Rozdział 2
Dziadek, którego niesposób spamiętać
Finka skreślała w kalendarzu kolejny dzień do wakacji. Zostało ich już tylko siedem.
- Wiesz, że to, że je skreślasz, nie oznacza, że mijają szybciej? - zapytał Franek z górnej pryczy piętrowego łóżka.
- Może nie mijają szybciej, ale kończą się bardziej kategorycznie - powiedziała, starannie zamalowując okienko flamastrem.
Od urodzenia dzielili pokój. Mieli nadzieję, że na jedenaste urodziny rodzice zaadaptują puste pomieszczenie na poddaszu na drugą sypialnię. Ale teraz szanse na to były marne. Za dużo zmartwień i wydatków związanych z leczeniem.
Jeszcze kilka dni temu nie liczyli też na żadne przygody i ekscesy wakacyjne. Zapowiadała się drętwa nuda. Co roku przynajmniej na kilka dni wyjeżdżali nad morze czy nad jezioro, ale teraz mama i tata nawet o tym nie wspomnieli.
Finka nie była pewna, czy rodzice zarejestrowali, że już czerwiec i koniec roku szkolnego. Mama zwykle dopytywała, jak im minął dzień w szkole i czego się nauczyli. Teraz nawet nie pamiętała, że to czas wystawiania ocen. Nie pytała, jak im poszły klasówki i czy zdołali się wyciągnąć z matematyki na czwórki. Może dobrze, bo oboje mieli tłuściutkie tróje z plusem. Może potrzebowali zaklęcia. Skoro dzięki jednemu zdołali zapomnieć o dziadku, może dzięki innemu potrafiliby nauczyć się matematyki?
Finka nie miała mamie tego specjalnie za złe. Widziała, że zwykle czuje się kiepsko i tylko stara się robić dobrą minę.
- Wzdychasz tak głośno, że pobudzisz nietoperze na strychu - mruknął Franek.
- Jak będziesz jęczał, że mam ci pozować, przypomnę ci o nietoperzach - burknęła.
Jej brat przechodził intensywny okres malarski. Coś jak ospa, tylko trwało już dwa lata. Wahał się, czy chce być malarzem, czy rzeźbiarzem, ale mama twardo negocjowała zostawienie rzeźby na późniejsze lata, zwłaszcza że od lepienia z gliny wolał wykuwać w marmurze czy choćby drewnie. Zobaczyła, jak ostre są dłuta, i natychmiast kupiła mu farby olejne, akwarele i sporo ołówków.
Finka musiała przyznać, że wychodziło mu to naprawdę dobrze. Na większości portretów była całkiem podobna do siebie. Potrafił narysować jej szeroko rozstawione, szare oczy, mocne brwi - z prawą lekko uniesioną w powątpiewaniu. Z przesadną dokładnością rysował każdy z setki piegów na jej nosie, trochę zbyt odstające uszy i gęstą szopę kręconych włosów. Tu go czasami ponosiło i wyglądała, jakby zamiast włosów miała czapkę angielskiego policjanta, tę futrzaną i ogromną.
Oczywiście nigdy mu nie mówiła, że jest naprawdę dobry w rysowaniu. I bez tego miał się za geniusza. Powtarzała: "ujdzie", albo: "wciąż masz sporo do ogarnięcia, młotku". I wkurzała się, kiedy domagał się specjalnego traktowania, bo akurat uprawiał sztukę przez wielkie S.
Jak mogła wymagać, by posprzątał swoje skarpetki, skoro on TWORZYŁ? Jakby jej czytanie było mniej istotną aktywnością. Jakby miała obowiązek usługiwać mu tylko dlatego, że być może kiedyś zostanie malarzem.
Naczytał się biografii wielkich artystów i stwierdził, że oni zawsze mieli jakąś kobietę - żonę czy służącą - która robiła za nich wszystko. I to mu dało głupie przekonanie, że ona wejdzie w tę rolę. Wybijała mu to z głowy, często całkiem dosłownie.
Gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, było naprawdę późno. Rodzice już skończyli oglądać wiadomości i film po nich. Właściwie Franek i Finka powinni spać, ale od kilku tygodni nikt nie pamiętał, by pilnować godziny gaszenia światła, więc zostawali na nogach tak długo, jak mieli ochotę.
Dzwonek zadźwięczał drugi raz. Rodzice za zamkniętymi drzwiami sypialni chyba nie słyszeli. Finka, owinięta kocem i z książką w dłoni, kopnęła w spód pryczy brata.
- Sama idź, pracuję! - odburknął.
- Dopóki ci za to nie płacą, to ciągle tylko hobby - odpowiedziała złośliwie, ale poszła.
Mama zwykle mówiła, że nikt się po nocy nie dobija tylko dlatego, że wygrałeś na loterii.
Finka stanęła na palcach i zerknęła przez soczewkę judasza, ale zobaczyła tylko ciemność. Dlaczego nie zapaliła się lampka na schodkach?
Pstryknęła włącznik i otworzyła drzwi z rozmachem. Przyłapała gościa w pół ruchu, z palcem wyciągniętym, by znów wcisnąć dzwonek. I zagapiła się bez słowa na przybysza. Bo hej, było na co!
Był ogromny. Musiał zdjąć błyszczący cylinder, by zmieścić się w drzwiach. Wyglądał trochę jak skrzyżowanie świętego mikołaja i Willy'ego Wonki. Tylko brodę miał czarną i kudłatą. Ciemnozielony, aksamitny płaszcz, wściekle żółta kamizelka, muszka w fioletowe groszki i czerwone spodnie wyglądały jak strój, który dobiera ktoś, kto w ogóle nie widzi kolorów lub celuje w efekt papugi. Finka była pewna, że ludzie oglądali się za nim na ulicy.
A najgorsze dla niej było to, że już go kiedyś spotkała. Ale gdy próbowała sobie przypomnieć, widziała tylko ciemność i rozbolała ją głowa. Zmarszczyła brwi.
- Dziadek? - zapytała zaskoczona.
- Pamiętasz mnie? - odpowiedział z równym zaskoczeniem.
- Nie bardzo. Ale wyglądasz jak nieodpowiedzialny szaleniec, który mógłby mi przynieść smoka. A tak tata opisywał mojego dziadka.
Mężczyzna wybuchł śmiechem, głaszcząc się po brzuchu wypełniającym jaskrawą kamizelkę.
- Och, to brzmi jak Filipek - przyznał.
A potem pochylił się i przyjrzał Fince, zaglądając jej w oczy.
- Spodziewałaś się mnie? Rodzice wam powiedzieli?
- Rodzice nic nam nie mówili - odpowiedziała, omijając zgrabnie całe to podsłuchiwanie.
- Doskonale.
- Nie całkiem cię pamiętam, ale trochę mniej cię nie pamiętam niż wczoraj, jeśli o to pytałeś.
Kiwnął głową zadowolony, jakby dokładnie tego oczekiwał.
- Zaklęcie się przeciera. A ciebie nigdy nie chciało się zbyt dobrze trzymać. To chyba przez Sznurówkę. Ale wciąż możesz zapomnieć o tej rozmowie i o tym, że tu dziś byłem.
- Chcemy, żebyś usunął to zaklęcie. Jest zupełnie bez sensu - zaprotestowała Finka.
- To nie ja je rzuciłem, ale wasza mama. Nie mogę go zdjąć tak, by nie narobić wam w głowach bałaganu. Ale zobaczymy, co się da zrobić. I do waszych urodzin zostało już niewiele czasu - powiedział i mrugnął do niej szelmowsko.
To niezupełnie miało dla Finki sens, a bardzo nie lubiła, kiedy coś nie miało sensu.
- Czy to, że cię nie całkiem pamiętam, oznacza, że jesteś obcy? - zapytała chłodno.
- Dlaczego pytasz?
- Bo obcych nie wolno mi wpuszczać do domu - powiedziała i zaczęła zamykać drzwi.
- Dobrze, dobrze, porozmawiam o tym z waszą mamą - zapewnił i przytrzymał drzwi. - Na razie nie pamiętasz tego, Fineczko, ale bardzo lubiłaś swojego dziadka Baltazara. Dobrze się bawiliśmy, kiedy byłaś zupełnie malutka.
- Sznurówka naprawdę była smokiem? - zapytała.
Mężczyzna zaśmiał się znów i powiedział:
- Wasi rodzice nie mają pojęcia, ile wpada w te małe uszka, prawda?
Wzruszyła ramionami.
- Muszę z nimi porozmawiać, są w domu? - zapytał.
- Mogą już spać. Mama się wcześniej kładzie ostatnio.
- Nie będę jej denerwował ani męczył - zapewnił dziadek.
Dopiero wtedy wpuściła go do domu.
- A gdybyś chciała sobie co nieco przypomnieć, zawsze masz listy - powiedział.
- Jakie listy? - zapytała nieufnie.
- Te, które wam wysyłałem przez te wszystkie lata. Blaszane pudełko po herbatnikach, z saniami świętego mikołaja na wieczku, pamiętasz? - zapytał.
Zamrugała zaskoczona. Bo nagle pamiętała. Pudełko, stosiki listów przewiązanych kolorowymi wstążkami, pocztówki z dziwnymi znaczkami. Ale nie przypominała sobie ani pół słówka zapisanego na pięknym czerpanym papierze.
Dziadek poszedł do sypialni rodziców, a Finka wróciła do pokoju, mamrocząc pod nosem: "Puszka z listami", bojąc się, że zapomni.
- Gdzie byłaś? - zapytał Franek ze swojej pryczy.
- Nie uwierzysz, kto właśnie przyszedł - powiedziała.
- Ktoś przyszedł? O tej porze?
- Nie pamiętasz dzwonka do drzwi? - zapytała.
- Dzwonka?
Przez chwilę myślała, że brat się z niej nabija. Ale nie. Wyglądał na szczerze zaskoczonego. A potem jego czoło się wygładziło i wrócił do rysowania, jakby znów całkiem zapomniał o dzwonku i nieoczekiwanym gościu. A to już wyglądało jak magia.
Ona jeszcze pamiętała. Przysunęła krzesełko do szafy i sięgnęła po czerwoną puszkę. To było dziwne uczucie. Niby pamiętała tę puszkę i to, co w niej było. A jednocześnie wspomnienia te chowały się za gęstą mgłą i trudno jej było je uchwycić.
Zabrała puszkę do łóżka i zaczęła badać jej zawartość. Listów było kilkadziesiąt, drugie tyle pocztówek. I - co najdziwniejsze - wyglądały na solidnie sczytane i podniszczone. Rogi były pozaginane, gdzieniegdzie ślady palców w czekoladzie odrobinę rozmazywały kolorowy atrament. Finka wyławiała z pamięci to, że mama czytała im te listy w łóżku, na dobranoc. Tyle że nie pamiętała ani słówka.
Magia. Skrzywiła się podirytowana. Jak na razie ta magia niespecjalnie jej się podobała. Dałaby sobie radę bez niej, skoro tylko mieszała jej w głowie.
Zabrała się do czytania. Grube strony zapisane fioletowym lub zielonym atramentem szeleściły pod jej palcami w bardzo znajomy sposób.
Kiedy się z nimi zapoznawała, historie natychmiast rozkwitały w jej wyobraźni. Pamiętała je wszystkie!
Franek pochrapywał na górnej pryczy, a ona czytała długo w noc.
Czy dziadek tu będzie, kiedy się obudzę? - myślała, zasypiając. I czy będę pamiętała, że tu był?