2
Wprzypadku sierocińca, w którym spędziła sześćdziesiąt cztery lata swojego życia, od dwudziestu lat czynił to pewien kupiec z Odessy, choć trudno byłoby go nazwać świętym.
Niemniej jednak cudem ocalony od syfilisu, gdy ten zaowocował jedynie brakiem jakiegokolwiek potomstwa, kupiec co roku osobiście przywoził do klasztoru wełniane pończochy, buciki, pomarańcze, czekoladę i kakao, które przez cały rok podawano sierotkom w niedzielę do śniadania.
Miało to dlań szczególną wagę, bowiem o uzdrowienie syna matka modliła się nie do kogo innego, jak do świętego Mikołaja, a ten jej modlitw wysłuchał przy wsparciu osiągnięć ówczesnej medycyny.
Niestety, jedna z odeskich prostytutek, która dokonała inicjacji chłopca, prócz dogłębnej wiedzy na temat kobiecego ciała i wszystkiego, co sprawia mu przyjemność, ofiarowała młodzieńcowi również syfilis. Święty z Mirry najwyraźniej był mizoginem, gdyż prostytutka zmarła po paru miesiącach, a jej zgon szesnastoletni Konstanty opłakał szczerymi łzami.
Panna, którą poślubił cztery lata po wstydliwej chorobie, z ulgą przyjęła wiadomość o niepłodności męża, sama bowiem na skutek błędu lekarza nie tylko pozbyła się niechcianej ciąży, lecz zapewniła sobie bezpieczny seks na całą resztę życia.
Jednakże niepokój związany z brakiem potomka, który przejąłby pomnażany majątek, narastał i Konstanty często budził się w nocy, myśląc o bezsensowności swoich działań.
- Postanowiliśmy adoptować dziecko - oznajmił pewnego dnia jego przyjaciel i sąsiad, Eugeniusz Kogen, gdyż Kogenowie również bezskutecznie starali się o naturalnego dziedzica.
Ale Konstanty jeszcze nie był pewien, co powinien zrobić.
- Może weźmiemy na wychowanie dziecko któregoś z krewnych? - zaproponowała Zinaida.
Jej mężowi nie spodobał się ten pomysł.
Bliżsi i dalsi krewni jawili mu się jako banda drapieżników czekających na jego bezpotomne zejście. A wzięcie na wychowanie jednego z małych drapieżników? Nie, w żadnym wypadku nie mógł tego zrobić.
Podobnie postrzegał rodzinę małżonki.
Równie dobrze mógłby lekką ręką roztrwonić wszystko, co do tego czasu udało mu się zgromadzić, i na dodatek przyprawić przez to paru członków rodziny o apopleksję.
Dlatego Konstanty postanowił zaczekać.
Pierwszego grudnia tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego roku spojrzał na swoje życie jak na kolejny kontrakt i nie widząc realnego zysku, odłożył sprawę dziedzica ad acta.
I zajął się pakowaniem wełnianych pończoch, tabliczek czekolady oraz puszek herbaty, podczas gdy w klasztorze siostra Agłaja, nie zdejmując koszuli nocnej, włożyła barchany i habit, po czym udała się na dół, aby sprawdzić, czy piekarz zostawił już chleb.
Szybkim krokiem przeszła przez dziedziniec, gdzie głuchoniemy sługa klasztorny, Wasylko, przekopał w śniegu wąską ścieżkę prowadzącą do bramy, i położyła rękę na klamce.
Naparłszy całym chudym ciałem, pchnęła drzwi i jej oczom ukazał się wiklinowy koszyk, w którym, prócz dziesięciu bochenków jeszcze ciepłego chleba, leżał zawinięty w wełnianą chustkę noworodek.
Jego drobne usta były lekko sine i gdyby się nie poruszały, można byłoby uznać, iż dziecko nie żyje.
Zapewne gdyby nie bochny gorącego chleba, niemowlę zamarzłoby na śmierć, jednak ktoś, kto je tam pozostawił, najwyraźniej liczył na to, że brama klasztoru otworzy się dla biedactwa wcześniej niż brama Raju.
Agłaja pochyliła się i podniosła maleństwo, a ono zakwiliło cicho i otworzyło oczy.
Były brązowo-fiołkowe, otoczone gęstymi, puszystymi, czarnymi rzęsami.
Staruszka wyprostowała się i pociągnęła za sznurek wiszącego przy bramie dzwonka.
Nad jej głową kłębiły się ciemne chmury, zwiastujące nadejście kolejnej śnieżycy, gdy zakonnica dzwoniła jak na pożar.
Plącząc się w habitach i przewracając w śniegu, do bramy przybiegło trzydzieści pięć pozostałych siostrzyczek i nawet kiedy wszystkie zgromadziły się dokoła siostry Agłai, ta nie przestała dzwonić.
- Dziecko! - zawołała matka przełożona i wyciągnęła ręce po noworodka.
- Ja się nim zajmę - rzekła Agłaja. - Albowiem dziecię narodziło się nam.
Przełożona spojrzała na nią zdumionymi oczyma i uczyniła na czole znak krzyża. Ale widać staruszka nie była opętana, gdyż nie zaczęła mówić różnymi językami ani rzucać się po ziemi.
Po prostu stała w śniegu, tuląc do siebie maleństwo, a jej oczy skierowane były w niebo, z którego opadały ogromne płatki.
- Pod dach, szybko, pod dach! - krzyknęła siostra Hildegarda i wszystkie poderwały się jak stadko spłoszonych gołębi.
Noworodka ułożono na stole w refektarzu, jedynym pomieszczeniu, gdzie już od rana było ciepło, i rozwinięto chustę.
Oczom siostrzyczek ukazało się - jak jeszcze długo głosiła fama - zdrowe niemowlę płci męskiej, nieco zmarznięte, ale żywe.
Zapadła cisza.
- Okryjcie go, zanim dostanie zapalenia płuc! - zawołała siostra Genowefa i wtedy dziecko zapłakało.
- Jest głodny - stwierdziła siostra Hildegarda.
- Trzeba mu znaleźć mamkę - orzekła siostra przełożona.
- Czy któraś kobieta zechce wykarmić żydowskie dziecko? - zastanowiła się siostra Genowefa.
Siostra Agłaja przytuliła noworodka do płaskiej piersi.
- Przynieście mleko - powiedziała. - Ciepłe mleko na pół z wodą. I czystą szmatkę.
Poczuwszy ciepło, chłopczyk przestał płakać.
A kiedy siostra Agłaja włożyła mu do ust zamoczoną w mleku szmatkę, przymknął oczy i począł ssać jak z piersi matki.
Agłaję natomiast ogarnęło przedziwne uczucie. Z racji swego stanu macierzyństwo było dla niej czymś absolutnie obcym, podobnie jak ciało mężczyzny, choć... miała swój niewielki sekret, który stanął na przeszkodzie obwołaniu jej świętą.
Tak czy inaczej, dziecko uspokoiło się i usnęło w ramionach staruszki i było już wiadomo, komu zostało powierzone.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI