Jest taki mem: para na romantycznym spotkaniu. On planuje rozmowę o...
poezji Herberta. Ona - rozbierankę i ostry seks. Podpis pod obrazkiem
brzmi: "Pytanie na dziś - czego pragną kobiety?".
Mnie to nie dziwi. Stephen Hawking, słynny amerykański fizyk,
powiedział: "Nie najodleglejsze galaktyki, nie ciemna materia, ani nawet
nie zagadka Wielkiego Wybuchu jest największą tajemnicą wszechświata, są
nią kobiety". Platon dodawał: "Powinno się dziękować bogom, że się jest
mężczyzną (...). Zrozumiałe więc, dlaczego to Pandora spowodowała
rozprzestrzenienie się wszelkiego zła, skoro bogowie, chcąc się zemścić
na ludziach, wynaleźli kobietę i wraz z nią sprowadzili na świat
bierność, wielość, materię, bezład".
Powtórzmy: "bierność, wielość, materię, bezład". To jest definicja
kobiecych pragnień?
Kobiece pragnienia kojarzą mi się z nieokreślonością. A jednocześnie z konkretem. Są bardzo jasno sformułowane: "Więcej mnie kochaj, a nie
zajmuj się samochodem", "Poświęcaj więcej uwagi dzieciom", "Zadbaj o dobre wakacje". Te są z grubsza jasne, ale jest też mnóstwo pragnień
niezwerbalizowanych i te są dopiero niezłą zagadką - to jest ta
platońska "wielość i bezład". Mężczyzna powinien się tych pragnień
domyślić.
I to jest jego najważniejsza życiowa rola?
Niemalże. Czyli ma wiedzieć, że ona wcale nie chce analizować wierszy
Herberta, tylko uprawiać z nim seks. Mężczyzna, zdaniem kobiety,
powinien wiedzieć, co ona teraz chce, jakie są jej pragnienia. Oczywiste
jest, że on się nie domyśla. I na tym polega bycie w związku: na ciągłym
odgadywaniu lub nieodgadywaniu wzajemnych pragnień.
Niektóre pragnienia są bardzo trwałe - słyszę to w gabinecie podczas
terapii par. Podczas analizy dwudziestu lat trwania związku okazuje się,
że przez dwadzieścia lat te trwałe pragnienia nie były realizowane,
chociaż przy odrobinie wysiłku mogłoby się to udać. Wtedy trudno się
dziwić, że kobieta czuje się niespełniona. Oczywiście, w niektórych
związkach te pragnienia trwałe są realizowane przez cały czas istnienia
relacji, na przykład para lubiąca podróżować - oddaje się takiej formie
wypoczynku.
Gama kobiecych pragnień zmienia się w ciągu życia. Czym innym bowiem są
pragnienia młodej matki, a czym innym dojrzałej pani na emeryturze.
Reasumując, świat kobiety jest zróżnicowanym światem pragnień. Dla
mężczyzn jest to świat generalnie nieogarniony.
Dlaczego?
Męskie pragnienia są mniej skomplikowane: mężczyźni chcą mieć dobry
seks, niezłe jedzenie i miło spędzać wolny czas. Mają mniejsze
oczekiwania wobec kobiet niż na odwrót. Wiem, że wiele kobiet uważa, że
jest na odwrót, natomiast z badań wynika, że mężczyźni są bardziej
zadowoleni ze swoich długotrwałych relacji niż kobiety. Co oznacza w praktyce, że ich pragnienia (mniej skomplikowane) są częściej spełniane
niż pragnienia kobiet (bardziej złożone).
Jeżeli więc będziemy pisali książkę o męskich pragnieniach, to będzie
ona o połowę krótsza niż ta o kobiecych.
Powtarzam po wielokroć, że lista pragnień kobiet wobec mężczyzn jest
dłuższa od litanii do Matki Boskiej. To jest obraz tego damsko-męskiego
zróżnicowania. Kobiety mają więcej pragnień i oczekiwań - dlatego siłą
rzeczy trudniej jest je zaspokoić.
Natomiast one same potrafią bardzo dobrze i skutecznie odczytać męskie
pragnienia. Bo są od urodzenia socjalizowane w empatii.
Kobieta ma więcej pragnień, bo jest o wiele bardziej skomplikowana niż
mężczyzna, ma do spełnienia więcej zróżnicowanych społecznie i biologicznie zadań. Ma więcej zasobów - w sensie biologicznym i psychologicznym.
Popatrzmy na ewolucję życia kobiety i mężczyzny. On - po okresie
młodzieńczym - wchodzi w okres dorosłości, który trwa długo, aż do
późnej dorosłości. Właściwie bez większych rewolucji. W przypadku kobiet
- mamy do czynienia z okresem młodzieńczym, potem - z rozkwitem
kobiecości, macierzyństwem, następnie specyficznym okresem
premenopauzalnym, następnie wreszcie menopauzą i czasem po menopauzie. I każda faza jej wieku ma inne pragnienia!
Pamiętajmy, że wiele kobiecych pragnień realizuje się w sferze zawodowej
w naszym nie do końca wyemancypowanym świecie. Kobiety chcą mieć takie
same zarobki jak mężczyźni i podobną do męskiej drogę awansu. Młode
kobiety widzą, że pracodawcy traktują je protekcjonalnie: "zajdzie w ciążę i będzie kłopot" - chcą umiejętnie połączyć pracę i życie
rodzinne. Tylko kobiety wiedzą, ile to kosztuje wysiłku. Dlatego nic
dziwnego, że świat oczekiwań kobiet musi być o wiele większy niż świat
oczekiwań męskich. Poza tym panie chcą ładnie wyglądać, mieć dobre
ubrania, świetne kosmetyki. Pragnienie: "chcę wspaniale wyglądać" może
być dosyć kosztowne. Różnica między pragnieniami męskimi i kobiecymi
wynika ze zróżnicowania ról płciowych.
Freud powiedział, że kobiety same nie wiedzą, czego chcą.
W filmie Vicky Cristina Barcelona Scarlett Johansson grająca rolę
Cristiny mówi: "Gdybym ja wiedziała, czego chcę". Oczywiście, możemy tę
frazę położyć na karb delikatnego antyfeminizmu Woody'ego Allena, ale
coś w tym jest. Są kobiety, które czują pewien rodzaj pustki - chciałyby
wiedzieć, czego w życiu pragną, są otwarte na bodźce. Słyszę w gabinecie: "Chciałabym, ale właściwie nie wiem, czego bym chciała". W rzeczywistości potrzebuje jakiegoś bodźca, który by w jakiś sposób
zmienił jednostajność jej życia. Nie oszukujmy się - większość z nas
prowadzi dosyć nudne, przewidywalne życie. Bodziec, którego kobieta
potrzebuje, jest zależny od sytuacji życiowej, w jakiej się znajduje.
Jeżeli siedzi z małym dzieckiem w domu - można się domyślić, że chce za
wszelką cenę z niego wyjść - pójść do restauracji, kawiarni, na basen,
poczuć się przez chwilę nie tylko matką. Czasami są to bardzo małe
rzeczy.
Bywa też, że kobiety nie ujawniają swoich pragnień, bo się ich obawiają,
nawet same przed sobą.
To prawda. Za tym: "Chciałabym wiedzieć, czego chcę" często idzie
potrzeba stymulacji (nie tylko erotycznej, ale także intelektualnej),
która nie zawsze jest uświadomiona albo często po prostu blokowana. Może
to się dziać z powodów religijnych, z powodów wychowania albo postawy,
którą w naszych książkach często omawialiśmy, czyli: "Co ludzie
powiedzą, co ludzie pomyślą".
Bywa, że kobiety nie zdążą nawet uświadomić sobie tego pragnienia, bo
ono jest niezwerbalizowane, nieświadome, ale nie znika. Czasami daje
znać o sobie pytaniem: "Czego bym chciała?".
Bywa, że jest to też związane z przemożną chęcią zmiany pracy.
Obiektywnie niezłej, ale niedającej już satysfakcji, a przede wszystkim
rozwoju. Niektórym kobietom nie wystarcza bezpieczna i niewymagająca
praca, potrzebują wyzwań. Kreatywne - nie znoszą stagnacji i zaczynają
się w niej dusić. Racjonalnie mogą sobie myśleć, żeby nic nie zmieniać,
bo jest dobrze ("masz fajne środowisko, tu cię cenią, zarabiasz niezłe
pieniądze, jest stabilizacja, a rynek - niepewny"), ale w środku drzemie
przemożna chęć zmiany. Która w tym wypadku jest blokowana przez zdrowy
rozsądek.
Oraz często przez partnera, któremu na rękę jest status quo, pragnienia
rozwojowe żony - trochę go niepokoją.
Są kobiety chcące zrzucić z siebie narzucone role społeczne bycia matką.
Nie znoszą pomagania dzieciom w nauce, zapędzania ich do prac domowych,
pilnowania. Kobiety nie znoszą rutyny dnia codziennego. Poranne
wstawanie, śniadanie, szkoła, praca, gotowanie, kolacja, sen. Wtedy
pragną, "żeby się coś zmieniło", bo mają serdecznie dosyć rutyny. Tyle
tylko, że nie potrafią, bo właściwie jak się wydobyć z tych społecznych
matczynych ról. Trudno mieć na to pomysł, skoro ma się rodzinę, dzieci,
dom... Kobiety wtedy myślą, że już tak będzie zawsze, że ta jednostajność
je przytłoczy.
Zawsze w takich momentach przypomina mi się wstrząsająca scena z filmu
Godziny, w której jedna z bohaterek - "różowa" wypielęgnowana pani z amerykańskiego domku rodzinnego z lat pięćdziesiątych - popełnia
samobójstwo.
Mam pary w terapii, w których kobiety skarżą się na rutynę. Zdziwi się
pani, ale pomagają drobne rzeczy i to wcale nie jest protekcjonalizm z mojej strony. Czasami energii dodaje kobietom drobny fakt przemeblowania
mieszkania, kupienia zastawy stołowej, nie zawsze musi to być rewolucja
w postaci młodego kochanka. Drobne przyjemności dają poczucie zmiany -
jestem wielbicielem drobnych przyjemności.
W jaki sposób pan odczytuje, że chodzi w gruncie rzeczy o problemy z rutyną dnia codziennego?
Wystarczą mi mowa ciała i mimika. Pytam na przykład: "Niech mi pani
powie, jak wygląda pani dzień od obudzenia się do zaśnięcia". Patrzę na
jej twarz - widzę grymas absolutnego znudzenia, zdenerwowania i desperacji. No i jestem w domu. Nawet nie musi nic mówić. Już wiem,
czego ta kobieta pragnie. Zresztą podobnie jest, kiedy pytam o obszar
łóżka i widzę skrzywienie w rodzaju "nudy na pudy".
Czasami partnerom uda się wprowadzić odmianę. Pamiętam młodą parę, która
przyszła do mnie z inicjatywy dziewczyny, której koleżanka z pracy
pożyczyła książkę Tao miłości i seksu. Podkreśliła jej co
pikantniejsze szczegóły. Zanim weszła ze swoim partnerem, powiedziała
mi: "Panie doktorze, nie wiedziałam, czego chcieć w tym seksie, ale jak
zobaczyłam tę książkę - to już wiem. Chcę właśnie tego. Nie mogę jednak
powiedzieć tego mojemu partnerowi - może pan doktor mu powie".
"Oczywiście, że mu powiem - odpowiedziałem. - Musi mieć jednak pani
świadomość, że do tao seksu musicie być bardzo wygimnastykowani, w przeciwnym wypadku pani i partner połamiecie się podczas seksu". To był
dla mnie przykład dosyć nierealnych oczekiwań wobec partnera - czyli
kompletnej i natychmiastowej zmiany sztuki miłosnej.
Ale ta para jakoś sobie poradziła i to jest świetna wiadomość - kobiety
mają partnerów, z którymi mogą realizować swoje pragnienia.
Niestety, są także tacy, z którymi się nie da - wiadomo z góry, że
zmiana jest niemożliwa. Bywa, że kobiety określają swoich partnerów w seksie mianem "rzemieślników", takich co umieją pobudzić, doprowadzić do
orgazmu, ale... one chciałyby mieć artystów w łóżkach.
Czyli grymaszą?
Trochę. Ale to dobrze - jeżeli już seks, to niech będzie najlepszy.
Pytanie, czy partner może przejść z czeladnika na mistrza. Jeden
potrafi, a inny - nie.
Znudzenie rutyną jest wstępem do tego, że kobieta przestaje doceniać
swojego partnera, bo po prostu jej powszednieje. Wiadomo, jaką ma
mimikę, co zrobi, jak myje zęby, jakiego szamponu i mydła używa,
wiadomo, co lubi oglądać, co czytać, co jeść.
Dojrzałością jest doceniać i nie dawać się rutynie? A może jest to
niemożliwe?
Wie pani, byłoby dobrze, gdyby człowiek dojrzał wcześniej niż u schyłku
życia. Jeżeli kobieta trafiła na dobrego partnera, to dobrze, żeby go
doceniła. Bo - mimo że świat jest taki przewidywalny i chwilami nudny -
jest jednak wartościowy. I powinniśmy to doceniać. Jestem zwolennikiem
tego, żeby przed snem zrobić analizę wszystkiego, co się zdarzyło w ciągu dnia, i podziękować sile wyższej (Bogu, Stwórcy dla osób
wierzących) za dobro, które nas spotkało, nawet jeżeli jest powszednie i nie za bardzo interesujące. Każdy dzień może być podobny do poprzednich,
ale zawsze ma swoją obiektywną wartość.
Jak bardzo niektóre kobiece pragnienia (na przykład aby rzemieślnik w łóżku zamienił się w artystę) mogą być dla związku szkodliwe?
Zmierza pani w stronę zdrady? Jeżeli chce się przeżyć miłosną przygodę
dla samej przygody - można niechcący rozwalić związek. Co innego, jeżeli
w związku doszło do wypalenia, wówczas pragnienie bycia w lepszej
relacji jest całkowicie usprawiedliwione i wspaniale, jeżeli jest
realizowane. Natomiast mam teraz przykład związku, w którym kobieta
chciała, "żeby się coś zmieniło". Udana relacja, świetne dzieci, niezły
standard życia. Weszła w romans, bo chciała zmienić partnera. Romans
został ujawniony. Mąż powiedział jej: do widzenia. Ona zamieszkała z kochankiem, wydawało jej się, że to uatrakcyjni jej życie. Po trzech
miesiącach okazało się, że to pomyłka. Wróciła do męża.
Mieszkając u kochanka, zaczęła doceniać rutynę i nudę dawnego życia
codziennego, ten ustabilizowany świat, od którego uciekła. Doceniła tego
- zdawałoby się - nudnego męża, który dawał jej poczucie bezpieczeństwa,
opiekował się dziećmi i był w zasadzie bardzo inteligentny, miał
zainteresowania. Jej pragnienie - kochanek - to była iluzja,
fatamorgana. Kiedy zamieszkała z nowym partnerem, okazało się, że jest
kimś zupełnie innym, niż jej się wydawało. Nowa rutyna, która powstała w ciągu tych trzech miesięcy, totalnie jej nie odpowiadała. Wszystkie
przyzwyczajenia z tamtego związku okazały się bardziej atrakcyjne niż te
w nowym. Nowy styl życia miał być barwny, a nie był. Prawdę mówiąc,
kompletnie się tego nie spodziewała, wydawało jej się, że nowy partner
jest gwarantem tego, że rozpoczyna bardzo interesujący etap w życiu.
Można się zastanawiać, jak zareagował na ten powrót jej partner. Był
zdezorientowany, nie wiedział, o co chodzi. Długo rozmawiali na ten
temat, ona przyznała się do błędu. On uznał, że była to próba ucieczki z rutyny. Przyznał, że jej życie codzienne było zbyt przewidywalne.
Czyli wykazał się dojrzałością?
Tak. Przyznał, że - jako para - powinni mieć trochę więcej życia
towarzyskiego, chodzenia do kina czy teatru. Jednak brakowało mu, że
jego partnerka w niewystarczający dla niego sposób przeprosiła go za
swoje tymczasowe odejście. I że nie dość doceniła jego postawę, czyli
przyjęcie z otwartymi rękami. Wyglądało to trochę, jakby nie doceniła
jego wrażliwości. Jemu przecież runął cały świat, przestał się czuć
bezpieczny. Teraz sobie zadaje słuszne pytanie: "Czy to się nie
powtórzy?".
Pragnienia są w końcu niepowstrzymane, nie można ich okiełznać. Co się
więc wydarzyło w tej historii o niespełnionym pragnieniu?
Przydarzył się smutek spełnionej baśni. Wydawało się więcej, niż się w istocie wydarzyło. I nigdy nie mamy gwarancji, że nas też to nie czeka,
jeżeli będziemy chcieli zmienić nagle swoje życie. Poza tym nie zawsze
potrafimy wyjść z rutyny tylko dlatego, że mamy wewnętrzne przekonanie,
że "coś byśmy w naszym życiu zmienili". Składam to na karb
niedojrzałości tej kobiety, która nie potrafiła przewidzieć konsekwencji
swoich poczynań.
Nie zawsze się da.
Ale warto chociażby wizualizować sobie te konsekwencje. Dam pani
przykład: w pracy pojawia się nowy mężczyzna. Iskrzy między nim a zamężną kobietą. Ona jest nim zafascynowana, a on także wyraźnie nią
zainteresowany. Pojawia się perspektywa romansu biurowego, tyle że on
deklaruje: szukam związku na życie. Ta pacjentka przyszła do mnie
rozważyć sprawę. Widziałem u niej silną fascynację i to, że nie może się
pozbierać, bo ten mężczyzna wywarł na niej wielkie wrażenie. Pomogłem
jej spokojnie zwizualizować kilka scenariuszy przyszłości.
Porozmawialiśmy o plusach i minusach każdego z nich, o tym, co się
wydarzy, jeżeli zostaną podjęte jakieś nieodwracalne decyzje. Ostateczny
wybór zawsze jest okupiony jakimś cierpieniem, bo z czegoś się
rezygnuje. W końcu ta moja pacjentka nie zdecydowała się na odejście ze
stałego związku w ramiona atrakcyjnego kolegi. Ale bardzo to przeżyła.
Czy dojrzałe kobiety mają dojrzałe pragnienia, a niedojrzałe kobiety
mają niedojrzałe?
Nie. Dojrzały człowiek też może popełnić głupstwo. Ale po to mamy
dojrzałość, żeby zdać sobie sprawę z popełnionego błędu i wyciągnąć
wnioski.
A jak to wygląda z perspektywy czasu? Czy kobiety dzisiaj żałują swoich
pragnień z przeszłości, na przykład z czasów nastoletnich? Wracają do
nich, czytają swoje pamiętniki?
Zacznijmy od tego, że pisanie pamiętników było kiedyś bardziej
rozpowszechnione niż dzisiaj. Są jednak wciąż osoby, które piszą
pamiętniki. To niezwykle ciekawa materia do analizy kobiecych pragnień.
Co jest bowiem ich istotą? Marzenia, oczekiwania, pragnienia wobec
mężczyzn, ale też wobec osób, które piszącą pamiętnik kobietę otaczają.
Pytania o to, czy czeka mnie wieczna przyjaźń, miłość. Następną
przestrzenią pamiętników są po prostu opisy przeżyć z danego dnia, czyli
co się wydarzyło. I kolejną - ważne przeżycia. Czyli to wszystko, co
można określić sformułowaniami "czułam", "myślałam", "spodziewałam się",
"tęskniłam".
Rozumiem, że kobiety przynoszą do pana te pamiętniki i ich pierwszą
reakcją jest: "Jak ja mogłam tak myśleć!".
Nie zgadła pani. Pierwsza refleksja kobiet po przeczytaniu swoich
pamiętników brzmi: "Czy ja się zmieniłam? Czy mam podobny pogląd na
świat jak ta piętnasto-, siedemnastolatka, którą byłam, gdy pisałam ten
pamiętnik?".
Część kobiet jest szczęśliwa, bo się okazuje, że są wciąż takie same
albo bardzo podobne. Że charakterologicznie i temperamentalnie są taką
samą trwałą strukturą. Można powiedzieć, że taki sposób myślenia
charakteryzuje kobiety w miarę spełnione, które uznają za pozytywną
wartość ciągłość swoich marzeń, pragnień, ba - nawet męskich typów.
Mówią o sobie: "Życie mnie nie zmieniło, nie stałam się gorsza,
zgorzkniała, mimo różnych doświadczeń, które się wydarzyły po drodze.
Pozostałam sobą. Ceniłam zawsze lojalność i mimo że tyle osób okazało
się nielojalnych, nie stałam się cyniczna. Ten potencjał, który miałam,
wykorzystałam tak, że w życiu teraźniejszym zaowocował dobrymi
rzeczami".
Inna postawa, która mnie osobiście nie przypada do gustu (ale to nie ma
znaczenia), polega na patrzeniu na siebie z przeszłości w sposób dosyć
cyniczny. Uważają, że wtedy były idealistkami, a przecież "wiadomo nie
od dziś, że człowiek człowiekowi wilkiem". Mówią też ostrzej: określają
się jako "głupia", "naiwna", słyszę od nich zgorzkniałe: "jak można było
tak marzyć", "właśnie przez to się doigrałam", "nie wiedziałam o tym,
dopiero mnie życie nauczyło". Obserwujemy tutaj wyraźną zmianę: z idealistki kobieta pisząca pamiętnik staje się pragmatyczką, ale -
niestety - wyjątkowo gorzką.
Z czego najczęściej wynika to zgorzknienie?
W Polsce, jak wynika z badań, sporo kobiet wchodzi w długoletni związek
z mężczyzną, który jest jej pierwszym i jedynym partnerem. Oczywiście, w pamiętniku jest opisywany wyłącznie w superlatywach, dużo jest tam o jej
uczuciach do niego, generalnie większość pozytywnych i romantycznych
rzeczy. Rzeczywistość okazuje się jednak później nie tak romantyczna.
Bywa, że taki partner po kilku latach bycia w związku oszukuje kobietę,
zdradza czy stosuje wobec niej przemoc. Taki przebieg zdarzeń może
spowodować u kobiety totalną zmianę postawy - "nigdy już nie zaufam
żadnemu mężczyźnie", "bycie zakochaną to słabość, której nie można
pokazywać, bo ktoś ją wykorzysta". Bywa, że tak zranione kobiety - już
nigdy nie zakochają się ponownie. Mogą wejść w związek, ale nie będzie
to już relacja romantyczna, tylko pragmatyczna. Słyszę wtedy od takich
pacjentek: "Ja kochałam tylko raz i przejechałam się na tym".
Stąd bierze się więc to zgorzknienie, które próbuję modyfikować, bo ta
postawa nie jest dobra także dla najbliższych tej kobiety.
Philip Zimbardo i John Boyd w książce Paradoks czasu piszą o tym, że
warto modyfikować nasze kiepskie doświadczenia z przeszłości w takie
uczucia, które nie będą nam utrudniały życia w teraźniejszości. I że się
to może udać. Pana zgorzkniałym pacjentkom też się udaje?
Próbuję je modyfikować, ponieważ taka utrwalona postawa zgorzknienia
jest zaraźliwa. Zgorzkniała matka wychowuje takie same dzieci, może
zepsuć udane związki przyjaciółek, sącząc ziarno niepewności, które może
zebrać owoce. Korygowanie takiej cynicznej postawy polega na
obiektywizowaniu rzeczywistości. Ludzie zwykle postrzegają rzeczywistość
poprzez swój pryzmat, ponieważ nie mają żadnego warsztatu badawczego.
Generalizują więc swoje doświadczenia i osoby po kiepskich
doświadczeniach ze związkami nierzadko są przekonane, że nie ma udanych
relacji. Jak mogę to zobiektywizować? Z pomocą nauki - oczywiście.
Dlatego przytaczam statystyki obiektywnych badań przeprowadzonych w różnych krajach, różnymi metodami, że jednak na świecie jest mnóstwo
udanych, szczęśliwych związków.
Pomaga?
Na pewno budzi jakąś refleksję o tym, że być może zgorzkniały obraz
świata nie jest jedynym właściwym, że może to jednak przesada. Warsztat
naukowy terapeuty i obiektywne dane na temat jakości związków - bywa, że
pomagają.
Ale na szczęście, w kontrze do postawy zgorzkniałej jest jeszcze trzeci
rodzaj reakcji - nazwałbym ją zbliżoną do obiektywizmu: "Byłam wtedy
dorastającą dziewczynką, więc akceptuję moje myśli i przeżycia z przeszłości. Teraz jestem dorosłą kobietą i częściej posługuję się
rozumem".
Realistka.
Tak. Jako dorosła kobieta ma już świadomość, że dojrzewająca dziewczyna
przechodzi przez różne etapy, potem z nich wyrasta. Można na tę historię
dojrzewania patrzeć z rozczuleniem i często ona właśnie tak robi.
Akceptuje każdą fazę życia, bo każda jest inna. Pamiętnik jest
dokumentem - świadkiem tego rozwoju. Sam nigdy nie pisałem pamiętnika, a teraz trochę żałuję, bo z chęcią bym przeczytał. Na pewno nie jestem
cyniczny, czyli odpada zgorzkniały sposób widzenia świata. Pewnie
chciałbym wejrzeć w siebie w okresie dojrzewania, poszedłem do wojska
jako siedemnastolatek - wobec tego moje dojrzewanie zostało nieco
skrócone.
Czy taki powrót do pragnień nastoletnich może mieć charakter
terapeutyczny?
Jak najbardziej. Zetknięcie ze sobą i swoimi marzeniami sprzed lat budzi
wiele refleksji. Na przykład rozczulenie: "Jaka byłam ciekawa świata,
fajna, ufna, wrażliwa" albo zdziwienie: "Tyle było we mnie wartościowych
cech, optymizmu, co się ze mną teraz stało?". Jeżeli ta nastoletnia
wersja zachwyca na tyle, że chce się do niej zbliżyć, może dorosłą
kobietę czekać piękna praca terapeutyczna, w czasie której być może
wróci do zapomnianej wersji siebie. Zrozumie, pod wpływem czego się
zmieniła, powróci do korzeni, zastanowi się nad sobą. To potrafi być
bardzo ubogacające.
W jakim kontekście pojawiają się w pana gabinecie te nastoletnie
pamiętniki?
Z pamiętnikami jest ciekawa sprawa. Większość Polaków przeprowadza się i opuszcza domy rodzinne. Nie zabierają ze sobą pamiętników albo niszczą
je jako zbędny balast. Czasami może się uda coś ocalić na strychu domu u rodziców albo u takich, którzy zostawili córce pokój z nastoletnich
czasów, żeby w każdej chwili mogła wrócić i sięgnąć po swoje rzeczy. I na takich zapomnianych półkach leżą sobie te pamiętniki.
A w gabinecie pojawiają się najczęściej z mojej inspiracji, ponieważ
podczas terapii pytam, jakie moje pacjentka ma sny, czy pisała w młodości pamiętniki, jaki motyw pojawia się w jej wspomnieniach. I jeżeli ma taką ochotę - może się ze mną swoimi refleksjami podzielić.
Czasami motyw pamiętników wychodzi, kiedy pacjentka robi remanent
swojego życia. Wtedy przyznaje mi się, że sięgnęła po nie i wróciła
wspomnieniami do przeszłości. Jest też taka grupa kobiet, która się
wstydzi siebie z przeszłości. Że była taka niedojrzała, naiwna, że
fascynowała się "takimi głupotami", że przeżywała z przyjaciółką
bezsenną noc, zalewając się łzami, widać jeszcze rozmyte litery w tym
pamiętniku. Wstydzą się zasuszonych liści, zasuszonych kwiatków. Chociaż
bywa, że kwiatków od dawnej sympatii się nie wstydzą, bo oglądając je,
czują bodziec emocjonalny. Patrząc na kwiatek, zaczynają wizualizować
dawną miłość. Można patrzeć na pamiętnik jak na ślad wspomnień. Kiedyś
taką rolę odgrywały albumy ze zdjęciami, ale zdjęcia są jednak
wspomnieniem przelotnym. W pamiętnikach mamy zapis konkretnej chwili i tego, co się w danym momencie myślało.
Pamiętniki pensjonarek! Te się dopiero czyta! Można z nich wydobyć całą
złożoność kobiecych pragnień i marzeń.
Zgadza się, dla mnie to określenie nie ma charakteru pejoratywnego,
wręcz przeciwnie: uważam, że są doskonałym źródłem wiedzy na temat
kobiecego dojrzewania, kobieciej seksualności. Bardzo dużo się w nich
dzieje. A ich niewątpliwą wartością jest fakt, że są ukrywane przed
rodzicami - dlatego są bardzo intymne, prywatne, prawdziwe. Rodzice,
którzy natkną się na taki pamiętnik, mogą być zaskoczeni, ponieważ widzą
zupełnie inny obraz swojego dziecka. Nie jestem psychiatrą wieku
dojrzewania, ale czasami słyszę, że rodzice mają na temat dzieci opinię,
która ma się nijak do tego, jakie to dziecko jest w rzeczywistości i co
aktualnie przeżywa.
Wiem, o czym pan mówi. W głośnym filmie animowanym o dojrzewaniu To nie
wypanda główna bohaterka, nastoletnia Mei, wykrzykuje swojej
konserwatywnej mamie: "Tak! Oglądam się za chłopakami, słucham głośnej
muzyki i robię bezwstydne ruchy!".
To nagminne zjawisko, że rodzice nie nadążają za dojrzewaniem swoich
córek. Pamiętniki jednak - użyte na przykład jako dowód w rozprawie
sądowej - mogą mocno zmienić charakter toczonej sprawy. W swojej
praktyce sądowo-seksuologicznej miałem do czynienia z faktem, że na
podstawie pamiętników wysnuwano fałszywe oskarżenia o molestowanie
seksualne. W pamiętniku przypadkiem odkrytym przez matkę były zawarte
fantazje erotyczne na temat danego mężczyzny: nauczyciela, trenera,
wujka czy nawet ojca. Sprawa trafiała do sądu, który musiał orzec, czy
są to fantazje, czy też prawda. Tak było kiedyś, ale tak dzieje się
również dzisiaj.
Są to niebywale trudne sprawy, ponieważ fantazjująca (załóżmy, że to
tylko fantazje) na temat jakiegoś mężczyzny ze swojego otoczenia
czternastolatka chce ukryć swoją rozbudzoną erotykę przed bliskimi. Może
skłamać z lęku przed oceną: "Aha, to taka jesteś bezwstydna" i powiedzieć, że była w rzeczywistości molestowana. Wtedy sprawa nabiera
bardzo poważnego trybu, ponieważ powoływani się kolejni biegli, którzy
mają sprawdzić, czy nastolatka nie konfabuluje. Czasami sprawa jest
szybko umarzana, bo widać, że szyta grubymi nićmi. Ale bywa też i tak
(rzadko), że taki pamiętnik może stać się źródłem nieszczęścia i na
przykład niesłusznego skazania.
Dlatego jeżeli mogę coś powiedzieć rodzicom, którym przypadkiem wpadnie
w ręce pamiętnik córki, to: 1. nie czytajcie, uszanujcie prywatność, 2.
nie wszystko, co tam czytacie, jest odtworzeniem obiektywnego świata,
jest tam wiele fantazji, i są one całkowicie naturalne, 3. po
przeczytaniu nie starajcie się ich weryfikować, chyba że naprawdę jest
coś, co was bardzo niepokoi - także w zmianie zachowania córki.
Po co nastolatkom takie erotyczne fantazje?
Do prawidłowego rozwoju psychoseksualnego. Erotyka dotyczy też relacji.
Dziewczynka mająca lat trzynaście, czternaście, która już zaczyna
odczuwać pociąg, może popuścić wodze fantazji na temat mężczyzny: że jej
dotyka, pieści ją, całuje. Opisuje fantazje dotyczące seksu, którego
jeszcze nie poznała, ale tak go sobie wyobraża. Czytajmy to jako wyraz
dojrzewającej kobiecości. Pionierzy psychoanalizy ukuli termin na to, o czym teraz mówimy. To jedna z faz rozwoju seksualnego - faza utajona. Po
niej - ich zdaniem - następuje wybuch okresu dojrzewania. My jednak
dzisiaj widzimy, że okres utajenia wcale nie musi być milczący, może się
w nim dziać bardzo wiele. Mogą się pojawić regularne fantazje erotyczne,
potrzeby seksualne, zakochiwania - pamiętniki mogą być ich pełne.
Nastoletnie i bardzo młode dziewczyny, jak widać w znakomitym filmie
Elvis (ale także w filmach dokumentalnych z koncertów Beatlesów czy
Rolling Stonesów), to absolutnie nieokiełznane, niepowstrzymane i niebywale spontaniczne w swoich reakcjach osoby. Ich fantazja nie ma
granic, dołącza do tego burza emocjonalna i hormonalna - siła tych uczuć
jest ogromna.
Mam wrażenie, że kobieta nigdy potem nie będzie już taka
bezkompromisowa, odważna, naturalna. No, może dopiero po pięćdziesiątce...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki