Pierwsza wyprawa bombowa
Oślepiające sierpniowe słońce tysiącami refleksów załamywało się w szybach kabin nawigatorów i wieżyczkach strzelców pokładowych, z których, jak czarne żądła, sterczały lufy najcięższych karabinów
maszynowych, zwanych potocznie "półcalówkami". Poprzez te refleksy można
było jednak zauważyć siedzących wewnątrz ludzi, którzy otuleni w skórzane, podbite kożuchem kurty, z maskami tlenowymi dopiętymi do
hełmofonów, od których biegły grube rury instalacji tlenowej i cienkie
przewody telefoniczne, wyglądali zupełnie jak pozaziemskie zjawy. Choć
na ziemi panował blisko trzydziestostopniowy upał, tu, na wysokości 7500
metrów, klimat był prawie arktyczny.
Formacja czterosilnikowych samolotów bombowych z białymi gwiazdami na
skrzydłach i kadłubach majestatycznie kołysała się w luźnym szyku
bojowym. Były to słynne już Latające Fortece, czyli ciężkie samoloty
bombowe typu B-17E.
Bombowce uszykowane były w dwa ugrupowania po sześć samolotów, każde
ugrupowanie składało się z dwóch szyków trójkowych przesuniętych po
przekątnej w taki sposób, że prowadzący samolot drugiej trójki znajdował
się na linii przechodzącej pomiędzy samolotem prowadzącym pierwszą
trójkę a jego prawym towarzyszem.
Drugie ugrupowanie leciało nieco powyżej, z prawej strony ugrupowania
prowadzącego, również w analogicznym szyku trójkowym.
Były to dwa dywizjony 97 Grupy Bombowej 1 Skrzydła Bojowego 8
Zgrupowania Bombowego 8 Armii Powietrznej Stanów Zjednoczonych
stacjonującej na terenie Wielkiej Brytanii.
Pierwsze ugrupowanie tworzył 340 Ciężki Dywizjon Bombowy, na czele
którego leciał samolot pilotowany przez dowódcę 97 Grupy Bombowej
pułkownika Franka Armstronga. Samolot miał po obu bokach kadłuba
namalowaną postać słynnej w tym okresie gwiazdy z rewii Ziegfelda, w kolorowym kostiumie kąpielowym, pod którą widniał podpis "Peggy D".
Pozostałe Latające Fortece zdobiły równie fantazyjne rysunki i nazwy.
"Peggy D" leciała więc w towarzystwie "Baby Doll", "Berlin Sleeper",
"Johnny Reb", "Big Stuff" oraz "Avenger".
W ślad za pierwszym ugrupowaniem leciał 341 Ciężki Dywizjon Bombowy.
Prowadził go osobiście dowódca 8 Zgrupowania Bombowego 8 Armii
Powietrznej generał brygady Ira Eaker, pilotując samolot o historycznej
nazwie "Yankee Doodle". W pierwszej trójce leciały bombowce nazwane
"Butcher Shop" i "Birmingham Blitzkrieg", a w drugiej -?"Donald Duck",
"Bloody Jim" oraz "Mae West".
Prawie o tysiąc metrów wyżej nad szykiem bojowych Latających Fortec
przewalała się ze skrzydła na skrzydło osłona myśliwska, zwijając się w ciasnych esach. Osłonę tę tworzyły cztery dywizjony myśliwskie RAF
wydzielone ze składu II Grupy Myśliwskiej.
-?Nieprzyjacielski brzeg przed nami -?zabrzmiały w słuchawkach telefonu
słowa meldunku nawigatora prowadzącego całą formację.
-?Zacieśnić formację! Uwaga, strzelcy pokładowi! Pilnie wypatrywać i przestrzelać "sikawki"! Uwaga, bombardierzy! Za dziesięć minut IP! -
wydał rozkaz pułkownik Armstrong.
Za chwilę pod skrzydłami samolotów przesunęły się wąskie pasy
nadbrzeżnych plaż. Formacja weszła nad terytorium okupowanej Francji.
Słońce nadal tysiącami refleksów odbijało się w szybach kabin,
oślepiając, mimo ciemnych okularów, pilotów i nawigatorów.
-?Jak skręcimy na kurs bojowy, to słońce będziemy mieli za plecami -
mruknął zniecierpliwiony ciągłym poprawianiem okularów generał Eaker do
kapitana Michelsona, dowódcy samolotu "Yankee Doodle".
-?Yes, sir! -?odparł krótko Michelson, który wciąż jeszcze nie mógł
przyjść do siebie z wrażenia, że oto obok niego, za sterami "Yankee
Doodle", siedzi sam dowódca 8 Bomber Command, "Big Ira", jak go
potocznie nazywano.
Tymczasem formacja bombowców nadleciała nad miejscowość Yvetot. Po kilku
minutach w dole zaczęły srebrzyć się zakola Sekwany.
-?IP1 przed nami! Skręt w lewo! Kurs bojowy dziewięćdziesiąt pięć
stopni! Uważajcie! -?zabrzmiał w słuchawkach głos głównego nawigatora
wyprawy podpułkownika Havelocka.
Samoloty pochyliły się na lewe skrzydło w łagodnym skręcie. Piloci
pilnie wpatrywali się we wskaźniki busol, które wolno, jakby niechętnie
i z oporami, rozpoczęły swój ruch kołowy.
Przy stu dziesięciu stopniach samoloty zaczęły się stopniowo prostować,
a gdy formacja znów leciała po prostej, na wskaźnikach busol leciutko
drgała wskazówka przy dziewięćdziesięciu pięciu stopniach. Kurs bojowy
został osiągnięty.
Od tej chwili prowadzenie samolotów przejęli bombardierzy, którzy z oczyma wlepionymi w szkła celowników optycznych wydawali pilotom komendy
mające na celu jak najbardziej precyzyjne naprowadzenie samolotów na
rubież zrzutu bomb.
-?Cel przed nami! Odległość osiem mil -?to był głos pułkownika
Armstronga.
W dali, w promieniach słońca świecącego teraz z prawej tylko strony,
widać już było fabryczne dymy miasta, które miało stać się celem
pierwszej dziennej wyprawy bombowej 8 Armii Powietrznej USA na
kontynencie europejskim. Było to Rouen, a właściwie jego przedmieście
Sotteville, na którym znajdowała się największa w północnej Francji
stacja rozrządowa, parowozownia oraz olbrzymie warsztaty naprawcze węzła
kolejowego w Rouen. Stanowiły one zaplecze portu morskiego w Le Havre,
dlatego też zniszczenie tych instalacji oraz węzła kolejowego miałoby
poważne znaczenie militarne, gdyż mogłoby sparaliżować lub co najmniej
poważnie zahamować wszelki ruch pociągów.
Zdjęcia rozpoznawcze wykonane jeszcze w godzinach rannych tego dnia
wykazały dodatkowo zgromadzenie ponad 2000 ciężkich samochodów
ciężarowych, przygotowanych prawdopodobnie do załadowania.
W miarę zbliżania się do celu coraz wyraźniej rysował się
charakterystyczny owal, jaki tworzyło kilkadziesiąt torów stacji
rozrządowej w Sotteville.
-?Otworzyć drzwi bombowe!
-?Drzwi bombowe otwarte -?meldowali kolejno nawigatorzy.
-?W prawo... jeszcze bardziej w prawo... Tak trzymaj! -?rozbrzmiewały
głosy bombardierów.
Na siatkę celowników powoli nachodziły hale warsztatów, budynki stacyjne
oraz wielki owal plątaniny torów stacji zapchanej setkami wagonów
kolejowych i zestawionymi już składami pociągów towarowych wypełnionych
po brzegi różnego rodzaju sprzętem.
Gdy poszczególne cele wchodziły w środek krzyża na siatce celownika,
bombardierzy naciskali przyciski zrzutu bomb. Z otwartych brzuchów
fortec zaczęły wypadać pękate kształty bomb burzących. W wizjerach
celowników widać było, jak zakołysawszy się wskutek nagłego uderzenia
strumieniem powietrza, stabilizowały się w miarę nabierania prędkości,
by zniknąć wreszcie na tle rozciągającego się o 7500 metrów poniżej
miasta.
-?Bomby poszły -?meldowali kolejno bombardierzy.
Meldunek ten był jednak czystą formalnością, bowiem pozbawione nagle
trzytonowego ciężaru samoloty dosłownie podskoczyły o kilkadziesiąt
metrów do góry.
-?Spokojnie, spokojnie! Trzymaj na kursie! Robię zdjęcia!
Za chwilę w miejscu, gdzie poprzednio były budynki i hale, pojawiło się
mnóstwo czarnych wybuchów. W ciągu trzech sekund pokryły prawie cały
obszar węzła w Sotteville.
-?Zdjęcia zrobione! Zamykać drzwi bombowe!
Załogi samolotów tak były pochłonięte dokładnym naprowadzaniem, że
dopiero teraz, gdy bomby tkwiły w celu i na dole zaczęło szaleć morze
ognia, zauważono szare obłoki wybuchów pojawiające się wokół formacji.
-?Uwaga! Flak! -?rozległo się w słuchawkach czyjeś ostrzeżenie.
Przyszło ono jednak trochę za późno, bo właśnie w tej chwili seria
bliskich wybuchów wstrząsnęła trójką samolotów lecących w pierwszej
szóstce.
-?Dostaliśmy w prawe skrzydło! Uszkodzona końcówka i prawa lotka! -
meldował dowódca samolotu "Johnny Reb".
-?Sierżant Carlson ranny! -?włączył się dowódca "Big Stuff".
-?Mam uszkodzony lewy zewnętrzny silnik. Ciśnienie oleju spada. Muszę go
wyłączyć -?odezwał się "Avenger".
-?Spokojnie! Wchodzimy na kurs powrotny.
Formacja znów pochyliła się w lewym zakręcie i po chwili Rouen zostało
daleko w tyle.
-?Szkoda, że nie mogliśmy sobie postrzelać. Żaden myśliwski Hun się nie
pokazał -?rzekł z żalem do kolegi sierżant Cosloe, lewy strzelec boczny
samolotu "Mae West", który zamykał całą formację.
-?Może i szkoda -?zgodził się prawy strzelec -?ale spójrz w górę!
Przecież tam chyba z pięćdziesiąt naszych "little friends"! Żaden
Niemiec nie odważy się pokazać nawet swego nosa.
Obaj sierżanci mylili się jednak. Niemieccy myśliwcy nie tylko że nie
bali się pokazać swych nosów, ale nawet trójka Me-109 usiłowała
zaatakować Latające Fortece. Na szczęście jednak zastosowali
schematyczną formę ataku: z góry, z tyłu i od strony słońca. A na to
właśnie brytyjska osłona myśliwska była przygotowana i w ślad za każdym
atakującym Me-109 pomknęło w dół co najmniej po trzy samoloty z górnej
grupy. Pilotów brytyjskich poniosły jednak nerwy i otworzyli ogień ze
zbyt dużej odległości, wskutek czego Niemcy gwałtownymi wywrotami przez
skrzydło wyszli spod ostrzału, przerwali atak i ratując własną skórę
rzucili swoje Messerschmitty w pionowe nurkowanie.
Nikt też z załogi "Mae West" nie przypuszczał wówczas, że pozycja, jaką
ich samolot zajmował na końcu formacji, uzyska już niebawem miano
"coffin end", czyli "trupiego końca", bowiem właśnie od samolotów
zamykających formację bombową niemieccy myśliwcy rozpoczynali swoje
krwawe żniwo.
Tym razem jednak fortece wracały bez strat, a postawione zadanie bojowe
zostało w zasadzie wykonane. Na węzeł kolejowy i stację rozrządową w Sotteville zrzucono sto osiem dwustupięćdziesięciokilogramowych oraz
dwadzieścia cztery pięćsetkilogramowe bomby burzące, a więc łącznie 39
000 kilogramów bomb. Jak wykazała późniejsza analiza wykonanych w czasie
ataku zdjęć fotograficznych i doniesienia wywiadu brytyjskiego, ponad
połowa bomb trafiła w rejon celu głównego, układając się jednak w promieniu około 500 metrów od punktu centralnego. Był to wynik
bombardowania 340 Dywizjonu. Trzysta czterdziesty pierwszy dywizjon
natomiast miał rezultaty znacznie gorsze, gdyż jego bomby spadły w odległości około 700 metrów na południe od właściwego punktu celowania.
Na szczęście zakłady naprawcze oraz instalacje do nich przyległe
rozciągały się na tak dużym terenie, że nawet mimo tej niedokładności w celowaniu wszystkie bomby znalazły się w obrębie celu.
Straty spowodowane przez bombardowanie nie były jednak aż tak wielkie,
jak początkowo zakładano. Tylko jedna pięćsetkilogramowa bomba trafiła
bezpośrednio w parowozownię, niszcząc cztery i poważnie uszkadzając
kilka innych lokomotyw. Pozostałe 23 bomby tego samego kalibru spadły
obok; choć wyrządziły dużo szkód ogółem, to jednak nie spełniły swego
podstawowego zadania. Również i pozostałe bomby spowodowały wiele szkód
cząstkowych, jednakże nie można było mówić o całkowitym zniszczeniu
jakiegokolwiek obiektu na atakowanym terenie.
Generałowi Eakerowi wyniki pierwszej misji nasunęły mnóstwo materiału do
przemyśleń.
Po pierwsze: było zbyt mało samolotów, by spowodować całkowite
zniszczenie tak dużego obiektu. Na to bowiem potrzeba było nie
dziesiątek, lecz setek Latających Fortec.
Po drugie: mała dokładność bombardowania, co wynikało w ogóle z niedostatecznego stopnia wyszkolenia pilotów; załogi, aczkolwiek pełne
entuzjazmu i rwące się do wykonywania zadań bojowych, przejawiały jednak
zbyt wiele nieuzasadnionej pewności siebie. Można to było wyraźnie
odczuć podczas lotu na wysokości 7500 metrów, gdy okazało się na
przykład, że ponad połowa załóg nie potrafiła we właściwy sposób
posługiwać się aparaturą tlenową. Również i sama dyscyplina w powietrzu
pozostawiała sporo do życzenia. Samoloty nie utrzymywały swoich miejsc w szyku bojowym, był on ponadto zbyt rozciągnięty, co osłabiało wzajemną
osłonę ogniową przed ewentualnym atakiem nieprzyjacielskich samolotów
myśliwskich.
Problemów było wiele. Generał Eaker zdawał sobie sprawę, że
bombardowanie nie zawsze będzie się odbywać w tak dobrych warunkach
meteorologicznych. A zatem należało przewidzieć szkolenie nawigatorów w dokładnym prowadzeniu formacji po trasie przy ograniczonej widoczności,
a bombardierów -?w bardziej precyzyjnym naprowadzaniu na sam cel.
Również spotkanie nad kanałem La Manche z brytyjską osłoną myśliwską nie
było zadowalające. Spitfire'y z 11 Grupy Myśliwskiej zjawiły się w miejscu spotkania z czterominutowym opóźnieniem, choć dopuszczalna
tolerancja czasowa wynosiła tu tylko 15 sekund.
To były sprawy, które należało wziąć pod uwagę w przyszłości. Tymczasem
zaś formacja minęła Romford i weszła nad teren wschodniej Anglii, na
którym znajdowała się baza 97 Grupy Bombowej w Grafton Underwood.
-?Zadanie górnej osłony zakończone. Do widzenia, "wielcy przyjaciele" -
rozległ się w słuchawkach głos dowodzącego osłoną myśliwską.
-?Dziękujemy, "mali przyjaciele". Wykonaliście zadanie dobrze! Do
widzenia i wiele szczęścia! -?podziękował osobiście myśliwcom generał
Eaker.
Wkrótce w blaskach chylącego się już ku zachodowi słońca ukazały się
pasy startowe lotniska Grafton Underwood.
-?Rozwiązać szyk bojowy! W krąg lotniskowy włączyć się poszczególnymi
kluczami. Kolejność lądowania według ustaleń wieży kontrolnej -?rzucał w mikrofon polecenia pułkownik Armstrong.
Punktualnie o godzinie dziewiętnastej "Peggy D" z piskiem dotknęła
kołami betonowego pasa. O dziewiętnastej siedem lądowała ostatnia
Latająca Forteca -?"Mae West". Samoloty dotaczały się do miejsca
postoju.
Z wnętrz zaczęły wysypywać się roześmiane załogi. I tu czekała je
niespodzianka. W grupie oczekujących na powrót formacji poznali
natychmiast postać generała Spaatza, dowódcy 8 Armii Powietrznej, który
w otoczeniu wyższych amerykańskich i brytyjskich oficerów osobiście
przybył do bazy, aby powitać wracających. Towarzyszyło mu ponad
trzydziestu dziennikarzy reprezentujących wszystkie ważniejsze agencje
prasowe i radiowe, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Stanach
Zjednoczonych. Teraz szedł na spotkanie uśmiechnięty, ściskał im ręce i poklepywał po plecach, a wokół biegali podekscytowani fotoreporterzy i operatorzy filmowi, trzaskały flesze i w powietrzu krzyżowały się
dziesiątki głosów dziennikarzy usiłujących nagrać "na gorąco" wywiady z poszczególnymi lotnikami.
Od dowódcy lotnictwa bombowego RAF marszałka Arthura Harrisa przyszła
następująca depesza: "Gratulacje od wszystkich żołnierzy lotnictwa
bombowego RAF w związku z wypełnieniem z sukcesem pierwszej czysto
amerykańskiej wyprawy bombowej przeciwko okupowanemu przez Niemców
terytorium Europy. "Yankee Doodle" naprawdę poszedł do miasta i może
przypiąć do czapki jeszcze jedno w pełni zasłużone pióro!"
Gratulacje przyszły również i od innych osobistości, a także od szeregu
instytucji i osób prywatnych w Stanach Zjednoczonych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki