ją w stronę scho­dów. - Chcę mieć pew­ność, że nic jej nie jest.

- W moim domu jest bez­pieczna. Dla­czego mia­łoby być ina­czej?

- Pro­szę spraw­dzić, nale­gam.

- Emma? Nata­sha? Już nie śpi­cie? - Ber­nie zaczęła wcho­dzić po scho­dach. Lynch chciała ją wyprze­dzić i spraw­dzić każdy pokój.

- Co tam, mamo?

Lynch zało­żyła, że to Nata­sha. Dziew­czyna, która poja­wiła się u szczytu scho­dów, miała na sobie czarny T-shirt do spa­nia. Spły­wa­jące jej do ramion włosy były roz­czo­chrane. Na obu udach miała wyta­tu­owane ciem­no­czer­wone serca prze­bite szty­le­tami, z któ­rych kapała krew.

- Gdzie jest Emma? - Lynch pra­wie zepchnęła Ber­nie ze scho­dów, prze­py­cha­jąc się obok niej na górę.

Nata­sha zmru­żyła jedno oko, dru­gie wyda­wało się wciąż przy­mknięte, jakby przez sen.

- Kim pani jest?

- Detek­tyw Maria Lynch, funk­cjo­na­riuszka do spraw kon­tak­tów z rodziną. Muszę się zoba­czyć z Emmą. Gdzie ona jest? - W gło­sie Lynch pobrzmie­wały ostre tony. Pani­ko­wała i nie potra­fiła go opa­no­wać.

W sypialni Emmy nikogo nie było.

- Czy jest w innym pokoju? - Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, spraw­dziła pozo­stałe pomiesz­cze­nia. Wszyst­kie oka­zały się puste. Wycią­gnęła tele­fon i zbie­gła po scho­dach, mija­jąc Ber­nie Kelly, która stała z sze­roko otwar­tymi ustami. Lynch szu­kała w tele­fonie numeru sze­fo­wej.

- Hej, chwi­leczkę, pro­szę pani, to mój dom.

Lynch poczuła, że ktoś cią­gnie ją za kucyk, i odwró­ciła się bły­ska­wicz­nie, gotowa do ataku. W tym samym momen­cie tylne drzwi się otwo­rzyły i weszła nimi nasto­latka, w ręku trzy­mała siatkę z super­mar­ketu. W domu zapach­niało świe­żym pie­czy­wem.

- To ty jesteś Emma?

Dziew­czyna przy­tak­nęła.

- Gdzieś ty, do cho­lery, była? - krzyk­nęła Lynch, roz­łą­cza­jąc się, zanim inspek­tor Par­ker mogła ode­brać.

Emma skur­czyła się i cof­nęła w stronę drzwi. Do oczu napły­nęły jej łzy.

- Poszłam po zakupy.

- A pani wła­śnie zaata­ko­wała funk­cjo­na­riuszkę poli­cji. - Lynch odcięła się w stronę Ber­nie Kelly.

- To mój dom! Nie może pani tu wpa­ro­wy­wać, jakby nale­żał do pani. - Ber­nie prze­ma­sze­ro­wała obok śled­czej i skie­ro­wała się do kuchni. - Chodź­cie, napi­jemy się her­baty. Musimy się uspo­koić.

To tylko jesz­cze bar­dziej roz­wście­czyło Lynch.

11

Tessa Ball miesz­kała w nowym trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w apar­ta­men­towcu obok nie­czyn­nego szpi­tala Świę­tego Dec­lana. Lot­tie wykrzy­wiła się, a mię­dzy łopat­kami prze­biegł jej dreszcz. Nie lubiła wra­cać myślami do swo­jej ostat­niej sprawy, która zakoń­czyła się w tej zamknię­tej pla­cówce.

- Co z tobą? - spy­tał Boyd. - Wyglą­dasz, jakby szczur prze­biegł ci po twa­rzy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki