Czas na cappuccino. Zatrzymaj się i żyj - Joanna Paczkowska-Szczygieł

Kup ebooka

36.35 zł
30.17 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Kula śniegu spadła z niskiego parapetu pracowni Róży, co natychmiast zwróciło jej uwagę. Otwierała właśnie drzwi, a tego ranka sprawiało jej to nie lada trudność. Już nocą mróz pokazał swoje złowrogie oblicze. Z wysiłkiem wyciągnęła dłonią, odzianą w grubą rękawiczkę, klucze do pracowni i z równym trudem przekręcała je w zamku.

Wtedy właśnie zauważyła między płatkami śniegu białą kulkę, która stoczyła się z jej parapetu. Zmarszczyła brwi i pochyliła się nad nią. Spojrzały na nią dwa zielone migdały, szeroko otwarte, a z gardełka wydobył się cichy pisk.

- Kiciusiu! - Zawołała Róża, lekko przerażona, że kotek spędził minioną zimną noc w tym miejscu. - Co ty tu robisz, bidulo?! - Chwyciła maleństwo w dłonie i już wiedziała, że jej serce zostało skradzione.

Nie miała pojęcia, w jakim stanie był kotek, ani czy był to chłopiec czy dziewczynka. To, czego była pewna, to tego, że potrzebował się ogrzać i najeść. Od razu dostała energii, czując w sobie misję pomocy biedakowi, z impetem więc otworzyła drzwi wejściowe do pracowni.

- Od razu lepiej - powiedziała do kotka, którego natychmiast położyła na jednej z poduszek, leżących na niskim parapecie, i włączyła farelkę.

Niby grzejniki ogrzewały ten lokal, jednak spore okna sprawiały, że było tu dużo chłodniej niż zapewne w mieszkaniu piętro wyżej. Dzięki farelce, która świetnie sprawdzała się w takie dni, jak ten, po chwili w pomieszczeniu zrobiło się naprawdę ciepło.

Róża szybko się rozebrała, starła wodę z podłogi w miejscu, gdzie zostawiła swoje buty i natychmiast wróciła do kotka. Uklęknęła przed nim i pochyliła się nad zmarzniętą białą kulą z zielonymi ślepiami. Kotek miauczał przeraźliwie, ale nie ruszał się z poduszki. Pobliska farelka dawała mu ogrom ciepła.

- Głuptaku ty... - Szepnęła Róża, z rozrzewnieniem wpatrując się w kotka. - Gdzie podziała się twoja mama? To ona cię zostawiła, czy ty sam się oddaliłeś? Jeśli jest tak biała jak ty, to wcale się nie dziwię, że zginęła ci w tym śniegu, kiedy straciłeś na chwilę czujność...

Kotek dostał ciepłą wodę do picia i kawałek mięsa, które Róża przygotowała sobie do pracy. Zjadł ze smakiem, a kiedy jego brzuszek był już pełny, a ciało wreszcie się ogrzało, zasnął, zwijając się w białą kulkę.

Uśmiechnęła się na ten widok. Łapał za serce.

- I co ja mam teraz z tobą zrobić? - Powiedziała ni to do niego, ni do siebie. - Przydałoby się, żeby obejrzał cię jakiś weterynarz.

Kiedy tylko to powiedziała, przed jej oczami stanął Artur - wysoki, szeroko uśmiechnięty, żyjący w zgodzie ze sobą mężczyzna, którego poznała na wystawie jej prac w ubiegłym miesiącu. Serce zabiło jej mocniej. Chyba właśnie znalazła powód, aby się z nim skontaktować, choć szukała go przez ostatnie dwa tygodnie niemal non stop.

Pamiętała jednak, jak bardzo nachalna była wobec Marka, nie chciała więc, aby sytuacja się powtórzyła. Nie byłoby to dobre, gdyby odstraszyła od siebie mężczyznę, który tak bardzo ją zauroczył i na którego myśl robiło się jej natychmiast gorąco.

- Ale teraz mam pretekst, aby do niego zadzwonić - Wytłumaczyła się sama przed sobą i spojrzała na wizytówkę, którą jej wręczył na wystawie, szeroko się uśmiechając.

Nie czekała ani chwili dłużej. Nie zadzwoniła do niego, tylko zapakowała kotka do plastikowego pudełka, do którego włożyła tymczasowe poduszkowe legowisko zwierzaka, i ruszyła w drogę.

Trasa z Wrocławia do Bagna nie była łatwa. Śnieg cały czas sypał, wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach, a mimo to musiała mrużyć oczy, aby cokolwiek zobaczyć. Wszędzie było biało, jakby ktoś pozbawił świat kolorów, i trzeba było być bardzo uważnym, aby nie zjechać z drogi na pola albo, co gorsza, do rowu.

Bardzo zmęczyła ją ta trasa, kiedy więc po godzinie wielkiego skupienia dotarła wreszcie pod dom Artura, wyłączyła silnik i na moment oparła głowę o kierownicę, nie wypuszczając jej z dłoni. Pooddychała tak chwilę, a gdy wreszcie serce się uspokoiło, a w aucie zaczęło robić się chłodno, założyła czapkę i wyszła na ośnieżony teren.

Tu, na wiosce, śnieg był jakby bielszy i większą ilością zasp otaczał drzewa i budynki. Przez moment zastanawiała się, jak dotrze do domu Artura przez te trzydziestocentymetrowe puchowe połacie, była jednak zbyt zdeterminowana, żeby zrezygnować.

Wtedy zauważyła wysoką postać, ubraną w wielką czapkę i gruby polar, stojącą na werandzie domu Artura. Dopiero po chwili zorientowała się, że to był on sam, mocno zaskoczony jej obecnością. Uśmiechnęła się nieśmiało i wyjęła pudełko z kotkiem. Okrywając go własnym ciałem pobiegła w stronę werandy, robiąc wielkie kroki, jakby brodziła w błocie.

- Dzień dobry! - Zawołała, wskakując na werandę. - Nie przeszkadzam?

- Dzień dobry - odpowiedział Artur i, choć był zdumiony, jego oczy wciąż się uśmiechały. - Co cię tutaj sprowadza w taką pogodę?

- Przepraszam, ale potrzebowałam skontaktować się z weterynarzem...

- I jechałaś taki kawał drogi? - Otworzył drzwi do domu i ją przepuścił.

Róża zarumieniła się i niepewnie spojrzała na niego. Nie pomyślała, że mógłby zadać jej akurat to pytanie.

- Jakoś pomyślałam od razu o tobie... - Wyjaśniła pokrętnie, na co Artur głośno się roześmiał.

- Miło mi to słyszeć, ale sądzę, że bez problemu znalazłabyś dobrego lekarza nieco bliżej! - Powiedział, wciąż się uśmiechając, i zamknął za nimi drzwi.

- Ale pomożesz? - Posłała mu ciepłe spojrzenie i uśmiechnęła się delikatnie.

Artur pokręcił ze śmiechem głową i rzekł:

- Oczywiście, że pomogę.

- To potrzymaj - podała mu pojemnik z kotkiem, który z ciekawością rozglądał się wokół, po czym zdjęła z siebie czapkę i buty, a potem uwolniła się od grubego płaszcza. - Od razu lepiej.

Roztrzepała w końcu wcześniej uwięzione włosy, na co Artur uniósł z ciekawości brwi, ale nic nie powiedział. Obserwował ją i delikatnie się uśmiechał, a wokół jego ust tworzyły się lekkie kręgi. Róża odwiesiła swoje ubrania i odwróciła się do niego.

To, co zobaczyła, mocno ją rozczuliło. Artur w międzyczasie nawiązał kontakt z kotkiem. Biała kulka siedziała na jego dłoni i ocierała się o nią. Róża roześmiała się.

- To bez wątpienia kobieta! - Zawołała.

- Bardzo możliwe - zawtórował jej Artur i gestem zaprosił do salonu, nie próbując zajrzeć kotkowi pod ogon.

To dosyć spore pomieszczenie było widoczne już z przedpokoju, ponieważ sam dom skonstruowany był tak, aby większa jego część była widoczna z każdego zakątka. Ciepły odcień drewna, z którego zbudowany był dom, sprawiał niezwykle przytulne wrażenie. Róża dyskretnie rozejrzała się i z salonu dostrzegła przestronną kuchnię oraz kawałek toalety, które znajdowały się po drugiej stronie przedpokoju.

- Bardzo tu przytulnie - uśmiechnęła się, siadając na miękkiej sofie, na której spał pies.

Rozpoznała go, to on bawił się ze swoim panem, kiedy w grudniu podjechała pod dom Artura i obserwowała go z auta. Pogłaskała go po łbie, a on jedynie uniósł jedno oko, po czym zaraz je opuścił.

- Widziałam schody, śpisz na górze? - Rzuciła, aby przełamać ciszę, która wprawiła ją nieco w zakłopotanie, a kiedy Artur uniósł brwi z zaskoczeniem i roześmiał się, mówiąc:

- Pytasz mnie o moją sypialnię?

...zrobiło się jej tak głupio, że poczuła mocne wypieki na policzkach. Usiadła na sofie, jakby uszło z niej powietrze. Błądziła wzrokiem, ale nic nie powiedziała, obawiając się, że znów palnie coś niemądrego.

Kątem oka zauważyła, że Artur dokładnie oglądał kotka i w końcu na nim skupiła swoją uwagę.

- Wszystko z nim dobrze?

- Tak, wygląda, że jest cała i zdrowa - stwierdził Artur i schował kotka do pudełka, położył pudełko obok Róży i usiadł nieopodal.

- Czyli to kotka, nie kocur? - Zawołała i klasnęła w dłonie. - Cudownie!

Jej radość była taka prawdziwa, że Artur wybuchnął śmiechem.

- Zrobię ci ciepłą herbatę, bo widzę, że zaczyna ci być zimno. - Spojrzał na jej dłonie, które schowała w rękawy.

- Dzięki, z chęcią skorzystam. - Patrzyła, jak kierował się do kuchni i przeniosła się bliżej kominka. - Skorzystam z twojego koca, nie masz nic przeciwko?

- Nie, częstuj się. - Artur uśmiechnął się do niej z kuchni, nie przerywając przygotowywania herbaty. - Czyli jesteś zadowolona, że to kotka a nie kocur? - Zerknął na nią.

- Szczerze mówiąc, tak - Róża podkurczyła nogi i szczelnie okryła się kocem. - Ale gdyby to był kocur, to też nie miałabym z tym problemów.

- Prawdziwa kocia mama - roześmiał się Artur i przyniósł do stolika dwie parujące herbaty. - Malinowa, z miodem, cytryną, goździkami i imbirem. Na rozgrzanie i dobrą energię - spojrzał na nią i usiadł obok na sofie.

- Dziękuję... Musi być bardzo dobra - ostrożnie wzięła kubek do rąk i upiła łyk. - I faktycznie jest pyszna.

- Moja mama zawsze mi taką robiła, kiedy byłem dzieckiem.

- Teraz to ty robisz taką innym kobietom?

- Właściwie to jesteś drugą kobietą, której zrobiłem tą herbatę - uśmiechnął się.

Róża pokiwała głową, wpatrując się w niego uważnie. Kto był tą pierwszą? Może on był w związku, ale czy wtedy tak ochoczo zapraszałby ją do siebie? Zdecydowanie nie chciał, aby wychodziła, a to oznaczało, że nie pojawi się u niego ktoś trzeci.

Artur uśmiechał się do niej, głaskał psa i popijał swoją herbatę, kiedy nagle rozkrzyczał się piekarnik.

- Przepraszam, robiłem obiad - rzekł, wstając. - Może masz ochotę zjeść ze mną? - Poszedł do kuchni. - To nic szczególnego, warzywa pieczone z udkami kurczaka, ale może miałabyś ochotę się poczęstować?

Róża uśmiechnęła się. Całą sobą czuła, że w jego życiu nie było innej kobiety. Czy gdyby była, Artur sam przygotowywałby sobie posiłek? Wszystko wskazywało na to, że mieszkał w tym uroczym domku jedynie z psem.

Z radością zasiedli do małego stołu, mieszczącego się w drewnianej kuchni. Byli bardzo blisko siebie, co na początku nieco ją krępowało, ale rozmowa z Arturem była tak swobodna, że szybko poczuła się jak u siebie. Bardzo go polubiła i odniosła wrażenie, że i on pałał do niej sympatią. Rzeczywiście tak było, czy tylko miała takie wrażenie...?

Rozdział 2

Róża dawno nie czuła się tak dobrze, jak w jego towarzystwie. Czas mijał tak szybko, że aż ją to przerażało. Nie chciała wyjeżdżać z tego miejsca, gdzie czas się zatrzymał. Stanęła przed jednym z okien, wychodzących z salonu na posesję i podjazd, gdzie zostawiła auto. Śnieg całkowicie go zasypał, ale na szczęście już nie padał i mogła w miarę bezpiecznie wrócić do domu. Tak bardzo tego nie chciała...

- Dopiero szesnasta, a wygląda, jakby zapadła noc... - Usłyszała nagle tuż nad uchem.

Odwróciła się gwałtownie i znalazła się blisko uśmiechniętego Artura. Zadarła głowę, by móc spojrzeć w jego uśmiechnięte oczy.

- Jakby co, na górze mam, poza własną sypialnią, jeszcze jeden pokój - roześmiał się, ewidentnie nawiązując do jej wcześniejszego pytania, które tak bardzo ją skrępowało.

- Ha ha - zawołała, przedrzeźniając go, i posłała mu sceptyczne spojrzenie. - Zastanawiałam się, po co są te schody na górę i jedyna opcja, jaka przyszła mi do głowy, to sypialnia. To było pytanie bez żadnych podtekstów - zerknęła na niego i przeszła w głąb salonu, choć nogi odmawiały jej posłuszeństwa, stając się miękkie, jakby nagle zamieniły się w plastelinę.

- Moja propozycja też jest bez podtekstów - roześmiał się Artur.

- Mimo to, dziękuję, wrócę do domu - skierowała się w stronę pudełka, w którym jeszcze niedawno spał kociak, a teraz buszował pod poduszką. - Obsikał poduszkę... - Skomentowała Róża i zdała sobie sprawę, że trochę czasu już minęło, odkąd tu przyjechała.

- Poczekaj, mam jakiś żwirek - rzekł Artur i od razu udał się do łazienki. - Poduszkę wyrzucimy, a nasypiemy jej tam piasku, żeby mogła normalnie skorzystać z toalety. A potem zapakujesz ją do transporterka, pożyczę ci - uśmiechnął się do niej, a ona odwzajemniła go, wiedząc, że oznaczało to, iż znajdzie nowy pretekst do spotkania.

- Dziękuję, bardzo mi pomogłeś. Widzę, że naprawdę lubisz to, co robisz.

- To prawda, natura jest mi bardzo bliska...

Przez moment wpatrywała się w jego jasne radosne oczy, ale kiedy powoli zaczęły się w niej pojawiać zawroty głowy, uznała, że czas się ewakuować. Róża zapakowała kotka do innego pudełka po tym, jak skorzystał z nowej toalety i ubrała się. Artur wziął do ręki nową kuwetę, a Róża tuliła do siebie pudełko z kotkiem i wyszła przed dom.

Ziąb owinął ją od razu, aż wstrząsnęło jej ciałem.

- Brrr... Zima mogłaby się już skończyć... - Szepnęła i skierowała się do auta.

- Stań z boku, usunę ten śnieg - rzekł Artur i zabrał się za zrzucanie śniegu z dachu za pomocą sporej szczotki.

Obserwowała, jak pracował i nie mogła oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś widziała te sytuację. Czyżby deja-vu? A może znała go już z poprzedniego wcielenia? A może po prostu przyśnił się jej którejś nocy w takiej właśnie sytuacji?

Kiedy skończył i pożegnała się, było jej bardzo żal, że musiała wyjeżdżać. Ten teren wiosną na pewno był czarującym miejscem. Bardzo chciała je wtedy zobaczyć, a jednocześnie obawiała się, że wpraszając się zostanie odebrana jako ktoś nachalny. A to byłaby najgorsza rzecz, jaka mogłaby ją spotkać...

Uśmiechnęła się, kiedy pochylił się, zbliżając twarz do okna od strony kierowcy, i spuściła szybę.

- Uważaj na siebie - powiedział. - Daj znać, jak dojedziesz. Masz mój numer?

- Tak, dałeś mi wizytówkę - uśmiechnęła się lekko i pożegnała.

Do domu dotarła dosyć późno, bo wracała dużo wolniej. Góry śniegu leżały na poboczach w wielu miejscach, zepchnięte przez spycharki, ale spora część trasy była mimo wszystko mocno ośnieżona, jakby zapomniana. Jechało jej się trudno, ale kiedy wreszcie podjechała na Ostrów Tumski we Wrocławiu, gdzie znajdowało się jej mieszkanie, odetchnęła z ulgą.

Wzięła kotka pod pachę i pudełko z prowizoryczną kuwetą, po czym pędem wróciła do domu. Przygotowała kotkowi miskę z ciepłą wodą i suchą karmę, którą dostała od Artura, napisała do niego, że jest już w domu i że dziękuje za wspaniałe popołudnie, a potem, okrywszy się kocem, zabezpieczona gorącą parującą herbatą, usiadła do komputera, żeby zamówić wszystkie potrzebne kotu akcesoria. Nie zajęło jej to dużo czasu, a jednak, gdy zamykała komputer, poczuła się bardzo zmęczona.

- To był bardzo intensywny dzień, prawda, kiciu? - Pochyliła się nad białą kulką i podrapała ją pod bródką, na co kotka zaczęła się ocierać o jej palce.

Zdecydowała się wziąć szybki prysznic, na więcej nie miała siły, i położyć się z książką do łóżka. Z książką i kotkiem u boku, bo że biała kulka będzie z nią spała, nie miała wątpliwości. Położyła kotkę na piersi i przez chwilę spoglądały na siebie uważnie, nawiązując ze sobą bliższy kontakt.

- Wiesz, że to teraz będzie twój dom? - Zapytała kotkę, na co kulka przechyliła lekko głowę, jakby zastanawiała się nad tym, co usłyszała. - Jakby cię nazwać...? - Zaczęła się zastanawiać i nagle poczuła, że chce porozmawiać z Seleną o tym, co się działo tego dnia.

Spojrzała na zegarek. Zbliżała się godzina dwudziesta druga, ale była pewna, że jej przyjaciółka jeszcze nie spała. Odebrała po drugim sygnale.

- Co tam, kochana? Właśnie o tobie myślałam - uśmiechnęła się do słuchawki.

- Tak? - Zdziwiła się Róża, choć właściwie takie rzeczy już nie powinny jej dziwić. - A co myślałaś?

- Coś się u ciebie zmienia, tak czuję.

- To prawda... - Rozmarzyła się Róża i przypomniała sobie dzisiejsze przed i popołudnie. - Właśnie wróciłam od Artura.

- Jakiego Artura? - W pierwszym odruchu zapytała Selena, ale zaraz potem przypomniała sobie, jak po wystawie prac Róży przyjaciółka opowiadała jej o wysokim, szczupłym mężczyźnie. - To ten od śmiejących się oczu?

- Tak - roześmiała się Róża. - Jego oczy wiecznie są uśmiechnięte, naprawdę.

- Ale co ty u niego robiłaś? Z tego, co pamiętam, to on mieszka gdzieś daleko na wsi, a dziś pogoda nie była najlepsza do podróżowania w takie tereny.

- Pojechałam do niego, bo znalazłam pod swoją pracownią kotka i potrzebowałam weterynarza. To była godzina dziesiąta, a jeśli on spędził tam całą noc? - wyjaśniła, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

- Za rogiem mamy weterynarza, wiesz o tym, prawda? - Roześmiała się Selena.

- Zapomniałam! Naprawdę!

- To się nazywa wyparcie - nadal śmiała się Selena. - No więc dotarłaś do niego i co? Rozpoznał cię?

- Tak, od razu wiedział, kim jestem. Przynajmniej tak mi się wydaje. W każdym razie także skomentował, że weterynarzy na pewno mamy też we Wrocławiu i nie było potrzeby jechać aż do niego w taką pogodę. Ale cały czas się uśmiechał i zaprosił mnie do środka.

- Pomógł ci z tym kotem?

- Tak. Dał mi nawet żwirek i trochę jedzenia dla kociąt.

- Ale domyślam się, że nie wyglądało to tak, że weszłaś do jego domu z kotem, on go obejrzał, a potem cię odprawił, jak zwykłą klientkę?

- Oczywiście, że nie - roześmiała się Róża i położyła się, kładąc obok swojego ciała koteczkę, która natychmiast zwinęła się w kulkę. - Zrobił mi herbaty, potem zjadłam z nim obiad.

- No proszę, w pełni cię ugościł - Selena cały czas się uśmiechała, co było mocno wyczuwalne w tonie jej głosu. - Sam zrobił ten obiad?

- Tak, mieszka sam.

- Spytałaś, czy się domyślasz?

- Domyślam się, ale wiesz, skoro zaprosił mnie, bym została na noc, to...

- Słucham?! Tak od razu? - Zawołała Selena.

- Nie o to chodzi! - Sprostowała roześmiana Róża. - Zaproponował, że mogę zostać do rana, bo powrót w mroku w taką pogodę nie jest zbyt bezpieczny, a zanim się zorientowaliśmy, zrobiło się ciemno.

- A, rozumiem... Całe szczęście, ale wiesz, kochana, ty na siebie uważaj...

- Tak, wiem, ale zauważ, że wybieram coraz lepszych partnerów.

- Można tak powiedzieć - roześmiała się Selena, a Róża po chwili zrobiła to samo.

- Robert to była fatalna pomyłka, wtedy byłam kimś zupełnie innym.

- A to było zaledwie pół roku temu...

- Aż trudno w to uwierzyć... - Zamyśliła się Róża. - Nie chcę nawet wracać do tamtych czasów.

- Z Markiem też nie było zbyt dobrze.

- Ale przynajmniej mnie nie bił, a wręcz przeciwnie - nadal się przyjaźnimy.

- Tak, wiem... Ale właśnie przez wzgląd na swoje przeżycia i na to, że jesteś w trakcie procesu przemiany, dbaj o siebie - poprosiła Selena.

Porozmawiały jeszcze chwilę, po czym się pożegnały. Róża czuła, że to będzie cudowna noc. I rzeczywiście taka była. Przez kolejne godziny tuliła się z kotką, a jej gorące małe ciałko ogrzewało młodą kobietę. Róża zasnęła z uśmiechem na ustach i tak też zbudziła się następnego ranka, w pełni wypoczęta i gotowa do działania.

Rozdział 12

Kiedy Róża podjechała pod dom Artura i z radością, z kotkiem w transporterku pod pachą, podbiegła pod dom, usłyszała, dobiegający ze środka, wesoły śmiech. Zatrzymała się gwałtownie na pierwszym schodku, prowadzącym na niewielką werandę, a w jej głowie zaczęły krążyć różne myśli.

Tego ranka rozmawiała z Arturem, który podobnie, jak ona, szukał pretekstu, aby się z nią spotkać. Ostatecznie ustalili, że jeszcze tego dnia Róża odwiedzi go z kotkiem, którego trzeba było zaszczepić i wysterylizować, a ponieważ koteczka przedwczoraj dostała ruję, był to idealny moment.

Artur wiedział, że przyjedzie do niego, a mimo to zaprosił do swojego domu jakąś kobietę. Róża przełknęła z trudem swoją gorycz i poczuła, jak opadły jej ramiona. A może ta kobieta sama się wprosiła? Tylko dlaczego tak świetnie się ze sobą bawili? Może Artur chciał jej przedstawić wreszcie swoją dziewczynę, która skądś wróciła i dlatego wcześniej nie miała okazji jej poznać?

Rozejrzała się po okolicy, którą tak ukochała. Wszędzie niczym nieskażony śnieg, gdzieniegdzie naznaczony śladami łap lisów. Po drugiej stronie ulicy, tam, gdzie zwykle parkowała, rozciągał się las, pełen bogactw fauny, pomimo zimowej pory.

Róża oczami wyobraźni wielokrotnie widziała siebie spacerującą wiosną i latem po tym lesie. Musiało tam być naprawdę pięknie...

Westchnęła i zrobiła krok do tyłu, wtedy właśnie drzwi wejściowe do domu otworzyły się, a w progu stanął Artur. Wyszedł, aby wziąć z werandy jakieś pudełko. Róża zatrzymała się, a Artur uniósł brwi, zaskoczony.

- O, już jesteś! - Zawołał. - Zapraszam - wskazał dłonią wnętrze domu.

- Tak... Trochę szybciej udało mi się zebrać... - Wyjaśniła, po czym w duchu skarciła siebie, że przecież nie musiała mu się tłumaczyć.

Weszła powoli ponownie na schodki, mocno ściskając transporterek.

- To dobrze, będziemy mieć więcej czasu na rozmowy - Artur posłał jej szeroki uśmiech, jakby rzeczywiście ucieszyła go ta wiadomość.

Nieco zbiło ją to z tropu i nieświadomie nałożyła na siebie ochronny płaszcz, żeby przypadkiem nie doznać kolejnego rozczarowania. Powoli weszła do środka, mijając Artura, który przytrzymywał jej drzwi z uśmiechem. Róża, zaraz po tym, jak przekroczyła próg, stanęła niepewna, co powinna dalej zrobić. Artur odebrał jej transporterek, cmoknął ją w policzek i jak gdyby nigdy nic polecił, by się rozebrała, bo w domu rozpalony był kominek.

Wykonywała te czynności mechanicznie, słuchając dobiegającego z góry kobiecego głosu. Róża domyślała się, że towarzyszka Artura właśnie rozmawiała przez telefon. Postanowiła ją zignorować i zwyczajnie zobaczy, jak wybrnie z tego Artur.

- To drugi dzień rui, więc jeśli masz dziś czas, to możemy ją wysterylizować - weszła powoli do części salonowej.

Mężczyzna oglądał właśnie kotkę z każdej strony, jakby zabieg miał się zacząć lada moment. Spojrzał na nią lekko nieprzytomnie i rzucił tylko:

- Tak, umawialiśmy się, że dziś będzie wysterylizowana - a potem ponownie wrócił uwagą do kotki. - Jest gotowa, niedługo będziemy mogli pojechać do kliniki. - Artur posłał Róży radosny uśmiech i wstał z klęczek.

Włożył kotkę do transporterka, aby nie zapodziała im się w międzyczasie, i podszedł do Róży, lekko marszcząc brwi.

- Wszystko w porządku? - Zapytał i schował dłonie do kieszeni jeansów.

- Tak, jak najbardziej! - Zawołała Róża, bo co miała powiedzieć?

- Cześć, kochana! - Usłyszała nagle głos z góry i tupot bosych stóp.

Odwróciła się w stronę zbiegającej po schodach kobiety, która zaraz pojawiła się tuż przed nią. Uśmiechnęła się szeroko i wyciągnęła ramiona.

- Jak dobrze znowu cię widzieć! - Ciągnęła przybyła. - Twój obraz wisi w mojej sypialni naprzeciwko mojego łóżka i kiedy tylko się budzę, widzę go i od razu myślę o tobie!

Róża zmarszczyła brwi, po czym roześmiała się.

- Ela...? - Zapytała niepewnie.

- A myślałaś, że kto? - Siostra Artura wybuchła śmiechem. - Tak, wiem, wtedy byłam okutana ubraniami jak astronauta, więc trudno było rozpoznać jakąkolwiek postać pod tymi fałdami ubrań - śmiała się.

Róża także się zaśmiała, ale zaraz ucichła z obawy, że ktoś usłyszał dźwięk uderzenia o podłogę kamienia, który spadł z jej serca.

- Rzeczywiście cię nie rozpoznałam... - Potwierdziła i uściskała siostrę Artura.

Młoda dziewczyna o jasnych włosach i błękitnych oczach była drobną istotą, czego zupełnie nie było widać podczas jarmarku. Róża, tak jak wówczas przypuszczała, w życiu nie rozpoznałaby Eli na ulicy bez tamtejszego ubrania.

- Dobra, ja znikam, a wy zajmujcie się koteczką - odezwała się Ela, podchodząc do kontenera. - Jaka słodka śnieżna kula! - Zachwyciła się kotkiem i wsunęła dłoń do środka, aby ją pogłaskać. - Ale ci się kotek trafił! - Odwróciła się z zachwytem w stronę Róży, która już całkiem wyluzowana, usiadła tuż obok na sofie.

- Fakt, śliczna jest - przyznała z radością.

- Podobno zwierzęta same wybierają sobie opiekunów - wtrącił Artur i odprowadził siostrę do drzwi.

- A to nie dzieci wybierają sobie rodziców? - Roześmiała się Ela i nałożyła swoją wielką czapkę na złociste włosy.

- Tak? Nie słyszałam o tej teorii - wtrąciła Róża, marszcząc brwi.

- Podobno tak jest, że dusza sama sobie wybiera rodzinę, w której ma się rozwijać - wyjaśnił Artur z uśmiechem. - Ale nie wiem, na ile to prawda - roześmiał się. - Trzeba by było zapytać twoją przyjaciółkę - puścił jej oczko.

- Też o tym pomyślałam - przyznała Róża z uśmiechem.

- A to ktoś, kto zajmuje się duszami? - Zainteresowała się Ela.

- Między innymi - Róża uśmiechnęła się do niej. - Któregoś dnia ci opowiem.

- Z chęcią, to powodzenia podczas zabiegu! - Zawołała i wyszła na mróz, zarzucając na głowę kaptur.

Artur odwrócił się do Róży.

- To jak, zbieramy się do kliniki? - Zapytał, na co ona od razu przytaknęła.

Chciała mieć to za sobą, raczej nie spodziewała się po tej operacji czegoś przyjemnego. Kiedy jechali do kliniki, Róża zmarszczyła brwi. To, co działo się z nią, gdy przybyła do domu Artura, było tak zaskakujące, że do tej pory nie mogła wyjść z oszołomienia.

Zazdrość, jaka ją ogarnęła, niemal zawładnęła jej ciałem. Spięła i odsunęła emocjonalnie, a jednocześnie ciągnęła w stronę Artura za pomocą niewidzialnej nici. Róża odnosiła wrażenie, jakby dwie siły rozszarpywały ją od środka - ta, która spinała jej serce, niczym wielka dłoń zaciskająca palce na tym wrażliwym mięśniu, oraz ta, która rwała się do niego z ogromną dawką złocistej łuny.

To było trudne. Zamiast ją wyciszać, wzbudzało wewnętrzny chaos, który objawiał się też fizycznie. Róża dawno już nie czuła wewnątrz siebie takiej walki. Spojrzała na swoje dłonie - trzęsły się, jakby była na odwyku. Dobrze, że mocno je ze sobą ściskała, dzięki temu nie było to aż tak widoczne.

A jednak emanowała zaburzoną energią, bo Artur co chwilę na nią zerkał, lekko zaniepokojony.

- Wszystko dobrze? Nie stresuj się, to rutynowy zabieg - zapewniał.