Czas zabijania - John Grisham

Kup ebooka

32.90 zł
26.32 zł (32,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od au­to­ra

Mam skłonność do roz­po­czy­na­nia wie­lu spraw i nie­do­pro­wa­dza­nia ich do końca, więc kie­dy zacząłem pisać tę książkę, moim ce­lem było je­dy­nie jej ukończe­nie. Wy­obrażałem so­bie, jak pew­ne­go dnia wska­zuję schludną stertę za­pi­sa­nych kar­tek w rogu mo­je­go biu­ra i z dumą wyjaśniam klien­tom oraz przy­ja­ciołom, że to po­wieść, którą na­pi­sałem. Oczy­wiście w głębi ser­ca ma­rzyłem, że zo­sta­nie wy­da­na, ale mówiąc szcze­rze, nie przy­po­mi­nam so­bie ta­kich myśli, przy­najm­niej wte­dy, gdy za­czy­nałem pi­sa­nie. Sądziłem, że będzie to moja pierw­sza długa próba w dzie­dzi­nie po­wieści.

Zacząłem na je­sie­ni 1984 roku, trzy lata po ukończe­niu wy­działu pra­wa, kie­dy byłem jesz­cze żółto­dzio­bem. We wcze­snych la­tach mo­jej praw­ni­czej ka­rie­ry spędzałem wie­le go­dzin na sali sądo­wej, ob­ser­wując do­brych praw­ników. Sala roz­praw za­wsze mnie fa­scy­no­wała... i fa­scy­nu­je do dziś. Pod­czas roz­praw lu­dzie dys­ku­tują o spra­wach, o których nie ośmie­li­li­by się bąknąć za pro­giem własne­go domu. Naj­większe dra­ma­ty roz­gry­wają się nie na ekra­nie lub sce­nie te­atral­nej, lecz w nie­zli­czo­nych sa­lach sądo­wych tego kra­ju.

Pew­ne­go dnia byłem świad­kiem dra­stycz­ne­go pro­ce­su. Młoda dziew­czy­na ze­zna­wała prze­ciw­ko mężczyźnie, który bru­tal­nie ją zgwałcił. Bar­dzo boleśnie to przeżyłem, a prze­cież byłem je­dy­nie ob­ser­wa­to­rem. W jed­nej chwi­li dziew­czy­na wy­da­wała się bar­dzo odważna, w dru­giej żałośnie kru­cha. Byłem głęboko po­ru­szo­ny. Nie po­tra­fiłem wy­obra­zić so­bie kosz­ma­ru, przez który przeszła ona i jej ro­dzi­na. Za­sta­na­wiałem się, co bym zro­bił, gdy­by była moją córką. Widząc, jak cier­pi, ze­znając przed ławą przy­sięgłych, chciałem własnoręcznie za­strze­lić gwałci­cie­la. Przez krótką, a jed­no­cześnie nie­kończącą się chwilę chciałem być jej oj­cem. Pragnąłem spra­wie­dli­wości. I do­strzegłem in­te­re­sującą hi­sto­rię.

Do­stałem ob­se­sji na punk­cie oj­cow­skiej ze­msty. Jak ta­kie­go ojca po­trak­to­wałaby ława przy­sięgłych złożona z prze­ciętnych, zwykłych lu­dzi? Na­tu­ral­nie od­czu­wa­li­by pewną dozę współczu­cia, ale czy wy­star­czyłoby jej na unie­win­nie­nie? Po­mysł tej po­wieści na­ro­dził się w ciągu trzech mie­sięcy, kie­dy ta myśl pochłaniała mnie pra­wie bez resz­ty.

Pierw­szy roz­dział na­pi­sałem odręcznie w no­tat­ni­ku i po­pro­siłem Re­nee, moją żonę, aby go prze­czy­tała. Była pod wrażeniem i po­wie­działa, że chciałaby prze­czy­tać roz­dział dru­gi. Mie­siąc później dałem jej dru­gi i trze­ci. Po­wie­działa, że ją wciągnęło. Do­dam, że Re­nee czy­ta pięć lub sześć po­wieści ty­go­dnio­wo - kry­mi­nal­nych, thril­lerów, szpie­gow­skich, wszel­kie­go ro­dza­ju - i nie ma cier­pli­wości do nud­nych hi­sto­rii.

Pi­sa­nie tej książki po­trak­to­wałem jako okazję do roz­wi­ja­nia własne­go hob­by - poświęcałem jej go­dzinę tu, go­dzinę tam, z po­sta­no­wie­niem, aby pisać przy­najm­niej stronę dzien­nie. Nig­dy nie po­rzu­ciłem tego za­mia­ru, choć pamiętam okres czte­rech ty­go­dni, kie­dy nie na­pi­sałem ani słowa. Cza­sa­mi zda­rzyło mi się zmar­no­wać dzień, ale kon­se­kwent­nie, ze ślepą cier­pli­wością podążałem naprzód. Cho­ciaż hi­sto­ria wy­da­wała się wspa­niała, nie byłem pe­wien swo­je­go warsz­ta­tu. Re­nee po­do­bało się to, co na­pi­sałem, więc kon­ty­nu­owałem to zajęcie.

Po roku ze zdu­mie­niem stwier­dziłem, jak szyb­ko za­pi­suję ko­lej­ne kart­ki, i zdałem so­bie sprawę, że książka jest w połowie go­to­wa.

Za­po­mniałem o swo­im pier­wot­nym celu i zacząłem roz­myślać o umo­wach wy­daw­ni­czych, tan­tie­mach oraz uro­jo­nych lun­chach z agen­ta­mi i wy­daw­ca­mi - jed­nym słowem przeżywać dra­ma­ty każdego pi­sa­rza, który jesz­cze nic nie wydał.

Po trzech la­tach od roz­poczęcia pra­cy dałem Re­nee ostat­ni roz­dział i przesłaliśmy tekst do No­we­go Jor­ku. Tytuł ro­bo­czy brzmiał Po­dzwon­ne, co było kiep­skim po­mysłem, więc zo­stał zmie­nio­ny, gdy tyl­ko ręko­pis wylądował na biur­ku mo­je­go no­we­go agen­ta, Jaya Ga­ro­na. Jay prze­czy­tał trzy roz­działy i na­tych­miast przesłał mi umowę pełno­moc­nic­twa. Do­dam, że po­wieść od­rzu­ciło szes­na­stu in­nych agentów i kil­ku­na­stu wy­dawców. Jay ode­brał ręko­pis i po­wiedział, żebym zaczął pisać ko­lejną książkę. Posłuchałem jego rady.

Minął rok i nic się nie stało. W kwiet­niu 1988 roku, kie­dy byłem pochłonięty pi­sa­niem Fir­my, Jay za­dzwo­nił ze wspa­niałą wia­do­mością: moja książka ukaże się dru­kiem. Bill Thomp­son z Wyn­wo­od Press prze­czy­tał ręko­pis i na­tych­miast kupił pra­wa do książki. Pod jego kie­run­kiem do­ko­nałem nie­licz­nych zmian i wymyśliłem nowy tytuł: Czas za­bi­ja­nia. Myślę, że był do szósty lub siódmy tytuł, na który się zde­cy­do­wałem. Przy­znaję - nie je­stem naj­lep­szy w wymyśla­niu tytułów.

W czerw­cu 1989 roku Wyn­wo­od wy­dru­ko­wał pięć tysięcy eg­zem­pla­rzy. Po­wieść sprze­dała się w pro­mie­niu stu pięćdzie­sięciu ki­lo­metrów od domu, ale zo­stała prze­oczo­na przez resztę świa­ta. Nie mie­liśmy umo­wy na wy­da­nie bro­szu­ro­we, nie było też klau­zu­li o pra­wach za­gra­nicz­nych. Z dru­giej stro­ny była to moja pierw­sza po­wieść, a większość de­biu­tanc­kich po­wieści prze­cho­dzi bez echa. Na szczęście za ro­giem cze­kały lep­sze rze­czy.

W roku 1989 ukończyłem Firmę i przesłałem ją Jay­owi. Po­wieść kupił Do­uble­day/Dell, a kie­dy w mar­cu 1991 roku zo­stała wy­da­na w twar­dej opra­wie, w mo­jej pi­sar­skiej ka­rie­rze nastąpił dra­ma­tycz­ny zwrot. Suk­ces Fir­my wzbu­dził nowe za­in­te­re­so­wa­nie Cza­sem za­bi­ja­nia.

W tej książce umieściłem dużo ele­mentów au­to­bio­gra­ficz­nych.

Cho­ciaż już nie prak­ty­kuję pra­wa, przez dzie­sięć lat czy­niłem to w bar­dzo po­dob­ny sposób jak Jake Bri­gan­ce. Za­wsze re­pre­zen­to­wałem lu­dzi, nig­dy ban­ki, fir­my ubez­pie­cze­nio­we lub wiel­kie kor­po­ra­cje. Byłem praw­ni­kiem uli­cy. Jake i ja byliśmy w tym sa­mym wie­ku. W li­ceum grałem na po­zy­cji roz­gry­wającego, choć nie szło mi naj­le­piej. Większość tego, co mówi lub robi, sam po­wie­działbym lub zro­bił w po­dob­nych oko­licz­nościach. Obaj jeździ­my sa­abem. Obaj od­czu­wa­my nie­znośne napięcie, uczest­nicząc w pro­ce­sie, w którym oskarżone­mu gro­zi kara śmier­ci, co próbowałem oddać w mo­jej po­wieści. Obaj nie spa­liśmy z po­wo­du stra­chu o klien­ta i wy­mio­to­wa­liśmy w sądo­wych łazien­kach.

Książka, którą trzy­ma­cie w rękach, jest bli­ska mo­je­mu ser­cu. To moja pierw­sza po­wieść i choć cza­sa­mi wątki się plączą, nie zmie­niłbym w niej ani słowa. Na­wet gdy­bym miał okazję.

Oxford, Mis­si­si­pi

30 stycz­nia 1992

Roz­dział 6

K.T. Bru­ster albo Cat Bru­ster, jak go po­wszech­nie na­zy­wa­no, był zgod­nie ze swoją wiedzą je­dy­nym jed­no­okim czar­noskórym mi­lio­ne­rem w Mem­phis. Miał w mieście sieć lo­ka­li z tan­cer­ka­mi to­ples, wszyst­ko le­gal­ne in­te­re­sy. Oprócz tego był właści­cie­lem domów z miesz­ka­nia­mi pod wy­na­jem, też całkiem le­gal­nych, i dwóch le­gal­nych kościołów w południo­wej części mia­sta. Cat wspie­rał wie­le spraw czar­nych, był przy­ja­cie­lem po­li­tyków i bo­ha­te­rem w oczach swo­ich po­bra­tymców.

Przy­wiązywał wagę do po­pu­lar­ności u lo­kal­nych miesz­kańców, bo gdy­by zo­stał po­now­nie po­sta­wio­ny w stan oskarżenia i stanął przed sądem, według wszel­kie­go praw­do­po­do­bieństwa zo­stałby po­now­nie unie­win­nio­ny przez swo­ich, z których połowa była czar­na. Władze nie mogły ska­zać Cata za mor­do­wa­nie lu­dzi i han­dlo­wa­nie ta­kim to­wa­rem, jak ko­bie­ty, ko­ka­ina, tref­ne fan­ty, kar­ty kre­dy­to­we, bony żywnościo­we, al­ko­hol bez ak­cy­zy, broń i lek­ka ar­ty­le­ria.

Miał tyl­ko jed­no oko, bo dru­gie zo­stało gdzieś na po­let­ku ryżowym w Wiet­na­mie. Stra­cił je w 1971, tego sa­me­go dnia, kie­dy jego kum­pel, Carl Lee Ha­iley, zo­stał tra­fio­ny w nogę. Carl Lee tasz­czył go dwie go­dzi­ny, za­nim zna­leźli po­moc. Po woj­nie Cat Bru­ster wrócił do Mem­phis z dwo­ma fun­ta­mi ha­szy­szu. Pie­niądze uzy­ska­ne ze sprze­daży poszły na za­kup małego baru przy So­uth Main. Nie­mal padł z głodu, za­nim wy­grał dziwkę, grając w po­ke­ra z al­fon­sem. Obie­cał jej, że nie będzie mu­siała się pusz­czać, jeśli zdej­mie ciu­chy i za­cznie tańczyć na jego stołach. W ciągu jed­nej nocy zdo­był więcej klientów, niż mógł usa­dzić, więc kupił ko­lej­ny bar i spro­wa­dził więcej tan­ce­rek. Zna­lazł swoją niszę ryn­kową i w ciągu dwóch lat stał się bar­dzo zamożnym człowie­kiem.

Jego biu­ro znaj­do­wało się nad jed­nym z klubów przy So­uth Main, między uli­ca­mi Van­ce i Be­ale, w naj­nie­bez­piecz­niej­szej dziel­ni­cy Mem­phis. Znak nad chod­ni­kiem re­kla­mo­wał i piwo, i tan­cer­ki to­ples, ale za czar­ny­mi okna­mi można było kupić dużo więcej.

Carl Lee i Le­ster zna­leźli knajpę Brown Su­gar w so­botę koło południa. Usie­dli przy ba­rze, zamówili piwo i ga­pi­li się na na­gie tan­cer­ki.

- Cat jest u sie­bie? - spy­tał bar­ma­na Carl Lee, kie­dy ten prze­cho­dził za ich ple­ca­mi. Fa­cet mruknął coś pod no­sem i wrócił do zle­wu, żeby skończyć my­cie ku­fli po pi­wie. Carl Lee spoglądał na nie­go między ko­lej­ny­mi łyka­mi i ta­necz­ny­mi nu­me­ra­mi.

- Daj jesz­cze jed­no! - po­wie­dział głośno Le­ster, nie od­wra­cając wzro­ku od tan­ce­rek.

- Czy Cat Bru­ster jest u sie­bie?! - za­py­tał sta­now­czym głosem Carl Lee, kie­dy bar­man przy­niósł piwo.

- Kto pyta?

- Ja.

- Jaki ja?

- Ja i Cat je­steśmy do­bry­mi kum­pla­mi. Wal­czy­liśmy ra­zem w Wiet­na­mie.

- Na­zwi­sko?

- Ha­iley. Carl Lee Ha­iley. Z Mis­si­si­pi.

Bar­man zniknął, by mi­nutę później wyłonić się spo­między lu­ster za półkami z go­rzałą. Skinął Ha­iley­om, którzy prze­szli za nim małymi drzwia­mi, obok łazie­nek, a później zniknęli za za­mkniętymi drzwia­mi na górze. Ga­bi­net był mrocz­ny i jar­marcz­nie urządzo­ny. Na podłodze leżała złota wykładzi­na, ścia­ny były wy­ta­pe­to­wa­ne na czer­wo­no, su­fit na­to­miast wyłożony zie­lo­nym włocha­tym dy­wa­nem. W za­ma­lo­wa­nych czarną farbą oknach wid­niały cien­kie sta­lo­we kra­ty i, na wszel­ki wy­pa­dek, ze­staw ciężkich za­ku­rzo­nych bor­do­wych ko­tar, aby za­trzy­mać i stłumić najsłab­szy pro­myk słońca, który zdołałby prze­niknąć przez za­ma­lo­wa­ne szy­by. Mały i nie­spełniający swej funk­cji chro­mo­wa­ny żyran­dol z lu­strza­ny­mi pa­ne­la­mi wi­ro­wał le­ni­wie pośrod­ku po­ko­ju, tuż nad ich głowa­mi.

Dwóch rosłych go­rylów w trzyczęścio­wych czar­nych gar­ni­tu­rach od­pra­wiło bar­ma­na, usa­dziło Le­ste­ra i Car­la Lee, a następnie stanęło za ich ple­ca­mi.

Bra­cia zaczęli po­dzi­wiać wystrój wnętrza.

- Ład­nie tu, co? - za­py­tał Le­ster. Z ukry­te­go ste­reo ci­cho za­wo­dził B.B. King.

Na­gle do po­ko­ju wszedł Cat, wyłaniając się z ukry­tych drzwi za biur­kiem z mar­mu­ru i szkła. Na­tych­miast ru­szył ku Car­lo­wi Lee.

- Mój człowiek! Mój człowiek! Carl Lee Ha­iley! - wy­krzyknął, obej­mując Ha­ileya. - Cieszę się, że cię widzę, Car­lu Lee! Nie wiesz na­wet, jak bar­dzo!

Carl Lee wstał. Objęli się niedźwie­dzim uści­skiem.

- Jak się masz, bra­cie? - za­py­tał Cat.

- W porządku, Cat. W porządku, a ty?

- Świet­nie! Świet­nie! Co za je­den? - Cat odwrócił się w stronę Le­ste­ra, ude­rzając go lek­ko w klatkę pier­siową. Le­ster gwałtow­nie strząsnął rękę.

Roz­dział 3

Jake Bri­gan­ce obrócił się na bok obok żony i powlókł do małej łazien­ki od­da­lo­nej kil­ka metrów od łóżka, ma­cając w ciem­ności w po­szu­ki­wa­niu dzwo­niącego bu­dzi­ka. Od­na­lazł go tam, gdzie cho­ler­stwo wczo­raj zo­sta­wił, i uci­szył szyb­kim, gwałtow­nym pac­nięciem. Była piąta trzy­dzieści rano, środa, piętna­sty maja.

Stał chwilę w ciem­ności, prze­rażony i bez tchu, z ser­cem bijącym jak osza­lałe, gapiąc się na fos­fo­ry­zujące cy­fry lśniące na tar­czy ze­ga­ra, którego szcze­rze nie­na­wi­dził. Jego prze­ni­kli­wy alarm można było usłyszeć na­wet na uli­cy. Co rano ba­lan­so­wał na krawędzi zawału, gdy ustroj­stwo eks­plo­do­wało prze­raźli­wym dźwiękiem. Cza­sem, ze dwa razy w roku, udało mu się ze­pchnąć Carlę na podłogę, a wte­dy ona wyłączała pa­skudz­two i wra­cała do łóżka, jed­nak za­zwy­czaj nie była tak wy­ro­zu­miała. Uważała, że mu odbiło, bo wsta­je o tak wcze­snej po­rze.

Bu­dzik stał na pa­ra­pe­cie, więc Jake mu­siał zro­bić kil­ka kroków, za­nim go wyłączył. Kie­dy już wstał, nie po­zwa­lał so­bie na powrót do łóżka. Była to jed­na z jego żela­znych za­sad. Kie­dyś bu­dzik stał na noc­nym sto­li­ku, ale wte­dy jego sku­tecz­ność była obniżona. Car­la wyciągała rękę i wyłączała dzwo­niące draństwo, za­nim Jake co­kol­wiek usłyszał. W re­zul­ta­cie spał do siódmej lub ósmej, co ruj­no­wało mu cały dzień. Te­raz bu­dzik czaił się w łazien­ce i spełniał swoją funkcję.

Jake po­chy­lił się nad umy­walką, ochla­pując twarz i włosy zimną wodą. Włączył światło i spoj­rzał z prze­rażeniem na ob­raz w lu­strze. Jego pro­ste brązowe włosy ster­czały na wszyst­kie stro­ny. Albo powiększyło mu się czoło, albo li­nia włosów cofnęła się przy­najm­niej o pięć cen­ty­metrów w ciągu nocy. Oczy miał ma­to­we i opuch­nięte, z białą wy­dzie­liną w kąci­kach. Szew przeście­radła po­zo­sta­wił ja­sno­czer­woną krechę z le­wej stro­ny twa­rzy. Do­tknął jej i roz­ma­so­wał, za­sta­na­wiając się, czy znik­nie. Prawą ręką od­garnął czu­prynę do tyłu i zba­dał linię włosów. W wie­ku trzy­dzie­stu dwóch lat nie miał ani jed­ne­go si­we­go włosa. Jed­nak siwe włosy nie były pro­ble­mem. Pro­ble­mem było łysie­nie an­dro­ge­no­we, które Jake odzie­dzi­czył zarówno po ro­dzi­nie ojca, jak i mat­ki. Ma­rzył o zdro­wych, gęstych włosach za­czy­nających się czte­ry cen­ty­metry nad brwia­mi. Car­la po­wie­działa, że nadal ma dużo włosów, ale nie starczą mu na długo, jeśli będą wy­pa­dały w ta­kim tem­pie. Za­pew­niła go także, że jest przy­stoj­ny jak kie­dyś. Oczy­wiście jej uwie­rzył. Wyjaśniła, że cof­nięta li­nia włosów do­da­je jego wyglądowi po­wa­gi, tak niezbędnej u młode­go praw­ni­ka. Temu też dał wiarę.

Czy to samo można było po­wie­dzieć o sta­rych łysych praw­ni­kach albo łysych ko­le­gach w śred­nim wie­ku? Cze­mu włosy nie mogłyby od­rosnąć, kie­dy do­ro­bi się zmarsz­czek i si­wych baków, i będzie wyglądał bar­dzo poważnie?

Jake dumał o tym, stojąc pod prysz­ni­cem. Zwy­kle mył się szyb­ko, golił i błyska­wicz­nie ubie­rał. Mu­siał być w ka­wiar­ni Cof­fee Shop o szóstej rano - ko­lej­na żela­zna za­sa­da. Za­pa­lił światło i zaczął hałaso­wać szu­fla­da­mi ko­mo­dy i drzwia­mi sza­fy, żeby obu­dzić Carlę. La­tem, kie­dy nie uczyła w szko­le, był to ich po­ran­ny ry­tuał. Tłuma­czył jej wie­le razy, że ma cały dzień, aby ode­spać, i że po­win­ni spędzać ra­zem po­ran­ne mi­nu­ty. Car­la jęknęła i za­grze­bała się pod kołdrą. Za­wsze kie­dy już się ubrał, wcho­dził do łóżka na czwo­ra­kach i całował ją w ucho, a później w szyję i twarz. W końcu od­wra­cała się w jego stronę. Wresz­cie ściągał z niej kołdrę i chi­cho­tał, gdy kuliła się z zim­na, dy­gocząc i błagając o przy­kry­cie. Trzy­mał kołdrę, po­dzi­wiając ciem­ne, opa­lo­ne, zgrab­ne, nie­mal ide­al­ne nogi żony. Ob­szer­na noc­na ko­szu­la odsłaniała wszyst­ko poniżej pasa, wie­lo­krot­nie budząc w jego głowie lu­bieżne myśli.

Raz w mie­siącu jed­nak ry­tuał wy­my­kał się spod kon­tro­li. Car­la nie pro­te­sto­wała i wspólnie ście­li­li łóżko. W ta­kie po­ran­ki Jake roz­bie­rał się jesz­cze szyb­ciej i łamał przy­najm­niej trzy ko­lej­ne za­sa­dy. W ten sposób poczęli Hannę.

Ale to nie był je­den z tych po­ranków. Przy­krył żonę, czu­le ją pocałował i zga­sił światło. Ode­tchnęła głębiej i zasnęła.

W ko­ry­ta­rzu ci­cho otwo­rzył drzwi do po­ko­ju Han­ny i uklęknął obok jej łóżecz­ka. Dziew­czyn­ka miała czte­ry lata. Była ich je­dy­nym dziec­kiem i tak miało po­zo­stać. Spała słodko, oto­czo­na lal­ka­mi i wy­pcha­ny­mi zwie­rza­ka­mi. De­li­kat­nie pocałował ją w po­li­czek. Han­na była piękna jak jej mat­ka. Za­cho­wy­wały się po­dob­nie i miały po­dob­ne ma­nie­ry. Miały duże nie­bie­skie oczy, które w ra­zie ko­niecz­ności na­tych­miast wil­got­niały od łez. Po­dob­nie cze­sały czar­ne włosy, które strzygła ta sama oso­ba w tym sa­mym cza­sie. Na­wet ubie­rały się tak samo.

Uwiel­biał swo­je ko­bie­ty. Ucałował małą na pożegna­nie i po­szedł do kuch­ni, żeby za­pa­rzyć kawę dla Car­li. Po dro­dze wypuścił na podwórko kun­delkę Max, która na­tych­miast so­bie ulżyła i warknęła na kota sąsiad­ki, pani Pic­kle.

Nie­wie­lu lu­dzi roz­po­czy­nało dzień tak ener­gicz­nie jak Jake Bri­gan­ce. Prze­szedł sprężystym kro­kiem na ko­niec pod­jaz­du i przy­niósł Car­li po­ran­ne ga­ze­ty. Było jesz­cze ciem­no. Za­po­wia­dał się po­god­ny, chłodny po­ra­nek wieszczący szyb­kie na­dejście lata.

Spoj­rzał na pogrążoną w ciem­ności Adams Stre­et, a następnie odwrócił się i z po­dzi­wem zlu­stro­wał bu­dy­nek. Tyl­ko dwie nie­ru­cho­mości w okręgu Ford fi­gu­ro­wały w Kra­jo­wym Re­je­strze Za­bytków. Ich dom był jedną z nich. Mimo że miał obciążoną hi­po­tekę, Jake był z nie­go dum­ny. Dzie­więtna­sto­wiecz­ny, w sty­lu wik­to­riańskim, zo­stał wznie­sio­ny przez eme­ry­to­wa­ne­go bu­dow­ni­cze­go li­nii ko­le­jo­wych, który zmarł w pierwszą Wi­gi­lię spędzaną w no­wym miej­scu. Fa­sa­da była ogrom­na, miała sze­ro­ki fron­to­wy ga­nek osłonięty czte­ro­spa­do­wym da­chem. Pod nim znaj­do­wał się mały por­tyk i przed­sio­nek z wia­trow­nicą. Jego kon­struk­cja wspie­rała się na pięciu okrągłych ko­lum­nach po­ma­lo­wa­nych białą i sza­ro­nie­bieską farbą. Każda z nich była ozdo­bio­na in­ny­mi mo­ty­wa­mi kwia­to­wy­mi ręcznej ro­bo­ty - żon­ki­la­mi, iry­sa­mi i słonecz­ni­ka­mi. Poręcze łączące ko­lum­ny po­kry­wały bo­ga­te ko­ron­ko­we zdo­bie­nia. Na piętrze znaj­do­wały się trzy wy­ku­szo­we okna wy­chodzące na mały bal­kon, po jego le­wej stro­nie wzno­siła się ośmio­bocz­na wieżycz­ka z wi­trażowy­mi okna­mi umiesz­czo­ny­mi nad dwu­spa­do­wym da­chem i żela­znym kwia­to­nem. Pod wieżyczką, na lewo od przed­sion­ka, roz­ciągała się sze­ro­ka ele­ganc­ka we­ran­da z ozdob­nym za­da­sze­niem dla sa­mo­chodów. Fron­to­we pa­ne­le przy­po­mi­nały kolaż złożony z ozdob­ników, ce­dro­wych gontów oraz mi­nia­tu­ro­wych wałeczków.

Car­la skon­tak­to­wała się z kon­ser­wa­to­rem w No­wym Or­le­anie i wy­brała sześć ory­gi­nal­nych ko­lorów - od­cie­ni błękitu, zie­lo­no­nie­bie­skie­go, brzo­skwi­nio­we­go i białego. Ma­lo­wa­nie zajęło dwa mie­siące i kosz­to­wało Jake'a pięć tysięcy do­larów, nie licząc go­dzin, które on i Car­la spędzi­li, wisząc na dra­bi­nie i czyszcząc gzym­sy. Cho­ciaż niektóre ko­lory nie wzbu­dzały jego en­tu­zja­zmu, nig­dy nie ośmie­lił się za­pro­po­no­wać, aby po­ma­lo­wać dom in­a­czej.

Dom był cu­dow­nie wyjątko­wy, jak każdy bu­dy­nek w sty­lu wik­to­riańskim. Miał w so­bie coś pi­kant­ne­go, pro­wo­ka­cyj­ne­go i uro­cze­go, wypływającego z po­mysłowe­go, ra­do­sne­go, nie­mal dzie­cięcego po­dejścia do życia. Car­la pragnęła go, jesz­cze za­nim się po­bra­li, a kie­dy właści­ciel­ka zmarła w Mem­phis i re­zy­den­cja zo­stała za­mknięta, ku­pi­li ją za bez­cen, bo nikt inny nie chciał jej wziąć. Do­mo­stwo stało pu­ste przez dwa­dzieścia lat. Zapożyczy­li się poważnie w dwóch z trzech banków w Clan­ton i spędzi­li trzy ko­lej­ne lata, pocąc się i hołubiąc swój zabytko­wy obiekt. Dzi­siaj lu­dzie spe­cjal­nie prze­jeżdżali obok i ro­bi­li mu zdjęcia.

Trze­ci z miej­sco­wych banków kre­dy­to­wał sa­mochód Jake'a, je­dy­ne­go sa­aba w okręgu Ford. Na do­da­tek czer­wo­ne­go. Jake otarł rosę z przed­niej szy­by i otwo­rzył drzwi. Uja­da­nie Max spłoszyło całe sta­do mo­drosójek, które gnieździły się na klo­nie pani Pic­kle. Zaśpie­wały dla nie­go i krzyknęły na pożegna­nie, a on uśmiechnął się i za­gwiz­dał w od­po­wie­dzi. Wy­je­chał na Adams Stre­et. Dwie prze­czni­ce da­lej skręcił na południe w Jef­fer­son, która dwie prze­czni­ce da­lej prze­cho­dziła w Wa­shing­ton Stre­et. Często za­da­wał so­bie py­ta­nie, cze­mu każde małe mia­stecz­ko Południa miało ulicę Adam­sa, Jef­fer­sona i Wa­shing­tona, ale ani jed­no nie mogło się po­szczy­cić ulicą Lin­col­na i Gran­ta. Wa­shing­ton Stre­et biegła ze wscho­du na zachód, wzdłuż północ­ne­go boku główne­go pla­cu Clan­ton.

Po­nie­waż mia­stecz­ko było sto­licą okręgu, mu­siało mieć plac, a na środ­ku pla­cu, rzecz oczy­wi­sta, mu­siał się znaj­do­wać gmach sądu. Ge­ne­rał Clan­ton za­pro­jek­to­wał mia­sto po sta­ran­nym namyśle, więc plac był długi i sze­ro­ki, a na traw­ni­ku przed sądem w równych odstępach rosły sta­ran­nie wy­pielęgno­wa­ne potężne dęby. Sąd okręgu Ford li­czył do­bre sto kil­ka­dzie­siąt lat, bo zbu­do­wa­no go, kie­dy Jan­ke­si spa­li­li po­przed­ni. Bu­dy­nek zwra­cał się dum­nie na południe, jak­by chciał po­wie­dzieć tym z północy, że mogą go pocałować w dupę. Gmach sądu był sta­ry i do­stoj­ny, z białymi ko­lum­na­mi od fron­tu i czar­ny­mi okien­ni­ca­mi oka­lającymi kil­ka­naście okien. Ory­gi­nal­ne czer­wo­ne cegły daw­no temu po­ma­lo­wa­no białą farbą, a co czte­ry lata człon­ko­wie męskiej drużyny skautów do­da­wa­li ko­lejną grubą warstwę lśniącej far­by pod­czas tra­dy­cyj­nej ak­cji let­niej. Wy­emi­to­wa­nie na prze­strze­ni lat kil­ku se­rii ob­li­ga­cji po­zwo­liło na roz­bu­do­wa­nie i re­mont bu­dyn­ku. Traw­nik wokół sądu był czy­sty i sta­ran­nie przy­strzyżony. Eki­pa z więzie­nia pielęgno­wała go dwa razy w ty­go­dniu.

W Clan­ton były trzy ka­wiar­nie - dwie prze­zna­czo­ne dla białych i jed­na dla czar­nych - które znaj­do­wały się przy pla­cu. Oczy­wiście nie było rzeczą nie­le­galną ani niesłychaną, żeby bia­li je­dli u Clau­de'a, w ka­wiar­ni dla czar­nych, w za­chod­niej części pla­cu. Czar­ni mo­gli bez­piecz­ne zjeść w Tea Shop­pe, na południo­wym skra­ju, lub w Cof­fee Shop przy Wa­shing­ton Stre­et. Nie ro­bi­li tego, bo mówio­no im, że prze­niosą się w ten sposób do lat sie­dem­dzie­siątych. Co piątek Jake wpa­dał do Clau­de'a na po­trawę z gril­la, jak większość białych li­be­rałów z Clan­ton, ale wpo­zo­stałe po­ran­ki re­gu­lar­nie jadał w Cof­fee Shop.

Za­par­ko­wał sa­aba przed swo­im biu­rem przy Wa­shing­ton Stre­et i prze­szedł trzy nu­me­ry da­lej do Cof­fee Shop. Lo­kal, który otwie­ra­no go­dzinę wcześniej, hu­czał od gorącej krząta­ni­ny. Kel­ner­ki bie­gały po sali, roz­nosząc kawę i śnia­da­nie, bez prze­rwy traj­kocząc z far­me­ra­mi, me­cha­ni­ka­mi i funk­cjo­na­riu­sza­mi z biu­ra sze­ry­fa, którzy byli stałymi klien­ta­mi lo­ka­lu. Nie była to ka­wiar­nia dla białych urzędników, którzy spo­ty­ka­li się nie­co później, po dru­giej stro­nie pla­cu, w Tea Shop­pe, dys­ku­tując o kra­jo­wej po­li­ty­ce, te­ni­sie, gol­fie i ryn­ku pa­pierów war­tościo­wych. W Cof­fee Shop roz­ma­wia­no o lo­kal­nej po­li­ty­ce, fut­bo­lu i łowie­niu oko­ni. Jake był jed­nym z nie­wie­lu białych urzędników, którym po­zwa­la­no na częste tu by­wa­nie. Był lu­bia­ny i ak­cep­to­wa­ny przez ro­bot­ników, którzy wcześniej czy później tra­fia­li do jego biu­ra, żeby sporządzić te­sta­ment, akt własności, przy­go­to­wać po­zew roz­wo­do­wy, pro­sić o obronę lub po­moc w roz­wiąza­niu jed­ne­go z tysiąca in­nych pro­blemów. Wska­zy­wa­li go pal­ca­mi i opo­wia­da­li dow­ci­py o drańskich praw­ni­kach, ale Jake nie zwra­cał na to uwa­gi. Pro­si­li go, żeby wyjaśnił im przy śnia­da­niu orze­cze­nia Sądu Naj­wyższe­go lub inne praw­ne dzi­wolągi, a on udzie­lał w Cof­fee Shop dar­mo­wych po­rad praw­nych. Umiał się prze­drzeć przez szczegóły i do­trzeć do sed­na każdej spra­wy. Ce­ni­li go za to. Nie za­wsze się z nim zga­dza­li, ale za­wsze do­sta­wa­li uczciwą od­po­wiedź. Cza­sem Jake i jego klien­ci się kłócili, ale nig­dy nie żywi­li do sie­bie ura­zy.

Jake wszedł do ka­wiar­ni o szóstej pięć, wi­tając się ze wszyst­ki­mi, wy­mie­niając uści­ski dłoni, po­kle­pując po ple­cach i za­ba­wiając obsługę. Kie­dy usiadł przy swo­im sto­li­ku, jego ulu­bio­na kel­ner­ka, Dell, podała mu kawę i tra­dy­cyj­ne śnia­da­nie złożone z grzan­ki, dżemu i ka­szy ku­ku­ry­dzia­nej. Po­kle­pała go po ręce, na­zwała słod­ziut­kim i ko­cha­siem. Za­wsze robiła wokół nie­go za­mie­sza­nie. Na in­nych bia­do­liła i pry­chała, ale Jake'a trak­to­wała in­a­czej.

Zjadł śnia­da­nie z Ti­mem Nun­ley­em, me­cha­ni­kiem z sa­lo­nu Che­vro­le­ta, oraz dwo­ma braćmi, Bil­lem i Ber­tem We­sta­mi, którzy pra­co­wa­li w fa­bry­ce butów w północ­nej części mia­sta. Dodał trzy kro­ple sosu ta­ba­sco do ku­ku­ry­dzy i zręcznie wy­mie­szał z odro­biną masła, a następnie po­sma­ro­wał grzankę grubą na cen­ty­metr warstwą do­mo­we­go dżemu z tru­ska­wek. Kie­dy je­dze­nie zo­stało od­po­wied­nio przy­go­to­wa­ne, wypił łyk kawy i za­brał się do ro­bo­ty. Je­dli w ci­szy, ga­dając o tym, jak biorą oko­nie.

W bok­sie przy oknie, kil­ka metrów da­lej, sie­działo trzech funk­cjo­na­riu­szy z biu­ra sze­ry­fa, roz­ma­wiając między sobą.

Naj­większy z nich, Pra­ther, odwrócił się do Jake'a i głośno za­py­tał:

- Jake, czy kil­ka lat temu nie bro­niłeś Bil­ly'ego Raya Cob­ba?

W ka­wiar­ni za­padła ci­sza. Wszy­scy spoj­rze­li na praw­ni­ka.

Zdu­mio­ny nie tyle py­ta­niem, co re­akcją, którą wywołało, Jake przełknął ku­ku­rydzę i zaczął szu­kać w pamięci na­zwi­ska.

- Bil­ly Ray Cobb - powtórzył głośno. - A o co cho­dziło?

- O nar­ko­ty­ki - od­rzekł Pra­ther. - Czte­ry lata temu przyłapa­li gościa, jak je sprze­da­wał. Od­sie­dział kil­ka lat w Parch­man i wy­szedł na wol­ność rok temu.

Wte­dy so­bie przy­po­mniał.

- Nie, nie re­pre­zen­to­wałem Cob­ba. Myślę, że miał praw­ni­ka z Mem­phis.

Za­spo­ko­iw­szy cie­ka­wość, Pra­ther wrócił do swo­ich naleśników. Jake cze­kał.

W końcu za­py­tał.

- Dla­cze­go spy­tałeś? Co zro­bił tym ra­zem?

- Wczo­raj­szej nocy zgarnęli go za gwałt.

- Gwałt?!

- Taak, jego i Pete'a Wil­lar­da.

- Kogo zgwałcili?

- Pamiętasz tego czar­ne­go Ha­ileya, którego wy­bro­niłeś w pro­ce­sie o zabójstwo kil­ka lat temu?

- Le­ste­ra Ha­ileya? Ja­sne, że pamiętam.

- Znasz jego bra­ta, Car­la Lee?

- Oczy­wiście. Znam wszyst­kich Ha­ileyów. Re­pre­zen­tuję większość z nich.

- Zgwałcili jego małą.

- Żar­tu­jesz?

- Nie.

- Ile ona ma lat?

- Dzie­sięć.

Jake stra­cił ape­tyt, choć at­mos­fe­ra w ka­wiar­ni powróciła do nor­my. Pa­trzył na kawę i słuchał roz­mo­wy, która prze­ska­ki­wała od łowie­nia ryb do japońskich sa­mo­chodów, by po­no­wie wrócić do wędkar­stwa. Kie­dy bra­cia West wy­szli, wśli­zgnął się do bok­su i przy­siadł do funk­cjo­na­riu­szy z biu­ra sze­ry­fa.

- Jak się czu­je? - spy­tał.

- Kto?

- Dziew­czyn­ka Ha­ileyów.

- Kiep­sko - od­parł Pra­ther. - Jest w szpi­ta­lu.

- Co się stało?

- Nie wie­my wszyst­kie­go. Nie mogła mówić. Mama wysłała ją do skle­pu. Miesz­kająprzy Craft Road, za skle­pem spożyw­czym Ba­te­sa.

- Wiem.

- Ja­kimś spo­so­bem wciągnęli ją do pick-upa Cob­ba i za­wieźli do lasu, a później zgwałcili.

- Obaj?

- Taak, po kil­ka razy. Później ją sko­pa­li i po­tur­bo­wa­li. Była tak po­bi­ta, że niektórzy krew­ni jej nie roz­po­zna­li.

Jake pokręcił głową.

- To cho­re.

- Pew­nie. Naj­gor­szy przy­pa­dek, jaki zna­my. Próbo­wa­li ją zabić. A po­tem zo­sta­wi­li w le­sie, żeby umarła.

- Kto ją zna­lazł?

- Kil­ku czar­nych łowiących w stru­mie­niu Fog­gy. Za­uważyli ją na środ­ku dro­gi. Miała ręce związane na ple­cach. Była przy­tom­na. Po­wie­działa, kto je­stjej tatą, więc za­bra­li jądo domu.

- Skąd wiesz, że to Bil­ly Ray Cobb?

- Po­wie­działa ma­mie, że wciągnęli ją do żółtego pick-upa z flagą kon­fe­de­ratów w tyl­nym oknie. Oz­zie nie po­trze­bo­wał ni­cze­go więcej. Wy­kom­bi­no­wał to, kie­dy mała tra­fiła do szpi­ta­la.

Pra­ther pil­no­wał się, żeby nie po­wie­dzieć za dużo. Lubił Jake'a, ale fa­cet był praw­ni­kiem i pro­wa­dził wie­le spraw kar­nych.

- Co za je­den, ten Pete Wil­lard?

- Kum­pel Cob­ba.

- Gdzie ich zgarnęli?

- W knaj­pie Hu­eya.

- Wszyst­ko pa­su­je. - Jake wypił łyk kawy i pomyślał o Han­nie.

- To cho­re, cho­re, cho­re... - mam­ro­tał do sie­bie Lo­oney.

- Jak się czu­je Carl Lee?

Pra­ther otarł sy­rop z wąsów.

- Nie znam fa­ce­ta, ale nig­dy nie słyszałem o nim złego słowa. Nadal są w szpi­ta­lu. Myślę, że Oz­zie spędził z nimi noc. Do­brze ich zna. On zna wszyst­kich. Ha­stings jest spo­krew­nio­ny z tą dziew­czynką.

- Kie­dy będzie przesłucha­nie wstępne?

- Bul­lard wy­zna­czył je na dziś, na trzy­nastą. Mam rację, Lo­oney?

Lo­oney skinął głową.

- Wy­zna­czo­no kaucję?

- Jesz­cze nie. Bul­lard za­cze­ka z tym do przesłucha­nia wstępne­go. Jeśli mała umrze, zo­staną oskarżeni o zabójstwo. Gro­zi za to kara śmier­ci, praw­da?

Jake przy­taknął.

- Nie można wy­zna­czyć kau­cji w spra­wie o zabójstwo za­grożone karą śmier­ci, praw­da Jake? - spy­tał Lo­oney.

- Można, ale nig­dy o czymś ta­kim nie słyszałem. Wiem, że Bul­lard się nie zgo­dzi, a na­wet gdy­by to zro­bił, Cob­ba i Wil­lar­da nie byłoby stać na zapłace­nie.

- Ile mogą do­stać, jeśli dziew­czyn­ka nie umrze? - spy­tał Nes­bit, trze­ci funk­cjo­na­riusz z biu­ra sze­ry­fa.

Inni słucha­li wyjaśnień Jake'a.

- Za gwałt dają dożywo­cie. Pew­nie zo­staną oskarżeni także o po­rwa­nie i czynną napaść.

- Już to zro­bio­no.

- W ta­kim ra­zie mogą do­stać dwa­dzieścia lat za po­rwa­nie i dwa­dzieścia za czynną napaść.

- Taak, a ile z tego od­siedzą? - za­py­tał Lo­oney.

Jake pomyślał chwilę.

- Po trzy­na­stu la­tach mogą zo­stać zwol­nie­ni wa­run­ko­wo. Po sied­miu za gwałt, trzech za po­rwa­nie i trzech za czynną napaść. Zakładając, że zo­staną ska­za­ni za wszyst­kie za­rzu­ca­ne czy­ny i otrzy­mają mak­sy­mal­ny wy­miar kary.

- Co z Cob­bem? Fa­cet już sie­dział.

- Taak, ale nie jest re­cy­dy­wistą, jeśli nie zo­stał wcześniej dwu­krot­nie ska­za­ny.

- Trzy­naście lat - powtórzył Lo­oney, ki­wając głową. Jake wyj­rzał przez okno. Plac bu­dził się do życia. Pick-upy z owo­ca­mi i wa­rzy­wa­mi par­ko­wały wzdłuż chod­ni­ka, wokół traw­ni­ka przed sądem. Sta­rzy far­me­rzy w wypłowiałych kom­bi­ne­zo­nach sta­ran­nie rozkłada­li małe ko­sze z po­mi­do­ra­mi, ogórka­mi i ka­bacz­ka­mi na tyl­nych kla­pach i ma­skach pick-upów.

Kie­dy ar­bu­zy z Flo­ry­dy położono obok za­ku­rzo­nych, zdar­tych opon, far­me­rzy uda­li się na po­ran­ne spo­tka­nie pod po­mni­kiem bo­ha­terów woj­ny w Wiet­na­mie. Przy­sia­da­li na gałęziach, żując ta­bakę Red Man i stru­gając pa­ty­ki, a jed­no­cześnie plot­kując o ostat­nich wy­da­rze­niach. Jake pomyślał, że pew­nie ga­dają o gwałcie. Zro­biło się ja­sno, pora była iść do biu­ra. Lu­dzie sze­ry­fa skończy­li śnia­da­nie i Jake się pożegnał. Przy­tu­lił Dell, zapłacił ra­chu­nek i przez chwilę myślał o tym, żeby po­je­chać do domu i spraw­dzić, jak się mie­wa Han­na.

Trzy mi­nu­ty przed siódmą otwo­rzył swo­je biu­ro i włączył światło.

- - -

Carl Lee nie mógł zasnąć na ka­na­pie w po­cze­kal­ni. To­nya była w poważnym, ale sta­bil­nym sta­nie. Zo­ba­czy­li ją o północy, le­karz ostrzegł ich, że dziec­ko kiep­sko wygląda. Miał rację. Gwen pocałowała małą za­ban­dażowaną twa­rzyczkę, a Carl Lee stał w no­gach łóżka, po­kor­ny, nie­ru­cho­my, nie­zdol­ny zro­bić nic więcej, jak tyl­ko pa­trzeć oczy­ma bez wy­ra­zu na kruchą po­stać oto­czoną przyrządami me­dycz­ny­mi, rur­ka­mi i gro­madą pielęgnia­rek. Później Gwen do­stała śro­dek uspo­ka­jający i zo­stała od­wie­zio­na do domu swo­jej mat­ki w Clan­ton, chłopcy zaś po­szli do bra­ta Gwen.

Około pierw­szej lu­dzie się ro­ze­szli, zo­sta­wiając Car­la Lee na ka­na­pie. O dru­giej Oz­zie przy­niósł kawę i pączki i opo­wie­dział Ha­iley­owi wszyst­ko, co wie­dział o Cob­bie i Wil­lar­dzie.

- - -

Jake miał kan­ce­la­rię po północ­nej stro­nie pla­cu w rzędzie dwu­piętro­wych domów z okna­mi wy­chodzącymi na gmach sądu. Bu­dy­nek zo­stał wznie­sio­ny przez ro­dzinę Wil­banksów w la­tach dzie­więćdzie­siątych XIX wie­ku, kie­dy byli oni właści­cie­la­mi nie­mal wszyst­kie­go w okręgu Ford. Wil­banksowie pro­wa­dzi­li prak­tykę prawną od dnia, gdy sąd zo­stał wy­bu­do­wa­ny, do 1979 roku, kie­dy Lu­cie­na Wil­banksa po­zba­wio­no upraw­nień ad­wo­kac­kich. W domu obok pra­co­wał agent ubez­pie­cze­nio­wy, którego Jake po­zwał za na­ru­sze­nie praw Tima Nun­leya, me­cha­ni­ka z sa­lo­nu Che­vro­le­ta. Po stro­nie za­chod­niej znaj­do­wał się bank, w którym miał kre­dyt na sa­aba. Oprócz banków wszyst­kie bu­dyn­ki stojące przy pla­cu miały dwa piętra. Dom obok także zbu­do­wa­li Wil­banksowie. Jak pozo­stałe miał dwa piętra. Tyl­ko ten w południo­wo-wschod­nim narożniku wzno­sił się na wy­so­kość trzech pięter, naj­now­szy zaś, w południo­wo-za­chod­nim rogu, miał czte­ry.

Jake prak­ty­ko­wał sam od 1979 roku, kie­dy Wil­banks stra­cił upraw­nie­nia ad­wo­kac­kie. Lubił ten styl pra­cy, a prócz tego w Clan­ton nie było in­ne­go praw­ni­ka, który byłby na tyle kom­pe­tent­ny, żeby prak­ty­ko­wać ra­zem z nim. W mieście miesz­kało kil­ku do­brych praw­ników, ale większość pra­co­wała dla fir­my Sul­li­van, mieszczącej się w czte­ro­piętro­wym bu­dyn­ku należącym do ban­ku. Jake nie cier­piał kan­ce­la­rii Sul­li­vana. Wszy­scy praw­ni­cy jej nie zno­si­li, oprócz tych, którzy zna­leźli w niej za­trud­nie­nie. W su­mie było ich ośmiu - w tym dwóch po Ha­rvar­dzie. Ośmiu naj­bar­dziej nadętych i aro­ganc­kich cym­bałów, ja­kich Jake spo­tkał w życiu. Re­pre­zen­to­wa­li zamożnych far­merów, ban­ki, fir­my ubez­pie­cze­nio­we, spółki ko­le­jo­we, wszyst­kich, którzy mie­li forsę. Czter­na­stu po­zo­stałych praw­ników w okręgu zbie­rało okru­chy i re­pre­zen­to­wało lu­dzi - żywe, od­dy­chające ludz­kie isto­ty, z których większość nie śmier­działa gro­szem. Byli "praw­ni­kami uli­cy" - żołnie­rza­mi w oko­pach po­ma­gającymi ro­da­kom, którzy zna­leźli się w opałach. Jake czuł się dum­ny z tego, że jest "praw­nikiem uli­cy".

Jego biu­ro było ogrom­ne. Wy­ko­rzy­sty­wał je­dy­nie pięć z dzie­sięciu po­miesz­czeń w bu­dyn­ku. Na dole mieściła się re­cep­cja, duża sala kon­fe­ren­cyj­na, kuch­nia, mniej­szy składzik i ru­pie­ciar­nia. Na górze Jake miał swój prze­stron­ny ga­bi­net i mniej­sze po­miesz­czenie biu­rowe, które na­zy­wał po­ko­jem wo­jen­nym. Nie było w nim okien, te­le­fonów ani żad­nych rze­czy roz­pra­szających uwagę. Trzy po­miesz­czenia na górze i dwa na dole stały pu­ste. Kie­dyś zaj­mo­wała je pre­stiżowa fir­ma Wil­banksów, na długo za­nim stra­ci­li upraw­nie­nia. Ogrom­ny ga­bi­net Jake'a miał dzie­więć na dzie­więć metrów, trzy me­try wy­so­kości i su­fit wyłożony twar­dym drew­nem. Do tego drew­nia­na podłoga, ogrom­ny ko­mi­nek i trzy biur­ka - jego własne, małe biur­ko kon­fe­ren­cyj­ne stało w jed­nym rogu, a se­kre­ta­rzyk z żalu­zjo­wym za­mknięciem w dru­gim, pod por­tre­tem Wil­lia­ma Faulk­ne­ra. Sta­re dębowe me­ble stały tam nie­mal od stu lat, po­dob­nie jak książki i półki zaj­mujące jedną ścianę. Wi­dok na plac i gmach sądu był do­praw­dy im­po­nujący, a można go było do­dat­ko­wo po­pra­wić, otwie­rając drzwi i wy­chodząc na mały bal­kon nad chod­ni­kiem biegnącym wzdłuż Wa­shing­ton Stre­et. Nie było wątpli­wości, że Jake miał naj­oka­zalszą kan­ce­la­rię w całym Clan­ton. Na­wet jego zażarci wro­go­wie z fir­my Sul­li­va­na go­to­wi by­li­by to przy­znać.

Mimo całej oka­załości i zaj­mo­wa­nej po­wierzch­ni Jake płacił za­le­d­wie czte­ry­sta do­larów mie­sięcznie właści­cie­lo­wi i po­przed­nie­mu sze­fo­wi, Lu­cie­no­wi Wil­bank­so­wi, który stra­cił upraw­nie­nia ad­wo­kac­kie w 1979 roku.

Przez całe de­ka­dy ro­dzi­na Wil­banksów rządziła okręgiem Ford. Byli dum­ni i zamożni, od­gry­wa­li czołową rolę w wie­lu dzie­dzi­nach, na przykład rol­nic­twie, ban­ko­wości, po­li­ty­ce, a szczególnie w pra­wie. Wszy­scy mężczyźni z ro­dzi­ny byli praw­ni­ka­mi wy­kształco­ny­mi na uczel­niach Ivy Le­ague. Zakłada­li ban­ki, kościoły, szkoły, a kil­ku spra­wo­wało na­wet urzędy pu­blicz­ne. Przez wie­le lat kan­ce­la­ria Wil­banks & Wil­banks była naj­potężniejszą i naj­bar­dziej pre­stiżową na północ od rze­ki Mis­si­si­pi.

Aż po­ja­wił się Lu­cien. Był je­dy­nym męskim po­tom­kiem w ostat­nim po­ko­le­niu Wil­banksów. Miał siostrę i kil­ka sio­strze­nic, ale od nich ocze­ki­wa­no je­dy­nie tego, aby do­brze wyszły za mąż. Znacz­nie większe na­dzie­je wiązano z Lu­cienem, jed­nak już gdy był w trze­ciej kla­sie, stało się ja­sne, że ostat­ni z Wil­banksów jest inny. Odzie­dzi­czył kan­ce­la­rię prawną w 1965 roku, kie­dy jego oj­ciec i wuj zginęli w ka­ta­stro­fie lot­ni­czej. Cho­ciaż miał już wówczas czter­dzieści lat, do­pie­ro nie­daw­no, kil­ka mie­sięcy przed ich śmier­cią, ukończył ko­re­spon­den­cyj­ne stu­dia praw­ni­cze. Ja­kimś cu­dem udało mu się zdać eg­za­min ad­wo­kac­ki. Kie­dy przejął kon­trolę nad firmą, klien­ci zaczęli od­cho­dzić. Duzi klien­ci - fir­my ubez­pie­cze­nio­we, ban­ki i bo­ga­ci far­me­rzy - prze­szli do nowo po­wstałej kan­ce­la­rii Sul­li­va­na. Sul­li­van był młod­szym wspólni­kiem w fir­mie Wil­banksów, ale Lu­cien go wylał i wy­eks­mi­to­wał. Fa­cet od­szedł, za­bie­rając ze sobą młod­szych wspólników i większość klientów. Wte­dy Lu­cien zwol­nił po­zo­stałych - współpra­cow­ników, se­kre­tar­ki i apli­kantów - wszyst­kich oprócz Ethel Twit­ty, ulu­bio­nej se­kre­tar­ki swo­je­go zmarłego ojca.

Ethel Twit­ty i John Wil­banks po­zo­sta­wa­li wie­le lat w bar­dzo zażyłych sto­sun­kach. Ethel miała także syna, który bar­dzo przy­po­mi­nał Lu­cie­na. Bie­dak spędził większość życia w zakładach psy­chia­trycz­nych, a Lu­cien określał go żar­to­bli­wie mia­nem swo­je­go opóźnio­ne­go w roz­wo­ju bra­ta. Po ka­ta­stro­fie sa­mo­lo­tu opóźnio­ny w roz­wo­ju brat zja­wił się w Clan­ton i zaczął rozgłaszać wszem wo­bec, że jest nieślub­nym sy­nem Joh­na Wil­banksa. Ethel czuła się upo­ko­rzo­na, ale nie miała na nie­go żad­ne­go wpływu. W Clan­ton ki­piało od skan­da­lu. Kan­ce­la­ria Sul­li­va­na wystąpiła w roli przed­sta­wi­cie­la opóźnio­ne­go w roz­wo­ju bra­ta, do­ma­gając się części ro­dzin­ne­go majątku. Lu­cien wpadł w furię. Doszło do pro­ce­su, pod­czas którego Lu­cien ener­gicz­nie bro­nił swo­jej czci oraz dumy i do­bre­go imie­nia ro­dzi­ny. Równie ener­gicz­nie występował w obro­nie oj­cow­skie­go majątku, który odzie­dzi­czył ra­zem z siostrą. Pod­czas roz­pra­wy sąd zwrócił uwagę na zdu­mie­wające po­do­bieństwo Lu­cie­na i syna Ethel, który był od nie­go kil­ka lat młod­szy. "Opóźnio­ne­go bra­ta" stra­te­gicz­nie usa­dzo­no tak bli­sko Lu­cie­na, jak to było możliwe. Praw­ni­cy Sul­li­va­na ka­za­li mu cho­dzić, mówić, sie­dzieć i robić wszyst­ko tak, jak Lu­cien.

Na­wet ubra­li go jak Lu­cie­na. Ethel i jej mąż za­prze­czy­li, aby chłopak był spo­krew­nio­ny z Wil­bank­sa­mi, jed­nak sąd był in­ne­go zda­nia. Uzna­no go za dzie­dzi­ca Joh­na Wil­bank­sa i na­gro­dzo­no jedną trze­cią jego majątku. Lu­cien rzu­cił prze­kleństwo pod ad­re­sem sądu i zdzie­lił bied­ne­go chłopa­ka. Kie­dy zaczął krzy­czeć, wy­wle­czo­no go z sali roz­praw i za­bra­no do więzie­nia. De­cy­zja sądu zo­stała cof­nięta i od­da­lo­na po wnie­sie­niu ape­la­cji, ale Lu­cien zaczął się oba­wiać, że Ethel może zmie­nić swoją opo­wieść. Dla­te­go Ethel Twit­ty pozo­stała w kan­ce­la­rii Wil­banksów.

Lu­cien był rad, kie­dy fir­ma zo­stała roz­wiązana. Nie miał za­mia­ru prak­ty­ko­wać pra­wa, jak jego przod­ko­wie. Chciał być praw­ni­kiem występującym w spra­wach kar­nych, a klien­te­la sta­rej fir­my była wyłącznie kor­po­ra­cyj­na. Ma­rzył o tym, żeby zaj­mo­wać się gwałtami, mor­der­stwa­mi i przy­pad­ka­mi mo­le­sto­wa­nia dzie­ci - odrażającymi spra­wami, których nie chciał wziąć nikt inny. Chciał być praw­ni­kiem spe­cja­li­zującym się w pra­wach oby­wa­tel­skich i cy­wil­nych pra­wach pro­ce­so­wych. Jed­nak przede wszyst­kim pragnął być ra­dy­kal­nym, płomien­nie ra­dy­kal­nym praw­ni­kiem od nie­po­pu­lar­nych spraw i pre­ce­densów, i zwra­cać na sie­bie dużo uwa­gi.

Zapuścił brodę, roz­wiódł się z żoną, od­szedł z Kościoła i sprze­dał swo­je udziały w eks­klu­zyw­nym ośrod­ku re­kre­acyj­no-spor­to­wym za mia­stem. Wstąpił do NA­ACP1 i ACLU2, od­szedł z rady nad­zor­czej ban­ku i stał się istną plagą Clan­ton. Po­zy­wał szkoły z po­wo­du se­gre­ga­cji ra­so­wej; gu­ber­na­to­ra z po­wo­du więzie­nia; mia­sto, bo nie chciało wy­bru­ko­wać ulic w dziel­ni­cach za­miesz­ka­nych przez czar­nych; bank, bo nie było w nim czar­noskórych ka­sjerów, oraz państwo za sto­so­wa­nie kary śmier­ci. Pisał też po­zwy prze­ciw­ko fa­bry­kom, które nie uzna­wały or­ga­ni­za­cji związko­wych. Występował i wy­grał wie­le spraw kar­nych, i to nie tyl­ko w okręgu Ford. Stał się sławny i zy­skał wie­lu zwo­len­ników wśród czar­nych, białej bie­do­ty i członków kil­ku związków za­wo­do­wych w północ­nej części sta­nu Mis­si­si­pi. Zaj­mo­wał się też kil­ko­ma lu­kra­tyw­ny­mi przy­pad­ka­mi na­ru­sze­nia dóbr oso­bi­stych i niesłusznie wy­da­ny­mi wy­ro­ka­mi śmier­ci. Kil­ka razy udało mu się uzy­skać przy­zwo­ite od­szko­do­wa­nie. Fir­ma, on i Ethel pro­spe­ro­wa­li le­piej niż kie­dy­kol­wiek. Lu­cien nie po­trze­bo­wał pie­niędzy. Uro­dził się jako człowiek bo­ga­ty i nig­dy nie myślał o for­sie. To Ethel zaj­mo­wała się księgowością.

Pra­wo było jego życiem. Nie mając ro­dzi­ny, stał się pra­co­ho­li­kiem. Pra­co­wał po piętnaście go­dzin dzien­nie, sie­dem dni w ty­go­dniu. Pro­wa­dził prak­tykę z ogromną pasją. Nie miał in­nych za­in­te­re­so­wań z wyjątkiem al­ko­ho­lu. Pod ko­niec lat sześćdzie­siątych zapałał wielką sym­pa­tią do jac­ka da­niel­sa. Na początku lat sie­demdzie­siątych był już pi­ja­kiem, a kie­dy za­trud­nił Jake'a w 1978 - całko­wi­cie uza­leżnio­nym al­ko­ho­li­kiem. Mimo to nig­dy nie po­zwo­lił, żeby go­rzała prze­szka­dzała mu w pra­cy. Na­uczył się jed­no­cześnie pić i pra­co­wać. Lu­cien był za­wsze wsta­wio­ny, a w tym sta­nie sta­wał się nie­bez­piecz­nym praw­ni­kiem. Odważny i szorst­ki z na­tu­ry, kie­dy się upił, był na­prawdę prze­rażający. Pod­czas pro­ce­su onieśmie­lał prze­ciw­ników, znie­ważał sędzie­go, znęcał się nad świad­ka­mi, a później prze­pra­szał ławę przy­sięgłych. Nie miał sza­cun­ku dla ni­ko­go i nie dawał się za­stra­szyć. Lu­dzie się go bali, bo mógł po­wie­dzieć i zro­bić dosłownie wszyst­ko. Wszy­scy cho­dzi­li wokół nie­go na pa­lusz­kach. Wie­dział o tym i to uwiel­biał. Sta­wał się co­raz bar­dziej eks­cen­trycz­ny. Im więcej pił i wa­rio­wał, tym więcej lu­dzie o nim ga­da­li, dla­te­go pił jesz­cze bar­dziej.

W okre­sie od 1966 do 1978 roku Lu­cien za­trud­nił i zwol­nił je­de­na­stu współpra­cow­ników. Brał do fir­my czar­nych, Żydów, La­ty­nosów i ko­bie­ty, ale nikt nie wy­trzy­my­wał tem­pa, które na­rzu­cał. W biu­rze był ty­ra­nem, sta­le prze­kli­nającym i poniżającym młodych praw­ników. Niektórzy ode­szli po mie­siącu.

Je­den wy­trwał dwa lata. Naj­trud­niej było za­ak­cep­to­wać jego wa­riac­kie za­cho­wa­nie. Fa­cet miał pie­niądze i było go stać na eks­cen­trycz­ność, a wspólni­cy ich nie po­sia­da­li.

Jake przy­szedł do nie­go za­raz po stu­diach, w roku 1978. Po­cho­dził z Ka­ra­way, małego mia­stecz­ka od­da­lo­ne­go po­nad czte­ry­sta ki­lo­metrów od Clan­ton. Miał schlud­ny wygląd i kon­ser­wa­tyw­ne poglądy, był re­li­gij­nym pre­zbi­te­ria­ni­nem z ładną żoną, która chciała mieć dzie­ci. Lu­cien za­trud­nił go, żeby spraw­dzić, czy zdoła go sko­rum­po­wać. Jake przyjął ro­botę z dużym wa­ha­niem, bo nie miał in­nych pro­po­zy­cji bliżej domu.

Rok później Lu­cien zo­stał wy­klu­czo­ny z pa­le­stry. Dla nie­licz­nych, którzy go lu­bi­li, było to praw­dziwą tra­ge­dią. Mały związek za­wo­do­wy z fa­bry­ki butów w północ­nej części mia­sta ogłosił strajk. Ten sam, który zo­stał założony przez Lu­ciena i był przez nie­go re­pre­zen­to­wa­ny. Kie­dy fir­ma zaczęła za­trud­niać no­wych ro­bot­ników, żeby zastąpić straj­kujących, doszło do ręko­czynów. Lu­cien po­ja­wił się w kor­do­nie związkowców pi­kie­tujących fa­brykę, aby zmo­bi­li­zo­wać lu­dzi. Był bar­dziej pi­ja­ny niż zwy­kle. Kie­dy grup­ka łami­strajków próbowała prze­kro­czyć linię pi­kie­tujących, doszło do bi­ja­ty­ki. Lu­cien po­pro­wa­dził atak, po którym zo­stał za­trzy­ma­ny i tra­fił do aresz­tu. Sąd w Clan­ton ska­zał go za napaść, na­ru­sze­nie nie­ty­kal­ności oso­bi­stej i zakłóca­nie porządku pu­blicz­ne­go. Lu­cien dwu­krot­nie zgłosił ape­lację i prze­grał.

Po la­tach Okręgowa Rada Ad­wo­kac­ka miała dość jego wy­bryków. Na żad­ne­go ad­wo­ka­ta w sta­nie nie było tyle skarg, co na Lu­cie­na Wil­bank­sa. Otrzy­mał pry­watną i pu­bliczną na­ganę, był za­wie­szo­ny w pra­wach, ale wszyst­ko na próżno. Sąd koleżeński i ko­mi­tet dys­cy­pli­nar­ny podjęły ener­gicz­ne działania. Lu­cien zo­stał za­wie­szo­ny w pra­wach wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du i wy­klu­czo­ny z pa­le­stry za skan­da­licz­ne za­cho­wa­nie. Tu także dwu­krot­nie zgłosił ape­lację i prze­grał.

Był zdru­zgo­ta­ny. Kie­dy z Jack­son na­deszła wia­do­mość, że Sąd Naj­wyższy pod­trzy­mał de­cyzję Rady, Jake znaj­do­wał się z Lu­cie­nem w wiel­kim ga­bi­ne­cie na górze. Lu­cien odłożył słuchawkę i pod­szedł do drzwi bal­ko­no­wych, z których roz­ciągał się wi­dok na plac. Jake uważnie go ob­ser­wo­wał, cze­kając na kąśliwą ty­radę, ale Wil­banks nie po­wie­dział ani słowa. Zszedł wol­no po scho­dach, za­trzy­mał się na dole, spoj­rzał na płaczącą Ethel, a następnie pod­niósł wzrok na Jake'a.

- Za­troszcz się o to miej­sce. Zo­ba­czy­my się później.

Pod­bie­gli do okna i pa­trzy­li, jak odjeżdża swo­im sfa­ty­go­wa­nym sta­rym po­rsche. Przez kil­ka mie­sięcy nie dał zna­ku życia. Jake zaj­mo­wał się pil­nie spra­wa­mi Lu­cie­na, a Ethel pil­no­wała, żeby kan­ce­la­ria nie pogrążyła się w cha­osie. Kil­ka spraw udało się załatwić po­lu­bow­nie, kil­ka powędro­wało do in­nych praw­ników, a niektóre tra­fiły na wo­kandę.

Kie­dy pół roku później Jake wrócił do biu­ra po długim dniu w sądzie, za­stał Lu­cie­na śpiącego na per­skim dy­wa­nie w swo­im dużym ga­bi­ne­cie.

- Lu­cien! Do­brze się czu­jesz? - za­py­tał.

Lu­cien ze­rwał się z podłogi i usiadł w wiel­kim skórza­nym fo­te­lu za biur­kiem.

- Wi­taj, Jake! Jak się mie­wasz, chłopcze? - spy­tał ser­decz­nie.

- W porządku, zwy­czaj­nie w porządku. Gdzie byłeś?

- Na Kaj­ma­nach.

- Co robiłeś?

- Piłem rum, wy­le­gi­wałem się na plaży i uga­niałem za miej­sco­wy­mi dziew­czy­na­mi.

- Brzmi całkiem nieźle. Cze­mu wróciłeś?

- Zaczęło mnie to wszyst­ko nu­dzić.

Jake usiadł na biur­ku.

- Cieszę się, że cię widzę, Lu­cie­nie.

- Ja też je­stem rad, Jake. Co słychać w fir­mie?

- Mamy urwa­nie głowy, ale jest w porządku, jak sądzę.

- Do­pro­wa­dziłeś do ugo­dy z Me­dley­em?

- Taak. Zapłaci­li osiem­dzie­siąt tysięcy.

- Do­sko­na­le. Był za­do­wo­lo­ny?

- Tak, od­niosłem ta­kie wrażenie.

- A Cru­ger? Po­szedł do sądu?

Jake spoj­rzał w podłogę.

- Nie, za­trud­nił Fre­dri­xa. Myślę, że w przyszłym mie­siącu spra­wa tra­fi na wo­kandę.

- Po­wi­nie­nem był z nim po­ga­dać przed wy­jaz­dem.

- Jest win­ny, praw­da?

- Jak cho­le­ra. Nie ma zna­cze­nia, kto go re­pre­zen­tu­je. Większość oskarżonych jest win­na. Za­pa­miętaj to so­bie. - Lu­cien pod­szedł do bal­ko­no­wych drzwi i spoj­rzał na bu­dy­nek sądu. - Ja­kie masz pla­ny, Jake?

- Chciałbym tu zo­stać. A ty, co pla­nu­jesz?

- Porządny z cie­bie fa­cet, Jake. Chcę, żebyś zo­stał. Jeśli o mnie cho­dzi, nie mam pojęcia. Myślałem o tym, żeby się prze­pro­wa­dzić na Ka­ra­iby, jed­nak tego nie zro­bię. Miło wpaść tam na chwilę, ale to miej­sce się ze­sta­rzało. Szcze­rze mówiąc, nie mam żad­nych planów. Może będę podróżował po świe­cie. Wy­dam trochę for­sy. Mam kupę szma­lu, wiesz?

Jake przy­taknął. Lu­cien odwrócił się i wska­zał ręką ga­bi­net.

- Chcę, żebyś miał to wszyst­ko, Jake. Chcę, abyś zo­stał i stwa­rzał po­zo­ry, że fir­ma nadal funk­cjo­nu­je. Prze­nieś się do tego ga­bi­ne­tu. Używaj biur­ka, które mój dzia­dek przy­wiózł z Wir­gi­nii po woj­nie se­ce­syj­nej. Za­trzy­maj do­ku­men­ty, spra­wy, klientów, książki. Wszyst­ko.

- Je­steś bar­dzo szczo­dry, Lu­cie­nie.

- Większość klientów odej­dzie. To nie two­ja wina... pew­ne­go dnia będziesz świet­nym praw­ni­kiem, ale większość mo­ich klientów jest ze mną od lat...

Jake nie chciał większości jego klien­te­li.

- A czynsz?

- Płać mi tyle, ile będziesz mógł. Początko­wo będziesz miał mało for­sy, ale dasz so­bie radę. W prze­ci­wieństwie do cie­bie nie po­trze­buję pie­niędzy.

- To bar­dzo uprzej­mie z two­jej stro­ny.

- A wi­dzisz? Je­stem na­prawdę miłym fa­ce­tem.

Obaj roześmia­li się niezręcznie. Jake za­milkł pierw­szy.

- Co z Ethel?

- Sam zde­cy­duj. Ethel to do­bra se­kre­tar­ka. Za­po­mniała więcej prze­pisów, niż ty kie­dy­kol­wiek się na­uczysz. Wiem, że jej nie lu­bisz, ale trud­no będzie ją zastąpić. Jeśli chcesz, możesz ją zwol­nić. Wszyst­ko mi jed­no.

Po tych słowach Lu­cien ru­szył do drzwi.

- Za­dzwoń, jeśli będziesz mnie po­trze­bo­wał. Będę w po­bliżu. Chcę, żebyś się wpro­wa­dził do ga­bi­ne­tu. Należał do mo­je­go ojca i dziad­ka. Za­pa­kuj moje gra­ty do paru pudeł. Później po nie przy­jadę.

- - -

Cobb i Wil­lard obu­dzi­li się z bolącymi łbami i spuch­niętymi oczy­ma. Oz­zie darł się na nich. Byli sami w małej celi. Przez kra­ty po pra­wej widać było celę, w której trzy­ma­no więźniów sta­no­wych cze­kających na podróż do Parch­man. Kil­ku­na­stu czar­nych trzy­mało za kra­ty i gapiło gniew­nie na dwóch białasów, którzy prze­cie­ra­li oczy. Z le­wej była mniej­sza cela, także pełna czar­nuchów. "Obudźcie się - zawołał Oz­zie - i za­mknij­cie gęby, bo prze­niosę was do celi dla Mu­rzynów!".

- - -

Jake miał spokój od siódmej do ósmej trzy­dzieści, kie­dy przy­jeżdżała Ethel. Za­zdrośnie strzegł swo­je­go cza­su. Za­my­kał fron­to­we drzwi, nie od­bie­rał te­le­fonów i nie przyj­mo­wał wi­zyt. Skru­pu­lat­nie pla­no­wał dzień. O ósmej trzy­dzieści miał już tyle no­ta­tek do po­dyk­to­wa­nia, żeby Ethel była zajęta i sie­działa ci­cho do południa. O dzie­wiątej był w sądzie lub spo­ty­kał się z klien­ta­mi. Nie przyj­mo­wał wi­zyt przed je­de­nastą, me­to­dycz­nie od­po­wia­dając na po­ran­ne wia­do­mości. Co do jed­nej. Nig­dy nie odkładał roz­mo­wy te­le­fonicznej. Była to ko­lej­na z jego za­sad.

Jake pra­co­wał sys­te­ma­tycz­nie i sku­tecz­nie, sta­rając się nie mar­no­wać cza­su. Trze­ba dodać, że nie na­uczył się tego od Lu­cie­na.

O ósmej Ethel zaczęła hałaso­wać na dole. Za­pa­rzyła kawę i otwo­rzyła li­sty, jak zwy­kle od czter­dzie­stu je­den lat. Sama miała sześćdzie­siąt czte­ry lata, ale wyglądała na pięćdzie­siąt. Była pulch­na, ale nie otyła. Za­dba­na, ale nie atrak­cyj­na. Jadła przy­nie­sioną z domu bułkę z tłustą kiełbasą i czy­tała pocztę Jake'a.

Usłyszał ja­kieś głosy. Ethel roz­ma­wiała z inną ko­bietą. Zaj­rzał do no­te­su z umówio­ny­mi spo­tka­nia­mi. Nie miał w ter­mi­na­rzu ni­cze­go przed dzie­siątą.

- Dzień do­bry, pa­nie Bri­gan­ce - zgłosiła się przez in­ter­kom Ethel.

- Wi­taj, Ethel.

Se­kre­tar­ka wolała, żeby zwra­cał się do niej "pani Twit­ty". Lu­cien i inni tak ją na­zy­wa­li, ale Jake mówił do niej "Ethel" od cza­su, kie­dy zwol­nił ją na krótko po wy­klu­cze­niu Lu­ciena z pa­le­stry.

- Jakaś pani chciałaby się z pa­nem wi­dzieć.

- Nie była umówio­na.

- Wiem, proszę pana.

- Umów ją na ju­tro, po dzie­siątej trzy­dzieści. Je­stem zajęty.

- Wiem, proszę pana, ale ona mówi, że to pil­na spra­wa.

- Któż to taki?! - prychnął.

Ci, którzy nie byli umówie­ni, za­wsze twier­dzi­li, że mają pilną sprawę, jak­by wpa­dli do domu po­grze­bo­we­go lub sa­mo­obsługo­wej pral­ni. Pew­nie miała ja­kieś pil­ne py­ta­nie do­tyczące te­sta­men­tu wuja Luke'a lub spra­wy, która miała tra­fić na wo­kandę za trzy mie­siące.

- Pani Wil­lard - od­rzekła Ethel.

- Jak ma na imię?

- Ear­ne­sti­ne. Ear­ne­sti­ne Wil­lard. Wiem, że pan jej nie zna. Syn pani Wil­lard zo­stał aresz­to­wa­ny.

Jake nig­dy się nie spóźnił na umówio­ne spo­tka­nie, ale z nie­za­po­wie­dzia­ny­mi wi­zy­ta­mi była inna spra­wa. Ethel spławiała natrętów lub uma­wiała spo­tka­nie na następny dzień. Pan Bri­gan­ce jest bar­dzo zajęty, tłuma­czyła, ale może się z pa­nem spo­tkać po­ju­trze. Lu­dzie byli pod wrażeniem.

- Po­wiedz jej, że nie je­stem za­in­te­re­so­wa­ny.

- Mówi, że musi zna­leźć praw­ni­ka. Jej syn ma stanąć przed sądem dziś o trzy­na­stej.

- Niech idzie do Drew Jac­ka Tyn­da­le'a. To obrońca z urzędu. Jest do­bry i nic nie kosz­tu­je.

Ethel prze­ka­zała jego od­po­wiedź.

- Pa­nie Bri­gan­ce, ona chce wy­nająć pana. Ktoś jej po­wie­dział, że jest pan naj­lep­szym ad­wo­ka­tem od spraw kar­nych w okręgu. - W głosie Ethel dało się słyszeć wyraźną nutkę roz­ba­wie­nia.

- Po­wiedz jej, że to praw­da, ale mimo to nie je­stem za­in­te­re­so­wa­ny.

- - -

Oz­zie skuł Wil­lar­da i za­pro­wa­dził ko­ry­ta­rzem do swo­je­go biu­ra w przed­niej części aresz­tu. Kie­dy do­tar­li na miej­sce, zdjął mu kaj­dan­ki i po­sa­dził na drew­nia­nym krześle pośrod­ku cia­sne­go po­ko­ju. Sam usiadł w wiel­kim fo­te­lu za biur­kiem i spoj­rzał na za­trzy­ma­ne­go.

- Pa­nie Wil­lard, to jest po­rucz­nik Grif­fin z po­li­cji dro­go­wej Mis­si­si­pi, a to śled­czy Rady z mo­je­go biu­ra oraz funk­cjo­na­riu­sze Lo­oney i Pra­ther, których miał pan przy­jem­ność po­znać wczo­raj­szej nocy, choć nie sądzę, żeby ich pan za­pa­miętał. Ja je­stem sze­ryf Walls.

Wil­lard ner­wo­wo szarpnął głową, z lękiem spoglądając na każdego z obec­nych. Był osa­czo­ny. Za­mknięto drzwi. Na skra­ju biur­ka sze­ry­fa stały dwa te­le­fo­ny.

- Chcie­li­byśmy zdać panu kil­ka pytań, do­brze?

- Sam nie wiem.

- Za­nim za­cznie­my, chcę, żeby zro­zu­miał pan swo­je pra­wa. Po pierw­sze, ma pan pra­wo za­cho­wać mil­cze­nie. Czy to ja­sne?

- No.

- Jeśli nie wy­ra­zi pan zgo­dy, nie będę z pa­nem roz­ma­wiał. Wszyst­ko, co pan po­wie, może zo­stać wy­ko­rzy­sta­ne w sądzie prze­ciw­ko panu. Ja­sne?

- Taak.

- Po­tra­fi pan czy­tać i pisać?

- No.

- To do­brze. Niech pan prze­czy­ta i pod­pi­sze w tym miej­scu. Na­pi­sa­no tu, że po­wia­do­mi­liśmy pana o jego pra­wach.

Wil­lard złożył pod­pis. Oz­zie wcisnął czer­wo­ny przy­cisk jed­ne­go z ma­gne­to­fonów.

- Ro­zu­mie pan, że ma­gne­to­fon zo­stał włączo­ny, praw­da?

- Aha.

- Jest środa, piętna­sty maja, ósma czter­dzieści trzy rano.

- Sko­ro pan tak mówi.

- Proszę podać pełne imię i na­zwi­sko.

- Ja­mes Lo­uis Wil­lard.

- A jak na pana mówią?

- Pete. Pete Wil­lard.

- Ad­res?

- Lake Vil­la­ge, przy Szóstce. Skrzyn­ka pocz­to­wa czter­naście, stan Mis­si­si­pi.

- Na­zwa uli­cy?

- Be­thel, Be­thel Road.

- Z kim pan miesz­ka?

- Z matką. Ear­ne­sti­ne Wil­lard. Je­stem roz­wie­dzio­ny.

- Zna pan Bil­ly'ego Raya Cob­ba?

Wil­lard za­wa­hał się i spoj­rzał na swo­je sto­py. Buty zo­stały w celi. Jego białe skar­pe­ty były brud­ne, a przez dziu­ry ster­czały dwa pa­lu­chy. Bez­piecz­ne py­ta­nie, pomyślał.

- Taak, znam gościa.

- Był pan z nim wczo­raj?

- Aha.

- Gdzie?

- Nad je­zio­rem.

- O której go­dzi­nie pan wy­je­chał?

- Około trze­ciej.

- Jaki sa­mochód pan pro­wa­dził?

- Nie pro­wa­dziłem.

- Ja­kim sa­mo­cho­dem pan je­chał?

Chwi­la wa­ha­nia. Wil­lard przyj­rzał się uważnie swo­im pa­lu­chom.

- Nie mam ocho­ty więcej gadać.

Oz­zie na­cisnął przy­cisk i szpu­le ma­gne­to­fo­nu prze­stały wi­ro­wać. Wes­tchnął ciężko i spoj­rzał na Wil­lar­da.

- Sie­działeś w Parch­man?

Wil­lard pokręcił głową.

- Wiesz, ilu czar­nych sie­dzi w Parch­man?

Wil­lard po­now­nie pokręcił głową.

- Będzie z pięć tysięcy. A wiesz, ilu mają tam białych?

- Nie.

- Jakiś tysiąc.

Wil­lard zwie­sił brodę na pierś. Oz­zie dał mu chwilę na za­sta­no­wie­nie, a później mrugnął w kie­run­ku sierżanta Grif­fi­na.

- Masz pojęcie, co ci czar­ni robią z białasem, który zgwałcił małą czarną dziew­czynkę?

Bez od­po­wie­dzi.

- Po­rucz­ni­ku Grif­fin, proszę po­wie­dzieć panu Wil­lar­do­wi, jak w Parch­man trak­tują białasów.

Grif­fin pod­szedł do biur­ka Oz­zie­go i przy­siadł na krawędzi. Spoj­rzał na Wil­lar­da.

- Pięć lat temu młody biały mężczy­zna z okręgu He­le­na, w re­jo­nie Del­ty, zgwałcił czarną dziew­czynkę. Miała dwa­naście lat. Kie­dy do­tarł do Parch­man, już na nie­go cze­ka­li. Wie­dzie­li, że do nich je­dzie. Pierw­szej nocy trzy­dzie­stu czar­nych przy­wiązało go do dwu­stu­pięćdzie­sięcio­li­tro­wej becz­ki i biło po ko­lei. Strażnicy pa­trzy­li i się śmia­li. W Parch­man nie ma litości dla gwałci­cie­li. Ka­to­wa­li go noc w noc, przez trzy mie­siące, a później za­bi­li. Zna­le­zio­no go wy­ka­stro­wa­ne­go, we­pchniętego do becz­ki.

Wil­lard skrzy­wił się boleśnie, od­rzu­cił głowę i ciężko wes­tchnął do su­fi­tu.

- Posłuchaj, Pete - podjął Oz­zie. - Nie cho­dzi nam o cie­bie. Chce­my Cob­ba. Próbu­je­my go do­rwać od cza­su, gdy wy­szedł z Parch­man. Bar­dzo nam na nim zależy. Jeśli nam pomożesz, od­wdzięczę się tak, jak zdołam. Nie mogę ci ni­cze­go obie­cać, ale ja i pro­ku­ra­tor okręgowy współpra­cu­je­my ze sobą. Opo­wiedz nam, co zaszło.

- Chcę praw­ni­ka - po­wie­dział Wil­lard.

Oz­zie spuścił głowę i jęknął.

- Na co ci praw­nik, Pete? Czy praw­nik obro­ni cię przed czar­ny­mi? Próbuję ci pomóc, a ty rżniesz cwa­nia­ka.

- Po­wi­nie­neś posłuchać sze­ry­fa, chłopcze. Sze­ryf Walls próbuje oca­lić ci życie - pod­po­wie­dział uczyn­nie Grif­fin.

- Może uda ci się wykręcić kil­ko­ma la­ta­mi od­siad­ki w na­szym więzie­niu - dodał Rady.

- Tu jest znacz­nie bez­piecz­niej niż w Parch­man - przy­taknął Pra­ther.

- Mu­sisz zde­cy­do­wać, Pete - ciągnął Oz­zie. - Możesz umrzeć w Parch­man albo zo­stać tu­taj. Jeśli będziesz się sta­rał, może na­wet zro­bię cię uprzy­wi­le­jo­wa­nym więźniem.

Wil­lard zwie­sił głowę i po­tarł skro­nie.

- Do­brze, do­brze.

Oz­zie wcisnął czer­wo­ny przy­cisk.

- Gdzie zna­leźliście dziew­czynkę?

- Na szu­tro­wej dro­dze.

- Ja­kiej dro­dze?

- Skąd mam wie­dzieć? Byłem pi­ja­ny.

- Dokąd ją za­bra­liście?

- Nie mam pojęcia.

- Byłeś tyl­ko ty i Cobb?

- Taak.

- Kto ją zgwałcił?

- Obaj. Bil­ly Ray zro­bił to pierw­szy.

- Ile razy?

- Nie pamiętam. Paliłem trawkę i piłem.

- Obaj ją zgwałciliście?

- Taak.

- Gdzie ją zo­sta­wi­liście?

- Nie pamiętam. Przy­sięgam, że nic nie pamiętam. Oz­zie wcisnął ko­lej­ny przy­cisk.

- Prze­pi­sze­my ze­zna­nie i pod­pi­szesz.

Wil­lard pokręcił głową.

- Tyl­ko nie mówcie Bil­ly'emu.

- Nie po­wie­my - obie­cał sze­ryf.

Roz­dział 5

Les­ter Ha­iley poślubił Szwedkę z Wi­scon­sin. I mimo że nadal twier­dziła, że go ko­cha, Les­ter po­dej­rze­wał, iż nowość, jaką był dla niej ko­lor jego skóry, zaczęła po­wo­li blednąć. Żona oba­wiała się Mis­si­si­pi i sta­now­czo odmówiła po­je­cha­nia tam ra­zem z nim, choć za­pew­nił ją, że będzie bez­piecz­na. Nig­dy nie po­znała jego ro­dzi­ny. Nie żeby jego bli­scy do tego się pa­li­li, bo wca­le tak nie było. Czar­ni z Południa prze­pro­wa­dza­li się na Północ i bra­li so­bie białe żony, ale Ha­ileyowie nig­dy nie żyli w mie­sza­nych związkach. Wie­lu z nich miesz­kało w Chi­ca­go. Większość była ze sobą spo­krew­nio­na i wszy­scy mie­li czar­nych part­nerów. Ja­snowłosa żona Les­tera nie zro­biła wrażenia na jego ro­dzi­nie. Przy­je­chał do Clan­ton sam swo­im no­wym ca­dil­la­kiem.

Za­je­chał do szpi­ta­la w środę późnym wie­czo­rem i za­stał kil­ku ku­zynów czy­tających cza­so­pi­sma w po­cze­kal­ni na dru­gim piętrze. Objął Car­la Lee. Nie wi­dzie­li się od ostat­nich świąt Bożego Na­ro­dze­nia, kie­dy połowa czar­nych z Chi­ca­go je­chała do domu w Mis­si­si­pi i Ala­ba­mie.

Wy­szli na ko­ry­tarz z dala od krew­nych.

- Jak ona się czu­je? - spy­tał Le­ster.

- Le­piej. Znacz­nie le­piej. Może w week­end wyj­dzie do domu.

Le­ster ode­tchnął z ulgą. Kie­dy je­de­naście go­dzin wcześniej wyjeżdżał z Chi­ca­go, ku­zyn, który za­dzwo­nił i wypłoszył go z łóżka, twier­dził, że mała jest bli­ska śmier­ci. Le­ster za­pa­lił pa­pie­ro­sa mar­ki Kool pod ta­bliczką "Za­kaz pa­le­nia" i spoj­rzał na star­sze­go bra­ta.

- A ty?

Carl Lee skinął głową i spoj­rzał w kie­run­ku ko­ry­ta­rza.

- A Gwen?

- Bar­dziej roztrzęsio­na niż zwy­kle. Jest u swo­jej mat­ki. Przy­je­chałeś sam?

- Taak - od­parł wy­mi­jająco Le­ster.

- To do­brze.

- Tyl­ko się nie wymądrzaj. Nie je­chałem cały dzień, żeby wysłuchi­wać bred­ni o mo­jej żonie.

- Do­brze, do­brze. Nadal masz gazy?

Le­ster uśmiechnął się i za­chi­cho­tał. Cier­piał na do­le­gli­wości żołądko­we i miał wzdęcia od cza­su, gdy poślubił Szwedkę. Przy­go­to­wy­wała po­tra­wy, których na­zwy nie po­tra­fił wymówić i po których jego żołądek gwałtow­nie pro­te­sto­wał. Tęsknił za ka­pustą, zie­lo­nym grosz­kiem, okrą, pie­czo­nym kur­cza­kiem, wie­przo­winą z gril­la i słoniną.

Zna­leźli małą po­cze­kal­nię na trze­cim piętrze, ze składa­ny­mi krzesłami i kar­cia­nym stołem. Le­ster przy­niósł dwa kub­ki zwie­trzałej, gęstej kawy z au­to­ma­tu i wy­mie­szał pal­cem mle­ko w prosz­ku. Słuchał z uwagą, gdy Carl Lee szczegółowo opi­sy­wał gwałt, aresz­to­wa­nie i prze­bieg wstępne­go przesłucha­nia. Le­ster zna­lazł parę chu­s­te­czek i na­szki­co­wał plan sądu i więzie­nia sze­ry­fa. Od cza­su spra­wy o mor­der­stwo minęły czte­ry lata i miał pro­blem z od­two­rze­niem szczegółów. Spędził w więzie­niu tyl­ko ty­dzień, przed wy­zna­cze­niem kau­cji, i nie był w sądzie od cza­su unie­win­nie­nia. Wy­je­chał do Chi­ca­go wkrótce po zakończe­niu pro­ce­su. Ofia­ra miała ro­dzinę.

Ro­bi­li pla­ny i je po­rzu­ca­li, knując aż do północy.

- - -

W czwar­tek po południu Tonyę prze­nie­sio­no z od­działu in­ten­syw­nej opie­ki me­dycz­nej do po­je­dyn­cze­go po­ko­ju. Jej stan określano jako sta­bil­ny. Le­ka­rze ode­tchnęli z ulgą, a ro­dzi­na małej przy­no­siła cu­kier­ki, za­baw­ki i kwia­ty. Po­nie­waż Cobb i Wil­lard złama­li jej dolną i górną szczękę, w ustach miała pełno drutów i mogła się je­dy­nie gapić na słody­cze. Większość słodkości pożarli jej bra­cia. Ucze­pi­li się łóżka i trzy­ma­li ją za rękę, jak­by chcie­li ją obro­nić i dodać otu­chy. Pokój był cały czas pełen przy­ja­ciół i ob­cych lu­dzi. Wszy­scy czu­le ją po­kle­py­wa­li i mówili, że jest uro­cza. Trak­to­wa­li ją, jak­by była kimś wyjątko­wym, kimś, kto doświad­czył strasz­nych rze­czy. Lu­dzie wcho­dzi­li na zmianę z ko­ry­ta­rza do po­ko­ju, aby po­now­nie wyjść na zewnątrz, gdzie byli bacz­nie ob­ser­wo­wa­ni przez pielęgniar­ki.

Rany bolały i To­nya cza­sa­mi płakała. Co go­dzinę pielęgniar­ki prze­dzie­rały się przez tłum, żeby podać pa­cjent­ce śro­dek prze­ciwbólowy.

Tej nocy w jej po­ko­ju za­padła ci­sza, kie­dy te­le­wi­zja w Mem­phis nada­wała pro­gram o gwałcie. Po­ka­za­no zdjęcia dwóch białych, ale dziew­czyn­ka nie­wy­raźnie wi­działa.

- - -

Gmach sądu okręgu Ford otwie­ra­no o ósmej rano i za­my­ka­no o sie­dem­na­stej. Było tak co­dzien­nie z wyjątkiem piątku, kie­dy za­my­ka­no o szes­na­stej trzy­dzieści. W piątek o szes­na­stej trzy­dzieści Carl Lee ukrył się w to­a­le­cie na pierw­szym piętrze, kie­dy ry­glo­wa­li drzwi. Usiadł na se­de­sie i przez go­dzinę ci­cho nasłuchi­wał. Żad­nych woźnych. Ni­ko­go. Ci­sza. Prze­szedł sze­ro­kim, pogrążonym w półmro­ku ko­ry­ta­rzem do tyl­nych drzwi i wyj­rzał na dwór. Nie za­uważył ni­ko­go. Przez chwilę nasłuchi­wał. W sądzie nie było żywe­go du­cha. Odwrócił się i spoj­rzał na długi ko­ry­tarz i ro­tundę oraz fron­to­we drzwi znaj­dujące się w od­ległości sześćdzie­sięciu metrów.

Ana­li­zo­wał plan bu­dyn­ku. Podwójne tyl­ne drzwi otwie­rały się na duży pro­stokątny hol. Z pra­wej i le­wej stro­ny były scho­dy. Carl Lee udał, że pro­wadzą go na roz­prawę. Złożył ręce na ple­cach i do­tknął bar­ka­mi tyl­nych drzwi. Ru­szył w pra­wo, w kie­run­ku od­da­lo­nych o dzie­sięć metrów schodów. Pod­szedł do stop­ni, po­ko­nał dzie­sięć i do­tarł do po­de­stu, a później wy­ko­nał zwrot w lewo o dzie­więćdzie­siąt stop­ni, tak jak po­wie­dział Le­ster. Następnie wszedł ko­lej­nych dzie­sięć stop­ni i zna­lazł się w po­ko­ju dla oskarżonych. Było to małe po­miesz­cze­nie o wy­mia­rach pięć na pięć metrów, w którym nie było ni­cze­go oprócz okna i dwoj­ga drzwi. Otwo­rzył jed­ne z nich i wszedł do dużej sali sądo­wej z rzędami wyściełanych ławek. Ru­szył między nimi i usiadł w pierw­szym rzędzie. Przyj­rzał się uważnie po­miesz­cze­niu i spo­strzegł przed sobą poręcz lub ba­rierkę, jak ją określił Le­ster, od­dzie­lającą pu­blicz­ność od miej­sca, gdzie za­sia­da­li i pra­co­wa­li sędzia, przy­sięgli, świad­ko­wie, praw­ni­cy, oskarżeni i urzędni­cy sądowi.

Później ru­szył przejściem w kie­run­ku tyl­nych drzwi, szczegółowo ba­dając salę roz­praw. Wyglądała zupełnie in­a­czej niż w środę. Kie­dy do­tarł na ko­niec, wrócił do po­ko­ju dla za­trzy­ma­nych i otwo­rzył dru­gie drzwi, które pro­wa­dziły do części po­miesz­cze­nia za ba­lu­stradą, gdzie od­by­wał się pro­ces. Przy­cupnął za długim stołem, przy którym na roz­prawie sie­dzie­li Le­ster, Cobb i Wil­lard. Z pra­wej stał inny długi stół dla przed­sta­wi­cie­li oskarżenia. Za stołami znaj­do­wał się rząd drew­nia­nych krze­seł, a następnie ba­lu­strada z wa­hadłowy­mi drzwicz­ka­mi na obu końcach. Sędzia za­sia­dał do­stoj­nie na wy­so­kiej ławie, zwrócony ple­ca­mi do ścia­ny, pod wy­blakłym por­tre­tem Jef­fer­so­na Da­vi­sa, który za­chmu­rzo­nym wzro­kiem śle­dził wszyst­kich obec­nych na sali. Ława sędziów przy­sięgłych znaj­do­wała się przy ścia­nie, po pra­wej stro­nie Car­la Lee, na lewo od miej­sca sędzie­go, pod pożółkłymi por­tre­ta­mi in­nych za­po­mnia­nych bo­ha­terów kon­fe­de­ratów. Miej­sce dla świadków było obok ławy przy­sięgłych, nie­co niżej. Na lewo od Car­la Lee, na­prze­ciw ławy przy­sięgłych, znaj­do­wał się długi od­gro­dzo­ny stół, na którym wyłożono duże re­je­stry sądowe w czer­wo­nej opra­wie. Urzędni­cy sądowi i praw­ni­cy zwy­kle kręcili się tam pod­czas pro­cesu. Za stołem, po dru­giej stro­nie ścia­ny, był pokój dla oskarżonych.

Carl Lee stał nie­ru­cho­mo, jak­by był sku­ty kaj­dan­ka­mi. Później ru­szył wol­nym kro­kiem przez małe wa­hadłowe drzwicz­ki w ba­lu­stra­dzie i wszedł pierw­szy­mi drzwia­mi do po­ko­ju oskarżonych. Z po­de­stu w połowie schodów widać było tyl­ne drzwi pro­wadzące do gma­chu sądu i większą część holu. U dołu schodów, po pra­wej stro­nie, znaj­do­wały się drzwi. Otwo­rzył je i uj­rzał ciasną, za­gra­coną klitkę do­zor­cy. Za­mknął drzwi i zba­dał małe po­miesz­cze­nie. Było ciem­ne, za­ku­rzo­ne i za­sta­wio­ne szczot­ka­mi oraz wia­dra­mi. Za­gra­co­ne i rzad­ko używa­ne. Lek­ko uchy­lił drzwi i wyj­rzał na scho­dy.

Wałęsał się po sądzie jesz­cze go­dzinę. Dru­gie z tyl­nych schodów wiodły do in­ne­go po­ko­ju dla za­trzy­ma­nych, za ławą dla przy­sięgłych. Scho­dy sięgały trze­cie­go piętra, gdzie Carl Lee zna­lazł bi­blio­tekę praw­niczą i dwa po­ko­je dla świadków, dokład­nie tak jak po­wie­dział Le­ster.

Wie­lo­krot­nie prze­mie­rzał bu­dy­nek w górę i w dół, od­twa­rzając drogę mężczyzn, którzy zgwałcili jego córkę.

Usiadł na miej­scu sędzie­go i spoj­rzał na jego króle­stwo. Później prze­szedł do rzędu krze­seł dla przy­sięgłych, usiadł na jed­nym z nich i po­bu­jał się w przód i w tył. Spróbował też krzesła dla świadków i dmuchnął w mi­kro­fon. O dzie­więtna­stej, kie­dy Carl Lee uniósł okno w ubi­ka­cji obok klit­ki do­zor­cy i ci­cho prze­mknął się przez zarośla, było już ciem­no.

- Komu miałbyś o tym po­wie­dzieć? - spy­tała Car­la, za­my­kając trzy­dzie­sto­pięcio­cen­ty­me­tro­we pudełko po piz­zy i do­le­wając so­bie le­mo­nia­dy.

Jake zakołysał się na wi­kli­no­wej bu­ja­nej ławce na we­ran­dzie, patrząc, jak Han­na przed do­mem ska­cze na ska­kan­ce.

- Je­steś tam? - za­py­tała.

- Nie.

- Komu byś o tym po­wie­dział?

- Nie za­mie­rzam ni­ko­mu mówić.

- Myślę, że po­wi­nie­neś to zro­bić.

- Je­stem od­mien­ne­go zda­nia.

- Dla­cze­go?

Kołysa­nie fo­te­la uległo przy­spie­sze­niu. Jake pociągnął łyk le­mo­nia­dy i wol­no wy­ce­dził:

- Po pierw­sze, nie mam pew­ności, że Carl Lee pla­nu­je popełnie­nie zabójstwa. Na jego miej­scu każdy oj­ciec by to po­wie­dział. Uważam, że Carl Lee myśli jak każdy oj­ciec. Nie sądzę jed­nak, aby fak­tycz­nie pla­no­wał popełnie­nie zabójstwa. Po dru­gie, po­wie­dział mi to w za­ufa­niu, jak­by był moim klien­tem. Pew­nie fak­tycz­nie uważa mnie za swo­je­go praw­ni­ka.

- Prze­cież na­wet gdy­byś był jego praw­ni­kiem i wie­dział, że Carl Lee za­mie­rza popełnić przestępstwo, mu­siałbyś o tym do­nieść, praw­da?

- Tak, gdy­bym miał pew­ność co do jego planów. A ja tej pew­ności nie mam.

Car­la nie była usa­tys­fak­cjo­no­wa­na.

- Myślę, że po­wi­nie­neś za­wia­do­mić kogo trze­ba.

Jake nie od­po­wie­dział. W su­mie było to bez zna­cze­nia. Zjadł z ta­le­rza reszt­ki okruszków, próbując ją igno­ro­wać.

- Chcesz, żeby Carl Lee to zro­bił, praw­da?

- Co zro­bił?

- Żeby zabił tych fa­cetów.

- Nie, nie chcę. - Jake nie był o tym do końca prze­ko­na­ny. - Gdy­by jed­nak to zro­bił, nie ob­wi­niałbym go, bo na jego miej­scu postąpiłbym po­dob­nie.

- Nie za­czy­naj wszyst­kie­go od nowa.

- Mówię poważnie, prze­cież wiesz. Zro­biłbym to.

- Jake, prze­cież nie mógłbyś zabić człowie­ka.

- W porządku. Wszyst­ko jed­no. Nie za­mie­rzam się kłócić. Już to prze­ra­bia­liśmy.

Car­la krzyknęła na Hannę, żeby od­da­liła się od jezd­ni. Usiadła obok nie­go na bu­ja­nej ławce i za­grze­cho­tała kost­ka­mi lodu w szklan­ce.

- Bro­niłbyś go?

- Mam na­dzieję.

- Czy ława przy­sięgłych by go ska­zała?

- A ty?

- Nie wiem.

- Cóż, pomyśl o Han­nie. Spójrz na to uro­cze małe nie­win­ne dziec­ko skaczące na ska­kan­ce. Je­steś matką. A te­raz pomyśl o małej Ha­ileya, jak tam leży, jak krwa­wi i woła mamę i tatę...

- Za­mknij się, Jake!

Uśmiechnął się.

- Od­po­wiedz na py­ta­nie. Je­steś człon­kiem ławy przy­sięgłych. Czy głoso­wałabyś za ska­za­niem jej ojca?

Car­la po­sta­wiła szklankę na pa­ra­pe­cie i na­gle za­in­te­re­so­wała się swo­imi pal­ca­mi. Jake po­czuł zwy­cięstwo.

- Śmiało, za­sia­dasz w ławie przy­sięgłych. Win­ny czy nie?

- Sta­le muszę za­sia­dać w ja­kiejś ławie. Albo je­stem ław­niczką, albo mnie przesłuchu­jesz!?

- Ska­zać czy unie­win­nić?

Rzu­ciła mu gniew­ne spoj­rze­nie.

- Trud­no byłoby go ska­zać.

Uśmiechnął się, nie mając nic do do­da­nia.

- Nie wy­obrażam so­bie, jak mógłby ich zabić, sko­ro prze­by­wają w więzie­niu.

- Bez tru­du. Nie siedzą w celi cały czas. Jeżdżą do sądu. Prze­wożą ich tam i z po­wro­tem. Pamiętasz Oswal­da i Jac­ka Ruby'ego? Do tego będą mo­gli wyjść na wol­ność, jeśli zapłacą kaucję.

- Kie­dy mogą ich wypuścić?

- Kau­cja zo­sta­nie wy­zna­czo­na w po­nie­działek. Jeśli zapłacą, będą mo­gli wyjść.

- A jeśli nie?

- Po­zo­staną w więzie­niu do roz­poczęcia pro­ce­su.

- Kie­dy się za­cznie?

- Pew­nie późnym la­tem.

- Myślę, że po­wi­nie­neś o tym kogoś za­wia­do­mić.

Jake pod­niósł się z ławki i po­szedł bawić z Hanną.

Roz­dział 2

Ozzie Walls był je­dy­nym czar­noskórym sze­ry­fem w sta­nie Mis­si­si­pi. W naj­now­szej hi­sto­rii zna­lazłoby się paru in­nych, ale obec­nie Walls nie miał kon­ku­ren­cji. Był bar­dzo dum­ny z tego fak­tu, bo bia­li sta­no­wi­li sie­dem­dzie­siąt czte­ry pro­cent miesz­kańców okręgu Ford, a inni czar­noskórzy sze­ry­fo­wie po­cho­dzi­li z okręgów, w których miesz­kało znacz­nie więcej czar­nych. Przed okre­sem re­kon­struk­cji nie wy­bra­no żad­ne­go czar­noskórego sze­ry­fa w białym okręgu Mis­si­si­pi.

Walls wy­cho­wał się w okręgu Ford i był spo­krew­nio­ny z większością czar­nych oraz pa­ro­ma białymi. Po de­se­gre­ga­cji, która miała miej­sce pod ko­niec lat sześćdzie­siątych XX wie­ku, należał do pierw­sze­go mie­sza­ne­go rocz­ni­ka ab­sol­wentów Clan­ton High Scho­ol. Chciał grać w fut­bol na po­bli­skim uni­wer­sy­te­cie Ole Miss, ale mie­li już dwóch czar­nych. Za­miast tego wstąpił do drużyny uni­wer­sy­te­tu Al­corn Sta­te i grał w Rams na po­zy­cji obrońcy, dopóki kon­tu­zja ko­la­na nie spra­wiła, że wrócił do Clan­ton. Bra­ko­wało mu fut­bolu, ale cie­szył się, że wy­bra­li go na sta­no­wi­sko sze­ry­fa, bo do­stał więcej głosów białych niż jego bia­li ry­wa­le. Białe dzie­cia­ki go uwiel­biały, bo był bo­ha­te­rem, gwiazdą fut­bolu, która występowała w te­le­wi­zji, a jego fo­to­gra­fie za­miesz­cza­no w ga­ze­tach. Ich ro­dzi­ce sza­no­wa­li Oz­zie­go i głoso­wa­li na nie­go, bo był twar­dym gliną, który tak samo trak­to­wał czar­nych i białych chu­li­ganów. Bia­li funk­cjo­na­riu­sze po­pie­ra­li go, bo od kie­dy zo­stał sze­ry­fem, De­par­ta­ment Spra­wie­dli­wości nie wty­kał nosa w spra­wy okręgu Ford. Czar­ni wiel­bi­li go, bo był ich Oz­ziem, ich człowie­kiem.

Odpuścił so­bie ko­lację i cze­kał w biu­rze obok aresz­tu na powrót Ha­sting­sa, żeby wysłuchać ra­por­tu o sy­tu­acji w domu Ha­ileya. Miał już po­dej­rza­ne­go. Bil­ly Ray Cobb był stałym by­wal­cem w biu­rze sze­ry­fa. Oz­zie wie­dział, że gość han­dlu­je nar­ko­ty­ka­mi, ale nie po­tra­fił go przyłapać. Wie­dział również, że fa­cet to kawał dra­nia.

Dys­po­zy­tor we­zwał lu­dzi z biu­ra sze­ry­fa. Kie­dy się za­mel­do­wa­li, Oz­zie kazał im usta­lić miej­sce po­by­tu Bil­ly'ego Raya Cob­ba, ale go nie za­trzy­my­wać. Było ich w su­mie dwu­na­stu - dzie­więciu białych i trzech czar­nych. Roz­je­cha­li się po okręgu w po­szu­ki­wa­niu od­pi­co­wa­ne­go żółtego pick-upa mar­ki Ford z flagą kon­fe­de­ra­cji w tyl­nym oknie.

Kie­dy zja­wił się Ha­stings, sze­ryf za­brał go ze sobą do okręgo­we­go szpi­ta­la. Ha­stings jak zwy­kle pro­wa­dził, a Oz­zie wy­da­wał po­le­ce­nia przez ra­dio. W po­cze­kal­ni na dru­gim piętrze zna­leźli cały klan Ha­ileyów. Ciot­ki, wu­jo­wie, dziad­ko­wie, przy­ja­cie­le i nie­zna­jo­mi ze­bra­li się w małej sal­ce. Niektórzy cze­ka­li w wąskim ko­ry­ta­rzu. Słychać było szep­ty i ci­che popłaki­wa­nie. To­nya była ope­ro­wa­na.

Carl Lee sie­dział na ta­niej pla­sti­ko­wej ko­zet­ce w ciem­nym rogu. Obok przy­cupnęła Gwen i chłopcy. Mężczy­zna gapił się w podłogę i za­cho­wy­wał tak, jak­by nie do­strze­gał tłumu. Gwen oparła głowę na jego ra­mie­niu i ci­cho chli­pała. Chłopcy sie­dzie­li sztyw­no z rękami złożony­mi na ko­la­nach, co jakiś czas po­pa­trując na ojca, jak­by cze­ka­li na słowo otu­chy.

Oz­zie przedarł się przez ciżbę, w mil­cze­niu wy­mie­niając uści­ski dłoni, po­kle­pując lu­dzi po ple­cach i szepcząc, że do­pad­nie sprawców. Uklęknął przed Car­lem Lee i Gwen.

- Jak ona się czu­je? - za­py­tał.

Carl Lee nie za­uważył jego obec­ności. Gwen głośniej za­szlo­chała, a chłopcy pociągnęli no­sem i otar­li łzy. Po­kle­pał Gwen po ko­la­nie i wstał. Je­den z jej bra­ci wy­pro­wa­dził jego i Ha­sting­sa na ko­ry­tarz, z dala od ro­dzi­ny. Podał Oz­zie­mu rękę i po­dziękował za przyjście.

- Jak ona się czu­je? - powtórzył Oz­zie.

- Kiep­sko. Ope­rują ją. Pew­nie trochę to po­trwa. Ma połama­ne kości i poważne wstrząśnie­nie mózgu. Moc­no ją po­tur­bo­wa­li. Na szyi ma ślady opa­rzeń od sznu­ra, jak­by próbo­wa­li ją po­wie­sić.

- Zo­stała zgwałcona? - spy­tał, choć znał od­po­wiedź.

- Taak. Po­wie­działa ma­mie, że gwałcili ją na zmianę. Bar­dzo ją skrzyw­dzi­li, Oz­zie. Le­ka­rze to po­twier­dzi­li.

- Jak się czują Carl Lee i Gwen?

- Fa­tal­nie. Są zdru­zgo­ta­ni. Myślę, że przeżyli szok. Carl Lee nie ode­zwał się ani słowem od cza­su, kie­dy przy­je­chał do szpi­ta­la.

Oz­zie za­pew­nił go, że znajdą sprawców. Że nie zaj­mie to dużo cza­su, a kie­dy już ich do­padną, za­mkną w ja­kimś bez­piecz­nym miej­scu. Brat za­su­ge­ro­wał, że po­wi­nien umieścić dra­ni w in­nym więzie­niu dla ich własne­go bez­pie­czeństwa.

- - -

Pięć ki­lo­metrów za Clan­ton Oz­zie wska­zał żwi­rową drogę.

- Skręć tu­taj - po­wie­dział Ha­sting­so­wi, który zje­chał z au­to­stra­dy i stanął na podwórku przed sfa­ty­go­wa­nym do­mem na kółkach. Za­pa­dał zmrok.

Oz­zie sięgnął po po­li­cyjną pałkę i głośno za­pu­kał do drzwi.

- Otwie­raj, Bum­po­us!

Dom za­dy­go­tał, kie­dy Bum­po­us ru­szył do ubi­ka­cji, żeby spuścić w musz­li no­we­go jo­in­ta.

- Bum­po­us, otwie­raj! - Oz­zie po­now­nie załomo­tał. - Wiem, że tam je­steś! Otwie­raj, bo wyważę drzwi!

Bum­po­us otwo­rzył i Oz­zie wszedł do środ­ka.

- Słuchaj Bum­po­us, za­wsze, gdy cię od­wie­dzam, śmier­dzi tu jakoś dziw­nie, a z ki­bla do­la­tu­je hałas spusz­cza­nej wody. Załóż coś na ple­cy. Mam dla cie­bie ro­botę.

- Co?!

- Wyjaśnię ci na zewnątrz, gdy będę mógł swo­bod­nie od­dy­chać. Po­spiesz się, włóż coś na sie­bie.

- A jeśli odmówię?

- Jak chcesz. Ju­tro umówię cię z two­im ku­ra­to­rem sądo­wym.

- Będę za mi­nutkę.

Oz­zie uśmiechnął się i ru­szył do ra­dio­wo­zu. Bob­by Bum­po­us był jed­nym z jego ulu­bieńców. Od cza­su gdy dwa lata temu wy­szedł wa­run­ko­wo z pudła, pro­wa­dził względnie uczci­we życie, od cza­su do cza­su ule­gając po­ku­sie łatwe­go za­rob­ku na sprze­daży nar­ko­tyków. Oz­zie ob­ser­wo­wał Bob­by'ego ni­czym jastrząb i wie­dział o jego trans­ak­cjach, a Bum­po­us wie­dział, że Oz­zie wie. Właśnie dla­te­go był taki sko­ry, żeby pomóc swo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi, sze­ry­fo­wi Wal­l­so­wi. Plan, żeby wy­ko­rzy­stać Bum­po­usa do przy­skrzy­nie­nia Bil­ly'ego Raya Cob­ba za han­del nar­ko­tykami, mu­siał chwilkę po­cze­kać.

Po kil­ku mi­nu­tach Bum­po­us posłusznie wy­drep­tał z domu, wty­kając ko­szulę do spodni i za­pi­nając roz­po­rek.

- Kogo szu­kasz tym ra­zem? - za­py­tał.

- Bil­ly'ego Raya Cob­ba.

- Nie ma spra­wy. Prze­cież mógłbyś go zna­leźć beze mnie.

- Za­mknij się i posłuchaj! Sądzi­my, że Cobb jest za­mie­sza­ny w gwałt, do którego doszło dziś po południu. Czar­na dziew­czyn­ka zo­stała zgwałcona przez dwóch białych. Myślę, że Cobb tam był.

- Cobb nie robi w tej branży, sze­ry­fie. Han­dlu­je nar­ko­ty­ka­mi, za­po­mniałeś?

- Stul pysk i słuchaj. Znaj­dziesz Cob­ba i spędzisz z nim trochę cza­su. Pięć mi­nut temu wi­dzia­no jego wóz obok knaj­py Hu­eya. Po­staw mu piwo. Za­graj­cie w bi­lard albo kości, wszyst­ko jed­no. Do­wiedz się, co dzi­siaj robił. Z kim był? Dokąd po­je­chał? Wiesz, jaki fa­cet jest roz­mow­ny, praw­da?

- Ano praw­da.

- Za­dzwoń do dys­po­zy­to­ra, kie­dy go znaj­dziesz. Po­wia­do­mią mnie. Będę w po­bliżu. Zro­zu­miałeś?

- Tak, sze­ry­fie. Nie ma spra­wy.

- Ja­kieś py­ta­nia?

- Taak. Je­stem spłuka­ny. Kto za to zapłaci?

Oz­zie wręczył mu dwu­dziestkę i od­szedł. Od­je­chał z Ha­sting­sem w kie­run­ku knaj­py Hu­eya nad je­zio­rem.

- Je­steś pew­ny, że można mu za­ufać? - spy­tał Ha­stings.

- Komu?

- Temu gnoj­ko­wi, Bum­po­uso­wi.

- Pew­nie, że mu ufam. Jest bar­dzo wia­ry­god­ny od cza­su, gdy wy­szedł wa­run­ko­wo z pudła. To do­bry dzie­ciak i w za­sa­dzie sta­ra się podążać prostą drogą. Po­ma­ga swo­je­mu sze­ry­fo­wi i zro­bi wszyst­ko, o co go po­proszę.

- Dla­cze­go?

- Bo rok temu złapałem go z trzy­sto­ma gra­ma­mi ma­ry­chy. Był wte­dy od roku na wol­ności, a ja do­rwałem jego bra­ta z trzy­dzie­sto­ma gra­ma­mi tra­wy. Po­wie­działem mu, że szko­da życia, a nie wygląda na­wet na trzy­dzieści lat. Zaczął płakać. Płakał i mazał się w celi całą noc. Nad ra­nem skru­szał i był go­to­wy do roz­mo­wy. Wy­ga­dał, że to­war do­stał od swo­je­go bra­ta, Bob­by'ego. Puściłem go i po­szedłem po­ga­dać z Bob­bym. Za­pu­kałem do drzwi i usłyszałem, jak spusz­cza wodę w to­a­le­cie. Nie ra­czył po­dejść do drzwi, więc wyważyłem je kop­nięciem. Zna­lazłem gościa w ki­blu, próbującego spuścić to­war w musz­li. Wszędzie była ma­ry­cha. Nie wiem, ile udało mu się spłukać, ale większość wypłynęła, bo ki­bel się za­tkał. Tak go wy­stra­szyłem, że po­si­kał się w por­t­ki.

- Żar­tu­jesz?

- Skądże. Dzie­ciak cały się ob­szczał. Stał w mo­krych ga­ciach, z prze­py­cha­czem w jed­nej i to­wa­rem w dru­giej ręce. A ki­bel był pełen to­wa­ru wy­rzu­co­ne­go przez wodę.

- Co zro­biłeś?

- Za­gro­ziłem, że go za­biję.

- Jak za­re­ago­wał?

- Zaczął płakać. Be­czał jak dziec­ko. Chli­pał coś o ma­mie i po­wro­cie do pudła. O tym i o tam­tym. Obie­cał, że więcej tego nie zro­bi.

- Aresz­to­wałeś go?

- Nie. Nie byłem w sta­nie. Zbesz­tałem go porządnie i jesz­cze raz za­gro­ziłem. Zro­biłem mu nadzór ku­ra­tor­ski na miej­scu, w jego ubi­ka­cji. Od tej pory aż miło z nim pra­co­wać.

Prze­je­cha­li obok knaj­py Hu­eya i zo­ba­czy­li pick-upa Cob­ba stojącego na żwi­ro­wym pod­jeździe obok kil­ku­na­stu in­nych pick-upów i wozów z napędem na czte­ry koła. Za­par­ko­wa­li ra­diowóz kawałek da­lej, za mu­rzyńskim kościołem na wzgórzu, skąd był do­bry wi­dok na knajpę, którą sta­li by­wal­cy czu­le na­zy­wa­li "lo­ka­lem". Inny ra­diowóz ukrył się za drze­wa­mi z dru­giej stro­ny au­to­stra­dy. Chwilę później na pod­jazd za­je­chał Bum­po­us. Za­ha­mo­wał gwałtow­nie, wzbi­jając tu­man ku­rzu i grad ka­mie­ni, a następnie wy­co­fał i za­par­ko­wał obok wozu Cob­ba. Ro­zej­rzał się wokół i swo­bod­nym kro­kiem wszedł do knaj­py Hu­eya. Pół go­dzi­ny później dyżurny po­wia­do­mił Oz­zie­go, że in­for­ma­tor od­na­lazł po­szu­ki­wa­ne­go białego mężczyznę w knaj­pie Hu­eya przy au­to­stra­dzie 305 nie­da­le­ko je­zio­ra. Po kil­ku mi­nu­tach w po­bliżu ukryły się dwa inne ra­diowozy. Cze­ka­li.

- Cze­mu je­steś taki pew­ny, że to Cobb? - spy­tał Ha­stings.

- Nie je­stem. Mam prze­czu­cie. Ta mała po­wie­działa, że pick-up miał błyszczące koła i wiel­kie opo­ny.

- To zawęża grupę po­dej­rza­nych do ja­kichś dwóch tysięcy.

- Po­wie­działa też, że był żółty, wyglądał jak nowy i miał wielką flagę w tyl­nym oknie.

- No to mamy dwu­stu kan­dy­datów.

- Może mniej. Ilu właści­cie­li to ta­kie wred­ne typy, jak Bil­ly Ray Cobb?

- A jeśli to nie on?

- On.

- A jeśli nie?

- Nie­ba­wem się prze­ko­na­my. Fa­cet ma długi język, szczególnie gdy jest pi­ja­ny.

Cze­ka­li dwie go­dzi­ny, ob­ser­wując przy­jeżdżające i odjeżdżające sa­mo­cho­dy. Kie­row­cy ciężarówek, drwa­le i ro­bot­ni­cy z fa­bry­ki oraz ro­bot­ni­cy rol­ni par­ko­wa­li swo­je pick-upy i je­epy na żwi­rze, a następnie szli do środ­ka na drin­ka lub par­tyjkę bi­lar­du, żeby posłuchać mu­zy­ki lub zna­leźć jakąś chętną laskę. Niektórzy po chwi­li wy­cho­dzi­li i szli parę kroków da­lej do Ann's Lo­un­ge, gdzie za­ba­wia­li jakiś czas, by po kil­ku mi­nu­tach wrócić do Hu­eya. W ba­rze Ann było nie­co ciem­niej, bra­ko­wało też ko­lo­ro­wych re­klam piwa oraz mu­zy­ki na żywo, która po­wo­do­wała, że lo­kal Hu­eya cie­szył się u miej­sco­wych ta­kim wzięciem. W Ann's Lo­un­ge można było kupić nar­ko­ty­ki, ale w knaj­pie Hu­eya było wszyst­ko - mu­zy­ka, ko­bie­ty, hap­py ho­urs, au­to­ma­ty do po­ke­ra, kości, tańce i całe mnóstwo bójek. Je­den z kon­fliktów prze­niósł się właśnie na par­king. Kil­ku wściekłych wieśniaków kopało się i okładało pięścia­mi na oślep, aż zeszła im para i wrócili do sto­li­ka z kośćmi.

- Mam na­dzieję, że wśród nich nie było Bum­po­usa. - Sze­ryf wes­tchnął.

Ubi­ka­cje w lo­ka­lu były cia­sne i odrażające, dla­te­go większość klientów wolała so­bie ulżyć między po­jaz­da­mi na par­kin­gu. Było tak szczególnie w po­nie­działek, kie­dy ofer­ta piwa za dzie­sięć centów ściągała wsioków z czte­rech sąsied­nich okręgów.

W po­nie­działki każdy z sa­mo­chodów stojących na par­kin­gu zo­sta­wał przy­najm­niej trzy­krot­nie ob­si­ka­ny. Raz na ty­dzień jakiś Bogu du­cha win­ny kie­row­ca wi­dział tam coś szo­kującego i Oz­zie był zmu­szo­ny do­ko­nać aresz­to­wa­nia. W prze­ciw­nym ra­zie się nie wtrącał.

W obu lo­ka­lach do­cho­dziło do licz­nych na­ru­szeń pra­wa. Upra­wia­no tam ha­zard, han­dlo­wa­no nar­ko­ty­ka­mi, sprze­da­wa­no nie­le­galną whi­skey, ser­wo­wa­no al­ko­hol nie­let­nim i nie za­my­ka­no o cza­sie. Kie­dy pierw­szy raz wy­bra­no go na sze­ry­fa, popełnił błąd, częścio­wo z po­wo­du lek­ko­myślnych obiet­nic wy­bor­czych, że za­mknie wszyst­kie spe­lu­ny w okręgu. Sku­tek był taki, że licz­ba przestępstw wzrosła. Areszt pękał w szwach, a licz­ba spraw na wo­kan­dzie uległa zwie­lo­krot­nie­niu. Oko­licz­ne opry­chy połączyły siły i po­je­chały wo­za­mi kem­pin­go­wy­mi do Clan­ton, par­kując na pla­cu wokół gma­chu sądu. Były ich set­ki. Co noc za­lud­nia­li plac, pijąc, urządzając bójki, słuchając głośnej mu­zy­ki oraz wy­krzy­kując wy­zwi­ska pod ad­re­sem prze­rażonych miesz­kańców. Co rano plac przy­po­mi­nał składo­wi­sko od­padów, pełen był pu­stych pu­szek i bu­te­lek. Oz­zie za­mknął też knaj­py, w których by­wa­li czar­ni, a wte­dy w ciągu jed­ne­go mie­siąca licz­ba włamań, kra­dzieży z włama­niem i na­padów z użyciem nie­bez­piecz­ne­go narzędzia uległa po­tro­je­niu. Do tego do­cho­dziły jesz­cze dwa zabójstwa ty­go­dnio­wo.

W końcu, gdy mia­sto zna­lazło się w ist­nym sta­nie oblężenia, gru­pa miej­sco­wych du­chow­nych spo­tkała się po­ta­jem­nie z Oz­ziem, prosząc, żeby odpuścił knaj­pom. Grzecz­nie im przy­po­mniał, że pod­czas wy­borów na­le­ga­li, aby je za­mknąć. Przy­zna­li się do błędu i po­pro­si­li o złago­dze­nie za­kazów. I obie­ca­li, że udzielą mu wspar­cia w ko­lej­nych wy­borach. Oz­zie ustąpił, a życie w okręgu Ford powróciło do nor­my.

Nie był rad, że ta­kie spe­lu­ny spo­koj­nie działają na jego podwórku, ale nie miał wątpli­wości, że dzięki temu pra­worządni wy­bor­cy są znacz­nie bez­piecz­niej­si.

O dzie­siątej trzy­dzieści dys­po­zy­tor oznaj­mił przez ra­dio, że in­for­ma­tor jest na li­nii i chce się wi­dzieć z sze­ry­fem. Oz­zie podał swo­je położenie, a mi­nutę później Bum­po­us wy­szedł z lo­ka­lu i dowlókł się do swo­jego sa­mo­cho­du. Wóz skręcił koła, wy­rzu­cił w górę żwir i ru­szył w kie­run­ku kościoła.

- Gość jest pi­ja­ny - po­wie­dział Ha­stings.

Bum­po­us ob­je­chał kościel­ny par­king i stanął z pi­skiem opon, kil­ka­naście cen­ty­metrów od ra­dio­wo­zu.

- Sie­man­ko, sze­ry­fie! - wrzasnął.

Oz­zie pod­szedł do jego pick-upa.

- Cze­mu tak długo?

- Po­wie­działeś, że mam całą noc.

- Zna­lazłeś go dwie go­dzi­ny temu.

- To praw­da, sze­ry­fie, ale czy próbowałeś kie­dyś wydać dwa­dzieścia dolców na piwo, kie­dy puszkę można kupić za pięćdzie­siąt centów?

- Je­steś pi­ja­ny?

- Skądże, po pro­stu do­brze się bawię. Mogę do­stać ko­lejną dwu­dziestkę?

- Cze­go się do­wie­działeś?

- O czym?

- O Cob­bie!

- Fa­cet jest w środ­ku, jak po­wie­działeś.

- Wiem, że tam jest! Coś jesz­cze?!

Bum­po­us prze­stał się uśmie­chać i spoj­rzał na ma­jaczącą w od­da­li knajpę.

- Kpił so­bie, sze­ry­fie, z tego. Miał niezły ubaw. Po­wie­dział, że w końcu zna­lazł czarną, która jest dzie­wicą. Ktoś za­py­tał, ile miała lat, a Cobb na to, że osiem albo dzie­więć. Wszy­scy wy­buchnęli śmie­chem.

Ha­stings za­mknął oczy i zwie­sił głowę. Oz­zie zgrzytnął zębami i spoj­rzał w drugą stronę.

- Po­wie­dział coś jesz­cze?

- Jest porządnie wsta­wio­ny. Rano nie będzie ni­cze­go pamiętał. Po­wie­dział, że była uroczą małą czar­nulką.

- Kto z nim był?

- Pete Wil­lard.

- Jest tam?

- Tak, obaj śmieją się z tego, co zaszło.

- Gdzie siedzą?

- Z le­wej stro­ny sali, obok au­to­matów do flip­pe­ra.

Oz­zie się uśmiechnął.

- W porządku, Bum­po­us. Do­brze się spi­sałeś, a te­raz spa­daj.

Ha­stings za­dzwo­nił do dys­po­zy­to­ra. Podał dwa na­zwi­ska, a dys­po­zy­tor prze­ka­zał je Lo­oney­owi, który cze­kał w ra­dio­wo­zie za­par­ko­wa­nym przed do­mem Per­cy'ego Bul­lar­da, sędzie­go okręgu. Lo­oney za­dzwo­nił do drzwi i wręczył sędzie­mu dwa oświad­cze­nia złożone pod przy­sięgą i dwa na­ka­zy aresz­to­wa­nia. Bul­lard pod­pi­sał na­ka­zy i zwrócił je Lo­oney­owi, który po­dziękował Wy­so­kie­mu Sądowi i grzecz­nie się od­da­lił. Dwa­dzieścia mi­nut później oddał na­ka­zy Oz­zie­mu na tyłach kościoła.

Punk­tu­al­nie o je­de­na­stej ka­pe­la za­milkła w połowie pio­sen­ki, kości zniknęły ze stołów, tańczący za­mar­li, a bile prze­stały się to­czyć po stołach. Ktoś włączył światło. Goście po­wie­dli wzro­kiem za potężnie zbu­do­wa­nym sze­ry­fem, który w to­wa­rzy­stwie swo­ich lu­dzi kro­czył dum­nie przez par­kiet w stronę sto­li­ka obok au­to­matów do flip­pe­ra. Cobb, Wil­lard i dwóch in­nych sie­dzie­li w bok­sie wokół bla­tu pełnego pu­stych pu­szek po pi­wie. Oz­zie pod­szedł do sto­li­ka i uśmiechnął się do Cob­ba.

- Pan wy­ba­czy, ale nie wpusz­cza­my tu czar­nych - wybełkotał Cobb, a czte­rej po­zo­sta­li wy­buchnęli śmie­chem. Oz­zie nie prze­sta­wał się uśmie­chać.

Kie­dy re­chot ustał, Oz­zie po­wie­dział:

- Do­brze się ba­wisz, Bil­ly Rayu?

- Ano tak.

- Na to mi wygląda. Nie lubię psuć lu­dziom za­ba­wy, ale ty i Wil­lard mu­si­cie ze mną pójść.

- Dokąd? - za­cie­ka­wił się Wil­lard.

- Na prze­jażdżkę.

- Nie za­mie­rzam się stąd ru­szyć - uro­czyście oświad­czył Cobb. W tym mo­men­cie dwaj obcy, którzy z nimi sie­dzie­li, czmychnęli, przyłączając się do tłumu gapiów.

- Aresz­tuję was obu - oznaj­mił Oz­zie.

- Masz na­kaz? - spy­tał Cobb.

Ha­stings wyciągnął dwa na­ka­zy, a Oz­zie rzu­cił je między pusz­ki z pi­wem.

- Taak, mam na­kaz na każdego z was. Wsta­waj.

Wil­lard spoj­rzał roz­pacz­li­wie na Cob­ba, który wziął do ust łyk piwa i oświad­czył:

- Nie po­jadę do aresz­tu.

Na te słowa Lo­oney podał Oz­zie­mu najdłuższą i naj­czar­niejszą pałkę, ja­kiej używa­li w okręgu Ford. Wil­lard ska­mie­niał ze stra­chu. Oz­zie skinął pałką, ude­rzając w śro­dek sto­li­ka i roz­rzu­cając piwo, pusz­ki oraz pianę na wszyst­kie stro­ny. Wil­lard sko­czył na równe nogi i wyciągnął ręce w stronę Lo­oneya, który już cze­kał z kaj­dan­ka­mi. Wyciągnęli go na zewnątrz i we­pchnęli do cze­kającego ra­dio­wo­zu.

Oz­zie klepnął się pałką w lewą dłoń i uśmiechnął do Cob­ba.

- Masz pra­wo za­cho­wać mil­cze­nie. Wszyst­ko, co po­wiesz, może zo­stać wy­ko­rzy­sta­ne prze­ciw­ko to­bie. Masz pra­wo do ad­wo­ka­ta. Jeśli nie możesz so­bie na nie­go po­zwo­lić, za­pew­ni go stan. Ja­kieś py­ta­nia?

- Taak. Która go­dzi­na?

- Pora je­chać do pudła, koleś.

- Idź do diabła, czar­nu­chu!

Oz­zie chwy­cił Cob­ba za włosy i wyciągnął z bok­su, a następnie przy­cisnął mu twarz do podłogi. Do­cisnął ple­cy ko­la­nem i wsunął pałkę pod gardło, ciągnąc w górę, a jed­no­cześnie moc­niej wbi­jając ko­la­no w grzbiet. Cobb za­kwi­czał, kie­dy pałka zaczęła miażdżyć mu krtań.

Oz­zie zapiął kaj­dan­ki i powlókł Cob­ba za włosy przez par­kiet. Wy­szli na zewnątrz, prze­szli żwi­ro­wym par­kin­giem i Oz­zie we­pchnął Cob­ba na tyl­ne sie­dze­nie ra­dio­wo­zu obok Wil­lar­da.

- - -

Wia­do­mość o gwałcie ro­zeszła się lo­tem błyska­wi­cy. Ko­lej­ni krew­ni i przy­ja­cie­le gro­ma­dzi­li się w szpi­ta­lu w po­cze­kal­ni i sąsied­nich ko­ry­ta­rzach. To­nya wy­je­chała z sali ope­ra­cyj­nej. Jej stan określono jako kry­tycz­ny. Oz­zie za­mie­nił słówko z bra­tem Gwen, in­for­mując go o za­trzy­ma­niu. Tak, to oni. Jest tego pew­ny.

Roz­dział 1

Billy Ray Cobb był młod­szym i mniej­szym z dwójki wsioków. W wie­ku dwu­dzie­stu trzech lat miał już na kon­cie trzy­let­nią od­siadkę w więzie­niu sta­no­wym w Parch­man za po­sia­da­nie kra­dzio­nych to­warów z za­mia­rem sprze­daży. Był szczupłym twar­dzie­lem, drob­nym opry­chem, któremu udało się przeżyć więzie­nie i ja­kimś cu­dem utrzy­mać siatkę de­alerską nar­ko­tyków, które opy­lał, a cza­sa­mi dawał w pre­zen­cie czar­nym i strażni­kom, żeby za­pew­ni­li mu ochronę. Po wyjściu na wol­ność nadal pro­spe­ro­wał, a jego drob­ny nar­ko­tykowy in­te­res spra­wił, że awan­so­wał do gro­na naj­bar­dziej wpływo­wych wsioków okręgu Ford. Był przed­siębiorcą pełną gębą, z pra­cow­ni­ka­mi, zo­bo­wiąza­nia­mi, umo­wa­mi i wszyst­kim in­nym oprócz po­datków. W Clan­ton, w okręgu Ford, był ostat­nim gościem w naj­now­szych dzie­jach, który zapłacił gotówką za no­we­go pick-upa. Od­lo­to­we chro­mo­wa­ne fel­gi i opo­ny wyści­go­we do jaz­dy po błocie do­stał w za­mian za przysługę. W tyl­nym oknie wi­siała fla­ga kon­fe­de­ratów, którą Cobb ukradł pi­ja­ne­mu gościo­wi z brac­twa stu­denc­kie­go pod­czas me­czu fut­bo­lo­we­go na Ole Miss, czy­li Uni­wer­sy­te­cie Mis­si­si­pi. Pick-up był naj­cen­niejszą rzeczą, jaką Bil­ly Ray po­sia­dał. Sie­dział te­raz na tyl­nej kla­pie, żłopiąc piwo, po­pa­lając jo­in­ta i patrząc, jak jego kum­pel, Wil­lard, za­ba­wia się z czarną dziew­czynką.

Wil­lard był czte­ry lata star­szy, ale za­cho­wy­wał się, jak­by różnica wy­no­siła kil­ka­naście lat. Można po­wie­dzieć, że ogólnie był nie­szko­dli­wy. Nig­dy nie znaj­do­wał się w poważnych ta­ra­pa­tach, nie miał też poważnej ro­bo­ty. Cza­sem zda­rzyła mu się bójka, za którą prze­sie­dział nockę w aresz­cie, ale nie miał na kon­cie ni­cze­go wyjątko­we­go. Mówił, że jest drwa­lem, ale ból pleców po­wo­do­wał, iż trzy­mał się z dala od lasu. Uszko­dził so­bie kręgosłup, pra­cując na plat­for­mie wiert­ni­czej gdzieś w Za­to­ce Per­skiej, a kon­cern naf­to­wy wypłacił mu przy­zwo­ite od­szko­do­wa­nie, które Wil­lard stra­cił, kie­dy jego była ogo­liła go do czy­sta. Głównym jego zajęciem była do­ryw­cza ro­bo­ta u Bil­ly'ego Raya Cob­ba, który wpraw­dzie nie­wie­le mu płacił, ale za to nie skąpił to­wa­ru. Pierw­szy raz od lat Wil­lard za­wsze mógł mieć to­war, którego sta­le po­trze­bo­wał od cza­su wy­pad­ku z kręgosłupem.

Dziew­czyn­ka miała dzie­sięć lat i była mała jak na swój wiek. Leżała, opie­rając się na łokciach, które umieścili pod tułowiem i związali żółtą ny­lo­nową linką. Nogi spo­czy­wały w gro­te­sko­wym roz­kro­ku, bo pra­wa sto­pa była moc­no przy­wiązana do młode­go dębu, a lewa do zbu­twiałego, po­chy­lo­ne­go słupka sta­re­go ogro­dze­nia. Nar­ciar­ska lin­ka wrzy­nała się w jej nad­garst­ki, a po no­gach spływała krew. Miała za­krwa­wioną i opuch­niętą twarz. Jed­no oko było na­brzmiałe i za­mknięte, dru­gie na wpół otwar­te, więc mogła wi­dzieć dru­giego białasa siedzącego na skrzy­ni. Nie pa­trzyła na fa­ce­ta, który na niej leżał. Tego, który ciężko dy­szał, pocił się i prze­kli­nał. I robił jej krzywdę.

Kie­dy skończył, ude­rzył ją w twarz i za­re­cho­tał. Dru­gi od­po­wie­dział śmie­chem, a później za­nieśli się jesz­cze głośniej i zaczęli tur­lać po tra­wie obok wozu, jak dwaj wa­ria­ci, po­krzy­kując i re­chocząc. Odwróciła głowę i ci­cho zapłakała, tak żeby jej nie usłysze­li. Wcześniej po­bi­li ją za to, że płakała i krzy­czała. Za­gro­zi­li, że za­biją, jeśli się nie za­mknie.

Po chwi­li zmęczy­li się re­cho­tem i wyciągnęli na skrzy­ni. Wil­lard wy­tarł się ko­szulą małej czar­nul­ki, nasączoną krwią i po­tem. Cobb podał mu zim­ne piwo z chłod­ziar­ki i bąknął coś o wil­got­nym po­wie­trzu. Później pa­trzy­li, jak mała szlo­cha, wy­dając dziw­ne, ci­che dźwięki, aby w końcu za­milknąć. Pusz­ka Cob­ba była w połowie pu­sta, a napój prze­stał być chłodny. Cisnął nią w dziew­czynkę. Pusz­ka ude­rzyła ją w brzuch, try­skając białą pianą, a później po­to­czyła się na zie­mię obok in­nych, po­chodzących z tej sa­mej chłod­ziar­ki. Wyciągali ko­lej­ne z dwóch sześcio­paków, wy­pi­ja­li do połowy, a później rzu­ca­li nimi w nią i re­cho­ta­li. Wil­lard miał pro­blem z tra­fie­niem w cel, za to Cob­bo­wi całkiem nieźle szło. Nie należeli do tych, co to mar­nują piwo, ale cięższe pusz­ki le­piej leżały w dłoni, a poza tym miło było pa­trzeć, jak pia­na się roz­pry­sku­je.

Ciepłe piwo mie­szało się z ciemną krwią i spływało po twa­rzy i szyi dziew­czyn­ki, tworząc kałużę za głową. Prze­stała się po­ru­szać.

Wil­lard spy­tał Cob­ba, czy­je­go zda­niem mała nie żyje. Cobb otwo­rzył ko­lej­ne piwo i wyjaśnił, że nie jest mar­twa, bo czar­ne­go nie da się zabić ko­pa­niem, bi­ciem i gwałce­niem. Żeby załatwić czar­nu­cha, trze­ba użyć znacz­nie bar­dziej ra­dy­kal­nych środków, na przykład noża, splu­wy lub sznu­ra. Cho­ciaż nig­dy nie zabił Mu­rzy­na, po­znał w pu­dle paru czar­nych i wie­dział o nich wszyst­ko. Zwy­kle za­bi­ja­li jed­ni dru­gich, używając ja­kie­goś ro­dza­ju bro­ni. Ci, których je­dy­nie po­bi­to i zgwałcono, nig­dy nie umie­ra­li. Niektórzy bia­li, których po­bi­to i zgwałcono, od­winęli kitę, ale nie czar­ni. Ich głowy były znacz­nie tward­sze. Wil­lard spra­wiał wrażenie usa­tys­fak­cjo­no­wa­ne­go od­po­wie­dzią.

Później Wil­lard spy­tał, co Cobb ma za­miar zro­bić z dziew­czynką, sko­ro już z nią skończy­li. Cobb pociągnął jo­in­ta, popił pi­wem i od­parł, że on jesz­cze nie skończył. Zakołysał się na skrzy­ni i powlókł w kie­run­ku małej po­la­ny, gdzie ją przy­wiązali. Zaklął i krzyknął na nią, żeby się obu­dziła, a później chlusnął jej zim­nym pi­wem w twarz, śmiejąc się jak osza­lały.

Pa­trzyła na nie­go, gdy ob­cho­dził drze­wo, żeby zna­leźć się z pra­wej stro­ny, a później utkwiła w nim wzrok, gdy zaczął się gapić między jej nogi. Kie­dy spuścił por­t­ki, odwróciła się w lewo i za­mknęła oczy. Chciał jej po­now­nie zro­bić krzywdę.

Spoj­rzała między drze­wa i do­strzegła jakiś ruch - mężczyznę, który biegł jak osza­lały przez krza­ki i zarośla. Swo­je­go tatę. Krzy­czał i dawał jej zna­ki, i pędził co sił na ra­tu­nek. Krzyknęła w jego stronę, a wte­dy zniknął w zaroślach. A ona stra­ciła przy­tom­ność.

- - -

Kie­dy się obu­dziła, je­den leżał pod pick-upem, a dru­gi obok drze­wa. Spa­li. Jej ręce i nogi były odrętwiałe. Krew, piwo i mocz zmie­szały się z zie­mią pod tułowiem, tworząc kle­istą maź, która przy­twier­dzała jej drob­ne ciało do zie­mi i trzesz­czała, kie­dy dziew­czyn­ka się po­ru­szyła. Pomyślała o uciecz­ce, ale mimo naj­większych wysiłków zdołała się prze­sunąć za­le­d­wie kil­ka cen­ty­metrów w pra­wo. Przy­wiązali jej sto­py tak wy­so­ko, że poślad­ki le­d­wie do­ty­kały zie­mi. Nogi i ręce były tak zdrętwiałe, że nie chciały jej słuchać.

Spoj­rzała w kie­run­ku drzew w po­szu­ki­wa­niu taty i ci­cho go zawołała. Od­cze­kała chwilę, a później znów za­padła w sen.

Kie­dy po­now­nie się obu­dziła, tam­ci już wsta­li i krążyli wokół. Wy­so­ki pod­szedł do niej na chwiej­nych no­gach z małym nożem. Chwy­cił jej prawą kostkę i zaczął z furią piłować linkę, aż puściła. Gdy uwol­nił jej prawą nogę, sku­liła się w po­zy­cji płodu, od­wra­cając ple­ca­mi.

Cobb za­rzu­cił kawał lin­ki na ko­nar, a później zro­bił pętlę i zawiązał węzeł. Następnie chwy­cił dziew­czynkę i założył jej pętlę na szyję. Kie­dy skończył, ru­szył na dru­gi ko­niec po­la­ny i usiadł na pace pick-upa, gdzie Wil­lard po­pa­lał ko­lej­ne­go jo­in­ta i uśmie­chał się na myśl o tym, co Cobb ma za­miar zro­bić. Ten złowro­go szarpnął linę, unosząc drob­ne na­gie ciało nad zie­mię na tyle, by głowa zna­lazła się tuż pod ko­narem. Dziew­czyn­ka krztu­siła się i kasz­lała, więc miłosier­nie po­lu­zo­wał linę, aby dać jej kil­ka mi­nut wy­tchnie­nia. Później przy­wiązał linę do zde­rza­ka i otwo­rzył ko­lej­ne piwo.

Sie­dzie­li z Wil­lar­dem na pace, pijąc, paląc i gapiąc się na małą. Spędzi­li nad je­zio­rem większą część dnia, bo Cobb miał tam przy­ja­cie­la, a przy­ja­ciel łódkę i kil­ka za­przy­jaźnio­nych dziew­czyn, które miały być łatwe, ale oka­zały się nie­do­ty­kal­skie. Cho­ciaż Cobb nie żałował prochów i piwa, wred­ne la­ski nie chciały się od­wdzięczyć. Sfru­stro­wa­ni, od­je­cha­li znad je­zio­ra. Sunęli przed sie­bie, gdy szczęśli­wym tra­fem na­pa­to­czyła się ta mała. Szła żwi­rową drogą z torbą za­kupów, kie­dy Wil­lard tra­fił ją w tył głowy puszką piwa.

- Na­prawdę chcesz to zro­bić? - spy­tał Wil­lard, spoglądając na nie­go szkli­sty­mi, na­biegłymi krwią ocza­mi.

Cobb się za­wa­hał.

- Nie. Po­zwolę, żebyś sam to zro­bił. To był twój po­mysł.

Wil­lard pociągnął jo­in­ta, splunął i po­wie­dział:

- To nie był mój po­mysł. To ty je­steś spe­cem od za­bi­ja­nia czar­nuchów. Sam to zrób.

Cobb odwiązał linkę od zde­rza­ka i pociągnął. Lina ode­rwała korę od gałęzi, roz­rzu­cając drob­ne kawałki wiązu wokół dziew­czyn­ki, która ob­ser­wo­wała ich bacz­nym wzro­kiem. Za­kasz­lała.

Na­gle usłyszała coś, co przy­po­mi­nało war­kot sa­mo­cho­du z ze­psu­tym tłumi­kiem. Tam­ci odwrócili się nie­spo­koj­nie, spoglądając na żwi­rową drogę od­chodzącą od po­bli­skiej au­to­stra­dy. Zaczęli prze­kli­nać i gorączko­wo bie­gać w kółko. Je­den z nich pod­niósł klapę, a dru­gi ru­szył w stronę dziew­czyn­ki. Po­tknął się i wylądował nie­opo­dal. Prze­kli­na­li je­den dru­giego, zdej­mując jej pętlę z szyi, wlokąc do pick-upa i rzu­cając na pakę. Cobb zdzie­lił ją w twarz i za­gro­ził, że za­bi­je, jeśli nie będzie ci­cho. Po­wie­dział, że od­wie­zie ją do domu, jeśli nie będzie się ru­szała i zro­bi, co jej każe. W prze­ciw­nym ra­zie ją załatwią. Później za­trzasnęli drzwi i ru­szyli szyb­ko żwi­rową drogą. Pomyślała, że je­dzie do domu, i ze­mdlała.

Cobb i Wil­lard po­ma­cha­li w kie­run­ku fi­re­bir­da z ze­psu­tym tłumi­kiem, mi­jając go na wąskiej bi­tej dro­dze. Wil­lard obej­rzał się za sie­bie, żeby spraw­dzić, czy czar­nul­ka leży nie­ru­cho­mo. Cobb skręcił na szosę i przy­spie­szył.

- Co te­raz? - spy­tał ner­wo­wo Wil­lard.

- Nie wiem - od­rzekł nie­spo­koj­nie Cobb. - Mu­si­my się po­spie­szyć, bo mi za­krwa­wi cały sa­mochód. Po­patrz, wszyst­ko upaćkała.

Wil­lard pomyślał chwilę, do­pi­jając puszkę.

- Zrzućmy ją z mo­stu - za­pro­po­no­wał z dumą.

- Do­bry po­mysł. Cho­ler­nie do­bry. - Cobb rap­tow­nie za­ha­mo­wał. - Daj mi piwo - po­le­cił Wil­lar­do­wi, który wywlókł się z ka­bi­ny i po­szedł na tył po dwie pusz­ki.

- Na­wet chłod­ziarkę za­krwa­wiła - oznaj­mił, kie­dy ru­szy­li z pi­skiem opon.

- - -

Gwen Ha­iley czuła, że stało się coś złego. Posłałaby po za­ku­py jed­ne­go z trzech chłopców, ale do­sta­li szla­ban od ojca. Za karę mu­sie­li wy­ry­wać chwa­sty w ogro­dzie. To­nya już wcześniej cho­dziła do skle­pu, który znaj­do­wał się za­le­d­wie półtora ki­lo­me­tra od domu, i udo­wod­niła, że można na niej po­le­gać. Po dwóch go­dzi­nach Gwen posłała synów, żeby po­szu­ka­li młod­szej sio­stry. Pomyśleli, że pew­nie poszła do domu Po­un­dersów, żeby się po­ba­wić z ich dzie­cia­ka­mi, lub zapuściła się jesz­cze da­lej, by od­wie­dzić swoją naj­lepszą przy­ja­ciółkę, Bes­sie Pier­son.

Skle­pi­karz pan Ba­tes po­wie­dział, że była u nie­go, ale wyszła przed go­dziną. Ja­rvis, śred­ni brat, zna­lazł przy dro­dze torbę z za­ku­pa­mi.

Gwen za­dzwo­niła do męża do pa­pier­ni, a później za­pa­ko­wała Car­la Lee ju­nio­ra do sa­mo­cho­du i zaczęła krążyć szu­tro­wy­mi dro­ga­mi wokół skle­pu. Do­tar­li do osa­dy sta­rych drew­nia­nych bud na plan­ta­cji Gra­ha­ma, żeby spraw­dzić, czy małej nie ma u ciot­ki. Później za­trzy­ma­li się w skle­pie Broad­way, półtora ki­lo­me­tra od spożyw­cze­go Gra­ha­ma, ale grup­ka czar­nych po­wie­działa, że nie wi­dzie­li jej w po­bliżu. Spraw­dzi­li żwi­ro­we i bite dro­gi w pro­mie­niu pięciu ki­lo­metrów od domu.

- - -

Cobb nie mógł zna­leźć mo­stu, na którym nie sie­dzie­li­by czar­ni z wędka­mi. Do każdego, do którego się zbliżyli, przy­kle­jo­nych było czte­rech lub pięciu czar­nych w sze­ro­kich słomko­wych ka­pe­lu­szach, z dużymi trzci­no­wy­mi wędzi­ska­mi w rękach. Pod każdym sie­działa na wia­drach grup­ka in­nych w iden­tycz­nych słomko­wych ka­pe­lu­szach i z trzci­no­wy­mi wędka­mi. Tkwi­li tak nie­ru­cho­mo, od cza­su do cza­su zaciągając przynętę lub roz­gnia­tając ko­ma­ra na kar­ku.

Zaczęło go ogar­niać prze­rażenie. Naćpany Wil­lard całko­wi­cie odpłynął i nie było z nie­go naj­mniej­sze­go pożytku. Cobb zo­stał sam i mu­siał się po­zbyć dziew­czy­ny w taki sposób, żeby nie mogła po­wie­dzieć ni­ko­mu, co się stało. Wil­lard po­chra­py­wał, a Cobb gnał jak osza­lały żwi­ro­wy­mi wiej­ski­mi dro­ga­mi w po­szu­ki­wa­niu mo­stu lub urwi­ska nad rzeką, gdzie mógłby przy­stanąć i zrzu­cić ciało tak, żeby nie zo­ba­czyło go pół tu­zi­na czar­nych w słomko­wych ka­pe­lu­szach. Spoj­rzał w lu­ster­ko i za­uważył, że dziew­czyn­ka próbuje się pod­nieść. Za­ha­mo­wał moc­no, więc upadła na pakę obok tyl­ne­go okna. Wil­lard odbił się ry­ko­sze­tem od de­ski roz­dziel­czej i osunął na podłogę, nie prze­stając chra­pać. Cobb rzu­cił prze­kleństwo pod ad­re­sem oboj­ga.

Błotni­ste je­zio­ro Cha­tul­la było dużym, płyt­kim sztucz­nym zbior­ni­kiem. Tamę ciągnącą się na długości półtora ki­lo­me­tra po­ra­stała tra­wa. Akwen znaj­do­wał się na południo­wo-za­chod­nim krańcu okręgu Ford, kil­ko­ma hek­ta­ra­mi wkra­czając na te­ren okręgu Van Bu­ren. Na wiosnę Cha­tul­la było naj­większym zbior­ni­kiem wod­nym w Mis­si­si­pi, ale późnym la­tem, gdy deszcz prze­sta­wał padać, a słońce za­czy­nało pod­grze­wać, woda gwałtow­nie pa­ro­wała. Moc­ny nie­gdyś brzeg obniżał się i cofał, zbliżając do prze­ciw­ległych krańców i tworząc płytki zbior­nik z czer­wo­nobrązową wodą. Z różnych stron za­si­lały go nie­zli­czo­ne stru­mie­nie, za­to­ki i mo­kradła. Kil­ka dopływów było wy­star­czająco dużych, aby zasłużyć na mia­no rze­ki. Ist­nie­nie wspo­mnia­nych dopływów po­wo­do­wało, że w re­jo­nie je­zio­ra znaj­do­wało się duża licz­ba mostów.

Żółty pick-up mknął tymi mo­sta­mi w po­szu­ki­wa­niu miej­sca na­dającego się do zrzu­ce­nia ładun­ku, ja­kim była nie­chcia­na pasażerka. Cobb był zroz­pa­czo­ny. Wie­dział o jesz­cze jed­nym moście, wąskiej drew­nia­nej kon­struk­cji roz­piętej po­nad stru­mie­niem Fog­gy. Kie­dy pod­je­chał bliżej i uj­rzał czar­nuchów z trzci­no­wy­mi wędka­mi, zje­chał na po­bo­cze i za­trzy­mał wóz. Opuścił po­krywę, wyciągnął dziew­czynkę i wrzu­cił ją do małego wąwozu porośniętego ku­dzu.

- - -

Carl Lee Ha­iley nie spie­szył się do domu. Gwen de­ner­wo­wała się z byle po­wo­du. Kil­ka razy dzwo­niła do pa­pier­ni, bo oba­wiała się, że jed­no z dzie­ci zo­stało po­rwa­ne. Odbił kartę i jak zwy­kle do­tarł do domu w ciągu trzy­dzie­stu mi­nut. Za­nie­po­koił się do­pie­ro na wi­dok ra­dio­wo­zu za­par­ko­wa­ne­go obok we­ran­dy. Inne sa­mo­cho­dy należące do członków ro­dzi­ny Gwen stały cha­otycz­nie wzdłuż długie­go pod­jaz­du i na podwórku. Wśród nich był je­den wóz, którego nie roz­po­znał.

Gdzie jest To­nya i chłopcy?

Kie­dy otwo­rzył drzwi, usłyszał, że Gwen płacze. W małym sa­lo­nie z pra­wej stro­ny spo­strzegł tłumek po­chy­lo­ny nad kruchą po­sta­cią leżącą na ka­na­pie. Dziec­ko było przy­kry­te mo­kry­mi ręczni­ka­mi, oto­czo­ne przez szlo­chających krew­nych. Kie­dy ru­szył w kie­run­ku ka­na­py, płacz ustał. Tłum się rozstąpił. Obok dziew­czyn­ki zo­stała tyl­ko Gwen. De­li­kat­nie gładziła ją po głowie. Uklęknął obok ka­na­py i do­tknął ra­mie­nia dziec­ka. Przemówił do swo­jej córecz­ki, a ona próbowała się uśmiechnąć. Jej twarz przy­po­mi­nała krwawą miazgę, po­kry­ta si­nia­ka­mi i ra­na­mi. Oczy były spuch­nięte i za­krwa­wio­ne. Po­czuł łzy w oczach, kie­dy spoj­rzał na jej drob­ne ciało owi­nięte ręczni­ka­mi i krwa­wiące z łokci oraz czoła.

Carl Lee spy­tał Gwen, co się stało. Zaczęła dy­go­tać i jęczeć, więc brat mu­siał od­pro­wa­dzić ją do kuch­ni. Carl Lee wstał, odwrócił się do ze­bra­nych i po­pro­sił, żeby ktoś mu po­wie­dział.

Ci­sza.

Za­py­tał trze­ci raz. Funk­cjo­na­riusz z biu­ra sze­ry­fa, Wil­lie Ha­stings, je­den z ku­zynów Gwen, pod­szedł do nie­go i po­wie­dział, że lu­dzie łowiący ryby nad stru­mie­niem Fog­gy zna­leźli Tonyę na środ­ku dro­gi. Po­wie­działa, jak się na­zy­wa jej oj­ciec, więc za­nieśli ją do domu.

Ha­stings za­milkł i wbił wzrok w podłogę.

- Co się stało, Wil­lie?! - krzyknął Carl Lee, spoglądając na nie­go gniew­nym wzro­kiem.

Ha­stings mówił po­wo­li, od­wra­cając wzrok w kie­run­ku okna. Powtórzył to, co To­nya po­wie­działa mat­ce o białych mężczy­znach i pick-upie. O sznu­rze i drze­wach, i o tym, jak ją skrzyw­dzi­li. Prze­rwał, słysząc sy­gnał ka­ret­ki.

Lu­dzie ci­cho wy­szli na zewnątrz i stanęli na we­ran­dzie, patrząc, jak ra­tow­ni­cy wyj­mują no­sze i idą w stronę domu.

Stanęli na podwórku, kie­dy otwo­rzyły się drzwi i Carl Lee wy­szedł z córką na rękach. Szep­tał do niej ci­cho, a ogrom­ne łzy kapały mu z bro­dy. Ru­szył na tył ka­ret­ki i wsiadł do środ­ka. Ra­tow­ni­cy za­mknęli drzwi i ostrożnie wyjęli dziec­ko z jego rąk.

Roz­dział 4

Percy Bul­lard wier­cił się ner­wo­wo w skórza­nym fo­te­lu stojącym za ogrom­nym sfa­ty­go­wa­nym dębo­wym biur­kiem w ga­bi­ne­cie sędziow­skim za salą roz­praw, w której ze­brał się tłum, aby po­znać szczegóły gwałtu. W małym po­ko­iku obok praw­ni­cy zgro­ma­dzi­li się wokół au­to­ma­tu do kawy, plot­kując o tym, co zaszło.

Mała czar­na toga Bul­lar­da wi­siała w rogu obok okna, które wy­cho­dziło na północ, na Wa­shing­ton Stre­et. Na no­gach miał ciągle buty do jog­gin­gu. Był ni­skim ner­wo­wym człowiecz­kiem, który mar­twił się zarówno każdym przesłucha­niem wstępnym, jak i sa­mym pro­ce­sem. Cho­ciaż od trzy­na­stu lat pra­co­wał jako sędzia, nadal nie po­tra­fił się zre­lak­so­wać. Na szczęście nie mu­siał roz­pa­try­wać poważniej­szych spraw, bo te tra­fiały do sądu ob­wo­do­we­go. Bul­lard był sędzią okręgo­wym, który osiągnął szczyt swo­ich możliwości.

Pan Pate, wie­ko­wy urzędnik sądowy, za­pu­kał do drzwi.

- Wejść! - burknął Bul­lard.

- Dzień do­bry, pa­nie sędzio.

- Ilu czar­nych przyszło? - spy­tał opry­skli­wie Bul­lard.

- Będzie połowa sali.

- Sto osób?! Cze­mu po­dob­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia nie wzbu­dza porządny pro­ces o zabójstwo? Cze­go chcą?

Pan Pate pokręcił głową.

- Pew­nie myślą, że będzie­my roz­pa­try­wa­li sprawę tych dwóch!

- Może są po pro­stu za­tro­ska­ni - od­rzekł łagod­nie pan Pate.

- Za­tro­ska­ni? Czym? Nie wy­puszczę ich na wol­ność. To przesłucha­nie wstępne. - Za­milkł i spoj­rzał w okno. - Są człon­ko­wie ro­dzi­ny?

- Tak sądzę. Roz­po­znałem kil­ku z nich, ale nie znam ro­dziców dziew­czyn­ki.

- Jak tam z ochroną?

- Sze­ryf ściągnął wszyst­kich funk­cjo­na­riu­szy i re­zer­wy w po­bliże sali roz­praw. Ob­szu­ka­liśmy wszyst­kich przed wejściem.

- Zna­leźliście coś?

- Nie, proszę pana.

- Gdzie są ci chłopcy?

- Pod opieką sze­ry­fa. Będą tu lada chwi­la.

Sędzia wy­da­wał się usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny. Pan Pate położył na biur­ku skreśloną odręcznie no­tatkę.

- Co to ta­kie­go?

Pan Pate wes­tchnął głęboko.

- Eki­pa te­le­wi­zyj­na z Mem­phis pro­si o po­zwo­le­nie na fil­mo­wa­nie przesłucha­nia.

- Co?! - Twarz Bul­lar­da po­czer­wie­niała. Zakołysał się gwałtow­nie w ob­ro­to­wym fo­te­lu. - Ka­me­ry?! - ryknął. - W moim sądzie?! - Po­darł kartkę i cisnął skraw­ki pa­pie­ru w kie­run­ku śmiet­nicz­ki. - Gdzie oni są?

- W ro­tun­dzie.

- Każ ich wy­pro­wa­dzić z sądu!

Pan Pate szyb­ko wy­szedł z po­ko­ju.

Carl Lee Ha­iley sie­dział w przed­ostat­nim rzędzie. Ota­czała go cała gro­ma­da krew­nych i przy­ja­ciół, którzy ob­sie­dli wyściełane ławki po pra­wej stro­nie sali roz­praw. Ławki z le­wej były pu­ste. Wokół kręcili się lu­dzie z biu­ra sze­ry­fa, uzbro­je­ni i pełni obaw, ner­wo­wo ob­ser­wując grupkę czar­nych, a szczególne Car­la Lee, który sie­dział po­chy­lo­ny, z łokcia­mi na ko­la­nach, wpa­trując się tępym wzro­kiem w podłogę.

Jake wyglądał przez swo­je okno w kie­run­ku pla­cu, na tył gma­chu sądu, który był zwrócony na południe. Do­cho­dziła trzy­na­sta. Jak zwy­kle da­ro­wał so­bie lunch i nie miał ni­cze­go do załatwie­nia na mieście, ale chciał się prze­wie­trzyć. Cały dzień nie wy­cho­dził na dwór i choć nie miał ocho­ty wysłuchi­wać szczegółów gwałtu, był zły, że omi­nie go przesłucha­nie wstępne. Na sali sądo­wej mu­siało być tłoczno, bo wokół pla­cu nie było ani jed­ne­go wol­ne­go miej­sca do par­ko­wa­nia. Garst­ka dzien­ni­ka­rzy i re­por­terów cze­kała nie­spo­koj­nie z tyłu bu­dyn­ku, obok drew­nia­nych drzwi, którymi mie­li wejść Cobb i Wil­lard.

Areszt był od­da­lo­ny dwie prze­czni­ce od pla­cu i znaj­do­wał się przy au­to­stra­dzie. Oz­zie pro­wa­dził ra­diowóz, a Cobb i Wil­lard sie­dzie­li na tyl­nej ka­na­pie. Ko­lum­na składająca się z jego sa­mo­cho­du i dwóch ra­diowozów ob­sta­wy, jed­ne­go z przo­du i dru­gie­go z tyłu, skręciła z Wa­shing­ton Stre­et w krótki pod­jazd pro­wadzący pod we­randę sądu. Sześciu funk­cjo­na­riu­szy przepro­wa­dziło oskarżonych przez szpa­ler re­por­terów do wejścia, a następnie po­wiodło scho­da­mi do małego po­ko­ju przy­le­gającego do sali roz­praw.

Jake chwy­cił płaszcz, zi­gno­ro­wał Ethel i po­gnał przez ulicę. Wbiegł tyl­ny­mi scho­da­mi, prze­szedł krótkim ko­ry­ta­rzem obok po­ko­ju przy­sięgłych i wpadł do sali roz­praw w chwi­li, gdy pan Pate od­pro­wa­dzał Bul­lar­da do ławy sędziow­skiej.

- Wstać! Sąd idzie! - za­krzyknął pan Pate. Wszy­scy po­wsta­li. Bul­lard pod­szedł do swo­je­go fo­te­la i usiadł.

- Proszę usiąść! - krzyknął. - Gdzie są oskarżeni? No gdzie? Wpro­wa­dzić na salę!

Cob­ba i Wil­lar­da wpro­wa­dzo­no z małego po­ko­ju dla za­trzy­ma­nych. Byli sku­ci kaj­dan­ka­mi, nie­ogo­le­ni, wymięci, brud­ni i za­gu­bie­ni. Wil­lard rzu­cił okiem na dużą grupę czar­nych, a Cobb odwrócił się do nich ple­ca­mi. Lo­oney zdjął im kaj­dan­ki i po­sa­dził obok Drew Jac­ka Tyn­da­le'a, obrońcy z urzędu, za długim stołem. Obok stał długi stół pro­ku­ra­to­ra okręgu, Roc­ky'ego Chil­der­sa, który robił no­tat­ki i uda­wał ważnego.

Wil­lard po­now­nie spoj­rzał przez ramię na czar­nych. W pierw­szym rzędzie tuż za nim sie­działy jego mat­ka i mat­ka Cob­ba w to­wa­rzy­stwie lu­dzi z biu­ra sze­ry­fa, którzy mie­li za­pew­nić im ochronę. Cobb nie ze­chciał się odwrócić.

Siedzący w przed­ostat­nim rzędzie, trzy­dzieści metrów da­lej Carl Lee pod­niósł głowę i spoj­rzał na ple­cy mężczyzn, którzy zgwałcili jego córkę. Nie­chluj­ni, brud­ni i bro­da­ci obcy. Zasłonił twarz dłonią i się po­chy­lił. Lu­dzie sze­ry­fa stojący za Ha­iley­em ob­ser­wo­wa­li każdy jego ruch.

- Posłuchaj­cie! - huknął Bul­lard. - To przesłucha­nie wstępne, a nie roz­pra­wa. Jego ce­lem jest usta­le­nie, czy ist­nieją wy­star­czające do­wo­dy popełnie­nia przestępstwa, aby po­sta­wić tych oskarżonych przed Wielką Ławą Przy­sięgłych. Oskarżeni mogą zre­zy­gno­wać ze wstępne­go przesłucha­nia, jeśli tego chcą.

Tyn­da­le wstał.

- Nie, Wy­so­ki Sądzie. Chce­my, żeby przesłucha­nie wstępne się odbyło.

- Do­brze. Mam tu kopię oświad­czeń złożonych pod przy­sięgą, w obec­ności sze­ry­fa Wal­l­sa, że obaj oskarżeni zgwałcili nie­let­nią, dopuścili się po­rwa­nia i czyn­nej napaści. Pa­nie Chil­ders, może pan we­zwać pierw­sze­go świad­ka.

- Wy­so­ki Sądzie, oskarżenie powołuje na świad­ka sze­ry­fa Oz­zie­go Wal­l­sa.

Jake usiadł w ławie przy­sięgłych obok in­nych ad­wo­katów, którzy uda­wa­li, że są zajęci czy­ta­niem ważnych ma­te­riałów. Oz­zie zo­stał zaprzy­siężony i spoczął w miej­scu dla świadków na lewo od Bul­lar­da, kil­ka­dzie­siąt cen­ty­metrów od ławy przy­sięgłych.

- Może pan po­wie­dzieć, jak się pan na­zy­wa?

- Oz­zie Walls.

- Czy jest pan sze­ry­fem okręgu Ford?

- Tak.

- Wiem, kim jest - mruknął Bul­lard, przeglądając akta.

- Czy wczo­raj wie­czo­rem do wa­sze­go biu­ra do­tarło za­wia­do­mie­nie o za­gi­nięciu dziec­ka?

- Tak, około szes­na­stej trzy­dzieści.

- Co zro­bi­liście?

- Wysłałem funk­cjo­na­riu­sza Wil­lie­go Ha­sting­sa do domu Gwen i Car­la Lee Ha­ileyów, ro­dziców dziew­czyn­ki.

- Gdzie to jest?

- Przy Craft Road, za skle­pem spożyw­czym Ba­te­sa.

- Co usta­lił Ha­stings?

- Od­na­lazł matkę dziew­czyn­ki, która za­dzwo­niła na po­ste­ru­nek. Później ob­je­chał oko­licę, próbując zna­leźć za­gi­nioną.

- I zna­lazł?

- Nie. Kie­dy wrócił, dziew­czyn­ka już była z matką. Zna­leźli ją wędka­rze łowiący nad stru­mie­niem i za­bra­li do domu.

- W ja­kim była sta­nie?

- Zo­stała zgwałcona i po­bi­ta.

- Była przy­tom­na?

- Taak. Mogła mówić... trochę mam­ro­tała.

- Co po­wie­działa?

Tyn­da­le ze­rwał się z krzesła.

- Wy­so­ki Sądzie, wiem, że pod­czas przesłucha­nia wstępne­go do­pusz­cza się pogłoski, ale ta po­cho­dzi z trze­ciej ręki.

- Sprze­ciw od­da­lo­ny. Za­mknij się i sia­daj. Proszę kon­ty­nu­ować, pa­nie Chil­ders.

- Co po­wie­działa?

- Po­wie­działa ma­mie, że zro­bi­li to dwaj bia­li po­ru­szający się żółtym pick-upem, z flagą kon­fe­de­ra­cji w oknie.

- Co się później stało?

- Wil­lie Ha­stings we­zwał ka­retkę i za­bra­no ją do szpi­ta­la.

- Jak się czuła?

- Po­wie­dzie­li, że jest w kry­tycz­nym sta­nie.

- Co wy­da­rzyło się później?

- Na pod­sta­wie po­sia­da­nej wie­dzy wy­ty­po­wałem po­dej­rza­nych.

- I co pan zro­bił?

- Do­tarłem do in­for­ma­to­ra, wia­ry­god­ne­go in­for­ma­to­ra, i wysłałem go do pi­wiar­ni nad je­zio­rem.

Chil­ders nie chciał się wda­wać w szczegóły, zwłasz­cza w obec­ności Bul­lar­da. Jake wie­dział o tym równie do­brze jak Tyn­da­le. Bul­lard odsyłał każdą sprawę do Wiel­kiej Ławy Przy­sięgłych3, więc przesłucha­nie wstępne było czystą for­mal­nością. Nie­za­leżnie od oskarżeń, faktów i do­wodów, nie­za­leżnie od wszyst­kie­go, Bul­lard odsyłał oskarżonych przed Wielką Ławę. Jeśli do­wody nie były wy­star­czające, to oni wy­pusz­cza­li podsądne­go, a nie Bul­lard. Bo Bul­lard pod­le­gał po­now­ne­mu wy­bo­ro­wi, a Wiel­ka Ława Przy­sięgłych nie. Wy­bor­cy byli roz­drażnie­ni, kie­dy sąd wy­pusz­czał na wol­ność przestępców. Większość praw­ników obro­ny re­zy­gno­wała z przesłucha­nia wstępne­go przed Bul­lardem. Większość, ale nie Jake, który uważał ją za naj­lep­szy i naj­szyb­szy sposób za­po­zna­nia się z ar­gu­men­ta­mi oskarżycie­la. Tyn­da­le też rzad­ko re­zy­gno­wał.

- Do ja­kiej knaj­py?

- Do Hu­eya.

- Cze­go się do­wie­dział?

- Po­wie­dział, że słyszał, jak Cobb i Wil­lard, dwaj oskarżeni, prze­chwa­lają się tym, że zgwałcili małą czarną dziew­czynkę.

Cobb i Wil­lard spoj­rze­li na sie­bie. Kto był in­for­ma­to­rem? Nie­wie­le pamiętali z tego, co zaszło w knaj­pie Hu­eya.

- Co pan za­stał w lo­ka­lu?

- Aresz­to­wałem Cob­ba i Wil­lar­da, a później spraw­dzi­liśmy pick-upa za­re­je­stro­wa­ne­go na Bil­ly'ego Raya Cob­ba.

- Co usta­li­liście?

- Od­ho­lo­wa­liśmy wóz i dziś rano do­ko­na­liśmy oględzin. Zna­leźliśmy bar­dzo dużo śladów krwi.

- Coś jesz­cze?

- Zna­leźliśmy również mały za­krwa­wio­ny T-shirt.

- Czyj?

- Należał do To­nyi Ha­iley, małej dziew­czyn­ki, którą zgwałcono. Jej oj­ciec, Carl Lee Ha­iley, po­twier­dził to dziś rano.

Carl Lee pod­niósł głowę, słysząc swo­je na­zwi­sko. Oz­zie spoj­rzał na nie­go. Jake odwrócił się i do­pie­ro wte­dy uj­rzał Car­la Lee.

- Proszę opi­sać sa­mochód.

- Nowy żółty wóz mar­ki Ford. Półto­no­wy pick-up. Duże opo­ny do jaz­dy po błocie i chro­mo­wa­ne fel­gi. W tyl­nym oknie fla­ga kon­fe­de­ratów.

- Kto jest jego właści­cie­lem?

Oz­zie wska­zał oskarżonych.

- Bil­ly Ray Cobb.

- Czy pa­su­je do opi­su po­da­ne­go przez dziew­czynkę?

- Tak.

Chil­ders prze­rwał i zaj­rzał do no­ta­tek.

- Sze­ry­fie, ja­kie inne do­wo­dy ma pan prze­ciw­ko oskarżonym?

- Roz­ma­wia­liśmy z Pete'em Wil­lar­dem dziś rano. W aresz­cie. Pod­pi­sał ze­zna­nie.

- Coś ty zro­bił?! - jęknął Cobb. Wil­lard stchórzył i odwrócił wzrok w po­szu­ki­wa­niu po­mo­cy.

- Ci­sza! Ci­sza! - wrzasnął Bul­lard, waląc sędziow­skim młotkiem. Tyn­da­le roz­dzie­lił swo­ich klientów.

- Czy po­wia­do­mił pan pana Wil­lar­da o jego pra­wach?

- Tak.

- Czy je zro­zu­miał?

- Tak.

- Czy pod­pi­sał sto­sow­ne oświad­cze­nie?

- Tak.

- Kto był obec­ny pod­czas przesłucha­nia, kie­dy pan Wil­lard złożył wspo­mnia­ne ze­zna­nie?

- Ja, dwóch funk­cjo­na­riu­szy z biu­ra sze­ry­fa, śled­czy Rady i po­rucz­nik Grif­fin z drogówki.

- Ma pan przy­zna­nie się do winy?

- Tak.

- Proszę je prze­czy­tać.

Na sali roz­praw za­padła ci­sza. Kie­dy Oz­zie zaczął od­czy­ty­wać krótkie oświad­cze­nie, Carl Lee spoglądał pu­stym wzro­kiem na dwóch oskarżonych. Cobb gapił się wście­kle na Wil­lar­da, który otrząsał brud z butów.

- Dziękuję, sze­ry­fie - po­wie­dział Chil­ders, kie­dy Oz­zie skończył. - Czy pan Wil­lard pod­pi­sał ze­zna­nie?

- Tak, w obec­ności trzech świadków.

- Oskarżenie nie ma więcej pytań do świad­ka, Wy­so­ki Sądzie.

- Pa­nie Tyn­da­le, może pan prze­py­tać świad­ka oskarżenia.

- Nie mam żad­nych pytań, Wy­so­ki Sądzie.

Do­bre po­su­nięcie, pomyślał Jake. Z punk­tu wi­dze­nia obro­ny pod­czas wstępne­go przesłucha­nia naj­le­piej było za­cho­wać mil­cze­nie. Ogra­nicz się do słucha­nia i ro­bie­nia no­ta­tek, pozwól pro­to­ko­lan­to­wi sądo­we­mu spi­sać ze­zna­nia i siedź ci­cho. Spra­wa i tak zo­sta­nie roz­pa­trzo­na przez Wielką Ławę Przy­sięgłych, więc cze­mu za­wra­cać so­bie głowę? Tyl­ko za żadne skar­by nie pozwól, aby oskarżeni składa­li ze­zna­nia. Ich ze­zna­nia do ni­cze­go się nie przy­dadzą, a mogą ich tyl­ko obciążyć pod­czas pro­ce­su. Jake wie­dział, że Cobb i Wil­lard nie będą ze­zna­wać, bo znał Tyn­da­le'a.

- Proszę we­zwać następne­go świad­ka - po­le­cił sędzia.

- Nie mamy więcej świadków, Wy­so­ki Sądzie.

- Ro­zu­miem. Sia­daj. Pa­nie Tyn­da­le, czy obro­na ma ja­kichś świadków?

- Nie, Wy­so­ki Sądzie.

- Do­brze. Sąd stwier­dza, że ist­nieją wy­star­czające do­wo­dy popełnie­nia licz­nych przestępstw przez oskarżonych, i na­ka­zu­je, aby pa­no­wie Cobb i Wil­lard zo­sta­li za­trzy­ma­ni w aresz­cie do cza­su po­sie­dze­nia przed Wielką Ławą Przy­sięgłych, którą wy­zna­czam na po­nie­działek, dwu­dzie­ste­go siódme­go maja. Ja­kieś py­ta­nia?

Tyn­da­le pod­niósł się wol­no z krzesła.

- Tak, Wy­so­ki Sądzie. Pro­si­my, żeby Wy­so­ki Sąd wy­zna­czył rozsądną kaucję...

- Nie ma mowy! - warknął Bul­lard. - Od­ma­wiam zwol­nie­nia oskarżonych za kaucją. Według mo­jej wie­dzy dziew­czyn­ka znaj­du­je się w sta­nie kry­tycz­nym. Oczy­wiście, jeśli umrze, po­ja­wią się nowe za­rzu­ty.

- Wy­so­ki Sądzie, w ta­kim ra­zie wnoszę, żeby za kil­ka dni odbyło się po­sie­dze­nie w spra­wie wy­zna­cze­nia kau­cji. Mamy na­dzieję, że stan dziew­czyn­ki ule­gnie po­pra­wie.

Bul­lard przyj­rzał się uważnie Tyn­da­le'owi. Do­bry po­mysł, mruknął do sie­bie.

- Zgo­da. Wy­zna­czam po­sie­dze­nie w spra­wie kau­cji na następny po­nie­działek, dwu­dzie­ste­go maja. Na tej sali. Do tego cza­su oskarżeni po­zo­staną w aresz­cie sze­ry­fa okręgu Ford. Od­ra­czam roz­prawę.

Bul­lard stuknął sędziow­skim młotkiem i wy­szedł z sali. Lu­dzie sze­ry­fa oto­czy­li oskarżonych, sku­li ich kaj­dan­ka­mi i za­pro­wa­dzi­li do po­ko­ju dla oskarżonych. Później spro­wa­dzi­li ich tyl­ny­mi scho­da­mi na dół, minęli re­por­terów i we­pchnęli do ra­dio­wo­zu.

Prze­bieg przesłucha­nia był ty­po­wy dla Bul­lar­da - wszyst­ko trwało nie­całe dwa­dzieścia mi­nut. Pod­czas jego roz­praw szyb­ko wy­mie­rza­no spra­wie­dli­wość.

Jake roz­ma­wiał z ko­le­ga­mi i ob­ser­wo­wał lu­dzi wy­chodzących w mil­cze­niu dużymi drew­nia­ny­mi drzwia­mi na końcu sali roz­praw. Carl Lee nie spie­szył się z odejściem. Skinął Jake'owi, żeby po­szedł za nim. Spo­tka­li się w ro­tun­dzie. Carl Lee chciał po­ga­dać. Prze­pro­sił ze­bra­nych i obie­cał, że spo­tka się z nimi w szpi­ta­lu. Ra­zem z Ja­kiem we­szli krętymi scho­da­mi na pierw­sze piętro.

- Bar­dzo mi przy­kro - po­wie­dział Jake.

- Taak, mnie również.

- Jak ona się czu­je?

- Wyj­dzie z tego.

- A Gwen?

- W porządku, jak sądzę.

- A ty?

Szli wol­no ko­ry­ta­rzem w kie­run­ku tyl­nej części sądu.

- Jesz­cze nie do­szedłem do sie­bie. Dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny temu wszyst­ko było w porządku, a te­raz tyl­ko na nas po­patrz. Moja mała dziew­czyn­ka leży w szpi­ta­lu, z jej ciała sterczą rur­ki. Żona osza­lała z bólu, chłopcy są wy­stra­sze­ni na śmierć, a ja myślę tyl­ko o tym, żeby dopaść tych dra­ni.

- Chciałbym coś dla was zro­bić, Carl.

- Możesz się tyl­ko za nią mo­dlić. Módl się za nas.

- Wiem, ja­kie to bo­le­sne.

- Masz małą córeczkę, praw­da, Jake?

- Tak.

Carl Lee nie od­po­wie­dział. Szli w mil­cze­niu. Jake zmie­nił te­mat.

- Gdzie jest Le­ster?

- W Chi­ca­go.

- Co robi?

- Pra­cu­je w sta­low­ni. Ma dobrą ro­botę. Ożenił się.

- Żar­tu­jesz?! Le­ster się ożenił?!

- Taak, poślubił białą dziew­czynę.

- Białą dziew­czynę?! Cze­mu zadał się z białą?

- Ach! Znasz Le­ste­ra. Ten czar­nuch za­wsze za­dzie­rał nosa. Je­dzie do domu. Będzie dziś późnym wie­czo­rem.

- Po co?

Za­trzy­ma­li się przy tyl­nych drzwiach.

- Po co przy­jeżdża Le­ster? - powtórzył py­ta­nie Jake.

- Spra­wy ro­dzin­ne.

- Coś pla­nu­je­cie?

- Nie. Po pro­stu chce zo­ba­czyć bra­ta­nicę.

- Tyl­ko trzy­maj­cie emo­cje na wo­dzy.

- Łatwo ci mówić, Jake.

- Wiem.

- Co ty byś pla­no­wał na na­szym miej­scu, Jake?

- Nie ro­zu­miem.

- Masz małą dziew­czynkę. Wy­obraź so­bie, że leży w szpi­ta­lu, po­bi­ta i zgwałcona. Co byś zro­bił?

Jake wyj­rzał przez okno w drzwiach, nie po­tra­fiąc udzie­lić od­po­wie­dzi. Carl Lee cze­kał.

- Nie zrób ja­kie­goś głupstwa, Carl.

- Od­po­wiedz na moje py­ta­nie. Co byś zro­bił?

- Nie wiem. Nie mam pojęcia, co bym zro­bił.

- Pozwól, że cię o coś spy­tam. Co byś zro­bił, gdy­by cho­dziło o twoją małą córkę, a tych dwóch było czar­ny­mi?

- Zabiłbym dra­ni.

Carl Lee uśmiechnął się, a później roześmiał.

- Wiem, Jake. Ja­sne. A później za­trud­niłbyś ja­kie­goś zna­ko­mi­te­go praw­ni­ka, który po­wie­działby, że ci odbiło. Zro­biłeś tak na pro­ce­sie Le­ste­ra.

- Nie po­wie­dzie­liśmy, że Le­ste­ro­wi odbiło. Stwier­dzi­liśmy je­dy­nie, że Bo­wie zasłużył na śmierć.

- Ale do­pro­wa­dziłeś do uwol­nie­nia Le­ste­ra, praw­da?

- Tak.

Carl Lee pod­szedł do schodów i spoj­rzał w górę.

- Tą drogą we­szli na salę roz­praw? - za­py­tał, nie patrząc na Jake'a.

- Kto?

- Oni.

- Taak. Zwy­kle pro­wadzą ich tyl­ny­mi scho­da­mi. Tak jest szyb­ciej i bez­piecz­niej. Można za­par­ko­wać wóz przy drzwiach i wpro­wadzić ich scho­da­mi na górę.

Carl Lee pod­szedł do tyl­nych drzwi i wyj­rzał przez okno na we­randę.

- Ile spraw o mor­der­stwo pro­wa­dziłeś w swo­jej ka­rie­rze, Jake?

- Trzy. Le­ste­ra i dwie inne.

- Ilu z oskarżonych było czar­ny­mi?

- Trzech.

- Ile razy wy­grałeś?

- Trzy.

- Je­steś niezły w spra­wach czar­nych, co?

- Chy­ba tak.

- Je­steś go­to­wy na ko­lejną sprawę?

- Nie rób tego, proszę cię. Nie war­to. A jeśli do­sta­niesz ko­morę ga­zową? Co się sta­nie z dziećmi? Kto je wy­cho­wa? Ci dra­nie nie są tego war­ci.

- Przed chwilą po­wie­działeś, co byś zro­bił.

Jake pod­szedł do drzwi i stanął obok Car­la Lee.

- Ze mną jest in­a­czej. Pew­nie zdołałbym z tego wyjść.

- Jak to?

- Je­stem biały, a bia­li mają większość w tym okręgu. Przy odro­bi­nie szczęścia wszy­scy przy­sięgli by­li­by białymi, a to ozna­cza, że by­li­by przy­chyl­nie na­sta­wie­ni. Nie je­steśmy w No­wym Jor­ku ani w Ka­li­for­nii. Mężczy­zna ma obo­wiązek bro­nić swo­jej ro­dzi­ny. Sąd by to kupił.

- A ja?

- Po­wie­działem, że nie je­steśmy w No­wym Jor­ku ani Ka­li­for­nii. Niektórzy bia­li by cię po­dzi­wia­li, ale większość chciałaby cię uj­rzeć na strycz­ku. Uzy­ska­nie unie­win­nie­nia byłoby znacz­nie trud­niej­sze.

- Ale to­bie by się to udało, praw­da Jake?

- Nie rób tego, Carl.

- Nie mam wy­bo­ru, Jake. Nie zasnę, dopóki ci dra­nie nie będą mar­twi. Przy­siągłem to mo­jej małej dziew­czyn­ce. Przy­siągłem so­bie i swo­im. Zro­bię to.

Otwo­rzy­li drzwi. Wy­szli na we­randę i pod­jazd od stro­ny Wa­shing­ton Stre­et, przy której znaj­do­wało się biu­ro Jake'a. Uścisnęli so­bie dłonie. Jake obie­cał, że ju­tro wpad­nie do szpi­ta­la, żeby zo­ba­czyć się z Gwen i ro­dziną.

- Jesz­cze jed­no, Jake. Przyj­dziesz do więzie­nia, kie­dy mnie aresz­tują?

Jake od­ru­cho­wo skinął głową. Carl Lee się uśmiechnął i od­szedł w kie­run­ku swo­je­go pick-upa.