1861
Kiedy się czegoś bardzo pragnie, to sprawy same idą w dobrym kierunku. Jeszcze parę lat temu nikt by nie podejrzewał Karola o zmysł handlowy i smykałkę do interesów. Rodzony brat Karoliny wykpiwał jego ślamazarność oraz chwiejność, zarzucał mu brak zasad moralnych, ale spokorniał, przekonawszy się, kto zaczyna rozdawać karty w cukiernictwie warszawskim. Jak tak dalej pójdzie, to rozszerzy się ofertę na inne miasta. Może Lublin byłby dobry na początek; Alexander, szwagier Karola, nieźle sobie radzi w tym mieście, jego fabryczka narzędzi ślusarskich prosperuje coraz lepiej. Eleonora najpierw rozpaczała z powodu przeprowadzki z Warszawy do mniejszego miasta, ale szybko pogodziła się z losem. Już kupili dom z ogrodem na obrzeżach Lublina, bo tam nieruchomości tańsze. Dzieci miały miejsce zabaw, ona wytchnienia, a jej mąż w letnie popołudnia zapraszał kompanów na grę w wista do altanki. Niedawno urodziła się im córeczka Emilka, więc to dobry powód do złożenia im wizyty; dawno należało to uczynić, tylko co począć, skoro trzeba nieustannie chodzić koło własnego interesu? "Mój Karol też nie pozostał w tyle; nabył kilka parcel i kamienicę przy Szpitalnej z myślą, aby wkrótce przenieść tam cukiernię i wytwórnię. Prawda, kamienicę ma kupić później, na razie trwają w tej sprawie rozmowy. O czym ja się znowu dowiedziałam ostatnia, czy też raczej mężowi się wydawało, że mi mówił wcześniej", westchnęła Karolina Wedlowa, stojąc w wykuszu okna i swoim zwyczajem podsumowując miniony rok.
Zgrzeszyłaby narzekaniem, gdyż był wcale udany, a jakieś tam niedociągnięcia, drobne sprzeczki czy nawet większe nieporozumienia stanowiły część normalnego życia. Najważniejsze, by zdrowie dopisywało, bo wtedy człowiek sobie ze wszystkim poradzi. Nawet Robert podczas Bożego Narodzenia zachowywał się inaczej niż dotychczas, a do Karola odzywał się z uszanowaniem. "Cóż, jego cukiernia w Dolinie Szwajcarskiej jest, bo jest, dochody przynosi, ale to o naszej mówi całe miasto. Karol miał nosa; w Berlinie była za duża konkurencja do takiego interesu, z kolei środków należałoby wyłożyć mnóstwo bez gwarancji, że się zwrócą".
- O co chodzi, Klementyno? - powiedziała, widząc na progu postać guwernantki.
- Panienka Eli znowu nie powtórzyła słówek z francuskiego, a rosyjskiego wręcz odmawia się uczyć, choć tłumaczę, że to język urzędowy Królestwa Kongresowego. Gdyby wielmożna pani zechciała przemówić jej do rozumu, bo ja nie potrafię. Widocznie się starzeję.
- Eli skończy w tym roku dziewięć lat, to jeszcze dziecko. Ale rzeczywiście uparta jest jak kozioł. Emilek był w tym wieku zupełnie inny.
- Łatwy do prowadzenia wychowawczego - przyznała pani Rozbicka. - Lecz teraz...
- To inna kwestia. Postaram się przemówić Eli do rozumu. Rosyjskim się nie przejmuj, Klementyno. Mieszkając tutaj, chcąc nie chcąc, się go nauczy przez samo osłuchanie. Natomiast francuski... Warto przemawiać do niej w tym języku i nie reagować, jeśli odpowie po polsku.
- Eli na szczęście kocha niemiecki, a już o angielskim mówi, że jest mową dla wybranych. Tylko ten nieszczęsny francuski... Proszę wielmożnej pani, czy ja bym nie mogła pomagać w cukierni? Podawać gościom czekoladę?
Karolina pokręciła głową.
- Owszem, pięknie sobie poradziłaś, gdy personel zmogła influenza, ale na miłość boską, ktoś musi zostać w domu! Masz inne zadania; wszak przeprowadzasz rozmowy z pannami do kelnerowania. Co prawda, bywasz zbyt surowa. Nie robisz wszak konkursu na najlepszą partię dla jakowegoś następcy tronu, kelnerka Wedlów nie musi znać kilku języków, wystarczy, że się wysławia poprawnie po polsku. Ma być chętna do pracy, czysta i nade wszystko uczciwa - odpowiedziała Karolina Wedlowa, wspominając jednocześnie dziewczyny jakby niespełna rozumu, którym przy tym nie brakowało sprytu.
Patrzyła przez palce, gdy popijały czekoladę, jadły karmelki i pralinki, wiedząc z doświadczenia, że apetyt na słodycze minie prędko. Toż w ich domu nikt nie tykał deserowych specjałów; nawet Karol, jej mąż, czuł przesyt. Emilek dzień w dzień przesiadywał w sklepie i wytwórni, co cieszyło rodziców, ale do czekolady odczuwał wręcz obrzydzenie. Spożywał ją niejako służbowo, przedkładając nad nią pospolite śledzie. Karolina nie mogła jednak pozwolić na wynoszenie czegokolwiek na zewnątrz, to była przecież zwyczajna kradzież. Panna, którą na tym przyłapano, natychmiast traciła miejsce, otrzymując przy tym surową reprymendę. Niech się taka cieszy, że nie dostała w pakiecie wilczego biletu.
- Surowa czy nie surowa, proszę pani. I to nie pomogło ustrzec czci... Będą gadać, że u nas rozpusta, wtedy cukiernia popadnie w niesławę i pies z kulawą nogą do niej nie zajrzy - odparła Klementyna Rozbicka. - Ja przede wszystkim w sprawie panny kelnerki Mieci, czeka za drzwiami.
- Miecia? Porządna dziewczyna, czysta jak kryształ, klienci ją lubią, tak chętnie służy pomocą, a jak się po swojemu uśmiechnie, zniewalająco, to podwajają zamówienie, byłam tego świadkiem.
- Uczciwa to może ona jest, lecz czy porządna... Po prawdzie niektórzy mężczyźni mają diabła za skórą, więc trudno się obronić przed ich sztuczkami.
- Wiedziałam, historia miłosna. Poproś tu Miecię - rzekła Karolina Wedlowa, myśląc nie po raz pierwszy, że każda działalność przynosi konieczność dodatkowej pracy, a także skutkuje nieprzewidzianymi zdarzeniami.
Ona sama najlepiej czuła się w cukierni, ale czy chciała czy nie - musiała zajmować się również sprawami służby, pracowników, dostawców. "A gdzie ja, gdzie mój dom, gdzie dzieci?", wzdychała, lecz cóż mogła począć. W niedzielne popołudnia w cukierni zjawiały się całe rodziny z dziećmi, w dni powszednie przeważali mężczyźni. Karolina zdawała sobie sprawę, iż smakuje im czekolada, lecz wizja ładnych, uśmiechniętych kelnerek stanowi dodatkową zachętę. Nie miała nic przeciw temu, zapowiadając uprzednio każdej pannie, aby pamiętała o skromności, a także o przyzwoitym zachowaniu. Wolno, a nawet trzeba odpowiadać uśmiechem na uśmiech, wykluczone są jednak wszelkie nieobyczajne flirty lub nie daj Boże romanse.
- Pamiętajcie, że będziecie mieć do czynienia z mężczyznami, którzy często posiadają rodziny i trzymają je w ukryciu. Jeśli któryś jest stanu wolnego i ma czyste zamiary, jeśli zapała do którejś z was uczuciem, niech przyjdzie do mnie, waszej opiekunki, w celu poproszenia o rękę. Jeśli zaproponuje cokolwiek innego, to wiedzcie, że tylko nieczyste sprawy, niemoralne i z waszą krzywdą - zapowiadała pannom kelnerkom.
Dziewczęta z rodzin rzemieślniczych i drobnych mieszczan niemal codziennie pytały, czy jest miejsce. Wiadomo było wszem wobec, iż państwo Wedlowie wymagają sporo, ale płacą też nieźle, w dodatku praca w cukierni wydawała się taka ekscytująca! I ci eleganccy panowie, z którymi można było grzecznie porozmawiać! To zupełnie co innego niż pomaganie matce w kuchni. Wiele też przychodziło do Wedlów w jednej intencji: znaleźć męża. Rodzice je często zresztą zachęcali, wiedząc, że pani Wedlowa będzie mieć nad wszystkim pieczę, a córka szybciej pozna odpowiednią partię w cukierni niż tkwiąc w domu.
Klementyna Rozbicka trzymała mocno rękę kelnerki Mieci, a z miny tej ostatniej można było wyczytać pragnienie ucieczki gdzie pieprz rośnie.
- Jak wtedy byłaś odważna, to teraz nie tchórz - wysapała, a pani Wedlowa spytała dziewczynę o imię i nazwisko, właściwie pro forma, po prostu chciała przywołać ją do pionu.
- Mieczysława Wójcikówna. Córka rymarza z Powiśla. Tatko uprosił o miejsce dla mnie i... - wychlipała kelnerka.
- Gdyby tylko wiedział, co uczyni córka! Ale nie warto płakać nad rozlanym mlekiem. Mów panna, co się stało, choć w zasadzie już wiem.
- Otóż, otóż... Przychodził tutaj niejaki pan Kazimierz Kruczek. Bardzo grzeczny, bardzo ułożony, od razu było widać, że nie byle kto. Mówił, że zarządza mająteczkiem w pobliżu Grodziska, choć jego właściciele są, za przeproszeniem, niezbyt tędzy na umyśle i lekceważą jego rozumne rady. Z tego powodu mogą zostać wkrótce zlicytowani, a on rozgląda się za inną posadą, naturalnie, godną nazwiska, które nosi. Pan Kruczek jest bowiem szlachcicem, choć majątku już nie ma, został skonfiskowany rodzicom po listopadowym powstaniu - zaczęła opowiadać Miecia, więc pani Karolina Wedlowa westchnęła, postanawiając się uzbroić w elementarną cierpliwość.
- Panno Mieciu, proszę przejść do rzeczy - napomniała.
- Tak, proszę wielmożnej pani - odparła urażona kelnerka.
Przez głowę przemknęła jej myśl, że wielkim tego świata łatwo mówić i osądzać. A przecież o jej chlebodawczyni mówiono różne rzeczy. Kilka lat ponoć żyła w grzechu, póki w końcu udało się jej poślubić człowieka będącego wcześniej mężem jej najlepszej przyjaciółki. Jeszcze wcześniej mieszkali w Berlinie we trójkę i pewnie wyprawiali przeróżne bezeceństwa. Naturalnie ludzie od wieków obgadywali bliźnich, lecz zdaniem Mieci w każdej plotce tkwiło ziarno prawdy. Teraz pani Karolina była już w podeszłym wieku, niedawno wszak przekroczyła czterdziestkę. Kiedyś Miecia żywiła przekonanie, że tacy ludzie już nie żyją. Przekonawszy się o swojej pomyłce, uznała jednak co innego: starzy powinni szykować się na godną śmierć, a już na pewno żyć cicho, niepostrzeżenie, pamiętać o popełnionych błędach zamiast wytykać je młodszym, do których teraz należy świat. Tymczasem pani Wedlowa parę lat temu powiła córeczkę, a dziś wystrojona, jakby niedawno skończyła osiemnaście lat, królowała w cukierni, pilnowała wywiązywania się z obowiązków, rozmawiała z klientami, dostawcami, pracownikami fabryczki, nie myśląc w ogóle, że jest kobietą, zatem tego rodzaju sprawy powinna zostawić mężowi. Ta duma, ten spokój, ta pewność siebie... "Ale kto bogatemu zabroni?", rozmyślała kelnerka Miecia przepełniona goryczą z powodu własnej krzywdy. Spojrzała szefowej w oczy i zmieszała się, gdyż na ustach pani Karoliny igrał uśmiech ni to kpiący, ni to pełen zrozumienia.
- Proszę, niech panna Miecia nie zastanawia się nade mną, lecz nad sobą - powiedziała pracodawczyni, jakby czytała w jej myślach.
"Cóż, nie było trudno przejrzeć Miecię i podobne jej dziewczyny", pomyślała i westchnęła cicho Karolina, wspominając młode lata. Wiele wylała łez, wiele nocy spać nie mogła, tak bardzo jej życie zdawało się oparte na kruchych podstawach, tworzyły je zamki budowane wręcz na lichych piaskach, tym bardziej że przy boku miała Karola, którego kochała nad życie, ale z którym często trudno było dojść do ładu. W sumie wcale się nie zmienił... Po tym, przez co przeszła, po niepewności i kolejnych zwątpieniach, po przykrych rozmowach z rodziną, a najbardziej z bratem, Karolinie wyrósł pancerz, czyli innymi słowy: zobojętniała. Dawniej olimpijski spokój był pozą przybieraną po to, by nie zrazić ukochanego Karola oraz by nie dawać otoczeniu kolejnego powodu do plotek, ale obecnie stał się drugą naturą Karoliny. Nie miała serca z kamienia; zachowała wrodzoną wrażliwość, zdając sobie jednak sprawę z konieczności zachowania spokoju w każdej sytuacji. Wszystkie kiedyś mijały, a przy rozumnym postępowaniu mijały jeszcze szybciej, natomiast denerwowanie się mogło doprowadzić do ciężkiej choroby. Karol, chcąc nie chcąc, nauczył ją, że czasem warto stanąć cicho w miejscu, przeczekać, wypróbować różne rozwiązania, nie zwracać uwagi na ludzkie gadanie. Z kolei papa kiedyś powiedział, iż gdyby słuchał, co inni plotą, to nigdy by nie został kupcem. "Trzeba robić, co do nas należy, a reszta w ręku Boga", mówiła w duchu Karolina Wedlowa, spoglądając niecierpliwie na Miecię. Nie wygrała czasu na loterii i naprawdę miała co robić w cukierni, której dobra sława była teraz zagrożona przez tę dziewczynę. Czekała ją jeszcze rozmowa z Eli, z Emilkiem, wreszcie musiała dojrzeć gotowania obiadu, pomyśleć też, kiedy złożyć zaległe wizyty, upomnieć pokojówkę za niedbałe sprzątanie. Na wołowej skórze się tego nie spisze, tymczasem...
- Pan Kazimierz Kruczek zamawiał zawsze filiżankę pitnej czekolady, najczęściej Dessert, a na wynos kupował karmelki śmietankowe. O zdrowie pytał, powtarzał, jak pięknie wyglądam, jaka jestem pracowita, sympatyczna i w ogóle. Czekoladę do picia od razu mi proponował, poczęstunek od niego, powtarzał. Naturalnie, odmawiałam, raz, że już nie mogę patrzeć na słodycze, dwa, że zabroniono siadać z gościem przy jednym stole. Mówiłam to panu Kazimierzowi, a jakże. To on do mnie o spacerze, gdy skończę pracę. Albo w wolny dzień. Namawiał i namawiał, więc się zgodziłam. Parę razy poszliśmy do Łazienek...
- Dlaczego nie zaprosiłaś go do domu, by zapoznać z rodziną? Tak przystoi. A na spacer powinniście iść z przyzwoitką.
- Kiedy, proszę wielmożnej pani... Gdzie i skąd przyzwoitka, nie w naszych sferach. No, znalazłaby się jakaś starsza ciotka, tylko pan Kazimierz nie był skłonny do odwiedzin. Krępował się biedy, najpierw musi znaleźć posadę, mówił.
- Bzdura! Uczciwych zamiarów nie miał, w tym rzecz! Gdyby było inaczej, toby przyszedł do domu twoich rodziców, na pewno by mu pomogli.
- On tak ładnie opowiadał o sobie, tak przekonywająco. Uwierzyłam we wszystko, więc chodziliśmy na spacery...
- Z samego podziwiania Łazienek biedy by nie było - wtrąciła nieco ironicznie Karolina Wedlowa. - Gdzie się później spotykaliście, u kogo? A płacił przynajmniej za tę naszą czekoladę?
- Naturalnie, proszę pani. No, parę razy mu pożyczyłam, miał oddać po uzyskaniu posady. No... Zaprowadził mnie do mieszkania kolegi, który wyjechał za interesami do Rosji. No... I tam... kilka razy - jąkała Miecia, gotowa lada chwila wybuchnąć płaczem i starając się nie widzieć miny pracodawczyni, która wznosiła oczy do nieba wobec tak bezbrzeżnej naiwności swojej kelnerki.
- Trzeba było od razu przyjść do mnie, a teraz zagrożona jest nie tylko twoja reputacja, lecz i reputacja naszej cukierni. Czy pan Kazimierz ma zamiar przyjść jeszcze?
- Pojutrze, proszę wielmożnej pani, nic mu nie mówiłam, zatem pewne, że będzie - odpowiedziała szczerze Miecia.
- Czyli przeczuwałaś jego charakter. Oszukiwałaś się, żyłaś złudzeniami, bo chciałaś poczuć szczęście.
- A która tego nie chce? Ja... Proszę pani... Ja... Ojciec mnie zabije. Dobry człowiek z niego, ale za to mnie zabije.
- Siedź cicho. Zostaw te sprawy mnie, może uda się odwrócić zły los - powiedziała Karolina Wedlowa. - Tylko trzymaj język za zębami, pamiętaj!
Za dwa dni pan Kazimierz Kruczek usiadł przy jednym z cukiernianych stolików, po czym skinął na Miecię. Zamiast niej stanęła przy nim żona pana Wedla, prosząc go o chwilę rozmowy na osobności. Udali się do kantorka na zapleczu i pierwszą czynnością pani Karoliny było zamknięcie drzwi. Zasunęła jeszcze aksamitną storę, a następnie oskarżyła pana Kruczka o bałamucenie pracownic.
- Mieczysława opowiedziała mi wszystko. Tak się nie godzi, gdzie pana poczucie honoru, gdzie zasady przyzwoitości? Jeśli się pan z nią ożenisz, to może Bóg wybaczy niecne postępowanie.
- Że co, proszę szanownej pani? Z panną Miecią jedynie rozmawiałem niezobowiązująco, zatem nie rozumiem pretensji. Ślub? Najsampierw powiem: mam już żonę, dwoje dziatek, a wkrótce zjawi się trzecie...
- Po coś pan w takim razie zawracał głowę niewinnej dziewczynie? Od pracy odciągał? Jeszcze płaciła za pańską czekoladę!
- Akurat nie miałem przy sobie gotówki, a panna Miecia zaoferowała pożyczkę, normalnie, jak to między ludźmi. I my tylko... - zapienił się pan Kruczek, lecz Karolina Wedlowa weszła mu w słowo.
- Z owych ludzkich relacji, rozmów, spacerów, już nie wymienię dokąd, to moja pracownica zostanie matką. Co pan na to? Bo ja nie pozwolę...
Pan Kruczek zaczerwienił się srodze.
- Ta panienka mogła mieć wiele innych sposobności do macierzyństwa. Nie ze mną, nie ja. Proszę mi nie grozić! - przerwał jej ostrzejszym tonem.
- Cóż, skoro pan w ten sposób stawia sprawę, to nie pozostaje mi nic innego jak rozmówić się z pańską małżonką, gdzie zapewne znajdę posłuch i zrozumienie - odpowiedziała słodko Karolina, a do uwodziciela dotarło, że to nie przelewki.
- Żony proszę nie mieszać. Co pani proponuje? - spytał już zupełnie innym tonem, więc pani Wedlowa, myśląc, że Miecia okazała się bezdennie naiwna, a jej wybranek jest większym szubrawcem, niż obie sądziły, wymieniła sumę.
To jest, najpierw w duchu, a następnie pomnożyła ją przez dwa i powiedziała głośno. Słuchając okrzyków zgrozy oraz oburzenia, że trudno wejść w posiadanie takich pieniędzy, powtórzyła słowa o spotkaniu z żoną pana Kruczka.
- Jeśliś pan miał sumienie zawracać głowę innej, która w dobrej wierze zaufała... Zdobądź pan te pieniądze, a Miecia nie będzie mieć pretensji, ręczę za to. Daję panu tydzień i będziemy kwita. Widzimy się w tym samym miejscu, tymczasem do widzenia.
Pan Kazimierz Kruczek, wycedziwszy pod wąsem "do widzenia", wypadł z kantorka, w drzwiach zderzając się z samym Karolem Wedlem.
- Karolinko, co to za świszczypała? Jak on się w ogóle zachowuje? Przychodzi do pomieszczenia służbowego niczym do własnego domu, Bóg jeden wie, co wyprawia, następnie ucieka, jakby go kto gonił. Momencik, moja droga, niech zgadnę: on smali do ciebie cholewki. Flirtujesz z nim? Moja droga, jak mogłaś, w dodatku miejsce nieledwie publiczne... - Milkliwy zazwyczaj Karol poczuł akurat potrzebę wypowiedzi, co z tego, że opartej na fałszywym przeświadczeniu.
- Och, na miłość boską! Czyżbyś był zazdrosny? - spytała rozbawiona Karolina, lecz gdy mąż skinął głową, poczuła wzruszenie.
Ucałowała Karola w policzek i zapewniła, iż nic takiego nie miało miejsca, mieć również nie będzie, a z tym panem musiała się rozmówić na osobności, ponieważ robił słodkie oczy do panien kelnerek.
- Chyba nie posunął się za daleko? Ale przecież dziewczęta powinny się zachowywać obyczajnie, choć za mąż też muszą wychodzić, a tutaj, pod twoim dozorem... Nie rób z cukierni klasztoru!
Karolina spojrzała na męża z pewnym rozbawieniem.
- Strasznie dużo dziś mówisz, stąd wyczuwam zdenerwowanie sprawami czekolady - odparła przytomnie i jak się okazało, była na dobrym tropie.
Karol począł narzekać. Oto pewna maszyna odmówiła posłuszeństwa, a druga mogła to uczynić w każdej chwili. Jeden z pracowników markował pracę, gdyż poprzedniego wieczora brał udział w urodzinach kolegi, przez co dziś bolała go głowa.
- Czasami się dziwię, że interes jeszcze prosperuje. Kolos na glinianych nogach - zakończył markotnie.
- Prosperuje coraz lepiej dzięki tobie, twoim zdolnościom i pasji. Pracujesz ponad miarę. Maszyny się naprawi, a ty się nie martw. Mamy zapasy przewidziane na podobne okoliczności - powiedziała Karolina. - Może idź teraz do syna, zapowiedz Józefie, że co ugotuje, to będzie. Przy obiedzie zastanowimy się, jak poukładać wszystko, aby było dobrze.
- Co ja bym począł bez ciebie - rzekł mąż z wdzięcznością, a żona pomyślała, iż lepiej by tego nie ujęła, jednak na głos już owych słów nie wypowiedziała.
Chwilę odczekała, po czym udała się do wytwórni, by poprosić Henryczka Bauma o chwilę rozmowy.
- Mieciu, Henryk Baum od dawna wodzi za tobą oczami, a teraz jest gotów cię poślubić - oznajmiła następnego dnia Karolina, wezwawszy kelnerkę na słowo na osobności.
- Ale... Ale ja go nie kocham, nawet mu się specjalnie nie przyglądałam... - marudziła panna Wójcik.
- Pan Kazimierz Kruczek, którego obdarzyłaś uczuciem, jest żonaty i dzieciaty. To podły uwodziciel bez sumienia!
Karolina nie była zdziwiona płaczem ani okrzykami zdziwienia, choć zapowiedź Mieci o powieszeniu się na suchej gałęzi w lesie wytrąciła ją z równowagi.
- Grzech śmiertelny i głupota, choć jeśli się uprzesz... - Urwała celowo dramatycznie. - Zastanów się tylko, dziewczyno. Henryczka oględnie, lecz uczciwie powiadomiłam o twoich kłopotach. Nie wadzi mu to, będzie cię szanować i kochać nawet więcej niż do tej pory. Ty nie zostaniesz panną z dzieckiem, a cukiernia Wedlów nie straci reputacji. Posag otrzymasz... Pan Kazimierz Kruczek wypłaci i moja w tym głowa, by dotrzymał słowa. Nie masz nic do stracenia.
- Proszę wielmożnej pani, tylko pan Henryk Baum jest protestant, a ja z uczciwej katolickiej rodziny - powiedziała Miecia, na co jej szefowa wzniosła oczy do nieba.
- Protestanci są nieuczciwi? Moja droga, zabrnęłaś zbyt daleko. Ludzie są tacy i siacy, niezależnie od wiary. Dzieci wychować na porządnych ludzi jest rzeczą najważniejszą, wyznanie to dalsza rzecz. Zresztą...
- Zgadzam się, proszę pani, zgadzam - oprzytomniała wreszcie Miecia Wójcik.
- Bardzo słusznie, a teraz wracaj do pracy, póki możesz.
Emil Albert Fryderyk Wedel w wieku dwudziestu lat uważał, że świat należy do niego, nie wątpił we własną mądrość, a żyć zamierzał zgoła inaczej niż rodzice. Bo owszem, firmę pięknie rozwinęli, lecz poza jej sprawami nie interesowało ich nic więcej. Przy śniadaniu, obiedzie oraz kolacji rozmawiali o czekoladzie, o karmelkach, o sposobach ulepszenia produkcji, wreszcie o maszynach walcowo-parowych, które czasem się psuły, choć były ogromnie przydatne. Wymieniali uwagi o pracownikach, aczkolwiek niezbyt wiele i przyciszając przy tym głosy, ponieważ nie znosili plotkowania. Stanowiło to po prostu element obranego przez nich zawodu. Ojciec powtarzał, iż dobry fachowiec jest na wagę złota, a matka się z nim zgadzała, dodając przy tym coś na temat koniecznej dyscypliny, której, przy całym szacunku, nie można lekceważyć. W przeciwnym wypadku ludzie zaczną zaniedbywać pracę i siebie samych, będą mieć za nic moralność, czego dowodzi na przykład... Tu zniżała głos, gdyż nie wiedziała, jak bardzo takie rzeczy są obojętne Emilowi. Choć co prawda, to prawda: dziewięcioletnia Eli nadstawiała uszu, podobnie jak guwernantka Klementyna Rozbicka. A w pobliżu kręciła się służba...
- Mama chciała ze mną mówić - przerwał rozmyślania na widok Karoliny Wedlowej, która dość zamaszyście weszła do pokoju stołowego.
- Późno wczoraj wróciłeś, synu. Poszliście gdzieś z Antosiem? Wprawdzie to mój bratanek, lecz jego towarzystwo źle na ciebie wpływa.
- Niepotrzebne pretensje, Antoś ma dobrze w głowie i my... My... Nie można całe życie pełzać przy ziemi, kryć się nie wiadomo po co. Mama zapewne nie wie, co się dzieje w kraju, ludzie pragną wolności! Trzeba o nią walczyć!
- I w tym celu wzięliście udział w manifestacji na Krakowskim Przedmieściu? Razem ze studentami Szkoły Sztuk Pięknych oraz Akademii Medyko-Chirurgicznej? Starcie z wojskiem rosyjskim? Gdzie twój rozum, Emilu? Wiesz, że są zabici i ranni? Wam się akurat nic nie stało, co zakrawa na cud, lecz... - wtrącił Karol Wedel, zjawiwszy się nagle obok żony.
- Ojciec Niemcem jest, a Polakiem z wyboru, więc spytam, jak można płaszczyć się przed rosyjskim okupantem, który zawłaszczył te ziemie, żyć swobodnie nie pozwala, nawet język polski w szkołach zakazany. To niegodne! Nie bez przyczyny ludzie od dłuższego czasu się buntują! - wykrzyknął poruszony chłopak.
- Niemcy też zawłaszczyli ziemie będące wcześniej polskimi, nie mnie osądzać zawiłości historii, kto zawinił, co jest dobre, a co złe. Faktów wszystkich nie znam, ale pamiętaj, Emilu, wina nigdy nie leży po jednej stronie - odpowiedział spokojnie ojciec, a syn, podobnie jak Karolina, pomyślał, że papa ostatnio zrobił się gadatliwy. "Zapewne na skutek nadchodzącej starości", podsumował w duchu.
- Prawdą jest, że przez wieki był tu kraj zwący się Polska, więc Polacy chcą powrotu do tego, co słuszne i sprawiedliwe. Do własnego państwa - zaperzył się na głos.
- Pomyśleliście, na co się narażacie? Co byśmy poczęli, gdyby zabili ciebie i Antosia? Żadnemu z manifestantów nie przyszło to do głowy, a teraz tyle rodziców w żałobie.
Emilek pokręcił głową.
- Proszę mamy, nie ma walki bez ofiar.
- Emilu, synu, co komu dają takie starcia? Niepotrzebna śmierć, większa wrogość, większe represje. Skuteczną strategią jest praca i tylko ona. Przeciwnika zniszczysz bronią ekonomiczną. Potężne firmy przejmą wszystko, co się da. Opanowany rynek plus kapitał podbiją świat. Ekonomia, drogi synu, ekonomia!
- Ojciec nic nie rozumie. Ekonomia działa jedynie w warunkach swobody. Tymczasem przedsiębiorcy są narażeni na szykany...
- Przez własną głupotę, powtarzam! Należy zachować spokój i robić swoje - odparł stanowczo Karol Wedel przy wtórze głośnych potakiwań żony. - Emilu, otrzymałeś staranne wykształcenie, studia oraz praktykę w Niemczech odbyłeś, na dalsze nauki pojedziesz do Szwajcarii, Anglii. Wreszcie do Paryża. Uniwersytet... Poza tym nawiązałem już kontakty z najlepszymi cukiernikami, a także specjalistami od czekolady. Jako jedyny syn przejmiesz po mnie interes, masz do tego smykałkę, przecież widzę i doceniam.
- Od dziecka przesiadywałeś w wytwórni, próbowałeś, krytykowałeś w razie potrzeby, to twój żywioł - dodała Karolina Wedlowa.
Emil zaperzył się.
- A miałem inny wybór? To wcale nie oznacza, że pragnę spędzić życie w oparach słodyczy! Śmiem wątpić, czy to zajęcie dla mężczyzny.
Karola nie wzburzyła ani odrobinę ta próba szczeniackiej zuchwałości. Znał swego syna i wiedział, że Emil w rzeczywistości szanuje każde uczciwe zajęcie, które przynosi człowiekowi jakieś dobro.
- Chwilowe znużenie, mój synu. Nie rezygnuj pochopnie, gdyż będziesz żałował. Choć masz rację, nie samą pracą człowiek żyje. Trochę godziwej, acz przyzwoitej rozrywki nikomu nie zaszkodziło.
Karolina klasnęła w dłonie.
- Właśnie! Drogi mężu, my zaniedbaliśmy tę dziedzinę egzystencji. Tyle zaległych wizyt, tyle przyjęć, na które żeśmy nie poszli, bo albo była praca, albo odpoczywaliśmy po pracy, jednakże Emil musi inaczej postępować. Teatry, koncerty, znajomości z ujmującymi ludźmi... takie rzeczy uprzyjemniają żywot, a także poszerzają horyzonty. Emil z pewnością rozsławi firmę C.E. Wedel na cały świat...
Karolina pomyślała o zmianie trybu życia także u nich w domu. Mała odmiana dobrze zrobi rodzinie, poza tym miała przecież córkę, wprawdzie Eli ledwo co odrosła od ziemi, ale czas szybko leci i ani się człowiek obejrzy, jak będzie trzeba dziewczynę wprowadzić w świat. Dlatego warto odnowić kontakty towarzyskie i nawiązać nowe.
- No... Do Paryża bym nawet pojechał, choć pod warunkiem, że nie będę musiał całych dni spędzać w wytwórniach czekolady i wysłuchiwać o szczegółach jej produkcji. Czy to konieczne? Na dobrą sprawę nie różnią się od siebie - stwierdził Emil.
- Nie masz racji, synu, diabeł tkwi w szczegółach i dobrze o tym wiesz. Wszak próbując naszych wyrobów, zgadywałeś trafnie, jakich składników użyto, dlaczego coś jest mocno słodkie, a coś innego mniej. Młodzieńcza przekora przez ciebie przemawia. Ale pojmij, że im więcej posiądziesz wiedzy, tym lepiej dla ciebie.
- Bo rozsławię rodzinny interes? Żeby tylko było co chwalić, żeby... Czasy są ciężkie, a słyszy się, iż nadchodzą gorsze. W Warszawie wre od dawna, poza nią też, licho wie, czym to się skończy.
- Rzeczywiście, świat się zmienia. W Ameryce też niepokoje, mówią o wybuchu wojny domowej. Ponieważ jedni są przeciwni niewolnictwu, inni nie.
- Karolu, ale co nas obchodzi daleka Ameryka? Z niewolnika kiepski pracownik, zatem należałoby znieść niewolnictwo, niezgodne poza tym z chrześcijańskimi wartościami, jednak to już nie nasza rzecz.
Karol spojrzał uważnie na Karolinę.
- Ośmielam się z tobą nie zgodzić, droga żono. Każda wojna konwertuje ekonomię, jeden element wpływa na kolejne, tylko... No cóż, musimy nadal czynić swoje i wierzyć w opatrzność boską.
Bezradnie otarł czoło, a widząc, że syn ziewa, uśmiechnął się mimo woli. Rozmawiali bardzo poważnie, lecz młodość jest młodością, przemija błyskawicznie, więc trzeba korzystać z krótkich lat beztroski, nawet lekkoduchostwa, oby tylko w rozumnych granicach. Taki pan Ignacy Rzecki od lat żył jedynie pracą. Sumienny był, poważaniem się cieszył, klienci i kupcy mu ufali, lecz co miał z tego życia? Co prawda, wydawał się zadowolony z istniejącego stanu rzeczy, jednak nawet on, Karol Wedel, życzył synowi lepszego losu. Ciekawszego, zabawniejszego, a nade wszystko radosnego. Rzecki zamartwiał się tylko ukochaną ojczyzną w niewoli i rolą, jaką powinien w historii odegrać Napoleon tudzież jego rodzina. "No, jeszcze czasem przychodzi do mojej cukierni złożyć wyrazy uszanowania oraz podpatrzyć metody prowadzenia interesu, do czego zresztą otwarcie się przyznaje... Ech, co mnie dziś naszło, starzeję się", mruknął.
Emil zaczął się wycofywać w kierunku drzwi.
- Emilu, chwileczkę, dokąd się właściwie wybierasz? Widzę, że ci spieszno - rzekła Karolina Wedlowa. - Tylko nie rób więcej głupstw, proszę. Żadnych manifestacji!
- Umówiłem się z Antosiem i jego kolegami. U wujostwa Wiśniowskich, więc mama może być spokojna. Przyjacielskie spotkanie, pogramy może w wista, pośmiejemy się.
- Tylko nie spiskujcie, zgoda? - Karolina odetchnęła, gdy syn posłusznie skinął głową.
Nie wiedziała, że owszem, Emil zamierza spotkać się z kuzynem, ale nie w celu gry w karty. Obaj młodzieńcy zaplanowali wizytę w pewnej piwiarni słynącej z ładnych panienek, o których przyzwoitości mówiono jednak niezbyt pochlebnie. Jakiś czas temu jedynemu synowi Karola Wedla wpadła w oczy Galina, Ukrainka spod Kijowa. Opowiadała, że sklep ojca zbankrutował, a wtedy papa rozpił się ze zgryzoty i szybko umarł, a potem umarła matka ze zmartwienia i niedożywienia, podobnie dwaj młodsi bracia Gali, więc cóż mogła, biedna, począć? Przyjechała do Warszawy szukać lepszego losu i uczciwej pracy, która da środki na utrzymanie i pozwoli zaoszczędzić na tyle, by otworzyć jakiś dochodowy interes. Na razie jednak Galina podawała piwo gościom, mówiąc coś o tymczasowej robocie. Emil Wedel kręcił nosem na poślednie zajęcie, dość niebezpieczne dla młodej panienki, i zaproponował jej pracę w wytwórni ojca. Ewentualnie mógłby porozmawiać z panem Rzeckim... Galina Aleksandrowna pomagałaby przy sortowaniu i układaniu towaru w sklepie Mincla.
- Nie przyjmą Rosjanki. Jestem wprawdzie Ukrainką, moi dziadkowie byli Polakami, ale dla was, Polaków, przyjechałam z Rosji jako poddana państwa, które ciemięży twój kraj, i tylko to się liczy, panie Wedel. Nieważne, że car Ukrainę trzyma pod butem, kto wie, czy nie gorzej niż was - odpowiadała śpiewnym głosem Gala.
- My, Wedlowie, jesteśmy Niemcami z urodzenia, a jednak traktują nas dobrze. Czy miejsce w piwiarni... Czy zarabiasz godziwie, czy oszczędzasz? Śmiem wątpić.
- Polak lub Ukrainiec stoi gorzej niż Niemiec. No i kiedy ma się pieniądze, stanowisko w świecie, to idzie za tym większe uważanie. W piwiarni płacą mi niewiele, lecz co najmniej drugie tyle dostaję z napiwków - odpowiadała Galina Aleksandrowna Żurakowskaja.
Emil Wedel milkł wobec takich argumentów, czując w duchu, że w grę wchodzą inne kwestie. Gala uwielbiała atmosferę zabawy, wesołych rozmów i żartów, nawet jej nie wadziło, że bywały sprośne. Lubiła komplementy prawione przez podchmielonych gości; powtarzała często, że życie jest krótkie oraz pełne przykrych niespodzianek, zatem trzeba wykorzystywać każdą jego chwilę. Dość już przeżyła smutków, teraz chce się bawić i tańczyć, wszak młodość mija błyskawicznie. Nie rozumie pretensji Emila. Dlaczego prawi jej morały? Młody Wedel milkł wtedy, zdając sobie sprawę z racji przedstawionych argumentów. Owszem, darzył Galinę uczuciem, ale co z tego? Na razie nie posiadał własnych środków do życia, poza tym miał świadomość, że rodzice nie będą zachwyceni tą dziewczyną.
- Cokolwiek mnie to dziwi, wszak panna ze stanu mieszczańskiego, jako i my. A że rodzinę spotkały nieszczęścia, przeciwności losu... Każdemu mogła powinąć się noga - zwierzał się Antosiowi Wiśniowskiemu.
- Liczą się ci, którym się jednak nie powinęła. Co zresztą widzisz w tej panience? Przyjemna jest, ładna i wesoła. Ale... Jak chcesz się napić piwa, to czy kupujesz browar lub piwiarnię? Nie, zamawiasz kufel, ewentualnie dwa. Tak samo tutaj - mówił cynicznie kuzyn. - Zabaw się, miej oczy otwarte, czas sam ułoży te sprawy. Mnie się jakoś ta Galina nie podoba...
- Bo mnie lubi, nie ciebie! - oburzał się Emil, choć słowa Antosia na pewien czas studziły jego zapał.
No i przecież sama Gala też nie sugerowała, by się poważnie zadeklarował, przeciwnie.
- Poluje na grubszego zwierza i dobrze kalkuluje, byle się tylko nie przekalkulowała - rzekł na to Antoś, a Emil pomyślał, że kuzyn swoim podejściem do życia, tudzież jasnym widzeniem jego spraw, wręcz jaskrawym, przypomina swego ojca, czyli wujka Roberta Wiśniowskiego.
"Warto być rozumnym, tylko po co popadać w mizantropię? W zgorzknienie? Czy takim ludziom żyje się lepiej?", zastanawiał się często. Ostatecznie uznał, że pozostanie w rozsądnych granicach optymistą i romantykiem, inaczej straci radość życia, a tego nie chciał. Galina Aleksandrowna z kolei liczyła siły na zamiary zamiast rozsądnie dążyć do związania się z Emilem. "Albo też nie wie, czego chce od życia, więc marnuje czas w piwiarni, przy czym straci jedynie reputację. Przecież opowiadają różne rzeczy o pannach serwujących gościom piwo. Że na tym się nie kończy, że to zamtuz i temu podobne rzeczy", wyliczał w duchu Emil Wedel. Tymczasem postanowił odwiedzić wybrankę swojego serca, bo nade wszystko kochał jej towarzystwo, jej wesoły śmiech, miły głos oraz piękne oblicze. I te grube czarne warkocze... Sprawy same się ułożą, jak powtarza Antoś.
- Niespodzianka, proszę pana. Mam dziś wolne, więc napijmy się piwa i chodźmy do mnie, porozmawiamy na osobności - przywitała go Gala.
Antoś skrzywił się szelmowsko, ale gdy usłyszał, że ma iść na salę, gdzie któraś z panien dotrzyma mu towarzystwa, wzruszył ramionami i udał się we wskazanym kierunku, mrucząc do Emila coś na temat niepopełniania głupstw.
Emil i Gala wypili po kuflu piwa, a potem dziewczyna szepnęła mu na ucho, aby szedł za nią na górę, do jej pokoju, co też uczynił. Niewielka i licho umeblowana klitka robiła przygnębiające wrażenie i Emil Wedel pomyślał, że jego ukochana zasługuje na lepsze warunki. Uśmiechnął się do niej zachęcająco.
- Co mi chciałaś oznajmić, Galu? Przemyślałaś wszystko i chcesz zrezygnować z pracy w piwiarni? Może... Może przedstawię cię rodzicom? Może...
- Przytul mnie i pocałuj... Dotykaj... Proszę.
Emil posłuchał, nie mogąc się nadziwić miękkości ust dziewczyny, jej twardym piersiom, jej chętnemu ciału. Zdzierał z niej ubranie, szamotał się z gorsetem i czuł ogarniającą go radość, której nie przytłumiły nawet odrapane ściany ani obskurne meble w małym pokoiku nad piwiarnią. Gala dzieliła go z inną kelnerką, drugie łóżko stało tuż obok.
- Zaczekaj, moja kochana, jesteśmy za młodzi, nie sądzisz? Takie rzeczy robi się po ślubie - rzekł, czerwieniąc się po uszy, choć nadal trzymał Galę w objęciach.
- Och, lubimyj moj - jęknęła dziewczyna, lecz nagle w progu stanął Antoś.
- Idziemy, szykuje się grubsza awantura, no! Policmajstry mają być za chwilę - krzyknął, ciągnąc kuzyna za rękaw. - Nie żałuj...
- Emil, jakże tak? Zostawiasz mnie? - jęknęła Galina z miną zbitego psa.
- Kuzyn się niepotrzebnie wtrąca w moje sprawy! Tak niegrzecznie, tak bez słowa, czy to się godzi? - Emil był wściekły.
Antoś bez pardonu złapał go za ramię i pociągnął za sobą.
- Wiśniowscy są honorowi, cokolwiek się o nich mówi, jednakże w piwiarni doświadczyłem czegoś, co mi nie pozwoliło milczeć - mówił, gdy schodzili po schodach. - Sprawy z Galiną nie posunęły się daleko, prawda? Właśnie uchroniłem kuzyna Emila przed kompromitacją, a nawet ciężką chorobą. Panny na dole kpiły z twojej ukochanej, mówiły o jej desperacji. Że dziś postanowiła za jednym zamachem załatwić wszystko, czyli ułożyć sobie życie. Naturalnie z tobą.
- W końcu się zdecydowała, więc jakim prawem...
- Tylko że Galina Aleksandrowna próbowała wcześniej a to z tym, a to z tamtym. Romansowała z pewnym szlachcicem, ale za wysokie progi na jej nogi. Z kupcem ze składu bławatnego też nie wyszło. W międzyczasie zarabiała jako panna lekkich obyczajów. I to zaczęło się sypać, więc wtedy...
- Kłamiesz! Jak śmiesz! - przerwał mu Emil, gdy znaleźli się na zewnątrz.
- Tak? Zatem wracajmy. Spytasz owej panny, a jak zacznie odpowiadać, to patrz jej w oczy, na ruchy ciała, słowa nie są ważne. No, stary druhu! Nasi ojcowie całe życie darli koty, ale jak mówię: Wiśniowscy to honorowi ludzie. Nikt nie będzie mówić, że Wedle są głupi.
- Wracajmy zatem - odparł syn Karola i udali się na powrót do piwiarni, gdzie ujrzeli Galę siedzącą na kolanach starszawego grubego jegomościa.
Dziewczyna zmieszała się na widok Emila, aby za moment odwrócić się plecami.
- Widzisz? Robi, co może, aczkolwiek bardzo głupio, mądra chyba nigdy nie była, za to obecnie wzięła ją desperacja. Nie dziwota, jej dni są tam policzone. Cofam słowa o wypiciu piwa bez konsekwencji. Zanim człowiek wychyli kufelek, musi sprawdzić, czy aby nie skwaśniało.
- Antoś Wiśniowski ma dużą pewność siebie i mówi ludziom, co mają robić - zwierzył się kilka godzin później Emil Joance Kowalskiej.
Siedzieli w pustej o tej porze cukierni, a właściwie Emil siedział, Joanka sprzątała, krzycząc na zaplecze do męża o zakończeniu pracy. Niech przyjdzie, niech pomoże, dziecko w domu czeka, tymczasem oni wciąż przy robocie.
- Trzeba się uczyć nawet od diabła, jeśli mądrze prawi. Pan Antoni posiada dużo zdrowego rozsądku. Co tam radził? Sercowe sprawy? - spytała Joanka, a kiedy Emil przytaknął, poprosiła o opowiedzenie całej historii.
Opowiedział, bo komuś musiał, tak mocno był wzburzony. Po cichu liczył, iż pani Kowalska jako kobieta stanie po stronie kobiety, lecz ta przyznała rację Antosiowi, dodając, iż łaska boska i opatrzność czuwały.
- I Joanka przeciwko mnie?
- Niech pan Emil poprosi Józefę o gorącą kolację, zje, to i myśli się rozjaśnią. Co pan w ogóle rozważał? Ta piwiarnia od dawna posiada złą sławę, a pan chciał się żenić...
- Ustaleń konkretnych nie poczyniliśmy, choć wszystko było na dobrej drodze.
- I chwała Bogu! Pan Emil młody, niedoświadczony, a ja tak! Zwykłe zauroczenie ponętną dziewczyną, nie żadna miłość.
- Ale panna Galina w rozpaczy... Zdrowie ucieka, być może też... - jęczał Emil, co Joanka zbywała wzruszeniem ramion, myśląc, jakie to wszystko nudne, tylko szkoda dzieciaka; łakomy kąsek z niego, państwo muszą uważać, by go byle kto nie zbałamucił.
- Dla takich dziewcząt jest miejsce u magdalenek, porozmawiam z wielmożną panią. Oj, ma ona krzyż pański, wciąż jakieś historie romansowe naokoło, tylko nie takie jak należy. Patriotyzm, demonstracje... Niektórym jest za dobrze i wtedy się buntują.
- Patriotyzmu proszę w to nie mieszać - naburmuszył się Emil.
Joanka klepnęła się w kolana.
- Marian? Kończ już, idziemy, po drodze wstąpimy do kuchni. Panicz Emil musi zjeść, bo zupełnie zgłupiał.