KILKA LAT PÓŹNIEJ
- Trzeba ją zawiadomić - oznajmiła stanowczym głosem matka.
- Tak, wiem. - Monika kiwnęła głową, po czym powróciła do poprzedniej pozycji, czyli ukryła twarz w dłoniach.
Ciągle miała nadzieję, że w ten sposób ucieknie od rzeczywistości: zapomni o niespodziewanej śmierci ojca, który przed tygodniem miał wylew, o konieczności zajęcia się pogrzebem, a co najważniejsze - o obowiązku powiadomienia swojej przyrodniej siostry, że ich tata nie żyje.
To ostatnie zadanie uważała za wyjątkowo trudne. Oczywiście wiedziała, że ojciec miał córkę z pierwszego małżeństwa, lecz nigdy nie miała okazji jej poznać. Beata mieszkała ze swoją matką w Warszawie i nie przyjeżdżała do nich nawet na wakacje. Gdy Monika była młodsza, często wypytywała o nią ojca. Nie mogła zrozumieć, czemu zawsze wyjeżdżał na spotkania, więc w końcu zasugerowała mu, aby zaprosił Beatę do domu. Nawet się ucieszył i obiecał, że to zrobi. Niestety po powrocie powiedział, że zaproponował jej przyjazd, ale odmówiła. Monika poczuła się wówczas dotknięta i nigdy więcej nie wracała do tematu. Pomyślała, że jej siostra jest snobką ze stolicy, którą nie warto zawracać sobie głowy. Nie chce jej poznać, to nie!
Od tamtej pory nie myślała o Beacie, akceptując po prostu fakt, że ona gdzieś tam żyje. Teraz jednak nie dało się więcej chować głowy w piasek. Rzeczywiście należało ją zawiadomić o śmierci ojca.
- Tu jest numer - powiedziała matka, podając jej komórkę.
Monika westchnęła ciężko i stanowczym ruchem wybrała opcję "zadzwoń". Ojciec miał telefon w starym stylu, ponieważ twierdził, że nie lubi przesuwania palcem po ekranie. Starsza córka figurowała w kontaktach po prostu jako Beata - bez żadnego zdrobnienia. To trochę pocieszyło młodszą, która była zapisana jako Monia. Przez dłuższą chwilę nikt się nie zgłaszał. Monika już miała się rozłączyć, gdy nagle usłyszała radosny głos.
- Tak, tato...?
Gwałtownym ruchem przerwała połączenie i rzuciła telefon na kanapę.
- Nie odbiera? - zapytała matka.
- Nie.
Wolała skłamać, niż przyznać, że zabrakło jej odwagi, aby kontynuować rozmowę. Radość w głosie siostry, która myślała, że ojciec do niej dzwoni, zupełnie wytrąciła ją z równowagi. Nie była w stanie przekazać jej informacji o jego niespodziewanej śmierci.
- I co teraz?
- Chyba wyślę esemes.
- Myślisz, że to właściwa forma?
- Mam wątpliwości, ale nie widzę innego wyjścia.
Matka z rezygnacją skinęła głową i wyszła z pokoju. Po chwili Monika pomyślała, że dobrze się złożyło, ponieważ Beata oddzwoniła! Nie chcąc jednak odbierać, nakryła komórkę poduszką i odczekała, aż sygnał ucichnie. Dopiero wtedy wydobyła ją z powrotem i w myślach zaczęła układać tekst wiadomości.
W końcu napisała.
To ja dzwoniłam. Nasz tata miał wylew. Zmarł wczoraj po południu. Pogrzeb odbędzie się w środę o 14.00.
Monika
Tym razem Beata nie zareagowała. Musiała być w szoku po przeczytaniu takiej wiadomości! Jej siostra postanowiła zatem nie czekać na odpowiedź. Zostawiła telefon ojca w pokoju i dołączyła do matki, która zajmowała się już przygotowaniami do smutnej środowej uroczystości.
Dopiero następnego dnia rano na numer zmarłego przyszła wiadomość. Była krótka i lakoniczna.
Jestem teraz na konferencji w Szwajcarii. Nie zdążę na pogrzeb, ale przyjadę, jak tylko będę mogła.
Mimo wszystko Monika poczuła ulgę. Miała świadomość, że spełniła swoją powinność, chociaż okazało się to trudniejsze, niż przypuszczała!
***
Następne dni przypominały koszmarny sen. Matka tuż przed pogrzebem załamała się zupełnie i Monika musiała zadzwonić do ciotki Agaty z prośbą o pomoc.
Ciotka byłą kuzynką matki i jednocześnie jej najlepszą przyjaciółką. Wspólnymi siłami zdołały przekonać ją do wypicia podwójnej dawki melisy, ułożyły do snu, po czym na zmianę przy niej czuwały. Na szczęście zdołała jako tako przespać noc, a rano obudziła się w miarę spokojna. Na pogrzebie opiekę przejęli panowie: Mariusz, mąż Agaty, oraz Leon, jej starszy brat. Sama Agata towarzyszyła Monice, o którą również trochę się obawiała. Nieobecności Beaty nikt nawet nie zauważył.
Dopiero w trakcie rodzinnego spotkania, w kawiarni po powrocie z cmentarza, wydarzyło się coś, co zwróciło na nią uwagę wszystkich obecnych. Mariusz, który był z zawodu prawnikiem, pochylił się nad stołem w kierunku kuzynki żony i powiedział pełnym współczucia głosem.
- Gdybyś potrzebowała porady, Lidziu, to zawsze możesz na mnie liczyć, ale wobec braku testamentu niewiele jestem w stanie zrobić.
- Przecież to logiczne, że Krzysztof nie zostawił testamentu - wtrącił Leon. - Zmarł tak nagle...
- No właśnie - zgodził się Mariusz. - Dlatego mamy tutaj do czynienia z dziedziczeniem ustawowym.
Agata obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.
- Mógłbyś mówić jaśniej? Nie wszyscy są prawnikami i wiedzą, co to oznacza.
- To oznacza, że wszystko dziedziczy Monika do spółki z tą swoją siostrą z Warszawy.
- Jak to? A Lidka...?
- Lidka nie miała ślubu z Krzysztofem, więc...
- Chcesz powiedzieć, że nic jej się nie należy? - W głosie Agaty zabrzmiało oburzenie.
- Niestety nie. W świetle prawa była dla niego zupełnie obcą osobą.
Przy stole zapanowało milczenie. Wszyscy obecni potrzebowali dłuższej chwili, aby przetrawić tę wiadomość. Wreszcie Lidia machnęła ręką i powiedziała:
- Jakie to ma teraz znaczenie...
Jej słowa spowodowały wybuch ogólnego oburzenia.
- Nie mów tak!
- To okropne, że zostałaś z niczym!
- Po tylu latach!
Lidia westchnęła ciężko.
- Nie dorabialiśmy się wspólnie. Dom zbudowali rodzice Krzysztofa, a ja tylko w nim zamieszkałam. Podobnie było z kawiarnią...
- Gdybyście byli małżeństwem, to tak czy inaczej przypadłaby ci połowa - stwierdził Mariusz. - Córki Krzysztofa dostałyby wówczas po jednej czwartej.
Przy stole znowu zapanowała cisza.
- I co teraz? - odważyła się zapytać Agata. - Monika będzie musiała oddać połowę majątku tej nieznajomej z Warszawy?
Jej mąż skinął głową.
- Niestety tak.
Jego odpowiedź spowodowała powtórny wybuch oburzenia.
- Przecież ona nigdy tu nie mieszkała!
- Nawet nie przyjeżdżała w odwiedziny!
- W ogóle rzadko kontaktowała się z ojcem!
- Z punktu widzenia prawa to nie ma żadnego znaczenia - oznajmił posępnie Mariusz.
Wszyscy zgodnie stwierdzili, że to skandal i długo jeszcze wymieniali uwagi na temat beznadziejnego systemu prawnego związanego z dziedziczeniem.
Monika nie brała udziału w tej dyskusji. Była zbyt zszokowana uwagami wujka, aby cokolwiek mówić. Powoli docierało do niej, że Beata stała się współwłaścicielką jej rodzinnego domu i biznesu, czyli kawiarni założonej jeszcze przez dziadka. Nie miała jednak pojęcia, co to będzie oznaczało w praktyce. Ojciec nie zostawił przecież zbyt wiele pieniędzy, więc nie dysponowała gotówką. Powinna wziąć kredyt, aby spłacić siostrę...? Obciążyć hipotekę...? Pożyczyć potrzebną kwotę od kogoś z rodziny...? Każde z tych rozwiązań wydawało jej się przerażające.
***
Kilka dni później Lidia zajrzała do pokoju córki i poprosiła ją, aby zeszła na dół, ponieważ muszą poważnie porozmawiać.
Gdy Monika zameldowała się w kuchni, matka podała jej kubek z gorącym kakao i oznajmiła, że się wyprowadza.
- Zamieszkam z twoją babcią - wyjaśniła. - Ona przepisała na mnie swój dom, więc nikt mnie z niego nie wyrzuci.
Monika zrozumiała teraz, że rozmowa nie będzie łatwa. Kakao miało najwyraźniej stanowić osłodę gorzkiej pigułki.
- Z tego domu też nikt cię nie wyrzuci - oznajmiła stanowczo.
- Ten dom trzeba będzie sprzedać...
- Zwariowałaś?
Lidia uśmiechnęła się z wyraźną goryczą.
- Nie, przeanalizowałam sytuację. Domyślam się, że chcesz zatrzymać kawiarnię...
- Oczywiście!
- W takim razie musisz sprzedać dom, aby spłacić Beatę. Ona pewnie zgodzi się na takie rozwiązanie. Nie potrzebuje go, kawiarni zresztą też nie. Jedyne, co ją może interesować, to gotówka.
Trudno było z tym polemizować. Beata miała swoje życie w Warszawie i zapewne nie przejawiała żadnych sentymentalnych uczuć wobec ojcowizny. Dla Moniki jednak perspektywa sprzedania domu stanowiła cios w samo serce - tutaj stawiała pierwsze kroki, tutaj się wychowała, tutaj przeżyła tyle pięknych chwil... Nie mogła sobie wyobrazić mieszkania gdzie indziej. Lubiła wprawdzie dom babci, lecz nie do tego stopnia.
- Wyprowadzam się, żeby ułatwić ci sprawę - dodała Lidia. - Prędzej dogadasz się z Beatą, gdy mnie tu nie będzie.
- Mamo...
- Widzisz jakieś inne wyjście?
Monika nie wiedziała, co odpowiedzieć. Chciała zatrzymać kawiarnię, którą od kilku lat prowadziła razem z ojcem. Musiała podtrzymać kilkupokoleniową tradycję, no i zapewnić sobie byt. Szukanie pracy "na cudzym" stanowczo nie wchodziło w grę! Poza tym nie mogłaby patrzeć, jak ktoś obcy przejmuje ich rodzinny interes. Tylko dlaczego miała zapłacić za to taką cenę?
- Kiedy wszystko ustalicie, zamieszkasz ze mną i z babcią - dokończyła jej matka.
To rzeczywiście było jedyne rozwiązanie. Babcia przepisała swój dom na córkę, kiedy stuknęła jej osiemdziesiątka. Uznała, że powinna uporządkować wszystkie ziemskie sprawy, bo w jej wieku nigdy nic nie wiadomo.
Dzięki temu obie miały teraz własny kąt i należało z tego skorzystać. Branie kredytu na spłatę Beaty stanowiło opcję samobójczą - byłaby zadłużona do końca życia...
- Dobrze, mamo - powiedziała zatem.
- Cieszę się, że to rozumiesz. - Lidia odetchnęła z ulgą. - Sama bym wolała inne rozwiązanie, ale naprawdę go nie widzę...
Nagle Monice przyszło coś do głowy.
- A jeśli ona się nie zgodzi? Może będzie chciała zatrzymać swoją połowę domu, żeby przyjeżdżać tu na wakacje?
Matka spojrzała na nią ze zdumieniem w oczach.
- W cuda wierzysz? Takie jak ona spędzają wakacje w zagranicznych kurortach.
Monika nie znalazła argumentów, żeby polemizować z tą opinią. Niewiele wiedziała o siostrze, poza tym, że mieszka w Warszawie i pracuje w jednej z wielkich korporacji mających swoją siedzibę na Mokotowie. Ojciec rzadko o tym mówił, ale jeśli już, to z wyraźną dumą w głosie. Zdawał sobie sprawę, że jego starsza córka robi karierę i dobrze jej się powodzi. Fakt, że nie mogła przyjechać na pogrzeb, ponieważ była na konferencji w Szwajcarii, tylko to potwierdzał.
Nagle Monikę ogarnęła chęć, aby zobaczyć, jak Beata obecnie wygląda. Ostatnio ojciec pokazywał jej zdjęcia siostry wiele lat temu. Później sama nie chciała ich oglądać, bo czuła się obrażona. Teraz jednak uznała, że powinna ją poznać, gdy przyjedzie...
Z tą myślą zalogowała się na swoje prywatne konto na Facebooku. Sama rzadko z niego korzystała, koncentrując się na prowadzeniu strony kawiarni - zawsze zamieszczała informacje o bieżących wydarzeniach, promocjach, nowych produktach... Może dlatego nie starczało jej już czasu na to, aby dbać o własny profil. Miała jednak nadzieję, że jej siostra jest bardziej aktywna.
Odnalazła Beatę bez problemu, więc mogła zaspokoić ciekawość. Z ekranu komputera patrzyła na nią szczupła szatynka ubrana w prostą białą bluzkę. Nie uśmiechała się, a w jej oczach był wyraz pewności siebie i determinacji charakterystyczny dla ludzi sukcesu.
- No tak - pomyślała Monika, wzdychając. - Typowa korposuka...
***
Jak wszyscy pracownicy Mordoru Beata wiedziała, że zaparkowanie w okolicach Domaniewskiej graniczy z cudem. Kiedy zatem przekonała się rano, że zaspała, postanowiła wezwać taksówkę. O tej porze nie miała czasu na podróżowanie komunikacją miejską ani ochoty na bieg do metra, który mógłby doszczętnie zniszczyć jej fryzurę. Wyszykowała się w kwadrans, darowała sobie śniadanie i zapinając po drodze płaszcz, zjechała na dół.
Dopiero w taksówce przyszło jej do głowy, że niepotrzebnie się tak spieszyła. Skoro miała zamiar złożyć wymówienie, mogła się spóźnić. Tylko wyrobione przez lata nawyki spowodowały, że o tym zapomniała. Tymczasem decyzję podjęła już kilka tygodni wcześniej, kiedy przejęcie przez szwajcarski koncern firmy, w której pracowała, ostatecznie przekreśliło jej szanse na awans. W następstwie tej operacji dotychczasowi pracownicy przejętej firmy byli postrzegani jako gorsi i niejednokrotnie dawano im do zrozumienia, że powinni być zadowoleni z tego, iż w ogóle pozwolono im utrzymać posady. Beata zadowolona nie była. Nie miała zamiaru zaczynać wszystkiego od nowa ani liczyć na to, że nastawienie szefostwa się zmieni. Przecież nawet na konferencję wysłano ją w ostatniej chwili, i to w zastępstwie za chorego dyrektora! Postanowiła zatem zaryzykować i poszukać pracy z lepszymi perspektywami na przyszłość. Niewiele osób o tym pomyślało, ale ona nie bała się trudnych sytuacji. Poza tym nie miała ani rodziny, ani kredytu, czyli nie była w żaden sposób zmuszona do trzymania się posady za wszelką cenę.
Po przyjeździe do biura spokojnie wypełniła wniosek o urlop okolicznościowy oraz dodatkowy - na żądanie. Dyrektorowi - już zdrowemu - musiało nieźle skoczyć ciśnienie, kiedy go otrzymał, ponieważ wezwał ją do siebie w trybie natychmiastowym.
- Pani Beato, co to znaczy? - zapytał, wymachując kartką z jej podpisem.
- Kilka dni temu zmarł mój ojciec - wyjaśniła spokojnie. - Nie mogłam być na pogrzebie ze względu na konferencję. Teraz chcę pojechać na jego grób.
- Proszę przyjąć moje kondolencje - odparł sztywno. - Jestem gotów zgodzić się na urlop okolicznościowy, ale nie rozumiem, po co pani te dodatkowe cztery dni.
- To daleka podróż. Ojciec mieszkał na drugim końcu Polski. Skoro już tam jadę, chcę przy okazji załatwić sprawy spadkowe.
- Ale chyba rozumie pani, jaka jest sytuacja...
Beata wzruszyła ramionami.
- Taka jak zwykle.
- To miał być dowcip? - Dyrektor wyraźnie się zjeżył.
- Nie, stwierdzenie faktu.
- Gdyby nie to, że przeżywa pani śmierć bliskiej osoby, musiałbym odpowiednio potraktować tę uwagę.
Po tych słowach złożył pod wnioskiem zamaszysty podpis.
- Dziękuję, panie dyrektorze.
Beata od początku uważała go za mięczaka. W gruncie rzeczy wystarczyło mu się postawić, aby osiągnąć cel. Niestety rzadko kto miał odwagę to zrobić...
Dopiero po wyjściu na korytarz uświadomiła sobie, że w jednej sprawie miał rację: naprawdę przeżywała śmierć ojca, chociaż rzadko się widywali. O wiele częściej pisywali do siebie maile. Teraz, na myśl o tym, że już nigdy nie dostanie od niego wiadomości, Beata traciła chęć do życia. Komu opowie o swoich rozterkach związanych z pracą...? Komu pochwali się następnymi sukcesami...? Komu poskarży się, gdy zachoruje...?
Z matką nigdy nie miała wspólnego języka, toteż wyprowadziła się od niej, gdy tylko zaczęła zarabiać. Nie do końca rozumiała zachowanie swojej rodzicielki, jej pretensje i humory. W niektórych kwestiach matka postępowała wręcz irracjonalnie - na przykład wpadła w histerię, kiedy usłyszała, że ona chciałaby poznać swoją młodszą siostrę. Jakby to nie było zupełnie naturalne! Beata wtedy ustąpiła, ale nigdy jej tego nie darowała. Dopiero po kilku latach uświadomiła sobie, że matką kierowała zazdrość. Chociaż rozwiodła się z ojcem, nie mogła przeżyć tego, że tak szybko się pocieszył - związał się z inną kobietą i z nią też miał córkę! Dla Beaty było to zupełnie niezrozumiałe. Uważała, że w życiu należy być konsekwentnym: albo się chce z kimś być, albo nie. A jeśli się nie chce, to traci się prawo do zgłaszania pretensji.
Pod wpływem tych myśli uświadomiła sobie nagle, że przed wyjazdem powinna jednak poinformować matkę o śmierci ojca. Ostatecznie rodzice byli kiedyś małżeństwem - wprawdzie krótko, ale zawsze. Nie bardzo miała chęć jechać na Ochotę, gdyż mieszkała na Służewcu i było jej zupełnie nie po drodze, ale nie chciała załatwiać sprawy przez telefon. Matka na pewno by się na nią obraziła albo urządziła kolejną awanturę.
Przez cały dzień pisała sprawozdanie z konferencji, nie chcąc, aby dyrektor zarzucił jej niedopełnienie obowiązków. Poza tym wiedziała, że jeśli tego nie zrobi, będzie bombardował ją wiadomościami w czasie urlopu. Zawsze tak postępował, ale tym razem Beata miała zamiar go zignorować i potrzebowała argumentu w postaci przedłożonego sprawozdania. Uznała, że inne sprawy spokojnie mogą poczekać do jej powrotu.
W rezultacie wyszła późno i ponownie wezwała taksówkę. Dochodziła siódma, gdy zapukała do mieszkania swoich dziadków, w którym kiedyś mieszkała wraz z matką. Otworzyła babcia.
- Beatka? - zdziwiła się. - Co ty tu robisz w środku tygodnia?
- Przyjechałam, bo mam wiadomość dla mamy.
Coś w tonie jej głosu musiało zaniepokoić babcię jeszcze bardziej niż niezapowiedziana wizyta. Szybkim krokiem skierowała się do pokoju córki i powiedziała:
- Justynko, przyjechała Beatka.
Po chwili matka pojawiła się w przedpokoju i ze zdumieniem zapytała:
- Co ty tu robisz w środku tygodnia?
W innych okolicznościach Beata uznałaby to za zabawne, ale teraz była zmęczona i chciała mieć sprawę już za sobą.
- Przyjechałam, żeby ci powiedzieć, że wyjeżdżam. Dostałam wiadomość od Moniki o śmierci ojca. Wprawdzie pogrzeb się odbył, kiedy byłam w Szwajcarii, ale chcę odwiedzić jego grób i załatwić sprawy spadkowe.
Matka gwałtownie zbladła.
- Krzysztof nie żyje...?
Po tych słowach zachwiała się na nogach i Beata ledwie zdążyła powstrzymać ją przed upadkiem. Potem pomogła jej wejść do salonu i położyć się na kanapie, a babcia poszła do swojego pokoju po walerianę.
- Wypij, to ci pomoże - powiedziała, kiedy przyniosła krople.
Beata czuła, że sama potrzebuje czegoś na uspokojenie. Do głowy by jej nie przyszło, że matka zareaguje w taki sposób. Przecież ojciec był człowiekiem, którego nienawidziła!
- Babciu, ja też poproszę o walerianę - wyjąkała.
- Dobrze, dziecko, dobrze. Chodź ze mną do kuchni, wezmę drugą łyżeczkę.
Beata posłusznie podreptała za nią. Dopiero na miejscu uświadomiła sobie, że babcia mogła spokojnie wyjąć łyżeczkę z kredensu w salonie, ale zaciągnęła ją do kuchni, ponieważ chciała porozmawiać.
- Nie mogłaś jej tego bardziej oględnie powiedzieć? - zapytała z wyrzutem.
- Skąd mogłam wiedzieć, że tak zareaguje?
- Przecież zawsze reagowała emocjonalnie na sprawy związane z twoim ojcem.
W tym momencie Beata uświadomiła sobie, że to prawda - matka zawsze reagowała emocjonalnie, żeby nie powiedzieć histerycznie.
- To po co się z nim rozwiodła?
Babcia westchnęła ciężko.
- Nie mogła się dogadać z teściową, więc namawiała go, aby przeprowadził się z nią do Warszawy. On się wahał, ale ostatecznie uznał, że nie może zostawić domu i rodzinnego biznesu. Wtedy się wkurzyła i wystąpiła o rozwód.
- Mama chciała, aby tata zamieszkał z nią w Warszawie...?
- Tak. Nigdy nie darowała mu tego, że odmówił. A jak jeszcze związał się z tamtą kobietą...
Beata westchnęła i wypiła krople. Potem skrzywiła się i sięgnęła po butelkę z wodą mineralną. Wreszcie zaczęła rozumieć, dlaczego matka tak źle reagowała na jakiekolwiek wspomnienie o nowej rodzinie ojca i dlaczego nie chciała, aby ona spotkała się z siostrą. Teraz jednak nie miała zamiaru zmieniać zdania. Postanowiła, że wyjedzie, to wyjedzie!
Na szczęście okazało się, że tym razem matka nie planuje robić awantury. Wydawała się całkowicie oszołomiona usłyszaną wiadomością i obojętna na wszystko. Kiedy doszła do siebie, poprosiła ją tylko, aby uważała na drodze, ponieważ te wiosenne przymrozki są zdradliwe i łatwo wpaść w poślizg. Beata obiecała, że będzie prowadzić ostrożnie, po czym pożegnała się i wyszła. Na ulicy wreszcie odetchnęła z ulgą. Miała świadomość, że spełniła swoją powinność, chociaż okazało się to trudniejsze, niż przypuszczała!
***