Czarna Wstęga - Michał Podgórski

Kup ebooka

45.00 zł
36.00 zł (29,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Na szczyt naj­wyż­szej z klasz­tor­nych baszt pro­wa­dzi­ły krę­te scho­dy. Po­ko­na­nie ich wy­wo­ły­wa­ło za­dysz­kę na­wet u mło­de­go, mo­gą­ce­go po­chwa­lić się so­lid­ną tę­ży­zną fi­zycz­ną, męż­czy­zny. Sześć­set stro­mych stop­ni, pną­cych się wo­kół gru­be­go, ka­mien­ne­go mu­ru, mia­ło sta­no­wić prze­szko­dę dla po­ten­cjal­nych na­jeźdź­ców na ty­le zde­cy­do­wa­nych, by splą­dro­wać klasz­tor. Być mo­że tech­ni­ka bu­do­wy scho­dów by­ła rów­nież sym­bo­lem opo­ru, ja­ki na­le­ża­ło prze­ła­mać, by osią­gnąć naj­wyż­sze ce­le. Lu­dzie o sła­bej wo­li re­zy­gno­wa­li z po­ko­na­nia tej jak­że trud­nej ścież­ki. Śmiał­ko­wie, któ­rzy wy­obra­ża­li so­bie zbyt wie­le, mu­sie­li wresz­cie uko­rzyć się przed zmę­cze­niem, ci na­zbyt le­ni­wi zaś w ogó­le nie po­dej­mo­wa­li się prób. Gdy czło­wiek wspi­nał się po tej wy­ma­ga­ją­cej spi­ra­li, na­cho­dzi­ły go roz­ma­ite my­śli. Chwy­tał się wszyst­kie­go, choć­by i naj­bar­dziej za­wi­łej fi­lo­zo­fii, by­le­by nie my­śleć o tym, z ja­kie­go po­wo­du wła­ści­wie się tam uda­je.

Dla­cze­go wy­zna­czo­no mu spo­tka­nie z naj­wyż­szym ka­pła­nem? Co go tam cze­ka? Ja­kiej tre­ści roz­mo­wę przyj­dzie mu prze- pro­wa­dzić? Czy spo­tkał go naj­więk­szy z moż­li­wych za­szczy­tów, czy mo­że naj­wyż­sza z do­stęp­nych kar? Ja­kim uczyn­kiem za­słu­żył so­bie na jed­no lub dru­gie?

Chri­stian mu­siał przy­sta­nąć w po­ło­wie, by zła­pać od­dech. Pra­wą dłoń oparł na zim­nej, ka­mien­nej ścia­nie, le­wą zaś po­ło­żył na ko­la­nie, gdyż scho­dy nie po­sia­da­ły żad­nej ba­rier­ki, któ­rej mógł­by się chwy­cić. Po­wstrzy­my­wał się, by nie spoj­rzeć w bok, w prze­paść. Ko­lej­ny ele­ment utrud­nia­ją­cy śmiał­kom wej­ście na sa­mą gó­rę - brak ja­kich­kol­wiek za­bez­pie­czeń. Wy­star­czy­ło­by prze­cież ja­kieś drew­nia­ne rusz­to­wa­nie al­bo me­ta­lo­we wspor­ni­ki roz­sta­wio­ne co kil­ka­na­ście stop­ni. Nie­ste­ty, bu­dow­la mia­ła bu­dzić gro­zę i nie­wąt­pli­wie speł­nia­ła to za­da­nie. Za­sta­no­wił się, ilu po­dróż­nych spa­dło i stra­ci­ło ży­cie tyl­ko dla­te­go, że spo­glą­da­jąc w dół, za­krę­ci­ło się im w gło­wie. Ode­pchnął od sie­bie te my­śli. Po­pro­sił Moc Stwo­rze­nia, by do­da­ła mu si­łę, jak uczo­no go na wie­czor­nych za­ję­ciach na no­wi­cja­cie, i ru­szył da­lej.

Zna­la­zł­szy się u szczy­tu, ode­tchnął z ulgą. W ka­mien­nym przed­sion­ku pod­ło­ga pod sto­pa­mi i brak prze­raź­li­wej prze­pa­ści da­wa­ły wresz­cie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Po­sta­no­wił od­cze­kać chwi­lę, by od­po­cząć i wy­rów­nać od­dech.

Gdy je­go ser­ce nie­co się uspo­ko­iło, otarł pot z czo­ła i po­pra­wił ha­bit. Czuł, że wy­glą­da źle i nie po­wi­nien w ta­kim sta­nie po­ka­zy­wać się prze­oro­wi. Ale mo­że wła­śnie o to cho­dzi­ło? Kto­kol­wiek przy­cho­dził zło­żyć mu wi­zy­tę, miał wy­glą­dać jak po ca­łym dniu pra­cy?

Swo­ją dro­gą, Chri­stian sły­szał, że ten, któ­ry go we­zwał, był już w po­de­szłym wie­ku. Jak za­tem zdo­łał się tu­taj do­stać? Czy ktoś po­mógł mu po­ko­nać scho­dy? A mo­że wdra­pał się na basz­tę jesz­cze za mło­du i od lat nie scho­dził? Nie, to ab­surd. Naj­wyż­szy ka­płan Mo­cy Stwo­rze­nia po­ja­wiał się prze­cież nie­raz we wspól­nej czę­ści za­bu­do­wań, udzie­lał wy­kła­dów, brał udział w spo­tka­niach ra­dy Try­bu­na­łu, a tak­że skła­dał wi­zy­ty kró­lo­wej, zwłasz­cza przy oka­zji pań­stwo­wych uro­czy­sto­ści. Kto wie, mo­że Moc Stwo­rze­nia do­da­wa­ła mu sił, by mi­mo za­awan­so­wa­ne­go wie­ku zdo­łał bez prze­szkód po­ko­ny­wać tę mor­der­czą dro­gę?

Chri­stian usły­szał ruch w po­miesz­cze­niu za drzwia­mi, więc na­tych­miast ode­pchnął od sie­bie ja­ło­we roz­wa­ża­nia pod­su­wa­ne przez grzesz­ny umysł. Zbli­żył się do wrót i, po­pra­wiw­szy ostat­ni raz po­ły ha­bi­tu, się­gnął w kie­run­ku mo­sięż­nej ko­łat­ki. Za­stu­ka­ła głu­cho w dę­bo­we de­ski.

- Wejdź - usły­szał przy­tłu­mio­ny głos z dru­giej stro­ny.

Uchy­lił drzwi i nie­śmia­ło wszedł do po­miesz­cze­nia. Pa­no­wa­ła tu ciem­ność. Mro­ki no­cy roz­świe­tlał je­dy­nie cięż­ki świecz­nik usta­wio­ny na dę­bo­wym sto­le. Sa­ma ce­la oka­za­ła się su­ro­wa i pra­wie po­zba­wio­na me­bli, co nie dzi­wi­ło Chri­stia­na. Re­gu­ła klasz­to­ru na­ka­zy­wa­ła skrom­ność i wy­zby­cie się do­cze­snych uciech. Oprócz sto­łu znaj­do­wa­ły się w niej je­dy­nie pro­ste łóż­ko, ku­fer na ubra­nia i re­gał z książ­ka­mi. Za sto­łem sie­dział star­szy męż­czy­zna, któ­re­go twarz zło­wro­go oświe­tlał blask świe­cy. Na tle okna za je­go ple­ca­mi, skąd do­cho­dzi­ło wą­tłe świa­tło księ­ży­ca, wy­glą­dał prze­ra­ża­ją­co. Chri­stia­no­wi na­tych­miast sko­ja­rzył się ze straż­ni­kiem miej­skim, pro­wa­dzą­cym prze­słu­cha­nie.

- Sia­daj. - Sta­rzec wska­zał przy­by­szo­wi ma­lut­ki sto­łek.

Mnich za­jął po­słusz­nie miej­sce na­prze­ciw­ko go­spo­da­rza. Ten chy­ba od­czy­tał z twa­rzy Chri­stia­na nie­po­kój, gdyż ode­zwał się ła­god­niej­szym to­nem:

- Nie oba­wiaj się. Nic złe­go się nie wy­da­rzy.

Za­kon­nik po­ki­wał gło­wą, choć mię­śnie na­dal miał spię­te. Uło­żył rę­ce na udach i cze­kał cier­pli­wie na to, co męż­czy­zna ma mu do prze­ka­za­nia.

Naj­wyż­szy ka­płan Ram­mas, sto­ją­cy na cze­le Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia, a za­ra­zem prze­or klasz­to­ru Mo­cy Stwo­rze­nia, omiótł go wzro­kiem, jak­by pró­bu­jąc oce­nić, czy jest czło­wie­kiem god­nym za­ufa­nia.

Ci­sza prze­dłu­ża­ła się nie­zno­śnie i Chri­stian za­czął mi­mo­wol­nie wier­cić się na zbyt ma­łym sie­dze­niu. Prze­or wresz­cie prze­mó­wił:

- Opo­wiedz mi o so­bie, Chri­stia­nie.

Te­go mnich się nie spo­dzie­wał, cze­mu dał wy­raz, uno­sząc brwi ze zdzi­wie­nia. Ocze­ki­wał ra­czej ka­ry lub na­gro­dy, być mo­że ja­kie­goś po­le­ce­nia, ale to? Dla­cze­go je­go los in­te­re­so­wał tak zna­czą­cą oso­bę?

- Ja... - za­czął nie­śmia­ło.

- Uj­mę to ina­czej - prze­rwał mu Ram­mas. - In­te­re­su­je mnie, co ro­bi­łeś przed wstą­pie­niem do za­ko­nu. Czy to praw­da, że słu­ży­łeś w kró­lew­skiej gwar­dii?

- Tak jest. - Chri­stian kiw­nął gło­wą.

- W ran­dze?

- Dzie­sięt­ni­ka. Wcze­śniej peł­ni­łem funk­cję straż­ni­ka miej­skie­go.

Ka­płan się za­my­ślił, po czym w je­go oczach za­lśni­ło za­in­te­re­so­wa­nie.

- Tu­taj, w sto­li­cy?

