Czas odnaleziony - Magdalena Kordel

Kup ebooka

44.99 zł
34.59 zł (37,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kilka dni po swoich trzydziestych urodzinach Weronika boleśnie odczuła upływ czasu. Nie żeby opadła z sił, wolniej biegała czy przestała mieć ochotę na wino, jedzenie i seks. Nic z tych rzeczy. Choć właśnie tego obawiała się najbardziej. Majaczący na horyzoncie trzeci krzyżyk trochę ją przerażał. Rozsądek wprawdzie podpowiadał, że to nic nie znaczy, że świat nie zmieni się nagle tylko dlatego, że dopadnie ją zmiana kodu, czyli trójka z przodu. Ale rozsądek rozsądkiem, a uczucia uczuciami.

Dzień urodzin nadszedł i ku jej ogromnej uldze nic się nie wydarzyło. Jubileusz obeszła hucznie w gronie bliższych i dalszych znajomych. Sama zaś podarowała sobie najcenniejszy prezent: wolny czas i długi trzytygodniowy wyjazd. Od gości dostała zaś skrzynkę wypełnioną kasą przeznaczoną na umilenie wycieczki.

Dokładny termin i cel podróży pozostawały zagadką, bo Weronika postanowiła, że wraz z wejściem w nowy, naznaczony tą nieszczęsną trójką rozdział życia wszystko się zmieni.

Nowa epoka, nowa ja, śmiała się w duchu.

A więc: zero działania na wariackich papierach, zero pakowania się w ostatniej chwili i resztkami sił. Przede wszystkim pełen relaks i spokój. Mogła sobie na to pozwolić. Przez ostatnie lata zarobiła dość, by nie musieć martwić się o pieniądze. Zresztą tak było zawsze. Pod tym względem była szczęściarą: miała zaplecze w postaci kasy od mamy. Nie dręczyły jej z tego powodu wyrzuty sumienia. Była pracowita i na nikim nie żerowała. Co nie przeszkadzało jej od czasu do czasu przyjmować pomocy. Zwłaszcza oferowanej ze szczerego serca i z miłości.

Tego też nauczyła się od Heleny, uświadomiła sobie któregoś dnia. To właśnie mama jakoś tak mimochodem wpoiła jej, że dobrze jest liczyć na siebie, ale dla równowagi warto też czasem chwycić wyciągniętą dłoń albo złapać rzucone koło ratunkowe.

Trochę zaskakujące, ile mądrości Helena zdołała jej przekazać w tak krótkim czasie, i to - trzeba przyznać - w niezbyt sprzyjających warunkach. Bo Weronika dość szybko wyfrunęła z domu i rzadko się w nim pojawiała. Nie chciała zostać w maleńkiej, nieco zapyziałej mieścinie, w której pechowo przyszła na świat i w porównaniu z którą pobliski Grójec jawił się jako metropolia. Ciągnęło ją do miasta, a konkretnie do Warszawy - do świateł, ruchliwych ulic, setek kolorowych witryn sklepowych, do wielkiego świata. I do samodzielnego życia, w którym - przyznawała to z lekką skruchą - brakowało jej czasu na wszystko, co zostawiła za sobą, a więc również na mamę.

Nie zapomniała o niej, oczywiście. Kilka razy w tygodniu rozmawiały przez telefon, a Helena czasem wpadała do niej do Warszawy i wtedy szły razem na obiad albo kolację. Choć te odwiedziny zdarzały się coraz rzadziej. Ostatni raz mama była u niej... Weronika zmarszczyła brwi. To będzie z pół roku, uświadomiła sobie ze zdumieniem.

Cholera, to jednak dawno. A czas jest bezlitosny: dni, ba, całe tygodnie znikają nie wiadomo gdzie i kiedy, poleciała banałem, co w ogóle jej nie przeszkadzało. Trzeba będzie coś z tym zrobić, postanowiła.

Ale to już po urlopie. Po odpoczynku. Który był tuż-tuż. Wyczekiwany, wytęskniony i nikomu nieprzeszkadzający, bo o to przezornie zadbała zawczasu. Poinformowała swoich pacjentów, że gabinet będzie nieczynny przez miesiąc, a może nieco dłużej. Tym, którzy nie mogli pozwolić sobie na tak długą przerwę, zaproponowała sesje u swojej bliskiej koleżanki po fachu. Zatroszczyła się o wszystko - w końcu przezorny zawsze ubezpieczony. To, co trzeba było zorganizować, zorganizowała; to, o czym mogła zdecydować spontanicznie (miejsce urlopu i dzień wyjazdu), pozostawiła kwestią otwartą. Z radością, bo uznała, że najwyższy czas zacząć pielęgnować w sobie niczym nieograniczony dziecięcy entuzjazm, by przypadkiem nie zeżarła go podstępna dorosłość, a jej samej nie dopadło stetryczenie. Bo od stetryczenia już tylko krok do starości duszy, a stara dusza oznacza pogrzebanie się za życia. Weronika postanowiła do tego nie dopuścić za żadne skarby świata.

Jak na razie była z siebie zadowolona. Zarówno jej dorosłe "ja", jak i wewnętrzne dziecko powinny być usatysfakcjonowane. Jednemu podarowała świeczkę, drugiemu ogarek. Do odhaczenia przed podróżą pozostała tylko jedna sprawa, którą Wera wpisała w rubrykę "obowiązki i praca": impreza branżowa. Duże wydarzenie dla szeroko rozumianego środowiska medycznego. Weronikę zaproszono na jeden z paneli psychologicznych, którego tematem było podtrzymywanie więzi międzyludzkich we współczesnym cyfrowym świecie. Impreza była prestiżowa, a udział w niej pożądany, więc dziewczyna bez wahania potwierdziła swoją obecność.

I właśnie tam stało się to, czego obawiała się najbardziej i czego podświadomie spodziewała się po podstępnej trzydziestce. Dopadło ją dorosłe życie. Bez wyjaśnień, bez przygotowania. Zostawiło ją z pytaniami bez odpowiedzi oraz niepokojem szalejącym w sercu i duszy.

Owa dorosłość przybrała postać wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny. Bruneta o stalowych oczach i ostro zarysowanym podbródku. Faceci obdarzeni tym typem urody zawsze budzili w niej sprzeczne uczucia: z jednej strony byli niebywale pociągający i rozpalali wyobraźnię, z drugiej - na ich widok zapalało się w głowie Weroniki światełko alarmowe, bo zwykle zwiastowali kłopoty. Takich przystojniaków oblegały zazwyczaj całe stada wpatrzonych w nich kobiet, przez co byli przeważnie zepsuci do szpiku kości. Weronika rozsądnie trzymała się od nich z daleka. Ten jednak wypatrzył ją już na samym początku wystąpienia i przez cały czas nie spuszczał z niej oczu, a kiedy panel dobiegł końca, przepchnął się przez tłum ludzi i bezceremonialnie odgrodził ją zarówno od pozostałych uczestników panelu, jak i od tych, którzy podeszli, by pogratulować jej udziału w żywiołowej, merytorycznej dyskusji.

Weronika nie spodziewała się takiego obrotu sytuacji, choć skłamałaby, twierdząc, że nie schlebia jej tak jawne zainteresowanie przystojniaka. Schlebiało i przyjemnie łechtało jej ego. I to bardzo. Choć oczywiście i tak zamierzała dać mu kosza. Perspektywa starcia z tej przystojnej twarzy wyrazu niezachwianej pewności siebie była nad wyraz kusząca. Tyle tylko, że najpierw gość musiał przemówić. Tymczasem on tylko stał, wpatrywał się w nią i konsekwentnie milczał. Może to nowy rodzaj podrywu? - przemknęło jej przez głowę. Taki na zamyślenie i brak słów. Albo po prostu nie grzeszył rozumem. I dlatego milczał, pozwalając, by to aparycja przemawiała za niego. Może uznał, że lepiej nie odzywać się wcale i wydać się głupim niż przemówić i rozwiać wątpliwości...

Ale bez względu na przyczyny Weronika nie zamierzała tkwić tu bez końca. Sytuacja zaczynała być niezręczna.

- Czy my się znamy? - jako pierwsza przerwała ciszę.

- Niekoniecznie. - Mężczyzna pokręcił z namysłem głową.

Głos miał niski, z lekką seksowną chrypką. Taką, która działała na większość kobiet. Werka pod tym względem zdecydowanie należała do większości.

Może mała, niezobowiązująca kolacja i wspólna noc? Przedwyjazdowa, ekspresowa przygoda? - przemknęło jej przez głowę. Było nie było, właśnie oficjalnie zaczynała wakacje...

- Aha, a chcemy się poznać? - zapytała.

Czyż to nie dobry moment na spontaniczność? Wewnętrzne dziecko ekspresowo przeobraziło się w żądną wrażeń kobietę.

- Niekoniecznie.

Weronika na ułamek sekundy oniemiała.

- A, niekoniecznie - powtórzyła, gdy już odzyskała głos.

- Niekoniecznie - zgodził się, a dziewczynie przemknęła przez głowę niepokojąca myśl, że ma przed sobą wariata.

Przystojnego. Fakt. Ale wariat to wariat, a Werka wariatów bała się jak diabeł święconej wody. Nie zamierzała mieć z nimi nic wspólnego i nie mogły tego zmienić nawet najbardziej nieprzeciętna uroda ani zwierzęcy magnetyzm.

- To w takim razie pójdę sobie - zakomunikowała, przesuwając się lekko w bok, ale przystojny wariat zastąpił jej drogę.

- Mam pytanie... - Zawiesił głos i spojrzał jej głęboko w oczy.

- O, co za ulga - znasz inne słowa! Myślałam, że wszystko kwitujesz tym wieloznacznym "niekoniecznie" - sarknęła zirytowana. - Ale wiesz, nie bardzo mam czas. Pogadamy przy innej okazji, co?

- Poczekaj. To potrwa tylko chwilę. Czy przypadkiem twoja mama mieszka pod Grójcem i ma na imię Helena?

Kompletnie ją wmurowało. Takiego zwrotu w rozmowie zupełnie się nie spodziewała.

- Przypadek bym wykluczyła, ale reszta się zgadza - wydukała w końcu. - Ale dlaczego... Skąd... O co chodzi?! - Spojrzała na mężczyznę, mrużąc oczy.

- Skojarzyłem nazwisko, kiedy przedstawiali uczestników panelu, ale wolałem się upewnić, bo niejednemu psu Burek - odpowiedział spokojnie, krzyżując ramiona na piersi i wbijając w Weronikę stalowe spojrzenie.

Po plecach dziewczyny przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Nie wiedziała, o co chodzi, ale na pewno nie o podryw ani zauroczenie. We wzroku mężczyzny - dopiero teraz to dostrzegła - nie było sympatii. Było za to dużo lodu. I... potępienia?

- Nie rozu...

- Kiedy ostatnio widziałaś się z mamą? - przerwał jej bezpardonowo.

- Sześć miesięcy temu - odpowiedziała bez namysłu, bo przecież dopiero co o tym myślała. - Ale co ty masz do te...

- No więc radziłbym jak najszybciej pojechać do domu - znów nie dał jej dokończyć.

Zaskoczenie i zakłopotanie Weroniki płynnie przerodziły się w potężną irytację podszytą niepokojem. Wzięła głęboki oddech, jednak nie zdążyła nic powiedzieć, bo mężczyzna po prostu się odwrócił i odszedł. Chciała za nim pobiec, ale jeden z uczestników panelu zatrzymał ją, zagadując o jakąś błahostkę. Chcąc nie chcąc, odwróciła wzrok od szerokich pleców oddalającego się nieznajomego i półsłówkiem odpowiedziała na pytanie, ale to wystarczyło, by tajemniczy mężczyzna zniknął w tłumie. Mimo usilnych poszukiwań nie udało jej się go odnaleźć. Zresztą graniczyłoby to z cudem. Lokalizowanie kogoś w takiej ciżbie przypominało szukanie szpilki w stogu siana. Nie miała więc szans przycisnąć go do muru i dopytać, o co mu, do cholery, chodziło. Miała za to mnóstwo dręczących pytań i dwa niezaprzeczalne fakty: gość mówił o jej matce, a samej Weroniki nie lubił. Jego słowa - "radziłbym jak najszybciej pojechać do domu" - dźwięczały jej w uszach i napawały lękiem. Nie wróżyły niczego dobrego.

Wróciwszy z konferencji do domu, w pierwszej chwili chciała zadzwonić do Heleny. Zasypać ją pytaniami, zażądać wyjaśnień. Ale po chwili zastanowienia zrezygnowała. Odłożyła komórkę na stolik i obrzuciła ją ponurym spojrzeniem. Rozmawiała z mamą dwa dni temu. Dałaby sobie rękę uciąć, że Helena zachowywała się normalnie. Więc albo gość w niewybredny sposób sobie z niej zażartował, albo rzeczywiście coś było na rzeczy - tyle że przez telefon niczego się nie dowie. Bo gdyby matka zamierzała ją o czymś poinformować, już by to zrobiła.

- Niech to szlag - parsknęła pod nosem i spojrzała na leżącą na podłodze pustą walizkę.

Westchnęła ciężko. To, co właśnie krystalizowało się w jej głowie, absolutnie jej się nie podobało. Ale zaczynała urlop. Długi. A więc nie miała wyboru. Nie miała wymówki. Nawet nawałem pracy nie można się było zasłonić.

A przez tyle lat udawało jej się tego unikać! Przyjeżdżania i zostawania na dłużej. Kochała matkę, to przecież jasne, ale jakoś tak wyszło, że Helena zawsze była u niej na drugim, a może nawet dalszym planie. Być może dlatego, że matka była częścią tamtego życia, o którym Weronika wolała zapomnieć. Niechętnie przyznawała, że pochodzi z malutkiego B. I dlatego, choć z B. codziennie odjeżdżało kilka autobusów do stolicy, a podróż trwała niewiele dłużej niż dojazd ze stancji do szkoły, Weronika, gdy tylko nadarzyła się taka możliwość, zamieszkała w Warszawie. Skazała B. na wieczne zapomnienie najskuteczniej, jak się dało. I niezmiernie żałowała, że nie może na amen przestać tam bywać.

Ale przecież były święta, Dzień Matki i inne atrakcje tego typu, no i Helena tam mieszkała, a Wera nie miała serca z kamienia. Miała za to poczucie przyzwoitości, które mówiło jej, że jak się ma mamę, od której dostało się tyle kasy - i na życie, i na rozrywki - to należy czasem zrobić coś dla niej, na przykład odwiedzić ją w ich rodzinnym domu. Załatwiała to zazwyczaj w ciągu jednego, góra dwóch dni. I te wizyty summa summarum dobrze jej robiły, bo utwierdzały ją w przekonaniu, że zostawienie tego miejsca na zawsze było najlepszym, co mogła dla siebie zrobić.

Wera nienawidziła małych miasteczek, a B. było właśnie jednym z nich: tkwiło w swoich wczesnodwudziestowiecznych butach, bez najmniejszych szans na rozwój. Za to stolica dawała niezmierzone możliwości pięcia się w górę i parcia wciąż do przodu bez konieczności oglądania się za siebie. Bez tej całej sentymentalnej otoczki. Bez powtarzanych od lat historii rodzinnych i opowieści o tym, jak było kiedyś, kto z kim, dlaczego...

No i była jeszcze ta jedna i chyba najważniejsza sprawa, przez którą Wera trzymała matkę na dystans. Oczywiście przyjęła do wiadomości to, co powiedziała jej Helena, i starała się uszanować decyzję matki, a jednak wciąż miała do niej żal. Nic nie mogła poradzić ani na ten żal, ani na to, że teraz, chcąc nie chcąc, musi odłożyć na bok wszystkie swoje niechęci i pojechać do domu. Na własne oczy zobaczyć, czy nie dzieje się nic złego. Na całe szczęście miała dużo czasu. Tych kilka dodatkowych dni, które poświęci na wizytę w B., nie miało wielkiego znaczenia. Pojedzie, przekona się, że u Heleny wszystko w porządku, wyrzuci z pamięci złowrogo brzmiące słowa pana "Niekoniecznie" i wszystko wróci do normy. Tak to sobie tłumaczyła, gdy wkładała naprędce spakowaną walizkę do samochodu.

Chwilę później mknęła w kierunku B., choć nie tak wyobrażała sobie swój pierwszy dzień urlopu. Wiedziała jednak, że to jedyna słuszna decyzja. Musi się upewnić, że u matki wszystko gra.

Po drodze zajechała na stację benzynową. Na parkingu przed budynkiem zauważyła zatrzymujący się samochód z zielonymi tablicami. Zaciekawiona zerknęła na wysiadającego kierowcę, zlustrowała go, uśmiechnęła się i ledwie dostrzegalnie skinęła głową.

- Trafiony, zatopiony - mruknęła pod nosem, gdy mężczyzna przepuścił ją w drzwiach.

Obejrzała się ukradkiem. Było w nim coś, co wydawało jej się dziwnie znajome. Ale chyba tylko jej się wydawało, bo po dokładniejszych oględzinach doszła do wniosku, że mężczyzna nie przypomina jej zgoła nikogo. Jeździł elektrykiem, był uprzejmy i szarmancki, a do tego miał na sobie idealnie dopasowane dżinsy oraz pasujący do nich miękki sweter. Miał też modnie ułożone włosy i zarost takiej długości, że absolutnie nie kojarzył się z zaniedbaniem ani niechlujstwem, lecz raczej przywodził na myśl szorstką, seksowną obietnicę. Typ w całej rozciągłości potwierdzał teorię wysnutą przez Werę: faceci w samochodach z zielonymi tablicami zazwyczaj właśnie tacy są - milsi od innych, zadbani i jacyś tacy spokojniejsi, bardziej stabilni.

Może mieli mniej testosteronu albo lepsze życie, ale bez względu na przyczynę dostawali u niej już na starcie bonusowe punkty. Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia. Na niewiele im się ta przewaga zdawała, bo w zasadzie większość związków Weroniki kończyła się po góra paru tygodniach. I to zawsze ona uciekała od mężczyzn. Gdy tylko uznała, że sprawy zaszły za daleko, stawała się zimna i niedostępna. Któryś z jej byłych ochrzcił ją nawet sugestywnym mianem "zamrażarki". A ona po prostu nie potrafiła inaczej. Ledwie poczuła, że mogłaby się zakochać, automatycznie zamykała szlaban i zrywała znajomość.

I teraz, opuszczając stację benzynową i omiatając ostatnim spojrzeniem samochód z zielonymi tablicami, gdzieś w okolicy serca poczuła znajome ukłucie żalu. Żalu, który nierozerwalnie wiązał się z jej matką. Bo Weronika miała świadomość, że to poniekąd przez Helenę właśnie tak traktuje mężczyzn.

Postanowiła uniknąć jej losu: samotnego wychowywania dzieciaka pochodzącego z jakiegoś ognistego, zakazanego romansu. Nie chciała, żeby jej przyszłe dziecko - syn albo córka - doświadczyło tego, co ona, ani żeby na pytanie o ojca usłyszało zwięzłe "Nie wiem". Albo: "Tak jakoś wyszło". Bo ona słyszała to wielokrotnie. I pewnie właśnie dlatego nie należało się za bardzo dziwić, że jej relacje z matką były dość skomplikowane. Bardzo matkę kochała, ale nie umiała jej wybaczyć, że skrywa tajemnicę, która przecież nie dotyczy wyłącznie jej samej. Werka również miała prawo znać prawdę. Nawet jeśli nie całą historię, to przynajmniej tożsamość ojca - a i owszem!

To naturalne, że chciałaby się dowiedzieć, kim on jest. Chciałaby zobaczyć jego twarz, usłyszeć głos. Chciałaby poznać jego wersję historii, nawet gdyby skończyło się to tym, że stanęłaby przed nim i dała mu solidnie w pysk! Do ciężkiej cholery, tego się dziecku nie robi! Nie zostawia się go ot tak, nie odbiera mu się szansy, by mogło mówić do kogoś "tato" i chować się w silnych, męskich ramionach! Matczyne były dostępne w każdej chwili i szeroko otwarte, ale nie bez powodu świat urządzono tak, że z reguły rodziców było dwoje! Co innego, gdy ktoś umarł. Wtedy sprawa była z tych beznadziejnie ostatecznych. Ale jej ojciec żył - tyle akurat matka zdecydowała się wyjawić. I na tym koniec. Czy tak powinno się postępować? Dziewczyna bezwiednie zacisnęła usta w wąską kreskę i z dezaprobatą pokręciła głową.

Poza tym chodziło nie tylko o Helenę. Z kobietami z jej rodziny było coś nie w porządku. Przynajmniej z tymi ze strony matki, bo o krewnych ojca siłą rzeczy nie miała pojęcia. Ale dzieje kobiet po kądzieli dawały do myślenia. Daleko nie trzeba było szukać - ot, choćby jej babka Elżbieta i prababka Wanda. One też wychowywały dzieci samotnie. A przecież były to inne czasy: samodzielne macierzyństwo nie cieszyło się ani uznaniem, ani akceptacją i musiało wiązać się z nielichym skandalem. Trudno było uwierzyć, że same wybrały dla siebie taki los. Więc jeżeli nie była to świadoma decyzja, to o co chodziło? Czyżby na kobiety z jej rodziny rzucono jakąś klątwę? Weronika wprawdzie nie bardzo w to wierzyła, ale też nie zamierzała tego jakoś szczególnie gorliwie sprawdzać. I nie zamierzała się zakochać. Wyjść za mąż - czemu nie? Z rozsądku. I mieć dzieci. Dokładnie w tej kolejności: najpierw ślub, potem potomstwo, żeby szanowny tatuś nie mógł się wykpić, myślała, zaciskając bezwiednie ręce na kierownicy.

Tak bardzo zatopiła się w tych rozważaniach, że znajomy widok zakrzaczonej i zachwaszczonej posesji naprzeciwko domu matki solidnie ją zaskoczył.

- Cholera, muszę bardziej uważać za kierownicą, bo jeszcze, nie daj Boże, kogoś zabiję. To chyba niedobrze, że nie pamiętam niczego z drogi, którą właśnie przejechałam... - mruknęła pod nosem i zaparkowała auto przed zamkniętą bramą.

Przez chwilę siedziała bez ruchu i ponuro wpatrywała się w dom, w którym spędziła pierwsze lata swojego życia. Wydawał się niewielki: dwa okna, spadzisty dach pokryty czerwoną dachówką, która pamiętała chyba jeszcze babcię Elżbietę. Na starych zdjęciach dom wyglądał niemal identycznie.

Wtedy jeszcze robiło się prawdziwe zdjęcia, takie wywoływane na papierze, pomyślała z nagłą nostalgią. Nie to co teraz: milion selfików, setki ujęć czegokolwiek, co w danej chwili wydawało się istotne, choć już w chwili uwiecznienia było w zasadzie skazane na zapomnienie. Nikt nie wraca do tych zdjęć tkwiących w telefonie. Nikt nic nie opowiada o ludziach, którzy na nich są...

Ciekawe, co po nas zostanie. Matka dopiero by się zdziwiła, gdyby wiedziała, o czym myślę, przemknęło dziewczynie przez głowę, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.

Bo Helena nie znała jej od tej strony. Miała ją raczej za pozbawioną wszelkich sentymentów. Weronika od jakiegoś czasu konsekwentnie odmawiała oglądania starych albumów wypełnionych fotografiami w sepii, a na pudełka, z których wręcz wysypywały się czarno-białe zdjęcia, nie chciała nawet spojrzeć. Nie chciała również słuchać żadnych opowieści rodzinnych. Matka początkowo próbowała namawiać ją zarówno do oglądania albumów, jak i do słuchania rodzinnych historii, ale gdy po raz kolejny zderzyła się z murem nie do sforsowania, odpuściła. Widać uznała, że jej córka ma to w nosie. A to nie była prawda. To był bunt. Skoro Helena odmawia odpowiedzi na pytania dotyczące ojca Weroniki, to proszę bardzo! Żadnych innych historii!

To miała być kara. Tylko czy matka w ogóle zdawała sobie z tego sprawę?

- Niekoniecznie - szepnęła Weronika w nagłym olśnieniu. Ledwie wypowiedziała te słowa, wzdrygnęła się, bo przed oczami stanęło jej zimne, stalowe wejrzenie nieznajomego, a w uszach ponownie zabrzmiały jego słowa: "Radziłbym jak najszybciej pojechać do domu".

Dziewczyna potrząsnęła głową, jakby to mogło pomóc w pozbyciu się niepokojącego wspomnienia, i wysiadła z samochodu. Spojrzała na łagodnie nachylony podjazd. Zawsze zastanawiała się, skąd się tu wzięło to niewielkie wzniesienie, skoro posesja sąsiadów była niemal zupełnie płaska. Tylko u nas zawsze była ta górka, pomyślała i skrzywiła się. "U nas"! Zabrzmiało tak, jakby czuła pokrewieństwo z tym miejscem. Jakby do niego przynależała! A przecież tak nie było! Ot, stara chałupa obrzucona białym, nierównym tynkiem, jakby tynkarz po pijaku nakładał go garściami.

Weronika parsknęła z irytacją i ostrożnie i cichutko zamknęła drzwi auta. Chciała jak najdłużej pozostać niezauważona i zyskać na czasie. Właściwie to nie wiedziała, co powiedzieć matce, jak uzasadnić tak nagły, niezapowiedziany przyjazd. Proste to nie będzie, bo spontaniczne odwiedziny nie były w jej stylu. Coś mniej lub bardziej wiarygodnego wymyśli. Gorzej z ustaleniem, o co tak naprawdę chodziło panu "Niekoniecznie".

W sumie mogłabym zapytać: "Mamo, wszystko w porządku?". Helena najpewniej odpowiedziałaby: "Oczywiście", a ja bym jej uwierzyła i miałabym z głowy, pomyślała z ironią. Tyle tylko, że to nie wchodziło w grę, bo nie uciszyłoby niepokoju.

Cóż, jakoś trzeba będzie to ogarnąć, stwierdziła, biorąc głęboki oddech. A może okaże się, że to nic takiego? Że chodzi o coś tak banalnego jak pomoc przy remoncie, koszeniu trawnika albo przestawianiu mebli? A pan o stalowym wejrzeniu po prostu dał się ponieść fantazji i przekazał to w tak upiorny sposób? Albo z jakiegoś powodu jej nie lubił i chciał jej napsuć krwi? Mało prawdopodobne, ale nie całkiem niemożliwe.

Jednak żeby się o tym przekonać, trzeba było wejść do środka. Przekręciła gałkę furtki i bezwiednie się uśmiechnęła. Jak zawsze otwarta. Werka weszła na podwórko i na palcach ruszyła do drzwi domu. Jeżeli zaskoczy matkę, to może uda jej się coś więcej zobaczyć, wyczytać z oczu, z miny, z ułożenia ust - z czegokolwiek. I odgadnąć, czy jest dobrze, czy nie bardzo.

- Dzień dobry, córeczko - rozległo się tuż za jej plecami.

Słowa padły cicho, ale Werka zupełnie się ich nie spodziewała. W jej uszach powitanie zabrzmiało jak wystrzał z armaty. Aż podskoczyła.

No, zaskoczenie zaliczone, a i owszem, uznała sarkastycznie i odwróciła się w stronę, z której dobiegł głos.

Helena siedziała na starej ławce pamiętającej czasy dzieciństwa Weroniki. Nad nią malowniczo zwisały ciemnofioletowe kiście kwiatów bzu. Po twarzy matki wędrowały słoneczne refleksy, przesączające się przez gęste, zielone liście poruszane ledwie wyczuwalnym wiatrem. Delikatne podmuchy niosły po całym ogrodzie słodki zapach kwiatów. W tym miękkim świetle szczupła twarz kobiety jakby odmłodniała, a zmarszczki stały się niemal niewidoczne. Weronika wpatrywała się w nią zaskoczona. Miała wrażenie, że czas w jakiś niepojęty sposób cofnął się na chwilę i ukazała jej się dawna, młoda Helena. Po raz pierwszy w życiu dotarło do Wery, że jej matka jest bardzo piękną kobietą. I że poza rolą matki była też kimś innym. Przyjaciółką, kochanką. Że miała wzloty i upadki. Jakieś marzenia, o których jej córka nie miała najmniejszego pojęcia, bo do tej pory zupełnie się tym nie interesowała. A właściwie nie tyle jej to nie interesowało, ile po prostu uparła się, że nie chce wiedzieć. Nie dostawszy odpowiedzi na jedno z pytań, nie chciała słuchać niczego innego.

Czyżbym tak naprawdę, zamiast karać matkę, ukarała samą siebie? - przemknęło jej przez głowę niewygodne pytanie. Z rodzaju tych, które, gdy już się pojawiają, zostają i uwierają niczym kamyk w bucie. Prawie niewidoczny, ale dający się we znaki przy każdym kroku.

- Dzień dobry, mamo - mruknęła, biorąc się w garść. - Nie zauważyłam cię - dodała, bo coś przecież musiała powiedzieć, żeby ukryć zmieszanie.

Cholera, jednak mogłam przygotować sobie jakąś ładną, okrągłą historyjkę wyjaśniającą, co mnie tu tak nagle przywiało, pomyślała spanikowana, patrząc, jak Helena powoli podnosi się z ławki i rusza w jej stronę. Może powiem, że się stęskniłam albo że... Niczego więcej nie zdołała wymyślić, bo nagle znalazła się w ciepłym, mocnym uścisku.

Matka była wyższa od Weroniki o kilka centymetrów, więc bez trudu pocałowała córkę w czubek głowy. Potem odsunęła dziewczynę na długość ramion i spojrzała na nią z uwagą.

- Dawno cię nie widziałam. Pięknie wyglądasz, córeczko... - powiedziała i delikatnie pogładziła ją po policzku. - Dobrze, że przyjechałaś. A ja miałam nosa, bo ugotowałam rosół. Twój ulubiony, z lubczykiem. Sroka rano siadła na płocie i skrzeczała jak opętana. A ciotka Darłowska zawsze powtarzała, że jak sroka przylatuje i skrzeczy, to zapowiada gości. I widzisz, sprawdziło się. To co, ja pójdę podgrzać zupę i wstawić wodę na makaron, a ty weź klucz od bramy i wprowadź samochód na posesję. Bo zostaniesz na trochę, prawda? - Zerknęła na córkę spod oka.

- Zostanę. - Werka podjęła błyskawiczną decyzję, zdumiona, że nie musi nic tłumaczyć ani się usprawiedliwiać. - Urlop mi się zaczął - dorzuciła.

- Wiem, mówiłaś przez telefon, że pojedziesz świętować pourodziny. Cieszę się, że zaczęłaś od domu. - Helena pogłaskała córkę po ramieniu i powoli wspięła się po schodkach na ganek.

Weronika poszła za nią, mimowolnie spoglądając na dłoń matki wspartą na poręczy. Zmarszczyła brwi. Coś jej nie grało w tej, zdawałoby się, zupełnie normalnej scence. Tyle tylko, że nie umiała powiedzieć, co takiego. Spojrzała na idącą przed nią kobietę. Wyprostowane plecy, włosy w lekkim nieładzie... Ale to akurat nic dziwnego - w końcu spędzała czas w ogrodzie, a do tego wiał wiaterek...

Chyba szukam dziury w całym, Weronika przywołała się do porządku.

A gdy tylko przekroczyła próg domu, wszelki niepokój z niej wyparował. Nie mogło być inaczej, skoro powietrze swojsko pachniało rosołem i świeżo upieczonym chlebem. Niechybny znak, że był czwartek. Czwartki były dniem domowego pieczywa. Weronika jakoś tak zapomniała, jak bardzo kiedyś lubiła ten dzień tygodnia. Na kilka sekund przymknęła oczy i napawała się dobrze znajomym aromatem. Później zdecydowanym ruchem sięgnęła do szufladki w komódce stojącej w korytarzu, wyjęła klucz do bramy i poszła przeparkować samochód.

Gdy wychodziła na podwórko, z kuchni dobiegały już szczęk garnków wyjmowanych z szafki oraz szum wody lecącej z kranu. Widać mama zabrała się do gotowania makaronu. I dobrze, bo Weronice kiszki zaczynały grać marsza. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że przez cały dzień nie jadła.

- I jeśli wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności, dobrze się stało - mruknęła sama do siebie.

Dzięki temu więcej zmieści. Co jak co, ale Helena robiła najlepszy rosół na świecie, o świeżo wypieczonym chlebie posmarowanym domowej roboty smalczykiem nie wspominając. A skoro Weronika już tu była i miała na wyciągnięcie ręki te wszystkie pyszności, nie zamierzała ich sobie odmawiać.

Weronika zjadła rosół, nalała sobie dokładkę, poprawiła dwiema solidnymi pajdami jeszcze ciepłego chleba z rozkosznie chrupiącą, złocistą skórką i poczuła, że teraz to może z głodnym porozmawiać i że jest potwornie zmęczona. Najchętniej ucięłaby sobie małą drzemkę. Ale to chwilowo musiało poczekać. W końcu nie było wcale późno i należało spróbować delikatnie wybadać Helenę na okoliczność... No właśnie, czego?

Ogólnie życia, odpowiedziała samej sobie w duchu i pomaszerowała do łazienki. Na wieszaku czekał już na nią puszysty żółty ręcznik. Nie miała pojęcia, kiedy Helena zdążyła go tam powiesić.

Energicznie ochlapała twarz lodowatą wodą. Łazienka nie była zbyt duża i zdecydowanie nowoczesność jeszcze tutaj nie dotarła. Podobnie jak design - no chyba że za design można było uznać przedwojenny styl armatury... Dziewczyna uważnie się rozejrzała. Nie, nic tu się nie zmieniło. I to nie od jej ostatniej wizyty, lecz od czasów dzieciństwa.

"Po co zmieniać coś, jeżeli to działa?" - mawiała matka i z uporem maniaka koncentrowała się wyłącznie na odmalowywaniu ścian, zazwyczaj na biało. Czasami, w przypływie ekstrawagancji, wybierała magnolię, mleczną biel albo wanilię, ale zawsze miało być jasno i czysto. Dziewczyna uśmiechnęła się bezwiednie. Dotyk masywnej mosiężnej baterii był przyjemnie znajomy - niezmienny od zawsze. Właśnie... Odkąd pamiętam, mieliśmy w domu wodę i kanalizację. Ciekawe... - pomyślała Werka, zakręcając kran.

Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale właśnie uświadomiła sobie, że większość jej koleżanek miała w modernizowanych domach łazienki wciśnięte w inne pomieszczenia - czy to kosztem kuchni, czy sieni. A tutaj najwyraźniej o łazience pomyślano już podczas budowy domu. Dziwne. A jeszcze dziwniejsze, że w ogóle się nad tym zastanawiam, uznała, patrząc na swoje odbicie w lustrze.

Nie wiedzieć dlaczego przed oczami stanęła jej postać matki wchodzącej po schodkach na ganek. I nagle Weronika doznała olśnienia. Już wiedziała, co jej nie pasowało! Helena nigdy wcześniej nie podtrzymywała się poręczy! To widok dłoni wspartej na poręczy i sunącej powoli ku górze wzbudził jej niepokój! I oczywiście mogło to nic nie znaczyć. Ot, przypadek. Ale mogło też znaczyć wszystko!

- Niech to szlag - wyszeptała pod nosem i spojrzała swojemu odbiciu prosto w oczy.

Z lustra patrzyła na nią zasępiona młoda kobieta.