Czarne charaktery. Jak tyrani, niepokorne królowe i niesłusznie potępieni zmienili bieg historii - Otto English


Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Kozły ofiarne
Polowanie na czarownice
Pan Harrison zaginął.
Cieszącego się powszechnym szacunkiem siedemdziesięcioletniego zarządcę w Chipping Campden, miasteczku leżącym w hrabstwie Gloucestershire, widziano po raz ostatni, gdy późnym popołudniem szedł wzdłuż Church Lane, by pobrać opłaty czynszowe z okolicznych wiosek.
Był czwartek 16 sierpnia 1660 roku, wybiła dziewiąta wieczorem. Zapadł zmierzch, ciemności robiły się coraz gęstsze, a mężczyzna wciąż nie wrócił do domu.
William Harrison był człowiekiem wielu zwyczajów, jednak takie zachowanie bynajmniej do "zwyczajnych" nie należało. Dlatego też pani Harrison posłała ich służącego, Johna Perry'ego, żeby odszukał swojego pana - lecz i ten przepadł bez śladu.
Następnego ranka słońce wzeszło o godzinie piątej i mimo tak wczesnej pory Edward Harrison, dorosły już syn Williama, szedł żwawym krokiem w stronę Charingworth.
Na obrzeżach miasteczka natknął się na służącego ich rodziny, Johna, który powiedział mu, że poprzedniej nocy zgubił drogę w gęstej mgle i postanowił schronić się... w krzakach. Perry był już w Charingworth i dowiedział się od jego mieszkańców, że pan Harrison zjawił się tam poprzedniego dnia, po czym udał się w stronę pobliskiego Ebrington. Obaj mężczyźni ruszyli razem w dalszą drogę i spotkali człowieka imieniem Daniel, który również spotkał pana Harrisona, lecz nic więcej nie potrafił im powiedzieć.
Był czas żniw, toteż większość okolicznych mieszkańców od świtu zajęta była pracą w polu. Dlatego nie mając już nikogo, u kogo można by zasięgnąć informacji, Edward i John postanowili wrócić do domu z nadzieją, że William dotarł tam przed nimi. Po drodze napotkali jednak kobietę, która powiedziała im, że podczas zbierania resztek po zbiorach1 na pobliskim polu, natknęła się na jakieś ubrania. Udali się więc we wskazane miejsce i znaleźli zakrwawiony krawat, rozcięty kapelusz i połamany grzebyk2. Wszystkie te przedmioty należały do pana Harrisona.
Ślady nie pozostawiały wątpliwości - musiało dojść do jakiejś tragedii, a gdy wiadomość o tym niepokojącym odkryciu rozeszła się po okolicy3, mieszkańcy Chipping Campden podnieśli alarm, porzucili pracę w polu i rozeszli się w poszukiwaniu ciała.
W tym samym czasie pani Harrison z coraz większą podejrzliwością obserwowała zachowanie swojego służącego Johna Perry'ego i już następnego ranka został on postawiony w stan oskarżenia.
Jego zeznanie - według zapisków sporządzonych szesnaście lat później przez miejscowego szlachcica i sędziego pokoju sir Thomasa Overbury'ego - brzmiało następująco: Tuż po godzinie dziewiątej, kiedy Perry rozpoczął poszukiwania pana Harrisona, natknął się na swojego wspólnika, Williama Reeda, który zgodził się mu pomóc. Dwaj mężczyźni udali się w stronę Charingworth, jednak Johna, który bał się ciemności, szybko obleciał strach. Zasugerował, aby wrócili do miasta i wzięli ze sobą konia. Pomysł ten może się wydawać absurdalny, zwłaszcza że powinni działać w pośpiechu, jednak w siedemnastowiecznej Anglii nyktofobia była na wsi zjawiskiem bardzo powszechnym. Ludzie naprawdę wierzyli w "Królestwo Ciemności" i byli przekonani, że w gęstych lasach roi się od czarownic, goblinów, elfów i wróżek, które nocą wychodziły z ukrycia. Dlatego w tamtych czasach obawy Perry'ego można uznać za zrozumiałe.
Jak wiadomo, strach bywa zaraźliwy i być może dlatego Reed odłączył się od Perry'ego przy "bramie posiadłości pana Harrisona".
Osamotniony Perry włóczył się przez jakiś czas po ulicy, aż napotkał mężczyznę o nazwisku Pearce, który zgodził się towarzyszyć mu w poszukiwaniach. Panowie ruszyli w stronę pól za kościołem, jednak przemierzywszy odległość "jednego strzału z łuku"4, rozmyślili się i znów stanęli przed domostwem. Tam się rozdzielili, a Perry schronił się w kurniku, gdzie się położył, "nie zasnął" i wstał dopiero, gdy zegar kościelny wybił godzinę dwunastą.
Również to zachowanie może wydawać się co najmniej dziwne, jednak w końcówce XVII wieku "sen dwufazowy" był bardzo powszechną praktyką. Sen nocny dzielono na dwie części, z przerwą w środku, podczas której wykonywano obowiązki i uprawiano seks. Dlatego decyzja Perry'ego o udaniu się na spoczynek zdziwiła magistrat w znacznie mniejszym stopniu niż fakt, że obudziwszy się, służący kontynuował poszukiwania bez żadnych obaw. Skoro bał się chodzić po okolicy o godzinie dziewiątej, zauważył sędzia pokoju, cóż takiego zmieniło się ciągu trzech godzin? Perry wyjaśnił, że podczas gdy o dziewiątej wieczorem rzeczywiście panowały całkowite ciemności, o północy Księżyc świecił już pełnym blaskiem i strach opuścił go całkowicie.
Według zapisów faz Księżyca w nocy z 16 na 17 sierpnia 1660 roku jego widoczność wynosiła 85 procent, toteż Perry mówił prawdę.
Krótko po tym, jak Perry ruszył śladami pana Harrisona, "nastała wielka mgła", w której zgubił orientację i ukrył się w krzakach, gdzie spał do rana. Następnie udał się do Charingworth, gdzie zapukał do domu Edwarda Plaisterera, by zapytać o pana Harrisona. Edward powiedział mu, że zapłacił Williamowi dwadzieścia trzy funty (równowartość trzech tysięcy ośmiuset pięciu funtów w 2025 roku), lecz pan Harrison nie wstąpił z wizytą. Następnie Perry udał się do domu Williama Curtisa, który potwierdził, że Harrison był u niego, lecz nie otrzymał żadnych pieniędzy. Niedługo po tym służący natknął się na ulicy na syna Williama Harrisona, Edwarda.
Curtis, Plaisterer, Pearce i Reed zgodnie potwierdzili wersję wydarzeń przedstawioną przez Perry'ego, jednak magistratowi, uzbrojonemu w umysł śledczy godny telewizyjnego detektywa porucznika Colombo, "jeszcze jedna, ostatnia rzecz" wciąż nie dawała spokoju. W ciągu owej długiej nocy John Perry dwukrotnie powracał do Banqueting House - a mimo to ani razu nie sprawdził, czy William był w domu. Skąd więc miał pewność, że go tam nie było?
Perry wyjaśnił, że widział światło w oknie pana Harrisona, które "nigdy nie paliło się tak późno, gdy ten był w domu". Z tego wnioskował, że gospodarza nie było.
W tym miejscu należy zauważyć, że opowieść Perry'ego wydaje się cokolwiek osobliwa, a całe to łażenie po okolicy, drzemki, nieustanne zmienianie zdania sprawiły, że wielu późniejszych twórców opisujących tak zwany "cud w Campden", podważało jego motywy. Szkocki poeta epoki wiktoriańskiej Andrew Lang5 zasugerował nawet, że jego zachowanie wydaje się "podejrzanie dziwaczne", a zeznanie brzmi jak "bajka opowiedziana przez idiotę". Taka ocena wydaje się jednak niesprawiedliwa. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że jego pan dosłownie rozpłynął się w powietrzu, i to w wyjątkowo podejrzanej okolicy Gloucestershire, oraz że młody człowiek panicznie bał się ciemności, zachowanie Perry'ego przestaje być takie niezrozumiałe.
Tymczasem sędzia pozostał nieugięty i nakazał zatrzymać Perry'ego do czasu kolejnych wyjaśnień. Służącego przeniesiono do piwniczki mieszczącej się pod miejscową gospodą, a następnie umieszczono w areszcie. Ponieważ budynek ten nie zachował się do dzisiejszych czasów, nie wiemy, czy był drewniany, czy też stanowił specjalnie wzniesioną stożkową konstrukcję kamienną, podobną do innych, wciąż stojących w okolicy. Wiemy natomiast ponad wszelką wątpliwość, że był ciasny, ciemny i pozbawiony okien. W 1660 roku podejrzany mógł być zatrzymany tak długo, jak śledczy uznali to za konieczne, i usłyszawszy za sobą dźwięk zatrzaśniętych drzwi, Perry nie wiedział, kiedy ponownie ujrzy światło dzienne.
A to doskonale tłumaczy kolejne wydarzenia.
Zamknięcie w odosobnieniu może prowadzić do dramatycznego pogorszenia stanu zdrowia psychicznego. Najnowsze badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych wykazały, że osoby przetrzymywane w odosobnieniu są sześć razy bardziej narażone na popełnienie samobójstwa i bardzo często doświadczają długotrwałych problemów natury psychicznej. Omawiane wydarzenia miały miejsce w drugiej połowie XVII wieku, toteż nie dysponujemy opinią psychiatryczną Perry'ego. Jednak ludzie to ludzie i wziąwszy pod uwagę jego późniejsze zachowanie, możemy śmiało założyć, że znalazłszy się w wyjątkowo tragicznym położeniu, młody człowiek musiał przejść coś w rodzaju załamania nerwowego.
Niestety, analizując tamte wydarzenia, mamy do dyspozycji tylko jedno źródło. Chodzi o zapisy sporządzone przez miejscowego właściciela ziemskiego i sędziego pokoju, sir Thomasa Overbury'ego - który mógł (choć nie mamy co do tego pewności) zasiadać w magistracie badającym tę sprawę. Overbury spisał swoją wersję w 1676 roku, czyli szesnaście lat po omawianych zdarzeniach, i jeśli faktycznie osobiście brał udział w śledztwie, to, jak niedługo się przekonamy, miał dobre powody, żeby przeinaczyć fakty.
Cała ta historia to nic innego jak miejsce bezwzględnej zbrodni, w której pojawią się ofiary, podejrzani, wskazówki, naoczni świadkowie i mylące tropy. I jak w każdej dobrej powieści kryminalnej, będziemy musieli znaleźć motywy, ustalić alibi, a żadna z osób obecnych w chwili zdarzeń nie powinna znajdować się poza kręgiem podejrzeń ani cieszyć się naszym bezgranicznym zaufaniem. Przyglądając się szczegółom tej i wszystkich innych osobliwych spraw zawartych w niniejszej książce, napotkamy wielu "niegodnych zaufania narratorów" kierujących się własnymi motywami. Przekonamy się też, że niektóre postacie cieszące się najbardziej ponurą reputacją w rzeczywistości padły ofiarą spisku, a często ci dobrzy to w rzeczywistości ci źli. Jednocześnie wiele osób powszechnie uważanych za złoczyńców było tak naprawdę ofiarami.
Naszym zadaniem będzie szczegółowe zbadanie dowodów w celu orzeczenia winy bądź niewinności oskarżonych i podobnie jak każdy dobry śledczy, powinniśmy kierować się również doświadczeniem i intuicją. Nasza przygoda rozpoczyna się od jednej z najbardziej intrygujących nierozwiązanych spraw w historii Anglii, choćby z tego prostego powodu, że zawiera ona w sobie wszystkie wyżej wymienione cechy.
Overbury nazwał swój raport "Prawdziwym i kompletnym sprawozdaniem", jednak każde zeznanie świadka należy podać w wątpliwość, a prawda jest rzeczą subiektywną. Już sama nazwa dokumentu budzi pewne podejrzenia i rodzi pytanie, dlaczego zależało mu na napisaniu czegoś pod tak jednoznacznie sformułowanym tytułem. Nie zmienia to jednak faktu, że musimy opierać się na jego relacji z tej prostej przyczyny, że to jedyna, którą dysponujemy. Czytając ją uważnie, możemy dostrzec ukryte między wierszami wskazówki, że stan psychiczny Perry'ego stopniowo się pogarszał.
Choć na początku twierdził, że nie zna losów pana Harrisona, po kilku dniach w izolacji całkowicie zmienił swoją wersję wydarzeń. Teraz twierdził, być może pod presją lub z powodu pogarszającego się stanu psychicznego, że jego pan został zabity przez wędrownego rzemieślnika, po czym znów zmienił zdanie i uznał, że morderstwa dokonali nieznani sprawcy, którzy następnie wrzucili ciało do szopy na fasolę (ang. bean-rick - przyp. tłum.).
Rozpoczęto poszukiwania, lecz nie przyniosły one rezultatu.
Po kilku kolejnych, coraz bardziej nieprawdopodobnych rewelacjach Perry oświadczył wreszcie, że jeśli zostanie uwolniony z aresztu, opowie wszystko od początku do końca. W piątek 24 sierpnia znów zasiadł na ławie oskarżonych. Według jego nowej wersji wydarzeń od kiedy rozpoczął pracę dla pana Harrisona jego starszy brat Richard oraz owdowiała matka Joan nieustannie namawiali go, żeby obrabował swojego pracodawcę.
John zeznał, że podczas poszukiwań natknął się na Richarda, a ten właśnie tamtej feralnej nocy postanowił zamordować pana Harrisona. Perry wskazał mu i jego matce miejsce, gdzie mogą go znaleźć, po czym jakiś czas później zobaczył ich stojących nad starszym człowiekiem, który krzyczał: "I co, szubrawcy, zabijecie mnie?". I właśnie wtedy Richard dopełnił dzieła.
We trójkę zaciągnęli ciało do "zlewu", ogromnego, leżącego nieopodal stawu, i wrzucili zwłoki pana Harrisona do wody. Joan podała Johnowi grzebyk, kapelusz oraz krawat, który ten naciął nożem i umieścił w gęstym krzewie janowca. Dalsza część opowieści pokrywała się z wcześniejszym zeznaniem. Magistrat rozkazał natychmiast aresztować Joan i Richarda Perrych.
"Zlew" oraz przylegające stawy rybne osuszono. Przeszukane zostały również ruiny Campden House, który spłonął podczas nie tak dawnej wojny domowej, jednak ciała nie odnaleziono. Tymczasem Joan i Richard Perry'owie konsekwentnie wszystkiemu zaprzeczali. Richard przyznał, że w wieczór zniknięcia pana Harrisona istotnie spotkał na ulicy swojego brata, ale nic poza tym, i nazwał go "złoczyńcą, który niesłusznie ich oskarżył"6.
W małej wiejskiej mieścinie, takiej jak Chipping Campden, która liczyła mniej więcej tysiąc sześciuset mieszkańców, podejrzenie, że Harrison został zamordowany przez rodzinę swojego służącego, wywołało niemałą sensację i teraz Perry'owie musieli mierzyć się z oskarżycielskimi spojrzeniami, gdziekolwiek się pojawili. Kiedy w sobotę po południu stróże prawa odprowadzali Perrych z siedziby sądu do aresztu, Richardowi wypadła z kieszeni zawinięta w kłębek wstęga. John, który szedł przed nim, wskazał ją potem jako narzędzie zbrodni, którym uduszono pana Harrisona.
Następnego dnia w drodze powrotnej z kościoła, do którego zaprowadzono ich być może w nadziei, że miejscowy pastor, wielebny Bartholomew, nakłoni ich do spowiedzi, przechodzili obok domu rodzinnego Richarda. Na widok ojca dwoje najmłodszych dzieci puściło się biegiem, by go powitać. W tym zamieszaniu obojgu zaczęła kapać krew z nosa, co obserwujący zdarzenie gapie natychmiast uznali za "złowieszczy znak"7. U dzieci, rzecz jasna, krwawienie z nosa zdarza się bardzo często, jednak w tamtym głęboko przesądnym stuleciu nawet najbardziej prozaiczne zdarzenie mogło okazać się "znakiem". Tym sposobem to skądinąd niewinne zdarzenie szybko przerodziło się w nie lada problem dla podejrzanych z tego prostego powodu, że okolicę obiegła nowa plotka, jakoby wiekowa pani Perry była czarownicą.
Choć strach przed wiedźmami jest stary jak świat, w XVII wieku w Wielkiej Brytanii panowała istna, przedłużająca się epidemia histerii na punkcie "czarowników", której korzenie sięgały panowania króla Szkocji Jakuba VI (późniejszego Jakuba I, króla Anglii). Wynikała ona w znacznej mierze z charakteru króla i analizując jego osobliwe zachowanie, wielu współczesnych historyków doszło do wniosku, iż musiał on cierpieć na wyjątkowo poważną, być może wrodzoną chorobę psychiczną, którą dodatkowo pogorszyła traumatyczna egzekucja jego matki, Marii I, królowej Szkotów, przeprowadzonej w lutym 1587 roku w zamku Fotheringhay w hrabstwie Northamptonshire. Dwa lata później król przeżył stratę kolejnej bliskiej mu osoby, kiedy jego kochanek, Esme Stewart, pierwszy książę Lennox, został wygnany przez szkocką szlachtę z powodu plotek na temat relacji obu mężczyzn. Następnie dwudziestotrzyletni Jakub został zaślubiony z czternastoletnią Anną Duńską. Ich unia miała przynieść cały wachlarz negatywnych konsekwencji, po części z powodu złej pogody, a po części z powodu wrodzonej paranoi króla.
Jesienią 1589 roku świeżo upieczona panna młoda podjęła pierwszą próbę przepłynięcia Morza Północnego. Jej plany pokrzyżował gigantyczny sztorm, który zmusił duńską flotyllę do zawinięcia w Norwegii. Kiedy wieści o jej losach dotarły do Szkocji, dzielny król postanowił ruszyć na ratunek swojej wybrance i natychmiast znalazł się w środku tej samej zawieruchy, która zmusiła go do zawinięcia do tego samego norweskiego portu. Ostatecznie spotkali się dopiero w listopadzie tego roku w Kopenhadze. Sztorm szalał przez całą zimę i dopiero na wiosnę 1590 roku para zdołała bezpiecznie przeprawić się do Szkocji.
W tamtych czasach tak poważny sztorm był nie lada wydarzeniem i później stał się inspiracją dla Williama Shakespeare'a do napisania zarówno Burzy, jak i pierwszej sceny Makbeta. Jednak największy wpływ wywarł on na pogarszający się stan psychiczny Jakuba. Podczas wypełnionej perypetiami podróży do domu król doszedł do przekonania, że wszystkie trudności, jakie napotkali na morzu, były dziełem... czarownic. I z pewnością nie był w swoich podejrzeniach odosobniony. W tym samym czasie kopenhaskie władze aresztowały kobietę o nazwisku Ane Koldings i przy użyciu tortur wymusiły na niej przyznanie się do pełnej odpowiedzialności za sztorm. W lipcu 1590 roku wraz z dwunastoma innymi wspólniczkami została spalona żywcem na stosie. Niedługo później Jakub doszedł do wniosku, że Europę niechybnie ogarnęła pandemia czarnoksięstwa, a w Szkocji jej skutki są najbardziej odczuwalne.
W wyniku narastającej histerii w North Berwick i Edynburgu aresztowano i natychmiast stracono siedemdziesiąt kobiet i wkrótce rozpoczęła się kampania nieokiełznanego, usankcjonowanego przez państwo zabijania na masową skalę. W ciągu następnego stulecia tylko w samej Szkocji, na podstawie fałszywych zarzutów o czarnoksięstwo, aresztowano i stracono około dwóch tysięcy pięciuset osób, w większości kobiet. Biorąc pod uwagę, że w tamtym czasie populacja kraju nie przekraczała miliona, jest to naprawdę ogromna liczba. A wszystko to zgodnie z wolą ogarniętego paranoją króla.
Król Jakub uznał się za eksperta w temacie i w 1597 roku opublikował książkę zatytułowaną Demonologia, która w formie dialogów przedstawiała, w jaki sposób najlepiej postępować z czarownicami. W 1603 roku po śmierci jego kuzynki pierwszego stopnia, Elżbiety I, która nie pozostawiła po sobie potomstwa, król Szkocji Jakub VI został również królem Anglii - Jakubem I. Jego książka bardzo szybko stała się siedemnastowiecznym odpowiednikiem bestsellera Amazona również po drugiej, południowej stronie granicy jego ojczyzny.
Polowanie na czarownice trwało w najlepsze również za rządów koronowanego w 1625 roku Karola I.
Siedemnasty wiek był w Wielkiej Brytanii okresem silnych zawirowań politycznych i religijnych, a gdy kolejne dramatyczne wydarzenia siały coraz większy zamęt, czarownice szybko stały się idealnymi kozłami ofiarnymi. Wszystkie problemy świata, takie jak sztormy na Morzu Północnym, klęski nieurodzaju, wojny czy znikający zarządcy, których nie dało się wyjaśnić w sposób racjonalny, można było zrzucić na karb czarnoksięstwa. A kiedy na scenie zaczęli pojawiać się samozwańczy bohaterowie, gotowi stawić czoło szerzącej się pladze, masowa histeria jeszcze bardziej przybrała na sile.
Jedną z takich osób był Matthew Hopkins, który w 1644 roku ogłosił się generalnym łowcą czarownic, a także opublikował książkę Odkrywanie czarownic, na której opierał swoje niegodziwe postępowanie. Dwudziestoczteroletni Hopkins twierdził, że udało mu się podsłuchać rozmowę dwóch kobiet o ich rzekomym spotkaniu z Szatanem w Manningtree w hrabstwie Essex. Od tej pory on i jego wspólnik John Stearn zaczęli prześladować kobiety w całej wschodniej Anglii. Ich niecny modus operandi wyglądał następująco: uznawszy, że jakaś kobieta jest czarownicą, porywali ją, rozbierali do naga i torturowali tak długo, aż przyznała się do zarzucanych jej czynów.
Tytuł "generalnego łowcy czarownic" Hopkins nadał sobie sam i działał bez jakiegokolwiek upoważnienia, lecz jego wpływy były tak ogromne, że nikt nie śmiał kwestionować działalności mężczyzny. Ci, którzy się odważyli, wystawiali się jedynie na jego gniew. Do wątpliwości wobec swojej ekspertyzy Hopkins odnosił się bezpośrednio w napisanej przez siebie książce.
Pytanie 3: Skąd pochodziła jego wiedza? Czy wynikała z wykształcenia, czy lektury poważanych autorów zajmujących się tym zagadnieniem?
Odpowiedź: Z żadnego z powyższych, a z doświadczenia, które choć bywa niedoceniane, jest najpewniejszą podstawą do wydawania osądów.
Innymi słowy, pan Hopkins był - podobnie jak wielu współczesnych trolli - absolwentem "uniwersytetu życia".
Jego działalność zakończyła się wraz z nadejściem śmierci, która nastąpiła 12 sierpnia 1647 roku. Zmarł, mając zaledwie dwadzieścia siedem lat. W trakcie swojej zbrodniczej kariery doprowadził do egzekucji dziewiętnastu kobiet, zamordował co najmniej cztery kolejne, a pod pretekstem prowadzenia "śledztw" dopuścił się przestępstw seksualnych wobec niezliczonej liczby podejrzanych.
Choć Hopkins był najbardziej niesławnym łowcą czarownic swoich czasów, jego działalność stanowiła zaledwie czubek góry lodowej. W XVII wieku w samej tylko Anglii za czarnoksięstwo stracono co najmniej pięćset niewinnych osób, z czego 85 procent tej liczby stanowiły kobiety. Najczęściej ofiarami padały akuszerki oraz uzdrowicielki. Oprócz nich były to również osoby niepełnosprawne, chore psychicznie oraz ekscentrycy. Bardzo często oskarżenia padały ze strony zwaśnionych sąsiadów, a nawet członków rodziny, a jeśli w okolicy popełniono zbrodnię i nie udało się znaleźć sprawcy, winę zrzucano po prostu na miejscową "wiedźmę".
Ostatnie trzy osoby stracone za czary w Anglii zostały powieszone w Devon w lipcu 1682 roku, lecz na północ od granicy terror utrzymywał się jeszcze przez kolejne czterdzieści lat. Ostatnią ofiarą była Janet Horne, najprawdopodobniej cierpiąca na demencję starsza kobieta, zamordowana w 1722 roku w Dornoch, w Szkocji. Jej córka urodziła się ze zdeformowanymi stopami i lokalni mieszkańcy szeptali między sobą, że nocą matka zamieniała ją w kucyka i ujeżdżała po okolicznych wzgórzach. Obie postawiono przed sądem - i uznano za winne. Córce udało się uciec, lecz biedną starą matkę oblano smołą, pokryto pierzem, umieszczono w beczce i wystawiano na pokaz na ulicach. Ogrzawszy jej dłonie przy stosie, na którym miała zostać spalona, miejscowi wepchnęli kobietę do ognia.
W tych szalonych czasach zwykłe "znaki" i niewyjaśnione zdarzenia wystarczyły, aby skazać na śmierć niewinną osobę - z pewnością właśnie dlatego mieszkańcy Chipping Campden uwierzyli, że to stara Joan Perry, czarownica, odpowiada za zniknięcie pana Harrisona.
Następnie wśród mieszkańców zadziałał mechanizm efektu potwierdzenia. Wszystkie przeszłe wydarzenia związane z rodziną Perrych nagle "nabrały sensu" i wkrótce miasteczko obiegły nowe plotki. Rok przed swoim zniknięciem William Harrison wraz z rodziną wybrali się na "wykład" w dzień targowy. Wówczas ktoś wybił szybę w Banqueting House i ukradł sto czterdzieści funtów (równowartość 23219 funtów w 2025 roku). John Perry ujawnił śledczym, że złodziejem był jego brat i że skradzioną sumę zakopał w ogrodzie, obiecując, że podzieli się nią z resztą rodziny. Ponownie zarządzono poszukiwania i ponownie niczego nie odnaleziono.
Przypomniano sobie także inne, jeszcze bardziej osobliwe wydarzenie, do którego doszło zaledwie kilka miesięcy przed zniknięciem pana Harrisona. W przeddzień święta majowego8, zaledwie cztery dni przed restauracją monarchii i powrotem Karola II na tron Anglii, przytułki dla ubogich przy Kościele Świętego Jakuba zatrzęsły się od męskich krzyków. Miejscowi natychmiast popędzili sprawdzić, co się dzieje, i ujrzeli Johna Perry'ego z widłami w ręku, który tłumaczył, że właśnie przepędził dwóch ubranych na biało napastników uzbrojonych w miecze. Teraz służący zmienił swoją wersję i powiedział, że był to jedynie wybieg mający na celu zapewnienie mu alibi na poczet planowanej napaści na pana Harrisona. Jednak jego tłumaczenie nie miało za bardzo sensu, skoro wcześniej twierdził, że atak na pana Harrisona był całkowicie spontaniczny - wydaje się jednak, że nikt nie zwrócił uwagi na ten szczegół.
Podczas sesji sądowych, które odbyły się we wrześniu 1660 roku w Gloucester, sędzia sir Christopher Turnor, z uwagi na brak ciała9, nie zdecydował się sądzić Perrych za morderstwo. Zamiast tego oskarżył ich za włamanie do Banqueting House z 1659 roku, a rodzina, zapewne za radą swojego prawnika, przyznała się do winy.
Na pozór była to mądra decyzja, ponieważ zgodnie z Act of Indemnity and Oblivion [ustawa o przebaczeniu i puszczeniu w niepamięć], wprowadzonego w poprzednim miesiącu, każdy, kto popełnił przestępstwo za protektoratu Oliviera Cromwella, był automatycznie ułaskawiany. Jednak po przyznaniu się Perrych do jednego z zarzutów wszystkich ogarnęło przekonanie, że rodzina była również winna morderstwa. Zakleszczeni w tym koszmarnym paragrafie 22. podejrzani zostali osadzeni w zamku Gloucester do czasu odnalezienia się pana Harrisona lub jego ciała.
Podczas pobytu w normandzkiej twierdzy stan psychiczny Johna najwyraźniej jeszcze bardziej się pogorszył. Służący zaczął teraz twierdzić, że jego matka i brat próbują go otruć i dlatego "nie śmiał już z nimi ani jeść, ani pić". Dzisiaj wiemy, że irracjonalny strach przed otruciem to klasyczny objaw schizofrenii paranoidalnej, lecz w 1660 roku, kiedy pojęcie to jeszcze nie istniało, nikt nie zdawał sobie z tego sprawy i zapewne niektórzy mu uwierzyli.
Dnia 3 marca 1661 roku rodzina znów stanęła przed sądem. Tym razem cała trójka nie przyznała się do winy, jednak w głowie sędziego sir Roberta Hyde'a, kuzyna kanclerza skarbu, ich los był już przesądzony. Sześćdziesięciopięcioletni Hyde bardzo szybko i bardzo późno wspiął się po szczeblach kariery na szczyt prawniczego świata z tego tylko powodu, że za czasów Cromwella pozostał względnie bezczynny, przez co uznano go za oddanego Koronie.
Równie nadęty, co niekompetentny, Hyde kompletnie nie nadawał się do tej sprawy. Jak ujął to w 1958 roku Frederic Maugham, były lord kanclerz Wielkiej Brytanii: "nie był godzien urzędu", jaki mu powierzono. Nie mogąc już odwrócić przebiegu sprawy, Hyde postanowił brnąć dalej. Zignorował brak ciała i wniosek o tymczasową niepoczytalność Johna, a zamiast tego zawierzył lokalnym plotkom. W 1661 roku w Anglii pogłoski mogły stanowić dowód w sprawach o morderstwo, a sędziowie mieli prawo wydawać wyroki, opierając się na "wiedzy prywatnej"10. Oznaczało to, że mogli brać pod uwagę podejrzenia o czarnoksięstwo. Po uznaniu oskarżonych za winnych Hyde skazał wszystkich troje członków rodziny Perrych na śmierć.
Kilka dni później matkę i jej dwóch synów zaprowadzono na miejsce zwane "ziemią niczyją", znajdujące się tuż za Chipping Campden. Na trawniku o kształcie trójkąta, gdzie dziś okoliczni mieszkańcy spotykają się na grillu, władze przystąpiły do przerażającej egzekucji. Pierwszą powieszono Joan - w nadziei, że wraz z jej śmiercią straszliwa klątwa, jaką rzuciła na swoich synów, zostanie zdjęta. Jednak gdy stara wdowa zawisła na szubienicy, nie nadszedł żaden cud. Następny był Richard, który do ostatniego tchu zapewniał o swojej niewinności i błagał brata, by ten wyjawił prawdę.
John jako ostatni wszedł na rusztowanie i przed śmiercią wygłosił jeszcze jedno, zagadkowe oświadczenie. Przekonywał, że "nie wie nic o śmierci swojego pana ani jego dalszych losach", po czym zasugerował, że tu obecni "może kiedyś się o nich dowiedzą"11.
Chwilę później wisiał już na szubienicy.
Richarda i Joan pochowano pod szubienicą, podczas gdy John został "powieszony w łańcuchach" na widoku publicznym, by mieszkańcy mogli przyglądać się, jak padlinożerne ptaki rozszarpują jego rozkładające się ciało.
I jakby cała ta historia nie była jeszcze dość makabryczna, czeka nas kolejny, ponury zwrot akcji.
W latach siedemdziesiątych XVII wieku sir Anthony a Wood, zapalony kolekcjoner przeróżnych osobliwości, nabył egzemplarz The Campden Wonder autorstwa Overbury'ego i na końcu dopisał niezwykle intrygującą notatkę, opisującą dalszy przebieg wydarzeń. Według Wooda trzy dni po egzekucji na miejscu zjawiła się tajemnicza "dama podająca się za znawczynię czarów" i rozkazała wykopanie grobu Joan. W tamtych czasach uważano, że ciało czarownicy może mieć właściwości lecznicze i zapewne stąd jej dziwna prośba. Jednak kiedy rozkopano ziemię, koń owej damy stanął dęba i roztrzaskał jej głowę o stalową ramę podtrzymującą zwłoki Johna, po czym rzucił jej martwe ciało prosto do otwartego grobu.
Z pewnością dla nikogo zaskoczeniem nie będzie fakt, że okoliczni mieszkańcy starają się omijać Fish Hill. Niektórzy uważają, że na wzgórzu ciąży klątwa, a miejscowa historyczka Jill Wilson twierdzi nawet, że "według informacji z wiarygodnego źródła, po zmroku nikt nie zapuszcza się tam orać pole traktorem"12.
Jednak wiosną 1661 roku, kiedy Perry'owie nie grasowali już po okolicy, mieszkańcy małego miasteczka musieli czuć ogromną ulgę. W końcu zła czarownica i jej wspólnicy zostali straceni. Przywrócono porządek, sprawiedliwości stało się zadość, szanowani mieszkańcy Chipping Campden mogli wrócić do swoich spraw, a ich dzieci spały spokojnie w swoich łóżkach.
Sielankowa atmosfera prysła, kiedy osiemnaście miesięcy później... pan Harrison wrócił do miasteczka.
Chipping Campden wygląda dziś niemal tak samo jak w 1660 roku. To wciąż ta sama, piękna niczym z pocztówki wiejska Anglia, której podobizny można zobaczyć na puszkach po herbatnikach czy we wpisach w mediach społecznościowych opisujących "stare dobre czasy"; i choć uliczki są tu upstrzone eleganckimi kawiarniami, a wzdłuż chodników ciągną się rzędy zaparkowanych SUV-ów, spacerując nimi, można łatwo ulec wrażeniu, że trafiło się do jednej z ilustracji w książeczkach z serii Ladybird z lat pięćdziesiątych.
Ciąg kamienic, Kościół Świętego Jakuba, a nawet bramy prowadzące do ruin posiadłości w większości pozostały takie same jak w XVII wieku. Z cmentarza za kościołem można dostrzec stary budynek Banqueting House, dziś należący do Landmark Trust. Droga, którą ponad trzysta sześćdziesiąt lat temu, owego sierpniowego dnia wyruszył William Harrison nosi dziś numer B4035.
A jeśli tylko ich zachęcić i trochę podpytać, miejscowi wciąż z entuzjazmem wracają do tajemniczych wydarzeń, które rozegrały się tu w 1660 roku.
Swoimi teoriami i spostrzeżeniami podzielą się wolontariusze z towarzystwa historycznego, którego siedziba mieści się w starym budynku komisariatu, podobnie zresztą jak pomocny sprzedawca z księgami, a po kilku piwach w Eight Bells wprost nie można opędzić się od chętnych do dyskutowania na temat tak zwanego "cudu w Campden". Niektórzy wierzą w wersję Thomasa Overbury'ego, inni winią rodzinę Perrych, natomiast wszyscy prześcigają się w domysłach, co działo się z panem Harrisonem podczas jego długiej nieobecności Chipping Campden.
Zważywszy na niesłabnącą fascynację jego nieoczekiwanym powrotem, można się tylko domyślać, jak bardzo poruszył ówczesnych mieszkańców miasteczka. Przede wszystkim musiał wywołać prawdziwy wstrząs poznawczy u wszystkich, którzy brali udział w procesie i skazaniu rodziny Perrych, i teraz zachodzili w głowę, jak to w ogóle możliwe. Według zapisków Anthony'ego a Wooda, kiedy wiadomość dotarła do zapatrzonego w siebie sędziego sir Roberta Hyde'a, ten wyładował swoje oburzenie na posłańcu: "za przynoszenie mu fałszywych wiadomości i natychmiast nakazał go aresztować".
Niewątpliwie na zarządcę spadła prawdziwa lawina pytań, a drugie tyle zapewne zadawano sobie szeptem za jego plecami. W końcu pan Harrison postanowił, być może za namową Thomasa Overbury'ego, spisać relację ze swojej nieobecności, która przedstawiała się następująco:
Tamtego wieczora 16 sierpnia 1660 roku William odebrał opłatę w wysokości dwudziestu trzech funtów od Edwarda Plaisterera, po czym ruszył w drogę powrotną do domu. W pewnym momencie, przeciskając się wąskim przejściem, natknął się na zmierzającego w przeciwną stronę mężczyznę na koniu. Bojąc się, że zostanie przewrócony, delikatnie uderzył zwierzę laską w nos. Niestety, ten z pozoru nieistotny incydent bardzo szybko przerodził się w siedemnastowieczny przypadek road rage. Oburzony atakiem na swojego konia jeździec uderzył staruszka rapierem. W tym samym momencie nie wiadomo skąd pojawili się kolejni dwaj mężczyźni i przyłączyli się do swojego towarzysza. Jeden z nich uraził Williama mieczem w udo, następnie napastnicy skuli mu ręce, przykryli płachtą, wrzucili na konia i pogalopowali w ciemną noc. Powody, dla których mieliby porywać siedemdziesięcioletniego zarządcę, pozostają niejasne, jednak po szaleńczej jeździe przez cały kraj z dogorywającym na końskim grzbiecie więźniem położyli go wreszcie w odosobnionym domu, gdzie "mała dziewczynka" karmiła go rosołem i brandy. W niedzielę wczesnym popołudniem, napchawszy pieniędzmi kieszenie porwanego - z powodów, podobnie jak wyżej, cokolwiek niejasnych - osobliwa kompania dotarła do miasteczka Deal w hrabstwie Kent. Dlaczego ciągnęli ze sobą rannego więźnia przez niemal dwieście mil do południowo-wschodniej Anglii, zamiast skierować się do oddalonego o zaledwie sześćdziesiąt mil portu w Bristolu? Tego pan Harrison nie wyjaśnia.
W Deal, zamiast ukraść Williamowi jego dwadzieścia trzy funty albo odebrać pieniądze, które umieścili w jego kieszeniach, porywacze sprzedali go mężczyźnie o pseudonimie "Wrenshaw" za kwotę siedmiu funtów. Następnie pan Harrison znalazł się na pokładzie statku, który wyruszył na Atlantyk. Jednak po sześciu tygodniach kapitan przyszedł do niego "oraz innych, będących w podobnej sytuacji" (tak, byli też inni) i poinformował ich, że zostali zaatakowani przez trzy "tureckie statki" pełne piratów. Harrison i jego kompani, mimo że zostali porwani i mieli zostać sprzedani w Ameryce, wykazali się zaskakującym męstwem i oznajmili, że będą "walczyć w obronie statku". Niestety pozbawiony skrupułów kapitan Wrenshaw dogadał się z wrogiem i pan Harrison oraz pozostali znaleźli się na pokładzie tureckiego okrętu. Kilka tygodni później galera dotarła do portu na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Stamtąd Anglicy wyruszyli w dwudniowy marsz. Kiedy dotarli na miejsce, grupa "oficerów" zaczęła wypytywać ich o szczegóły z ich życia. Jeden z więźniów powiedział, że był chirurgiem, inny tkaczem, a William poinformował, że zna się na "nauce"13.
Od tej pory Harrison stał się "własnością" osiemdziesięciosiedmioletniego tureckiego lekarza, zamieszkałego niedaleko Smyrny (Izmiru) na zachodnim wybrzeżu dzisiejszej Turcji.
Smyrna była prężnie rozwijającym się ośrodkiem handlowym, przyciągającym kupców z całego świata, a od 1592 roku siedzibą wspieranej przez Brytyjczyków Levant Company - która, podobnie jak jej bardziej znany odpowiednik w Azji Południowej, Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska, umacniała swoją pozycję gospodarczą w Imperium Osmańskim. Jednak w swojej relacji pan Harrison nie zamieszcza ani jednej wzmianki na ten temat, nie opisuje nawet okolicy, w której przebywał. W zamian oferuje natomiast pobieżny zarys postaci swojego "właściciela". Ten stary, najwyraźniej bezimienny lekarz twierdził, że wybrał się niegdyś na Wyspy Brytyjskie, i dość zaskakująco dodał, że podczas swojej podróży odwiedził niewielkie miasteczko handlowe o nazwie "Crowland w hrabstwie Lincolnshire, które stało się jego ulubionym miejscem w całej Anglii"14.
Według relacji Harrisona między mężczyznami narodziła się osobliwa w swoim charakterze przyjaźń. Starszy człowiek miał nawet podarować Williamowi srebrną misę, od której wzięło się przezwisko jego sługi: "Boll". Jednak ich wspólne dni nie zawsze były usłane różami i pewnego razu, kiedy Harrison wrócił z wyprawy po "watę bawełnianą", jego pana ogarnęła taka złość, że wyciągnął niewielki sztylet. William wezwał na pomoc Jezusa, a boska interwencja miała powstrzymać rękę starca.
Dlaczego zamiast czekać tak długo, Chrystus nie interweniował, kiedy William otrzymał cios meczem, został porwany, przewieziony przez całą Anglię albo złapany przez piratów? Tego autor wspomnień nie wyjaśnia.
Rok później stary lekarz oświadczył Bollowi, że niedługo umrze, i doradził mu ucieczkę. Kilka dni później, gdy jego pan zmarł, William zbiegł do pobliskiego portu, w którym spotkał dwóch pruskich żeglarzy wybierających się w rejs do Lizbony. W zamian za srebrną misę zabrali go ze sobą. Kiedy dotarli do Portugalii, włóczył się do po dokach i po pewnym czasie spotkał człowieka z "Wisbech w hrabstwie Lincolnshare" (w rzeczywistości miejscowość ta znajduje się w Cambridgeshire), który z litości do starego człowieka opłacił mu podróż z powrotem do Dover. Stamtąd udał się do Londynu i otrzymawszy od niezidentyfikowanych dobroczyńców "wszelkie potrzebne rzeczy", wrócił bezpiecznie do Chipping Campden.
Opowieść pana Harrisona, opublikowana w 1676 roku wraz z relacją Thomasa Overbury'ego, została prawdopodobnie sporządzona na bieżąco i miała formę zeznań świadka opisywanych wydarzeń. Historia ta bardzo szybko stała się znana w całej Anglii i tamtego lata 1662 roku została okrzyknięta cudem w Campden. W balladach i broszurach, ówczesnych odpowiednikach TikToka i portalu X, drukowano podkolorowaną wersję wydarzeń, a w 1945 roku dwa egzemplarze takich wydruków odnaleziono w Bibliotece Bodlejańskiej na Uniwersytecie Oksfordzkim, zachowane w zbiorach sir Anthony'ego a Wooda.
Ballada została napisana w ciągu kilku tygodni po powrocie pana Harrisona, lecz poprzedza ją wstęp, którego autor stara się wyjaśnić zagadkę za pomocą czarów. Choć przyznaje, że zarządca żyje, a za jego zniknięcie mimo wszystko wini Joan i jej synów.
Wydaje się, że wdowa Perry była czarownicą, i po tym, jak jej synowie obrabowali go i wrzucili do kamieniołomu, czarami przeniosła go na skałę na morzu nieopodal Turcji, na której tkwił przez cztery dni i cztery noce. Po tym czasie zabrano go na pokład tureckiego statku i sprzedano w Turcji, gdzie przebywał przez rok15.
Druga publikacja, wydana przez Charlesa Tyusa w 1662 roku pod nazwą Three Bibles on London Bridge [Trzy Biblie na Moście Londyńskim] również wydaje się zwykłą religijną tyradą wymierzoną w czarnoksięstwo. Również tym razem winna jest "wdowa Perry", ponieważ to ona za sprawą "nikczemnych czarów" wysłała pana Harrisona do Turcji, gdzie "przebywał przez okres czterech dni bez nakrycia głowy, jako że jego kapelusz pozostał w Campden".
W obu tekstach ogromną wagę przyłożono do tego, jak w nagrodę za "miłość i współczucie" pana Harrisona dla młodego Johna Perry'ego starca spotkała zdrada. Przywołano również fragment z Księgi Wyjścia 22,18, w której nakazuje się: "Nie pozwolisz żyć czarownicy". W tamtych czasach ów wers, zaczerpnięty z Biblii Króla Jakuba, wydanej pierwszy raz w 1611 roku, był podstawowym uzasadnieniem prześladowań "czarownic", mimo że najprawdopodobniej był on wynikiem błędnego tłumaczenia16.
Cud w Campden stał się jedną z najbardziej znanych "nierozwikłanych tajemnic" w Anglii i przez kolejnych trzysta lat jej rozwiązania podejmowali się liczni badacze, historycy i pisarze. W 1959 roku oksfordzki historyk i uczony sir George Clark zebrał najczęściej pojawiające się wersje tej historii w niewielkiej książce zatytułowanej The Campden Wonder [Zagadka z Campden]. Oto przedsmak tego, co można w niej znaleźć:
W 1860 roku prawnik John Paget winą za wszystkie wydarzenia obarczył pogarszające się zdrowie psychiczne Johna Perry'ego, sugerując, że cierpiał on na "poważną odmianę choroby psychicznej, która skłania chorego do obwiniania siebie i innych za wyimaginowane zbrodnie". Paget nie poświęcił zbyt wiele uwagi zniknięciu pana Harrisona, a zamiast tego skoncentrował się na powodach, dla których Perry poświadczył nieprawdę. Nieco inne spojrzenie na sprawę miał szkocki historyk Andrew Lang, który odnalazł zapiski Overbury'ego i w 1904 roku opublikował własną wersję wydarzeń. Jego zdaniem "Perry'owie najprawdopodobniej nie cieszyli się najlepszą opinią". Podobne przypuszczenia wysuwają liczni pozostali autorzy, dziennikarze i prawnicy, których pisma znalazły się w zbiorze Clarka.
Wszyscy ci autorzy nie tylko byli mężczyznami, ale też wywodzili się z określonej klasy społecznej. I choć w większości przypadków okazywali rodzinie Perrych szeroko pojęte współczucie i wyrozumiałość, ich uprzedzenia klasowe i intelektualne zawsze wybijały się na pierwszy plan. Niektórzy podchodzili do tematu z perspektywy prawnej, inni dogłębnie analizowali wszystkie szczegóły z relacji Overbury'ego, lecz bardzo niewielu tak naprawdę skupiło się na tym, dlaczego wybrano Perrych na kozły ofiarne i dlaczego w tamtych czasach tak łatwo uwierzono w opowieść pana Harrisona. O ile rzeczywiście tak było.
Przed zniknięciem z Chipping Campden William opiekował się majątkiem lady Juliany Noel. Według niektórych relacji ze zbioru Clarka po powrocie został ponownie zatrudniony jako zarządca. Wcześniej owo stanowisko należało do jego "niezbyt lubianego" syna Edwarda. W rzeczywistości nie ma żadnych dowodów na to, że Edward rzeczywiście wypełniał obowiązki swojego ojca i nawet jeśli William rzeczywiście na krótko wrócił na dawną posadę, do roku 1665 czynsz w imieniu rodziny Noel odbierał już człowiek o nazwisku John Goodwin.
W tym czasie William był już po siedemdziesiątce i teoretycznie mógł przejść na emeryturę. Nie znajduje to jednak potwierdzenia w zachowanych dokumentach, z których wynika, że, podobnie jak sir Thomas Overbury, pracował jako zarządca w lokalnej szkole. Jest więc równie prawdopodobne, że stracił zaufanie swojego poprzedniego pracodawcy i został zwolniony.
Gdyby lady Juliana Noel zaznajomiła się z relacją pana Harrisona, miałaby wszelkie powody, by kwestionować jego wiarygodność. Choć jego opowieść obfituje w liczne szczegóły, takie jak dziewczynka przynosząca mu rosół i brandy, srebrna misa czy szereg ludzi wymieniających z nazwy losowe angielskie miasteczka, to brakuje w niej konkretów, a przede wszystkim brzmi ona po prostu nieprawdziwie. Na przykład, z wyjątkiem kapitana Wrenshawa, nie padają żadne nazwiska. Jeśli William rzeczywiście przebywał przez miesiąc na pokładzie statku z niewolnikami, w towarzystwie chirurga czy tkacza, z pewnością umiałby powiedzieć, jak się nazywali. W jego relacji nie znajdziemy opisów gorącego tureckiego klimatu ani żadnego miejsca, w którym przebywał. Harrison nie podaje również nazw statków, którymi powrócił do Anglii, ani nazwisk ich kapitanów.
Zacznijmy więc od pytania, dlaczego ktokolwiek miałby uwierzyć w jego opowieść. Aby to zrozumieć, powinniśmy zacząć od jeszcze innej plagi, która przetaczała się przez ówczesną Anglię: plagi strachu przed porwaniem przez berberyjskich piratów. W przeciwieństwie do wikkafobii - paranoi na punkcie czarownic - lęk ten był jak najbardziej uzasadniony.
Począwszy od końcówki XVI wieku, korsarze berberyjscy (których nazwa pochodzi od Berberów) porywali i sprzedawali w niewolę ludzi z całej Europy. Choć najazdy przeprowadzali z prowizorycznych portów i państw-miast rozlokowanych w Maghrebie (regionie leżącym na terytoriach dzisiejszych Maroka, Algierii, Tunezji i Libii), znane na całym świecie opowieści o ich zbrodniach dowodziły, że strach przed okrucieństwem piratów dotarł daleko poza granice ich regionu.
Już za czasów wypraw krzyżowych, czterysta lat wcześniej, "muzułmańskie hordy" pukające do bram Europy uważano za barbarzyńskie. W sztukach, takich jak Otello Shakespeare'a z 1604 roku czy Lust Dominion nieznanego autora z roku 1600, Maurów przedstawiano jako brutalnych, lubieżnych i nikczemnych morderców. Choć przez cały wiek XVII Anglia prowadziła wymianę handlową z Imperium Osmańskim, nawet najbardziej szanowani kupcy zachowywali daleko posuniętą ostrożność. Według kronik parafialnych Chipping Campden w latach dwudziestych XVII wieku, gdy Harrison był jeszcze młodym człowiekiem, do miasteczka na krótko przybyło dwóch "Turków", najprawdopodobniej handlarzy suknem, którym szybko wręczono cztery pensy (równowartość około czterech funtów w 2025 roku), aby niezwłocznie ruszyli w dalszą drogę.
Jednak w latach sześćdziesiątych XVII wieku strach przed wszystkim, co "tureckie", był większy niż kiedykolwiek.
Jednym z pierwszych korsarzy był Arudż Barbarossa (w języku tureckim Oruç Reis), który w końcówce XV wieku wraz z trzema braćmi napadał na chrześcijańskie statki i łupił wybrzeża Hiszpanii. Jego przydomek mógł pochodzić od włoskich słów oznaczających "czerwoną brodę" lub od jego berberyjskiego ("barbarzyńskiego") pochodzenia. Tak czy inaczej, udało mu się zdobyć sławę i bogactwo i podobnie jak współczesny mu angielski pirat sir Francis Drake, za walkę z rozrastającym się imperium Hiszpanii zaskarbił sobie rozgłos i chwałę wśród swoich zwolenników, a strach i nienawiść u wszystkich innych. Do 1516 roku jego potęga urosła do tego stopnia, że wraz z braćmi stworzyli własny sułtanat, a sam Oruç Reis został władcą Algieru.
W kolejnym stuleciu muzułmańscy piraci, podobnie jak ich chrześcijańscy odpowiednicy, rozszerzyli swoją działalność o handel niewolnikami. W 2004 roku niemałe poruszenie wywołała książka Roberta Davisa z Uniwersytetu Ohio zatytułowana Christian Slaves, Muslim Masters. White Slavery in the Mediterranean, the Barbary Coast and Italy 1500-1800 [Chrześcijańscy niewolnicy, muzułmańscy panowie. Handel białymi niewolnikami w regionie Morza Śródziemnego, na Wybrzeżu Berberyjskim i we Włoszech w latach 1500-1800]. Jej autor twierdził, że w owym czasie do niewolni trafiło od miliona do miliona dwustu pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Liczby wskazane przed Davisa budzą wiele kontrowersji i są wynikiem szacunków opartych na bardzo okrojonych danych. Bez względu na to i mimo że nawet najbardziej zawyżone statystyki nie dorównują liczbie niewolników, którymi handlowali Europejczycy, handel ludźmi w wykonaniu ludów berberyjskich był równie prawdziwy co handel transatlantycki. Dlatego, podobnie jak w przypadku terroryzmu naszych czasów, strach panujący wśród Anglików był nieproporcjonalnie większy do rzeczywistego ryzyka, a wiele mężczyzn i kobiet co noc zasypiało w strachu, że i oni padną ofiarami handlu ludźmi.
Choć początkowo korsarze pozostawali aktywni głównie na wodach Morza Śródziemnego, z czasem ich wyprawy sięgały tak odległych miejsc jak Islandia. Większość porwanych mężczyzn zmuszano do ciężkiej pracy, natomiast tych bardziej wykształconych, tak jak w opowieści pana Harrisona, umieszczano w domach bogatych ludzi jako "służących".
Początkowo Wyspy Brytyjskie i Irlandia nie znajdowały się na celowniku korsarzy, jednak na początku XVII wieku sytuacja ta uległa zmianie. W 1625 roku podczas ataku w zatoce Mount's Bay w Kornwalii porwano sześćdziesięcioro mężczyzn, kobiet i dzieci, których następnie sprzedano w niewolę. W przeciągu następnych dwóch dekad najazdy piratów stały się coraz śmielsze. W 1627 roku wyspa Lundy leżąca w Kanale Bristolskim dostała się pod okupację piratów z "republiki Salé", berberyjskiej enklawy położonej na terytorium dzisiejszego Maroka. Na ich czele stał były holenderski kapitan Jan Janszoon, który po schwytaniu przez korsarzy przeszedł na islam. Piraci wznieśli nad zieloną wyspą mauryjską banderę i na pięć kolejnych lat ta malownicza wyspa, należąca obecnie do brytyjskiej National Trust, stała się państwem islamskim.
To właśnie z tej bazy w 1631 roku piraci zaatakowali wieś Baltimore, katolicką enklawę w protestanckiej Irlandii, z której uprowadzili stu ośmiu angielskich osadników. Atak zorganizowano z pomocą jednego z więźniów Janszoona, rybaka z miasta Dungarvan, Johna Hacketta, który pragnąc zemścić się za angielską kolonizację Irlandii, wskazał piratom drogę do Baltimore. Zdrajca został później schwytany i po procesie w Cork stracony. Choć w latach trzydziestych piratów udało się wreszcie przepędzić z Lundy, ci po prostu założyli bazę w innym miejscu i dalej organizowali swoje wypady. W 1645 roku, mimo szalejącej na wyspach wojny domowej, podczas rajdu na Penzance w Kornwalii uprowadzono dwieście czterdzieści osób, a w kolejnej dekadzie wielu rybaków bało się już wypływać w morze.
Ci, którym udało się uciec, powracali do domów z niesamowitymi opowieściami.
8 lutego 1660 roku, zaledwie kilka miesięcy przed zaginięciem Harrisona, Samuel Pepys opisał w swoim dzienniku spotkanie z kapitanem o nazwisku Mootham oraz jego przyjacielem, panem Dawesem, którzy opowiedzieli mu o swojej niewoli w Algierze:
Udałem się do Fleece Tavern na drinka; siedzieliśmy tam aż do czwartej, opowiadając historie z Algieru i o tym, jak wygląda życie tamtejszych niewolników. Kapitan Mootham i pan Dawes (obaj przebywali tam w niewoli) bardzo dokładnie przybliżyli mi warunki, jakie tam panowały; na przykład opowiedzieli, że karmiono ich wyłącznie chlebem i wodą.
Za takich więźniów płacono bardzo wysokie sumy, a "przemysł wykupu", polegający na negocjowaniu cen za uwolnienie zakładników porwanych przez berberyjskich piratów, był niezwykle intratną działalnością - podobne praktyki są stosowane współcześnie w takich państwach jak Kolumbia, Afganistan czy Haiti.
W 1655 roku lord protektor Oliver Cromwell postanowił położyć kres temu procederowi i wysłał na Morze Śródziemne flotę piętnastu okrętów pod wodzą admirała Roberta Blake'a z misją pobrania kompensaty od rycerzy chrześcijańskiego Zakonu Maltańskiego, którzy również parali się handlem niewolnikami, i przy okazji dać nauczkę wszystkim innym grupom w regionie. W obliczu nowoczesnej floty wojennej większość piratów i rycerzy natychmiast się poddała. Nieugięty pozostał jedynie dej Tunisu. Wywiązała się bitwa morska, która zakończyła się druzgocącym zwycięstwem wojsk Cromwella i pozwoliła na krótki czas zneutralizować zagrożenie i ugruntować pozycję angielskiej marynarki wojennej w regionie. Mimo to piractwo i porwania wciąż się zdarzały, a w 1660 roku wszyscy w Anglii wiedzieli już o historii z Blakiem i piratami berberyjskimi.
W całym kraju wiernych zachęcano do wpłat na rzecz uwolnienia angielskich niewolników i w tym kontekście poniekąd wątpliwa opowieść Williama Harrisona mogła wydać się całkiem prawdopodobna - przynajmniej dla tych, którzy chcieli w nią wierzyć.
Jeśli natomiast Harrison ją zmyślił, miał pod ręką całą masę innych historii, na których mógł się wzorować.
Piractwo było niezwykle popularnym motywem w ówczesnej literaturze. W Hamlecie (1601) duński książę udaje się w rejs do Anglii i zostaje porwany, a następnie uwolniony za cenę okupu. Hiszpański pisarz Miguel de Cervantes, który w 1580 roku został porwany przez tureckich piratów, wykorzystał swoje doświadczenia podczas pisania Don Kichota (1605), którego angielski przekład ukazał się w 1612 roku. Alegoryczny charakter opowieści Harrisona bardzo przypomina jedną z najbardziej znanych ballad tamtych czasów, z której dowiadujemy się, że główny bohater:
Popłynął na wschód i popłynął na zachód,
Aż dotarł do sławnej Turcji.
Tam go pojmano i wtrącono do więzienia,
Aż życie stało mu się ciężarem17.
W tej historii młoda dziewczyna przynosi bohaterowi jedzenie i picie, a on, po tym jak zostaje sprzedany w niewolę, trafia do pana, którego ręka zostaje powstrzymana przez boską interwencję, gdy ten próbuje zaatakować bohatera. Ballada ta była popularna w XVIII i XIX wieku, jednak materiał źródłowy jest znacznie starszy. Dlatego choć relacja Williama Harrisona nie jest całkowicie niewiarygodna, zasługuje na mniej więcej tyle samo uwagi co zeznania amerykańskich farmerów twierdzących, że zostali porwani przez zielone ludki w UFO.
Choć być może nigdy nie poznamy prawdziwych losów pana Harrisona, możemy spróbować domyślić się, jaka przyczyna stała za jego zniknięciem. Tutaj, podobnie jak w przypadku każdej starej i niewyjaśnionej sprawy, kluczowym elementem będzie czas popełnienia przestępstwa.
William Harrison zaginął w sierpniu 1660 roku. W tym czasie Anglia przechodziła przez nieporównywalny w swojej historii okres niepokojów społecznych. Trzy miesiące wcześniej, 25 maja, z wygnania w Niderlandach Hiszpańskich powrócił król Karol II Stuart i po czterech dniach, dokładnie w swoje trzydzieste urodziny, ponownie objął tron. Dekada republikanizmu, nazywanego w Anglii poniekąd eufemistycznie bezkrólewiem, którą poprzedziła dekada wojen domowych, teoretycznie dobiegła końca, jednak głębokie rany pozostały niezagojone.
Bezpośrednio po przywróceniu monarchii Anglia stała się, delikatnie mówiąc, niestabilnym miejscem i wielu mieszkańców z niepokojem czekało na dalsze wydarzenia. Z kolei dla tych, którzy walczyli w obronie protektoratu, był to czas ogromnej niepewności.
Chipping Campden leżało na skrzyżowaniu dróg łączących rojalistyczne miasta Oxford i Worcester oraz bazy "okrągłogłowych" w Warwick i Coventry. Podczas wojen domowych żołnierze obu stron regularnie grabili wszystko, co nie było przybite na stałe gwoździami. I choć miasto miało być twierdzą "kawalerów" (rojalistów), jego najtragiczniejszy okres przypadł na pięć miesięcy przypadających na zimę oraz wiosnę 1645 roku, kiedy cieszący się złą sławą dowódca rojalistów Henry Bard rozlokował swoich ludzi na dworze szlacheckim. Jego główny budynek, prawdziwy cud jakobińskiej architektury, powstał trzydzieści lat wcześniej. Wybudował go ojciec lady Juliany, zamożny handlarz jedwabiem, za kwotę dwudziestu dziewięciu tysięcy funtów. Jednak "dopuściwszy się wielu niecnych czynów wobec jego mieszkańców", Bard spalił budynek doszczętnie, po czym zniszczył uprawy na okolicznych polach, aby nie wpadły one w ręce Cromwella. Mimo lojalności dla sprawy rojalistów miejscowa ludność była wściekła, a wśród nich znalazł się również zarządca William Harrison, który musiał bezczynnie przyglądać się, jak wspaniała posiadłość powierzona jego opiece zamienia się w stertę popiołu.
Po śmierci Karola I 30 stycznia 1649 roku rozpoczął się okres jedenastu lat purytańskich rządów, które choć przyniosły ze sobą szereg kolejnych obostrzeń, wprowadziły również pewien poziom stabilizacji. Życie wielu ludzi toczyło się swoim normalnym torem, a w wielu przypadkach wręcz zmieniło się na lepsze względem poprzednich dziesięcioleci.
Historię - jak głosi wyświechtane powiedzonko - piszą zwycięzcy, dlatego dzisiaj postrzegamy angielskich purytanów jako wyzutych z radości, odwołujących święta Bożego Narodzenia i zamykających teatry ponuraków. Konfiskata majątku Karola I oraz wyprzedaż jego kolekcji sztuki, a także rzekome ataki na świątynie bynajmniej nie pomogły purytanom w budowie przyjaznego wizerunku i okres bezkrólewia do dziś uchodzi za czas triumfu ikonoklazmu i powszechnego przygnębienia. Prawda jest jednak trochę bardziej skomplikowana. Choć obchodzenia Bożego Narodzenia - i w zasadzie wszystkich innych świąt - faktycznie zakazano, stanowiące o tym prawo uchwalono jeszcze za rządów Karola I, w czasach, kiedy jego egzekwowanie było praktycznie niemożliwe. Tak samo w przypadku teatrów: choć faktycznie je zamykano, w okresie republiki nastąpił prawdziwy rozkwit opery angielskiej i sztuki świeckiej, a sam Oliver Cromwell bynajmniej nie był troglodytą nieczułym na sztukę, jakim przestawiali go propagandyści króla. Istnieją nawet przypuszczenia, że w 1647 roku gościnnie wcielił się w rzymskiego boga Jowisza w przedstawieniu napisanym przez poetę Andrew Marvella.
Warto też zwrócić uwagę na fakt, że proces "korygowania historii" i ikonoklazmu, które kojarzymy przede wszystkim z bezkrólewiem, rozpoczął się o wiele wcześniej, w XVI i XV wieku, a w niektórych przypadkach były one dziełem osiemnastowiecznych protestantów i metodystów. Za wszystko winimy Cromwella i purytanów tylko dlatego, że do tego przyzwyczaili nas Wiktorianie, a tak naprawdę jest to jedna z tych "wygodnych opowieści", które wiele narodów po prostu lubi sobie powtarzać.
Oczywiście nie oznacza to, że lord protektor nie miał na sumieniu innych zbrodni. Cromwell popełnił wiele przerażających czynów, a podczas inwazji na Irlandię w latach 1649-1653 dokonał masowych rzezi, za co do dziś zasłużenie budzi powszechną odrazę. Podczas podbojów popełniono szereg zbrodni wojennych, w tym masakry żołnierzy i setki cywilów w Droghedzie i Wexford w 1649 roku. Według szacunków przedłużające się tyrańskie rządy angielskich protestantów sprawiły, że na skutek przemocy, głodu i chorób śmierć poniosła jedna piąta populacji wyspy, nadając ton historii Irlandii na kolejnych czterysta lat.
Z tej perspektywy Cromwell jest wciąż postrzegany jako jeden z najbardziej niesławnych tyranów w historii Anglii. Inaczej wyglądało to jednak po drugiej stronie Morza Irlandzkiego, gdzie za czasów protektoratu niektóre społeczności przeżywały prawdziwy rozkwit. Dla tych, którzy opowiadali się za nowym systemem, budową Nowej Jerozolimy i nowego, bardziej egalitarnego społeczeństwa, był to w istocie złoty wiek. Dużą swobodą religijną cieszyli się wszyscy mieszkańcy niebędący katolikami, dzięki czemu rozwijały się wspólnoty nonkonformistyczne oraz niektóre mniejszości. Od 1656 roku, choć na mocy nieformalnego porozumienia, żydom, wygnanym z Anglii w XIII wieku, ponownie pozwolono praktykować swoją religię. Także dla prezbiterian, baptystów i kwakrów okres protektoratu okazał się czasem mile widzianej tolerancji, która umożliwiła rozkwit ich ruchów religijnych.
Wszystko skończyło się z nadejściem restauracji, a ci, którzy popierali Cromwellów, nagle znaleźli się w tarapatach.
Teoretycznie na podstawie Act of Indemnity and Oblivion z 25 sierpnia 1660 roku wszystkim osobom opowiadającym się za protektoratem przysługiwało automatyczne uniewinnienie. Jednak ustawa nie obejmowała stu czterech osób, które dopuściły się "królobójstwa" Karola I. Wszyscy oni zostali potraktowani, delikatnie mówiąc, bezwzględnie, a kary nie uniknęli nawet zmarli. Oliver Cromwell oraz dwadzieścioro troje jego nieżyjących wspólników zostali wykopani z grobów, poddani "egzekucji" a ich głowy obcięto, nabito na pale i wystawiono na widok publiczny.
Tamtego lata i jesieni 1660 roku w Londynie doszło do scen budzących grozę i przerażenie. Ludzi niegdyś powszechnie szanowanych, wieszano, a ich zwłoki patroszono i ćwiartowano (sposób wykonywania kary śmierci, do którego wrócimy w dalszej części książki).
Niewiele brakowało, a wśród ofiar znalazłby się niewidomy poeta John Milton, który później, w 1667 roku, opublikował Raj utracony. W swoich dziełach jeszcze sprzed egzekucji Karola I w 1649 roku Milton popierał koncept królobójstwa i utworzenia republiki. Cromwell mianował go nawet sekretarzem do spraw korespondencji zagranicznej, czyniąc go odpowiedzialnym za rozpowszechnianie korespondencji państwowej w języku łacińskim za granicą. Milton pisał w obronie protektoratu nawet po jego upadku i śmierci Cromwella. Restauracja okazała się dla niego zgubna zarówno na płaszczyźnie finansowej, jako że swoje oszczędności ulokował w bezwartościowych już teraz obligacjach rządowych, jak i osobistej, ponieważ jego życie znalazło się niebezpieczeństwie. Dlatego po koronacji Karola II bardzo rozsądnie usunął się z widoku publicznego.
Dnia 16 czerwca 1660 roku wydano nakaz jego aresztowania. Z ukrycia wyszedł dopiero po uchwaleniu ustawy Indemnity and Oblivion Act z 25 sierpnia, ale i to nie na wiele mu się zdało i został wtrącony do Tower of London. Jesieni tego samego roku publicznie spalono jego listy oraz książki, a życie powszechnie poważanego niegdyś pisarza uratowała interwencja poety Andrew Marvella, wówczas członka parlamentu.
Podobnie jak w przypadku każdej kontrrewolucji czy okresu gwałtownych zmian politycznych, tak i teraz znalazło się wielu oportunistów, którzy w porę poczuli, skąd wieje wiatr, i przeszli na odpowiednią stronę. Jednym z nich był Samuel Peys, piętnastoletni uczeń szkoły St Paul's, który uciekł z zajęć, aby na własne oczy zobaczyć ścięcie Karola I, po czym stał się gorliwym republikaninem. Po śmierci Cromwella w 1658 roku znów stał się zagorzałym monarchistą, towarzyszył nowemu królowi, Karolowi II, podczas powrotu z wygnania, a ostatecznie otrzymał nawet zaproszenie na jego koronację.
Podsumowując: choć nowy reżim mówił głośno o pojednaniu, nie wszyscy dali się przekonać. To jeden z dość przekonujących powodów, dla którego William Harrison mógł zdecydować się na ucieczkę.
Istnieją dowody na to, że Harrison i jego rodzina skłaniali się ku prezbiterianizmowi. Thomas Overbury pisze, że kiedy tamtego letniego popołudnia 1659 roku okradziono Banqueting House, Harrisonowie przebywali na "wykładzie", czyli po prostu na nabożeństwie baptystów. W opowieści Williama również można znaleźć kilka wskazówek. Smyrna, miasto, do którego trafił po tym, jak został "porwany", słynęło z przemysłu tekstylnego. Zważywszy na to, że w XVII wieku Chipping Campden również było centrum produkcji wyrobów wełnianych, mogło to wpłynąć na jego wybór celu podróży. Smyrna była jednak również siedzibą jednego z "siedmiu głównych kościołów", odgrywających centralną rolę w Księdze Objawienia Świętego Jana, która miała fundamentalne znaczenie dla baptystycznego spojrzenia na świat.
W latach sześćdziesiątych XVII wieku Smyrna stała się ośrodkiem radykalnej myśli millenarystycznej18 i rodzinnym miastem Szabetaja Cewiego, rabina i samozwańczego mesjasza. W swoich przemówieniach przekonał wielu baptystów, że ówczesne zawirowania społeczne i polityczne zwiastują nadejście apokalipsy. Ludzie wymyślający swoje alibi nie wybierają miejsc zupełnie przypadkowo.
Powrót rodziny Stuartów na tron oznaczał złe wieści dla baptystów, którzy znów musieli usunąć się z widoku publicznego. "Dobrzy" stali się "złymi" - przynajmniej z punktu widzenia rządu - a William znalazł się zdecydowanie po złej stronie barykady. Jednak nie jest wykluczone, że z prawem również był na bakier. Istnieje podejrzenie, że przed zniszczeniem posiadłości szlacheckiej przez żołnierzy rojalistów, Harrison wyniósł z niego pewną część kosztowności i ukrył w bezpiecznym miejscu. Nie ma żadnych dowodów na to, że kiedykolwiek zostały one zwrócone lady Julianie Noel i całkiem możliwe, że jej wierny sługa obawiał się ewentualnego śledztwa, które mogło ujawnić jego występek.
Podobnie jak wiele postaci, które pojawią się w dalszej części tej książki, William był nie tylko ofiarą, ale i sprawcą. A jego powrót mógł z łatwością doprowadzić do kolejnych tragedii.
W egzemplarzu broszury Overbury'ego należącym do Anthony'ego a Wooda znajduje się dopisek o następującej treści:
Po powrocie Harrisona ciało Johna zdjęto z szubienicy i pochowano, a żona Harrisona (będąca zarozumiałą i chciwą prezbiterianką) powiesiła się we własnym domu - dlaczego, niech osądzi sam czytelnik.
Osądźmy zatem.
Czy Harrison, podobnie jak Milton, uznał, że dobrym pomysłem będzie po prostu zniknąć? A może to właśnie on upozorował włamanie do Banqueting House, podczas którego skradziono sto czterdzieści funtów, po czym wykorzystał je, a także siedem funtów z opłat czynszowych, aby przeczekać w ukryciu najburzliwszy okres restauracji?
Czy udał się do Crowland albo Wisbechu - miejscowości, które przypadkowo pojawiły się w jego bardzo wątpliwej opowieści? Obie dzieli zaledwie osiemnaście mil i położone są w odległości jednego dnia marszu na wschód od posiadłości lady Juliany Hicks w Rutland.
Czy jego spektakularny powrót sprawił, że pani Harrison nareszcie przejrzała na oczy? Czy ujrzała swojego męża w zupełnie nowym świetle? Czy zaczęła wątpić we wszystko, co się wydarzyło? A może zaczęła podawać w wątpliwość również wszystko, co wydarzyło się w trakcie ich wieloletniego małżeństwa? Czy łzy szczęścia wywołane cudownym powrotem męża ustąpiły miejsca rozpaczy i podejrzeniom? Czy jego opowieść wstrząsnęła do głębi pobożną baptystką, uświadomiła jej, że praktycznie własnymi rękami wysłała niewinną rodzinę Perrych na szubienicę, więc odebrała sobie życie?
Nie wiemy. I nigdy się tego nie dowiemy.
Z całą pewnością możemy powiedzieć tylko to, że pewnego wiosennego marcowego dnia 1661 roku członkowie rodziny Perrych zostali zaprowadzeni na niewielki pagórek na przedmieściach Chipping Campden i powieszeni za zbrodnię, której nie popełnili.
Stali się ofiarami kolektywnego dysonansu poznawczego społeczności, która nie potrafiła zrozumieć, dlaczego jeden z ich najbardziej poważanych obywateli dosłownie rozpłynął się w powietrzu.
Najmocniej utrwalonym w kulturze zachodniej kozłem ofiarnym jest bez wątpienia Lucyfer. Biorąc pod uwagę to, jak bardzo jego obecność utrwaliła się w naszej zbiorowej wyobraźni, może zaskakiwać fakt, że zarówno w teologii, jak i w dziejach ludzkości pojawił się on stosunkowo późno. W Starym Testamencie znajdziemy zaledwie dziewięć wzmianek odnoszących się do Ha-Satan, co może oznaczać zarówno "oskarżyciela", jak i "adwokata" Boga. W najstarszych pismach żydowskich jawi się on raczej jako boski "obrońca" niż rogaty diabeł.
Ha-Satan pierwszy raz pojawia się w Pierwszej Księdze Kronik, napisanej około VI wieku przed naszą erą, która opowiada dzieje narodu żydowskiego od Księgi Rodzaju i Edenu po Edykt Cyrusa i odbudowę Świątyni Salomona. Jednocześnie Księgi Samuela opisują wiele z tych samych wydarzeń, a w szczególności panowanie króla Dawida i jego syna Salomona, jednak istnieje między nimi jedna istotna rozbieżność.
W obu księgach oraz w Kronice znajduje się opowieść o spisie ludności przeprowadzonym przez króla Dawida, który skutkuje kolejną masakrą dokonaną przez Boga na mieszkańcach Ziemi. Jednak o ile w Drugiej Księdze Samuela wyraźnie zaznaczono, że jest to kara zesłana przez Boga na Dawida za to, że nie przeprowadził spisu zgodnie z otrzymanymi wskazówkami, to w Pierwszej Księdze Kronik 21,1 całą winą obarczony jest Ha-Satan, co w języku hebrajskim oznacza "przeciwnika".
Wtedy wystąpił szatan [Ha-Satan] przeciwko Izraelowi, pobudziwszy Dawida do tego, aby policzył Izraelitów19.
Analizując Stary Testament pod kątem wiarygodności historycznej, należy oczywiście zachować daleko idącą powściągliwość. Nawet samo istnienie króla Dawida stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Mimo to cała ta historia łudząco przypomina sytuację, w której polityk próbuje zrzucić odpowiedzialność za kontrowersyjną decyzję na coś lub kogoś, nad kim nie ma żadnej kontroli. Widać to przecież gołym okiem.
W okresie powstawania Kronik judaizm zetknął się z inną, znacznie potężniejszą religią. W 598 roku przed naszą erą Chaldejczycy (następcy Babilończyków) napadli na Królestwo Judy. Uprowadzonych zostało dziesięć tysięcy ludzi, którzy następnie dostali się do tak zwanej niewoli babilońskiej. W Babilonie żydzi zetknęli się z Zaratusztrianizmem, pierwszą wielką religią monoteistyczną. Po tym spotkaniu judaizm nigdy już nie był taki sam.
Zaratusztrianizm rozwinął się z nauk Zaratusztry, irańskiego proroka, który miał żyć około siedmiu tysięcy lat wcześniej. Zaratusztrianie postrzegali świat zupełnie inaczej niż żydzi. Wierzyli między innymi w istnienie boga stworzyciela o imieniu Ahura Mazda oraz jego brata bliźniaka, złego ducha Arymana, między którymi toczyła się odwieczna walka dobra ze złem. Żydzi, dla których motyw "dobra i zła" był do tej pory obcy, z chęcią włączyli go do swojej wiary. Nie była to zresztą jedyna rzecz, jaką pożyczyli od Babilończyków.
Zaratusztrianizm opierał się na idei uniwersalizmu - przekonania, że istnieje jeden idealny, wszechpotężny Bóg, a ci, którzy zwrócą się ku niemu, dostąpią zbawienia.
Ponadto wierzono, że Ahura Mazda miał pomocników zwanych "jazatami" - półboskie istoty, które potrafiły przemieszczać się między niebem i ziemią i działały w świecie ludzi w jego imieniu. Oba te koncepty zostały włączone do judaizmu, a idea Boga posługującego się wysłannikami przekształciła się w koncepcję "aniołów". Od tego momentu wyznawcy tej religii zaczęli widzieć walkę dobra ze złem niemal na każdym kroku.
W 539 roku przed naszą erą pierwszy król z dynastii Achemenidów, Cyrus Wielki, wydał edykt zezwalający żydom na powrót do ojczyzny i odbudowę Świątyni Dawida. Żydzi zabrali ze sobą idee zaratusztrianizmu i choć okres niewolni babilońskiej był dla nich bez wątpienia traumatycznym okresem, okazał się on również przełomowy. Nowe sposoby postrzegania świata miały w przyszłości ukształtować chrześcijaństwo, islam, bahaizm oraz niezliczone religie pochodne, w tym scjentologię i mormonizm, a dziś - dwa i pół tysiąca lat później - wciąż wpływają na świecką myśl filozoficzną. Co najważniejsze, koncepcja dobra i zła w postaci sił szatańskich na trwałe zadomowiły się w idei monoteizmu abrahamowego i od tego czasu świat i wszyscy zamieszkujący go ludzie są nieustannie postrzegani przez pryzmat światła lub cienia.
Wraz z rozpowszechnianiem się chrześcijaństwa od I wieku naszej ery Lucyfer przeszedł drogę od postaci pojawiającej się w Piśmie Świętym zaledwie epizodycznie (w judaizmie do tej pory nie istnieje wszechzły Szatan) do jednej z głównych postaci tej narracji. Ów uniwersalny czarny charakter na dobre trafił do myśli głównego nurtu w 313 roku, kiedy cesarz Konstantyn I Wielki przyjął wiarę chrześcijańską.
Politeistyczni Rzymianie, wyznający religię silnie ukształtowaną przez wierzenia starożytnych Greków, postrzegali świat inaczej niż chrześcijanie. Wierzyli w dwunastu głównych bogów, stworzycieli i strażników Rzymu i w przeciwieństwie do chrześcijan nie uznawali jednego nadrzędnego kodeksu moralnego. Przed pojawieniem się i ekspansją chrześcijaństwa pojęcie "dualizmu moralnego" i nieustającej walki "dobra ze złem" nie było tak istotne. W końcówce IV wieku naszej ery żydowsko-chrześcijańsko-zaratusztriańska koncepcja świata, oparta na nieustannych zmaganiach dobra ze złem, była już trwale zakorzeniona w cywilizacji europejskiej.
Konsekwencje tych zmian są nie do przecenienia. Przyjęcie chrześcijaństwa przez Rzymian sprawiło, że pojęcie dobra i zła do dziś kształtuje zachodnią politykę, system prawa i wymiaru sprawiedliwości, kolektywną moralność, a nawet - co pokażę w dalszej części książki - sposób, w jaki interpretujemy historię.
Kiedy chrześcijaństwo urosło do miana globalnej religii, teologowie rozpoczęli retrospektywne poszukiwania śladów obecności Szatana w istniejących tekstach. W ostatniej księdze Nowego Testamentu, Księdze Objawienia, Jan dwukrotnie określa go mianem węża. Widać więc, że już dawni pisarze, w tym żyjący w I wieku naszej ery Justyn Męczennik oraz święty Augustyn z IV wieku naszej ery, utożsamiali Szatana z mówiącym wężem z Edenu. Stąd też to właśnie na niego (i jego podstępną wspólniczkę, Ewę) spadła wina za upadek człowieka oraz wszystkie kolejne niecne występki popełniane przez ludzi.
Podobnie jak wszystkie najciekawsze czarne charaktery w historii i literaturze, Szatan okazał się znacznie bardziej interesujący niż nieskazitelny główny bohater tej opowieści.
W 1667 roku, a więc cztery lata po cudownym powrocie Williama Harrisona do Chipping Campden, spod pióra republikańskiego poety Johna Miltona wyszedł Raj utracony, w którym autor jedną z głównych ról powierzył właśnie Szatanowi. W tej poetyckiej reinterpretacji historii narodzin i upadku cromwellowskiej Anglii Szatan jest bezsprzecznie najciekawszą postacią. Największą wadą miltonowskiego Czarnego Księcia jest pycha, jednak, jak w przypadku wszystkich niepokornych czarnych charakterów, jest również radykałem o skomplikowanej naturze, który potrafi zjednać sobie sympatię czytelnika. W przeciwieństwie do Boga Szatan jest samoświadomy, charyzmatyczny, nieidealny, wręcz ludzki i właśnie taki najmocniej utrwalił się w kulturze i świadomości człowieka. To upadły anioł, wygnany do krainy chaosu, który spiskuje przeciwko Stworzycielowi, ponieważ czuje się zdradzony.
Szatan w postaci węża również jest myślicielem krytycznym. W końcu to on jako pierwszy odważył się zakwestionować absolutną władzę Boga i jego hegemonię. Jednocześnie jest też pierwszym w historii kozłem ofiarnym, który mękami i upokorzeniem okupił złą sławę.
Od zarania dziejów społeczeństwa zawsze poszukują kozłów ofiarnych, na które mogą zrzucić winę za wszystkie problemy tego świata. Wystarczy włączyć telewizor, radio albo przejrzeć media społecznościowe - na pewno jacyś się znajdą. Mogą to być "mężczyźni w wieku poborowym", którzy twierdzą, że uciekają przed wojnami, ale tak naprawdę przybywają, by wyłudzać świadczenia, zabrać nam pracę i ukraść nasze kobiety. To mniejszości, których mamy się bać i ich nienawidzić - czy będą to czarni, mieszkańcy Azji Południowej, Chińczycy, Palestyńczycy, Żydzi, muzułmanie, homoseksualiści, ubodzy czy Meksykanie. To te straszne potwory, które wypędzą cię z twojego domu, zamordują, zindoktrynują twoje dzieci swoją ideologią i wszystkich nas uczynią swoimi niewolnikami. To ta cała zakłamana, bezwartościowa klasa społeczna, komunistyczne związki zawodowe, wokerati, iluminaci, transgenderowcy i, jakże by inaczej, ubodzy. W zależności od punktu widzenia będą to albo "ekowojownicy" albo "ekoterroryści". Mogą to być lewacy, prawacy, centrowcy i wszyscy pomiędzy nimi.
Ale jeśli tylko uda się nam pokonać te współczesne demony i czarownice, wszystko będzie dobrze.
Wielu filozofów próbowało zrozumieć mechanizm poszukiwania kozłów ofiarnych i jego rolę w społeczeństwie. Niektórzy z nich doszli do wniosku, że opiera się on na inherentnym paradoksie: ludzie tropiący swoje ofiary tkwią w błędnym przekonaniu, że to oni są stroną pokrzywdzoną, i nie rozumieją, że prawdziwie pokrzywdzonymi są ci, którzy stają się obiektami ich nienawiści i prześladowań. I to właśnie ten mechanizm zadziałał w Chipping Campden.
Francuski filozof René Girard spopularyzował pojęcie "mechanizmu kozła ofiarnego", zgodnie z którym każde społeczeństwo potrzebuje czegoś w rodzaju metafizycznego zaworu bezpieczeństwa, który otwiera w przypadku konfliktu, zarazy czy niepokojów społecznych. Nieuchronnie oznacza to - i historia udowodniła to wielokrotnie - zrzucenie całej winy za kryzys na grupę ludzi, lub rzadziej na jedną osobę. Kozły ofiarne mają umożliwić społeczności zjednoczenie się przeciwko wspólnemu wrogowi bez wywoływania kolejnego kryzysu. To oznacza, że ów kozioł musi stanowić grupę słabą i zmarginalizowaną, aby nikt się za nimi nie wstawił.
Obawa przed wspólnym wrogiem to potężne spoiwo społeczne, które podczas walki z prawdziwym lub wyobrażonym zagrożeniem jednoczy, motywuje i utrwala tożsamość danej grupy lub społeczności. Dziś coraz częściej jesteśmy świadkami tego, jak kolejni przywódcy i autokraci dochodzą do władzy dzięki obietnicom zwalczenia strasznej bestii i dostatniego życia dla wszystkich, którzy przyłączą się do wspólnej misji.
Właśnie takimi bestiami byli niektórzy "niesławni" bohaterowie tej książki, a rodzina Perrych była najlepszym tego przykładem.
W 1661 roku, w samym środku okresu głębokich niepokojów i powszechnego strachu, mechanizm kozła ofiarnego zadziałał z pełną mocą. Wszyscy mieszkańcy niewielkiego miasteczka zrzucili swoje obawy na troje niewinnych ludzi.
Joan Perry - której jedyną zbrodnią było bycie wdową w podeszłym wieku.
Johna Perry'ego - którego krucha psychika sprowadziła śmierć na całą rodzinę.
Oraz Richarda Perry'ego - którego los przypieczętowało krwawienie z nosów jego dzieci, biegnących w objęcia ojca.
Jak widać, zła sława może dotknąć każdego, z dowolnego powodu.
I jak pokazała nam historia rodziny Perrych - los nie zawsze kieruje się logiką.
Rozdział 2
Zdrajcy
Dlaczego zdrajcy robią różnicę
Kilka dni po japońskim ataku na Pearl Harbor, 20 grudnia 1941 roku, w biurze poborowym Marynarki Stanów Zjednoczonych stawił się trzydziestoletni imigrant z silnym liverpoolsko-niemieckim akcentem.
- Nazwisko? - warknął oficer siedzący za biurkiem.
- Hitler! - odpowiedział przyszły rekrut.
- Miło pana widzieć, panie Hitler. Ja nazywam się Rudolf Hess.
Młody człowiek mówił prawdę. I bynajmniej nie był to niefortunny zbieg okoliczności. William Patrick Hitler był synem Aloisa, przyrodniego brata Adolfa Hitlera. William urodził się w 1611 roku w Liverpoolu, w dzielnicy Toxteth. W 1914 roku jego ojciec zostawił go i jego matkę z obietnicą, że wróci, gdy dorobi się fortuny jako hazardzista. Zamiast tego wyjechał do Niemiec, gdzie ożenił się drugi raz i spłodził kolejne dziecko20. Mimo to cały czas utrzymywał kontakt z rodziną i w 1929 roku osiemnastoletni William przeprowadził się do Berlina, licząc na część majątku po bogacącym się ojcu. W 1939 roku w wywiadzie dla magazynu "Look"21 opisał, co działo się potem:
Jedliśmy babeczki z bitą śmietaną, ulubiony deser Hitlera. Uderzyła mnie jego intensywność, zniewieściała gestykulacja... (oraz) ...łupież na jego marynarce.
Wujek Adolf załatwił chłopakowi pracę w Reichskreditbank, skąd wyrzucono go za napastowanie kobiet. Potem zatrudnił się jako sprzedawca samochodów. Wbrew mitowi rozpowszechnionemu w późniejszych latach przez jeden z brytyjskich przebojów, jakoby Adolf Hitler miał tylko jedno jądro, na początku lat trzydziestych jego głównym problemem był niesforny "Willy"22. Z powodu rosnącej frustracji wywołanej kolejnymi niepowodzeniami na płaszczyźnie zawodowej William popełnił kardynalny błąd: zagroził wujowi, że wyciągnie na światło dzienne wszystkie "rodzinne tajemnice", jeśli ten nie pomoże mu, korzystając ze swoich znajomości. Kiedy Adolf zareagował swoim typowym napadem gniewu, wrzaskami i wymachiwaniem rąk, młody człowiek spakował się i wrócił do Anglii. Tam w 1938 roku napisał artykuł zatytułowany Dlaczego nienawidzę swojego wuja. Tekst zwrócił uwagę amerykańskiego magnata prasowego, który zaproponował mu serię płatnych wykładów w Stanach Zjednoczonych. Kiedy w 1939 roku wybuchła druga wojna światowa, William utknął po drugiej stronie oceanu.
Pierwsza próba zaciągnięcia się do armii w 1941 roku zakończyła się niepowodzeniem i dopiero w 1944 roku, po napisaniu do samego prezydenta Roosevelta, został przyjęty do marynarki. Siły zbrojne opuścił w 1947 roku, po czym zmienił nazwisko najpierw na Hiller, a potem, tuż przed swoją śmiercią w 1987 roku, na Stuart-Houston.
Niektóre postacie pozostawiają w historii tak straszliwe piętno, że ich nazwiska skazane są na wieczne potępienie. Spróbujcie wyszukać "Hitler" w niemieckiej książce telefonicznej. Osób o takim nazwisku jest dokładnie zero. Podobnie zresztą w pozostałych częściach świata, z wyjątkiem Peru, gdzie żyje około dwóch tysięcy Hitlerów. Nazwisko to, z uwagi na skojarzenie z najgorszym masowym mordercą w dziejach, dziś służy wyłącznie jako przypomnienie jego nikczemnych dokonań. Takich nazwisk jest oczywiście więcej.
Postacie takie jak Józef Stalin, Charles Ponzi, Vidkun Quisling czy Judasz Iskariota również pozostawiły po sobie trwały ślad w języku, a porównanie kogoś do Judasza, czego w maju 1966 roku podczas koncertu w Manchesterze doświadczył na własnej skórze Bob Dylan, to jak porównanie go do "najbardziej znienawidzonego człowieka w historii". Zbrodnia, której Dylan dopuścił się tamtego wieczora, polegała na przejściu na "elektryczne granie", co, jak powiedział w 2012 roku na łamach magazynu "Rolling Stone", nie było dokładnie "tym samym co zdradzenie Pana i skazanie go na śmierć przez ukrzyżowanie"23.
Choć może i było. W końcu zdrada, podobnie jak piękno, zależy od punktu widzenia. Niemal wszyscy najwięksi złoczyńcy w historii uważali się za bohaterów.
Z pewnością myślał tak o sobie Guy Fawkes (o pseudonimie Guido), najbardziej znany z trzynastu spiskowców, którzy w 1605 roku usiłowali zamordować króla Jakuba I, wysadzając budynek parlamentu. Również Judasz Iskariota, o ile faktycznie istniał, uważał się za jednego z tych dobrych.
Historyczność Jezusa Chrystusa to prawdziwe pole minowe, a spór o to, czy w ogóle istniał, wciąż jest zażarty. Wystarczy jednak powiedzieć, że większość świeckich badaczy wczesnego chrześcijaństwa zgadza się, że Jezus Chrystus był najprawdopodobniej postacią historyczną - jednym z około dwunastu "mesjaszy", którzy około I wieku naszej ery stali na czele różnych kultów religijnych w Judei. Wielu z owych badaczy jest również zgodnych co do faktu, że jeden z wyznawców Jezusa, najprawdopodobniej noszący imię Judasz Iskariota, wydał go w ręce władz. Niestety, ku ogromnej irytacji historyków, dowody w formie spisanych relacji dotyczących kultury i historii świata judeochrześcijańskiego są wyjątkowo skąpe. Jedynymi godnymi zaufania źródłami potwierdzającymi istnienie Jezusa są datowane na rok 95 naszej ery zapiski żydowsko-rzymskiego historyka Józefa Flawiusza (zostały więc sporządzone około sześćdziesięciu lat po domniemanej śmierci Jezusa) oraz późniejsza wzmianka autorstwa historyka i senatora Tacyta, pochodząca z około 116 roku naszej ery. Wszystkie pozostałe informacje to czysta spekulacja. Jednak, ponieważ większość kultów mesjanistycznych wykazuje bardzo wiele wspólnych cech, z całą pewnością możemy umieścić ugrupowanie Jezusa w szerszym kontekście i formułować nasze założenia, opierając je na działaniach i zachowaniach jego samego oraz jego wyznawców.
W większości kultów kluczowy jest charyzmatyczny przywódca, który oczekuje od swoich wyznawców bezwzględnej lojalności i całkowitego oddania. Największe z nich bardzo często wchodzą w konflikt z władzami, co nierzadko prowadzi do tarć i rozłamów wewnątrz grup, skłaniając część ich członków do przejścia do innych grup lub dopuszczenia się zdrady swojego przywódcy na rzecz tych, którym zależy na osłabieniu pozycji danego kultu. W rezultacie niemal każdy największy kult w historii, od chrześcijaństwa po mormonizm i taczeryzm, miał swojego Judasza.
O ile ustalenie historycznych losów Jezusa jest bardzo trudnym zadaniem, o tyle postać Judasza Iskarioty to zagadka niemal niemożliwa do rozwiązania. Wszelkie wzmianki na temat jego życia znajdują się w zaledwie czterech Ewangeliach. Zmarły w okolicach 64 roku naszej ery założyciel chrześcijaństwa, święty Paweł, ani razu nie wspomina o nim z imienia, a sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że w tamtym czasie imię "Judasz" (grecka forma hebrajskiego imienia Juda) było w Judei bardzo popularne. W samym tylko bezpośrednim otoczeniu Jezusa żył inny apostoł, który nazywał się Judasz. To samo imię nosił również jeden z jego braci.
Niektórzy spekulowali, że Judasz Iskariota (co znaczy: z Kariotu) mógł być księgowym Jezusa. W Ewangelii Świętego Jana czytamy, że opiekował się wspólną kasą uczniów. Dodatkowo w dwunastym rozdziale znajdziemy informację, że podbierał z niej pieniądze.
[...] był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano24.
Pojawia się ona jednak niemal od razu po tym, jak Judasz oskarżył Jezusa, że ten zmarnował drogi olejek na swoje stopy, zamiast go sprzedać i rozdać pieniądze ubogim. Być może to Jan dopuścił się drobnej manipulacji. Bez względu na to, jaką Judasz odgrywał rolę i czy rzeczywiście istniał, to jak na kogoś, kto doczekał się zaledwie dwudziestu trzech wzmianek w Nowym Testamencie, zasłużył sobie na wyjątkowo nikczemne miano jednego z najgorszych ludzi w historii.
W Piekle, pierwszej części Boskiej Komedii napisanej na początku XIV wieku, Dante Alighieri jako miejsce kary dla zdrajców wyznacza dziewiąty krąg.
Krąg ten najniższy i najwięcej ciemny, najdalszy nieba, co wszystko otacza25.
Ci, którzy tam trafią, konają w zamarzniętym morzu łez płynących z sześciu oczu trójgłowego Lucyfera, zawodzącego bez końca, jak jakaś przerażająca laleczka z serii Tiny Tears. A szlochając, przeżuwa trzech największych złoczyńców w dziejach: Marka Brutusa, który zdradził swojego przyjaciela Juliusza Cezara, jego wspólnika w zbrodni Gajusza Kasjusza Longinusa oraz Judasza, któremu przypadł zaszczyt konania w środkowej paszczy. Czytając powyższe, łatwo się domyślić, że Dante niespecjalnie lubił zdrajców.
Podobnie jak wszyscy ci genealodzy amatorzy z Facebooka, twierdzący, że są potomkami "Anglosasów", Dante utrzymywał, nie dysponując praktycznie żadnym dowodem, że wywodzi się od "starożytnych Rzymian", wobec czego winą za upadek cesarstwa, a także nieszczęścia jego przodków i swoje własne, obarczał Brutusa i Gajusza. W jego czasach północne Włochy były mozaiką wojujących ze sobą państw-miast, podzielonych między popierających Święte Cesarstwo Rzymskie gibelinów a opowiadających się po stronie papieża gwelfów. Dante walczył po stronie tych drugich, dzięki czemu ostatecznie wyszedł z konfliktu zwycięsko. Jednak rewolucje zawsze pożerają własne dzieci i kiedy doszło do rozłamu wśród gwelfów, poeta musiał uciekać do Rzymu. "Czarni gwelfowie" z Florencji uznali go za zdrajcę, a sam Dante oskarżył ich o apostazję. Wzajemna wymiana oskarżeń znalazła swoje odbicie w jego wizji kręgów piekielnych.
U Dantego Judasz jest postacią kluczową, ponieważ według autora zdradzając Mesjasza, naruszył doskonały boski porządek i tym samym ponosił winę za wszystkie nieszczęścia, które później nastąpiły, również za własne cierpienie. Jednak pisząc o tym, poeta dotknął innego, znacznie głębszego problemu. Dante bowiem, podobnie jak my wszyscy, doskonale wiedział, że za walką między wyimaginowanym dobrem i postrzeganym złem kryje się jeszcze większa wojna: między zaufaniem a zdradą.
Liczne badania prowadzone na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat wykazały, że zaufanie jest, jak zapewne powiedziałby każdy specjalista do spraw sercowych, najważniejszym elementem relacji międzyludzkich. To właśnie ono mówi nam, jak mamy postrzegać swoich partnerów, a także w jaki sposób oceniać przyjaźń. Zresztą wydaje się to oczywiste. W końcu potrzeba lojalności jest zakodowana w człowieku od czasu ludów koczowniczych, wśród których wzajemne zaufanie było warunkiem przetrwania.
Nieufność nie jest tylko przeciwieństwem zaufania, lecz jego najgorszym wrogiem. Każdy, kto doświadczył zdrady, wie, że raz straconego zaufania praktycznie nie sposób odzyskać. Z kulturowego punktu widzenia Judasz jest kimś więcej niż zdrajcą Jezusa. Stał się apoteozą naszych najgorszych i najbardziej pierwotnych lęków.
Nie wszyscy jednak postrzegali go wyłącznie w złym świetle. Chrześcijańscy gnostycy z I i II wieku naszej ery - których nazwa oznacza "prawdę" - twierdzili, że świat został stworzony przez niższe bóstwo, odmienne od Boga znanego z Pisma, i występowali w obronie Judasza. Z kolei według Ewangelii Judasza, manuskryptu odnalezionego w Egipcie w latach siedemdziesiątych XX wieku, był on najbliższym przyjacielem i pomocnikiem Chrystusa. W kulturze popularnej jego stronę wzięli również Tim Rice oraz Andrew Lloyd-Webber. W ich musicalu zatytułowanym Jesus Christ Superstar Iskariota jest jedną z najbardziej enigmatycznych postaci, indywidualistą, który stara się przemówić rozsądkiem do władzy.
U Rice'a i Webbera Judasz, podobnie jak Szatan w Raju utraconym, jest racjonalistą, którego zdrada otwiera drogę do wielkiej zmiany. Bez niego nie byłoby sądu, egzekucji, zmartwychwstania i tym samym - chrześcijaństwa. Chrześcijańscy teologowie przez wiele lat celowo ignorowali ten fakt i zamiast tego wykorzystywali postać Judasza jako usprawiedliwienie dla prześladowań, dehumanizacji i mordowania Żydów.
Począwszy od XI wieku w literaturze i sztuce Judasz jest ucieleśnieniem perfidii i sumą najgorszych rasistowskich stereotypów określanych mianem "żydostwa", a więc człowiekiem zakłamanym, niewiarygodnym, podstępnym, chciwym, łasym na cudze i zdradliwym. Taki obraz Żydów znacznie przyczynił się do prześladowań i obwiniania całego narodu za zło tego świata. Lecz nawet wtedy Judasz wyróżniał się na tle swojego ludu. Rolę kozła ofiarnego gra bowiem albo wytwór zbiorowej wyobraźni, na przykład Szatan, albo niewinna osoba lub naród - John Perry lub Żydzi. Zdrajca jest zlepkiem naszych najgorszych koszmarów z tej prostej przyczyny, że wywodzi się on spośród nas.
Przywódcy i autokraci od dawien dawna wykorzystują do własnych celów prawdziwe zagrożenie, jakie zdrada stanowi dla jedności grupy. Przez wiele stuleci przykład Judasza służył jako usprawiedliwienie dla tłumienia wszelkich buntów. W Anglii przez ponad osiemset lat zdradę uważano za najbardziej odrażającą zbrodnię i nawet samo "wyobrażanie" sobie, że cokolwiek złego spotyka monarchę, wystarczyło, by zostać skazanym na śmierć przez powieszenie, wypatroszenie i poćwiartowanie26.
Pierwszym arystokratą skazanym na tę karę był Dafydd ap Gruffydd, ostatni prawdziwy książę Walii. W 1283 król Edward I zwany Długonogim skazał go na śmierć za zdradę stanu. Tamtego roku król podbił Walię, brutalnie stłumił wszystkie bunty i dla przykładu wybrał dla swojego więźnia najstraszniejszą możliwą karę.
Gruffydd nie był żadnym zdrajcą, wręcz przeciwnie. Walczył o niepodległość swojego narodu. Jednak prawda nie robiła na Długonogim najmniejszego wrażenia. Trzeciego października Dafydd ap Gruffydd został przeciągnięty końmi przez Shrewsbury i powieszony. Następnie kaci wypatroszyli jego ciało, dekapitowali go i poćwiartowali. Jego głowę wieziono przez całą Anglię aż na London Bridge w stolicy i tam bezceremonialnie nabito na pal.
Tę odrażającą metodę egzekucji stosowano przez kolejne dekady, a z wejściem w życie w 1351 roku ustawy o zdradzie stanu (Treason Act) stała się ona standardową karą za zdradę. W taki sam sposób stracono również wspólników Guya Fawkesa, a i on podzieliłby ich los, gdyby nie oszukał systemu i nie złamał sobie karku przy próbie ucieczki z szubienicy. Po restauracji w 1660 roku na śmierć przez powieszenie, wypatroszenie i poćwiartowanie skazano również dziewięciu z dziesięciu mężczyzn oskarżonych o królobójstwo. Ostatnią osobą publicznie straconą w ten sposób był David Tyrie, urzędnik biura marynarki wojennej w Portsmouth, skazany za prowadzenie korespondencji z Francją. Wyrok wykonano 24 sierpnia 1784 roku. Tamtego dnia na Southsea Common zebrał się tłum stu tysięcy ludzi. Przebieg egzekucji w następujący sposób opisał kronikarz Hampshire27:
Powieszone ciało zdjęto po dokładnie dwudziestu dwóch minutach i ułożono na włóce... głowę odcięto, serce wycięto i spalono, ucięto genitalia, zwłoki poćwiartowano. Następnie szczątki zostały umieszczone w trumnie i spalone pośród kamieni na brzegu morza; lecz jak tylko oficjele się oddalili, marynarze wydobyli trumnę, wyjęli ciało i pocięli na tysiąc kawałków, by każdy mógł zabrać po jednym i pochwalić się nim swoim towarzyszom na służbie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dawny zwyczaj charakterystyczny dla najuboższych członków społeczności wiejskich, polegający na zbieraniu pozostałości po żniwach na potrzeby gospodarstwa domowego (ang. leesing - przyp. tłum.). [wróć]
Chodzi najprawdopodobniej o grzebyk na wszy, bardzo powszechny w purytańskiej Anglii. Przed nadejściem produkcji masowej i plastiku był to niezwykle kosztowny przedmiot, wykonany ze skorupy żółwia lub kości. [wróć]
Dawny system podnoszenia alarmu poprzez krzyki i bicie w dzwony (ang. hue and cry - przyp. tłum.). [wróć]
Kilkaset metrów. [wróć]
Niezwykle wciągający opis sprawy Campden Wonder autorstwa Andrew Lang znalazł się w jego zbiorze z 1904 roku zatytułowanym Historical Mysteries. [wróć]
T. Overbury, The Campden Wonder, 1676. [wróć]
Tamże, s. 13. [wróć]
Chodzi o May Day, czyli obchodzone 1 maja święto powitania wiosny. Brytyjskie zwyczaje związane z tym dniem wywodzą się z różnych tradycji, między innymi rzymskiego święta Floralii oraz celtyckiego Beltane, i wiążą się z celebrowaniem odrodzenia przyrody, kwitnienia oraz urodzaju (przyp. red.). [wróć]
Reguła habeas corpus - czyli "okażcie nam ciało" - została ujęta w Wielkiej Karcie Swobód (art. 39) w 1215 roku. Jednak dopiero w 1679 roku, dziewiętnaście lat po opisywanych wydarzeniach, usankcjonowano ją prawnie. [wróć]
Zapiski lorda Maughama zob. G. Clark, The Campden Wonder, 1958. [wróć]
T. Overbury, The Campden Wonder, dz. cyt., s. 16. [wróć]
J. Wilson, Mr Harrison is Missing, Campden and District Historical and Archaeological Society, s. 17. [wróć]
W XVII wieku, w kontekście arystotelesowskim, fizyka obejmowała naturę, przedmioty ścisłe, a nawet filozofię. W komedii Moliera Mieszczanin szlachcicem (1667) pan Jourdain pyta swojego nauczyciela filozofii, czym jest fizyka, i otrzymuje następującą odpowiedź: "[To nauka], która objaśnia zasady naturalnych zjawisk i właściwości ciał, poucza o przyrodzie żywiołów, metali, minerałów, kamieni, roślin i zwierząt, wskazuje na przyczyny wszelakich meteorów, tęczy, błędnych ogników, komet, błyskawic, grzmotów, piorunów, deszczu, śniegu, gradu, wiatru i wirów powietrznych" [tłum. Tadeusz Boy-Żeleński]. [wróć]
T. Overbury, The Campden Wonder, dz. cyt., s. 19. [wróć]
[b.a], Truth Brought to Light: Broadside Ballad, Bodleian Collection. [wróć]
Hebrajskie słowo użyte w Księdze Wyjścia to mekhashepha, które można przetłumaczyć jako "mistyczne mamrotania" lub "zbieraczki ziół"; jego celowe przeinaczenie miało świadczyć o przyzwoleniu Boga na zabijanie kobiet. [wróć]
Cyt. za: A. Lang, Historical Mysteries, 1904. [wróć]
Millenaryzm - wiara w nadejście tysiącletniego panowania Królestwa Bożego po powtórnym przyjściu Chrystusa. [wróć]
Tłumaczenie za Biblią Warszawską (przyp. tłum.). [wróć]
Heinz Hitler wyrósł na zatwardziałego nazistę. Zginął w 1942 roku torturowany w sowieckim obozie jenieckim. [wróć]
" Why I hate my uncle, "Look", 4 lipca 1939. [wróć]
Nieprzetłumaczalna gra słów. W języku angielskim "Willy" jest zarówno zdrobnieniem imienia William, jak i potocznym, żartobliwym określeniem penisa - odpowiednik polskiego "Wacka" (przyp. tłum.). [wróć]
Wywiad z Mikalem Gilmorem, "Rolling Stone", 27 września 2012. [wróć]
Biblia Tysiąclecia, Ewangelia wg św. Jana 12,6. [wróć]
Fragment Boskiej komedii Dantego w tłumaczeniu Juliana Korsaka (przyp. tłum.). [wróć]
Kobiety palono na stosie, a od 1790 roku wieszano. [wróć]
Hampshire Chronicle, Winchester, 31 sierpnia 1782. [wróć]