Cykl z detektyw Lottie Parker. Zwiastuny zła. Cykl z detektyw Lottie Parker - Patricia Gibney

Kup ebooka

36.90 zł
30.94 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wtorek, 9 lutego 2016 roku, godz. 3:15

Wto­rek, 9 lutego 2016 roku, godz. 3:15

Bie­gła, a zmro­żona zie­mia dotkli­wie raniła jej bose stopy. Zda­wało jej się, że krzy­czy, choć z jej ust nie wydo­by­wał się żaden dźwięk. Nagle ude­rzyła łok­ciem o kamienną płytę. Jed­nakże nawet dotkliwy ból bladł w obli­czu obez­wład­nia­ją­cego ją lęku.

Odwa­żyła się zer­k­nąć do tyłu, lecz czerń za jej ple­cami była rów­nie nie­prze­nik­niona jak przed nią. Nie­chcący zbo­czyła ze ścieżki i zgu­biła się wśród płyt z gra­nitu i pia­skowca. Prze­su­wa­jąc stopą po ostrym żwi­rze, pró­bo­wała wyma­cać kra­węż­nik, który musiał gdzieś tam być, ale ude­rzyła się w palec i upa­dła.

W gło­wie koła­tała jej tylko jedna myśl: dotrzeć w bez­pieczne miej­sce. Uklę­kła na zakrwa­wio­nych kola­nach i nasłu­chi­wała. Cisza. Nie sły­szała trza­sku dep­ta­nych gałą­zek i sze­le­stu liści. Czyżby dał jej spo­kój? Zre­zy­gno­wał z pogoni? Zaczęła gwał­tow­nie dygo­tać na mro­zie. Nagle jej wzrok przy­kuło świa­tło u dołu zbo­cza. Osie­dle dom­ków. Pojęła, gdzie się znaj­duje. A w oddali dostrze­gła bursz­ty­nowy blask lamp ulicz­nych, który ozna­czał bez­pie­czeń­stwo.

Pospiesz­nie się rozej­rzała. Musi tam dobiec. Poli­czyła w myślach do trzech, przy­go­to­wu­jąc się na ostatni sprint.

- Teraz albo ni­gdy - szep­nęła i nie przej­mu­jąc się tym, że jest naga, wstała, szy­ku­jąc się do biegu. Dopiero wtedy zauwa­żyła wiszący w mroź­nym powie­trzu obłok odde­chu.

Poczuła, że napast­nik obej­muje ją ramie­niem za szyję, miaż­dżąc jej tcha­wicę i przy­ci­ska­jąc mocno do piersi. W noz­drza dziew­czyny ude­rzył słodki zapach płynu do płu­ka­nia ubrań wymie­szany z kwa­śną wonią gniewu. W przy­pły­wie paniki wypro­wa­dziła mocny cios, wbi­ja­jąc łokieć głę­boko w jego splot sło­neczny. Męż­czy­zna gło­śno jęk­nął i roz­luź­nił chwyt, a ona zdo­łała mu się wyrwać.

Krzyk­nęła i ruszyła bie­giem. Obi­ja­jąc się o gra­ni­towe płyty, prze­ska­ku­jąc oszro­nione kamie­nie i kra­węż­niki, pognała, cią­gle krzy­cząc, w dół zbo­cza w kie­runku świa­teł. Była już pra­wie u celu, kiedy usły­szała jego kroki tuż za ple­cami.

Nie, Boże, pro­szę, nie! Posta­no­wiła zbo­czyć ze ścieżki. Skrę­ciła w lewo i bie­gnąc zyg­za­kiem, nie­mal dotarła do muru, gdy nagle grunt usu­nął jej się spod stóp. Spa­dła dwa metry w dół, a wraz z nią osy­pała się zie­mia i drobne kamie­nie. Krzyk­nęła, gdy ostry ból prze­szył jej nogę. Wie­działa, że dźwięk, który się roz­legł, nie był trza­skiem łama­nej gałęzi, tylko kości lewej nogi, pęka­ją­cej pod jej cię­ża­rem. Mocno wbiła zęby w zwi­niętą pięść, pró­bu­jąc powstrzy­mać się od jęku. Prze­cież tu chyba jej nie znaj­dzie?

Lecz gdy popa­trzyła w roz­gwież­dżone nocne niebo zwia­stu­jące silny mróz, na kra­wę­dzi wykopu doj­rzała zarys jego głowy. Kiedy męż­czy­zna syp­nął gar­ścią gliny w jej unie­sioną twarz, stra­ciła resztki nadziei.

Z prze­ra­ża­jącą jasno­ścią zro­zu­miała, że przyj­dzie jej umrzeć w cudzym gro­bie. Po jej policz­kach spły­nęły wiel­kie słone łzy, zmie­szane z zie­mią.

Dzień pierwszy. Środa, 10 lutego 2016 roku

Dzień pierw­szy

Środa, 10 lutego 2016 roku

1

Lot­tie Par­ker obu­dziła się, sły­sząc płacz dziecka. Otwo­rzyła jedno oko i zer­k­nęła na zega­rek elek­tro­niczny: wpół do szó­stej rano.

- O nie, Lousie... Jest śro­dek nocy - jęk­nęła.

Jej wnuk, który miał cztery i pół mie­siąca, powi­nien prze­sy­piać nieco wię­cej niż dwie godziny. Odrzu­ciła koł­drę i prze­szła do sąsied­niego pokoju. W przy­tłu­mio­nym świe­tle noc­nej lampki spoj­rzała na swoją dwu­dzie­sto­let­nią córkę Katie, śpiącą z głową przy­krytą poduszką. Koł­dra uno­siła się w rów­nym ryt­mie jej odde­chu. Lot­tie wyjęła Louisa z łóżeczka, a on natych­miast się uspo­koił. Chwy­ciła pie­luszkę i butelkę mleka z szafki noc­nej, pozwa­la­jąc córce dalej śnić.

Po powro­cie do swo­jej sypialni prze­wi­nęła malu­cha, wzięła w ramiona i nakar­miła. Czuła, jak jego serce bije tuż przy jej piersi. Było w tym coś nie­zwy­kle koją­cego, a jed­no­cze­śnie smut­nego. Adam by go poko­chał. Jej serce ści­snęło się na myśl o mężu, który zmarł na raka ponad cztery lata temu. Nic nie mogło zapeł­nić pustki pozo­sta­łej po jego odej­ściu.

Musnęła ustami mięk­kie czarne wło­ski wnuka, a gdy maluch się wyprę­żył, wyplu­wa­jąc smo­czek butelki, prze­szył ją ból w gór­nej czę­ści ple­ców. Nie­stety nie mogła sobie pozwo­lić na zwol­nie­nie z pracy. Choć w Rag­mul­lin pano­wał teraz nie­mal nie­zno­śny spo­kój, wie­działa, że nie potrwa on długo. Pod­nio­sła Louisa, żeby mu się odbiło, a wnuk się do niej uśmiech­nął. Odpowie­działa uśmie­chem.

Dobry znak na nad­cho­dzący dzień.

Przy­naj­mniej taką miała nadzieję.

2

Mol­lie Hun­ter zajęła miej­sce w wago­nie. Poło­żyła torbę z lap­to­pem na sto­liku, zwi­nęła baweł­niany sza­lik, po czym pod­ło­żyła go pod głowę, którą oparła o okno. Przy­mknęła powieki, chcąc odciąć się od świa­tła wscho­dzą­cego słońca. Ze słu­cha­wek w jej uszach sączyła się spo­kojna muzyka zagłu­sza­jąca szu­ra­nie stóp współ­pa­sa­że­rów. Gdy pociąg wyto­czył się z Rag­mul­lin, Mol­lie ponow­nie zapa­dła w sen, z któ­rego obu­dziła się rap­tem pół godziny wcze­śniej.

Stu­kot pociągu na torach ukoił ją i dziew­czyna nie­świa­do­mie się uśmiech­nęła.

- Co cię tak bawi?

Pyta­nie prze­biło się do jej pół­przy­tom­nego umy­słu i Mol­lie otwo­rzyła oczy. Nie zare­je­stro­wała, by ktoś sia­dał naprze­ciwko niej. Ale to był on. Znów. Drugi dzień z rzędu zigno­ro­wał wszyst­kie puste miej­sca i zajął aku­rat to naprze­ciwko. Ponow­nie przy­mknęła oczy, zde­cy­do­wana nie zwra­cać na niego uwagi. Nie był wcale odra­ża­jący. Cał­kiem zwy­czajny, choć wyglą­dał na odro­binę zadu­fa­nego. Był może nieco star­szy od niej, czyli miał ponad dwa­dzie­ścia pięć lat. Nagle obraz jego twa­rzy poja­wił się pod jej powie­kami. Mol­lie zupeł­nie się roz­bu­dziła i spoj­rzała pro­sto na męż­czy­znę.

Kim on, do dia­bła, był?

- Jak masz na imię? - zapy­tał.

Co za tupet! W pociągu o szó­stej pano­wała nie­pi­sana zasada. Nikt nikogo nie nie­po­koił. Wszy­scy dzie­lili ten sam przy­kry los. Wsta­wali zaspani o świ­cie, pospiesz­nie napeł­niali kawą kubki ter­miczne. Ich jedy­nymi towa­rzy­szami były tele­fony, słu­chawki, lap­topy i kin­dle. Dla­czego więc ten facet nie sie­dział cicho i nie pozwa­lał jej spać? Gdy dojadą do May­no­oth, wagon zacznie się zapeł­niać, co pozwoli jej zupeł­nie go igno­ro­wać. Teraz nie­stety nie mogła tego zro­bić.

Jego oczy lśniły zim­nym nie­bie­skim bla­skiem. Włosy przy­kry­wała robiona na dru­tach czapka. Paznok­cie miał zadbane. Po mani­kiu­rze? Przez chwilę zasta­na­wiała się, czy nie jest nauczy­cie­lem. Albo może urzęd­ni­kiem lub ban­kie­rem. Nie potra­fiła stwier­dzić, czy pod grubą puchową kurtką ma mary­narkę czy swe­ter, ale widziała, że nosi dżinsy. Nie­bie­skie, z zapra­so­wa­nym kan­tem przez śro­dek nogawki. Boże, kto to jesz­cze robi? Jego matka? Chyba był tro­chę za stary, żeby miesz­kać z matką. Może żona? Ale nie nosił obrączki. Dla­czego w ogóle się nad tym zasta­na­wiała? Dreszcz nie­po­koju prze­biegł po jej ple­cach i natych­miast poczuła strach przed nie­zna­jo­mym.

Zamknęła oczy i pozwo­liła, by muzyka wypeł­niła jej umysł, a tur­kot pociągu ukoił nerwy, w nadziei, że sen pomoże jej prze­trwać kolejną godzinę i dzie­sięć minut. I wtedy poczuła, że facet dotyka butem jej stopy. Gwał­tow­nie otwo­rzyła oczy i odsu­nęła nogę jak opa­rzona.

- Co, do dia­bła? - wychry­piała. Były to pierw­sze słowa, które wypo­wie­działa tego ranka.

- Prze­pra­szam - odrzekł, jego błę­kitne oczy zalśniły, ale nie cof­nął stopy.

W tonie jego głosu Mol­lie nie sły­szała żad­nej skru­chy.

* * *

Wygląda cał­kiem uro­czo, pomy­ślała Grace. I zabaw­nie wku­rza kobietę, która chce się zdrzem­nąć. Nie mogła powstrzy­mać uśmie­chu. Nie zwró­cił na nią uwagi. Nikt ni­gdy nie zwra­cał na nią uwagi. Ale nie przej­mo­wała się tym. Naprawdę.

Zgięła palce w ręka­wicz­kach, które wyglą­dały na dzie­cięce, i wtu­liła głowę w ramiona. Żało­wała, że nie umie uda­wać, że śpi. Ale w ogóle nie umiała uda­wać. "Wszystko na wierz­chu" - tak zawsze mówiła o niej mama. Teraz Grace musiała miesz­kać przez mie­siąc u brata. Na szczę­ście rzadko bywał w domu. Dzięki Bogu, bo robił okropne zamie­sza­nie.

Zer­k­nęła na puste sie­dze­nie obok, żeby się upew­nić, że jej torba nie znik­nęła. Nikt ni­gdy nie sia­dał koło niej, chyba że nie było już innych miejsc. Nie gryzę, miała ochotę zapew­nić, ale mil­czała. Tylko uśmie­chała się, poka­zu­jąc prze­rwy mię­dzy zębami, i kiwała głową. Zazwy­czaj to ich uspo­ka­jało. Nie­któ­rzy patrzą na mnie tak, jak­bym była seryjną mor­der­czy­nią, pomy­ślała. Nie umiała zapa­no­wać nad nie­spo­koj­nymi ruchami, ale tak czy ina­czej nie dbała o to, co inni sądzą.

Jestem sobą, chciała wykrzy­czeć.

Lecz nie otwo­rzyła ust.

3

- Chloe i Sean! Czy naprawdę muszę co rano wrzesz­czeć? Wsta­wać! Natych­miast!

Lot­tie odwró­ciła się od scho­dów, krę­cąc głową. Jej dzieci sta­wały się coraz bar­dziej nie­zno­śne. Na szczę­ście w przy­szłym tygo­dniu będą miały ferie zimowe, a ona uciek­nie do pracy bez nad­wy­rę­ża­nia strun gło­so­wych.

Wyjęła ubra­nia z pralki. Kosz na brudy był na­dal do połowy pełny, więc nasta­wiła kolejne pra­nie, a wil­gotne rze­czy wło­żyła do suszarki. Kie­dyś jej matka, Rose Fitz­pa­trick, poma­gała jej tro­chę w obo­wiąz­kach domo­wych, lecz teraz sto­sunki mię­dzy nimi stały się wyjąt­kowo napięte, a do tego Rose kiep­sko się czuła.

Lot­tie popi­jała kawę, sta­ra­jąc się uspo­koić. Zażyła trzy tabletki prze­ciw­bó­lowe i spró­bo­wała roz­ma­so­wać plecy, na któ­rych goiła się rana po dźgnię­ciu nożem. Pomi­ja­jąc obra­że­nia fizyczne, wie­działa, że na zawsze pozo­staną jej bli­zny emo­cjo­nalne. Wyj­rzała przez okno na zmro­żony świat, zasta­na­wia­jąc się, czy nie powinna wło­żyć swe­tra. Była ubrana w czarną koszulkę z dłu­gimi ręka­wami wystrzę­pio­nymi przy man­kie­tach i czarne obci­słe dżinsy. W zeszłym tygo­dniu wyrzu­ciła swoje uko­chane uggi, więc poży­czyła od Katie czarne skó­rzane botki do kostek.

- Pro­szę, matko - powie­działa Chloe, wcho­dząc do kuchni. - Myślę, że ci się dziś przyda.

- Dzię­kuję. - Lot­tie wzięła nie­bie­ską bluzę z kap­tu­rem od swo­jej sie­dem­na­sto­let­niej córki. Zauwa­żyła, że dziew­czyna zro­biła sobie maki­jaż: jasny pod­kład, "smoky eyes" i gruba war­stwa tuszu na rzę­sach. Blond włosy upięła w węzeł na czubku głowy.

- Wiesz, że do szkoły nie wolno się malo­wać.

- Wiem. I nie jestem uma­lo­wana. - Chloe chwy­ciła pudełko płat­ków i wepchnęła pełną garść do ust.

- I ten błysz­czyk. Daj spo­kój. Naro­bisz sobie kło­po­tów.

- Nie naro­bię. To nie jest maki­jaż. Tylko odro­bina kosme­ty­ków mają­cych chro­nić moją skórę przed zim­nem - oznaj­miła dziew­czyna, zdej­mu­jąc okru­chy z lep­kich ust.

Lot­tie pokrę­ciła głową. Zbyt wcze­sna pora na kłót­nię. Opłu­kała kubek pod kra­nem.

- Tylko cię ostrze­gam, na wypa­dek gdyby nauczy­ciele zauwa­żyli.

- Spoko! - odrze­kła córka, uno­sząc wysoko głowę.

Jest taka podobna do ojca, pomy­ślała Lot­tie.

- Mar­twię się o cie­bie.

- Prze­stań pani­ko­wać. Nic mi nie będzie. - Dziew­czyna wzięła ple­cak i skie­ro­wała się do drzwi.

- Mogę cię pod­rzu­cić, jeśli chcesz - zapro­po­no­wała inspek­tor.

- Przejdę się, dzięki.

Fron­towe drzwi gło­śno trza­snęły. Lot­tie wcale nie była prze­ko­nana, że jej córce nic nie będzie. Na­dal ją bolało, że dziew­czyna zwraca się do niej per "matko". Iry­to­wało ją to i Chloe dosko­nale o tym wie­działa. Dla­tego to robiła. Tylko w chwi­lach wyjąt­ko­wej czu­ło­ści mówiła do niej "mamuś".

- Zjadł­bym nale­śnika - oznaj­mił Sean, wcho­dząc do kuchni ze szkol­nym kra­wa­tem w ręku.

- Sean, ile ty masz lat? - Inspek­tor zarzu­ciła sobie kra­wat na szyję i zaczęła go wią­zać.

Syn spoj­rzał na nią spod rzęs.

- Nie mogę się docze­kać, aż w kwiet­niu będę miał pięt­na­ście. Może wtedy prze­sta­niesz trak­to­wać mnie jak dziecko.

- Tysiące razy poka­zy­wa­łam ci, jak wią­zać kra­wat. - Oddała mu go.

- Tato ni­gdy się tego nie nauczył. Pamię­tam, że zawsze ty mu go wią­za­łaś.

Lot­tie uśmiech­nęła się smutno.

- Masz rację. I prze­pra­szam, ale nie mam czasu na robie­nie nale­śni­ków. Oglą­dasz zbyt wiele ame­ry­kań­skich fil­mów. - Odgar­nęła mu włosy z oczu i pokle­pała po ramie­niu. - Do zoba­cze­nia póź­niej. Nie naroz­ra­biaj w szkole.

Zapięła bluzę, chwy­ciła torbę i kurtkę, po czym ruszyła do drzwi.

- Pod­rzu­cisz mnie? - zapy­tał chło­pak.

- Jeśli się pospie­szysz.

Sean wyjął kubek jogurtu z lodówki i łyżkę z szu­flady.

- Możemy jechać - oznaj­mił, bio­rąc torbę.

- Do zoba­cze­nia, Katie! - krzyk­nęła Lot­tie w górę scho­dów. - Uca­łuj ode mnie Louisa. - A potem, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź naj­star­szej córki, wyszła za synem z domu.

Zaczy­nał się kolejny zwy­kły dzień w domu Par­ke­rów.

4

Pociąg zatrzy­mał się na dworcu w uni­wer­sy­tec­kim mie­ście May­no­oth. Nikt nie wysiadł, jak zwy­kle w przy­padku pierw­szego poran­nego kursu z Rag­mul­lin do Dublina. Nie, stu­denci przy­jadą pocią­giem o siód­mej. Mimo to na pero­nie pano­wał tłok. Kawa w kub­kach paro­wała w mroź­nym powie­trzu, a pasa­że­ro­wie pospiesz­nie prze­py­chali się do wago­nów w poszu­ki­wa­niu cie­pła i miejsc.

Mol­lie liczyła na to, że natrętny facet wysią­dzie, ale nie dopi­sało jej szczę­ście. Tak jak w pozo­stałe dni, jechał dalej do Dublina.

Sie­dział z zało­żo­nymi rękami zwró­cony twa­rzą do okna, więc znów dys­kret­nie mu się przyj­rzała. Choć na nią nie patrzył, czuła na sobie jego wzrok. Ohyda, pomy­ślała, drżąc na całym ciele. Roz­tarła ramiona, pró­bu­jąc się roz­grzać, ale zro­biło jej się zimno nie tylko z powodu mroź­nego powie­trza wpa­da­ją­cego przez otwarte drzwi. Rów­nież sie­dzący naprze­ciwko męż­czy­zna ema­no­wał chło­dem.

Powoli odwró­cił się od okna i uśmiech­nął. Uniósł kąciki wąskich różo­wych ust, ale uśmiech nie się­gnął zim­nych nie­bie­skich oczu ze źre­ni­cami jak główki szpi­lek.

- Stu­dio­wa­łaś na Uni­wer­sy­te­cie w May­no­oth? - zapy­tał.

Ton jego głosu prze­ra­ził Mol­lie. Mówił ina­czej niż przed­tem. Jakby ją oskar­żał. Prze­łknęła ślinę i pokrę­ciła głową.

- A gdzie cho­dzi­łaś do liceum? - docie­kał.

Naprawdę powinna mu powie­dzieć, żeby się odcze­pił. Nie jego sprawa. Kurde, nie wie­działa, kim on jest. Nie znali się. A może? Zmarsz­czyła brwi i znów na niego zer­k­nęła. Czy było w nim cokol­wiek zna­jo­mego? Nie, stwier­dziła. Zupeł­nie nic.

- Kot odgryzł ci język? - Znów ten uśmiech, który wcale nie był uśmie­chem.

Mol­lie przy­gry­zła wewnętrzną stronę policzka, żału­jąc, że nie może wysiąść z tego cho­ler­nego pociągu. Zna­leźć się jak naj­da­lej od tego typa. Reagu­jesz irra­cjo­nal­nie, napo­mniała się w duchu. On tylko stara się zacho­wać przy­jaź­nie, nawią­zać roz­mowę. Ale prze­cież nikt nie nawią­zuje roz­mów w poran­nym pociągu do pracy.

