PROLOG
PROLOG
O UPIERZENIU PTACTWA
Zanim odkryto Australię, mieszkańcy Starego Świata byli przekonani, że
wszystkie łabędzie są białe. Trwali niezachwianie w swej wierze,
ponieważ dowody empiryczne zdawały się ją całkowicie potwierdzać. Widok
pierwszego czarnego łabędzia mógł się okazać interesującą niespodzianką
dla kilku ornitologów (i innych ludzi szczególnie zainteresowanych
upierzeniem ptaków), ale nie o to chodzi. Historia ta ilustruje poważne
ograniczenie procesu wnioskowania opartego na obserwacjach lub
doświadczeniach oraz kruchość naszej wiedzy. Jedno spostrzeżenie może
obalić ogólną tezę, postawioną na podstawie tysięcy lat obserwacji
milionów białych osobników. Wystarczy do tego jeden jedyny (i, jak
słyszałem, dość brzydki) czarny ptak1.
W niniejszej książce wychodzę poza dziedzinę rozważań
filozoficzno-logicznych ku rzeczywistości empirycznej, która od
dzieciństwa stanowi moją obsesję2. Tym, co nazywam Czarnym
Łabędziem (pisanym wielką literą), jest zdarzenie wykazujące poniższe
trzy cechy.
Po pierwsze, jest nietypowe, ponieważ wykracza poza domenę naszych
zwykłych oczekiwań, jako że żaden element przeszłości nie wskazuje
wyraźnie na możliwość jego zaistnienia. Po drugie, wywiera drastyczny
wpływ na rzeczywistość (w odróżnieniu od ptaka o nietypowym upierzeniu).
Po trzecie, mimo braku typowości tego zdarzenia nasza natura każe nam
szukać po fakcie uzasadnienia jego wystąpienia, tak by stało się
wytłumaczalne i przewidywalne.
Zatrzymajmy się w tym miejscu, by przyjrzeć się owej triadzie, na którą
składają się rzadkość występowania, drastyczny wpływ i retrospektywna (a nie prospektywna) przewidywalność3. Niemal wszystko na
świecie da się wyjaśnić przez odwołanie do niewielkiej liczby Czarnych
Łabędzi, począwszy od powodzenia określonych idei i religii, przez
dynamikę wydarzeń historycznych, aż po rozmaite elementy naszego życia
osobistego. Odkąd zostawiliśmy za sobą epokę plejstocenu, około
dziesięciu tysięcy lat temu, wpływ Czarnych Łabędzi na rzeczywistość
nieustannie rośnie. Zjawisko to nasiliło się w okresie rewolucji
przemysłowej, gdy świat stał się bardziej skomplikowany, a zwykłe
zdarzenia, które poddawane są analizie, które się omawia i próbuje
przewidzieć na podstawie tego, co wyczytamy w gazetach, przestały
występować zgodnie z dotychczasową logiką.
Zastanówcie się na przykład, w jak niewielkim stopniu wasze rozumienie
świata w przeddzień wydarzeń z 1914 roku pomogłoby wam odgadnąć, co ma
się stać dalej. (Nie oszukujcie, odwołując się do wyjaśnień, które wbił
wam do głowy nudny nauczyciel historii w liceum). A przewidzieć dojście
Hitlera do władzy i kolejną wojnę? Albo gwałtowny upadek bloku
sowieckiego? A konsekwencje narastającej fali fundamentalizmu
islamskiego? Skutki rozpowszechnienia Internetu? Czy też krach na
giełdzie z 1987 roku (i jeszcze bardziej zaskakujący powrót
koniunktury)? Trendy, epidemie, style w modzie, idee, narodziny nowych
gatunków i szkół artystycznych - wszystkie te zjawiska wykazują dynamikę
Czarnych Łabędzi. W zasadzie niemal wszystkie ważne procesy można
zaliczyć do tej kategorii.
Połączenie tych cech - niskiej przewidywalności i znacznych skutków dla
otaczającej rzeczywistości - czyni Czarnego Łabędzia wielką zagadką; nie
na tym jednak skupiam się w niniejszej książce. Omawiając to zjawisko,
warto dodać, że mamy tendencję do zachowywania się w taki sposób, jakby
ono nie istniało! I nie mówię tu tylko o was, waszym kuzynie Joeyu i o sobie, lecz o niemal wszystkich "badaczach społecznych", którzy przez
ponad sto lat działali na podstawie błędnego założenia, że ich narzędzia
pozwalają mierzyć niepewność. Zastosowanie owych metod do rzeczywistych
problemów przyniosło bowiem absurdalne rezultaty; miałem okazję
przekonać się o tym w dziedzinie finansów i ekonomii. Zapytajcie swojego
opiekuna inwestycyjnego o to, jak rozumie "ryzyko", a prawdopodobnie
opowie wam o sposobach mających na celu wykluczenie możliwości
zaistnienia Czarnego Łabędzia - a zatem pozwalających ocenić łączne
ryzyko [inwestycji] nie lepiej niż astrologia (w dalszej części
książki pokażę, w jaki sposób ukrywa się to intelektualne oszustwo za
pomocą matematyki). Problem ten występuje powszechnie w dziedzinie nauk
społecznych.
Podstawowym tematem niniejszej książki jest charakteryzująca nas
nieświadomość owej losowości, szczególnie w odniesieniu do dużych
odchyleń: dlaczego nam wszystkim, naukowcom i laikom, ważniakom i szarym
obywatelom, drzewa zwykle przesłaniają las? Dlaczego skupiamy się na
drobiazgach, zamiast myśleć o poważniejszych, potencjalnie istotnych
zdarzeniach, mimo oczywistych dowodów ich ogromnego wpływu na
rzeczywistość? I dlaczego czytanie gazet tak naprawdę obniża naszą
wiedzę o świecie, jeśli wiecie, co mam na myśli?
Łatwo zauważyć, że życie kształtują nieliczne, przełomowe zdarzenia. Nie
jest trudno docenić rolę Czarnych Łabędzi, gdy siedzi się wygodnie w fotelu (albo na stołku barowym). Proponuję zatem następujące ćwiczenie.
Zastanówcie się nad własną historią. Policzcie ważne wydarzenia,
przemiany technologiczne i wynalazki, do których doszło w waszym
otoczeniu od chwili, kiedy przyszliście na świat, i porównajcie je z wcześniejszymi przewidywaniami. Ile z tych zmian przebiegało zgodnie z jakimkolwiek harmonogramem? Przyjrzyjcie się swojemu życiu prywatnemu,
na przykład temu, jak wybraliście zawód albo poznaliście swoich
partnerów; pomyślcie o decyzji o emigracji z ojczyzny, o wszystkich
zdradach, które was spotkały, o sytuacjach, w których nagle się
wzbogaciliście albo straciliście dużo pieniędzy. Jak często takie
zdarzenia przebiegały zgodnie z planem?
TO, CZEGO NIE WIEMY
W myśl idei Czarnego Łabędzia to, czego nie wiemy, staje się znacznie
ważniejsze od tego, co wiemy4. Pamiętajmy, że wiele Czarnych
Łabędzi wywołuje, a także nasila sam fakt, że są one niespodziewane.
Weźmy na przykład atak terrorystyczny z 11 września 2001 roku: gdyby 10
września można było sobie wyobrazić takie ryzyko, nigdy by do tych
wydarzeń nie doszło. Gdyby faktycznie brano pod uwagę taką możliwość,
między wieżami WTC krążyłyby myśliwce, kabiny pilotów miałyby zamknięte
kuloodporne drzwi i atak po prostu by nie nastąpił. Być może zdarzyłoby
się coś innego. Co? Tego nie wiem.
Czy to nie dziwne, że coś się dzieje właśnie dlatego, że miało się nigdy
nie wydarzyć? Jak możemy się bronić przed czymś takim? Wszystko, czego
się dowiedzieliśmy po atakach (na przykład, że Nowy Jork jest łatwym
celem dla terrorystów), może okazać się nieistotne, jeśli wróg wie, że
już to wiemy. To paradoks, jednak w tej strategicznej rozgrywce
wszystko, co wiemy, może się okazać całkowicie pozbawione
znaczenia5.
Ma to zastosowanie w szeroko pojętym biznesie. Pomyślcie o "tajemnicy
sukcesu" restauratorów, którzy świetnie sobie radzą na rynku. Gdyby ich
sekrety były powszechnie znane lub oczywiste, każdy mógłby je odkryć, a wówczas przestałyby uchodzić za coś wyjątkowego. Kolejny wielki sukces w branży gastronomicznej wyniknie z pomysłu, który nie przychodzi do głowy
dzisiejszym restauratorom. Musi on w jakiś sposób wykraczać poza ich
oczekiwania. Im ów sukces będzie bardziej niespodziewany, tym mniejsza
konkurencja i tym większy triumf biznesmena, który wcieli ten pomysł w życie. Tak samo sprawy się mają z branżą obuwniczą i wydawniczą - i z każdym innym biznesem. Podobnie jest w dziedzinie teorii naukowych -
nikogo nie interesuje słuchanie banałów. Ogólnie rzecz biorąc, efekt
jakiegokolwiek ludzkiego przedsięwzięcia jest odwrotnie proporcjonalny
do jego oczekiwanego poziomu.
Weźmy na przykład tsunami na Oceanie Indyjskim w grudniu 2004 roku.
Gdybyśmy się go spodziewali, nie wyrządziłoby tylu szkód - obszary, na
których wystąpiło, byłyby mniej zaludnione, istniałby system wczesnego
ostrzegania. To, o czym wiecie, nie może naprawdę was zranić.
EKSPERCI I BEZMYŚLNE KUKŁY
Niemożność przewidzenia nietypowych zdarzeń oznacza, że nie potrafimy
przewidzieć biegu historii, to one bowiem wywierają ogromny wpływ na
rozwój sytuacji.
Tymczasem zachowujemy się tak, jakbyśmy umieli przewidywać przyszłość
albo - co gorsza - jakbyśmy byli w stanie zmienić bieg historii.
Opracowujemy trzydziestoletnie prognozy deficytu systemu zabezpieczeń
społecznych i cen ropy naftowej, nie zauważając, że nie potrafimy
przewidzieć nawet tego, jaka będzie ich wartość następnego lata - błędy
w naszych prognozach dotyczących wydarzeń politycznych i gospodarczych
są łącznie tak monstrualne, że za każdym razem, kiedy sprawdzam dane
empiryczne, muszę się uszczypnąć, by się upewnić, czy to nie sen.
Zaskakuje nie tyle skala naszych błędów, ile fakt, że nie zdajemy sobie
z nich sprawy. Niepokoi to bardziej, gdy angażujemy się w śmiertelnie
niebezpieczne konflikty: wojny cechuje fundamentalna nieprzewidywalność
(o czym nie mamy pojęcia). Nie rozumiejąc zależności
przyczynowo-skutkowej między obraną strategią a podejmowanymi
działaniami, przez swoją agresywną ignorancję możemy z łatwością wywołać
Czarne Łabędzie - jak dziecko, które bawi się zestawem małego chemika.
Owa niezdolność przewidywania przyszłości w otoczeniu narażonym na
występowanie Czarnych Łabędzi, połączona z ogólnym brakiem świadomości
tego stanu rzeczy, oznacza, że niektórzy specjaliści uważający się za
ekspertów, w rzeczywistości nimi nie są. Ich dotychczasowe wyniki
świadczą o tym, że nie znają się na swojej dziedzinie lepiej niż ogół
społeczeństwa, za to potrafią o swej pracy znacznie lepiej opowiadać -
albo, co gorsza, mydlić innym oczy za pomocą skomplikowanych modeli
matematycznych. A przy tym częściej noszą krawat.
Czarne Łabędzie są nieprzewidywalne, dlatego powinniśmy przystosować się
do tego, że istnieją (zamiast naiwnie próbować je przewidzieć).
Możliwości jest wiele, wystarczy skoncentrować się na antywiedzy, czyli
na tym, czego nie wiemy. Na przykład możemy nauczyć się czerpać korzyści
z Czarnych Łabędzi (niosących ze sobą pozytywne skutki), maksymalizując
swoją ekspozycję na takie zdarzenia. Właściwie w niektórych dziedzinach
- takich jak odkrycia naukowe i inwestycje typu venture capital - to, co
nieznane, przynosi nieproporcjonalnie wyższe zyski, ponieważ w przypadku
rzadkich zdarzeń zazwyczaj mamy niewiele do stracenia i wiele do
zyskania. Jak się przekonamy, wbrew teoriom z zakresu nauk społecznych
niemal żadne istotne odkrycia czy technologie nie są owocem projektów i planów - to po prostu Czarne Łabędzie. Odkrywcy i przedsiębiorcy nie
realizują założonego z góry harmonogramu - zamiast tego skupiają się
raczej na jak najintensywniejszym kombinowaniu i wykorzystywaniu
nadarzających się okazji. Nie zgadzam się zatem z wyznawcami Marksa i Adama Smitha: wolne rynki sprawdzają się nie dlatego, że nagradzają lub
"premiują" określone umiejętności, tylko dlatego, że może się na nich
poszczęścić tym, którzy odważnie stosują metodę prób i błędów. Optymalna
strategia polega więc na tym, żeby jak najwięcej kombinować i maksymalnie wykorzystać potencjał Czarnych Łabędzi.
NAUKA UCZENIA SIĘ
Przejdźmy do kolejnego problemu wynikającego z nadmiernej koncentracji
na tym, co wiemy: zwykle uczymy się konkretów, a nie ogólnych zasad.
Jakie wnioski wyciągnięto z ataków z 11 września? Czy ludzie zrozumieli,
że niektóre sytuacje ze względu na swą dynamikę wykraczają w dużej
mierze poza granice przewidywalności? Nie. Czy zdali sobie sprawę z błędu, jaki kryje się w naszym podejściu do rzeczywistości? Nie. Czego
się nauczyli? Nauczyli się dokładnie zasad, jak unikać islamskich
prototerrorystów i wieżowców. Wiele osób powtarza mi, że lepiej przyjąć
postawę pragmatyczną i podjąć konkretne działania, zamiast
"teoretyzować" na temat wiedzy. Historia linii Maginota pokazuje, że
mamy tendencję do skupiania się na szczegółach. Po I wojnie światowej
Francuzi chcieli się ustrzec kolejnej inwazji, dlatego wznieśli
fortyfikacje wzdłuż drogi, którą poprzednio nadeszły niemieckie wojska.
Hitler po prostu je ominął, bez (większych) trudności. Francuzi
wyciągnęli nauczkę ze swoich błędów, ale byli w tym zbyt dosłowni.
Okazali się zanadto praktyczni i za mocno skupieni na własnym
bezpieczeństwie.
Nie można tak po prostu zrozumieć, że nie rozumiemy, iż czegoś nie
rozumiemy. Problemem jest struktura naszego umysłu: nie przyswajamy
reguł, lecz jedynie fakty i nic poza nimi. Nauka metareguł (na przykład
reguły, że mamy trudności z przyswajaniem reguł) idzie nam ciężko.
Gardzimy tym, co abstrakcyjne; mamy to w głębokim poważaniu.
Dlaczego? Posłużę się zabiegiem, któremu poświęcam resztę niniejszej
książki, mianowicie postawię tradycyjną wiedzę na głowie, żeby wykazać,
jak nieprzystosowana jest ona do współczesnego świata, naszej złożonej i w coraz większym stopniu rekurencyjnej
rzeczywistości6.
Zadajmy jednak poważniejsze pytanie: do czego służy nasz umysł? Wygląda
na to, że dostaliśmy niewłaściwą instrukcję obsługi. Umysł człowieka
prawdopodobnie nie służy do myślenia ani introspekcji. Gdyby do tego
służył, łatwiej byłoby nam odnaleźć się w dzisiejszym świecie;
jednocześnie nie pozwoliłby nam przeżyć, więc nie mielibyśmy sposobności
się nad tym zastanawiać - mój przodek, introspektywny myśliciel dumający
nad hipotetycznym rozwojem wydarzeń, padłby ofiarą lwa, a jego bezmyślny
kuzyn o lepszym refleksie zdążyłby uciec. Pamiętajmy, że myślenie jest
czasochłonnym zajęciem i zasadniczo można je uznać za marnowanie
energii; że nasi przodkowie przez ponad sto milionów lat funkcjonowali
jako bezmyślne ssaki, a w tym krótkim okresie w historii człowieka,
odkąd nauczyliśmy się używać mózgu, używaliśmy go w celach o marginalnym
znaczeniu. Dane wskazują na to, że myślimy znacznie rzadziej, niż nam
się wydaje - oczywiście z wyjątkiem momentów, kiedy rozmyślamy na temat
myślenia.
NOWY RODZAJ NIEWDZIĘCZNOŚCI
Z przykrością się myśli o ludziach, których źle potraktowała historia.
Przykładem są "poeci wyklęci", tacy jak Edgar Allan Poe czy Arthur
Rimbaud, wzgardzeni w swoich czasach, a później wynoszeni pod niebiosa,
których twórczością dziś uszczęśliwia się na siłę uczniów. (Istnieją
nawet szkoły mające za patronów ludzi, którzy rzucili naukę). Niestety,
uznanie przyszło odrobinę za późno, żeby mogli poczuć przypływ
serotoniny albo przekuć je na sukces w życiu osobistym. Ale zapomnianych
bohaterów jest więcej. Istnieje bardzo smutna kategoria ludzi, o których
bohaterstwie nie mamy pojęcia - nie wiemy, że uratowali nam życie, że
pomogli nam uniknąć różnych katastrof. Nie pozostawili po sobie żadnych
śladów i sami nie byli świadomi swojego wpływu na rzeczywistość.
Pamiętamy męczenników, którzy zginęli za sprawę, bo o nich słyszeliśmy,
a nie ludzi, którzy działali nie mniej skutecznie, chociaż nie mieliśmy
o tym pojęcia - właśnie dlatego, że ich walka zakończyła się sukcesem.
Nasza niewdzięczność wobec "poetów wyklętych" blednie w obliczu tego
rodzaju obojętności. To znacznie brutalniejszy typ niewdzięczności, bo
wywołuje w cichym bohaterze poczucie bezużyteczności. Zobrazuję to
następującym eksperymentem myślowym.
Załóżmy, że pewien ustawodawca dzięki swojej odwadze, wpływom,
intelektowi, wizji i wytrwałości zdołał wprowadzić w życie prawo, które
zaczyna obowiązywać 10 września 2001 roku. Nowe przepisy nakazują
zamontowanie w każdym kokpicie kuloodpornych drzwi, zamkniętych przez
cały czas lotu (co pociąga za sobą wysokie koszty dla walczących o przetrwanie linii lotniczych) - na wypadek, gdyby terroryści postanowili
użyć samolotów w ataku na nowojorskie World Trade Center. Wiem, że brzmi
to absurdalnie, ale to tylko eksperyment myślowy (zdaję sobie sprawę, że
trudno uwierzyć w istnienie ustawodawcy obdarzonego intelektem, odwagą,
wizją i wytrwałością; właśnie o to chodzi w tym eksperymencie).
Wspomniana ustawa nie spotyka się z uznaniem personelu lotniczego,
ponieważ utrudnia mu życie. Z całą pewnością jednak może zapobiec
wydarzeniom z 11 września.
Człowiekowi, który wprowadził obowiązek zamontowania zamków w drzwiach
kokpitów, nie stawia się pomników na miejskich placach; nawet w jego
nekrologu zabraknie choćby wzmianki o jego zasługach. "Joe Smith, dzięki
któremu nie doszło do katastrofy z 11 września, zmarł w wyniku powikłań
związanych z chorobą wątroby". Zważywszy na to, jak zbyteczne i kosztowne wydawało się proponowane przez niego rozwiązanie, opinia
publiczna, przy wydatnym wsparciu pilotów lotniczych, będzie wręcz
chciała doprowadzić do odwołania go ze stanowiska. Vox clamantis in
deserto. Taki człowiek przejdzie na emeryturę w depresji, z dojmującym
poczuciem klęski. Umrze w przekonaniu, że nie dokonał w życiu niczego
pożytecznego. Chciałbym pójść na jego pogrzeb, niestety, drodzy
czytelnicy, nie wiem, jak go znaleźć. Mimo wszystko uznanie może
przynieść prawdziwą satysfakcję. Wierzcie mi, nawet ci, którzy zarzekają
się, że nie wierzą w pochwały i oddzielają pracę od jej owoców, czują
dzięki nim przypływ serotoniny. Oto tragedia cichego bohatera - nawet
jego własny układ hormonalny sprzysięga się przeciwko niemu, nie
oferując mu żadnej nagrody.
Wróćmy jeszcze raz do wydarzeń z 11 września. Komu przyniosły uznanie?
Tym, których widzieliście w mediach, w telewizji, dokonujących
bohaterskich czynów, i tym, którzy usiłowali wywołać w was wrażenie, że
dokonują bohaterskich czynów. Do tej ostatniej kategorii zaliczają się
tacy ludzie, jak prezes NYSE (nowojorskiej giełdy papierów
wartościowych) Richard Grasso, który "uratował giełdę" i otrzymał za to
ogromną premię (równowartość kilkunastu tysięcy przeciętnych
wynagrodzeń). A polegało to na tym, że otworzył sesję, uderzając w dzwon
podczas transmisji w telewizji - telewizji, która, jak się przekonamy,
jest nośnikiem niesprawiedliwości i główną przyczyną naszej niewiedzy o zjawisku Czarnych Łabędzi.
Kto zyskuje uznanie: ten pracownik banku centralnego, który nie dopuścił
do recesji, czy ten, który przychodzi, żeby "naprawić" błędy
poprzedników, i przypadkiem znajduje się na stanowisku w okresie
ożywienia gospodarczego? Kto jest cenniejszy: polityk, który nie dopuści
do wybuchu konfliktu zbrojnego, czy ten, który wypowie nową wojnę (i będzie miał dość szczęścia, żeby ją wygrać)?
Mamy tu do czynienia z tą samą odwróconą logiką, co w przypadku wartości
tego, o czym nie wiemy; wszyscy rozumieją, że profilaktyka jest
ważniejsza od leczenia, ale mało kto nagradza za działania
profilaktyczne. Gloryfikujemy tych, którzy zapisali się na kartach
historii kosztem tych, o których milczą podręczniki. Ludzkość jest nie
tylko powierzchowna (co daje się do pewnego stopnia uleczyć), lecz także
bardzo niesprawiedliwa.
ŻYCIE JEST BARDZO NIECODZIENNE
Trzymacie w ręku książkę o niepewności; zdaniem jej autora rzadkie
zdarzenia są równoznaczne z niepewnością. Można to odczytać jako dość
kategoryczną tezę - że chcąc zrozumieć zdarzenia powszednie, musimy
zgłębić tajniki zdarzeń rzadkich i skrajnych - dlatego chciałbym
uściślić tę opinię. Istnieją dwa możliwe podejścia do otaczających nas
zjawisk. Po pierwsze, można pominąć wyjątki i skupić się na tym, co
"normalne". Obserwator ignoruje odstępstwa od reguły i bada zwykłe
przypadki. Drugie podejście zakłada, że aby zrozumieć jakieś zjawisko,
najpierw należy się przyjrzeć sytuacjom skrajnym, szczególnie gdy - jak
przy Czarnych Łabędziach - ich łączne skutki dla otoczenia mogą być
olbrzymie.
Normalność niezbyt mnie interesuje. Jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć
o waszym przyjacielu, jego temperamencie, zasadach etycznych i kulturze
osobistej, musicie zobaczyć, jak zachowa się w ekstremalnych
okolicznościach, a nie w codziennym, spokojnym życiu. Czy można ocenić,
jakie zagrożenie stanowi przestępca na podstawie jego zajęć w zwykły
dzień? Czy można zrozumieć zdrowie, nie uwzględniając egzotycznych
chorób i epidemii? To, co normalne, często ma niewielkie znaczenie.
W życiu społecznym niemal wszystkie procesy zachodzą na drodze rzadkich,
lecz brzemiennych w skutki wstrząsów i zmian; tymczasem badania
społeczne koncentrują się niemal wyłącznie na typowych przypadkach,
wykorzystując przede wszystkim "rozkład normalny", z którego wynika tyle
co nic. Dlaczego? Otóż rozkład normalny pomija duże odchylenia. Nie
potrafi ich uwzględnić, a przy tym daje nam złudną pewność, że
poskromiliśmy niepewność. W mojej książce określam go skrótem WIO
(wielkie intelektualne oszustwo).
PLATON I NERD
Główną przyczyną wybuchu powstania Żydów w I wieku naszej ery był fakt,
iż Rzymianie upierali się, by umieścić w świątyni żydowskiej w Jerozolimie pomnik Kaliguli w zamian za umieszczenie posągu żydowskiego
boga Jahwe w ich świątyniach. Rzymianie nie zdawali sobie sprawy z tego,
że abstrakcyjny, wszechobecny bóg Żydów (i późniejszych lewantyńskich
monoteistów) nie miał nic wspólnego z antropomorficznymi, aż nadto
ludzkimi postaciami, które ci określali mianem deus. A co
najistotniejsze, żydowskiego boga nie sposób było przedstawić
symbolicznie. Na tej samej zasadzie to, co wielu ludzi utowarowia i określa jako "nieznane", "nieprawdopodobne" albo "niepewne", dla mnie
jest czymś zupełnie innym; nie stanowi ścisłej i konkretnej kategorii
wiedzy. Nie jest domeną nerdów, tylko jej całkowitym przeciwieństwem:
to brak (i ograniczenia) wiedzy. Zaprzeczenie wiedzy. Powinniśmy nauczyć
się unikać określeń odnoszących się do wiedzy, gdy opisujemy jej
odwrotność.
Nawiązując do filozoficznych idei (i osobowości) Platona,
platońskością nazywam naszą tendencję do mylenia mapy z terytorium, do
koncentrowania się na czystych i jasno zdefiniowanych "formach", zarówno
obiektach, takich jak trójkąty, jak i koncepcjach społecznych w rodzaju
utopii (społeczeństw stworzonych według konkretnych, "sensownych"
założeń) czy nawet narodowości. Kiedy nasz umysł zaprzątają te idee i czyste konstrukty, przyznajemy im pierwszeństwo kosztem innych, mniej
eleganckich pojęć o mniej uporządkowanej i przejrzystej strukturze (w dalszej części książki stopniowo rozwijam ten wątek).
Platońskość wytwarza w nas złudzenie, że rozumiemy więcej niż w rzeczywistości. Nie jest to jednak ogólnie obowiązująca prawidłowość.
Nie twierdzę, że platońskie formy nie istnieją. Modele i konstrukcje,
owe intelektualne mapy rzeczywistości, nie zawsze są błędne; dotyczy to
tylko części ich konkretnych zastosowań. Trudność bierze się stąd, że:
a) nie wiadomo z góry, w którym miejscu mapa okaże się przekłamana (to
staje się jasne dopiero po fakcie), i b) wspomniane błędy mogą mieć
poważne konsekwencje. Owe modele przypominają leki, które mogą pomóc,
ale wywołują nieoczekiwane i bardzo ostre efekty uboczne.
Platoński uskok to punkt zapalny, miejsce, w którym platoński sposób
myślenia wchodzi w kontakt z niechlujną rzeczywistością, a przepaść
między tym, co wiecie, a tym, co wydaje wam się, że wiecie, staje się
niebezpiecznie głęboka. Właśnie tu rodzi się Czarny Łabędź.
ZBYT NUDNE, ŻEBY O TYM PISAĆ
Podobno kiedy aktorzy na planie artystycznych filmów Luchina Viscontiego
wskazywali zamkniętą szkatułkę, która miała kryć w sobie klejnoty,
leżała w niej prawdziwa biżuteria. W ten sposób reżyser chciał się
upewnić, że aktorzy wejdą w swoje role. Według mnie Visconti mógł się
również kierować czystym poczuciem estetyki i pragnieniem autentyczności
- zwodzenie widza mogło wydawać mu się czymś niewłaściwym.
Niniejsza książka stanowi esej wyrażający jedną główną tezę: nie zajmuję
się recyklingiem ani przetwarzaniem cudzych pomysłów. Esej to
spontaniczne rozważania, a nie raport naukowy. Przepraszam, jeśli pominę
w tej publikacji kilka oczywistych wątków, ale wyznaję pogląd, że jeśli
ja nie mam ochoty o czymś pisać, to czytelnicy nie będą mieli ochoty o tym czytać. (Poza tym kryterium unikania nudy może pomóc usunąć z książki to, co w niej zbyteczne).
Gadanie nic nie kosztuje. Ktoś, kto na studiach miał za dużo (albo za
mało) zajęć z filozofii, mógłby zaoponować: przecież widok Czarnego
Łabędzia nie podważa teorii, że wszystkie łabędzie są białe, jako że z technicznego punktu widzenia czarny ptak nie jest łabędziem, gdyż
podstawową cechą łabędzia jest białe ubarwienie. Z kolei ci, którzy
naczytali się za dużo Wittgensteina (i komentarzy do jego pism), mogą
wierzyć w znaczenie kwestii językowych. Oczywiście są one ważne na
wydziałach filozofii, ale my, praktycy i decydenci w prawdziwym świecie,
zostawiamy je sobie na weekend. Jak wyjaśniam we fragmencie
zatytułowanym Niepewność nerda [Rozdział 9. Błąd ludyczny albo
niepewność nerda - przyp. red.], mimo swojego intelektualnego powabu
te niuanse nie mają istotnego wpływu na sprawy, którymi zajmujemy się od
poniedziałku do piątku, w odróżnieniu od poważniejszych (choć
pomijanych) kwestii. Ludzie wykładający na uczelniach mają niewielkie
doświadczenie z prawdziwymi sytuacjami, w których trzeba podejmować
decyzje w warunkach niepewności, dlatego nie wiedzą, co jest ważne, a co
nie - i dotyczy to nawet badaczy niepewności (a może szczególnie
badaczy niepewności). To, co nazywam praktyką niepewności, może
obejmować piractwo komputerowe, spekulacje cenami surowców, hazard na
zawodowym poziomie, pracę dla pewnych gałęzi mafii albo niemal nałogowe
zakładanie nowych firm. Jestem więc przeciwnikiem "sterylnego
sceptycyzmu", na który nic nie można poradzić, oraz przesadnie
teoretycznych rozważań lingwistycznych, przez które znaczna część
współczesnej filozofii stała się nieinteresująca dla bytu nazywanego
cynicznie opinią publiczną. (W przeszłości ci nieliczni filozofowie i myśliciele, którzy nie byli niezależni finansowo, utrzymywali się dzięki
wsparciu mecenasów. Dziś losy pracowników naukowych w rozmaitych
abstrakcyjnych dziedzinach zależą wyłącznie od opinii innych naukowców.
Brakuje weryfikacji zewnętrznej, co od czasu do czasu przynosi ten
patologiczny skutek, że przedsięwzięcia akademickie zamieniają się w prymitywną rywalizację na pokaz. Poprzedni system miał swoje wady, ale
przynajmniej narzucał pewne standardy merytoryczne).
Filozof Edna Ullmann-Margalit7 odkryła w mojej książce
pewną niespójność i zwróciła się do mnie o wyjaśnienie, dlaczego
posłużyłem się właśnie metaforą Czarnego Łabędzia do opisu tego, co
nieznane, abstrakcyjne i nieprecyzyjnie niepewne - białych kruków,
różowych słoni albo wymierających mieszkańców dalekiej planety
orbitującej wokół Tau Ceti. Przyłapała mnie na gorącym uczynku.
Faktycznie, mamy tu do czynienia z niespójnością; ta książka to pewna
opowieść, ponieważ wolę posługiwać się opowieściami i anegdotami, żeby
pokazać, jak łatwo wierzymy w rozmaite historie i jak jesteśmy podatni
na niebezpieczne skróty narracyjne8.
Opowieść można zastąpić tylko inną opowieścią. Metafory i opowieści
(niestety) oddziałują na nas znacznie silniej niż idee; a przy tym są
łatwiejsze do zapamiętania i przyjemniej się je czyta. Jeśli mam
zaatakować to, co nazywam dyscyplinami narracyjnymi, najlepszym
narzędziem będzie właśnie narracja.
Idee pojawiają się i znikają, a tym, co pozostaje, są opowieści.
PODSUMOWANIE
W mojej książce potwór to nie tylko rozkład normalny czy statystyk,
który sam siebie oszukuje, ani też splatonizowany uczony, który
potrzebuje teorii, żeby zamącić sobie w głowie. Jest nim również nasza
potrzeba "koncentracji" na tym, co ma dla nas sens. Życie na naszej
planecie w dzisiejszych czasach wymaga znacznie więcej wyobraźni, niż
mamy w wyposażeniu. Brakuje nam fantazji i tłumimy ją u innych.
Zwróćcie uwagę, że pisząc, nie opieram się na bestialskiej metodzie
przytaczania wybiórczych "dowodów na potwierdzenie mojej tezy". Z przyczyn, które wyjaśniam w Rozdziale 5, nazywam ten nadmiar dowodów
naiwnym empiryzmem - wiele anegdot dobranych w taki sposób, żeby
pasowały do określonej historii, nie jest jeszcze żadnym dowodem. Każdy,
kto szuka potwierdzenia własnych poglądów, bez wątpienia znajdzie
wystarczająco dużo argumentów, żeby zamydlić oczy sobie i swoim
kolegom9. Idea Czarnego Łabędzia opiera się na strukturze
losowości w rzeczywistości empirycznej.
Podsumowując: w tym (osobistym) eseju nadstawiam karku i twierdzę, wbrew
temu, co nawykowo myślimy, że w naszym świecie dominują zdarzenia
skrajne, nieznane i wysoce nieprawdopodobne (zgodnie z naszą obecną
wiedzą), podczas gdy my marnujemy czas, zajmując się tym, co znane i powtarzalne. Płynie stąd wniosek, że zdarzenia ekstremalne należy
przyjąć za punkt wyjścia naszych rozważań, a nie wyjątek zamiatany pod
dywan. Stawiam tu również odważniejszą (i bardziej irytującą) tezę, że
mimo całego postępu i wzrostu naszej wiedzy, a być może właśnie ze
względu na nie, przyszłość staje się coraz mniej przewidywalna, a zarówno natura ludzka, jak i "nauki" społeczne sprzysięgły się, żeby to
przed nami ukryć.
ORGANIZACJA KSIĄŻKI
Książka ułożona jest według prostej logiki: od rozważań czysto
literackich (pod względem merytorycznym i formalnym) przechodzi do
zagadnień wybitnie naukowych (pod względem merytorycznym, choć nie
formalnym). Do psychologii odwołuję się głównie w Części I i na początku
Części II; biznesem i naukami przyrodniczymi zajmuję się przede
wszystkim w drugiej połowie Części II i w Części III. Część I,
ANTYBIBLIOTEKA UMBERTA ECO, CZYLI JAK SZUKAMY POTWIERDZEŃ, poświęcona
jest w większości temu, w jaki sposób postrzegamy wydarzenia historyczne
i bieżące, oraz zakłóceniom naszej percepcji. Część II, PO PROSTU NIE
UMIEMY PROGNOZOWAĆ, dotyczy przyszłości oraz skrywanych ograniczeń
niektórych "nauk" i opisuje, jak sobie radzić z tymi ograniczeniami. W Części III,TE SZARE ŁABĘDZIE EKSTREMISTANU, omawiam szerzej kwestię
zdarzeń ekstremalnych, wyjaśniam, jak powstaje rozkład normalny (czyli
wielkie intelektualne oszustwo), i analizuję koncepcje z dziedziny nauk
przyrodniczych i społecznych kryjące się pod enigmatycznym mianem
złożoności. Część IV, ZAKOŃCZENIE, będzie bardzo krótka.
Pisanie tej książki przyniosło mi nieoczekiwaną radość - w zasadzie
napisała się sama - i mam nadzieję, że czytelnicy też jej doświadczą.
Przyznaję, że spodobało mi się to wycofanie do świata czystych idei po
trudach aktywnego życia w świecie transakcji finansowych. Po publikacji
zamierzam spędzić trochę czasu z dala od zgiełku forum publicznego, żeby
w całkowitym spokoju zastanowić się nad moimi koncepcjami
filozoficzno-naukowymi.
Dzięki rosnącej popularności telefonów komórkowych z aparatami
fotograficznymi stałem się posiadaczem ogromnej kolekcji zdjęć czarnych
łabędzi, nadsyłanych mi przez podróżujących czytelników. Na minione
święta Bożego Narodzenia dostałem również skrzynkę wina Black Swan
[Czarny Łabędź - przyp. tłum.] (piłem lepsze), kasetę wideo (nie
oglądam wideo) i dwie książki. Wolę zdjęcia. [wróć]
Posłużyłem się metaforą logiczną czarnego łabędzia (pisanego małą
literą) do opisu zdarzeń należących do kategorii Czarnych Łabędzi
(pisanych wielką literą), ale nie należy mylić tego pojęcia z problemem
logicznym stawianym przez wielu filozofów. Chodzi tu nie tyle o wyjątki,
ile o nieproporcjonalnie dużą rolę, jaką skrajne zdarzenia odgrywają w wielu dziedzinach życia. Co więcej, problem logiczny dotyczy możliwości
wystąpienia wyjątku (jakim jest czarny łabędź); ja mówię o roli
wyjątkowego zdarzenia (jakim jest Czarny Łabędź), które skutkuje erozją
przewidywalności, a także o potrzebie odporności na Czarne Łabędzie
niosące negatywne skutki i ekspozycji na pozytywne Czarne Łabędzie. [wróć]
Czarnym Łabędziem jest również wydarzenie, którego się spodziewamy, a do
którego nie dochodzi. Zwróćmy uwagę, że mamy tu do czynienia z pewną
symetrią: wystąpienie wysoce nieprawdopodobnego zdarzenia jest tym
samym, co niewystąpienie zdarzenia wysoce prawdopodobnego. [wróć]
Czarny Łabędź jest wynikiem zbiorowych i indywidualnych ograniczeń (lub
zniekształceń) epistemicznych, przede wszystkim ograniczenia zaufania do
wiedzy; nie jest to zjawisko obiektywne. Najpoważniejszym błędem w interpretacji zdarzeń, które nazywam Czarnymi Łabędziami, jest próba
zdefiniowania "obiektywnego Czarnego Łabędzia", który dla wszystkich
obserwatorów oznaczałby to samo. Wydarzenia z 11 września 2001 roku były
Czarnym Łabędziem dla ofiar, ale z pewnością nie dla sprawców. Wątek ten
omawiam dokładniej w Posłowiu. [wróć]
Idea wytrzymałości: dlaczego formułujemy teorie służące stawianiu
prognoz i przewidywań, nie zastanawiając się nad ich wytrzymałością i konsekwencjami błędów popełnianych na ich podstawie? Znacznie łatwiej
poradzić sobie z problemem Czarnego Łabędzia, jeśli skupimy się na
wytrzymałości na błędy, zamiast udoskonalać nasze prognozy. [wróć]
W tym kontekście rekurencyjność oznacza, że w dzisiejszym świecie działa
coraz więcej pętli sprzężenia zwrotnego, przez co określone zdarzenia
stają się przyczyną kolejnych zdarzeń (na przykład ludzie kupują jakąś
książkę, dlatego że kupili ją inni), wywołując efekt kuli śnieżnej i pociągając za sobą arbitralne i nieprzewidywalne konsekwencje zasady
"zwycięzca bierze wszystko". Żyjemy w środowisku o zbyt szybkim obiegu
informacji, co przyspiesza rozprzestrzenianie się tej epidemii. Podobnie
określone zdarzenia mogą dlatego mieć miejsce, że miało do nich nie
dojść. (Ludzka intuicja jest przystosowana do środowiska, w którym
zależności przyczynowo-skutkowe są łatwiejsze do zrozumienia, a obieg
informacji - wolniejszy). Tego rodzaju losowość nie istniała w epoce
plejstocenu, ponieważ życie społeczno-ekonomiczne rządziło się wówczas
znacznie prostszymi regułami. [wróć]
Edna Ullmann-Margalit była profesorem filozofii na Hebrew University of
Jerusalem. Zmarła w 2010 roku - przyp. red. [wróć]
Metafora czarnego łabędzia nie jest koncepcją nowożytną, mimo że jej
autorstwo przypisuje się zwykle Popperowi, Millowi, Hume'owi i innym
filozofom. Wybrałem ją dlatego, że odpowiada starożytnej idei "rzadkiego
ptaka". Rzymski poeta Juwenalis pisał o "ptaku tak rzadkim jak czarny
łabędź" - rara avis in terris nigroque simillima cygno. [wróć]
Naiwnym empiryzmem jest również uzasadnianie swoich argumentów
elokwentnymi cytatami nieżyjących autorytetów. Zawsze znajdzie się ktoś,
kto wypowiedział okrągłe zdanie potwierdzające wasz światopogląd - i niezależnie od tematu dyskusji zawsze można znaleźć innego martwego
myśliciela, który postawił dokładnie przeciwną tezę. Oprócz Yogiego
Berry nie zgadzam się z niemal wszystkimi ludźmi, których cytuję w tej
książce. [wróć]
CZĘŚĆ I. ANTYBIBLIOTEKA UMBERTA ECO, CZYLI JAK SZUKAMY POTWIERDZEŃ
CZĘŚĆ I
ANTYBIBLIOTEKA UMBERTA ECO, CZYLI JAK SZUKAMY POTWIERDZEŃ
Pisarz Umberto Eco należał1 do
nielicznej klasy uczonych mających encyklopedyczną wiedzę, dociekliwy
umysł i coś interesującego do powiedzenia. Był właścicielem bogatej
biblioteki (zawierającej trzydzieści tysięcy książek), a swoich gości
dzielił na dwie kategorie: tych, którzy na jej widok reagują okrzykiem:
"Wow! Signore professore dottore Eco, jaka wspaniała biblioteka! Ile z tych książek już pan przeczytał?", i pozostałych - bardzo niewielką
mniejszość - którzy rozumieją, że prywatna biblioteka nie ma łechtać
próżności właściciela, lecz stanowi narzędzie badawcze. Książki
przeczytane są znacznie mniej wartościowe od książek nieprzeczytanych. W takiej bibliotece powinno się znajdować tyle wiedzy, której jeszcze nie
posiadacie, ile tylko pozwala wam jej tam umieścić wasza kondycja
finansowa, oprocentowanie kredytów hipotecznych i trudna obecnie
sytuacja na rynku nieruchomości. Z wiekiem gromadzić będziecie coraz
więcej wiedzy i więcej książek, a rosnąca liczba nieprzeczytanych
pozycji na półkach będzie dla was jak wyrzut sumienia. Właśnie tak to
działa, im więcej wiecie, tym więcej rzędów nieprzeczytanych książek
macie w bibliotece. Nazwijmy tę kolekcję nieprzeczytanych książek
antybiblioteką.
Zwykle traktujemy swoją wiedzę jako własność prywatną, którą powinniśmy
chronić i której należy strzec. To ozdoba pozwalająca nam piąć się po
szczeblach kariery. Zatem owa skłonność do uchybiania wrażliwości
bibliotecznej Eco przez skupianie się na tym, co znane, to ogólnoludzki
błąd, który rozciąga się na nasze operacje myślowe. Ludzie nie obnoszą
się z antyżyciorysami. Nie rozgłaszają, czego nie studiowali lub nie
doświadczyli (to zadanie ich konkurencji), ale byłoby miło, gdyby to
robili. Musimy postawić na głowie nie tylko logikę bibliotek; będziemy
również pracować nad tym, żeby postawić na głowie samą wiedzę. Zauważmy,
że Czarne Łabędzie biorą się z faktu, iż nie rozumiemy
prawdopodobieństwa zajścia niespodziewanych zdarzeń - klucz leży właśnie
w tych nieprzeczytanych książkach. Trochę zbyt poważnie traktujemy to,
co już wiemy.
Antyuczonego - człowieka, który skupia się na tych nieprzeczytanych
książkach i próbuje nie postrzegać swojej wiedzy jako skarbu ani swojej
osobistej własności, ani nawet sposobu na podniesienie poczucia własnej
wartości - będziemy określać mianem sceptycznego empiryka.
Rozdziały w tej części dotyczą kwestii, w jaki sposób ludzie podchodzą
do wiedzy i dlaczego wolimy anegdoty od danych empirycznych. Rozdział 1
pokazuje, jak zjawisko Czarnego Łabędzia zakorzenione jest w historii
mojej własnej obsesji. W Rozdziale 3 dokonuję podstawowego rozróżnienia
między dwiema odmianami losowości. Później, w Rozdziale 4, wracam
pokrótce do problemu Czarnego Łabędzia w jego pierwotnej postaci,
skupiając się na tym, jak na podstawie obserwacji dokonujemy
generalizacji. Następnie zajmuję się trzema aspektami tego samego
problemu Czarnego Łabędzia: a) efektem potwierdzenia, w Rozdziale 5,
przez który niesłusznie gardzimy dziewiczą częścią biblioteki (czyli
naszą tendencją do skupiania się na tym, co potwierdza naszą wiedzę, a nie na tym, co uświadamia nam naszą ignorancję); b) ułudą narracyjną,
czyli naszą skłonnością do mydlenia sobie oczu za pomocą rozmaitych
opowieści i anegdot (Rozdział 6);c) tym, jak emocje przeszkadzają nam
wyciągać właściwe wnioski (Rozdział 7); i d) problemem milczących
dowodów albo sztuczek, którymi historia posługuje się po to, żeby ukryć
przed nami Czarne Łabędzie (Rozdział 8). W Rozdziale 9 omawiam
śmiertelnie niebezpieczny błąd, polegający na budowaniu wiedzy na
podstawie świata gier.
Umberto Eco zmarł 19 lutego 2016 roku; niespełna dziewięć lat od
ukazania się amerykańskiego wydania The Black Swan (2007). [wróć]
ROZDZIAŁ 1. Terminowanie u empirycznego sceptyka
ROZDZIAŁ 1
Terminowanie u empirycznego sceptyka
Anatomia Czarnego Łabędzia - Trójca nieprzejrzystości - Czytanie
książek od tyłu - Lusterko wsteczne - Wszystko staje się wytłumaczalne -
Zawsze rozmawiaj z kierowcą (byle ostrożnie) - Historia nie pełza, tylko
postępuje skokowo - "To było takie nieoczekiwane" - Dwanaście godzin
snu
To nie jest autobiografia, więc pominę
sceny wojenne. Właściwie nawet gdyby to była autobiografia, i tak bym je
pominął. Nie mógłbym konkurować z bohaterami filmów akcji czy większymi
poszukiwaczami przygód, toteż ograniczę się do swojej domeny, czyli
przypadku i niepewności.
ANATOMIA CZARNEGO ŁABĘDZIA
Przez ponad tysiąc lat wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego, znane jako
Liban albo Dżabal Lubnan, zamieszkiwał przynajmniej tuzin rozmaitych
sekt, grup etnicznych i wyznawców różnych systemów filozoficznych. Ich
członkowie świetnie się ze sobą dogadywali. Przypominało ono raczej
ważniejsze miasta wschodniej części regionu (zwanej Lewantem) niż inne
miejscowości położone w głębi Bliskiego Wschodu (przez górzyste tereny
łatwiej było się przemieszczać statkami niż drogą lądową). Lewantyńskie
miasta miały charakter handlowy; ludzie przestrzegali w kontaktach
jasnych zasad, zachowując pokój sprzyjający interesom, i utrzymywali
intensywne stosunki towarzyskie z członkami innych społeczności. Ten
tysiącletni pokój zakłócały tylko sporadyczne drobne spięcia w obrębie
wspólnot muzułmańskich i chrześcijańskich, a rzadko między
chrześcijanami i muzułmanami. Miasta były ośrodkami handlu i kultury
hellenistycznej, natomiast w górach osiedliły się wszelkiego rodzaju
mniejszości religijne, które ponoć szukały tam ucieczki przed ortodoksją
bizantyjską i muzułmańską. Górzyste tereny zapewniają idealne
schronienie przed dominującymi nurtami kulturowymi, tyle że trzeba tam
rywalizować o urwistą przestrzeń z innymi uciekinierami. Mozaika
miejscowych kultur i religii uchodziła za wzorzec pokojowego
współistnienia: łączyła chrześcijan rozmaitych odmian (maronitów,
Apostolski Kościół Ormiański, Kościół grecko- i syryjsko-prawosławny, a nawet Kościół greckokatolicki, obok nielicznych wyznawców Kościoła
rzymskokatolickiego, którzy zostali w tym regionie po krucjatach),
muzułmanów (szyitów i sunnitów), druzów i garstkę żydów. Wydawało się
oczywiste, że ludzie nabierają tam tolerancji dla siebie nawzajem;
pamiętam, jak w szkole uczono nas, że jesteśmy znacznie mądrzejsi i bardziej cywilizowani od mieszkańców Bałkanów, którzy nie tylko mieli
problemy z higieną, lecz także padali ofiarą konfliktów wewnętrznych.
Sytuacja sprawiała wrażenie ustabilizowanej dzięki tradycyjnej dbałości
o wzajemne stosunki i powszechnej tolerancji. Często posługiwano się
terminami równowaga i stabilizacja.
Obie strony mojej rodziny wywodziły się ze społeczności
grecko-syryjskiej, ostatniego bastionu bizantyjskiego w północnej
Syrii, która obejmowała również tereny dzisiejszego państwa libańskiego.
Pamiętajmy, że Bizantyjczycy sami siebie nazywali Rzymianami - Roumi w miejscowych językach (liczba mnoga - Roum). Wywodzimy się z terenów
porośniętych gajami oliwnymi u podnóży gór Liban - w słynnej bitwie pod
Amjun, moją rodzinną wioską, udało nam się wypędzić maronitów w góry. Od
czasu inwazji arabskiej w VII wieku utrzymywaliśmy pokój z muzułmanami,
kierując się względami handlowymi; od czasu do czasu niepokoili nas
libańscy chrześcijanie obrządku maronickiego zamieszkujący wzgórza.
Dzięki jakiemuś (dosłownie) bizantyjskiemu układowi między arabskimi
władcami i cesarzami bizantyjskimi płaciliśmy podatki obu stronom,
otrzymując od obu ochronę. Tym samym żyliśmy w pokoju przez ponad tysiąc
lat, niemal unikając rozlewu krwi: naszym ostatnim prawdziwym problemem
byli późniejsi awanturniczy krzyżowcy, a nie arabscy muzułmanie.
Arabowie, których interesowała wyłącznie wojna (i poezja), a później
Turcy osmańscy, których interesowała wyłącznie wojna (i przyjemności
cielesne), pozwolili nam skupić się na nieciekawych przedsięwzięciach
handlowych i mniej niebezpiecznych projektach naukowych (takich jak
przekłady tekstów aramejskich i greckich).
Kraj o nazwie Liban, w którym znaleźliśmy się nagle po upadku Imperium
Osmańskiego na początku XX wieku naszej ery, wydawał się statecznym
rajem. Jego terytorium wyznaczono w taki sposób, żeby dominowało w nim
wyznanie chrześcijańskie. Ludziom błyskawicznie wpojono wiarę w państwo
narodowe jako podmiot polityczny1. Chrześcijanie wmówili
sobie, że stanowią źródło i serce bytu określanego ogólnie mianem
kultury zachodniej, zachowując jednak również wpływy na Wschodzie.
Klasycznym przykładem myślenia statycznego był fakt, że nikt nie wziął
pod uwagę różnic we wskaźnikach urodzeń - zakładano, że chrześcijanie
utrzymają nieznaczną większość w społeczeństwie. W przeszłości
Lewantyńczycy otrzymali rzymskie obywatelstwo, co pozwoliło świętemu
Pawłowi, Syryjczykowi, swobodnie przemieszczać się po świecie antycznym.
Ludzie czuli się związani ze wszystkim, co wydawało im się warte
przywiązania; nowo powstały kraj był bardzo otwarty na świat, a jego
mieszkańcy wiedli niezwykle wyrafinowany styl życia. Gospodarka kwitła,
pogoda przypominała umiarkowany klimat Kalifornii, a ponad wybrzeżem
Morza Śródziemnego rysowały się góry pokryte śniegiem. Liban przyciągnął
interesującą zbieraninę szpiegów (zarówno radzieckich, jak i zachodnich), prostytutek (blondynek), pisarzy, poetów, handlarzy
narkotyków, awanturników, nałogowych hazardzistów, tenisistów,
wielbicieli wypadów narciarskich i handlowców - a więc przedstawicieli
wzajemnie uzupełniających się zawodów. Wielu ludzi zachowywało się tak,
jakby znaleźli się w starym filmie o Jamesie Bondzie albo cofnęli się do
czasów, kiedy playboye pili i palili, a zamiast chodzić na siłownię,
pielęgnowali relacje z dobrymi krawcami.
Podstawowy warunek raju był spełniony: taksówkarze uchodzili za
uprzejmych (chociaż z tego, co pamiętam, wobec mnie nie grzeszyli
grzecznością). Z perspektywy czasu można powiedzieć, że te wspaniałe
wspomnienia są nieco przekłamane.
Byłem zbyt młody, żeby zakosztować lokalnych przyjemności, ponieważ
zostałem buntowniczym idealistą i bardzo wcześnie wybrałem ascetyczny
styl życia - gardziłem ostentacyjnym obnoszeniem się z bogactwem i miałem alergię na jawne umiłowanie luksusu oraz obsesję na punkcie
pieniędzy, co charakterystyczne dla kultury lewantyńskiej.
Jako nastolatek nie mogłem się doczekać, aż wyprowadzę się do miasta, w którym otaczać mnie będzie mniej naśladowców Jamesa Bonda. Pamiętam
jednak wyjątkową atmosferę lokalnych środowisk intelektualnych.
Uczęszczałem do francuskiego lycée, którego wychowankowie uzyskiwali
jedne z najwyższych wyników na francuskiej maturze (o nazwie
baccalauréat), nawet z języka francuskiego. W szkole dbano o poprawność językową: podobnie jak w Rosji przed rewolucją, lewantyńscy
chrześcijanie i żydowska arystokracja (od Stambułu po Aleksandrię)
mówili i pisali po francusku; było to oznaką ich wyższości klasowej.
Najlepiej sytuowanych uczniów posyłano do szkół we Francji - kształcili
się tam obaj moi dziadkowie, mój imiennik ze strony ojca rozpoczął naukę
w 1912 roku, a ojciec mojej matki w 1929 roku. Dwa tysiące lat
wcześniej, kierując się tym samym instynktem elegancji lingwistycznej,
snobistyczni arystokraci lewantyńscy pisali po grecku, a nie po
aramejsku, w swoim języku narodowym. (Nowy Testament spisano kiepskiej
jakości greką, którą posługiwano się w naszej stolicy, Antiochii, co
Nietzsche skwitował okrzykiem: "Bóg kaleczył grekę"). A po upadku
kultury helleńskiej przeszli na arabski. Liban uchodził zatem nie tylko
za "raj", lecz także za cudowne skrzyżowanie tego, co określamy mianem
kultury "Wschodu" i "Zachodu".
O NIERZUCANIU SŁÓW NA WIATR
Mój etos ukształtował się, kiedy jako piętnastolatek trafiłem do
więzienia za (rzekome) zaatakowanie policjanta betonową płytą podczas
zamieszek studenckich - który to incydent miał osobliwe konsekwencje,
jako że mój dziadek był wówczas ministrem spraw wewnętrznych i to
właśnie on podpisał rozkaz stłumienia naszej rewolty. Jeden z uczestników zamieszek został zastrzelony, kiedy trafiony kamieniem w głowę policjant wpadł w panikę i otworzył ogień w naszym kierunku.
Pamiętam, że byłem w centrum wydarzeń i czułem ogromną satysfakcję,
kiedy zostałem złapany, podczas gdy moi przyjaciele bali się i więzienia, i reakcji swoich rodziców. Tak mocno przestraszyliśmy rząd,
że objęto nas amnestią.
Pokazałem wówczas, że umiem bronić swoich przekonań i nie cofnę się ani
o krok tylko po to, żeby nie urazić innych albo im nie przeszkadzać.
Miało to pewne oczywiste korzyści. Byłem wściekły i nie dbałem o to, co
pomyślą o mnie moi rodzice (i dziadek). W efekcie zaczęli się bać
mnie, więc nie mogłem już ustąpić, nie mogłem się wycofać. Jestem
pewien, że gdybym nie zbuntował się otwarcie, tylko (jak wielu moich
przyjaciół) ukrył przed nimi swój udział w zamieszkach, a oni sami by
się o wszystkim dowiedzieli, zostałbym uznany za czarną owcę.
Symboliczny bunt wobec autorytetów, wyrażany niekonwencjonalnym ubiorem
- nazywany przez przedstawicieli nauk społecznych i ekonomistów tanim
sygnalizowaniem - to jedno, ale czym innym było udowodnienie, że jestem
skłonny przełożyć moje słowa na czyny.
Stryjowi nie przeszkadzały moje przekonania polityczne (które przecież
się zmieniają); był natomiast oburzony, że posłużyły mi za pretekst do
niedbałego ubioru. W jego oczach grzechem śmiertelnym był brak
elegancji.
Fakt, że wszyscy wiedzieli o moim aresztowaniu, wiązał się z jeszcze
jedną poważną korzyścią: dzięki temu mogłem darować sobie tradycyjne
zewnętrzne oznaki nastoletniego buntu. Odkryłem, że znacznie lepiej jest
zachowywać się jak grzeczny, "rozsądny" chłopiec, ponieważ dowiodłem
już, że nie rzucam słów na wiatr. Możecie sobie pozwolić na okazywanie
współczucia, spokoju i uprzejmości, jeśli od czasu do czasu, kiedy nikt
się tego nie spodziewa, ale jest to w pełni uzasadnione, podacie kogoś
do sądu albo zaatakujecie przeciwnika - po prostu pokażcie, że trzeba
się z wami liczyć.
KONIEC RAJU
Libański raj rozwiał się nagle, wystarczyło kilka kul i pocisków
moździerzowych. Parę miesięcy po moim więziennym epizodzie, po blisko
trzynastu wiekach wyjątkowej koegzystencji rozmaitych grup etnicznych,
Czarny Łabędź, który pojawił się znikąd, zmienił Liban z nieba w piekło.
Między chrześcijanami a muzułmanami wybuchła gwałtowna wojna domowa z udziałem palestyńskich uchodźców, którzy opowiedzieli się po stronie
muzułmańskiej. Walki były brutalne, ponieważ toczyły się w centrum
miasta, przede wszystkim w dzielnicach mieszkalnych (moje liceum
znajdowało się kilkaset metrów od strefy działań wojennych). Konflikt
trwał ponad półtorej dekady. Nie będę go zbyt dokładnie opisywać. Spór,
który w erze broni siecznej wywołałby może jedynie pewne napięcie, w dobie nowoczesnych armii przerodził się w niekontrolowaną spiralę
przemocy i walkę do upadłego.
Skutkiem wojny nie były tylko zniszczenia fizyczne (które okazały się
łatwe do usunięcia dzięki kilku ambitnym podwykonawcom, przekupnym
politykom i naiwnym obligatariuszom) - walki odarły również lewantyńskie
miasta z atmosfery wyrafinowania, która przez trzy tysiące lat
umożliwiała im bycie ośrodkami rozwoju intelektualnego. Chrześcijanie
opuszczali te tereny od czasów Imperium Osmańskiego - ci, którzy
przenieśli się na Zachód, przyjmowali zachodnie imiona i ulegali
asymilacji. Migrowali coraz szybciej. Liczba wykształconych ludzi spadła
poniżej poziomu krytycznego. Taki proces trudno jest odwrócić, a pewna
część dawnej intelektualnej finezji mogła zostać utracona na zawsze.
ROZGWIEŻDŻONA NOC
Następnym razem, kiedy w waszej okolicy nastąpi przerwa w dostawie
energii elektrycznej, poprawcie sobie nastrój, spoglądając w niebo. Nie
poznacie go. W czasie wojny w Bejrucie często wyłączano prąd. Zanim
ludzie zaopatrzyli się w generatory, nocą jedna strona nieba rysowała
się wyraźnie ze względu na brak zanieczyszczenia świetlnego. Była to
dzielnica położona najdalej od strefy działań wojennych. Ludzie odcięci
od telewizji jeździli tam oglądać wybuchy podczas nocnych walk.
Najwyraźniej perspektywa nudnego wieczoru przerażała ich bardziej niż
ryzyko, że zginą od pocisku moździerzowego.
Gwiazdy były więc doskonale widoczne. W liceum uczono mnie, że planety
znajdują się w stanie tak zwanej równowagi, więc nie musimy się obawiać
ich niespodziewanego zderzenia. Jak dla mnie dziwnie przypominało to
opowieści nauczycieli o "wyjątkowej historycznej stabilizacji" panującej
w Libanie. Niepokoiła mnie sama idea rzekomej równowagi. Wpatrywałem się
w konstelacje na niebie i nie wiedziałem, w co wierzyć.
HISTORIA A TRÓJCA NIEPRZEJRZYSTOŚCI
Historia nie jest przejrzysta. Widzimy tylko efekty, ale nie znamy
scenariusza, nie mamy dostępu do generatora historii. Nasze rozumienie
wydarzeń historycznych jest w fundamentalny sposób niepełne, ponieważ
nie możemy zajrzeć do środka pudełka i poznać jego mechanizmów. To, co
nazywam generatorem zdarzeń historycznych, różni się od samych zdarzeń.
Analogicznie, nie potrafimy czytać w myślach bogów na podstawie boskich
wyroków. Łatwo się pomylić co do ich intencji.
Ta rozbieżność przypomina różnicę między jedzeniem, które dostajemy na
talerzu w restauracji, a procesem, którego świadkiem bylibyśmy w kuchni.
(Gdy ostatni raz jadłem brunch w chińskiej restauracji przy Canal Street
na Manhattanie, widziałem wychodzącego z kuchni szczura).
Kiedy ludzki umysł usiłuje objąć historię, cierpi na trzy dolegliwości,
które nazywam trójcą nieprzejrzystości. Są to:
złudzenie zrozumiałości, ponieważ wszystkim wydaje się, że wiedzą, co
się dzieje na świecie, który jest bardziej złożony (i przypadkowy), niż
są to sobie w stanie uświadomić;
zniekształcenie retrospektywne, ponieważ potrafimy ocenić zdarzenia
dopiero po fakcie, jakbyśmy widzieli je w lusterku wstecznym (historia w podręcznikach wydaje się bardziej uporządkowana i zrozumiała niż w rzeczywistości empirycznej)
przecenianie znaczenia faktów oraz błędy autorytetów i ludzi
uczonych, widoczne szczególnie przy tworzeniu kategorii - kiedy
"platonizują".
NIKT NIE WIE, CO SIĘ DZIEJE
Pierwszym elementem trójcy jest patologiczne postrzeganie świata, w którym żyjemy, jako bardziej zrozumiały, łatwiejszy do wyjaśnienia, a przez to bardziej przewidywalny, niż jest on w rzeczywistości.
Dorośli nieustannie mi powtarzali, że koniec wojny, która ostatecznie
trwała blisko siedemnaście lat, to "kwestia kilku dni". Wydawali się
stosunkowo pewni swoich prognoz, co potwierdzała też duża liczba osób
czekających na zakończenie konfliktu w pokojach hotelowych i innych
kwaterach tymczasowych na Cyprze, w Grecji czy we Francji. Jeden z wujków opowiadał mi wielokrotnie, że mniej więcej trzydzieści lat
wcześniej, kiedy bogaci Palestyńczycy uciekli do Libanu, traktowali to
jako bardzo tymczasowe rozwiązanie (większość z tych, którzy jeszcze
żyją, nadal tam mieszka, chociaż od ich przyjazdu upłynęło już
sześćdziesiąt lat). Ale kiedy go zapytałem, czy z naszą wojną będzie tak
samo, odpowiedział: "Nie, oczywiście że nie. Tu jest inaczej, tu zawsze
było inaczej". Z jakiegoś powodu uważał, że sam nie popełnia błędu,
który dostrzegał u innych.
Wielu emigrantów w średnim wieku cierpi na tego rodzaju ślepotę.
Później, kiedy postanowiłem nie zapaść na emigrancką obsesję na punkcie
własnych korzeni (korzenie emigrantów wrastają nieco zbyt głęboko w ich
osobowość), studiowałem literaturę emigrancką właśnie po to, żeby
uniknąć pułapki niepohamowanej, maniakalnej nostalgii. Miałem wrażenie,
że owi autorzy emigranci stali się zakładnikami idyllicznych wspomnień -
przesiadywali z innymi więźniami przeszłości, rozmawiając o ojczyźnie i jedząc tradycyjne potrawy przy dźwiękach ludowej muzyki w tle.
Nieustannie tworzyli w myślach alternatywne scenariusze zdarzeń mogących
zapobiec tym przełomom historycznym, które doprowadziły do ich wyjazdu,
na przykład "gdyby szach nie mianował tego niekompetentnego człowieka
premierem, nadal byśmy tam mieszkali". Najwyraźniej zakładali, że ów
przełom historyczny miał określoną przyczynę, której usunięcie
pozwoliłoby uniknąć danej katastrofy. Dlatego pytałem wszystkich
wysiedleńców, do których udało mi się dotrzeć, o ich życie na emigracji.
Prawie zawsze wyglądało tak samo.
Znamy niezliczone historie o kubańskich uchodźcach, którzy w latach 60.
XX wieku, po przejęciu władzy przez Castro, przyjechali przeczekać jego
rządy do Miami "dosłownie na kilka dni", nie rozpakowując do końca
walizek. O irańskich uchodźcach w Paryżu i Londynie, którzy w 1978 roku
uciekli z Republiki Islamskiej, sądząc, że wyjeżdżają na chwilę. Niemal
dwadzieścia pięć lat później niektórzy z nich wciąż czekają na powrót do
domu. Wielu Rosjan, którzy opuścili kraj w 1917 roku, wśród nich pisarz
Vladimir Nabokov, osiedliło się w Berlinie, być może po to, żeby móc
szybko wrócić. Sam Nabokov spędził resztę życia na walizkach, niekiedy w biedzie, niekiedy w luksusie, a dożył swoich dni w hotelu Montreux
Palace nad Jeziorem Genewskim.
Oczywiście wszystkie te błędne prognozy wynikały po części z pobożnych
życzeń i naiwnej nadziei, ale świadczyły również o niewłaściwym sposobie
rozumowania. Dynamika konfliktu libańskiego była w oczywisty sposób
nieprzewidywalna, ale ludzie, którzy go analizowali, wykazywali pewną
stałą tendencję: niemal wszyscy, którzy przejmowali się sytuacją,
wydawali się przekonani, że rozumieją, co się dzieje. Każdy dzień
przynosił zdarzenia wykraczające poza zakres ich prognoz, a oni mimo to
nie zdawali sobie sprawy z tego, że ich nie przewidzieli. W przeszłości
wiele incydentów, które miały miejsce, sprawiałoby wrażenie całkowicie
absurdalnych. Ale po fakcie nie wydawały się absurdalne. Owo
retrospektywne prawdopodobieństwo skutkuje ignorowaniem zjawisk rzadkich
i możliwości wystąpienia określonych zdarzeń. To samo złudzenie
zrozumiałości obserwowałem później w kontekście sukcesów biznesowych i rynków finansowych.
HISTORIA NIE PEŁZA, LECZ POSTĘPUJE SKOKOWO
Już później, gdy pracowałem nad moją teorią postrzegania zdarzeń
losowych, wracając pamięcią do wydarzeń z okresu wojny, zyskałem
nieodparte przekonanie, że nasze umysły to cudowne maszyny do
wyjaśniania rzeczywistości, które potrafią odnaleźć sens niemal we
wszystkim i uzasadnić wszelkie możliwe zjawiska, ale są zasadniczo
niezdolne pogodzić się z ideą nieprzewidywalności. Te wydarzenia były
niewytłumaczalne, tymczasem inteligentni ludzie sądzili, że są w stanie
je przekonująco wyjaśnić - po fakcie. Co więcej, im inteligentniejszy
człowiek, tym lepiej brzmiały te wyjaśnienia. Jeszcze bardziej martwi
fakt, że wszystkie owe przekonania i opinie wydawały się logicznie
spójne i pozbawione sprzeczności.
Zatem jako nastolatek opuściłem miejsce o nazwie Liban, ale ponieważ
zostawiłem tam wielu krewnych i przyjaciół, wciąż przyjeżdżałem w odwiedziny, szczególnie w okresach działań wojennych. Wojna nie toczyła
się nieustannie: walki przerywane były kolejnymi "trwałymi"
rozwiązaniami. W trudnych momentach czułem się bliższy swoim korzeniom i wracałem, żeby okazać wsparcie ludziom w kraju, przygnębionym emigracją
rodaków - i skręcającym się z zazdrości na widok dwulicowych
"patriotów", którzy wyjeżdżali, szukając bezpieczeństwa ekonomicznego i osobistego, a wracali jedynie na wakacje w czasie sporadycznych przerw w konflikcie. Kiedy przebywałem poza Libanem, nie mogłem pracować ani
czytać, wiedząc, że w kraju umierają ludzie, ale paradoksalnie w Libanie przejmowałem się wojną znacznie mniej i byłem w stanie bez
wyrzutów sumienia oddawać się swoim zainteresowaniom intelektualnym. Co
ciekawe, w czasie wojny ludzie sporo imprezowali i nabrali jeszcze
większego upodobania do luksusu, przez co wizyty w kraju były dość
atrakcyjne mimo toczących się walk.
Kilka trudnych pytań domagało się odpowiedzi. Jak można było
przewidzieć, że ludzie, którzy uchodzili za wzór tolerancji, z dnia na
dzień zmienią się w barbarzyńców? Skąd ta nagła wolta? Początkowo
sądziłem, że w odróżnieniu od innych konfliktów wojna libańska była
naprawdę niemożliwa do przewidzenia, a Lewantyńczycy są zbyt
skomplikowaną rasą, żeby ich rozgryźć. Później, zastanawiając się nad
wszystkimi ważnymi wydarzeniami historycznymi, powoli zacząłem zdawać
sobie sprawę, że owa nieprzewidywalność nie była cechą jednostkową.
Lewant praktycznie na skalę masową produkował istotne zdarzenia, których
nikt się nie spodziewał. Kto przewidział, że chrześcijaństwo stanie się
dominującą religią w basenie Morza Śródziemnego, a później na całym
Zachodzie? Rzymscy kronikarze tamtego okresu nawet nie odnotowali
pojawienia się nowego wyznania - historyków chrześcijaństwa zdumiewa, że
jego początki zostały przemilczane w ówczesnych tekstach. Najwyraźniej
niewiele ważnych postaci tamtej ery traktowało poglądy heretyckiego na
pozór Żyda dość poważnie, żeby uznać, że przejdzie on do potomności.
Zachowała się jedna wzmianka o Jezusie z Nazaretu z tamtego okresu - w Wojnie żydowskiej Józefa Flawiusza - która mogła jednak zostać dodana
później przez pobożnego kopistę. A co z konkurencyjną religią, która
narodziła się siedemset lat później; kto mógł się spodziewać, że grupa
jeźdźców w zaledwie kilka lat podbije rozległe tereny od subkontynentu
indyjskiego po Hiszpanię, rozpowszechniając tam szariat? Ekspansja
islamu (w trzecim wydaniu, że tak powiem) była nieprzewidywalna w jeszcze większym wymiarze niż rozwój chrześcijaństwa; wielu historyków
analizujących tę kwestię jest zaskoczonych tempem zachodzących wówczas
przemian. Na przykład Georges Duby wyraził swoje zdumienie tym, jak
szybko blisko dziesięć wieków lewantyńskiego hellenizmu zostało
przekreślone "jednym cięciem miecza". Późniejszy kierownik tej samej
katedry historii w Coll?ge de France, Paul Veyne, jest autorem trafnego
spostrzeżenia, że religie zdobywały popularność "jak bestsellery" - to
porównanie wskazuje na nieprzewidywalność owego procesu. Tego rodzaju
nieciągłości w chronologii zdarzeń nie ułatwiały historykom zadania:
uważne studiowanie przeszłości w najdrobniejszych szczegółach nie
pozwala czytać Historii w myślach; stwarza tylko złudne wrażenie, że się
ją rozumie.
Historia i społeczeństwa nie pełzają. Rozwijają się skokowo. Kroczą od
przełomu do przełomu, nie sygnalizując ich w istotny sposób. Mimo to my
wszyscy (również historycy) lubimy wierzyć w przewidywalny, powolny,
stopniowy postęp.
Uderzyło mnie poczucie, które odtąd już mnie nie opuściło, że jesteśmy
jedynie ogromną maszyną do patrzenia wstecz, a ludzie potrafią wspaniale
oszukiwać samych siebie. Każdy kolejny rok utwierdza mnie w przekonaniu
o owym zniekształceniu percepcji.
DROGI PAMIĘTNICZKU: O HISTORII, KTÓRA BIEGNIE WSTECZ
Zdarzenia przedstawiają się naszym oczom w zniekształcony sposób.
Zastanówmy się nad naturą informacji: spośród milionów, a może nawet
miliardów drobnych faktów, mających miejsce przed danym zdarzeniem,
tylko kilka okaże się później istotnych dla naszego pojmowania tego, co
się stało. Ludzka pamięć jest ograniczona i filtruje elementy
rzeczywistości, dlatego mamy tendencję do zapamiętywania tych danych,
które odpowiadają późniejszym faktom. Chyba że ktoś przypomina
tytułowego Funesa z opowiadania Jorge Luisa Borgesa Pamiętliwy Funes,
który niczego nie zapomina i wydaje się skazany na życie z ciężarem
wszystkich zgromadzonych, nieprzetworzonych informacji. (Nie udaje mu
się pożyć zbyt długo).
Mój pierwszy kontakt ze zniekształceniem retrospektywnym miał
następujący przebieg. W dzieciństwie pochłaniałem książkę za książką,
choć czytałem zrywami. Pierwszą fazę wojny spędziłem w piwnicy,
całkowicie zatopiony w lekturach różnego rodzaju. Szkoła była zamknięta,
a na nas spadał grad pocisków moździerzowych. W piwnicach jest potwornie
nudno. Początkowo martwiłem się głównie tym, jak przetrwać tę nudę i skąd wziąć coś nowego do czytania2 - chociaż przymusowe
czytanie z braku innych zajęć nie jest tak przyjemne jak czytanie z własnej woli. Chciałem (i nadal chcę) być filozofem, więc uznałem, że
muszę zainwestować w swój rozwój i zmusić się do przestudiowania
koncepcji innych myślicieli. Okoliczności sprzyjały badaniu
teoretycznych i ogólnych analiz wojen i konfliktów zbrojnych - chciałem
dotrzeć do trzewi Historii i zrozumieć mechanizmy tej wielkiej machiny,
która produkuje zdarzenia.
Co zaskakujące, książki, która wywarła na mnie największy wpływ, nie
napisał człowiek parający się zawodowo filozofią, tylko dziennikarz -
mam na myśli Dziennik berliński. Zapiski korespondenta zagranicznego,
1934-1941 Williama Shirera. Shirer był dziennikarzem radiowym, który
zasłynął jako autor analizy Powstanie i upadek Trzeciej Rzeszy.
Podczas lektury zdałem sobie sprawę, że jego Dziennik napisany jest z nietypowej perspektywy. Czytałem już dzieła (albo o dziełach) Hegla,
Marksa, Toynbeego, Arona i Fichtego o filozofii historii oraz jej
charakterze i sądziłem, że mam pewne pojęcie o koncepcji dialektyki,
przynajmniej w takim stopniu, żeby wiedzieć, że w ich teoriach kryły się
głębsze założenia. Niewiele z nich zrozumiałem poza tym, że historia
rządzi się pewną logiką, a rozwój następuje przez zaprzeczenie (lub
sprzeczności) w sposób, który pozwala ludzkości wznieść się na wyższy
poziom organizacji społecznej - coś w tym rodzaju. Brzmiało to bardzo
podobnie do teorii na temat wojny w Libanie, które słyszałem wokół
siebie. Do dziś zaskakuję ludzi, którzy zadają mi niedorzeczne pytanie o to, jakie książki "ukształtowały mój sposób myślenia", odpowiedzią, że
właśnie ta pozycja nauczyła mnie najwięcej (choć nie to było intencją
autora) o filozofii i teorii historii - a jak się przekonamy, również o naukach ścisłych, ponieważ dzięki niej poznałem różnicę między procesami
prospektywnymi i retrospektywnymi.
Jak to możliwe? Dziennik opisywał po prostu zdarzenia w miarę ich
rozwoju, a nie po fakcie. Siedziałem w piwnicy, słuchając, jak historia
rozgrywa się hałaśliwie nad moją głową (huk pocisków moździerzowych nie
pozwalał mi zasnąć przez całą noc). Byłem nastolatkiem, który chodził na
pogrzeby kolegów z klasy. Doświadczałem Historii w zupełnie
nieteoretyczny sposób i czytałem o kimś, kto najwyraźniej również
doświadczał jej na bieżąco. Starałem się wyobrazić sobie przyszłość w postaci filmu i zdałem sobie sprawę, że wcale nie jestem pewien, jak
będzie wyglądać. Zrozumiałem, że gdybym zaczął opisywać te wydarzenia
później, wydawałyby się bardziej... historyczne. Istniała różnica między
przedtem a potem.
Pisząc dziennik, Shirer ponoć nie wiedział, jak potoczą się sprawy, a informacje, do których miał dostęp, nie były zniekształcone późniejszymi
skutkami zaistniałych faktów. Niektóre komentarze, wtrącane tu i ówdzie,
wydały mi się bardzo pouczające, szczególnie uwagi o przekonaniu
Francuzów, że Hitler był zjawiskiem przejściowym. To wyjaśniało ich brak
przygotowania i późniejszą błyskawiczną kapitulację. Ostateczna skala
zniszczeń kraju zaskoczyła wszystkich.
Pamięć ludzka jest bardzo zwodnicza, ale dziennik zawiera niepodważalne
fakty, spisywane w zasadzie na bieżąco; pozwala to uchwycić niezakłamaną
percepcję, by później analizować zdarzenia w ich własnym kontekście.
Podkreślam jeszcze raz, że istotna była przyjęta metoda opisu, a nie
realizacja tego założenia. Właściwie można przypuszczać, że Shirer i jego redaktorzy trochę oszukiwali, ponieważ książka ukazała się w 1941
roku, a wydawcy, jak słyszałem, zajmują się raczej dostarczaniem tekstów
opinii publicznej, a nie dbaniem o wierny zapis myśli autorów, wolny od
zniekształceń retrospektywnych. (Przez "oszukiwanie" rozumiem tu
usunięcie w chwili publikacji tych elementów, które okazały się
nieistotne dla rozwoju wydarzeń, co uwydatniło interesujące czytelników
epizody. W rzeczy samej proces redakcji może pociągnąć za sobą wiele
zniekształceń, szczególnie jeśli autorowi przydzielony zostanie tak
zwany dobry redaktor). Mimo wszystko dzięki książce Shirera
wykształciłem w sobie pewną zdolność przewidywania mechanizmów historii.
Można by podejrzewać, że po wybuchu II wojny światowej ludzie
przeczuwali, że dzieje się coś ważnego. Nic bardziej mylnego3.
Dziennik Shirera okazał się dla mnie podręcznikiem dynamiki
niepewności. Chciałem zostać filozofem, chociaż nie wiedziałem jeszcze,
czym zajmuje się większość zawodowych filozofów. Dzięki tej idei
trafiłem jednak na drogę przygód (a dokładniej - zacząłem pełną przygód
praktykę niepewności) oraz przedsięwzięć matematycznych i naukowych.
EDUKACJA W TAKSÓWCE
Teraz wprowadzę trzeci element opisywanej trójcy, przekleństwo
wykształcenia. Zanim mój dziadek, minister obrony narodowej, późniejszy
minister spraw wewnętrznych, a w pierwszych dniach wojny wicepremier,
utracił swoje wpływy polityczne, bacznie go obserwowałem. Mimo
zajmowanych stanowisk nie miał pojęcia, jak rozwinie się sytuacja - w tej kwestii wiedział nie więcej niż jego kierowca Mikhail. Jednakże, w odróżnieniu od mojego dziadka, Mikhail zwykle komentował wydarzenia
stwierdzeniem: "Bóg jeden wie", cedując zadanie zrozumienia świata na
wyższą instancję.
Zauważyłem, że wysoce inteligentni i dobrze poinformowani ludzie nie
mieli żadnej przewagi nad taksówkarzami, jeśli chodzi o trafność
stawianych prognoz, ale była między nimi pewna istotna różnica.
Taksówkarze nie uważali, że rozumieją świat tak dobrze jak wykształceni
ludzie - naprawdę nie byli ekspertami i zdawali sobie z tego sprawę.
Nikt nic nie wiedział, ale intelektualiści sądzili, że wiedzą więcej niż
inni, bo są elitarnymi myślicielami, a jeśli należycie do elity, to z zasady wiecie więcej niż ci, którzy do niej nie należą.
Wątpliwej wartości może być nie tylko wiedza, lecz także informacje.
Rzuciło mi się w oczy, że niemal wszyscy znali bieżące wydarzenia w najdrobniejszych szczegółach. Doniesienia prasowe pokrywały się ze sobą
w takim stopniu, że im więcej się ich czytało, tym mniej można się było
dowiedzieć. Jednakże wszyscy tak bardzo pragnęli zapoznać się z każdym
faktem, że czytali każdy tekst zaraz po publikacji i słuchali wszystkich
stacji radiowych, jak gdyby następny biuletyn mógł przynieść odpowiedzi
na ich pytania. Ludzie zamienili się w chodzące encyklopedie sypiące
informacjami, kto się z kim spotkał i co jeden polityk powiedział innemu
politykowi (a także jakim tonem: "Czy wydawał się bardziej przyjacielski
niż zazwyczaj?"). Ale w niczym to nie pomagało.
KLASTRY
Podczas wojny libańskiej zauważyłem również, że sojusze w środowisku
dziennikarskim wyznaczały nie tyle wspólne opinie, co wspólne
perspektywy analityczne. Poszczególne grupy łączy fakt przypisywania
takiego samego znaczenia tym samym zbiorom okoliczności i systematyzowania rzeczywistości za pomocą tych samych kategorii -
kolejny przejaw platonizowania, pragnienie wydzielenia w rzeczywistości wyrazistych, odrębnych kształtów. Tę epidemię mentalną
pogłębiło jeszcze zjawisko, które Robert Fisk nazywa dziennikarstwem
hotelowym. Wcześniej dziennikarze widzieli w Libanie część Lewantu,
czyli wschodni region basenu Morza Śródziemnego, tymczasem teraz nagle
znalazł się on na Bliskim Wschodzie, jakby ktoś zdołał przenieść go
bliżej piasków Arabii Saudyjskiej. Cypr, wyspa leżąca około 111 km od
mojej wioski w północnym Libanie, o niemal identycznej kuchni,
kościołach i zwyczajach, nieoczekiwanie stał się częścią Europy
(oczywiście mieszkańcom obu miejsc wpojono później odpowiednie różnice).
W przeszłości rozróżniano kraje śródziemnomorskie i nieśródziemnomorskie
(o czym decydował wybór między oliwą z oliwek a masłem), natomiast w latach 70. XX wieku nagle wprowadzono podział na Europę i nie-Europę.
Klinem pomiędzy nimi stał się islam, więc nikt nie wie, jak w tym
paradygmacie traktować lokalnych chrześcijan (oraz żydów) posługujących
się językiem arabskim. Kategoryzacja jest niezbędnym procesem myślowym,
ale przeradza się w patologię, kiedy zaczynamy uznawać wyróżniane
kategorie za ostateczne, przez co tracimy z oczu nieostrość wytyczanych
granic i nie możemy korygować tychże kategorii. Winę za to ponosi
wspomniana epidemia. Gdyby sytuację opisywała setka niezależnych
dziennikarzy, będących w stanie rozpatrywać poszczególne czynniki w oderwaniu od siebie, otrzymalibyśmy sto różnych punktów widzenia.
Jednakże pracowali oni razem, co w znaczący sposób ograniczyło
wielowymiarowość opinii - uzgadniali ze sobą swoje stanowiska i uznawali
te same fakty za przyczyny zaistniałych zdarzeń. Na przykład,
zostawiając na chwilę Liban, wszyscy reporterzy mówią dziś o "szalonych
latach 80.", zakładając, że owa dekada wyróżniała się w pewien konkretny
sposób. Z kolei w czasach bańki internetowej u schyłku lat 90.
dziennikarze jednogłośnie powoływali się na dziwaczne wskaźniki dla
uzasadnienia wyceny bezwartościowych firm, których akcje rozchodziły się
jak świeże bułeczki4.
Jeśli chcecie się przekonać, co mam na myśli, mówiąc o arbitralności
kategorii, zastanówcie się nad jakąś kwestią polityczną polaryzującą
opinię publiczną. Następnym razem, kiedy jakiś Marsjanin odwiedzi
Ziemię, spróbujcie mu wyjaśnić, dlaczego ludzie opowiadający się za
dopuszczeniem usuwania płodu z macicy matki są równocześnie przeciwni
karze śmierci. Albo postarajcie się wytłumaczyć mu, dlaczego ci, którzy
akceptują aborcję, mają być zwolennikami wysokich podatków i przeciwnikami silnego wojska. Dlaczego osoby głoszące wolność seksualną
mają się sprzeciwiać swobodom ekonomicznym?
Absurdalność tego rodzaju klastrowania poglądów dostrzegłem już w dość
młodym wieku. Jakimś paradoksalnym zrządzeniem losu podczas wojny
domowej w Libanie chrześcijanie zaczęli być zwolennikami wolnego rynku i kapitalizmu - a więc poglądów, które dziennikarz określiłby jako
"prawicowe" - a muzułmanie stali się socjalistami, wspieranymi przez
reżimy komunistyczne ("Prawda", organ reżimu komunistycznego, chwalił
ich za "walkę z uciskiem", chociaż później, kiedy Rosjanie dokonali
inwazji na Afganistan, to Amerykanie nawiązali kontakt z Osamą bin
Ladenem i jego muzułmańskimi współpracownikami).
Chcąc dowieść arbitralności tych kategorii i pokazać ich zaraźliwość,
najlepiej przypomnieć sobie, jak często takie klastry ulegają odwróceniu
na przestrzeni historii. Dzisiejszy sojusz między fundamentalistami
chrześcijańskimi a lobby izraelskim z pewnością zdumiałby XIX-wiecznego
intelektualistę - dawniej chrześcijanie byli antysemitami, a muzułmanie
obrońcami żydów, których woleli od chrześcijan. Libertarianie mieli
kiedyś poglądy lewicowe. Mnie jako probabilistę interesuje proces, w którym w wyniku jakiegoś losowego zdarzenia pewna grupa zwolenników
określonego poglądu sprzymierza się z grupą wyznawców innego poglądu,
przez co oba poglądy stapiają się ze sobą, tworząc jedność... do chwili
niespodziewanego rozłamu.
Kategoryzacja zawsze skutkuje redukcją faktycznej złożoności. To przejaw
działania generatora Czarnych Łabędzi, nieuniknionego platonizowania,
które zdefiniowałem w Prologu. Każda redukcja złożoności otaczającego
nas świata może mieć niebezpieczne konsekwencje, ponieważ wyklucza pewne
źródła niepewności; tym samym prowadzi do mylnego rozumienia
rzeczywistości. Na przykład, może wam się wydawać, że radykalny islam (i promowane przez niego wartości) to wasz sojusznik w walce z zagrożeniem,
jakie stwarza komunizm, więc wspieracie jego rozwój do chwili, gdy jego
zwolennicy kierują dwa samoloty w centrum Manhattanu.
Kilka lat po wybuchu wojny libańskiej, kiedy miałem dwadzieścia dwa lata
i uczęszczałem do Wharton Business School, uderzyła mnie teoria rynku
efektywnego - idea, że papiery wartościowe nie mogą przynieść żadnych
zysków, ponieważ automatycznie odzwierciedlają wszystkie dostępne
informacje na swój temat. Skoro ich ceny "uwzględniają" wszystkie dane
tego rodzaju, to dostępne publicznie dane są bezwartościowe, szczególnie
z perspektywy biznesmena, ponieważ wiadomości, które mają też miliony
ludzi, nie dają mu żadnej realnej przewagi. Ktoś spośród setek milionów
posiadaczy takich informacji prawdopodobnie zdążył już kupić dany papier
wartościowy, tym samym windując jego cenę. Wtedy całkowicie zarzuciłem
czytanie gazet i oglądanie telewizji, dzięki czemu zaoszczędziłem sporo
czasu (co najmniej godzinę dziennie, a więc dość, by przeczytać ponad
sto książek więcej rocznie, co po kilkudziesięciu latach zaczyna
przynosić efekty). Ale taka argumentacja nie jest jedynym powodem, dla
którego zalecam w tej książce unikanie gazet. Dalej przekonamy się o innych korzyściach trzymania się z dala od toksycznych informacji.
Początkowo była to dla mnie świetna wymówka, żeby nie zagłębiać się w szczegóły mojej branży, idealne alibi, ponieważ świat biznesu -
nieelegancki, nużący, pompatyczny, chciwy, nieintelektualny, samolubny i nudny - zupełnie mnie nie ciekawił.
GDZIE JEST IMPREZA?
Nadal nie rozumiem, jak człowiek, który planuje zostać "filozofem" albo
"filozofem historii", trafia do szkoły biznesu, i to nie byle jakiej, bo
do Whartona. Właśnie tam zdałem sobie sprawę, że nie tylko mało znaczący
polityk w niewielkim, wiekowym kraju (i jego filozoficzny kierowca
Mikhail) nie wie, co się dzieje. W końcu nikt się nie spodziewa, że
mieszkańcy niewielkich państewek będą się orientować w sytuacji.
Przekonałem się jednak, że w jednej z najbardziej prestiżowych szkół
biznesu na świecie, działającej w najpotężniejszym kraju w historii
ludzkości, dyrektorzy najbardziej wpływowych korporacji, zapraszani,
żeby opowiedzieć o tym, czym zajmują się zawodowo, prawdopodobnie też
nie wiedzą, co się dzieje. A właściwie nie miałem co do tego
wątpliwości. Poczułem na sobie ciężar epistemicznej arogancji rasy
ludzkiej5.
Ogarnęła mnie obsesja. Zacząłem rozumieć, jakim tematem chcę się zająć -
wysoce nieprawdopodobnymi i znaczącymi zdarzeniami. A nie tylko
eleganccy, tryskający testosteronem menedżerowie korporacji dawali się
zwieść tej koncentracji szczęścia, lecz także świetnie wykształceni
ludzie. Kiedy to sobie uświadomiłem, Czarny Łabędź przestał być dla mnie
kwestią szczęścia i pecha w biznesie, a przerodził się w problem z dziedziny wiedzy i nauki. W mojej ocenie część wyników badań naukowych
jest bezużyteczna, ponieważ nie docenia wpływu wysoce nieprawdopodobnych
zdarzeń (albo pozwala nam go ignorować); ale to nie wszystko: wiele z nich w rzeczywistości tworzy Czarne Łabędzie. I nie chodzi tu tylko o błędy taksonomiczne, przez które oblewa się zajęcia z ornitologii.
Zacząłem dostrzegać konsekwencje tego stanu rzeczy.
4,37 KG PÓŹNIEJ
Od zakończenia studiów w Wharton Business School upłynęło cztery i pół
roku, kiedy 19 października 1987 (cięższy o 4,37 kg) wracałem z siedziby
banku inwestycyjnego Credit Suisse First Boston w centrum Manhattanu do
domu na Upper East Side. Szedłem powoli, bo byłem bardzo wzburzony.
Tego dnia rynkami finansowymi wstrząsnęło dramatyczne wydarzenie:
największe spadki w historii (współczesnej). Było to tym bardziej
porażające, że nastąpiło w momencie, kiedy wydawało się nam, iż dzięki
wyrafinowanym teoriom rozmaitych splatonizowanych ekonomistów (i ich
lipnym równaniom opartym na rozkładzie normalnym) jesteśmy w stanie
zapobiec dużym wstrząsom, a przynajmniej je przewidzieć i kontrolować.
Spadki nie były nawet reakcją na jakąś konkretną wiadomość. Dzień
wcześniej taki rozwój wydarzeń nikomu nie przyszedłby do głowy - gdybym
wspomniał, że jest możliwy, zostałbym uznany za wariata. Był to Czarny
Łabędź, chociaż jeszcze nie znałem tego zwrotu.
Na Park Avenue spotkałem kolegę z pracy, Demetriusa, ale po krótkiej
rozmowie wtrąciła się jakaś kobieta, którą niepokój najwyraźniej
pozbawił zahamowań: "Hej, czy wy wiecie, co się dzieje?". Przechodnie
wyglądali na oszołomionych. Wcześniej widziałem, jak kilka dorosłych
osób roni po cichu łzy w trading roomie w First Boston. Spędziłem cały
dzień w epicentrum zdarzeń, otoczony zdezorientowanymi ludźmi, którzy
nie mieli pojęcia, co robić. Kiedy dotarłem do domu, zadzwonił do mnie
mój kuzyn Alexis, żeby mi powiedzieć, iż jego sąsiad popełnił
samobójstwo, wyskakując z okna swojego apartamentu na ostatnim piętrze
budynku. Nie byłem nawet zdumiony. Czułem się jak w Libanie, tylko z jedną małą różnicą: uderzyło mnie, że problemy finansowe mogą być
jeszcze bardziej przytłaczające niż wojna (weźcie pod uwagę, że
trudności finansowe i towarzyszące im upokorzenia mogą prowadzić do
samobójstwa, a wojna nie wydaje się mieć takiego bezpośredniego efektu).
Obawiałem się pyrrusowego zwycięstwa: zrehabilitowałem się
intelektualnie, ale martwiło mnie, że miałem zbyt dużo racji, a cały
system rozsypie się na moich oczach. Nie chciałem aż takiej
satysfakcji. Nigdy nie zapomnę nieżyjącego już Jimmy'ego P., który
obserwując, jak jego zasoby netto topnieją, półżartobliwie składał ręce
przed ekranem, błagając ceny, by przestały spadać.
Wtedy jednak zdałem sobie sprawę, że mam w nosie pieniądze.
Doświadczyłem najdziwniejszego uczucia w życiu - to było jak ogłuszający
huk trąb, który oznajmiał mi, że miałem rację, i to tak donośnie, iż
czułem ich wibracje w kościach. Nigdy później nie przeżyłem niczego
podobnego i nigdy nie wytłumaczę tego ludziom, których to nie spotkało.
To było doznanie fizyczne, mieszanina radości, dumy i przerażenia.
I poczułem się zrehabilitowany. W jaki sposób?
Rok czy dwa lata po rozpoczęciu przeze mnie nauki w szkole biznesu
wyspecjalizowałem się w bardzo konkretnej, choć dziwacznej dziedzinie:
spekulowałem na rzadkich i niespodziewanych zdarzeniach, które
znajdowały się w platońskim uskoku i uchodziły za "niewyobrażalne" w oczach platońskich "ekspertów". Przypomnę, że platoński uskok to
miejsce, w którym nasza wizja rzeczywistości przestaje obowiązywać - ale
my o tym nie wiemy.
Wcześnie bowiem zająłem się zawodowo dziedziną finansów ilościowych.
Zostałem ilościowcem i równocześnie traderem - ilościowiec to ktoś w rodzaju branżowego naukowca, który stosuje matematyczne modele
niepewności do danych finansowych (lub społeczno-ekonomicznych) i złożonych instrumentów finansowych. Tyle że ja byłem ilościowcem na
opak: analizowałem wady i ograniczenia tych modeli, szukając
platońskiego uskoku, który powoduje, że się załamują. Zamiast
ograniczać się do teorii, zacząłem się też zajmować transakcjami
spekulacyjnymi, co było rzadkością wśród ilościowców, którzy nie musieli
"podejmować ryzyka", jako że ich rola ograniczała się do analiz i nie
wymagała podejmowania żadnych decyzji. Byłem przekonany, że nie mam
najmniejszych kompetencji do przewidywania cen na rynku - ale uważałem,
że inni są tak samo niekompetentni, lecz o tym nie wiedzą, albo nie
wiedzą, że podejmują ogromne ryzyko. Większość traderów "wchodzi przed
walec, żeby podnieść z ziemi kilka centów": naraża się na rzadkie
zdarzenia o ogromnej sile oddziaływania i nie zdaje sobie z tego sprawy.
Nie mogłem działać inaczej, niż działałem, wiedząc, że nienawidzę
ryzyka, jestem go świadomy i niewiele rozumiem z tego, co się wokół mnie
dzieje.
Poza tym bagaż techniczny, który dźwigałem jako ilościowiec (mieszanina
matematyki stosowanej, inżynierii i statystyki), oraz zanurzenie w praktyce okazały się bardzo przydatne dla kogoś, kto chce zostać
filozofem6. Po pierwsze, kiedy przez dwadzieścia lat
zajmujecie się na skalę masową empiryczną analizą danych i podejmowaniem
ryzyka na podstawie swoich analiz, z łatwością dostrzegacie te elementy
w strukturze świata, których nie zauważy splatonizowany "myśliciel"
poddany praniu mózgu albo przerażony rzeczywistością. Po drugie, dzięki
temu zacząłem myśleć w bardziej formalny i usystematyzowany sposób,
zamiast z lubością oddawać się anegdotom. I wreszcie po trzecie, zarówno
filozofia historii, jak i epistemologia (filozofia wiedzy) wydawały się
nierozerwalnie związane z empirycznym badaniem szeregów czasowych, czyli
ciągów liczb uporządkowanych w czasie, czegoś w rodzaju dokumentu
historycznego zawierającego liczby zamiast słów. A liczby łatwo
przetwarzać za pomocą komputerów. Analiza danych historycznych
uświadamia człowiekowi, że historia biegnie naprzód, a nie wstecz, i jest bardziej chaotyczna niż narracje. Epistemologia, filozofia historii
i statystyka mają na celu zrozumienie pewnych prawd, zbadanie
mechanizmów, które je generują, i wyodrębnienie określonych regularności
spośród przypadkowych zdarzeń historycznych. Wszystkie zajmują się
pytaniem o to, co wiemy, tyle że ich siedziby znajdują się, można
powiedzieć, w różnych budynkach.
NIEZALEŻNOŚĆ NA ODWAL SIĘ
Tamtej nocy, 19 października 1987 roku, spałem bez przerwy przez
dwanaście godzin.
Trudno mi było zwierzyć się przyjaciołom z tego poczucia ostatecznego
zwycięstwa, bo krach w pewnej mierze dotknął ich wszystkich. Ówczesne
premie były ułamkiem kwot wypłacanych dzisiaj, ale gdyby mój pracodawca,
First Boston, i system finansowy przetrwali do końca roku, otrzymałbym
równowartość dobrego stypendium. Czasem nazywa się to pieniędzmi na
odwal się, co brzmi ordynarnie, ale w rzeczywistości oznacza, że można
się poczuć jak wiktoriański dżentelmen wyzwolony z okowów niewolniczej
pracy. Stwarza to pewien bufor psychologiczny: kapitał nie jest na tyle
duży, żeby przewrócić człowiekowi w głowie, ale dość wysoki, żeby
pozwolić mu wybrać nowy zawód i nie martwić się specjalnie o wynagrodzenie. Chroni go przed prostytuowaniem swojego umysłu i uwalnia
od władzy zewnętrznej - wszelkiego rodzaju władzy zewnętrznej.
(Niezależność można przeżywać bardzo różnie: zawsze zdumiewało mnie, ilu
ludzi osiągających astronomiczne dochody pokornieje z tego powodu,
ponieważ stają się coraz bardziej zależni od klientów i pracodawców i przywiązują się do zarabiania coraz większych pieniędzy). Chociaż dla
niektórych nie byłaby to pokaźna kwota, mnie wyleczyła z wszelkich
ambicji finansowych - zacząłem się wstydzić, kiedy poświęcałem się
dążeniu do bogactw materialnych, zamiast skupiać się na swoich
badaniach. Zwróćcie uwagę, że pieniądze na odwal się dają również
upajającą możliwość wypowiedzenia tego zwięzłego zwrotu, zanim rzuci
się komuś słuchawką.
W tamtych czasach traderzy, którzy stracili pieniądze, często
roztrzaskiwali ze złości telefon. Niektórzy posuwali się do niszczenia
krzeseł, stołów czy czegokolwiek innego, co pęka z hukiem. Kiedyś pewien
trader w Chicago usiłował mnie udusić i potrzeba było czterech
ochroniarzy, żeby go odciągnąć. Zdenerwowało go, że stoję w miejscu,
które uważał za swoje "terytorium". Któż chciałby odejść z takiego
miejsca? Porównajcie to do obiadów w ponurej stołówce uniwersyteckiej z uprzejmymi profesorami omawiającymi ostatnią wydziałową intrygę. Dlatego
pozostałem ilościowcem i traderem (co nie zmieniło się do dziś), ale
zorganizowałem to tak, żeby pracować jak najmniej, za to intensywnie (i nad ciekawymi kwestiami), skupiając się wyłącznie na najbardziej
technicznych aspektach branży, nigdy nie uczestniczyć w "spotkaniach"
biznesowych, unikać towarzystwa "ludzi sukcesu" i facetów w garniturach,
którzy nie czytają książek, oraz średnio co trzy lata robić sobie rok
przerwy, żeby uzupełnić luki w wiedzy naukowej i filozoficznej.
W oczekiwaniu na wyklarowanie się mojej koncepcji chciałem być
wędrowcem, zawodowym myślicielem, przesiadywać w kawiarniach, wylegiwać
się z dala od biurek i struktur organizacyjnych, spać tyle, ile
potrzebuję, pochłaniać książki jedna za drugą i nie musieć się nikomu
tłumaczyć. Chciałem mieć święty spokój, żeby zbudować krok po kroku cały
system myślenia oparty na mojej koncepcji Czarnego Łabędzia.
FILOZOF ZA KÓŁKIEM LIMUZYNY
Wojna w Libanie i krach z 1987 roku wydały mi się identycznymi
zjawiskami. Stało się dla mnie oczywiste, że niemal nikt nie rozumie
roli tych zdarzeń, jakby znajdowały się w naszym mentalnym martwym
punkcie: jakbyśmy ich nie zauważali albo natychmiast wyrzucali je z pamięci. Odpowiedź miałem pod nosem: była to psychologiczna, a może
nawet biologiczna ślepota; problemu nie stanowił charakter tych
zjawisk, tylko sposób, w jaki je postrzegaliśmy.
Kończę ten autobiograficzny wstęp następującą historią. Nie miałem
jednej konkretnej specjalności (poza pracą) i nie chciałem jej mieć.
Kiedy ludzie na koktajlach pytali mnie, czym się zajmuję, miałem ochotę
odpowiedzieć: "Jestem sceptycznym empirykiem i wędrowcem po świecie
książek, poszukiwaczem, który pragnie zgłębić pewną koncepcję", ale dla
uproszczenia mówiłem, że jestem kierowcą limuzyny.
Kiedyś podczas lotu transatlantyckiego zostałem przeniesiony do
pierwszej klasy. Posadzono mnie obok energicznej kobiety w drogim
stroju, obwieszonej złotem i biżuterią, która bez przerwy podjadała
orzeszki (być może ze względu na dietę niskowęglowodanową), odmawiała
picia czegokolwiek poza wodą Evian i przez cały czas czytała europejskie
wydanie "The Wall Street Journal". Usiłowała nawiązać ze mną rozmowę
łamanym francuskim, ponieważ zobaczyła, że czytam (po francusku) książkę
socjologa i filozofa Pierre'a Bourdieu - który, jak na ironię, pisał o oznakach statusu społecznego. Poinformowałem ją (po angielsku), że
jestem kierowcą limuzyny, z dumą podkreślając, że jeżdżę wyłącznie
"bardzo eleganckimi" samochodami. Przyjęła to z lodowatym milczeniem,
które trwało przez cały lot, i chociaż sytuacja stała się napięta,
przynajmniej mogłem w spokoju poczytać.
To zdumiewające, jak szybko i skutecznie można zbudować narodowość:
wystarczy flaga, kilka przemówień i hymn; do dziś unikam określenia
"libański", zastępując je mniej ograniczającym słowem "lewantyński". [wróć]
Benoît Mandelbrot, który miał podobne doświadczenie, gdy był w zbliżonym
do mojego wówczas wieku, chociaż było to blisko czterdzieści lat
wcześniej, wspomina wojnę jako długie okresy bolesnej nudy przerywane
przelotnymi chwilami potwornego strachu. [wróć]
Historyk Niall Ferguson wykazał, że wbrew tradycyjnym analizom okresu
przed I wojną światową, które mówią o "rosnącym napięciu" i "eskalacji
kryzysów", wybuch konfliktu był zaskoczeniem. Tylko historykom
oceniającym go retrospektywnie, z perspektywy czasu, wydawał się on
nieunikniony. Ferguson odwołał się do ciekawych danych empirycznych na
poparcie swojej tezy: przeanalizował ceny obligacji rządowych, z których
zwykle można wnioskować o przewidywaniach inwestorów dotyczących potrzeb
finansowych rządu oraz o ich ocenie możliwości wybuchu konfliktu
zbrojnego, ponieważ wojny powodują wysoki deficyt finansów publicznych.
Ówczesne ceny obligacji nie świadczyły o tym, że spodziewano się wojny.
Zwróćmy uwagę, że wspomniana analiza ukazuje również, jak odwołując się
do cen, można lepiej zrozumieć historię. [wróć]
W Rozdziale 10 poznamy pomysłowe badania ilościowe pozwalające dowieść,
że zjawisko owczego pędu zachodzi naprawdę: pokazują one, że w wielu
dziedzinach odległość między opiniami jest znacznie mniejsza niż
odległość między średnią opinii a prawdą. [wróć]
Później uświadomiłem sobie, że ogromna siła systemu wolnorynkowego
bierze się stąd, że dyrektorzy firm nie muszą wiedzieć, co się dzieje. [wróć]
Specjalizowałem się w złożonych instrumentach finansowych, zwanych
instrumentami pochodnymi, które wymagały zaawansowanej wiedzy
matematycznej - w ich przypadku błędy wynikające z zastosowania złych
modeli matematycznych były największe. Był to na tyle nowy i atrakcyjny
temat, że zrobiłem z niego doktorat. Zwróćcie uwagę, że nie byłem w stanie zrobić kariery, ograniczając się do spekulowania na Czarnych
Łabędziach - okazji do transakcji było zbyt mało. Jednocześnie mogłem
uniknąć ekspozycji na takie zdarzenia, zabezpieczając swój portfel przed
ogromnymi stratami. Zatem chcąc wyeliminować zależność od losowości,
skupiłem się na problemach technicznych wynikających ze złożoności
instrumentów finansowych i wykorzystywaniu tych szans bez ekspozycji na
rzadkie zdarzenia, zanim znikną, gdy moi konkurenci usprawnią swoje
systemy. Później odkryłem łatwiejszy (i mniej obciążony losowością)
sposób ochrony dużych portfeli przed Czarnym Łabędziem, przypominający
ochronę ubezpieczeniową. [wróć]
ROZDZIAŁ 2. Czarny Łabędź Jewgienii
ROZDZIAŁ 2
Czarny Łabędź Jewgienii
Różowe okulary a sukces - Jak Jewgienia przestała wychodzić za mąż za
filozofów - A nie mówiłem?
Pięć lat temu Jewgienia Nikołajewna
Krasnowa była nieznaną i niepublikowaną pisarką o osobliwej przeszłości.
Ta neurobiolożka z zacięciem filozoficznym (jej trzej pierwsi mężowie
byli filozofami) wbiła sobie do swojej upartej francusko-rosyjskiej
głowy, że przedstawi własne badania i koncepcje w formie literackiej.
Ukryła teorie naukowe w opowiadaniach, wplatając w nie rozmaite
komentarze autobiograficzne. Unikała dziennikarskich sztuczek
stosowanych we współczesnej literaturze faktu ("W pewien bezchmurny
kwietniowy poranek John Smith wyszedł z domu..."). Wypowiedzi w obcych
językach zawsze pozostawiała w oryginale, dołączając tłumaczenia niczym
napisy w kinie. Odmawiała przekładania na łamany angielski rozmów, które
odbyły się łamanym włoskim1.
Żaden wydawca nawet by na nią nie spojrzał, gdyby nie zbiegło się to z pewną modą na tych nielicznych naukowców, którzy potrafili posługiwać
się choćby na wpół zrozumiałymi zdaniami. Kilku wydawców zgodziło się z nią porozmawiać. Podczas spotkań wyrażali nadzieję, że przestanie
zachowywać się jak dziecko i napisze "książkę popularnonaukową o świadomości". Zainteresowała ich na tyle, że byli uprzejmi przesyłać jej
listy odmowne, a nawet - okazjonalnie - obraźliwe komentarze, zamiast
raczyć ją znacznie bardziej obraźliwym i upokarzającym milczeniem.
Wydawcy nie mieli pojęcia, co myśleć o rękopisie Jewgienii. Nie
potrafiła nawet odpowiedzieć na ich pierwsze pytanie: "Czy to literatura
piękna, czy literatura faktu?". Nie wiedziała, jak wypełnić rubrykę "Do
kogo skierowana jest ta książka?" na formularzach wydawniczych. Stale
słyszała: "Musisz zrozumieć, kim są twoi czytelnicy" albo "Amatorzy
piszą dla siebie, zawodowcy piszą dla innych". Miała trzymać się
konkretnego gatunku, ponieważ "księgarnie nie lubią zamieszania i muszą
wiedzieć, na której półce umieścić książkę". Pewien redaktor dodał
troskliwie: "Moja droga, to się sprzeda najwyżej w dziesięciu
egzemplarzach, wliczając te kupione przez twoich byłych mężów i członków
rodziny".
Pięć lat wcześniej Jewgienia wzięła udział w znanym warsztacie
pisarskim, z którego wyszła zdegustowana. "Dobre pisarstwo" najwyraźniej
oznaczało konformizm wobec arbitralnych zasad, traktowanych jako prawdy
objawione, bo potwierdzonych czymś, co nazywamy doświadczeniem. Pisarze,
których tam poznała, uczyli, jak udoskonalić metody uznawane za
skuteczne: wszyscy imitowali styl opowiadań publikowanych w starych
numerach magazynu "The New Yorker" - nie zdając sobie sprawy, że
nowatorstwo z definicji wyklucza wzorowanie się na czymkolwiek. Już sama
formuła "opowiadania" wydawała się Jewgienii zbyt naśladowcza.
Prowadzący warsztat delikatnie, acz stanowczo oznajmił jej, że nie ma
dla niej żadnej nadziei.
Ostatecznie Jewgienia opublikowała cały tekst swojej książki,
zatytułowanej Historia rekurencji, w Internecie. Znalazła tam wąskie
grono czytelników, między innymi bystrego właściciela małego, nieznanego
wydawnictwa, który nosił okulary w różowych oprawkach i mówił odrobinę
po rosyjsku (przekonany, że posługuje się nim płynnie). Zaproponował, że
wyda jej książkę, i przystał na postawiony przez nią warunek, że tekst
ma się ukazać bez żadnych zmian. Ze względu na to zastrzeżenie
zaoferował Jewgienii zaledwie ułamek tego, co standardowo wypłaca się
jako honorarium - niewiele ryzykował. Zgodziła się, bo nie miała innego
wyboru.
W ciągu pięciu lat Jewgienia awansowała z "upartej i trudnej w kontakcie
egocentryczki bez talentu, który mógłby ów charakter uzasadniać", na
osobę "wytrwałą, zdecydowaną, skrupulatną i bezwzględnie niezależną".
Jej książka powoli zdobywała popularność, stając się jednym z największych i najdziwniejszych sukcesów w historii literatury.
Sprzedała się w milionach egzemplarzy i zyskała tak zwane uznanie
krytyki. Amatorskie wcześniej wydawnictwo przerodziło się w dużą
korporację, w której gości wita (uprzejma) recepcjonistka. Książka
Jewgienii została przetłumaczona na czterdzieści języków (nawet na
francuski). Jej zdjęcia są wszędzie. Uchodzi za pionierkę tak zwanej
szkoły konsiliencji. Wydawcy wyznają teraz teorię, że "kierowcy
ciężarówek, którzy czytają książki, nie czytają książek napisanych dla
kierowców ciężarówek", i utrzymują, że "czytelnicy gardzą pisarzami,
którzy im dogadzają". Według powszechnej dziś opinii równania i żargon
mogą skrywać trywialność lub niemerytoryczność prac naukowych; tymczasem
proza konsiliencka poddaje się ocenie czytelników, gdyż ukazuje idee w surowej postaci.
Jewgienia przestała już wychodzić za mąż za filozofów (o wszystko się
wykłócają) i dziś ukrywa się przed prasą. Literaturoznawcy wyjaśniają w swoich wykładach, z czego wynika nieuchronność nowego stylu pisania. Ich
zdaniem podział na literaturę piękną i literaturę faktu jest zbyt
archaiczny, by mógł utrzymać się we współczesnym społeczeństwie. Nie
mają wątpliwości, że należy zasypać przepaść między nauką a sztuką. Po
fakcie talent Jewgienii wydaje się oczywisty.
Wielu wydawców wypominało Jewgienii, że nie przyszła do nich ze swoim
manuskryptem. Przekonywali, że natychmiast dostrzegliby wartość jej
pracy. Za kilka lat jakiś literaturoznawca napisze esej zatytułowany Od
Kundery do Krasnowej, w którym wykaże, że zalążki jej koncepcji
pojawiły się już u Kundery - prekursora stylu łączącego esej z metakomentarzem (Jewgienia nigdy nie czytała Kundery, ale widziała film
nakręcony na podstawie jednej z jego książek - w filmie nie było żadnych
komentarzy). Inny wybitny uczony dowiedzie, że na każdej stronie jej
dzieła widać wpływ Gregory'ego Batesona, który również wprowadzał sceny
autobiograficzne do swoich prac badawczych (Jewgienia nigdy nie słyszała
o Batesonie).
Książka Jewgienii jest Czarnym Łabędziem.
Jej trzeci mąż był włoskim filozofem. [wróć]
ROZDZIAŁ 3. Spekulant i prostytutka
ROZDZIAŁ 3
Spekulant i prostytutka
O istotnej różnicy między spekulantami a prostytutkami - Uczciwość,
nieuczciwość i Czarne Łabędzie - Teoria wiedzy i zarobków w różnych
zawodach - Dlaczego Ekstremistan nie jest najlepszym celem podróży,
chyba że jesteście zwycięzcami
Awans Jewgienii z Kopciuszka na megagwiazdę
jest możliwy tylko w jednym środowisku, które nazywam
Ekstremistanem1. Wkrótce wyjaśnię, na czym polega
zasadnicza różnica między Ekstremistanem, ojczyzną Czarnych Łabędzi, a cichą, monotonną prowincją Przeciętnostanu.
NAJLEPSZA (NAJGORSZA) RADA
Kiedy sięgam pamięcią do wszystkich "rad", jakie usłyszałem w życiu,
widzę, że tylko kilka z nich naprawdę wziąłem sobie do serca. Resztę
uznałem za zwykłe bicie piany i cieszę się, że większości nie
posłuchałem. Często ograniczały się one do zaleceń w rodzaju "bądź
rozważny i stonowany w swoich sądach". Takie rady są sprzeczne z ideą
Czarnego Łabędzia. Rzeczywistość empiryczna nie jest "stonowana", a jej
autorska wersja "rozwagi" nie odpowiada obiegowej definicji przeciętnie
wykształconego człowieka. Prawdziwy empiryk odzwierciedla rzeczywistość
najwierniej, jak to możliwe; człowiek honorowy nie przejmuje się tym,
czy ludzie uznają go za dziwaka. Następnym razem, kiedy ktoś będzie was
zadręczał niepotrzebnymi sugestiami, przypomnijcie mu delikatnie
historię mnicha, którego car Iwan Groźny uśmiercił za nieproszoną radę
(o charakterze moralizatorskim). Na chwilę pomaga.
Z perspektywy czasu najlepsza rada, jaką usłyszałem, okazała się błędna.
Paradoksalnie jednak właśnie dlatego była taka istotna - popchnęła mnie
głębiej ku dynamice Czarnego Łabędzia. W wieku dwudziestu dwóch lat
usłyszałem ją pewnego lutowego popołudnia na korytarzu budynku przy 3400
Walnut Street w Filadelfii, gdzie wówczas mieszkałem. Pewien student
drugiego roku ze szkoły biznesowej poradził mi, żebym znalazł sobie
zawód, który będzie "skalowalny", czyli taki, w którym nie obowiązuje
stawka godzinowa, a zarobków nie ogranicza ilość włożonej pracy. Było to
bardzo proste kryterium porównania różnych ścieżek kariery, pozwalające
przy tym uchwycić różnicę między dwoma typami niepewności. W rezultacie
stanąłem przed poważnym problemem filozoficznym - problemem indukcji
(indukcja to techniczna nazwa Czarnego Łabędzia). Przestałem widzieć w Czarnym Łabędziu tylko paradoks logiczny. Mogłem przekształcić go w łatwe do zastosowania rozwiązanie i, jak się przekonamy w następnych
rozdziałach, zakorzenić go w strukturze rzeczywistości empirycznej.
W jaki sposób rada na temat przyszłej kariery naprowadziła mnie na
teorię objaśniającą charakter niepewności? Takie zawody, jak dentysta,
konsultant czy masażysta, są nieskalowalne: w danym okresie możecie
obsłużyć ograniczoną liczbę pacjentów lub klientów. Jeśli jesteście
prostytutkami, to pracujecie na godziny i (zazwyczaj) według stawki
godzinowej. Co więcej, wasza obecność jest (jak zakładam) konieczna do
świadczenia usługi. Jeśli otworzycie elegancką restaurację, w najlepszym
razie będziecie mieć dzień w dzień pełną salę (chyba że przekształcicie
swój biznes we franczyzę). W tych zawodach niezależnie od wysokości
zarobków wasze dochody podlegają prawu grawitacji. Poziom wpływów zależy
w większym stopniu od waszych ciągłych wysiłków niż od trafności
decyzji. Co więcej, praca tego typu jest w dużej mierze przewidywalna:
występuje w niej pewna zmienność, ale nie w takim stopniu, żeby utarg z jednego dnia był wyższy niż wasze zarobki przez resztę życia. Innymi
słowy, nie mamy tu do czynienia z Czarnymi Łabędziami. Jewgienia
Nikołajewna nie mogłaby błyskawicznie przeistoczyć się z nieudacznicy w wielką bohaterkę, gdyby pracowała jako doradczyni podatkowa albo
chirurżka specjalizująca się w operacjach przepukliny (ale w tych
zawodach nie byłaby również nieudacznicą).
Są jednak zawody, które pozwalają sprawnym pracownikom potęgować
wydajność (i dochody) bez większego - lub żadnego - dodatkowego wysiłku.
Jestem leniwy i uważam to za zaletę, a przy tym chcę mieć jak najwięcej
wolnego czasu w ciągu dnia na rozmyślania i czytanie, dlatego
natychmiast wyciągnąłem (błędny) wniosek z usłyszanej rady. Zacząłem
odróżniać "ludzi idei", którzy sprzedają wytwory intelektualne w formie
transakcji lub dzieła sztuki, od "ludzi pracy", którzy sprzedają swój
wysiłek.
Jeśli jesteście ludźmi idei, nie musicie ciężko pracować - wystarczy, że
intensywnie myślicie. Wykonujecie tę samą pracę, niezależnie od tego,
czy produkujecie sto, czy tysiąc jednostek. W tradingu ilościowym [ang.
quantitative trading] kupno stu akcji wymaga takiego samego wysiłku,
co kupno stu tysięcy czy nawet miliona akcji. Odbywa się to za pomocą
takiej samej rozmowy telefonicznej, takich samych obliczeń, takich
samych dokumentów, takiego samego nakładu pracy szarych komórek i takiego samego procesu weryfikacji transakcji. Co więcej, możecie
pracować z wanny albo z baru w Rzymie. Zamiast harować, wystarczy
posłużyć się dźwignią! No dobrze, trochę się myliłem co do tradingu: nie
można pracować z wanny, ale przy odpowiednim podejściu trader ma sporo
wolnego czasu.
To samo dotyczy muzyków i aktorów filmowych: pozwalacie, żeby robotę
odwalali za was inżynierowie dźwięku i kinooperatorzy. Nie musicie się
pojawiać na każdej projekcji, żeby wystąpić przed publicznością.
Analogicznie, pisarz wkłada taki sam wysiłek, żeby dotrzeć do jednej
osoby i do setek milionów czytelników. J.K. Rowling, autorka serii o Harrym Potterze, nie musi pisać każdej z książek od nowa, kiedy ktoś
chce ją przeczytać. Inaczej jest w przypadku piekarza: on musi wypiec
każdy kolejny bochenek chleba, żeby zaspokoić potrzebę następnego
klienta.
Zatem różnica między pisarzem a piekarzem, spekulantem a lekarzem,
oszustem a prostytutką to przydatne kryterium analizy ludzkiej
działalności. Pozwala odróżnić zawody, w których można podwyższać
dochody bez większego nakładu pracy, od tych, w których trzeba w to
włożyć więcej czasu i energii (których zasób jest ograniczony) - innymi
słowy, od zawodów podlegających prawu grawitacji.
STRZEŻCIE SIĘ SKALOWALNOŚCI
Ale dlaczego rada mojego kolegi ze studiów była zła?
Chociaż przyczyniła się do opracowania klasyfikacji poziomów niepewności
i wiedzy, okazała się błędna w odniesieniu do wyboru ścieżki kariery.
Mnie opłaciło się z niej skorzystać tylko dlatego, że miałem szczęście i przypadkowo znalazłem się, jak to się mówi, we właściwym miejscu o właściwym czasie. Osobiście zalecałbym raczej wybór zawodu, który nie
jest skalowalny! Skalowalny zawód opłaca się jedynie wtedy, gdy odnosisz
sukcesy. W takich profesjach panuje większa konkurencja i potworna
nierówność dochodów; znacznie większą rolę odgrywa w nich przypadek, a rozbieżność między włożonym wysiłkiem a uzyskanym rezultatem bywa
ogromna - kilka osób zgarnia większość zysków, a pozostali zostają na
lodzie, chociaż nie popełnili żadnego błędu.
W tej kategorii zawodów króluje przeciętność, średniość i umiarkowanie.
Z przeciętnych wyników można wnioskować o całości. W tej drugiej
istnieją tylko giganci i karły - a dokładniej bardzo niewielu gigantów i całe rzesze karłów.
Przyjrzyjmy się teraz mechanizmowi, który odpowiada za powstawanie
nieoczekiwanych gigantów, czyli Czarnych Łabędzi.
POCZĄTKI SKALOWALNOŚCI
Weźmy na przykład los Giaccoma, śpiewaka operowego żyjącego u schyłku
XIX wieku, przed wynalezieniem metod zapisu dźwięku. Powiedzmy, że
występuje na scenie w małym, peryferyjnym miasteczku w środkowych
Włoszech. Nie musi konkurować ze śpiewakami o wybujałym ego z mediolańskiej La Scali i innych słynnych oper. Ma poczucie
bezpieczeństwa, ponieważ gdzieś w okolicy zawsze będzie zapotrzebowanie
na jego struny głosowe. Nie może w żaden sposób eksportować swojego
śpiewu, ale to samo dotyczy tuzów opery, którzy nie zagrażają jego
lokalnej działalności. Nie ma jeszcze możliwości magazynowania własnego
talentu, zatem musi być obecny podczas każdego występu, tak jak fryzjer
(do dziś) podczas każdego strzyżenia. Zatem tort jest podzielony
nierówno, ale różnice między kawałkami są niewielkie, podobnie jak
różnice w ich wartości kalorycznej. Każdy dostaje swój kawałek; tuzy
opery mają większą publiczność i występują częściej niż lokalny śpiewak,
ale nie jest to szczególnie niepokojące. Nierówności istnieją, lecz
można je uznać za łagodne. Nie istnieje jeszcze skalowalność, dlatego
żeby dotrzeć do dwa razy większej publiczności, śpiewak musi wystąpić
dwa razy.
A teraz zastanówmy się nad skutkami wynalezienia metod zapisu dźwięku,
innowacji, która wprowadziła do świata muzyki sporą dozę
niesprawiedliwości. Możliwość nagrywania i odtwarzania występów
muzycznych pozwala mi słuchać przez wiele godzin na laptopie Preludiów
Rachmaninowa w wykonaniu Vladimira Horowitza (który jest już
niezaprzeczalnie martwy), zamiast iść na koncert (wciąż żywego)
lokalnego muzyka, emigranta z Rosji, który w efekcie jest zmuszony uczyć
gry na pianinie nieletnie beztalencia za stawkę bliską płacy minimalnej.
Horowitz nawet zza grobu odbiera temu biedakowi chleb. Wolę słuchać
Vladimira Horowitza albo Arthura Rubinsteina na płycie kompaktowej za 10
dolarów i 99 centów, zamiast płacić dolara mniej za występ jakiegoś
nieznanego (choć bardzo utalentowanego) absolwenta nowojorskiej
Juilliard School albo Konserwatorium Praskiego. Jeśli zapytacie mnie,
dlaczego wybieram Horowitza, odpowiem, że ze względu na harmonię, rytm
albo pasję, jaką słyszę w jego muzyce, chociaż w rzeczywistości istnieje
wielu pianistów, o których nigdy nie słyszałem i nie usłyszę, którzy nie
przebili się i nie występują na scenie, chociaż grają równie dobrze.
Kierując się logiką przedstawioną powyżej, niektórzy sądzą naiwnie, że
początkiem owych nierówności było wynalezienie gramofonu. Nie zgadzam
się z tym. Jestem przekonany, że źródło nierówności leży znacznie
głębiej - w naszym DNA, który magazynuje informacje na nasz temat i sprawia, że możemy powtórzyć swój występ, nie biorąc w nim udziału. W procesie przekazywania genów kolejnym pokoleniom. Ewolucja jest
skalowalna: DNA, który zwycięży (dzięki szczęściu albo przewadze w procesie doboru naturalnego), może się replikować i zdominować otoczenie
jak bestsellerowa książka albo popularna płyta. Inne cząsteczki DNA
wyginą. Wystarczy uświadomić sobie różnicę między nami, ludźmi (z wyłączeniem ekonomistów finansowych i biznesmenów), a innymi organizmami
na naszej planecie.
Co więcej, uważam, że przełom w życiu społecznym nie nastąpił w chwili
wynalezienia gramofonu, tylko w momencie, kiedy ktoś wpadł na wspaniały,
choć niesprawiedliwy pomysł, żeby stworzyć alfabet, tym samym
umożliwiając nam przechowywanie i odtwarzanie informacji. Tempo zmian
znacznie przyspieszyło, gdy innemu wynalazcy przyszedł do głowy jeszcze
bardziej niebezpieczny koncept: prasa drukarska. Druk pozwolił
rozpowszechniać słowo pisane na całym świecie, co ostatecznie
doprowadziło do powstania środowiska rządzącego się zasadą zwycięzca
bierze wszystko. Co było niesprawiedliwego w rozpowszechnianiu książek?
Dzięki alfabetowi ludzie mogli wiernie i bez ograniczeń powielać
opowieści i idee. Autor nie musiał wkładać dodatkowego wysiłku w kolejne
wystąpienia. Nie musiał nawet być żywy - śmierć autora często bywa
udanym chwytem marketingowym, a co za tym idzie - ci, którzy z jakiegoś
powodu przykują uwagę otoczenia, mogą szybko dotrzeć do większej liczby
odbiorców niż pozostali, wypierając konkurencję z regałów. W czasach
bardów i trubadurów każdy miał swoją publiczność. Gawędziarz, tak jak
piekarz czy kotlarz, miał własny rynek i gwarancję, że żaden odległy
konkurent nie odbierze mu słuchaczy. Dziś kilku graczy kontroluje niemal
cały biznes, a reszcie nie zostaje prawie nic.
Zgodnie z tym samym mechanizmem kino zastąpiło lokalnych aktorów, którzy
w efekcie stracili możliwość zarobkowania. Między tymi przykładami
istnieje jednak pewna różnica. W profesjach wymagających technicznej
wirtuozerii, na przykład w zawodzie pianisty albo neurochirurga, łatwo
zweryfikować, kto ma talent. Subiektywne opinie odgrywają tu stosunkowo
niewielką rolę. Niesprawiedliwość pojawia się wtedy, gdy cały tort
przypada komuś uznawanemu za tylko nieznacznie lepszego od pozostałych.
Świat sztuki - na przykład kina - jest dużo bardziej brutalny. To, co
nazywamy talentem, zazwyczaj wynika z sukcesu, a nie na odwrót. Kwestii
tej poświęcono wiele badań empirycznych. Warto wspomnieć o pracach Arta
De Vany'ego, przenikliwego i oryginalnego myśliciela, który z determinacją analizował zjawisko gwałtownej nieprzewidywalności w filmach. Wykazał, że niestety często przypisujemy aktorom umiejętności
po fakcie. Jego zdaniem to sukces filmu decyduje o sukcesie aktora,
natomiast o sukcesie filmu decyduje ogromna dawka nieliniowego
szczęścia.
Sukces filmu jest znacznie uzależniony od rozprzestrzeniających się w społeczeństwie trendów. Dotyczy to nie tylko kina, lecz także wielu
innych wytworów kultury. Trudno nam pogodzić się z faktem, że ludzie nie
zakochują się w dziełach sztuki wyłącznie ze względu na ich wartość,
lecz także po to, żeby poczuć się częścią społeczności. Imitując
reakcje, stajemy się bliżsi innym ludziom - a dokładniej, innym
imitatorom. To sposób na walkę z samotnością.
Przedstawiony przykład ukazuje, jak trudno jest przewidzieć wynik
przedsięwzięcia w środowisku o wysokiej koncentracji sukcesu.
Podsumowując dotychczasowe rozważania, powiedzmy, że taka kategoryzacja
zawodów może pomóc nam zrozumieć różnice między poszczególnymi typami
zmiennych losowych. Zajmijmy się teraz dokładniej kwestią wiedzy:
procesem wnioskowania o tym, co nieznane, oraz o charakterze tego, co
znane.
SKALOWALNOŚĆ A GLOBALIZACJA
Każdy arogancki (i sfrustrowany) przeciętniak z Europy wygłasza te same
stereotypowe opinie o Amerykanach: są według niego "niewykształceni",
"mało inteligentni" i "słabi z matematyki", ponieważ w odróżnieniu od
innych narodów nie lubują się w rozwiązywaniu równań oraz w omawianiu
tematów, które europejskie średniaki zaliczają do "kultury wysokiej" -
takich jak trasa inspirującej (i kluczowej dla rozumienia jego
twórczości) podróży Goethego do Włoch albo szkoła malarska z Delftu.
Człowiek, który wyraża takie przekonania, prawdopodobnie jest
uzależniony od swojego iPoda, nosi niebieskie dżinsy i korzysta z programu Microsoft Word, żeby zapisywać swe refleksje "kulturowe" na
pececie, od czasu do czasu przerywając proces twórczy, aby odnaleźć
potrzebne informacje w wyszukiwarce Google. Cóż, tak się składa, że
Ameryka jest obecnie dużo bardziej kreatywna od narodów, które sumiennie
zwiedzają muzea i rozwiązują równania. Ze znacznie większym zrozumieniem
podchodzi również do oddolnego kombinowania i szukania nowych rozwiązań
metodą nieukierunkowanych prób i błędów. Proces globalizacji pozwolił
Stanom Zjednoczonym wyspecjalizować się w twórczym aspekcie ludzkiej
działalności, w dziedzinie produkcji pojęć i idei, a więc skalowalnych
elementów towarów konsumpcyjnych. Poprzez eksport miejsc pracy Ameryka w coraz większym stopniu wyodrębnia mniej skalowalne elementy produkcji i zleca ich wytwarzanie tym narodom, które zadowala praca za stawkę
godzinową. Projektowanie butów przynosi więcej pieniędzy niż ich
faktyczna produkcja: Nike, Dell i Boeing zarabiają na myśleniu
koncepcyjnym, organizacji pracy oraz wykorzystywaniu swojego know-how i pomysłów, podczas gdy czarną robotę odwalają fabryki podwykonawców w krajach rozwijających się, a nużącymi kwestiami technicznymi zajmują się
inżynierowie z państw promujących kulturę wysoką i matematykę.
Gospodarka amerykańska postawiła w dużej mierze na generowanie pomysłów,
co tłumaczy, dlaczego utracie miejsc pracy w przemyśle może towarzyszyć
wzrost standardu życia. Oczywiście wadą gospodarki światowej, w której
te pomysły przynoszą zyski, są większe nierówności wśród autorów
pomysłów oraz większe znaczenie zarówno okazji, jak i szczęścia - ale
dyskusję socjoekonomiczną odłożę do Części III, a teraz skupię się na
wiedzy.
PODRÓŻE W GRANICACH PRZECIĘTNOSTANU
Podział na zawody skalowalne i nieskalowalne pozwala wyróżnić dwa
rodzaje niepewności, dwa typy przypadkowości.
Przeprowadźmy następujący eksperyment myślowy. Załóżmy, że wybieracie z całej populacji losową próbę tysiąca osób i ustawiacie je obok siebie na
stadionie. Mogą się tam znaleźć nawet Francuzi (tylko ze względu na
pozostałych członków grupy proszę, żeby nie było ich zbyt wielu), ludzie
mafii, ludzie spoza mafii i wegetarianie.
Teraz wyobraźcie sobie najcięższą osobę, jaka przychodzi wam do głowy, i dodajcie ją do tej próby. Nawet przy założeniu, że waży trzy razy tyle
co przeciętny człowiek, czyli od 180 do 220 kg, jej waga będzie stanowić
tylko niewielki ułamek wagi całej stadionowej populacji (w tym przypadku
około pół procent).
Ale idźmy jeszcze dalej. Gdybyście wybrali najcięższego człowieka na
całej planecie, ważącego najwięcej, na ile pozwala ludzka biologia (żeby
wciąż zaliczać się do naszej rasy), i tak miałby on niewielki udział w łącznej wadze ludzi na stadionie - najwyżej około 0,6 proc. Próba nie
stałaby się dzięki niemu dużo cięższa. Natomiast w próbie dziesięciu
tysięcy osób udział jego wagi byłby wręcz śladowy.
W utopijnej prowincji Przeciętnostan pojedyncze zdarzenia mają
niewielkie znaczenie - żeby go nabrać, muszą wystąpić łącznie. Najwyższe
prawo Przeciętnostanu można ująć następująco: Kiedy próba jest duża,
żaden pojedynczy przypadek nie wpływa istotnie na całość. Najwyższy
wynik będzie imponujący, ale w ostatecznym rozrachunku z perspektywy
sumy pozostanie błahy.
Kolejny przykład zapożyczę od mojego przyjaciela Bruce'a Goldberga, a będzie nim wasze spożycie kalorii. Zastanówcie się, ile kalorii
spożywacie rocznie - jeśli zaliczacie się do kategorii istot ludzkich,
odpowiedź brzmi: blisko osiemset tysięcy. Żaden dzień w ciągu roku,
nawet Święto Dziękczynienia u waszej stryjecznej babki, nie będzie miał
dużego udziału w tej liczbie. Nawet gdybyście próbowali zajeść się na
śmierć, kalorie spożyte danego dnia nie wpłyną poważnie na wasz roczny
ich bilans.
Gdybym wam powiedział, że możecie spotkać człowieka, który waży kilka
tysięcy ton albo ma kilkaset kilometrów wzrostu, moglibyście z czystym
sumieniem wysłać mnie na badanie przednich płatów czołowych albo
zasugerować, żebym przerzucił się na pisanie powieści science fiction.
Nie można jednak wykluczyć z taką łatwością istnienia skrajności w przypadku innych cech, którym poświęcam następny podrozdział.
EKSTREMISTAN - DZIWNY KRAJ
Przyjrzyjmy się dla porównania wartości netto tego tysiąca ludzi,
których ustawiliście na stadionie. Dołączmy do nich najbogatszego
człowieka świata - załóżmy, że jest nim Bill Gates, założyciel firmy
Microsoft. Przyjmijmy, że jego wartość netto to blisko osiemdziesiąt
miliardów dolarów - a łączny majątek wszystkich pozostałych sięga kilku
milionów. Jaki udział miałby Gates w zsumowanym bogactwie tej populacji?
99,9 proc.? W rzeczy samej majątek innych ludzi na stadionie stanowiłby
nie więcej niż błąd zaokrąglenia jego dorobku. Portfel inwestycyjny
Gatesa zmienia wartość o taką kwotę w ciągu sekundy. Żeby waga jednego
człowieka miała zbliżony udział w ciężarze całej stadionowej próby,
musiałby on ważyć dwadzieścia pięć milionów kilogramów!
Przeanalizujmy w ten sam sposób poziom sprzedaży książek. Ustawcie na
stadionie tysiąc pisarzy (albo ludzi, którzy nadal błagają, żeby ktoś
ich wydał, ale uważają się za pisarzy, a nie kelnerów) i sprawdźcie, ilu
nabywców znalazły ich dzieła. Potem dołączcie do nich J.K. Rowling,
która (obecnie) może się poszczycić największą liczbą czytelników
spośród żyjących pisarzy. Sprzedała kilkaset milionów książek o Harrym
Potterze, czym bez trudu przyćmi tysiąc pozostałych autorów, którzy
łącznie dotarli do najwyżej kilkuset tysięcy osób.
Spróbujcie zastosować to samo rozumowanie do liczby cytowań (czyli
odniesień do prac danego naukowca w oficjalnych publikacjach innych
naukowców), wzmianek w mediach, poziomu dochodów, wielkości firmy i tak
dalej. Nazwiemy te kategorie własnościami społecznymi, ponieważ
stanowią wytwory człowieka, w odróżnieniu od własności fizycznych,
takich jak obwód talii.
W Ekstremistanie panują takie nierówności, że jedna obserwacja może w nieproporcjonalnie silny sposób wpłynąć na łączny wynik czy sumę.
Zatem waga, wzrost i spożycie kalorii należą do Przeciętnostanu, ale
bogactwo już nie. Niemal wszystkie atrybuty społeczne są domeną
Ekstremistanu. Inaczej mówiąc, własności społeczne mają charakter
informacyjny, a nie fizyczny: nie można ich dotknąć. Kwota na koncie
bankowym jest czymś ważnym, ale niefizycznym. Z tego powodu może
przybrać dowolną wartość, nie wymagając żadnego nakładu energii. To
tylko liczby!
Zwróćmy uwagę, że przed erą nowoczesnych technologii wojny były
zjawiskiem rodem z Przeciętnostanu. Trudno jest zabić zbyt wielu ludzi,
jeśli trzeba ich mordować jednego po drugim. Dziś, dzięki broni masowego
rażenia, wystarczy jeden guzik, jeden wariat albo jeden drobny błąd,
żeby unicestwić całą planetę.
Zauważmy, co to oznacza w kontekście Czarnych Łabędzi. W Ekstremistanie
mogą powstawać Czarne Łabędzie, i powstają, ponieważ kilka zdarzeń
wywarło ogromny wpływ na całą historię. Oto podstawowe założenie tej
książki.
EKSTREMISTAN A WIEDZA
Chociaż podział na Przeciętnostan i Ekstremistan ma poważne konsekwencje
zarówno dla sprawiedliwości społecznej, jak i dla dynamiki zdarzeń
historycznych, przyjrzyjmy się, jak wpływa na obszar wiedzy, ponieważ
tam ma on największą wartość. Gdyby na Ziemi pojawił się Marsjanin, żeby
oszacować przeciętny wzrost mieszkańców tej wspaniałej planety, mógłby z powodzeniem poprzestać na próbie stu ludzi. Jeśli mieszkacie w Przeciętnostanie, możecie ufać swoim pomiarom - o ile jesteście pewni,
że mierzone wartości należą do Przeciętnostanu. Możecie również ufać
temu, czego się dowiecie z uzyskanych danych. Epistemologiczne skutki
tego są takie, że w losowości typowej dla Przeciętnostanu niemożliwe są
niespodzianki na miarę Czarnych Łabędzi2 - pojedyncze
zdarzenia, które zdominują jakieś zjawisko. Primo, pierwsze sto dni
powinno ujawnić wszystko, co powinniście wiedzieć o danych. Secondo,
nawet gdyby zdarzyła się jakaś niespodzianka, to jak zauważyliśmy na
przykładzie najcięższego człowieka, nie miałaby ona znaczącego wpływu na
obraz sytuacji.
Operując na danych z Ekstremistanu, będziecie mieli trudność z ustaleniem średniej na podstawie jakiejkolwiek próby, ponieważ wiele
może zależeć od jednej obserwacji. To wszystko, co trzeba zrozumieć. W Ekstremistanie pojedyncza informacja może wpłynąć na wynik całkowity w nieproporcjonalnie silny sposób. W tym świecie zawsze powinniście
traktować podejrzliwie wiedzę uzyskaną na podstawie danych. To bardzo
prosty test niepewności, który pozwala na rozróżnianie dwóch typów
przypadkowości. Capish?
W Przeciętnostanie wiedza, którą możecie czerpać z danych, rośnie bardzo
szybko wraz z podażą informacji. Z kolei w Ekstremistanie zasób wiedzy
zwiększa się w wolnym, nierównomiernym, a często nieprzewidywalnym
tempie, ponieważ część nowych danych przybiera skrajne wartości.
GWAŁTOWNOŚĆ KONTRA ŁAGODNOŚĆ
Jeśli rozumiemy podział na zjawiska skalowalne i nieskalowalne, możemy
dostrzec wyraźne różnice między Przeciętnostanem a Ekstremistanem. Oto
kilka przykładów.
Zjawiska, które wydają się należeć do Przeciętnostanu (podlegające
temu, co nazywamy przypadkowością pierwszego typu): wzrost, waga,
spożycie kalorii; dochody piekarza, właściciela małej restauracji,
prostytutki albo ortodonty; zyski z hazardu (w szczególnym przypadku -
przy założeniu, że gracz chodzi do kasyna i obstawia zawsze tę samą
kwotę), wypadki samochodowe, umieralność, "iloraz inteligencji" (jako
wynik pomiarów).
Zjawiska, które wydają się należeć do Ekstremistanu (podlegające temu,
co nazywamy przypadkowością drugiego typu): majątek, dochody, sprzedaż
książek w przeliczeniu na autora, liczba cytowań w przeliczeniu na
autora, rozpoznawalność "celebryty", liczba wyników w wyszukiwarce
Google, populacje miast, częstotliwość używania różnych słów ze
słownika, liczba użytkowników w przeliczeniu na poszczególne języki,
zniszczenia wywołane trzęsieniami ziemi, liczba ofiar wojny, liczba
ofiar ataków terrorystycznych, wielkość planet, wielkość firm, struktura
akcjonariatu, stosunek wzrostu różnych gatunków (na przykład słoni i myszy), rynki finansowe (chociaż zarządzający waszymi inwestycjami o tym
nie wie), ceny towarów, stopa inflacji, dane ekonomiczne. Lista dla
Ekstremistanu jest znacznie dłuższa od poprzedniej.
TYRANIA PRZYPADKU
Ten ogólny podział można sparafrazować w następujący sposób: w Przeciętnostanie musimy znosić tyranię tego, co typowe, rutynowe,
oczywiste i przewidywalne; w Ekstremistanie podlegamy tyranii tego, co
osobliwe, przypadkowe, bezprecedensowe i nieprzewidywalne. Choćbyście
się starali ze wszystkich sił, nie schudniecie zbyt wiele w ciągu
jednego dnia; to łączny efekt wysiłków podejmowanych przez wiele dni,
tygodni, a nawet miesięcy. Na tej samej zasadzie jeśli pracujecie jako
dentyści, nie wzbogacicie się jednego dnia - ale możecie zgromadzić
spory majątek przez trzydzieści lat przykładnego, sumiennego,
metodycznego i regularnego borowania zębów pacjentom. Jeśli jednak
prowadzicie spekulacje w dziedzinie należącej do Ekstremistanu, możecie
zdobyć lub stracić fortunę w ciągu jednej minuty.
Tabela 1 podsumowuje różnice między obiema dynamikami, do których będę
się odwoływał w dalszej części książki. Pomylenie lewej kolumny z prawą
może mieć bardzo poważne (choć czasem niezwykle radosne) konsekwencje.
Tabela, z której wynika, że większość Czarnych Łabędzi pojawia się w Ekstremistanie, to tylko ogólne przybliżenie - proszę, nie
platonizujcie jej; nie upraszczajcie jej bardziej niż to konieczne.
Tych czytelników, którzy zgooglowali Jewgienię Krasnową, muszę z przykrością poinformować, że (oficjalnie) jest to postać fikcyjna. [wróć]
Podkreślam to, ponieważ prawdopodobieństwo zaistnienia takiego zdarzenia
zazwyczaj wynosi jeden na kilka bilionów bilionów, czyli jest ono
praktycznie niemożliwe. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki