Czarne owce. Opowieść o kobietach wiernych sobie - Natasza Socha

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Czer­wiec, rok 1884

Roz­wód spra­wił, że sta­łam się czarną owcą w mo­jej ro­dzi­nie. Py­ta­nie brzmi: czy kie­dy­kol­wiek będę mo­gła stać się biała? Czu­łam i sły­sza­łam wiatr wie­jący przez dziurę w moim we­lo­nie. Zgo­dzi­łam się na ślub, po­nie­waż Sta­ni­sław był wy­jąt­kowo przy­stojny, wy­soki i do­brze ubrany. Po­do­bał mi się. By­łam za­ko­chana i w gło­wie ukła­da­łam so­bie sceny z mo­jego przy­szłego szczę­śli­wego ży­cia.

Spę­dzi­łam cztery lata w tym mał­żeń­stwie, z każ­dym ko­lej­nym dniem tra­cąc na­dzieję, że od­najdę w nim to, o czym za­wsze ma­rzy­łam. Pa­trząc wstecz, wi­dzę, że ży­łam w klatce i po­woli roz­pa­da­łam się na co­raz mniej­sze ka­wałki. Przy­lgnęła więc do mnie ety­kieta czar­nej owcy. Ale czy na­prawdę je­stem winna?

Emi­lia Gra­now­ska miała dzie­więt­na­ście lat i z wy­pie­kami na twa­rzy cze­kała na dzień, kiedy zo­sta­nie żoną. Wszystko prze­bie­gało zgod­nie z tra­dy­cją. Za­częło się od wio­sen­nego balu, który od­był się w Sali Alek­san­drow­skiej w Ra­tu­szu i był jak zwy­kle długo wy­cze­ki­wa­nym wy­da­rze­niem. Do War­szawy zje­chały zna­ko­mite rody. Pa­nie pre­zen­to­wały się w naj­now­szych kre­acjach, a pa­no­wie w ele­ganc­kich fra­kach i smo­kin­gach. Bal miał się roz­po­cząć po­lo­ne­zem, w pla­nach były także ka­dryl, walc, ko­ty­lion i obo­wiąz­kowo po­lka. Ma­zura na­to­miast tań­czono nad ra­nem.

Nic dziw­nego, że Emi­lia była pod­eks­cy­to­wana. Na wi­dok sali ba­lo­wej roz­świe­tlo­nej bla­skiem świec i krysz­ta­ło­wych ży­ran­doli aż kla­snęła w dło­nie. Dźwięki mu­zyki wy­peł­niły po­wie­trze, a pary za­wi­ro­wały w rytm walca. Po par­kie­cie su­nęły ko­biety w suk­niach z je­dwa­biu i ta­fty w pa­ste­lo­wych od­cie­niach, a męż­czyźni z dumą pre­zen­to­wali swoje lśniące mo­no­kle i bujne wąsy. Na dło­niach dam błysz­czały klej­noty - dia­menty, perły i szma­ragdy, a kre­acje bo­gato zdo­bione ko­ron­kami, fal­ban­kami i ha­ftami pod­kre­ślały smu­kłe fi­gury. At­mos­ferę do­dat­kowo pod­sy­cały dys­kretne szepty i ukrad­kowe spoj­rze­nia. Pa­no­wie ubie­gali się o względy dam, one zaś nie­win­nie ich ko­kie­to­wały.

Sta­ni­sław Ol­szań­ski zmru­żył piwne oczy i bacz­nie przy­glą­dał się Emi­lii. Nie mi­nęło dużo czasu, kiedy przed­sta­wił się jej i jej ro­dzi­nie, a na­stęp­nie po­pro­sił ro­dzi­ców dziew­czyny o zgodę na zło­że­nie wi­zyty w nie­dzielne po­po­łu­dnie. Emi­lia od razu wpa­dła mu w oko. On jej rów­nież, co zresztą szybko za­uwa­żył.

Sta­ni­sław Ol­szań­ski był nie­ziem­sko przy­stojny. Miał gę­ste kasz­ta­nowe włosy, był po­stawny i cza­ro­wał uśmie­chem. Na balu wszyst­kie panny spo­glą­dały na niego z za­chwy­tem, ale kiedy za­wie­sił na dłu­żej wzrok na Emi­lii, zro­zu­miały, że do­ko­nał już wy­boru. Ona sama po­czuła się wtedy wy­jąt­kowo. Co prawda zda­wała so­bie sprawę, że wy­róż­nia się na tle in­nych dziew­cząt, a jed­nak była dumna, że to wła­śnie ją młody Ol­szań­ski wy­ło­wił z tłumu. Emi­lia była smu­kła, dość wy­soka i miała włosy się­ga­jące pasa. Do tego zie­lone oczy, szczu­płą ta­lię i je­dwa­bi­ście gładką cerę. Mie­szanka do­prawdy ary­sto­kra­tyczna. Kiedy zo­ba­czyła Sta­ni­sława po raz pierw­szy, od razu po­my­ślała, że ide­al­nie do sie­bie pa­sują. W końcu piękne rze­czy się przy­cią­gają, po­dob­nie musi być z pięk­nymi ludźmi.

Ro­dzina Emi­lii prze­pro­wa­dziła dys­kretny wy­wiad na te­mat Sta­ni­sława, aby zo­rien­to­wać się co do jego ko­li­ga­cji, stanu po­sia­da­nia i cha­rak­teru. Oni sami mieli roz­le­głe ma­jątki ziem­skie pod War­szawą. Zaj­mo­wali się nimi wpraw­dzie wy­na­jęci do tego lu­dzie, lecz oj­ciec Emi­lii, Hen­ryk Gra­now­ski, trzy­mał nad wszyst­kim pie­czę. Nad­zo­ro­wał fi­nanse, per­so­nel i pro­duk­cję rolną, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że dzięki temu nikt go nie oszuka ani nie osku­bie. Więk­szość czasu spę­dzał za­tem poza do­mem, w któ­rym rzą­dziła matka dziew­czyny, pani Zo­fia. Było więc oczy­wi­ste, że oboje chcieli wy­dać córkę za czło­wieka god­nego ich po­zy­cji.

Sta­ni­sław nada­wał się ide­al­nie. Był sy­nem wła­ści­ciela banku, wraz z ro­dziną miesz­kał w ka­mie­nicy Fu­kie­rów i po­dobno był spo­krew­niony (choć w dal­szej li­nii) z ro­dem Bra­nic­kich. Dla­tego też do­stał ze­zwo­le­nie na częst­sze wi­zyty w domu Gra­now­skich, po­cząt­kowo raz w ty­go­dniu póź­nym po­po­łu­dniem, a z cza­sem na­wet trzy razy. Za­zwy­czaj spa­ce­ro­wali wtedy z Emi­lią po ogro­dzie i roz­ma­wiali na różne te­maty, cho­ciaż gdyby pró­bo­wała so­bie przy­po­mnieć, o czym do­kład­nie, to pew­nie mia­łaby z tym trud­ność. Cały czas my­ślała tylko o tym, jak cu­dow­nie by­łoby w końcu zo­stać żoną i żyć u boku tak nie­zwy­kłego męż­czy­zny.

Po kilku ty­go­dniach Sta­ni­sław wy­raź­nie dał do zro­zu­mie­nia ojcu Emi­lii, że jest nią bar­dzo po­waż­nie za­in­te­re­so­wany, za­py­tał także, czy ma szanse na to, by panna Gra­now­ska zo­stała jego mał­żonką. Jed­no­cze­śnie dys­kret­nie zo­rien­to­wał się, jak wy­gląda sprawa po­sagu. O to nie mu­siał się jed­nak mar­twić. Ma­ją­tek Gra­now­skich był cał­kiem po­kaźny, a za­tem ich córka była na­prawdę do­brą par­tią. I to pod każ­dym wzglę­dem. Za­wsze do­sko­nale ubrana, dys­tyn­go­wana, po­tra­fiła grać na for­te­pia­nie, śpie­wać, ha­fto­wać i dys­ku­to­wać po fran­cu­sku. Sta­ni­sław cały czas ją za­tem ad­o­ro­wał i ro­bił wszystko, by zo­stała jego żoną.

- Emi­lio, naj­droż­sza. Jest pani jak naj­pięk­niej­sza róża w ogro­dzie mi­ło­ści - mó­wił na przy­kład, a ona na­tych­miast się czer­wie­niła.

Te oświad­czyny pra­wie so­bie wy­mo­dliła pod­czas so­bot­niego po­po­łu­dnia, la­tem 1880 roku. Sta­ni­sław przy­szedł wtedy (po raz pierw­szy chyba) bez za­po­wie­dzi i ucie­szył się, kiedy spo­tkał Emi­lię w ogro­dzie samą, bez asy­sty młod­szej sio­stry, która za­zwy­czaj jej to­wa­rzy­szyła.

- Mu­szę to w końcu z sie­bie wy­rzu­cić, bo dłu­żej nie wy­trzy­mam. Ale chcia­łem za­py­tać naj­pierw pannę Emi­lię, czy jest mi wza­jemna, cho­ciaż mam ci­chą na­dzieję, że od­po­wiedź może być tylko jedna.

Emi­lia się za­ru­mie­niła, a na­stęp­nie nie­śmiało ski­nęła głową. Nie chciała po­ka­zać, jak bar­dzo się cie­szy, jak ma­rzy o tym, by za­ło­żyć białą suk­nię, długi we­lon i zo­stać żoną Sta­ni­sława. Oczy­wi­ście tra­dy­cji mu­siało stać się za­dość, dla­tego Sta­ni­sław jesz­cze tego sa­mego wie­czoru po­pro­sił o rękę dziew­czyny jej ro­dzi­ców, a na­stęp­nie ją samą ofi­cjal­nie za­wo­łano do sa­lonu i za­py­tano, czy ży­czy so­bie, aby Ol­szań­ski zo­stał jej mę­żem.

Emi­lia wie­działa, że w ta­kiej sy­tu­acji prosi się o czas do na­my­słu i na na­radę z matką, ale po­sta­no­wiła nie przej­mo­wać się kon­we­nan­sami.

- Tak - od­parła szybko, a po­tem sze­roko się uśmiech­nęła, cho­ciaż na­tych­miast z po­wro­tem ścią­gnęła usta, wi­dząc su­rową twarz ro­dzi­cielki.

No tak. Nie za­cho­wała się jak trzeba. Ale nie mo­gła ina­czej, prze­cież nie ma­rzyła o ni­czym in­nym.

- W tej sy­tu­acji mu­simy ogło­sić pu­blicz­nie za­rę­czyny, żeby wszy­scy mo­gli wspól­nie z nami cie­szyć się tą wie­ścią - oznaj­miła pani Gra­now­ska.

Emi­lia po­my­ślała, że matka pew­nie już się za­sta­na­wia, czy urzą­dzić tylko przy­ję­cie za­rę­czy­nowe, czy może bal. Ten drugi byłby zde­cy­do­wa­nie bar­dziej kosz­towny, ale dzięki niemu wszy­scy mó­wi­liby o za­rę­czy­nach, a to za­wsze do­daje ro­dzi­nie splen­doru. Dla Zo­fii Gra­now­skiej miało to wiel­kie zna­cze­nie.

Kiedy rok póź­niej Emi­lia wspo­mi­nała sie­bie z tam­tego okresu, nie mo­gła uwie­rzyć, że była tak za­śle­piona i na­iwna, żeby wie­rzyć we wszystko, co mówi Sta­ni­sław, i słu­chać matki, która ra­dziła, by za­wsze zga­dzać się ze swoim mę­żem. Nie mo­gła uwie­rzyć, że tak ła­two za­chły­snęła się rolą na­rze­czo­nej, za­rę­czy­no­wym ba­lem, piękną suk­nią, pier­ścion­kiem z osa­dzo­nym w zło­cie ru­bi­nem, a także wspólną se­sją na­rze­czeń­ską u fo­to­grafa, z któ­rej zdję­cia wy­ko­rzy­stano póź­niej do za­wia­do­mień o za­rę­czy­nach.

Dziś przy­po­mniała so­bie dzień, kiedy pod­czas wi­zyty u fo­to­grafa Sta­ni­sław chwy­cił ją za ręce i spoj­rzał jej głę­boko w oczy, tak że po­czuła dresz­cze na ca­łym ciele. Do­tyk nie był przy­jemny, bo Sta­ni­sław miał spo­cone dło­nie, ale wtedy Emi­lia nie zwró­ciła na to więk­szej uwagi. Za­chwy­cała się tym, że stoi tak bli­sko, że czuje jego za­pach, może pa­trzeć w te piwne oczy. W tym wszyst­kim była taka masa eg­zal­ta­cji i na­iw­no­ści, że na samo wspo­mnie­nie krę­ciła z nie­do­wie­rza­niem głową.

- Będę cię no­sił na rę­kach. I ko­chał do końca ży­cia - de­kla­ro­wał Ol­szań­ski, a ona top­niała jak lód w słońcu.

Na ko­lej­nym balu, który od­był się w czerwcu w Bri­stolu, Sta­ni­sław nie­mal bez prze­rwy ją ad­o­ro­wał, a Emi­lia była tak dumna, że pa­trzyła na wszyst­kich z góry, cie­sząc się, że jest kró­lową wie­czoru. I że po­zo­stałe panny za­zdrosz­czą jej ta­kiego amanta. Wie­działa od matki i star­szych przy­ja­ció­łek, że przy­ję­cia są po to, by cał­ko­wi­cie ocza­ro­wać kan­dy­data na męża. Emi­lii udało się to do­sko­nale. Miała na so­bie śnież­no­białą suk­nię mocno ści­śniętą w ta­lii. Le­dwo mo­gła od­dy­chać, ale zu­peł­nie się tym nie przej­mo­wała. Do de­koltu przy­cze­piła bu­kie­cik de­li­kat­nych bia­łych kwiat­ków, które wcze­śniej do­stała od Sta­ni­sława. Swoje dłu­gie włosy po­le­ciła upiąć w kok i wy­pu­ścić po bo­kach kilka zło­tych pu­kli. Za­ło­żyła też na­szyj­nik z pe­reł i pe­reł­kowe kol­czyki, a twarz przy­pu­dro­wała na biało, żeby wy­da­wała się ala­ba­strowa. Wszy­scy pa­trzyli na nią z za­chwy­tem, a Sta­ni­sław szep­nął jej do ucha, że nie mógł le­piej tra­fić.

- Je­steś moją damą. Do końca mo­ich dni.

Lecz po­tem wy­da­rzyło się coś dziw­nego. Emi­lia zło­żyła to na karb za­zdro­ści i ludz­kiej za­wi­ści. W trak­cie po­win­szo­wań ze strony krew­nych i zna­jo­mych na­gle po­de­szła do niej ja­kaś dal­sza ku­zynka i chwy­ta­jąc ją za rękę, szep­nęła:

- Gra­tu­luję ci, ko­cha­nie. Ale na Sta­sia ra­dzę uwa­żać, bo za­wie­szają na nim oko nie tylko ko­biety. - Za­chi­cho­tała.

Emi­lia spoj­rzała na nią ze zdu­mie­niem. Chciała za­py­tać, co do­kład­nie miała na my­śli, ale ku­zynka znik­nęła gdzieś w tłu­mie. Osta­tecz­nie mach­nęła ręką i po­sta­no­wiła sku­pić się na sa­mym balu, tań­cach i gra­tu­la­cjach.

Była szczę­śliwa.

Cały okres na­rze­czeń­stwa wspo­mi­nała jako naj­pięk­niej­szy w ży­ciu. Przede wszyst­kim Sta­ni­sław mógł ją od­wie­dzać co­dzien­nie i za­wsze przy­no­sił ja­kiś po­da­ru­nek. Cza­sami było to pu­dełko pra­li­nek, in­nym ra­zem kwiaty, owoce. Raz otrzy­mała per­fumy o za­pa­chu ja­śminu, a kiedy in­dziej kol­czyki. Czy w ta­kiej sy­tu­acji czło­wiek nie może za­tra­cić się w ra­do­ści, roz­anie­le­niu i po­etycz­nych my­ślach? Za­sta­na­wiała się tylko, dla­czego Sta­ni­sław ni­gdy nie pró­bo­wał jej po­ca­ło­wać, na­wet w tych rzad­kich mo­men­tach, kiedy byli sami. Nie­długo miał od­być się ich ślub i chyba nie mu­sieli z tym cze­kać aż do ce­re­mo­nii. Po­my­ślała na­wet, czy nie po­winna go ja­koś spro­wo­ko­wać, nie chciała wszakże wy­cho­dzić na zbyt śmiałą i pewną sie­bie. Nie tak ją wy­cho­wano. Ofi­cjal­nie wolno im było cho­dzić pod rękę, Sta­ni­sław mógł po­ca­ło­wać jej dłoń, ale prze­cież nie sta­łoby się nic złego, gdyby od­wa­żył się na coś wię­cej, zwłasz­cza wtedy, kiedy nie to­wa­rzy­szyła im żadna przy­zwo­itka. Emi­lia po­sta­no­wiła nie wy­chy­lać się ze swo­imi pra­gnie­niami. Co na­gle, to po dia­ble. Zresztą ślub zbli­żał się wiel­kimi kro­kami.

A jed­nak pew­nego wie­czoru coś ją pod­ku­siło... Kiedy spa­ce­ro­wali ra­zem po ogro­dzie i wsłu­chi­wali się w świer­got pta­ków, na­gle przy­su­nęła się do Sta­ni­sława znacz­nie bli­żej, niż po­winna, tak by mógł po­czuć jej go­rący od­dech na swo­jej szyi, a na­stęp­nie spoj­rzała mu pro­sto w oczy i de­li­kat­nie ob­li­zała usta. Do­szła do wnio­sku, że skoro są sami, a ona wy­raź­nie daje mu do zro­zu­mie­nia, że li­czy na coś wię­cej niż tylko po­ca­łu­nek w rękę, Sta­ni­sław chęt­nie sko­rzy­sta z oka­zji i wresz­cie bę­dzie mo­gła po­znać smak jego ust. Lecz on ze­sztyw­niał, spoj­rzał na nią dziw­nie, a po­tem od­su­nął się na od­le­głość wy­cią­gnię­tego ra­mie­nia.

- Do­brze się pani czuje? - za­py­tał, a ona się za­czer­wie­niła i zu­peł­nie nie wie­działa, jak wy­brnąć z tej idio­tycz­nej sy­tu­acji.

- Chyba za­krę­ciło mi się w gło­wie - uchwy­ciła się jego su­ge­stii, bo cóż in­nego mo­gła po­wie­dzieć.

- Od­pro­wa­dzę pa­nią za­tem do domu i za­lecę, aby po­dali pani coś na wzmoc­nie­nie.

Emi­lia spu­ściła głowę. Nie po­trze­bo­wała żad­nych soli trzeź­wią­cych, na­pa­rów ani ziół. Chciała je­dy­nie, żeby Sta­ni­sław ją po­ca­ło­wał. Na samą myśl o tym ro­biło jej się go­rąco. Nie­długo zo­sta­nie żoną, a wtedy tego typu rze­czy będą nie tylko do­zwo­lone, ale i ko­nieczne. Mimo to czuła się tro­chę zdez­o­rien­to­wana, że jej przy­szły mąż za­re­ago­wał w tak dziwny spo­sób. Prze­cież byli po sło­wie, nie mu­siał uda­wać świę­tego.

Na­stęp­nego dnia Sta­ni­sław prze­słał jej kosz z owo­cami oraz bi­le­cik z in­for­ma­cją, że po­jawi się do­piero za dwa dni, po­nie­waż do­pa­dło go drobne prze­zię­bie­nie. Emi­lia po­my­ślała, że ce­lowo za­czął jej uni­kać. Czyżby aż tak bar­dzo znie­chę­ciła go swoim wczo­raj­szym wy­sko­kiem? Nie wie­działa, czy po­winna coś od­pi­sać na ten li­ścik, czy za­cho­wać po­wścią­gliwe mil­cze­nie, a przy ko­lej­nym spo­tka­niu uda­wać, że nic się nie stało. Zresztą może nie­po­trzeb­nie się tym przej­mo­wała, może na­prawdę uwie­rzył w to, że za­sła­bła. Przez ko­lejne dwa dni sie­działa jed­nak jak na roz­ża­rzo­nych wę­glach, cały czas pod­ry­wa­jąc się na dźwięk ko­ła­ta­nia do drzwi czy prze­jeż­dża­ją­cej do­rożki.

W końcu, w piąt­kowe po­po­łu­dnie, Sta­ni­sław zja­wił się, przy­no­sząc ogromną bom­bo­nierkę z cu­kier­kami, a także me­da­lion za­wie­szony na srebr­nym łań­cuszku. Emi­lia ucie­szyła się w du­chu i ci­chym gło­sem po­dzię­ko­wała za pre­zenty. Do­szła do wnio­sku, że le­piej uda­wać skromną i nie­śmiałą, niż za szybko zdra­dzać się ze swoim go­rą­cym ser­cem. Na wszystko przyj­dzie czas.

- Wolę, gdy spusz­cza pani wzrok na wi­dok męż­czyzn, to jest bar­dzo wdzięczne - szep­nął jej do ucha, a ona od razu zro­zu­miała, do czego na­wią­zał. Naj­wy­raź­niej wy­brała złą drogę i po­sta­no­wiła, że drugi raz nie po­pełni tego sa­mego błędu.

Matka za­wsze jej po­wta­rzała, że ko­bieta musi stać kilka kro­ków za męż­czy­zną, do­słow­nie i w prze­no­śni. Nie wy­chy­lać się, nie od­zy­wać pierw­sza, nie pro­wo­ko­wać. Emi­lia nie do końca się z tym zga­dzała. Nie była głu­pia i wi­działa, że pani Zo­fia wcale nie na­leży do szczę­śli­wych ko­biet. Cho­dziła wy­pro­sto­wana jak struna, z za­sznu­ro­wa­nymi ustami i chmur­nym spoj­rze­niem. Kiedy pod­czas ro­dzin­nych spo­tkań przy stole pró­bo­wała coś po­wie­dzieć, jej mąż nie­mal za­wsze ją uci­szał, pod­no­sząc osten­ta­cyj­nie dłoń. To ozna­czało: "Już dość, prze­stań tyle mó­wić". Zo­fia Gra­now­ska mil­kła, ale go­łym okiem wi­dać było, że cierpi. Emi­lia pod­słu­chała kie­dyś jej roz­mowę z przy­ja­ciółką domu, Ele­onorą, któ­rej Zo­fia zwie­rzała się ze swo­ich zmar­twień. To wtedy oka­zało się, że matka Emi­lii pra­wie zo­stała starą panną i gdyby nie na­gła śmierć na­rze­czo­nej Hen­ryka Gra­now­skiego, kto wie, jak po­to­czy­łyby się jej losy. Po­dobno nie miała du­żego po­wo­dze­nia, a jej naj­więk­szym atu­tem na rynku ma­try­mo­nial­nym był ma­ją­tek ziem­ski ro­dzi­ców. Hen­ryk zaś po stra­cie uko­cha­nej po­sta­no­wił sku­pić się wy­łącz­nie na po­mna­ża­niu do­cho­dów, nie szu­ka­jąc już mi­ło­ści. Po­ślu­bił za­tem za na­mową ro­dzi­ców Zo­fię, a w za­sa­dzie jej po­sag, i po spło­dze­niu dwójki dzieci uznał, że wy­peł­nił wszyst­kie swoje obo­wiązki. Emi­lia do­sko­nale zda­wała so­bie sprawę, że w tym mał­żeń­stwie nie ma mi­ło­ści, i po­sta­no­wiła, że ona sama ni­gdy w ta­kiej sy­tu­acji się nie znaj­dzie. I że ze swoim mę­żem bę­dzie roz­ma­wiać o wszyst­kim.

Tak na­prawdę wo­la­łaby, żeby czas na­rze­czeń­stwa trwał jak naj­kró­cej, by wresz­cie mo­gła prze­stać uwa­żać na to, co mówi i robi. Te kon­we­nanse i for­mal­no­ści co­raz bar­dziej ją mę­czyły. Nie in­te­re­so­wał jej na­wet kon­trakt mał­żeń­ski. Do­sko­nale wie­działa, że nie ma żad­nych praw do dys­po­no­wa­nia po­sa­giem i że ca­łość i tak bę­dzie na­le­żała do Sta­ni­sława. Ale ja­kie to miało zna­cze­nie? Tak miało być i tyle. Jej matka rów­nież wnio­sła po­sag do związku, a ca­łym ma­jąt­kiem za­rzą­dzał oj­ciec. Na szczę­ście w końcu za­ła­twiono wszyst­kie sprawy for­malne i można było za­cząć kom­ple­to­wać wy­prawę dla panny mło­dej.

- Je­stem taka dumna, że pan Ol­szań­ski wy­brał wła­śnie cie­bie. - Zo­fia Gra­now­ska pie­czo­ło­wi­cie ukła­dała na stole rze­czy dla córki, spraw­dza­jąc, czy wszystko jest nowe, czy­ste i od­po­wied­niej ja­ko­ści.

Emi­lia otrzy­mała po­ściele, ob­rusy w róż­nych roz­mia­rach, ser­wetki, ręcz­niki, chu­s­teczki do nosa, za­stawę sto­łową, a także gar­de­robę, która mo­gła jej spo­koj­nie wy­star­czyć na naj­bliż­sze lata. Do­stała kilka ko­stiu­mów, cztery suk­nie wie­czo­rowe, dwa ele­ganc­kie po­ran­niki, fu­tro, kilka mu­fek oraz ka­pe­lu­szy, a także bie­li­znę oso­bi­stą - poń­czo­chy, pan­ta­lony, chu­s­teczki i ko­ronki. Matka po­da­ro­wała jej rów­nież ro­dzinne klej­noty, czym Emi­lia była za­chwy­cona. Cu­dow­nie było gro­ma­dzić to wszystko, do­ty­kać tych ele­ganc­kich rze­czy, a na­wet po­chwa­lić się nimi przed przy­ja­ciół­kami.

Wraz z matką zor­ga­ni­zo­wały za­tem tro­us­seau tea, tra­dy­cyjne przed­ślubne przy­ję­cie, na któ­rym Emi­lia z praw­dziwą przy­jem­no­ścią po­ka­zy­wała swoje skarby. W so­bot­nie przed­po­łu­dnie do oka­za­łej willi za­wi­tały dziew­częta z do­brych do­mów, zna­jome Emi­lii, któ­rych ro­dzice byli za­przy­jaź­nieni z Gra­now­skimi. Przy­je­chały Eliza, Ma­ria i Anna, naj­ser­decz­niej­sza przy­ja­ciółka Emi­lii, uro­cza bru­netka o nie­bie­skich oczach.

- Za­po­mnia­łam już, że u was jest tak pięk­nie! - za­wo­łała te­raz, wy­sia­da­jąc z po­wozu.

Miała ra­cję. Dom ma­je­sta­tycz­nie wzno­sił się po­śród buj­nej zie­leni ogrodu. Ele­wa­cję zdo­biły sy­me­trycz­nie roz­miesz­czone okna i pi­la­stry, a fron­ton wień­czył trój­kątny szczyt z her­bem Gra­now­skich. Przed wej­ściem usta­wiono ogromne ko­sze z kwia­tami - był to po­mysł Emi­lii, ła­ska­wie za­ak­cep­to­wany przez pa­nią Zo­fię. Przy­ję­cie roz­po­częło się od her­batki i słod­kich prze­ką­sek, a na­stęp­nie Emi­lia roz­pa­ko­wała pre­zenty od przy­ja­ció­łek i po­ka­zała im swoją wy­prawkę.

- Oj, nie wiem, czy Sta­ni­sław Ol­szań­ski lubi ta­kie fa­ta­łaszki - ro­ze­śmiała się Eliza, do­ty­ka­jąc ko­ron­ko­wych pan­ta­lo­nów.

- Co masz na my­śli? - zdzi­wiła się Emi­lia.

Dziew­czyna wzru­szyła ra­mio­nami.

- Po­dobno jest nie­czuły na ko­ronki i poń­czo­chy, ale może to tylko plotki.

- Tyle że plotki nie biorą się zni­kąd - do­rzu­ciła Ma­ria.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki