Przedmowa do nowego wydania
Przedmowa do nowego wydania
Dwadzieścia lat
walki z demokracją
jej własną bronią
Władimir Putin po raz pierwszy pojawił się na Kremlu 9 sierpnia 1999
roku, by objąć obowiązki premiera Federacji Rosyjskiej. Na stanowisko
wyniósł go ówczesny prezydent Borys Jelcyn, którego pozycja już wtedy
zaczynała się chwiać. Niecałe osiem miesięcy później, 26 marca 2000
roku, Putin w legalnych wyborach prezydenckich został obrany głową
państwa. Dzień ten rozpoczął ponad dwie dekady jego niekwestionowanego
przywództwa. Spróbujmy przyjrzeć się różnym aspektom zmian, jakie zaszły
w Rosji w tym długim okresie.
W czerwcu 2007 roku moskiewskie mieszkanie współautora tej książki
Władimira Pribyłowskiego zostało przeszukane przez agentów Federalnej
Służby Bezpieczeństwa. Panowie z FSB skonfiskowali wszystkie komputery i nośniki danych, a na nich także pierwszą wersję tej książki. Niespełna
rok dzielił wówczas Rosję od kolejnych wyborów prezydenckich
zaplanowanych na 7 maja 2008 roku. Putina miał zastąpić Miedwiediew i Kreml nie życzył sobie żadnych niespodzianek.
Pribyłowski był znany w Rosji jako jeden z pierwszych działaczy
pierestrojki, sumienny kronikarz korupcyjnych skandali, krytyk Putina, a także - w 1995 roku - kandydat do Dumy z ramienia Partii Miłośników
Piwa. Niestety, historia jego spotkań z bezpieką nie kończy się na tej
jednej szykanie. Dziewięć lat później Władimir zmarł samotnie w swoim
mieszkaniu. Miał pięćdziesiąt dziewięć lat. Przyczyna jego nagłej
śmierci pozostaje nieznana.
Rozpatrywany w oderwaniu od kontekstu przedwczesny zgon Pribyłowskiego
mógłby się wydawać naturalny. Ale jego data - 13 stycznia - nie wygląda
już na przypadkową. Tydzień później sir Robert Owen opublikował raport z trwającego dekadę śledztwa w sprawie śmierci Aleksandra Litwinienki, o którą obwinił Putina. Litwinienko zmarł w nocy z 23 na 24 listopada 2006
roku w wyniku zatrucia polonem-210. Niezbyt dobrze znany na Zachodzie
przed tą datą, w Rosji cieszył się sławą nie mniejszą niż Pribyłowski
jako nieustępliwy krytyk Władimira Putina. Napisaliśmy razem książkę
Wysadzić Rosję1, w której ujawniliśmy, w jaki sposób FSB
zorganizowała w tajemnicy serię zamachów bombowych na budynki mieszkalne
w Moskwie (działo się to we wrześniu 1999 roku). Czasy i bez tego były
niespokojne, ale FSB zabiła ponad trzystu niewinnych ludzi, aby
wykreować fałszywy obraz Rosji jako celu bezprecedensowego ataku
islamistów. Po Archipelagu GUŁag Sołżenicyna książka Wysadzić Rosję
była pierwszą oficjalnie zakazaną przez władze Kremla.
Zgony Pribyłowskiego i Litwinienki, ujmujące niczym klamra ponad dekadę
tej samej prezydentury, ilustrują zarazem tytuł naszej książki. W przeciwieństwie do demokratycznych przywódców świata Putin zawsze był
gotów pójść krok dalej i dla rozwiązania kłopotliwych kwestii posłużyć
się mordem. Jak to ujął Stalin: "Śmierć gasi wszystkie konflikty. Nie ma
człowieka, nie ma problemu". Terror szerzony przez Stalina zapewnił mu
władzę na trzydzieści lat. Gdy ta książka trafiła do druku, Putin był
dopiero w dwóch trzecich tej drogi.
Jako historycy (Pribyłowski studiował historię w sowieckiej Rosji, ja w USA po aliji umożliwionej przez pierestrojkę) przedstawiamy dojście
Putina do władzy w kontekście dziejów Rosji. Zamachy na demokrację -
tajne lub poprzedzone sfabrykowanymi zajściami - mają w tym kraju długą
tradycję. Tajną policję określaną później skrótem Czeka (od
Czrezwyczajnaja komissija) powołano już 7 grudnia 1917 roku dla
wyplenienia z terenów sowieckiej Rosji wszystkich "elementów
kontrrewolucyjnych". Lenin jako pierwszy wykorzystał możliwości tej
organizacji do zabójstw na zlecenie i szerzenia strachu, by umocnić się
na pozycji niekwestionowanego wodza.
Jego następców cechował wszakże daleko posunięty brak zaufania do
tajnych służb i ich sekretnych poczynań. Z wyjątkiem Jurija Andropowa
żaden były czekista nie został sekretarzem generalnym rządzącej partii.
Lecz Andropow (za rządów Leonida Breżniewa szef KGB, jednego z kolejnych
spadkobierców Czeki) nie utrzymał się długo na stanowisku, a wpływ
tajnej policji na system polityczny Związku Radzieckiego prędko osłabł.
Paradoksalnie to właśnie Gorbaczowowska pierestrojka stworzyła wymarzoną
szansę dla czekistów. Doprowadziła do poluzowania kagańca nałożonego
tajnym służbom przez dawny partyjny beton. Niesprawdzone jeszcze
mechanizmy demokracji były chwiejne i niewydolne, a to, że były nowe,
dało czekistom szansę dojścia do celu, który przez prawie sto lat im się
wymykał - zdobycia pełnej władzy w Rosji.
Bezpieka, dziś dla odmiany nazwana FSB, w końcu ten cel osiągnęła, w czasie prezydentury Putina niszcząc wszelkie zaczątki rosyjskiej
demokracji. Pierwsze dwie próby przejęcia władzy prezydenckiej - w roku
1991 (pucz sierpniowy) i w marcu 1996 (spisek Aleksandra Korżakowa,
szefa służb specjalnych za Jelcyna) - spaliły na panewce. Lecz czekiści
wyciągnęli nauczkę z popełnionych błędów i radykalnie zrewidowali
taktykę. Uświadomili sobie, że zamiast wprowadzać zmiany siłą, lepiej
posłużyć się mieszaniną oszustwa i oportunizmu, tworząc za ich pomocą
pozorną legitymację nowej władzy. Podobnie jak w ZSRR na początek
wystarczyło przechwycić tylko jedno stanowisko - fotel prezydenta
Federacji Rosyjskiej.
W sierpniu 1999 pojawiła się wyśmienita sposobność. Prezydent Borys
Jelcyn, osłabiony kryzysem w Czeczenii i podupadły na zdrowiu, zaczął
się rozglądać za następcą. Podsunięto mu trzech kandydatów, wszystkich z tajnych służb. Wybór padł na Władimira Putina, którego największym
atutem był brak silnych powiązań z ówczesną rosyjską wierchuszką. W KGB
dosłużył się ledwie stopnia podpułkownika, a u steru FSB stał dopiero od
roku. Wcześniej pracował w administracji prezydenta jako zastępca jej
szefa.
Kiedy Jelcyn wyniósł Putina na stanowisko premiera, plan FSB mógł
wkroczyć w następną fazę. Na początku września 1999 roku tajne służby
przeprowadziły szereg ataków bombowych na budynki mieszkalne, opisanych
przeze mnie i Litwinienkę. Zręcznie sfabrykowane ślady wiodły do
czeczeńskich separatystów. To dało Kremlowi pretekst do rozpoczęcia
pokazowej akcji zbrojnej w zbuntowanej republice - pretekst równie wątły
jak ten do inwazji na Irak po 11 września, żadne nici bowiem nie łączyły
ataków z czeczeńskim rządem. Ale i taki impuls wystarczył. Czeczenię
zamieszkują głównie muzułmańscy sunnici, którzy w Rosji stanowią
marginalną mniejszość. Niewielki kraj Federacji, wymarzony do roli kozła
ofiarnego, stał się synonimem kłopotów - tak samo jak nazwisko Saddama
Husajna dla obserwatorów z Zachodu. 2 lutego 2000 roku, niemal w przeddzień wyborów prezydenckich, w których Putin był głównym
kandydatem, wojska rosyjskie zajęły Grozny, stolicę Czeczenii, dając
pokaz siły.
Interwencja wojskowa stała się osnową przekonującej legendy, którą można
było nakarmić wyborców. Władimir Putin występował w niej jako człowiek
silny, zdobywca - a półtora miesiąca przed terminem wyborów taki obraz
jest wiele wart. W istocie czekiści mieli już wygraną w garści:
ostatniego dnia roku 1999 Jelcyn zrzekł się urzędu przed terminem, a jego obowiązki przejął premier Putin, mianowany kilka miesięcy
wcześniej. W marcu 2000 roku ogłoszono go zwycięzcą w oficjalnych
wyborach prezydenckich. Zdobył niewiele ponad 50% głosów, co - zważywszy
na jego rzekomą popularność - było nader skromnym sukcesem, ale, jak
opiszemy dalej, nawet ten mierny wynik stanowił rezultat manipulacji,
ręcznego sterowania i różnych fałszerstw, które miały stworzyć iluzję
demokratycznego umocowania jego władzy.
Co najważniejsze, Putin podporządkował Kremlowi logistyczne aspekty
procesu wyborczego, tworząc z niezależnego mechanizmu demokracji funkcję
w całości kontrolowaną przez rząd. Chodziło tylko o to, by nadać mu
pozór mocy prawnej. Krnąbrna dotąd Duma, która w ciągu dziewięciu lat
prezydentury Jelcyna bezustannie groziła mu impeachmentem, teraz
ponownie, jak za władzy radzieckiej, stała się maszynką do zatwierdzania
decyzji zapadających wyżej. Putin przeprowadził to chyba skrupulatniej,
niż zrobiłby to Primakow lub Stiepaszyn; jego nienawiść do demokracji
była głębiej zakorzeniona. Putin znacznie bardziej ucierpiał na upadku
Związku Radzieckiego i więcej mógł zyskać na skorumpowaniu demokracji
niż którykolwiek z jego kontrkandydatów wywodzących się z kremlowskiej
elity czasów sowieckich.
Pora była dla niego dogodna. Pierwsze dwie kadencje przypadły na okres
bezprecedensowego wzrostu cen surowców naturalnych, który przełożył się
na zwiększenie zamożności w całym kraju. Dawny partyjny beton na
pierwszym miejscu stawiał ideologię. Czekistów znacznie bardziej
obchodził własny interes. Nieszczególnie zależało im na powrocie do
komunizmu, a dzięki Putinowi gospodarka rynkowa kwitła. Ludzie tajnych
służb pragnęli jedynie monopolistycznej kontroli nad zasobami, finansami
i gospodarką Rosji, z których mogli czerpać osobiste zyski.
Kiedy Putin dławił demokrację, ustanowił nowy kodeks postępowania,
którego wszyscy pierwszoligowi gracze - nowa rosyjska elita - musieli
się nauczyć i przestrzegać. Reguły były proste. Ktokolwiek ośmieliłby
się konkurować z Kremlem o władzę polityczną, skazany był na finansową
ruinę, więzienie, a w razie konieczności skrytobójczą śmierć. Ci
wszakże, którzy chcieli się tylko wzbogacić, byli z czasem dopuszczani
do udziałów w nowym porządku - korporacji, w której Putin był zarazem
szefem rady nadzorczej i arbitrem ostatniej instancji, utrzymującym w ryzach kształtujące się w danej chwili grupy interesów. Pozycja i wartość udziałów poszczególnych członków korporacji zaliczały się do
najpilniej strzeżonych tajemnic rządu.
Waga formalnej legitymacji władzy prezydenckiej uczyniła z drugiej
kadencji Putina interesujący test warunków skrajnych dla czekistowskiej
kleptokracji. Zgodnie z konstytucją Federacji Rosyjskiej nie mógł on
sprawować władzy w trzeciej kolejnej kadencji. Jakakolwiek próba
zakwestionowania lub złamania tej zasady podważyłaby również prawo do
występowania w imieniu narodu, jakie butnie przypisywali sobie czekiści.
Potrzebny był więc nowy kandydat na fotel prezydencki. Pojawiło się
dwóch: Dmitrij Miedwiediew, zastępca Putina i rzadki przykład członka
nomenklatury, który nie miał za sobą kariery w tajnych służbach, oraz
drugi zastępca, były kagiebista Siergiej Iwanow.
Decydujący głos miał oczywiście prezydent. Pomimo rzekomej przyjaźni i braterstwa łączących funkcjonariuszy bezpieki Putin zdecydował się na
Miedwiediewa. Usunięcie go z urzędu po upływie czterech lat nie
nastręczało trudności, podczas gdy Iwanow mógłby się okazać nie do
ruszenia. Co gorsza, generał pułkownik (odpowiednik generała broni)
łatwo mógł odsunąć na bok Putina, który jako podpułkownik ustępował mu
stopniem. Nawet ludzie po uszy zanurzeni w polityce Kremla nie
dostrzegli prawdziwego przebiegu linii sił. Potężny w owym czasie
minister finansów Kudrin, również spoza szeregów KGB, błędnie odczytał
sytuację, uznając, że w czasie drugiej kadencji Miedwiediewa będzie mógł
zostać premierem. Obrażony podał się do dymisji i pozwolił sobie nawet
na słowa krytyki, kiedy stało się jasne, że w 2012 roku Putin znów
stanie do wyborów prezydenckich.
Jako urzędujący prezydent Miedwiediew nie był nawet drugi w kolejce do
władzy, a zaledwie trzeci. Niekwestionowanym władcą Federacji pozostał
Władimir Putin, nominalnie grający rolę premiera. Tę funkcję w rzeczywistości pełnił Igor Sieczin (wicepremier, i to nawet nie
"pierwszy"), odpowiedzialny za większość resortów gospodarczych, z wyłączeniem finansów. Jego zakres obowiązków obejmował również nadzór
nad tak ważną instytucją jak FSB, której dyrektorem był protegowany
Sieczina Aleksandr Bortnikow. Ale z ramienia FSB Bortnikow odpowiadał
również przed Putinem, a ponadto Putin miał w szeregach czekistów
wiernego sojusznika Wiktora Iwanowa, który podlegał tylko jemu. Iwanow
był dyrektorem Federalnej Służby Kontroli nad Obrotem Narkotykami
(Rosnarkontrol), której prawdziwym zadaniem był nadzór wewnętrzny nad
FSB. Miedwiediew, trzecie koło w tym wozie, pełnił w rzeczywistości
obowiązki wicepremiera odpowiedzialnego za cały system prawny i na tym
polu miał rzeczywiście pełnię władzy. Było to znamię świeżo nabytego
przez czekistów przekonania, że należy stwarzać pozory, iż Rosja jest
państwem prawa. Prawo zaś stanowiło obszar neutralny, dlatego nie można
go było powierzyć człowiekowi tajnych służb, albowiem ktoś taki czułby
się w pierwszym rzędzie zobowiązany do lojalności wobec kolegów po
fachu. Najwyższym urzędnikiem cywilnym w kancelarii Miedwiediewa był
oczywiście czekista Siergiej Naryszkin, szkolny kolega Putina
(studiowali razem w kagiebowskim Instytucie Andropowa). Pełnił przy
Miedwiediewie funkcję anioła stróża, donosząc Putinowi, co się dzieje w pałacu prezydenckim.
Tak jak w Związku Radzieckim najbardziej wpływową klasą była wysokiej
rangi biurokracja, czyli nomenklatura, ale w przeciwieństwie do epoki
rządów komunistycznych teraz składała się przede wszystkim z oficerów
czekistowskiej bezpieki. W sposób bezpośredni (osobiście zawłaszczając
majątek państwa) lub za pośrednictwem "słupów" - żon, dzieci, pociotków
- ludzie ci żerowali na gospodarce całego kraju dla własnego zysku.
Holdingi Putina czyniły zeń jednego z największych światowych magnatów
na rynku paliw kopalnych i finansów. Miedwiediew władał przemysłem
drzewnym i papierniczym. Sieczin był baronem naftowym. Nowo wybrany mer
Moskwy Siergiej Sobianin - gazowym. Pierwszy wicepremier Igor Szuwałow -
finansowym. Wierny adiutant Putina Władisław Surkow miał w ręku
cukrownie i wytwórnie mąki ziemniaczanej. I tak dalej, i tak dalej... Na
szczeblu regionalnym oligarchiczna struktura kształtowała się podobnie.
W roku 2012 prawie nikt nie wątpił, że Putin wróci na fotel prezydencki,
skoro na Kremlu ustalono, że Miedwiediew nie będzie się ubiegał o następną kadencję. Tak samo było w roku 2000, 2004 i 2008. W rzeczywistości kremlowski system ustawionych wyborów wyprzedził w czasie
pełzającą rewolucję czekistów z lat 1999-2000. Już w 1996, za rządów
Jelcyna, z góry było wiadomo, że wygrywa kandydat nomenklatury. Wedle
oficjalnych wyników wyborów prezydenckich z 4 marca 2012 roku,
przedstawionych przez państwową komisję wyborczą, Władimir Putin uzyskał
63,6% głosów przy frekwencji wyborczej wynoszącej 65,3%. Eksperci
opozycji byli zdania, że naprawdę zdobył nie więcej niż 45% poparcia, a frekwencja też była niższa, na poziomie 55-60%. Trudno w takiej sytuacji
mówić o mandacie wyborczym elektoratu. Ale jakież to mogło mieć
znaczenie, skoro Kreml wykreował oficjalne wyniki, a media - nawet te
zachodnie - przyjęły je i rozpowszechniły, nie wnikając w szczegóły?
W istocie wybory federalne były już wówczas wydarzeniem znikomej wagi.
Putin znacznie wcześniej wdrożył swoją nową strategię walki z demokracją, również poza granicami Federacji Rosyjskiej. W sierpniu 2006
roku skłonił Dumę do przyjęcia ustawy, na mocy której tajne służby mogły
zabijać wrogów Rosji na obcej ziemi; wystarczyła zgoda prezydenta. W owym czasie to niezwykłe uprawnienie do quasi-sądowego mordu, które
zastrzegł sobie prezydent Rosji, wywołało tylko zakłopotanie. Namacalny
efekt objawił się jednak już trzy miesiące później, gdy 1 listopada 2006
roku Aleksandr Litwinienko, który po ucieczce z kraju przyjął
obywatelstwo brytyjskie, został w Londynie otruty polonem-210,
wytwarzanym w rosyjskich laboratoriach. W świetle systemu prawnego
Federacji Rosyjskiej zarówno skrytobójcy, jak i ich mocodawca
(prezydent) działali legalnie. Zabójstwo nie było czynem karalnym, o ile
autoryzował je prezydent (a wszak nie musiał się z tym afiszować).
Stalinowskie czystki łamały w istocie prawo sowieckie. Mordy dokonane na
rozkaz Putina były dozwolone przez nową ustawę rosyjskiego parlamentu.
Wspomniana ustawa uczyniła z Wielkiej Brytanii główną arenę Putinowskich
czystek, jako że wielu bogatych rosyjskich uchodźców wybierało ten
właśnie kraj. Następny po Litwinience był jego wieloletni sponsor (i sponsor Putina w roku 1999), 67-letni Borys Bieriezowski, który powiesił
się na szaliku pod prysznicem. Później zmarł najbliższy współpracownik
Bieriezowskiego, 53-letni oligarcha Badri Patarkaciszwili - także w domu, samotnie jak Pribyłowski. I tak rozpoczęła się fala na pozór
przypadkowych, acz trudno wytłumaczalnych zgonów, wypadków i samobójstw.
Scot Young, wspólnik Bieriezowskiego, wypadł z okna wprost na ostre
słupki ogrodzenia. Doktor Matthew Puncher, brytyjski ekspert od
materiałów promieniotwórczych (a więc i polonu-210), podciął sobie żyły
dwoma różnymi nożami kuchennymi. Lista Rosjan i współpracujących z nimi
Brytyjczyków, którzy przedwcześnie odeszli z tego świata, wydłużała się
przez ponad dekadę.
Zamach, do którego doszło 4 marca 2018 roku w Salisbury, dowodzi, jak
daleko zaszły sprawy. Kreml przestał się przejmować, co pomyśli Zachód.
Tym razem wyrok padł na byłego podpułkownika wojskowego wywiadu Rosji
(GRU) Siergieja Skripala oraz jego córkę Julię. Użyto syntetycznej
neurotoksyny z grupy tzw. nowiczoków. Ofiar było zresztą więcej.
Brytyjski policjant, który wszedł do domu Skripala w Salisbury i uległ
skażeniu, wylądował na intensywnej terapii. Dwaj inni Anglicy zatruli
się nieco później przy kontakcie z porzuconą przez rosyjskich agentów
buteleczką perfum, zawierającą w rzeczywistości truciznę. Jeden z nich,
David Sturgess, zmarł - i była to bolesna śmierć. Ale skutki uboczne -
śmierć postronnych osób - też nie miały znaczenia. Putin nie widział już
różnicy pomiędzy likwidacją wrogów w Wielkiej Brytanii a, powiedzmy,
strefie działań wojennych w Syrii.
Przypadek Skripala jeszcze pod jednym względem ilustruje to, co w Rosji
stało się normą: prezydencką licencję na zabijanie. W 2010 roku Skripal
został wymieniony na dziesięcioro rosyjskich "śpiochów" aresztowanych w Stanach Zjednoczonych - w tym osławioną Annę Chapman. Nigdy wcześniej
rosyjski rząd nie wypuścił z garści podwójnego agenta. Czasami uwalniano
zagranicznych szpiegów schwytanych w Rosji, ale nigdy Rosjan pracujących
dla obcych wywiadów. Najwyraźniej Kremlowi bardzo zależało na odzyskaniu
tych dziesięciu osób. Trzeba było jednak także wyrównać rachunki ze
Skripalem już po dokonaniu wymiany. Likwidując Skripala, Rosja złamała
niepisane prawo zabraniające odwetu na szpiegach wymienionych w ramach
dwustronnej umowy. Kolejny precedens: najwyraźniej szło nowe.
Trucizna (stosowana zarówno wobec byłych agentów służb specjalnych, jak
i kontestatorów aktualnego reżimu) zawsze była dla czekistów ulubionym
sposobem egzekucji. Sam Putin skomentował to słowami: "Ci, którzy karmią
nas jadem, sami się otrują". Ale powód jest również praktyczny: w porównaniu z innymi metodami skrytobójstwa trucizna zawsze utrudnia
organom śledczym ustalenie przyczyny zgonu. Na początek muszą
stwierdzić, że ofiara rzeczywiście została otruta. Później - określić
rodzaj użytej trucizny i to, kto mógł ją podać. Ustalenia takie nie
przychodzą łatwo.
I jeszcze jedno: podobnie jak terroryzm, trucicielstwo kreuje atmosferę
strachu. Objawy są zwykle podobne do śmierci z przyczyn naturalnych, a więc zgon któregokolwiek z przeciwników politycznych rodzi plotkę, że w istocie jest niewykrytym zabójstwem. W każdym przypadku Kreml wygrywa.
Tymczasem Zachód wciąż nie zauważał konania rosyjskiej demokracji pod
rządami Putina. Nawet dramatyczne zabójstwo Litwinienki w 2006 roku nie
doprowadziło do przełomu. Podporządkowanie sobie przez Putina mechanizmu
demokratycznej władzy wciąż mogło być postrzegane jako dążenie do
zdobycia jednej z największych światowych fortun. Stany Zjednoczone ani
Europa nie były gotowe dojrzeć w tym zagrożenia, mimo iż Rosjanie ginęli
z rąk agentów jak świat długi i szeroki. Putin, protektor gospodarki
wolnorynkowej, wydawał się najbardziej postępowym, najbardziej
przewidywalnym, a nawet najbardziej prozachodnim rosyjskim przywódcą, z którym zagraniczne rządy miały dotychczas do czynienia. Jeśli pominąć
Michaiła Gorbaczowa i Borysa Jelcyna z początków kadencji, tylko z Putinem dało się robić interesy.
Pierwszy dzwonek alarmowy rozległ się w 2008 roku, kiedy zagraniczne
działania Putina przestały się ograniczać do skrytobójstw i zarabiania
pieniędzy. Rosja napadła na Gruzję, niegdysiejszą republikę radziecką,
która wybiła się na niepodległość. Historia "wojny pięciodniowej" jest
skomplikowana i niezbyt jasna; rosyjskie media - tuba dezinformacyjnej
kampanii Kremla - wykonały kawał dobrej roboty, zagłuszając całą
światową prasę. Ich "doniesienia" wciąż są cytowane jako fakty, choć
zostały starannie spreparowane w imię niewolniczej państwowej
propagandy. W dodatku peryferyjność Gruzji na arenie światowej (nie
mówiąc już o jej prowincjach, Abchazji i Osetii Południowej) praktycznie
uniemożliwiła opinii publicznej Zachodu zrozumienie złożonej,
wielowiekowej genezy konfliktów dzielących relatywnie niewielkie
populacje Kaukazu.
Kiedy stało się jasne, że rosyjska armia nie zamierza wkroczyć do
Tbilisi ani zająć całego terytorium Gruzji, zachodnie potęgi odetchnęły
z ulgą i odłożyły mapy Kaukazu z powrotem do lamusa. Zdecydowały się
zamknąć oczy na rosyjską agresję, której celem było odzyskanie części
dawnego sowieckiego imperium. W Abchazji i Osetii Południowej pod
nadzorem wojsk rosyjskich (których nie wycofano po podpisaniu rozejmu)
przeprowadzono referenda. Ich wynik czarodziejskim sposobem okazał się
zgodny z oczekiwaniami Kremla: obie krainy ogłosiły niepodległość i secesję od Gruzji. Na znak protestu Gruzja zerwała stosunki
dyplomatyczne z Rosją. Zachód ograniczył się do nieuznania państwowości
obu prowincji.
Błąd, jakim było zignorowanie zbrojnej agresji na Gruzję, zemścił się w marcu 2014 roku, kiedy Rosja zajęła Krym. Półwysep poddał się
praktycznie bez walki i po krótkich działaniach został przyłączony na
powrót do Rosji. (Krym przekazano sowieckiej republice Ukrainy za
Chruszczowa, ale w 1991 Ukraina ogłosiła niepodległość). Rozzuchwalony
łatwym zwycięstwem Putin natychmiast rozpoczął przygotowania do
pełnowymiarowej wojny przeciw Ukrainie. Wzdłuż granic gromadzono wojska
i przeprowadzano manewry; antyukraińska propaganda o bezprecedensowym
nasileniu grzmiała ze wszystkich rosyjskich mediów; rozpoczęto pobór
rezerwistów, a przez granicę przerzucono oddziały infiltracyjne zwane
zielonymi ludzikami, których zadaniem było rozpętanie wojny domowej we
wschodniej części kraju, by dać Rosji pretekst do interwencji.
Rozpoczęło się również nieustanne "testowanie" przestrzeni powietrznej
krajów nadbałtyckich przez rosyjskie odrzutowce.
Wkraczając na teren wschodniej Ukrainy po krymskim blitzkriegu, Putin
miał oczywiście nadzieję na równie spektakularny sukces. Z początku,
sądząc po doniesieniach rosyjskich stacji telewizyjnych, zdawać się
mogło, że wszystko idzie gładko - tak gładko jak na Krymie. Potem jednak
rosyjska machina wojenna ugrzęzła. Inwazję zaplanowano, opierając się na
założeniu, że Ukraina się podda jeszcze przed wyborami prezydenckimi,
zapowiedzianymi na 25 maja 2014, ale... niespodziewanie dla Putina Ukraina
stawiła opór. Praktycznie bez armii (bo tę trudno było określić tym
mianem), bez uzbrojenia (które dawno zardzewiało), bez doktryny
(dotychczasowa doktryna militarna nie przewidywała wojny z Rosją) i właściwie bez ideologii poza naturalnym zrywem w obronie przed napaścią.
Ukraina wytrąciła Zachód z błogostanu, w jaki popadł po pięciodniowej
wojnie w Gruzji, i Zachód w końcu zrozumiał, że będzie musiał pokazać
zęby, by powstrzymać zapędy Putina. Po raz pierwszy od 1945 roku
powojenna Europa stała się świadkiem wojny jednego ukonstytuowanego
państwa przeciw drugiemu. Zagrażając Polsce i krajom nadbałtyckim, Rosja
stworzyła całkiem realne i palące zagrożenie dla pokoju na całym
kontynencie. Przed inwazją Rosja była biznesowym partnerem Unii
Europejskiej. Teraz znów stała się strategicznym przeciwnikiem
militarnym, przywracając znaczenie NATO.
Gdyby Zachód zwracał uwagę na to, co robi Putin, już dawno przejrzałby
jego antydemokratyczne ambicje. Jeśli ktokolwiek naiwnie uznawał Ukrainę
i Gruzję za odosobnione przypadki, powinien był przypomnieć sobie
wypowiedź Putina z 25 marca 2005 roku, kiedy stwierdził on, że rozpad
ZSRR był "największą geopolityczną katastrofą całego dwudziestego wieku
i osobistą tragedią (...) dziesiątków milionów naszych współobywateli i rodaków, którzy znaleźli się poza granicami Rosji".
Na sankcje nałożone przez Zachód Putin odpowiedział własnymi,
pozbawionymi większego znaczenia sankcjami wymierzonymi w Stany
Zjednoczone, Unię Europejską i Ukrainę. Jednakże skutki gospodarcze
zachodnich retorsji okazały się miażdżące. Wartość rubla spadła
ponaddwukrotnie. Przyśpieszyła inflacja i podwyżki cen. Obniżyły się
ceny nieruchomości. Rosjanie rzadziej wyjeżdżali za granicę, bo takie
podróże stały się za drogie. Wbrew wojowniczym wypowiedziom Putina
czekiści otrzymali bolesny cios.
Za pośrednictwem rosyjskich mass mediów Kreml rozpoczął bezprecedensową
kampanię podsycającą w narodzie resentymenty antyeuropejskie i antyamerykańskie - kampanię o takim natężeniu, że blednie przy niej
sowiecka antyzachodnia propaganda z lat 1960-1980. Co istotniejsze,
Putin przeniósł swoją wojnę z demokracją poza granice Rosji. Jego cele
strategiczne obejmują zniszczenie sprawnie działających mechanizmów
demokratycznych Unii Europejskiej i osłabienie bądź nawet rozbicie NATO
przez wyprowadzenie z paktu Turcji. Po dwóch dekadach ręcznego
sterowania demokracją w Rosji Putin świetnie rozumie, jak łatwo jest
wykreować z chaosu pozornie legalne wyniki. Stąd ingerencja w wybory
prezydenckie w USA na korzyść Donalda Trumpa, pomoc finansowa na rzecz
referendum w sprawie brexitu i inne ukryte działania zaburzające różne
elekcje w Europie. Wystarczy kilka punktów procentowych, by przechylić
szalę i pchnąć cały kraj w nowym kierunku. Putin, który opanował do
perfekcji fałszowanie mechanizmów wyborczych w Federacji Rosyjskiej,
wie, że takie destrukcyjne działania są znacznie tańsze i bardziej
efektywne niż kosztowne metody starej sowieckiej szkoły - uciskanie
całych narodów i zabójcze dla budżetu militarne przepychanki.
Obecnie największym zagrożeniem dla demokracji zachodniej jest Putin
jako siła sprawcza prawicowych neofaszystowskich ruchów
nacjonalistycznych. Marks zorganizował pierwszą międzynarodówkę, Engels
drugą, Lenin trzecią, Trocki - czwartą; Putin już się szykuje na wodza
piątej. Sowietom nie było dane zaznać demokracji. Ale Putin zdał sobie
sprawę, że posługując się sprawną inżynierią wyborczą, wycyzelowaną w ciągu dekad fałszowania wyborów w Rosji, może stworzyć koło zamachowe -
sieć zagranicznych prawicowych nacjonalistów, którzy wykonają czarną
robotę we własnych krajach i osłabią instytucje demokratyczne swoim
radykalizmem, wspieranym przez rosyjskie pieniądze i media
społecznościowe. W ciągu paru lat odniósł spektakularny sukces. Na
Węgrzech, w Czechach i Stanach Zjednoczonych doszły do władzy zupełnie
nowe opcje. Wedle informacji dostarczonych przez "śpiocha" CIA na Kremlu
Władimir Putin osobiście sprawował nadzór nad działaniami rosyjskich
służb. I oto Hillary Clinton, większościowa centrowa kandydatka z trzema
milionami głosów, straciła szansę na prezydenturę, a Partia
Demokratyczna została na wiele lat okaleczona wojną toczącą się między
jej prawym a lewym skrzydłem.
Władimir Putin jest nietuzinkowym przeciwnikiem. W KGB dosłużył się -
tak jak Litwinienko - rangi podpułkownika, czyli oficera służby
liniowej. Podobnie jak Stalin nie jest szczególnie wykształcony. Jako
były funkcjonariusz KGB Putin z dumą wydaje rozkazy zabójcom. Dzięki nim
dana sprawa jest zakończona raz a dobrze. Wyszkolony w stosowaniu
podstępów, oszustw i blefu, nie ceni negocjacji i nie obchodzi go fakt,
że na jego wachcie Rosja skurczyła się z bogatego partnera do ubogiego
przeciwnika Zachodu. Po dwóch dekadach jego rządów majątek państwowy
zagarnięty przez czekistowską nomenklaturę jest już niewyobrażalnie
wielki. Putin to pragmatyk, ale instynktownie gardzi demokracją. Każde
ustępstwo uzyskane przez niego za granicą staje się przyczółkiem, z którego wyprowadza nowy strategiczny atak. Podobnie jak Trump, Putin
mówi o ograniczonej wojnie jądrowej. Jeśli Zachód znów okaże słabość -
jak w przypadku Gruzji lub Krymu - Putin nie zawaha się przed
strategicznym użyciem broni jądrowej, gdy stworzy ono szansę odtworzenia
rosyjskiego imperium albo zada śmiertelną ranę demokracji na rosyjskim
podwórku.
Jurij Felsztinski
wrzesień 2019 roku
Prezent dla prezydenta
Prezent dla prezydenta
W październiku 2006 roku w windzie bloku, w którym mieszkała, została
zamordowana Anna Politkowska, znana rosyjska dziennikarka, autorka
licznych książek wydanych w wielu językach. Politkowska bez ogródek
krytykowała rosyjski rząd, rosyjską politykę i działania rosyjskiej
armii w Czeczenii, a także Putina jako szefa rządu, który przyzwolił na
popełnienie zbrodni w tym kraju. Nasuwa się myśl, że zabójstwo
Politkowskiej dokonane zostało na zlecenie jakiegoś prokremlowskiego
czeczeńskiego przywódcy - takiego jak Ramzan Kadyrow, który negocjował
wówczas z Putinem możliwość objęcia urzędu prezydenta Czeczenii wbrew
zapisom konstytucji (urodzony w 1976 roku Kadyrow był za młody, by
ubiegać się o ten urząd). Przywódca ów z pewnością chciał sprawić
Putinowi przyjemność i ofiarować mu stosowny podarek zgodnie z tradycją
ugruntowaną na Wschodzie. 7 października, w dniu urodzin, Władimir Putin
otrzymał w prezencie głowę swojego wroga. W tym przypadku Anny
Politkowskiej.
Mordercy mogli uderzyć 6 albo 8 października. Wiedzieli jednak, że Putin
doceni prezent urodzinowy. Najwidoczniej rzeczywiście się ucieszył, bo 2
marca 2007 Ramzan Kadyrow został prezydentem Republiki Czeczenii.
Zaczęliśmy pisać tę książkę w 2003 roku, ale planowaliśmy ją skończyć
dopiero po kilku latach. Chcieliśmy odczekać, aż Putin odejdzie z urzędu
i można będzie podsumować okres jego rządów. Jednak w czerwcu 2007
Federalna Służba Bezpieczeństwa wdarła się do mieszkania Władimira
Pribyłowskiego, skonfiskowała komputer i zgromadzone materiały. Skoro
więc FSB czyta naszą książkę bez naszej zgody, czy mamy pozbawić
zwykłych czytelnikom szansy zapoznania się z jej treścią?
Wiek XX zapisał się w annałach historii jako epoka tyranów. Wymieńmy
tylko paru - Stalin, Hitler, Mussolini, Mao Zedong... Ci więksi i mniejsi,
nacjonalistyczni bądź komunistyczni despoci wyrządzili swoim ofiarom
niewyobrażalne zło i pozostawili po sobie materiał do rozważań dla wielu
pokoleń historyków. Wiedząc o tym, pytamy: czy Putin to następny podobny
im samowładca? Czy odtworzy coś na wzór byłego Związku Radzieckiego? Czy
wskutek tego świat doświadczy nowej zimnej wojny?
Jakkolwiek będzie, na razie mamy do czynienia z kolejnym rosyjskim
eksperymentem. Tym razem nie przeprowadza go partia komunistyczna, lecz
bezpieka. Celem eksperymentu jest rozciągnięcie kontroli nad Rosją -
zdobycie nieograniczonej władzy, która daje dostęp do niewyczerpanych
środków, umożliwiających z kolei władzę absolutną.
Za Sowietów wszyscy byli biedni, nawet członkowie rządzącej
nomenklatury. Stalin i Breżniew mieli władzę, ale nie mieli pieniędzy.
Ich mieszkania, samochody i dacze należały do państwa. Nie posiadali
jachtów ani samolotów, nie mogli hulać po świecie. Nie sadzali dzieci w radach nadzorczych największych rosyjskich firm. Członkowie nowej
rządzącej korporacji - FSB - łakną zarówno władzy, jak i pieniędzy dla
siebie i swoich bliskich. Przykłady łatwo znaleźć: syn Michaiła
Fradkowa, byłego premiera, jest wiceprezesem pozostającego w zarządzie
państwa Banku Rozwoju i Zagranicznych Stosunków Gospodarczych
(Wnieszekonombanku). Syn Nikołaja Patruszewa, byłego dyrektora FSB,
pracuje jako doradca szefa Rosnieftu. Najmłodszy syn Siergieja Iwanowa,
wicepremiera, jest wiceprezesem Gazprombanku.
Sam Putin reprezentuje sobą zupełnie nowe zjawisko. Wszyscy znani nam
dotychczas dyktatorzy byli uzurpatorami, napędzanymi przez własną
ambicję. Każdy z nich przechwycił władzę, ryzykując życie, a utrzymał
ją, pokonując olbrzymie trudności. Najczęściej ludzie ci kończyli
gwałtowną śmiercią, dość przywołać przykłady Trockiego, Hitlera,
Mussoliniego czy Ceauşescu. Niektórzy - jak Franco, Mao Zedong, Tito i Pinochet - umierali spokojnie ze starości. W pewnych przypadkach (Lenin
i Stalin) nie wiadomo na pewno, czy dyktator zmarł śmiercią naturalną,
czy wykończyli go konkurenci.
Putin nie musiał wywalczyć sobie drogi do fotela prezydenta. Został
wytypowany na to miejsce przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa. To ten
właśnie system, ta organizacja, którą agenci FSB mają zwyczaj nazywać
kantorą (czyli po prostu "biurem"), nakłoniła Jelcyna i rosyjskich
oligarchów do namaszczenia Putina na jego następcę.
Putin bywa postrzegany jako drobny, nieciekawy człowieczek, pozbawiony
kolorytu, charyzmy i ego, który nie pożąda władzy i nie czerpie rozkoszy
z jej sprawowania. Wygląda bardziej na marionetkę w cudzych rękach.
Oligarchowie, którzy pomogli mu wdrapać się na fotel prezydenta,
sądzili, że te ręce należą do nich. Jak się jednak okazało, Putinem
sterowała zupełnie odmienna grupa: właśnie kantora. Posadziła go ona
na fotelu prezydenta, dlatego że nie był jej potrzebny barwny,
charyzmatyczny, niezależny człowiek, który mógłby polubić władzę i postanowić zostać dyktatorem. Jak powszechnie wiadomo, dyktatorzy robią
czystki i zawsze zaczynają od własnego otoczenia - towarzyszy, kolegów i stronników, którzy wynieśli ich do władzy. Przykład Stalina jest w tym
względzie niezmiernie kształcący. Nowy Stalin był ostatnim, czego
mogliby pragnąć i nowi biznesmeni, i starzy czekiści. Nudny, nieciekawy
Putin odpowiadał wszystkim.
Za czasów reżimu komunistycznego krajem rządziła jedna partia polityczna
uzbrojona w komunistyczną ideologię. Pod rządami Putina rosyjski
parlament tworzą liczne słabe partie, i to bynajmniej nie przypadek. FSB
nie tęskni za silną partią polityczną, bo potężna organizacja tego
rodzaju nieuchronnie stałaby się konkurentką do władzy i jako taka
stworzyłaby zagrożenie dla FSB - a słaba, podzielona Duma pozostaje pod
kontrolą prezydenta. FSB nie interesuje się również ideologią, bo każda
ideologia prędzej czy później prowadzi do utworzenia partii politycznej
- nazywanej "polityczną" właśnie dlatego, że dąży do przejęcia władzy; a w Rosji musiałaby odebrać ją czekistom.
Jednym z wyróżników FSB jest jej ciągła potrzeba monitorowania i kontrolowania wszystkiego i wszystkich. Kontrola na poziomie jednostki
jest trudna, by nie rzec niemożliwa. Łatwiej jest sterować grupami.
Czynna część dorosłej populacji kraju jest już zorganizowana w grupy, a każda z tych grup (biznesmeni, organizacje pozarządowe, partie
polityczne itp.) została zinfiltrowana przez personel FSB. Ludzie ci
informują swoje "biuro" o wszystkim, co dzieje się wokół nich. Pewien
problem stanowi młodzież: nie pali się do organizacji, nie znosi
kontroli i nader trudno wniknąć w jej środowisko, jako że
funkcjonariusze, agenci i informatorzy FSB są z reguły dorośli. Tu
jednak też da się zastosować stare doświadczenia sowieckie wzbogacone o nową kreatywność; poddano więc stałej obserwacji kiełkujące w terenie
organizacje młodzieżowe. Dopiero gdy któraś z nich się wybije (jak
"Nasi"), zostaje przejęta w całości i wykorzystana do wzmocnienia sił
FSB, przez co wyklucza się możliwość, że stanie się jej rywalem.
W swoim nowoczesnym wcieleniu FSB przyjęła mantrę znienawidzonego przez
ideologię sowiecką kapitalizmu, jak również korporacyjny model
działania. Woli kupować lub podporządkowywać, niż zabijać. Pomimo to
wciąż jest organizacją zbrodniczą. Jeśli uzna, że musi się bronić przed
bezpośrednim zagrożeniem, które wymyka się spod jej kontroli - zabija. Z tego właśnie powodu zostali zamordowani Anna Politkowska i Aleksandr
Litwinienko. Oboje stwarzali poważne zagrożenie dla korporacji FSB, a nie dało się ich spacyfikować ani kupić.
Uczciwie trzeba przyznać, że system władzy korporacyjnej nie został
wymyślony i stworzony przez FSB, lecz przez oligarchów. W czerwcu 1996
roku Jelcyn, który, jak się zdawało, nie miał szans na demokratyczną
reelekcję, skłaniał się ku ogłoszeniu w kraju stanu wyjątkowego.
Odwołując wybory, zapobiegłby zwycięstwu Giennadija Ziuganowa, kandydata
partii komunistycznej, pozostałby jednak zakładnikiem ludzi forsujących
takie siłowe rozwiązanie: Aleksandra Korżakowa, szefa ochrony, Michaiła
Barsukowa, dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa, oraz ich
lojalnego wspólnika, z którym dzielili się władzą, wicepremiera Olega
Soskowieca. Była to druga, po nieudanym puczu z sierpnia 1991 roku,
niezbyt zręczna próba przejęcia władzy w Rosji. Ona także chybiła celu.
W końcowych godzinach, kiedy prezydencki dekret o odwołaniu wyborów i wprowadzeniu stanu wyjątkowego w całym kraju był już podpisany, jedna z rządzących Rosją korporacji - korporacja oligarchów - zaoferowała
Jelcynowi pieniądze, gazety i stacje telewizyjne oraz rój spin doktorów
gotowych zorganizować mu kampanię przedwyborczą pod następującymi
wszakże warunkami: odrzuci rozwiązanie siłowe, wycofa dekret o stanie
wyjątkowym, zwolni trio Korżakow - Barsukow - Soskowiec i przeprowadzi
demokratyczne wybory prezydenckie. Jelcyn wysłuchał oligarchów, przyjął
ich pomoc, podjął współzawodnictwo z Ziuganowem i wygrał. Naturalnie
krytycy nie omieszkali wytknąć, że formalnie równe szanse wcale takie
nie były, skoro wszystkie wykupione przez oligarchów media stały po
stronie Jelcyna... ale komunistów też nikt szczególnie nie kochał. Wypadki
z sierpnia 1991 i października 1993 roku, postrzegane przez szerokie
rzesze jako próba odwetu sowieckich epigonów, były jeszcze zbyt świeże w pamięci ludzi.
W lipcu 1996 roku Jelcyn ponownie został prezydentem. Zwycięstwo
wyborcze miało jednak swoją cenę. Oligarchiczna korporacja stała się
współudziałowcem rządu i przez kolejne cztery lata to ona sprawowała
faktyczną władzę w państwie. (Prezesem był oczywiście Jelcyn). Otoczona
ze wszystkich stron przez rywalizujące i ścierające się ze sobą służby
bezpieczeństwa, niedoświadczona politycznie (jak cała świeżo
zdemokratyzowana Rosja), grzesząca pogardą w stosunku do ludzi i brakiem
wiary w demokrację w ogóle (a już rosyjską w szczególności) doszła w końcu do wniosku, że w roku 2000 prezydentem powinien zostać ktoś z wierchuszki służb bezpieczeństwa. Z jakiegoś powodu sądzono, że ów
wysoki urzędnik da się łatwo kupić i pozwoli kontrolować oligarchom.
W latach 1999-2000 każdy oligarcha miał w służbach własnego, wysoko
postawionego i sprawdzonego człowieka. (A każdy z notabli służb
bezpieczeństwa miał swojego wypróbowanego oligarchę). I tak Roman
Abramowicz, Borys Bieriezowski i Anatolij Czubajs mieli pułkownika
Władimira Putina, dyrektora FSB. Władimir Gusinski miał generała Filipa
Bobkowa, wiceprzewodniczącego KGB w czasach sowieckich. Jurij Łużkow
miał Jewgienija Primakowa, wiceprzewodniczącego KGB i dyrektora wywiadu
zagranicznego. Michaił Chodorkowski miał generała KGB Aleksieja
Kondaurowa... i tak dalej.
Oligarchowie i agenci z bliskiego otoczenia Jelcyna wytłumaczyli
prezydentowi, że tylko szef tajnych służb będzie w stanie zagwarantować
bezpieczeństwo jemu i jego rodzinie po ustąpieniu z urzędu. Nieważne
który - Jelcynowi dano możliwość wyboru - ale musiał to być ktoś ze
ścisłego kierownictwa FSB. Ponieważ, tłumaczyli, jeśli do władzy wrócą
komuniści, wsadzą Jelcyna za kratki za użycie czołgów do rozwiązania
parlamentu w 1993 roku. Jeśli natomiast władzę obejmą demokraci, osądzą
go za rozpoczęcie dwóch wojen i ludobójstwo dokonane na Czeczenach.