Rozej­rzała się, lecz wagon szybko się zapeł­niał i zostały pra­wie same miej­sca sto­jące. Zer­k­nęła na drugą stronę przej­ścia i pochwy­ciła spoj­rze­nie mło­dej dziew­czyny sie­dzą­cej pod oknem. Obok niej było wolne. Powinna się prze­siąść? Czy to nie będzie wyglą­dało dziw­nie, skoro fotel obok niej też nie był zajęty? Nie znała tego męż­czy­zny, więc nie powinna mieć skru­pu­łów.

Przy­ci­snęła czarną torbę z lap­to­pem do piersi i wstała, łapiąc sza­lik, zanim spadł na pod­łogę. Prze­kro­czyła przej­ście i opa­dła na miej­sce obok mło­dej kobiety. Ode­tchnęła z ulgą, ale natych­miast poczuła, jak chłód się roz­pra­sza zastą­piony żarem nie­wy­po­wie­dzia­nej zło­ści.

Wpa­try­wała się ślepo przed sie­bie w nadziei, że dziew­czyna nie będzie pró­bo­wała nawią­zać roz­mowy. Nie­stety...

- Mam na imię Grace, a ty? - Posłała jej uśmiech, pre­zen­tu­jąc szczerby mię­dzy zębami.

Mol­lie jęk­nęła i mocno zaci­snęła powieki. To był naprawdę fatalny pora­nek.

* * *

Męż­czy­zna sie­dzący dwa rzędy dalej wtu­lił twarz w sza­lik. Obser­wo­wał młodą kobietę, która wstała ziry­to­wana zacho­wa­niem natręt­nego sąsiada z naprze­ciwka i usia­dła obok szczer­ba­tej dziew­czyny. Dobrze, że się zde­ner­wo­wała. Ten facet odwró­cił jej uwagę i napę­dził stra­chu. Męż­czy­zna uśmiech­nął się do sie­bie. Pchała się pro­sto w jego ręce.

Nie potrze­bo­wałby jej, gdyby ta poprzed­nia suka nie ucie­kła. Ale zawsze lubił być o krok przed samym sobą, jak mawiała jego matka.

Myśl o matce starła mu uśmiech z twa­rzy. Poczuł, że zaczyna dygo­tać, i wsu­nął ręce do kie­szeni. Na ogrze­wa­nie w pociągu ni­gdy nie można było liczyć, ale teraz zde­cy­do­wa­nie zama­rzał. Potrzą­snął głową, pró­bu­jąc pozbyć się wizji matki i zastą­pić ją obra­zem dziew­czyny przy­ci­ska­ją­cej lap­topa do piersi. Zasta­na­wiał się, co ma na sobie pod kurtką. Czy prze­biera się po dotar­ciu do pracy? Wie­dział o niej sporo, ale nie miał poję­cia, co robi, gdy prze­cho­dzi przez drzwi biura przy Town­send Street.

Pociąg zatrzy­my­wał się na wszyst­kich małych pod­miej­skich sta­cjach, a wraz z nara­sta­ją­cym tło­kiem w wago­nie robiło się cie­plej. W przej­ściu stał tłum ludzi kur­czowo trzy­ma­ją­cych torby i tele­fony, a w powie­trzu uno­sił się odór ich ciał. Zro­biło się tak tłoczno, że już jej nie widział. Zamknął oczy, przy­wo­łał jej obraz z pamięci i w wyobraźni musnął pal­cem jej pro­ste ciemne włosy, rów­no­cze­śnie doty­ka­jąc się przez kie­szeń płasz­cza. Nie mógł dłu­żej cze­kać. Dziś wie­czo­rem znów ją zoba­czy.

Pociąg zachy­bo­tał się, tur­ko­cząc, przy­spie­szył, a potem znów zwol­nił, gdy wje­chali na dwo­rzec Con­nolly w Dubli­nie. Pasa­że­ro­wie poru­szyli się nie­spo­koj­nie, szy­ku­jąc się do wyj­ścia. Przed nim długi dzień myśle­nia i cze­ka­nia na nią. Ale warto. Dziś wie­czo­rem o wpół do siód­mej będzie nale­żała do niego.

5

Inspek­tor Lot­tie Par­ker weszła po scho­dach na pię­tro komi­sa­riatu i ruszyła kory­ta­rzem. Jej odno­wiony gabi­net znaj­do­wał się za wspól­nym biu­rem. Ostatni klo­cek ukła­danki, wień­czący trzy lata remontu i prze­bu­dowy. Miał nawet drzwi, które się porząd­nie zamy­kały. Jed­nak jesz­cze do niego nie przy­wy­kła, więc naj­czę­ściej sia­dy­wała przy swoim sta­rym biurku naprze­ciwko sier­żanta Marka Boyda w cia­snym pokoju, który dzie­lili z detek­ty­wami Lar­rym Kir­bym i Marią Lynch.

- Mogę z niego korzy­stać, jeśli ty nie chcesz - rzu­cił Mark, pusz­cza­jąc oko i wska­zu­jąc pusty gabi­net za jej ple­cami.

- Zapo­mnij - odparła. - Mam tam schro­nie­nie, kiedy potrze­buję. Mogę zamknąć drzwi i krzy­czeć do woli.

- Tutaj też głów­nie krzy­czysz. Uod­por­ni­li­śmy się na twoje wybu­chy. - Uło­żył równo kartki i zamknął teczkę.

- Co powie­dzia­łeś, Boyd?

- Ja tylko gło­śno mówię to, co wszy­scy myślą - wymam­ro­tał.

- Potra­fię wyczuć, kiedy się mnie wypra­sza. - Wzięła znisz­czoną skó­rzaną torbę, zarzu­ciła ją na ramię i poma­sze­ro­wała do nowego gabi­netu, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Stuk­nęła w kla­wia­turę i kom­pu­ter ożył, wyda­jąc poje­dyn­czy dźwięk. Otwo­rzyła stronę, którą oglą­dała dzień wcze­śniej, i powięk­szyła zdję­cie dwu­dzie­sto­pię­cio­let­niej Eli­za­beth Byrne. Dziew­czyna nie została ofi­cjal­nie zare­je­stro­wana jako zagi­niona, ponie­waż było na to za wcze­śnie, ale mieli spo­kojny tydzień w Rag­mul­lin, więc inspek­tor zle­ciła Boy­dowi, by przyj­rzał się jej podej­rza­nemu znik­nię­ciu.

Wsparła pod­bró­dek na dłoni i wpa­trzyła się w zdję­cie por­tre­towe, w lśniące oczy mło­dej kobiety. Zachwy­ciły ją błysz­czące kasz­ta­nowe włosy, zało­żone za ucho i z jed­nej strony uwo­dzi­ciel­sko opa­da­jące na brą­zowe oczy. Odru­chowo prze­cze­sała ręką swoje matowe loki. Przy­da­łoby się strzy­że­nie i far­bo­wa­nie. Wypłata za tydzień, ale i tak nie było jej stać na osiem­dzie­siąt kilka euro za wizytę u fry­zjera.

- Chcesz, żebym jesz­cze coś zro­bił w spra­wie Eli­za­beth Byrne? - zapy­tał Boyd, przy­sta­jąc na progu.

- Możesz wejść, nie gryzę - rzu­ciła, sta­ra­jąc się powstrzy­mać uśmiech.

- Serio? Wyda­wało mi się, że kilka minut temu ostrzy­łaś zęby.

- Nie wymą­drzaj się, Boyd. Wejdź i usiądź.

Zamknął drzwi i przy­siadł na sza­rym tapi­ce­ro­wa­nym krze­śle, które Lot­tie stra­te­gicz­nie usta­wiła pod takim kątem, żeby nie widział, nad czym pra­cuje, choć nie było tego wiele, jeśli miała być szczera.

- Zna­la­złeś coś na kame­rach moni­to­ringu? - zapy­tała.

Boyd zaj­rzał do teczki, którą trzy­mał na kola­nie, wyjął z niej kartkę i poło­żył przed sze­fową czarno-białe zdję­cie.

- Wiesz, że to nie­ofi­cjalne? - upew­nił się.

- Wiem.

- Nie minęło jesz­cze czter­dzie­ści osiem godzin.

Inspek­tor poki­wała głową.

- Po pro­stu powiedz, co do tej pory zna­la­złeś.

- Dla­czego jesteś dzi­siaj taka marudna?

- Boyd! Mów, na co, do cho­lery, patrzę.

Przy­gar­bił ramiona i pochy­lił się nad biur­kiem.

- To zdję­cie z kamery moni­to­ringu na dworcu kole­jo­wym. Wyko­nane, kiedy kupo­wała bilet tygo­dniowy w ponie­dzia­łek za pięć szó­sta rano, zanim wsia­dła do pociągu do Dublina. Pra­cuje w Cen­trum Usług Finan­so­wych, zaj­muje się jakimś nie­miec­kim ban­kiem. Według jej kole­gów spę­dziła w biu­rze cały dzień i odmel­do­wała się o szes­na­stej dwa­dzie­ścia pięć, żeby zdą­żyć na pociąg powrotny do Rag­mul­lin o sie­dem­na­stej dzie­sięć. Popro­si­łem o pomoc kolegę z komi­sa­riatu przy Store Street. Prze­gląda moni­to­ring z dworca Con­nolly, ale na razie na nią nie tra­fił.

- Kamery są na wszyst­kich pero­nach?

- Głów­nie na liniach dubliń­skich, poza tym w hali głów­nej i przy kasach bile­to­wych.

- Kurka.

- Jakie grzeczne prze­kleń­stwo.

- Sta­ram się ogra­ni­czać. Katie nie chce, żeby mały Louis pod­ła­pał taki język.

- Na litość boską... - Boyd par­sk­nął śmie­chem. - Jest jakaś szansa, że Katie wróci na stu­dia?

- A jak sądzisz? - Lot­tie pokrę­ciła głową. - Zafik­so­wała się na wyjazd do Nowego Jorku, żeby się spo­tkać z Tomem Ric­kar­dem, dziad­kiem Louisa.

- To może być dobre roz­wią­za­nie.

Roz­my­śla­jąc nad sło­wami Boyda, Lot­tie przy­po­mniała sobie trau­ma­tyczne doświad­cze­nia, które dotknęły jej rodzinę, gdy zgi­nął Jason, chło­pak Katie i jedyny syn Ric­karda. Parę mie­sięcy póź­niej dziew­czyna, wów­czas dzie­więt­na­sto­let­nia, odkryła, że jest w ciąży. Rzu­ciła stu­dia, a teraz cały czas poświę­cała na opiekę nad dziec­kiem.

Lot­tie musiała przy­znać, że mały Louis wpływa pozy­tyw­nie na całą rodzinę. Chloe i Sean mieli bzika na jego punk­cie, a Katie dziel­nie sobie radziła, w zasa­dzie nie przyj­mu­jąc pomocy ze strony matki. Zała­twiła też syn­kowi pasz­port, nie­wzru­szona w swo­jej decy­zji podróży do Nowego Jorku. Musiały jesz­cze poroz­ma­wiać o kosz­tach. Może dziś wie­czo­rem. A może nie.

- Oby wyjazd jej pomógł - mruk­nęła Lot­tie. - Ale nie jestem pewna.

- Boisz się, że nie będzie chciała wró­cić do domu. To cię trapi? - spy­tał Boyd, z powagą marsz­cząc czoło.

Odchy­lił się w tył, spla­ta­jąc ramiona na piersi. Miał na sobie wypra­so­waną nie­bie­ską koszulę i nie­ska­zi­telny gra­na­towy kra­wat. Jego szpa­ko­wate włosy były jak zwy­kle krótko przy­cięte, a ciało szczu­płe, nie­malże na gra­nicy wychu­dze­nia. Doj­rzały wiek słu­żył mu lepiej niż jej, musiała to przy­znać. Lubiła flir­to­wać z Boy­dem i wie­działa, że mu się podoba, ale jej życie było zbyt skom­pli­ko­wane, by mogła się anga­żo­wać w coś na poważ­nie.

- Nie jestem pewna niczego, co doty­czy moich dzieci - wyznała.

- Krok za kro­kiem, okej?

- Jasne. - Pod­nio­sła zdję­cie z moni­to­ringu, żeby uciec od kolej­nych nie­zręcz­nych pytań. - W ponie­dzia­łek wie­czo­rem dwu­dzie­sto­pię­cio­latka znika bez śladu z pociągu o sie­dem­na­stej dzie­sięć z Dublina do Rag­mul­lin. Jeste­śmy pewni, że do niego wsia­dła?

- Jeź­dziła nim regu­lar­nie z pracy do domu. Wczo­raj wie­czo­rem roz­ma­wia­łem z paroma oso­bami wycho­dzą­cymi z dworca. Pra­wie wszyst­kie twier­dziły, że ją widziały, choć nie były pewne dnia, ale dwie z nich zarze­kały się, że była w pociągu. Pamię­tały, że stała w przej­ściu, dopóki w May­no­oth nie zwol­niło się miej­sce sie­dzące. Nie­stety żaden ze świad­ków nie umie powie­dzieć nic wię­cej, ponie­waż wysie­dli na następ­nej sta­cji, w Enfield.

- A Eli­za­beth nie dotarła do domu - wtrą­ciła Lot­tie.

- No wła­śnie.

- Może ona też wysia­dła w Enfield.

- Tam­tej­szy moni­to­ring jej nie zare­je­stro­wał.

- Czyli wra­camy na dwo­rzec w Rag­mul­lin. Masz jej zdję­cie z rana. A z wie­czora?

- Wszyst­kie kamery są skie­ro­wane albo na kasę bile­tową, albo na par­king. Wiemy jed­nak, że dziew­czyna nie ma samo­chodu, więc rano musiała przyjść na dwo­rzec pie­chotą.

- Może została w pociągu i poje­chała dalej.

Boyd pokrę­cił głową.

- Spraw­dzi­łem wszyst­kie kolejne sta­cje, w tym Sligo, gdzie koń­czy się kurs, i nie ma żad­nego dowodu, że była w pociągu, poza sło­wami świad­ków, któ­rym wydaje się, że ją widzieli przed Enfield.

- Już widzę te nagłówki w mediach: Dziew­czyna, która znik­nęła z pociągu. - Lot­tie wydru­ko­wała zdję­cie por­tre­towe i podała je Boy­dowi. - Powiedz, co widzisz.

- Młodą kobietę. Włosy przy­cięte do ramion. Piegi na nosie. Ciem­no­brą­zowe oczy i pełne usta. Mam powie­dzieć, że jest ładna?

- Boyd! Pytam o oso­bo­wość. - Inspek­tor z iry­ta­cją potrzą­snęła głową.

- To tylko foto­gra­fia. Nie jestem jasno­wi­dzem.

- Spró­buj.

Sier­żant wes­tchnął.

- Wygląda na dość roz­sądną. Nie ma kol­czyka w nosie ani w brwiach. Żad­nych widocz­nych tatu­aży, choć to tylko uję­cie twa­rzy. Oczy bystre i przej­rzy­ste. Raczej nie bie­rze nar­ko­ty­ków.

- Tak myśla­łam. Poja­wiło się coś na jej kon­tach w mediach spo­łecz­no­ścio­wych?

- Od nie­dzieli wie­czo­rem nic.

- A wtedy?

- Zwy­kły post na Face­bo­oku z GIF-em przed­sta­wia­ją­cym zmo­kłego kota i pod­pi­sem: "Nie mów­cie, że jutro ponie­dzia­łek. Bła­gam".

- Myślisz, że mogła uciec?

- Mieszka z matką, która twier­dzi, że nie zabrała ze sobą nic ponad to, co zwy­kle do pracy.

Lot­tie wstała, się­ga­jąc po kurtkę i torbę.

- Chodź. Rozej­rzymy się po jej domu i może na coś wpad­niemy.

- Nie minęło jesz­cze czter­dzie­ści osiem godzin.

- Czyż­byś był papugą? Powta­rzasz się.

- Eli­za­beth jest doro­sła. Wydaje mi się, że to przed­wcze­sne dzia­ła­nia.

- Och, na litość boską, prze­stań bia­do­lić. Lep­sze to niż gania­nie na mro­zie za mło­do­cia­nymi pira­tami dro­go­wymi czy szu­ka­nie infor­ma­cji o nie­le­gal­nych wal­kach na pię­ści.

- Boże, dopo­móż - mruk­nął sier­żant.

Lot­tie otwo­rzyła drzwi i zer­k­nęła na niego przez ramię. Boyd powoli wstał i ruszył do wyj­ścia. Kiedy ją mijał, poczuła zapach jego mydła i musiała się powstrzy­mać, by nie ująć go za rękę. Nie mogła zro­bić niczego, co by naru­szyło panu­jący mię­dzy nimi kru­chy rozejm.

- Skąd ta kwa­śna mina? - zapy­tał.

- Nie twoja sprawa - odparła z uśmie­chem i poma­sze­ro­wała przez wspólne biuro, w któ­rym gło­śno kle­ko­tały grzej­niki. Na kory­ta­rzu wpa­dła pro­sto na komi­sa­rza Cor­ri­gana.

- Wła­śnie po cie­bie sze­dłem - oznaj­mił. - Do mojego biura. Natych­miast.

Lot­tie z otwar­tymi ustami gapiła się na potężną postać odda­la­jącą się kory­ta­rzem. Prze­cież ostat­nio zacho­wy­wała się grzecz­nie. A może nie?

- Co znów nabro­iłaś? - zapy­tał Boyd, wyco­fu­jąc się do biura.

- Nic, mam nadzieję. - Skrzy­żo­wała palce za ple­cami, rusza­jąc za prze­ło­żo­nym.

* * *

- Sia­daj, Par­ker. Wiesz, że mnie wku­rza, jak prze­stę­pu­jesz z nogi na nogę.

- Ja nie... - Lot­tie zamknęła usta, prze­rzu­ciła kurtkę przez ramię i wyko­nała pole­ce­nie szefa.

Komi­sarz przy­su­nął krze­sło do biurka. Kiedy już w miarę wygod­nie wpa­so­wał w nie pokaźny brzuch, postu­kał pió­rem w blat i spoj­rzał na nią. Inspek­tor zdu­siła jęk na widok jego cho­rego oka. Zeszłego lata zasła­niał je opa­ską, a przed Bożym Naro­dze­niem oznaj­mił, że już jest lepiej. Nikt nie spy­tał, od czego lepiej, ale teraz Lot­tie uznała, że raczej jest znacz­nie gorzej.

- Możesz się na mnie tak nie gapić? - wark­nął, zawzię­cie trąc oko, przez co zaczęło łza­wić i zaczer­wie­niło się jesz­cze moc­niej.

- Prze­pra­szam, sir.

- Wła­ści­wie to jeden z powo­dów, dla któ­rego cię wezwa­łem. - Zamilkł. - Odwie­dzi­łem kolej­nego spe­cja­li­stę. Nie spodo­bało mu się to, co zoba­czył, i wysłał mnie na tomo­gra­fię. Zna­leźli cho­ler­nego guza na ner­wie wzro­ko­wym. I... - Głos mu się zała­mał i Cor­ri­gan wstał. Pod­szedł do okna.

Cho­lera, złe wie­ści, pomy­ślała Lot­tie. A podej­rze­wała, że będą jesz­cze gor­sze.

- Muszę zro­bić sobie prze­rwę od pracy.

- Prze­pra­szam...

- Możesz prze­stać prze­pra­szać? To nie twoja wina. Mógł­bym dodać, że to jedna z nie­wielu rze­czy tutaj, która nie jest twoją winą. - Odwró­cił się, a inspek­tor zro­zu­miała, jak bar­dzo go iry­tuje koniecz­ność pój­ścia na zwol­nie­nie. - Zawia­do­mi­łem komendę główną i wyzna­czą kogoś na tym­cza­sowe zastęp­stwo. Nie będzie żad­nych kon­kur­sów i całego tego pier­dzie­lo­nego gówna.

- Naprawdę? Myśla­łam, że kon­kursy są obo­wiąz­kowe, nawet w przy­padku krót­ko­ter­mi­no­wych zastępstw.

- Nie mam pier­dzie­lo­nego poję­cia, jak krótko czy długo potrwa moja nie­obec­ność. Teraz sku­piam się tylko na pozby­ciu się tego badzie­wia z głowy.

- Rozu­miem. Prze­pra­szam, sir.

- Jezu, prze­sta­niesz w końcu?

- Przep... - Lot­tie powstrzy­mała się w ostat­niej chwili. Skoro nie roz­pi­szą kon­kursu, to czy wyzna­czą ją na tym­cza­sowe sta­no­wi­sko komi­sa­rza?

- I zanim powiesz kolejne słowo, nie dosta­niesz mojego sta­no­wi­ska. Naj­wy­raź­niej opi­nia o tym, że potra­fisz wszystko schrza­nić, dotarła do ludzi posta­wio­nych wyżej. Choć zawsze się sta­ram pro­wa­dzić sprawy lokal­nymi siłami. - Zaczerp­nął tchu, nim pod­jął: - I jak się czu­jesz po powro­cie do służby? Mam nadzieję, że lepiej.

Nie cho­dziło mu tylko o zdro­wie fizyczne. Rany, które Lot­tie odnio­sła z rąk zabójcy, stały się kata­li­za­to­rem zaska­ku­ją­cych odkryć na temat histo­rii jej rodziny. I to z tymi odkry­ciami na­dal nie potra­fiła sobie pora­dzić.

- Dobrze, sir. Mie­siąc w domu nie­mal dopro­wa­dził mnie do szału, ale teraz czuję się świet­nie. - Skrzy­żo­wała palce, żeby nie zechciał docie­kać dalej.

- To super.

- Kto pana zastąpi, sir? Ktoś, kogo znam?

- Inspek­tor David McMa­hon.

Lot­tie zerwała się z miej­sca, zrzu­ca­jąc kurtkę i torbę na pod­łogę.

- To chyba żart. McMa­hon! Święta Mario, Matko Boża, nie mogę! - Z tru­dem powstrzy­mała się od tup­nię­cia nogą jak roz­złosz­czone dziecko. - Jeśli się tu pojawi, ja odcho­dzę.

- Będziesz bez gada­nia robiła to, co powie. Masz się zacho­wy­wać. Zro­zu­miano?

- Sir, nie może pan do tego dopu­ścić. Zostanę pośmie­wi­skiem całego okręgu. To skan­dal, że obcy z Dublina przy­jeż­dża pana zastą­pić, skoro ja jestem na miej­scu. To nie­by­wałe. To... To...

- Temat zamknięty. Nie ma co go wał­ko­wać. - Cor­ri­gan znów się odwró­cił, by wyj­rzeć przez okno. - Mam nadzieję, że mnie nie zawie­dziesz. Liczę na to, że będziesz grzeczna.

- Nie mam pię­ciu lat, sir.

Okrę­cił się na pię­cie.

- Szcze­rze mówiąc, cza­sami się nad tym zasta­na­wiam.

Lot­tie pozbie­rała swoje rze­czy z pod­łogi. Co ona ma teraz zro­bić? To kata­strofa. Zatrzy­mała się przy drzwiach.

- Mam nadzieję, że ope­ra­cja się uda, sir. I obie­cuję, że posta­ram się zacho­wy­wać grzecz­nie pod pań­ską nie­obec­ność.

- Teraz gadasz już cał­kiem jak pię­cio­latka. Ale dzięki. I pro­szę, przyj­mij McMa­hona uprzej­mie - dodał. - Choć oboje wiemy, że to dupek.

Lot­tie oparła się o zimną ścianę na kory­ta­rzu. McMa­hon... Czym ona sobie na to zasłu­żyła? Musiała stąd wyjść i prze­my­śleć te fatalne wia­do­mo­ści.

Wło­żyła kurtkę i poszła poszu­kać Boyda.

6

Boyd pospiesz­nie wyszedł z komi­sa­riatu, lecz Lot­tie nie miała tyle szczę­ścia. Hałas w dyżurce sta­no­wił znak ostrze­gaw­czy, że powinna ucie­kać, ale wie­dziona cie­ka­wo­ścią zer­k­nęła w tamtą stronę dokład­nie w tej samej chwili, w któ­rej roz­wrzesz­czana młoda kobieta zatrzy­mała na niej wzrok.

- Halo! Pani wygląda na kogoś, kto mnie wysłu­cha. Możemy chwilę poga­dać? - Dziew­czyna miała gęste blond włosy z ciem­nymi odro­stami, upięte wysoko na gło­wie. Z jej uszu zwi­sały ogromne kol­czyki w kształ­cie kół, a na ręku trzy­mała nie­mow­laka, który ssał kciuk. Była ubrana w obci­słe niczym druga skóra dżinsy i wyso­kie do kolan skó­rzane kozaki.

- O co cho­dzi? - zapy­tała inspek­tor, prze­kli­na­jąc w myślach, że nie zdą­żyła wyjść za Mar­kiem.

Kobieta pode­szła.

- Ta fujara za biur­kiem nie chce zapi­sać, co mówię. Każe jej pani to odno­to­wać? Jak już jest zgło­sze­nie, to musi­cie zba­dać sprawę.

Lot­tie wska­zała drew­nianą ławkę przy drzwiach i gestem zapro­siła kobietę, żeby usia­dła. Ski­nęła poro­zu­mie­waw­czo do funk­cjo­na­riuszki Gilly O'Dono­ghue, któ­rej aku­rat dzi­siaj tra­fił się dyżur.

- Jak się pani nazywa? - Inspek­tor usia­dła obok kobiety.

- Moje nazwi­sko nie ma nic do rze­czy. Przy­szłam tylko zgło­sić, co wiem, ale nikt nie chce mnie wysłu­chać!

- Z chę­cią posłu­cham, co pani ma do powie­dze­nia, ale jeśli mam potrak­to­wać sprawę poważ­nie, muszę znać pani nazwi­sko i adres. - Lot­tie wyjęła z torby notes i dłu­go­pis.

- Jeśli się przed­sta­wię, to już na pewno mi pani nie uwie­rzy. - Kobieta mocno przy­tu­liła dziecko.

- Pro­szę spró­bo­wać.

- No dobra. Zoba­czymy, czy nie ma pani uprze­dzeń. Nazy­wam się Bri­die McWard i miesz­kam w obo­zie Tra­we­le­rów.

- Dobrze, Bri­die - odpo­wie­działa spo­koj­nie inspek­tor. - Co chcia­łaś mi powie­dzieć?

Młoda kobieta poru­szyła się nie­spo­koj­nie na twar­dym sie­dzi­sku, naj­wy­raź­niej zbita z tropu tym, że Lot­tie zamie­rzała jej jed­nak wysłu­chać.

- Małemu Tommy'emu wyrzyna się ząb, rozu­mie pani, więc gamoń budzi się co godzinę. A w ponie­dzia­łek był wyjąt­kowo marudny. Ząb już pra­wie wyszedł, ale przez cały week­end mały dawał do wiwatu. Prze­pra­szam. Pew­nie pani nie wie, co to ryczący dzie­ciak...

- I tu się pani myli. Słu­cham dalej.

- Jak mówi­łam, ponie­dział­kowa noc była straszna. Wsta­łam do niego chyba już trzeci raz i wtedy to usły­sza­łam.

- Co takiego?

- Krzyk. Jak mówi­łam tej dur­nej niuni. - Wska­zała na O'Dono­ghue.

Lot­tie uśmiech­nęła się pod nosem. Bri­die zupeł­nie nie tra­fiła. Gilly była jedną z naj­by­strzej­szych funk­cjo­na­riu­szek na komi­sa­ria­cie.

- Pro­szę opo­wia­dać dalej.

Kobieta zer­k­nęła na nią uważ­nie.

- Wie pani, gdzie jest nasze osie­dle? Tym­cza­sowe zakwa­te­ro­wa­nie. Aku­rat tym­cza­sowe! Od dwu­dzie­stu pię­ciu lat. Uro­dzi­łam się tam, a mamu­sia miesz­kała w tym miej­scu w przy­cze­pie całe swoje życie, zanim posta­wiono domy na kół­kach. Wycho­wała nas ośmioro, a na sta­rość prze­nio­sła się do domu opieki. Ja jestem naj­młod­sza. Teraz dom jest nasz. Tym­cza­sowe? Jasne. W każ­dym razie miesz­kam koło cmen­ta­rza.

- Znam to miej­sce - zapew­niła Lot­tie. Cho­dziła tam na grób Adama, choć już nie tak czę­sto jak nie­gdyś. Powinna nie­długo zanieść czer­wone róże na walen­tynki. Adam pew­nie prze­wraca się w gro­bie ze śmie­chu. Kiedy żył, ni­gdy nie obcho­dzili walen­ty­nek.

Bri­die mówiła dalej:

- Mię­dzy osie­dlem a cmen­ta­rzem stoi wysoki mur. W ponie­dzia­łek w nocy, a wła­ści­wie we wto­rek nad ranem, usły­sza­łam krzyk docho­dzący zza tego muru. Myśla­łam, że zmarli powstali, żeby nas drę­czyć. Brzmiał jak wrzask ban­shee. Mamu­sia mówiła, że też raz go sły­szała lata temu. Wyję­łam Tommy'ego z łóżeczka i chcia­łam obu­dzić Paddy'ego, mojego męża, tyle że go nie było. On tak cza­sami ma. Idzie odwie­dzić zna­jo­mych i zapo­mina wró­cić do domu. Pew­nie by mi powie­dział, że jestem głu­pia i mam spać dalej, ale jak mia­łam spać, skoro Tommy się obu­dził, a na cmen­ta­rzu ktoś krzy­czał? Byłam posrana ze stra­chu. Na­dal jestem, prawdę mówiąc. - Przy­gry­zła wargę i pochy­liła głowę, jakby strach był zbrod­nią.

Lot­tie zamarła z unie­sio­nym dłu­go­pi­sem. Sły­chać było tylko, jak Tommy ssie kciuk.

- Sły­szała pani krzyk?

- Wie­rzy mi pani, pani wła­dzo, prawda?

- Jestem inspek­tor Par­ker i ow­szem, Bri­die, wie­rzę, że coś pani sły­szała. Ale nie wiem co. Dla­czego nie zgło­siła pani tego wczo­raj?

- Musia­łam iść do pośred­niaka, co nie? Pod­pi­sać się.

- Jasne. O któ­rej godzi­nie w ponie­dzia­łek w nocy sły­szała pani ten krzyk?

- Wie­dzia­łam! Nie wie­rzy mi pani. - Bri­die zerwała się z ławki. - Wystar­czyło, że powie­dzia­łam, gdzie miesz­kam, i wspo­mnia­łam o pośred­niaku. Uważa pani, że jestem nie­ro­bem. No cóż, wielka pani detek­tyw, może sobie pani myśleć, co chce! Jestem wykształ­cona. Zda­łam maturę i mia­łam pracę. Ale potem wyszłam za mąż, uro­dzi­łam Tommy'ego i rzu­ci­łam robotę, więc musia­łam się zare­je­stro­wać.

- Pro­szę usiąść, Bri­die. - Lot­tie pocze­kała, aż kobieta z powro­tem opad­nie na ławkę. - Wyciąga pani takie wnio­ski zapewne przez to, jak panią trak­to­wano w prze­szło­ści. Ale ja naprawdę pani wie­rzę. - Przy­glą­dała się, jak młoda kobieta, przy­gry­za­jąc wargę, prze­cze­suje włosy synka pal­cami przy­ozdo­bio­nymi dużą liczbą zło­tych pier­ścion­ków. Czyżby zasta­na­wiała się, co jesz­cze powie­dzieć?

- Nic nie widzia­łam - wyznała w końcu. - Nasze okna wycho­dzą aku­rat na mur. Ale krzyki było sły­chać nie­da­leko. Jakby tuż po dru­giej stro­nie. To była kobieta. Jestem tego pewna. W nocy zazwy­czaj jest bar­dzo cicho. No chyba że ktoś się awan­tu­ruje na osie­dlu albo karetka na sygna­łach pod­jeż­dża do szpi­tala. Ale ponie­dział­kowa noc była zimna i cicha. I wtedy usły­sza­łam te krzyki. Zega­rek poka­zy­wał pięt­na­ście po trze­ciej. Pamię­tam, że spoj­rza­łam na czer­wone cyfry, kiedy wsta­wa­łam do Tommy'ego.

- Jak długo to trwało? - Lot­tie uznała, że Bri­die usły­szała wygłu­pia­ją­cych się nasto­lat­ków, gania­ją­cych mię­dzy nagrob­kami i stra­szą­cych się nawza­jem.

- Nie­długo. Krót­kie krzyki, a po nich cisza.

- I na pewno kobiece?

- Tak. Poje­dzie tam pani się rozej­rzeć?

- Wyślę kogoś. Pro­szę się nie zamar­twiać. To zapewne mło­dzież się bawiła.

- Niech pani nikogo nie wysyła. Niech pani sama jedzie. Wiem, że pani porząd­nie się wszyst­kiemu przyj­rzy. A mło­dzież już tam sły­sza­łam. To było coś innego. Praw­dziwy strach.

Lot­tie z wes­tchnie­niem scho­wała notes do torby.

- Zoba­czę, co się da zro­bić.

- Pro­szę obie­cać. Wtedy będę wie­działa.

- Co takiego?

- Jeśli pani da słowo, że sama spraw­dzi, to pani uwie­rzę. - Bri­die wpa­try­wała się w nią bła­gal­nym wzro­kiem.

- Dobra, dobra. Sama to spraw­dzę. Ale jest już środa, więc nie wiem, jakie to ma zna­cze­nie.

- Poczuję się lepiej. I będę wie­działa, że Tommy jest bez­pieczny. Słowo?

- Słowo. - Lot­tie miała ochotę skrzy­żo­wać palce, żeby kłam­stwo nie miało mocy, ale tego nie zro­biła. Bri­die pod­biła ją swoją szcze­ro­ścią i inspek­tor naprawdę chciała speł­nić jej prośbę.

- Dziś rano ma się odbyć pogrzeb. Powinna pani zdą­żyć przed nim.

- Pojadę w pierw­szej wol­nej chwili.

- Dzię­kuję, pani detek­tyw. Gdy tylko panią zoba­czy­łam, wie­dzia­łam, że ma pani klasę.

Bri­die opa­tu­liła synka i wyszła z komi­sa­riatu. Jej skó­rzane buty gło­śno skrzy­piały.

- Czyli ma pani klasę? - Gilly się zaśmiała.

- Omo­tała mnie - stwier­dziła inspek­tor.

7

Lot­tie kazała Boy­dowi sta­nąć na par­kingu przy cmen­tar­nym murze, pod kamerą moni­to­ringu skie­ro­waną w jedno miej­sce, jakby suge­ro­wała poten­cjal­nym zło­dzie­jom samo­cho­do­wym, by pró­bo­wali szczę­ścia kawa­łek dalej. Starą meta­lową bramę, przez którą można by wje­chać, spi­nał masywny łań­cuch.

Inspek­tor weszła przez boczną furtkę, a Boyd tuż za nią. Na cmen­ta­rzu pano­wała nie­po­ko­jąca cisza.

- Oni wie­rzą w ban­shee, prawda? - ode­zwał się sier­żant.

- Kto?

- Tra­we­le­rzy. Wie­rzą w klą­twy, wróżki i całe to gówno.

- A ty nie? - Lot­tie szła szybko, roz­glą­da­jąc się za śla­dami krzy­czą­cej kobiety dwa dni po tym, jak ją sły­szała Bri­die McWard. Prze­mknęło jej przez myśl, że może ma to zwią­zek z zagi­nioną Eli­za­beth Byrne, ale szybko odrzu­ciła ten pomysł jako nie­do­rzeczny.

W poło­wie zbo­cza zza drzewa wyszedł męż­czy­zna w żół­tej ostrze­gaw­czej kami­zelce robot­nika, a ona sta­nęła jak wryta.

- Mogę pań­stwu jakoś pomóc? - W jed­nej ręce trzy­mał łopatę, w dru­giej seka­tor.

- Jezu, prze­stra­szył mnie pan na śmierć - jęk­nęła inspek­tor.

- Prze­pra­szam. Wyglą­dają pań­stwo na zagu­bio­nych. Ber­nard Fahy jestem. Dozorca cmen­ta­rza. - Wsu­nął seka­tor pod ramię i wycią­gnął brudną rękę. - Szu­ka­cie jakie­goś kon­kret­nego grobu?

- Inspek­tor Lot­tie Par­ker, a to sier­żant Boyd - przed­sta­wiła ich poli­cjantka, cofa­jąc dłoń, do któ­rej przy­lgnęły dro­binki ziemi. Przyj­rzała się żół­ta­wej twa­rzy dozorcy i zauwa­żyła, że białka jego oczu mają podobny odcień.

- Czy działo się tu ostat­nio coś nie­po­ko­ją­cego?

- Nie­po­ko­ją­cego? Och, kapuję. Ta wścib­ska baba z osie­dla Tra­we­le­rów przy­szła pani zawra­cać głowę krzy­kami ban­shee w nocy. - Zaśmiał się gło­śno i prze­ni­kli­wie, pło­sząc ptaki sie­dzące w bez­list­nych gałę­ziach nad jego głową. Zatrze­po­tały skrzy­dłami i wzle­ciały czarną chmurą w zimne błę­kitne niebo. - Bri­die jest rów­nie wal­nięta jak stara Queenie, jej matka. A do tego pocho­dzi z McWar­dów. Oni tam wie­rzą w te bzdury o wiedź­mach. Wie pani, o czym mówię?

- A spraw­dził pan jej donie­sie­nia o krzy­kach? - Lot­tie roz­tarła dło­nie, żeby nie naba­wić się odmro­żeń.

- Gdy­bym miał spraw­dzać wszystko, co zgła­sza ta banda, nie wyko­pał­bym ani jed­nego grobu, a nie­po­grze­bane ciała sta­łyby w trum­nach koło śmiet­ni­ków przed główną bramą.

- Czyli nie spraw­dził pan?

- No jasne, że nie. Prze­cież wła­śnie to powie­dzia­łem.

Lot­tie potrzą­snęła głową, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć tę zawiłą kon­wer­sa­cję.

- Czym się pan zaj­mo­wał w tym tygo­dniu? - zapy­tała.

- W ponie­dzia­łek wyko­pa­łem grób dla sta­rej pani Green z cen­trum mia­sta. Miała dzie­więć­dzie­siąt jeden lat. Rodzina musiała pocze­kać na przy­jazd jej wnuka z Austra­lii, ale pocho­wają ją dzi­siaj, obok jej świę­tej pamięci męża. - Wska­zał stertę ziemi na dole zbo­cza. - Poza tym nie było wiele roboty, prawdę mówiąc. Ale o tej porze roku, przy tym mro­zie, można mieć pew­ność, że parę osób kop­nie w kalen­darz przed koń­cem tygo­dnia.

- Nie zauwa­żył pan nic nie­ty­po­wego? Żad­nych popi­jaw? Nasto­lat­ków gania­ją­cych się po gro­bach?

- W taką pogodę? Nie, takie roz­rywki są zare­zer­wo­wane na lato. W zimie mło­dzież sie­dzi w domach i pod­pija gin rodzi­com. Gra na kom­pu­te­rach albo ogląda Net­flix. Za zimno na ich młodą skórę.

Wyjął seka­tor spod ramie­nia, a Lot­tie przyj­rzała się jego nie­ogo­lo­nej twa­rzy, pokry­tej bli­znami po trą­dziku mło­dzień­czym. Kępki wło­sów wysta­jące spod czar­nej weł­nia­nej czapki ota­czały jego uszy. Oczy miał nie­prze­nik­nione. Nie umiała odszy­fro­wać ich wyrazu i chyba wcale nie chciała.

- Rozej­rzymy się szybko po cmen­ta­rzu, jeśli nie ma pan nic prze­ciwko - powie­działa.

- Pro­szę bar­dzo. - Ruszył w kie­runku, z któ­rego przy­szli.

Kiedy dotarli do stóp wnie­sie­nia, Boyd oznaj­mił:

- Nie podoba mi się ten gość.

Inspek­tor wzru­szyła ramio­nami i zer­k­nęła w stronę sto­ją­cych za wyso­kim murem domów na osie­dlu Tra­we­le­rów. Dym uno­sił się w górę, wiru­jąc, a potem jakby zatrzy­many nie­wi­dzial­nym naci­skiem zim­nego powie­trza ście­lił się pro­stą linią i opa­dał na zie­mię.

Nie było moż­li­wo­ści, by Bri­die McWard cokol­wiek dostrze­gła przez ten mur za dnia, a co dopiero w środku nocy. Lot­tie prze­su­nęła wzro­kiem po spo­wi­tych zimną mgłą nagrob­kach i doj­rzała gra­ni­towy gro­bo­wiec Adama po lewej, na wznie­sie­niu.

- Czy Adam nie jest tu pocho­wany?

Pod­sko­czyła.

- Jezu, Boyd. Na chwilę zapo­mnia­łam, że tu jesteś.

- Nie chcia­łem cię prze­stra­szyć. Ale fak­tycz­nie tro­chę tu upior­nie przy tej pogo­dzie.

- Przy lep­szej też tak jest.

Skrę­ciła w lewo wzdłuż muru i zatrzy­mała się przy pry­zmie świeżo wyko­pa­nej ziemi, którą wska­zał im Fahy. Otwarty grób został zakryty deskami.

- Nowa rezy­den­cja pani Green, jak mnie­mam - stwier­dziła.

- Der­mot Green - prze­czy­tał Boyd. - Zmarł we wrze­śniu dwa tysiące pierw­szego, w wieku osiem­dzie­się­ciu jeden lat. Tak, to tutaj się wybiera pani Green. Spo­cznie u boku zmar­łego męża.

- Kie­dyś będziesz dobrym detek­ty­wem - stwier­dziła Lot­tie ze śmie­chem.

Sier­żant też się zaśmiał. Dźwięk wró­cił do nich echem i inspek­tor zadrżała.

Zalały ją wspo­mnie­nia z dnia pogrzebu Adama. Ujrzała jego ciało w drew­nia­nej trum­nie z mosięż­nym krzy­żem na wieku, zło­żone na zawsze w poświę­co­nej ziemi... Opę­dza­jąc się od tego obrazu, rozej­rzała się po oko­licy miej­sca pochówku Gre­enów. Trawa przy kra­węż­niku była zdep­tana, praw­do­po­dob­nie przez Fahy'ego i jego pra­cow­ni­ków pod­czas kopa­nia grobu. Lot­tie powoli ruszyła dalej ścieżką i zatrzy­mała się przy trze­cim z kolei nagrobku.

- Boyd, spójrz na to. - Przy­kuc­nęła. - Czy to krew?

Sier­żant nachy­lił się i oboje przyj­rzeli się rdza­wym plam­kom na bia­łych kamy­kach, które roz­sy­pano wokół nagrobka.

- Na to wygląda. - Wyjął z kie­szeni kurtki pla­sti­kową torebkę na dowody. - Dam to do ana­lizy.

- Koniecz­nie.

Lot­tie wstała i rozej­rzała się wokół. Trawa tutaj też czę­ściowo się kła­dła, być może z powodu mrozu. Albo pode­ptali ją ludzie odwie­dza­jący groby bli­skich, czy choćby dozorca. A może ktoś cał­kiem inny? I skąd się wzięła plama przy­po­mi­na­jąca krew w zasięgu głosu od osie­dla Tra­we­le­rów?

Inspek­tor zaczęła myśleć, że może jed­nak Bri­die nie sły­szała ban­shee. Wyglą­dało na to, że ktoś rze­czy­wi­ście krzy­czał, bie­gnąc przez cmen­tarz we wto­rek nad ranem.

Odwró­ciła się do Boyda z pyta­niem:

- Skoń­czy­łeś?

- Tak.

- Nie lubię, gdy ktoś wci­ska mi kit. Utnijmy sobie jesz­cze jedną poga­wędkę z panem milu­sim.

* * *

Kan­ciapa dozorcy, przy­po­mi­na­jąca kształ­tem stare wiej­skie kościółki, znaj­do­wała się tuż przy głów­nej bra­mie. Jej okna zabez­pie­czono meta­lo­wymi kra­tami.

- Kie­dyś tu były kwa­tery miesz­kalne - wyja­śnił Ber­nard Fahy.

Zdjął robo­czą kurtkę i zaczął się krzą­tać po nie­wiel­kim biu­rze. Miał na sobie cienki swe­ter i ogrod­niczki co naj­mniej dwa roz­miary za duże. Chyba kie­dyś był blon­dy­nem, ale teraz jego włosy pożół­kły. Pew­nie od dymu papie­ro­so­wego, uznała Lot­tie.

- Ktoś tu teraz mieszka? - Przyj­rzała się nagiej beto­no­wej pod­ło­dze i popę­ka­nym ścia­nom.

- Zupeł­nie nikt, poza nie­szczę­snymi duszami pogrze­ba­nymi dwa metry pod nami.

- Naprawdę?

- Nie dosłow­nie. - Par­sk­nął tym ostrym śmie­chem, który przed­tem wystra­szył ptaki.

Lot­tie poczuła nagły dreszcz i zer­k­nęła na wyso­kiego, chu­dego męż­czy­znę. Skórę miał tak znisz­czoną od cią­głego prze­by­wa­nia na dwo­rze, że trudno było okre­ślić jego wiek.

- Pra­cuję tu od pięt­na­stu lat i mógł­bym co nieco opo­wie­dzieć o tym, co się tutaj dzieje. Nie uwie­rzy­łaby pani.

- Chy­ba­bym uwie­rzyła - odpo­wie­działa. Ale nie przy­szła tu na wspo­minki. Potrze­bo­wała infor­ma­cji. - Czy w nocy można się dostać na teren cmen­ta­rza?

- Główna brama jest zamknięta, chyba że ma przy­je­chać kara­wan, ale boczna furtka pozo­staje otwarta całą dobę. No i każdy mógłby prze­sko­czyć przez mur, gdyby zechciał. Mnó­stwo ludzi nie­le­gal­nie wyrzuca tu śmieci. Pod­le­gam pod radę mia­sta, ale oni nie chcą o tym w ogóle słu­chać. Widziała pani te sterty czar­nych wor­ków? Pew­nie nie może pani nic zro­bić w tej spra­wie?

Lot­tie pokrę­ciła głową.

- Przy­kro mi. - Wyjęła z torby zdję­cie Eli­za­beth Byrne. - Widział pan kie­dyś tę młodą kobietę?

Fahy wziął od niej foto­gra­fię i prze­su­nął brud­nym paznok­ciem po twa­rzy Eli­za­beth.

- Ładne dziew­czę. Co nabro­iło?

- Nic. - Lot­tie wyrwała mu zdję­cie z ręki i wytarła z brudu. - Pró­bu­jemy ją zlo­ka­li­zo­wać.

- Tu jej nie znaj­dzie­cie, chyba że mar­twą i pogrze­baną. - Zachi­cho­tał.

- Widział ją pan?

- Powta­rza się pani. Szko­le­nie poli­cyjne musi być nużące. Nie, ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem tej dziew­czyny. - Wziął swoją kurtkę. - Pań­stwo wyba­czą, kon­dukt pogrze­bowy pani Green przy­bę­dzie za kilka minut.

- Jeśli jesz­cze kie­dyś Bri­die lub ktoś inny coś zgłosi, pro­szę mi dać znać. - Lot­tie podała mu swoją wizy­tówkę.

- Dobrze. Jeżeli mam być szczery, to zro­biła na mnie wra­że­nie swo­imi strasz­nymi opo­wie­ściami. Sam zaczy­na­łem już w nie wie­rzyć. - W zadu­mie spoj­rzał w łuko­wato skle­pione okno, po czym zapy­tał: - Na pewno nie mogłaby pani zro­bić cze­goś z tym nie­le­gal­nym wywo­zem śmieci?

- Na pewno.

- Jeśli zła­pię spraw­ców, gwa­ran­tuję, że to oni będą mar­twi i pogrze­bani - zagro­ził.

Lot­tie wypchnęła Boyda za drzwi i szybko ruszyła do bramy.

- Ten typ przy­pra­wia mnie o ciarki - wyznał sier­żant.

- Mar­twa i pogrze­bana. Mam nadzieję, że nie - mruk­nęła inspek­tor.

8

Boyd uru­cho­mił samo­chód i zer­k­nął w lusterko wsteczne, gotów, by ruszyć.

- Pocze­kaj chwilę - popro­siła Lot­tie, kła­dąc rękę na kie­row­nicy, żeby go powstrzy­mać. - Zbliża się kon­dukt pogrze­bowy. Okażmy sza­cu­nek i go prze­pu­śćmy.

- Ty tu rzą­dzisz. - Mark wyłą­czył sil­nik.

Lot­tie roz­sia­dła się wygod­nie i obser­wo­wała, jak Fahy otwiera kutą żela­zną bramę. Skrzy­dła uchy­liły się powoli do wewnątrz i kara­wan z pro­stą sosnową trumną przy­braną wień­cem z lilii wje­chał na cmen­tarz. Na zewnątrz zostało osiem samo­cho­dów, które zapar­ko­wały po prze­ciw­nej stro­nie ulicy.

Z pierw­szego wysiadł ksiądz. Na czarny płaszcz miał narzu­coną fio­le­tową stułę. Lekko się gar­bił, jakby jego ramiona przy­tła­czało nie­wi­dzialne brze­mię.

O cho­lera, pomy­ślała Lot­tie.

- Czy ja dobrze widzę? - zdzi­wił się Mark.

- Chodź - popro­siła, nie komen­tu­jąc oczy­wi­stego faktu: ksiądz Burke wró­cił. - Jest nie­wielu żałob­ni­ków. Możemy zasi­lić ich sze­regi.

- Mamy wystar­cza­jąco dużo roboty bez wbi­ja­nia się na pogrzeb obcej kobiety.

- Jezu, Boyd, możesz odpu­ścić? - Inspek­tor trza­snęła drzwiami i ruszyła za grupką około trzy­dzie­stu osób w stronę miej­sca ostat­niego spo­czynku pani Green.

- Wybacz, ale to śmieszne - rzu­cił sier­żant, gdy ją dogo­nił.

- Nie wyba­czam. Bądź cicho. Chcę zoba­czyć, za co płacą panu Fahy'emu.

- Za wyko­pa­nie grobu i zasy­pa­nie go po zakoń­cze­niu pogrzebu. Prze­cież wiesz. Mar­nu­jemy czas.

- Boże, daj mi cier­pli­wość! - prych­nęła. - Wra­caj do samo­chodu i pocze­kaj tam na mnie.

- Co się tak zło­ścisz? Skoro już tu jestem, to mogę pójść z tobą.

Lot­tie zwol­niła, gdy kara­wan zatrzy­mał się przy końcu wąskiej alei. Dwóch gra­ba­rzy otwo­rzyło tylne drzwi, a rodzina usta­wiła się w sze­regu na przy­ję­cie trumny. Ramiona Lot­tie zadrżały. Od kiedy pocho­wała Adama, nie uczest­ni­czyła w żad­nym pogrze­bie, nie licząc zło­że­nia do ziemi kości brata. Teraz cho­wano obcą osobę, z którą nie miała żad­nych rela­cji. Powinna być spo­kojna. Ale nie była.

No i jesz­cze ksiądz Burke, z jasnymi wło­sami przy­cię­tymi kró­cej, niż zapa­mię­tała, grzywką scze­saną z czoła i oczami przej­rzy­stymi jak sza­firy. Lot­tie nacią­gnęła na głowę kap­tur kurtki i się odwró­ciła. Chciała go zoba­czyć, a jed­no­cze­śnie wcale nie chciała. Pełno w tobie sprzecz­no­ści, zga­niła się w duchu. Na początku zeszłego roku zaprzy­jaź­niła się z nim w trud­nym momen­cie. Pomógł jej nawet w śledz­twie doty­czą­cym śmierci Susan Sul­li­van, lecz potem wyje­chał z Rag­mul­lin, zdru­zgo­tany prawdą na temat swo­jego pocho­dze­nia, i Lot­tie myślała, że już ni­gdy go nie zoba­czy. A teraz wró­cił. Czy to dobrze? Wcale nie była tego pewna.

Sze­ściu męż­czyzn, po trzech z każ­dej strony, zło­żyło trumnę na deskach, któ­rymi Fahy zakrył otwarty grób. Obok dozorcy ubra­nego w robo­czą kurtkę stał drugi pra­cow­nik. Obaj trzy­mali się nieco z dala od pogrą­żo­nej w żało­bie rodziny.

Młody męż­czy­zna w za małym gar­ni­tu­rze zło­żył wie­niec na kupce ziemi koło trumny. Zapach lilii pobu­dził pamięć i Lot­tie znów cof­nęła się do dnia, w któ­rym pomo­gła zło­żyć męża w zim­nej ziemi. Czy kie­dy­kol­wiek uda jej się uwol­nić od tych wspo­mnień? Oble­piały ją niczym mokry swe­ter.

Ksiądz Joe pokro­pił trumnę wodą świę­coną i roz­po­czął modli­twę. Nie­wiel­kie zgro­ma­dze­nie wtó­ro­wało mu przy­ci­szo­nymi gło­sami. Pró­bu­jąc odwró­cić swoją uwagę od duchow­nego, Lot­tie zaczęła roz­my­ślać o sub­stan­cji, którą wcze­śniej odkryli na kamy­kach. Była pewna, że to krew, ale mogło ją zosta­wić dziecko, które ska­le­czyło się w kolano, albo nawet jeden z gra­ba­rzy przy­go­to­wu­ją­cych wykop.

Ksiądz znów użył wody świę­co­nej, po czym sze­ścioro żałob­ni­ków, w tym jedyne dwie obecne kobiety, chwy­ciło skó­rzane pasy wysta­jące z obu stron dołu, okrę­ciło w dło­niach i mocno napięło, tak że pobie­lały im kłyk­cie. Fahy wystą­pił naprzód i usu­nął deski, a trumna zawi­sła nad dwu­me­trową dziurą w ziemi.

Roz­legł się krzyk, a jedna z kobiet puściła pas i opa­dła na kolana. Co za roz­pacz, pomy­ślała Lot­tie. Obser­wo­wała z dystansu, jak ksiądz Joe ujmuje zdru­zgo­taną kobietę pod ramię i pomaga jej wstać. Fahy i jego kolega pospiesz­nie wsu­nęli deski na poprzed­nie miej­sce, żeby znów można było na nich posta­wić trumnę.

Kobieta znów coś krzyk­nęła i inspek­tor prze­pchnęła się przez zgro­ma­dzo­nych.

- Nic pani nie jest? - zapy­tała.

- Lot­tie! - zawo­łał ksiądz. Wpa­try­wał się w nią z otwar­tymi ustami, jakby chciał zadać pyta­nie, ale wstrzą­śnięta kobieta go uprze­dziła.

- W tym dole coś jest!

Wska­zała grób, a jej twarz zbla­dła tak, że zle­wała się kolo­rem z bluzką wysta­jącą spod koł­nie­rza płasz­cza.

Inspek­tor zer­k­nęła do wykopu, ale zoba­czyła tylko zie­mię.

- Co pani widziała?

Fahy sta­nął obok nich.

- Pew­nie ptaka albo gry­zo­nia. Świeżo wyko­pane groby je przy­cią­gają. Zwłasz­cza gdy stare zwłoki... - Zamilkł, kiedy Lot­tie zgro­miła go spoj­rze­niem. - Prze­pra­szam - zmi­ty­go­wał się.

- Mówi pan o moim dziadku - oznaj­mił krępy męż­czy­zna, który objął ramie­niem wstrzą­śniętą kobietę.

- Zro­bimy krótką prze­rwę - zapro­po­no­wał ksiądz Joe. Ski­nął Lot­tie głową, po czym wypro­wa­dził żałob­ni­ków na ścieżkę, gdzie zbili się w gro­madkę przy kara­wa­nie.

Boyd sta­nął obok inspek­tor Par­ker.

- Może to miej­sce spo­czynku ban­shee - powie­dział.

- Możemy zer­k­nąć? - spy­tała Lot­tie Fahy'ego.

- Nic tam nie ma - zapew­nił.

Par­ker zwró­ciła się do zapła­ka­nej kobiety:

- Co dokład­nie pani widziała?

- Nie jestem pewna. Może to sobie wyobra­zi­łam, ale kiedy napię­li­śmy pasy i trumna się odro­binę unio­sła, wyda­wało mi się, że na dnie grobu doj­rza­łam jakby skórę przy­sy­paną zie­mią. Ludz­kie ciało. Dobry Boże! Czy to może być nasz dzia­dek? - Gwał­tow­nie potrzą­snęła głową. - Prze­cież on nie żyje od pięt­na­stu lat.

- Zostań­cie tu. Wszy­scy. - Lot­tie poma­sze­ro­wała do Fahy'ego, który stał teraz przy gro­bie. - Może pan odsu­nąć trumnę, żeby dało się zaj­rzeć do wykopu?

- Co? Chyba nie zamie­rza pani tam zejść? - Męż­czy­zna wbił ręce głę­biej w kie­sze­nie.

- Pro­szę odsu­nąć trumnę. Natych­miast. - Dozorca wyjąt­kowo ją iry­to­wał.

- To obu­rza­jące - oznaj­mił.

Boyd przy­sta­nął obok nich.

- Myślę, że to prze­sada, sze­fowo. Pozwólmy tej rodzi­nie spo­koj­nie pocho­wać bli­ską.

Spio­ru­no­wała go wzro­kiem, po czym zwró­ciła się do Fahy'ego:

- Macie z kolegą odsu­nąć trumnę. Zaj­rzę do grobu, a potem będzie można kon­ty­nu­ować cere­mo­nię.

Dozorca wes­tchnął teatral­nie, po czym zawo­łał swo­jego pomoc­nika. Umie­ścili dodat­kową belkę pod trumną i odsta­wili ją na bok.

Wyda­wało się, że zro­biło się zim­niej, a niebo pociem­niało, gdy Lot­tie prze­chy­liła się przez kra­wędź grobu i zaj­rzała w dół.

- Cho­lera... - jęk­nęła. - Boyd, wezwij ekipę kry­mi­na­li­sty­ków. Ścią­gnij też Lynch i Kirby'ego. Natych­miast.

9

- Co z moim pogrze­bem? - zapy­tał Fahy, gdy Boyd zapro­wa­dził żałob­ni­ków, księ­dza i gra­ba­rzy na drugą stronę kara­wanu.

- To nie jest pań­ski pogrzeb, panie Fahy, tylko pani Green - posta­wiła mu się Lot­tie. - Macie zostać tutaj z rodziną, dopóki nie zabez­pie­czę terenu.

- Musimy ją pocho­wać - upie­rał się.

- I zro­bi­cie to. Ale nie teraz. Jestem prze­ko­nana, że w tym gro­bie leży ciało, któ­rego nie powinno tam być, więc pro­szę się nie zbli­żać.

- W porządku. - Męż­czy­zna pocią­gnął towa­rzy­sza za rękaw i wyjął tele­fon. - Zawia­do­mię o tym prze­ło­żo­nego.

- Pro­szę sobie zawia­da­miać, kogo pan chce, byleby się pan trzy­mał z dala od miej­sca zbrodni.

Gdy tylko Lot­tie została sama, spoj­rzała w ciem­ność. Spod cien­kiej war­stwy ziemi wysta­wała stopa z poma­lo­wa­nymi na różowo paznok­ciami.

* * *

Godzinę póź­niej spo­kój cmen­ta­rza w Rag­mul­lin zakłó­ciła gorącz­kowa krzą­ta­nina. Trumna pani Lor­ra­ine Green wró­ciła do kara­wanu, a gra­ba­rze wypro­wa­dzili człon­ków rodziny przed bramę. Lot­tie bar­dzo chciała zamie­nić parę słów z księ­dzem Burke'em, lecz nie miała po temu oka­zji. Jedy­nie ski­nęła mu głową, a on uśmiech­nął się smutno.

Miej­sce oto­czono taśmą poli­cyjną i zamknięto bramę, przy któ­rej sta­nęli na straży mun­du­rowi. Kry­mi­na­li­stycy roz­sta­wili namiot nad otwar­tym gro­bem, a na wyso­kim murze przy­siadł rząd gapiów.

- Jim McGlynn już jedzie - oznaj­mił Boyd.

- Będzie zachwy­cony na nasz widok.

Mark z zatro­skaną miną potarł pod­bró­dek.

- Myślisz, że to ona? Nasza zagi­niona?

- Ktoś tam leży, nie są to zwłoki pogrze­bane pięt­na­ście lat temu. Zatem moż­liwe. - Inspek­tor spoj­rzała na gapiów na murze. - Musimy znów poga­dać z Bri­die McWard, a także z Fahym i jego kom­pa­nem.

- Dokąd oni poszli?

Lot­tie wska­zała szpa­ler sosen po lewej. Fahy stał tam, paląc papie­rosa, w towa­rzy­stwie detek­ty­wów Larry'ego Kirby'ego i Marii Lynch. Gdy inspek­tor do nich pode­szła, zacią­gnął się mocno i wypu­ścił chmurę dymu.

- Musi pan poje­chać na komi­sa­riat zło­żyć zezna­nia - oznaj­miła.

- Nic nie wiem. I, zanim mnie pani oskarży, nic nie zro­bi­łem. Wyko­pa­łem grób w ponie­dzia­łek, a dzi­siaj poło­ży­łem deski. Widzia­łem tam tylko zie­mię.

- Potrzebne nam ofi­cjalne zezna­nia. Na pewno nie zauwa­żył pan nic podej­rza­nego w ostat­nich dniach?

- Już mówi­łem. Nic nie widzia­łem. - Zapa­lił kolej­nego papie­rosa. Jego zapach spra­wił, że głod­nej Lot­tie zro­biło się nie­do­brze.

- Jak pan się nazywa? - skie­ro­wała pyta­nie do sto­ją­cego w cie­niu dozorcy pulch­nego mło­dzieńca z twa­rzą pokrytą paskud­nym trą­dzi­kiem.

- Dopiero dziś zaczą­łem pracę. Przy­słali mnie z pośred­niaka.

- Pyta­łam, jak się pan nazywa. Głu­chy pan jest? - zde­ner­wo­wała się Lot­tie.

Chło­pak miał żółte zęby i bladą cerę.

- Nie sły­szę na jedno ucho i noszę apa­rat słu­chowy. - Wska­zał prawe ucho. - Ale zapo­mnia­łem go dziś zało­żyć.

- Prze­pra­szam. - Lot­tie usta­wiła się tak, by mówić do zdro­wego ucha.

- Nazywa się John Gil­bey - odpo­wie­dział Kirby. Nie­ujarz­miona czu­pryna ster­czała mu na wszyst­kie strony, a zamek kurtki nie­bez­piecz­nie się napi­nał na pokaź­nym brzu­chu.

Pobla­dła Lynch opie­rała się o mur. Jej jasne włosy, zazwy­czaj zwią­zane w kucyk, opa­dały na ramiona.

- Musi pan poje­chać na komi­sa­riat - wyja­śniła inspek­tor Gil­bey­owi. - To for­mal­ność, pro­szę się nie mar­twić. - Pole­ciła Kirby'emu, by zabrał ze sobą obu męż­czyzn.

- A co ja mam robić, sze­fowo? - spy­tała Lynch.

- Przy­daj się do cze­goś. Pomóż mun­du­ro­wym pod fron­tową bramą.

Gdy Lynch ruszyła pod górę, srebrna fur­go­netka zje­chała ze zbo­cza, zwol­niła i sta­nęła obok. Kie­rowca wychy­lił się z okna.

- No pro­szę, inspek­tor Morse i sier­żant Lewis. Jak zwy­kle psu­je­cie mi pora­nek.

- Jezu, McGlynn? Nie pozna­łam pana w zwy­kłych ubra­niach. - Lot­tie uśmiech­nęła się pod nosem. Widy­wała szefa zespołu kry­mi­na­li­sty­ków wyłącz­nie w kom­bi­ne­zo­nie ochron­nym, z zało­żo­nym kap­tu­rem i maseczką. Para zie­lo­nych oczu - tym dla niej był. Teraz mogła dodać twarz do stroju. Głę­bo­kie zmarszczki zdra­dzały, że męż­czy­zna jest koło sześć­dzie­siątki. No i był w fatal­nym nastroju, ale to nic nowego.

- Ja bym panią roz­po­znał nawet po ciemku - oznaj­mił, wygi­na­jąc usta w dół. - Co tym razem dla mnie wygrze­ba­li­ście?

- Nie cał­kiem wygrze­ba­li­śmy, choć gdyby nie moja nad­mierna cie­ka­wość, dziew­czyna pozo­sta­łaby w ziemi na zawsze.

- Cie­ka­wość to pierw­szy sto­pień do pie­kła, prawda? - McGlynn zamknął okno i ruszył w stronę miej­sca zbrodni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki