Czekając na Britney Spears. PODOBNO prawdziwa historia!!! - Jeff Weiss

Kup ebooka

49.99 zł
44.99 zł (37,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Dla babci Rity,

która wprowadziła mnie w tajniki sztuki i w blichtr wielkiego świata.

Zostałaby nową Shirley Temple, gdyby pradziadek nie przysiągł, że żadna z jego córek nie przestąpi progów hollywoodzkiego Babilonu.

 
 
 

Nie narzekajmy więc na nasze czasy, nie ma w nich więcej nieszczęścia niż dawniej.

(...)

Ale i nie chwalmy ich sobie.

 

SAMUEL BECKETT, CZEKAJĄC NA GODOTA

PRZEŁ. ANTONI LIBERA

 
 
1
 
 

To było tak, jakby bomba kasetowa eksplodowała słodyczą. Lepkie basowe wibracje wstrząsnęły żeliwną klamką ciężkich drzwi do sali gimnastycznej. W ciszy między dźwiękami muzyki piszczały gumowe podeszwy i słychać było głuchy dźwięk odbijanych od posadzki piłek.

Wiązka fortepianowych nut wystrzeliła nas wszystkich w następne stulecie. Nagle szkolny korytarz przesycony wonią feromonów, tanich perfum i świeżego potu wypełnił płynący z głośników warkliwy jęk: Oh, bay-bee, bay-bee. Nie mieliśmy z tym żadnych szans.

Na drzwiach do sali gimnastycznej zawisł agresywnie czerwony napis: "ZAKAZ WSTĘPU. Nie dotyczy członków obsady i ekipy technicznej". Nie zniechęciło mnie to - w końcu pół godziny wcześniej grałem tam w kosza. Zanim zdążyłem wyjść z szatni, rozpoczęły się zdjęcia do teledysku - jak powiedział mój trener: "jakiejś gwiazdeczki pop, której nikt nie zna". Niewiele nas to obeszło. Szkoła leżała w zachodniej części Los Angeles, niedaleko plaży, więc ekipy filmowe stanowiły dla nas chleb powszedni. Zwykle członkowie mojej drużyny pętali się w pobliżu, próbując zarywać do dziewczyn z planu, ale dziś był ostatni piątek letniego semestru i nikt poniżej Destiny's Child nie zatrzymałby chłopaków w szkolnych murach.

W tamto gorące popołudnie nie miałem nic do roboty. Kręciłem się więc po korytarzu łączącym szeregi naszych szkolnych szafek ze światem zewnętrznym. Kursowałem wzdłuż ściany z beżowych pustaków, poznaczonej pismem klinowym lokalnych gangów - Venice 13 czy Shoreline Crips - i nadstawiałem uszu. Ta nuta skruszyła moje uprzedzenia wobec słodziutkiego dziewczęcego popu. W niczym nie przypominała kawałków Snoopa, Nate Dogga ani 2Paca, które dobiegały tego lata z każdego przyzwoitego sound systemu od Long Beach po Chatsworth. Ale jak nawinął wielki Makaveli, nie ma co zaprzeczać (I won't deny it). Ktokolwiek śpiewał za tymi drzwiami, wiedział, jak ukoić nasze wszelkie bolączki - poza samotnością, która zabijała.

Czy ona właśnie poprosiła, żeby ktoś znowu ją uderzył?

Mam ograniczone zaufanie do ludzi twierdzących, że zrozumieli przeszłość - nie mówiąc już o tych przepowiadających przyszłość. Ale od czasu do czasu - jeśli masz szczęście albo ktoś rzucił na ciebie urok - dostrzegasz przebłysk tego, co nadejdzie. Pytanie, które spadło na mnie tamtego sierpniowego popołudnia w dziewięćdziesiątym ósmym, brzmiało: How was I supposed to know? Skąd mogłem wiedzieć? Problem w tym, że zazwyczaj nie wiesz. Jako szesnastolatek stanąłem twarzą w twarz z nieodwracalnym biegiem wypadków, wyposażony jedynie w mętne przeczucie. Ujrzałem połyskliwą wizję niewiarygodnego sukcesu. Los rzucił już kości. W którąkolwiek stronę bym spojrzał, horyzont zdarzeń filował i drżał.

Drzwi do sali gimnastycznej stały otworem. Nikt nie zwróciłby uwagi, gdybym się przez nie prześlizgnął, szczególnie w moim stroju koszykarza pasującym do klimatu teledysku. Wychowano mnie w przekonaniu, że lepiej się pokajać po fakcie, niż prosić o pozwolenie. Jeśli coś spaskudzisz - przeproś. Kiedy dorastaliśmy, bazgraliśmy po murach i włamywaliśmy się na budowy, żeby jeździć deskorolkami po dnie pustych basenów. To, co zamierzałem zrobić, w najgorszym razie można nazwać drobnym aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa. W końcu chodziłem do publicznej szkoły i ciągle nam powtarzano, że jesteśmy tu po to, żeby się czegoś nauczyć.

Nie będę ściemniał. To nie tak, że kiedy wślizgnąłem się do tego starego budynku w stylu art déco, wszystko zaczęło się dziać w zwolnionym tempie, łomotało mi serce, spowił mnie żar, a paleta barw zmieniła się w paczkę Skittelsów. Nic z tych rzeczy. Na przeciwległej ścianie wciąż wisiały wielkie białe litery tworzące nazwę naszej szkolnej drużyny, Gondolierów, nazwanej tak od pobliskich, dziś już zapuszczonych kanałów, zbudowanych sto lat temu przez cwanego dewelopera, który próbował stworzyć tu fałszywe księstwo.

Szkolna drużyna cheerleaderek znikła bez śladu. Zastąpiono je tancerkami o ciałach jak z MTV. Stały sobie na połowie boiska i plotkowały, ubrane w dresy i topy bez rękawów. Grupa jakichś przychlastów w białych strojach próbowała w tym czasie trafić piłką do kosza. Biegali po tej samej twardej nawierzchni, z której pół godziny wcześniej zeszli nasi.

Na trybunach siedzieli statyści, żując gumę i czekając na swoją kolej. Dyrektor castingu zatrudnił zróżnicowaną rasowo, lecz jednolitą w wyrazie grupę "szkolnych osiłków". Wyglądali, jakby sklonowano ich w bunkrze pod najbliższym sklepem American Eagle.

Menedżerowie z wytwórni płytowej, koordynatorzy produkcji, asystenci reżysera, styliści, wizażyści i fryzjerzy - wszyscy tłoczyli się wokół dziewczyny w moim wieku. Miała włosy w kolorze toffi splecione w dwa warkocze i z kosmykami grzywki spadającej na czoło. Wyglądała jak finalistka konkursu Miss Pięknej Cery: istota utkana z marzeń, a zarazem dziewczyna z sąsiedztwa. Najgorętsza modelka w tym sezonie, lecz wciąż spowita mgiełką nastoletniej idylli. Wystarczająco seksowna dla "Rolling Stone'a", ale też dość grzeczna, by ozdobić świąteczny numer "Seventeen". Miała na sobie burgundowe spodnie od dresu i sportowy stanik w jadowicie żółtym kolorze. W jej podłużnych oczach koloru Coca-Coli lśniło pragnienie uszczęśliwienia każdego, kto się do niej zbliży. Była uprzejma i wdzięczna wobec siwiejących facetów w drogich marynarkach; uśmiechała się do nich szeroko, trzepocząc długimi rzęsami i z szacunkiem pochylając głowę. Efekt był czarujący - odchodzili przekonani, że dzieciaki jednak bywają w porządku. Ekipa od włosów i makijażu czekała w pobliżu, żeby w ostatniej chwili poprawić to czy tamto. Co kilka minut pojawiały się tancerki niewiele starsze od samej gwiazdy. Szeptały jej do ucha jakieś sekrety, wywołując salwy śmiechu. Próbowałem wyczytać coś z ruchu ich warg, choć nietrudno było się domyślić, o czym rozmawiają. Bez krępacji taksowały chłopaków obecnych na planie, opierając się sobie na ramionach.

Ona urodziła się, by zdobywać pochwały rówieśników. Nawet wredne dziewczyny nie miałyby innego wyjścia, jak tylko docenić jej talent i niewymuszone piękno. Poza tym była po prostu przemiła. Typ wybranki szkolnego gwiazdora futbolu, która mimo swojego statusu wciąż traktuje kujonów jak ludzi. Emanowała naturalnym urokiem i pokorą dziewczyny z małego miasteczka. Można było dostrzec manieryzmy kogoś, kto od maleńkości pracuje w show-biznesie, lecz jej entuzjazm rozpraszał cyniczne podejrzenia. Rozmawiając z ludźmi ze swojego wewnętrznego kręgu, śmiesznie marszczyła nos, wytrzeszczała oczy, robiła miny i żartobliwie klepała ludzi po nadgarstkach. Wzbudzała bezwarunkową sympatię.

Patrzyłem, jak podchodzi do niej drobny typ po czterdziestce. Miał na sobie obcisłe dżinsy, czarną czapkę marki Kangol i nosił kozią bródkę. Musiał być reżyserem, bo towarzyszyło mu dwóch asystentów z notesami, a kiedy władczo machnął ręką, realizator dźwięku nagle ściszył muzykę. Typ w czapce chciał odbyć ostatnią naradę ze swoją artystką. Przez chwilę debiutantka uważnie słuchała jego planu działania, ogryzając paznokcie i marszcząc brwi. Reżyser wskazał jej kilka miejsc na podłodze i wezwał choreografa. Nawiązała się ożywiona, ale pełna szacunku dyskusja.

Dziewczyna zwinnie podniosła się z krzesła, wykonała pełen wdzięku ruch biodrami, zarzuciła miodowymi włosami i obróciła się w miejscu, a następnie rozrysowała tę kombinację palcem w powietrzu, wskazując tancerzom, co mają robić. Obaj mężczyźni uśmiechnęli się szeroko i skinęli głowami. Odchodząc na bok, reżyser uniósł do góry wszystkie dziesięć palców.

Z drugiego końca sali gimnastycznej przytruchtała zestresowana stylistka w błękitnej bluzie z kapturem. Wlokła dwie ogromne, pełne ubrań torby z K-Martu. Widać było, że to nie jest jej pierwsza awaryjna wyprawa na zakupy tego dnia. Kobieta nerwowo przeczesała włosy i błagalnym gestem ułożyła łupy u stóp gwiazdy. Dziewczyna z warkoczami wybrała z tej sterty białą koszulę i szarą spódniczkę, bezgłośnie wyszeptała "No i super", po czym złożyła dłonie w geście wdzięczności.

- Wiesz, że najpierw chcieli to zrobić w stylu Power Rangers?

Powyższe zdanie wygłosił łysawy nieznajomy ubrany w stylu business casual. Pomijając brylant w lewym uchu, można by go wziąć za inżyniera technologii kosmicznych. Obejrzałem się na wypadek, gdyby nie mówił do mnie.

- Że co?

- Teledysk. Planowali jakieś na wpół animowane gówno o superbohaterach dla przedszkolaków.

- Rany. To by było chujowe.

- Zniszczyłoby jej karierę w zarodku. - Facet krzywo się uśmiechnął.

- Ale powiedziała Nigelowi, że to idiotyczny pomysł, że zamiast tego powinna siedzieć w szkolnej ławce i marzyć o przystojnych chłopcach, no, a potem klimat się rozkręca i wszyscy tańczą. Dlatego kręcimy na sali, gdzie powstały sceny do Grease.

- Kim ona jest?

- Za trzy miesiące będzie to wiedział każdy w twojej szkole - odparł, patrząc na moją koszulkę z logo Gondolierów. - Widzisz tę dziewczynę od kostiumów, która z nią teraz rozmawia?

Kiwnąłem głową.

- Chciała ją ubrać w dżinsy i podkoszulek. Ale dziś rano Britney powiedziała jej, że to kompletnie bez sensu, że wszystkie dziewczyny powinny nosić mundurki z koszulą przewiązaną w pasie. No to laska poszlusowała do K-Martu i przyniosła jej ten pensjonarski strój.

- Tu jest LA. Tylko jakieś bananowe dzieci noszą mundurki.

- Na LA ten kraj się nie kończy. - Typ posłał mi uśmiech pełen satysfakcji.

- Dlatego podpisaliśmy z nią umowę. To ktoś, z kim dzieciaki mogą się identyfikować - rozciągnął sylaby niczym plastelinę. - Twoja młodsza siostra kupi lalkę sygnowaną imieniem Britney i wbije się w jej buty. Twoja dziewczyna będzie pachniała jej perfumami. A ty sam będziesz chciał z nią chodzić.

- Nie podoba mi się - skłamałem.

- Ona się wszystkim podoba.

Facet zamilkł na moment, po czym zmierzył mnie trzeźwym wzrokiem.

- Wiesz, że uczniom nie wolno się tu kręcić?

- Powiedzieli, że mogę robić za statystę.

Wzruszył ramionami.

- Co myślisz o piosence?

- Całkiem chwytliwa. Ja tam wolę rap.

- To ja podpisałem umowę z Tribe Called Quest. Słyszałeś o Jive Records?

- Tja. Branżowa zasada numer cztery tysiące osiemdziesiąt.

Mój rozmówca podłapał aluzję do tekstu rapera Q-Tipa, który nawija, że wszyscy menedżerowie firm płytowych to śliskie gady. Rzucił kilka zdań o tym, jak to ludzie z Jive'a stoją po stronie artystów i są ucieleśnieniem wszelkich cnót. Nie zrobiło to na mnie wrażenia, więc uderzył w inny ton.

- Słuchaj, opiekowałem się takimi załogantami jak Too Short albo KRS-One. Podpisaliśmy umowy z UGK i z E-40. Z R. Kellym i z Aaliyah. Naprawdę kocham hip-hop i R'n'B, ale wiesz, ile płyt sprzedali tego lata Backstreet Boys albo N Sync?

- Bez urazy, ale to wszystko sztuczny szajs z Disney Channel.

- Za to pieniądze są bardzo prawdziwe. A ta dziewucha, Britney, przebije ich wszystkich. Będzie jak pięć Spice Girls w jednym. Załatwiliśmy jej bezpłatną infolinię i tournée po centrach handlowych, sponsorowane przez magazyny dla nastolatek. Podpisała już kontrakty reklamowe z Sunglass Hut i Pepsi. Będzie pozować do zdjęć w dżinsach od Hilfigera. Wierz mi, zrobimy z niej wielką gwiazdę.

- Dlaczego akurat z niej?

Jak piorun decyduje o tym, gdzie uderzy? Możesz zamocować na dachu miedziany pręt, ale nie gwarantuje to sukcesu. Żeby zostać wybranym przez los, potrzebny jest nie cud, tylko trochę szczęścia, odpowiednia prezencja, a do tego zdolności i właściwy moment. Jakiś rok wcześniej prawnik Britney - stary wyjadacz zajmujący się rozrywką, który chciał zostać menedżerem gwiazd - rozesłał jej demo do wszystkich największych wytwórni. Dostała do zaśpiewania piosenkę Toni Braxton, utwór, który menedżerowie artystki odrzucili jako zbyt skoczny i dziecinny. Plan był taki, żeby zaproponować drugą Braxton, ale w mniej zmysłowej, ugrzecznionej wersji. Różnica wieku i wizerunku między nimi miały dać wrażenie świeżości.

Sesja zdjęciowa nadała koncepcji określony kształt. Oto zwyczajna amerykańska dziewczyna, którą uwieczniono w momencie schyłku historii. Ma na sobie dżinsowe szorty, a u stóp koszyk piknikowy. Głaszcze słodkiego psiaka na trawniku przed rozpadającą się drewnianą werandą. Oto duma miasteczka Kentwood w Luizjanie (całe 2205 mieszkańców). Urocza małolata o kształtnym nosku. Miała spełnić marzenia przemysłu muzycznego śniącego o milionach, które zarobi na tej Barbie z mokradeł.

Zainteresowało się nią kilku poważnych graczy na rynku. Oprócz Jive'a Britney odbyła też przesłuchania w wytwórniach Mercury i Epic. Weszła tam drobnym kroczkiem, w czarnej koktajlowej kiecce i szpilkach. Zaśpiewała piosenki swoich idolek, Mariah Carey i Whitney Houston. Mało kto nie wystraszyłby się takiego zadania - a co dopiero piętnastolatka, która pracowała dotąd na pół etatu, obierając raki w sklepie z owocami morza należącym do jej prababci.

Ludzie z Mercury'ego powiedzieli: "Nie trafia to do nas". W Epicu głos zabrał wiceprezes do spraw kontaktów z artystami. Opisał Britney jako "nieśmiałą dziewczynkę". Nazwał ją też "marionetką bez charyzmy i pazura".

Ale ten facet stojący teraz obok mnie dostrzegał w niej coś jedynego w swoim rodzaju.

- "Dlaczego ona?"? Serio? - parsknął, nie odrywając wzroku od Britney. - Żadna z niej songwriterka. Nie ma najwspanialszego głosu na świecie. Jest śliczna, ale nie aż tak jak modelki z wybiegu. Ma w sobie to coś. Potrafi spojrzeć w obiektyw i sprawić, że stopisz się jak śnieg wiosną. Jest tym, czego wszyscy szukają. To magia, tego się nie da wyjaśnić.

Najwyraźniej bardzo chciał to komuś opowiedzieć. Jeśli (czy raczej kiedy już) Britney osiągnie sukces, wszyscy będą się pławić w tym blasku. Najpierw gwiazda, potem jej producenci, autorzy piosenek, dyrektor generalny wytwórni, prezes, jej menedżerowie, mama z tatą, wreszcie spece od marketingu. Gdzieś na samym dole tej piramidy, między reżyserem teledysku a choreografem, plasował się łowca głów, który ją odkrył. Posłaniec losu, który słysząc małolatę fałszującą kawałek Toni Braxton, zobaczył zaginione złote miasta na bagnach Luizjany. Kiedy czekaliśmy, aż ekipa znów zacznie kręcić, facet opowiedział mi wszystko od początku.

? ? ?

Wytwórnia Disneya wypuściła swoją wersję Kopciuszka w 1950 roku, ale ta historia jest stara jak świat. W naszej wersji bohaterka pochodzi z krainy tkwiącej na poboczu dziejów, gdzie malownicze autostrady wiją się wśród pełnych cykad lasów oraz billboardów głoszących, że Jezus jest Panem. Kentwood było kiedyś stolicą przemysłu mleczarskiego Południa, ale zanim Britney wzięła - w grudniu 1981 roku - swój pierwszy oddech, mieścina leżąca na granicy stanu Missisipi dawno popadła w ruinę. Główna ulica, którą przechodziły kiedyś uroczyste parady z okazji 4 lipca - zgniła i spęczniała od nieustającej wilgoci. Wyobraźmy sobie postindustrialną dziurę, szeregi nieczynnych ceglanych sklepów o rozbitych oknach. Tyrania Walmartu zrujnowała niezależnych farmerów uprawiających okoliczne pola. Bar drive-in o nazwie Sonic był jedynym źródłem życia. I utrzymania.

Prawdziwy matecznik amerykańskiego konfederaty. Przejrzałe dęby i magnolie ocierały się tu o wiszące nisko chmury. Kościół niemal na każdym rogu i krew na ziemi. Wzdłuż nieutwardzonych dróg stały rozpadające się chałupy i pordzewiałe furgonetki, pełne łopat i strzelb zdobionych naklejkami z flagą Konfederacji. Podział rasowy był zjawiskiem nieformalnym, ale powszechnym. Britney chodziła do szkoły o nazwie Parklane Academy, gdzie woźni byli jedynymi Afroamerykanami w całym budynku. W Kentwood nadal często słyszało się narzekania na nieustępliwość i nadmierne tempo procesu integracji. Flaga Jeffersona Davisa powiewała tu z każdego okna.

Menedżer opisał mi jej rodziców jako parę niewykształconych wsioków. Ojciec Britney, Jamie, miał skłonność do kieliszka, nie nadawał się nawet do roboty na budowie i lubił "znikać". Narobił sobie hazardowych długów i doprowadził swój biznes, siłownię, do bankructwa. Skłonność do manipulacji i obsesję kontroli odziedziczył po własnym ojcu, despotycznym glinie z Baton Rouge, którego zwolniono ze służby za to, że ponoć zabił nieuzbrojonego człowieka. Kiedy Jamie miał czternaście lat, jego matka pojechała na cmentarz na wschodzie Kentwood i zastrzeliła się na grobie młodszego syna, który zmarł w niemowlęctwie osiem lat wcześniej. Mówiło się, że to była jej czwarta próba samobójcza, tym razem skuteczna. Nie zostawiła żadnego listu. Owdowiały dziadek Britney w końcu ożenił się ze swoją przybraną siostrą.

Matka Britney była z kolei córką mleczarza, który przywiózł sobie z wojny brytyjską żonę. Przyszła Lynne Spears poznała męża na miejskim basenie, gdzie jako uczennica college'u spędzała letnie wakacje. On był wówczas rozgrywającym licealnej drużyny futbolowej pół dekady po zakończeniu kariery. Miał już za sobą rozwód i z trudem zarabiał na życie, chwytając się fachu spawacza w rafineriach. Ona studiowała pedagogikę na Uniwersytecie Południowo-Wschodniej Luizjany. Po miesiącu randkowania wzięli potajemnie ślub na północy stanu Nowy Jork, gdzie Jamiemu udało się chwilowo znaleźć robotę. Jej rodzice wpadli w szał. Lynne rzuciła studia, a dziewięć miesięcy później na świat przyszedł starszy brat Britney, Bryan.

Talent ich córki był niezaprzeczalny. Kiedy czteroletnia Britney zaśpiewała solową partię w bożonarodzeniowej kolędzie What Child Is This?, cała społeczność Kościoła Baptystów oznajmiła rodzinie, że mała ma przed sobą karierę na Broadwayu. Lynne i Jamie nie byli może typowymi rodzicami menedżerami, ale zaangażowali się do tego stopnia, że nie płacili podatków, żeby móc ufundować córce lekcje tańca, gimnastyki i śpiewu. Przez kilka lat Britney uczyła się od najlepszych instruktorów na Manhattanie. Udało jej się zostać dublerką Natalie Portman w off-broadwayowskim musicalu, gdzie zagrała ambitne złote dziecko, dziewczynkę "urodzoną, by olśniewać", i gotową zabić dla sławy.

Występ w konkursie talentów wokalnych "Star Search" miał być przełomem, ale w drugiej rundzie nadawanego na żywo programu Britney przegrała z małym elegancikiem w kowbojskim krawacie.

Pomiędzy występami puszczano rozmowy z uczestnikami. Kiedy prowadzący Ed McMahon zapytał wystrojoną w falbaniastą sukienkę dziesięciolatkę, czy ma chłopaka, dziewczynka parsknęła spod grzywki:

- Nie, chłopcy są wredni!

Wówczas prowadzący, mężczyzna w wieku emerytalnym, zapytał:

- A co ze mną?

Rok później na horyzoncie znów zajaśniała szansa sławy. Disney postanowił połączyć hiphopową energię lat 90. z rozczulająco niewinnym urokiem, którym emanowały gwiazdy Klubu Myszki Mickey. Britney, Christina Aguilera, Justin Timberlake i Ryan Gosling zaczęli występować w programie, który nosił odtąd nazwę MMC. Britney przeniosła się z mamą i siostrą do Orlando na Florydzie. Występowała w duecie z Timberlakiem. Przekomarzali się w komediowych skeczach i śpiewali do wygrywanych na syntezatorze kawałków reggae, ale pod koniec sezonu program zdjęto z anteny. Rok po tym, jak wyruszyła z Kentwood do Disney World, by uczestniczyć w oficjalnym "Dniu Britney Spears", nasza bohaterka wróciła do domu, żeby grać w kosza w liceum, zarabiać minimalną stawkę na kasie w supermarkecie i okazjonalnie doić krowy.

Współpraca z girlsbandem o nazwie Innosense trwała krótko. Projektem zarządzała matka Timberlake'a oraz Lou Pearlman, oślizgły Gepetto, który pociągał za sznurki Backstreet Boys i N Sync. Jednak kariera solowa wydawała się dla Britney lepszym wyborem. Nie przestawała śpiewać i rozsyłać demo po wytwórniach, aż pewnego dnia facet, który mi to opowiadał, uznał, że jej przeznaczeniem jest bycie gwiazdą. Wytwórnia Jive zaoferowała jej 500 dolarów zaliczki, dziewięćdziesięciodniowy kontrakt próbny oraz apartament na Upper East Side, gdzie mogła spędzić miesiąc podczas nagrywania debiutanckiej płyty.

- Wszystkim w Jivie podobały się te piosenki. Szef wytwórni zaoferował jej kontrakt, kiedy je usłyszał - ciągnął łowca talentów. - Był tylko jeden problem. Brakowało tam hitu.

- Nie płacicie didżejom, żeby to ogarnęli?

- Bardzo śmieszne - warknął, zaciskając wargi. Oczy pociemniały mu za okularami. - Wydaje ci się, że to takie proste? Gdyby tak było, każda wytwórnia mogłaby stworzyć własną Britney.

- Z pewnością próbują.

- Nie wątpię. Problem w tym, że dynamit nie wybuchnie bez detonatora. No to wysłaliśmy ją do Szwecji.

Sztokholm był w tamtym czasie mekką nastoletniego popu. Nawet ja wiedziałem, że to stamtąd pochodzą wszystkie hity Backstreet Boys i N Sync.

Skinąłem głową i powiedziałem przemądrzałym tonem:

- Porąbane.

Mojego rozmówcy nie zbiło to stropu.

- Ten numer powstał dla TLC...

- ...ale dziewczyny podziękowały?

- Tak było. Zdaniem T-Boz kawałek nie był dostatecznie w ich stylu. Straciły przez to sto milionów pierdolonych dolarów! Facet, który to napisał, jest na najlepszej drodze do zostania największym producentem muzyki pop.

Trzeba mu oddać sprawiedliwość. Być może w końcu ktoś inny też by to dostrzegł, ale w tamtym czasie mój rozmówca był samotnym prorokiem. Zobaczył czterowymiarową przestrzeń tam, gdzie inni widzieli tylko nieprzenikniony szyfr. A ja nawet nie spytałem go o imię.

Operatorzy kamer wytężali wzrok przez obiektywy, żeby się upewnić, że złapią to, co trzeba. Tymczasem wałęsający się po boisku koszykarze próbowali rozproszyć tancerki. Pomagierzy Britney szepnęli jej do ucha: okej, wchodzimy. Asystent reżysera wrzasnął:

- Za minutę start! Cisza na planie!

- Nie powinieneś czasem być tam? - Łowca talentów skinął głową w stronę trybun, na których siedzieli statyści udający widzów.

- Jasne. - Zasalutowałem mu na pożegnanie i podreptałem w stronę konstrukcji ze świeżo wywoskowanego drewna. Dyskretnie wdrapałem się na trybuny i wybrałem sobie miejsce nad środkową linią boiska.

? ? ?

Gdy zapalają się czerwone i żółte reflektory, Britney sama rozjarza się blaskiem. Jest niczym stary film zabarwiony w technikolorze. Miłość ogarnia mnie, zanim zdążę się zorientować, co się dzieje. Wystarczy, że machnęła karmelową grzywką, poruszyła biodrami niczym tancerka haremu, rozpostarła te morelowe ramiona i wykonała oszałamiający obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni, by z wdziękiem wylądować na podłodze.

W tamtej chwili ujrzałem znak, niepokalane poczęcie, przeznaczenie objawione mi niczym w kartach tarota. Siła wyższa sprawiła, że byłem świadkiem nagrania teledysku ...Baby One More Time.

Ten gest, którym obejmowała piłkę do koszykówki, skulona na trybunach i śpiewająca: Show me how you want it to be. Te urwane westchnienia tygrysicy: Oh bay-bee, bay-bee, które wyrażają osamotnienie, tęsknotę i napędzany pożądaniem trans definiujący okres dojrzewania. Ten żal przesycający słodkie tony, kiedy zawodzi: My loneliness is killing me.

Byłem gotów dzwonić do jubilera, do kwiaciarza i oznajmić wszystkim moim dotychczasowym zdobyczom, że między nami koniec.

Perkusja rozbrzmiewa czysto i mocno niczym kaskada różowych diamentów. Bas dudni. Ściskając piłkę do koszykówki, jakby szukała w niej emocjonalnego oparcia, Britney śpiewa z playbacku kilka rzędów pode mną, a z jej oczu bije niemal elektryczne napięcie. Gdy tak tkwi na styku grzechu i zbawienia, jej zmysłowe pomruki przeprogramowują mój układ limbiczny.

 

Oh baby baby, how was I supposed to know

Oh pretty baby, I shouldn't have let you go

 

Fortepiany wzdychają. Stukot werbli nadaje sytuacji dramatyzmu. Jej schrypnięty wokal przywodzi na myśl wnętrze klubu, a potem kościół, sypialnię i salę lekcyjną. Mrużę oczy i przesuwam palcami po włosach najeżonych żelem. Wyciągam szyję i próbuję wyglądać na fajniejszego niż w rzeczywistości. Ona z pewnością zaraz się odwróci, spojrzy tęsknie do góry, a wtedy nasze oczy się spotkają.

Zamiast tego jej uwaga skupia się na filmowej idée fixe - a konkretnie na modelu Abercrombie, który wbija spojrzenie w parkiet. Chłopak ma wilgotne brązowe włosy i szczękę, którą można by piłować drewno. Stoi tam w swoim czarnym podkoszulku i ponuro podrzuca piłkę, nieświadom, że jest obiektem obsesji Britney Spears.

Zastanawiam się, czy naprawdę są parą. Gdzie popełniłem błąd? Spokojnie dałbym radę temu przychlastowi. Czy wspomniałem już, że naprawdę ma na imię Chad? Później dowiem się, że intruz, który wtargnął w moją fantazję, jest tak naprawdę jej kuzynem. Noszą to samo nazwisko i tak dalej. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Refren się kończy, rytm milknie, następuje zmiana scen. Britney przewodzi teraz układowi tanecznemu na środku boiska. Kręci biodrami i otwiera usta w rytm płynących z offu słów.

Zagubiona dziewczyna przemienia się w mistrzynię ceremonii, w gimnastyczkę, czarodziejkę, piosenkarkę.

Wszystkie moje dotychczasowe zauroczenia przestały się liczyć. Mariah, Janet, Topanga, Kelly Kapowski? Nie. Istniała już tylko ona. Przyznam, że to dość zawstydzające uczucie. Jakim cudem bez reszty omotało mnie coś tak ewidentnie sztucznego? Nienawidziłem boysbandów i tego ich smętnego, ugrzecznionego R'n'B dla białasów. Banda nijakich pajaców po trzydziestce, naśladujących uliczny slang w narciarskich goglach i z rozjaśnionymi końcówkami. Razem z chłopakami spędzaliśmy całą drogę autobusem do szkoły, nawijając kawałki Suga Free i DJ Quika. Jak to możliwe, żeby zacząć od I'd rather give you my bitch ("Wolałbym oddać ci moją sukę"), a skończyć w zachwycie nad słodziutkim szwedzkim popem, łykając marketingową wizję Jive'a? Ale gdy tylko spojrzałem w te żarliwe oczy, nawróciłem się na wiarę w Britney Spears.

? ? ?

W moim rodzinnym Venice nie było miejsca dla kogoś takiego jak Britney. Wystarczyła sugestia niewinności, żeby ściągnąć na ciebie kłopoty. Wychowałem się o rzut kamieniem od promenady, gdzie rządzili różnego rodzaju dziwacy, fałszywi rastafarianie opychali naiwnym turystom oregano, a browar można było kupić równie łatwo jak puszkę Dr Peppera.

Kiedy wychodziłeś ze szkoły, warto było wiedzieć, która ulica ma kosę z sąsiadami. Pełne rodziny były rzadkością.

Moi starzy rozwiedli się kilka lat wcześniej. Oszczędzę wam nudnych szczegółów, powiem tylko, że to historia, jakich wiele w LA. Ojciec porzucił nas dla młodszej kobiety i założył drugą rodzinę, będąc już po pięćdziesiątce. Mieszkaliśmy z mamą w ciasnym bungalowie bez klimy, gdzie zza ścian bezustannie dochodziły wrzaski naszych hiszpańskojęzycznych sąsiadów. Mama malowała akwarele - ludzi wpatrujących się w ocean, konie, które ścigają się z pociągami, tego typu rzeczy. Na co dzień pracowała jako asystentka podstarzałego fotografa celebrytów. Facet bardzo szczycił się tym, że jego ojciec był jednym z czterech najsłynniejszych komików niemego kina.

Britney stanowiła przeciwieństwo wszystkiego, co znałem. Była lśniącym od cekinów mirażem, wyretuszowanym mitem. Czułem się, jakby było mi dane patrzeć na narodziny komety.

To był jeden z ostatnich dni w jej życiu, gdy mogła jeszcze zejść z planu i po prostu zniknąć w tłumie. Jednak sława, bogactwo i uwielbienie wydawały się wtedy bardziej kuszące. Nie będę teraz udawał, że nie marzyłem o takich rzeczach. Chciałbym się dowiedzieć, jak to jest, kiedy nikt nie powie ci "nie". Może wtedy zechciałaby choć na mnie spojrzeć.

Ale nie dziś. Patrzyłem, jak ekipa odtańcowuje ten numer jeszcze kilka razy. Stopniowo urzekał mnie coraz mniej. Zanim reżyser nareszcie krzyknął: "Okej, jest idealnie. Mamy to!", zacząłem wątpić w głębię swojego zauroczenia.

Jesienią teledysk Britney zaczął królować w MTV, a ja ponownie zrozumiałem, że ta dziewczyna jest wszystkim, co mógłbym sobie wymarzyć. Rzecz jasna anegdotka o byciu anonimowym statystą świetnie się sprzedawała na imprezach. W tamtym czasie Britney była już własnością całego świata, orbitowała gdzieś w stratosferze, gdzie wydarzają się uroczyste rozdania nagród, wyprzedane trasy koncertowe oraz warte wiele milionów rezydencje w stylu, który kojarzymy z wierchuszką mafii. Tymczasem ja przeżyłem kolejny nudny rok w liceum, będąc pouczanym i instruowanym w absolutnie każdej kwestii przez nauczycieli, trenerów i rodziców. Mój budzik dzwonił o wpół do siódmej rano, grałem w kosza aż do zmroku, a potem przysypiałem nad książkami, podczas gdy w tle gadał telewizor nadający powtórkę Simpsonów.

Tamtego popołudnia po zakończeniu zdjęć zgromadzeni ruszyli do Britney, by jej pogratulować. Szefostwo było w euforii, bo inwestycja wydawała się pewniakiem. Reżyser widział już oczyma duszy, jak odbiera statuetkę MTV Awards.

Łowca talentów rzucił mi spojrzenie i wymownie wzruszył ramionami. Wstałem, zbiegłem po schodach i skierowałem się do wyjścia, ale drogę zastąpił mi jeden z koordynatorów produkcji. Być może ten, który zajmował się castingiem.

- Sorry, czy ty w ogóle miałeś tu być? - zapytał. Był żwawym facetem z włosami lśniącymi od żelu i ściągniętymi w kucyk.

Kiwnąłem głową i uśmiechnąłem się od ucha do ucha, nie zwalniając kroku. Otworzyłem ciężkie stalowe drzwi. A potem zmrużyłem oczy, stając naprzeciw słońca, które nagle przestało mnie aż tak olśniewać swoim blaskiem.

2
 
 

Zrobiłem wszystko jak należy. Wystarałem się o częściowe stypendium sportowe na małym uniwerku w Karolinie Południowej; jego nazwa nic wam nie powie. A potem względnie przykładałem się do nauki, wybierałem te spośród nielegalnych substancji, które można wypalić, i skończyłem studia z całkiem niezłymi ocenami na koncie. To było tuż po rozpoczęciu wojny w Iraku. Z pewnością czekały na mnie sława i bogactwo. Nawet jeśli moim przeznaczeniem nie miał się stać czerwony dywan, uważałem za oczywiste, że znajdę pracę, która mnie nie wykończy, a dzięki niej zarobię na czynsz, spłacę kredyt studencki i będę mógł wcinać burritos z krewetkami.

Nic takiego się nie wydarzyło, a z pewnością nie od razu. Zostałem całkowicie zignorowany przez muzea, prywatne oraz publiczne placówki edukacyjne, redakcje magazynów, redakcje dzienników, księgarnie i sklepy płytowe. Pół biedy, gdy dostawałem list z odmową. Oficjalne odrzucenie, ujęte w formę maila o treści sprowadzającej się do "spierdalaj", ma w sobie coś kojącego. Natomiast brak jakiejkolwiek odpowiedzi wpędza człowieka w chandrę, o której żaden z twoich znajomych nie chce słuchać. Nie wspominając już o tej powieści, której jakoś nadal nie skończyłeś. Kiedy patrzę w przeszłość, jestem zdumiony, że nikt z tych ludzi nie chciał mnie zatrudnić. Żyłem złudzeniami na własny temat, byłem egocentrykiem i wciąż tkwiłem w dołku. Po prostu wymarzony pracownik.

Pokonaliśmy Sowietów. Przez świat przetoczyła się fala wiary w demokrację, technologię i święte posłannictwo międzynarodowego kapitału. Postęp nie miał granic. Szlachetność i prawość wyrażała się w lekturze odpowiednich książek - a przynajmniej w obejrzeniu ich adaptacji. Moje pokolenie milcząco poprzysięgło wyplenić wszystkie dwudziestowieczne źródła zła. Wierzyliśmy, że ubóstwo, rasizm, lęk i niedostatek można wyeliminować w ramach ostatecznego przeorganizowania życia osobistego i politycznego. Każdy z nas miał zrobić błyskotliwą karierę.

Moje marzenia pasowały do świata, który dawno przeminął. Nie istniał już żaden magazyn w rodzaju "Saturday Evening Post", w którym zarobiłbym na półroczny czynsz, publikując jedno opowiadanie. Nie w świecie pociętych i poskręcanych bitów. Ciągłe odmowy przynajmniej odciągały moją uwagę od myśli, że za kilkadziesiąt lat Ziemię prawdopodobnie czeka ekologiczny holokaust.

Dręczyło mnie głupie, nieopanowane pragnienie pisania. W soboty budziłem się skacowany, z kieszeniami pełnymi pozbawionych sensu gryzmołów, które poprzedniej nocy naściboliłem na barowych serwetkach. Wynajmowałem kąt w dwupokojowym mieszkaniu dzielonym między czterech lokatorów. Żeby zarobić na czynsz, nie mogłem być wybredny w doborze roboty. Napisałem czterdziestokilkuletniej studentce pracę semestralną o tańczeniu salsy (sto pięćdziesiąt dolców), uczyłem dzieci angielskiego jako korepetytor (jedenaście dolców za godzinę), a od czasu do czasu brałem udział w grupie fokusowej (siedemdziesiąt pięć dolarów w gotówce plus wszystkie kanapeczki, które zmieszczą mi się do kieszeni). Stanowiłem chodzący anachronizm. Czułem się zagubiony, dryfowałem bez celu i byłem gotów posunąć się do wszystkiego. Nie chciałem, żeby ta desperacja mnie definiowała, ale tego typu stan rzeczy nie może trwać długo.

Kiedy więc zobaczyłem na Craigslist ogłoszenie, z którego wynikało, że ktoś (nie wiadomo kto) szuka reportera z branży rozrywki, uznałem, że muszę przynajmniej dać tym ludziom szansę powiedzenia mi "spierdalaj".

 

los angeles>west side-southbay>oferty pracy> tworzenie/redagowanie tekstów

 

Reporter zajmujący się celebrytami dla dużego magazynu z branży rozrywki (Santa Monica)

 

Renomowany magazyn z branży rozrywki poszukuje dziennikarza, pasjonata sławnych ludzi i popkultury, a w szczególności aktorów filmowych i telewizyjnych, gwiazd popu, BOGATYCH PRZYSTOJNIAKÓW i CZARUJĄCYCH NOWYCH TWARZY W BIZNESIE!!!!

 

Praca wymaga umiejętności wyszukiwania i przekazywania informacji o celebrytach oraz nawiązywania kontaktów w świecie HOLLYWOOD. Czy regularnie chodzisz do klubów, na imprezy i do baru z ludźmi z BRANŻY ROZRYWKOWEJ?

 

Czy masz OBSESJĘ na punkcie popkultury i nocnego życia? Uwielbiasz szybkie tempo pracy w tygodnikach, a największe światowe gwiazdy cię nie onieśmielają? W takim razie szukamy właśnie ciebie!!! ;)

 

Wynagrodzenie: do negocjacji, zależne od doświadczenia

 

Tryb zatrudnienia: część etatu

 

Kłamać należy tylko policjantom i potencjalnemu pracodawcy. Tym razem postanowiłem, że zaproszą mnie na tę rozmowę. Chcieli mieć "swojego człowieka" w Hollywood? Na ich potrzeby stworzę typa jak z kreskówki, regularnego klienta knajp, którym gwiazdy błogosławią swoją obecnością. Powinniście zobaczyć mój list motywacyjny. Szczerze mówiąc, tego listu nikt nigdy nie powinien zobaczyć. Streszczę wam go. Byłem książątkiem młodego Hollywoodu, zmyślnie unikającym rozgłosu z racji mojego przenikliwego spojrzenia na bolączki sławy. Poniedziałki spędzałem w Joseph's, a wtorki w National. W środy można mnie było spotkać w Concorde, w czwartki w White Lotus, a w piątki w Chateau. Tylko świeżo napływowi mieszkańcy miasta wychodzili bawić się w soboty. Ja wówczas delektowałem się skromną kolacją złożoną z sushi w Koi, a potem jednym jedynym drinkiem w whisky barze. Niedziela była zazwyczaj dniem wypoczynku, ale jeśli czułem się szczególnie wykwintnie i bardziej niż zwykle nerwowo, zawsze mogłem wstąpić na jazzowy wieczór Danny'ego Mastertona w Guys. Kiedy dorastałem w Los Angeles, ukułem nierozerwalne więzi przyjaźni z Mary-Kate i Ashley Olsen.

No i co za niespodzianka! Tydzień później "renomowany magazyn z branży rozrywkowej" zaprosił mnie na rozmowę w sprawie pracy.

? ? ?

Na tablicy umieszczonej w lobby budynku nie ma ani słowa o żadnej redakcji. Widzę tylko nazwy firm reklamowych, kancelarii prawniczych i logo rekinów lichwy. Wiem tyle, że biuro znajduje się na trzecim piętrze ciemnoszarego szklanego wieżowca w Santa Monica. Mam rozmawiać z "A.V.B.", osobą, która dotąd komunikowała się ze mną za pośrednictwem lakonicznych maili. Przychodziły z zaszyfrowanego adresu.

Przy wejściu do lokalu nr 321 nie ma żadnego szyldu. Są tylko ciemne drzwi z orzecha włoskiego, szarobeżowe ściany i matowe tafle szyb. Żeby przejść dalej, muszę nacisnąć plastikowy przycisk. Przyczepiono nad nim ręcznie wypisane ostrzeżenie:

 

Zakaz wstępu dla akwizytorów i nieproszonych gości. Osoby, które go naruszą, będą ścigane.

 

Zaczynam wątpić, czy podjąłem słuszną decyzję. Jaki "renomowany magazyn rozrywkowy" reklamuje się na Craigslist? Czyżby finansowało go CIA? Czemu użyli czcionki Comic Sans? Z drugiej strony to dość elegancki budynek. Założę się, że płacą nieźle. Poza tym zdążyłem już przekroczyć limit na koncie, żeby oddać jedyny garnitur do czyszczenia.

Z domofonu rozlega się ostry głos pytający: "Kim pan jest?" i "Do kogo pan przyszedł?". Drzwi uchylają się na centymetr. Wysuwa się przez nie owłosiona dłoń. Kładę w niej swoje prawo jazdy. Drzwi się zamykają. Czekam, spowity blaskiem i brzęczeniem świetlówek, czując się jak w pokoju przesłuchań na lotnisku.

Wreszcie drzwi otwierają się na całą szerokość. Widnieje w nich ogromny, łysy, nieogolony armeński ochroniarz w obszernym garniturze, który machnięciem wielkiego łapska zaprasza do poczekalni. Widać, że facet traktuje tę pracę śmiertelnie poważnie. Ma w uchu słuchawkę i patrzy ponuro niczym ochroniarz z centrum handlowego. Burczy coś do recepcjonistki siedzącej za szklanym przepierzeniem. Ta nie zwraca uwagi na żadnego z nas. Aluminiowa plakietka wyjawia mi nazwę firmy: US Media.

Moszcząc się na sztywnej sofie, dostrzegam stos magazynów rozrzuconych na stoliku z imitacji drewna. Wszelkie pretensje do szacowności tego przybytku rozpływają się bez śladu, gdy zdaję sobie sprawę, że patrzę na najnowsze numery wszystkich możliwych szmatławców - nawet tych, w których Wielka Stopa raz po raz ratuje dziecko z płonącej przyczepy kempingowej. Dociera do mnie, że być może znalazłem się w centrum dowodzenia tabloidami na Zachodnim Wybrzeżu.

Niewiele wiem o tabloidach. Zdarzało mi się bezmyślnie kartkować magazyn "People", czekając w kolejce do dentysty, lub gapić się na niesmaczne insynuacje na okładkach, gdy wpadałem po fajki do Seven Eleven. Nigdy w życiu nie przeczytałem w całości żadnego z tych oszczerczych nagłówków i oskarżeń. Szkopuł w tym, że prasa brukowa może teraz stanowić moją jedyną szansę zarobienia paru groszy na pisaniu.

Sekretarka ignoruje mnie z niezłomnością godną stoików, równie dobrze mogę więc wgryźć się w najświeższą porcję plotek. Arnold Schwarzenegger kandyduje właśnie na gubernatora Kalifornii, zatem "Enquirer" kusi z okładki artykułem Śliskie seksualne skandale Obmacywatora. Aby zapewnić sobie pozory odpowiedzialności obywatelskiej, dołączyli też infografikę pt. Na kogo zagłosujesz? wymieniającą innych sławnych kandydatów: Gary'ego Cole'a - byłą dziecięcą gwiazdę pośledniej jasności, wydawcę "Hustlera" Larry'ego Flynta i gwiazdę porno Mary Carey. Ta ostatnia obiecuje zwolnić usługę tańca erotycznego od podatku.

"The Sun" twierdzi, że rząd dorwałby Saddama, gdyby zinterpretował przepowiednie Nostradamusa jak należy. "Weekly World News" zapoznaje czytelnika z wyznaniami pewnego kosmity mającego wiele do powiedzenia o "namiętnych nocach" spędzonych na pokładzie latającego talerza w towarzystwie Moniki Lewinsky.

Redakcja "Globe'a" poświęciła cały numer konsekwencjom aresztowania Kobe'ego Bryanta pod zarzutem gwałtu. Z kolei redakcja "Novej" informuje, iż Demi Moore i Ashton Kutcher zamieszkali razem (POŻEGNAJ SIĘ Z WOLNOŚCIĄ, ASHTON!)

- Jesteś tym facetem od Alice? - Sekretarka odnotowuje moje istnienie z taką przykrością, jakby wolała już wydłubywać okruchy szkła z otwartej rany.

- Masz na myśli A.V.B.?

Wywraca oczami i przywołuje mnie do siebie gestem dwóch zakrzywionych palców. Wygląda mniej więcej jak urzędniczka w stylu rockabilly. Spiczaste oprawki jej okularów lśnią jaskrawą czerwienią, podobnie jak szminka i sztuczne paznokcie.

- Nie nazywaj jej tak.

- To jak mam ją nazywać?

- Ona zaraz przyjdzie.

Z recepcji można dojrzeć wnętrze redakcji. Niewiele się tam dzieje. Około dwudziestu osób pracowicie stuka w klawiatury na ustawionych rzędem biurkach. Połowa biurek jest pusta. Rolety opuszczono, jarzeniówki emitują ostry blask, a klimatyzator buczy odrętwiająco. W powietrzu unosi się stęchła woń tuszu drukarskiego, przypalonej kawy Folgers i beznadziei.

Podchodzi do mnie jakaś kobieta po pięćdziesiątce.

- Masz dla nas info o ciąży Courteney Cox?

- Chyba mieliśmy rozmawiać w sprawie pracy.

Babka ma krótkie włosy uklepane w sztywny bursztynowy hełm i spodnium w stylu Hillary Clinton, który kupiła na przecenie.

- A, jasne - odpowiada. - No więc w razie gdyby ktoś pytał, to ty nic nie wiesz.

Rusza przez biuro ptasim kroczkiem, a ja podążam za nią. Jestem dość zaskoczony - po takim miejscu człowiek spodziewałby się ożywionych dyskusji, gwaru. Tymczasem w siedzibie US Media wieje apatią niczym w kasynie przy granicy stanowej. Ciszę przerywają wyłącznie ataki czyjegoś gruźliczego kaszlu, stukot klawiatur i sporadyczne rozmowy telefoniczne. Wyłącznie wychodzące. Nikt tutaj nie dzwoni.

- Za tymi drzwiami jest "Enquirer". - Moja przewodniczka wskazuje na nieoznakowany szary korytarz strzeżony przez ochroniarza. Pojawia się odwodniony typ z przerzedzonym wąsem i niezdrową cerą.

- Cześć, Jerry - mówi A.V.B. głosem dalekim od entuzjazmu.

- Alice. - Wąsacz kiwa jej głową na powitanie, po czym zerka na mnie.

- To o nim rozmawialiśmy? Chłopak, który zna dilera Ryana Philippe'a?

- To kandydat do pracy w "Novej" - odpowiada sucho Alice.

- Zajrzyj do mnie, jak już będziesz wychodził. - Wąsacz mruga figlarnie. - Jestem pewien, że się dogadamy.

Gdy odchodzimy dość daleko, żeby Jerry nie mógł nas usłyszeć, Alice wbija we mnie burozielone spojrzenie.

- Nawet o tym nie myśl. To robota bez perspektyw. Tkwiłam w niej przez dziesięć lat, zanim udało mi się przebić z artykułem o uzależnieniu Rusha Limbaugh.

Milczy przez dłuższą chwilę, po czym dodaje:

- Na gosposię zawsze można liczyć.

- Po co wam te zasieki? - pytam. Ponure oczy ochroniarza ścigają mnie po całym pomieszczeniu.

- Dla bezpieczeństwa.

- Na wypadek gdyby ktoś wkurzył się tym, co o nim napisaliście, i próbował tu wtargnąć?

- Szefostwo zaczęło tego wymagać dwa lata temu. Jakiś wariat wysłał wąglik do centrali na Florydzie.

- I co było potem?

- Nieszczęście. Zmarł jakiś facet. Ale ty się nie przejmuj, on tylko obrabiał zdjęcia.

Gdy wreszcie stajemy w czterech ścianach jej gabinetu, A.V.B. przechodzi wprost do sedna.

- Czemu taki bystry chłopak chce pracować właśnie dla nas?

Najwyraźniej pierwszy raz widzi moje CV. Plakietka na jej biurku głosi: Alice Van Bronx, redaktor ds. wiadomości.

- Marzę o poznaniu Bat Boya. - Staram się dorównać jej w nonszalancji. - Zagląda tu czasem?

- On ma tysiąc lat. Woli wygrzewać kości w Boca Raton.

Alice milknie i przygląda mi się z taką miną, jakbym był niedojrzałym warzywem.

- To garnitur twojego ojca?

- Już nie.

Garnitur ewidentnie jest po kimś - za luźny w klatce piersiowej, za to zbyt wąski w ramionach. Dopiero co osiągnąłem wiek uprawniający do picia alkoholu. Jestem dość ogarnięty, żeby w ogóle wbić się w garnitur, a jednocześnie zbyt spłukany, żeby oddać go do krawca. Stanowię idealne mięso armatnie.

Owszem, rozpaczliwie potrzebuję pracy, ale sytuacja, w której się znalazłem, jest najeżona czerwonymi flagami. Na przykład nie wyobrażam sobie pracować dla tabloidu. A jeśli nawet, to nie będę wysłuchiwał docinków drętwej przełożonej, wyglądającej jak pracownica działu HR firmy ubezpieczeniowej z Nowej Anglii. Emanuje cynizmem i znużeniem kogoś, kto nie wierzy już w nic. A ja może i jestem niedoświadczony życiowo, lecz dorastanie w LA wyposażyło mnie w czujnik hucpy. Nie po raz pierwszy spotykam kogoś takiego jak Alice Van Bronx - przybyszkę z Północy udającą, że uwłacza jej nasz hollywoodzki blichtr. Wystarczy jednak zajrzeć za tę fasadę i znajdziesz pamiątkowe zdjęcie z premiery sequela Legalnej blondynki. Babka pręży się na nim obok wyszczerzonej profesjonalnie Reese Witherspoon.

- Nagroda imienia H.L. Menckena za wybitne osiągnięcia w dziedzinie dziennikarstwa? Nieźle.

Alice uśmiecha się blado. W moim college'u nie było nawet wydziału dziennikarstwa.

- Szukamy reporterów z prawdziwego zdarzenia, takich, którzy nie zadzierają nosa - ciągnie. - Widzisz się w tym opisie?

- Czy ja wiem? - Wbijam wzrok w jasne półksiężyce na swoich paznokciach. - Co masz na myśli, mówiąc o niezadzieraniu nosa?

Alice chce usłyszeć, że zostanę posłusznym, lojalnym narzędziem w służbie rozrastającego się imperium US Media. Ale nie przechodzi mi to przez gardło. Być może powinienem się stąd ewakuować, wyznając jej prawdę - że mój list motywacyjny to stek bzdur. W liceum pisywałem o sporcie do szkolnej gazetki, ale wylali mnie za "niesubordynację", a studencki magazyn literacki podziękował za moje felietony o kulturze po tym, jak porównałem kampusowych ochroniarzy do gestapo.

- Podoba mi się twoja szczerość. - Alice przysuwa się bliżej. - Słuchaj, branża zmienia się na naszych oczach. Ci wszyscy blogerzy mogą napisać, co im tylko przyjdzie do głowy, i to natychmiast trafia do ludzi, całkiem za darmo. Potrzebujemy pracowników, którzy są godni zaufania i znają się na dziennikarstwie.

- Czyli chcecie zostać drugim "People"? - pytam.

- Ale bez tych gównianych laurek przysyłanych ze studiów filmowych. - Krzywi wargi w osobliwym grymasie. - Chcę, żeby nasi czytelnicy zajrzeli za zamknięte drzwi wszystkich fajnych klubów. Żeby poczuli się jak goście imprez dla VIP-ów, żeby mogli balować ze sławami.

Zaczynam się niespokojnie wiercić. Skóra swędzi mnie pod garniturem, a krawat zaciska się na szyi niczym pętla. Nazwała kluby "fajnymi". Muszę stąd wyjść, wydostać się z tego biura, z tego miasta. Jeśli zaraz siądę za kółkiem, to powinienem dotrzeć na pustynię, zanim zapadnie zmierzch. Mam akurat dość pieniędzy na benzynę. Ale zanim zdążę cokolwiek zrobić, rozlega się pukanie do drzwi. Alice Van Bronx wpuszcza nowo przybyłą, która jest piękną dziewczyną o włosach czerwonych jak płomień.

- Co to za słodziak? - pyta, taksując mnie wzrokiem.

- Być może nasz nowy reporter - odpowiada Alice. W jej głosie dźwięczy tłumiona wrogość. - Mogę w czymś pomóc, Brendo?

- Jest gość do ciebie. Mówi, że to pilne.

- Facet od Courteney Cox?

- Nie, ten od ślubu Bena Afflecka i Jennifer Lopez. Mówi, że ma cenne informacje, ale tanio ich nie sprzeda.

- Kurwa. No dobrze. - Alice zrywa się na równe nogi i wręcza rudej moje CV oraz list motywacyjny. Dziewczyna ma na sobie czarny prześwitujący top i dżinsy z metką od projektanta. - Dokończysz za mnie rozmowę kwalifikacyjną?

Rudowłosa kiwa głową. Alice oznajmia, że bardzo się cieszy, iż się poznaliśmy i że z pewnością wkrótce się do mnie odezwie. A potem znika.

- Witaj w redakcji "Novej" - mówi ta ruda, prowadząc mnie do swojego gabinetu na rogu korytarza. Ma postrzępioną grzywkę, a jej blady, piegowaty lewy biceps zdobi tatuaż krowiej czaszki. - Niech zgadnę. Wywinęli ci ten stary numer? Nie powiedzieli, gdzie właściwie aplikujesz?

- Miałem nadzieję, że do "Entertainment Weekly".

- Nikt nie zabroni marzyć - odpowiada, a dźwięk jej śmiechu jest niczym promień słońca, rozświetlający ten upiorny zakątek. - Tu nie jest aż tak źle.

Dziewczyna wpatruje się w szachownicę biurowych kubików i dodaje po namyśle:

- Ale wiesz, na pewno mogłoby być lepiej.

Zaprasza mnie do pomieszczenia o ścianach obwieszonych ulotkami z koncertów Hole i Stone Temple Pilots. Na biurku stoi plakietka z napisem: Brenda You, dyrektor oddziału na Zachodnim Wybrzeżu. Jest taka ładna i taka bystra, że zaczynam się zastanawiać, jaki popełniła w życiu błąd, że trafiła do tej Gehenny.

Czyta moje CV i unosi brew.

- Naprawdę jesteś tak blisko z Mary-Kate i Ashley?

- Mogę być z tobą szczery?

Przytakuje. Oszałamia mnie przejrzysty błękit jej spojrzenia. No to jedziemy, na przypale albo wcale. Nie jestem w stanie okłamać tej kobiety. Musi być fantastyczna w swojej pracy.

- Żadnej z nich nie widziałem na oczy - wyznaję. - To znaczy znam typa, który twierdzi, że kiedyś z nimi jarał, ale cała reszta tego listu to fikcja.

- Co tak naprawdę chciałbyś robić w życiu? - pyta, kompletnie niewzruszona moim kłamstwem.

- Pisać książki. Tworzyć sylwetki raperów, może jednego czy dwóch zawodników NBA. Zarobić na podróże i kupić na emeryturze działkę w jakimś niedrogim lesie.

Brenda posyła mi uśmiech.

- Nikt już nie czyta książek. Wiesz, sama piszę książkę, ale chodzi mi o to, że każdy z nas potrzebuje pracy.

- O czym jest?

- To erotyczny thriller o hollywoodzkiej aktorce, która zostaje seryjną morderczynią - śmieje się promiennie.

Na biurku dostrzegam oprawione w ramkę zdjęcie Brendy i jej mniejszej kopii. To zapewne córka. Wygłupiają się z papierowymi koronami na głowach, siedząc w restauracji Medieval Times.

- Słuchaj, wiem, że to wszystko wydaje ci się niepoważne - ciągnie. - No i rozumiem, bo Pulitzera raczej tutaj nie zdobędziesz. Ale Capote miał rację, że cała literatura to tak naprawdę plotki. Poza tym nigdy nie będziesz się tu nudzić. Przechodzimy na wyższy poziom, koniec z tym tabloidowym tandeciarstwem. "Nova" właśnie podkupiła szefową redakcji z "Us Weekly".

Patrzę na nią zdezorientowany. Brenda zwięźle przybliża mi sylwetkę swojej nowej przełożonej, Kanadyjki, matki czwórki dzieci, która stworzyła nowoczesny format tygodnika o celebrytach, z rubrykami w rodzaju "Czy gwiazdy są takie jak my?", "Miernik sławy" i "Kto lepiej wyglądał w tej kreacji?". Otrzymała za przejście do "Novej" półtora miliona dolarów pensji, a także udziały w firmie i zgodę na przeniesienie głównej siedziby magazynu z Florydy do Nowego Jorku.

- Chcemy, żeby "Nova" była młodszą siostrą "Us", tylko taką bardziej młodzieżową i sexy - wyjaśnia Brenda.

- Kiedy mnie nawet nie interesują gwiazdy.

- Dlatego idealnie się sprawdzisz. - Zmiękcza mnie tym swoim olśniewającym uśmiechem. - Nie będziesz ich traktował jak nadludzi.

Stopniowo zdaję sobie sprawę, dlaczego Brenda wydaje mi się znajoma. Jest sobowtórką rudowłosej femme fatale z serialu Melrose Place. Tej, która zostaje przejechana podczas własnego wesela przez przemocowego ojca byłej wspólniczki.

- Mogę cię o coś zapytać?

- Jasne - odpowiadam.

- Jesteś gejem?

- Nie... A co, powinienem?

- Wiesz co, na pewno byśmy się zaprzyjaźnili. Ale to lepiej, że nie jesteś. Wszyscy, którzy tu pracują, są albo kobietami, albo gejami, albo siwiejącymi nadętymi Brytolami z Fleet Street. Potrzebujemy młodego modnego chłopaka, który wejdzie do klubów, namierzy wszystkie gwiazdy, pozna ich dziewczyny i koleżanki tych dziewczyn. One zawsze paplają najwięcej.

- Przepraszam. Chyba nie jestem odpowiednim człowiekiem do tej roboty. - Na samą myśl robi mi się słabo. - Wyglądasz na fajną osobę i naprawdę chciałbym ci pomóc, ale...

- Nie bądź taki kategoryczny - śmieje się Brenda. - Weź jedno czy dwa zlecenia w trybie wolnego strzelca, zobacz, jak ci pójdzie. Zarobisz pieniądze, a w międzyczasie zawsze możesz aplikować do innych miejsc.

- Tylko nie każ mi grzebać w śmieciach Jessiki Alby.

- Zaopiekuję się tobą. Co powiesz na dziś wieczór? Jesteś wolny?

- Już mówiłem, że naprawdę nie...

- Pewnie kojarzysz Britney Spears? - Brenda przerywa mi w pół słowa.

Nie mam innego wyjścia, jak tylko opowiedzieć anegdotkę o moim udziale w nagraniu teledysku do ...Baby One More Time, która w międzyczasie stała się hitem.

Świecą jej się oczy. Takim oczom niepodobna się oprzeć.

- No to słuchaj. Dziś jest rozdanie nagród Teen Choice Awards. I naprawdę potrzebujemy kogoś, kto pójdzie na afterek do Privilege.

Stuka w blat biurka długimi czarnymi paznokciami.

- Mamy cynk, że Britney się tam zjawi. Byłeś kiedyś w Privilege, prawda?

- Jasne - odpowiadam. To nie do końca prawda, ale czuję, że zostałem dopuszczony do komitywy z Brendą i nie chcę teraz wyjść na przegrywa, który nigdy nie przestąpił progu najmodniejszego klubu w Los Angeles.

- Będę na liście?

Brenda śmieje się z mojej naiwności.

- Oczywiście, że nie. Ale wyglądasz na bystrego, obrotnego chłopaka i wierzę, że jakoś sobie z tym poradzisz. Drinki, benzynę i łapówki dla bramkarzy możesz wrzucić w koszty. No i dostaniesz dwieście dolców.

- Mam po prostu opisać swoje wrażenia z klubu?

- Napisz o wszystkim. Kto był, w co się ubrał, z kim rozmawiał, co pił i jakie brał prochy. Ale skup się na Britney.

Mam ostatnią szansę, żeby się z tego wymigać. Ale zacząłem już przekonywać samego siebie, że to dobry pomysł. Po prostu pójdę do klubu. Teoretycznie jutro rano stu innych kolesi mogłoby spieniężyć w "Novej" swoje wrażenia. Dlaczego więc nie miałbym to być ja? Poza tym jak wytłumaczę samemu sobie z przyszłości, że odrzuciłem szansę, by imprezować z Britney Spears?

Być może nie zobaczę tam nic ciekawego. Może Britney wcale się nie zjawi. To mogłaby być moja najłatwiejsza kasa w życiu.

Tak, tak. Jesteście pewni, że natychmiast dostrzeglibyście rozpościerającą się u waszych stóp otchłań. Jesteście wzorem cnót. Perspektywa podglądania gwiazd wzbudziłaby w was moralny opór i wyszlibyście bez wahania. Może tak, a może i nie, jeżeli nie mielibyście nic lepszego do roboty. Mówię Brendzie, że się zgadzam, ale tylko na ten jeden raz. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Zapewnia, że dokonałem dobrego wyboru. "Będzie fajnie, obiecuję".

- Postaraj się dostarczyć tekst do jutra do dziesiątej. - Wręcza mi swoją wizytówkę ozdobioną czarno-białą karykaturą w stylu undergroundowych komiksów. - Odbiorę o każdej porze. Nie rób niczego, co by ci sprawiło dyskomfort, ale też się nie bój.

- Czego miałbym się bać?

- Dokładnie. Możliwe, że później dołączy do ciebie fotograf. Ma na imię Oliver. Przyzwyczaisz się do niego.

 

[...]

Tytuł oryginału: Waiting for Britney Spears. A True Story Allegedly

 

Redakcja: Anna Karczewska

Korekta: Marta Śliwińska

Projekt okładki: Dewey Saunders

Źródła zdjęć z okładki: Elliott Cowand Jr/Shutterstock, Bauer-Griffin/GC Images/Getty Images (4), SPLASH/East News, Backgrid/East News, MB Pictures/Rex Features/East News (2), PhotoFlow/Alamy Stock Photo/BE&W

Fotoedytor: Agnieszka Żelazko

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

Copyright ? 2025 by Jeff Weiss

Copyright ? for Polish Translation by Nina Wum 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-838-0585-6

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej