1
Likwidatorzy w Szpitalu numer 6
Doktor Angielina Guśkowa sypiała nieopodal telefonu. Jego dzwonek rozbrzmiał o wpół do trzeciej w nocy 26 kwietnia. Dzwonili z Czarnobyla. Wśród trzasków i zaników sygnału dyżurny rozpaczliwie dopytywał się o pomoc w leczeniu strażaków, którzy z walki z piekielnym ogniem szalejącym w reaktorze wychodzili chorzy. Guśkowa kierowała kliniką medycyny radiacyjnej w tajnym Szpitalu numer 6 w Moskwie. "Zadzwonili do mnie godzinę po wypadku. Byłam chyba pierwszą osobą w Moskwie, która o tym usłyszała"1 - opowiadała reporterowi w roku 2015. Sanitariusz z elektrowni w Czarnobylu opisywał pacjentów dręczonych mdłościami, osłabionych, z zaczerwienioną skórą, jeden już wymiotował. Diagnoza przyszła Guśkowej łatwo: "Typowe objawy ostrej choroby popromiennej".
Guśkowa widywała już takie przypadki. Na całym świecie nikt nie leczył tylu pacjentów z chorobą popromienną, co ona. W wieku sześćdziesięciu dwóch lat osiągnęła szczyt udanej kariery, o której mało kto jednak wiedział, bo jej życiorys tkwił pod kluczem, utajniony. Jej biografia była typowa dla tamtego pokolenia. Guśkowa urodziła się w Krasnojarsku na Syberii, gdzie nędzne życie codzienne pod rządami Stalina uczyło wytrwałości i bezinteresownego patriotyzmu. Pochodziła z rodziny lekarskiej, więc naturalnie poszła na akademię medyczną. Ukończywszy ją, jak wielu innych sowieckich prowincjuszy otrzymała nakaz pracy w odizolowanej, znanej tylko jako numer poczty, jednostce wojskowej - los nie do pozazdroszczenia. W roku 1949 bez słowa skargi wprowadziła się do ciasnego pokoju w hotelu robotniczym, gdzie dla siedmiu lokatorek były cztery łóżka, w tajnych zakładach produkujących broń jądrową na Syberii.
Przepracowała dziesięć lat w zakładach produkcji plutonu Majak w czasach, kiedy nikt nie wiedział wiele o tym, jak promieniowanie wpływa na zdrowie. Do jej przychodni trafiali pacjenci z objawami, które mogły pasować do całego wachlarza chorób, od grypy po zapalenie opon mózgowych czy gruźlicę. Uszkodzenia wywołane radiacją nie mają unikalnych objawów. Powodują złe samopoczucie, ale doznania są znajome z innych zachorowań. Wskutek klauzul tajności Guśkowa nie wiedziała, i nie mogła zapytać, czy leczeni przez nią więźniowie, żołnierze oraz pracownicy byli wystawieni na działanie promieniowania. Z braku innych możliwości wraz z kolegami skrupulatnie badała ich ciała. Dzięki specjalizacji w neurologii Guśkowa mogła sięgnąć do zakorzenionego w rosyjskiej nauce już od dawna, od czasów Pawłowa i jego psów, zwyczaju szukania oznak problemów zdrowotnych w ośrodkowym układzie nerwowym. Lekarze domniemywali, że trucizny najpierw uszkodzą wrażliwe tkanki ośrodkowego układu nerwowego, a dopiero potem inne narządy2. Nauczyli się rozpoznawać skutki oddziaływania nawet małych dawek promieniowania na tkankę nerwową. Zauważyli też, że w szybko namnażających się komórkach szpiku napromieniowanych pacjentów dochodzi do pęknięć chromosomów. Opracowali metodę szacowania otrzymanych przez pacjentów doz promieniowania na podstawie skali uszkodzeń komórek. Przeprowadzali autopsje. Spopielali kości i za pomocą spektrometrów promieni gamma sprawdzali, czy i jak bardzo były radioaktywne3.
Guśkowa i jej koledzy z pracy traktowali ciała pacjentów jak biologiczne barometry. Doszli do tego, że mogli domyślić się wielkości dawki promieniowania, jaką otrzymał pacjent, tylko na podstawie objawów zewnętrznych i zmian w komórkach krwi. W roku 1953 Guśkowa wraz z kolegą napisała książkę pod tytułem Łuczewaja bolezń czełowieka [Choroba popromienna u ludzi]. Przez dwadzieścia lat dzieło to wznawiano tylko w wydaniach poufnych, dla zbiorów zastrzeżonych w bibliotekach. Zdobytą wiedzą skąpo dzielono się z innymi krajami, bo szefowie sowieckich służb specjalnych uważali medycynę radiacyjną za cenny zimnowojenny sekret, gdyby przyszło przetrwać konflikt jądrowy4. W roku 1957 Guśkowa dostała awans, przeniesiono ją do instytutu w Moskwie, gdzie przez męską część personelu była traktowana ze wzgardą, jak prowincjuszka. Zajęła się wtedy leczeniem radiologów, którzy ulegli nadmiernemu napromieniowaniu przez szpitalne aparaty rentgenowskie. Ocaliła wielu pacjentów, nie zdołała jednak wyleczyć pewnego młodego mężczyzny, który uwielbiał straszyć kobiety, malując sobie wargi, palce i nos jarzącym się w ciemnościach sproszkowanym radem.
W latach siedemdziesiątych uruchomiono w ZSRR pierwsze cywilne elektrownie jądrowe. Guśkowa objęła stanowisko dyrektorki kliniki medycyny radiacyjnej w Szpitalu numer 6. Wystąpiła z propozycją do wiceministra ochrony zdrowia, szefa Trzeciego Zarządu Głównego, tajnego działu ministerstwa, który zajmował się medycyną radiacyjną. Trzeci Zarząd Główny był jedną z tych widmowych sowieckich instytucji, które na papierze firmowym nie podawały adresu, a tylko numer moskiewskiej skrytki pocztowej, jak gdyby ów szary, biurokratyczny twór zawisał gdzieś nad stolicą. Założono go w latach pięćdziesiątych, by zajmował się ofiarami wypadków w sowieckich placówkach produkujących broń jądrową. Trzeci Zarząd Główny istniał jako tajne państwo w państwie. Sowiecki minister ochrony zdrowia i jego doradcy nie mieli pojęcia, czym Zarząd się zajmuje, choć stanowił on część ministerstwa.
Guśkowa zwróciła się do Zarządu z zamiarem wydania broszurki z instrukcjami dla lekarzy opiekujących się ofiarami promieniowania. Zakładała, że gdy po Związku Sowieckim rozprzestrzenią się elektrownie jądrowe, może dochodzić do nieszczęśliwych incydentów. Wiceminister ochrony zdrowia dostał szału, zobaczywszy jej maszynopis. "Planujecie tu wypadki!" - wrzasnął, po czym cisnął kartki pod nogi Guśkowej. Z powodu utajnienia prac Trzeciego Zarządu Głównego cywilni administratorzy ochrony zdrowia byli prawie zupełnie nieprzygotowani do reagowania, kiedy już dochodziło do awarii. W ciągu kolejnych lat do Guśkowej trafiły łącznie setki pracowników wystawionych na działanie promieniowania w utajnianych wypadkach. Zmarło co najmniej dwadzieścia osób, po cichu złożonych w ofierze na ołtarzu pokojowej energii atomowej5. Po tym, jak przez trzy dziesięciolecia zajmowała się setkami pacjentów dotkniętych skutkami napromieniowania, Guśkowa posiadała nieporównany w skali światowej zasób wiedzy o medycynie radiacyjnej.
Wiedza ta okazała się szczególnie istotna 26 kwietnia 1986 roku. O godzinie 1.23 i 48 sekund w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej pracowała nocna zmiana, siedemnastu pracowników. Wykonując rutynowy eksperyment, wyłączyli oni system SCRAM reaktora numer 4, służący do wygaszania reakcji w sytuacji awaryjnej - i tak zadziałałby on zbyt wolno, by zapobiec wypadkowi6. Po zakończeniu testu operatorzy zamierzali na kilka tygodni wypiąć reaktor z sieci energetycznej, by przeprowadzić planowe naprawy. Podczas zamykania reaktora reakcja w jego rdzeniu przeszła jednak w stan "krytyczny", co oznacza, że obsługa przestała nad nią panować. Gwałtownie skoczyła ilość energii produkowanej w reaktorze. Operatorzy pamiętają, że grube betonowe ściany zaczęły drżeć, posypał się tynk, zgasły światła. Usłyszeli coś, co brzmiało jak ludzki jęk, kiedy reaktor zagotował się, a w końcu trzasnął7. Eksplozja wyrzuciła w powietrze betonowe wieko instalacji, wielkości statku wycieczkowego - opadło ono do góry dnem, odsłaniając stopiony, rozpalony rdzeń reaktora. Kilka sekund później kolejny, silniejszy wybuch posłał w piękną ukraińską noc gejzer radioaktywnych gazów8. Pracownik elektrowni Sasza Juwczenko czuł miażdżące wstrząsy. Uniósł wzrok w hali turbin i zobaczył nad sobą odkryte niebo. Patrzył, jak ku gwiazdom strzelił siny snop promieniowania jonizującego. "Pamiętam, że pomyślałem, że to piękny widok"9 - wspominał później.
Niezdolny przyjąć do wiadomości faktu, że doszło do eksplozji rdzenia, Anatolij Diatłow, zastępca głównego inżyniera, posłał dwóch podwładnych z sali kontrolnej do hali reaktora (a więc niechcący na śmierć). Na alarm zareagowały jednostki straży pożarnej z pobliskiego atomowego miasta Prypeć. Samochody pomknęły ku ogarniętemu płomieniami blokowi, który roztaczał dziwny, lazurowy blask, i znalazły się na upiornie cichym miejscu katastrofy. Nie działały dzwonki alarmowe ani telefony. Rozsiane grudy płonącego grafitu były niczym konstelacje nieszczęścia. Wszędzie ciekła woda. Liczniki promieniowania doszły do końca skali, ale strażacy ruszyli do walki mimo braku respiratorów czy nawet sprzętu do gaszenia radioaktywnych pożarów z większej odległości. Sześciu strażaków wspięło się na dach wciąż działającego bloku numer 3. Wśród rozżarzonych kawałków grafitu i gruzu z rozniesionej hali turbin przeciągnęli węże, by lać wodę na języki ognia, strzelające na setki metrów w górę z miejsca po reaktorze numer 410. Mieli za zadanie dopilnować, by ogień nie rozprzestrzenił się na reaktor numer 3, powodując stopienie kolejnego rdzenia. Strażacy walczyli z pożogą do utraty przytomności, wtedy koledzy znieśli ich na dół. Ich miejsce zajęli następni. Karetka z Prypeci odwoziła strażaków i operatorów reaktora, u których zaczęły się wymioty. Lekarze z Prypeci, postawieni przed zadaniem wykraczającym poza ich umiejętności, bez specjalnych szkoleń z ratowania ofiar promieniowania, zadzwonili do Moskwy i zyskali połączenie z Guśkową.
Ta oświadczyła lekarzom z Ukrainy, że będzie leczyć ich pacjentów w Moskwie, w swojej klinice. Kazała personelowi zwolnić wszystkie łóżka. Wieczorem w tę sobotę dowieziono tam 148 mężczyzn, drżących z zimna w szpitalnych szlafrokach, bo ich ubrania traktowano już jako odpady radioaktywne11. Pacjentów przydzielano do pokoi zależnie od przyjętej dawki promieniowania. Najbardziej radioaktywnych kładziono na najwyższym piętrze, pod plastikowymi namiotami, by chronić ich od zakażeń. Personel kliniki wiedział, że nie wolno przebywać zbyt długo w towarzystwie ludzi, których ciała zostały skażone niebezpiecznie wysokimi dawkami promieniowania. W ciągu następnych paru tygodni władze sowieckie oficjalnie naliczyły 207 pacjentów przyjętych do kliniki Guśkowej.
Większość z nich z początku czuła się nieźle. Byli zmęczeni, ale mogli przechadzać się po korytarzach, palili papierosy, rozmawiali o katastrofie z kolegami. Ci młodzi mężczyźni właśnie zaczęli wierzyć w to, że niedługo będą mogli wrócić do domów, gdy choroba powaliła ich do łóżek, i tam już zostali. Dręczyły ich infekcje, mdłości, utrata włosów, ostry kaszel, biegunka, gorączki, a potem także krwawienie z przewodu pokarmowego. W ich płucach zbierał się płyn. Podrażniona skóra pokrywała się pęcherzami, wrzodami, czerniała niczym przypalony tost, by w końcu odchodzić od ciała. Likwidatorom coraz trudniej przychodziło myślenie, porozumiewanie się12. Niektórzy mieli epizody utraty przytomności. To były objawy zewnętrzne. Guśkowa wiedziała, że w ciałach jej pacjentów dzieje się jeszcze więcej. Energia radiacyjna buszująca w organizmie, jak to ujął radiolog doktor Karl Morgan, jest jak "szaleniec w bibliotece"13. Promieniowanie jonizujące zniekształca i zabija komórki. Nawet te bezpośrednio nietknięte promieniowaniem zostają uszkodzone tak, że zaburzona zostaje komunikacja wewnątrzkomórkowa, regulująca ich namnażanie się i funkcjonowanie. Promieniotwórczość sprawia, że rozdzielają się łańcuchy DNA, co dodatkowo komplikuje odbudowę komórek. Uszkodzenia neuronów powodują, że rwą się połączenia synaptyczne14. Krótko mówiąc, promieniowanie wywołuje wieloaspektowe załamanie czynności organizmu, wewnątrz i na zewnątrz.
Podobnie jak w przeszłości, funkcjonariusze KGB nie pozwolili Guśkowej i jej podwładnym dowiedzieć się, jak silnie napromieniowani zostali jej pacjenci15. Szacowała wielkość dawek na podstawie objawów i badania krwi, personelowi kliniki zleciła, by tym cierpiącym na ostrą postać choroby popromiennej przetaczali krew i płytki krwi, podawali odżywki, witaminy, antybiotyki, związki chelatujące, które wiążą toksyczne jony metalu, dzięki czemu mogą one być wydalone z organizmu, oraz gamma-globuliny, wspierające system odpornościowy pacjentów. Ciężko napromieniowani strażacy, którzy przyjęli dozy ponad 6 siwertów, doznawali rozległej martwicy komórkowej powodującej, że funkcjonowanie różnych narządów jest zakłócone albo w ogóle ustaje16. Namnażające się szybko komórki gruczołów jelitowych w układzie pokarmowym nie zastępowały komórek kosmków, tych małych, pędzelkowatych tworów w jelicie cienkim, które wchłaniają składniki odżywcze i stanowią barierę, dzięki której masa kałowa nie cofa się do innych narządów. Gdy starzejące się kosmki zaprzestawały działania, likwidatorzy cierpieli z niedożywienia. Bakterie mnożyły się w ich narządach, powodując sepsę. Promieniowanie niszczyło komórki szpiku, normalnie wytwarzające codziennie miliardy komórek krwi. Bez nich pacjenci zapadali na ciężką anemię, doświadczali samoistnych krwotoków, byli bezbronni wobec panoszących się zakażeń. Po dwóch tygodniach najciężej napromieniowani pacjenci, ci o dozach przekraczających 9 siwertów, umierali wskutek poparzeń, uszkodzeń układu pokarmowego i ośrodkowego układu nerwowego, niewydolność wątroby. To nie była łatwa śmierć. Ciężkie napromieniowanie całego ciała sprawia, że przestają działać wszystkie narządy jednocześnie, jak na komendę17.
Liczba pacjentów czarnobylskiej awarii była niepokojąca, ale Guśkowa widywała już takie przypadki i wierzyła w swój doświadczony personel. Dlatego właśnie tydzień po wybuchu wytrąciło ją z równowagi przybycie do jej tajnego szpitala lekarza ze Stanów Zjednoczonych, który miał jej pomagać. Robert Gale był specjalistą od białaczki z Uniwersytetu Stanowego Kalifornii w Los Angeles (University of California, UCLA). Dzięki swoim kalifornijskim kolegom miał kontakty z Armandem Hammerem, amerykańskim milionerem, który poznał Lenina w roku 1921 i w latach dwudziestych i trzydziestych zbił majątek na handlu z ostracyzowanymi przez cały świat Sowietami. Na wiadomość o wypadku Gale zadzwonił do Hammera i powiedział mu, że chciałby mieć jakieś dojście do Michaiła Gorbaczowa, tak by swoim doświadczeniem pomóc przy walce ze skutkami katastrofy18. Hammer zmniejszył sowieckie opory darowizną zaopatrzenia medycznego o wartości 600 tysięcy dolarów i Gorbaczow, który pierwotnie odrzucał wszystkie oferty pomocy z Zachodu, wkrótce po wypadku zaprosił Gale'a do kliniki Guśkowej w Szpitalu numer 6.
Gale chciał dokonywać przeszczepów szpiku pacjentom, którzy rokowali nadzieję na przeżycie. Guśkowa miała pewne wątpliwości co do tej propozycji. Wiedziała, że organizmy borykające się z napromieniowaniem ciężko znoszą zabiegi tak inwazyjne, jak przeszczep szpiku, więc jej zespół rzadko je przeprowadzał. Gale jednak nalegał. Nakłonił trzech innych lekarzy z Zachodu, by dołączyli doń w Moskwie. Przybyli już po paru dniach, ze skrzyniami pełnymi sprzętu. W latach osiemdziesiątych sowiecka służba zdrowia cierpiała wskutek niedofinansowania. Klinika Guśkowej jak na standardy sowieckie była dobrze zaopatrzona, ale Amerykanie uważali ją za "zapuszczoną" - z braku klimatyzacji było duszno, w piwnicach przemykały szczury19. Amerykanie nie byli przyzwyczajeni do takich warunków. Jeden z wyciągów laboratoryjnych zaczął kopcić, zapalił się i przestał działać na amen. Popsuła się wirówka niezbędna do rozdzielania krwinek. Sowieccy laboranci całymi godzinami mozolnie zliczali komórki na szkiełkach laboratoryjnych. Amerykańskie, automatyczne liczniki krwinek wykonywały to zadanie w dwadzieścia sekund20.
Gale przywiózł nowy, cudowny lek - będącą skutkiem modyfikacji genetycznych substancję dla pacjentów z przeszczepami szpiku. Miał nadzieję, że pomoże ona zrekonstruować porażony szpik strażaków z Czarnobyla. Stała jednak przed nim jedna przeszkoda. Ów lek jeszcze nie był testowany na ludziach. Gale współpracował ze szwajcarskim koncernem farmaceutycznym Sandoz, który miał nadzieję wejść z owym preparatem, GM-CSF, na rynek jako środkiem, którego zapasy należy gromadzić w razie katastrof nuklearnych. Można sobie wyobrazić wyniki sprzedaży, gdyby zakupów GM-CSF dokonało kilka dużych krajów. Testowanie leku było niełatwe, bo katastrofy jądrowe zdarzają się rzadko. Czarnobyl był tu wspaniałą okazją. Gale zaproponował, by przeprowadzić eksperyment z nowym lekiem na strażakach i pracownikach elektrowni.
Sowieccy przywódcy nie byli przekonani, czy ich bohaterów godzi się używać jako królików doświadczalnych dla kapitalistycznych firm farmaceutycznych. "Nie chcielibyśmy zostać ich poligonem doświadczalnym"21 - stwierdził jeden z członków komisji. By dowieść, że GM-CSF to specyfik bezpieczny, Gale zaaplikował go sobie, podobnie jak jeden z sowieckich hematologów, Andriej Worobjow. Wstrzyknęli sobie dawkę dziesięciokrotnie przekraczającą tę, która była bezpieczna dla małp doświadczalnych.
Po zastrzyku GM-CSF Gale, w świetnym samopoczuciu, udał się na drugi koniec Moskwy, na kolację w tak zwanym Spaso House, rezydencji ambasadora USA, Arthura Hartmana. Gdy w tym przestronnym pałacyku z początku XX wieku podano przystawki, Gale otrzymał przez telefon dramatyczną wiadomość: Worobjow konał! Gale co prędzej wrócił do szpitala, gdzie znalazł hematologa na oddziale chorób wieńcowych, bladego, uskarżającego się na ostre bóle w klatce piersiowej. Gale wywnioskował, że ból ten spowodowany był namnożeniem się granulocytów w mostku lekarza. To była dobra wiadomość. Właśnie wzmożenia produkcji granulocytów, zwalczających infekcje bakteryjne i grzybicze, spodziewał się po tym leku. Po niespokojnej nocy Worobjow wrócił do zdrowia, a Gale dostał pozwolenie na użycie nowego leku u pacjentów z Czarnobyla22.
Przez dziesięciolecia Gale nie wspominał publicznie o tym swoim testowaniu leku na ludziach. Lekarze nie powinni eksperymentować na swoich pacjentach bez przygotowania protokołu badań i uzyskania na nie zgody, w tym także pisemnej zgody samych pacjentów. Gale miał jednak w sobie sporo z kowboja. Rok wcześniej, w 1985, federalne agencje certyfikacyjne upomniały go surowo jako głównego prowadzącego projekt badawczy, w którym eksperymentalnie przeszczepiano szpik kostny dzieciom śmiertelnie chorym na raka bez zgody komisji wewnętrznej do spraw ochrony praw pacjentów23. Według urzędników nadzoru Gale pogwałcił kilka obowiązujących międzynarodowo procedur, w tym kodeks norymberski. Gale zaprzeczał jednak, by czynił źle, a w rozmowie telefonicznej ze mną usprawiedliwiał owe badania jako zgodne "z kodeksem obowiązujących praktyk" w tamtych czasach. Jak wskazał, obecnie przeszczepy szpiku to standardowa praktyka w leczeniu dzieci z białaczką24.
Chcąc lepiej zrozumieć, jak przebiegają eksperymenty lekarskie na ludziach, zadzwoniłam do eksperta w dziedzinie ochrony ludzi - obiektów doświadczalnych, doktora Michaela Carome'a. "Fakt, że zabiegi eksperymentalnie testowane przez doktora Gale'a stały się z czasem standardowym elementem terapii - skomentował Carome w późniejszej korespondencji mailowej - nie zwalnia go z odpowiedzialności za przeprowadzanie nieetycznych badań bez stosownej, w pełni świadomej zgody ludzi, na których prowadził eksperymenty, ani nadzoru i aprobaty instytucjonalnej komisji nadzorczej"25.
Władze sowieckie nie tylko pozwoliły Gale'owi na eksperymenty medyczne, lecz także udzieliły mu niezwykle szerokiego dostępu do utajnionej strefy, którą stworzono wokół Czarnobyla. Zaproszony do Kijowa, odwiedził niedostępny normalnie szpital, gdzie leczono pacjentów z Czarnobyla. Przewieziono go śmigłowcem nad dymiącym reaktorem. Pytał o liczbę ewakuowanych ludzi, o poziom napromieniowania, o przyszłe szkody dla zdrowia. Opiekunowie z KGB udzielali mu "uzgodnionych odpowiedzi"26. Gale miał szczęście. Jak prawie nikt, otrzymywał informacje z pierwszej ręki. Ponieważ znalazł się w klinice Guśkowej, władze sowieckie podały do publicznej wiadomości nieco wieści o strażakach. "Udzielimy informacji o liczbie i stanie pacjentów w Szpitalu numer 6, ponieważ pracują tam amerykańscy specjaliści"27 - zdecydowali członkowie moskiewskiej komisji w sprawie Czarnobyla.
Dyplomaci amerykańscy w ZSRR mieli trudności z uzyskaniem nawet podstawowych informacji o katastrofie. Bez zaproszeń jeździli na Ukrainę prywatnymi samochodami. Po drodze mierzyli poziom radioaktywności powietrza i gleby. Funkcjonariusze KGB czterokrotnie przyłapali amerykańskich dyplomatów na próbach przedostania się do Strefy Wykluczenia. Dwa razy zatrzymali ich na zbieraniu ziemi do plastikowych woreczków. Kagebiści "zneutralizowali" te działania. Śledzili również ekipę filmową z telewizji CBS, gdy ta krążyła z licznikami Geigera po kijowskich jarmarkach czy daremnie starała się odwiedzić ewakuowaną ludność28.
Kagebiści podsłuchiwali dziennikarzy, którzy przez telefon raportowali do macierzystych redakcji, że Kijów funkcjonuje jak zwykle. "Ludzie tłumnie spacerują i cieszą się życiem", oświadczył swojemu szefowi jeden z korespondentów. Funkcjonariusze jeździli za reporterami na peryferie miasta, gdzie ci kręcili ujęcia pustych ulic i autobusów na ostatnich przystankach tras - kagebiści domniemywali, że to po to, by w pojazdach było jak najmniej pasażerów. Im bardziej ponure widoki, tym częściej trzaskały migawki aparatów zagranicznych fotoreporterów. Zachodni dziennikarze próbowali też kontaktować się ze znanymi nacjonalistami ukraińskimi, którzy na pewno narzekaliby na podłe działania władz sowieckich. W obliczu takiego niepożądanego zainteresowania KGB było zmuszone do "uwiązania" sześciu szczególnie kłopotliwych korespondentów29.
Kagebiści byli wściekli, że z powodu negatywnych, goniących za sensacją materiałów w mediach zagraniczni turyści uciekają z Ukrainy, gdy tymczasem, jak uważali, masowo napływają tam wrodzy szpiedzy. Podejrzewali, że służby specjalne rządów Zachodu (CIA, zachodnioniemieckie BND, francuskie DGSE) wysyłają do Kijowa agentów pod przykrywką dziennikarzy. Wymieniali w tym kontekście korespondentów z szacownych instytucji - telewizji NBC, nowojorskiego "Timesa", "Der Spiegla", "Süddeutsche Zeitung", "Le Figaro". Nie wiem, co mam myśleć, czytając raporty wywiadowcze, czy to amerykańskie, czy sowieckie. Niewiele widuję w nich przypisów, przez co niełatwo sprawdzić, czy coś nie było tylko fantazją agenta, chcącego podbudować sobie reputację, albo paranoika. Natknęłam się na akta, w których kagebista określił człowieka, którego osobiście znam, jako współpracownika CIA. Trudno mi w to uwierzyć, ale ponieważ CIA wciąż nie udostępnia swoich materiałów archiwalnych, nie mam jak zweryfikować tego zarzutu.
Po katastrofie zagraniczni dziennikarze podtykali mikrofony pod nosy zestresowanych kijowian i pytali ich, czy nie są niezadowoleni z faktu, że władze sowieckie zwlekały dwa dni z poinformowaniem ich o wybuchu reaktora. Chcieli wiedzieć, co ludzie sądzą o kupowaniu na targowiskach potencjalnie skażonej żywności. Wmieszany w tłum kagebista bez problemu poradził sobie z tymi amatorskimi próbami "siania paniki". Odpalił serią pytań o nadmiernie dramatyczne relacjonowanie katastrofy na Zachodzie. To w rzeczy samej był ambarasujący temat. Zachodni dziennikarze przyznawali, że "brakuje wiarygodnych materiałów". W głównych sieciach USA pokazywano materiał filmowy z płonącego Czarnobyla. W rzeczywistości były to ujęcia z pożaru w cementowni we włoskim Trieście30. Przeprosiny kierownictw stacji brzmiały nieszczerze, bo wyraźnie widoczne w tle filmu włoskie góry trudno wziąć za płaski jak naleśnik krajobraz zachodniej Ukrainy. Agencja prasowa UPI podała, że promieniowanie z Czarnobyla zabiło już dwa tysiące osób. Wkrótce okazało się, że prawdziwe są jednak sowieckie dane, według których na początku maja ofiar było tylko dwie. Dobre wieści z ZSRR oznaczały nieciekawy dzień w mediach Zachodu. Sowiecki attaché prasowy w Nowym Jorku skwitował reportaże o Czarnobylu kpiną: "Mam wrażenie, że amerykańska prasa jest nieszczęśliwa z powodu tak małej liczby ofiar"31.
Władze sowieckie mogłyby rozładować tę sytuację, gdyby upubliczniły więcej informacji o tej katastrofie na skalę światową. Nawet kagebiści krytykowali pogodne materiały o wypadku w sowieckich mediach. Jeden z funkcjonariuszy napisał w codziennym raporcie, że prezentowanie w wiadomościach telewizyjnych dyrektorów kołchozów z okolic Czarnobyla, radośnie paplających o planach żniw, daje niewielki pożytek. Jak to ujął ów oficer, "wciąż pozostaje pytanie, czy te zbiory będą jadalne. Jeśli grunt nie jest skażony, powinni po prostu powiedzieć o tym otwarcie. A już najlepiej byłoby unikać stwierdzeń budzących powątpiewanie"32.
Wszystko to była zimnowojenna polityka, praktyka nudna i przewidywalna. Dla komentatorów na Zachodzie im straszliwsza jawiła się katastrofa, tym bardziej pasowało do ZSRR miano "Imperium Zła", nadane przez prezydenta Ronalda Reagana. Katastrofa w Czarnobylu nie była jednak wewnętrznym dramatem Związku Sowieckiego. Mieszkańcy Europy i Ameryki Północnej, już zaniepokojeni bronią jądrową, ujrzeli w tym wypadku dowód, że pokojowe zastosowania energii jądrowej są równie niebezpieczne. Urzędnicy z organizacji propagujących energetykę jądrową, jak Międzynarodowa Agencja Energii Jądrowej (International Atomic Energy Agency, IAEA) przy ONZ czy amerykański Departament Energii (Department of Energy, DOE), coraz bardziej się niepokoili. Od lat trudzili się nad starannym rozróżnianiem pomiędzy reaktorami używanymi do produkcji bomb jądrowych a tymi dla "pokojowego" wytwarzania energii elektrycznej czy radioizotopów do użytku medycznego. Reaktor cywilny, który zarazem jednak produkował pluton do bomb i przypadkowo wybuchł (zupełnie jak bomba), mocno komplikował ten podział.
Naukowcy amerykańscy pracujący dla Departamentu Energii rzucili się do prognozowania. Z początku oszacowali, że liczba ofiar śmiertelnych nowotworów spowodowanych przez katastrofę w Czarnobylu wyniesie 24 tysiące. Kiedy okazało się, że prognoza ta roznieciła obawy społeczeństwa, pospiesznie zredukowali liczbę szacowanych zgonów do 5,1 tysiąca33. W sierpniu 1986 pewien urzędnik z IAEA starał się jak najszybciej uspokoić opinię publiczną. "Czarnobyl pokazuje nam, że nawet przy katastrofalnym zdarzeniu nie ma mowy o niewiarygodnej liczbie zgonów"34, stwierdził Morris Rosen.
Międzynarodowy pęd do zarządzania informacjami o katastrofie czarnobylskiej latem 1986 roku, wśród tajności i podejrzeń, stał się zaczątkiem wzorca, w którym rzecznicy instytucji publicznych i w ZSRR, i w innych krajach wygłaszali bezpodstawne oświadczenia wymagające późniejszych korekt. W miarę upływu czasu istotnym produktem ubocznym katastrofy stały się wątpliwości i sceptycyzm. Eksplozja reaktora skaziła nie tylko glebę i powietrze, lecz także atmosferę polityczną i wiarę społeczeństwa w naukę. Okres półtrwania tego skażenia nie został jeszcze ustalony.
Guśkowej nie zaangażowano do działań z zakresu public relations związanych z katastrofą. Mijały tygodnie, a ona wciąż godzinami przebywała w klinice, opiekując się pacjentami. Stopniowo zaczęła niepokoić się postawą Gale'a. Ten szczupły, opalony czterdziestolatek o ekstrawaganckiej osobowości ewidentnie nie bał się ryzyka. Skakał ze spadochronem nad pustynią Mojave, był w targanym wojną domową Bejrucie, spacerował boso po Kijowie35. W Moskwie Guśkowa podejrzewała jednak, że zbyt śmiało poczynał sobie z eksperymentami na jej pacjentach. Amerykańscy onkolodzy nie byli specjalistami w dziedzinie medycyny radiacyjnej. Zdaniem Guśkowej Gale mylnie uważał, że dobrą metodą ratowania pacjentów z ostrą chorobą popromienną są ryzykowne, ale nęcące dziennikarzy przeszczepy szpiku i eksperymentalne leki36. Gale i Paul Terasaki, jego kolega z UCLA, nadzorowali w Szpitalu numer 6 dziewiętnaście zabiegów przeszczepów na pacjentach, których uznano za rokujących nadzieję na przeżycie37. Sześciu mężczyzn, którym przeszczepiono wątroby płodów, zmarło wkrótce po operacjach38. Ci, którym przeszczepiono szpik kostny, bardzo cierpieli. Napromieniowani w Czarnobylu nie reagowali też na podany im eksperymentalny lek GM-CSF39.
Podczas tego pierwszego wyjazdu Gale spędził w ZSRR dwa tygodnie. Przed powrotem do domu odbył konferencję prasową w sali nabitej dziennikarzami żądnymi wieści o katastrofie. Opowiadał tam o "warunkach jak na polu walki" i stwierdził, że wśród tych, którzy jako pierwsi stanęli do walki z pożarem, będzie więcej ofiar. Dodał, że długoterminowe problemy zdrowotne mogą dotknąć tysięcy ludzi mieszkających w pobliżu elektrowni40. Wraz z Armandem Hammerem podkreślał, że sowieccy lekarze wykonują doskonałą robotę, a Szpital numer 6 spełnia "najwyższe standardy międzynarodowe". Obaj starali się odwracać uwagę od Czarnobyla, kierując ją na większą groźbę w postaci wojny jądrowej, co podkreślał także Gorbaczow w swoim przemówieniu na temat katastrofy. Po konferencji prasowej Gorbaczow spotkał się z Gale'em i podziękował mu za wsparcie przy nakłanianiu światowych mediów do aprobaty dla sowieckich prac nad likwidacją skutków Czarnobyla. Ponieważ nowe przepisy o cenzurze, wprowadzone formalnie pod koniec lipca, nie pozwalały Guśkowej i jej współpracownikom wypowiadać się na temat katastrofy, nie wystąpili oni ani na konferencji prasowej, ani w relacjach mediów. Przed mikrofonami rządził Gale41.
W zachodnich wiadomościach telewizyjnych wyglądało to tak, jak gdyby ów amerykański lekarz kierował medycznymi działaniami ratunkowymi. Jak gdyby o medycynie radiacyjnej wiedział więcej niż jego sowieccy partnerzy, mimo faktu, że kilku zachodnich naukowców, którzy przybyli z wizytą, wyraziło podziw dla mistrzowskiego opanowania tajników tej dziedziny przez lekarzy z ZSRR. Amerykańscy koledzy Gale'a zauważyli "nadzwyczajną zdolność" sowieckich lekarzy do oszacowania wielkości dawki promieniowania tylko na podstawie osłuchu i pomiaru tętna pacjenta, wspominali też, że wielkie wrażenie wywarł na nich szeroki wachlarz metod terapii, nieznanych na Zachodzie42. Większość pacjentów Guśkowej, którzy otrzymali potencjalnie śmiertelne dozy rzędu 6 siwertów, przeżyło jeszcze co najmniej kilka lat43. Tak wysoka przeżywalność dowodzi wysokiego doświadczenia klinicznego zgromadzonego przez podległy Guśkowej zespół lekarzy.
Pacjenci Gale'a nie mieli tyle szczęścia. W ciągu trzech miesięcy zmarli wszyscy oprócz jednego44. Sowieccy lekarze zarzucali mu, że gdyby nie przeszczepy szpiku, niektórzy z tych ludzi mogliby przeżyć45. Sam Gale przyznawał potem, że wobec "zaawansowanych metod terapii" Guśkowej niepotrzebne były bardziej ryzykowne procedury, które forował46. ONZ w przeprowadzonej po dziesięciu latach ocenie eksperymentalnych zabiegów Gale'a uznało, że przyniosły one więcej szkody niż pożytku47.
Zgłoszenie się do pomocy pacjentom z Czarnobyla umożliwiło Gale'owi przeprowadzenie niestandardowych testów na ludziach poza zasięgiem amerykańskich regulacji48. Pożytek z tego mieli także jego opiekunowie z ramienia KGB. Wykorzystali go do manipulowania opinią publiczną wobec katastrofy. Karmiony dezinformacją, Gale serwował ją potem złaknionym wieści korespondentom zagranicznym, którzy święcie wierzyli słowom altruistycznego lekarza ze Stanów. Spacerował po Kijowie z dziećmi, powtarzając za Sowietami, że niebezpieczeństwo już minęło, choć w tym samym czasie ukraińscy administratorzy służby zdrowia wysyłali dzieci z miasta, żeby chronić ich zdrowie. Chwalił ład, jaki miał panować przy usuwaniu skutków katastrofy, choć wysiłki Sowietów w tym celu były skrajnie chaotyczne. Pomógł też ściągnąć uwagę mediów na silnie napromieniowanych strażaków w Szpitalu numer 6. Konający likwidatorzy przesłonili dziennikarzom znacznie większy dramat, rozgrywający się gdzie indziej, wokół nowej Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, do której Gale nie miał dostępu.
Po Czarnobylu Gale wszedł w rolę znanego na całym świecie eksperta w dziedzinie medycyny radiacyjnej i dyżurnego komentatora wypadków jądrowych. W roku 1987 pojawił się w brazylijskiej Goiânii, gdzie tysiąc kiurów radioaktywnego cezu zabiło czterech ludzi, a dwustu posłało do szpitali. Był też na miejscu trzęsienia ziemi w Armenii rok później, gdzie linie uskoków biegły niebezpiecznie blisko elektrowni jądrowej. Przybył do Japonii po dwóch katastrofach nuklearnych, w tym w roku 2011, kiedy tsunami zdemolowało elektrownię Fukushima Daiichi. We wszystkich tych krajach kontynuował eksperymenty z GM-CSF. Amerykańska agencja certyfikująca żywność i farmaceutyki, US Food and Drug Administration, dopuściła ten lek do obrotu w roku 2015.
Po powrocie z Moskwy Gale nadal działał na rzecz ofiar Czarnobyla. W latach osiemdziesiątych uruchomił grupowy program, w którym miano badać sto tysięcy osób wystawionych po katastrofie na działanie promieniowania, czy nie ujawniają się u nich długoterminowe konsekwencje zdrowotne, ale plan spalił na panewce49. W latach dziewięćdziesiątych apelował do społeczności międzynarodowej o wsparcie programów pomocowych dla Czarnobyla50. Z czasem jednak coraz słabiej podkreślał, jak niebezpieczne jest wystawienie na działanie promieniowania. W roku 1994 wystąpił jako ekspert podczas rozprawy sądowej, zeznając przeciwko Rung C. Tang, obłożnie chorej inspektorce z Komisji Nadzoru Jądrowego, która twierdziła, że jej białaczka to skutek tak zwanych "radioaktywnych pcheł", drobnych cząsteczek radioaktywnych wyciekających z elektrowni jądrowej San Onofre w południowej Kalifornii. Inni pracownicy tej elektrowni wytoczyli później pozwy, kiedy i oni zachorowali na białaczkę szpikową - jedyną znaną przyczyną tej choroby jest napromieniowanie51. Po awarii w Fukushimie Gale pisał artykuły redakcyjne mające wyciszyć panikę spowodowaną katastrofą nuklearną52.
Zetknięcie sowieckich lekarzy z zespołem z Zachodu, kierowanym przez Gale'a, wykazało, że zimna wojna wytworzyła dwa osobne rezerwuary wiedzy o medycynie radiacyjnej. Lekarze sowieccy, którzy niestety nie mogli narzekać na brak pacjentów, posiadali znacznie większe doświadczenie niż ich zachodni partnerzy. W roku 1986 owa konstatacja nie przebiła się do powszechnej świadomości. Zamiast tego to Gale jawił się symbolem wyższości, pomysłowości, inicjatywy cechujących zachodnią, kapitalistyczną medycynę, w obliczu rzekomych niedostatków właściwych z natury medycynie socjalistycznej. Owo fałszywe wrażenie miało się utrzymywać i pogłębiać przez nadchodzące lata.