Cywilizacja. Zachód i reszta świata - Niall Ferguson

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mo­wa

Sta­ram się przy­po­mnieć so­bie, gdzie i kie­dy to do mnie do­ta­rło. Czy pod­czas pierw­sze­go spa­ce­ru po Bund w Szan­gha­ju w 2005 roku? A może w smo­gu i ku­rzu Chon­gqing, gdy słu­cha­łem przed­sta­wi­cie­la lo­kal­nej par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, któ­ry opi­sy­wał ogrom­ną ster­tę gru­zu jako przy­szłe cen­trum fi­nan­so­we po­łu­dnio­wo-za­chod­nich Chin? To było w 2008 roku i z ja­kie­goś po­wo­du zro­bi­ło na mnie wi­ęk­sze wra­że­nie niż cały ten zgie­łk zwi­ąza­ny z ce­re­mo­nią otwar­cia Igrzysk Olim­pij­skich w Pe­ki­nie. A może w Car­ne­gie Hall w 2009 roku, kie­dy sie­dzia­łem za­hip­no­ty­zo­wa­ny mu­zy­ką An­gel Lam, bar­dzo uta­len­to­wa­nej mło­dej chi­ńskiej kom­po­zy­tor­ki, w któ­rej utwo­rach naj­le­piej sły­chać orien­ta­li­za­cję mu­zy­ki kla­sycz­nej? My­ślę, że chy­ba do­pie­ro wte­dy na­praw­dę do­ta­rło do mnie, że wraz z ko­ńczącą się wów­czas pierw­szą de­ka­dą XXI wie­ku do­bie­ga ko­ńca pi­ęćset­let­nia do­mi­na­cja Za­cho­du.

Je­stem co­raz bar­dziej prze­ko­na­ny, że pod­sta­wo­we py­ta­nie, na któ­re w tej ksi­ążce sta­ram się od­po­wie­dzieć, to w ogó­le naj­cie­kaw­sze py­ta­nie, ja­kie może po­sta­wić hi­sto­ryk cza­sów no­wo­żyt­nych. Wła­ści­wie dla­cze­go, po­cząw­szy od oko­ło 1500 roku, kil­ka ma­łych or­ga­ni­zmów po­li­tycz­nych z za­chod­nie­go kra­ńca Eu­ra­zji zdo­mi­no­wa­ło resz­tę świa­ta, w tym licz­niej­sze i pod wie­lo­ma względa­mi bar­dziej za­awan­so­wa­ne w roz­wo­ju spo­łe­cze­ństwa wschod­niej Eu­ra­zji? Moje do­dat­ko­we py­ta­nie brzmi: je­śli uda nam się wy­tłu­ma­czyć wzrost zna­cze­nia Za­cho­du w prze­szło­ści, czy mo­że­my przed­sta­wić pro­gno­zę do­ty­czącą jego przy­szło­ści? Czy to na­praw­dę ko­niec świa­ta Za­cho­du i na­de­jście no­wej epo­ki Wscho­du? Ina­czej mó­wi­ąc, czy je­ste­śmy świad­ka­mi schy­łku cza­sów, w któ­rych wi­ęk­szo­ść ludz­ko­ści znaj­do­wa­ła się w mniej­szym lub wi­ęk­szym stop­niu pod wpły­wem cy­wi­li­za­cji po­wsta­łej w Eu­ro­pie Za­chod­niej w do­bie re­ne­san­su i re­for­ma­cji - cy­wi­li­za­cji, któ­ra za spra­wą jej sił na­pędo­wych, re­wo­lu­cji na­uko­wej i oświe­ce­nia roz­prze­strze­ni­ła się po obu stro­nach Atlan­ty­ku aż po An­ty­po­dy, osi­ąga­jąc szczyt roz­wo­ju w wie­ku re­wo­lu­cji, wie­ku prze­my­słu i wie­ku im­pe­rium?

Już to, że chcę po­sta­wić ta­kie py­ta­nia, wie­le mówi o pierw­szej de­ka­dzie XXI wie­ku. Uro­dzi­łem się i wy­cho­wa­łem w Szko­cji, kszta­łci­łem w Glas­gow i Oks­for­dzie, a gdy mia­łem dwa­dzie­ścia kil­ka-trzy­dzie­ści kil­ka lat, za­kła­da­łem, że miej­scem mo­jej pra­cy aka­de­mic­kiej będzie Oks­ford albo Cam­brid­ge. My­śla­łem też o prze­pro­wadz­ce do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, po­nie­waż pa­tron Stern Scho­ol of Bu­si­ness Uni­wer­sy­te­tu No­wo­jor­skie­go, we­te­ran Wall Stre­et Hen­ry Kauf­man za­py­tał mnie, dla­cze­go ktoś in­te­re­su­jący się hi­sto­rią pie­ni­ądza i wła­dzy nie je­dzie tam, gdzie pie­ni­ądz i wła­dza fak­tycz­nie się znaj­du­ją. A gdzież in­dziej mo­gło­by to być, je­śli nie w cen­trum Man­hat­ta­nu? Na po­cząt­ku no­we­go ty­si­ąc­le­cia gie­łda no­wo­jor­ska była cen­trum glo­bal­nej sie­ci eko­no­micz­nej, któ­rą wy­my­śli­li Ame­ry­ka­nie i któ­ra w znacz­nej mie­rze znaj­do­wa­ła się w ame­ry­ka­ńskich rękach. Na sku­tek nie­wiel­kiej re­ce­sji de­mo­kra­ci stra­ci­li wła­dzę w Bia­łym Domu - wła­śnie wte­dy, gdy ich przy­rze­cze­nie spła­ty dłu­gu pu­blicz­ne­go za­czy­na­ło brzmieć co­raz bar­dziej wia­ry­god­nie. Po za­le­d­wie ośmiu mie­si­ącach pre­zy­den­tu­ry Geo­r­ge W. Bush sta­nął w ob­li­czu wy­da­rze­nia, któ­re do­bit­nie pod­kre­śli­ło cen­tral­ną po­zy­cję Man­hat­ta­nu w świe­cie zdo­mi­no­wa­nym przez Za­chód. Znisz­cze­nie World Tra­de Cen­ter przez ter­ro­ry­stów z Al-Ka­idy było dla No­we­go Jor­ku kosz­ma­rem, ale też swo­istym wy­ró­żnie­niem. To był cel nu­mer je­den dla ka­żde­go, kto po­wa­żnie my­ślał o rzu­ce­niu wy­zwa­nia za­chod­niej cy­wi­li­za­cji.

Oba­le­nie ta­li­bów w Afga­ni­sta­nie czy po­zba­wie­nie Sad­da­ma Hu­saj­na wła­dzy w Ira­ku były wy­ra­zem py­chy Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Geo­r­ge W. Bush, upar­ty Tek­sa­ńczyk, osi­ągał wy­so­kie no­to­wa­nia w son­da­żach, był na do­brej dro­dze do re­elek­cji. Go­spo­dar­ka Sta­nów Zjed­no­czo­nych odży­ła dzi­ęki ob­ni­żce po­dat­ków. "Sta­ra Eu­ro­pa" - nie wspo­mi­na­jąc o li­be­ral­nej Ame­ry­ce - re­ago­wa­ła bez­sil­ną wście­kło­ścią. Za­fa­scy­no­wa­ny tym, czy­ta­łem i pi­sa­łem co­raz wi­ęcej o im­pe­riach, w szcze­gól­no­ści o na­ukach pły­nących dla Ame­ry­ki z do­świad­cze­nia bry­tyj­skie­go - tak po­wsta­ła ksi­ążka Im­pe­rium. Jak Wiel­ka Bry­ta­nia zbu­do­wa­ła no­wo­cze­sny świat (2003). Kie­dy my­śla­łem o po­wsta­niu, roz­wo­ju i praw­do­po­dob­nym upad­ku im­pe­rium ame­ry­ka­ńskie­go, zda­łem so­bie spra­wę z tego, że w sa­mym ser­cu ame­ry­ka­ńskiej po­tęgi tkwi po­trój­ne nie­bez­pie­cze­ństwo, któ­re jej za­gra­ża: nie­do­sta­tek sił zbroj­nych (nie­wy­star­cza­jąca licz­ba żo­łnie­rzy w Afga­ni­sta­nie i Ira­ku), nie­do­sta­tek uwa­gi (nie­wy­star­cza­jący za­pał spo­łe­cze­ństwa do dłu­go­tr­wa­łej oku­pa­cji pod­bi­tych kra­jów), a przede wszyst­kim de­fi­cyt fi­nan­so­wy (zbyt mało oszczęd­no­ści w sto­sun­ku do in­we­sty­cji oraz za ni­skie po­dat­ki w sto­sun­ku do wy­dat­ków pu­blicz­nych).

W ksi­ążce za­ty­tu­ło­wa­nej Ko­los. Po­wsta­nie i upa­dek im­pe­rium Ame­ry­ki (2004) alar­mo­wa­łem, że Sta­ny Zjed­no­czo­ne nie­po­strze­że­nie uza­le­żni­ły się od ka­pi­ta­łu wschod­nio­azja­tyc­kie­go, aby za­pew­nić środ­ki na opła­tę ra­chun­ków. Po­wo­dem zmierz­chu i upad­ku ame­ry­ka­ńskie­go im­pe­rium może być za­tem kry­zys fi­nan­so­wy w sa­mym jego ser­cu, a nie ata­ki ter­ro­ry­stów czy dzia­łal­no­ść re­żi­mów, któ­re ich opła­ca­ły. Kie­dy pod ko­niec 2006 roku ra­zem z Mo­rit­zem Schu­la­ric­kiem uku­li­śmy ter­min "Chi­me­ry­ka" - na okre­śle­nie tego, co oce­ni­li­śmy jako nie­bez­piecz­nie nie­zrów­no­wa­żo­ny zwi­ązek mi­ędzy oszczęd­ny­mi Chi­na­mi a roz­rzut­ną Ame­ry­ką, wska­za­li­śmy na jed­ną z głów­nych przy­czyn nad­cho­dzące­go glo­bal­ne­go kry­zy­su fi­nan­so­we­go. Je­że­li ame­ry­ka­ński kon­su­ment nie będzie miał do­stępu ani do ta­niej chi­ńskiej siły ro­bo­czej, ani do ta­nie­go chi­ńskie­go ka­pi­ta­łu, to nie będzie nic nad­zwy­czaj­ne­go w tym, że nie­od­po­wie­dzial­ne go­spo­da­ro­wa­nie fi­nan­sa­mi w la­tach 2002-2007 do­pro­wa­dzi do kry­zy­su.

W okre­sie pre­zy­den­tu­ry Geo­r­ge'a W. Bu­sha ilu­zja ame­ry­ka­ńskiej "hi­per­po­tęgi" zo­sta­ła znisz­czo­na nie raz, ale dwa razy. Ne­me­zis po­ja­wi­ła się naj­pierw w za­ułkach dziel­ni­cy As-Sau­ra i na po­lach pro­win­cji Hel­mand, ujaw­nia­jąc nie tyl­ko ogra­ni­cze­nia ame­ry­ka­ńskiej po­tęgi mi­li­tar­nej, ale ta­kże, co wa­żniej­sze, na­iw­no­ść tych, któ­rzy mie­li wi­zję roz­sze­rze­nia de­mo­kra­cji na pa­ństwa Sze­ro­kie­go Bli­skie­go Wscho­du. Dru­gi raz uka­za­ła się, kie­dy spo­tęgo­wał się kry­zys kre­dy­tu sub­pri­me w 2007 roku, gdy na­de­szły kry­zys kre­dy­to­wy 2008 roku, a w ko­ńcu wiel­ka re­ce­sja w 2009 roku. Po ban­kruc­twie Leh­man Bro­thers za­sa­dy kon­sen­su­su wa­szyng­to­ńskie­go oraz "wiel­kiej sta­bi­li­za­cji" zo­sta­ły za­rzu­co­ne i po­pa­dły w za­po­mnie­nie. Przez pe­wien czas ca­łkiem mo­żli­wy wy­da­wał się dru­gi Wiel­ki Kry­zys.

Co po­szło nie tak? W cy­klu ar­ty­ku­łów i wy­kła­dów roz­po­czętych w po­ło­wie 2006 roku i za­ko­ńczo­nych pu­bli­ka­cją Po­tęgi pie­ni­ądza w li­sto­pa­dzie 2008 roku - kie­dy kry­zys fi­nan­so­wy był naj­głęb­szy - twier­dzi­łem, że wszyst­kie głów­ne skład­ni­ki mi­ędzy­na­ro­do­we­go sys­te­mu fi­nan­so­we­go zo­sta­ły bar­dzo osła­bio­ne przez nad­mier­ne za­dłu­że­nie krót­ko­ter­mi­no­we wy­ka­zy­wa­ne w ar­ku­szach bi­lan­so­wych ban­ków, do tego hi­po­tecz­ne li­sty za­staw­ne i inne struk­tu­ry­zo­wa­ne pro­duk­ty fi­nan­so­we zo­sta­ły ra­żąco źle wy­ce­nio­ne, a na­wet prze­ce­nio­ne; po­li­ty­ka pie­ni­ężna ze stro­ny Re­zer­wy Fe­de­ral­nej była zbyt swo­bod­na, po­li­ty­ka miesz­ka­nio­wa - źle pro­wa­dzo­na, a do tego wszyst­kie­go do­szła nie­po­ha­mo­wa­na sprze­daż oszu­ka­ńczych po­lis ubez­pie­cze­nio­wych, któ­re ofe­ru­ją ochro­nę przed czy­mś nie­zna­nym. Glo­ba­li­za­cja za­chod­nich in­sty­tu­cji fi­nan­so­wych mia­ła po­dob­no za­po­cząt­ko­wać nową epo­kę, zmniej­szyć nie­prze­wi­dy­wal­no­ść w go­spo­dar­ce. Do­pie­ro wsza­kże wie­dza hi­sto­rycz­na po­zwa­la­ła prze­wi­dzieć, w jaki spo­sób kry­zys płyn­no­ści może do­pro­wa­dzić do tego, że cała chwiej­na bu­dow­la in­ży­nie­rii fi­nan­so­wej roz­pa­da się z hu­kiem.

Nie­bez­pie­cze­ństwo dru­giej fali re­ce­sji ustąpi­ło je­sie­nią 2009 roku, choć do ko­ńca nie zni­kło. Przez ten czas świat się jed­nak zmie­nił. Mo­żna było ocze­ki­wać, że ol­brzy­mie za­ła­ma­nie świa­to­we­go han­dlu spo­wo­do­wa­ne kry­zy­sem fi­nan­so­wym - gdy na­gle zni­kło źró­dło kre­dy­tów na im­port i eks­port - znisz­czy wiel­kie go­spo­dar­ki azja­tyc­kie, za­le­żne, jak twier­dzo­no, od eks­por­tu na Za­chód. Ale dzi­ęki bar­dzo sku­tecz­ne­mu rządo­we­mu pro­gra­mo­wi sty­mu­lu­jące­mu, opar­te­mu na wiel­kiej eks­pan­sji kre­dy­to­wej, Chi­ny do­zna­ły je­dy­nie spo­wol­nie­nia wzro­stu. Było to god­ne uwa­gi osi­ągni­ęcie, ja­kie­go nie­wie­lu eks­per­tów się spo­dzie­wa­ło. Po­mi­mo oczy­wi­stych trud­no­ści wy­ni­ka­jących z pro­wa­dze­nia kon­ty­nen­tal­nej go­spo­dar­ki obej­mu­jącej 1,3 mi­liar­da lu­dzi, w cza­sie gdy to pi­szę (gru­dzień 2010), ist­nie­je pew­ne praw­do­po­do­bie­ństwo, że Chi­ny na­dal będą prze­ży­wać re­wo­lu­cję prze­my­sło­wą i w ci­ągu dzie­si­ęcio­le­cia wy­prze­dzą Sta­ny Zjed­no­czo­ne pod względem pro­duk­tu kra­jo­we­go brut­to - tak jak w 1963 roku Ja­po­nia wy­prze­dzi­ła Wiel­ką Bry­ta­nię.

Za­chód miał rze­czy­wi­stą prze­wa­gę nad resz­tą świa­ta przez mi­nio­nych pi­ęćset lat. Ol­brzy­mia ró­żni­ca mi­ędzy do­cho­da­mi w kra­jach Eu­ro­py Za­chod­niej a tymi osi­ąga­ny­mi w Chi­nach po­wsta­ła już w XVII wie­ku i sta­le się zwi­ęk­sza­ła aż do lat sie­dem­dzie­si­ątych XX wie­ku albo na­wet pó­źniej. Ale od tam­tej pory za­dzi­wia­jąco szyb­ko ma­le­je. Kry­zys fi­nan­so­wy spra­wił, że po­ja­wi­ło się ko­lej­ne hi­sto­rycz­ne py­ta­nie, któ­re chcia­łem za­dać. Czy owa prze­wa­ga Za­cho­du obec­nie nie ist­nie­je? Mam na­dzie­ję, że udzie­lę od­po­wie­dzi na to py­ta­nie - jed­nak do­pie­ro wów­czas, gdy uda mi się po­ka­zać, czym była owa prze­wa­ga Za­cho­du.

Po­ni­żej zaj­mu­ję się me­to­do­lo­gią hi­sto­rii - nie­cier­pli­wi czy­tel­ni­cy mogą ten frag­ment po­mi­nąć i prze­jść od razu do wpro­wa­dze­nia. Na­pi­sa­łem tę ksi­ążkę, po­nie­waż na­bra­łem głębo­kie­go prze­ko­na­nia, że lu­dzie te­raz ży­jący po­świ­ęca­ją zbyt mało uwa­gi zma­rłym. Ob­ser­wu­jąc do­ra­sta­nie trój­ki wła­snych dzie­ci, by­łem za­nie­po­ko­jo­ny, że uczą się mniej z hi­sto­rii niż ja w ich wie­ku - nie dla­te­go, że mają złych na­uczy­cie­li, ale dla­te­go, że złe są pod­ręcz­ni­ki hi­sto­rii, a eg­za­mi­ny jesz­cze gor­sze. Śle­dząc roz­wój kry­zy­su fi­nan­so­we­go, zda­łem so­bie spra­wę, że nie tyl­ko dzie­ci mają nie­wiel­ką wie­dzę na te­mat hi­sto­rii - wy­da­wa­ło się, że wie­dza za­le­d­wie garst­ki pra­cow­ni­ków ban­ków i mi­ni­sterstw skar­bu wy­kra­cza nie­co poza naj­bar­dziej ogól­ne in­for­ma­cje o ostat­nim kry­zy­sie. Mniej wi­ęcej od trzy­dzie­stu lat mło­dzież za­chod­nich szkół i uni­wer­sy­te­tów kszta­łci­ła się, nie ucząc się tego, co wa­żne w na­uce hi­sto­rii. Zdo­by­wa­ła wie­dzę na te­mat od­izo­lo­wa­nych "mo­du­łów", nie­po­łączo­nych żad­ną nar­ra­cją, a tym bar­dziej chro­no­lo­gią. Zo­sta­ła prze­szko­lo­na w stan­dar­do­wej ana­li­zie frag­men­tów do­ku­men­tu, a nie zdo­by­ła istot­nej umie­jęt­no­ści szyb­kie­go czy­ta­nia wi­ęk­szych par­tii tek­stu ma­jących swój kon­tekst. Za­chęca­no mło­dzież do em­pa­tii dla rzym­skich set­ni­ków lub ofiar Ho­lo­kau­stu, a nie do pi­sa­nia ese­jów o tym, dla­cze­go i w jaki spo­sób te oso­by zna­la­zły się w nie­do­god­nym po­ło­że­niu. W Męskiej hi­sto­rii dra­ma­turg Alan Ben­nett po­sta­wił "try­le­mat": czy hi­sto­rii po­win­no się na­uczać w try­bie ar­gu­men­ta­cji non se­qu­itur, jako po­łącze­nia z Praw­dą i Pi­ęk­nem prze­szło­ści, czy po pro­stu "jed­ne­go kur­wa po dru­gim"? Naj­wy­ra­źniej nie wie­dział, że dzi­siej­szym uczniom nie ofe­ru­je się żad­nej z po­wy­ższych mo­żli­wo­ści - w naj­lep­szym ra­zie do­sta­ją tro­chę "jed­ne­go kur­wa czy dru­gie­go", nie­po­ukła­da­ne­go w żad­nej ko­lej­no­ści.

Były rek­tor uni­wer­sy­te­tu, w któ­rym uczę, przy­znał kie­dyś, że gdy był na stu­diach w Mas­sa­chu­setts In­sti­tu­te of Tech­no­lo­gy, jego mat­ka bła­ga­ła go, by wzi­ął przy­naj­mniej je­den kurs z hi­sto­rii. By­stry mło­dy eko­no­mi­sta od­po­wie­dział za­dzior­nie, że in­te­re­su­je go przy­szło­ść, nie prze­szło­ść. Te­raz wie, że to wy­bór ilu­zo­rycz­ny. W rze­czy­wi­sto­ści nie ma cze­goś ta­kie­go jak "po­je­dyn­cza" przy­szło­ść, są tyl­ko "przy­szło­ści", w licz­bie mno­giej. Ist­nie­je wie­le in­ter­pre­ta­cji hi­sto­rii, lecz żad­na z całą pew­no­ścią nie jest osta­tecz­na. Za to jest tyl­ko jed­na prze­szło­ść. I choć prze­szło­ść ta jest za­mkni­ęta, to z dwóch po­wo­dów po­win­ni­śmy ją po­znać, je­śli chce­my zro­zu­mieć to, cze­go do­świad­cza­my dziś i co cze­ka nas w przy­szło­ści. Po pierw­sze, obec­na po­pu­la­cja świa­ta sta­no­wi oko­ło 7 pro­cent wszyst­kich istot ludz­kich, któ­re żyły do tej pory. In­ny­mi sło­wy, licz­ba zma­rłych prze­wy­ższa licz­bę ży­jących w sto­sun­ku czter­na­ście do jed­ne­go, a my, na na­szą zgu­bę, lek­ce­wa­ży­my do­świad­cze­nia ze­bra­ne przez wi­ęk­szo­ść ludz­ko­ści. Po dru­gie, prze­szło­ść jest tak na­praw­dę na­szym je­dy­nym wia­ry­god­nym źró­dłem wie­dzy o ulot­nej te­ra­źniej­szo­ści i wie­lu "przy­szło­ściach", z któ­rych tyl­ko jed­na na­stąpi na­praw­dę. W hi­sto­rii nie cho­dzi wy­łącz­nie o to, w jaki spo­sób ba­da­my prze­szło­ść; cho­dzi o to, jak ba­da­my sam czas.

Przyj­rzyj­my się naj­pierw ogra­ni­cze­niom tego przed­mio­tu. Hi­sto­ry­cy nie są uczo­ny­mi, któ­rzy mo­gli­by (i nie po­win­ni na­wet pró­bo­wać) usta­no­wić po­wszech­ne pra­wa spo­łecz­ne i po­li­tycz­ne. Dla­cze­go? Po­nie­waż nie ma mo­żli­wo­ści po­wta­rza­nia jed­ne­go eks­pe­ry­men­tu, któ­ry two­rzy prze­szło­ść. Zło­żo­no­ść obiek­tu ana­li­zy - ka­żdej "prób­ki" ludz­kiej hi­sto­rii - to jed­no. A dru­ga kwe­stia, że pa­mi­ęć "cząstek" owe­go wiel­kie­go eks­pe­ry­men­tu pod­le­ga wszel­kie­go ro­dza­ju in­kli­na­cjom po­znaw­czym. Ozna­cza to, że ich za­cho­wa­nie jesz­cze trud­niej prze­wi­dzieć, niż gdy­by były nie­czu­łe, bez­my­śl­ne i wi­ro­wa­ły. Wśród wie­lu cu­dactw kon­dy­cji ludz­kiej jest i to, że czło­wiek ewo­lu­ował ku nie­mal in­stynk­tow­ne­mu ucze­niu się z wła­sne­go do­świad­cze­nia. Tak więc jego za­cho­wa­nie jest ad­ap­ta­cyj­ne, zmie­nia się w cza­sie. Nie błądzi­my po omac­ku, cho­dzi­my ście­żka­mi, a to, na co na­tknęli­śmy się po dro­dze, okre­śla kie­ru­nek, któ­ry wy­bie­rze­my, gdy ście­żki będą się roz­wi­dla­ły - z czym sta­le mamy do czy­nie­nia.

Co wo­bec tego mogą zro­bić hi­sto­ry­cy? Po pierw­sze, na­śla­du­jąc na­uki spo­łecz­ne i opie­ra­jąc się na da­nych ilo­ścio­wych, hi­sto­ry­cy mogą opra­co­wać "pra­wa ogól­ne" (w ro­zu­mie­niu Car­la Hem­pla), czy­li ogól­ne stwier­dze­nia o prze­szło­ści, któ­re mogą ob­jąć wi­ęk­szo­ść przy­pad­ków (na przy­kład, gdy wła­dzę ma dyk­ta­tor, a nie de­mo­kra­tycz­nie wy­bra­ny przy­wód­ca, jest bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że dany kraj roz­pęta woj­nę). Albo - cho­ciaż te dwa po­de­jścia nie wy­klu­cza­ją się wza­jem­nie - hi­sto­ryk może "ob­co­wać" ze zma­rły­mi dzi­ęki od­two­rze­niu ich do­świad­cze­nia z po­mo­cą wy­obra­źni, w spo­sób opi­sa­ny przez wiel­kie­go oks­fordz­kie­go fi­lo­zo­fa Ro­bi­na Geo­r­ge'a Col­lin­gwo­oda w jego Au­to­bio­gra­fii z 1939 roku. Te dwa ro­dza­je ba­dań hi­sto­rycz­nych po­zwa­la­ją nam włączyć re­lik­ty prze­szło­ści, któ­re prze­trwa­ły, do hi­sto­rii - za­so­bu wie­dzy i in­ter­pre­ta­cji, re­tro­spek­tyw­nie po­rząd­ku­jące­go i na­świe­tla­jące­go ludz­kie losy. Wszel­kie po­wa­żne prze­wi­dy­wa­nia co do mo­żli­wych przy­szło­ści, ja­kich mo­że­my do­świad­czyć, opie­ra­ją się, po­śred­nio lub bez­po­śred­nio, na jed­nej lub obu tych pro­ce­du­rach. W in­nych przy­pad­kach na­le­żą do tej sa­mej ka­te­go­rii co ho­ro­skop w po­ran­nej ga­ze­cie.

Am­bi­cją Col­lin­gwo­oda, roz­cza­ro­wa­ne­go na­uka­mi przy­rod­ni­czy­mi i psy­cho­lo­gią oraz bo­gat­sze­go o do­świad­cze­nia okru­cie­ństw pierw­szej woj­ny świa­to­wej, było wpro­wa­dze­nie hi­sto­rii we wspó­łcze­sno­ść i po­zo­sta­wie­nie za sobą tego, co od­rzu­cał, czy­li hi­sto­rii, któ­rej au­to­rzy "tyl­ko po­wta­rza­ją, ró­żnie ara­nżu­jąc i ró­żnie ozda­bia­jąc, co inni [już] przed nimi po­wie­dzie­li". Jego pro­ces my­ślo­wy sam w so­bie wart jest re­kon­struk­cji:

1. "Prze­szło­ść, któ­rą bada hi­sto­ryk, nie jest mar­twą prze­szło­ścią, ale prze­szło­ścią, któ­ra w pew­nym sen­sie na­dal żyje w te­ra­źniej­szo­ści" w for­mie śla­dów (do­ku­men­tów i przed­mio­tów), któ­re się za­cho­wa­ły.

2. "Cała hi­sto­ria jest hi­sto­rią my­śli" - w tym sen­sie, że do­wód hi­sto­rycz­ny nie ma zna­cze­nia, je­że­li ni­cze­go nie mo­żna nic z nie­go wy­wnio­sko­wać.

3. Pro­ces wnio­sko­wa­nia wy­ma­ga sko­ku wy­obra­źni w cza­sie: "Wie­dza hi­sto­rycz­na jest od­two­rze­niem w umy­śle hi­sto­ry­ka my­śli, któ­rej hi­sto­rię bada".

4. Praw­dzi­wy sens hi­sto­rii ujaw­nia się w ze­sta­wie­niu prze­szło­ści z te­ra­źniej­szo­ścią: "Wie­dza hi­sto­rycz­na jest od­two­rze­niem my­śli z prze­szło­ści, za­war­tej w kon­te­kście te­ra­źniej­szych my­śli, któ­re sta­jąc z nią w sprzecz­no­ści, sta­wia­ją ją w płasz­czy­źnie ró­żnej od ich płasz­czy­zny".

5. Hi­sto­ryk "może mieć tyle wspól­ne­go z nie­hi­sto­ry­kiem co za­wo­do­wy drwal z nie­świa­do­mym pod­ró­żni­kiem. - Nic tu nie ma, tyl­ko drze­wa i tra­wa - my­śli pod­ró­żnik i ma­sze­ru­je da­lej. - Patrz - mówi drwal - w tej tra­wie jest ty­grys". In­ny­mi sło­wy, ar­gu­men­tu­je Col­lin­gwo­od, hi­sto­ria daje coś "zu­pe­łnie in­ne­go niż pra­wi­dła [na­uko­we], mia­no­wi­cie wgląd".

6. Wła­ści­wą funk­cją wglądu hi­sto­rycz­ne­go jest "do­star­cza­nie wie­dzy o te­ra­źniej­szo­ści w ta­kim stop­niu, w ja­kim prze­szło­ść, ma­te­ria hi­sto­rii, [jest] za­war­ta w te­ra­źniej­szo­ści i [sta­no­wi] jej część, nie od razu oczy­wi­stą dla nie­wpraw­ne­go oka".

7. Je­śli cho­dzi o nasz wy­bór przed­mio­tu ba­dań hi­sto­rycz­nych, Col­lin­gwo­od wy­ja­śnia, że nie ma nic złe­go w tym, co jemu wspó­łcze­sny Her­bert But­ter­field z Cam­brid­ge po­tępił jako "przy­wi­ąza­nie umy­słu do te­ra­źniej­szo­ści": "praw­dzi­we pro­ble­my hi­sto­rycz­ne wy­ni­ka­ją z pro­ble­mów prak­tycz­nych. Ba­da­my hi­sto­rię, aby do­kład­niej wej­rzeć w sy­tu­ację, w któ­rej przy­cho­dzi nam dzia­łać. Stąd płasz­czy­zną, na któ­rej osta­tecz­nie po­wsta­ją wszyst­kie pro­ble­my, jest płasz­czy­zna "praw­dzi­we­go" ży­cia: ta, do któ­rej się od­wo­łu­ją po roz­wi­ąza­nia, to hi­sto­ria".

Col­lin­gwo­od, jako eru­dy­ta w wie­lu dzie­dzi­nach, od ar­che­olo­gii po fi­lo­zo­fię, zde­cy­do­wa­ny prze­ciw­nik ustępstw i prze­ciw­nik "Da­ily Mail"[1*], od wie­lu lat jest moim prze­wod­ni­kiem, ale ni­g­dy nie był bar­dziej nie­zbęd­ny niż pod­czas pi­sa­nia prze­ze mnie tej ksi­ążki. Kwe­stia, dla­cze­go cy­wi­li­za­cje upa­da­ją, jest zbyt wa­żna, by zo­sta­wić ją do roz­wi­kła­nia hi­sto­ry­kom, któ­rzy je­dy­nie ko­piu­ją ba­da­nia in­nych. To jest praw­dzi­wy pro­blem na­szych cza­sów, a ta ksi­ążka ma być prze­wod­ni­kiem drwa­la. Bo w tra­wie kry­je się wi­ęcej niż je­den ty­grys.

W re­kon­struk­cji my­śli z prze­szło­ści sta­ra­łem się za­wsze pa­mi­ętać o pro­stej praw­dzie o prze­szło­ści - o któ­rej nie­do­świad­cze­ni hi­sto­ry­cy są skłon­ni za­po­mi­nać. Wi­ęk­szo­ść lu­dzi w mi­nio­nych cza­sach albo zma­rła w mło­dym wie­ku, albo spo­dzie­wa­ła się, że umrze mło­do, a ci, któ­rym uda­ło się żyć dłu­żej, często­kroć tra­ci­li oso­by, któ­re ko­cha­li, a któ­re uma­rły przed­wcze­śnie. We­źmy pod uwa­gę przy­pa­dek mo­je­go ulu­bio­ne­go po­ety, mi­strza pió­ra ży­jące­go w okre­sie pa­no­wa­nia Ja­ku­ba I - Joh­na Don­ne'a, któ­ry do­żył pi­ęćdzie­si­ęciu dzie­wi­ęciu lat, był więc star­szy ode mnie o trzy­na­ście lat. Był praw­ni­kiem, po­słem w par­la­men­cie, a po od­rzu­ce­niu wia­ry ka­to­lic­kiej zo­stał ksi­ędzem an­gli­ka­ńskim. Don­ne oże­nił się z mi­ło­ści, w wy­ni­ku cze­go utra­cił pra­cę se­kre­ta­rza u wuja pan­ny mło­dej sir Tho­ma­sa Eger­to­na, Stra­żni­ka Pie­częci Kró­lew­skiej. W ci­ągu szes­na­stu lat ży­cia w bie­dzie Anne Don­ne uro­dzi­ła mężo­wi dwa­na­ścio­ro dzie­ci. Trój­ka z nich, Fran­ci­szek, Mi­ko­łaj i Ma­ria, zma­rła przed uko­ńcze­niem dzie­si­ąte­go roku ży­cia. Anne zaś zma­rła po uro­dze­niu dwu­na­ste­go dziec­ka, któ­re przy­szło na świat mar­twe. Po śmier­ci uko­cha­nej cór­ki Lucy, kie­dy ta­kże Don­ne ota­rł się o śmie­rć, na­pi­sał De­vo­tions upon Emer­gent Oc­ca­sions (1624). Utwór ten za­wie­ra naj­wspa­nial­sze z wszyst­kich na­wo­ły­wań do li­to­wa­nia się nad zma­rły­mi: "Śmie­rć ka­żde­go czło­wie­ka umniej­sza mnie, al­bo­wiem je­stem ze­spo­lo­ny z ludz­ko­ścią. Prze­to ni­g­dy nie py­taj komu bije dzwon. Bije on to­bie". Trzy lata pó­źniej, po śmier­ci bli­skie­go przy­ja­cie­la, na­pi­sał Nok­turn na św. Łu­cję, naj­krót­szy dzień roku:

Wczy­tuj­cie się więc we mnie, przy­szli ko­chan­ko­wie

W po­rze naj­bli­ższej wio­sny, w owym przy­szłym świe­cie:

Nową al­che­mię mi­ło­ści znaj­dzie­cie

We mnie, wsze­la­kiej mar­two­ty osno­wie.

Mi­ło­ść to, któ­rej sztu­ka żywa

Kwin­te­sen­cję z ni­co­ści na­wet wy­do­by­wa,

Przez nie­do­stat­ku, bra­ku i pust­ki ogni­wa

Przy­wio­dła mnie w ru­inę, i dziś mnie prze­mie­nia

W esen­cję pró­żni, mro­ku, śmier­ci, nie­ist­nie­nia[1][2*].

Te wer­se­ty po­wi­nien prze­czy­tać ka­żdy, kto chce le­piej zro­zu­mieć kon­dy­cję czło­wie­ka w cza­sach, w któ­rych lu­dzie żyli dwa razy kró­cej niż dziś.

Świa­do­mo­ść, że śmie­rć mia­ła znacz­nie wi­ęk­szą moc i mo­gła prze­ci­ąć ży­cie czło­wie­ka w sile wie­ku, uczy­ni­ła ży­cie bar­dziej nie­pew­nym. Ozna­cza­ła rów­nież, że wi­ęk­szo­ść lu­dzi, któ­rzy bu­do­wa­li cy­wi­li­za­cje prze­szło­ści, była mło­da. Wiel­ki ho­len­der­ski fi­lo­zof ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia Ba­ruch Spi­no­za - któ­ry po­sta­wił tezę, że ist­nie­je tyl­ko ma­te­rial­ny wszech­świat sub­stan­cji oraz de­ter­mi­ni­stycz­ny zwi­ązek przy­czy­no­wy i że "Bóg", o któ­rym mamy mgli­ste po­jęcie, jest na­tu­ral­nym po­rząd­kiem tego wszech­świa­ta i ni­czym wi­ęcej - zma­rł w 1677 roku w wie­ku czter­dzie­stu czte­rech lat, praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że wdy­chał opi­łki szkla­ne, pra­cu­jąc jako szli­fierz szkieł. Bla­ise Pas­cal, pio­nier teo­rii praw­do­po­do­bie­ństwa i hy­dro­dy­na­mi­ki oraz au­tor My­śli, naj­wi­ęk­szej apo­lo­gii wia­ry chrze­ści­ja­ńskiej, żył za­le­d­wie trzy­dzie­ści dzie­wi­ęć lat; uma­rłby jesz­cze mło­dziej, gdy­by wy­pa­dek, któ­ry obu­dził na nowo jego ży­cie du­cho­we, miał sku­tek śmier­tel­ny. Kto wie, ja­kie inne wiel­kie dzie­ła wy­szły­by spod ręki tych ge­niu­szy, gdy­by dane im było żyć tak dłu­go, jak żyli na przy­kład wiel­ki hu­ma­ni­sta Erazm z Rot­ter­da­mu (sze­śćdzie­si­ąt dzie­wi­ęć lat) i Mon­ta­igne (pi­ęćdzie­si­ąt dzie­wi­ęć lat)? Mo­zart, kom­po­zy­tor naj­do­sko­nal­szej z oper, Don Gio­van­nie­go, zma­rł w wie­ku za­le­d­wie trzy­dzie­stu pi­ęciu lat. Fran­ci­szek Schu­bert, kom­po­zy­tor wznio­słe­go Kwin­te­tu smycz­ko­we­go C-dur (D 956), za­pa­dł praw­do­po­dob­nie na kiłę, gdy miał trzy­dzie­ści je­den lat. Co jesz­cze mo­gli­by skom­po­no­wać, gdy­by dano im żyć sze­śćdzie­si­ąt trzy lata, jak Jo­han­ne­so­wi Brahm­so­wi, lub jesz­cze bar­dziej wy­jąt­ko­we sie­dem­dzie­si­ąt dwa lata po­da­ro­wa­ne An­to­no­wi Bruck­ne­ro­wi? Szkoc­ki po­eta Ro­bert Burns - któ­ry na­pi­sał A Man's a Man for A' That, pie­śń po­chwa­łę ega­li­ta­ry­zmu - kie­dy zma­rł w 1796 roku, miał trzy­dzie­ści sie­dem lat. Co za nie­spra­wie­dli­wo­ść, że po­eta, któ­ry w naj­wy­ższym stop­niu gar­dził odzie­dzi­czo­ną po­zy­cją spo­łecz­ną ("ran­ga to tyl­ko gwi­nei wzór, / Czło­wiek jest zło­tem, nade wszyst­ko"), prze­żył o wie­le lat mniej niż po­eta ce­ni­ący po­zy­cję spo­łecz­ną naj­wy­żej - Al­fred, lord Ten­ny­son, któ­ry zma­rł ob­sy­pa­ny ho­no­ra­mi w wie­ku osiem­dzie­si­ęciu trzech lat. An­to­lo­gia Gol­den Tre­asu­ry Fran­ci­sa Pal­gra­ve'a by­ła­by lep­sza, gdy­by było w niej wi­ęcej Burn­sa, a mniej Ten­ny­so­na. I ja­kże ina­czej wy­gląda­ły­by dzi­siaj ga­le­rie sztu­ki, gdy­by rze­tel­ny Jan Ver­me­er do­żył dzie­wi­ęćdzie­si­ęciu je­den lat, a za­nad­to płod­ny Pa­blo Pi­cas­so zma­rł w wie­ku lat trzy­dzie­stu dzie­wi­ęciu, za­miast na od­wrót?

Ta­kże po­li­ty­ka jest sztu­ką - w ta­kim sa­mym stop­niu na­le­ży do na­szej cy­wi­li­za­cji jak fi­lo­zo­fia, ope­ra, po­ezja i ma­lar­stwo. Naj­wi­ęk­szy po­li­tycz­ny ar­ty­sta w hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych Abra­ham Lin­coln słu­żył w Bia­łym Domu tyl­ko jed­ną pe­łną ka­den­cję, pa­da­jąc ofia­rą za­bój­cy za­le­d­wie sze­ść ty­go­dni po swo­jej dru­giej mo­wie in­au­gu­ra­cyj­nej. Miał pi­ęćdzie­si­ąt sze­ść lat. Ja­kże inna by­ła­by epo­ka od­bu­do­wy, gdy­by ten uro­dzo­ny w drew­nia­nej cha­cie ty­tan pra­cy, au­tor im­po­nu­jącej prze­mo­wy get­tys­bur­skiej - któ­ra na nowo okre­śli­ła Sta­ny Zjed­no­czo­ne jako "na­ród, po­częty z wol­no­ści i od­da­ny prze­ko­na­niu, że wszy­scy lu­dzie zo­sta­li stwo­rze­ni rów­ny­mi" - żył tak dłu­go jak gra­jący w polo, po­tem do­tkni­ęty cho­ro­bą He­ine­go-Me­di­na Fran­klin Ro­ose­velt. Ro­ose­vel­ta utrzy­my­wa­ły przy ży­ciu środ­ki me­dycz­ne - wy­star­cza­jąco dłu­go, aby rządził czte­ry pe­łne ka­den­cje, a zma­rł w wie­ku sze­śćdzie­si­ęciu trzech lat.

Po­nie­waż na­sze ży­cie tak bar­dzo ró­żni się od ży­cia wi­ęk­szo­ści lu­dzi w prze­szło­ści, w du­żej mie­rze z po­wo­du jego dłu­go­ści, mu­si­my wy­si­lać wy­obra­źnię, aby zro­zu­mieć na­szych przod­ków. W Teo­rii uczuć mo­ral­nych, na­pi­sa­nej sto pi­ęćdzie­si­ąt lat przed pa­mi­ęt­ni­kiem Col­lin­gwo­oda, wiel­ki eko­no­mi­sta i teo­re­tyk spo­łecz­ny Adam Smith wy­tłu­ma­czył, dla­cze­go cy­wi­li­zo­wa­ne spo­łe­cze­ństwo nie po­le­ga na woj­nie wszyst­kich ze wszyst­ki­mi - po­nie­waż opie­ra się na wspó­łczu­ciu:

Sko­ro nie do­świad­cza­my bez­po­śred­nio, co czu­ją inni lu­dzie, je­dy­nym spo­so­bem przed­sta­wie­nia so­bie, co oni prze­ży­wa­ją, jest wy­obra­że­nie, co my sami czu­li­by­śmy w ta­kiej sa­mej sy­tu­acji. Je­śli nam nie do­le­ga żad­na tro­ska, ro­zum nie po­wia­do­mi nas w żad­nym przy­pad­ku, jak cier­pi nasz bli­źni, cho­ćby na­wet prze­cho­dził męki. Ni­g­dy też nie po­zwo­li wy­jść poza na­sze wła­sne prze­ży­cia i nie jest w sta­nie tego uczy­nić, zaś po­jęcie do­znań in­ne­go czło­wie­ka jest mo­żli­we je­dy­nie za spra­wą wy­obra­źni. Ta zdol­no­ść wy­obra­źni nie może też po­móc nam w przed­sta­wie­niu so­bie tych od­czuć ina­czej niż uświa­da­mia­jąc nam, ja­kie by­ły­by na­sze wła­sne do­zna­nia w ta­kim przy­pad­ku. Wy­obra­źnia od­twa­rza zaś je­dy­nie im­pre­sje na­szych zmy­słów, nie zaś im­pre­sje in­ne­go czło­wie­ka. Za spra­wą wy­obra­źni sta­wia­my się w jego sy­tu­acji[2].

We­dług Col­lin­gwo­oda do­kład­nie to samo, o czym pi­sał Smith, na­le­ży do za­dań hi­sto­ry­ka. Ja na­to­miast chcia­łbym, aby czy­tel­nik tak wła­śnie po­stępo­wał, gdy na tych stro­ni­cach za­po­zna się ze wskrze­szo­ny­mi my­śla­mi zma­rłych. Naj­wa­żniej­szym ce­lem tej ksi­ążki jest uświa­do­mie­nie so­bie, co spo­wo­do­wa­ło, że cy­wi­li­za­cja za­chod­nia roz­wi­nęła się tak spek­ta­ku­lar­nie pod względem bo­gac­twa, wpły­wu i wła­dzy. Nie może być zro­zu­mie­nia bez wspó­łczu­cia, któ­re sta­wia nas, dzi­ęki wy­obra­źni, w sy­tu­acji lu­dzi z prze­szło­ści. Ten akt będzie o wie­le trud­niej­szy, kie­dy doj­dzie­my do wskrze­sza­nia my­śli miesz­ka­ńców in­nych cy­wi­li­za­cji - któ­rych Za­chód so­bie pod­po­rząd­ko­wał lub przy­naj­mniej od sie­bie uza­le­żnił. Są to rów­nie wa­żne oso­by dra­ma­tu. Ksi­ążka za­tem nie jest hi­sto­rią Za­cho­du, ale hi­sto­rią świa­ta, w któ­rej zja­wi­skiem do wy­ja­śnie­nia jest do­mi­na­cja Za­cho­du.

Lon­dyn, gru­dzień 2010 roku

[1] Don­ne J., Nok­turn na św. Łu­cję, naj­krót­szy dzień roku, w: idem, 77 wier­szy, wy­bór, prze­kł., wstęp i oprac. S. Ba­ra­ńczak, Znak, Kra­ków 1998.

[2] Smith A., Teo­ria uczuć mo­ral­nych, przeł. D. Petsch, PWN, War­sza­wa 1989.

[1*] Col­lin­gwo­od na­zwał "Da­ily Mail" "pierw­szą an­giel­ską ga­ze­tą, dla któ­rej sło­wo "wia­do­mo­ści" utra­ci­ło swe pier­wot­ne zna­cze­nie: fak­ty, któ­re czy­tel­nik po­wi­nien po­znać [...], i zy­ska­ło nowe zna­cze­nie: fak­ty albo fik­cje, któ­rych prze­czy­ta­nie do­star­czy czy­tel­ni­kom roz­ryw­ki".

[2*] Przy­pi­sy bi­blio­gra­ficz­ne znaj­du­ją się na s. 395-426. Prze­kła­dy tek­stów nie­pu­bli­ko­wa­nych w Pol­sce po­cho­dzą od tłu­ma­cza (przyp. red.).

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki