Czandu. Powieść z XXII wieku - Stefan Barszczewski

Kup ebooka

8.40 zł
6.64 zł (6,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ II. TŁO ZATARGU.

 

Wielka wojna 1914-1918 r., przywracając Polsce niepodległość, zapewniła Warszawie rozwój ogromny.

Już podczas tej wojny prasa europejska, omawiając przyszłość stolicy wskrzeszonego państwa zwracała uwagę, że jeżeli zakreślimy na karcie Europy koło promieniem, którego podstawą będzie Warszawa, a szczytem Nordkap, wówczas koło to obejmie całą Europę, sięgając na zachodzie Madrytu, na wschodzie niemal Permu, i zagarnie poza tem na południo-wschodzie Azję Mniejszą, na południu zaś część wybrzeży Afryki północnej.

Warszawa więc jest, pod względem geograficznym, ośrodkiem Europy i jako taka musi odegrać ważną rolę w przyszłości.

Tak przepowiadała prasa europejska i przepowiednia ta spełniła się w zupełności.

W Warszawie zbiegły się nici wszystkich interesów, łączących Europę z olbrzymim Wschodem. Warszawa jednak, jako znająca najlepiej - wskutek półtorawiekowej prawie niewoli, zmuszającej polskie siły żywotne do wyładowywania energji na polu handlu i przemysłu rosyjskiego i azjatyckiego - rynki wschodnie, stała się nietylko olbrzymią stacją tranzytową dla towarów i siedliskiem biur handlowych i przemysłowych całej Europy zachodniej, ale niejako zwierciadłem wklęsłem, w którem ześrodkowały się wszelkie zamysły polityczne, płynące ze wschodu na zachód lub odwrotnie.

Znaczenie to Warszawy zarysowało się zwłaszcza od chwili, gdy doszło do skutku dzieło, będące wynikiem logicznym idei, wyrosłej na gruncie traktatu wersalskiego przez utworzenie Ligi narodów, mianowicie od chwili, gdy stanęła Federacja ludów Europy.

Wprawdzie nie Polsce, lecz słonecznej Francji przypadł - zresztą zupełnie słusznie - zaszczyt posiadania w swych granicach stolicy Europy sfederowanej. W cichym Wersalu zasiadł areopag przedstawicieli ludów sprzymierzonych, niemniej Warszawa, stolica państwa, o które uderzały od wieków fale kultury innego świata, stała się całkiem naturalnie eksponentem tej kultury, tłumaczem jej wobec reszty narodów europejskich.

Dziś miasto-olbrzym, nowa Warszawa wchłonęła w siebie starą, z początku dwudziestego wieku, tak, że tylko dawne mapy i plany dawały o niej pojęcie. I nie dziw, bo stare dzielnice stanowiły już zaledwie cząstkę tego ogromnego ciała, które rozrosło się z nich na wszystkie strony w promieniu dziesiątków kilometrów, a przytem ulice i place podległy takim zmianom regulacyjnym, zastosowanym do potrzeb nowoczesnych, że wobec nich głośne burzenie starego Paryża przez Haussmana za Napoleona III możnaby nazwać igraszką. Ocalał jedynie sędziwy rynek Starego Miasta, były Zamek Królewski i gdzie niegdzie budowla historyczna, nie przeszkadzająca w przeprowadzeniu planu regulacyjnego. Były to jedyne nieme świadki wieków romantyzmu politycznego, w których przy wszelakich poczynaniach przeważało rozrzewnienie nad przeszłością, czułość dla dzieła ojców i praojców. Dziś nad wszystkiem górowały względy praktyczności, nad wszystko wybijał się cel ułatwienia, uprzyjemnienia życia.

Nowa, ogromna Warszawa, rozciągająca się częściowo i na gruzach starej, zbudowana zaś na podstawie astronomicznej, propagowanej już na początku dwudziestego wieku przez zasłużonego urbanistę francuskiego, Augustyna Reya, stała się dziś miastem pełnem światła, przenikającego wszędzie, pełnem przestrzeni, umajonej zielenią bulwarów i parków. Zagrażający jej swego czasu system potwornych drapaczów niebios, czyniących z niektórych miast amerykańskich ciemne, wilgotne wąwozy górskie, a być może potrzebny wówczas dla szybkiego załatwiania interesów handlowych i przemysłowych wobec niewystarczających środków komunikacji - mógł być tutaj w czas poniechany dzięki ogromnym postępom techniki na wszelkich polach działalności ludzkiej.

Wzdłuż ulic wyrosły przeważnie domy czteropiętrowe, dostosowane do charakteru otoczenia stylem i barwą, o ścianach jakby polerowanych, gładkich, łatwych do czyszczenia, oknach wielkich i o dachach płaskich, stanowiących platformy dla samolotów, używanych powszechnie.

Dzięki specjalnym instalacjom termicznym i przyrządom, ułatwiającym spływanie wody, dachy te, napozór niepraktyczne w kraju zim nieraz bardzo śnieżnych, przyjęły się łatwo ze względu na ogromną wygodę żeglugi powietrznej.

Co jednak w nowem mieście uderzało najbardziej, to przezroczystość atmosfery, brak dymu i sadzy, brak tak charakterystycznych w dawnych budowlach kominów.

Bo też wiek węgla kamiennego i drzewa, jako opału, minął bezpowrotnie. Wszechwładnie zapanowała elektryczność, dostarczająca ciepła, siły poruszającej w zakładach przemysłowych, roznosząc wymianę myśli i obrazy zdarzeń po świecie całym, a źródłem jej stał się nie węgiel czarny, cuchnący, dymiący, ciężką pracą dobywany z głębin ziemi, lecz węgiel biały - woda.

Wyzyskanie nareszcie praktyczne ogromnej siły przypływów i odpływów mórz i oceanów, tudzież wodospadów i potoków górskich, dostarczało aż nadto prądu elektrycznego dla rozgrzania wszystkich domów, puszczenia w ruch wszystkich kolei i warsztatów świata.

Wprawdzie wskutek intensywnego wyzyskiwania tej siły przyrody przestały istnieć przepiękne widoki Szafuzy, Giessbachu, Staubachu, Tivoli, Feveroery, Imatry, Niagary, Juansectlanu, Wiktorji, Iguassu i t. d., tak zachwycające romantycznych przodków, cóż jednak znaczyła ta strata niematerjalna wobec korzyści materjalnych, wobec ulżenia pracy ludzkiej, ułatwienia życia człowiekowi, zniknięcia tych krążących dniem i nocą po wszystkich torach kolejowych pociągów z węglem, brudnych, zanieczyszczających wszystkie kraje i pochłaniających niepotrzebnie tyle miejsca i trudu?

Z politowaniem i grozą wspominano teraz o tych niewolnikach podziemi, skazanych na brudną, ciężką pracę przy mdłych światełkach lamp górniczych i wciąż narażonych na niebezpieczne choroby lub na wybuchy gazu piorunującego.

Wszak rzesze te, pracujące w tak ciężkich warunkach, najczęściej wybuchały niezadowoleniem słusznem i stawały się przyczyną przewlekłych zastojów w przemyśle i normalnym postępie świata, porzucając ponure podziemia.

Dziś zdumiewano się poprostu, jak takie stosunki istnieć mogły, mówiono o nich, jak w wieku dwudziestym o czasach niewolnictwa.

Coprawda, nie przestała istnieć potrzeba dobywania z łona ziemi jej bogactw, ale olbrzymie postępy techniki ułatwiły niezmiernie pracę ludzką. Woda i wytwarzana przez nią elektryczność zmywały lub wysysały z ziemi siłą potężną jej skarby.

I to jednak już tylko w t. zw. odkrywkach, bo od czasu wynalezienia wyrobu, drogą syntezy, złota, srebra i kilku innych metali, uważanych jeszcze w wieku dwudziestym za pierwiastki - zagłębianie się w skorupę ziemską - przy pomocy kosztownych przyrządów na setki metrów i kopanie tam szybów kilometrowych nie opłacało się wcale.

A jeżeli w wiekach ubiegłych maszyna wypierała stopniowo pracę ręczną, to teraz maszyny robiły niemal wszystko z tą tylko różnicą, że człowiek stał się teraz panem maszyny, gdy przedtem był jej niewolnikiem.

Pod tym względem selekcja sił robotniczych, oparta na ścisłych badaniach naukowych, których owocem były metody, umożliwiające dokładne określenie uzdolnienia każdego indywiduum, wydała rezultaty nadzwyczajne. Rytm pracy ludzkiej nie potrzebował już pędzić za rytmem maszyn. Właściwi ludzie znaleźli się na właściwych miejscach. Praca stała się przyjemnością, zamiast być ciężarem dla człowieka.

Jeżeli już mowa o pracy brudnej i ciężkiej, to w nowych miastach przestało też być zagadnieniem trapiącem: czyszczenie ulic i utrzymywanie w porządku domów. Pneumatyczne wsysacze nieczystości i kurzu, używane w dwudziestym wieku tylko w wielkich hotelach i zamożnych domach, oswobadzały teraz codziennie ze skrupulatną dokładnością ulice i place ze wszelkich brudów, wpychając pył zebrany do rur podziemnych, skąd dostawał się, pędzony przez prąd powietrza, do palenisk elektrycznych, zamieniających go w popiół. I w tym jednak procesie palenia uniknięto wytwarzania dymu przez zastosowanie wchłaniaczów sadzy i gazów. Tak samo udoskonalony system kanalizacji oswobadzał domy z nieczystości i śmieci, automatycznie dzielił je na części stałe i płynne, odkażał lub palił, wytwarzając nawozy sztuczne, choć pod tym względem azot, otrzymywany z powietrza na ogromną skalę, czynił zadość potrzebom rolnictwa.

Jeżeli wszakże z jednej strony elektryczność spełniała funkcje tak rozliczne w mieście nowoczesnem, to z drugiej - przestała być w każdym razie jedynem źródłem światła.

Wyręczały ją pod tym względem promienie słoneczne, chwytane w odpowiednio urządzone przewodniki, rozprowadzone po kuli ziemskiej tak, że gdy na jednej połowie ziemi panowała noc, to światło dzienne spływało na nią z drugiej półkuli, tryskając ożywczemi promieniami ze szczytów latarni ulicznych lub lamp pokojowych, regulowane co do natężenia przez barwne filtry kryształowe. Zakłady zaś, chwytające promienie słoneczne, budowano na szczytach górskich, aby dać konsumentom czyste światło górskie, obfitujące w promienie ultrafioletowe, tak zbawcze przy niektórych cierpieniach organizmu ludzkiego.

Ale właśnie te promienie ultrafioletowe i cieplne promienie czerwone stały się przedmiotem sporu zaciętego pomiędzy zwolennikami nowego światła a elektryczności. Pierwsi radowali się z triumfu wiedzy ludzkiej, drudzy zaś nazywali inowację szkodliwem pogwałceniem praw natury, domagających się nocnego odpoczynku dla organizmu po dziennem natężeniu światła, i przekładali sztuczne światło elektryczne, jako mniej męczące. Takie jednak spory nie powstrzymują postępu świata. Wszak po wynalezieniu piorunochronów przez Franklina twierdzono, że piorunochrony sprowadzają pioruny; po wynalezieniu piór stalowych ludzie, piszący piórami gęsiemi, przepowiadali najgorsze następstwa dla zdrowia śmiałkom, hołdującym nowemu wynalazkowi; po wynalezieniu gazu oświetlającego mnóstwo amatorów urządzeń odwiecznych wolało jeszcze świeczki łojowe i lampy olejne, a po wynalezieniu oświetlenia elektrycznego - lampy gazowe. Trudno! Bez konserwatystów nie odczuwalibyśmy całej doniosłości postępu.

Z rozwojem olbrzymim miasta szedł w parze, a nawet wyprzedzał go i umożliwiał, rozwój komunikacji. Chodniki ruchome, podziemne koleje elektryczne i pneumatyczne, samoloty i samochody, dostępne dla każdego i dogodne ze względu na niezmiernie lekkie a potężne akumulatory, o których Edison już marzył, ułatwiały szybkie połączenia pomiędzy najodleglejszemi dzielnicami. O koniach, jako środku lokomocji, zapomniano. Piękne te zwierzęta stały się raczej ornamentem życia, środkiem do rozrywki zdrowej i atrybucją sportsmanów, wyścigi bowiem konne nie przestały przyciągać ludzi, pragnących emocji. Oczywiście i w rolnictwie rola konia i wołu skończyła się prawie zupełnie, przynajmniej w cywilizowanej Europie i Ameryce, wobec gospodarstw bezinwentarzowych, powszechnego zastosowania traktorów elektrycznych do pługów, bron, żniwiarek i t. p., to też, aby zwierzęta nie pożarły ludzi, powstrzymano sztucznie reprodukcję inwentarza żywego tak, że zaspakajał tylko potrzeby sportu i aprowizacyjne.

Zyskała też na tem czystość miasta tak wielkiego, ruchliwego i różnojęzycznego, jak Warszawa. Różnojęzycznego i niezmiernie barwnego z tego względu, że starcie się dwu kultur: zachodniej i wschodniej tu, w tym ośrodku odwiecznego terenu starcia, wycisnęło na niem, wskutek nowego politycznego ustosunkowania się świata, piętno wybitne.

Federacja Europy stała się, jak już wspomnieliśmy, faktem. Ludy europejskie zrozumiały bowiem nareszcie, że inaczej Europa musi dojść do zupełnego rozstroju politycznego i gospodarczego. Bo te dwie sprawy stały w tak ścisłym związku, że jedna wchłaniała wprost drugą.

Od czasu wielkiej wojny światowej 1914-18 roku przestano myśleć o podbojach politycznych, pozostały jednak dążenia do podbojów ekonomicznych, dążenia te zaś zakończyły się już niejednokrotnie walkami krwawemi i rujnującemi. Wskutek tego wyczerpywania się perjodycznego sił twórczych ludów europejskich w walkach o podboje ekonomiczne, wpływ ekonomiczny Ameryki anglo-saskiej, żyjącej obecnie życiem zupełnie odrębnem, ale nie przestającej rozwijać się bez przerwy - stawał się coraz groźniejszy. Podzielona na państwa sobie wrogie, Europa musiała albo zjadać się nawzajem, marnieć, wegetować i być wasalem ubogim Ameryki, albo też zjednoczyć się w dążeniach i celach dla dobra społeczeństw swoich i przeciwstawić federacji wolnych ludów Ameryki federację ludów europejskich.

W pracy nad doprowadzeniem do urzeczywistnienia tego dzieła niemałą rolę odegrał Adam Znicz, jako jeden z delegatów Polski w Lidze Narodów.

Światły umysł jego, obejmujący wielkie widnokręgi, przy wrodzonej Polakom miękkości i łagodności charakteru, tudzież przy dążności do działań pojednawczych, tworzenia związków, opartych na dobrowolnej ugodzie wzajemnej, co się tak wybitnie odzwierciedliło w dziejach tego narodu - zrozumiał niebezpieczeństwo.

To też był jednym z najgorliwszych rzeczników federacji, a gdy te usiłowania jego i podobnych mu europejskich mężów stanu odniosły, pomimo upartego oporu Rzeszy niemieckiej, zwycięstwo ostateczne, wówczas stał się jednym z najpopularniejszych mężów w Polsce.

Lecz wzrok duszy jego sięgał jeszcze dalej.

Widział, że choć Europa dzięki federacji ma zapewniony spokój wewnętrzny i niezależność gospodarczą, choć ludy jej żyją teraz w pełni dostatku materjalnego i beztroski, to jednak właśnie beztroska ta i radość życia zasłania im widok innego, bliższego niebezpieczeństwa, na które narażona jest Europa, a przedewszystkiem jego kraj rodzinny.

Niebezpieczeństwem tem była nawała wschodnia.

Aby zrozumieć obawy Znicza, należy rzucić jeszcze okiem na stosunki społeczne, które wytworzyły się w ciągu ostatniego wieku na ziemi.

Świat stanął wobec zagadnienia, tworzącego czworokąt, którego kąty przedstawiały cztery kierunki sprzeczne. Kwintesencję indywidualizmu - anarchję i kwintesencję socjalizmu - komunizm, stojące naprzeciwko siebie tak, jak z drugiej strony stanęły: kapitał, nie w znaczeniu jednak marksowskiem, lecz jako symbol sił twórczych i potęgi umysłu, oraz praca, jako czynnik odtwórczy, wykonawczy.

Wprawdzie oba pierwsze kierunki uzasadniały uporczywie istnienie swe potrzebą obrony pracy przed kapitałem, panowanie jednak bolszewizmu w Rosji wykazało całą bezpodstawność tego twierdzenia, niosąc za sobą terror okrutny, niesłychany w dziejach świata, przelewając morze krwi i niszcząc razem z kapitałem także pracę, a nawet chęć do niej, rozleniwiając tłumy i zastępując współzawodnictwo twórcze tępym etatyzmem i martwą literą dekretów.

Dekretami jednak, opartemi na bagnetach i na mieczu katowskim, nie buduje się świata. Rosja więc stała się wielkiem, strasznem cmentarzyskiem nietylko ludzi, ale wszelkiej pracy ludzkiej.

Pomimo to bolszewizm, jako schlebiający najgorszym instynktom człowieka-zwierzęcia i podniecający straszliwe apetyty motłochu, przewalił się falą czerwoną po Europie. I dopiero, gdy ludy europejskie odczuły na własnej skórze grozę zagłady kultury i cywilizacji, wytworzonych przez długie wieki ewolucji - nastąpiło otrzeźwienie; kapitał i praca, w znaczeniu powyżej podanem, zetknęły się, zbliżając się stopniowo ku sobie drogą kooperacji, na przekątnej czworoboku i zagrodziły drogę czynnikom zguby.

Na tej podstawie wyrósł w Europie nowy gmach działalności ludzkiej. Zaczął się okres pracy pokojowej, opartej na współdzielczości w najszerszym zakresie, poszanowaniu współzawodnictwa, jako bodźca do czynu i udoskonalenia produkcji, wreszcie na rehabilitacji własności indywidualnej, a namiętne hasło Brissota: ˝La propriété c'est le vol˝ - przestało, po krwawych eksperymentach bolszewizmu, hipnotyzować nawet doktrynerów. Zaczął się okres, ustalony ostatecznie przez Federację europejską.

Już teraz myślano tylko o jak największem uproszczeniu pracy, o zdobywaniu dla człowieka jak największej sumy zadowolenia materjalnego.

Olbrzymie postępy techniki i ścisłe, naukowe badanie zdolności ludzkich ułatwiły to zadanie.

Dobrobyt stał się powszechny, beztroska o los obejmowała coraz szersze masy. Ale uporczywe to dążenie do zapewnienia wszystkim dobrobytu materjalnego, stawiania ponad wszystko względów praktyczności wywołało w ludziach chęć jak najdłuższego utrzymania tego stanu rzeczy.

Zadanie to było trudne, liczba bowiem ludzi zwiększała się coraz bardziej, i groziła możliwość niezaspokojenia prawa wszystkich do beztroski i dobrobytu. Toć już na początku dwudziestego wieku geograf angielski, prof. uniwersytetu londyńskiego, J. W. Gregory obliczał, że w r. 2050-ym ziemia nasza osiągnie maximum ludności, jaką wyżywić będzie mogła, w roku zaś 3000-ym ludność ziemi dosięgnie 700 miljardów, t. j. liczby niemożliwej do wyżywienia, choćby całą planetę naszą od bieguna do bieguna zamienić w jeden ogród kwitnący. Pomimo wszelkich reform społecznych, pomimo olbrzymich postępów wiedzy zaczynano stwierdzać, że niesposób tylko tą drogą zapobiec istnieniu proletarjatu.

Niemałą tu rolę odgrywały dwa czynniki: z jednej strony postępy na polu przedłużania życia ludzkiego, zwalczania choroby starości, wskutek czego liczba ludzi, cieszących się pomimo wieku kalendarzowego pełnią sił żywotnych, wzrastała ciągle, z drugiej zaś strony nauka Galtona osiągnęła wyniki wspaniałe. Rozwój eugenizmu stał się troską wszystkich rządów. Rodziły się pokolenia zdrowe, uzdolnione do życia pełnego, bez ułomności.

Swego czasu Dühring dowodził, że w miarę zwiększania się ludności, zwiększa się też jej zdolność do wyżywienia się, a Doubleday i Sadler twierdzili, że rozrodczość zmniejsza się, im lepiej odżywia się człowiek. Carey i Spencer byli zdania, że ludzie tem mniej się rozmnażają, im więcej rozwijają się duchowo; według zaś niektórych teoretyków socjalizmu, jak Fourier, lepsza organizacja społeczeństwa dostarczy też wszystkich potrzebnych środków istnienia.

Rzeczywistość obaliła te rozumowania. Możność utrzymania organizmu ludzkiego w długotrwałym, jeżeli nie wiecznym stanie młodości i zdrowia, wzmogła rozrodczość ludzi. Wywołało to zazdrość o dobrobyt własny, obawę o jego utracenie. Naturalnym więc biegiem rzeczy przystąpiono do ograniczenia liczby narodzin.

System posiadania jednego tylko lub co najwyżej dwojga dzieci dotarł z miast do wiosek; propaganda Ligi Malthusa zwyciężyła we wszystkich krajach Europy. Ludność krajów europejskich utrzymywała się na poziomie stałym, pozwalającym żywić nadzieję, że zbudowany z takim trudem gmach dobrobytu powszechnego przetrwa już wieki.

I oto na tem tle zarysował się zatarg Europy z olbrzymim Wschodem.

Tam nie dotarły jeszcze, za wyjątkiem kresowej, wyspiarskiej Japonji, nowe idee społeczne. Olbrzymie masy kontynentu azjatyckiego, przetrawiające wciąż cywilizację swą z przed tysiącoleci, skamieniały w niej, jak wciąż jednakowy w perspektywie wieków styl garnka chińskiego lub budowli chińskiej, gardziły pomysłami ˝białych djabłów˝. Ustrój umysłowy tych mas, napozór pokornych i dających poniewierać sobą, pozostawał wciąż zagadką dla socjologów i psychologów europejskich.

Nawet usiłowania publicystów-reformatorów z XIX i XX wieku, jak Czang-szi-tung, Kang-ju-waj lub Liang-ki-czao, nie przetrwały długo. Skierowana chwilowo na tory cywilizacji aryjskiej, dusza rasy mongolskiej cofnęła się znów, skurczyła, jak ślimak w swej skorupie.

Wprawdzie zdobycze techniki święciły i tam triumfy, i nie było już miasta w Chinach, Tybecie, Mongolji lub Turkiestanie, w którem nie osiedliliby się przedstawiciele rasy białej, a rozwój lotnictwa pozwalał docierać do najbardziej tajemniczych dolin i wąwozów Tienszanu, Ałtaju, Karakorumu albo Himalajów, niemniej olbrzymie mrowie azjatyckie kroczyło własnemi, niezrozumiałemi dla Europejczyka torami i, pomimo przerastającej pojęcia europejskie nędzy, pomimo panującego wciąż jeszcze haniebnego dla Europejczyka handlu ˝mui-tsaj˝ [małoletniemi dziećmi z powodu niemożności ich wyżywienia.] - mnożyło się w dalszym ciągu bez miary, nie chcąc słyszeć o neomaltuzjanizmie.

I zaczął wreszcie przelewać się coraz większym strumieniem poza brzegi tej czary azjatyckiej nadmiar jej ludności.

Ale Ameryka zamknęła przed nim już dawno hermetycznie podwoje swego lądu. Za przykładem tym poszła też Australja. Indje holenderskie poniewczasie spostrzegły niebezpieczeństwo, gdyż zalała je już fala Mongołów. W każdym razie i one zdecydowały się na krok stanowczy. Co zaś tyczy się t. zw. Indyj Wschodnich, tworzących obecnie także federację państw wolnych, to ogromna ich ludność, przedsiębiorcza i natarczywa sama, nie dopuszczała do inwazji mongolskiej. Pozostawała zatem tylko niezmierna granica północna i zachodnia. Tam to parła, przyciągana dobrobytem i wolnem miejscem, inwazja mongolska. Najpierw południowe krańce Syberji, a potem wschód Rosji europejskiej ujrzały coraz liczniejsze zastępy tych potulnych, gotowych do wszelkich usług, począwszy od niańczenia dzieci, a skończywszy na zimnem morderstwie - wykonywanych z jednakową skrupulatnością i sumiennością - cicho stąpających i usuwających się każdemu z drogi, kosookich, żółtolicych przybyszów.

Beztroskie, syte, posiadające teraz zawsze środki na opłacenie swych przyjemności, masy europejskie wyręczały się chętnie w wielu zajęciach, czy to domowych, czy też gospodarskich, zabawnemi dla nich, posłusznemi, jak marjonetki, postaciami, uważając je za nieszkodliwe, bowiem obce, których, jako nieobywateli Polski i Federacji europejskiej, pozbyć się łatwo. Masom tym dogadzało wysługiwanie się obcymi przybyszami, brakło zaś zmysłu wstrętu rasowego, tak właściwego rasie anglo-saskiej.

Najście więc Mongołów, ciche, przeciskające się wszystkiemi najwęższemi szczelinami granic, trwało bez przerwy.

Znalazły się wszakże umysły spostrzegawcze, które, badając stopniowy wzrost zjawiska, dostrzegły wkońcu niebezpieczeństwo i zatrąbiły na alarm.

Śród pierwszych, którzy to uczynili, był Adam Znicz.

I całkiem naturalnie.

Bo jeżeli nawet na olbrzymich przestrzeniach państw napoły mongolskich, utworzonych na miejscu byłego imperjum rosyjskiego, zaniepokojono się tem zjawiskiem, to cóż mówić o Polsce, a zwłaszcza o jej stolicy, stanowiącej dziś olbrzymie wrota do Europy zachodniej?

Tu, w tem mieście-olbrzymie, powstała już na prawym brzegu Wisły, w miejscu, gdzie jeszcze w dwudziestym wieku ciągnęły się lasy Miłosny, cała dzielnica mongolska.

I jak niegdyś turyści, zwiedzający San Francisco, zaglądali obowiązkowo do dzielnicy, zwanej ˝Miastem chińskiem˝ (China Town), tak teraz Warszawa dawała im tę samą sposobność, ale w daleko szerszym zakresie. W warszawskiem ˝Mieście azjatyckiem˝ rozsiadły się teatry i restauracje nietylko chińskie, ale także koreańskie, tybetańskie, syjamskie i anamickie. Na każdym kroku zwracały tu uwagę dziwaczne szyldy, barwne wystawy sklepowe, słupy uliczne z powiewającemi na nich w dni świąteczne papierowemi smokami, ptakami i flagami. I nieraz zamigotał w oczach przechodnia z głębi świątyni o dachach kanciastych i zakrzywionych złocony posąg Buddy, a w nozdrza wpadała woń przenikliwa wonnych pałeczek drewnianych, tlących się przed ołtarzykami domowemi Azjatów.

Z dzielnicy tej wylegały codziennie na Warszawę tysiące kosookich postaci, śpiesząc bądź na usługi do białych, nie znających już dawnej patrjarchalnej służby domowej, bądź to na handel domokrążny lub do zajęć najrozmaitszych, stanowiących niejako odpadki pracy, na których podniesienie nie chciał się trudzić beztroski, syty Europejczyk, szczególnie zaś lekkomyślny i wesoły Polak.

Doszło do tego, że mnogość Azjatów wycisnęła na Warszawie piętno specyficzne, jak niegdyś mnogość Żydów chałatowych na jej dzielnicach żydowskich.

Ale Żydzi zeuropeizowali się już zupełnie.

Gdy federacja państw sama zajęła się regulowaniem handlu i przemysłu, a ruch spółdzielczy objął wszystkie warstwy społeczeństwa, gdy wreszcie złoto przestało być miernikiem wartości - skończyła się rola Żydów.

Stopniowo natomiast, choć tłumiona energicznie i z niesłychaną zręcznością przez wpływy tajemnicze, na gruncie europejskim wyrastała kwestja mongolska.

Przenikliwy umysł Znicza widział to wyraźnie i dzięki niezmordowanym badaniom osiągnął wyniki nadspodziewane:

Zdobył przeświadczenie, że poza najazdem pokojowym kryje się też - najazd zbrojny.

Z chwilą tą nie wahał się już dłużej i wystąpił w parlamencie europejskim, wskazując na ˝Żółte niebezpieczeństwo˝.

Ci jednak, którym to było potrzebne, przypomnieli sobie wówczas, że już w dziewiętnastym wieku niektórzy politycy, a śród nich zarozumiały cesarz Niemiec Wilhelm II, potrząsali tym straszakiem, ale wywołali tylko śmiech i drwiny z siebie. Prasa nawet wyszukała w archiwach rysunek, przedstawiający rzekome to niebezpieczeństwo, a wykonany ręką zarozumiałego monarchy.

I echo tego śmiechu z przed dwustu prawie lat przylgnęło narazie do Znicza. Altruizm, podsycany przez błogie uczucie dobrobytu, po tylu wiekach krwawych wojen i niedostatku nie mógł darować temu ˝nacjonaliście˝ nowego typu zakłócenia beztroski Europy.

Lecz Znicz nie dał się zbić z tropu. Musiały wkońcu przemówić dokumenty, które zebrał, a których wciąż mu przybywało, znalazł bowiem jednostki również zastanawiające się nad niebezpiecznem zjawiskiem i badające je w cichości z zamiłowaniem szperaczów, ale - jak się często zdarza - zbyt bojaźliwe, wobec groźnych wpływów, które odczuwały i do których źródła dotarły, aby zebrane materjały przedstawić bezpośrednio ogółowi.

Zasilany przez nie, Znicz mógł zadawać razy coraz skuteczniejsze zbijającym jego argumenty przeciwnikom, mógł druzgotać ich altruizm i optymizm.

Walka jednak była ciężka, gdyż wciąż jeszcze odgrywał w niej rolę i ten wzgląd, że Europa, zwłaszcza zachodnia, przywykła niedowierzać ostrzeżeniom, płynącym z Polski, choć tyle już razy na własnej skórze odczuła skutki tego niedowiarstwa. Im dalej na zachód, z tem większą obojętnością przyjmowano już od wieków te głosy ostrzegawcze narodu, który wzrokiem i słuchem, wyostrzonym przez długoletnią niewolę, widział i rozumiał to, czego widzieć i rozumieć nie chciały szczęśliwsze od niego narody Zachodu.

Przyczyniła się niewątpliwie do tego prasa, będąca wówczas na usługach polityki różnych rządów i nazwana, dzięki wpływowi, wywieranemu na masy, czwartem mocarstwem.

Wprawdzie wpływ ten upadał stopniowo, i już w dwudziestym wieku można było zauważyć, że w krajach o wysokiej kulturze politycznej nie dzienniki kierowały opinją publiczną, lecz przeciwnie raczej opinja kierowała prasą - jednakże prasa nie utraciła znaczenia, jako informator i szperacz dziejowy.

Wygląd dzienników zmienił się zupełnie. Gdy w dwudziestym jeszcze wieku obrazki były w nich dodatkiem, a obszerne rozważania spraw politycznych i społecznych - treścią, obecnie, dzięki olbrzymiemu postępowi iskrowego przesyłania nietylko rozmów, lecz i obrazów z życia, lwią część dzienników zajmowały obrazki z chwili bieżącej, podawane z dnia na dzień, jak poprzednio depesze, szczupły zaś, w porównaniu do dawnych dzienników, tekst wypełniały komentarze, informacje i dział rozrywkowy.

Ale i krótkie, niewinne napozór uwagi mogą być niebezpieczne.

Gdy zaś nawet ze strony dzienników najbardziej czytanych przez masy, ze względu na bezbrzeżną płytkość i dobór obrazków sensacyjnych, dzienników, unikających zwykle wszelkich spraw politycznych, aby zadosyćuczynić pożądaniu kwietyzmu ze strony czytelników, posypały się ukryte strzały pod adresem propagatora nowej walki - Znicz odczuł już zupełnie wyraźnie działanie wpływów, usiłujących za wszelką cenę zbagatelizować jego agitację.

Ale i te knowania przyczyniły się tylko do umocnienia w nim poczucia słuszności, i oto pewnego dnia wystąpił znów przed parlamentem wersalskim, ale tym razem już z nagłym wnioskiem konkretnym, żądając zupełnego zamknięcia sfederowanej Europy przed najściem Azjatów, a nawet usunięcia z jej granic tych, którzy ostatniemi czasy napłynęli zbyt gromadnie pod różnemi pozorami.

Oczywiście, znów powstała ogromna wrzawa śród pacyfistów i altruistów, a rozważny parlament Europy, pojmując całą doniosłość wniosku posła warszawskiego, odesłał go do komisji dla bliższego zbadania, odrzucając jego nagłość.

I tem niezrażony Znicz czekał cierpliwie, pewny swego, choć coraz częściej otrzymywał różnemi drogami najpierw rady i ostrzeżenia rzekomo przyjacielskie, a następnie wprost już groźby.

Cierpliwość ta wszakże nie była wystawiona na zbyt długą próbę, albowiem na parę zaledwie dni przed obchodem ˝Cudu nad Wisłą˝ ajenci posła dostarczyli mu ów dokument niezmiernie ważny, o którym wspomnieliśmy w pierwszym rozdziale, a który musiał wpłynąć rozstrzygająco na losy wniosku o zamknięciu granic Europy dla Azjatów.

Tak stały sprawy, gdy, powróciwszy z obchodu, Znicz stwierdził wtargnięcie niepożądanych gości do swego mieszkania.

 

ROZDZIAŁ I. PAMIĘTNA ROCZNICA.

 

Śród burzliwych oklasków wstąpił na estradę olbrzymiej hali i mówił głosem, jak spiż, dźwięcznym i donośnym:

- Półtora wieku mija dzisiaj od ˝Cudu nad Wisłą˝. Tak nazwali, jak wiecie, przodkowie nasi ową chwilę pamiętną, gdy wysiłek całego narodu, przy pomocy szlachetnych synów Francji, odparł od murów stolicy naszej nawałę hord bolszewickich. Tak, stał się cud, bo zdawało się, że już niema dla nas ratunku. Biedne, zmęczone wojsko nasze cofało się pod naporem ciżby, której groziły kule bataljonów mongolskich, ustawionych na jej tyłach, a nie znających miłosierdzia dla ludzi, na których mordowanie, w razie oporu władzy bolszewickiej, sprowadzili je z głębi Azji, jako najmitów, semiccy przedstawiciele tej władzy. Zdawało się, że niema ratunku. Żołdacy moskiewscy wtargnęli już do lasów, wznoszących się wówczas na miejscu, gdzie dziś rozpościera się dzielnica grodu naszego, Miłosna, gdy oto od południo-zachodu, a następnie i od północo-zachodu uderzyły na najeźdźców te same wojska nasze, które dnia poprzedniego cofały się jeszcze...

Serce Warszawy drgnęło...

Całe miasto zamieniło się w obóz, i szły na front nieprzerwane szeregi żołnierzy, z dnia na dzień wyćwiczonych. I widziano kobiety w szarych mundurach żołnierskich, i wyrostków kilkunastoletnich obok starców sędziwych, i kapłanów, walczących i ginących w okopach...

Zaiste, zazdrościć możemy tym, którzy te wielkie chwile przeżywali, gorączkowym wzrokiem patrzyli na ten cud, na zmartwychwstającą ojczyznę naszą...

A gdy tak mówił, głęboka cisza zaległa halę ogromną. I płynęły słowa spiżowe w przestwór. A nie zatrzymywały ich mury, śród których padały bezpośrednio z ust mówcy.

Słyszano je również w Krakowie, we Lwowie, w Poznaniu, w Gdańsku, w Wilnie, słowem, wszędzie, gdzie mowa polska rozbrzmiewa, słyszano je jednocześnie, tak samo wyraźnie i donośnie.

Więcej jeszcze, widziano postać mówcy żywą, w barwach naturalnych, odbitą na ekranach, bo telekinematograf przenosił nietylko dźwięki, lecz i obrazy na odległość dowolną.

A gdy w salach tych, o setki kilometrów odległych od Warszawy, bito mówcy oklaski, grzmot ich rozlegał się tak samo wyraźnie i w hali, w której przemawiał bezpośrednio do współobywateli.

- Dziś - ciągnął - gdy z oddalenia półtora wieku spoglądamy na te czyny ofiarne, gdy przypominamy sobie warunki, śród których ci ludzie działali, to, zaprawdę, serca nasze wypełnia po brzegi, rozsadza, jedno uczucie: podziwu i czci dla tych bohaterów wolności.

- Bo przypomnijmy sobie my, ludzie pewni jutra, syci, odziani zawsze dostatnio, nie znający dolegliwości sędziwego wieku, zimna, głodu i braku pracy, my, którym chmury nie zasłaniają promieni słonecznych, a widmo chorób strasznych, dziesiątkujących ludzkość w owe czasy, nie staje przed oczyma, my wreszcie, członkowie Federacji ludów Europy - przypomnijmy sobie - powtarzam - jak przodkowie nasi walczyli: O chłodzie i głodzie, w łachmanach, bez widoku jakiejkolwiek nagrody lub przynajmniej zabezpieczenia bytu, szli w ogień weseli i chętni z zapałem w sercach gorących dla myśli jednej: Wolności ojczyzny! A gdy osiągnęli ten cel niebosiężny, wracali często do nor ciemnych i wilgotnych, do walki o kawałek chleba. I nie dziw, że nieraz bunt w nich wzbierał, że ulice naszego grodu rozbrzmiewały wyciem protestu, że podnosiły się pięści i padały strzały. Niech jednak tylko rozległ się okrzyk: Do broni! Ojczyzna zagrożona! - ci sami nędzarze protestujący stawali karnie w szeregach, śpieszyli tam, skąd niebezpieczeństwo zagrażało, i po całej Polsce rozlegał się znów okrzyk potężny: ˝Nie damy ziemi, skąd nasz ród!˝

- Takim był heroizm wolności przodków naszych, którego my dzisiaj zbieramy owoce.

Gdy mówca głosem dźwięcznym, hipnotyzującym tłumy, wyrzekł słowa powyższe, całe audytorjum, jak jeden mąż, zerwało się na nogi i z tysięcy piersi gruchnęła pieśń popularna:

Cześć bohaterom, cześć,

Cześć bojownikom wolności!

 

I przelewały się nuty śpiewne po hali, uderzały o jej sklepienia, leciały na skrzydłach prądów elektrycznych po całej ziemi polskiej.

Lecz mówca stał wciąż na estradzie. Znać było, że jeszcze nie skończył, że jeszcze ma coś do powiedzenia. Znów więc cisza zapanowała na sali, on zaś spokojny, wyniosły, ciskając z oczu promienie groźne, mówił głosem wibrującym, jak struny silnie trącane:

- Przypomniałem wam, obywatele, heroizm przodków naszych nietylko poto, aby uczcić ich pamięć. Przypomnienie to jest także - ostrzeżeniem.

Na sali rozległ się szmer zaniepokojenia.

- Tak, obywatele, ostrzegam. Dziś, tak samo jak przed półtora wiekiem, Wschód na nas wali. Być może, iż wy tego jeszcze nie widzicie, ale ja widzę i - ostrzegam. Bo obawiam się, aby nowoczesny komfort, dobrobyt powszechny, radość życia, którą się cieszymy, w przeciwieństwie do bohaterskich przodków naszych, nie zaślepiały was, nie przejmowały zbytnią pewnością siebie.

I dziś - powtarzam - jak przed półtora wiekiem, Wschód nam zagraża, a zagraża stokroć mocniej, niż wówczas. Pamiętajcie, że będzie może potrzebny nowy ˝Cud nad Wisłą˝, aby ocalić Europę.

I znów, być może, spadnie na nas ciężki obowiązek, obowiązek wstrzymania pierwszego naporu, zanim nie nadążą z pomocą inne ludy sfederowanej Europy. Niech zatem wróg wie, że czuwamy i że nie ulękniemy się okropności wojny nowoczesnej, bośmy na wszystko przygotowani.

Tego żądam od was, obywatele, w tym dniu uroczystym!

Skończył i, skinąwszy zlekka głową, cofnął się w głąb estrady.

Dopiero wówczas, jakgdyby po chwili zastanowienia, czy oczekiwania, rozległ się przeciągły grzmot oklasków.

Gdyby mówca nie był określił bliżej niebezpieczeństwa, gdyby ograniczył się do tajemniczego, ogólnikowego ostrzeżenia, to niewątpliwie dreszcz przeszedłby po tłumie i zagadkowość ostrzeżenia sprawiłaby wrażenie.

Ale, im dokładniej malował niebezpieczeństwo, tem bardziej, wbrew woli, przywracał spokój w sercach słuchaczów i nastrój radosny pamiętnej rocznicy.

Boć ten Wschód stał się już konikiem ujeżdżonym do znudzenia. Wszak już od dwóch wieków odgrzewano tę sprawę, zapowiadając, że przyjdzie czas, w którym Azja rzuci się na Europę, wszystkie jednak te pisaniny i zapowiedzi nie spełniły się jakoś. Przestano nawet w szerokich masach wierzyć, aby mogły się spełnić kiedykolwiek.

I nie było w tem nic dziwnego. Sfederowanie całej Europy, ustalenie w niej porządku i ładu, zapewnienie wszystkim dobrobytu, światła, ciepła i zdrowia, zrodziły beztroskę i lekkomyślność, unikającą myślenia o rzeczach nieprzyjemnych, zastanawiania się nad skomplikowanemi zagadnieniami, wytworzonemi przez nowy porządek społeczny w stosunku pomiędzy starym Zachodem, a starszym jeszcze, lecz posiadającym zupełnie odmienną kulturę, zupełnie odmienny sposób myślenia, światem Wschodu.

To też minęło kilka sekund, zanim nieprzyjemne uczucie potrzeby wytężenia myśli w kierunku zapowiadanego niebezpieczeństwa przemogła miłość dla mówcy.

Gdy jednak wybuchły oklaski, to już zwykła radość życia opanowała wszystkich, już zapomniano o ostrzeżeniu pod wpływem beztroski.

Gdyby wszakże pilny, chłodny obserwator rozejrzał się po hali, to spostrzegłby z pewnością, że nie na wszystkich twarzach maluje się ta beztroska, że nie wszystkie dłonie klaskają gorliwie. Dojrzałby może na najwyższych stopniach olbrzymiego amfiteatru grupy postaci, składających pozornie tylko ręce do oklasku, sypiących natomiast z wąskich, skośnych powiek spojrzenia nienawiści w stronę estrady, ściskających zęby, gdy jednocześnie muskuły szczęk szerokich, zwierzęcych tańczyły nerwowemi ruchami pod skórą o całej skali odcieni: od cytrynowego do ciemnej żółcizny polerowanego bronzu.

Znać było, że ludzie ci nie przybyli dla uczczenia pamięci bohaterów, że ściągnęła ich raczej żądza dowiedzenia się czegoś nowego, nakaz poznania środowiska, śród którego osiedli.

Ale mrowie ludzkie, zalegające halę, zwrócone duszą i ciałem ku estradzie, nie troszczyło się o takie drobnostki. Jedna tylko osoba, której snadź musiało leżeć na sercu wrażenie, wywarte przez mówcę, ogarnęła wzrokiem widownię, a gdy zamilkły oklaski, szepnęła do sąsiadki:

- Czy zauważyłaś, Elo, jak zachowywali się Mongołowie?

Pytająca była kobietą wysoką, piękną, o kształtach posągowych. Twarz jej o płci bez skazy, zaróżowionej przez wzruszenie, okalały bujne włosy jasne, opadające ciężkim zwojem na białą szyję, wielkie zaś piwne oczy czekały z wyrazem jakby troski na odpowiedź.

- Nie! - odparła szybko zapytana, kobieta również piękna, choć drobniejsza, wiotsza i znacznie młodsza.

A gdy wyraz ten padł z jej ust niemal głośno, usta pozostały nawpół otwarte, wielkie zaś oczy, także piwne, rozszerzał niepokój.

Nie było wszakże czasu na objaśnienia, bo inny mówca stanął na estradzie.

 

* * *

 

Skończyła się wreszcie uroczystość pamiątkowa, zabrzmiały z orkiestry dźwięki hymnu, podchwycone przez publiczność, a gdy ucichły, podniosły się bez szelestu, jak żaluzje, boczne ściany hali i publiczność rozsypała się swobodnie po obszernych korytarzach.

W tej chwili do wspomnianych powyżej kobiet podszedł mężczyzna rosły i wytworny w ruchach.

Gdy kroczył przez korytarz, ustępowano mu z szacunkiem z drogi, dokoła zaś rozlegały się przyjazne szepty, a nawet okrzyki powitalne.

Istotnie, otaczał go szacunek współobywateli, otaczało uznanie powszechne, bo był to Adam Znicz, jeden z twórców Federacji europejskiej, poseł warszawski do jej parlamentu i właśnie ten mówca, z którego ust padło przed chwilą tak poważne ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem grożącem ze Wschodu.

Na twarzy jego malowała się powaga, a zarazem swobodna pewność siebie. Z pod pięknie zakreślonych łuków gęstych brwi, duże, szare, nieco wypukłe oczy spoglądały wzrokiem dziwnie pociągającym, choć czasami migotała w nich stanowczość błyskiem stali.

Obie kobiety, oczekujące na korytarzu, spoglądały na zbliżającego się radosnym wzrokiem dumy i miłości, gdy zaś stanął przy nich, wyciągnęły jednocześnie ręce ku niemu.

I znikły drobne ręce kobiece w uścisku szerokich jego dłoni męskich.

Nie padło przy tem ani jedno słowo. Bo słowa były zbyteczne. Im bardziej rozwija się serce ludzkie, tem częściej gest starczy za słowo. Oczy przemawiają wymowniej, niż usta.

Podawszy paniom płaszcze, ujął obie pod ręce i wiódł szerokiemi, płaskiemi schodami ku wylotowi ulicznemu.

Po schodach spływał już tłum uczestników obchodu. Rozbrzmiewały dokoła rozmowy ożywione. Czasem wybuchał kaskadą srebrzysty śmiech młodości. Może tam w niejednej głowie huczało jeszcze echo ostrzeżeń, rzuconych z mównicy obchodowej, ale radość życia, beztroska przemagały przykre uczucie niepokoju. Chłodny wieczór wabił rozrywkami w parkach i na obszernych bulwarach, w pawilonach tańca i ćwiczeń sportowych, śpieszono więc tam po zadośćuczynieniu obowiązkowi patrjotycznemu. Połyskiwały oczy, rumieniły się twarze, rozpierało piersi błogie uczucie zadowolenia.

Gdy wszakże do fali tej wmieszała się gromadka przybyszów z Dalekiego Wschodu, to zdawałoby się, że spływa zimna kra po ciepłym potoku letnim. Tak biło od niej chłodem. Przesuwając się obok Znicza, stojącego już ze swemi paniami na jasno oświetlonej ulicy, skośne oczy Mongołów zamieniały zagadkowe spojrzenia porozumiewawcze, lub rzucały tygrysie błyski na jego postać dorodną.

Na szerokiem półkolu placu przed gmachem wiecowym rozpraszały się tłumy. Część ich dążyła ku jezdni, gdzie widniały, ciągnące dwoma długiemi szeregami w kierunkach przeciwnych, lub stojące wzdłuż chodników domowych, pod opieką policjantów, samochody, będące przeważnie zarazem statkami powietrznemi typu helikopterów, albo też ortopterów o skrzydłach składanych, aby nie zabierały miejsca. Część inna publiczności wspinała się po szerokich, miękkich schodach ku położonym nad jezdnią chodnikom ruchomym, odstawiającym tłumy w różne strony, a mnóstwo osób znikało wewnątrz okrągłych pawilonów, stanowiących wejście do podziemnej kolei elektrycznej.

Znicz znalazł się z paniami swemi: małżonką i córką, na chodniku przy jezdni, jaśniejącej światłem o barwie i napięciu, przypominającem dziwnie światło dzienne, a wytryskującem z latarni ulicznych, jak woda z kranów wodociągowych.

W promieniach tego światła ściany domów, wystawy sklepowe, powierzchnie chodników ruchomych i jezdni, wreszcie postaci ludzkie malowały się w barwach dnia słonecznego, rzucając cienie brunatne, dzienne, nie zaś przykre, czarne cienie nocy księżycowych lub latarni gazowych i elektrycznych, używanych jeszcze w XXI wieku.

Znicz prowadził bez pośpiechu panie ku samochodowi, pozostawionemu na ulicy, a gdy stanął przy nim, doręczył blaszkę z numerem kolejnym policjantowi, który jednym ruchem klucza, zawieszonego na ręce, umożliwił mu oswobodzenie kluczem własnym koła samochodowego z klamry, przytwierdzającej je do słupka, wmurowanego w chodnik.

Manipulacja ta, zresztą tak łatwa, że wymagała zaledwie kilkunastu sekund, konieczna była, gdyż prawie każdy właściciel samochodu-statku powietrznego był zarazem jego mechanikiem i pilotem, a jeżeli nawet kto, nie obdarzony zręcznością lub dostateczną przytomnością umysłu do kierowania swym wehikułem na ziemi i w powietrzu, posiadał pilota, to i ów pilot nie był obowiązany wyrzekać się obecności na obchodzie, interesującym zarówno wszystkich obywateli.

Samochód ruszył z miejsca bez szumu i huku silników, o benzynowych bowiem zapomniano już dawno, i znalazł się niebawem w szeregu podążających po prawej stronie jezdni. A choć był zarazem helikopterem, mogącym wzbijać się z miejsca w powietrze, to jednak nie uczynił tego, gdyż wzbijać się w przestwór wolno było tylko na przeznaczonych do tego placach, a to w celu uniknięcia starć i wypadków nieszczęśliwych.

Skręcił wreszcie na najbliższy z placów takich i, wyświetliwszy na obu swych bokach jasne prostokąty z widniejącym na nich czarnym numerem, lekko oderwał się od ziemi wpobliżu rusztowania wieży policyjnej, obok której obowiązany był przelecieć dla kontroli przed umieszczoną tam służbą powietrzną, pilnującą porządku i bezpieczeństwa tego rodzaju lokomocji.

Nad lecącymi rozwinęło się w całym majestacie gwiaździste niebo nocy letniej, pod nimi zaś - sieć ulic i bulwarów olbrzymiego miasta, niemal tak jasnych, jak za dnia, tudzież wielkie plamy parków ze snującemi się śród nich gromadkami rozbawionych obywateli, czyniących z wysokości, na której znajdował się helikopter, wrażenie bardzo ruchliwych mrówek. Ale i przeważnie płaskie dachy domów nowoczesnych rozpościerały się pod lecącym samolotem wyraźnie, gdyż i tu drogi wehikułów powietrznych wytknięte były przy zbiegu ulic przez wielkie, podłużne latarnie z napisami, umieszczone na narożnikach dachów.

Bez trudności zatem, śpiesząc za innemi, samochód-helikopter Znicza dotarł do swego dachu, opuścił się nań pionowo i osiadł, jak ptak, bez żadnego wstrząśnienia na ogrodzonym balustradą tarasie.

W tej chwili od dachu oderwał się inny, nieoświetlony samolot i wzbił się w przestwór.

- Gość zapewne - rzekła Ela, spostrzegłszy pierwsza odlatującą maszynę. - Jeżeli do nas - dodała - to mógłby był poczekać jeszcze kilka sekund.

- Nieoświetlony - zauważyła jej matka, spoglądając w kierunku odlatującego samolotu - trudno więc orzec, kto to taki.

I Znicz podniósł już głowę, odprowadziwszy helikopter do hangaru, umieszczonego przy jednym z boków tarasu, usłyszał bowiem słowa żony, ale na tle ciemnem przestworu widniała jeszcze tylko bardzo niewyraźnie sylwetka przybysza.

- Rzeczywiście - dodał - wbrew przepisom, nieoświetlony.

Gdy zaś wymawiał te wyrazy, ogarnął go nagle niepokój.

Wszak nietylko był jednym z deputowanych Polski w parlamencie Europy sfederowanej, ale także dzierżył tam stanowisko wybitne referenta komisji spraw azjatyckich, jako taki więc posiadał ukryte w mieszkaniu dokumenty dyplomatyczne, niezbędne do opracowywania referatów parlamentarnych.

Wprawdzie były to jeno odbitki fotochemiczne oryginałów, przechowywanych w archiwum ministerjum spraw zagranicznych, niemniej jednak dostanie się ich w ręce niepożądane mogłoby zaszkodzić wielkiej akcji politycznej, wszczętej obecnie przeciwko zakusom Wschodu.

Jednocześnie wszakże przypomniał sobie, że zdobyty właśnie w tych dniach dokument najważniejszy, i to oryginalny, zatrzymał w kieszeni, chcąc go jeszcze przejrzeć, zanim złoży do skrytki.

Myśl ta uspokoiła go znacznie.

Pani Ira i Ela zniknęły już w klatce windy, gdy stanął przy nich.

- Widziałeś - spytała pierwsza z nich męża - ciemny helikopter, odlatujący z naszego dachu?

- Tajemniczy gość jakiś! - odparł Znicz zamyślony i nacisnął guzik elektryczny.

Cicho, jak cień, zsunęła się winda w głąb domu i po chwili stanęła przed drzwiami mieszkania posła.

Za naciśnięciem pewnej gamy guzików elektrycznych, ukrytych w ozdobach odrzwi, rozwarły się podwoje mieszkania.

Oswobodziwszy panie z płaszczów, Znicz wszedł do swej pracowni, a gdy zabłysło jasne, dzienne światło lampy, obrzucił okiem badawczem pokój. Wszystko było w porządku. Papiery i książki leżały na biurku tak, jak je zostawił. Meble stały na miejscach swoich nieruszone. Podszedł do biurka i nacisnął guzik, ukryty pod jego powierzchnią. Wisząca zboku na ścianie półka, zastawiona artystycznemi drobiazgami, posunęła się wgórę. Wówczas dotknął ręką ściany pod nią. Odchyliły się niewidoczne przedtem drzwiczki, wydając dźwięk metaliczny. We wgłębieniu ukazała się skrytka.

Znicz szybkim ruchem przejrzał teczki tam złożone. Ani jednego dokumentu nie brakowało.

Odetchnął głęboko i uśmiechnął się na myśl o niepokoju, którym przejął go widok nieoświetlonego samolotu.

W tej chwili odezwał się za nim srebrzysty głos Eli:

- Ojcze, wieczerza na stole!

Na ten dźwięk ukochany, Znicz odwrócił się szybko i rozwarł ramiona.

Z lekkim okrzykiem radości na ustach Ela przypadła do ojca i przytuliła główkę do szerokiej jego piersi.

I tak przytuloną, wyniosły i promienny poprowadził do jadalnego pokoju.

Niedługo wszakże trwała wieczerza, poseł bowiem miał do wykończenia jeszcze referat na posiedzenie jutrzejsze parlamentu europejskiego, wrócił więc rychło do gabinetu i zabrał się do pracy.

Zaledwie jednak rozłożył na biurku papiery, gdy uczuł lekką, prawie że nieuchwytną woń, której nie odczuł był poprzednio. Wciągnął silnie powietrze nozdrzami. Wrażenie spotęgowało się lecz nie mógł przypomnieć sobie żadną miarą przedmiotu, który taką właśnie mdło-słodkawą woń wydawał.

Po chwilowem więc zastanowieniu, nie chcąc tracić czasu na rozwiązanie zagadki, wywołanej, być może, przez przywidzenie, zagłębił się w papierach, rozłożonych na biurku.

Wreszcie sięgnął do kieszeni surduta, przypominającego krojem dawne ubrania wojskowych z wielkiej wojny, i wydobył zwitek papierów.

Był to ów dokument, który otrzymał był świeżo przez swych ajentów.

- ˝Związek palaczów opjum˝ - przeczytał w tytule pierwszej kartki, i na ten widok w umyśle jego zamigotało błyskawicznie rozwiązanie zagadki.

Tak, czuć palarnię opjum!

Taką wonią przesiąka człowiek, oddający się zgubnemu nałogowi. Przesiąka mocniej, niż palacze tytuniu dymem tego ziela.

I przypomniał sobie, jak niegdyś, gdy zwiedzał Daleki Wschód, zaprowadzono go do tajnej palarni opjum. Cały jej lokal, wszystkie w nim sprzęty taką właśnie wonią nasiąkły. Tam jednak woń była ostra, przenikliwa, tu zaś w tej chwili odczuwał zaledwie jakby dalekie, niezmiernie słabe jej tchnienie i wkońcu nie mógłby rozstrzygnąć z pewnością, czy ją czuje istotnie, czy też wrażenie, które odnosi, jest tylko przypomnieniem woni opjum, przypomnieniem, wywołanem przez odczytanie tytułu dokumentu, trzymanego w ręku.

Nie chciał jednak niepokoić żony i córki rozważaniem tego zagadnienia, a ponieważ czas naglił, referat zaś musiał być wykończony, szybko więc doszedł do pożądanego wniosku, że uległ złudzeniu i znów skupił całą uwagę na opracowywane dokumenty.

Ani spostrzegł, jak minęło w ten sposób kilka godzin i już kończyła się noc letnia, ustępując miejsca brzaskowi dziennemu, gdy nareszcie powstał od biurka.

Przypomniał sobie dopiero wówczas, że nie zajrzał jeszcze, co zwykł był czynić, wróciwszy do domu po chwilowej nieobecności, do telefonu automatycznego, notującego skrupulatnie, przy odpowiedniem nastawieniu, bądź to rozmowy właściciela aparatu, bądź to słowa osób, które pragnęły się z nim rozmówić podczas jego nieobecności.

Znicz poruszył rączkę, umieszczoną z boku telefonu, puszczając w ruch taśmę z cienkiej blaszki metalowej tak miękkiej, że igiełka fonografu zaznaczała na niej najlżejsze drgnienia fal głosowych, przekazywanych przez prąd elektryczny.

Widocznie jednak wiedziano powszechnie, że Znicz będzie tego wieczora przemawiał na obchodzie rocznicy ˝Cudu nad Wisłą˝, bo odezwał się tylko głos sekretarza parlamentu europejskiego, zawiadamiający posła o jutrzejszem posiedzeniu parlamentu, poczem nastało milczenie i Znicz chciał już odejść od aparatu, gdy nagle uszu jego doleciały wyrazy, wymawiane cicho, niemal szeptem, w języku niezrozumiałym, ale tak wyraźne, że drgnął i mimowoli rozejrzał się po pokoju, szukając osoby mówiącej.

Ton słów był szorstki, jakby zaniepokojony. Zdania krótkie, urywane, podobne do szczeknięć.

Znicz słuchał zdumiony. Ani słowa nie rozumiał, ale tem bardziej właśnie wzrastał jego niepokój.

Nie ulegało wątpliwości, że fonograf telefonu zanotował automatycznie też rozmowę, która toczyła się w tym pokoju, aparat bowiem powtarzał ciche, szybkie wyrazy tak dobitnie, bez żadnych dźwięków ubocznych, że Znicz odczuwał nawet z napięcia tonów słyszanych ich kierunek, odnosił wrażenie, że stoi śród osób, kręcących się i rozmawiających szeptem dokoła niego.

Zimny pot wystąpił mu na czoło, bo oto do dźwięku słyszanych szeptów przyłączyło się znów wspomnienie Dalekiego Wschodu.

Pewnością niemal stało się dla Znicza, iż w tych niezrozumiałych dla siebie wyrazach rozpoznaje dźwięki języka chińskiego.

Dreszcz nim wstrząsnął.

Fonograf zamilkł. Cisza grobowa zapanowała w gabinecie, a poseł stał wciąż, jak w ziemię wbity, przy aparacie.

- Tak - szepnął wreszcie przez zęby zaciśnięte - oni tu byli.