Czarne charaktery. Jak tyrani, niepokorne królowe i niesłusznie potępieni zmienili bieg historii - Otto English

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Kozły ofiarne

Roz­dział 1

Kozły ofiarne

Polo­wa­nie na cza­row­nice

Pan Har­ri­son zagi­nął.

Cie­szą­cego się powszech­nym sza­cun­kiem sie­dem­dzie­się­cio­let­niego zarządcę w Chip­ping Camp­den, mia­steczku leżą­cym w hrab­stwie Glo­uce­ster­shire, widziano po raz ostatni, gdy póź­nym popo­łu­dniem szedł wzdłuż Church Lane, by pobrać opłaty czyn­szowe z oko­licz­nych wio­sek.

Był czwar­tek 16 sierp­nia 1660 roku, wybiła dzie­wiąta wie­czo­rem. Zapadł zmierzch, ciem­no­ści robiły się coraz gęst­sze, a męż­czy­zna wciąż nie wró­cił do domu.

Wil­liam Har­ri­son był czło­wie­kiem wielu zwy­cza­jów, jed­nak takie zacho­wa­nie by­naj­mniej do "zwy­czaj­nych" nie nale­żało. Dla­tego też pani Har­ri­son posłała ich słu­żą­cego, Johna Perry'ego, żeby odszu­kał swo­jego pana - lecz i ten prze­padł bez śladu.

Następ­nego ranka słońce wze­szło o godzi­nie pią­tej i mimo tak wcze­snej pory Edward Har­ri­son, doro­sły już syn Wil­liama, szedł żwa­wym kro­kiem w stronę Cha­rin­gworth.

Na obrze­żach mia­steczka natknął się na słu­żą­cego ich rodziny, Johna, który powie­dział mu, że poprzed­niej nocy zgu­bił drogę w gęstej mgle i posta­no­wił schro­nić się... w krza­kach. Perry był już w Cha­rin­gworth i dowie­dział się od jego miesz­kań­ców, że pan Har­ri­son zja­wił się tam poprzed­niego dnia, po czym udał się w stronę pobli­skiego Ebring­ton. Obaj męż­czyźni ruszyli razem w dal­szą drogę i spo­tkali czło­wieka imie­niem Daniel, który rów­nież spo­tkał pana Har­ri­sona, lecz nic wię­cej nie potra­fił im powie­dzieć.

Był czas żniw, toteż więk­szość oko­licz­nych miesz­kań­ców od świtu zajęta była pracą w polu. Dla­tego nie mając już nikogo, u kogo można by zasię­gnąć infor­ma­cji, Edward i John posta­no­wili wró­cić do domu z nadzieją, że Wil­liam dotarł tam przed nimi. Po dro­dze napo­tkali jed­nak kobietę, która powie­działa im, że pod­czas zbie­ra­nia resz­tek po zbio­rach1 na pobli­skim polu, natknęła się na jakieś ubra­nia. Udali się więc we wska­zane miej­sce i zna­leźli zakrwa­wiony kra­wat, roz­cięty kape­lusz i poła­many grze­byk2. Wszyst­kie te przed­mioty nale­żały do pana Har­ri­sona.

Ślady nie pozo­sta­wiały wąt­pli­wo­ści - musiało dojść do jakiejś tra­ge­dii, a gdy wia­do­mość o tym nie­po­ko­ją­cym odkry­ciu roze­szła się po oko­licy3, miesz­kańcy Chip­ping Camp­den pod­nie­śli alarm, porzu­cili pracę w polu i roze­szli się w poszu­ki­wa­niu ciała.

W tym samym cza­sie pani Har­ri­son z coraz więk­szą podejrz­li­wo­ścią obser­wo­wała zacho­wa­nie swo­jego słu­żą­cego Johna Perry'ego i już następ­nego ranka został on posta­wiony w stan oskar­że­nia.

Jego zezna­nie - według zapi­sków spo­rzą­dzo­nych szes­na­ście lat póź­niej przez miej­sco­wego szlach­cica i sędziego pokoju sir Tho­masa Over­bury'ego - brzmiało nastę­pu­jąco: Tuż po godzi­nie dzie­wią­tej, kiedy Perry roz­po­czął poszu­ki­wa­nia pana Har­ri­sona, natknął się na swo­jego wspól­nika, Wil­liama Reeda, który zgo­dził się mu pomóc. Dwaj męż­czyźni udali się w stronę Cha­rin­gworth, jed­nak Johna, który bał się ciem­no­ści, szybko oble­ciał strach. Zasu­ge­ro­wał, aby wró­cili do mia­sta i wzięli ze sobą konia. Pomysł ten może się wyda­wać absur­dalny, zwłasz­cza że powinni dzia­łać w pośpie­chu, jed­nak w sie­dem­na­sto­wiecz­nej Anglii nyk­to­fo­bia była na wsi zja­wi­skiem bar­dzo powszech­nym. Ludzie naprawdę wie­rzyli w "Kró­le­stwo Ciem­no­ści" i byli prze­ko­nani, że w gęstych lasach roi się od cza­row­nic, gobli­nów, elfów i wró­żek, które nocą wycho­dziły z ukry­cia. Dla­tego w tam­tych cza­sach obawy Perry'ego można uznać za zro­zu­miałe.

Jak wia­domo, strach bywa zaraź­liwy i być może dla­tego Reed odłą­czył się od Perry'ego przy "bra­mie posia­dło­ści pana Har­ri­sona".

Osa­mot­niony Perry włó­czył się przez jakiś czas po ulicy, aż napo­tkał męż­czy­znę o nazwi­sku Pearce, który zgo­dził się towa­rzy­szyć mu w poszu­ki­wa­niach. Pano­wie ruszyli w stronę pól za kościo­łem, jed­nak prze­mie­rzyw­szy odle­głość "jed­nego strzału z łuku"4, roz­my­ślili się i znów sta­nęli przed domo­stwem. Tam się roz­dzie­lili, a Perry schro­nił się w kur­niku, gdzie się poło­żył, "nie zasnął" i wstał dopiero, gdy zegar kościelny wybił godzinę dwu­na­stą.

Rów­nież to zacho­wa­nie może wyda­wać się co naj­mniej dziwne, jed­nak w koń­cówce XVII wieku "sen dwu­fa­zowy" był bar­dzo powszechną prak­tyką. Sen nocny dzie­lono na dwie czę­ści, z prze­rwą w środku, pod­czas któ­rej wyko­ny­wano obo­wiązki i upra­wiano seks. Dla­tego decy­zja Perry'ego o uda­niu się na spo­czy­nek zdzi­wiła magi­strat w znacz­nie mniej­szym stop­niu niż fakt, że obu­dziw­szy się, słu­żący kon­ty­nu­ował poszu­ki­wa­nia bez żad­nych obaw. Skoro bał się cho­dzić po oko­licy o godzi­nie dzie­wią­tej, zauwa­żył sędzia pokoju, cóż takiego zmie­niło się ciągu trzech godzin? Perry wyja­śnił, że pod­czas gdy o dzie­wią­tej wie­czo­rem rze­czy­wi­ście pano­wały cał­ko­wite ciem­no­ści, o pół­nocy Księ­życ świe­cił już peł­nym bla­skiem i strach opu­ścił go cał­ko­wi­cie.

Według zapi­sów faz Księ­życa w nocy z 16 na 17 sierp­nia 1660 roku jego widocz­ność wyno­siła 85 pro­cent, toteż Perry mówił prawdę.

Krótko po tym, jak Perry ruszył śla­dami pana Har­ri­sona, "nastała wielka mgła", w któ­rej zgu­bił orien­ta­cję i ukrył się w krza­kach, gdzie spał do rana. Następ­nie udał się do Cha­rin­gworth, gdzie zapu­kał do domu Edwarda Pla­iste­rera, by zapy­tać o pana Har­ri­sona. Edward powie­dział mu, że zapła­cił Wil­lia­mowi dwa­dzie­ścia trzy funty (rów­no­war­tość trzech tysięcy ośmiu­set pię­ciu fun­tów w 2025 roku), lecz pan Har­ri­son nie wstą­pił z wizytą. Następ­nie Perry udał się do domu Wil­liama Cur­tisa, który potwier­dził, że Har­ri­son był u niego, lecz nie otrzy­mał żad­nych pie­nię­dzy. Nie­długo po tym słu­żący natknął się na ulicy na syna Wil­liama Har­ri­sona, Edwarda.

Cur­tis, Pla­iste­rer, Pearce i Reed zgod­nie potwier­dzili wer­sję wyda­rzeń przed­sta­wioną przez Perry'ego, jed­nak magi­stra­towi, uzbro­jo­nemu w umysł śled­czy godny tele­wi­zyj­nego detek­tywa porucz­nika Colombo, "jesz­cze jedna, ostat­nia rzecz" wciąż nie dawała spo­koju. W ciągu owej dłu­giej nocy John Perry dwu­krot­nie powra­cał do Banqu­eting House - a mimo to ani razu nie spraw­dził, czy Wil­liam był w domu. Skąd więc miał pew­ność, że go tam nie było?

Perry wyja­śnił, że widział świa­tło w oknie pana Har­ri­sona, które "ni­gdy nie paliło się tak późno, gdy ten był w domu". Z tego wnio­sko­wał, że gospo­da­rza nie było.

W tym miej­scu należy zauwa­żyć, że opo­wieść Perry'ego wydaje się cokol­wiek oso­bliwa, a całe to łaże­nie po oko­licy, drzemki, nie­ustanne zmie­nia­nie zda­nia spra­wiły, że wielu póź­niej­szych twór­ców opi­su­ją­cych tak zwany "cud w Camp­den", pod­wa­żało jego motywy. Szkocki poeta epoki wik­to­riań­skiej Andrew Lang5 zasu­ge­ro­wał nawet, że jego zacho­wa­nie wydaje się "podej­rza­nie dzi­waczne", a zezna­nie brzmi jak "bajka opo­wie­dziana przez idiotę". Taka ocena wydaje się jed­nak nie­spra­wie­dliwa. Jeśli weź­miemy pod uwagę fakt, że jego pan dosłow­nie roz­pły­nął się w powie­trzu, i to w wyjąt­kowo podej­rza­nej oko­licy Glo­uce­ster­shire, oraz że młody czło­wiek panicz­nie bał się ciem­no­ści, zacho­wa­nie Perry'ego prze­staje być takie nie­zro­zu­miałe.

Tym­cza­sem sędzia pozo­stał nie­ugięty i naka­zał zatrzy­mać Perry'ego do czasu kolej­nych wyja­śnień. Słu­żą­cego prze­nie­siono do piw­niczki miesz­czą­cej się pod miej­scową gospodą, a następ­nie umiesz­czono w aresz­cie. Ponie­waż budy­nek ten nie zacho­wał się do dzi­siej­szych cza­sów, nie wiemy, czy był drew­niany, czy też sta­no­wił spe­cjal­nie wznie­sioną stoż­kową kon­struk­cję kamienną, podobną do innych, wciąż sto­ją­cych w oko­licy. Wiemy nato­miast ponad wszelką wąt­pli­wość, że był cia­sny, ciemny i pozba­wiony okien. W 1660 roku podej­rzany mógł być zatrzy­many tak długo, jak śled­czy uznali to za konieczne, i usły­szaw­szy za sobą dźwięk zatrza­śnię­tych drzwi, Perry nie wie­dział, kiedy ponow­nie ujrzy świa­tło dzienne.

A to dosko­nale tłu­ma­czy kolejne wyda­rze­nia.

Zamknię­cie w odosob­nie­niu może pro­wa­dzić do dra­ma­tycz­nego pogor­sze­nia stanu zdro­wia psy­chicz­nego. Naj­now­sze bada­nia prze­pro­wa­dzone w Sta­nach Zjed­no­czo­nych wyka­zały, że osoby prze­trzy­my­wane w odosob­nie­niu są sześć razy bar­dziej nara­żone na popeł­nie­nie samo­bój­stwa i bar­dzo czę­sto doświad­czają dłu­go­trwa­łych pro­ble­mów natury psy­chicz­nej. Oma­wiane wyda­rze­nia miały miej­sce w dru­giej poło­wie XVII wieku, toteż nie dys­po­nu­jemy opi­nią psy­chia­tryczną Perry'ego. Jed­nak ludzie to ludzie i wziąw­szy pod uwagę jego póź­niej­sze zacho­wa­nie, możemy śmiało zało­żyć, że zna­la­zł­szy się w wyjąt­kowo tra­gicz­nym poło­że­niu, młody czło­wiek musiał przejść coś w rodzaju zała­ma­nia ner­wo­wego.

Nie­stety, ana­li­zu­jąc tamte wyda­rze­nia, mamy do dys­po­zy­cji tylko jedno źró­dło. Cho­dzi o zapisy spo­rzą­dzone przez miej­sco­wego wła­ści­ciela ziem­skiego i sędziego pokoju, sir Tho­masa Over­bury'ego - który mógł (choć nie mamy co do tego pew­no­ści) zasia­dać w magi­stra­cie bada­ją­cym tę sprawę. Over­bury spi­sał swoją wer­sję w 1676 roku, czyli szes­na­ście lat po oma­wia­nych zda­rze­niach, i jeśli fak­tycz­nie oso­bi­ście brał udział w śledz­twie, to, jak nie­długo się prze­ko­namy, miał dobre powody, żeby prze­ina­czyć fakty.

Cała ta histo­ria to nic innego jak miej­sce bez­względ­nej zbrodni, w któ­rej poja­wią się ofiary, podej­rzani, wska­zówki, naoczni świad­ko­wie i mylące tropy. I jak w każ­dej dobrej powie­ści kry­mi­nal­nej, będziemy musieli zna­leźć motywy, usta­lić alibi, a żadna z osób obec­nych w chwili zda­rzeń nie powinna znaj­do­wać się poza krę­giem podej­rzeń ani cie­szyć się naszym bez­gra­nicz­nym zaufa­niem. Przy­glą­da­jąc się szcze­gó­łom tej i wszyst­kich innych oso­bli­wych spraw zawar­tych w niniej­szej książce, napo­tkamy wielu "nie­god­nych zaufa­nia nar­ra­to­rów" kie­ru­ją­cych się wła­snymi moty­wami. Prze­ko­namy się też, że nie­które posta­cie cie­szące się naj­bar­dziej ponurą repu­ta­cją w rze­czy­wi­sto­ści padły ofiarą spi­sku, a czę­sto ci dobrzy to w rze­czy­wi­sto­ści ci źli. Jed­no­cze­śnie wiele osób powszech­nie uwa­ża­nych za zło­czyń­ców było tak naprawdę ofia­rami.

Naszym zada­niem będzie szcze­gó­łowe zba­da­nie dowo­dów w celu orze­cze­nia winy bądź nie­win­no­ści oskar­żo­nych i podob­nie jak każdy dobry śled­czy, powin­ni­śmy kie­ro­wać się rów­nież doświad­cze­niem i intu­icją. Nasza przy­goda roz­po­czyna się od jed­nej z naj­bar­dziej intry­gu­ją­cych nie­roz­wią­za­nych spraw w histo­rii Anglii, choćby z tego pro­stego powodu, że zawiera ona w sobie wszyst­kie wyżej wymie­nione cechy.

Over­bury nazwał swój raport "Praw­dzi­wym i kom­plet­nym spra­woz­da­niem", jed­nak każde zezna­nie świadka należy podać w wąt­pli­wość, a prawda jest rze­czą subiek­tywną. Już sama nazwa doku­mentu budzi pewne podej­rze­nia i rodzi pyta­nie, dla­czego zale­żało mu na napi­sa­niu cze­goś pod tak jed­no­znacz­nie sfor­mu­ło­wa­nym tytu­łem. Nie zmie­nia to jed­nak faktu, że musimy opie­rać się na jego rela­cji z tej pro­stej przy­czyny, że to jedyna, którą dys­po­nu­jemy. Czy­ta­jąc ją uważ­nie, możemy dostrzec ukryte mię­dzy wier­szami wska­zówki, że stan psy­chiczny Perry'ego stop­niowo się pogar­szał.

Choć na początku twier­dził, że nie zna losów pana Har­ri­sona, po kilku dniach w izo­la­cji cał­ko­wi­cie zmie­nił swoją wer­sję wyda­rzeń. Teraz twier­dził, być może pod pre­sją lub z powodu pogar­sza­ją­cego się stanu psy­chicz­nego, że jego pan został zabity przez wędrow­nego rze­mieśl­nika, po czym znów zmie­nił zda­nie i uznał, że mor­der­stwa doko­nali nie­znani sprawcy, któ­rzy następ­nie wrzu­cili ciało do szopy na fasolę (ang. bean-rick - przyp. tłum.).

Roz­po­częto poszu­ki­wa­nia, lecz nie przy­nio­sły one rezul­tatu.

Po kilku kolej­nych, coraz bar­dziej nie­praw­do­po­dob­nych rewe­la­cjach Perry oświad­czył wresz­cie, że jeśli zosta­nie uwol­niony z aresztu, opo­wie wszystko od początku do końca. W pią­tek 24 sierp­nia znów zasiadł na ławie oskar­żo­nych. Według jego nowej wer­sji wyda­rzeń od kiedy roz­po­czął pracę dla pana Har­ri­sona jego star­szy brat Richard oraz owdo­wiała matka Joan nie­ustan­nie nama­wiali go, żeby obra­bo­wał swo­jego pra­co­dawcę.

John zeznał, że pod­czas poszu­ki­wań natknął się na Richarda, a ten wła­śnie tam­tej feral­nej nocy posta­no­wił zamor­do­wać pana Har­ri­sona. Perry wska­zał mu i jego matce miej­sce, gdzie mogą go zna­leźć, po czym jakiś czas póź­niej zoba­czył ich sto­ją­cych nad star­szym czło­wie­kiem, który krzy­czał: "I co, szu­brawcy, zabi­je­cie mnie?". I wła­śnie wtedy Richard dopeł­nił dzieła.

We trójkę zacią­gnęli ciało do "zlewu", ogrom­nego, leżą­cego nie­opo­dal stawu, i wrzu­cili zwłoki pana Har­ri­sona do wody. Joan podała Joh­nowi grze­byk, kape­lusz oraz kra­wat, który ten naciął nożem i umie­ścił w gęstym krze­wie janowca. Dal­sza część opo­wie­ści pokry­wała się z wcze­śniej­szym zezna­niem. Magi­strat roz­ka­zał natych­miast aresz­to­wać Joan i Richarda Per­rych.

"Zlew" oraz przy­le­ga­jące stawy rybne osu­szono. Prze­szu­kane zostały rów­nież ruiny Camp­den House, który spło­nął pod­czas nie tak daw­nej wojny domo­wej, jed­nak ciała nie odna­le­ziono. Tym­cza­sem Joan i Richard Perry'owie kon­se­kwent­nie wszyst­kiemu zaprze­czali. Richard przy­znał, że w wie­czór znik­nię­cia pana Har­ri­sona istot­nie spo­tkał na ulicy swo­jego brata, ale nic poza tym, i nazwał go "zło­czyńcą, który nie­słusz­nie ich oskar­żył"6.

W małej wiej­skiej mie­ści­nie, takiej jak Chip­ping Camp­den, która liczyła mniej wię­cej tysiąc sze­ściu­set miesz­kań­ców, podej­rze­nie, że Har­ri­son został zamor­do­wany przez rodzinę swo­jego słu­żą­cego, wywo­łało nie­małą sen­sa­cję i teraz Perry'owie musieli mie­rzyć się z oskar­ży­ciel­skimi spoj­rze­niami, gdzie­kol­wiek się poja­wili. Kiedy w sobotę po połu­dniu stróże prawa odpro­wa­dzali Per­rych z sie­dziby sądu do aresztu, Richar­dowi wypa­dła z kie­szeni zawi­nięta w kłę­bek wstęga. John, który szedł przed nim, wska­zał ją potem jako narzę­dzie zbrodni, któ­rym udu­szono pana Har­ri­sona.

Następ­nego dnia w dro­dze powrot­nej z kościoła, do któ­rego zapro­wa­dzono ich być może w nadziei, że miej­scowy pastor, wie­lebny Bar­tho­lo­mew, nakłoni ich do spo­wie­dzi, prze­cho­dzili obok domu rodzin­nego Richarda. Na widok ojca dwoje naj­młod­szych dzieci puściło się bie­giem, by go powi­tać. W tym zamie­sza­niu obojgu zaczęła kapać krew z nosa, co obser­wu­jący zda­rze­nie gapie natych­miast uznali za "zło­wiesz­czy znak"7. U dzieci, rzecz jasna, krwa­wie­nie z nosa zda­rza się bar­dzo czę­sto, jed­nak w tam­tym głę­boko prze­sąd­nym stu­le­ciu nawet naj­bar­dziej pro­za­iczne zda­rze­nie mogło oka­zać się "zna­kiem". Tym spo­so­bem to skąd­inąd nie­winne zda­rze­nie szybko prze­ro­dziło się w nie lada pro­blem dla podej­rza­nych z tego pro­stego powodu, że oko­licę obie­gła nowa plotka, jakoby wie­kowa pani Perry była cza­row­nicą.

Choć strach przed wiedź­mami jest stary jak świat, w XVII wieku w Wiel­kiej Bry­ta­nii pano­wała istna, prze­dłu­ża­jąca się epi­de­mia histe­rii na punk­cie "cza­row­ni­ków", któ­rej korze­nie się­gały pano­wa­nia króla Szko­cji Jakuba VI (póź­niej­szego Jakuba I, króla Anglii). Wyni­kała ona w znacz­nej mie­rze z cha­rak­teru króla i ana­li­zu­jąc jego oso­bliwe zacho­wa­nie, wielu współ­cze­snych histo­ry­ków doszło do wnio­sku, iż musiał on cier­pieć na wyjąt­kowo poważną, być może wro­dzoną cho­robę psy­chiczną, którą dodat­kowo pogor­szyła trau­ma­tyczna egze­ku­cja jego matki, Marii I, kró­lo­wej Szko­tów, prze­pro­wa­dzo­nej w lutym 1587 roku w zamku Fothe­rin­ghay w hrab­stwie Nor­thamp­ton­shire. Dwa lata póź­niej król prze­żył stratę kolej­nej bli­skiej mu osoby, kiedy jego kocha­nek, Esme Ste­wart, pierw­szy książę Len­nox, został wygnany przez szkocką szlachtę z powodu plo­tek na temat rela­cji obu męż­czyzn. Następ­nie dwu­dzie­sto­trzy­letni Jakub został zaślu­biony z czter­na­sto­let­nią Anną Duń­ską. Ich unia miała przy­nieść cały wachlarz nega­tyw­nych kon­se­kwen­cji, po czę­ści z powodu złej pogody, a po czę­ści z powodu wro­dzo­nej para­noi króla.

Jesie­nią 1589 roku świeżo upie­czona panna młoda pod­jęła pierw­szą próbę prze­pły­nię­cia Morza Pół­noc­nego. Jej plany pokrzy­żo­wał gigan­tyczny sztorm, który zmu­sił duń­ską flo­tyllę do zawi­nię­cia w Nor­we­gii. Kiedy wie­ści o jej losach dotarły do Szko­cji, dzielny król posta­no­wił ruszyć na ratu­nek swo­jej wybrance i natych­miast zna­lazł się w środku tej samej zawie­ru­chy, która zmu­siła go do zawi­nię­cia do tego samego nor­we­skiego portu. Osta­tecz­nie spo­tkali się dopiero w listo­pa­dzie tego roku w Kopen­ha­dze. Sztorm sza­lał przez całą zimę i dopiero na wio­snę 1590 roku para zdo­łała bez­piecz­nie prze­pra­wić się do Szko­cji.

W tam­tych cza­sach tak poważny sztorm był nie lada wyda­rze­niem i póź­niej stał się inspi­ra­cją dla Wil­liama Sha­ke­spe­are'a do napi­sa­nia zarówno Burzy, jak i pierw­szej sceny Mak­beta. Jed­nak naj­więk­szy wpływ wywarł on na pogar­sza­jący się stan psy­chiczny Jakuba. Pod­czas wypeł­nio­nej pery­pe­tiami podróży do domu król doszedł do prze­ko­na­nia, że wszyst­kie trud­no­ści, jakie napo­tkali na morzu, były dzie­łem... cza­row­nic. I z pew­no­ścią nie był w swo­ich podej­rze­niach odosob­niony. W tym samym cza­sie kopen­ha­skie wła­dze aresz­to­wały kobietę o nazwi­sku Ane Kol­dings i przy uży­ciu tor­tur wymu­siły na niej przy­zna­nie się do peł­nej odpo­wie­dzial­no­ści za sztorm. W lipcu 1590 roku wraz z dwu­na­stoma innymi wspól­nicz­kami została spa­lona żyw­cem na sto­sie. Nie­długo póź­niej Jakub doszedł do wnio­sku, że Europę nie­chyb­nie ogar­nęła pan­de­mia czar­no­księ­stwa, a w Szko­cji jej skutki są naj­bar­dziej odczu­walne.

W wyniku nara­sta­ją­cej histe­rii w North Ber­wick i Edyn­burgu aresz­to­wano i natych­miast stra­cono sie­dem­dzie­siąt kobiet i wkrótce roz­po­częła się kam­pa­nia nie­okieł­zna­nego, usank­cjo­no­wa­nego przez pań­stwo zabi­ja­nia na masową skalę. W ciągu następ­nego stu­le­cia tylko w samej Szko­cji, na pod­sta­wie fał­szy­wych zarzu­tów o czar­no­księ­stwo, aresz­to­wano i stra­cono około dwóch tysięcy pię­ciu­set osób, w więk­szo­ści kobiet. Bio­rąc pod uwagę, że w tam­tym cza­sie popu­la­cja kraju nie prze­kra­czała miliona, jest to naprawdę ogromna liczba. A wszystko to zgod­nie z wolą ogar­nię­tego para­noją króla.

Król Jakub uznał się za eks­perta w tema­cie i w 1597 roku opu­bli­ko­wał książkę zaty­tu­ło­waną Demo­no­lo­gia, która w for­mie dia­lo­gów przed­sta­wiała, w jaki spo­sób naj­le­piej postę­po­wać z cza­row­ni­cami. W 1603 roku po śmierci jego kuzynki pierw­szego stop­nia, Elż­biety I, która nie pozo­sta­wiła po sobie potom­stwa, król Szko­cji Jakub VI został rów­nież kró­lem Anglii - Jaku­bem I. Jego książka bar­dzo szybko stała się sie­dem­na­sto­wiecz­nym odpo­wied­ni­kiem best­sel­lera Ama­zona rów­nież po dru­giej, połu­dnio­wej stro­nie gra­nicy jego ojczy­zny.

Polo­wa­nie na cza­row­nice trwało w naj­lep­sze rów­nież za rzą­dów koro­no­wa­nego w 1625 roku Karola I.

Sie­dem­na­sty wiek był w Wiel­kiej Bry­ta­nii okre­sem sil­nych zawi­ro­wań poli­tycz­nych i reli­gij­nych, a gdy kolejne dra­ma­tyczne wyda­rze­nia siały coraz więk­szy zamęt, cza­row­nice szybko stały się ide­al­nymi kozłami ofiar­nymi. Wszyst­kie pro­blemy świata, takie jak sztormy na Morzu Pół­noc­nym, klę­ski nie­uro­dzaju, wojny czy zni­ka­jący zarządcy, któ­rych nie dało się wyja­śnić w spo­sób racjo­nalny, można było zrzu­cić na karb czar­no­księ­stwa. A kiedy na sce­nie zaczęli poja­wiać się samo­zwań­czy boha­te­ro­wie, gotowi sta­wić czoło sze­rzą­cej się pla­dze, masowa histe­ria jesz­cze bar­dziej przy­brała na sile.

Jedną z takich osób był Mat­thew Hop­kins, który w 1644 roku ogło­sił się gene­ral­nym łowcą cza­row­nic, a także opu­bli­ko­wał książkę Odkry­wa­nie cza­row­nic, na któ­rej opie­rał swoje nie­go­dziwe postę­po­wa­nie. Dwu­dzie­stocz­te­ro­letni Hop­kins twier­dził, że udało mu się pod­słu­chać roz­mowę dwóch kobiet o ich rze­ko­mym spo­tka­niu z Sza­ta­nem w Man­ning­tree w hrab­stwie Essex. Od tej pory on i jego wspól­nik John Ste­arn zaczęli prze­śla­do­wać kobiety w całej wschod­niej Anglii. Ich nie­cny modus ope­randi wyglą­dał nastę­pu­jąco: uznaw­szy, że jakaś kobieta jest cza­row­nicą, pory­wali ją, roz­bie­rali do naga i tor­tu­ro­wali tak długo, aż przy­znała się do zarzu­ca­nych jej czy­nów.

Tytuł "gene­ral­nego łowcy cza­row­nic" Hop­kins nadał sobie sam i dzia­łał bez jakie­go­kol­wiek upo­waż­nie­nia, lecz jego wpływy były tak ogromne, że nikt nie śmiał kwe­stio­no­wać dzia­łal­no­ści męż­czy­zny. Ci, któ­rzy się odwa­żyli, wysta­wiali się jedy­nie na jego gniew. Do wąt­pli­wo­ści wobec swo­jej eks­per­tyzy Hop­kins odno­sił się bez­po­śred­nio w napi­sa­nej przez sie­bie książce.

Pyta­nie 3: Skąd pocho­dziła jego wie­dza? Czy wyni­kała z wykształ­ce­nia, czy lek­tury powa­ża­nych auto­rów zaj­mu­ją­cych się tym zagad­nie­niem?

Odpo­wiedź: Z żad­nego z powyż­szych, a z doświad­cze­nia, które choć bywa nie­do­ce­niane, jest naj­pew­niej­szą pod­stawą do wyda­wa­nia osą­dów.

Innymi słowy, pan Hop­kins był - podob­nie jak wielu współ­cze­snych trolli - absol­wen­tem "uni­wer­sy­tetu życia".

Jego dzia­łal­ność zakoń­czyła się wraz z nadej­ściem śmierci, która nastą­piła 12 sierp­nia 1647 roku. Zmarł, mając zale­d­wie dwa­dzie­ścia sie­dem lat. W trak­cie swo­jej zbrod­ni­czej kariery dopro­wa­dził do egze­ku­cji dzie­więt­na­stu kobiet, zamor­do­wał co naj­mniej cztery kolejne, a pod pre­tek­stem pro­wa­dze­nia "śledztw" dopu­ścił się prze­stępstw sek­su­al­nych wobec nie­zli­czo­nej liczby podej­rza­nych.

Choć Hop­kins był naj­bar­dziej nie­sław­nym łowcą cza­row­nic swo­ich cza­sów, jego dzia­łal­ność sta­no­wiła zale­d­wie czu­bek góry lodo­wej. W XVII wieku w samej tylko Anglii za czar­no­księ­stwo stra­cono co naj­mniej pięć­set nie­win­nych osób, z czego 85 pro­cent tej liczby sta­no­wiły kobiety. Naj­czę­ściej ofia­rami padały aku­szerki oraz uzdro­wi­cielki. Oprócz nich były to rów­nież osoby nie­peł­no­sprawne, chore psy­chicz­nie oraz eks­cen­trycy. Bar­dzo czę­sto oskar­że­nia padały ze strony zwa­śnio­nych sąsia­dów, a nawet człon­ków rodziny, a jeśli w oko­licy popeł­niono zbrod­nię i nie udało się zna­leźć sprawcy, winę zrzu­cano po pro­stu na miej­scową "wiedźmę".

Ostat­nie trzy osoby stra­cone za czary w Anglii zostały powie­szone w Devon w lipcu 1682 roku, lecz na pół­noc od gra­nicy ter­ror utrzy­my­wał się jesz­cze przez kolejne czter­dzie­ści lat. Ostat­nią ofiarą była Janet Horne, naj­praw­do­po­dob­niej cier­piąca na demen­cję star­sza kobieta, zamor­do­wana w 1722 roku w Dornoch, w Szko­cji. Jej córka uro­dziła się ze zde­for­mo­wa­nymi sto­pami i lokalni miesz­kańcy szep­tali mię­dzy sobą, że nocą matka zamie­niała ją w kucyka i ujeż­dżała po oko­licz­nych wzgó­rzach. Obie posta­wiono przed sądem - i uznano za winne. Córce udało się uciec, lecz biedną starą matkę oblano smołą, pokryto pie­rzem, umiesz­czono w beczce i wysta­wiano na pokaz na uli­cach. Ogrzaw­szy jej dło­nie przy sto­sie, na któ­rym miała zostać spa­lona, miej­scowi wepchnęli kobietę do ognia.

W tych sza­lo­nych cza­sach zwy­kłe "znaki" i nie­wy­ja­śnione zda­rze­nia wystar­czyły, aby ska­zać na śmierć nie­winną osobę - z pew­no­ścią wła­śnie dla­tego miesz­kańcy Chip­ping Camp­den uwie­rzyli, że to stara Joan Perry, cza­row­nica, odpo­wiada za znik­nię­cie pana Har­ri­sona.

Następ­nie wśród miesz­kań­ców zadzia­łał mecha­nizm efektu potwier­dze­nia. Wszyst­kie prze­szłe wyda­rze­nia zwią­zane z rodziną Per­rych nagle "nabrały sensu" i wkrótce mia­steczko obie­gły nowe plotki. Rok przed swoim znik­nię­ciem Wil­liam Har­ri­son wraz z rodziną wybrali się na "wykład" w dzień tar­gowy. Wów­czas ktoś wybił szybę w Banqu­eting House i ukradł sto czter­dzie­ści fun­tów (rów­no­war­tość 23219 fun­tów w 2025 roku). John Perry ujaw­nił śled­czym, że zło­dzie­jem był jego brat i że skra­dzioną sumę zako­pał w ogro­dzie, obie­cu­jąc, że podzieli się nią z resztą rodziny. Ponow­nie zarzą­dzono poszu­ki­wa­nia i ponow­nie niczego nie odna­le­ziono.

Przy­po­mniano sobie także inne, jesz­cze bar­dziej oso­bliwe wyda­rze­nie, do któ­rego doszło zale­d­wie kilka mie­sięcy przed znik­nię­ciem pana Har­ri­sona. W przed­dzień święta majo­wego8, zale­d­wie cztery dni przed restau­ra­cją monar­chii i powro­tem Karola II na tron Anglii, przy­tułki dla ubo­gich przy Kościele Świę­tego Jakuba zatrzę­sły się od męskich krzy­ków. Miej­scowi natych­miast popę­dzili spraw­dzić, co się dzieje, i ujrzeli Johna Perry'ego z widłami w ręku, który tłu­ma­czył, że wła­śnie prze­pę­dził dwóch ubra­nych na biało napast­ni­ków uzbro­jo­nych w mie­cze. Teraz słu­żący zmie­nił swoją wer­sję i powie­dział, że był to jedy­nie wybieg mający na celu zapew­nie­nie mu alibi na poczet pla­no­wa­nej napa­ści na pana Har­ri­sona. Jed­nak jego tłu­ma­cze­nie nie miało za bar­dzo sensu, skoro wcze­śniej twier­dził, że atak na pana Har­ri­sona był cał­ko­wi­cie spon­ta­niczny - wydaje się jed­nak, że nikt nie zwró­cił uwagi na ten szcze­gół.

Pod­czas sesji sądo­wych, które odbyły się we wrze­śniu 1660 roku w Glo­uce­ster, sędzia sir Chri­sto­pher Tur­nor, z uwagi na brak ciała9, nie zde­cy­do­wał się sądzić Per­rych za mor­der­stwo. Zamiast tego oskar­żył ich za wła­ma­nie do Banqu­eting House z 1659 roku, a rodzina, zapewne za radą swo­jego praw­nika, przy­znała się do winy.

Na pozór była to mądra decy­zja, ponie­waż zgod­nie z Act of Indem­nity and Obli­vion [ustawa o prze­ba­cze­niu i pusz­cze­niu w nie­pa­mięć], wpro­wa­dzo­nego w poprzed­nim mie­siącu, każdy, kto popeł­nił prze­stęp­stwo za pro­tek­to­ratu Oli­viera Crom­wella, był auto­ma­tycz­nie uła­ska­wiany. Jed­nak po przy­zna­niu się Per­rych do jed­nego z zarzu­tów wszyst­kich ogar­nęło prze­ko­na­nie, że rodzina była rów­nież winna mor­der­stwa. Zaklesz­czeni w tym kosz­mar­nym para­gra­fie 22. podej­rzani zostali osa­dzeni w zamku Glo­uce­ster do czasu odna­le­zie­nia się pana Har­ri­sona lub jego ciała.

Pod­czas pobytu w nor­mandz­kiej twier­dzy stan psy­chiczny Johna naj­wy­raź­niej jesz­cze bar­dziej się pogor­szył. Słu­żący zaczął teraz twier­dzić, że jego matka i brat pró­bują go otruć i dla­tego "nie śmiał już z nimi ani jeść, ani pić". Dzi­siaj wiemy, że irra­cjo­nalny strach przed otru­ciem to kla­syczny objaw schi­zo­fre­nii para­no­idal­nej, lecz w 1660 roku, kiedy poję­cie to jesz­cze nie ist­niało, nikt nie zda­wał sobie z tego sprawy i zapewne nie­któ­rzy mu uwie­rzyli.

Dnia 3 marca 1661 roku rodzina znów sta­nęła przed sądem. Tym razem cała trójka nie przy­znała się do winy, jed­nak w gło­wie sędziego sir Roberta Hyde'a, kuzyna kanc­le­rza skarbu, ich los był już prze­są­dzony. Sześć­dzie­się­cio­pię­cio­letni Hyde bar­dzo szybko i bar­dzo późno wspiął się po szcze­blach kariery na szczyt praw­ni­czego świata z tego tylko powodu, że za cza­sów Crom­wella pozo­stał względ­nie bez­czynny, przez co uznano go za odda­nego Koro­nie.

Rów­nie nadęty, co nie­kom­pe­tentny, Hyde kom­plet­nie nie nada­wał się do tej sprawy. Jak ujął to w 1958 roku Fre­de­ric Mau­gham, były lord kanc­lerz Wiel­kiej Bry­ta­nii: "nie był godzien urzędu", jaki mu powie­rzono. Nie mogąc już odwró­cić prze­biegu sprawy, Hyde posta­no­wił brnąć dalej. Zigno­ro­wał brak ciała i wnio­sek o tym­cza­sową nie­po­czy­tal­ność Johna, a zamiast tego zawie­rzył lokal­nym plot­kom. W 1661 roku w Anglii pogło­ski mogły sta­no­wić dowód w spra­wach o mor­der­stwo, a sędzio­wie mieli prawo wyda­wać wyroki, opie­ra­jąc się na "wie­dzy pry­wat­nej"10. Ozna­czało to, że mogli brać pod uwagę podej­rze­nia o czar­no­księ­stwo. Po uzna­niu oskar­żo­nych za win­nych Hyde ska­zał wszyst­kich troje człon­ków rodziny Per­rych na śmierć.

Kilka dni póź­niej matkę i jej dwóch synów zapro­wa­dzono na miej­sce zwane "zie­mią niczyją", znaj­du­jące się tuż za Chip­ping Camp­den. Na traw­niku o kształ­cie trój­kąta, gdzie dziś oko­liczni miesz­kańcy spo­ty­kają się na grillu, wła­dze przy­stą­piły do prze­ra­ża­ją­cej egze­ku­cji. Pierw­szą powie­szono Joan - w nadziei, że wraz z jej śmier­cią strasz­liwa klą­twa, jaką rzu­ciła na swo­ich synów, zosta­nie zdjęta. Jed­nak gdy stara wdowa zawi­sła na szu­bie­nicy, nie nad­szedł żaden cud. Następny był Richard, który do ostat­niego tchu zapew­niał o swo­jej nie­win­no­ści i bła­gał brata, by ten wyja­wił prawdę.

John jako ostatni wszedł na rusz­to­wa­nie i przed śmier­cią wygło­sił jesz­cze jedno, zagad­kowe oświad­cze­nie. Prze­ko­ny­wał, że "nie wie nic o śmierci swo­jego pana ani jego dal­szych losach", po czym zasu­ge­ro­wał, że tu obecni "może kie­dyś się o nich dowie­dzą"11.

Chwilę póź­niej wisiał już na szu­bie­nicy.

Richarda i Joan pocho­wano pod szu­bie­nicą, pod­czas gdy John został "powie­szony w łań­cu­chach" na widoku publicz­nym, by miesz­kańcy mogli przy­glą­dać się, jak padli­no­żerne ptaki roz­szar­pują jego roz­kła­da­jące się ciało.

I jakby cała ta histo­ria nie była jesz­cze dość maka­bryczna, czeka nas kolejny, ponury zwrot akcji.

W latach sie­dem­dzie­sią­tych XVII wieku sir Anthony a Wood, zapa­lony kolek­cjo­ner prze­róż­nych oso­bli­wo­ści, nabył egzem­plarz The Camp­den Won­der autor­stwa Over­bury'ego i na końcu dopi­sał nie­zwy­kle intry­gu­jącą notatkę, opi­su­jącą dal­szy prze­bieg wyda­rzeń. Według Wooda trzy dni po egze­ku­cji na miej­scu zja­wiła się tajem­ni­cza "dama poda­jąca się za znaw­czy­nię cza­rów" i roz­ka­zała wyko­pa­nie grobu Joan. W tam­tych cza­sach uwa­żano, że ciało cza­row­nicy może mieć wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze i zapewne stąd jej dziwna prośba. Jed­nak kiedy roz­ko­pano zie­mię, koń owej damy sta­nął dęba i roz­trza­skał jej głowę o sta­lową ramę pod­trzy­mu­jącą zwłoki Johna, po czym rzu­cił jej mar­twe ciało pro­sto do otwar­tego grobu.

Z pew­no­ścią dla nikogo zasko­cze­niem nie będzie fakt, że oko­liczni miesz­kańcy sta­rają się omi­jać Fish Hill. Nie­któ­rzy uwa­żają, że na wzgó­rzu ciąży klą­twa, a miej­scowa histo­ryczka Jill Wil­son twier­dzi nawet, że "według infor­ma­cji z wia­ry­god­nego źró­dła, po zmroku nikt nie zapusz­cza się tam orać pole trak­to­rem"12.

Jed­nak wio­sną 1661 roku, kiedy Perry'owie nie gra­so­wali już po oko­licy, miesz­kańcy małego mia­steczka musieli czuć ogromną ulgę. W końcu zła cza­row­nica i jej wspól­nicy zostali stra­ceni. Przy­wró­cono porzą­dek, spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość, sza­no­wani miesz­kańcy Chip­ping Camp­den mogli wró­cić do swo­ich spraw, a ich dzieci spały spo­koj­nie w swo­ich łóż­kach.

Sie­lan­kowa atmos­fera pry­sła, kiedy osiem­na­ście mie­sięcy póź­niej... pan Har­ri­son wró­cił do mia­steczka.

Chip­ping Camp­den wygląda dziś nie­mal tak samo jak w 1660 roku. To wciąż ta sama, piękna niczym z pocz­tówki wiej­ska Anglia, któ­rej podo­bi­zny można zoba­czyć na pusz­kach po her­bat­ni­kach czy we wpi­sach w mediach spo­łecz­no­ścio­wych opi­su­ją­cych "stare dobre czasy"; i choć uliczki są tu upstrzone ele­ganc­kimi kawiar­niami, a wzdłuż chod­ni­ków cią­gną się rzędy zapar­ko­wa­nych SUV-ów, spa­ce­ru­jąc nimi, można łatwo ulec wra­że­niu, że tra­fiło się do jed­nej z ilu­stra­cji w ksią­żecz­kach z serii Lady­bird z lat pięć­dzie­sią­tych.

Ciąg kamie­nic, Kościół Świę­tego Jakuba, a nawet bramy pro­wa­dzące do ruin posia­dło­ści w więk­szo­ści pozo­stały takie same jak w XVII wieku. Z cmen­ta­rza za kościo­łem można dostrzec stary budy­nek Banqu­eting House, dziś nale­żący do Land­mark Trust. Droga, którą ponad trzy­sta sześć­dzie­siąt lat temu, owego sierp­nio­wego dnia wyru­szył Wil­liam Har­ri­son nosi dziś numer B4035.

A jeśli tylko ich zachę­cić i tro­chę pod­py­tać, miej­scowi wciąż z entu­zja­zmem wra­cają do tajem­ni­czych wyda­rzeń, które roze­grały się tu w 1660 roku.

Swo­imi teo­riami i spo­strze­że­niami podzielą się wolon­ta­riu­sze z towa­rzy­stwa histo­rycz­nego, któ­rego sie­dziba mie­ści się w sta­rym budynku komi­sa­riatu, podob­nie zresztą jak pomocny sprze­dawca z księ­gami, a po kilku piwach w Eight Bells wprost nie można opę­dzić się od chęt­nych do dys­ku­to­wa­nia na temat tak zwa­nego "cudu w Camp­den". Nie­któ­rzy wie­rzą w wer­sję Tho­masa Over­bury'ego, inni winią rodzinę Per­rych, nato­miast wszy­scy prze­ści­gają się w domy­słach, co działo się z panem Har­ri­so­nem pod­czas jego dłu­giej nie­obec­no­ści Chip­ping Camp­den.

Zwa­żyw­szy na nie­słab­nącą fascy­na­cję jego nie­ocze­ki­wa­nym powro­tem, można się tylko domy­ślać, jak bar­dzo poru­szył ówcze­snych miesz­kań­ców mia­steczka. Przede wszyst­kim musiał wywo­łać praw­dziwy wstrząs poznaw­czy u wszyst­kich, któ­rzy brali udział w pro­ce­sie i ska­za­niu rodziny Per­rych, i teraz zacho­dzili w głowę, jak to w ogóle moż­liwe. Według zapi­sków Anthony'ego a Wooda, kiedy wia­do­mość dotarła do zapa­trzo­nego w sie­bie sędziego sir Roberta Hyde'a, ten wyła­do­wał swoje obu­rze­nie na posłańcu: "za przy­no­sze­nie mu fał­szy­wych wia­do­mo­ści i natych­miast naka­zał go aresz­to­wać".

Nie­wąt­pli­wie na zarządcę spa­dła praw­dziwa lawina pytań, a dru­gie tyle zapewne zada­wano sobie szep­tem za jego ple­cami. W końcu pan Har­ri­son posta­no­wił, być może za namową Tho­masa Over­bury'ego, spi­sać rela­cję ze swo­jej nie­obec­no­ści, która przed­sta­wiała się nastę­pu­jąco:

Tam­tego wie­czora 16 sierp­nia 1660 roku Wil­liam ode­brał opłatę w wyso­ko­ści dwu­dzie­stu trzech fun­tów od Edwarda Pla­iste­rera, po czym ruszył w drogę powrotną do domu. W pew­nym momen­cie, prze­ci­ska­jąc się wąskim przej­ściem, natknął się na zmie­rza­ją­cego w prze­ciwną stronę męż­czy­znę na koniu. Bojąc się, że zosta­nie prze­wró­cony, deli­kat­nie ude­rzył zwie­rzę laską w nos. Nie­stety, ten z pozoru nie­istotny incy­dent bar­dzo szybko prze­ro­dził się w sie­dem­na­sto­wieczny przy­pa­dek road rage. Obu­rzony ata­kiem na swo­jego konia jeź­dziec ude­rzył sta­ruszka rapie­rem. W tym samym momen­cie nie wia­domo skąd poja­wili się kolejni dwaj męż­czyźni i przy­łą­czyli się do swo­jego towa­rzy­sza. Jeden z nich ura­ził Wil­liama mie­czem w udo, następ­nie napast­nicy skuli mu ręce, przy­kryli płachtą, wrzu­cili na konia i poga­lo­po­wali w ciemną noc. Powody, dla któ­rych mie­liby pory­wać sie­dem­dzie­się­cio­let­niego zarządcę, pozo­stają nie­ja­sne, jed­nak po sza­leń­czej jeź­dzie przez cały kraj z dogo­ry­wa­ją­cym na koń­skim grzbie­cie więź­niem poło­żyli go wresz­cie w odosob­nio­nym domu, gdzie "mała dziew­czynka" kar­miła go roso­łem i brandy. W nie­dzielę wcze­snym popo­łu­dniem, napchaw­szy pie­niędzmi kie­sze­nie porwa­nego - z powo­dów, podob­nie jak wyżej, cokol­wiek nie­ja­snych - oso­bliwa kom­pa­nia dotarła do mia­steczka Deal w hrab­stwie Kent. Dla­czego cią­gnęli ze sobą ran­nego więź­nia przez nie­mal dwie­ście mil do połu­dniowo-wschod­niej Anglii, zamiast skie­ro­wać się do odda­lo­nego o zale­d­wie sześć­dzie­siąt mil portu w Bri­stolu? Tego pan Har­ri­son nie wyja­śnia.

W Deal, zamiast ukraść Wil­lia­mowi jego dwa­dzie­ścia trzy funty albo ode­brać pie­nią­dze, które umie­ścili w jego kie­sze­niach, pory­wa­cze sprze­dali go męż­czyź­nie o pseu­do­ni­mie "Wren­shaw" za kwotę sied­miu fun­tów. Następ­nie pan Har­ri­son zna­lazł się na pokła­dzie statku, który wyru­szył na Atlan­tyk. Jed­nak po sze­ściu tygo­dniach kapi­tan przy­szedł do niego "oraz innych, będą­cych w podob­nej sytu­acji" (tak, byli też inni) i poin­for­mo­wał ich, że zostali zaata­ko­wani przez trzy "turec­kie statki" pełne pira­tów. Har­ri­son i jego kom­pani, mimo że zostali porwani i mieli zostać sprze­dani w Ame­ryce, wyka­zali się zaska­ku­ją­cym męstwem i oznaj­mili, że będą "wal­czyć w obro­nie statku". Nie­stety pozba­wiony skru­pu­łów kapi­tan Wren­shaw doga­dał się z wro­giem i pan Har­ri­son oraz pozo­stali zna­leźli się na pokła­dzie turec­kiego okrętu. Kilka tygo­dni póź­niej galera dotarła do portu na wschod­nim wybrzeżu Morza Śród­ziem­nego. Stam­tąd Anglicy wyru­szyli w dwu­dniowy marsz. Kiedy dotarli na miej­sce, grupa "ofi­ce­rów" zaczęła wypy­ty­wać ich o szcze­góły z ich życia. Jeden z więź­niów powie­dział, że był chi­rur­giem, inny tka­czem, a Wil­liam poin­for­mo­wał, że zna się na "nauce"13.

Od tej pory Har­ri­son stał się "wła­sno­ścią" osiem­dzie­się­cio­sied­mio­let­niego turec­kiego leka­rza, zamiesz­ka­łego nie­da­leko Smyrny (Izmiru) na zachod­nim wybrzeżu dzi­siej­szej Tur­cji.

Smyrna była pręż­nie roz­wi­ja­ją­cym się ośrod­kiem han­dlo­wym, przy­cią­ga­ją­cym kup­ców z całego świata, a od 1592 roku sie­dzibą wspie­ra­nej przez Bry­tyj­czy­ków Levant Com­pany - która, podob­nie jak jej bar­dziej znany odpo­wied­nik w Azji Połu­dnio­wej, Bry­tyj­ska Kom­pa­nia Wschod­nio­in­dyj­ska, umac­niała swoją pozy­cję gospo­dar­czą w Impe­rium Osmań­skim. Jed­nak w swo­jej rela­cji pan Har­ri­son nie zamiesz­cza ani jed­nej wzmianki na ten temat, nie opi­suje nawet oko­licy, w któ­rej prze­by­wał. W zamian ofe­ruje nato­miast pobieżny zarys postaci swo­jego "wła­ści­ciela". Ten stary, naj­wy­raź­niej bez­i­mienny lekarz twier­dził, że wybrał się nie­gdyś na Wyspy Bry­tyj­skie, i dość zaska­ku­jąco dodał, że pod­czas swo­jej podróży odwie­dził nie­wiel­kie mia­steczko han­dlowe o nazwie "Crow­land w hrab­stwie Lin­coln­shire, które stało się jego ulu­bio­nym miej­scem w całej Anglii"14.

Według rela­cji Har­ri­sona mię­dzy męż­czy­znami naro­dziła się oso­bliwa w swoim cha­rak­te­rze przy­jaźń. Star­szy czło­wiek miał nawet poda­ro­wać Wil­lia­mowi srebrną misę, od któ­rej wzięło się prze­zwi­sko jego sługi: "Boll". Jed­nak ich wspólne dni nie zawsze były usłane różami i pew­nego razu, kiedy Har­ri­son wró­cił z wyprawy po "watę baweł­nianą", jego pana ogar­nęła taka złość, że wycią­gnął nie­wielki szty­let. Wil­liam wezwał na pomoc Jezusa, a boska inter­wen­cja miała powstrzy­mać rękę starca.

Dla­czego zamiast cze­kać tak długo, Chry­stus nie inter­we­nio­wał, kiedy Wil­liam otrzy­mał cios meczem, został porwany, prze­wie­ziony przez całą Anglię albo zła­pany przez pira­tów? Tego autor wspo­mnień nie wyja­śnia.

Rok póź­niej stary lekarz oświad­czył Bol­lowi, że nie­długo umrze, i dora­dził mu ucieczkę. Kilka dni póź­niej, gdy jego pan zmarł, Wil­liam zbiegł do pobli­skiego portu, w któ­rym spo­tkał dwóch pru­skich żegla­rzy wybie­ra­ją­cych się w rejs do Lizbony. W zamian za srebrną misę zabrali go ze sobą. Kiedy dotarli do Por­tu­ga­lii, włó­czył się do po dokach i po pew­nym cza­sie spo­tkał czło­wieka z "Wis­bech w hrab­stwie Lin­coln­share" (w rze­czy­wi­sto­ści miej­sco­wość ta znaj­duje się w Cam­brid­ge­shire), który z lito­ści do sta­rego czło­wieka opła­cił mu podróż z powro­tem do Dover. Stam­tąd udał się do Lon­dynu i otrzy­maw­szy od nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych dobro­czyń­ców "wszel­kie potrzebne rze­czy", wró­cił bez­piecz­nie do Chip­ping Camp­den.

Opo­wieść pana Har­ri­sona, opu­bli­ko­wana w 1676 roku wraz z rela­cją Tho­masa Over­bury'ego, została praw­do­po­dob­nie spo­rzą­dzona na bie­żąco i miała formę zeznań świadka opi­sy­wa­nych wyda­rzeń. Histo­ria ta bar­dzo szybko stała się znana w całej Anglii i tam­tego lata 1662 roku została okrzyk­nięta cudem w Camp­den. W bal­la­dach i bro­szu­rach, ówcze­snych odpo­wied­ni­kach Tik­Toka i por­talu X, dru­ko­wano pod­ko­lo­ro­waną wer­sję wyda­rzeń, a w 1945 roku dwa egzem­pla­rze takich wydru­ków odna­le­ziono w Biblio­tece Bodle­jań­skiej na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim, zacho­wane w zbio­rach sir Anthony'ego a Wooda.

Bal­lada została napi­sana w ciągu kilku tygo­dni po powro­cie pana Har­ri­sona, lecz poprze­dza ją wstęp, któ­rego autor stara się wyja­śnić zagadkę za pomocą cza­rów. Choć przy­znaje, że zarządca żyje, a za jego znik­nię­cie mimo wszystko wini Joan i jej synów.

Wydaje się, że wdowa Perry była cza­row­nicą, i po tym, jak jej syno­wie obra­bo­wali go i wrzu­cili do kamie­nio­łomu, cza­rami prze­nio­sła go na skałę na morzu nie­opo­dal Tur­cji, na któ­rej tkwił przez cztery dni i cztery noce. Po tym cza­sie zabrano go na pokład turec­kiego statku i sprze­dano w Tur­cji, gdzie prze­by­wał przez rok15.

Druga publi­ka­cja, wydana przez Char­lesa Tyusa w 1662 roku pod nazwą Three Bibles on Lon­don Bridge [Trzy Biblie na Moście Lon­dyń­skim] rów­nież wydaje się zwy­kłą reli­gijną tyradą wymie­rzoną w czar­no­księ­stwo. Rów­nież tym razem winna jest "wdowa Perry", ponie­waż to ona za sprawą "nik­czem­nych cza­rów" wysłała pana Har­ri­sona do Tur­cji, gdzie "prze­by­wał przez okres czte­rech dni bez nakry­cia głowy, jako że jego kape­lusz pozo­stał w Camp­den".

W obu tek­stach ogromną wagę przy­ło­żono do tego, jak w nagrodę za "miłość i współ­czu­cie" pana Har­ri­sona dla mło­dego Johna Perry'ego starca spo­tkała zdrada. Przy­wo­łano rów­nież frag­ment z Księgi Wyj­ścia 22,18, w któ­rej naka­zuje się: "Nie pozwo­lisz żyć cza­row­nicy". W tam­tych cza­sach ów wers, zaczerp­nięty z Biblii Króla Jakuba, wyda­nej pierw­szy raz w 1611 roku, był pod­sta­wo­wym uza­sad­nie­niem prze­śla­do­wań "cza­row­nic", mimo że naj­praw­do­po­dob­niej był on wyni­kiem błęd­nego tłu­ma­cze­nia16.

Cud w Camp­den stał się jedną z naj­bar­dziej zna­nych "nie­roz­wi­kła­nych tajem­nic" w Anglii i przez kolej­nych trzy­sta lat jej roz­wią­za­nia podej­mo­wali się liczni bada­cze, histo­rycy i pisa­rze. W 1959 roku oks­fordzki histo­ryk i uczony sir Geo­rge Clark zebrał naj­czę­ściej poja­wia­jące się wer­sje tej histo­rii w nie­wiel­kiej książce zaty­tu­ło­wa­nej The Camp­den Won­der [Zagadka z Camp­den]. Oto przed­smak tego, co można w niej zna­leźć:

W 1860 roku praw­nik John Paget winą za wszyst­kie wyda­rze­nia obar­czył pogar­sza­jące się zdro­wie psy­chiczne Johna Perry'ego, suge­ru­jąc, że cier­piał on na "poważną odmianę cho­roby psy­chicznej, która skła­nia cho­rego do obwi­nia­nia sie­bie i innych za wyima­gi­no­wane zbrod­nie". Paget nie poświę­cił zbyt wiele uwagi znik­nię­ciu pana Har­ri­sona, a zamiast tego skon­cen­tro­wał się na powo­dach, dla któ­rych Perry poświad­czył nie­prawdę. Nieco inne spoj­rze­nie na sprawę miał szkocki histo­ryk Andrew Lang, który odna­lazł zapi­ski Over­bury'ego i w 1904 roku opu­bli­ko­wał wła­sną wer­sję wyda­rzeń. Jego zda­niem "Perry'owie naj­praw­do­po­dob­niej nie cie­szyli się naj­lep­szą opi­nią". Podobne przy­pusz­cze­nia wysu­wają liczni pozo­stali auto­rzy, dzien­ni­ka­rze i praw­nicy, któ­rych pisma zna­la­zły się w zbio­rze Clarka.

Wszy­scy ci auto­rzy nie tylko byli męż­czy­znami, ale też wywo­dzili się z okre­ślo­nej klasy spo­łecz­nej. I choć w więk­szo­ści przy­pad­ków oka­zy­wali rodzi­nie Per­rych sze­roko pojęte współ­czu­cie i wyro­zu­mia­łość, ich uprze­dze­nia kla­sowe i inte­lek­tu­alne zawsze wybi­jały się na pierw­szy plan. Nie­któ­rzy pod­cho­dzili do tematu z per­spek­tywy praw­nej, inni dogłęb­nie ana­li­zo­wali wszyst­kie szcze­góły z rela­cji Over­bury'ego, lecz bar­dzo nie­wielu tak naprawdę sku­piło się na tym, dla­czego wybrano Per­rych na kozły ofiarne i dla­czego w tam­tych cza­sach tak łatwo uwie­rzono w opo­wieść pana Har­ri­sona. O ile rze­czy­wi­ście tak było.

Przed znik­nię­ciem z Chip­ping Camp­den Wil­liam opie­ko­wał się mająt­kiem lady Juliany Noel. Według nie­któ­rych rela­cji ze zbioru Clarka po powro­cie został ponow­nie zatrud­niony jako zarządca. Wcze­śniej owo sta­no­wi­sko nale­żało do jego "nie­zbyt lubia­nego" syna Edwarda. W rze­czy­wi­sto­ści nie ma żad­nych dowo­dów na to, że Edward rze­czy­wi­ście wypeł­niał obo­wiązki swo­jego ojca i nawet jeśli Wil­liam rze­czy­wi­ście na krótko wró­cił na dawną posadę, do roku 1665 czynsz w imie­niu rodziny Noel odbie­rał już czło­wiek o nazwi­sku John Goodwin.

W tym cza­sie Wil­liam był już po sie­dem­dzie­siątce i teo­re­tycz­nie mógł przejść na eme­ry­turę. Nie znaj­duje to jed­nak potwier­dze­nia w zacho­wa­nych doku­men­tach, z któ­rych wynika, że, podob­nie jak sir Tho­mas Over­bury, pra­co­wał jako zarządca w lokal­nej szkole. Jest więc rów­nie praw­do­po­dobne, że stra­cił zaufa­nie swo­jego poprzed­niego pra­co­dawcy i został zwol­niony.

Gdyby lady Juliana Noel zazna­jo­miła się z rela­cją pana Har­ri­sona, mia­łaby wszel­kie powody, by kwe­stio­no­wać jego wia­ry­god­ność. Choć jego opo­wieść obfi­tuje w liczne szcze­góły, takie jak dziew­czynka przy­no­sząca mu rosół i brandy, srebrna misa czy sze­reg ludzi wymie­nia­ją­cych z nazwy losowe angiel­skie mia­steczka, to bra­kuje w niej kon­kre­tów, a przede wszyst­kim brzmi ona po pro­stu nie­praw­dzi­wie. Na przy­kład, z wyjąt­kiem kapi­tana Wren­shawa, nie padają żadne nazwi­ska. Jeśli Wil­liam rze­czy­wi­ście prze­by­wał przez mie­siąc na pokła­dzie statku z nie­wol­ni­kami, w towa­rzy­stwie chi­rurga czy tka­cza, z pew­no­ścią umiałby powie­dzieć, jak się nazy­wali. W jego rela­cji nie znaj­dziemy opi­sów gorą­cego turec­kiego kli­matu ani żad­nego miej­sca, w któ­rym prze­by­wał. Har­ri­son nie podaje rów­nież nazw stat­ków, któ­rymi powró­cił do Anglii, ani nazwisk ich kapi­ta­nów.

Zacznijmy więc od pyta­nia, dla­czego kto­kol­wiek miałby uwie­rzyć w jego opo­wieść. Aby to zro­zu­mieć, powin­ni­śmy zacząć od jesz­cze innej plagi, która prze­ta­czała się przez ówcze­sną Anglię: plagi stra­chu przed porwa­niem przez ber­be­ryj­skich pira­tów. W prze­ci­wień­stwie do wik­ka­fo­bii - para­noi na punk­cie cza­row­nic - lęk ten był jak naj­bar­dziej uza­sad­niony.

Począw­szy od koń­cówki XVI wieku, kor­sa­rze ber­be­ryj­scy (któ­rych nazwa pocho­dzi od Ber­be­rów) pory­wali i sprze­da­wali w nie­wolę ludzi z całej Europy. Choć najazdy prze­pro­wa­dzali z pro­wi­zo­rycz­nych por­tów i państw-miast roz­lo­ko­wa­nych w Magh­re­bie (regio­nie leżą­cym na tery­to­riach dzi­siej­szych Maroka, Algie­rii, Tune­zji i Libii), znane na całym świe­cie opo­wie­ści o ich zbrod­niach dowo­dziły, że strach przed okru­cień­stwem pira­tów dotarł daleko poza gra­nice ich regionu.

Już za cza­sów wypraw krzy­żo­wych, czte­ry­sta lat wcze­śniej, "muzuł­mań­skie hordy" puka­jące do bram Europy uwa­żano za bar­ba­rzyń­skie. W sztu­kach, takich jak Otello Sha­ke­spe­are'a z 1604 roku czy Lust Domi­nion nie­zna­nego autora z roku 1600, Mau­rów przed­sta­wiano jako bru­tal­nych, lubież­nych i nik­czem­nych mor­der­ców. Choć przez cały wiek XVII Anglia pro­wa­dziła wymianę han­dlową z Impe­rium Osmań­skim, nawet naj­bar­dziej sza­no­wani kupcy zacho­wy­wali daleko posu­niętą ostroż­ność. Według kro­nik para­fial­nych Chip­ping Camp­den w latach dwu­dzie­stych XVII wieku, gdy Har­ri­son był jesz­cze mło­dym czło­wie­kiem, do mia­steczka na krótko przy­było dwóch "Tur­ków", naj­praw­do­po­dob­niej han­dla­rzy suk­nem, któ­rym szybko wrę­czono cztery pensy (rów­no­war­tość około czte­rech fun­tów w 2025 roku), aby nie­zwłocz­nie ruszyli w dal­szą drogę.

Jed­nak w latach sześć­dzie­sią­tych XVII wieku strach przed wszyst­kim, co "turec­kie", był więk­szy niż kie­dy­kol­wiek.

Jed­nym z pierw­szych kor­sa­rzy był Arudż Bar­ba­rossa (w języku turec­kim Oruç Reis), który w koń­cówce XV wieku wraz z trzema braćmi napa­dał na chrze­ści­jań­skie statki i łupił wybrzeża Hisz­pa­nii. Jego przy­do­mek mógł pocho­dzić od wło­skich słów ozna­cza­ją­cych "czer­woną brodę" lub od jego ber­be­ryj­skiego ("bar­ba­rzyń­skiego") pocho­dze­nia. Tak czy ina­czej, udało mu się zdo­być sławę i bogac­two i podob­nie jak współ­cze­sny mu angiel­ski pirat sir Fran­cis Drake, za walkę z roz­ra­sta­ją­cym się impe­rium Hisz­pa­nii zaskar­bił sobie roz­głos i chwałę wśród swo­ich zwo­len­ni­ków, a strach i nie­na­wiść u wszyst­kich innych. Do 1516 roku jego potęga uro­sła do tego stop­nia, że wraz z braćmi stwo­rzyli wła­sny suł­ta­nat, a sam Oruç Reis został władcą Algieru.

W kolej­nym stu­le­ciu muzuł­mań­scy piraci, podob­nie jak ich chrze­ści­jań­scy odpo­wied­nicy, roz­sze­rzyli swoją dzia­łal­ność o han­del nie­wol­ni­kami. W 2004 roku nie­małe poru­sze­nie wywo­łała książka Roberta Davisa z Uni­wer­sy­tetu Ohio zaty­tu­ło­wana Chri­stian Sla­ves, Muslim Masters. White Sla­very in the Medi­ter­ra­nean, the Bar­bary Coast and Italy 1500-1800 [Chrze­ści­jań­scy nie­wol­nicy, muzuł­mań­scy pano­wie. Han­del bia­łymi nie­wol­ni­kami w regio­nie Morza Śród­ziem­nego, na Wybrzeżu Ber­be­ryj­skim i we Wło­szech w latach 1500-1800]. Jej autor twier­dził, że w owym cza­sie do nie­wolni tra­fiło od miliona do miliona dwu­stu pięć­dzie­się­ciu tysięcy ludzi. Liczby wska­zane przed Davisa budzą wiele kon­tro­wer­sji i są wyni­kiem sza­cun­ków opar­tych na bar­dzo okro­jo­nych danych. Bez względu na to i mimo że nawet naj­bar­dziej zawy­żone sta­ty­styki nie dorów­nują licz­bie nie­wolników, któ­rymi han­dlo­wali Euro­pej­czycy, han­del ludźmi w wyko­na­niu ludów ber­be­ryj­skich był rów­nie praw­dziwy co han­del trans­atlan­tycki. Dla­tego, podob­nie jak w przy­padku ter­ro­ry­zmu naszych cza­sów, strach panu­jący wśród Angli­ków był nie­pro­por­cjo­nal­nie więk­szy do rze­czy­wi­stego ryzyka, a wiele męż­czyzn i kobiet co noc zasy­piało w stra­chu, że i oni padną ofia­rami han­dlu ludźmi.

Choć począt­kowo kor­sa­rze pozo­sta­wali aktywni głów­nie na wodach Morza Śród­ziem­nego, z cza­sem ich wyprawy się­gały tak odle­głych miejsc jak Islan­dia. Więk­szość porwa­nych męż­czyzn zmu­szano do cięż­kiej pracy, nato­miast tych bar­dziej wykształ­co­nych, tak jak w opo­wie­ści pana Har­ri­sona, umiesz­czano w domach boga­tych ludzi jako "słu­żą­cych".

Począt­kowo Wyspy Bry­tyj­skie i Irlan­dia nie znaj­do­wały się na celow­niku kor­sa­rzy, jed­nak na początku XVII wieku sytu­acja ta ule­gła zmia­nie. W 1625 roku pod­czas ataku w zatoce Mount's Bay w Korn­wa­lii porwano sześć­dzie­się­cioro męż­czyzn, kobiet i dzieci, któ­rych następ­nie sprze­dano w nie­wolę. W prze­ciągu następ­nych dwóch dekad najazdy pira­tów stały się coraz śmiel­sze. W 1627 roku wyspa Lundy leżąca w Kanale Bri­stol­skim dostała się pod oku­pa­cję pira­tów z "repu­bliki Salé", ber­be­ryj­skiej enklawy poło­żo­nej na tery­to­rium dzi­siej­szego Maroka. Na ich czele stał były holen­der­ski kapi­tan Jan Jan­szoon, który po schwy­ta­niu przez kor­sa­rzy prze­szedł na islam. Piraci wznie­śli nad zie­loną wyspą mau­ryj­ską ban­derę i na pięć kolej­nych lat ta malow­ni­cza wyspa, nale­żąca obec­nie do bry­tyj­skiej Natio­nal Trust, stała się pań­stwem islam­skim.

To wła­śnie z tej bazy w 1631 roku piraci zaata­ko­wali wieś Bal­ti­more, kato­licką enklawę w pro­te­stanc­kiej Irlan­dii, z któ­rej upro­wa­dzili stu ośmiu angiel­skich osad­ni­ków. Atak zor­ga­ni­zo­wano z pomocą jed­nego z więź­niów Jan­szo­ona, rybaka z mia­sta Dun­ga­rvan, Johna Hac­ketta, który pra­gnąc zemścić się za angiel­ską kolo­ni­za­cję Irlan­dii, wska­zał pira­tom drogę do Bal­ti­more. Zdrajca został póź­niej schwy­tany i po pro­ce­sie w Cork stra­cony. Choć w latach trzy­dzie­stych pira­tów udało się wresz­cie prze­pę­dzić z Lundy, ci po pro­stu zało­żyli bazę w innym miej­scu i dalej orga­ni­zo­wali swoje wypady. W 1645 roku, mimo sza­le­ją­cej na wyspach wojny domo­wej, pod­czas rajdu na Pen­zance w Korn­wa­lii upro­wa­dzono dwie­ście czter­dzie­ści osób, a w kolej­nej deka­dzie wielu ryba­ków bało się już wypły­wać w morze.

Ci, któ­rym udało się uciec, powra­cali do domów z nie­sa­mo­wi­tymi opo­wie­ściami.

8 lutego 1660 roku, zale­d­wie kilka mie­sięcy przed zagi­nię­ciem Har­ri­sona, Samuel Pepys opi­sał w swoim dzien­niku spo­tka­nie z kapi­ta­nem o nazwi­sku Mootham oraz jego przy­ja­cie­lem, panem Dawe­sem, któ­rzy opo­wie­dzieli mu o swo­jej nie­woli w Algie­rze:

Uda­łem się do Fle­ece Tavern na drinka; sie­dzie­li­śmy tam aż do czwar­tej, opo­wia­da­jąc histo­rie z Algieru i o tym, jak wygląda życie tam­tej­szych nie­wol­ni­ków. Kapi­tan Mootham i pan Dawes (obaj prze­by­wali tam w nie­woli) bar­dzo dokład­nie przy­bli­żyli mi warunki, jakie tam pano­wały; na przy­kład opo­wie­dzieli, że kar­miono ich wyłącz­nie chle­bem i wodą.

Za takich więź­niów pła­cono bar­dzo wyso­kie sumy, a "prze­mysł wykupu", pole­ga­jący na nego­cjo­wa­niu cen za uwol­nie­nie zakład­ni­ków porwa­nych przez ber­be­ryj­skich pira­tów, był nie­zwy­kle intratną dzia­łal­no­ścią - podobne prak­tyki są sto­so­wane współ­cze­śnie w takich pań­stwach jak Kolum­bia, Afga­ni­stan czy Haiti.

W 1655 roku lord pro­tek­tor Oli­ver Crom­well posta­no­wił poło­żyć kres temu pro­ce­de­rowi i wysłał na Morze Śród­ziemne flotę pięt­na­stu okrę­tów pod wodzą admi­rała Roberta Blake'a z misją pobra­nia kom­pen­saty od ryce­rzy chrze­ści­jań­skiego Zakonu Mal­tań­skiego, któ­rzy rów­nież parali się han­dlem nie­wol­ni­kami, i przy oka­zji dać nauczkę wszyst­kim innym gru­pom w regio­nie. W obli­czu nowo­cze­snej floty wojen­nej więk­szość pira­tów i ryce­rzy natych­miast się pod­dała. Nie­ugięty pozo­stał jedy­nie dej Tunisu. Wywią­zała się bitwa mor­ska, która zakoń­czyła się dru­zgo­cą­cym zwy­cię­stwem wojsk Crom­wella i pozwo­liła na krótki czas zneu­tra­li­zo­wać zagro­że­nie i ugrun­to­wać pozy­cję angiel­skiej mary­narki wojen­nej w regio­nie. Mimo to pirac­two i porwa­nia wciąż się zda­rzały, a w 1660 roku wszy­scy w Anglii wie­dzieli już o histo­rii z Bla­kiem i pira­tami ber­be­ryj­skimi.

W całym kraju wier­nych zachę­cano do wpłat na rzecz uwol­nie­nia angiel­skich nie­wol­ni­ków i w tym kon­tek­ście ponie­kąd wąt­pliwa opo­wieść Wil­liama Har­ri­sona mogła wydać się cał­kiem praw­do­po­dobna - przy­naj­mniej dla tych, któ­rzy chcieli w nią wie­rzyć.

Jeśli nato­miast Har­ri­son ją zmy­ślił, miał pod ręką całą masę innych histo­rii, na któ­rych mógł się wzo­ro­wać.

Pirac­two było nie­zwy­kle popu­lar­nym moty­wem w ówcze­snej lite­ra­tu­rze. W Ham­le­cie (1601) duń­ski książę udaje się w rejs do Anglii i zostaje porwany, a następ­nie uwol­niony za cenę okupu. Hisz­pań­ski pisarz Miguel de Cervan­tes, który w 1580 roku został porwany przez turec­kich pira­tów, wyko­rzy­stał swoje doświad­cze­nia pod­czas pisa­nia Don Kichota (1605), któ­rego angiel­ski prze­kład uka­zał się w 1612 roku. Ale­go­ryczny cha­rak­ter opo­wie­ści Har­ri­sona bar­dzo przy­po­mina jedną z naj­bar­dziej zna­nych bal­lad tam­tych cza­sów, z któ­rej dowia­du­jemy się, że główny boha­ter:

Popły­nął na wschód i popły­nął na zachód,

Aż dotarł do sław­nej Tur­cji.

Tam go poj­mano i wtrą­cono do wię­zie­nia,

Aż życie stało mu się cię­ża­rem17.

W tej histo­rii młoda dziew­czyna przy­nosi boha­te­rowi jedze­nie i picie, a on, po tym jak zostaje sprze­dany w nie­wolę, tra­fia do pana, któ­rego ręka zostaje powstrzy­mana przez boską inter­wen­cję, gdy ten pró­buje zaata­ko­wać boha­tera. Bal­lada ta była popu­larna w XVIII i XIX wieku, jed­nak mate­riał źró­dłowy jest znacz­nie star­szy. Dla­tego choć rela­cja Wil­liama Har­ri­sona nie jest cał­ko­wi­cie nie­wia­ry­godna, zasłu­guje na mniej wię­cej tyle samo uwagi co zezna­nia ame­ry­kań­skich far­me­rów twier­dzą­cych, że zostali porwani przez zie­lone ludki w UFO.

Choć być może ni­gdy nie poznamy praw­dzi­wych losów pana Har­ri­sona, możemy spró­bo­wać domy­ślić się, jaka przy­czyna stała za jego znik­nię­ciem. Tutaj, podob­nie jak w przy­padku każ­dej sta­rej i nie­wy­ja­śnio­nej sprawy, klu­czo­wym ele­men­tem będzie czas popeł­nie­nia prze­stęp­stwa.

Wil­liam Har­ri­son zagi­nął w sierp­niu 1660 roku. W tym cza­sie Anglia prze­cho­dziła przez nie­po­rów­ny­walny w swo­jej histo­rii okres nie­po­ko­jów spo­łecz­nych. Trzy mie­siące wcze­śniej, 25 maja, z wygna­nia w Nider­lan­dach Hisz­pań­skich powró­cił król Karol II Stu­art i po czte­rech dniach, dokład­nie w swoje trzy­dzie­ste uro­dziny, ponow­nie objął tron. Dekada repu­bli­ka­ni­zmu, nazy­wa­nego w Anglii ponie­kąd eufe­mi­stycz­nie bez­kró­le­wiem, którą poprze­dziła dekada wojen domo­wych, teo­re­tycz­nie dobie­gła końca, jed­nak głę­bo­kie rany pozo­stały nie­za­go­jone.

Bez­po­śred­nio po przy­wró­ce­niu monar­chii Anglia stała się, deli­kat­nie mówiąc, nie­sta­bil­nym miej­scem i wielu miesz­kań­ców z nie­po­ko­jem cze­kało na dal­sze wyda­rze­nia. Z kolei dla tych, któ­rzy wal­czyli w obro­nie pro­tek­to­ratu, był to czas ogrom­nej nie­pew­no­ści.

Chip­ping Camp­den leżało na skrzy­żo­wa­niu dróg łączą­cych roja­li­styczne mia­sta Oxford i Wor­ce­ster oraz bazy "okrą­gło­gło­wych" w War­wick i Coven­try. Pod­czas wojen domo­wych żoł­nie­rze obu stron regu­lar­nie gra­bili wszystko, co nie było przy­bite na stałe gwoź­dziami. I choć mia­sto miało być twier­dzą "kawa­le­rów" (roja­li­stów), jego naj­tra­gicz­niej­szy okres przy­padł na pięć mie­sięcy przy­pa­da­ją­cych na zimę oraz wio­snę 1645 roku, kiedy cie­szący się złą sławą dowódca roja­li­stów Henry Bard roz­lo­ko­wał swo­ich ludzi na dwo­rze szla­chec­kim. Jego główny budy­nek, praw­dziwy cud jako­biń­skiej archi­tek­tury, powstał trzy­dzie­ści lat wcze­śniej. Wybu­do­wał go ojciec lady Juliany, zamożny han­dlarz jedwa­biem, za kwotę dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu tysięcy fun­tów. Jed­nak "dopu­ściw­szy się wielu nie­cnych czy­nów wobec jego miesz­kań­ców", Bard spa­lił budy­nek doszczęt­nie, po czym znisz­czył uprawy na oko­licz­nych polach, aby nie wpa­dły one w ręce Crom­wella. Mimo lojal­no­ści dla sprawy roja­li­stów miej­scowa lud­ność była wście­kła, a wśród nich zna­lazł się rów­nież zarządca Wil­liam Har­ri­son, który musiał bez­czyn­nie przy­glą­dać się, jak wspa­niała posia­dłość powie­rzona jego opiece zamie­nia się w stertę popiołu.

Po śmierci Karola I 30 stycz­nia 1649 roku roz­po­czął się okres jede­na­stu lat pury­tań­skich rzą­dów, które choć przy­nio­sły ze sobą sze­reg kolej­nych obostrzeń, wpro­wa­dziły rów­nież pewien poziom sta­bi­li­za­cji. Życie wielu ludzi toczyło się swoim nor­mal­nym torem, a w wielu przy­pad­kach wręcz zmie­niło się na lep­sze wzglę­dem poprzed­nich dzie­się­cio­leci.

Histo­rię - jak głosi wyświech­tane powie­dzonko - piszą zwy­cięzcy, dla­tego dzi­siaj postrze­gamy angiel­skich pury­ta­nów jako wyzu­tych z rado­ści, odwo­łu­ją­cych święta Bożego Naro­dze­nia i zamy­ka­ją­cych teatry ponu­ra­ków. Kon­fi­skata majątku Karola I oraz wyprze­daż jego kolek­cji sztuki, a także rze­kome ataki na świą­ty­nie by­naj­mniej nie pomo­gły pury­ta­nom w budo­wie przy­ja­znego wize­runku i okres bez­kró­le­wia do dziś ucho­dzi za czas triumfu iko­no­kla­zmu i powszech­nego przy­gnę­bie­nia. Prawda jest jed­nak tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wana. Choć obcho­dze­nia Bożego Naro­dze­nia - i w zasa­dzie wszyst­kich innych świąt - fak­tycz­nie zaka­zano, sta­no­wiące o tym prawo uchwa­lono jesz­cze za rzą­dów Karola I, w cza­sach, kiedy jego egze­kwo­wa­nie było prak­tycz­nie nie­moż­liwe. Tak samo w przy­padku teatrów: choć fak­tycz­nie je zamy­kano, w okre­sie repu­bliki nastą­pił praw­dziwy roz­kwit opery angiel­skiej i sztuki świec­kiej, a sam Oli­ver Crom­well by­naj­mniej nie był tro­glo­dytą nie­czu­łym na sztukę, jakim prze­sta­wiali go pro­pa­gan­dy­ści króla. Ist­nieją nawet przy­pusz­cze­nia, że w 1647 roku gościn­nie wcie­lił się w rzym­skiego boga Jowi­sza w przed­sta­wie­niu napi­sa­nym przez poetę Andrew Marvella.

Warto też zwró­cić uwagę na fakt, że pro­ces "kory­go­wa­nia histo­rii" i iko­no­kla­zmu, które koja­rzymy przede wszyst­kim z bez­kró­le­wiem, roz­po­czął się o wiele wcze­śniej, w XVI i XV wieku, a w nie­któ­rych przy­pad­kach były one dzie­łem osiem­na­sto­wiecz­nych pro­te­stan­tów i meto­dy­stów. Za wszystko winimy Crom­wella i pury­ta­nów tylko dla­tego, że do tego przy­zwy­cza­ili nas Wik­to­ria­nie, a tak naprawdę jest to jedna z tych "wygod­nych opo­wie­ści", które wiele naro­dów po pro­stu lubi sobie powta­rzać.

Oczy­wi­ście nie ozna­cza to, że lord pro­tek­tor nie miał na sumie­niu innych zbrodni. Crom­well popeł­nił wiele prze­ra­ża­ją­cych czy­nów, a pod­czas inwa­zji na Irlan­dię w latach 1649-1653 doko­nał maso­wych rzezi, za co do dziś zasłu­że­nie budzi powszechną odrazę. Pod­czas pod­bo­jów popeł­niono sze­reg zbrodni wojen­nych, w tym masa­kry żoł­nie­rzy i setki cywi­lów w Dro­ghe­dzie i Wexford w 1649 roku. Według sza­cun­ków prze­dłu­ża­jące się tyrań­skie rządy angiel­skich pro­te­stan­tów spra­wiły, że na sku­tek prze­mocy, głodu i cho­rób śmierć ponio­sła jedna piąta popu­la­cji wyspy, nada­jąc ton histo­rii Irlan­dii na kolej­nych czte­ry­sta lat.

Z tej per­spek­tywy Crom­well jest wciąż postrze­gany jako jeden z naj­bar­dziej nie­sław­nych tyra­nów w histo­rii Anglii. Ina­czej wyglą­dało to jed­nak po dru­giej stro­nie Morza Irlandz­kiego, gdzie za cza­sów pro­tek­to­ratu nie­które spo­łecz­no­ści prze­ży­wały praw­dziwy roz­kwit. Dla tych, któ­rzy opo­wia­dali się za nowym sys­te­mem, budową Nowej Jero­zo­limy i nowego, bar­dziej ega­li­tar­nego spo­łe­czeń­stwa, był to w isto­cie złoty wiek. Dużą swo­bodą reli­gijną cie­szyli się wszy­scy miesz­kańcy nie­bę­dący kato­li­kami, dzięki czemu roz­wi­jały się wspól­noty non­kon­for­mi­styczne oraz nie­które mniej­szo­ści. Od 1656 roku, choć na mocy nie­for­mal­nego poro­zu­mie­nia, żydom, wygna­nym z Anglii w XIII wieku, ponow­nie pozwo­lono prak­ty­ko­wać swoją reli­gię. Także dla pre­zbi­te­rian, bap­ty­stów i kwa­krów okres pro­tek­to­ratu oka­zał się cza­sem mile widzia­nej tole­ran­cji, która umoż­li­wiła roz­kwit ich ruchów reli­gij­nych.

Wszystko skoń­czyło się z nadej­ściem restau­ra­cji, a ci, któ­rzy popie­rali Crom­wel­lów, nagle zna­leźli się w tara­pa­tach.

Teo­re­tycz­nie na pod­sta­wie Act of Indem­nity and Obli­vion z 25 sierp­nia 1660 roku wszyst­kim oso­bom opo­wia­da­ją­cym się za pro­tek­to­ra­tem przy­słu­gi­wało auto­ma­tyczne unie­win­nie­nie. Jed­nak ustawa nie obej­mo­wała stu czte­rech osób, które dopu­ściły się "kró­lo­bój­stwa" Karola I. Wszy­scy oni zostali potrak­to­wani, deli­kat­nie mówiąc, bez­względ­nie, a kary nie unik­nęli nawet zmarli. Oli­ver Crom­well oraz dwa­dzie­ścioro troje jego nie­ży­ją­cych wspól­ni­ków zostali wyko­pani z gro­bów, pod­dani "egze­ku­cji" a ich głowy obcięto, nabito na pale i wysta­wiono na widok publiczny.

Tam­tego lata i jesieni 1660 roku w Lon­dy­nie doszło do scen budzą­cych grozę i prze­ra­że­nie. Ludzi nie­gdyś powszech­nie sza­no­wa­nych, wie­szano, a ich zwłoki patro­szono i ćwiar­to­wano (spo­sób wyko­ny­wa­nia kary śmierci, do któ­rego wró­cimy w dal­szej czę­ści książki).

Nie­wiele bra­ko­wało, a wśród ofiar zna­la­złby się nie­wi­domy poeta John Mil­ton, który póź­niej, w 1667 roku, opu­bli­ko­wał Raj utra­cony. W swo­ich dzie­łach jesz­cze sprzed egze­ku­cji Karola I w 1649 roku Mil­ton popie­rał kon­cept kró­lo­bój­stwa i utwo­rze­nia repu­bliki. Crom­well mia­no­wał go nawet sekre­ta­rzem do spraw kore­spon­den­cji zagra­nicz­nej, czy­niąc go odpo­wie­dzial­nym za roz­po­wszech­nia­nie kore­spon­den­cji pań­stwo­wej w języku łaciń­skim za gra­nicą. Mil­ton pisał w obro­nie pro­tek­to­ratu nawet po jego upadku i śmierci Crom­wella. Restau­ra­cja oka­zała się dla niego zgubna zarówno na płasz­czyź­nie finan­so­wej, jako że swoje oszczęd­no­ści ulo­ko­wał w bez­war­to­ścio­wych już teraz obli­ga­cjach rzą­do­wych, jak i oso­bi­stej, ponie­waż jego życie zna­la­zło się nie­bez­pie­czeń­stwie. Dla­tego po koro­na­cji Karola II bar­dzo roz­sąd­nie usu­nął się z widoku publicz­nego.

Dnia 16 czerwca 1660 roku wydano nakaz jego aresz­to­wa­nia. Z ukry­cia wyszedł dopiero po uchwa­le­niu ustawy Indem­nity and Obli­vion Act z 25 sierp­nia, ale i to nie na wiele mu się zdało i został wtrą­cony do Tower of Lon­don. Jesieni tego samego roku publicz­nie spa­lono jego listy oraz książki, a życie powszech­nie powa­ża­nego nie­gdyś pisa­rza ura­to­wała inter­wen­cja poety Andrew Marvella, wów­czas członka par­la­mentu.

Podob­nie jak w przy­padku każ­dej kontr­re­wo­lu­cji czy okresu gwał­tow­nych zmian poli­tycz­nych, tak i teraz zna­la­zło się wielu opor­tu­ni­stów, któ­rzy w porę poczuli, skąd wieje wiatr, i prze­szli na odpo­wied­nią stronę. Jed­nym z nich był Samuel Peys, pięt­na­sto­letni uczeń szkoły St Paul's, który uciekł z zajęć, aby na wła­sne oczy zoba­czyć ścię­cie Karola I, po czym stał się gor­li­wym repu­bli­ka­ni­nem. Po śmierci Crom­wella w 1658 roku znów stał się zago­rza­łym monar­chi­stą, towa­rzy­szył nowemu kró­lowi, Karo­lowi II, pod­czas powrotu z wygna­nia, a osta­tecz­nie otrzy­mał nawet zapro­sze­nie na jego koro­na­cję.

Pod­su­mo­wu­jąc: choć nowy reżim mówił gło­śno o pojed­na­niu, nie wszy­scy dali się prze­ko­nać. To jeden z dość prze­ko­nu­ją­cych powo­dów, dla któ­rego Wil­liam Har­ri­son mógł zde­cy­do­wać się na ucieczkę.

Ist­nieją dowody na to, że Har­ri­son i jego rodzina skła­niali się ku pre­zbi­te­ria­ni­zmowi. Tho­mas Over­bury pisze, że kiedy tam­tego let­niego popo­łu­dnia 1659 roku okra­dziono Banqu­eting House, Har­ri­sonowie prze­by­wali na "wykła­dzie", czyli po pro­stu na nabo­żeń­stwie bap­ty­stów. W opo­wie­ści Wil­liama rów­nież można zna­leźć kilka wska­zó­wek. Smyrna, mia­sto, do któ­rego tra­fił po tym, jak został "porwany", sły­nęło z prze­my­słu tek­styl­nego. Zwa­żyw­szy na to, że w XVII wieku Chip­ping Camp­den rów­nież było cen­trum pro­duk­cji wyro­bów weł­nia­nych, mogło to wpły­nąć na jego wybór celu podróży. Smyrna była jed­nak rów­nież sie­dzibą jed­nego z "sied­miu głów­nych kościo­łów", odgry­wa­ją­cych cen­tralną rolę w Księ­dze Obja­wie­nia Świę­tego Jana, która miała fun­da­men­talne zna­cze­nie dla bap­ty­stycz­nego spoj­rze­nia na świat.

W latach sześć­dzie­sią­tych XVII wieku Smyrna stała się ośrod­kiem rady­kal­nej myśli mil­le­na­ry­stycz­nej18 i rodzin­nym mia­stem Sza­be­taja Cewiego, rabina i samo­zwań­czego mesja­sza. W swo­ich prze­mó­wie­niach prze­ko­nał wielu bap­ty­stów, że ówcze­sne zawi­ro­wa­nia spo­łeczne i poli­tyczne zwia­stują nadej­ście apo­ka­lipsy. Ludzie wymy­śla­jący swoje alibi nie wybie­rają miejsc zupeł­nie przy­pad­kowo.

Powrót rodziny Stu­ar­tów na tron ozna­czał złe wie­ści dla bap­ty­stów, któ­rzy znów musieli usu­nąć się z widoku publicz­nego. "Dobrzy" stali się "złymi" - przy­naj­mniej z punktu widze­nia rządu - a Wil­liam zna­lazł się zde­cy­do­wa­nie po złej stro­nie bary­kady. Jed­nak nie jest wyklu­czone, że z pra­wem rów­nież był na bakier. Ist­nieje podej­rze­nie, że przed znisz­cze­niem posia­dło­ści szla­chec­kiej przez żoł­nie­rzy roja­li­stów, Har­ri­son wyniósł z niego pewną część kosz­tow­no­ści i ukrył w bez­piecz­nym miej­scu. Nie ma żad­nych dowo­dów na to, że kie­dy­kol­wiek zostały one zwró­cone lady Julia­nie Noel i cał­kiem moż­liwe, że jej wierny sługa oba­wiał się ewen­tu­al­nego śledz­twa, które mogło ujaw­nić jego wystę­pek.

Podob­nie jak wiele postaci, które poja­wią się w dal­szej czę­ści tej książki, Wil­liam był nie tylko ofiarą, ale i sprawcą. A jego powrót mógł z łatwo­ścią dopro­wa­dzić do kolej­nych tra­ge­dii.

W egzem­pla­rzu bro­szury Over­bury'ego nale­żą­cym do Anthony'ego a Wooda znaj­duje się dopi­sek o nastę­pu­ją­cej tre­ści:

Po powro­cie Har­ri­sona ciało Johna zdjęto z szu­bie­nicy i pocho­wano, a żona Har­ri­sona (będąca zaro­zu­miałą i chciwą pre­zbi­te­rianką) powie­siła się we wła­snym domu - dla­czego, niech osą­dzi sam czy­tel­nik.

Osądźmy zatem.

Czy Har­ri­son, podob­nie jak Mil­ton, uznał, że dobrym pomy­słem będzie po pro­stu znik­nąć? A może to wła­śnie on upo­zo­ro­wał wła­ma­nie do Banqu­eting House, pod­czas któ­rego skra­dziono sto czter­dzie­ści fun­tów, po czym wyko­rzy­stał je, a także sie­dem fun­tów z opłat czyn­szo­wych, aby prze­cze­kać w ukry­ciu naj­burz­liw­szy okres restau­ra­cji?

Czy udał się do Crow­land albo Wis­be­chu - miej­sco­wo­ści, które przy­pad­kowo poja­wiły się w jego bar­dzo wąt­pli­wej opo­wie­ści? Obie dzieli zale­d­wie osiem­na­ście mil i poło­żone są w odle­gło­ści jed­nego dnia mar­szu na wschód od posia­dło­ści lady Juliany Hicks w Rutland.

Czy jego spek­ta­ku­larny powrót spra­wił, że pani Har­ri­son naresz­cie przej­rzała na oczy? Czy ujrzała swo­jego męża w zupeł­nie nowym świe­tle? Czy zaczęła wąt­pić we wszystko, co się wyda­rzyło? A może zaczęła poda­wać w wąt­pli­wość rów­nież wszystko, co wyda­rzyło się w trak­cie ich wie­lo­let­niego mał­żeń­stwa? Czy łzy szczę­ścia wywo­łane cudow­nym powro­tem męża ustą­piły miej­sca roz­pa­czy i podej­rze­niom? Czy jego opo­wieść wstrzą­snęła do głębi pobożną bap­tystką, uświa­do­miła jej, że prak­tycz­nie wła­snymi rękami wysłała nie­winną rodzinę Per­rych na szu­bie­nicę, więc ode­brała sobie życie?

Nie wiemy. I ni­gdy się tego nie dowiemy.

Z całą pew­no­ścią możemy powie­dzieć tylko to, że pew­nego wio­sen­nego mar­co­wego dnia 1661 roku człon­ko­wie rodziny Per­rych zostali zapro­wa­dzeni na nie­wielki pagó­rek na przed­mie­ściach Chip­ping Camp­den i powie­szeni za zbrod­nię, któ­rej nie popeł­nili.

Stali się ofia­rami kolek­tyw­nego dyso­nansu poznaw­czego spo­łecz­no­ści, która nie potra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego jeden z ich naj­bar­dziej powa­ża­nych oby­wa­teli dosłow­nie roz­pły­nął się w powie­trzu.

Naj­moc­niej utrwa­lo­nym w kul­tu­rze zachod­niej kozłem ofiar­nym jest bez wąt­pie­nia Lucy­fer. Bio­rąc pod uwagę to, jak bar­dzo jego obec­ność utrwa­liła się w naszej zbio­ro­wej wyobraźni, może zaska­ki­wać fakt, że zarówno w teo­lo­gii, jak i w dzie­jach ludz­ko­ści poja­wił się on sto­sun­kowo późno. W Sta­rym Testa­men­cie znaj­dziemy zale­d­wie dzie­więć wzmia­nek odno­szą­cych się do Ha-Satan, co może ozna­czać zarówno "oskar­ży­ciela", jak i "adwo­kata" Boga. W naj­star­szych pismach żydow­skich jawi się on raczej jako boski "obrońca" niż rogaty dia­beł.

Ha-Satan pierw­szy raz poja­wia się w Pierw­szej Księ­dze Kro­nik, napi­sa­nej około VI wieku przed naszą erą, która opo­wiada dzieje narodu żydow­skiego od Księgi Rodzaju i Edenu po Edykt Cyrusa i odbu­dowę Świą­tyni Salo­mona. Jed­no­cze­śnie Księgi Samu­ela opi­sują wiele z tych samych wyda­rzeń, a w szcze­gól­no­ści pano­wa­nie króla Dawida i jego syna Salo­mona, jed­nak ist­nieje mię­dzy nimi jedna istotna roz­bież­ność.

W obu księ­gach oraz w Kro­nice znaj­duje się opo­wieść o spi­sie lud­no­ści prze­pro­wa­dzo­nym przez króla Dawida, który skut­kuje kolejną masa­krą doko­naną przez Boga na miesz­kań­cach Ziemi. Jed­nak o ile w Dru­giej Księ­dze Samu­ela wyraź­nie zazna­czono, że jest to kara zesłana przez Boga na Dawida za to, że nie prze­pro­wa­dził spisu zgod­nie z otrzy­ma­nymi wska­zów­kami, to w Pierw­szej Księ­dze Kro­nik 21,1 całą winą obar­czony jest Ha-Satan, co w języku hebraj­skim ozna­cza "prze­ciw­nika".

Wtedy wystą­pił sza­tan [Ha-Satan] prze­ciwko Izra­elowi, pobu­dziw­szy Dawida do tego, aby poli­czył Izra­eli­tów19.

Ana­li­zu­jąc Stary Testa­ment pod kątem wia­ry­god­no­ści histo­rycz­nej, należy oczy­wi­ście zacho­wać daleko idącą powścią­gli­wość. Nawet samo ist­nie­nie króla Dawida stoi pod ogrom­nym zna­kiem zapy­ta­nia. Mimo to cała ta histo­ria łudząco przy­po­mina sytu­ację, w któ­rej poli­tyk pró­buje zrzu­cić odpo­wie­dzial­ność za kon­tro­wer­syjną decy­zję na coś lub kogoś, nad kim nie ma żad­nej kon­troli. Widać to prze­cież gołym okiem.

W okre­sie powsta­wa­nia Kro­nik juda­izm zetknął się z inną, znacz­nie potęż­niej­szą reli­gią. W 598 roku przed naszą erą Chal­dej­czycy (następcy Babi­loń­czy­ków) napa­dli na Kró­le­stwo Judy. Upro­wa­dzo­nych zostało dzie­sięć tysięcy ludzi, któ­rzy następ­nie dostali się do tak zwa­nej nie­woli babi­loń­skiej. W Babi­lo­nie żydzi zetknęli się z Zara­tusz­tria­ni­zmem, pierw­szą wielką reli­gią mono­te­istyczną. Po tym spo­tka­niu juda­izm ni­gdy już nie był taki sam.

Zara­tusz­tria­nizm roz­wi­nął się z nauk Zara­tusz­try, irań­skiego pro­roka, który miał żyć około sied­miu tysięcy lat wcze­śniej. Zara­tusz­tria­nie postrze­gali świat zupeł­nie ina­czej niż żydzi. Wie­rzyli mię­dzy innymi w ist­nie­nie boga stwo­rzy­ciela o imie­niu Ahura Mazda oraz jego brata bliź­niaka, złego ducha Ary­mana, mię­dzy któ­rymi toczyła się odwieczna walka dobra ze złem. Żydzi, dla któ­rych motyw "dobra i zła" był do tej pory obcy, z chę­cią włą­czyli go do swo­jej wiary. Nie była to zresztą jedyna rzecz, jaką poży­czyli od Babi­loń­czy­ków.

Zara­tusz­tria­nizm opie­rał się na idei uni­wer­sa­li­zmu - prze­ko­na­nia, że ist­nieje jeden ide­alny, wszech­po­tężny Bóg, a ci, któ­rzy zwrócą się ku niemu, dostą­pią zba­wie­nia.

Ponadto wie­rzono, że Ahura Mazda miał pomoc­ni­ków zwa­nych "jaza­tami" - pół­bo­skie istoty, które potra­fiły prze­miesz­czać się mię­dzy nie­bem i zie­mią i dzia­łały w świe­cie ludzi w jego imie­niu. Oba te kon­cepty zostały włą­czone do juda­izmu, a idea Boga posłu­gu­ją­cego się wysłan­ni­kami prze­kształ­ciła się w kon­cep­cję "anio­łów". Od tego momentu wyznawcy tej reli­gii zaczęli widzieć walkę dobra ze złem nie­mal na każ­dym kroku.

W 539 roku przed naszą erą pierw­szy król z dyna­stii Ache­me­ni­dów, Cyrus Wielki, wydał edykt zezwa­la­jący żydom na powrót do ojczy­zny i odbu­dowę Świą­tyni Dawida. Żydzi zabrali ze sobą idee zara­tusz­tria­ni­zmu i choć okres nie­wolni babi­loń­skiej był dla nich bez wąt­pie­nia trau­ma­tycz­nym okre­sem, oka­zał się on rów­nież prze­ło­mowy. Nowe spo­soby postrze­ga­nia świata miały w przy­szło­ści ukształ­to­wać chrze­ści­jań­stwo, islam, baha­izm oraz nie­zli­czone reli­gie pochodne, w tym scjen­to­lo­gię i mor­mo­nizm, a dziś - dwa i pół tysiąca lat póź­niej - wciąż wpły­wają na świecką myśl filo­zo­ficzną. Co naj­waż­niej­sze, kon­cep­cja dobra i zła w postaci sił sza­tań­skich na trwałe zado­mo­wiły się w idei mono­te­izmu abra­ha­mo­wego i od tego czasu świat i wszy­scy zamiesz­ku­jący go ludzie są nie­ustan­nie postrze­gani przez pry­zmat świa­tła lub cie­nia.

Wraz z roz­po­wszech­nia­niem się chrze­ści­jań­stwa od I wieku naszej ery Lucy­fer prze­szedł drogę od postaci poja­wia­ją­cej się w Piśmie Świę­tym zale­d­wie epi­zo­dycz­nie (w juda­izmie do tej pory nie ist­nieje wszech­zły Sza­tan) do jed­nej z głów­nych postaci tej nar­ra­cji. Ów uni­wer­salny czarny cha­rak­ter na dobre tra­fił do myśli głów­nego nurtu w 313 roku, kiedy cesarz Kon­stan­tyn I Wielki przy­jął wiarę chrze­ści­jań­ską.

Poli­te­istyczni Rzy­mia­nie, wyzna­jący reli­gię sil­nie ukształ­to­waną przez wie­rze­nia sta­ro­żyt­nych Gre­ków, postrze­gali świat ina­czej niż chrze­ści­ja­nie. Wie­rzyli w dwu­na­stu głów­nych bogów, stwo­rzy­cieli i straż­ni­ków Rzymu i w prze­ci­wień­stwie do chrze­ści­jan nie uzna­wali jed­nego nad­rzęd­nego kodeksu moral­nego. Przed poja­wie­niem się i eks­pan­sją chrze­ści­jań­stwa poję­cie "duali­zmu moral­nego" i nie­usta­ją­cej walki "dobra ze złem" nie było tak istotne. W koń­cówce IV wieku naszej ery żydow­sko-chrze­ści­jań­sko-zara­tusz­triań­ska kon­cep­cja świata, oparta na nie­ustan­nych zma­ga­niach dobra ze złem, była już trwale zako­rze­niona w cywi­li­za­cji euro­pej­skiej.

Kon­se­kwen­cje tych zmian są nie do prze­ce­nie­nia. Przy­ję­cie chrze­ści­jań­stwa przez Rzy­mian spra­wiło, że poję­cie dobra i zła do dziś kształ­tuje zachod­nią poli­tykę, sys­tem prawa i wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, kolek­tywną moral­ność, a nawet - co pokażę w dal­szej czę­ści książki - spo­sób, w jaki inter­pre­tu­jemy histo­rię.

Kiedy chrze­ści­jań­stwo uro­sło do miana glo­bal­nej reli­gii, teo­lo­go­wie roz­po­częli retro­spek­tywne poszu­ki­wa­nia śla­dów obec­no­ści Sza­tana w ist­nie­ją­cych tek­stach. W ostat­niej księ­dze Nowego Testa­mentu, Księ­dze Obja­wie­nia, Jan dwu­krot­nie okre­śla go mia­nem węża. Widać więc, że już dawni pisa­rze, w tym żyjący w I wieku naszej ery Justyn Męczen­nik oraz święty Augu­styn z IV wieku naszej ery, utoż­sa­miali Sza­tana z mówią­cym wężem z Edenu. Stąd też to wła­śnie na niego (i jego pod­stępną wspól­niczkę, Ewę) spa­dła wina za upa­dek czło­wieka oraz wszyst­kie kolejne nie­cne występki popeł­niane przez ludzi.

Podob­nie jak wszyst­kie naj­cie­kaw­sze czarne cha­rak­tery w histo­rii i lite­ra­tu­rze, Sza­tan oka­zał się znacz­nie bar­dziej inte­re­su­jący niż nie­ska­zi­telny główny boha­ter tej opo­wie­ści.

W 1667 roku, a więc cztery lata po cudow­nym powro­cie Wil­liama Har­ri­sona do Chip­ping Camp­den, spod pióra repu­bli­kań­skiego poety Johna Mil­tona wyszedł Raj utra­cony, w któ­rym autor jedną z głów­nych ról powie­rzył wła­śnie Sza­ta­nowi. W tej poetyc­kiej rein­ter­pre­ta­cji histo­rii naro­dzin i upadku crom­wel­low­skiej Anglii Sza­tan jest bez­sprzecz­nie naj­cie­kaw­szą posta­cią. Naj­więk­szą wadą mil­to­now­skiego Czar­nego Księ­cia jest pycha, jed­nak, jak w przy­padku wszyst­kich nie­po­kor­nych czar­nych cha­rak­te­rów, jest rów­nież rady­ka­łem o skom­pli­ko­wa­nej natu­rze, który potrafi zjed­nać sobie sym­pa­tię czy­tel­nika. W prze­ci­wień­stwie do Boga Sza­tan jest samo­świa­domy, cha­ry­zma­tyczny, nie­ide­alny, wręcz ludzki i wła­śnie taki naj­moc­niej utrwa­lił się w kul­tu­rze i świa­do­mo­ści czło­wieka. To upa­dły anioł, wygnany do kra­iny cha­osu, który spi­skuje prze­ciwko Stwo­rzy­cie­lowi, ponie­waż czuje się zdra­dzony.

Sza­tan w postaci węża rów­nież jest myśli­cie­lem kry­tycz­nym. W końcu to on jako pierw­szy odwa­żył się zakwe­stio­no­wać abso­lutną wła­dzę Boga i jego hege­mo­nię. Jed­no­cze­śnie jest też pierw­szym w histo­rii kozłem ofiar­nym, który mękami i upo­ko­rze­niem oku­pił złą sławę.

Od zara­nia dzie­jów spo­łe­czeń­stwa zawsze poszu­kują kozłów ofiar­nych, na które mogą zrzu­cić winę za wszyst­kie pro­blemy tego świata. Wystar­czy włą­czyć tele­wi­zor, radio albo przej­rzeć media spo­łecz­no­ściowe - na pewno jacyś się znajdą. Mogą to być "męż­czyźni w wieku pobo­ro­wym", któ­rzy twier­dzą, że ucie­kają przed woj­nami, ale tak naprawdę przy­by­wają, by wyłu­dzać świad­cze­nia, zabrać nam pracę i ukraść nasze kobiety. To mniej­szo­ści, któ­rych mamy się bać i ich nie­na­wi­dzić - czy będą to czarni, miesz­kańcy Azji Połu­dnio­wej, Chiń­czycy, Pale­styń­czycy, Żydzi, muzuł­ma­nie, homo­sek­su­ali­ści, ubo­dzy czy Mek­sy­ka­nie. To te straszne potwory, które wypę­dzą cię z two­jego domu, zamor­dują, zin­dok­try­nują twoje dzieci swoją ide­olo­gią i wszyst­kich nas uczy­nią swo­imi nie­wol­ni­kami. To ta cała zakła­mana, bez­war­to­ściowa klasa spo­łeczna, komu­ni­styczne związki zawo­dowe, woke­rati, ilu­mi­naci, trans­gen­de­rowcy i, jakże by ina­czej, ubo­dzy. W zależ­no­ści od punktu widze­nia będą to albo "eko­wo­jow­nicy" albo "eko­ter­ro­ry­ści". Mogą to być lewacy, pra­wacy, cen­trowcy i wszy­scy pomię­dzy nimi.

Ale jeśli tylko uda się nam poko­nać te współ­cze­sne demony i cza­row­nice, wszystko będzie dobrze.

Wielu filo­zo­fów pró­bo­wało zro­zu­mieć mecha­nizm poszu­ki­wa­nia kozłów ofiar­nych i jego rolę w spo­łe­czeń­stwie. Nie­któ­rzy z nich doszli do wnio­sku, że opiera się on na inhe­rent­nym para­dok­sie: ludzie tro­piący swoje ofiary tkwią w błęd­nym prze­ko­na­niu, że to oni są stroną pokrzyw­dzoną, i nie rozu­mieją, że praw­dzi­wie pokrzyw­dzo­nymi są ci, któ­rzy stają się obiek­tami ich nie­na­wi­ści i prze­śla­do­wań. I to wła­śnie ten mecha­nizm zadzia­łał w Chip­ping Camp­den.

Fran­cu­ski filo­zof René Girard spo­pu­la­ry­zo­wał poję­cie "mecha­ni­zmu kozła ofiar­nego", zgod­nie z któ­rym każde spo­łe­czeń­stwo potrze­buje cze­goś w rodzaju meta­fi­zycz­nego zaworu bez­pie­czeń­stwa, który otwiera w przy­padku kon­fliktu, zarazy czy nie­po­ko­jów spo­łecz­nych. Nie­uchron­nie ozna­cza to - i histo­ria udo­wod­niła to wie­lo­krot­nie - zrzu­ce­nie całej winy za kry­zys na grupę ludzi, lub rza­dziej na jedną osobę. Kozły ofiarne mają umoż­li­wić spo­łecz­no­ści zjed­no­cze­nie się prze­ciwko wspól­nemu wro­gowi bez wywo­ły­wa­nia kolej­nego kry­zysu. To ozna­cza, że ów kozioł musi sta­no­wić grupę słabą i zmar­gi­na­li­zo­waną, aby nikt się za nimi nie wsta­wił.

Obawa przed wspól­nym wro­giem to potężne spo­iwo spo­łeczne, które pod­czas walki z praw­dzi­wym lub wyobra­żo­nym zagro­że­niem jed­no­czy, moty­wuje i utrwala toż­sa­mość danej grupy lub spo­łecz­no­ści. Dziś coraz czę­ściej jeste­śmy świad­kami tego, jak kolejni przy­wódcy i auto­kraci docho­dzą do wła­dzy dzięki obiet­ni­com zwal­cze­nia strasz­nej bestii i dostat­niego życia dla wszyst­kich, któ­rzy przy­łą­czą się do wspól­nej misji.

Wła­śnie takimi bestiami byli nie­któ­rzy "nie­sławni" boha­te­ro­wie tej książki, a rodzina Per­rych była naj­lep­szym tego przy­kła­dem.

W 1661 roku, w samym środku okresu głę­bo­kich nie­po­ko­jów i powszech­nego stra­chu, mecha­nizm kozła ofiar­nego zadzia­łał z pełną mocą. Wszy­scy miesz­kańcy nie­wiel­kiego mia­steczka zrzu­cili swoje obawy na troje nie­win­nych ludzi.

Joan Perry - któ­rej jedyną zbrod­nią było bycie wdową w pode­szłym wieku.

Johna Perry'ego - któ­rego kru­cha psy­chika spro­wa­dziła śmierć na całą rodzinę.

Oraz Richarda Perry'ego - któ­rego los przy­pie­czę­to­wało krwa­wie­nie z nosów jego dzieci, bie­gną­cych w obję­cia ojca.

Jak widać, zła sława może dotknąć każ­dego, z dowol­nego powodu.

I jak poka­zała nam histo­ria rodziny Per­rych - los nie zawsze kie­ruje się logiką.

Rozdział 2. Zdrajcy

Roz­dział 2

Zdrajcy

Dla­czego zdrajcy robią róż­nicę

Kilka dni po japoń­skim ataku na Pearl Har­bor, 20 grud­nia 1941 roku, w biu­rze pobo­ro­wym Mary­narki Sta­nów Zjed­no­czo­nych sta­wił się trzy­dzie­sto­letni imi­grant z sil­nym liver­po­ol­sko-nie­miec­kim akcen­tem.

- Nazwi­sko? - wark­nął ofi­cer sie­dzący za biur­kiem.

- Hitler! - odpo­wie­dział przy­szły rekrut.

- Miło pana widzieć, panie Hitler. Ja nazy­wam się Rudolf Hess.

Młody czło­wiek mówił prawdę. I by­naj­mniej nie był to nie­for­tunny zbieg oko­licz­no­ści. Wil­liam Patrick Hitler był synem Alo­isa, przy­rod­niego brata Adolfa Hitlera. Wil­liam uro­dził się w 1611 roku w Liver­po­olu, w dziel­nicy Toxteth. W 1914 roku jego ojciec zosta­wił go i jego matkę z obiet­nicą, że wróci, gdy dorobi się for­tuny jako hazar­dzi­sta. Zamiast tego wyje­chał do Nie­miec, gdzie oże­nił się drugi raz i spło­dził kolejne dziecko20. Mimo to cały czas utrzy­my­wał kon­takt z rodziną i w 1929 roku osiem­na­sto­letni Wil­liam prze­pro­wa­dził się do Ber­lina, licząc na część majątku po boga­cą­cym się ojcu. W 1939 roku w wywia­dzie dla maga­zynu "Look"21 opi­sał, co działo się potem:

Jedli­śmy babeczki z bitą śmie­taną, ulu­biony deser Hitlera. Ude­rzyła mnie jego inten­syw­ność, znie­wie­ściała gesty­ku­la­cja... (oraz) ...łupież na jego mary­narce.

Wujek Adolf zała­twił chło­pa­kowi pracę w Reich­skre­dit­bank, skąd wyrzu­cono go za napa­sto­wa­nie kobiet. Potem zatrud­nił się jako sprze­dawca samo­cho­dów. Wbrew mitowi roz­po­wszech­nio­nemu w póź­niej­szych latach przez jeden z bry­tyj­skich prze­bo­jów, jakoby Adolf Hitler miał tylko jedno jądro, na początku lat trzy­dzie­stych jego głów­nym pro­ble­mem był nie­sforny "Willy"22. Z powodu rosną­cej fru­stra­cji wywo­ła­nej kolej­nymi nie­po­wo­dze­niami na płasz­czyź­nie zawo­do­wej Wil­liam popeł­nił kar­dy­nalny błąd: zagro­ził wujowi, że wycią­gnie na świa­tło dzienne wszyst­kie "rodzinne tajem­nice", jeśli ten nie pomoże mu, korzy­sta­jąc ze swo­ich zna­jo­mo­ści. Kiedy Adolf zare­ago­wał swoim typo­wym napa­dem gniewu, wrza­skami i wyma­chi­wa­niem rąk, młody czło­wiek spa­ko­wał się i wró­cił do Anglii. Tam w 1938 roku napi­sał arty­kuł zaty­tu­ło­wany Dla­czego nie­na­wi­dzę swo­jego wuja. Tekst zwró­cił uwagę ame­ry­kań­skiego magnata pra­so­wego, który zapro­po­no­wał mu serię płat­nych wykła­dów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Kiedy w 1939 roku wybu­chła druga wojna świa­towa, Wil­liam utknął po dru­giej stro­nie oce­anu.

Pierw­sza próba zacią­gnię­cia się do armii w 1941 roku zakoń­czyła się nie­po­wo­dze­niem i dopiero w 1944 roku, po napi­sa­niu do samego pre­zy­denta Roose­velta, został przy­jęty do mary­narki. Siły zbrojne opu­ścił w 1947 roku, po czym zmie­nił nazwi­sko naj­pierw na Hil­ler, a potem, tuż przed swoją śmier­cią w 1987 roku, na Stu­art-Houston.

Nie­które posta­cie pozo­sta­wiają w histo­rii tak strasz­liwe piętno, że ich nazwi­ska ska­zane są na wieczne potę­pie­nie. Spró­buj­cie wyszu­kać "Hitler" w nie­miec­kiej książce tele­fo­nicz­nej. Osób o takim nazwi­sku jest dokład­nie zero. Podob­nie zresztą w pozo­sta­łych czę­ściach świata, z wyjąt­kiem Peru, gdzie żyje około dwóch tysięcy Hitle­rów. Nazwi­sko to, z uwagi na sko­ja­rze­nie z naj­gor­szym maso­wym mor­dercą w dzie­jach, dziś służy wyłącz­nie jako przy­po­mnie­nie jego nik­czem­nych doko­nań. Takich nazwisk jest oczy­wi­ście wię­cej.

Posta­cie takie jak Józef Sta­lin, Char­les Ponzi, Vid­kun Quisling czy Judasz Iska­riota rów­nież pozo­sta­wiły po sobie trwały ślad w języku, a porów­na­nie kogoś do Juda­sza, czego w maju 1966 roku pod­czas kon­certu w Man­che­ste­rze doświad­czył na wła­snej skó­rze Bob Dylan, to jak porów­na­nie go do "naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nego czło­wieka w histo­rii". Zbrod­nia, któ­rej Dylan dopu­ścił się tam­tego wie­czora, pole­gała na przej­ściu na "elek­tryczne gra­nie", co, jak powie­dział w 2012 roku na łamach maga­zynu "Rol­ling Stone", nie było dokład­nie "tym samym co zdra­dze­nie Pana i ska­za­nie go na śmierć przez ukrzy­żo­wa­nie"23.

Choć może i było. W końcu zdrada, podob­nie jak piękno, zależy od punktu widze­nia. Nie­mal wszy­scy naj­więksi zło­czyńcy w histo­rii uwa­żali się za boha­te­rów.

Z pew­no­ścią myślał tak o sobie Guy Faw­kes (o pseu­do­ni­mie Guido), naj­bar­dziej znany z trzy­na­stu spi­skow­ców, któ­rzy w 1605 roku usi­ło­wali zamor­do­wać króla Jakuba I, wysa­dza­jąc budy­nek par­la­mentu. Rów­nież Judasz Iska­riota, o ile fak­tycz­nie ist­niał, uwa­żał się za jed­nego z tych dobrych.

Histo­rycz­ność Jezusa Chry­stusa to praw­dziwe pole minowe, a spór o to, czy w ogóle ist­niał, wciąż jest zażarty. Wystar­czy jed­nak powie­dzieć, że więk­szość świec­kich bada­czy wcze­snego chrze­ści­jań­stwa zga­dza się, że Jezus Chry­stus był naj­praw­do­po­dob­niej posta­cią histo­ryczną - jed­nym z około dwu­na­stu "mesja­szy", któ­rzy około I wieku naszej ery stali na czele róż­nych kul­tów reli­gij­nych w Judei. Wielu z owych bada­czy jest rów­nież zgod­nych co do faktu, że jeden z wyznaw­ców Jezusa, naj­praw­do­po­dob­niej noszący imię Judasz Iska­riota, wydał go w ręce władz. Nie­stety, ku ogrom­nej iry­ta­cji histo­ry­ków, dowody w for­mie spi­sa­nych rela­cji doty­czą­cych kul­tury i histo­rii świata jude­ochrze­ści­jań­skiego są wyjąt­kowo skąpe. Jedy­nymi god­nymi zaufa­nia źró­dłami potwier­dza­ją­cymi ist­nie­nie Jezusa są dato­wane na rok 95 naszej ery zapi­ski żydow­sko-rzym­skiego histo­ryka Józefa Fla­wiu­sza (zostały więc spo­rzą­dzone około sześć­dzie­się­ciu lat po domnie­ma­nej śmierci Jezusa) oraz póź­niej­sza wzmianka autor­stwa histo­ryka i sena­tora Tacyta, pocho­dząca z około 116 roku naszej ery. Wszyst­kie pozo­stałe infor­ma­cje to czy­sta spe­ku­la­cja. Jed­nak, ponie­waż więk­szość kul­tów mesja­ni­stycz­nych wyka­zuje bar­dzo wiele wspól­nych cech, z całą pew­no­ścią możemy umie­ścić ugru­po­wa­nie Jezusa w szer­szym kon­tek­ście i for­mu­ło­wać nasze zało­że­nia, opie­ra­jąc je na dzia­ła­niach i zacho­wa­niach jego samego oraz jego wyznaw­ców.

W więk­szo­ści kul­tów klu­czowy jest cha­ry­zma­tyczny przy­wódca, który ocze­kuje od swo­ich wyznaw­ców bez­względ­nej lojal­no­ści i cał­ko­wi­tego odda­nia. Naj­więk­sze z nich bar­dzo czę­sto wcho­dzą w kon­flikt z wła­dzami, co nie­rzadko pro­wa­dzi do tarć i roz­ła­mów wewnątrz grup, skła­nia­jąc część ich człon­ków do przej­ścia do innych grup lub dopusz­cze­nia się zdrady swo­jego przy­wódcy na rzecz tych, któ­rym zależy na osła­bie­niu pozy­cji danego kultu. W rezul­ta­cie nie­mal każdy naj­więk­szy kult w histo­rii, od chrze­ści­jań­stwa po mor­mo­nizm i tacze­ryzm, miał swo­jego Juda­sza.

O ile usta­le­nie histo­rycz­nych losów Jezusa jest bar­dzo trud­nym zada­niem, o tyle postać Juda­sza Iska­rioty to zagadka nie­mal nie­moż­liwa do roz­wią­za­nia. Wszel­kie wzmianki na temat jego życia znaj­dują się w zale­d­wie czte­rech Ewan­ge­liach. Zmarły w oko­li­cach 64 roku naszej ery zało­ży­ciel chrze­ści­jań­stwa, święty Paweł, ani razu nie wspo­mina o nim z imie­nia, a sprawę dodat­kowo kom­pli­kuje fakt, że w tam­tym cza­sie imię "Judasz" (grecka forma hebraj­skiego imie­nia Juda) było w Judei bar­dzo popu­larne. W samym tylko bez­po­śred­nim oto­cze­niu Jezusa żył inny apo­stoł, który nazy­wał się Judasz. To samo imię nosił rów­nież jeden z jego braci.

Nie­któ­rzy spe­ku­lo­wali, że Judasz Iska­riota (co zna­czy: z Kariotu) mógł być księ­go­wym Jezusa. W Ewan­ge­lii Świę­tego Jana czy­tamy, że opie­ko­wał się wspólną kasą uczniów. Dodat­kowo w dwu­na­stym roz­dziale znaj­dziemy infor­ma­cję, że pod­bie­rał z niej pie­nią­dze.

[...] był zło­dzie­jem, i mając trzos wykra­dał to, co skła­dano24.

Poja­wia się ona jed­nak nie­mal od razu po tym, jak Judasz oskar­żył Jezusa, że ten zmar­no­wał drogi ole­jek na swoje stopy, zamiast go sprze­dać i roz­dać pie­nią­dze ubo­gim. Być może to Jan dopu­ścił się drob­nej mani­pu­la­cji. Bez względu na to, jaką Judasz odgry­wał rolę i czy rze­czy­wi­ście ist­niał, to jak na kogoś, kto docze­kał się zale­d­wie dwu­dzie­stu trzech wzmia­nek w Nowym Testa­men­cie, zasłu­żył sobie na wyjąt­kowo nik­czemne miano jed­nego z naj­gor­szych ludzi w histo­rii.

W Pie­kle, pierw­szej czę­ści Boskiej Kome­dii napi­sa­nej na początku XIV wieku, Dante Ali­ghieri jako miej­sce kary dla zdraj­ców wyzna­cza dzie­wiąty krąg.

Krąg ten naj­niż­szy i naj­wię­cej ciemny, naj­dal­szy nieba, co wszystko ota­cza25.

Ci, któ­rzy tam tra­fią, konają w zamar­z­nię­tym morzu łez pły­ną­cych z sze­ściu oczu trój­gło­wego Lucy­fera, zawo­dzą­cego bez końca, jak jakaś prze­ra­ża­jąca laleczka z serii Tiny Tears. A szlo­cha­jąc, prze­żuwa trzech naj­więk­szych zło­czyń­ców w dzie­jach: Marka Bru­tusa, który zdra­dził swo­jego przy­ja­ciela Juliu­sza Cezara, jego wspól­nika w zbrodni Gaju­sza Kasju­sza Lon­gi­nusa oraz Juda­sza, któ­remu przy­padł zaszczyt kona­nia w środ­ko­wej pasz­czy. Czy­ta­jąc powyż­sze, łatwo się domy­ślić, że Dante nie­spe­cjal­nie lubił zdraj­ców.

Podob­nie jak wszy­scy ci gene­alo­dzy ama­to­rzy z Face­bo­oka, twier­dzący, że są potom­kami "Anglo­sa­sów", Dante utrzy­my­wał, nie dys­po­nu­jąc prak­tycz­nie żad­nym dowo­dem, że wywo­dzi się od "sta­ro­żyt­nych Rzy­mian", wobec czego winą za upa­dek cesar­stwa, a także nie­szczę­ścia jego przod­ków i swoje wła­sne, obar­czał Bru­tusa i Gaju­sza. W jego cza­sach pół­nocne Wło­chy były mozaiką woju­ją­cych ze sobą państw-miast, podzie­lo­nych mię­dzy popie­ra­ją­cych Święte Cesar­stwo Rzym­skie gibe­li­nów a opo­wia­da­ją­cych się po stro­nie papieża gwel­fów. Dante wal­czył po stro­nie tych dru­gich, dzięki czemu osta­tecz­nie wyszedł z kon­fliktu zwy­cię­sko. Jed­nak rewo­lu­cje zawsze poże­rają wła­sne dzieci i kiedy doszło do roz­łamu wśród gwel­fów, poeta musiał ucie­kać do Rzymu. "Czarni gwel­fo­wie" z Flo­ren­cji uznali go za zdrajcę, a sam Dante oskar­żył ich o apo­sta­zję. Wza­jemna wymiana oskar­żeń zna­la­zła swoje odbi­cie w jego wizji krę­gów pie­kiel­nych.

U Dan­tego Judasz jest posta­cią klu­czową, ponie­waż według autora zdra­dza­jąc Mesja­sza, naru­szył dosko­nały boski porzą­dek i tym samym pono­sił winę za wszyst­kie nie­szczę­ścia, które póź­niej nastą­piły, rów­nież za wła­sne cier­pie­nie. Jed­nak pisząc o tym, poeta dotknął innego, znacz­nie głęb­szego pro­blemu. Dante bowiem, podob­nie jak my wszy­scy, dosko­nale wie­dział, że za walką mię­dzy wyima­gi­no­wa­nym dobrem i postrze­ga­nym złem kryje się jesz­cze więk­sza wojna: mię­dzy zaufa­niem a zdradą.

Liczne bada­nia pro­wa­dzone na prze­strzeni ostat­nich pięć­dzie­się­ciu lat wyka­zały, że zaufa­nie jest, jak zapewne powie­działby każdy spe­cja­li­sta do spraw ser­co­wych, naj­waż­niej­szym ele­men­tem rela­cji mię­dzy­ludz­kich. To wła­śnie ono mówi nam, jak mamy postrze­gać swo­ich part­ne­rów, a także w jaki spo­sób oce­niać przy­jaźń. Zresztą wydaje się to oczy­wi­ste. W końcu potrzeba lojal­no­ści jest zako­do­wana w czło­wieku od czasu ludów koczow­ni­czych, wśród któ­rych wza­jemne zaufa­nie było warun­kiem prze­trwa­nia.

Nie­uf­ność nie jest tylko prze­ci­wień­stwem zaufa­nia, lecz jego naj­gor­szym wro­giem. Każdy, kto doświad­czył zdrady, wie, że raz stra­co­nego zaufa­nia prak­tycz­nie nie spo­sób odzy­skać. Z kul­tu­ro­wego punktu widze­nia Judasz jest kimś wię­cej niż zdrajcą Jezusa. Stał się apo­te­ozą naszych naj­gor­szych i naj­bar­dziej pier­wot­nych lęków.

Nie wszy­scy jed­nak postrze­gali go wyłącz­nie w złym świe­tle. Chrze­ści­jań­scy gno­stycy z I i II wieku naszej ery - któ­rych nazwa ozna­cza "prawdę" - twier­dzili, że świat został stwo­rzony przez niż­sze bóstwo, odmienne od Boga zna­nego z Pisma, i wystę­po­wali w obro­nie Juda­sza. Z kolei według Ewan­ge­lii Juda­sza, manu­skryptu odna­le­zio­nego w Egip­cie w latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku, był on naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem i pomoc­ni­kiem Chry­stusa. W kul­tu­rze popu­lar­nej jego stronę wzięli rów­nież Tim Rice oraz Andrew Lloyd-Web­ber. W ich musi­calu zaty­tu­ło­wa­nym Jesus Christ Super­star Iska­riota jest jedną z naj­bar­dziej enig­ma­tycz­nych postaci, indy­wi­du­ali­stą, który stara się prze­mó­wić roz­sąd­kiem do wła­dzy.

U Rice'a i Web­bera Judasz, podob­nie jak Sza­tan w Raju utra­co­nym, jest racjo­na­li­stą, któ­rego zdrada otwiera drogę do wiel­kiej zmiany. Bez niego nie byłoby sądu, egze­ku­cji, zmar­twych­wsta­nia i tym samym - chrze­ści­jań­stwa. Chrze­ści­jań­scy teo­lo­go­wie przez wiele lat celowo igno­ro­wali ten fakt i zamiast tego wyko­rzy­sty­wali postać Juda­sza jako uspra­wie­dli­wie­nie dla prze­śla­do­wań, dehu­ma­ni­za­cji i mor­do­wa­nia Żydów.

Począw­szy od XI wieku w lite­ra­tu­rze i sztuce Judasz jest ucie­le­śnie­niem per­fi­dii i sumą naj­gor­szych rasi­stow­skich ste­reo­ty­pów okre­śla­nych mia­nem "żydo­stwa", a więc czło­wie­kiem zakła­ma­nym, nie­wia­ry­god­nym, pod­stęp­nym, chci­wym, łasym na cudze i zdra­dli­wym. Taki obraz Żydów znacz­nie przy­czy­nił się do prze­śla­do­wań i obwi­nia­nia całego narodu za zło tego świata. Lecz nawet wtedy Judasz wyróż­niał się na tle swo­jego ludu. Rolę kozła ofiar­nego gra bowiem albo wytwór zbio­ro­wej wyobraźni, na przy­kład Sza­tan, albo nie­winna osoba lub naród - John Perry lub Żydzi. Zdrajca jest zlep­kiem naszych naj­gor­szych kosz­ma­rów z tej pro­stej przy­czyny, że wywo­dzi się on spo­śród nas.

Przy­wódcy i auto­kraci od dawien dawna wyko­rzy­stują do wła­snych celów praw­dziwe zagro­że­nie, jakie zdrada sta­nowi dla jed­no­ści grupy. Przez wiele stu­leci przy­kład Juda­sza słu­żył jako uspra­wie­dli­wie­nie dla tłu­mie­nia wszel­kich bun­tów. W Anglii przez ponad osiem­set lat zdradę uwa­żano za naj­bar­dziej odra­ża­jącą zbrod­nię i nawet samo "wyobra­ża­nie" sobie, że cokol­wiek złego spo­tyka monar­chę, wystar­czyło, by zostać ska­za­nym na śmierć przez powie­sze­nie, wypa­tro­sze­nie i poćwiar­to­wa­nie26.

Pierw­szym ary­sto­kratą ska­za­nym na tę karę był Dafydd ap Gruf­fydd, ostatni praw­dziwy książę Walii. W 1283 król Edward I zwany Dłu­go­no­gim ska­zał go na śmierć za zdradę stanu. Tam­tego roku król pod­bił Walię, bru­tal­nie stłu­mił wszyst­kie bunty i dla przy­kładu wybrał dla swo­jego więź­nia naj­strasz­niej­szą moż­liwą karę.

Gruf­fydd nie był żad­nym zdrajcą, wręcz prze­ciw­nie. Wal­czył o nie­pod­le­głość swo­jego narodu. Jed­nak prawda nie robiła na Dłu­go­no­gim naj­mniej­szego wra­że­nia. Trze­ciego paź­dzier­nika Dafydd ap Gruf­fydd został prze­cią­gnięty końmi przez Shrews­bury i powie­szony. Następ­nie kaci wypa­tro­szyli jego ciało, deka­pi­to­wali go i poćwiar­to­wali. Jego głowę wie­ziono przez całą Anglię aż na Lon­don Bridge w sto­licy i tam bez­ce­re­mo­nial­nie nabito na pal.

Tę odra­ża­jącą metodę egze­ku­cji sto­so­wano przez kolejne dekady, a z wej­ściem w życie w 1351 roku ustawy o zdra­dzie stanu (Tre­ason Act) stała się ona stan­dar­dową karą za zdradę. W taki sam spo­sób stra­cono rów­nież wspól­ni­ków Guya Faw­kesa, a i on podzie­liłby ich los, gdyby nie oszu­kał sys­temu i nie zła­mał sobie karku przy pró­bie ucieczki z szu­bie­nicy. Po restau­ra­cji w 1660 roku na śmierć przez powie­sze­nie, wypa­tro­sze­nie i poćwiar­to­wa­nie ska­zano rów­nież dzie­wię­ciu z dzie­się­ciu męż­czyzn oskar­żo­nych o kró­lo­bój­stwo. Ostat­nią osobą publicz­nie stra­coną w ten spo­sób był David Tyrie, urzęd­nik biura mary­narki wojen­nej w Por­ts­mouth, ska­zany za pro­wa­dze­nie kore­spon­den­cji z Fran­cją. Wyrok wyko­nano 24 sierp­nia 1784 roku. Tam­tego dnia na South­sea Com­mon zebrał się tłum stu tysięcy ludzi. Prze­bieg egze­ku­cji w nastę­pu­jący spo­sób opi­sał kro­ni­karz Hamp­shire27:

Powie­szone ciało zdjęto po dokład­nie dwu­dzie­stu dwóch minu­tach i uło­żono na włóce... głowę odcięto, serce wycięto i spa­lono, ucięto geni­ta­lia, zwłoki poćwiar­to­wano. Następ­nie szczątki zostały umiesz­czone w trum­nie i spa­lone pośród kamieni na brzegu morza; lecz jak tylko ofi­cjele się odda­lili, mary­na­rze wydo­byli trumnę, wyjęli ciało i pocięli na tysiąc kawał­ków, by każdy mógł zabrać po jed­nym i pochwa­lić się nim swoim towa­rzy­szom na służ­bie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dawny zwy­czaj cha­rak­te­ry­styczny dla naj­uboż­szych człon­ków spo­łecz­no­ści wiej­skich, pole­ga­jący na zbie­ra­niu pozo­sta­ło­ści po żni­wach na potrzeby gospo­dar­stwa domo­wego (ang. leesing - przyp. tłum.). [wróć]

Cho­dzi naj­praw­do­po­dob­niej o grze­byk na wszy, bar­dzo powszechny w pury­tań­skiej Anglii. Przed nadej­ściem pro­duk­cji maso­wej i pla­stiku był to nie­zwy­kle kosz­towny przed­miot, wyko­nany ze sko­rupy żół­wia lub kości. [wróć]

Dawny sys­tem pod­no­sze­nia alarmu poprzez krzyki i bicie w dzwony (ang. hue and cry - przyp. tłum.). [wróć]

Kil­ka­set metrów. [wróć]

Nie­zwy­kle wcią­ga­jący opis sprawy Camp­den Won­der autor­stwa Andrew Lang zna­lazł się w jego zbio­rze z 1904 roku zaty­tu­ło­wa­nym Histo­ri­cal Myste­ries. [wróć]

T. Over­bury, The Camp­den Won­der, 1676. [wróć]

Tamże, s. 13. [wróć]

Cho­dzi o May Day, czyli obcho­dzone 1 maja święto powi­ta­nia wio­sny. Bry­tyj­skie zwy­czaje zwią­zane z tym dniem wywo­dzą się z róż­nych tra­dy­cji, mię­dzy innymi rzym­skiego święta Flo­ra­lii oraz cel­tyc­kiego Bel­tane, i wiążą się z cele­bro­wa­niem odro­dze­nia przy­rody, kwit­nie­nia oraz uro­dzaju (przyp. red.). [wróć]

Reguła habeas cor­pus - czyli "okaż­cie nam ciało" - została ujęta w Wiel­kiej Kar­cie Swo­bód (art. 39) w 1215 roku. Jed­nak dopiero w 1679 roku, dzie­więt­na­ście lat po opi­sy­wa­nych wyda­rze­niach, usank­cjo­no­wano ją praw­nie. [wróć]

Zapi­ski lorda Mau­ghama zob. G. Clark, The Camp­den Won­der, 1958. [wróć]

T. Over­bury, The Camp­den Won­der, dz. cyt., s. 16. [wróć]

J. Wil­son, Mr Har­ri­son is Mis­sing, Camp­den and District Histo­ri­cal and Archa­eolo­gi­cal Society, s. 17. [wróć]

W XVII wieku, w kon­tek­ście ary­sto­te­le­sow­skim, fizyka obej­mo­wała naturę, przed­mioty ści­słe, a nawet filo­zo­fię. W kome­dii Moliera Miesz­cza­nin szlach­ci­cem (1667) pan Jour­dain pyta swo­jego nauczy­ciela filo­zo­fii, czym jest fizyka, i otrzy­muje nastę­pu­jącą odpo­wiedź: "[To nauka], która obja­śnia zasady natu­ral­nych zja­wisk i wła­ści­wo­ści ciał, poucza o przy­ro­dzie żywio­łów, metali, mine­ra­łów, kamieni, roślin i zwie­rząt, wska­zuje na przy­czyny wsze­la­kich mete­orów, tęczy, błęd­nych ogni­ków, komet, bły­ska­wic, grzmo­tów, pio­ru­nów, desz­czu, śniegu, gradu, wia­tru i wirów powietrz­nych" [tłum. Tade­usz Boy-Żeleń­ski]. [wróć]

T. Over­bury, The Camp­den Won­der, dz. cyt., s. 19. [wróć]

[b.a], Truth Bro­ught to Light: Bro­ad­side Bal­lad, Bodle­ian Col­lec­tion. [wróć]

Hebraj­skie słowo użyte w Księ­dze Wyj­ścia to mekha­she­pha, które można prze­tłu­ma­czyć jako "mistyczne mam­ro­ta­nia" lub "zbie­raczki ziół"; jego celowe prze­ina­cze­nie miało świad­czyć o przy­zwo­le­niu Boga na zabi­ja­nie kobiet. [wróć]

Cyt. za: A. Lang, Histo­ri­cal Myste­ries, 1904. [wróć]

Mil­le­na­ryzm - wiara w nadej­ście tysiąc­let­niego pano­wa­nia Kró­le­stwa Bożego po powtór­nym przyj­ściu Chry­stusa. [wróć]

Tłu­ma­cze­nie za Biblią War­szaw­ską (przyp. tłum.). [wróć]

Heinz Hitler wyrósł na zatwar­dzia­łego nazi­stę. Zgi­nął w 1942 roku tor­tu­ro­wany w sowiec­kim obo­zie jeniec­kim. [wróć]

" Why I hate my uncle, "Look", 4 lipca 1939. [wróć]

Nie­prze­tłu­ma­czalna gra słów. W języku angiel­skim "Willy" jest zarówno zdrob­nie­niem imie­nia Wil­liam, jak i potocz­nym, żar­to­bli­wym okre­śle­niem penisa - odpo­wied­nik pol­skiego "Wacka" (przyp. tłum.). [wróć]

Wywiad z Mika­lem Gil­mo­rem, "Rol­ling Stone", 27 wrze­śnia 2012. [wróć]

Biblia Tysiąc­le­cia, Ewan­ge­lia wg św. Jana 12,6. [wróć]

Frag­ment Boskiej kome­dii Dan­tego w tłu­ma­cze­niu Juliana Kor­saka (przyp. tłum.). [wróć]

Kobiety palono na sto­sie, a od 1790 roku wie­szano. [wróć]

Hamp­shire Chro­nicle, Win­che­ster, 31 sierp­nia 1782. [wróć]