- Tak. Choć przez pe­wien czas słu­ży­łem tak­że w Fan­ne­as.

- Mia­sto por­to­we - stwier­dził Ram­mas. - Sły­sza­łem, że przed in­wa­zją stró­że pra­wa mie­li tam cięż­ko.

- To praw­da. Do­ki za­wsze przy­cią­ga­ły roz­ma­itych rze­zi­miesz­ków.

- Ro­zu­miem... - Ka­płan zro­bił pau­zę, jak­by za­sta­na­wia­jąc się nad czymś. - A po­wiedz mi, dla­cze­go od­sze­dłeś z gwar­dii?

Chri­stian znów uniósł brwi. Był prze­ko­na­ny, że to po­wszech­na wie­dza. Za­nim do­łą­czył do klasz­to­ru, mu­siał udzie­lić szcze­gó­ło­wych in­for­ma­cji o swo­im po­przed­nim ży­ciu. Tak po­waż­na in­sty­tu­cja jak Try­bu­nał Stwo­rze­nia z pew­no­ścią mia­ła świa­do­mość te­go fak­tu.

- Okry­łem się hań­bą.

- Roz­wiń, pro­szę, te­mat. - Mnich wes­tchnął. Nie miał szcze­gól­nej ocho­ty wra­cać do wspo­mnień z prze­szło­ści.

- Peł­niąc służ­bę w gwar­dii kró­lew­skiej, nie zdo­ła­łem za­wcza­su roz­po­znać za­gro­że­nia ze stro­ny na­jeźdź­cy. Nie obro­ni­li­śmy sto­li­cy, król zaś mu­siał udać się na wy­gna­nie.

Ka­płan od­po­wie­dział od ra­zu. Nie uda­wał za­sko­cze­nia. Mu­siał prze­cież do­sko­na­le znać prze­szłe wy­da­rze­nia.

- Chy­ba je­steś dla sie­bie zbyt su­ro­wy. Nie ty je­den po­no­sisz od­po­wie­dzial­ność za po­raż­kę. Sam król uległ opę­ta­niu przez si­ły zła, na­to­miast ar­mia, gwar­dia i nie­mal wszy­scy pod­da­ni nie po­tra­fi­li prze­ciw­sta­wić się na­jaz­do­wi.

- Jed­nak mo­je za­nie­cha­nia do­pro­wa­dzi­ły do śmier­ci wie­lu osób.

Ram­mas wzniósł roz­ło­żo­ne rę­ce.

 - Wo­la Mo­cy Stwo­rze­nia - oznaj­mił i za­milkł na chwi­lę, uda­jąc, że od­ma­wia mo­dli­twę. Po chwi­li wzno­wił roz­mo­wę: - Uwa­żam, że nie po­wi­nie­neś obar­czać się tym, co nas spo­tka­ło. Wszy­scy oka­za­li­śmy się śle­pi na si­ły, któ­re do­pro­wa­dzi­ły Vo­re­nau na skraj upad­ku. Dla­te­go też kró­lo­wa Va­dien­ne po­sta­no­wi­ła utwo­rzyć Try­bu­nał Stwo­rze­nia. Je­go nad­rzęd­nym za­da­niem jest za­pew­nić kra­jo­wi bez­pie­czeń­stwo i nie do­pu­ścić do te­go, by hi­sto­ria się po­wtó­rzy­ła. Za­gro­że­nie oka­za­ło się tak sil­ne, po­nie­waż ktoś skru­pu­lat­nie przy­go­to­wy­wał się od lat do za­da­nia nam osta­tecz­ne­go cio­su. Uda­ło się to od­wró­cić je­dy­nie dzię­ki bo­ha­ter­skim czy­nom kró­lo­wej, ale to nie ozna­cza, że zło zo­sta­ło cał­ko­wi­cie po­ko­na­ne.

Prze­or po­chy­lił się w stro­nę Chri­stia­na, a ten mi­mo­wol­nie nie­co się od­su­nął. Sta­rzec spoj­rzał mu w oczy.

- Wróg nie śpi. Mam po­waż­ne pod­sta­wy, by są­dzić, że przy­go­to­wu­je się do ko­lej­nej woj­ny, znacz­nie groź­niej­szej niż po­przed­nia. Tym ra­zem za­gro­że­nie nie czai się po­za gra­ni­ca­mi kra­ju.

- Co chcesz przez to po­wie­dzieć, naj­wyż­szy ka­pła­nie? - za­py­tał Chri­stian.

Ram­mas wy­pro­sto­wał się na swo­im krze­śle i wes­tchnął cięż­ko.

- Czy sły­sza­łeś kie­dyś o Czar­nej Wstę­dze?

Chri­stian prze­chy­lił lek­ko gło­wę. Gdzieś już sły­szał to okre­śle- nie, lecz nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, w ja­kich oko­licz­no­ściach.

- Wie­lu uwa­ża­ło, że to tyl­ko le­gen­da. Coś, czym stra­szy­ło się dzie­ci. Ja jed­nak wiem, że jest ina­czej.

- Czym jest ta Czar­na Wstę­ga?

- Or­ga­ni­za­cją. Gru­pą lu­dzi, tfu, po­gań­skich po­mio­tów, któ­rzy dą­żą do znisz­cze­nia na­sze­go pięk­ne­go kró­le­stwa. Kwe­stio­nu­ją wszyst­ko, co nam dro­gie i pięk­ne. Od­rzu­ca­ją wła­dzę pa­nu­ją­cej dy­na­stii, a na­de wszyst­ko prze­ciw­sta­wia­ją się Mo­cy Stwo­rze­nia. Na­sza re­li­gia jest im wro­ga i ją rów­nież pra­gną uni­ce­stwić.

Naj­wyż­szy ka­płan za­milkł i wpa­try­wał się przez chwi­lę w mni­cha, jak­by ocze­ku­jąc je­go od­po­wie­dzi.

- Wy­bacz śmia­łość, naj­wyż­szy ka­pła­nie... Skąd o tym wie­my?

Ram­mas wy­jął coś spod sto­łu i prze­su­nął po bla­cie w stro­nę Chri­stia­na.

Męż­czy­zna do­strzegł nie­wiel­ką kart­kę. Przyj­rzał się jej. Był tam tyl­ko je­den sym­bol. Dwie ciem­ne, fa­lu­ją­ce kre­ski, spla­ta­ją­ce się ni­czym...

- Czar­na Wstę­ga...

- Nie ina­czej.

- Ale... Czy to...

Ram­mas uniósł rę­kę, prze­ry­wa­jąc je­go wy­po­wiedź.

- Ta­kich sym­bo­li zna­leź­li­śmy już po­nad tu­zin. W róż­nych miej­scach. Na pa­pie­rze w ku­piec­kich sa­kwach, na ścia­nach ka­mie­nic, a na­wet w za­mtu­zach. Są do­brze ukry­te, ni­g­dy na wi­do­ku. Zwy­kle na­po­tkać je moż­na w ciem­nych za­ka­mar­kach, w szem­ra­nych dziel­ni­cach. Lu­dzie, przy któ­rych znaj­du­je­my ów sym­bol, opie­ra­ją się tor­tu­rom i wo­lą zgi­nąć, niż po­dzie­lić się ja­ką­kol­wiek in­for­ma­cją. Są nie­złom­ni.

Chri­stian słu­chał z prze­ję­ciem. Moż­li­we, że kró­le­stwo znów mia­ło sta­nąć u pro­gu woj­ny... tym ra­zem do­mo­wej?

- Co wię­cej, spły­wa­ją do nas ra­por­ty z in­nych miast. W ostat­nich mie­sią­cach sym­bol za­czął po­ja­wiać się nie­mal w każ­dym za­kąt­ku Vo­re­nau.

- Czy po­za sym­bo­lem za­uwa­żo­no ja­kieś in­ne dzia­ła­nia?

Ram­mas po­krę­cił gło­wą.

- Nic po­nad nor­mę. Drob­ne kra­dzie­że, prze­krę­ty nie­uczci­wych kup­ców, grzesz­ne wy­stęp­ki, ale nic, cze­go w kró­le­stwie nie by­ło­by od za­wsze. I to wła­śnie naj­bar­dziej mnie nie­po­koi.

- Dla­cze­go, naj­wyż­szy ka­pła­nie?

- Wy­glą­da na to, że Czar­na Wstę­ga jest do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­na. Je­stem pe­wien, że do cze­goś się szy­ku­ją, ale nie- sły­cha­nie trud­no nam od­gad­nąć do cze­go. Nie uda­ło nam się, jak do­tąd, usta­lić ni­cze­go kon­kret­ne­go. Jed­nak ich sym­bol po­ja­wia się w każ­dym z miast i je­stem pe­wien, że na­le­ży się spo­dzie­wać naj­gor­sze­go.

Sta­rzec umilkł i przez chwi­lę sie­dzie­li w ci­szy.

Chri­stian wpa­try­wał się w okno za ple­ca­mi Ram­ma­sa. Spo­dzie­wał się już, cze­go prze­or mo­że od nie­go chcieć, choć myśl ta wy­da­ła mu się ab­sur­dal­na.

 - Po­wiedz mi, Chri­stia­nie, do­brze znasz na­sze kró­le­stwo? - Mnich wy­rwał się z za­my­śle­nia.

 - Tak. Po­cho­dzę z ro­dzi­ny ku­piec­kiej. Za mło­du zjeź­dzi­łem kraj wzdłuż i wszerz.

- Do­sko­na­le. Tak się bo­wiem skła­da, że mam dla cie­bie spe­cjal­ne za­da­nie.

Chri­stian wy­pro­sto­wał się na stoł­ku i spoj­rzał w oczy prze­ło­żo­ne­go.

- Chciał­bym, że­byś zde­ma­sko­wał or­ga­ni­za­cję Czar­nej Wstę­gi. Od­na­lazł ich sie­dzi­bę, do­tarł do pro­wo­dy­rów i za­mel­do­wał o tym Try­bu­na­ło­wi.

Męż­czy­zna prze­łknął śli­nę. On...? No­wi­cjusz? Był wpraw­dzie woj­sko­wym i straż­ni­kiem. Cza­sem pro­wa­dził śledz­twa prze­ciw po­mniej­szym ban­dy­tom, ale to...

- Naj­wyż­szy ka­pła­nie... Dla­cze­go ja?

- Bo je­steś czło­wie­kiem po­boż­nym i uczci­wym. Znam do­brze two­ją hi­sto­rię. Przyj­rza­łem się jej. Wy­py­ty­wa­łem cię, gdyż chcia­łem usły­szeć ją od cie­bie, po­znać re­ak­cję. Nie­mniej Try­bu­nał prze­świe­tlił cię na wy­lot. Na­da­jesz się do te­go za­da­nia jak ma­ło kto.

Chri­stia­no­wi nie chcia­ło się w to wie­rzyć. Nie ucho­dził wszak za ni­ko­go szcze­gól­ne­go. Nie otrzy­mał szko­le­nia, ja­kie prze­wi­dzia­no choć­by dla kró­lew­skich szpie­gów.

Dla­cze­go on? Bo po­świę­cił się spra­wie? Ce­cho­wa­ła go po­boż­ność i lo­jal­ność, jak po­wie­dział Ram­mas. Czy na pew­no cho­dzi­ło tyl­ko o to, czy kry­ło się za tym coś jesz­cze?

Chri­stian przy­pusz­czał, że Try­bu­nał miał zde­cy­do­wa­nie wię­cej wy­znaw­ców, któ­rym po­wie­rzo­no po­dob­ne za­da­nie.

- Masz moż­li­wość zma­zać hań­bę, ja­ką, jak sam twier­dzisz, okry­łeś się w prze­szło­ści. - Prze­or wy­rwał go z roz­my­ślań.

Chri­stian przy­tak­nął. Po­sta­no­wił, że po­dzie­li się swy­mi roz­ter­ka­mi. Na­wet je­śli za­da­wa­nie zbyt wie­lu py­tań nie bę­dzie zbyt do­brze ode­bra­ne przez ka­pła­na.

- Naj­wyż­szy ka­pła­nie, na­dal nie po­tra­fię uwie­rzyć, że to wła­śnie mnie wy­zna­czo­no do te­go za­da­nia. Śmiem twier­dzić, że nie je­stem je­dy­ny. - Ram­mas się uśmiech­nął.

- No i wi­dzisz, Chri­stia­nie. Już udo­wod­ni­łeś, że do­ko­na­łem słusz­ne­go wy­bo­ru. Bły­sko­tli­wość... Klu­czo­wa ce­cha, któ­rą po­win­ni od­zna­czać się na­si wy­słan­ni­cy.

- A więc bę­dzie nas wię­cej?

- Nie mo­gę po­twier­dzić.

- Ro­zu­miem. - Tym ra­zem na twa­rzy Chri­stia­na za­go­ścił lek­ki uśmiech. - Ro­zu­miem, że nie bę­dzie­my mie­li ze so­bą kon­tak­tu? To roz­sąd­ne, praw­da? Je­śli ma­my wy­tro­pić taj­ną or­ga­ni­za­cję, sa­mi mu­si­my dzia­łać w po­dob­ny spo­sób.

Ram­mas nie­znacz­nie kiw­nął gło­wą, nie od­po­wia­da­jąc jed­nak wprost - po­zwa­lał Chri­stia­no­wi sa­me­mu do­cho­dzić do wnio­sków.

- W ja­ki spo­sób bę­dę ra­por­to­wał po­stę­py swych prac?

- Po­do­basz mi się. - Prze­or spoj­rzał na nie­go z apro­ba­tą. - Szyb­ko prze­cho­dzisz do rze­czy. Na po­czą­tek udaj się do świą­ty­ni w To­rian-syd. Od tam­tej­sze­go ka­pła­na otrzy­masz dal­sze wska­zów- ki. Wie tyl­ko ty­le, ile po­wi­nien, bądź więc ostroż­ny.

- O czym nie wol­no mi mó­wić?

- Że pra­cu­jesz bez­po­śred­nio dla mnie i że je­steś na tro­pie Czar­nej Wstę­gi. Ka­płan w To­rian-syd zo­stał po­in­for­mo­wa­ny je­dy­nie, że ktoś z Try­bu­na­łu ma ode­brać od nie­go ra­port.

- Dla­cze­go aku­rat to mia­sto?

- Od­na­leź­li­śmy tam naj­wię­cej sym­bo­li Wstę­gi.

- Ro­zu­miem.

- Do­brze. Wie­rzę, że przy­słu­żysz się Try­bu­na­ło­wi i kró­le­stwu. Te­raz idź już.

Chri­stian ski­nął gło­wą i wstał od sto­łu. Gdy zmie­rzał ku drzwiom, Ram­mas ode­zwał się po raz ostat­ni. Je­go głos brzmiał po­waż­niej niż do­tych­czas - po­brzmie­wa­ła w nim gro­za.

- Nie za­wiedź nas.

***

Roz­ma­ite my­śli kłę­bi­ły się w gło­wie Chri­stia­na. Wra­ca­jąc do klasz­tor­nej ce­li, roz­my­ślał o tym, co usły­szał od sta­re­go za­kon­ni­ka.

Z jed­nej stro­ny du­mą na­pa­wał go fakt, że wy­zna­czo­no go do trud­ne­go za­da­nia, z dru­giej zaś od­czu­wał ogrom­ny nie­po­kój.

Po­wie­rzo­na mu mi­sja ja­wi­ła się nie tyl­ko ja­ko nie­zwy­kle wy­ma­ga­ją­ca, ale i nie­ja­sna. Otrzy­mał szcząt­ko­we in­for­ma­cje, a do te­go ostrze­że­nie, że nie bę­dzie mógł z ni­kim dzie­lić się ani zdo­by­ty­mi wia­do­mo­ścia­mi, ani ce­lem swo­jej służ­by - wca­le nie na­pa­wa­ło go opty­mi­zmem.

Wie­dział przy tym, że Try­bu­nał po­wie­rzył roz­pra­co­wa­nie ta­jem­ni­czej or­ga­ni­za­cji wię­cej niż jed­ne­mu ze swo­ich lu­dzi. By­ło to oczy­wi­ście lo­gicz­ne. Sieć dzia­ła­ją­cych w ukry­ciu agen­tów, nie­po­wią­za­nych ze so­bą bez­po­śred­nio, zwięk­sza­ła szan­se po­wo­dze­nia ca­łe­go przed­się­wzię­cia. Nie­ste­ty, w ra­zie po­ja­wie­nia się oko­licz­no­ści nie­wy­god­nych dla Try­bu­na­łu, po­je­dyn­czy wy­słan­nik mógł zo­stać po­świę­co­ny bez więk­szych kon­se­kwen­cji.

Chri­stian za­sta­na­wiał się, czy ja­ko pio­nek w nie­bez­piecz­nej grze miał w ogó­le szan­sę od­nieść suk­ces.

Pręd­ko skar­cił się za te my­śli. Wy­zna­czo­no mu za­da­nie i na­le­ża­ło się na nim sku­pić. Miał szan­sę przy­nieść chlu­bę nie tyl­ko wła­sne­mu za­ko­no­wi, ale i kró­le­stwu. Do­stał moż­li­wość od­ku­pie­nia swo­ich win - naj­pew­niej ostat­nią. Po­sta­no­wił więc, że cał­ko­wi­cie od­da się służ­bie, choć­by miał przez to zgi­nąć.

Drzwi do ce­li po­zo­sta­wa­ły otwar­te, co w klasz­to­rze ni­ko­go nie dzi­wi­ło. Mi­mo to Chri­stian, nie­gdyś śled­czy, szyb­ko zo­rien­to­wał się, że ktoś był tu przed nim. Ostroż­nie wszedł do po­miesz­cze­nia i się ro­zej­rzał. Na je­go pry­czy le­ża­ła skó­rza­na tor­ba, a obok niej po­chwa z mie­czem. Z cie­ka­wo­ścią zaj­rzał do sa­kwy. Zna­lazł cięż­ki mie­szek, wy­peł­nio­ny spo­rą ilo­ścią kró­lew­skich mo­net. Prze­li­czył je szyb­ko i zmarsz­czył czo­ło ze zdu­mie­nia.

Za ta­ką su­mę mógł żyć wy­god­nie, po­dró­żu­jąc po ca­łym Vo­re­nau przez bli­sko rok. Roz­rzut­ność sta­ła w sprzecz­no­ści z re­gu­łą za­ko­nu i mnich wzdry­gnął się na myśl o tym, co mógł­by so­bie ku­pić za ta­ką kwo­tę.

Oprócz sa­kiew­ki zna­lazł w tor­bie list do ka­pła­na In­de­na w To­rian-syd, opa­trzo­ny pie­czę­cią Try­bu­na­łu, a tak­że kró­lew­ski glejt przy­zna­ją­cy mu pra­wo do swo­bod­ne­go po­ru­sza­nia się po kró­les- twie. Za­kon­nik aż za­gwiz­dał z wra­że­nia.

Od chwi­li wstą­pie­nia kró­lo­wej Va­dien­ne I na tron w Vo­re­nau wie­le się zmie­ni­ło. Wszy­scy oby­wa­te­le po­dró­żu­ją­cy mię­dzy mia­sta­mi mu­sie­li po­sia­dać sto­sow­ną zgo­dę, któ­rą w ra­zie za­trzy­ma­nia na­le­ża­ło oka­zać kró­lew­skie­mu żoł­nie­rzo­wi. Glej­ty naj­czę­ściej wy­da­wa­no na okre­ślo­nych tra­sach, na­to­miast te umoż­li­wia­ją­ce swo­bod­ne prze­miesz­cza­nie się po ca­łym kró­le­stwie sta­no­wi­ły rzad­kość i re­zer­wo­wa­no je wy­łącz­nie dla waż­nych urzęd­ni­ków lub wy­so­ko po­sta­wio­nych przed­sta­wi­cie­li Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia.

Na sa­mym koń­cu Chri­stian wziął w rę­ce miecz. Nie są­dził, że jesz­cze kie­dyś bę­dzie mu da­ne do­być bro­ni. Wpraw­dzie wca­le te­go nie pra­gnął, jed­nak chwy­ta­jąc rę­ko­jeść i wy­su­wa­jąc klin­gę z po­chwy, po­czuł przy­jem­ne cie­pło wy­peł­nia­ją­ce cia­ło. Broń do­sko­na­le le­ża­ła w dło­ni, a ostrze by­ło lśnią­ce i ide­al­nie na­ostrzo­ne. Nie miał w rę­ku tak wspa­nia­łe­go orę­ża na­wet wte­dy, gdy słu­żył w gwar­dii kró­lew­skiej.

- Tym ostrzem bę­dę wy­ko­ny­wał wy­ro­ki Try­bu­na­łu - po­wie­dział pod no­sem. - Mo­cy Stwo­rze­nia, pro­wadź mą rę­kę, by za­wsze do­się­ga­ła twych wro­gów.

Już daw­no za­pa­dła noc, więc Chri­stian, mi­mo ogól­ne­go pod­nie­ce­nia, po­sta­no­wił, że naj­wyż­szy czas udać się na spo­czy­nek. Tor­bę i miecz scho­wał pod łóż­kiem i za­sta­wił szaf­ką, jak­by w oba­wie, że gdy bę­dzie spał, ktoś od­wa­ży się po nie się­gnąć. Nie mi­nę­ło wie­le cza­su i zmę­czo­ne oczy za­kon­ni­ka za­mknę­ły się i za­padł w bło­gi sen.

***

Ly­na kro­czy­ła bo­so przez za­tło­czo­ny plac, a jej drob­ne sto­py nie­przy­jem­nie za­pa­da­ły się we wszech­obec­nym bło­cie.

Mia­ła na so­bie po­szar­pa­ną, brud­ną tka­ni­nę, za­ło­żo­ną spe­cjal­nie po to, by nie od­róż­niać się od miej­sco­wej bie­do­ty. Po­tar­ga­ła słom­ko­we wło­sy i dla nie­po­zna­ki wtar­ła w twarz tro­chę bło­ta, krzy­wiąc się przy tym okrut­nie. By­ło to nie­ste­ty ko­niecz­ne. Te­go chciał­by Oj­ciec. Choć nie­dłu­go mia­ła wkro­czyć w do­ro­słość, jej ni­ski wzrost upo­dab­niał ją do miej­sco­wych dzie­ci. Upew­niw­szy się, że nikt nie zwra­ca na nią uwa­gi - ani na nią, ani na szty­let ukry­ty w fał­dach ma­te­ria­łu - ru­szy­ła w stro­nę ryn­ku.

Spo­dzie­wa­ła się za­stać tam swo­ją przy­szłą ofia­rę. W dzień tar­go­wy w mie­ście pa­no­wał nie­sa­mo­wi­ty tłok. Ly­na ce­lo­wo wy­bra­ła wła­śnie ten mo­ment na wy­ko­na­nie za­da­nia. Li­czy­ła na to, że w ści­sku ła­twiej bę­dzie jej znik­nąć, nim kto­kol­wiek zo­rien­tu­je się, co się sta­ło.

Wszyst­ko do­brze prze­my­śla­ła. Prze­ci­śnie się jak naj­bli­żej try­bu­ny, na któ­rej za­zwy­czaj stał he­rold i ob­wiesz­czał miesz­kań­com roz­ma­ite ko­mu­ni­ka­ty. W po­bli­żu he­rol­da prze­by­wał naj­czę­ściej przed­sta­wi­ciel Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia, czu­wa­jąc nad tym, by w ogło­sze­niach nie po­ja­wi­ły się przy­pad­kiem wi­chrzy­ciel­skie lub he­re­tyc­kie tre­ści. Ly­na nie do koń­ca ro­zu­mia­ła, co zna­czą te sło­wa, lecz do­kład­nie tak po­wie­dział Oj­ciec.

Oj­ciec wie­dział, co mó­wi.

Oj­ciec był dla niej do­bry.

Gdy tyl­ko znaj­dzie się do­sta­tecz­nie bli­sko ka­pła­na, wy­ko­rzy­sta oka­zję i zro­bi to, do cze­go zo­sta­ła po­wo­ła­na.

Speł­ni wo­lę Oj­ca.

Mu­sia­ła się sku­pić. Mi­mo mło­de­go wie­ku Ly­na wy­ka­zy­wa­ła się du­żą by­stro­ścią i spo­strze­gaw­czo­ścią. Nie mo­gła po­zwo­lić, by pod­czas ogło­szeń tłum ode­pchnął ją z da­la od po­de­stu. Prze­ci­ska­ła się mię­dzy ludź­mi, nie zwa­ża­jąc na to, że ktoś rzu­cał w jej stro­nę prze­kleń­stwem lub na­wet za­ma­chi­wał się, by ją od­pę­dzić. W ści­sku lu­dzie szyb­ko o ta­kich drob­nost­kach za­po­mi­na­li.

Opra­co­wa­ła też plan uciecz­ki. Wie­dzia­ła do­kład­nie, w któ­rą stro­nę po­bie­gnie. Po wszyst­kim za­mie­rza­ła udać się czym prę­dzej do dziel­ni­cy rze­mieśl­ni­czej, w dzień tar­go­wy opu­sto­sza­łej. Cia­sne ulicz­ki i sto­ją­ce przy nich wy­so­kie ka­mie­ni­ce za­pew­nią jej schro­nie­nie.

Do­cho­dzi­ło po­łu­dnie. Miesz­kań­cy wciąż prze­cha­dza­li się mię­dzy stra­ga­na­mi, tar­gu­jąc się i prze­krzy­ku­jąc, jed­nak co­raz wię­cej z nich gro­ma­dzi­ło się już w cen­tral­nej czę­ści ryn­ku. Wresz­cie na drew­nia­ne pod­wyż­sze­nie wkro­czy­ła de­le­ga­cja na cze­le z kró­lew­skim he­rol­dem. To­wa­rzy­szy­ło mu dwóch uzbro­jo­nych straż­ni­ków oraz ka­płan Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia, idą­cy nie­co z ty­łu.

Ly­na po­czu­ła, jak wło­sy sta­ją jej dę­ba. By­ła tak bli­sko. Mu­sia­ła za­cho­wać peł­ne sku­pie­nie i nie dać się po­nieść emo­cjom - na­le­ża­ło po­cze­kać na wła­ści­wy mo­ment, gdy wszy­scy bę­dą mie­li oczy utkwio­ne w po­de­ście.

He­rold wy­cią­gnął trąb­kę ze skó­rza­ne­go po­krow­ca i ode­grał krót­ką me­lo­dię. Na ryn­ku zro­bi­ło się ci­szej, a lu­dzie za­czę­li zbie­rać się wo­kół try­bu­ny. Wkrót­ce he­rold roz­po­czął prze­mo­wę swo­im tu­bal­nym gło­sem.

- Po­słu­chaj­cie, do­brzy lu­dzie! W imię Mo­cy Stwo­rze­nia prze­ka­zu­ję wam, miesz­kań­com To­rian-syd, na­stę­pu­ją­ce sło­wa. Ucie­szy was za­pew­ne wia­do­mość, że w przy­szłym mie­sią­cu w wa­szym mie­ście od­bę­dzie się fe­sti­wal ku czci kró­lo­wej, or­ga­ni­zo­wa­ny przez miej­sco­we­go za­rząd­cę. Ze sto­li­cy przy­bę­dzie spe­cjal­na tru­pa te­atral­na, pla­no­wa­ny jest tak­że tur­niej ry­cer­ski.

Z tłu­mu da­ły się sły­szeć po­je­dyn­cze od­gło­sy za­do­wo­le­nia.

- Pra­gnę was rów­nież po­in­for­mo­wać, że przy­go­to­wa­nia do co­rocz­ne­go wiel­kie­go tar­gu w sto­li­cy ru­szy­ły peł­ną pa­rą. Wszy­scy chęt­ni za­pro­sze­ni są do od­wie­dze­nia Vo­re­nau. Opła­ta za han­del zo­sta­nie na czas tar­gu ob­ni­żo­na o po­ło­wę!

Tym ra­zem tłum wy­ka­zał nie­co wię­cej en­tu­zja­zmu. Wkrót­ce jed­nak umilkł.

Po do­brych wia­do­mo­ściach zwy­kle przy­cho­dzi­ły złe. He­rold od­chrząk­nął i wziął głę­bo­ki wdech, po czym mó­wił da­lej. Je­go głos nie­co się ła­mał, jak­by oba­wiał się re­ak­cji ze­bra­nych na to, co miał im do prze­ka­za­nia.

- Z roz­ka­zu kró­lo­wej Va­dien­ne Pierw­szej rocz­ny po­da­tek zo­sta­nie pod­nie­sio­ny o trzy srebr­ne mo­ne­ty od go­spo­dar­stwa...

Prze­rwa­ły mu bu­cze­nie i gwiz­dy. He­rold naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się in­nej re­ak­cji - czy­tał więc da­lej, co ja­kiś czas ner­wo­wo zer­ka­jąc na tłum, by w ra­zie po­trze­by uchy­lić się przed le­cą­cy­mi w je­go stro­nę po­mi­do­ra­mi lub jaj­ka­mi.

- Jest to uza­sad­nio­ne ko­niecz­no­ścią zwięk­sze­nia na­kła­dów na wal­kę z he­re­zją, któ­ra roz­pa­no­szy­ła się w kró­le­stwie. - Sto­ją­cy nie­opo­dal ka­płan Try­bu­na­łu wy­pro­sto­wał się dum­nie i za­plótł rę­ce na pier­si. Tłum był co­raz bar­dziej nie­spo­koj­ny.

- Hań­ba! - krzy­cze­li lu­dzie.

- Zło­dziej­stwo!

- Do­pie­ro co pod­no­si­li!

- Co ja ba­cho­rom do gę­by wło­żę?

W stro­nę he­rol­da za­czę­ły rze­czy­wi­ście le­cieć roz­ma­ite wa­rzy­wa i drob­ne przed­mio­ty.

Ly­na uzna­ła, że lep­szej oka­zji nie bę­dzie. Wy­ję­ła szty­let i wy- ce­lo­waw­szy spo­koj­nie, ci­snę­ła nim pro­sto w sto­ją­ce­go za he­rol­dem ka­pła­na.

Nóż prze­ci­nał po­wie­trze z ci­chym świ­stem, by osta­tecz­nie wbić się w krtań męż­czy­zny. Nim kto­kol­wiek zo­rien­to­wał się, co się sta­ło, ka­płan osu­nął się na ko­la­na i, char­cząc, pró­bo­wał ta­mo­wać try­ska­ją­cą z gar­dła krew. Nikt nie zdą­żył mu po­móc.

Na ryn­ku za­pa­no­wał po­tęż­ny cha­os. Straż­ni­cy he­rol­da sta­li w osłu­pie­niu, nie wie­dząc, co ro­bić, sam he­rold zaś z pi­skiem ze­sko­czył z po­de­stu i za­czął prze­dzie­rać się przez tłum. Ze­bra­ni wrzesz­cze­li i roz­bie­ga­li się w róż­ne stro­ny, po­trą­ca­jąc się na­wza­jem i prze­wra­ca­jąc roz­sta­wio­ne kra­my. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło do tra­ge­dii - ogar­nię­ci pa­ni­ką lu­dzie mo­gli za­cząć tra­to­wać słab­szych.

W tym za­mie­sza­niu Ly­na zwin­nie prze­mknę­ła przez tłum i nie­po­strze­że­nie znik­nę­ła wą­ski­mi ulicz­ka­mi. Ja­kiś czas póź­niej opie­ra­ła się o ścia­nę jed­nej z ka­mie­nic w dziel­ni­cy rze­mieśl­ni­czej, wy­rów­nu­jąc od­dech. W mie­ście na­dal roz­le­ga­ły się krzy­ki, lecz ona by­ła bez­piecz­na.

Zro­bi­ła to.

Wy­ko­na­ła za­da­nie.

Oj­ciec bę­dzie za­do­wo­lo­ny.

Roz­dział 2

Każ­de­go wie­czo­ru karcz­ma "Pod Li­chym Go­łę­biem" przy­cią­ga­ła po­dróż­nych nie ty­le nie­zbyt for­tun­ną na­zwą, co pół­ka­mi ugi­na­ją­cy­mi się od roz­ma­itych al­ko­ho­li i za­pa­chem cie­płej stra­wy, do­cho­dzą­cym z kuch­ni.

Tu­tej­sze je­dze­nie z pew­no­ścią nie za­chwy­ci­ło­by miesz­kań­ców naj­bo­gat­szych dziel­nic sto­li­cy, lecz nie­wy­su­bli­mo­wa­ne pod­nie­bie­nia stru­dzo­nych wę­drow­ców, zmę­czo­nych ca­ło­dzien­ną po­dró­żą, nie po­tra­fi­ły mu się oprzeć. Do­dat­ko­wy atut za­jaz­du sta­no­wi­ło je­go po­ło­że­nie. Przy­by­tek usy­tu­owa­no na sty­ku dwóch waż­nych szla­ków po­gra­ni­cza - pół­noc-po­łu­dnie oraz wschód-za­chód.

Ja­dąc przez Vo­re­nau z kra­in po­łu­dnio­wych, moż­na by­ło wpraw­dzie wy­brać kil­ka in­nych dróg, jed­nak ta zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­sza­ła po­zo­sta­łe pro­sto­tą: pro­wa­dzi­ła przez pła­skie rów­ni­ny, omi­ja­ła mo­kra­dła, a na tra­sie na­po­ty­ka­ło się straż­ni­ce ob­sa­dzo­ne przez kró­lew­skie woj­sko - zja­wi­sko rzad­kie w tej czę­ści świa­ta. Ze wscho­du na za­chód na­to­miast ukształ­to­wa­nie te­re­nu wy­mu­sza­ło w za­sa­dzie tyl­ko jed­ną dro­gę.

Wła­ści­ciel za­jaz­du nie mógł więc na­rze­kać na brak klien­te­li, zwłasz­cza od cza­su, gdy sy­tu­acja na ru­bie­żach kró­le­stwa uspo­ko­iła się i miesz­kań­com nie za­gra­ża­ły już na­jaz­dy dzi­kich bar­ba­rzyń­ców. Je­dy­ne, z czym mu­siał się li­czyć, to spo­ra­dycz­ne łu­pież­cze ban­dy, któ­re od cza­su do cza­su za­pusz­cza­ły się w nie­co bar­dziej za­lud­nio­ne czę­ści re­gio­nu.

Dzień chy­lił się ku koń­co­wi. Słoń­ce za­cho­dzi­ło le­ni­wie za tra­wia­stym ho­ry­zon­tem. Ze­rwał się lek­ki wiatr, trza­ska­jąc nie- przy­jem­nie otwar­ty­mi okna­mi. Z uwa­gi na cie­płą po­rę ro­ku we­wnątrz pa­no­wał za­duch, a ka­ra­lu­chy chęt­nie pe­ne­tro­wa­ły po­miesz­cze­nie, nie zwa­ża­jąc na sie­dzą­cych przy sto­łach go­ści.

- Jesz­cze pi­wa! - krzyk­nął ktoś do py­za­tej Anu­si.

Dziew­czy­na uwi­ja­ła się mię­dzy sto­ła­mi z gra­cją jucz­ne­go osła, nie­chcą­cy ocie­ra­jąc się o za­ja­da­ją­cych się gro­chem i ka­szą kon­su­men­tów. Ro­bi­ła, co mo­gła, jed­nak licz­ba za­mó­wień zde­cy­do­wa­nie prze­ra­sta­ła jej zdol­no­ści za­pa­mię­ty­wa­nia, więc mu­sia­ła wy­słu­chi­wać nie­wy­bred­nych obelg od znie­cier­pli­wio­nych go­ści.

W pew­nym mo­men­cie kar­czem­ny gwar prze­rwa­ło skrzy­pie­nie otwie­ra­nych drzwi, w któ­rych sta­nę­ła bar­czy­sta po­stać. Męż­czy­zna za­dbał o to, by na­ro­bić od­po­wied­nio du­żo ha­ła­su, przy­ku­wa­jąc uwa­gę nie­mal wszyst­kich obec­nych. Wy­so­ki, umięś- nio­ny bro­dacz, wy­stro­jo­ny ni­czym na świą­tecz­ny targ w sto­li­cy, za­krę­cił za­wa­diac­ko gru­bym wą­sem i huk­nął:

- Go­spo­da­rzu! Miej­sce dla mnie i dla mo­ich to­wa­rzy­szy! Naj­więk­szy stół, ja­ki ma­cie! Da­wać wszyst­ko, co dziś ser­wu­je "Go­łąb"! I oby nie by­ło li­che!

Zza je­go ple­ców da­ły się sły­szeć ru­basz­ne śmie­chy rze­czo­nych to­wa­rzy­szy. W mgnie­niu oka na par­kie­cie przed wej­ściem sta­nę­ło sze­ściu ro­słych dra­bów.

Szyn­karz, pulch­ny, ły­sie­ją­cy męż­czy­zna, pod­niósł wzrok znad prze­cie­ra­ne­go ku­fla i na­tych­miast od­sta­wił go na la­dę. Ski­nął gło­wą na Anu­się, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, by zi­gno­ro­wa­ła wszyst­kie za­mó­wie­nia i czym prę­dzej za­ję­ła się przy­go­to­wa­niem sto­łu po­środ­ku izby.

Anu­sia oży­wi­ła się i na mięk­kich no­gach po­de­szła do ła­wy, wy­cie­ra­jąc ją śmier­dzą­cą szma­tą.

Nim skoń­czy­ła, no­wo przy­by­li nie­spiesz­nie zaj­mo­wa­li miej­sca. Ocią­ga­li się przy tym strasz­nie, gdyż każ­dy z nich wy­ka­zy­wał nad­mier­ne za­in­te­re­so­wa­nie kel­ner­ką.

Ko­bie­ta, choć przy­zwy­cza­jo­na do lu­bież­nych spoj­rzeń i ge­stów, któ­re no­to­rycz­nie kie­ro­wa­li w jej stro­nę go­ście karcz­my, po­czu­ła się nie­swo­jo.

Je­den z męż­czyzn po­su­nął się zde­cy­do­wa­nie za da­le­ko i dziar­skim ru­chem wsu­nął jej dłoń mię­dzy no­gi. Uczu­cie chro­po­wa­tej rę­ki ocie­ra­ją­cej się o we­wnętrz­ną stro­nę uda przy­pra­wi­ło ją o mdło­ści. Z ca­łych sił ode­pchnę­ła męż­czy­znę i od­sko­czyw­szy, po­bie­gła pręd­ko za szynk­was.

Zbó­je wy­bu­chli śmie­chem i za­sie­dli wresz­cie na ła­wach, co rusz zer­ka­jąc w stro­nę pra­cow­ni­cy.

Karcz­marz nie za­re­ago­wał, lecz czo­ło zro­sił mu pot. I bez zdol­no­ści wróż­biar­skich da­ło się prze­wi­dzieć, że z ty­mi tu­taj nie bę­dzie miał spo­koj­nej no­cy. Bał się przede wszyst­kim o Anu­się - ła­two by­ło so­bie wy­obra­zić, ja­kie po­my­sły mo­gły przyjść do gło­wy ta­kim dra­bom, zwłasz­cza po kil­ku ku­flach mio­du.

Mi­nę­ło tro­chę cza­su, za­nim przy­go­to­wa­no stra­wę dla przy­by­szów. Wła­ści­ciel po­sta­no­wił sa­mo­dziel­nie ob­słu­żyć ich stół, pro­sząc jed­no­cze­śnie Anu­się, by po­zo­sta­łych go­ści ob­słu­gi­wa­ła jak zwy­kle, tych zaś omi­ja­ła jak naj­szer­szym łu­kiem.

Głod­ni zbó­je - bo pa­trząc na ich wy­gląd, trud­no by­ło przy­pusz­czać, by trud­ni­li się wy­pa­sem by­dła, rol­nic­twem lub ja­ką­kol­wiek in­ną uczci­wą pro­fe­sją - po­cząt­ko­wo nie zwró­ci­li na to uwa­gi. Za­ję­li się po­że­ra­niem świe­żych se­rów, bo­chen­ków chle­ba i ka­wał­ków szyn­ki, któ­re za­ser­wo­wał im karcz­marz.

Gdy wła­ści­ciel za­czął ży­wić na­dzie­ję, że na­je­dze­ni przy­by­sze nie­co się uspo­ko­ili i być mo­że skłon­ni bę­dą od­stą­pić od spra­wia­nia pro­ble­mów, herszt ban­dy strą­cił ku­fel z mio­dem tak, że roz­bił się o pod­ło­gę z gło­śnym trza­skiem. Nie pró­bo­wał na­wet uda­wać, że zro­bił to przez przy­pa­dek.

- Karcz­marz! - krzyk­nął za­chryp­nię­tym gło­sem, po czym gło­śno bek­nął. - Trze­ba tu po­sprzą­tać! Nie­chaj przyj­dzie ta dzie­wu­cha, a jesz­cze ze dwa ku­fle przy­nie­sie. I to na twój koszt!

Wła­ści­ciel wes­tchnął i wziął głę­bo­ki od­dech, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić. Cia­ło od­ma­wia­ło mu po­słu­szeń­stwa - nie był w sta­nie po­wstrzy­mać drże­nia rąk. Strach co­raz sil­niej przej­mo­wał nad nim kon­tro­lę. Wi­dział broń przy pa­sach męż­czyzn. Dłu­gie mie­cze, to­por­ki do rzu­ca­nia, szty­le­ty... ca­ły ar­se­nał śmier­cio­no­śnych na­rzę­dzi. Po­nad­to twa­rze kil­ku z nich zdo­bi­ły bli­zny, z pew­no­ścią od­nie­sio­ne w wal­ce. Ewi­dent­nie nie miał do czy­nie­nia ze zgra­ją zwy­kłych rze­zi­miesz­ków, od któ­rych ro­iło się na trak­tach po­gra­ni­cza - moc­nych w gę­bie, nie­sko­rych jed­nak do udzia­łu w praw­dzi­wych, krwa­wych awan­tu­rach. Z ty­mi tu­taj nie by­ło żar­tów. Mu­siał za wszel­ką ce­nę ochro­nić przed ni­mi Anu­się. Dziew­czy­na nie grze­szy­ła in­te­lek­tem, ale spraw­dza­ła się ja­ko so­lid­na pra­cow­ni­ca i po pro­stu do­bry czło­wiek.

- Na co, kur­wa, cze­kasz? - wark­nął drab.

- Już, pa­nie - od­parł karcz­marz, uno­sząc rę­ce w uspo­ka­ja­ją­cym ge­ście. Głos mu się ła­mał. Dło­nie trzę­sły się co­raz bar­dziej, gdy na­le­wał miód do ku­fli. Po­sta­no­wił przy­nieść ich wię­cej. - Pro­szę, pa­nie. Na mój koszt, za to, że mu­sie­li­ście cze­kać. - Po­sta­wił ku­fle na sto­le, po czym chwy­cił szczot­kę i za­czął ner­wo­wo sprzą­tać sko­ru­py roz­bi­te­go na­czy­nia.

Gdy się na­chy­lał, kro­ple po­tu po­ja­wi­ły się na je­go ple­cach i za­czę­ły nie­przy­jem­nie spły­wać co­raz ni­żej. Na­gle usły­szał, że je­den z męż­czyzn - ten, co roz­bił ku­fel - wsta­je, i na­tych­miast po­czuł za so­bą je­go obec­ność. Sil­ne dło­nie chwy­ci­ły go za bark i od­wró­ci­ły ku so­bie. Pa­trzył te­raz w oczy po­tęż­ne­go ła­chu­dry i czuł je­go śmier­dzą­cy od­dech.

- Ty chy­ba je­steś głu­chy, co? - za­py­tał tam­ten, przy­my­ka­jąc po­wie­ki i za­ci­ska­jąc co­raz moc­niej dłoń na ra­mie­niu karcz- ma­rza. - Po­wie­dzia­łem, że sprzą­tać ma dziew­ka.

- Co się cze­piasz, Ka­zan - rzu­cił je­den z sie­dzą­cych przy sto­le ban­dy­tów. - Ten tu­taj też ma cyc­ki! - Ryk­nę­li śmie­chem.

Ka­zan się nie za­śmiał. Za­miast te­go wy­szcze­rzył zę­by i z ca­łej si­ły wal­nął karcz­ma­rza czo­łem w nos. Szyn­karz upadł i chwy­cił się za za­krwa­wio­ną twarz, ję­cząc z bó­lu.

W karcz­mie za­pa­no­wa­ła na­gle gro­bo­wa ci­sza, prze­ry­wa­na je­dy­nie wy­ciem le­żą­ce­go na pod­ło­dze wła­ści­cie­la. Ka­zan mi­nął go i dziar­skim kro­kiem skie­ro­wał się w stro­nę Anu­si. Kom­pa­ni ze­rwa­li się z ław i ru­szy­li za nim.

Anu­sia krzą­ta­ła się przy jed­nym ze sto­łów, uda­jąc, że nie za­uwa­ża idą­cych ku niej męż­czyzn. Gdy Ka­zan zna­lazł się le­d­wie pół kro­ku od niej, od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła na nie­go. W jej oczach wi­dać by­ło prze­ra­że­nie.

Męż­czy­zna szyb­kim ru­chem zła­pał ją za gar­dło i przy­cią­gnął do sie­bie.

- Po­win­naś się cie­szyć - wy­char­czał lu­bież­nie. - Do­stą­pisz dziś za­szczy­tu za­do­wa­la­nia Ka­za­na i je­go słyn­nej Ban­dy Blizn!

Anu­sia krzyk­nę­ła, jed­nak męż­czy­zna pchnął ją na ścia­nę i za­czął ob­ła­piać jej ob­fi­te pier­si. Usły­szał je­dy­nie świst le­cą­ce­go ostrza, po czym wy­prę­żył się jak stru­na. Prze­szy­wa­ją­cy ból roz­szedł się od ło­pat­ki.

- Co, do kur­wy?!

Wy­pu­ścił Anu­się, a ta osu­nę­ła się na pod­ło­gę, ku­ląc ze stra­chu.

Człon­ko­wie ban­dy od­wró­ci­li się na­tych­miast ku miej­scu, z któ­re­go przy­le­ciał nóż, i jed­no­cze­śnie się­gnę­li po broń.

Na koń­cu sa­li sta­ła ko­bie­ta, wciąż z wy­su­nię­tą dło­nią. Uśmiech­nę­ła się zło­wiesz­czo. Zza ple­ców wy­cią­gnę­ła dru­gie ostrze i ci­snę­ła w ich stro­nę. Szty­let wbił się w szy­ję jed­ne­go z dra­bów; ten, dła­wiąc się krwią, padł na pod­ło­gę, a cia­łem wstrzą­snę­ły drgaw­ki.

- Za­bić ją! - wrza­snął roz­wście­czo­ny Ka­zan i rzu­cił się, ze szty­le­tem na­dal tkwią­cym w ple­cach, w stro­nę ko­bie­ty.

Wo­jow­nicz­ka wy­cią­gnę­ła zza pa­sa krót­ki miecz i przy­ję­ła szer­mier­czą po­zy­cję, wy­su­wa­jąc jed­ną no­gę lek­ko do ty­łu i w bok.

W tym sa­mym cza­sie je­den z bie­gną­cych na nią zbó­jów za­wył z bó­lu - je­go pierś prze­bi­ło ostrze mie­cza. Spoj­rzał z prze­ra­że­niem na wy­sta­ją­cą z cia­ła stal. Rę­ko­jeść trzy­mał sto­ją­cy za nim mło­dy męż­czy­zna. Z nie­na­wi­ścią w oczach prze­krę­cił ostrze i wy­cią­gnął je z pier­si dra­ba, kop­nia­kiem po­wa­la­jąc go na zie­mię. Spoj­rzał po­ro­zu­mie­waw­czo na ko­bie­tę z mie­czem - ta krót­ko ski­nę­ła gło­wą. Po­tem roz­pę­ta­ło się pie­kło.

Mło­dzie­niec ob­ró­cił się bły­ska­wicz­nie, gdy spa­dał na nie­go cios to­po­ra, któ­ry spa­ro­wał z wy­sił­kiem. Sa­la go­spo­dy, choć ob­szer­na, mia­ła swo­je ogra­ni­cze­nia i spraw­ne ma­new­ry przy­cho­dzi­ły z tru­dem. Mi­mo to wy­ko­nał pi­ru­et z nie­by­wa­łą zwin­no­ścią i ciął w udo jed­ne­go z na­past­ni­ków. Krew try­snę­ła gwał­tow­nie z roz­cię­tej tęt­ni­cy, obry­zgu­jąc pod­ło­gę.

Im­pet, z ja­kim ata­ko­wa­li człon­ko­wie Ban­dy Blizn, zde­cy­do­wa­nie osłabł. Zło­czyń­cy zo­rien­to­wa­li się, że stra­ci­li już trzech to­wa­rzy­szy i nie ma­ją do czy­nie­nia z by­le kim.

Męż­czy­zna i ko­bie­ta nie cze­ka­li, aż ban­da się prze­gru­pu­je - sa­mi przy­stą­pi­li do ata­ku. Mi­mo li­czeb­nej prze­wa­gi ban­dy­ci nie mie­li szans. Zwin­ność dwój­ki wo­jow­ni­ków oraz ich nie­ma­łe umie­jęt­no­ści spra­wi­ły, że je­den po dru­gim pa­da­li mar­twi po wy­mia­nie za­le­d­wie kil­ku cio­sów.

Nie­dłu­go po­tem Ka­zan stał sam, trzy­ma­jąc w trzę­są­cej się dło­ni miecz. Dy­szał cięż­ko, ból w ple­cach do­skwie­rał mu co­raz bar­dziej, a wi­dok kom­pa­nów le­żą­cych w ka­łu­żach krwi od­bie­rał mu reszt­ki pew­no­ści sie­bie.

- Oszczędź­cie, pa­nie...

Męż­czy­zna z mie­czem nie oszczę­dził.

Spraw­nie wy­trą­cił broń z dło­ni Ka­za­na, po czym jed­nym ru­chem po­de­rżnął mu gar­dło. Umie­ra­ją­cy za­czął char­czeć tak prze­raź­li­wie, że na­wet ku­lą­cą się w ką­cie Anu­się ten dźwięk przy­pra­wił o dresz­cze. Gdy jed­nak cia­ło bez­wład­nie osu­nę­ło się na pod­ło­gę, w ca­łej karcz­mie za­pa­no­wa­ła mar­twa ci­sza. Po chwi­li, gdy dwój­ka wo­jow­ni­ków scho­wa­ła mie­cze do po­chew, da­ły się sły­szeć po­je­dyn­cze, peł­ne ulgi od­de­chy. Klien­ci, któ­rzy wcze­śniej szu­ka­li schro­nie­nia przed krwa­wą jat­ką, za­czę­li po­wo­li wy­cho­dzić spod sto­łów.

Za­bój­ca Ka­za­na wró­cił na śro­dek sa­li i na­chy­lił się nad karcz­ma­rzem. Ten, wciąż trzy­ma­jąc się za za­krwa­wio­ną twarz i krzy­wiąc z bó­lu, wzdry­gnął się na wi­dok wo­jow­ni­ka.

- Nie bój się - po­wie­dział za­ska­ku­ją­co spo­koj­nym gło­sem i wy­cią­gnął rę­kę do szyn­ka­rza. Po­mógł mu wstać, po czym po­spie­szył na za­ple­cze i wró­cił po chwi­li ze zmo­czo­ną szmat­ką. - Przy­łóż do twa­rzy.

- Dzię­ku­ję, pa­nie... - wy­sa­pał z tru­dem karcz­marz, z nie­co więk­szą uf­no­ścią pa­trząc na nie­zna­jo­me­go.

- Dar­dan - przed­sta­wił się wo­jow­nik. - Dar­dan de Brandt.

Brwi karcz­ma­rza ścią­gnę­ły się w za­my­śle­niu, jak­by na­zwi­sko obi­ło mu się już kie­dyś o uszy. Po­nie­waż pa­mięć za­wio­dła, ski­nął gło­wą z uzna­niem.

- Ura­to­wa­li­ście nas, pa­nie de Brandt. Ura­to­wa­li­ście na­szą Anu­się. Je­ste­śmy wdzięcz­ni. - W tym cza­sie to­wa­rzysz­ka Dar­da­na na­chy­la­ła się nad wciąż ku­lą­cą się pod ścia­ną ko­bie­tą.

- Chodź, po­mo­gę ci wstać. Po­tem pój­dziesz się ob­myć.

Anu­sia trzę­sła się i pa­trzy­ła z prze­ra­że­niem na wy­ba­wi­ciel­kę. Wpraw­dzie nie­zna­jo­ma ura­to­wa­ła ją przed nie­chyb­nym gwał­tem, lecz chwi­lę po­tem - wraz z part­ne­rem - za­mie­ni­ła go­spo­dę w krwa­wy plac bi­twy.

- Je­stem Ka­ia, a ty?

- Anu­sia.

- Pięk­ne imię. - Ka­ia uśmie­cha­ła się cie­pło, co nie­co uspo­ko­iło pra­cow­ni­cę.

- Je­steś pa­ni... ry­cer­ką? - spy­ta­ła Anu­sia, naj­wy­raź­niej nie znaj­du­jąc lep­sze­go sło­wa na okre­śle­nie pro­fe­sji Kai. "Ry­cer­ka" szcze­rze się za­śmia­ła.

- Tak... mo­żesz mnie tak na­zy­wać, na­wet mi się po­do­ba.

- Ja... - wy­mam­ro­ta­ła Anu­sia - ...dzię­ku­ję.

- Nie mu­sisz mi dzię­ko­wać, ko­cha­na. Nikt nie ma pra­wa do ni­cze­go cię zmu­szać, ro­zu­miesz? - Anu­sia spu­ści­ła wzrok. - Ro­zu­miesz? - po­wtó­rzy­ła Ka­ia. Po­ki­wa­ła gło­wą. Wo­jow­nicz­ka przy­tu­li­ła moc­no dziew­czy­nę, któ­ra od­wza­jem­ni­ła uścisk. Z jej oczu po­cie­kły łzy.

Gdy Dar­dan po­ma­gał szyn­ka­rzo­wi, nie­śmia­ło pod­szedł do nich je­den z go­ści.

 - Wy­bacz­cie śmia­łość, pa­nie, ale... jak­że to tak mor­do­wać?

Kil­ka osób po­ki­wa­ło gło­wa­mi z apro­ba­tą. In­ni za­pro­te­sto­wa­li.

- Co ty opo­wia­dasz?! - krzyk­nął ktoś z ty­łu. - To by­ły wy­jąt­ko­we men­dy!

Męż­czy­zna spe­szył się, jed­nak wciąż wpa­try­wał się w Dar­da­na, ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi.

Ten mil­czał, sku­pia­jąc się na opa­try­wa­niu karcz­ma­rza.

W sa­li za­pa­no­wał roz­gar­diasz i at­mos­fe­ra ro­bi­ła się co­raz bar­dziej nie­przy­jem­na. Wtem je­den z go­ści, star­szy męż­czy­zna z wy­raź­ną nad­wa­gą, pod­niósł się od sto­łu. Od­chrząk­nął i spoj­rzał na ze­bra­nych. Naj­wy­raź­niej cie­szył się wśród nich po­wa­ża­niem, gdyż zwró­ci­li wzrok w je­go kie­run­ku, cze­ka­jąc na sło­wa. W po­miesz­cze­niu za­pa­no­wa­ła ci­sza.

- Głup­cy! - ode­zwał się gło­sem za­ska­ku­ją­co do­nio­słym, jak na swój wiek. - Czy nie wi­dzi­cie, że ten tu mło­dzie­niec nas oca­lił? - Od­po­wie­dzia­ły mu za­rów­no po­mru­ki apro­ba­ty, jak i bu­cze­nie nie­licz­nych scep­ty­ków. Sta­rzec nie zra­żał się i cią­gnął da­lej: - Czy nie sły­sze­li­ście, co ostat­nio wy­da­rzy­ło się w Rud­ce? Nie­co po­nad mie­siąc te­mu miesz­kań­cy zo­sta­li ogra­bie­ni z nie­mal ca­łe­go do­byt­ku, a co bar­dziej od­waż­ni... za­bi­ci! Dzie­ci po­zba­wio­no oj­ców, ko­bie­ty zgwał­co­no. Kto te­go do­ko­nał? - Męż­czy­zna wska­zał rę­ką na le­żą­ce na pod­ło­dze zwło­ki. - Ci tu­taj, ban­dy­ci spod zna­ku Bli­zny i hersz­tu­ją­cy im Ka­zan.

- Na po­hy­bel! - rzu­cił ktoś zza jed­ne­go ze sto­łów.

- O to, to! - zgo­dził się sta­rzec. - Mu­sie­li­by­ście chy­ba być śle­pi i głu­si, że­by nie do­strzec, co chcie­li zro­bić sza­cow­nej pan­nie Anu­si, któ­ra z ta­ką gra­cją po­da­je nam stra­wę i na­pi­tek!

- Praw­da!

Męż­czy­zna prze­rwał na chwi­lę, wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny, że zdo­był przy­chyl­ność zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści ze­bra­nych.

- Wiedz­cie więc, iż spo­tka­ło nas praw­dzi­we szczę­ście, że ci dziel­ni wo­jow­ni­cy zna­leź­li się we wła­ści­wym miej­scu o wła­ści­wym cza­sie. - Tym ra­zem od­po­wie­dzia­ły mu nie­mal wy­łącz­nie po­tak­nię­cia. - A i za­szczyt wiel­ki! - cią­gnął sta­rzec. - Wszak­że to nie by­le kto nas ura­to­wał, a sam Dar­dan de Brandt, bo­ha­ter po­gra­ni­cza.

Lu­dzie za­czę­li wzdy­chać ze zdu­mie­nia.

- A tak! Dar­dan! Ten sam, co nie­jed­ną wieś i nie­jed­ną go­spo­dę od uci­sku gra­san­tów uchro­nił. Nie­jed­no ży­cie ura­to­wał przed za­gła­dą. A wraz z nim je­go czci­god­na to­wa­rzysz­ka Ka­ia! O niej tak­że le­gen­dy już krą­żą po na­szym umę­czo­nym po­gra­ni­czu.

Dar­dan zer­k­nął ukrad­kiem w stro­nę Kai, któ­ra - od­pro­wa­dziw­szy Anu­się na za­ple­cze - szła w je­go kie­run­ku i mi­mo sta­rań nie mo­gła ukryć ru­mień­ca na twa­rzy.

- Pa­ni­czu de Brandt... - zwró­cił się doń karcz­marz, ale Dar­dan uci­szył go ge­stem rę­ki.

- Nic nie mów, od­po­czy­waj.

- Nie bądź­cie więc pro­sta­ka­mi, tyl­ko po­dzię­kuj­cie za­cne­mu ry­ce­rzo­wi, że ra­czył od­wie­dzić dziś na­szą go­spo­dę i uchro­nić bied­nych lu­dzi ode złe­go.

- Za­raz za­czną ci bić po­kło­ny - szep­nę­ła Ka­ia do swe­go part­ne­ra.

- Wiem... - burk­nął pod no­sem. - Dla­te­go mu­si­my stąd iść, i to czym prę­dzej.

- Ech... - wes­tchnę­ła. - Mia­łam na­dzie­ję, że wresz­cie zje­my coś po­rząd­ne­go i po­sie­dzi­my w cie­ple...

- In­nym ra­zem - uciął Dar­dan. Wstał i skie­ro­wał się do wyj­ścia, igno­ru­jąc go­ści; nie­któ­rzy wsta­wa­li już zza sto­łów, wo­dzi­li za nim wzro­kiem i naj­wy­raź­niej pra­gnę­li oso­bi­ście po­dzię­ko­wać swe­mu wy­baw­cy. Ka­ia po­dą­ży­ła w ślad za nim.

***

Ogni­sko roz­pa­li­li do­pie­ro głę­bo­ką no­cą, gdy od­na­leź­li oso­bli­wą for­ma­cję skal­ną - dość ob­szer­ną, by za­pew­nić choć odro­bi­nę osło­ny przed ewen­tu­al­nym desz­czem, i za­ra­zem le­żą­cą z da­la od uczęsz­cza­ne­go szla­ku. Przy­wią­za­ne do drze­wa ko­nie sta­ły spo­koj­nie, sku­biąc tra­wę i pry­cha­jąc od cza­su do cza­su. Noc by­ła chłod­na, sie­dzie­li więc bli­sko ognia, przy­tu­le­ni do sie­bie, owi­nię­ci cia­sno w po­dróż­ne ko­ce. Prze­by­li dziś dłu­gą dro­gę, po­dą­ża­jąc za Ka­za­nem i Ban­dą Blizn, a zwień­czy­ła ją rzeź urzą­dzo­na w karcz­mie. Mi­mo to dłu­go jesz­cze nie mo­gli za­snąć. Ad­re­na­li­na wy­wo­ła­na krwa­wą po­tycz­ką nie chcia­ła ich opu­ścić.

- Sław­ny je­steś... - za­gad­nę­ła Ka­ia, gdy zda­ła so­bie spra­wę, że sen nie przy­cho­dzi i nie ma sen­su na­wet się kłaść. Jesz­cze nie.

Dar­dan od­po­wie­dział je­dy­nie ci­chym burk­nię­ciem.

- Co cię tra­pi? - za­py­ta­ła, wi­dząc, że ogar­nął go po­nu­ry na­strój. W od­po­wie­dzi wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Wy­rzu­ty su­mie­nia? - za­gad­nę­ła.

Tym ra­zem spoj­rzał na nią py­ta­ją­cym wzro­kiem.

- Z po­wo­du tych gnid? Chy­ba żar­tu­jesz... - od­po­wie­dział.

- Więc o co cho­dzi? - Nie da­wa­ła za wy­gra­ną. - Spra­wi­li­śmy dziś świa­tu nie­ma­ły pre­zent, po­zby­wa­jąc się tych zwy­rod­nial­ców...

- Tak... - Dar­dan kiw­nął gło­wą, jed­nak je­go my­śli wy­raź­nie błą­dzi­ły w zu­peł­nie in­nym kie­run­ku. Wpa­try­wał się w pa­tyk, któ­rym grze­bał w ża­rzą­cych się po­la­nach.

Ka­ia przy­su­nę­ła się i opar­ła gło­wę na je­go ra­mie­niu.

- Nie roz­ma­wiasz ze mną... - po­wie­dzia­ła ci­szej, z nu­tą przy­gnę­bie­nia.

De Brandt za­re­ago­wał wresz­cie nie­co cie­plej i ob­jął ją.

- Za­sta­na­wiam się, czy to, co ro­bi­my, ma sens.

Pod­nio­sła gło­wę i unio­sła brwi.

- Dla­cze­go?

Nie od­po­wie­dział od ra­zu. Prze­niósł wzrok na roz­gwież­dżo­ne nie­bo. Tu­taj, nad po­gra­ni­czem, kon­ste­la­cje by­ły wy­raź­nie wi­docz­ne, two­rząc za­pie­ra­ją­cy dech wi­dok.

- Jest ich co­raz wię­cej. Z każ­dą roz­bi­tą ban­dą przy­cho­dzą dwie na­stęp­ne. Coś złe­go dzie­je się z tym kra­jem...

Ka­ia przez chwi­lę roz­wa­ża­ła je­go sło­wa. Oba­wia­ła się, wo­kół cze­go mo­gły krą­żyć je­go my­śli.

Daw­no te­mu Dar­dan mógł wy­brać in­ną dro­gę - zo­stać kró­lem, rzą­dzić Vo­re­nau u bo­ku pięk­nej Va­dien­ne, sie­dzieć w bo­ga­to zdo­bio­nych kom­na­tach sto­łecz­ne­go zam­ku, a nie na zim­nej ska­le gdzieś na ru­bie­żach.

Wte­dy wy­brał in­ne ży­cie.

Wy­brał ją.

Przez wie­le mie­się­cy cie­szy­li się tą wol­no­ścią, po­dą­ża­jąc tam, gdzie za­pro­wa­dził ich śle­py los. Stop­nio­wo jed­nak coś za­czę­ło się zmie­niać... On się zmie­niał i Kai nie po­do­ba­ło się to, ja­ki się sta­wał. Cho­ciaż - czy tak na­praw­dę kie­dy­kol­wiek praw­dzi­wie go po­zna­ła?

Od kie­dy po­sta­no­wi­li prze­mie­rzać świat, nio­sąc po­moc słab­szym i oczysz­cza­jąc kraj z ban­dy­tów po­kro­ju Ka­za­na, wy­da­wa­ło się, że wresz­cie od­na­leź­li cel. Dar­dan od­dał się te­mu za­da­niu bez resz­ty. Ona zresz­tą z po­cząt­ku do­rów­ny­wa­ła mu za­an­ga­żo­wa­niem. Z cza­sem jed­nak w jej ser­cu za­czę­ły po­ja­wiać się wąt­pli­wo­ści. Czy na­praw­dę chcia­ła spę­dzić ca­łe ży­cie w sio­dle i z mie­czem w dło­ni?

- Nic nie mó­wisz... - wy­rwał ją z za­my­śle­nia Dar­dan. - Nie do­strze­gasz te­go sa­me­go?

- Wy­bacz, Dar­da­nie, ja po pro­stu... - za­jąk­nę­ła się.

- O co cho­dzi? - Zmarsz­czył brwi i ob­ró­cił gło­wę w jej stro­nę.

- Za­graj­my w grę, do­brze? Ja po­wiem ci wprost, co my­ślę, a ty się na mnie nie ob­ra­zisz. Co ty na to?

De Brandt się uśmiech­nął. Sta­no­wi­ło mi­łą od­mia­nę w ob­li­czu je­go po­nu­re­go na­stro­ju.

- Niech bę­dzie - za­chę­cił ją, by wy­rzu­ci­ła z sie­bie to, co ją tra­pi­ło.

Przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, czy po­win­na go tym za­drę­czać, wresz­cie jed­nak stwier­dzi­ła, że spró­bu­je. Do­tąd za­wsze mo­gli li­czyć na wza­jem­ną szcze­rość.

- My­ślisz cza­sem o niej?

- O kim? - zdu­miał się de Brandt.

- Do­brze wiesz... - Ka­ia zda­wa­ła się lek­ko zi­ry­to­wa­na. - O kró­lo­wej Va­dien­ne. Two­jej nie­do­szłej żo­nie.

Dar­dan uniósł brwi. Naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się ta­kie­go py­ta­nia. Po chwi­li zdzi­wie­nie ustą­pi­ło wy­bu­cho­wi śmie­chu.

- Czy ty je­steś za­zdro­sna? - mó­wił, tłu­miąc roz­ba­wie­nie i ocie­ra­jąc łzy, któ­re na­pły­nę­ły mu do oczu.

Ka­ia wy­wró­ci­ła ocza­mi. Jej nie by­ło do śmie­chu.

- Do­brze wiesz, o co mi cho­dzi...

- Oświeć mnie, nie czy­tam ci w my­ślach.

Za­ci­snę­ła moc­no pięść, jej knyk­cie zbie­la­ły. Co­raz trud­niej się z nim roz­ma­wia­ło.

- Cho­dzi mi o to, czy nie ża­łu­jesz pod­ję­tej de­cy­zji. Mo­głeś być kró­lem Vo­re­nau! Sie­dzieć w zam­ku i rzą­dzić kró­le­stwem, z pięk­ną żo­ną u bo­ku. Za­miast te­go trzę­siesz się z zim­na gdzieś na koń­cu świa­ta.

- To nie jest ko­niec świa­ta - uśmiech­nął się Dar­dan. - Je­ste­śmy na trak­cie ze wscho­du na za­chód, po­mię­dzy Zie­lo­nym Ro­giem a Hur­mann. Gdy­by­śmy po­je­cha­li w tam­tą stro­nę... - Uniósł dłoń, wska­zu­jąc kie­ru­nek, ale Ka­ia prze­rwa­ła mu, sztur­cha­jąc go w bok.

- Aua! - Dar­dan udał, że za­bo­la­ło.

- Od­po­wiedz mi. Pro­szę. - Ko­bie­cie wciąż nie by­ło do śmie­chu.

De Brandt wes­tchnął, po czym ujął jej dło­nie i spoj­rzał jej głę­bo­ko w oczy. Nie do­strze­gła w nich fał­szu - tyl­ko prze­błysk daw­ne­go Dar­da­na.

- Ka­ia - za­czął, a po jej cie­le roz­la­ło się przy­jem­ne cie­pło. - Wy­bra­łem to ży­cie. Cie­bie. Nie ża­łu­ję. Dru­gi raz po­stą­pił­bym tak sa­mo. Kró­lew­skie kom­na­ty nie są dla mnie.

Ski­nę­ła gło­wą.

- A jed­nak coś cię tra­pi... - wy­szep­ta­ła ła­god­nie. Je­go do­tyk ją uspo­ka­jał. Kto by po­my­ślał, że sta­nie się ta­ka mięk­ka... To chy­ba sta­rość.

- Tak - od­po­wie­dział Dar­dan. - Nie po­tra­fię te­go wy­tłu­ma­czyć. Mar­twię się o kró­le­stwo. Czu­ję, że coś jest nie w po­rząd­ku, ale nie wiem, co ani skąd to uczu­cie.

- Zno­wu masz sny?

Po­ki­wał gło­wą.

- Opo­wiesz?

- Tak. Ale nie dzi­siaj. Chodź­my już spać.

Spis tre­ści

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl