Czarna Książka. Antologia opowiadań żużlowych - Joanna Krystyna Radosz

Kup ebooka

0.00 zł

-
Proszę czekać

Opowieść pierwsza: On zawsze wstaje

Pasja żąda rozwoju, rozwój - ryzyka, ryzyko - prędkości, a prędkość - mistrzostwa. Rodzi się marzenie o motocyklu. Ten, kto jako dwunastolatek usiadł na motorowerku, jako szesnastolatek będzie mieć swój motocykl. Ale motocykl to dla niego będzie za mało, więc pójdzie na tor... I trzask biegu, i zapach spalin przypomną swą nowością niezapomniane łożysko i obręcz.

Bradford, Sierpień 1985

Świat na chwilę stanął w miejscu.

Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Tysiące zgromadzonych ludzi, tysiące gorących od emocji dłoni i pełnych wiary serc przez długie lata potrafiło potem odtworzyć sekunda po sekundzie całej zajście. Martwym głosem, jakby nie rozumieli, co właściwie się zdarzyło, ludzie ci opowiadali, jak motocykl Dennisa Nelsona nagle zaczął gasnąć, jak Brytyjczyk gorączkowo starał się utrzymać prowadzenie, wierząc, że zaraz znów przyspieszy i nikt już nie odbierze mu upragnionego złota. I jak jego największy rywal mknął prosto w stronę bezradnego żużlowca, który ułamek sekundy za późno zdał sobie sprawę, że to koniec wyścigu dla zatartej na amen maszyny. Największy rywal... James Carter, przypadkowy imiennik amerykańskiego prezydenta... Ten szatan, szaleniec żużlowych torów, ten, o którym mówiło się, że gdzie jest on, tam pachnie gipsem, a śmierć zagląda zawodnikom w oczy. A teraz ta śmierć przestawała być figurą stylistyczną, na jeden moment stała się tak realna, że niemal namacalna. Niektórzy przysięgali potem, że czuli woń przypominającą trupi odór w chwili, gdy James niemal najeżdżał na koło Dennisa. Tysiące oddechów ucichło.

A potem James skręcił.

Nim do zamarłej w akcie bezsilnego przerażenia publiczności dotarło, co zrobił, rozległ się trzask pękających desek bandy. Kto odważył się przenieść wzrok w tamtym kierunku, dojrzał bezwładne ciało wielkiej gwiazdy lecące niczym szmaciana kukła na zimną nawierzchnię. Motocykl wylądował kilka metrów dalej, charcząc i krztusząc się własnymi spalinami.

Nieznaczny w normalnym życiu moment, krótki niczym mgnienie oka, wtedy rozciągnął się w nieskończoność. Wydawało się wiecznością, zanim świat odzyskał oddech. Pierwszy z osłupienia otrząsnął się Dennis, spoglądając za siebie i przecierając zakryte goglami oczy w bezgranicznym niedowierzaniu. Niczym małe, jeszcze nie do końca świadome rzeczywistości dziecko oglądał swe ciało, jakby szukał najmniejszej rany czy choćby siniaka. Nie znalazłszy nic, popatrzył w niebo. Ale i ono wciąż było tak granatowe jak wtedy, gdy stawali do wyścigu, obaj obiecując sobie w duchu rywalizację na pograniczu faulu, do ostatnich metrów.

Dopiero wtedy, zdawałoby się, pojął, co się stało. Jego wzrok spoczął na bezpańskim motorze, dogorywającym na czarnym żwirze gdzieś pośrodku toru. Trwało kolejną wieczność, nim odważył się spojrzeć na Cartera, a może to, co z niego zostało.

Wielki szaleniec leżał pod bandą niczym porzucona lalka, na wznak i z powykręcanymi kończynami. Biegli do niego medycy, cały tłum lekarzy, zdejmowali kask, ale Dennis odwrócił już wzrok. Nie chciał widzieć trupiobladej twarzy, otwartych oczu zastygłych w przerażeniu... Niczego, co dostrzegł już raz, gdy los uczynił go świadkiem śmiertelnego wypadku.

Ludzie tymczasem powoli wyrywali się z otępienia. Drżały dłonie, biły nierówno kibicowskie serca, a z ust do ust przechodził potok informacji, zlewających się w jedno pytanie. Dlaczego on to zrobił? Akcentowane na "on", nikt nie pytał "dlaczego". To wiedzieli.

- Wstanie - twierdził ktoś, modulacją torując swej teorii drogę pośród narastającej paniki. - On zawsze wstaje.

Ale James nie wstał.

Potem była karetka. Sterylnie biały wóz, sterylnie białe nosze i sterylnie białe fartuchy sanitariuszy, wnoszących nieruchome ciało Jamesa. Miał zamknięte oczy, ale ludzie tego nie rozumieli. Patrzyli tylko na pojazd, wyczytując z jego masywnej konstrukcji jedną, jedyną informację. Tę upragnioną. Nie wszystko stracone.

Spiker coś mówił, albo przynajmniej próbował, ale już nikt go nie słuchał. Gwar przerażenia ucichł tylko na moment, ustępując miejsca jedynemu właściwemu dla tej chwili dźwiękowi.

W zapadłej nad stadionem grobowej ciszy wyraźnie rozległo się wycie karetki. I trwało samo dla siebie, niknąc w oddali, aż wreszcie ucichło zupełnie.

Toruń, 11 lipca '09

Słowo wstępne, które można przeczytać na końcu

Koła nie da się opisać. Nie zrozumiecie tego.

Na początku było koło.

Tak właśnie zaczynałaby się ta opowieść, gdyby popełnił ją Andriej Bitow, pisarz rosyjski, szerokiej publiczności znany przede wszystkim jako pierwszy postmodernista w ZSRR. Nieco mniejsze kręgi są świadome, że Bitow żywo interesował się żużlem i napisał na ten temat opowieść-reportaż Koło. Zapiski nowicjusza, moim zdaniem najbardziej speedwayowy tekst prozatorski, jaki kiedykolwiek powstał, i najbardziej literacki opis "czarnego sportu".

Bitow sprowadzał żużel do koła, zachwycał się prędkością, mitycznymi na podobieństwo herosów postaciami zawodników, ale też zwyczajnością, jaką spotkał za kulisami żużlowego stadionu w Ufie. W jego tekstach świat na torze zderza się ze światem poza torem - i w tym tkwi kunszt widzenia żużla przez Bitowa. Nieopisywalne styka się z prozaicznym, niedostępna rzeczywistość przechodzi w doskonale znane radzieckie realia.

Znasz to, prawda?

Jeżeli czytasz te słowa, to znaczy, że:

a) Jesteś kibicem żużla (być może jeszcze o tym nie wiesz);

b) Lubisz nietypową literaturę;

c) Lubisz moją prozę.

Ponieważ nietypowej literatury w naszym kraju powstają całe półki, a moje nazwisko jeszcze nie przebiło się na salony, zakładam, że zaznaczasz właśnie (możliwe, że z pewnym wahaniem) odpowiedź a. Zatem musisz kojarzyć ten moment, kiedy zawodnik - widziany w telewizji, na stadionie, wszystko jedno - zdejmuje kask i nagle zmienia się w Normalnego Człowieka. Ktoś, kto chwilę temu był herosem, dokonującym czynów niewyobrażalnych dla zwykłego śmiertelnika, sam już jest śmiertelnikiem. Czasem ta chwila zetknięcia z rzeczywistością jest radosna, czasem bolesna, czasem zaś pozostawia na zawsze wyrwę w kibicowskim sercu. Ale istnieje - i wywołuje pytanie: co jest tam, dalej? Co kryje się pod kaskiem, za ścianką boksu w parku maszyn, jakie tajemnice skrywa zaparkowany pod stadionem bus z napisem Ktokolwiek Racing Team?

Oddaję w Twoje ręce zbiór tekstów, które w pewien sposób próbują odpowiedzieć na te pytania. To nie praca dziennikarza, pisarza-reportera (jak Bitow) ani nawet pisarza-publicysty (jak Jeff Scott, którego felietony są dowodem na to, że można o zwyczajności żużla pisać, używając słów niezwykłych), ale artystyczna wizja alternatywnego uniwersum żużlowego - nazwijmy je w skrócie po prostu żużlowersum. Jeżeli jesteś kibicem ze stażem, na pewno spotkasz tu wiele znajomych postaci i zdarzeń, choć często przemieszanych, pozszywanych ze sobą niczym patchworkowa kołdra. Żaden realnie istniejący żużlowiec nie ma tu swojego dokładnego odpowiednika, ale echa tego prawdziwego świata speedwaya pobrzmiewają niekiedy bardzo głośno. Jeżeli zaś jesteś nowicjuszem jak bohater Bitowowskiego Koła (które, jako tekst perfekcyjny, służy mottem do każdego opowiadania), postaram się poprowadzić Cię za rękę przez świat czarnego sportu. Opowiem historie o poświęceniu i o bohaterstwie, o zwycięstwach i porażkach, wreszcie - o zwyczajnym życiu, gdy cichnie ryk silników i rozwiewa się zapach metanolu1.

Słowem wyjaśnienia: nazywam się Joanna Krystyna Radosz i od jedenastu lat kreuję moje żużlowersum.

Jedenaście lat. To prawie pół mojego faktycznego życia i całe życie speedwayowego kibica. W tym czasie żużlowersum rozrosło się od historii pojedynczej postaci do gigantycznej siatki bohaterów przeszłych, obecnych i przyszłych, doczekało się własnych pamiętnych turniejów i własnej mitologii. Każde z opowiadań to jakiś wycinek tej rzeczywistości. Co to oznacza w praktyce?

Każdy z tekstów w tej antologii to osobna historia, ale razem tworzą one nadhistorię, a właściwie część wielkiej nadhistorii. Przygotuj się na migrujących bohaterów i echa opisanych zdarzeń. Moje opowiadania też ze sobą rozmawiają, dlaczegóż by nie? Tym bardziej, że ułożyłam je w chronologiczną całość. Chronologiczną wewnętrznie - wedle czasu akcji, nie wedle czasu pisania. Nigdy nie byłam dobra w pisaniu po kolei.

Zaintrygowałam? No to w drogę!