Pod płaszczem biskupów
21 kwietnia 2012
Dzisiaj w Warszawie miał miejsce historyczny marsz w obronie Telewizji Trwam. W ostatnich miesiącach ubiegłego i pierwszych tego roku Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przydzielała stacjom telewizyjnym miejsce na multipleksie. Usilne starania o taką koncesję podjęła też Telewizja Trwam. Tymczasem nadawca - Fundacja Lux Veritatis - nie dopełnił podstawowych warunków i nie przedstawił zasadniczych dokumentów, na podstawie których można by postulowaną koncesję przyznać; tak twierdzi KRRiT. Po kilkumiesięcznej przepychance 16 stycznia Krajowa Rada odmówiła tej telewizji miejsca na multipleksie.
Tego samego dnia ukazał się zadziwiający dokument, który uruchomił lawinę pomówień i protestów, a zarazem moralnie je uprawomocnił. Oto Rada Stała Konferencji Episkopatu Polski wydała oświadczenie, w którym "stanowczo apeluje o zmianę stanowiska KRRiT w trwającym procesie koncesyjnym i przyznanie Telewizji Trwam miejsca na cyfrowym multipleksie. Wykluczenie stacji o charakterze religijnym w procesie koncesyjnym narusza zasadę pluralizmu oraz równości wobec prawa".
Po tym oświadczeniu biskupów "zagotowało się". Dokumentem tym dali zielone światło działaniom, które w naszym polskim piekiełku swarów i oskarżeń wzmacniają podziały między ludźmi i uderzają w jedność Kościoła. Zaczęło się zbieranie podpisów pod świątyniami, posypały się też gwałtowne wypowiedzi potępiające KRRiT. Ordynariusz włocławski nakazał nawet swoim proboszczom organizowanie akcji w obronie Telewizji Trwam.
Zapytałem szefa KRRiT Jana Dworaka, którego znam od 35 lat, czy przed opublikowaniem oświadczenia w omawianej sprawie biskupi zwrócili się do Krajowej Rady z prośbą o wyjaśnienie i uzasadnienie podjętej decyzji. Nie było takiej prośby. Dworak powiedział mi: "Urzędnik państwowy musi wypełniać swoje zadanie uczciwie i praworządnie, nie może ulegać ani układom towarzyskim, ani naciskom politycznym, ani jakimkolwiek i skądkolwiek płynącym zmasowanym atakom".
A oto przebieg tego historycznego marszu - pojechałem specjalnie do Warszawy, aby rzetelnie go zreferować. Plac Trzech Krzyży, rozpoczyna się msza święta. Pierwsze zaskoczenie to główny celebrans: bp drohiczyński Antoni Dydycz sprawuje Eucharystię w stolicy i usposabia tysiące rodaków do patriotycznej manifestacji. Nie twierdzi wprost, ale poucza w formie pytań retorycznych, że decyzja KRRiT wynika z "pogardy człowieka" oraz "nienawiści do prawdy i wrogości do naszego narodu". Biskup ujawnia, że mamy dzisiaj do czynienia z wielkim atakiem szatana na Polskę - w nawiązaniu do Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa mówi, że szatański zwierzchnik Woland przemierza już naszą ojczyznę ze swoim kotem Behemotem (także o rysach szatańskich). A potem biskup chwali zgromadzonych na Placu Trzech Krzyży; zapewnia, że chociaż to modlitewne i spokojne spotkanie spotyka się z pogardą, to jednak przyczynia się do rozwoju ojczyzny. Ci, którzy wychodzą z protestem na ulice, są dojrzali i odpowiedzialni.
Dostrzegam w pobliżu ołtarza jakieś obrzydliwe hasła uwłaczające rządowi. W pierwszych szeregach siedzą politycy Prawa i Sprawiedliwości oraz Solidarnej Polski. Wszyscy, którzy chcą się liczyć w politycznych rozgrywkach, siedzą tutaj, "przejęci niegodziwością, jaka spotkała Telewizję Trwam". Nie mogę komentować ich zachowania.
Kończy się msza. Następuje odczytanie oświadczenia Rady Stałej Episkopatu ze stycznia, a potem słuchamy przemówienia o. Tadeusza Rydzyka, który przebywa w Chicago. "Wierni Chrystusowi są prześladowani - mówi - ale z pomocą Matki Najświętszej zwyciężymy!".
Wyrusza pochód. Na czele krzyż, a w zasadzie wiele krzyży, bo jest to marsz katolicki. Proroczo brzmi śpiew wykonywany przez solistę: "Biały orzeł znów skrępowany, krwawy łańcuch zwisa u szpon, ale wkrótce zostanie zerwany, bo wolności wybija dzwon". Widać ogromną liczbę biało-czerwonych flag, sporo transparentów. Czytam na nich: "Wilcze zęby, smocza łuska, to prawdziwy obraz Tuska"; "Namiestnicy kondominium, zaprzańcy i pożyteczni idioci WON RAUS"; "Platforma przestępców, zdrajców do dymisji"; "PRZETRWAM pogańskich Dworaków".
Głównymi mówcami na tym katolickim marszu są dwaj przywódcy opozycji politycznej. W ich głosie wyczuwa się "bezinteresowne" zatroskanie o Telewizję Trwam i o polski Kościół. Zgromadzeni to doceniają i nagradzają - zwłaszcza jednego przywódcę - burzliwymi oklaskami. Patrzę na to ze ściśniętym sercem. Jak można tolerować taką manipulację Ewangelią? Jednakże najbardziej charakterystyczne i najtreściwsze okazało się przemówienie przewodniczącej Stowarzyszenia Solidarni 2010, pani Ewy Stankiewicz. "Ujawniła" ona, że polski premier to zdrajca, i powiedziała: "Branicki, Rzewuski, Potocki mogliby się uczyć od pana technik zdrady własnego narodu". Był to chyba strzał w dziesiątkę, bo zgromadzeni długo i wielokrotnie skandowali: "Zdrajca!". Po scharakteryzowaniu premiera pani Ewa zajęła się z kolei odkrywaniem prawdziwego oblicza prezydenta. Jej zdaniem nie tylko jest on półanalfabetą, ale również jego działania zagrażają suwerenności Polski. Ten prezydent z góry żyrował wersję wydarzeń z 10 kwietnia autorstwa Putina. Trzeba poważnie brać pod uwagę, że był to zamach. Nie sposób wykluczyć tego, że Rosjanie mogli dobijać rannych. Rosja zaciera ślady na oczach prezydenta, a ten zdaje się tego nie widzieć. Czy na najwyższych szczeblach władzy w Polsce nie służy się obcym interesom, jak już w historii bywało? Wszystkie te rewelacje pani Stankiewicz zgromadzeni przyjmowali z entuzjazmem.
Ktoś mi powiedział: "Nie warto zajmować się takimi ekscesami, to margines". Nie zajmowałbym się, gdyby to wszystko nie dokonywało się w imię chrześcijańskiej prawdy i pod płaszczem biskupów. Tymczasem bp Antoni Dydycz powiedział w trakcie Eucharystii, że od zgromadzonych na Placu Trzech Krzyży wszyscy powinni uczyć się kultury. A moim zdaniem ten marsz uczył nas antykultury i antychrześcijaństwa.
Samobójstwa księży
27 maja 2012
Po spektakularnych samobójstwach księży w diecezji tarnowskiej "Tygodnik Powszechny" (22/2012) drukuje dość obszerny materiał pt. Najtrudniejszy zawód świata. Ja sam, mając już sporo lat kapłaństwa, bardzo boleśnie przeżywam tragedie dotykające księży.
Młody człowiek wkracza do seminarium albo do zakonu z wielką radością; potem, zwłaszcza po święceniach, przeżywa entuzjazm, a później... niekiedy przychodzi załamanie. Nie zawsze kończy się ono samobójstwem - często kapłani żyją w ogromnej udręce przez wiele lat.
Oczywiście nie potrafię wskazać jednej przyczyny kapłańskich dramatów. Niekiedy dochodzą do głosu powody charakterologiczne, a konkretny młody człowiek po prostu nie powinien być dopuszczony do święceń kapłańskich. Chcę jednak zwrócić uwagę na kilka - według mnie ważnych - momentów.
Po pierwsze, utrwaliło się przekonanie, że kapłaństwo jest tak święte, tak wzniosłe, niepowtarzalne i podjęte "na zawsze", że wycofanie się z kapłańskiej posługi postrzega się jako dramat. Nawet dzisiaj niektórzy katolicy są przekonani, że człowiek opuszczający życie kapłańskie będzie potępiony. Znamy szereg przypadków matek eks-księży, które wpadały w rozpacz. Dlatego młody człowiek przystępujący do święceń, mając szczerą wolę wytrwania w kapłaństwie do śmierci, powinien wiedzieć, że gdyby coś się stało i musiał zrezygnować z wybranego życia, to ani nie spotka go za to wieczne potępienie, ani nie będzie to jeszcze dramat. Taka świadomość nie zachęca do porzucenia kapłaństwa, ale - jak sądzę - to kapłaństwo uczłowiecza.
Drugi moment: każdy w wieku dwudziestu lat przeżywa jakieś trudności, ale zdarza się - i to nie tak rzadko - że kandydat do kapłaństwa łudzi się, iż łaska sakramentalna zmyje, usunie te trudności, uzdrowi go. Młody człowiek zdaje się nie wiedzieć, że po święceniach te trudności mogą się nasilić i trzeba będzie z nimi żyć, a ponadto być uzdrowicielem dla innych, mimo że samemu jest się zranionym.
Trzeci moment: ksiądz musi mieć na tyle pokory, aby w sytuacji trudnej szukać pomocy. Często bywa tak, że chodzi się z tą swoja raną, udając, że nic się nie dzieje - a potem "granat" rozrywa człowieka. W tym miejscu trzeba coś powiedzieć ludziom świeckim: nie tylko świecki potrzebuje pomocy od kapłana, ale często kapłan potrzebuje pomocy od świeckich. Musicie mieć oczy otwarte!
Duszpasterstwa akademickie
2 czerwca 2012
Duszpasterstwo akademickie w Rzeszowie obchodzi 25-lecie powstania. Z tej okazji poproszono mnie o wystąpienie. Wygłosiłem referat pt. Duszpasterstwa akademickie w latach 1969-1990. Może warto przytoczyć niektóre uwagi tam zawarte.
1. W każdym mieście, w którym funkcjonowały wyższe uczelnie, działały duszpasterstwa akademickie. Duszpasterzami byli najczęściej bardzo wybitni kapłani. Krajowe Duszpasterstwo Akademickie działało wtedy trochę tak jak personalna diecezja: mieliśmy swoją komisję episkopatu na czele z biskupem, posiadaliśmy też stworzony przez nas statut, zatwierdzony przez Konferencję Episkopatu Polski. Powszechna była świadomość, że od pracy DA zależy przyszłość Kościoła i Polski.
2. Wiedzieliśmy, że trzeba być razem, bo inaczej nas "zjedzą". Dlatego pilnowaliśmy, aby wszyscy księża pracujący w DA spotykali się na majowych pielgrzymkach w Częstochowie. Były to wielotysięczne spotkania, na które bardzo często przyjeżdżał prymas Stefan Wyszyński. Ponadto raz w roku odbywały się dwudniowe sesje DA, które były dużym wydarzeniem - to tam spotykali się duszpasterze z całej Polski. Zdecydowanie częściej, zazwyczaj przy kościele św. Anny w Warszawie, miały miejsce spotkania Komisji ds. DA. Były one otwarte dla wszystkich duszpasterzy; bywałem na nich regularnie.
3. Od 1970 roku w Warszawskiej Pielgrzymce Pieszej do Częstochowy wędrowała grupa akademicka - "Siedemnastka". Ta grupa bardzo szybko pączkowała i z czasem na Jasną Górę szło już kilka tysięcy studentów. To było wielkie wydarzenie.
4. W dużych miastach staraliśmy się koncentrować wysiłki i łączyć inicjatywy różnych ośrodków duszpasterskich. Najbardziej udało się to we Wrocławiu - powstała tam MORDA (Międzyośrodkowa Rada DA), której szef uczestniczył w spotkaniach duszpasterzy. Był też "Biały Dunajec" - obóz dla studentów roku zerowego, który zresztą sam zainicjowałem. Chodziło o sensowne przygotowanie maturzystów do studiowania, ale też o to, aby różne duszpasterstwa akademickie istniejące w mieście potrafiły wspólnie zorganizować, a następnie przeżyć jakieś ważne wydarzenie. "Biały Dunajec" zachował żywotność do dzisiaj i uczestniczą w nim wszystkie duszpasterstwa z Wrocławia i Opola, a grupuje 700-800 studentów.
Podobna myśl towarzyszyła nam, kiedy inicjowaliśmy we Wrocławiu "Rekolekcje na dobry początek", przeznaczone dla całego miasta. Pierwsze dwa spotkania rekolekcyjne odbyły się w naszym kościele św. Wojciecha, przy ogromnej frekwencji. Potem pozazdroszczono nam tej inicjatywy, rekolekcje przeszły do innych ośrodków i zmarniały. Ale faktem jest, że "rozlały się" po całej Polsce i to należy jednak uznać za sukces.
5. Czym chcieliśmy, aby w tamtych czasach były nasze duszpasterstwa? Mówię za siebie, ale sądzę, że z takim sformułowaniem zgodziliby się także inni duszpasterze: otóż mieliśmy ambicję, aby nasze duszpasterstwa były Kościołem, uniwersytetem i domem.
Zawsze mówiłem studentom, aby traktowali duszpasterstwo jako swoją akademicką parafię. W duszpasterstwie musi też być pewne napięcie intelektualne, debaty, poszukiwania, zwłaszcza że nie mieliśmy w tamtych czasach oficjalnego wstępu na uczelnie. Wreszcie duszpasterstwa powinny być domem, do którego przychodzi się, aby przebywać razem z siostrami i braćmi. Wspólne posiłki mają tu szczególne znaczenie.
6. Kiedy pięćdziesiąt lat temu zabrałem się do organizowania DA w Gdańsku, nie miałem w tym względzie żadnego doświadczenia. Pojechałem do Poznania - a trzeba wiedzieć, że poznańskie DA jest "matką" wszystkich naszych duszpasterstw akademickich - i zapytałem studentów, co w duszpasterstwie jest najważniejsze. Odpowiedziano mi: "siódemki", czyli poranne msze o godzinie 7:00, po których odbywa się wspólne śniadanie.
Z czasem, już w Lublinie, sformułowałem sobie trzy priorytety, które winny ukierunkowywać pracę w DA. Pierwszy to reewangelizacja. Wielu przychodzących do ośrodka studentów nie uczestniczyło w szkole średniej w lekcjach religii. Trzeba było stwarzać wydarzenia religijne, aby dać młodym okazję do wyboru chrześcijaństwa jako osobistej drogi życia. Służyły temu msze święte, wykłady z filozofii i teologii, rekolekcje stacjonarne i wyjazdowe, dni skupienia, pielgrzymki, najróżniejsze wyjazdy, obozy wakacyjne i zimowiska - zawsze z mszą świętą i dyskusjami, często burzliwymi.
Drugim priorytetem było przygotowanie do małżeństwa. Okres studiów to czas odnajdywania osoby, z którą przeżyje się życie. Małżeństwo jest podstawą wszelakich sukcesów - nieudane potrafi być destrukcją nawet pięknych i wspaniałych dzieł. Przygotowaniu do małżeństwa służyły przeróżne spotkania i wykłady. Bywali w naszym duszpasterstwie: Karol Meissner, Wanda Półtawska, Teresa Kukołowicz, Maria Braun-Gałkowska, Włodzimierz Fijałkowski, a nawet Zbigniew Lew-Starowicz. Odbywały się w tym czasie publiczne dyskusje nazywane niekiedy "trybunami duszpasterskimi", z udziałem wielkiej liczby uczestników; poruszane były na nich wszystkie palące problemy. W duszpasterstwie odbywały się też kursy przedmałżeńskie, które były dla mnie pewnego rodzaju zmorą, dopóki we Wrocławiu nie powstał przy naszym duszpasterstwie projekt nazwany przeze mnie "Wieczory dla zakochanych".
Trzeci priorytet to przygotowanie studentów do życia społecznego i do odpowiedzialności za ojczyznę. Po wydarzeniach roku 1970 w Gdańsku, potem w Lublinie, a już zdecydowanie we Wrocławiu byłem przekonany, że trzeba myśleć, jak powinno urządzić się państwo, aby było ono sprawiedliwe, aby gwarantowało ludziom bezpieczeństwo i stało na straży rozwoju człowieka. Realizowałem ten program, starając się, aby moi studenci mieli styczność z ludźmi będącymi autorytetami w polskim życiu publicznym. W moich duszpasterstwach pojawiały się z wykładami chyba wszystkie liczące się w Polsce osoby. Bywali u nas: Stefan Kisielewski, Tadeusz Mazowiecki, Wiesław Chrzanowski, Władysław Bartoszewski, Bohdan Cywiński, Jerzy Turowicz, Stanisław Stomma, Andrzej Wielowieyski, Zdzisław Szpakowski, Andrzej Wajda, Krzysztof Zanussi, Irena Sławińska, Jerzy Kłoczowski, Adam Stanowski i wielu innych. W moim duszpasterstwie pojawiali się także ludzie niezwiązani z Kościołem, jak Jan Strzelecki i Jerzy Bugaj.
Szczególną rolę w przygotowaniu do pełnienia funkcji publicznych przypisywałem kółkom historycznym; w Lublinie takie kółko prowadzili Bogdan Borusewicz i Janusz Krupski. We Wrocławiu przez kilka lat organizowaliśmy "Tygodnie Społeczne", które były prawdziwym wydarzeniem dla całego miasta. Tę inicjatywę przenieśliśmy także do Krakowa.
7. Przez wszystkie te lata miałem świadomość, którą podzielali też chyba inni dominikańscy duszpasterze, że studenci z naszych duszpasterstw powinni mieć ze sobą kontakt - że trzeba stworzyć jakiś projekt, który będzie płaszczyzną spotkania studentów związanych z dominikanami z całej Polski. W ten sposób zrodził się pomysł spotkań w Hermanicach. Podzieliliśmy się zadaniami i wszystko to bardzo nas cieszyło. Przez dwa lata uczestniczyłem tam w spotkaniach duszpasterstw, a potem wyjechałem do Petersburga. Kiedy wróciłem, w Hermanicach zastałem tylko o. Jana Górę; inni duszpasterze wycofali się. Bardzo żałuję, że ta inicjatywa umarła.
List do arcybiskupa Michalika
21 września 2012
W swojej bezradności napisałem specjalny, prywatny list do przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika. List liczy prawie dziesięć stron maszynopisu i opisuję w nim wydarzenia ostatnich miesięcy. Przedstawiam jego początek i zakończenie.
"Czcigodny i Drogi Księże Arcybiskupie,
jestem zażenowany i jest mi po trosze wstyd, że znowu występuję z listem w sprawie wydarzeń w naszym polskim Kościele. Czynię to, ponieważ razem z wieloma ludźmi Kościoła uważam, że to, co dzieje się w związku z odmową Telewizji Trwam miejsca na multipleksie, przekracza wszelką miarę i głęboko rani nasz Kościół katolicki, jak i naszą ojczyznę. Przez wiele miesięcy oczekiwałem na jakiś głos ze strony któregoś z hierarchów Kościoła, wzywający do otrzeźwienia. Nie doczekałem się. Dlatego piszę do Przewodniczącego Episkopatu, pragnąc podzielić się z Nim niepokojem, z nadzieją, że ten mój niepokój będzie odczytany z życzliwością i po bratersku".
Tu następuje opis wydarzeń. A na zakończenie piszę:
"Głównym adresatem mojego listu z 2010 roku skierowanego do Nuncjusza Apostolskiego był właściwie Ksiądz Arcybiskup. Nie zrozumieliśmy się wtedy; szkoda, że nie powstała płaszczyzna, na której ludzie Kościoła różnie oceniający nasze wspólne sprawy mogliby się spotkać i po bratersku wspólnie poszukiwać rozwiązań. Nie mam o to pretensji, może powinienem posłużyć się nieco innym językiem.
Ośmielam się znowu napisać, bo sytuacja wydaje się groźna. Główna partia opozycyjna usiłuje wepchnąć polski Kościół w swój ciasny gorset. To ona jest głównym organizatorem rozlicznych marszów, które podkopują konstytucyjny porządek, jątrzą ludzi i kładą się smugą cienia na Kościele. Na uroczystość św. Michała Archanioła przygotowuje się "supermarsz", który mocą tego Archanioła ma, zdaje się, znieść dotychczasowy porządek w Polsce i zaprowadzić nowy ład. Nie umiem ocenić, czy są to jeszcze niegroźne harce, czy już poważna wojna.
Mam nadzieję, że zechce Ksiądz Arcybiskup odciąć polski Kościół od tych niegodnych, politycznych manipulacji. O to prosi wielu ludzi. O to proszę także ja. Klękam przed Arcybiskupem i proszę o interwencję. Ten "pasztet", który przygotowali: o. dyrektor Rydzyk, prezes Kaczyński, przewodniczący "Solidarności" Duda i inni, może się odbijać czkawką przez wiele lat.
Dołączam wyrazy wielkiego szacunku".