Cykl z komisarzem Jooną Linną (#9). Pająk - Lars Kepler

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

Odłamki szkła na wy­kła­dzi­nie po­koju ho­te­lo­wego chrzęsz­czą pod bu­tami Jo­ony Linny.

Męż­czy­zna o po­marsz­czo­nej twa­rzy ma zła­many kark; wisi na sznu­rze, ko­ły­sząc się w oknie. Lina po­skrzy­puje mia­rowo.

Ko­szula na jego piersi jest ciemna od krwi, która wy­pły­nęła z rany od pę­tli wrzy­na­ją­cej się głę­boko w skórę.

Szklane okru­chy spa­dają z brzę­kiem na pa­ra­pet.

Ostatni szept męż­czy­zny od­bija się echem w gło­wie Jo­ony.

Słowa wiją się w jego du­szy ni­czym wąż, nie znaj­du­jąc ani miej­sca, ani wyj­ścia.

Jo­ona wie, że wi­sie­lec nie żyje, że krę­go­słup szyjny zo­stał prze­rwany, ale mimo to musi zba­dać jego puls.

Ostroż­nie wy­ciąga dłoń, kiedy na­gle roz­brzmiewa dzwo­nek te­le­fonu.

Jo­ona otwiera oczy, sięga po te­le­fon do noc­nego sto­lika i od­biera, za­nim usły­szy drugi sy­gnał.

- Prze­pra­szam, że dzwo­nię tak późno - od­zywa się mę­ski głos w słu­chawce.

Jo­ona wstaje z łóżka, ale wi­dzi, że Va­le­ria unosi już za­spane po­wieki, więc gła­dzi ją po po­liczku i wy­cho­dzi z te­le­fo­nem do kuchni.

- O co cho­dzi? - pyta ci­cho.

- Mówi Va­lid Mo­ham­med z po­li­cji, Sztok­holm Po­łu­dnie... No więc o wpół do pierw­szej w nocy w cen­trum po­wia­da­mia­nia ra­tun­ko­wego ode­brano te­le­fon od żony Mar­got Si­lver­man, Jo­hanny... Mar­got po­je­chała koło dzie­wią­tej wie­czo­rem do klubu jeź­dziec­kiego nie­da­leko Gu­sta­vs­bergu na Värmdö i już dawno po­winna być w domu. Jo­hanna nie mo­gła zo­sta­wić dzieci sa­mych, ale mar­twiła się, że Mar­got miała wy­pa­dek, czy coś, więc wy­słano tam sa­mo­chód... I wła­śnie przed chwilą ko­le­dzy za­ra­por­to­wali... Nie zna­leźli Mar­got, ale po­dobno na pod­ło­dze jest masa krwi, w środku, w stajni... Sam nie wiem, po­my­śla­łem, że chciał­byś wie­dzieć.

- Dzię­kuję, jadę tam na­tych­miast - od­po­wiada Jo­ona. - Czy mo­żesz do­pil­no­wać, żeby nikt ni­czego nie do­ty­kał? To ważne. Po­proś ko­le­gów, żeby nie ru­szali się z miej­sca, do­póki się tam nie zja­wię. Przej­muję sprawę i przy­wiozę swo­jego tech­nika.

Roz­łą­cza się, od razu dzwoni do swo­jego sta­rego przy­ja­ciela Eri­xona i stresz­cza mu sy­tu­ację.

Jest pięć po dru­giej.

Ra­dio­wóz pa­trolu przy­je­chał na miej­sce czter­dzie­ści pięć mi­nut temu.

Mi­nęło dzie­więć­dzie­siąt pięć mi­nut od chwili, w któ­rej Jo­hanna za­dzwo­niła pod nu­mer sto dwa­na­ście.

Blo­kada dróg nie ma sensu. Można tylko zba­dać do­kład­nie miej­sce zda­rze­nia i spró­bo­wać się do­wie­dzieć, co się wy­da­rzyło.

- No do­brze - szep­cze Eri­xon.

- Wiem, że masz pro­blem z ple­cami, ale...

- To nic ta­kiego.

- Po­trze­buję naj­lep­szego tech­nika, ja­kiego mamy - tłu­ma­czy Jo­ona.

- Tyle że nie ode­brał te­le­fonu o tej po­rze, więc za­dzwo­ni­łeś do mnie? - żar­tuje Eri­xon, ma­sku­jąc nie­po­kój.

Uma­wiają się przed wjaz­dem na te­ren klubu jeź­dziec­kiego. Jo­ona wraca do sy­pialni i za­czyna się ubie­rać. Va­le­ria w cien­kiej noc­nej ko­szuli wstaje z łóżka i owija się roz­pi­na­nym swe­trem.

- Co się dzieje? - pyta.

Jo­ona za­kłada ze­ga­rek, który do­stał od swo­jej córki Lumi. Wy­brała go, bo tar­cza przy­po­mi­nała jej szare oczy ojca.

- Te­le­fon z pracy - od­po­wiada, za­pi­na­jąc spodnie. - Mu­szę je­chać, cho­dzi o...

Milk­nie, a Va­le­ria na­po­tyka jego wzrok.

- O ko­goś, kogo znasz - stwier­dza.

- Tak. Mar­got nie wró­ciła do domu z jazdy kon­nej. - Jo­ona wkłada ko­szulę.

- Co mó­wią po­li­cjanci na miej­scu?

- Zna­leźli jej auto, a w stajni jest krew.

- O Boże...

- Wiem.

Jo­ona szyb­kim kro­kiem pod­cho­dzi do szafki na broń, wstu­kuje kod i wyj­muje swo­jego colta com­bata. Prze­wie­sza ka­burę przez ra­mię i w dro­dze do przed­po­koju za­pina pa­ski. Va­le­ria idzie za nim, ca­łuje go prze­lot­nie na po­że­gna­nie i za­myka sta­ran­nie drzwi. Jo­ona ru­sza bie­giem do windy.

Cze­ka­jąc, aż brama ga­rażu się roz­su­nie, Jo­ona my­śli o Mar­got i ich pierw­szym spo­tka­niu. Była wtedy w za­awan­so­wa­nej ciąży, wła­śnie otrzy­mała awans na sta­no­wi­sko ko­mi­sa­rza i do­pu­ściła Jo­onę do swo­jego śledz­twa, mimo że nie pra­co­wał wtedy w po­li­cji.

Wy­jeż­dża rampą na wą­ską uliczkę na ty­łach domu, skręca w lewo w Sve­avägen i roz­pę­dza się w kie­runku Kla­ra­tun­neln.

O tej po­rze pra­wie nie ma ru­chu.

Zo­sta­wia za sobą Sztok­holm. Za oknami sa­mo­chodu prze­su­wają się wie­żowce i oświe­tlone cen­tra han­dlowe, da­lej bu­dynki prze­my­słowe, osie­dla wil­lowe i w końcu nie­sa­mo­wite mo­sty nad cie­śni­nami i za­to­kami.

Jo­ona Linna jest ko­mi­sa­rzem w Na­ro­do­wym Wy­dziale Ope­ra­cyj­nym. Roz­wią­zał wię­cej skom­pli­ko­wa­nych spraw za­bójstw niż ja­ki­kol­wiek inny po­li­cjant z pół­noc­nej czę­ści Eu­ropy. Od sze­ściu lat jest w związku z Va­le­rią de Ca­stro i ma do­ro­słą córkę z pierw­szego mał­żeń­stwa.

Dwa ra­dio­wozy stoją po obu stro­nach drogi do­jaz­do­wej do klubu jeź­dziec­kiego.

Nie­bie­skie świa­tło omiata drzewa i as­falt, co przy­po­mina wodę za­le­wa­jącą brzeg w sil­nych po­dmu­chach wia­tru.

Fur­go­netka Eri­xona jest za­par­ko­wana po dru­giej stro­nie drogi. Tech­nik mieszka w Gu­sta­vs­bergu, za­le­d­wie pięć mi­nut jazdy od stajni.

Jo­ona za­trzy­muje się na po­bo­czu, pod­cho­dzi i wita się z po­li­cjan­tami, pro­sząc przy oka­zji o od­gro­dze­nie wjazdu.

Nocne po­wie­trze jest chłodne.

Wszystko spo­wi­jają ci­sza i mrok. W oko­licy nie ma in­nych za­bu­do­wań oprócz tych na te­re­nie klubu - tylko las i łąki.

Po­tężne ciało Eri­xona po­ru­sza się w świe­tle re­flek­to­rów fur­go­netki.

Męż­czy­zna stoi przy śla­dach opon i wy­peł­nia każdy z od­ci­sków płyn­nym gip­sem, sta­ra­jąc się skom­ple­to­wać od­lew ca­łego koła.

- Miejmy na­dzieję, że to ja­kaś po­myłka - mówi ci­chym gło­sem.

- Oby - zga­dza się Jo­ona.

Wsia­dają do sa­mo­chodu Eri­xona i prze­jeż­dżają ostatni krótki od­ci­nek do sa­mej stajni. Świa­tła fur­go­netki otwie­rają w ciem­no­ści tu­nel z bia­łych drzew i po­ra­sta­ją­cych łąkę traw.

Żwir chrzę­ści pod opo­nami.

Mi­jają pa­stwi­ska wy­po­sa­żone w po­daj­niki pa­szy, wy­dep­tany pa­dok, a po chwili ich oczom uka­zuje się sto­jące na par­kingu auto Mar­got.

Eri­xon skręca i za­trzy­muje się obok ci­tro­ëna.

Na­dal jesz­cze nie da się ni­czego stwier­dzić na pewno. Wkła­dają jed­no­ra­zowe kom­bi­ne­zony, pod­cho­dzą do sa­mo­chodu, fo­to­gra­fują go i świecą la­tarką przez szyby.

Snop świa­tła roz­ja­śnia szkło, a po­tem wpada do środka: wi­dać kie­row­nicę, fo­tele, puszkę na­poju ener­ge­tycz­nego, pa­pierki po sło­dy­czach i grubą teczkę z NWO.

Ru­szają w kie­runku stajni.

Re­flek­tory po­li­cyj­nego sa­mo­chodu, który jako pierw­szy przy­je­chał na miej­sce, oświe­tlają trak­tor i gę­ste po­krzywy na tle bru­nat­no­czer­wo­nej ściany.

Trzy kawki kłócą się za­wzię­cie nad kępą drzew.

Eri­xon fo­to­gra­fuje, pry­ska utrwa­la­czem w każdy ślad bu­tów i opon, ozna­cza je nu­me­rami i robi za­pi­ski w służ­bo­wym no­te­sie.

Umun­du­ro­wany funk­cjo­na­riusz stoi nie­ru­chomo przy otwar­tym ba­gaż­niku, w któ­rym świeci się lampka; w rę­kach trzyma rolkę ta­śmy od­gra­dza­ją­cej.

- Gdzie twój part­ner? - pyta Jo­ona.

- W środku, w stajni - od­po­wiada po­li­cjant i zmę­czo­nym ge­stem wska­zuje wej­ście.

- Nie ru­szaj się. - Eri­xon za­czyna za­bez­pie­czać ślady wo­kół niego.

Jo­ona wie, że tru­izmem jest po­wie­dze­nie "To, co naj­bar­dziej praw­do­po­dobne, za­zwy­czaj jest praw­dziwe", ale i tak cza­sem musi so­bie o tym przy­po­mi­nać, kiedy do lo­giki za­krada się na­dzieja.

Jesz­cze nie do­pusz­cza do sie­bie my­śli, że za­pewne bę­dzie zmu­szony po­je­chać do Jo­hanny i dzieci, aby po­wie­dzieć im, że Mar­got nie żyje.

Ra­zem z Eri­xo­nem zbli­żają się do stajni, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki.

Oświe­tle­nie fa­sady jest wy­łą­czone, ale w po­świa­cie, która wy­do­bywa się przez szpary wo­kół drzwi, wi­dać, że zie­mia zo­stała za­mie­ciona.

- Mo­żesz za­świe­cić pod­czer­wie­nią? - prosi Jo­ona.

- Cóż, chyba już czas - wzdy­cha Eri­xon.

Idzie do fur­go­netki i przy­ciąga sprzęt na wózku trans­por­to­wym, roz­pa­ko­wuje lampę i ją włą­cza.

- Jezu...

W nie­wi­dzial­nym świe­tle żwir przed drzwiami blak­nie, pod­czas gdy krew za­ry­so­wuje się wy­raź­nie czar­nymi nit­ko­wa­tymi sku­pi­skami.

Mimo że zie­mia zo­stała za­mie­ciona, wi­dać duże ilo­ści krwi cią­gnące się pro­sto od wej­ścia. Ślad urywa się dwa me­try da­lej.

Eri­xon robi zdję­cia, a po­tem na­biera tro­chę po­pla­mio­nych ka­mycz­ków z pię­ciu róż­nych punk­tów i wsy­puje je do od­dziel­nych kar­to­no­wych pu­de­łe­czek.

- Mu­szę tam wejść - mówi Jo­ona.

Tech­nik pod­cho­dzi do stajni, szuka śla­dów pal­ców na klamce, po obu stro­nach drzwi, na fra­mu­dze i ścia­nie obok.

- Mój men­tor za­wsze za­kła­dał na buty gumki, ale ja tam nie oszczę­dzam na pod­kład­kach do cho­dze­nia - stwier­dza, zdzie­ra­jąc fo­lię z no­wej paczki.

Otwiera drzwi i z sap­nię­ciem umiesz­cza pierw­szą pod­kładkę na progu, a po­tem na­ciąga ochra­nia­cze na buty.

Jo­ona wcho­dzi za nim do stajni.

Kraty w wej­ściach do bok­sów po­ły­skują w żół­tym świe­tle lampy su­fi­to­wej. Drugi z po­li­cjan­tów stoi nie­ru­chomo przed sio­dlar­nią.

Po­środku w przej­ściu na be­to­no­wej pod­ło­dze wi­dać wielką ka­łużę krwi - cią­gnie się od niej długi ślad do miej­sca, w któ­rym za­mie­ciono pod­łogę.

Rów­no­le­głe krwawe li­nie po­zo­sta­wione przez wło­sie szczotki bie­gną aż do sa­mych drzwi.

Sprawca szedł ty­łem i za­cie­rał swoje ślady.

- Jo­ona Linna - od­zywa się po­li­cjant. - Nie są­dzi­łem, że ist­nie­jesz na­prawdę, ale po­my­śla­łem... że może le­piej nie będę się ru­szał, w ra­zie gdy­byś jed­nak ist­niał...

- Dzię­kuję.

Pod­czas gdy Eri­xon roz­miesz­cza pod­kładki na pod­ło­dze, Jo­ona przy­gląda się miej­scu zda­rze­nia.

Wszyst­kie ko­nie drze­mią w swo­ich bok­sach - poza czar­nym wa­ła­chem, który kręci się nie­spo­koj­nie na sta­no­wi­sku do my­cia.

Sprawca nie pró­bo­wał ukryć swo­jej zbrodni, my­śli Jo­ona. Chciał tylko ze­trzeć z pod­łoża ślady wła­snych bu­tów.

Eri­xon oświe­tla pod­łogę sil­nym ni­skim świa­tłem, ale wszyst­kie ślady stóp zo­stały za­tarte. Wzdy­cha, pró­buje pod in­nym ką­tem, a po­tem się pod­daje.

- Tu nic nie ma... a klamka zo­stała wy­czysz­czona - oznaj­mia.

Jo­ona pod­cho­dzi do niego po pod­kład­kach.

Więk­sza część ka­łuży krwi zdą­żyła za­schnąć, ale na środku wciąż jesz­cze wi­dać ślu­zo­waty ko­agu­lat.

Nie ma wy­try­sków krwi ani więk­szych roz­bry­zgów.

Mar­got po­strze­lono z broni jed­no­ręcz­nej - pi­sto­letu z dość małą pręd­ko­ścią wy­lo­tową. Użyto na­boju z wgłę­bie­niem wierz­choł­ko­wym, po­nie­waż po­zo­stał w jej ciele.

Eri­xon zwilża wy­ma­zówkę za wy­ma­zówką roz­two­rem chlorku sodu, zbiera za­schniętą krew i pa­kuje do wo­recz­ków słu­żą­cych do za­bez­pie­cza­nia śla­dów bio­lo­gicz­nych.

Jo­ona po­woli idzie na­przód, sku­pia­jąc wzrok, czu­jąc, jak prze­ni­kają go cie­nie, które po­zo­sta­wiły po so­bie te ślady.

Krwi jest dużo; nie­ła­two stwier­dzić, jak długo Mar­got tu le­żała, ale kiedy cią­gnięto ją po pod­ło­dze, krew pły­nęła i nie za­częła jesz­cze krzep­nąć.

Czarne ko­ryto na pa­szę stoi krzywo, a na pod­ło­dze wi­dać dzie­się­cio­cen­ty­me­trowy ślad ze­skro­ba­nego pla­stiku.

- Co my­ślisz? - pyta Eri­xon, po­dą­ża­jąc za spoj­rze­niem Jo­ony.

- Mo­żesz pry­snąć blu­esta­rem do­okoła naj­więk­szej plamy?

Eri­xon przy­nosi bu­telkę i zra­sza wszyst­kie po­wierzch­nie, na któ­rych nie ma wi­docz­nych śla­dów krwi.

Sub­stan­cje che­miczne za­warte w spreju wy­wo­łują chwi­lową lu­mi­ne­scen­cję krwi. Każda naj­mniej­sza kro­pla za­czyna lśnić lo­do­wa­to­nie­bie­skim bla­skiem.

Jo­ona stoi w bez­ru­chu, pró­buje z więk­szą do­kład­no­ścią zin­ter­pre­to­wać miej­sce zbrodni, te­raz kiedy cała krew zo­stała uwi­docz­niona.

Re­je­struje kształt każ­dej kro­pli w od­nie­sie­niu do pod­łoża i siły gra­wi­ta­cji.

Trzy­dzie­ści pięć cen­ty­me­trów od ka­łuży krwi po­ły­skuje kilka bla­dych plam.

Jo­ona pod­cho­dzi do nich po roz­ło­żo­nych na ziemi pod­kład­kach i po­chyla się nad nimi.

Wśród po­ły­sku­ją­cych zimno plam na be­to­nie znaj­duje ślad ró­żo­wej szminki.

Upa­da­jąc, Mar­got ude­rzyła mocno twa­rzą o pod­łogę.

Eri­xon fo­to­gra­fuje, a Jo­ona prze­cho­dzi na drugą stronę, na­chyla się i przy­gląda rzę­dowi sze­ściu świe­cą­cych kro­pli krwi na prawo od ka­łuży.

Krew ma więk­sze na­pię­cie po­wierzch­niowe niż woda, dla­tego kro­ple, które spa­dają na mniej wię­cej gładką po­wierzch­nię, nie roz­pry­skują się, tylko za­cho­wują równe brzegi, do­kład­nie tak jak ta se­ria na po­le­ro­wa­nym be­to­nie pod­łogi.

Pierw­szych pięć kro­pli jest za­ostrzo­nych z jed­nej strony w wy­niku dzia­ła­nia ener­gii ki­ne­tycz­nej skie­ro­wa­nej w prawo, pod­czas gdy ostat­nia ma okrą­gły kształt.

- Po­szu­kaj w tych kro­plach śla­dów pro­chu. - Jo­ona wska­zuje na ślady.

- Tego jesz­cze nie było, ale ja­sne, czemu nie - od­po­wiada Eri­xon.

- Sprawca jest pra­wo­ręczny. Przy­ło­żył do jej ple­ców wy­lot lufy, wy­strze­lił i kiedy upa­dała, nie ode­rwał od razu ręki. Po­tem od­su­nął broń, o tak, w bok, dość wol­nym ru­chem, za­nim znie­ru­cho­miał.

- Są­dzisz, że te kro­ple spa­dły z lufy pi­sto­letu?

- Mar­got upa­dła na twarz, z kulą we­wnątrz ciała, ude­rzyła o pod­łogę, roz­bi­ja­jąc przy tym wargi.

- Nie wiemy, czy to krew Mar­got - za­uważa Eri­xon.

- To jej szminka.

- Je­steś pe­wien?

- Je­stem pe­wien od­cie­nia.

- Przy­kro mi to sły­szeć - mam­ro­cze Eri­xon.

- Tak. Mar­got jesz­cze żyła, bo usi­ło­wała się przy­trzy­mać tego po­jem­nika.

- Spró­buję z czer­nią ami­dową.

- Sprawca wy­cią­gnął ją stąd żywą za nogi, wpa­ko­wał do sa­mo­chodu, od­je­chał ka­wa­łek, wró­cił do stajni i za­tarł ślady: po­wy­cie­rał klamkę i drzwi, za­miótł po­dwó­rze aż do sa­mo­chodu, wresz­cie za­brał ze sobą mio­tłę i po­je­chał.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Lisa stoi ple­cami do okna, opie­ra­jąc na pa­ra­pe­cie dłoń, w któ­rej trzyma za­pa­ro­waną szklankę z drin­kiem.

Jest śro­dek nocy, a ona znaj­duje się ra­zem z dwoma męż­czy­znami w ma­łej par­te­ro­wej willi w Rimbo.

Je­den ma pięć­dzie­siąt lat, nosi gar­ni­tur i ja­sno­nie­bie­ską ko­szulę, ma krótko ob­cięte włosy, szpa­ko­wate skro­nie i ze­sztyw­niały kark. Wrzuca pu­stą formę do ko­stek lodu do zlewu, na­lewa ginu do dzbanka i uzu­peł­nia to­ni­kiem.

Drugi męż­czy­zna wy­gląda na nie­wiele po­nad dwu­dziestkę, jest bar­czy­sty i wy­soki. Ma ogo­loną głowę i białe jak kość dło­nie. Stoi pod oka­pem ku­chen­nym i pali pa­pie­rosa.

Lisa coś mówi i śmieje się, za­sła­nia­jąc usta.

Star­szy wy­cho­dzi z kuchni, po paru se­kun­dach w ła­zience za­pala się świa­tło. Z ze­wnątrz można do­strzec przez lek­kie za­słonki cień męż­czy­zny.

Lisa, która wła­śnie skoń­czyła dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, ubrana jest w pli­so­waną spód­nicę i opi­na­jącą się na pier­siach srebr­no­szarą bluzkę. Jej ciemne włosy są wy­szczot­ko­wane i lśniące.

Uro­dziła się z roz­sz­cze­pem pod­nie­bie­nia i te­raz na gór­nej war­dze ma białą bli­znę.

Młod­szy męż­czy­zna wci­ska nie­do­pa­łek do puszki po pi­wie, pod­cho­dzi do Lisy i po­ka­zuje jej coś w swoim te­le­fo­nie. Ob­ser­wuje re­ak­cję, mówi coś pół­gło­sem i od­gar­nia jej włosy z po­liczka.

Ko­bieta na­po­tyka jego spoj­rze­nie, staje na pal­cach i cmoka go w usta. Męż­czy­zna po­waż­nieje, zerka w stronę ko­ry­ta­rza, po­tem na­chyla się ku niej i ca­łuje ją głę­boko.

Saga Bauer pa­trzy na nich przez wy­świe­tlacz apa­ratu cy­fro­wego; wi­dzi, jak męż­czy­zna wsuwa rękę pod spód­nicę Lisy i pie­ści ją mię­dzy no­gami przez raj­stopy i majtki.

O tej po­rze na nie­wiel­kim osie­dlu do­mów let­ni­sko­wych pa­nuje ci­sza.

Go­dzinę wcze­śniej na są­sied­nim po­dwórku Saga przy­cią­gnęła do wy­so­kiego drew­nia­nego płotu taczki, prze­wró­ciła je do góry ko­łem i wspięła się na nie.

Z tego miej­sca ob­ser­wuje wnę­trze willi przez wiel­kie okna wy­cho­dzące na ogród na ty­łach domu. Świa­tło z kuchni i sa­lonu sięga poza pro­ste pnie so­sen i le­żące na su­chej tra­wie szyszki.

Star­szy z męż­czyzn wraca i staje w wej­ściu do kuchni. Tamci prze­ry­wają po­ca­łu­nek i pod­cho­dzą do niego.

Saga opiera te­le­obiek­tyw na pło­cie, żeby uzy­skać sta­bilny ob­raz, ale cała trójka zdą­żyła już przejść do holu.

Mąż Lisy był w jed­nej gru­pie z Sagą w szkole po­li­cyj­nej i dość szybko tra­fił do po­li­cji w Nor­r­malm. Po­dej­rzewa, że żona go zdra­dza, kiedy on ma nocną zmianę, ale jesz­cze z nią o tym nie roz­ma­wiał.

Za­miast tego skon­tak­to­wał się z biu­rem de­tek­ty­wi­stycz­nym, w któ­rym Saga obec­nie pra­cuje. Mimo iż ostrze­gła go na pierw­szym spo­tka­niu, tłu­ma­cząc, że czło­wiek nie za­wsze chce po­znać prawdę, po­sta­no­wił ją za­trud­nić.

Lisa znaj­duje się te­raz ra­zem z dwoma męż­czy­znami tuż przed wej­ściem do ciem­nej sy­pialni. Nie udaje się do­strzec, co ro­bią, ale ich cie­nie po­ru­szają się na li­stwach i w otwar­tych drzwiach.

Saga spraw­dza, czy ka­mera na­grywa.

Wy­świe­tlacz jest czarny do mo­mentu, w któ­rym je­den z męż­czyzn za­pala lampę sto­jącą przy noc­nym sto­liku. Wszy­scy troje zdą­żyli już zdjąć pra­wie całe ubra­nie. Lisa jest zwró­cona ple­cami do okna, ściąga figi i dra­pie się po pra­wym po­śladku.

W ta­lii ma od­gnie­ciony ślad po gumce raj­stop, na łydce wi­dać si­niaki.

Ściany są w ko­lo­rze miodu, a wiel­kie łóżko ozdo­bione jest mi­ster­nym wez­gło­wiem z mo­sią­dzu.

Świa­tło lampy od­bija się w szkle za­wie­szo­nej na ścia­nie fo­to­gra­fii przed­sta­wia­ją­cej bok­sera Geo­rge'a Fo­re­mana.

Młod­szy męż­czy­zna siada na brzegu łóżka, za­sła­nia­jąc sobą lampę.

Star­szy kła­dzie się i wyj­muje kon­dom z gór­nej szu­flady sto­lika.

Lisa zbliża się, siada okra­kiem na jego go­le­niach i czeka, aż bę­dzie go­towy.

Mówi coś, a po­tem pod­nosi z pod­łogi żółtą ozdobną po­duszkę i pod­kłada so­bie pod pupę.

Wczoł­guje się na męż­czy­znę, ca­łuje go w pierś i w usta. Kiedy męż­czy­zna w nią wcho­dzi, jej twarz chowa się z po­wro­tem w cie­niu.

Młod­szy wciąż sie­dzi na skraju łóżka i stara się uzy­skać sztyw­ność wy­star­cza­jącą do na­ło­że­nia pre­zer­wa­tywy.

Szyb­kie pchnię­cia bio­der prze­no­szą się na lampę pod­ło­gową, któ­rej złote frędzle po­dry­gują ryt­micz­nie.

Saga czeka na mo­ment, w któ­rym twarz ko­biety bę­dzie wi­doczna.

Do­póki nie wi­dać jej wy­raź­nie na na­gra­niu pod­czas sa­mego sto­sunku, Lisa może za­prze­czyć zdra­dzie. Może wy­ra­zić skru­chę, że po­ca­ło­wała in­nego męż­czy­znę, może też twier­dzić, że opu­ściła bu­dy­nek w tej sa­mej chwili, w któ­rej przy­szła druga ko­bieta.

Ten, kto za­prze­cza, sto­suje do­kład­nie te same stra­te­gie co kłamca.

W domu za ple­cami Sagi za­pala się świa­tło.

Lisa za­trzy­muje się, kła­dzie dłoń na ple­cach młod­szego męż­czy­zny i mówi coś do niego. Tam­ten sięga po bu­telkę z olej­kiem sto­jącą na dru­gim sto­liku.

Ko­bieta sie­dzi okra­kiem na bio­drach star­szego i po­chyla się, kiedy młod­szy klęka za nią.

Jej uda drgają z bólu, kiedy ko­cha­nek wdziera się w nią anal­nie.

Przez mo­ment cała trójka trwa w bez­ru­chu, a po­tem obaj męż­czyźni wy­ko­nują pierw­sze ostrożne pchnię­cia.

Świa­tło wciąż jest zbyt słabe.

Saga sły­szy, jak za jej ple­cami ktoś idzie przez traw­nik. Ogląda się przez ra­mię i zga­duje, że są­siad od­krył jej obec­ność.

- To pry­watna po­se­sja - mówi męż­czy­zna. - Nie mo­żesz...

- Sprawa po­li­cji - ucina krótko Saga i wbija w niego wzrok. - Pro­szę się trzy­mać z da­leka.

Męż­czy­zna o si­wych wą­sach ubrany w ka­mi­zelkę my­śliw­ską pod­cho­dzi do niej ner­wowo.

- Czy mogę zo­ba­czyć pani le­gi­ty­ma­cję?

- Za­raz - od­po­wiada Saga, pa­trząc z po­wro­tem przez apa­rat.

Świa­tło z prze­ciw­nej strony domu omiata całą trójkę i rzuca cień na za­ku­rzoną szybę okna.

Chwi­lami wi­dać pro­fil młod­szego męż­czy­zny, jego nos i na­pięte usta. Bły­ska ja­kaś mo­kra część ciała, wi­dać ko­ły­szące się po­śladki, zmarsz­czony kark, na­pięte mię­śnie ud.

- Dzwo­nię na po­li­cję - ostrzega są­siad.

Któ­reś z trojga ko­chan­ków nie­chcący trąca sto­lik, przez co lampa prze­wraca się na fo­tel i nie­ru­cho­mieje.

Na­gle twarz Lisy znaj­duje się w peł­nym świe­tle. Ko­bieta ma otwarte usta i czer­wone po­liczki. Mówi coś, a po­tem za­myka oczy, białe piersi się huś­tają, włosy raz za ra­zem za­sła­niają jej twarz.

Saga fil­muje jesz­cze przez chwilę i wy­łą­cza na­gry­wa­nie, za­kłada osłonę obiek­tywu i scho­dzi z ta­czek.

Są­siad cofa się, trzy­ma­jąc te­le­fon przy uchu.

Saga po­ka­zuje mu swoją nie­ważną le­gi­ty­ma­cję służ­bową z Säpo w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym w słu­chawce od­zywa się ope­ra­tor li­nii alar­mo­wej.

Idzie przez traw­nik, prze­cho­dzi przez płot, a po­tem da­lej drogą do po­mo­stu nad wodą. Jej mo­to­cykl stoi na par­kingu obok ko­szy na śmieci.

Kiedy koń­czy pa­ko­wać apa­rat do torby, dzwoni do swo­jego szefa, pa­trząc na pła­skie skały i ciemną wodę.

- Henry Kent.

- Prze­pra­szam za późną porę - mówi Saga. - Ale pro­si­łeś, że­bym za­ra­por­to­wała, jak skoń­czę...

- Ta­kie są za­sady - stwier­dza szef.

- W po­rządku, w każ­dym ra­zie skoń­czy­łam, wszystko mam na­grane.

- Do­brze.

Ja­sne włosy Sagi są ze­brane w długi koń­ski ogon. Mimo cieni pod oczami i głę­bo­kiej pio­no­wej zmarszczki na czole wciąż jest ude­rza­jąco piękna.

- Po­my­śla­łam... Czy mogę ju­tro za­nieść apa­rat do biura? Jest bar­dzo późno.

- Sprzęt ma być zło­żony od razu - oznaj­mia Kent.

- Cho­dzi o to, że mu­szę wcze­śnie wstać i...

- Czego nie ro­zu­miesz? - prze­rywa jej pod­nie­sio­nym gło­sem męż­czy­zna.

- Ja tylko...

Saga milk­nie, kiedy zdaje so­bie sprawę, że szef za­koń­czył roz­mowę. Wzdy­cha i chowa ko­mórkę do we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki, pod­ciąga za­mek, wkłada kask i siada na mo­tor.

Wy­ta­cza go z par­kingu i wjeż­dża na drogę pro­wa­dzącą mię­dzy do­mami let­ni­sko­wymi.

Po za­koń­cze­niu dłu­giego okresu zwol­nie­nia le­kar­skiego Saga nie chciała wra­cać do pracy w Säpo, tylko wy­słała po­da­nie do NWO. Kie­row­nik do spraw ka­dro­wych od­po­wie­dział, że nie mają wpraw­dzie wa­ka­tów, ale oczy­wi­ście są za­in­te­re­so­wani jej umie­jęt­no­ściami, i obie­cał po­ru­szyć sprawę z do­wódz­twem.

Oka­zało się, że Saga, mimo iż czuje się go­towa do po­wrotu do pracy w po­li­cji, musi jesz­cze do­stać zie­lone świa­tło od psy­cho­loga z Cen­trum Kry­zysu i Traumy.

W ocze­ki­wa­niu na zgodę Saga pra­cuje dla Biura De­tek­ty­wi­stycz­nego "Kent" SA i zaj­muje się zdra­dami mał­żeń­skimi oraz spraw­dza­niem prze­szło­ści lu­dzi.

Pra­wie cały czas wolny po­święca dwojgu dzie­ciom z ze­spo­łem Do­wna, któ­rym służy wspar­ciem jako wo­lon­ta­riuszka.

Żyje sa­mot­nie, ale utrzy­muje re­la­cję sek­su­alną z ane­ste­zjo­lo­giem, który po­da­wał nar­kozę jej przy­rod­niej sio­strze w szpi­talu Ka­ro­lin­ska w Hud­dinge przed trzema laty.

Jest wpół do czwar­tej rano, gdy Saga par­kuje przed biu­rem przy Norra Sta­tions­ga­tan, wstu­kuje kod do bramy, wjeż­dża windą na trze­cie pię­tro, otwiera drzwi i wy­łą­cza alarm.

Od­ru­chowo spraw­dza pocztę w skrzynce przed drzwiami i znaj­duje za­adre­so­wane do sie­bie małe pu­dełko okle­jone ta­śmą. Bie­rze je do swo­jego biurka, kła­dzie na bla­cie i siada. Po za­lo­go­wa­niu się do kom­pu­tera wyj­muje z apa­ratu kartę pa­mięci, wsuwa ją do czyt­nika w kom­pu­te­rze, prze­nosi na­gra­nie i je ar­chi­wi­zuje.

Czuje w gło­wie zmę­cze­nie, wzrok jej ucieka przez okno ku świa­tłom aut mkną­cych przez Nor­r­tull, ku mo­stom i ja­snym wlo­tom tu­neli.

Kiedy twardy dysk kom­pu­tera za­czyna trzesz­czeć, dźwięk wy­rywa ją z za­my­śle­nia. Saga wstaje, za­myka apa­rat w sej­fie i wraca do swo­jego boksu.

Z pie­ką­cymi z braku snu oczami roz­rywa brą­zową ta­śmę, otwiera pu­dełko, pod­suwa je pod lampkę, wkłada do środka prawą rękę i wy­ciąga zmięty dzie­cięcy ry­su­nek.

Roz­wija go nad bla­tem biurka. Wi­dzi za­wi­niątko z ka­wałka bia­łego ma­te­riału z ko­ronką.

Bie­rze do ręki dłu­go­pis i od­suwa de­li­kat­nie szmatkę ota­cza­jącą drobny szary przed­miot.

Jest to cy­nowa fi­gurka - nie więk­sza niż dwa cen­ty­me­try.

Świa­tło od­bija się od sza­rego me­talu.

Saga prze­chyla lampę i do­strzega, że fi­gurka przed­sta­wia bro­da­tego męż­czy­znę w płasz­czu o wą­skich ra­mio­nach.

1

Mar­got Si­lver­man sły­szy ude­rze­nia ko­pyt o wy­sy­paną wió­rami zie­mię, kiedy koń ga­lo­puje po to­rze oświe­tlo­nym la­tar­niami.

Niebo jest czarne, a sierp­niowy wie­czór chłodny.

Drzewa po bo­kach mi­gają w pę­dzie, cał­kiem zni­kają, a po chwili chwy­tają świa­tło na­stęp­nej la­tarni.

Mar­got do­wo­dzi Na­ro­do­wym Wy­dzia­łem Ope­ra­cyj­nym szwedz­kiej po­li­cji. Cztery razy w ty­go­dniu jeź­dzi konno w Värmdö, żeby oczy­ścić umysł i od­na­leźć sie­bie.

Puls jej przy­spie­sza od szyb­kiego tempa.

Koń mknie jak strzała po wą­skim to­rze.

Ką­tem oka Mar­got re­je­struje frag­menty oto­cze­nia po­ja­wia­jące się ni­czym w bły­sku fle­sza: wia­tro­łomy, za­ro­śniętą ni­skimi krza­kami mie­dzę cią­gnącą się przez las i zwi­sa­jący ze szla­banu mo­kry swe­ter z uśmiech­niętą buźką.

Po­chyla się do przodu, w oczach i na war­gach czuje pęd po­wie­trza.

W ga­lo­pie koń traci sy­me­trię, we­wnętrzna strona grzbietu znaj­duje się tro­chę wy­żej niż ze­wnętrzna.

Każda fula koń­czy się tym, że przed­nia prawa noga od­bija się od ziemi i koń na chwilę traci kon­takt z pod­ło­żem.

Te se­kundy w po­wie­trzu wy­wo­łują u Mar­got ciarki w pod­brzu­szu.

Ca­tul­lus to szwedzki koń go­rą­co­kr­wi­sty, wa­łach o dłu­gich no­gach i moc­nej szyi. Mar­got musi tylko cof­nąć tro­chę ze­wnętrzną nogę i pchnąć lekko bio­drami, żeby mu po­móc za­ga­lo­po­wać.

War­kocz ryt­micz­nie ude­rza ją w plecy.

Przez po­ro­śniętą pa­pro­ciami po­lankę prze­biega sarna.

Na ostat­nim od­cinku la­tar­nie są ze­psute i Mar­got nie wi­dzi już ziemi przed sobą. Za­myka oczy, ufa­jąc Ca­tul­lu­sowi i jego zdol­no­ści wi­dze­nia w nocy; daje się po­nieść per­fek­cyj­nemu fa­lu­ją­cemu ru­chowi.

Kiedy unosi po­wieki, wi­dzi po­mię­dzy drze­wami po­światę stajni, tro­chę przy­ha­mo­wuje i prze­cho­dzi w kłus wy­cią­gnięty.

Czuje kro­ple potu mię­dzy pier­siami i na ple­cach, w mię­śniach ud i pa­chwin zbiera się kwas mle­kowy po go­dzin­nym tre­ningu in­ter­wa­ło­wym.

Prze­jeż­dża stępa przez bramę i zsiada z ko­nia.

Do­cho­dzi je­de­na­sta, srebr­no­szary ci­troën jest je­dy­nym sa­mo­cho­dem na par­kingu.

Mar­got w ciem­no­ściach pro­wa­dzi Ca­tul­lusa do stajni. Uzda po­brzę­kuje, a ko­pyta ude­rzają głu­cho o zdep­taną su­chą trawę.

Z jed­nego z bok­sów sły­chać przez ściany gwał­towny ło­mot.

Ca­tul­lus za­trzy­muje się nie­spo­dzie­wa­nie, pod­nosi łeb i się cofa.

- O co cho­dzi? - pyta Mar­got, wpa­tru­jąc się w mrok. Spo­gląda w kie­runku trak­tora i po­krzyw.

Koń się boi, gwał­tow­nie wy­dmu­chuje po­wie­trze przez noz­drza. Ko­bieta gła­dzi go po szyi i pró­buje skie­ro­wać w stronę wej­ścia do stajni, ale Ca­tul­lus się opiera.

- Ko­niku, co się dzieje?

Zwie­rzę drga, a po­tem ostro skręca, jakby coś je spło­szyło.

- Hooo, hooo. - Mar­got ha­muje ko­nia.

Trzyma wo­dze i pew­nie pro­wa­dzi go po pół­okręgu przez wy­soką trawę na chrzęsz­czący żwir placu.

Oświe­tlone trzema lam­pami na fa­sa­dzie bu­dynku przed­mioty rzu­cają ostre cie­nie.

Ca­tul­lus fuka i opusz­cza łeb.

Mar­got pa­trzy w mrok, tam gdzie jest wej­ście do bu­dynku, i czuje lo­do­waty dreszcz, mimo że ni­czego nie do­strzega.

Do­piero kiedy wcho­dzą do ja­snej stajni, zdej­muje to­czek. Ma czer­wony czu­bek nosa, a ja­sny war­kocz ciężko spo­czywa na pi­ko­wa­nym ma­te­riale kurtki. Bry­czesy są brudne po­wy­żej cho­le­wek wy­so­kich bu­tów.

W po­wie­trzu unosi się in­ten­sywny za­pach siana i na­wozu.

Ko­nie stoją ci­cho w swo­ich bok­sach.

Mar­got pro­wa­dzi Ca­tul­lusa do myjni, zdej­muje sio­dło i od­wie­sza je w ogrze­wa­nej sio­dlarni.

Trąca przy tym strze­miona, które po­brzę­kują o drew­nianą ścianę.

Mar­got pla­nuje umyć Ca­tul­lusa, okryć go derką, na­kar­mić w bok­sie, dać mu tro­chę soli, po­ga­sić świa­tła i po­je­chać do domu.

Maca w kie­szeni kurtki, czy nie zgu­biła sta­rej srebr­nej pier­siówki swo­jego taty. Bu­telka jest na­peł­niona pły­nem do de­zyn­fek­cji - nie żeby to było szcze­gól­nie wy­godne, ale przy­nosi jej szczę­ście i sta­nowi po­wód nie­ustan­nych żar­tów.

Skrzy­pią drzwi do stajni.

Mar­got czuje się nie­swojo. Wy­cho­dzi ze sta­no­wi­ska i spo­gląda w stronę wej­ścia.

Ca­tul­lus tu­pie nie­spo­koj­nie. Z gu­mo­wego węża po­woli ka­pie woda; ciemna strużka omija zbie­rak do wil­goci i wpływa do stu­dzienki ście­ko­wej.

Je­den z koni w głębi stajni par­ska. Ko­pyta stu­kają o pod­łogę. Szumi szafka elek­tryczna na ścia­nie.

- Halo? - rzuca Mar­got. Wstrzy­muje od­dech, stoi przez chwilę nie­ru­chomo ze wzro­kiem skie­ro­wa­nym ku drzwiom i po chwili wraca do Ca­tul­lusa.

Lampa su­fi­towa od­bija się w wy­pu­kłym czar­nym koń­skim oku.

Mar­got waha się przez mo­ment, a po­tem wyj­muje te­le­fon i dzwoni do domu, do Jo­hanny. Kiedy nikt nie od­biera, czuje w brzu­chu na­ra­sta­jący lęk. Od dwóch ty­go­dni ma wra­że­nie, że jest ob­ser­wo­wana. Przy­szło jej na­wet do głowy, czy przy­pad­kiem Säpo albo służby spe­cjalne z ja­kie­goś po­wodu nie mają na nią oka. Nie jest pa­ra­no­iczką, ale te ano­ni­mowe te­le­fony i zgu­bione kol­czyki dały jej do my­śle­nia. Może nią samą albo Jo­hanną in­te­re­suje się ja­kiś stal­ker?

Po­now­nie wy­biera nu­mer, sy­gnały je­den po dru­gim pa­dają ni­czym oło­wiana sonda w głę­bię wody. W ostat­niej chwili przed prze­kie­ro­wa­niem na pocztę gło­sową daje się sły­szeć trzask.

- Mo­kra i naga - od­zywa się głos Jo­hanny.

- Jak to moż­liwe, że za­wsze gdy dzwo­nię, je­steś pod prysz­ni­cem? - Mar­got się uśmie­cha.

- Cze­kaj, włą­czę gło­śnik...

Coś sze­le­ści, a po chwili głos się zmie­nia. Mar­got my­śli o Jo­han­nie sto­ją­cej bez ubra­nia w ja­sno oświe­tlo­nej sy­pialni, do­sko­nale wi­docz­nej przez okno z sadu.

- Halo?

- Wy­cie­ram się - mówi Jo­hanna. - Wra­casz już do domu?

- Jesz­cze tylko opłu­czę tro­chę ko­nia.

- Jedź ostroż­nie.

Mar­got sły­szy, jak Jo­hanna wy­ciera się ręcz­ni­kiem.

- Za­cią­gnij za­słony i sprawdź, czy drzwi są za­mknięte na klucz.

- Cał­kiem jak scena z Krzyku - ko­men­tuje Jo­hanna. - Tak na­prawdę sto­isz w ogro­dzie i pa­trzysz na mnie, a za­nim zdążę prze­krę­cić klucz w zamku, bę­dziesz już w środku.

- To nie jest za­bawne.

- Okej, sze­fowo.

- Nie chcę już być sze­fową. Nie je­stem w tym do­bra. Spraw­dza­łam się jako ko­mi­sarz, na­wet je­śli by­łam tro­chę zbyt pewna sie­bie, ale jako sze­fowa...

- Prze­stań - prze­rywa jej Jo­hanna. - Ja tam bym chciała mieć cię za sze­fową.

- O, la, la. - Mar­got par­ska śmie­chem i od razu po­pra­wia jej się hu­mor.

Jo­hanna za­suwa ro­lety, kul­kowy łań­cu­szek stuka o ka­lo­ry­fer.

- Od­pa­laj sy­reny i wra­caj do domu - mówi z dala od ko­mórki.

- Nie było pro­blemu przy kła­dze­niu dziew­czy­nek do łó­żek?

- Alva za­sta­na­wia się, czy wo­lisz swo­jego ko­nia od niej.

- Aj. - Mar­got się śmieje.

Kiedy koń­czą roz­ma­wiać, od razu po­wraca to samo nie­przy­jemne uczu­cie. Przez chwilę znów sły­chać stu­ka­nie o ka­lo­ry­fer, które za­raz cich­nie. Dźwięk musi po­cho­dzić z wnę­trza stajni, my­śli Mar­got. Taki od­głos wy­wo­łują obi­ja­jące się o sie­bie wia­derka wi­szące w przej­ściu.

Je­den z koni opiera się bo­kiem i udem o ścianę, aż skrzy­pią de­ski.

Mar­got od­wraca się w stronę drzwi.

Wy­daje jej się, że ja­kaś wy­soka po­stać pró­buje się scho­wać w cie­niu obok ko­mory z pa­szą.

Do­my­śla się, że to pew­nie szafa z mio­tłami, szu­flami i skro­ba­kami, choć ma wra­że­nie, że me­bel stoi tro­chę da­lej, niż po­wi­nien.

Wiatr ło­mo­cze o ocyn­ko­waną bla­chę da­chu i szar­pie oknami, które drżą we fra­mu­gach.

Mar­got idzie środ­kiem stajni. Kraty w bok­sach mi­gają po bo­kach, cięż­kie koń­skie łby po­ły­skują w świe­tle su­fi­to­wej lampy.

Po­wstrzy­muje się przed za­dzwo­nie­niem do Jo­hanny i po­pro­sze­niem, żeby spraw­dziła, czy ku­chenne drzwi na pewno są za­mknięte, bo dzieci nie po­tra­fią do­brze ich za­ry­glo­wać.

Je­dyne, co musi zro­bić, to za­jąć się Ca­tul­lu­sem, a po­tem po­je­chać do domu, wziąć prysz­nic, wśli­zgnąć się do cie­płego łóżka i spać.

Świa­tło miga i słab­nie.

Mar­got staje i na­słu­chuje, zerka obok sta­no­wi­ska do my­cia w stronę prze­bie­ralni.

Pa­nuje kom­pletna ci­sza, którą na­gle prze­rywa ci­che ty­ka­nie.

Tak jakby po pod­ło­dze prze­to­czył się kłę­bek srebr­nego drutu.

Gdy Mar­got się od­wraca, dźwięk się urywa. Nie jest w sta­nie stwier­dzić, skąd do­cho­dził.

Ko­bieta opiera się ręką o front boksu i po­now­nie spo­gląda w stronę drzwi.

Ty­ka­nie za jej ple­cami roz­lega się co­raz bli­żej.

Ca­tul­lus pod­nosi nie­spo­koj­nie głowę, a Mar­got czuje na­gle mocny cios w dolną część ple­ców. Przez głowę prze­la­tuje jej myśl, że zo­stała kop­nięta przez ko­nia. Bez­wład­nie pada na twarz.

Świat znika na mgnie­nie oka.

W gło­wie jej hu­czy.

Mar­got leży na brzu­chu; upa­da­jąc, roz­biła so­bie wargi i czoło o be­to­nową pod­łogę. W ple­cach coś ją dziw­nie pali i ści­ska.

W po­wie­trzu unosi się gorzki za­pach.

Mar­got orien­tuje się, że ktoś strze­lił do niej z pi­sto­letu - w tej sa­mej chwili w uszach za­czyna jej wi­bro­wać wy­soki ton. Ko­nie są prze­stra­szone, kręcą się nie­spo­koj­nie w swo­ich bok­sach, obi­jają się o ściany, tu­pią i chra­pią.

Wie, że zo­stała po­strze­lona. Sil­nie krwawi, a jej serce bije o wiele za szybko.

- Do­bry Boże, do­bry Boże...

Chce wstać, po­je­chać do domu i po­wie­dzieć cór­kom, że ko­cha je po­nad wszystko.

Ktoś się zbliża i na­raz ogar­nia ją strach przed śmier­cią.

Coś skrzypi, a po­tem grze­cho­cze o ka­lo­ry­fer.

Mar­got nie czuje dol­nej po­łowy ciała, ale zdaje so­bie sprawę, że ktoś cią­gnie ją za nogi w kie­runku drzwi.

Szo­ruje bio­drem po pod­ło­dze.

Usi­łuje przy­trzy­mać się ko­ryta na pa­szę, ale jest za słaba.

Ja­kieś wia­dro się prze­wraca i od­ta­cza na bok.

Kurtka i bluza pod­su­wają się do góry.

Mar­got od­dy­cha szybko, do­my­śla się, że kula we­szła pro­sto w krę­go­słup. Dźgnię­cia bólu prze­szy­wają jej tu­łów.

To jak ciosy sie­kierą, któ­rej ostrze za każ­dym ra­zem po­zo­staje w ra­nie.

Ktoś cią­gnie ją ni­czym rzeźne zwie­rzę. Mar­got czuje się jak łódka z kory po­rwana przez nurt stru­mie­nia, unosi się w po­wie­trzu ni­czym zep­pe­lin nad po­lami.

Jej my­śli stają się co­raz bar­dziej oso­bliwe.

Wie, że nie wolno jej się pod­dać, że musi wal­czyć, ale jest tak słaba, że nie ma siły na­wet pod­nieść głowy.

Nos, usta i broda trą o be­ton.

Ostat­nią rze­czą, jaką Mar­got za­uważa przed utratą przy­tom­no­ści, jest cią­gnący się za nią na pod­ło­dze lśniący krwawy ślad.