Zresztą ktokolwiek dorwie się do władzy, z pewnością spróbuje zamknąć i Jelcyna, i jego krewnych za prywatyzację rosyjskiej gospodarki i związaną z nią gigantyczną korupcję.
Jelcyn uwierzył. Własnymi rękami - tymi samymi, które w sierpniu 1991
roku odebrały władzę komunistom - oddał rząd Rosji wysokiemu urzędnikowi
FSB, namaszczając go na swojego następcę. W ciągu roku wypróbował trzech
kolejnych kandydatów do prezydentury. Pierwszym był Jewgienij Primakow.
Mianowany premierem w sierpniu 1998 roku, już w maju 1999 został
zdymisjonowany. Nie odpowiadał oligarchom, bo głośno deklarował, że jako
głowa państwa zwolni z więzień dziewięćdziesiąt tysięcy kryminalistów i wsadzi na ich miejsce dziewięćdziesiąt tysięcy biznesmenów. Następny -
Siergiej Stiepaszyn, szef FSB w latach 1994-1995 - nie podobał się z kolei kremlowskiej "rodzinie", a ściślej mówiąc, niektórym jej członkom:
oligarsze Romanowi Abramowiczowi, doradcy i przyszłemu zięciowi Jelcyna
Walentinowi Jumaszewowi, a także szefowi kancelarii prezydenta
Aleksandrowi Wołoszynowi. Podejrzewali oni, że Stiepaszyn zwąchał się
już z konkurentem Jelcyna do władzy w kraju Jurijem Łużkowem, merem
Moskwy. W sierpniu 1999 roku również Stiepaszyn stracił stanowisko.
Zajął je Putin, do tego momentu dyrektor FSB. Jelcyn polubił Putina,
oligarchowie także. I tak 31 grudnia 1999 roku Putin został oficjalnym
pretendentem do schedy po Jelcynie.
Oligarchowie - z wyjątkiem Władimira Gusinskiego, który postawił na
niewłaściwego konia - byli pewni, że ich korporacja wciąż ma władzę.
Bądź co bądź, wspólnie poparli Putina; to oni pomogli mu w kampanii
prezydenckiej, wykorzystując te same kanały i tych samych specjalistów,
którzy w 1996 zapewnili zwycięstwo Jelcynowi. Ale istniała też inna
korporacja, niewidoczna dla opinii publicznej, która także wspierała
Putina i starała się zapewnić mu wygraną własnymi środkami i metodami.
Była to korporacja FSB. Pierwsze kroki Putina po elekcji były wyraźnie
naznaczone podwójną lojalnością wobec obu tych "firm".
Stopniowo jednak, krok po kroku, równowaga sił zmieniała się na korzyść
FSB. Najpierw zniszczono biznesowe imperia Gusinskiego i Bieriezowskiego, którzy zaczęli sprzeciwiać się Putinowi. Obaj skończyli
na wygnaniu za granicą. Następnie upadło imperium Michaiła
Chodorkowskiego, on sam zaś został aresztowany i usłyszał wyrok.
Równocześnie wiele obieralnych dotąd urzędów w terenie zostało
uzależnionych od prezydenckiej nominacji. W kontekście wszechobecnej
korupcji, kwitnącej zwłaszcza przy okazji wyborów lokalnych, wydawało
się to zmianą na dobre. Ale Putin zaczął mianować oficerów KGB-FSB na
wszystkie wakaty oraz wszelkie liczące się stanowiska rządowe i w ogóle
polityczne.
Mało kto dostrzegł, co się w istocie dzieje. Zapewne nikt tego nie
rozumiał, a kiedy zrozumienie przyszło, było już za późno. Od 70 do 80%
wszystkich kierowniczych stanowisk w administracji przechwyciły służby
bezpieczeństwa i wojsko. Po raz pierwszy w historii rząd całego kraju
trafił w ręce czekistów - ludzi, którzy służyli bezpiece przez całe
dorosłe życie, nienawidzili USA i Europy Zachodniej, nie mieli żadnego
pozytywnego programu ani doświadczenia w tworzeniu czegokolwiek.
Potrafili tylko inwigilować, zmuszać do posłuszeństwa i niszczyć. Tak
jak w przypadku papierosów i raka albo Gestapo w nazistowskich
Niemczech, o rosyjskich tajnych służbach nie da się powiedzieć dobrego
słowa. To, że nie zostały zdelegalizowane w 1991 roku, jest grubym
historycznym nieporozumieniem.
Ironia losu sprawia, że przywódcy polityczni zapisują się czasem w historii czymś, co sami uznaliby zapewne za błahe, niegodne wspomnienia
fakty. Dziś już wiemy, że Brytyjczycy zapamiętają prezydenta Putina jako
człowieka, który skaził centrum Londynu brudną bombą, żeby otruć
politycznego przeciwnika. W Czeczenii będzie wspominany jako ten, który
chciał ich zabijać "w wychodkach". Ale spuściznę Putina prezydenta mocno
przerastają dokonania Putina premiera za prezydentury Miedwiediewa.
Gruzja zajmowała w rosyjskiej historii miejsce szczególne. Ów
nadgraniczny region carskiego imperium zdołał zachować własną tożsamość
i niepodległość ducha. Krótki okres politycznej niezależności w latach
1918-1921 zakończył się przymusowym wcieleniem Gruzji do Związku
Radzieckiego. Na jej dalszych dziejach niewątpliwie zaważył fakt, że
krajem rządził Gruzin Józef Stalin, a jego lojalnym przybocznym i katem
- szefem sowieckiej tajnej policji, przemianowanej później na KGB - był
inny Gruzin Ławrientij Beria.
Uogólnienia odnoszące się do całych narodów zawsze są ryzykowne. Można
jednak z czystym sumieniem stwierdzić, że stosunek Rosjan do Gruzinów w okresie sowieckim był na ogół pozytywny. Gruzja stała się głównym
dostawcą owoców i wina dla całego Związku Radzieckiego i udało jej się
zachować wiele cech gospodarki rynkowej. W głodnych latach komunizmu
Gruzja była bogata, zwłaszcza w porównaniu z innymi republikami. Miała
najwyższy w ZSRR wolumen przepływów pieniężnych (kolejne miejsca
zajmowały Armenia i Azerbejdżan; mimo olbrzymiego obszaru republika
rosyjska była w tej klasyfikacji dopiero czwarta). Gruzinów poważano za
ich wino, kuchnię, mandarynki, wkład w kulturę ZSRR, ale przede
wszystkim za to, że w odróżnieniu od Rosjan zdołali sprawić, że ich kraj
prosperował.
W roku 1991 Gruzja wybiła się na niepodległość. Po rozmontowanym Związku
Radzieckim odziedziczyła dwie autonomiczne republiki: Osetię Południową
i Abchazję. Kiedy wreszcie sięgnięto do pokrytych kurzem map
wyciągniętych z archiwów, okazało się, że obie należą teraz do nowo
utworzonego państwa gruzińskiego. Osetyjczycy i Abchazi mieli jednak na
ten temat inne zdanie, a w przekonaniu tym gorliwie utwierdzała ich
Rosja. Poparcie to drastycznie oziębiło stosunki między Gruzją a Rosją.
W czasie wojny w Czeczenii Gruzja przyjmowała czeczeńskich uchodźców i przymykała oko, kiedy bojownicy przenikali na jej terytorium, by wylizać
rany, przegrupować się i dozbroić. Relacje z Rosją stały się otwarcie
wrogie.
Po dojściu do władzy Putina zarówno służby specjalne, jak i wojsko
czekały tylko na pretekst, by ukarać Gruzinów za ich hardość. Po
zakończeniu głównych działań militarnych w Czeczenii i utworzeniu
marionetkowego rządu Kadyrowa napaść na Gruzję była już tylko kwestią
czasu. Zapewne nieprędko się dowiemy, jak dokładnie zaplanowano i rozpoczęto tę wojnę, jest jednak oczywiste, że strona rosyjska była do
niej świetnie przygotowana. W sierpniu 2008 roku Pięćdziesiąta Ósma
Armia wspierana przez marynarkę wojenną i siły powietrzne wtargnęła z impetem na terytorium sąsiada i błyskawicznie zniszczyła lub zajęła
wszystkie strategicznie ważne punkty. Po raz pierwszy od 1991 roku
rosyjscy żołnierze brali udział w operacji wojskowej poza granicami
państwa, tworząc niebezpieczny precedens, a świat patrzył i czekał, jak
potoczą się sprawy2.
Dziś jeszcze za wcześnie, aby przewidzieć dalsze konsekwencje rosyjskiej
inwazji na Gruzję. Natychmiastowym efektem tej krótkiej wojny jest
uznanie przez Rosję niepodległości Osetii Południowej i Abchazji, ale
bez usankcjonowania na forum międzynarodowym ich "niepodległość" będzie
miała niewielkie znaczenie. Równocześnie fakt, że Rosja uznała
suwerenność dwóch byłych republik autonomicznych ZSRR, ustanawia kolejny
precedens, tym razem niebezpieczny dla Rosji: prędzej czy później jakaś
inna była republika autonomiczna, wchodząca dziś w skład Federacji -
Czeczenia, Dagestan, Inguszetia czy Tatarstan - również upomni się o niepodległość. A jeśli tak, to odpowiedzialny za kolejny wyłom w Federacji okaże się jej były prezydent, a obecny premier Władimir Putin.
Jurij Felsztinski,
Władimir Pribyłowski
8 sierpnia 2008 roku
Rosja i Putin za prezydentury Miedwiediewa
Rosja i Putin
za prezydentury
Miedwiediewa
Jeśli wierzyć oficjalnej narracji, Rosja jest państwem demokratycznym i od 2008 do 2012 roku rządzili nią wspólnie i w doskonałej harmonii
prezydent Dmitrij Miedwiediew i premier Władimir Putin, obaj wybrani
zgodnie z prawem. Za kulisami mówiono jednak, że dwie części tandemu nie
były równe: Putin, starszy i bardziej doświadczony, był "równiejszy",
czyli po prostu ważniejszy.
Ten pogląd jest bliższy prawdy, ale też niezupełnie ścisły.
Najwyższa wierchuszka rządząca Rosją za prezydentury Miedwiediewa nie
była tandemem czy też duumwiratem, lecz triumwiratem, w którego skład
wchodzili: 1) premier Rosji Władmimir Putin, 2) szara eminencja Igor
Sieczin, jeden z wicepremierów, oraz 3) prezydent Dmitrij Miedwiediew.
Ten ostatni nie zajmował nawet drugiego miejsca w hierarchii: był
zaledwie trzecim kółkiem trycykla.
Faktem jest, że tajna hierarchia i funkcje najwyższych urzędników
państwowych w Rosji mają się nijak do jawnej tytulatury. Władimir Putin,
nazywany premierem, był w rzeczywistości suwerenem, carem-batiuszką -
może nie do końca tradycyjnym monarchą absolutnym, lecz i nie
konstytucyjnym. Jego władzy nie ograniczała ustawa zasadnicza czy inne
prawa, lecz - podobnie jak prezesa firmy - tajna ława udziałowców i przyjęte przez nią zwyczaje (pokrewne kodeksom grup przestępczych):
zakulisowe porozumienia z pozostającymi w cieniu grupami wpływów,
rodziną, przyjaciółmi i układami administracyjnymi. Jako car Putin był
również swoim własnym ministrem spraw zagranicznych (nominalny minister
Siergiej Ławrow pełnił zaledwie funkcję doradcy do spraw polityki
zagranicznej).
Igor Sieczin, formalnie wicepremier (i to nawet nie "pierwszy"), w rzeczywistości był nikim innym jak urzędującym premierem. Niezupełnie
szefem rządu, bo nie podlegały mu wszystkie resorty - część odpowiadała
bezpośrednio przed "prezesem" - niemniej w radzie ministrów był
zdecydowanie pierwszym pośród równych. Odpowiadał za większość spraw
gospodarczych (z wyłączeniem finansów). Co znamienne, organy
bezpieczeństwa, których zwierzchnikiem był jego protegowany Aleksandr
Bortnikow, także podlegały faktycznej kontroli Sieczina.
Dmitrij Miedwiediew, zwany prezydentem oraz głową państwa, pełnił w istocie funkcję wiceministra do spraw różnych, z naciskiem na sferę
prawną. Służył ponadto prezesowi-carowi doradztwem w kwestiach
"personelu" i innych (na przykład "demokracji"). W sferze prawa
Miedwiediew był praktycznie wszechwładny, było to bowiem przydzielone mu
poletko, natomiast jako doradca w sprawach kadrowych okazywał się
wpływowy, lecz nie najważniejszy. Głównym doradcą Putina w kwestiach
personalnych był dawny generał KGB Wiktor Iwanow. Nawet zresztą Siergiej
Sobianin, wicepremier i szef administracji prezydenta, miał
przypuszczalnie więcej do powiedzenia w polityce kadrowej w latach
2008-2010 i wpływał wręcz na nominacje gubernatorskie, które Miedwiediew
podpisywał.
Jako zwierzchnik FSB, najbardziej wpływowej z tajnych służb, Bortnikow
formalnie podlegał bezpośrednio prezydentowi Miedwiediewowi, ale jego
prawdziwymi szefami byli Putin i Sieczin. Wiktor Iwanow, od piętnastu
lat główny doradca Putina w sprawach personalnych, pozostał nim również
po objęciu w marcu 2012 roku pieczy nad Federalną Służbą Kontroli nad
Obrotem Narkotykami. Co więcej, Rosnarkokontrol działa w istocie jako
"drugie KGB", monitorujące działania "pierwszego", czyli FSB Bortnikowa.
Potrzeba zaistnienia tego drugiego pojawiła się, gdy Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych, od czasów sowieckich będące przeciwwagą "cieni" z tajnych
służb, dostało się całkowicie pod kontrolę FSB, a konkretnie klanu
petersbursko-karelskiego, któremu przewodzili Patruszew, były szef FSB,
a obecnie sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji, oraz Nurgalijew, minister
spraw wewnętrznych.
Siergiej Naryszkin, szef administracji prezydenckiej Miedwiediewa,
powinien był (zgodnie ze swoją funkcją) zajmować się wdrażaniem i wykonywaniem dekretów prezydenta. W istocie ten kolega Putina ze studiów
w "Krasnoznamiennej" Akademii Wywiadu Zagranicznego imienia Jurija
Andropowa stał się aniołem stróżem prezydenta i odpowiadał bezpośrednio
przed premierem Putinem. Władisław Surkow, oficjalnie pierwszy
wiceprzewodniczący administracji prezydenta, nieoficjalnie zajmował dwa
stanowiska, które byłyby nie do pomyślenia w prawdziwej demokracji:
wicepremiera do spraw ideologii oraz ministra do spraw parlamentu i partii politycznych.
Najbardziej wpływową klasą w Rosji jest biurokracja najwyższego
szczebla, tak zwana nomenklatura, wywodząca się przede wszystkim z Czeki
(Czrezwyczajnoj komissji, powołanej jeszcze przez Lenina tajnej
policji, prekursorki KGB). Przejąwszy bezpośrednio lub pośrednio (przez
figurantów, żony, dzieci, pociotków i powinowatych) zarząd nad majątkiem
narodowym, oligarchiczna nomenklatura kontroluje praktycznie całą
gospodarkę kraju. Dla nomenklatury Putin jest światowej klasy magnatem
paliw kopalnych i finansów, Miedwiediew tytanem przemysłu papierniczego,
Surkow - cukrowniczego, Sieczin - baronem naftowym, Sobianin - gazowym i tak dalej. Na niższym szczeblu, w szerszym kręgu lokalnych oligarchów
sytuacja wygląda podobnie.
W ciągłej grze gospodarczych interesów ci magnaci nigdy nie tworzą
całkowicie zwartego frontu; zawsze występują podziały na zwalczające się
nawzajem klany, frakcje, kliki, które czasem się łączą w doraźne lub
względnie trwałe koalicje. Dla przykładu za prezydentury Miedwiediewa
(2008-2012) główna linia podziału przebiegała między dwiema koalicjami
klanów administracyjno-gospodarczych: Sieczina (numer 2 w Rosji) i Miedwiediewa (numer 3). Sitwa zgromadzona wokół Sieczina działała na
rzecz trzeciej kadencji prezydenckiej Putina po 2012 roku i dążyła do
wypchnięcia Miedwiediewa wraz z jego poplecznikami z najwyższych kręgów
władzy. Z kolei celem grupy Miedwiediewa było odsunięcie Sieczina i jego
stronników, powtórny wybór na prezydenta w 2012 roku i przekształcenie
triumwiratu w duumwirat ze zwiększoną rolą Miedwiediewa.
Podstawą koalicji Sieczina był alians dwóch frakcji petersburskich
czekistów: ludzi Sieczina oraz grupy Wiktora Iwanowa i Nikołaja
Patruszewa, wspieranej przez mniejsze klany. Urzędniczo-biznesowy klan
Sieczina obejmował jego protegowanego w FSB Aleksandra Bortnikowa,
spowinowaconego z Sieczinem Władimira Ustinowa (byłego prokuratora
generalnego i ministra sprawiedliwości, a obecnie pełnomocnego
przedstawiciela prezydenta w Południowym Okręgu Federalnym),
eks-premierów Wiktora Zubkowa (pierwszego wicepremiera po marcu 2012
roku) i Michaiła Fradkowa (szefa zagranicznych służb wywiadowczych
Federacji), ministra obrony Anatolija Sierdiukowa i prezesa
Wnieszekonombanku Andrieja Kostina.
Większość popleczników Miedwiediewa reprezentowała poglądy prozachodnie
i umiarkowanie "imperialistyczne". Z kolei ludzie Sieczina -
promocarstwowe jastrzębie, jeśli wziąć pod uwagę ich stosunek do byłych
republik ZSRR - optowali za sojuszem z Chinami przeciw Zachodowi.
Putin przyglądał się z góry wojnie dwóch nomenklaturowo-oligarchicznych
koalicji (której zarzewie było po części jego dziełem), korzystając ze
wszystkich politycznych korzyści takiej pozycji. Historycznie i politycznie plasował się bliżej Sieczina, zwłaszcza że jeden z przywódców koalicji tamtego był konfidentem i przyjacielem Putina.
Jednakże w sprawach gospodarczych (i personalnych) miał pełne zaufanie
do Kudrina, który zwalczał Sieczina, a z którym Putin też żył na
przyjacielskiej stopie. Zresztą fakt, że Putin wyznaczył Miedwiediewa na
swojego następcę, był znaczący: nie doszłoby do tego bez pewnej dozy
zaufania - dozy w każdym razie większej, niż żywił Putin do dawnych
kolegów z KGB. Bez wątpienia bał się oddać pierwszy urząd w państwie
(nawet czasowo) któremukolwiek z byłych współpracowników z bezpieki mimo
"przyjaźni i braterstwa" panujących jakoby w tajnych służbach.
Pod koniec listopada 2010 roku witryna WikiLeaks opublikowała depesze z amerykańskiej ambasady w Moskwie do Departamentu Stanu USA. W jednej z nich Miedwiediew został opisany jako "bezbarwny i niezdecydowany", Putin
zaś jako "samiec alfa". W korespondencji pojawiła się również wzmianka,
że Miedwiediew to "Robin przy Batmanie" (Putinie). Tak czy owak w świcie
Miedwiediewa, a zwłaszcza w jej dalszych kręgach Putin nie był lubiany i wielu marzyło o odsunięciu go od władzy. Lecz przez cały niemal okres
nominalnej prezydentury Miedwiediewa nie było właściwie wiadomo, czego
chce on sam: pokonać Sieczina i stać się drugim w rządzącym duumwiracie
czy też z czasem wysunąć się na prowadzenie. Jak się okazało jesienią
2011 roku, Miedwiediew nie był gotowy na decydującą walkę o władzę nawet
z Sieczinem, a co dopiero z Putinem.
W wyborach do Dumy 4 grudnia 2011 proputinowska Jedna Rosja zdobyła -
wedle oficjalnych danych - 49,32% głosów przy frekwencji wyborczej
60,21%. Eksperci opozycji, opierając się na sondażach przed- i powyborczych, twierdzą, że partia Putina zdobyła nie więcej niż 30-35%
poparcia (szacunek ten nie dotyczy Czeczenii i kilku innych obszarów,
gdzie zebranie danych w lokalach wyborczych było niemożliwe przez wzgląd
na zagrożenie życia obserwatorów). Po 10 grudnia, kiedy ogłoszono
wyniki, na rosyjskiej scenie politycznej rozegrały się pierwsze w dziejach masowe demonstracje antyputinowskie. Brały w nich udział
dziesiątki tysięcy ludzi.
W drugiej połowie grudnia były szef administracji prezydenta i kolega
Putina z akademii KGB Siergiej Naryszkin został przewodniczącym nowo
wybranej izby niższej parlamentu. Jego poprzednie stanowisko objął
Siergiej Iwanow, generał KGB i były wicepremier, a jego zastępcą
mianowano Wiaczesława Wołodina. Surkow został przeniesiony do rządu w randze wicepremiera. Powierzono mu "modernizację", kulturę i sztukę,
działalność naukowo-badawczą, młodzież, demografię, rozwój turystyki i stosunki z organizacjami wyznaniowymi. Dmitrij Rogozin, polityk o poglądach narodowo-imperialistycznych, wcześniej skłaniający się nieco
ku opozycji, został kolejnym nowym wicepremierem, sprawującym kontrolę
nad kompleksem wojskowo-przemysłowym.
Kolejne wybory prezydenckie odbyły się 4 marca 2012 roku. Wedle
oficjalnych danych centralnej komisji wyborczej, ogłoszonych 7 marca,
Putin zdobył 63,6% głosów przy frekwencji wynoszącej 65,3%. Eksperci
opozycji szacują, iż rzeczywisty wynik nie przekracza 45% przy
frekwencji 55-60%.
Pierwszy prolog
Pierwszy prolog
Dzieje nazwy
W grudniu 1970 roku rząd bolszewicki powołał organizację, która nigdy
nikomu nie przyniosła nic dobrego. Ponieważ w teorii była ona pożyteczna
i niezbędna (choć w praktyce skrajnie destruktywna), reformowano ją i przemianowywano w nadziei, że zmiany te wpłyną na poprawę jej charakteru
(ten jednak nie zmienił się ani na jotę). Dziś organizacja, o której
mówimy, nosi nazwę FSB - Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji
Rosyjskiej. Dla wygody czytelnika przytoczymy tu w skrócie historię
licznych nazw, pod którymi funkcjonowała wcześniej.
20 grudnia 1970 roku: Rada Komisarzy Ludowych Republiki Rosyjskiej
wydaje rezolucję podpisaną przez Lenina, powołując Wszechrosyjską
Nadzwyczajną Komisję do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem (w skrócie
WCzK).
Sierpień 1918 roku: WCzK zmienia nazwę na Wszechrosyjską Nadzwyczajną
Komisję do Walki z Kontrrewolucją, Spekulacją i Przestępstwami Nadużycia
Władzy (chodziło tu głównie o korupcję). Jej pierwszym przewodniczącym
zostaje Feliks Dzierżyński.
6 lutego 1922 roku: Wszechrosyjski Centralny Komitet Wykonawczy RFSRR
(Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej) wydaje
rezolucję, na której mocy rozwiązano WCzK, powołano zaś Państwowy Zarząd
Polityczny (GPU) przy Ludowym Komisariacie Spraw Wewnętrznych (NKWD)
tejże RFSRR.
2 listopada 1923 roku: po utworzeniu w grudniu 1922 Związku
Socjalistycznych Republik Radzieckich prezydium Centralnego Komitetu
Wykonawczego ZSRR powołuje Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny
(OGPU) przy Radzie Komisarzy Ludowych ZSRR.
10 lipca 1934 roku: na mocy rezolucji Centralnego Komitetu Wykonawczego
OGPU wchodzi w skład NKWD.
3 lutego 1941 roku: NKWD zostaje podzielone na dwa niezależne organy:
NKWD oraz NKGB (Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego). Już w czerwcu tego samego roku NKGB i NKWD łączą się ponownie w Komisariat
Ludowy pod nazwą NKWD. W kwietniu 1943 NKGB zostaje reaktywowane.
15 marca 1946 roku: NKGB zostaje przekształcone w Ministerstwo
Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR (MGB). W tym samym czasie wszystkie
komisariaty ludowe zostają przemianowane na ministerstwa.
7 marca 1953 roku, dwa dni po śmierci Stalina: Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych ZSRR (MWD) i Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego (MGB)
zostają połączone w Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ZSRR.
13 marca 1954 roku: zostaje powołany Komitet Bezpieczeństwa Państwowego
(KGB) przy Radzie Ministrów ZSRR. W roku 1978 odniesienie do Rady
Ministrów zostaje wykreślone z nazwy agencji. Odtąd znana jest ona jako
KGB ZSRR.
6 maja 1991 roku: przewodniczący Rady Najwyższej RFSRR Borys Jelcyn oraz
zwierzchnik KGB ZSRR Władimir Kriuczkow uzgadniają utworzenie Komitetu
Bezpieczeństwa Państwowego RFSRR (pamiętajmy, że federacyjna republika
rosyjska ma status państwa).
26 listopada 1991 roku: prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow podpisuje
dekret "O ustanowieniu tymczasowych zasad działania
Międzyrepublikańskiej Służby Bezpieczeństwa (MSB) ZSRR".
3 grudnia 1991 roku: prezydent Gorbaczow podpisuje ustawę "O reorganizacji organów bezpieczeństwa państwowego". Ustawa ta rozwiązuje
KGB, zastępując je dwiema nowymi agencjami: MSB oraz Centralną Służbą
Wywiadu Zagranicznego ZSRR.
19 grudnia 1991 roku3: prezydent RFSRR Borys Jelcyn podpisuje
dekret "O utworzeniu Ministerstwa Bezpieczeństwa i Spraw Wewnętrznych
RFSRR (MBWD)". Wraz z powołaniem tego organu MSB zostaje faktycznie
rozwiązane. Jednakże 14 stycznia 1992 Trybunał Konstytucyjny Federacji
Rosyjskiej uznaje, że dekret Jelcyna był sprzeczny z konstytucją
RFSRR, i orzeka jego nieważność.
1992-1993: organy bezpieczeństwa Federacji wchodzą w skład Ministerstwa
Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. 21 grudnia 1993 roku Jelcyn wydaje
dekret rozwiązujący ministerstwo i powołujący zamiast niego Federalną
Służbę Kontrwywiadowczą (FSK).
3 kwietnia 1995: Jelcyn podpisuje ustawę "O organach federalnej służby
bezpieczeństwa w Federacji Rosyjskiej". Na jej podstawie ustawową
następczynią FSK staje się FSB.
W ciągu tych wszystkich lat WCzK-FSB mieściła się wciąż w tym samym
gmachu przy ulicy Łubianka w samym sercu Moskwy. Nazwa przylgnęła do
budynku, "Łubianka" stała się synonimem tajnych służb.
1. Spisek Korżakowa
1
Spisek Korżakowa
CZYNNIK NR 1: OCHRONA PREZYDENTA
Po nieudanej próbie przejęcia władzy przez Państwowy Komitet Stanu
Wyjątkowego (puczu Janajewa w sierpniu 1991 roku), a następnie upadku
Związku Radzieckiego KGB zostało formalnie rozwiązane i podzielone na
szereg niezależnych agencji. Jedną z pierwszych była Służba
Bezpieczeństwa Prezydenta (SBP) utworzona na bazie dawnych Dziewiątego i Piętnastego Zarządu Głównego KGB, odpowiedzialnych za bezpieczeństwo
najwyższych urzędników państwowych, ich rodzin oraz ważnych budynków
rządowych. SBP została powołana przez Aleksandra Korżakowa, byłego
ochroniarza Jurija Andropowa (zwierzchnika KGB, później szefa rządu
ZSRR), a z czasem również Jelcyna.
Niezależnie od tego, że zapewnienie bezpieczeństwa czołowym
osobistościom w państwie jest rzeczą ważną, sam charakter zadań
Dziewiątego Zarządu zdegradował jego status do poziomu podrzędnego.
Funkcjonariusze i ich zwierzchnicy byli gorzej wykształceni i mieli
niższe kwalifikacje w porównaniu z oficerami wywiadu i kontrwywiadu.
Jako pracownik Dziewiątego Zarządu Korżakow - uważany za lojalnego wobec
Jelcyna - świetnie wiedział, że każda instytucja odpowiadająca za
bezpieczeństwo prezydenta (nawet tak samowolnego jak Jelcyn) w normalnych warunkach zawsze będzie podrzędna wobec świeżo sformowanej
sukcesorki KGB. Jednakże na początku lat dziewięćdziesiątych sytuacja
nie była normalna, toteż Korżakow dołożył wszelkich starań, żeby zrobić
z SBP coś na kształt KGB w miniaturze. Na czele sformowanej w miejsce
podzielonego KGB Służby Bezpieczeństwa Rosji umieścił własnego
człowieka, byłego komendanta Kremla Michaiła Barsukowa, który zgodził
się na jego nieformalne zwierzchnictwo. Obsadziwszy kluczowe stanowiska
lojalnymi wobec siebie ludźmi i urzeczywistniwszy z powodzeniem
koncepcję niezależnej ochrony prezydenta, Korżakow stał się faktycznie
(choć nie dostrzegł tego nikt, a już najmniej prezydent) drugą osobą w państwie.
Ale... zły to żołnierz, co nie marzy o hetmańskiej buławie. W Rosji każdy
dobry szef ochrony ma ambicję zajęcia miejsca osoby, którą chroni. W przypadku Korżakowa osobą tą był Jelcyn. Od historycznych wydarzeń z sierpnia 1991 roku, kiedy to Korżakow, tryskający energią, a wciąż
jeszcze nieznany Rosjanom, zagościł w mediach całego świata, stojąc za
Jelcynem niczym wierny pies gotów rozerwać na strzępy napastnika, a w razie potrzeby zasłonić prezydenta przed kulą własnym ciałem, szef
ochrony marzył o fotelu swojego zwierzchnika. Aby to marzenie mogło się
spełnić, musiało się połączyć kilka czynników.
Zbudowanie odrębnej służby bezpieczeństwa prezydenta przy użyciu
własnych sił specjalnych, noszących nazwę Centrum Operacji Specjalnego
Przeznaczenia (CSN), przyszło Korżakowowi łatwo i nie zajęło wiele
czasu. Trudniejsze okazało się urobienie opinii publicznej w kraju.
Korżakow potrzebował własnych kanałów telewizyjnych i gazet, zwłaszcza
że nie on jeden marzył o fotelu Jelcyna. Główny konkurent Filip Bobkow
miał swoją telewizję i koncern prasowy. Ale kim był ten zapomniany już
niemal człowiek?
RYWAL: FILIP BOBKOW
Telewizja - potężny instrument propagandy i narzędzie kształtowania
opinii publicznej - w czasach sowieckich znajdowała się pod stałą
kontrolą KGB. Piąty Zarząd Główny, mający liczne "biura" rozsiane po
całym Związku Radzieckim, był odpowiedzialny za zwalczanie "wrogiej
dywersji ideologicznej". Słowo "wróg" oznacza tu kraje o odmiennej, bo
burżuazyjnej ideologii i moralności opartej na wolności gospodarczej i swobodach obywatelskich. Wszystkie kraje kapitalistyczne i ich
sojusznicy były uważane za wrogie.
Termin "dywersja ideologiczna" daje pole do szerokiej interpretacji i można go dowolnie używać. Obejmuje na przykład taki koncept jak
"szkodliwa orientacja ideologiczna", który można zastosować do każdej
działalności niewpasowującej się ściśle w polityczny system państwa i jego kanon ideowy. KGB, niewzruszenie trzymając się kursu wyznaczonego
przez Komitet Centralny KPZR - a ściśle przez jego Wydział Agitacji i Propagandy - toczył szeroko zakrojoną wojnę z wszelkimi przejawami
niezadowolenia w Rosji. Aby uzyskać całkowitą kontrolę nad sytuacją
polityczną w kraju i poglądami jego mieszkańców, organy bezpieki
rekrutowały agentów spośród zarówno obywateli ZSRR, jak i cudzoziemców,
realizując przy tym ważne cele taktyczne i strategiczne. Kluczowym celem
strategicznym było ugruntowanie ideologicznego wpływu Komunistycznej
Partii Związku Radzieckiego w samym Związku Radzieckim, pozostałych
krajach bloku socjalistycznego i w ogóle na całym świecie. Związany z tym cel taktyczny przewidywał umieszczenie agentów bezpieki dosłownie na
wszystkich szczeblach społeczeństwa. Mieli oni zapobiegać "szkodliwej
propagandzie ideologicznej" i ćwiczyć się w kontrpropagandzie
skierowanej przeciwko wrogim krajom.
Przez wiele lat, praktycznie od dnia narodzin, Piąty Zarząd KGB
dowodzony był przez Filipa Bobkowa. Nim odszedł on na emeryturę na
początku 1991 roku, dosłużył się stanowiska wiceprzewodniczącego KGB i rangi generała armii. Wkrótce stał się znany jako "konsultant" oligarchy
Władimira Gusinskiego, właściciela korporacji Most, w której skład
wchodziły Most Bank i Media-Most oraz szereg innych firm. W rzeczywistości Bobkow został szefem ochrony całej korporacji. Zresztą od
lat już miał na oku Gusinskiego, który zetknął się z Piątym Zarządem
przy okazji przygotowań do igrzysk olimpijskich w Moskwie w 1980 roku.
Zastępcą Bobkowa w Piątym Zarządzie był generał major Iwan Abramow.
Później, kiedy Bobkow przejął stanowisko wicedyrektora KGB po Wiktorze
Czerbikowie (który po wyborze Andropowa na stanowisko pierwszego
sekretarza KPZR wskoczył o szczebel wyżej, obejmując dowództwo całej
agencji), Abramow z kolei został naczelnikiem Piątego Zarządu i awansował na generała broni. Podkomendni nazywali go "Wania Pałkin" (od
pałki) przez wzgląd na małostkowe, tyrańskie zapędy oraz sztywny, nieraz
krzywdzący stosunek do podwładnych. Abramow, rzecz jasna, marzył o stołku wicedyrektora KGB i miał realną szansę na spełnienie tego
marzenia, lecz pod koniec 1980 roku nieoczekiwanie dla wszystkich (a zwłaszcza dla siebie) został przeniesiony do biura prokuratora
generalnego i mianowany jego zastępcą.
Zastępcą Abramowa w Piątym Zarządzie był z kolei Witalij Ponomariew. Z wykształcenia weterynarz, później działacz partyjny, trafił do KGB na
początku lat osiemdziesiątych. Wkrótce został naczelnikiem terenowego
biura KGB w Autonomicznej Republice Czeczeńsko-Inguskiej, a niewiele
później przeniesiono go do Moskwy i mianowano wicenaczelnikiem Piątego
Zarządu, a zatem zastępcą Abramowa. Wszystko to działo się w przededniu
Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży I Studentów, który odbył się w Moskwie w 1985 roku. Było to wydarzenie o dużej wadze politycznej;
Ponomariew miał je nadzorować, wykorzystując w tym celu funkcjonariuszy
Piątki. W czasie przygotowań, a później trwania festiwalu, Ponomariew
poznał dyrektora ceremonii otwarcia Władimira Gusinskiego, tego samego,
który kilka lat później będzie jednym z najbogatszych i najbardziej
wpływowych ludzi w Rosji, a także "szefem" Bobkowa.
I tak w czasie, gdy Korżakow tworzył swoje mini-KGB, wykorzystując w tym
celu służbę bezpieczeństwa prezydenta Jelcyna, Bobkow budował własne
mini-KGB w imperium starego znajomego Gusinskiego.
Podlegający Bobkowowi pion bezpieczeństwa korporacji Most składał się
głównie z jego byłych podwładnych z Piątego Zarządu i był jedną z największych i najpotężniejszych agencji ochrony w kraju. Liczbą
personelu i zasięgiem działalności znacznie przewyższał SBP Korżakowa.
Bezpieczniacy Mostu gromadzili informacje z wielu dziedzin życia
codziennego w Rosji. Oceniali stan gry rywalizujących ze sobą sił
politycznych w rządzie i zbierali haki na prominentnych polityków,
biznesmenów, bankierów i osobistości życia publicznego. Analitycy
Korżakowa nie dorastali do pięt byłym agentom KGB, którzy teraz
pracowali w Moście nie dla idei, a dla wysokich zarobków, wypłacanych
nie w rublach, lecz w dolarach (ich pensje kilkakrotnie przewyższały
nominalny dochód generała Korżakowa). Inteligentni, doświadczeni
wywiadowcy i analitycy Bobkowa nie mogli nie zauważyć kroków
podejmowanych przez Korżakowa w celu zwiększenia swego znaczenia i zgromadzenia wokół siebie grupy wpływowych popleczników. Ponadto
pracownicy Mostu utrzymywali dobre zawodowe stosunki z kolegami, którzy
pozostali w FSB.
KONFLIKT W 1994 ROKU
Wybory prezydenckie miały się odbyć w 1996 roku. Pod koniec 1994
Korżakow i Bobkow postanowili sprawdzić, który z nich jest silniejszy.
Gusinski deklarował, że może posadzić na fotelu prezydenckim kogokolwiek
zechce, na co Korżakow odparł: "Nie naszą jest rzeczą wybór prezydenta"
i rozpoczął otwartą wojnę z Bobkowem. Podległy mu oddział Centrum
Operacji Specjalnego Przeznaczenia (CSN) 2 grudnia zaatakował kolumnę
samochodów Gusinskiego i jego eskorty. Oficer CSN Wiktor Portow
wspominał później: "Mieliśmy sprowokować Gusinskiego do działania i w ten sposób się przekonać, czyje poparcie zapewnił sobie w rządzie, zanim
zaczął wygłaszać takie deklaracje".
Rankiem 2 grudnia opancerzony mercedes Gusinskiego oraz dżip wiozący
ochroniarzy jechały szosą Rublowsko-Uspieńską z daczy Gusinskiego do
Moskwy. Na zakręcie volvo CSN wepchnęło się pomiędzy dżipa a mercedesa.
Jadąc łeb w łeb grubo ponad sto na godzinę, oba samochody dojechały aż
na Prospekt Kutuzowa i zatrzymały się między ratuszem, w którym mieściły
się biura Gusinskiego, a "Białym Domem" (siedzibą rządu Federacji).
W tym czasie Gusinski zdążył zadzwonić do Jewgienija Sawostjanowa -
szefa FSB na Moskwę i okręg moskiewski - oraz do moskiewskiego Zarządu
Spraw Wewnętrznych (GUWD), krzycząc, że napadli go bandyci (nie było
jeszcze wiadomo, kim są ścigający go ludzie). Sawostjanow wysłał
antyterrorystów; szef GUWD - grupę szybkiego reagowania. Padło kilka
strzałów, lecz obyło się bez ofiar, kiedy stało się jasne, że
napastnikami są agenci ochrony prezydenckiej, i ludzie Gusinskiego
musieli się poddać. Podwładni Korżakowa wywlekli pasażerów z samochodu i kazali im się położyć twarzami na śniegu. Tak zakończyła się akcja,
która przeszła do annałów pod nazwą "Operacja Mordą w Śnieg".
Błyskotliwy manewr ujawnił, że generał Sawostjanow jest jednym z politycznych sojuszników Bobkowa. Tego samego dnia na prośbę Korżakowa
Sawostjanow został przez Jelcyna zdymisjonowany. Zastąpił go protegowany
szefa ochrony prezydenta Anatolij Trofimow - za czasów sowieckich spec
od śledzenia dysydentów.
CZYNNIK NR 2: KANAŁ 1
Zwycięstwo Korżakowa okazało się jednak iluzoryczne, bo kontrolowane
przez Gusinskiego media zaczęły go konsekwentnie niszczyć. Od tego dnia
jego upadek był już praktycznie przesądzony, choć Korżakow zdał sobie z tego sprawę dopiero w roku 1996 roku, kiedy było już za późno. Niemniej
owe grudniowe wydarzenia nauczyły go czegoś bardzo ważnego: w nowej
Rosji prywatne mini-KGB nie wystarczy; potrzebne jest też imperium
medialne, własne kanały przekazu informacji. Nasuwającym się od razu i najbardziej kuszącym obiektem do pożarcia był Kanał 1 rosyjskiej
telewizji, docierający do 180 milionów widzów. Korżakow miał jednak za
słabą pozycję, aby zdobyć ten kąsek.
Dziewiąty Zarząd Główny KGB, wchłonięty później przez służbę
bezpieczeństwa prezydenta, był tradycyjnie odrębny od innych. Większość
jego wydziałów miała siedzibę na Kremlu, gdzie mieściły się instytucje i przebywali ludzie, których chronił. Funkcjonariusze i szefowie rzadko
stykali się z członkami innych pionów operacyjnych KGB, przez co
Dziewiąty Zarząd nie miał swoich agentów w mass mediach, wśród
prominentnych polityków ani w kręgach akademickich.
Pod względem gospodarczym rozpoczynająca się w ZSRR pierestrojka
stworzyła przede wszystkim grunt pod bezprecedensową restrukturyzację
majątku państwowego. W czołówce tych, którzy zwęszyli grubą forsę,
znajdowali się spadkobiercy sowieckiej telewizji. Rozrastające się firmy
potrzebowały reklamy, a na tym polu możliwości telewizji były
nieograniczone. Wiele konkurujących ze sobą stacji prześcigało się,
oferując usługi firmom zainteresowanym promocją w ogólnokrajowym medium.
Za reklamy płacono na ogół w dolarach, a znaczna część tych kwot wpadała
do kieszeni producentów telewizyjnych i ich pracowników bezpośrednio
obsługujących klientów. W opisywanym tu okresie na łonie centralnej
telewizji rosyjskiej działało czternaście nowo powstałych agencji
reklamowych. Kupowały one czas antenowy od producentów różnych programów
telewizyjnych, dzieliły go wedle własnego widzimisię i sprzedawały
klientom zainteresowanym emisją reklam. Czas antenowy kupowany był
hurtowo w porcjach wahających się od kilkudziesięciu minut do kilku
godzin dziennie i okresach od kilku dni do kilku miesięcy rocznie,
odsprzedawany zaś na minuty lub nawet sekundy po znacznie wyższych
cenach. Zyski z tego biznesu były gigantyczne. Uzyskany przychód nie
trafiał na rachunek państwowej telewizji; dzieliła się nim grupa ludzi,
którym udało się wykiwać rząd i rozparcelować między siebie olbrzymi
rynek reklamy.
Całą tę działalność, odbywającą się w wieży telewizyjnej Ostankino,
najwyższym budynku Moskwy, monitorowało co najmniej trzydziestu agentów
KGB, którzy sumiennie donosili zwierzchnikom o każdym szczególe
niezaksięgowanych transakcji, jako że cała poważna korespondencja firm i instytucji przechodziła wyłącznie przez biuro KGB (Pierwszego Zarządu) w ośrodku telewizyjnym. Wszyscy ci ludzie, którzy się nawzajem znali,
wspierali i forowali, mieli powiązania z Bobkowem. Jak trafili do
telewizji? Kim byli w czasach sowieckich i później?
OFICEROWIE CZYNNEJ REZERWY
Obok funkcjonariuszy oficjalnie nadzorujących radziecką telewizję różne
piony KGB zatrudniały licznych agentów "pod przykrywką" - rezydentów i informatorów zwerbowanych spośród personelu telewizji albo emerytowanych
oficerów KGB pracujących tam na etatach. W terminologii używanej przez
czekistów ludzie ci byli "oficerami czynnej rezerwy". Ich rola i sama
koncepcja "czynnej rezerwy" nabrała kształtu już w czasie, gdy
przewodniczącym KGB w latach 1967-1982 był Jurij Andropow.
Oficerowie czynnej rezerwy pracowali w licznych ministerstwach,
instytucjach i różnych jednostkach państwowych (przed rokiem 1991 w ZSRR
wszystko było państwowe). Powierzano im konkretne stanowiska na
podstawie rutynowej biurokratycznej procedury: KGB przedkładało
Komitetowi Centralnemu KPZR raport uzasadniający potrzebę stworzenia
takiego a takiego etatu w jednej ze struktur państwowych ZSRR, następnie
sekretariat Komitetu Centralnego przyjmował stosowną rezolucję,
ustosunkowując się albo za, albo przeciw. Jeśli wniosek KGB został
przyjęty, biuro polityczne partii zatwierdzało nowe stanowisko i przekazywało władzy wykonawczej odpowiednie instrukcje. Z inicjatywy
Bobkowa etaty dla czynnych rezerwistów powstały nawet w Komitecie
Centralnym. Bobkow dążył do poddania kontroli KGB tak zwanych partyjnych
pieniędzy. W szczycie pierestrojki fundusze te zostały przelane za
granicę i ślad po nich zaginął. Wiele wskazuje, że transferu dokonali
oficerowie czynnej rezerwy, umieszczeni przez KGB w Komitecie
Centralnym. W owym czasie Bobkow był pierwszym zastępcą dowódcy czynnej
rezerwy, czyli drugim w hierarchii dowodzenia
Stopniowo czynni rezerwiści KGB-FSB obejmowali stanowiska we wszystkich
instytucjach mających jakiekolwiek znaczenie - w przemyśle, handlu,
usługach, placówkach naukowych; w telewizji rzecz jasna także -
równocześnie jednak pozostali na listach płac swoich zarządów KGB.
Wypełniali oficjalne obowiązki w nowej pracy, ale ich priorytetowym
zadaniem była dbałość o interesy bezpieki. Formalni "emeryci" w rzeczywistości zostali oddelegowani do służby cywilnej lub wojskowej,
gdzie pełnili funkcje tajnych agentów. To był naprawdę rewolucyjny
wynalazek KGB, które de facto zabezpieczało sobie tyły na wypadek
nieprzewidzianych komplikacji. W owym czasie zaczęto mówić, że nie ma
czegoś takiego jak "były" agent bezpieki. I rzeczywiście, jej
funkcjonariusze przechodzili po prostu do czynnej rezerwy.
Kiedy Bobkow został wicedyrektorem KGB, jego miejsce na czele Piątego
Zarządu zajął generał-major (odpowiednik generała dywizji) Jewgienij
Iwanow (po rozwiązaniu KGB szef wydziału analitycznego korporacji Most).
Wcześniej był on czynnym rezerwistą w Komitecie Centralnym KPZR.
Pracował w wydziale administracji nadzorującym cały system wymiaru
sprawiedliwości Związku Radzieckiego: Prokuraturę Generalną, Sąd
Najwyższy, KGB i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Po mniej więcej dwóch
latach, już jako generał broni, Iwanow wrócił do KGB na stanowisko
wicedyrektora, z którym związane były szerokie prerogatywy. Pod
nieobecność dyrektora podlegały mu wywiad zagraniczny oraz działania
elitarnych oddziałów specjalnych Grupy A (Zarządu A, określanego na
Zachodzie jako Alfa), podporządkowanych bezpośrednio zwierzchnikowi KGB.
W latach pierestrojki Iwanow przekształcił Piąty Zarząd Główny KGB w Zarząd Obrony Porządku Konstytucyjnego (tzw. Zarząd K). Zwolnione przez
niego stanowisko czynnego rezerwisty w Komitecie Centralnym przejął inny
agent Piątego Zarządu Aleksandr Karbainow, dawny sekretarz Komsomołu w obwodzie krasnojarskim. To właściwie on zreorganizował Piąty Zarząd,
czyniąc z niego Zarząd K. Niewiele później Karbainow został szefem biura
prasowego KGB, które pod jego zwierzchnictwem przekształciło się w centrum public relations, nowy kanał propagandowy zrestrukturyzowanej
rosyjskiej bezpieki. Kolejna nominacja w karierze zawodowej Karbainowa
była oczywista: został oddelegowany jako czynny rezerwista do firmy
innego dawnego komsomolca - oligarchy Michaiła Chodorkowskiego. Nieco
później zastępca Karbainowa w public relations generał KGB Kondaurow
także przeszedł do rezerwy u Chodorkowskiego jako szef działu
analitycznego Jukosu.
ALEKSANDR KOMIELKOW
Wicedyrektorem Piątego Zarządu Głównego, który nadzorował telewizję w Rosji, był major Aleksandr Komielkow, absolwent moskiewskiego Instytutu
Kultury. Kumple od kieliszka i współpracownicy nazywali go "bakłażanem"
ze względu na wpadającą w fiolet karnację. Komielkow przeszedł do
wydziału telewizji z innego, nadzorującego Moskiewski Uniwersytet
Państwowy oraz Uniwersytet Przyjaźni Narodów imienia Patrice'a Lumumby.
Jego ojciec służył w Pierwszym Zarządzie Głównym (wywiad zagraniczny) i ten fakt przesądził o karierze zawodowej syna.
Do telewizji Komielkow ściągnął starego znajomego z Piątki Walentina
Małygina, który objął kierownictwo biura Pierwszego Wydziału w Ostankinie. Kandydaturę Małygina na to stanowisko poparł generał
Abramow, szef Piątego Zarządu, przez co została ona gładko zaakceptowana
przez KGB.
Major Władimir Cibizow, starszy oficer Pierwszego Wydziału Piątego
Zarządu, został czynnym rezerwistą w ośrodku telewizyjnym. Odpowiadał
bezpośrednio przed szefem biura KGB w ośrodku. On z kolei przyszedł do
KGB (gdzie przez wiele lat pracował jego wuj) po ukończeniu Państwowej
Akademii Sztuk Teatralnych. W Pierwszym Wydziale Piątki był
odpowiedzialny za agencję Goskoncert, nadzorującą zagraniczne tournée
radzieckich artystów i organizującą artystom zagranicznym trasy występów
na terytorium ZSRR.
Ośrodek telewizji Ostankino był "reżimowy". Żeby wejść do budynku,
konieczna była specjalna przepustka (stała dla pracowników, jednorazowa
dla gości). Jako szef "reżimowego" wydziału oficer KGB Cibizow znał na
wyrywki listę osób, które bywały w ośrodku. W razie konieczności dowolny
gość mógł na jego rozkaz usłyszeć odmowę wydania przepustki, a każdy
pracownik zostać przeszukany przy wejściu lub wyjściu z budynku.
W latach pierestrojki Komielkow i Małygin zręcznie korzystali ze swojego
"zasobu administracyjnego", którym była telewizja Ostankino. Handlowali
czasem antenowym stacji radiowych i telewizyjnych, wynajmowali studia
telewizjom komercyjnym. Dla Komielkowa skończyło się to marnie: został
dyscyplinarnie zwolniony ze służby za zaniedbanie obowiązków zawodowych.
Niedługo po rozstaniu z Ostankinem otworzył restaurację na Prospekcie
Kutuzowa w Moskwie, naprzeciw łuku triumfalnego. W czasie olimpiady w Barcelonie w 1992 roku uruchomił zyskowny biznes, wynajmując rosyjskie
statki cumujące przy hiszpańskim nabrzeżu jako hotele dla turystów. Ale
Komielkow, który służył piętnaście lat w Piątym Zarządzie KGB, ponad
wszystko na świecie pragnął się zahaczyć w Dziewiątym Zarządzie, a konkretnie na stanowisku tzw. attaché odpowiedzialnego za bezpieczeństwo
któregoś z najwyższych oficjeli w rządzie lub partii. Niestety, nie
spełniał pewnych kryteriów stosowanych przy selekcji chętnych. Większość
dotyczyła kondycji fizycznej: poza znakomitą formą kandydat powinien
mieć co najmniej sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Komielkow
miał ledwie metr sześćdziesiąt siedem i wyraźną nadwagę, nie
kwalifikował się więc do tej pracy. Ale marzyć nie przestał i w końcu
marzenie się ziściło.
Kiedy po upadku ZSRR powstawała nowa służba ochrony prezydenta,
Korżakowowi potrzebni byli ludzie. Komielkowa (choć wcześniej wylano go
z KGB) polecił mu Giennadij Zotow, dawny kolega Korżakowa z czasów
studiów w Instytucie Kultury, a później jego współpracownik w Piątym
Zarządzie. Zotow był wcześniej agentem Czwartego Wydziału Piątki
(religia i inwigilacja działaczy religijnych), później szefem ochrony
wewnętrznej w FSB w randze generała dywizji i przedstawicielem
rosyjskich służb bezpieczeństwa w Bułgarii.
Korżakow rozmówił się z Komielkowem osobiście. Poprosił o zebranie
informacji o wszystkim, co działo się w Ostankinie. Interesowały go w pierwszym rzędzie osoby i grupy niechętne wobec prezydenta (i jego
ochrony). Komielkow miał też wpływać na politykę redakcyjną, nastawiając
ją przychylnie do Korżakowa. Na koniec usłyszał ostrzeżenie: żadnych
przecieków do byłych kolegów z Piątego Zarządu, którzy pod komendą
Bobkowa pracowali teraz dla Gusinskiego. Przeciwnie, niech wykorzysta
stare znajomości, by zebrać jak najwięcej danych o tym, co słychać w korporacji Most.
Pomimo dyscyplinarki na koncie wysoki funkcjonariusz nadzoru nad
ośrodkiem TV Ostankino wciąż dysponował cenną wiedzą o pracownikach
telewizji, stanowił więc dla Korżakowa i jego agencji idealny nabytek.
Liczył się też fakt, że Komielkow, oskarżony w KGB o korupcję i posłany
na zieloną trawkę, miał żal do byłych kolegów, a zwłaszcza szefa
(Bobkowa). Korżakow miał więc wszelkie powody oczekiwać, że jego nowy
agent chętnie podejmie pracę wymierzoną przeciw ludziom Piątego Zarządu,
którzy tworzyli rdzeń personelu Bobkowa w Most Banku.
Dodatkowo po odejściu z KGB Komielkow pracował przez pewien czas w sektorze prywatnym i nawiązał znajomości w moskiewskich kręgach
biznesowych, a także przestępczych. Szefowie działających w stolicy grup
mafijnych - zwłaszcza braci sołncewskiej - byli częstymi gośćmi jego
restauracji na Prospekcie Kutuzowa, którym to prospektem, tak się
składa, najczęściej jeździły rządowe limuzyny, trasa była więc stale
monitorowana przez Dziewiąty Zarząd, a później służbę bezpieczeństwa
prezydenta pod dowództwem Korżakowa. W efekcie Korżakow wiedział
wszystko o restauracji Komielkowa, podobnie jak o jego statkach-hotelach
w Hiszpanii (i zagranicznych rachunkach, na których trzymał zarobione
tam pieniądze). Innymi słowy, wiedział o Komielkowie dość, by mieć w nim
lojalnego podwładnego, a w razie potrzeby móc go zniszczyć.
Przywrócony do służby Komielkow wziął się do dzieła. Od lat znał się z Jurijem Balewem, który odszedł na emeryturę ze stanowiska naczelnika
Drugiego Wydziału Zarządu Porządku Konstytucyjnego FSB (sukcesora
Piątego Zarządu KGB). Pomimo nowej nazwy cała reszta pozostała bez
zmian. Podległy Balewowi wydział Piątki zajmował się kwestiami
etnicznymi w ramach ZSRR. Po zmianie ustrojowej Wydział zachował swój
numer, a naczelnik i personel pozostali na tych samych stanowiskach.
Drugi Wydział zaliczał się do najważniejszych ze względu na problemy,
którym musiał stawić czoło zwłaszcza w latach pierestrojki. W całym
kraju ożywiły się tendencje decentralizacyjne; liczne republiki, od
Bałtyku po Kaukaz i Azję Środkową, zaczęły myśleć o niepodległości i wyjściu z ZSRR. Właśnie te narodowe ruchy miał zwalczać wydział Balewa.
Po upadku Związku Radzieckiego Bobkow, zatrudniony już wówczas w korporacji Most, ściągnął tam dawnego podwładnego. Balew stał się jednym
z czołowych analityków w ochronie Most Banku. Pozostał jednak w przyjaznych stosunkach z Korżakowem, przypuszczalnie mając na względzie
możliwość wyciągnięcia od niego informacji o służbie bezpieczeństwa
prezydenta. Komielkow z kolei chciał uzyskać od Balewa informacje o agencji Bobkowa i w pewnym momencie otwarcie złożył mu propozycję
szpiegowania dla Korżakowa. Balew nie ograniczył się do odmowy:
demonstracyjnie zerwał z nim wszelkie kontakty. Kilka dni później został
bestialsko pobity przez nieznanych sprawców w pobliżu swojego domu.
Znacznie łatwiejsze było gromadzenie danych o Ostankinie. Komielkow
wciąż miał tam swoje kontakty i informatorów. Z potężnym Korżakowem za
plecami wkrótce wyrósł na jednego z najbardziej wpływowych ludzi w ośrodku. Jego opinii słuchano. Niewielu pracowników telewizji miało
ochotę mu się przeciwstawić. Zresztą większość spraw kadrowych i tak
była uzgadniana z Komielkowem.
W ciągu całego tego okresu prywatyzacja telewizji państwowej szła pełną
parą. Ci, którzy zdążyli się załapać na parcelację poszczególnych
kanałów, zarobili kokosy. Komielkow uważnie obserwował te procesy i zgromadził rzetelną wiedzę o tym, kto ile dostał i od kogo. Po powrocie
do Ostankina stwierdził nie bez żalu, że przeszło mu koło nosa wiele
cennych okazji. Grupom kapitałowym, które ukształtowały się na łonie
telewizji, nieśpieszno było teraz dopuszczać ludzi z zewnątrz do
ustalonych, przeprowadzanych za zamkniętymi drzwiami procedur
dystrybuowania czasu antenowego i dzielenia olbrzymich zysków liczonych
w milionach dolarów.
Pod koniec lat osiemdziesiątych w Ostankinie zjawił się Siergiej
Lisowski, były członek władz Komsomołu. Wcześniej stał się znany w Moskwie jako organizator gigantycznych dyskotek w sportowym ośrodku
olimpijskim. W roku 1991 założył dwie agencje reklamowe: LIS'S i Premier
SW. W roku 1998 Premier SW kontrolowało już 65% rynku reklamy
telewizyjnej. To właśnie Lisowski miał być dla Korżakowa bramą do tego
biznesu. W 1995, działając za pośrednictwem Komielkowa, który wiedział
dokładnie, kto ile zarabia na reklamie, Korżakow oddelegował jednego ze
swoich ludzi na spotkanie z Lisowskim. Jego wysłannik, który przedstawił
się jako pułkownik służby bezpieczeństwa prezydenta, przyjechał do biura
Lisowskiego mercedesem, zabrał go do własnego gabinetu na Kremlu i zażądał miesięcznego haraczu w wysokości 100 000 dolarów. Lisowski
odmówił. Nazajutrz jego firma została zdemolowana przez ludzi z prezydenckiej ochrony.
WŁADISŁAW LISTJEW
Pod koniec roku 1987 pracę w telewizji podjął reporter Władisław
Listjew. W ciągu kilku lat stał się najbardziej prominentnym
dziennikarzem telewizyjnym i ulubieńcem widzów. Listjew pochodził z prostej rodziny, wcześnie stracił ojca. Dziennikarstwo studiował w najlepszej uczelni w kraju, Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym.
Uniwersytet ten kształcił wielu studentów z całego świata. Wszystkim
bacznie przyglądało się KGB. Moskiewski Uniwersytet Państwowy i Uniwersytet Przyjaźni Narodów imienia Patrice'a Lumumby znajdowały się
pod nadzorem operacyjnym Trzeciego Wydziału Piątego Zarządu Głównego.
KGB masowo rekrutowało personel dydaktyczny i studentów, obywateli ZSRR
i nie tylko, a czyniło to dla wnikliwszej inwigilacji zagranicznych
studentów i głębszego zrozumienia ich poglądów politycznych oraz
orientacji, osobowości i psychiki. Agenci zwerbowani spośród studentów
zagranicznych byli otaczani szczególną pieczą, mieli bowiem pracować "w zanurzeniu", jak czasem mawiano w KGB. (Na Zachodzie takich ludzi
określano mianem "śpiochów"). Ich główna misja polegała na przygotowaniu
gruntu dla KGB w interesującym czekistów kraju i zajęciu w społeczeństwie miejsca dającego dostęp do informacji użytecznych dla
służb bezpieczeństwa Związku Radzieckiego.
Wielu absolwentów tych dwóch uczelni po powrocie do kraju obejmowało
katedry profesorskie i osiągało wysoki status społeczny. Byli wśród nich
urzędnicy ministerialni wyższych szczebli, prominentni działacze
polityczni i społeczni, dyplomaci i znani dziennikarze. Prócz
doskonałego wykształcenia, które ułatwiało im awans, większość miała w ojczyźnie wpływowych krewnych. Ci, którzy ich nie mieli, a na studia do
Moskwy przyjechali z rekomendacji partii komunistycznych w swoich
krajach, przeznaczeni byli na agentów "nielegalnych" - pracowali w różnych częściach świata na fałszywych papierach i ze sfabrykowaną
tożsamością.
Werbunek zagranicznych studentów i absolwentów wymagał zaangażowania
obywateli radzieckich. Dlatego na początku lat osiemdziesiątych
przecięły się ścieżki przyszłego dziennikarza Władisława Listjewa i starszego lejtnanta KGB Aleksandra Komielkowa, oficera Trzeciego
Wydziału Piątego Zarządu.
W prestiżowych uczelniach moskiewskich studiowały dzieci elity rządu i partii, a także znanych artystów. Garstka studentów pochodzących ze
zwyczajnych rosyjskich rodzin miała pełną świadomość, że ich możliwości
po uzyskaniu dyplomu będą skromniutkie w porównaniu z szansami wyżej
ustosunkowanych kolegów. To dzieciom elity dostawały się najciekawsze i najbardziej obiecujące praktyki w toku studiów i po nich. Siłą rzeczy
ich kariery zawodowe już na starcie nabierały impetu. Inni, pozbawieni
tego rodzaju wsparcia, musieli polegać na własnym talencie i zdolnościach - albo podjąć próbę "zrobienia sobie pleców" przez
małżeństwo z członkiem elity. Istniała jeszcze jedna ścieżka awansu:
można było uzyskać pomoc KGB, wstępując w szeregi licznych agentów i współpracowników organizacji.
Selekcja kandydatów miała aspekt społeczny. Instrukcje KGB stwierdzały
jasno, że rekrutacji nie podlegają członkowie najwyższej partyjnej
nomenklatury i ich rodzin. To samo dotyczyło krewnych czynnych
funkcjonariuszy KGB. Natomiast elity artystyczne można było bez
ograniczeń wciągać do tajnej działalności na rzecz bezpieczeństwa
państwa.
W efekcie agenci zwerbowani w środowisku studenckim wywodzili się w większość ze średnich i niższych warstw radzieckiego społeczeństwa.
Liczne w tej grupie dzieci prostych robotniczych rodzin rozumowały tak:
pracując dla KGB, demonstrują wierność Związkowi Radzieckiemu, a w nagrodę mogą liczyć na pomoc. I rzeczywiście, KGB aktywnie promowało
swoich, kreując "agentów wpływu" zajmujących eksponowane miejsca w społecznym i politycznym życiu kraju - i chroniących przy tej okazji
interesy bezpieki.
Władisław Listjew, towarzyski i wysportowany student dziennikarstwa na
Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym, musiał zwrócić uwagę swoich
opiekunów z Trzeciego Wydziału Piątego Zarządu. Dzięki pomocy oficera
KGB nadzorującego uczelnię dostał się na intensywny kurs języków obcych.
Dwa lata później mógł się przenieść do nowo utworzonej Akademii
Międzynarodowego Dziennikarstwa - szkoły, o której marzyły rzesze
studentów, nawet tych z naprawdę mocnymi "plecami". W sprawie Listjewa
dzwoniono i do rektora uniwersytetu, i do dziekana akademii. Było jasne,
że przyszli absolwenci nowej szkoły mają widoki na doskonale płatną
pracę za granicą: szczyt marzeń wielu obywateli radzieckich. Ostatnie
słowo przy naborze studentów miało jednak KGB.
Listjew został przyjęty i niewiele później wpisany na listę studentów
kierowanych na praktyki zagraniczne. Dokumenty konieczne, by wyjechać z kraju, wystawiała oczywiście bezpieka. Kandydaci byli gruntownie
prześwietlani przez różne wydziały i komórki KGB. Badano między innymi
"warunki domowe", czyli zbierano informacje o sposobie życia kandydata i jego krewnych. Analizował je Siódmy Wydział KGB dla Moskwy i okręgu
moskiewskiego. Miał on za zadanie nadzór nad "obiektami zainteresowania
operacyjnego" oraz sporządzanie ocen "warunków domowych" dla wszystkich
wydziałów operacyjnych i kadrowych centrali KGB oraz jej moskiewskiego
biura. Środowisko rodzinne badano też na wniosek wydziałów paszportowych
przy prześwietlaniu obywateli radzieckich składających podania o zgodę
na wyjazd za granicę - niezależnie od tego, czy cel wyjazdu miał być
zawodowy, rodzinny, czy turystyczny. Nazywano to "szczególną oceną
pochodzenia".
Badanie "warunków" Listjewa przyniosło ocenę negatywną. Jego teczka
(każdy obywatel ZSRR ubiegający się o wyjazd za granicę miał taką)
zawiera notatkę: "Znany Piątemu Zarządowi". Oznaczało to, że obiekt albo
już współpracował z KGB, albo przyglądano mu się jako potencjalnemu
kandydatowi do zwerbowania. W związku z nieprzychylną opinią wydaną na
podstawie informacji zebranych o jego rodzinie Listjew nie dostał
pozwolenia na wyjazd, i to mimo poparcia Piątego Zarządu. Wykluczono go
też z grupy studentów wytypowanych na zagraniczne praktyki.
Przy wyborze kandydatów do pracy w sowieckich mediach - szczególnie w radiu i telewizji - KGB niezmiennie trzymało rękę na pulsie. Nadzorowało
również wszystkie awanse i przeniesienia międzyredakcyjne. Aniołowie
stróżowie z Piątego Zarządu nie zapomnieli o Listjewie. Dzięki ich
pomocy człowiek, którego biografia daleka była od ideału, otrzymał pracę
w dziale doniesień z zagranicy w państwowej rozgłośni radiowej. Wkrótce
znów zetknął się z oficerem, którego poznał na studiach, Aleksandrem
Komielkowem, "opiekunem" kilku wydziałów uczelnianych z ramienia KGB
przeniesionym w połowie lat osiemdziesiątych Do Czternastego Wydziału
Piątego Zarządu na stanowisko wicedyrektora. Z pomocą Komielkowa (i KGB)
Listjew mógł w 1987 roku dołączyć do elitarnej grupy młodych
dziennikarzy, którym telewizja powierzyła przygotowanie nowego programu
dla młodzieży zatytułowanego Wzglad. I choć Listjew raz po raz
przychodził do pracy pijany albo w ogóle się nie zjawiał, nawet na
własnych emisjach, rozpięty nad nim parasol ochronny spełniał swoje
zadanie. Nikt nie ważył się tknąć Władisława Listjewa.
Z biegiem lat Wzglad stał się jednym z najpopularniejszych programów
telewizyjnych, a prowadzący go dziennikarze - idolami mas. Sam Listjew z roku na rok zyskiwał coraz większą popularność. Podnosił kwalifikacje, a z nimi autorytet u kolegów. W roku 1990 został dyrektorem artystycznym
cieszącego się olbrzymią oglądalnością show Polie czudies (rosyjskiej
wersji Koła fortuny), a także programów Tiema (Temat) i Czas pik
(Godzina szczytu). Po nieudanym zamachu stanu w sierpniu 1991 roku
został głównym producentem przekształconej już w spółkę telewizji.
CZYNNIK NR 3: OLEG SOSKOWIEC
Aleksander Korżakow bez pośpiechu rozgrywał skomplikowaną i dalekosiężną
intrygę polityczną. Dopchał się do władzy w relatywnie młodym wieku i zdawało mu się, że jej nie utraci. W ogóle nie rozważał opcji, że ktoś
mógłby zagrozić jego wpływom. Był zresztą gotów walczyć o nie wszelkimi
dostępnymi metodami; rozmyślnie prowokował Jelcyna do picia, chcąc go
ubezwłasnowolnić. Na jego następcę wytypował jednego z wiceministrów w rządzie republiki rosyjskiej Olega Soskowieca, byłego dyrektora
kombinatu metalurgicznego w Karagandzie. Wierny zasadzie promowania i zatrudniania ludzi, którzy mieli zabazgrane papiery, Korżakow wybrał
Soskowieca, wiedział bowiem, że toczy się przeciwko niemu postępowanie w związku z gigantycznym złodziejstwem wykrytym w karagandzkim kombinacie.
Innymi słowy potrzebnego mu "haka" dostał na tacy.
Plan Korżakowa był względnie prosty. Cała władza wykonawcza w praktyce
skupi się w rękach trzech ludzi: jego (jako szefa służby bezpieczeństwa
prezydenta), Barsukowa (dyrektora służby bezpieczeństwa państwa) oraz
Soskowieca jako przyszłego wicepremiera z funkcją pokrewną
wiceprezydenturze. Przejmą oni kontrolę nad wszystkimi organami prawa i porządku, kompleksem wojskowo-przemysłowym oraz handlem bronią na
terenie Rosji i poza jej granicami. Dumę trzeba będzie za wszelką cenę
przekształcić w organ, którym da się sterować. Jelcyn ma pić i leżeć
nieprzytomny, a najlepiej umrzeć wskutek nadużycia alkoholu. Zanim
jednak do tego dojdzie, dobrze byłoby pod takim czy innym pozorem
wprowadzić w kraju stan wyjątkowy, który wyeliminowałby konieczność
przeprowadzenia wyborów prezydenckich zgodnych z kalendarzem wyborczym
lub przedterminowych. W stanie wyjątkowym obowiązki prezydenta mógłby
pełnić Soskowiec. W pewnym momencie trzeba będzie przejąć kontrolę nad
Kanałem 1 rosyjskiej telewizji, bo ma on największą oglądalność. Dzięki
niemu można będzie przeprowadzić "właściwą" kampanię wyborczą i rozpisać
"demokratyczne" wybory w momencie korzystnym dla Soskowieca, czyniąc go
legalnie obraną głową państwa.
Termin tej starannie zaplanowanej operacji, którą można nazwać jedynie
zamachem stanu, był już znany: trzeba było z nią zdążyć przed wyborami
prezydenckimi zaplanowanymi na 16 czerwca 1996 roku.
CZYNNIK NR 4: PIENIĄDZE
Wśród bliskich Korżakow bywał mniej ostrożny; czasem wyrywało mu się coś
w stylu: "Jak myślisz? Dałbym radę rządzić takim krajem jak Rosja?".
Soskowiec był dla niego tylko narzędziem do osiągnięcia ostatecznego
celu, władzy absolutnej. Lecz do tego potrzebne były pieniądze; bardzo
duże pieniądze, za które można by kupić wiodących polityków, Dumę i wyborców. Pytanie brzmiało: skąd je wziąć?
Wykorzystując służbę bezpieczeństwa prezydenta do wymuszania funduszy od
firm, biznesmenów i urzędników państwowych, Korżakow zgromadził spore
zasoby finansowe, również w twardej walucie. Posłużyły mu one do
przygotowania pełzającego puczu. SBP wydała ponad 50 milionów dolarów na
zakup za granicą specjalistycznej aparatury podsłuchowej, której
większość zainstalowano na Kremlu. Inwigilowano wszystko i wszystkich.
Biura pękały od pluskiew niemieckiej produkcji, a choć zajmujący
gabinety wysocy urzędnicy z dużą dozą pewności mogli podejrzewać, że
lokale są na podsłuchu, nie byli w stanie przeciwstawić się stworzonemu
przez Korżakowa i Barsukowa systemowi inwigilacji totalnej. Siergiej
Fiłatow, podówczas szef kancelarii Jelcyna, wciąż skarżył się
dziennikarzom, że we własnym gabinecie musi się porozumiewać z gośćmi,
pisząc do nich liściki, a ważne negocjacje prowadzić na zewnątrz, w korytarzu. Według szacunków różnych organizacji badawczych w 1995 roku
służba bezpieczeństwa Korżakowa liczyła ponad czterdzieści tysięcy ludzi
(za Andropowa połączone siły KGB i wywiadu zagranicznego osiągnęły
zaledwie trzydzieści siedem tysięcy).
Typując Komielkowa, by ten "miał na oku" Ostankino, Korżakow nawet nie
przypuszczał, jakie góry pieniędzy krążą w telewizji. Później, kiedy
wreszcie oszacował przybliżony poziom zysków z reklam, o których nie
wiedziały ani urząd podatkowy, ani budżet państwa, postawił sobie za cel
skierowanie strumienia środków w swoją stronę. Starczyłoby z pewnością
na obalenie każdego rządu. Korżakowowi potrzebny był jednak człowiek
kompletnie nieświadomy jego ambitnych planów, bez doświadczenia w świecie wielkiej polityki, bez związków z Kremlem, a zarazem szanowany w szerokich kręgach związanych z telewizją. Ten ktoś musiał być
przekonany, że pracuje dla dobra kraju (na zewnątrz wszystko miało
wyglądać na zaprowadzanie porządków w telewizji w interesie państwa).
Wybór padł na Władisława Listjewa rekomendowanego przez Komielkowa.
Korżakow, który pozostawał w bliskich stosunkach z "kremlowską rodziną",
zaczął wmawiać Jelcynowi, że Listjew ucieleśnia przyszłość telewizji w Rosji. We wrześniu 1994 roku załatwił Listjewowi nominację na
wiceprzewodniczącego Akademii Telewizji Rosyjskiej, a w styczniu 1995 -
stanowisko dyrektora naczelnego ORT (Obszczestwiennoje Rossijskoje
Telewidienije), stacji telewizyjnej powstałej 30 listopada 1994 roku po
prywatyzacji państwowego Kanału 1 na podstawie dekretu wydanego przez
Jelcyna z inicjatywy Korżakowa.
W oczach Korżakowa Listjew był ideałem naiwniaka. Marzył o robieniu
zajmujących programów w ORT i nie widział się w szerzej zakrojonej
działalności. Jednakże Korżakow i Komielkow mieli wobec niego całkiem
inne plany: oczekiwali, że ułatwi im przejęcie całego obrotu reklamą w Ostankinie i umożliwi przekierowanie wszystkich zysków ze sprzedaży
czasu antenowego na rachunki kontrolowane przez Służbę Bezpieczeństwa
Prezydenta.
Kilka dni po nominacji Listjew złożył publiczne oświadczenie: odtąd
prawo emisji reklam w ORT zostanie ograniczone do pewnej liczby firm i to on będzie miał na nimi nadzór. Pracownicy stacji wpadli w panikę.
Gazeta "Wieczernyj Klub" komentowała:
To zrozumiałe: reklama oznacza pieniądze. Kreuje dochód stacji
telewizyjnych i osób prywatnych; dochód zarówno legalny, jak i nielegalny. W telewizji istnieje nawet specjalne słowo "dżinsa" na
programy, klipy i treści informacyjne produkowane w szarej strefie.
Wypłaty idą wprost do producentów, omijając oficjalne rachunki. W Ostankinie to zasobne koryto się teraz opróżni (wedle szacunków
miesięczny spadek dochodów sięgnie 30 milionów rubli). Taka zmiana
będzie miała zauważalne konsekwencje.
Około połowy całego rynku reklam w rosyjskiej telewizji kontrolowała
firma Lisowskiego, Premier SW.
Jednym z ludzi, którym zaświtał pomysł przekształcenia i sprywatyzowania
Kanału 1, był Borys Bieriezowski. Zaproponował on utworzenie spółki
akcyjnej: rząd zachowa 51% udziałów, a pozostałe 49% wykupią prywatni
inwestorzy lojalni wobec Jelcyna. Zapewni to prezydentowi praktyczną
kontrolę nad ORT, a co ważniejsze, da mu narzędzie do wykorzystania w kampanii prezydenckiej w 1996 roku. Plan spodobał się Jelcynowi i zadowolił Korżakowa, który stał za Jelcynem i którego Bieriezowski
uważał w owym czasie za oczywistego sojusznika. Posiadanie takiego
sprzymierzeńca znacząco wzmocniło polityczne wpływy Bieriezowskiego na
Kremlu, a jego firma LogoWAZ zyskała dojście do reklam w Kanale 1 i podpisała stosowną umowę z magnatem reklamowym Siergiejem Lisowskim.
Ponadto 49% akcji ORT dostało się w ręce ludzi wybranych przez
Bieriezowskiego, z których pierwszym i najważniejszym był oczywiście
Bieriezowski.
Po prywatyzacji Kanału 1 urobiony przez Korżakowa i Komielkowa Listjew
postanowił skupić się na sprzedaży czasu antenowego. Lewe transakcje
zubożyły stację o wiele milionów dolarów. Opiekun Listjewa, oficer
ochrony prezydenta Komielkow, był nieźle obeznany z biznesplanami
największych reklamodawców. Dzięki swoim kolegom - naczelnikowi
"reżimowego" działu w Ostankinie podpułkownikowi Cibizowowi oraz szefowi
Pierwszego Wydziału ORT, rezydentowi FSB Małyginowi - Komielkow sporo
wiedział zarówno o reklamodawcach, jak i firmach i organizacjach
zapewniających im finansowanie oraz ochronę. Nazwiska ludzi często
odwiedzających różne redakcje i biura w telewizji znał z raportów biura
przepustek w wieży telewizyjnej. Dane FSB i Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych pozwalały zidentyfikować tych spośród nich, którzy mieli
powiązania z organizacjami przestępczymi działającymi w Moskwie.
Korżakow i Komielkow wiedzieli więc praktycznie wszystko o biznesie
reklamowym ORT.
Listjew rozpoczął najpierw negocjacje z Lisowskim, który był gotów
zaoferować stacji finansową rekompensatę w zamian za prawo do
nadzorowania polityki reklamowej w Kanale 1, a przez to odzyskanie nad
nim kontroli. W tym samym czasie Listjew prowadził rozmowy z innym
przedsiębiorcą z branży reklamowej Glebem Bokijem, reprezentującym
spółkę handlowo-przemysłową BSG. Negocjacje się przeciągały, a Listjew w tym czasie założył własną agencję reklamową Interwid. 20 lutego 1994
roku ogłosił moratorium na wszelką działalność reklamową do czasu, aż
ORT wypracuje nowe standardy etyczne. Było jasne, że to Korżakow
usiłował w ten sposób uderzyć w Lisowskiego i Bokija, a może nawet
całkiem wyeliminować ich z rynku, przerzucając wszystkich klientów do
Interwidu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki