Operacja "Barbarossa"
Operacja "Barbarossa"
Pięć minut do godziny "X"!
Dzisiaj jest 22 czerwca 1941 roku. Razem z dowódcą batalionu Neuhoffem i jego adiutantem Hillemannsem stoję na
grzbiecie niewysokiego wzgórza na południowo-wschodniej granicy Prus
Wschodnich. Na wprost przed nami rozciągają się równiny Litwy, wciąż
jeszcze prawie niewidoczne w półmroku przedświtu. Który to już raz
rzucam ukradkiem okiem na fosforyzujący w ciemności cyferblat zegarka na
ręku. W tym momencie jest dokładnie trzecia rano. Wiem, że właśnie w tej
chwili, tak samo jak ja, nerwowo wpatrują się w swoje zegarki miliony
niemieckich żołnierzy. Działania wszystkich formacji Wehrmachtu są ze
sobą w pełni zsynchronizowane. Trzy ogromne grupy niemieckich armii,
wsparte lotnictwem, stoją w pełnej gotowości do ataku, po którym nastąpi
kolosalna rzeź. To zastygła w napięciu gigantyczna koncentracja
niezliczonych kompanii, batalionów, pułków i dywizji oraz czekających
niecierpliwie swej godziny "zero" licznych eskadr Luftwaffe -?samolotów
rozpoznawczych bliskiego i dalekiego zasięgu, myśliwców, bombowców
taktycznych i nurkujących ...
Jeszcze cztery minuty!
Cały niemiecki front wschodni, od Zatoki
Fińskiej na północy po Morze Czarne na południu, zajął pozycje wyjściowe
do miażdżącego ataku na Rosję. Natarcie rozpocznie się jednocześnie z terenu Finlandii, Prus Wschodnich, Polski, Karpat i Rumunii. Nikt z nas
nie ma najmniejszych wątpliwości, że straszliwy szkwał ognia na froncie
długości ponad dwóch tysięcy kilometrów zmiecie z powierzchni ziemi
nadgraniczne umocnienia nieprzyjaciela. Nasze armie, zahartowane niczym
stal na polach bojów podbitej Europy, już wkrótce nie zostawią z nich
kamienia na kamieniu. Każdy z naszych żołnierzy jest w pełni świadom
znaczenia tej wielkiej kampanii i rozumie wagę stojącego przed nim
zadania. Niezależnie od tego, czy jego wzrok skierowany jest w stronę
Leningradu, Moskwy, Kijowa, Dniepru czy Morza Czarnego, każdy zdaje
sobie sprawę z faktu, że rozciąga się przed nim bezkres krainy o prawdziwie niezmierzonych odległościach.
Jeszcze trzy minuty!
Myślę o swoich towarzyszach broni, lekarzach
wojskowych, znajdujących się teraz w Finlandii, gdzie właśnie w tej
chwili wstaje świt, który rozgania mrok. Tutaj, w Prusach Wschodnich,
wciąż jeszcze otula nas nieprzenikniona zasłona głębokiej, bezgwiezdnej
i bezksiężycowej nocy, gdzie nisko wiszące chmury zakryły szczelnie
nieboskłon. Od litewskich pól delikatnie narasta i zaczyna wiać
leciutki, ciepły wiaterek. Nieoczekiwanie dociera do mnie, że lekko się
spociłem, ale to bardziej rezultat strasznego napięcia tych ostatnich,
doniosłych chwil, niż efekt duchoty, zwyczajowej dla letnich nocy. W martwej ciszy, do przodu, w stronę wyzwalającej mimowolne drżenie linii
granicy, bezszelestnie przesuwają się nasi saperzy i grupy szturmowe. To
samo dzieje się nie tylko na naszym odcinku, ale na całej szerokości
ogromnego frontu. Jesteśmy towarzyszami broni -?w otulającym nas mroku
nocy niemal fizycznie odczuwamy łączące nas więzi bojowego braterstwa -
czuje je każdy z trzech milionów niemieckich żołnierzy, gotowych
rozpocząć największą w historii ludzkości bitwę -?operację "Barbarossa".
Niedaleko któryś z żołnierzy zapala papierosa. Pod jego adresem leci
przytłumiona, lecz ostra komenda i niedopałek pada na ziemię,
pospiesznie przydepnięty wojskowym butem. Nikt nie mówi ani słowa.
Króluje cisza, z rzadka przerywana odgłosem pobrzękiwania metalu,
chrapnięciem konia czy nerwowym stukiem kopyta. Mam wrażenie, że gdzieś
w oddali widzę już pierwsze, nieśmiałe przebłyski rodzącego się świtu.
Mimochodem wyszukuję okiem jakikolwiek szczegół, w który mógłbym wczepić
się wzrokiem, aby odegnać kłębiące się myśli. Powolutku wstaje świt. Na
wschodzie szare obłoki wypływają nieśpiesznie z czerni nocy. Czy te
ostatnie chwile naprawdę będą trwały wiecznie? Znowu rzucam okiem na
zegarek.
Jeszcze dwie minuty!
Myślę o dalekim domu i nagle mimowolnie moje
myśli biegną ku Marcie, wiążąc mnie z nią jakimś niewiadomym sposobem.
Najpewniej śpi teraz, podobnie jak wszystkie inne ukochane dziewczyny,
żony i matki tysięcy żołnierzy, którzy tkwią tutaj na tym nieogarniętym
wzrokiem froncie. Nic nie wiedzą o tym, co tutaj robimy. Nawet do głowy
im nie przyjdzie, jakie niebezpieczeństwa czekają na ich mężów i synów w najbliższych godzinach, dniach, miesiącach a, kto wie, może i latach.
Dla nich to noc zwykła jak tysiąc innych, a i my nie pogniewalibyśmy
się, gdyby i dla nas taka była. Ale zamiast tego pójdziemy do ataku.
Niekończącą się procesją będą przesuwać się przed nami nazwy miasteczek,
wsi i nazwiska poszczególnych ludzi. Niektórym dopisze szczęście i ocaleją, niektóre przestaną istnieć, inne odcisną niezatarte piętno w naszej pamięci. Będą i takie, które trwale zapiszą się na kartach
historii. Które z nich? Tego jeszcze nie wiemy. Wsie znikną z oblicza
ziemi, miasta obrócą się w perzynę. Nieszczęśni ludzie będą stać na
poboczach dróg z oczami szeroko otwartymi z przerażenia. Niezliczone
mogiły wyrosną na polach bitew i wzdłuż szos. Świt jest coraz bliżej i gdy tylko pierwsze promienie słońca przegonią na horyzoncie noc, obudzi
się wojna.
Jeszcze minuta!
Nie jesteśmy w stanie myśleć o niczym innym,
tylko o tym, co nastąpi w ciągu kilku najbliższych sekund. Napięcie
osiąga taki poziom, że dosłownie trudno jest oddychać. Czekamy, twarze
zastygły na kamień, tylko puls szaleje i dudni w skroniach. Jakby cały
świat zastygł razem z nami w tym nieludzkim oczekiwaniu...
I nagle, jakby nieoczekiwanie, jakby znikąd, ciszę rozrywa porażający
huk tysięcy niemieckich dział. Strzela ich tyle, że ich salwy zlewają
się w jeden, ogłuszający ryk. W oka mgnieniu błyski wystrzałów
zamieniają półmrok przedświtu w jasny dzień. W tej sekundzie prawdy,
rozdzierającej życie na czas pokoju, który został już w przeszłości i wojnę, która staje się teraźniejszością, nasza artyleria odzywa się
jednym głosem na całym, długim na ponad dwa tysiące kilometrów froncie
tak idealnie równo, jakby uruchomiona pojedynczym, elektrycznym
synchronizatorem. Rozpętuje się prawdziwe piekło i w tych strasznych
chwilach na naszych oczach tworzy się historia. Działa wszystkich
kalibrów biją praktycznie bezpośrednim ogniem po przedniej linii obrony
Rosjan. Pociski najcięższych moździerzy lecą w stronę przeciwnika,
przelatując wprost nad naszymi głowami z ciężkim, mrożącym krew w żyłach
wyciem. Ich głębokiemu basowi zaczynają towarzyszyć niezliczone serie
karabinów maszynowych i automatów. Gdyby nie dramatyzm sytuacji, można
by przyjąć ich terkot za odgłos klekotu nieszkodliwych, dziecięcych
zabawek. Rosjanie w końcu zaczynają odpowiadać ogniem. Dobrze słychać
jęk ich ciężkich pocisków lecących w mrok nocy za nami. Jednak, gdy
ogień większości niemieckich dział zostaje stopniowo naprowadzony na
przedni skraj obrony nieprzyjaciela, intensywność salw rosyjskich rośnie
do nieprzerwanego crescendo.
W ślad za tym masowym przygotowaniem artyleryjskim idą do przodu nasze
grupy szturmowe i wysunięte pododdziały piechoty, które wdzierają się na
linię obrony nieprzyjaciela. Wyprzedzają je nasze czołgi, które plując
ogniem wyrywają się od razu daleko do przodu. Dosłownie w kilka chwil
cały front wschodni ogarnia pożerający wszystko płomień.
* * *
Nasz trzeci batalion 18-go pułku piechoty znajduje się na pozycjach
wyjściowych w pełnej gotowości bojowej i wciąż jeszcze oczekuje osobnego
rozkazu do ataku. Istota naszego zadania polega na tym, aby w krytycznej
chwili wesprzeć nasze grupy szturmowe w miejscach, gdzie obrona okaże
się najtrudniejsza do przełamania. Półmrok świtu rozjaśniają oślepiające
błyski ognia artyleryjskiego i w ich świetle ze szczytu naszego wzgórka
widać jak szybko nasze pododdziały posuwają się do przodu. Póki co, od
naszego głównego celu -?Moskwy -?dzielą nas prawie dwa tysiące
kilometrów rosyjskiej ziemi.
Nasza 6 Dywizja Piechoty wchodzi w skład Grupy Armii "Centrum"
dowodzonej przez feldmarszałka von Bocka. Na to zgrupowanie zwrócone
będą oczy całych Niemiec w nadziei na wspaniałe, błyskawiczne
zwycięstwo. Oczekuje się od nas więcej niż od Grupy Armii "Południe",
nacierającej na Ukrainie i Grupy Armii "Północ", kierującej się na
Leningrad. Zdajemy sobie sprawę, że ze wszystkich zadań stojących przed
armiami niemieckimi, nasze ma nie tyle priorytetowe, co wręcz
pierwszoplanowe znaczenie.
Litewski posterunek graniczny pali się jasnym płomieniem. Większość
przygranicznych umocnień została zniszczona ogniem artylerii i wzięta
szturmem. Mężny opór stawiają tylko poszczególne betonowe schrony
bojowe, których obrońcy z uporem kontynuują walkę. Ale i te umocnienia
wkrótce zostaną okrążone i zlikwidowane. Oto grupa "Sztukasów", naszych
bombowców nurkujących, przelatuje nad nami, kierując się na wschód. Jak
na paradzie, jeden za drugim wychodzą z szyku, przewalają się na
skrzydło i w ogłuszającym wyciu syren prawie pionowo pikują do ziemi.
Huk rozrywających się bomb wplata się w majestatyczną symfonię wielkiej
bitwy. Samoloty wykonują nawrót i atakują ponownie, tym razem
ostrzeliwując wroga z broni maszynowej, po czym znikają gdzieś w oddali.
Z naszego stanowiska na wzgórku wygląda to jak jakaś wielka
inscenizacja, a przecież wszystko dzieje się całkiem na poważnie. Za mną
widzę monumentalną postać dowódcy naszego batalionu, Neuhoffa. Stoi z lornetką w ręku i dosłownie jakby próbując sam siebie przekonać, po raz
kolejny dwuznacznie mruczy pod nosem:
-?No i oto jesteśmy w stanie wojny z Rosją! Wojny z Rosją!
Dzień wstaje i lekki wiaterek, wiejący od strony Litwy, cichnie. Przed
nami rozpala się coraz więcej pożarów. Kłębami podnoszą się chmury
brudno-czarnego dymu i powoli rozpełzają się nad budzącymi się ze snu
cienistymi lasami i nielicznymi wzgórzami. Goniec-motocyklista przywozi
rozkaz -?mamy ruszać. Jest godzina 3:45 rano. Aż nie chce się wierzyć,
ze minęło zaledwie jakieś czterdzieści minut od czasu, gdy odezwały się
nasze działa. Neuhoff posyła łącznika z rozkazami dla naszych
łącznościowców. Rozlega się komenda "Przygotować się!" i od razu
ruszamy. Jakby kamień spadł z serca -?wreszcie idziemy do przodu. Ja sam
nie idę jednak na piechotę, jadę na moim koniu i musze trzymać go na
krótkiej uździe. Plut (tak nazywa się moja kobyła) zachowuje się
niespokojnie, najwyraźniej moje zdenerwowanie udzieliło się też
zwierzakowi. Staram się trochę uspokoić, już niedługo zarówno człowiek
jak i koń przejdą niełatwy chrzest bojowy. Zadaję sobie zatem całkiem
nieproste pytanie: jak sam się sprawię? Niepokoi mnie to, że ogarniająca
mnie nerwowość może negatywnie wpłynąć na pewność mojej ręki, co może
mieć fatalne skutki, gdy przeprowadza się operację. Macam torbę z medykamentami i narzędziami lekarskimi, którą, zgodnie z przepisami, mam
przytroczoną do siodła. Stopniowo dochodzę do wniosku, że jednak
wszystko jest generalnie w porządku. Petermann, do którego obowiązków
należy dbanie o mojego konia, truchta za mną, wioząc dwie torby
sanitarne z opatrunkami i narzędziami chirurgicznymi. W sanitarce, która
podąża za nami w odległości kilkuset metrów, jest reszta naszych
sanitariuszy: Dehorn, Müller i Wegener.
Napotykamy naszego pierwszego rannego żołnierza. Rana w rękę od kuli.
Wyławiam z torby przygotowane wcześniej w nadmiarze pakiety sanitarne i bandaże, po czym rozplątuję elastyczną opaskę uciskową i zdejmuję
tymczasowy opatrunek nałożony przez sanitariusza na polu boju.
Krwawienie jest niewielkie, gdyż najwidoczniej pocisk przeszedł na wylot
i tylko nieznacznie zahaczył o kość. Zakładam opaskę ściągającą i zawieszam mu rękę na temblaku.
-?No, jak tam na pierwszej linii? -?pytam żołnierza.
-?Kapral Schaffer zabity. I jeszcze jeden oficer, którego nie znam -
odpowiada. -?O ile wiem, nie ma więcej zabitych i rannych. Atak idzie
dobrze. Szczegółów nie znam, panie poruczniku. Wszystko dzieje się
bardzo szybko.
-?Drałuj tą drogą do tyłu, dopóki nie napotkasz sanitarki, która jedzie
za nami -?mówię mu.
Żołnierz bez ociągania, z uśmiechem udaje się w nakazanym kierunku.
Można powiedzieć, że wojna skończyła się dla niego pięć minut po tym,
jak się zaczęła. Wskakuję znowu w siodło, popędzam Pluta i doganiam
główną część naszej kolumny. Petermann podąża moim śladem. Wkrótce
truchtamy obok dowódcy batalionu Neuhoffa i jego adiutanta Hillemannsa.
Słyszę jak ten pierwszy pyta:
-?Wszystko gra?
-?Tak jest, panie majorze! Straty, jak dotąd, niewielkie.
-?Jak pan zamierza zapewnić pomoc rannym w sytuacji, gdy pododdział jest
tak rozciągnięty?
-?Wszystko jest zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, panie
majorze!
-?Wszystko pięknie, Haape, ale jak konkretnie zamierzacie to robić? -
piłuje mnie Neuhoff.
-?Droga, przebiegająca z zachodu na wschód obok posterunku granicznego,
łączy się z szosą na Kalwarię. Kieruje się tam major doktor Schultz wraz
z kompanią sanitarną i będzie przejmował wszystkich rannych, którym
udzielam pomocy w warunkach polowych. Drogą będzie kursować sanitarka
wraz ze specjalnie poinstruowanymi sanitariuszami, którzy będą zabierać
rannych i dowozić ich do szpitala w Kalwarii. Ciężej ranni zostaną
tymczasowo rozmieszczani w okolicznych domach i następnie także będą
przewożeni do szpitala lub pozostaną pod opieką przydzielonych im
sanitariuszy. Dokładnie w taki sam sposób zorganizowana jest ewakuacja
rannych w pozostałych batalionach.
-?Niech będzie -?łaskawie burknął pod nosem Neuhoff.
* * *
Poległym oficerem z naszego batalionu okazał się całkiem jeszcze
młodziutki podporucznik Stock. Zastrzelił go rosyjski snajper, który
zasiadł w wysokim zbożu. Ciało znaleziono na stratowanym polu żyta.
Dwóch ludzi z jedenastej kompanii Kramera, w której służył Stock, kopało
mu właśnie grób w miękkiej ziemi tuż obok owego pola. Czterech
rosyjskich jeńców obserwowało tą procedurę w ponurym milczeniu. Dwaj z nich mieli nałożone świeże, gazowe bandaże, przez które jeszcze sączyła
się krew. Mój malutki i nadzwyczaj ruchliwy ordynans Dehorn zdążył już
nawet napoić jednego z Rosjan wodą ze swojej manierki. Zauważyłem, że
dwóm jeńcom, stojącym trochę z boku, nie okazano żadnej pomocy
medycznej, choć u jednego z nich ziała na nodze duża, silnie krwawiąca
rana. Całej czwórki pilnował jeden z moich sanitariuszy, Wegener.
Wszystko wskazywało na to, że w ręku trzyma automat dopiero co poległego
Stocka. Trzeci z moich sanitariuszy, Müller, także nie odrywał oczu od
jeńców, przy czym był wzburzony i jakby oszołomiony.
Cały czas trzymając Rosjan na muszce, Wegener zasalutował i zameldował:
-?Panie poruczniku! Opatrzyliśmy tych dwóch, ale co mamy robić z tamtymi? Zrobili zasadzkę na pana porucznika Stocka. Zaczaili się w zbożu i zabili go strzałem w plecy. Potem nasi ludzie neutralizowali
tych typów granatem. Mamy im niby udzielić pomocy?
-?Nie jesteśmy sędziami, Wegener! -?przerwałem mu ostro. -?Nasza robota
to pomoc rannym, zarówno Niemcom jak i Ruskom. Nawet jeśli ci Ruscy
faktycznie zabili jednego z naszych oficerów. A teraz bądź łaskaw
opuścić swój automat!
Dwaj nasi ludzie zakończyli w tym czasie rycie grobu i opuszczali do
dołu ciało Stocka. Zasypali mogiłę piaskiem, saperkami uformowali mały
kopczyk i skleciwszy z brzozowych gałęzi krzyż, wetknęli go w świeżą
ziemię. No i tyle można było zrobić dla poległego kolegi. Rzecz jasna,
na krzyżu zatknęli jeszcze hełm i powiesili nieśmiertelnik, co miało
świadczyć o tym, iż pochowany tam jest podporucznik Stock, lat
dwadzieścia jeden... Oczywiście, nie było tam na przykład napisane, że
młody porucznik, o delikatnej i wrażliwej naturze, był fenomenalnym
pianistą, który, gdy opuszczaliśmy Normandię, zagrał na mszy w kaplicy w Littry "Sonatę księżycową" w taki sposób, że wszyscy zapomnieliśmy o świecie bożym, za to przypomnieliśmy sobie o wszystkim, co ważne i wieczne. A teraz nagle został wyrwany z życia, z jego pięknem i pełnią,
aby dołączyć do marnych zestawień poległych. I wszystko to stało się w ułamku sekundy, w tym żałośnie nieistotnym mgnieniu oka, które
potrzebował kawałek ołowiu, aby przebyć drogę z lufy rosyjskiego
karabinu snajperskiego do jego serca. Do tego czasu byłem, rzecz jasna,
świadkiem niejednej śmierci, ale bazując na całkiem subiektywnym i nie
tak znowu ogromnym doświadczeniu, z jakiegoś dziwacznego powodu
odnosiłem naiwne wrażenie, iż przed udaniem się w podróż do innego
świata człowiek ma jeszcze dla siebie przynajmniej kilka ostatnich
minut...Nigdy wcześniej nie widziałem, aby można było pozbawić człowieka
życia tak szybko i, jeśli można to w ten sposób określić, tak czysto!
Nieoczekiwana śmierć Stocka jakby przełączyła mnie z trybu myślenia o sobie samym na tryb myślenia o moich towarzyszach broni. Należało raz na
zawsze skończyć z użalaniem się nad samym sobą. W jednej chwili
przemeblowała mi się cała skala wartości i od tej pory patrzyłem na
otaczający mnie świat oczami moich towarzyszy z trzeciego batalionu. Z przerażającą jasnością dotarło do mnie, że w przyszłości naszemu
batalionowi mogą przytrafić się rzeczy, które stopniowo wymażą z pamięci
młodego podporucznika Stocka i jego cienkie palce pianisty po prostu
dlatego, że czeka nas całe mnóstwo nie mniej tragicznych wydarzeń.
Minęliśmy płonący posterunek straży granicznej połączony z urzędem
celnym i zostawiając tym samym za sobą Prusy Wschodnie, wkroczyliśmy na
Litwę. W tyle pozostały ostatnie niezbyt piękne widoki, których głównym
elementem były łąki i pola naprędce omotane drutem kolczastym.
Przekraczając granicę znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Ziemia,
sielskie widoczki i ogólnie cała przyroda niewiele się różniły po obu
stronach tej sztucznie przez człowieka wzniesionej granicy. Różnica
jednak dosłownie rzucała się w oczy: przyszliśmy z zadbanych, wspaniale
kultywowanych ziem Wschodnich Prus, z ich pięknymi zagrodami i gospodarstwami i raptem, ku naszemu kompletnemu osłupieniu, znaleźliśmy
się pośród jakichś dzikich, kamienistych pól, przetykanych wioseczkami z walącymi się chatami, w których mieszkali strasznie biednie odziani
ludzie.
Trwało to raptem godzinę z kawałkiem i wojna przetoczyła się im nad
głowami, nie dotykając ich i prawie nie przynosząc szkód. Po prostu
zostawiła ich w tyle i tym samym jakby od razu się dla nich zakończyła.
Liczni i roztrzęsieni przedstawiciele miejscowej ludności zaczynali już
nieśmiało wynurzać się ze swoich ukryć, ale wyglądali przy tym jakby
bezradnie i znajdowali się w stanie kompletnego chaosu. Ci Litwini z rejonów pogranicznych z pewnością musieli być świadkami rozwinięcia sił
sowieckich i zapewne nie oczekiwali, że tak nagle i szybko potrafimy się
z nimi uporać. Niestety, nie mieliśmy czasu, aby się zatrzymać i z nimi
pomówić. Przednie oddziały naszej piechoty wklinowały się już na
cztery-pięć kilometrów w terytorium przeciwnika, zaś nasze czołgi
najwidoczniej pognały po litewskich równinach dużo dalej, rozpoczynając
pierwsze z wielu operacji okrążeniowych tej wojny. Nieprzyjaciel, mający
znaczną przewagę w sprzęcie i sile żywej, uciekał w panice. Naszym
zadaniem było sprawić, aby tak było i w przyszłości. Cały ranek
spędziliśmy na forsownym marszu. Oczy i szyje bolały nas od
odprowadzania wzrokiem przelatujących nam nad głowami eskadr ciągnących
na wschód: Heinkli i Dornierów z ich basowym, jakby pulsującym
buczeniem, Messerschmittów przelatujących z ogłuszającym wyciem i niezliczonych Stukasów. Wszystkie grupy samolotów leciały jak na
paradzie, zachowując idealne odstępy między sobą tak, jakby nie było
prostszego zajęcia na świecie niż nalot na wykryte zgrupowania wroga na
zajętym, lecz wciąż spornym terytorium, gdzie wciąż jeszcze toczyły się
aktywne działania bojowe.
Nagle usłyszeliśmy inny rodzaj dźwięku, huczący i nieznany, stopniowo
przybliżający się z każdą minutą, ale nie byliśmy w stanie dostrzec nic
mniej lub bardziej konkretnego, nawet za pomocą lornetek. I nagle, w szerokiej luce między nisko wiszącymi chmurami, zobaczyliśmy sprawców
tego odgłosu: pięć... sześć... siedem rosyjskich samolotów bombowych.
Kolumna marszowa zatrzymała się i ludzie rzucili się w bok od drogi w poszukiwaniu jakiego bądź ukrycia. Obsługi działek przeciwlotniczych
czym prędzej pozajmowały stanowiska. Teraz było już wyraźnie widać, że
nie są to ciężkie bombowce, ale małe, tęponose myśliwce-monoplany,
dodatkowo w towarzystwie podobnych do nich dwupłatowców, być może
bombowców nurkujących. Cała ta grupa kierowała się prosto na zachód i po
chwili przeleciała dokładnie nad naszymi głowami. Okazało się, że na
szczęście to nie my byliśmy ich celem. Nasi przeciwlotnicy i kaemiści
otworzyli do nich nie do końca zorganizowany ogień. Samoloty obniżyły
pułap lotu, odbiły w prawo od pierwotnego kursu i zrzuciły swój ładunek
gdzieś za naszymi plecami, półtora-dwa kilometry z tyłu. Zobaczyliśmy
wznoszące się tam w górę kłęby dymu i kurzu. Sowieckie samoloty
zawróciły na wschód i ponownie przeleciały prawie nad nami, mijając
naszą kolumnę lekko z boku, ale nie lecieli już w tak pięknym szyku jak
nasze asy. Po chwili wznowiliśmy nasz marsz w tym samym kierunku.
A oto i nasi pierwsi jeńcy! Bacznie i niemalże chciwie się w nich
wpatrujemy, chcąc od razu dowiedzieć się jak najwięcej o naszym nowym
przeciwniku. Było ich około pięćdziesięciu, czyli w przybliżeniu cały
pluton. Rosjanie ubrani byli w znoszone mundury w bliżej nieokreślonym,
żółto-zielonym kolorze. Wyglądali jakoś tak nie do końca po wojskowemu,
tacy rozmemłani, za to wszyscy równo ogoleni do gołej skóry. Ich
szerokie, mięsiste twarze były zadziwiająco pozbawione jakiegokolwiek
wyrazu.
Z położonego niedaleko od drogi gospodarstwa, które właśnie mijaliśmy,
rozległy się krzyki -?wołano sanitariuszy, aby udzielili pomocy
znajdującym się tam rannym. Podskoczyłem tam w towarzystwie Dehorna i Wegenera. Na miejscu zastaliśmy grupę cywilów oraz sporo rannych
rosyjskich żołnierzy. Udzieliłem pomocy wszystkim potrzebującym, którzy
mieli cięższe zranienia, podczas gdy Wegener zajął się lżejszymi
przypadkami. Kazałem mu następnie zameldować kompanii sanitarnej o miejscu, gdzie znajdują się ranni, a potem czym prędzej dołączyć do
mnie.
Zakończywszy opatrywanie rannych, ruszyliśmy w dalszą drogę. Muszę
zaznaczyć, że w miarę naszego posuwania się na wschód, biorąc pod uwagę
specyfikę naszych zadań, coraz bardziej zacząłem doceniać konia, jako
najlepszy środek lokomocji. Pognałem galopem wzdłuż drogi i tym sposobem
już po niedługim czasie ponownie dołączyłem do Neuhoffa.
Niemalże w tym samym momencie z pola, na którym dosłownie jakieś
piętnaście metrów od nas łagodnie kołysały się łany zboża, rozległy się
nagle strzały. Neuhoff osadził konia tak gwałtownie, że ten aż wspiął
się na tylnie nogi i niemal się przewrócił. Nikt nie miał cienia
wątpliwości, że strzelano właśnie do nas. W oka mgnieniu wyskoczyliśmy z siodeł i przygięci nisko do ziemi zdążyliśmy zauważyć jak adiutant
Neuhoffa, Hillemanns, wraz z kilkoma żołnierzami, rzucili się w zboże,
strzelając w biegu. Zaraz dobiegły stamtąd odgłosy krótkiej, lecz
zaciętej walki wręcz, rozległy się ostre, pojedyncze wystrzały z pistoletów, łomot ciosów kolb karabinowych i stłumione krzyki. Pierwszy
na drogę wytoczył się tyczkowaty piechur z kompanii sztabowej, wciąż
trzymając swój karabin za lufę. Wzruszył ramionami i, jakby takie
epizody przytrafiały mu się na co dzień, rzucił krótko w naszą stronę:
-?Po robocie!
Od razu zauważyłem, że kolba jego karabinu była cała zapaćkana krwią.
Wraz z Neuhoffem od razu wlazłem w zboże. Na ziemi, dopiero co rozrytej
w celu wykopania miejsca do ukrycia i zbryzganej świeżą krwią, leżały w nienaturalnych pozach ciała czterech żołnierzy i komisarza. Ich twarze
były dosłownie wprasowane w ziemię uderzeniami kolb. Gdy spoglądałem na
ten przerażający widok, przemknęła mi przez głowę myśl, że ci, którzy
przygotowali tak idiotyczną zasadzkę, wybrali najbardziej bezmyślny
sposób samobójstwa. Zaciśnięte w spazmie śmierci dłonie komisarza wciąż
ściskały wyrwane z korzeniami łodygi zboża. Nasze straty były
nieporównywalnie mniejsze: jeden żołnierz dostał bagnetem w rękę, drugi
miał draśnięcie mięśnia brzuchatego. Ciut jodyny, trochę gazy, parę
plastrów samoprzylepnych i po chwili obydwaj byli gotowi, aby
kontynuować marsz razem z nami. Neuhoff, Hillemanns i ja pojechaliśmy
konno na czele kolumny.
-?Nie sądziłem, że zobaczę coś takiego.
Wtórując moim myślom, wstrząśniętym głosem odezwał się Neuhoff:
-?W pięciu atakować cały batalion... Toż to czyste samobójstwo!
Wkrótce jednak mieliśmy się przekonać na własnej skórze, że takie drobne
grupki rosyjskich straceńców okażą się jedną z naszych głównych
bolączek. Dowodzeni przez fanatycznych komisarzy, zostawali z tyłu
prawdopodobnie nie całkiem z własnej woli po tym, jak ich główne siły
zostały zmuszone do pośpiesznego odwrotu na wschód. Wysokie łany zboża
zapewniały doskonałą osłonę dla takich band, które wyczekiwały stosownej
chwili, aby zaatakować nasze maszerujące oddziały. Nigdy nie
wiedzieliśmy skąd, a przede wszystkim, kiedy padną strzały.
W miarę tego, jak słońce podnosiło się na niebie, stawało się coraz
bardziej i bardziej gorąco. Kurz, wzbijany tysiącami żołnierskich butów,
stopniowo osiadał na mundurach, broni, amunicji, rękach i twarzach, aż w końcu nadał im stały, jasnożółty odcień. Pył wisiał nad maszerującymi
kolumnami chmurą tak nieprzeniknioną, że ludzie i pojazdy ledwie
majaczyli w niej niczym zjawy nie z tego świata. Od czasu do czasu
zwilżałem usta wodą z manierki i byłem niezwykle rad, gdy nagle
zarządzono krótki postój. Było akurat południe i na odpoczynek
stanęliśmy w niewielkim przydrożnym lasku. Ledwie zdążyliśmy umościć się
w dających niezbyt wielki cień zaroślach, gdy dostrzegliśmy zbliżającą
się od wschodu grupę ośmiu rosyjskich samolotów bombowych. Zataczały
przeplatające się kręgi, jawnie wyszukując celu.
Tym razem jednak przyszło im spotkać się z naszymi Messerschmittami. Sto
dziewiątki spadły na nie jak jastrzębie na stado gołębi! Atakowały z góry, od strony słońca, siadając na ogon swej ofiary i strzelając ze
wszystkich luf. Po ataku myśliwce ciągnęły świecą w górę, nabierały
wysokości i ponownie pikowały w dół. W ten sposób, powoli i metodycznie
posyłały na ziemię jeden bombowiec za drugim. Pierwszy z nich, ogarnięty
płomieniami przeszedł w niekontrolowane nurkowanie, za nim, płonąc
niczym pochodnia, runął na ziemię drugi. Trzeciemu urwało płat -
kolebiąc się na boki ciągnął gwałtownie w dół. Pamiętam, że wtedy
zaskoczyło mnie, jak strasznie wolno te samoloty spadały. Od bombowca z urwanym skrzydłem oderwały się dwie małe, ludzkie figurki, nad którymi
rozpostarły się czasze spadochronów. Nasze myśliwce kontynuowały
polowanie do momentu, gdy na niebie nie pozostał ani jeden rosyjski
samolot. W sumie cała walka powietrzna trwała może z dziesięć minut.
Przejeżdżający koło nas na motocyklu łącznik krzyknął, że jeden ze
strąconych bombowców runął wprost na kolumnę naszej artylerii. Potrzebna
była natychmiastowa pomoc medyczna. W towarzystwie Petermanna galopem
puściłem się we wskazanym kierunku i po przybyciu na miejsce
stwierdziłem, iż piętnastu artylerzystów jest już martwych. Pod osłoną
przydrożnych krzewów leżało jeszcze dziewięciu ludzi z poparzeniami
różnego stopnia. U pięciu z nich obrażenia były na tyle poważne, iż nie
łudziłem się, aby pociągnęli dłużej niż jeden-dwa dni. Oceniwszy
sytuację, wysłałem gońca na motocyklu po sanitarkę -?potrzebne były
nosze, gdyż tych rannych można było transportować tylko w pozycji
leżącej. W międzyczasie zająłem się wypełnianiem kart dla każdego z pokiereszowanych artylerzystów: nauczyciel z Duisburga, ślusarz z Essen,
leśniczy z Lipperlandu, górnik z Hamborn, krawiec z Dinslaken,
tramwajarz z Osnabrück i trzech studentów z Münster. Przez dwie godziny
pracowałem bez przerwy, zanim w końcu mogłem przekazać rannych innej
ekipie sanitarnej. Przez ten czas zdążyłem kompletnie stracić kontakt ze
swoim batalionem i nikt nie był w stanie powiedzieć nic sensownego
choćby o przybliżonym miejscu ich przebywania. Założyliśmy, że jeśli
będziemy posuwać się w kierunku południowo-wschodnim to nie ma siły,
abyśmy w końcu nie trafili na drogę do Kalwarii, która leżała na osi
natarcia naszej dywizji.
Wraz z wiernym Petrmannem udałem się zatem na skróty polną drogą, mając
nadzieje, że obrany kierunek będzie właściwy, a droga krótsza. Jednakże
po przegalopowaniu kilometra usłyszeliśmy odgłosy broni strzeleckiej i automatycznej, a po chwili odnieśliśmy wrażenie, że kule ze świstem
przelatują nam nad głową. Nie miałem wielkiego doświadczenia wojskowego
i nie byłem w stanie ocenić skąd i z jakiej odległości do nas strzelano
-?o ile rzeczywiście strzelano konkretnie do nas, choć jak okiem
sięgnąć, w tym odkrytym terenie, poza nami nie było widać żywego ducha.
Na wszelki wypadek, czym prędzej ukryliśmy się w najbliższej kępie
krzaków. Rozglądając się ostrożnie na wszystkie strony, w niedużej
odległości od nas zauważyłem coś, co przypominało chłopską zagrodę.
Wydała mi się dużo lepszą kryjówką niż nędzne zarośla, choć zachodziła
możliwość, że siedzi tam pełno Ruskich. Jednak ku naszej wielkiej uldze
w obejściu pokazało się kilku niemieckich żołnierzy w towarzystwie
oficera. Po chwili stałem już przed kapitanem, któremu pokrótce
opowiedziałem o naszej przygodzie.
-?No cóż, zdarza się -?ze stoickim spokojem odpowiedział oficer. -?W sumie tutaj to nic nowego. Od bladego świtu bawimy się z Iwanami w te
gierki. Moje zadanie polega akurat na przeczesywaniu okolicznych lasów i pól w poszukiwaniu tych małp. Czort wie, ilu już zdążyliśmy odstrzelić.
Nałapaliśmy ich prawie stu dwudziestu, ale straciłem przy tym paru moich
najlepszych ludzi. Tak więc szczęście wam dopisało, doktorku!
-?Już drugi raz -?odpowiedziałem. -?Dzisiaj rano ostrzelano z zasadzki
mój batalion, ale, jak widać, głowa cała.
-?Tak jest wszędzie w tej cholernej okolicy -?kontynuował kapitan. -?Te
świnie zdążyły wyryć mnóstwo kryjówek na nieskoszonych polach.
Nagromadzili sporo amunicji i teraz tylko czekają, aż nasze główne siły
pójdą dalej, aby strzelać do małych grup naszych ludzi albo do
pojedynczych łączników i gońców. A widzieliście, jaka u nich mieszanka
rasowa? Widziałem nawet Mongołów, Tatarów i Kałmuków! Że niby tacy
bronią swojej ojczyzny pod Prusami Wschodnimi? To całkiem dziwaczne
zajęcie -?odstrzeliwać tych skośnookich mieszańców! Jakbym gdzieś u Chińczyków był...
Pogawędziwszy z nami, kapitan wskazał nam odpowiedni kierunek na
Kalwarię. Na pożegnanie powiedział:
-?Zakładam, że ta hałastra nie będzie was niepokoić po drodze.
Wygoliliśmy okolicę całkiem nieźle.
Tym razem jednak cały czas zachowywaliśmy czujność. Jadąc polami
poczułem, że wyparowało ze mnie uczucie strachu i niezdecydowania.
Raptem dotarło do mnie, że przecież nie każda kula trafia w cel.
Dotarliśmy w końcu do głównej drogi. Przelewała się po niej niemająca
końca rzeka maszerującej piechoty, holowanej artylerii i rozmaitego
sprzętu. Wśród tej gigantycznej masy ludzi i maszyn wpadł mi nagle w oko
jeden z samochodów należący do naszego batalionu. Z radością puściłem
konia w galop poboczem drogi. W przeciwnym kierunku przemieszczały się
coraz liczniejsze grupy rosyjskich jeńców, konwojowane na tyły. W końcu
natknąłem się na jednego z naszych ludzi. Był to buldogowaty, ale
niemożliwie wręcz dobroduszny porucznik Stolz, dowódca dziesiątej
kompanii piechoty. Był w doskonałym nastroju, gdyż właśnie udało mu się
z powodzeniem wypełnić postawione zadanie, które miał do wykonania kilka
kilometrów na północ od drogi. Przebrnął potem przez pola pełne
pojedynczych rosyjskich strzelców i dołączył do pozostałych pododdziałów
batalionu.
-?Hej, doktorku! -?zakrzyknął do mnie. -?Jest dla was robota. Widzicie
to gospodarstwo?
Koń Stolza podskoczył do mojego tak gwałtownie, że o mały włos nas nie
obalił. Wielka łapa porucznika wskazywała na kilka zabudowań, położonych
w polu w odległości niecałego kilometra od drogi.
-?Tam są ranni!
-?Wasi?
-?Dzięki Bogu, nie! Ale pilnie potrzebują lekarza. Na razie siedzi tam z nimi tylko sanitariusz-noszowy.
-?Dzięki, Stolz! Jadę tam!
-?Posłuchajcie no, Haape. Weźcie lepiej ze sobą dla świętego spokoju
paru moich ludzi. Tylko żeby do mnie wrócili! I w jednym kawałku, a nie
w częściach!
Wydał następnie jakieś polecenie podoficerowi i jednemu z żołnierzy,
pomachał mi ręką, a następnie pogalopował na czoło swojej kompanii, aby
dołączyć do głównych sił naszego batalionu. Jeśli chodzi o mnie, to już
od dobrych kilku godzin nie wiedziałem nic o moich sanitariuszach, ani o przydzielonym nam ambulansie. Dlatego też zatrzymałem jedną z pustych
sanitarek, która zgodnie z rozkazem majora-doktora Schultza kursowała w tę i z powrotem między maszerującą kolumną i miejscem dyslokacji
kompanii sanitarnej. Żołnierze zawsze robili miejsce dla ambulansów,
nawet wtedy, jeśli trzeba było w tym celu zejść z drogi na pole czy
pobocze. Rozkazałem kierowcy jechać w kierunku chłopskich zagród, sam
zaś potruchtałem wraz z Petrmannem w ślad za samochodem. Gdy galopem
wpadliśmy na podwórze, z tyłu za nami w ziemię uderzyło kilka kul,
wzbijając fontanny piasku.
W przestronnej izbie chłopskiej chaty leżało na ziemi pięciu naszych
żołnierzy. Dwóch było już martwych, choć ich ciała jeszcze nie zdążyły
ostygnąć. Sanitariusz-noszowy, mówiący spokojnym głosem człowiek w średnim wieku, zameldował:
-?To straszne, panie poruczniku! Pierwszy raz w życiu czuję prawdziwą
rozpacz. Teoretycznie doskonale wiem, jak udzielić pierwszej pomocy, ale
widok takich prawdziwych ran po prostu sprawia, że cała teoria ulatuje
mi z głowy! -?patrzył na mnie z przestrachem. -?Mam nadzieję, że ci dwaj
nie umarli przeze mnie. Naprawdę robiłem, co tylko się dało...
Szybko obejrzałem trzech pozostałych przy życiu rannych.
-?Tym dwóm nie pomógłby już żaden lekarz. Z tego co widzę, świetnie
żeście się sprawili, nawet jeśli sądzicie, że cała wiedza z was
wyparowała.
W pierwszej kolejności zająłem się żołnierzem z ciężkim postrzałem jamy
brzusznej. Kula trafiła go poniżej żołądka, przeszła na wylot i wyleciała w podżebrowej części pleców, na lewo od kręgosłupa. Twarz
chłopaka była trupioblada, wielkie krople potu błyszczały mu na czole.
-?Masz zwykłą przestrzelinę jamy brzusznej -?jak najprościej i możliwie
beztrosko tłumaczyłem żołnierzowi tak, jakbym mówił o nieistotnym
zadrapaniu. -?Myślę, że może trochę naruszyło ci jelita, ale to nic
takiego, od czego się umiera. Trzeba będzie cię szybko operować. Jedyne
prawdziwe zagrożenie to wewnętrzny krwotok, ale skoro przeżyłeś już
kilka godzin od zranienia to znaczy, że jeszcze długo pożyjesz.
Posłałem chłopakowi zachęcający uśmiech.
-?Sanitarka czeka już na zewnątrz. Pojedziesz do szpitala i tam cię od
razu operują. Nie panikuj, jesteś już w połowie drogi do domu.
Gdy jego wykrzywione grymasem bólu oblicze trochę się odprężyło, udało
mu się nawet lekko uśmiechnąć. W tym czasie ostrożnie oczyściłem ranę
wlotową i wylotową, zatkałem obie tamponami z waty, umocowałem je na
miejscu i zakończyłem całą procedurę założeniem specjalnego
dezynfekująco-hermetyzującego pakietu z celulozy. Potem nożyczkami
wyciąłem brudne i przesiąknięte krwią części munduru wokół rany. Z pomocą sanitariusza podciągnęliśmy kolana rannego do podbródka i tam je
podwiązaliśmy -?wszystko w celu maksymalnego zmniejszenia napięcia
mięśni brzucha. Na koniec dałem mu zastrzyk przeciwbólowy i podałem
surowicę przeciwtężcową. Żołnierza, ułożonego na noszach, okutaliśmy
ciepłym kocem i po wypełnieniu karty informacyjnej, którą zawiesiłem mu
na szyi, zataszczyliśmy go do sanitarki.
Następnie zająłem się kolejnym rannym, który otrzymał postrzał w głowę.
Był nieprzytomny, ale krwawienie już ustało. Zmieniliśmy opatrunki i ostrożnie przenieśliśmy go do sanitarki.
Trzeciemu żołnierzowi kula przeszyła na wylot górną część biodra. Gumowa
opaska uciskowa, mająca zahamować upływ krwi, była założona prawidłowo,
powyżej rany. Jednak wyglądało na to, że zrobiono to dość dawno, gdyż
noga zdążyła już prawie całkowicie zdrętwieć. Z torby lekarskiej wyjąłem
przygotowaną specjalnie na takie okazje klamerkę zaciskową i poleciłem
sanitariuszowi, aby zdjął gumową opaskę. Jak tylko to zrobił, z przestrzelonej arterii, pulsując, zaczęła walić jasnoczerwona krew. Całe
szczęście, że nie była to główna arteria, inaczej szanse na uratowanie
nogi byłyby marne. Docisnąłem do rany tampon z waty i pojedynczym,
dokładnym cięciem nożyc przedłużyłem nieco wierzch rany. Następnie
szybko usunąłem tampon i zacisnąłem klamerkę na uszkodzonej arterii.
Krwawienie ustało i krążenie zaczęło powoli wracać. W nodze, która
zmartwiała już prawie całkowicie, zaczął jako tako funkcjonować
krwioobieg, omijając uszkodzoną i odciętą klamerką zaciskową arterię.
Ranny żołnierz popatrzył na mnie proszącym wzrokiem.
-?Teraz musimy trochę zaczekać i zorientować się, czy żyły w nodze nie
zostały uszkodzone i nie utraciły zdolności przepuszczania krwi. Jeśli
krwioobieg okaże się dostatecznie wydolny, noga będzie jak nowa. Wygląda
na to, że w twoim przypadku wszystko powinno być w porządku -?zapewniłem
go.
-?Panie poruczniku... -?dobiegł do mnie ściszony głos
sanitariusza-noszowego. -?Gospodyni zaparzyła cały czajnik mocnej kawy.
Z wielką wdzięcznością odebrałem tygielek gorącej kawy z rąk niemłodej
kobiety, którą dopiero teraz zauważyłem. Rzuciłem okiem na zegarek i zorientowałem się, że był już kwadrans po piętnastej. Wojowaliśmy z Rosją już od dwunastu godzin, a ja od osiemnastu godzin nie miałem w ustach ani okruszka i piłem w tym czasie tylko wodę. Jeść jakoś się nie
chciało, ale pragnienie było nieludzkie.
Kobieta sama nalała mi wielką filiżankę kawy i podając ją, powiedziała w bardzo dobrym niemieckim:
-?Tak bardzo się cieszę, że pożoga ominęła nasz dom! Moja matka była
nadbałtycką Niemką, a ja sama mieszkałam przez dwa lata w Berlinie,
kiedy byłam mała. Cóż to były za szczęśliwe dni! Stare, dobre czasy!
-?Dobre czasy wracają! -?powiedziałem i podniosłem filiżankę tak, jak
wznosi się kielich podczas najważniejszych, oficjalnych toastów.
Kawa okazała się tak pyszna, że dopiwszy pierwszą filiżankę, sam nalałem
sobie drugą. Nagle gdzieś w izbie za nami rozległ się brzęk tłuczonego
szkła -?kula trafiła w okno.
-?I tak mamy przez cały dzień! -?z goryczą stwierdziła gospodyni. -
Rosjanie strzelają z lasu, który jest za domem. Pełno ich tam jeszcze
siedzi.
Wybiegłem na zewnątrz i zawołałem do siebie dwóch ludzi z kompanii
Stolza.
-?Coś mi się zdaje, że niezbyt pięknie się postaraliście w czasie
oczyszczania okolicy z Iwanów.
-?Razem z porucznikiem Stolzem przeczesaliśmy każdy metr tego lasu! Jak
stamtąd wychodziliśmy, nie było za nami ćwierć żywego Ruska -?z niezmąconym spokojem odpowiedział mi podoficer.
-?To niby kto stamtąd teraz strzela? -?napierałem dalej.
-?Niewykluczone, że nasz porucznik uznał, iż należy coś zostawić dla
ciurów obozowych, żeby biedaczyny mieli o czym pisać do domu.
-?Nazwisko?! -?podniosłem głos.
-?Schmidt, panie poruczniku.
-?Zawód?
-?Prawnik, panie poruczniku. Adwokat, za waszym pozwoleniem -?strzelił
przy tym zgrabnie obcasami.
-?Czemu nie jestem zdziwiony? Tęga głowa i gaduła, co? Tak więc, panie
gaduła, obecnie jesteście pod moimi rozkazami i oczekuję, że wszystkie
polecenia będziecie wykonywać absolutnie bezdyskusyjnie. Jasne?
-?Tak jest, panie poruczniku.
-?No to miejcie oko na tych Iwanów w lesie. Niech siedzą cicho.
-?Rozkaz! -?odpowiedział, jawnie pajacując.
Podręcznikowo poderwał do strzału swój automat, wycelował go w las, a jego twarz przybrała wyraz surowego zdecydowania. Zanim jednak zdążył
nacieszyć się swoim występem klauna, jeszcze jedna rosyjska kula rąbnęła
w dach naszej sanitarki. Machnąłem ręką i zostawiwszy jurystę zastygłego
w idiotycznej pozie, rozkazałem kierowcy, aby przestawił ambulans w bardziej bezpieczne miejsce za domem, po czym udałem się z powrotem do
"swojej" nogi. Okazało się, że w międzyczasie noga ładnie się
zaróżowiła. Poszczypałem rannego w biodro i palce w stopie i zorientowałem się, że czucie powoli wraca. Krążenie można było uznać za
zadowalające, ale pojawiły się oznaki krwotoku żylnego. Tak czy inaczej,
czas grał w naszej sytuacji ogromną rolę. Klamerka zaciskowa zapobiegła
krwotokowi z arterii, więc nie ruszałem jej i pozostawiłem ją w ranie.
Jako dodatkowe zabezpieczenie nałożyłem opaskę uciskową o lokalnym
działaniu i zrobiłem zastrzyk przeciwtężcowy. Potem wraz z sanitariuszem
odniosłem rannego do sanitarki.
-?Nic się nie martw. Noga będzie w porządku -?uspokoiłem rannego.
-?Bardzo dziękuję, panie doktorze -?odpowiedział zdenerwowanym głosem i oczy mu się zaszkliły. -?I wam dziękuję, ojcze Pfaffer, że modliliście
się za mnie!
Poczuwszy na sobie mój niedowierzający wzrok, sanitariusz-noszowy
pospieszył z odpowiedzią na moje niewypowiedziane pytanie:
-?Jak się okazało, że nikt nas tu nie obroni, to naprawdę zaczęliśmy się
bać, że nas zarżną ci Ruscy z lasu. No i mieliśmy wtedy dość czasu, żeby
pomyśleć o duszy. Ale cały czas wierzyłem, że Pan Bóg nas tak nie
zostawi bez żadnej pomocy. I dlatego się modliłem... Bo, widzicie... ja
księdzem byłem w cywilu. Myślę, że modlitwa dała nam spokój i wzmocniła
nam ducha.
Byłem bardzo poruszony. Pomilczałem chwilę i odrzekłem:
-?Nie macie się z czego tłumaczyć. Bardzo mądrze się zachowaliście!
Na karteczce, zawieszonej na szyi żołnierza postrzelonego w brzuch,
widniał napis czerwonym ołówkiem, który tam własnoręcznie umieściłem:
"OPEROWAĆ NATYCHMIAST". I trzy wykrzykniki.
-?A teraz gaz do dechy i wal prosto do szpitala! -?powiedziałem kierowcy
sanitarki. -?I nie zapomnij zameldować, że tutaj dwóch czeka na
pochówek.
Silnik zawył i ambulans wyskoczył z bezpiecznego miejsca za dużą
chałupą. Jak tylko pojawił się na odkrytym terenie, spadł na niego grad
rosyjskich kul. Mogłem tylko stać i w bezsilnej złości patrzeć na
dramatyzm całej sytuacji. Przecież ogromny, czerwony krzyż na białym
tle, wymalowany na burtach sanitarki, był w promieniach popołudniowego
słońca doskonale widoczny. Gdyby choć jedna, jedyna kula trafiła w silnik samochodu i uszkodziła go, oznaczałoby to wyrok śmierci dla
żołnierza rannego w brzuch. Nie było co do tego żadnych wątpliwości.
Nagle z drugiej strony chałupy z ogłuszającym hukiem zadudnił ręczny
karabin maszynowy, obsługiwany przez prawnika i ostrzał z lasu
momentalnie ustał. Najwyraźniej pan adwokat-gaduła rzeczywiście
namierzył skąd padają strzały i przydusił Rosjan ogniem.
-?Najwyraźniej to jedyny język, jaki rozumieją! -?krzyknąłem ze
zdenerwowaniem. -?Tylko czekali na okazję, aby ostrzelać ambulans z rannymi. Widać, że łachudry w życiu nie słyszeli o Konwencji Genewskiej!
-?Nie zdążyłem panu powiedzieć, poruczniku... -?usłyszałem za sobą jakby
niezdecydowany głos sanitariusza-noszowego. -?Trzeba będzie pochować nie
tylko tamtych dwóch.
-?Co macie na myśli?
-?Po drugiej stronie domu, w parowie, jest jeszcze sześciu.
-?Ilu???
-?Sześciu, panie poruczniku. Jeden z nich to lekarz.
-?Jesteście pewni, że faktycznie nie żyją?
-?Myślę, że tak. Potwierdzali to nasi piechurzy, którzy później
przechodzili obok tego miejsca.
-?Musimy się sami upewnić. Pójdziecie ze mną, padre. Puścimy się biegiem
w kierunku tego rowu. Pan prawnik przykryje nas ogniem, jasne?
-?Tak jest, panie poruczniku! -?adwokat wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Jar, który wskazał sanitariusz, znajdował się około stu metrów od domu.
Szalonym pędem rzuciliśmy się w jego stronę. Ledwo co zdążyliśmy dać
nura w dół i stoczyć się na dno parowu, jak w ślad za nami -?mimo
ciągłego ognia, prowadzonego przez jurystę-wesołka -?gruchnął o ziemię
grad rosyjskich kul. Gdybyśmy bardziej lekceważąco podeszli do sprawy,
nigdy nie przebieglibyśmy ostatnich dwudziestu metrów.
Na dnie parowu leżało w nienaturalnych pozach sześć ludzkich ciał.
Sanitariusz-noszowy, który jeszcze niedawno chodził w parze z naszym
padre, leżał na wznak z szeroko rozrzuconymi rękoma, czterech innych
żołnierzy zastygło niedaleko od niego tak, jak zastała ich śmierć.
Szóstym poległym był faktycznie wojskowy lekarz. Leżał na brzuchu z twarzą zarytą w ziemi. Na lewym rękawie munduru miał białą opaskę z czerwonym krzyżem, w prawej ręce wciąż ściskał drzewiec flagi z takim
samym, tylko dużo większym, czerwonym krzyżem. Takie coś można było przy
odrobinie dobrej woli, zauważyć z każdej odległości. Wokół rozsypana
była zawartość jego torby lekarskiej.
Jakby bojąc się, że może go usłyszeć ktoś oprócz mnie, Pfaffer nerwowo
zaszeptał mi wprost do ucha:
-?Ruscy zaczaili się jakieś sto metrów stąd. O, tam, za tymi krzakami,
widzicie? Doktor pościągał rannych do tej kotlinki i tu ich opatrywał.
Wtedy Rosjanie zaczęli do niego strzelać. Widziałem wszystko z chałupy w tym gospodarstwie, ale nic nie mogłem zrobić. Doktor stanął... i tak cały
wyprostowany zaczął machać tą flagą Czerwonego Krzyża, ale oni ciągle
strzelali. Potem upadł, a oni strzelali i strzelali, aż nikt się już nie
ruszał. To potworne... Toż to morderstwo, po prostu morderstwo z zimną
krwią...
Głos sanitariusza załamał się, słowa uwięzły mu w gardle i w oczach
pojawiły się łzy. Podczołgaliśmy się bliżej do zabitego lekarza i powoli, ostrożnie przewróciłem go na plecy. Kosmyk jasnych włosów zsunął
mu się na czoło i nagle zamarłem... Wprost na mnie patrzyły szeroko
otwarte, nic już niewidzące oczy... Fritza!
Ni z tego, ni z owego raptem pojawił mi się w głowie przerażająco jasny
obraz: Fritz i ja, dwaj lekarze-kadeci, wystrojeni w nowiutkie uniformy,
pełni radości życia, czekamy na odjazd pociągu na dworcu w Kolonii. I zaraz drugi obraz, wyraźny i żywy jak na jawie: pokój hotelowy w Le
Mans, Fritz w pidżamie, cały spanikowany, bo nijak nie może przekonać
czarującej Francuzeczki, żeby wylazła z jego łóżka. I ja, wściekle
upierający się przy przysługującym mi świętym prawie do zajęcia drugiego
łóżka w tym samym pokoju i jednocześnie myślący o tym, aby nadchodząca
noc nie skończyła się jakimś szalonym trójkątem. Ależ żeśmy rżeli ze
śmiechu następnego ranka, wspominając ten zabawny epizod. Jak bardzo
zaraźliwy był szczery śmiech Fritza... A i Francuzeczka okazała się
naprawdę przewspaniałą dziewczyną...
A teraz żadnym sposobem nie mogłem oderwać wzroku pełnego smutku i bólu,
od mojego starego przyjaciela, rozpostartego na cudzej ziemi. Zupełnie
jakbym mógł jakimś nadludzkim sposobem zmusić te oczy, aby znowu na mnie
popatrzyły i sprawić, aby usta otworzyły się, mówiąc coś do mnie... Minęło
raptem dwanaście godzin wojny, jesteśmy ledwie kilkanaście kilometrów w głębi rosyjskiego terytorium, a ja już straciłem jednego z najbliższych
przyjaciół. Za wiele tego było jak na jeden dzień wojny z nowym
przeciwnikiem, do którego zdradzieckich metod prowadzenia działań
bojowych jeszcze nie zdążyliśmy przywyknąć. Moja rozkołatana świadomość
wciąż jeszcze odmawiała zaakceptowania faktu, że Fritz nie żyje.
Pfaffer, który przyklęknął za moimi plecami, cierpliwie czekał, aż się
otrząsnę.
Nie mówiąc ani słowa i ledwie zdając sobie sprawę z tego, co robię,
wwaliłem sobie ciało Fritza na plecy i stąpając ciężko zacząłem
wygrzebywać się powoli z kotlinki. Następnie, ociężale stawiając nogi,
skierowałem się ku zabudowaniom gospodarstwa. Pfaffer cicho i bez
namysłu poszedł za mną. Tym razem z lasu nie rozległ się ani jeden
strzał.
Ostrożnie położyłem ciało Fritza na trawie w sadzie za domem. Podszedł
Petermann razem z dwoma ludźmi Stolza. Poszatkowana kulami,
wypuszczonymi z najbliższej odległości, bluza mundurowa Fritza była cała
przesiąknięta jego krwią. Rozpiąłem ją, namacałem ręką nieśmiertelnik i odłamałem dolną połówkę. Wyjąłem z kieszeni oficerską książeczkę
wojskową, zgrabnie ułożony stosik fotografii, zapałki i papierośnicę.
Wszystko starannie zawinąłem w chustkę do nosa i podałem węzełek
Petermannowi.
-?Trzeba będzie odesłać rodzinie -?wychrypiałem złamanym, jakimś
zupełnie nieswoim głosem.
W kącie w kuchni leżała cała piramida broni, która należała do poległych
żołnierzy oraz do rannych, których wcześniej odesłaliśmy do szpitala.
Żadnemu z nich się już nie przyda. Ze stosu wziąłem sobie załadowany
automat i dwa zapasowe magazynki. Po chwili zastanowienia wyłowiłem
jeszcze dwa granaty i upchnąłem je do przednich kieszeni munduru.
Petermannowi wręczyłem karabin. Pfaffer, nie pytając nikogo o zdanie, w milczeniu wybrał sobie kolejnego Mausera i zarzucił go sobie na plecy.
-?A teraz, panowie, zanim się stąd zabierzemy, trzeba będzie przycisnąć
tych Rusków w lesie -?powiedziałem znowu jakby cudzym głosem. -?I oby
nas dobrze zapamiętali.
Na twarzy prawnika błądził uśmieszek, jawnie adresowany do mnie i dostrzegłem, że patrzy się znacząco na moją opaskę z czerwonym krzyżem,
wciąż jeszcze zbryzganą krwią Fritza.
-?Masz rację -?kiwnąłem głową w odpowiedzi na pytanie, którego nie
zadał.
Wolnym ruchem ściągnąłem opaskę z ramienia, złożyłem ja starannie i wsunąłem do wewnętrznej kieszeni munduru.
-?Rzeczywiście, nie pasuje do broni w ręku. Poza tym i tak nic dla
Ruskich nie znaczy. Tutaj nie obowiązują reguły Konwencji Genewskiej.
Teraz jestem takim samym żołnierzem, jak wy wszyscy. Słyszysz mnie,
adwokaciku?
Pojedynczo wypełzliśmy przed ścianę chałupy, zwróconą w stronę lasu, i skierowaliśmy lufy w to miejsce, z którego według wszelkiego
prawdopodobieństwa Rosjanie prowadzili ostrzał. Wszyscy popatrzyli na
podoficera-adwokata Schmidta.
-?Ognia! -?zakomenderował.
Jego karabin maszynowy, mój automat i dwa Mausery otworzyły huraganowy
ogień po skraju lasu. Strzelaliśmy, celując na wysokość klatki
piersiowej człowieka.
-?Przez jakiś czas zasrańcy będą leżeć plackiem -?skomentował Schmidt.
Korzystając z zamieszania, jakie musiał spowodować nasz ogień,
wróciliśmy pędem za chałupę i używając koni, jako osłony przed
ewentualnym ostrzałem, wyrwaliśmy się na piaszczystą, polną drogę. Po
niedługim czasie ponownie dołączyliśmy do niekończącego się potoku ludzi
i sprzętu, płynącego w gęstych tumanach kurzu na wschód.
Służba medyczna -?niedostateczny!
Służba medyczna -?niedostateczny!
Nasze wojska błyskawicznie posuwały się w głąb
terytorium Rosji. Po zaciętych walkach o niektóre umocnienia na granicy,
nie napotykaliśmy zorganizowanego oporu. Większość sił przeciwnika,
skoncentrowanych bezpośrednio na zachodniej granicy Związku
Radzieckiego, została rozgromiona atakiem z marszu. Choć nasze własne
doświadczenie wykazało, iż resztki tych jednostek mogły stanowić
zagrożenie dla niewielkich pododdziałów naszych wojsk, dla armii
niemieckiej jako całości nie były one przeciwnikiem, którego trzeba było
się poważnie obawiać. Przypominało to raczej kąsanie pojedynczych i niezbyt licznych komarów. W ciągu kilku następnych godzin miałem pełne
ręce roboty. Można powiedzieć, że podawałem środki przeciwbólowe i maści
gojące na tego typu ukąszenia, które nieprzerwanie serwowały nam
rozproszone grupy fanatyków, w różnych miejscach napadające na nasze
kolumny marszowe. Do późnej nocy bezustannie przemieszczałem się między
jedną grupą rannych i drugą, potem między drugą i trzecią i tak bez
końca. Większość rannych otrzymywała od razu pomoc od sanitariuszy
bezpośrednio na miejscu zdarzenia, ja sam zajmowałem się tylko
najcięższymi przypadkami. Taki system wydawał nam się wtedy najbardziej
optymalnym, działał sprawnie i przynosił satysfakcję z dobrze wykonanej
pracy.
Maszerujące po kalwaryjskiej szosie postacie żołnierzy rzucały długie
cienie, a słońce wciąż zwlekało i zwlekało, jakby nie chcąc skryć się za
zachodnim horyzontem. Tak naprawdę zaczęło się ściemniać dopiero po
godzinie dziesiątej wieczorem i wtedy do pracy z rannymi potrzebne było
już dodatkowe, sztuczne oświetlenie. Z nastaniem nocy od pól zaczynał
wiać chłodny i orzeźwiający wiaterek.
Zakończyłem właśnie wykonywanie swoich obowiązków na jednym z wielu
improwizowanych punktów opatrunkowych i rozmyślałem o tym, jak by tu
dogonić swój batalion, aby dołączyć do niego przed nocnym postojem, gdy
nadjechał konno lekarz drugiego batalionu Knust z prośbą o pomoc. Z tego, co mówił, wynikało, że wciąż ma jeszcze czternastu nawet
nieobejrzanych rannych, znajdujących się na punkcie opatrunkowym przy
polnej drodze wiodącej w kierunku Niemna. Mieliśmy szczęście, gdyż pod
rękę nawinęła nam się pusta sanitarka i mogliśmy zostawić nasze zdrowo
już wymęczone konie pod opieką Petermanna. Umówiliśmy się, że będzie
czekał na nas na następnym, dużym i charakterystycznym skrzyżowaniu
dróg. Na miejsce dotarliśmy po pół godzinie i zastaliśmy rannych w dość
opłakanym stanie. Do tej pory udzielono im podstawowej pomocy medycznej,
co zrobili sanitariusze-noszowi, ale na lekarza czekali już od godziny
drugiej po południu. Wielu miało dreszcze, co było efektem znacznej
utraty krwi. W skąpym świetle naszych kieszonkowych latarek zobaczyliśmy
twarze, na których zastygł grymas z trudem znoszonego bólu. Na szczęście
ta zapomniana i porzucona grupka okaleczonych przez wojnę ludzi nie
straciła rezonu i przytomności umysłu. Czterech z nich, najlżej rannych,
trzymało w pogotowiu swoje pistolety maszynowe i miało przygotowane do
użycia granaty. Wszystko na wypadek nieoczekiwanego, nocnego napadu
wroga, który jak najbardziej był możliwy i to wcale nie teoretycznie.
Wyciągnęliśmy z sanitarki wszystkie wełniane koce, jakie tylko mogliśmy
znaleźć, zaś pojazd ustawiliśmy tak, aby można było pracować w świetle
jego reflektorów. Sanitariusz-noszowy, który cały czas pozostawał z rannymi, pokazał nam najcięższe przypadki i sześciu żołnierzy niemal od
razu przenieśliśmy do ambulansu celem natychmiastowego przewiezienia do
szpitala. Wróciwszy do pozostałych, skleciliśmy z pałatek i gałęzi
młodych drzew coś na kształt prostego namiotu, aby choć trochę ochronić
rannych od całkiem już chłodnego wiatru. Żaden z nich nie wypuszczał
przy tym broni z ręki, tym zaś, którzy dyżurowali z pistoletami
maszynowymi, wydaliśmy dodatkowe koce.
-?Pozostałych zabierze kolejna sanitarka, którą tu przyślemy -
zapewniliśmy sanitariusza. -?Będzie tu najpóźniej nad ranem. Do
zobaczenia zatem i powodzenia!
Razem z Knustem wtłoczyliśmy się do kabiny kierowcy. Automat, z którym
teraz się już nie rozstawałem, położyłem na kolanach, a przednie
kieszenie bluzy mundurowej uspokajająco obciążały mi dwa granaty.
Podczas gdy sanitarka wolno brnęła przez noc, oświetlając reflektorami
piaszczystą drogę, Knust zdążył usnąć. Na rękawie munduru wciąż plątała
mu się biała opaska z czerwonym krzyżem.
Ja też chciałem zasnąć -?byłem nieludzko skonany i całe moje ciało wręcz
błagało bodaj o krótki odpoczynek, ale mózg uparcie zachowywał zdwojoną
aktywność. Przed oczami przesuwały mi się setki obrazów z całego dnia.
Czułem, że niektóre wydarzenia i sytuacje muszę bezzwłocznie przemyśleć
i dokładnie poukładać je sobie w głowie. Przecież te parę kilometrów
frontu, po których plątałem się przez ostatnie dwadzieścia godzin, to w istocie rzeczy całkiem małe "nic" w porównaniu z gigantycznym,
posuwającym się na wschód niemieckim frontem, ciągnącym się od Bałtyku
do Ukrainy! Na ilu to polach i wzgórzach, w jakich lasach i okopach
umierali teraz -?dokładnie właśnie w tym momencie -?ranni niemieccy
żołnierze, rozpaczliwie oczekujący pomocy, która nigdy nie nadejdzie,
albo nadejdzie zbyt późno? Nie ulegało żadnej wątpliwości (tak
przynajmniej sądziłem), że Wehrmacht powinien być lepiej przygotowany do
sytuacji, w której przychodzi mu mierzyć się z piekielną mieszaniną
popłochu, bajzlu, strachu i poczucia beznadziei, które niczym
przysłowiowy smród wlokły się za wojskiem. Niewykluczone, że organizacja
i zaopatrzenie oddziałów pierwszej linii były poza wszelką krytyką, ale
na mój gust kwestia lekceważenia potrzeb oddziałów drugorzutowych,
idących w ślad za jednostkami szturmowymi, zakrawała na ocierające się o przestępstwo niedopatrzenie. Może miałoby sens, aby jednak nie gnać aż
tak szybko do przodu, co dałoby nam trochę więcej czasu na odnajdywanie
i ratowanie rannych oraz grzebanie poległych. Póki co, rannym,
pozostawionym za szybko przesuwającą się linią frontu, z jakiegoś powodu
nie udzielano wymaganej uwagi.
Podczas gdy tak rozmyślałem, zdążyliśmy dojechać do umówionego miejsca
spotkania z Petermannem i dalej ruszyliśmy już konno, kombinując po
drodze, jak by tu dogonić nasz batalion. Nagle z ciemności wynurzył się
i zrównał z nami samochód terenowy dowódcy naszego pułku. Pułkownik
Becker siedział z przodu, obok kierowcy, jego adiutant -?z tyłu.
Pomyślałem, że oto sama Opatrzność wybrała mnie na swojego proroka po
to, abym mógł podzielić się swoimi spostrzeżeniami z Beckerem i zwrócić
jego uwagę na wołającą o pomstę do nieba dezorganizację, która wkrada
się w działania oddziałów drugiej linii i uniemożliwia udzielanie rannym
wykwalifikowanej i terminowej pomocy. Zwyczajowe meldunki podwładnych są
stereotypowe i rzadko wykraczają poza sformułowania w stylu "nic
nadzwyczajnego... nic godnego uwagi... nic, co wymagałoby wzmiankowania".
Jednak tym razem miałem o czym meldować. Czułem, że pułkownik Becker,
będący wielkim zwolennikiem porządku i dyscypliny, należycie oceni moją
szczerość i może nawet będzie wdzięczny za tego typu raport. Oficer ten
zawsze przejawiał ogromną troskę o swoich ludzi, a do mnie odnosił się z szacunkiem i życzliwością, gdyż pamiętał mnie dobrze jeszcze z czasów
naszej wspólnej służby w Normandii. Po raz pierwszy dał temu wyraz, gdy
zwrócił uwagę na mój nawyk podpisywania raportów literami "HP" zamiast
pełnego nazwiska "Haape". Od tamtej pory nadał mi przezwisko
"Haltepunkt" (od niem. słowa "Haltepunkt" -?HP, czyli "przystanek"). Co
by nie gadać, było mi miło, gdy z zatrzymującego się pojazdu dobiegł
mnie głos:
-?Dzień dobry Haltepunkt. Jak tam sytuacja?
Zeskoczyłem z konia, oddałem honory przyjaźnie uśmiechającemu się
pułkownikowi i możliwie jak najprościej odpowiedziałem:
-?Pod wieloma aspektami sytuacja jest niezadowalająca, panie pułkowniku.
Informacja o miejscu przebywania i liczbie rannych często nadchodzi
późno, lub nie nadchodzi nigdy. Oficerowie i żołnierze na przedniej
linii nie zawsze poświęcają rannym dostateczną ilość uwagi, co skutkuje
brakiem odpowiedniego współdziałania między nami.
Brwi Beckera powoli uniosły się do góry, a oczy nabrały chłodnego
wyrazu, ale ja uparcie kontynuowałem przemowę, podnosząc głos niemal do
krzyku:
-?Ranni rozrzuceni są na dużej przestrzeni i w efekcie nie otrzymują
należytej pomocy medycznej, albo nie otrzymują jej wcale!
-?Gdzie wasza opaska z Czerwonym Krzyżem? -?gniewnym i gwałtownym głosem
zapytał pułkownik, z jawną niechęcią obrzucając wzrokiem mój automat i rękaw munduru bez opaski.
-?Zdjąłem, panie pułkowniku.
-?Na czyj rozkaz?
-?Niczyj, panie pułkowniku.
-?Proszę niezwłocznie zameldować szefowi służby medyczno-sanitarnej
dywizji, iż samowolnie zdjął pan swoją opaskę.
Milczał chwilę, najwyraźniej próbując się uspokoić i wziąć się w garść.
Zakaszlał i bardziej już pojednawczym tonem powiedział:
-?Niech pan będzie łaskaw powstrzymać się od krytyki oddziałów
pierwszorzutowych. Zamiast tego proszę skupić się na wykonywaniu pana
podstawowych obowiązków służbowych. Działania jednostek bojowych to nie
pana ból głowy, pan odpowiada za pomoc rannym! Niech pan będzie łaskaw,
raz jeszcze to powtórzę, pamiętać o tym.
Pułkownik chrapliwym głosem wydał krótki rozkaz kierowcy swojego
samochodu terenowego i pojazd gwałtownie ruszył z miejsca.
Ciężko wdrapując się na siodło czułem się jak pies, który dostał
kopniaka za darmo. Byłem zły i jednocześnie zdruzgotany i przytłoczony
całą sytuacją. Do różnych moich smutnych doświadczeń doszło jeszcze
jedno, którego należało bezwzględnie przestrzegać: nigdy, pod żadnym
pozorem, nie liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony jednostek bojowych.
Jeśli to się jakimś cudem zdarzy -?jak było w przypadku Stolza, który
przydzielił mi dwóch swoich ludzi -?należy traktować to jak
nieoczekiwany dar niebios. Od tej chwili przyrzekłem sobie, że będę
stosować swój własny system okazywania pomocy rannym, którego
fundamentalną zasadą będzie moja maksymalna niezależność od kogokolwiek
i czegokolwiek. Szczera wymiana zdań z Beckerem była dla mnie znakomitą
lekcją i dobrze się stało, że odebrałem ją wcześniej niż później. Tym
samym pułkownik Becker oddał mii nieocenioną usługę.
Na prawo od drogi, obok jakiegoś domu, stała sanitarka. Pomyślałem, że
być może przyda się tam moja pomoc i wszedłem do chałupy. Okazało się
jednak, że był tam już lekarz z pierwszego batalionu, który w zupełności
panował nad sytuacją. Mój kolega po fachu opowiedział mi smutną
historię, jak to trzech naszych sanitariuszy wraz z rannymi, których
opatrywali, zostało bestialsko zarzniętych przez Rosjan w czasie walk o jakiś schron bojowy przy granicy. Słysząc to, poczułem jeszcze większą
nienawiść do wroga.
Im bardziej zbliżała się noc, tym lepiej jechało się bezpośrednio po
samej drodze, z której zeszły kolumny piechoty, rozkładające się na
postój po okolicy, z oczywistą nadzieją na urwanie bodaj kilku godzin
snu. Tuż obok drogi zauważyłem duże zadaszenie, spod którego bił snop
światła, wokół tłoczyli się żołnierze. Podjechałem bliżej i dostrzegłem
stojący tam samochód pułkownika Beckera. Dookoła roztaczał się
nadzwyczaj kuszący zapach mięsnego gulaszu i jakiejś zupy, co
momentalnie uświadomiło mi, że jestem nieludzko głodny.
-?A oto i pan Haltenpunkt! -?wesoło powitał mnie Becker. -?Czy dzisiaj w ogóle coś jedliście?
Sprawiał wrażenie, jakby całkiem zapomniał o tym, iż zdrowo mnie
zbeształ niecałą godzinę temu.
-?Nic jeszcze nie miałem w ustach, panie pułkowniku -?odpowiedziałem
szczerze.
Mój żal do starego wojaka jakoś nagle sam z siebie wyparował.
-?A tutaj akurat przyrządzili zadziwiająco dobrą grochówkę z wołowiną.
Siadajcie i częstujcie się. Smak prawdziwie domowy!
Tłusta zupa, przyrządzona w ogromnym żeliwnym kotle, była faktycznie
niebiańsko pyszna. Chciwie pochłaniając zwartość podanej mi miski z parującą potrawą, mimowolnie przypomniałem sobie to, co słyszałem o starym pułkowniku. Zawsze jadł dokładnie to samo, co jego podkomendni i nigdy nie zasiadał do posiłku, zanim nie upewnił się, że wszyscy jego
ludzie dobrze zostali nakarmieni.
-?Zapamiętajcie Haltenpunkt moje słowa: godziwe jedzonko pomaga ciału i duszy trzymać się w kupie -?pogadywał Becker w czasie, gdy ja byłem
pochłonięty jedzeniem grochówki. -?Nigdy nie przechodźcie obojętnie obok
kuchni polowej!
Troskliwie i po ojcowsku odczekał, aż uporam się z jedzeniem, po czym z podnieceniem kontynuował:
-?Wiecie jak daleko zaszły przez cały dzień nasze oddziały zwiadowcze?
Do samego Niemna! Doszliśmy prawie do Niemna, Haltenpunkt! To oznacza,
że w ciągu jednego dnia weszliśmy na siedemdziesiąt kilometrów w głąb
terytorium wroga. Możecie mi wierzyć Haltenpunkt, że to wspaniały wynik!
Wszyscy żołnierze, którzy znajdowali się w pobliżu kuchni polowej,
zostali nakarmieni. Dopiero wtedy kierowca Beckera przyniósł mu wreszcie
talerz zupy i kawał wojskowego chleba. Pułkownik rozłamał chleb na dwie
części i podał mi jedną połówkę. Wziąwszy się z apetytem za jedzenie,
nie przestawał jednocześnie mówić:
-?Rozumiem wasze stanowisko. Z tego, co mówiliście, grupy rannych
żołnierzy rozsiane są na całkiem dużym obszarze. To wasze słowa, czyż
nie tak?
Patrzył na mnie uważnie spod swoich kosmatych brwi i niczym stuletni
dziadek, co chwila mrugał oczami.
-?Teraz pozwólcie, że przedstawię wam swój punkt widzenia. W końcowym
obrachunku liczy się wyłącznie ostateczny wynik walki. Niewykluczone, że
nie wszystko funkcjonuje tak idealnie, jak byśmy tego sobie życzyli i być może sytuacja wymaga zaprowadzenia pewnych porządków, ale powiadam
wam: Ruscy to dopiero są w prawdziwie katastrofalnej sytuacji. Tak,
Haltenpunkt, mówię wam, katastrofalnej!
Ułamał kawałek chleba i pouczająco pogroził mi palcem.
-?Nasze dzisiejsze przełamanie w znacznym stopniu osłabi siły i morale
wroga. Jutro, czy tam pojutrze, sytuacja będzie zupełnie inna. Ale póki
co, musimy bezwzględnie deptać Rosjanom po piętach.
Przetarł usta chusteczką do nosa i w zamyśleniu dodał:
-?Taaak, Haltenpunkt, osobiste odczucia i doświadczenia pojedynczego
człowieka nie mają absolutnie żadnego znaczenia w skali globalnej wojny.
Radzę wam, młody człowieku, dobrze przyswoić sobie tę myśl.
Słuchając pułkownika zdążyłem w międzyczasie przełknąć już drugi kubek
kawy. Podziękowałem zatem za gościnę, oddałem honory swojemu dowódcy i udałem się w dalszą drogę. Do sztabu batalionu dotarłem dopiero około
drugiej w nocy, czy też raczej prawie rano.
-?No, wreszcie! -?usłyszałem uradowany głos Neuhoffa. -?Mam już
wszystkiego powyżej uszu. Od czterech godzin kapral Meyer nie daje mi
żyć, łażąc za mną z jednym ze swoich ludzi. Otumanił nas wszystkich
kompletnie, próbując coś zrobić z tym biedakiem. Koleś rozdziawił japę
na całą szerokość i teraz za cholerę nie może jej z powrotem zamknąć, bo
mu się zaklinowała. Rany boskie, doktorze, pomóżcie mu jakoś!
Natychmiast dostarczono przed moje oblicze faceta z faktycznie nieludzko
rozdziawioną paszczą. Hillemanns oraz Lammerding, nasz batalionowy
oficer do specjalnych poruczeń, stali tuż obok i z zainteresowaniem
obserwowali, co też mam zamiar z nim zrobić. Znalazłem się w prawdziwie
trudnym położeniu -?w życiu nie miałem do czynienia z podobnym
przypadkiem. Dolna szczęka żołnierza wyskoczyła z zawiasów szczękowych i wysunęła się do przodu, klinując się w tym położeniu. Tym samym na
umęczonym obliczu nieszczęśnika ział nieproporcjonalnie wielki otwór
szeroko otwartych ust. Ociekający śliną język kotłował się spazmatycznie
w jamie gębowej, zupełnie jakby jego właściciel usiłował coś mi
powiedzieć -?oczywiście bezskutecznie. Pośpiesznie usiłowałem
przypomnieć sobie podstawowe prawa anatomii, mogące mieć związek z tym
niezwykłym przypadkiem i doszedłem do wniosku, że sensownym będzie lekko
ucisnąć dolną szczękę, jednocześnie pociągając ją delikatnie w dół i do
przodu. Teoretycznie powinno to skutkować tym, że naciągnięte mięśnie
dolnej szczęki rozciągną się jeszcze bardziej i, być może, wywichnięte
zawiasy szczękowe, przesuwając się do przodu, a następnie w tył,
odklinują się i wrócą na właściwe miejsce, tym samym wyrównując
położenie dolnej szczęki względem górnej. Tak więc pięknie wiedziałem,
co powinno zajść w teorii, natomiast w praktyce... pozostawało mieć
nadzieję, że się nie pomyliłem. Chwyciłem dwie chusteczki i z pomocą
kaprala okręciłem je wokół swoich kciuków.
-?A to po co? -?zainteresował się Neuhoff.
-?Bezpieczeństwo przede wszystkim! Nienawidzę wtykać palce w zęby, kiedy
szczęki mogą zamknąć się jak potrzask.
Poleciłem kapralowi, aby stanął za plecami siedzącego na krześle
pacjenta i mocno przycisnął jego głowę do swojego brzucha. Zrobił
wszystko jak należy, ale wzrok miał przy tym taki, jakby trzymał za rogi
samego diabła. "Czort" zaś patrzył na mnie jednocześnie błagalnie i wielce podejrzliwie.
-?Gotów? -?zapytałem go.
Zamiast odpowiedzi, jeszcze bardziej wybałuszył oczy. Ostrożnie ułożyłem
kciuki na dolnych zębach trzonowych biedaka, wziąłem przymiarkę i leciutko ucisnąłem szczękę. Potem, wziąwszy głęboki oddech, co sił
nacisnąłem szczękę w dół, jednocześnie pociągając ją do siebie... Na
ułamek sekundy przed tym, jak zawiasy szczękowe, nie z trzaskiem, ale z jakimś ogłuszającym chrupotem wróciły na swoje miejsce, zdążyłem
wyszarpnąć kciuki z ust żołnierza. Cała ta manipulacja okazała się
prostsza, niż myślałem. Nie wierząc do końca w pełnię swojego szczęścia,
pacjent kilkakrotnie otworzył i zamknął usta.
-?No i wszystko gra -?z ulgą podsumowałem udaną operację. -?Na
przyszłość bądź ostrożniejszy, gdy będziesz szeroko otwierać usta. Poza
tym, takie rozdziawianie gęby nie przystoi prawdziwemu żołnierzowi.
Jasne?
-?Tak jest, panie doktorze -?ostrożnie, bardzo ostrożnie otwierając
usta, odpowiedział żołnierz.
-?I jak tam poszło? -?zapytał Neuhoff.
-?Drobiazg, nic szczególnego, panie majorze -?odpowiedziałem. Dobrze
przecież zapamiętałem wszystkie dzisiejsze lekcje.
Dołączyliśmy do pozostałych ludzi z naszego batalionu, którzy
odpoczywali na skraju lasu. Część z nich już spała. W tym momencie
nadjechała moja sanitarka z Wegenerem i Dehornem. Obaj sumiennie
wykonywali swoje obowiązki przez okrągłe dwadzieścia cztery godziny i byli dosłownie padnięci, zresztą tak, jak ja sam i wielu innych. Na
zegarku była trzecia rano. Uzupełniłem zawartość swojej torby lekarskiej
i resztką sił, na czworaka, wcisnąłem się do malutkiego namiotu, w którym już układali się do snu Neuhoff, Lammerding i Hillemanns. Po paru
sekundach wszyscy czterej jak na komendę zapadliśmy w najgłębszy sen... na
całe półtorej godziny.
Rozkaz to rozkaz
Rozkaz to rozkaz
Zgodnie z moim całkiem subiektywnym odczuciem,
dosłownie po kilkunastu minutach kontynuowaliśmy nasz miarowy pochód w kierunku rzeki Niemen, posuwając się szeroką, piaszczystą drogą.
Półtoragodzinny sen przyniósł więcej szkody niż pożytku. Czując się jak
zdechły pies, z ledwością byłem w stanie zwlec się z posłania. Dotyczyło
to zresztą nie tylko mnie. Przemarzliśmy do kości, bolały nas zdrętwiałe
mięśnie, a nogi popuchły do tego stopnia, że z trudem dało się wcisnąć
je w buty. Tuż przed opuszczeniem nocnego obozowiska oznajmiono nam o nadejściu tajnego telegramu z kwatery głównej, opatrzonego osobistym
podpisem samego Hitlera. Jego treść dostarczyła nam obfitego materiału
do dyskusji, trwających do wschodu słońca.
"Wszyscy rosyjscy komisarze maja być rozstrzeliwani natychmiast po ich
ujęciu", głosił tekst rozkazu.
Twarz Neuhoffa, w momencie, gdy przyniósł nam te nowiny, była bardzo
poważna. Można rzec, że był w pewnym sensie zakłopotany, co nie było do
niego podobne. Podkreślił, że nie powinniśmy rozpowiadać o tym wśród
żołnierzy -?tajna instrukcja była przeznaczona tylko dla korpusu
oficerskiego. Dalsza część rozkazu zawierała informację, iż w ciągu
pierwszego dnia działań bojowych znaczna część wziętych do niewoli
żołnierzy niemieckich została z zimną krwią rozstrzelana właśnie na
rozkaz komisarzy politycznych. Los ten spotkał między innymi personel
medyczny oraz bezbronnych, rannych żołnierzy. Ostateczną winę za te
zbrodnie przypisywano komisarzom.
Jadąc drogą, Kageneck, Stolz i ja rozpoczęliśmy cichą, lecz bardzo
ożywioną dyskusję dotyczącą rozkazu führera.
-?Do cholery z tym, jestem przeciwny rozstrzeliwaniu bezbronnych ludzi
nawet wtedy, jeśli to są przestępcy -?ze zdenerwowaniem ogłosił
Kageneck. -?W każdym przypadku taka polityka jest błędna. Tego typu
nowinki nie da się utrzymać w tajemnicy. Wiecie, co będzie, gdy dowiedzą
się o tym Ruscy? Powiem wam, co będzie. Wiedząc, że nie uratują skóry w niewoli, komisarze zaczną walczyć jak wściekli, do ostatniego naboju! A zdajecie sobie sprawę, jaki to materiał dla propagandy czerwonych?!
-?Każdy człowiek zasługuje na to, aby traktować go indywidualnie. W razie czego, powinna być możliwość uczciwego sądzenia takich ludzi. Co
wy na to, Stolz? -?zapytałem po namyśle.
Po zachmurzonym obliczu Stolza widać było, że starannie zastanawia się
nad odpowiedzią.
-?Jeśli chodzi o mnie, to nie mam zamiaru nikomu wydawać rozkazów
rozstrzeliwania z zimną krwią jakichkolwiek ludzi. A tak przy okazji:
nie jestem w stanie odróżnić komisarza od zwykłego oficera Armii
Czerwonej i jak już przy tym jesteśmy, to powiem wam, że nie zamierzam
dociekać, na czym polega różnica. Mam nadzieję, panowie oficerowie, że
moja opinia pozostanie między nami?
Stolz nie musiał się niepokoić, że jego zdanie stanie się publiczną
tajemnicą. Praktycznie każdy oficer z naszego batalionu miał w tej
kwestii dokładnie takie samo zdanie i nikt z nas nigdy nie wydał
rozkazu, aby rozstrzelać wziętego do niewoli komisarza. Trzeba jednak
nadmienić, że właściwie niewielu z nich dożywało momentu wzięcia do
niewoli. Większość ginęła na polu boju, albo strzelała sobie w łeb, aby
nie dać się wziąć żywcem. Nieliczni, którzy żywi wpadli nam w ręce, byli
odsyłani na zachód i tam skutecznie rozpływali się we wciąż rosnącej
masie jeńców wojennych. Jednakże nam samym też przyszło doświadczyć na
własnej skórze, jaki wpływ na otaczających ich ludzi mają tego typu
czerwoni fanatycy. Zawsze kiedykolwiek napotkaliśmy szczególnie zawzięty
opór, prawie wszędzie w konsekwencji wyławialiśmy komisarza, lub nam o takowym donoszono. Codziennie nasze samoloty rozsypywały nad terytorium
przeciwnika ilustrowane ulotki nawołujące żołnierzy rosyjskich do
zabijania komisarzy, zaniechania oporu i oddawania się w niewolę. Często
robiła na nas wrażenie skuteczność tego rodzaju propagandy. Od czasu do
czasu poszczególne grupy czerwonoarmistów, zanim podniosły ręce w górę,
przy pierwszej nadarzającej się sposobności odstrzeliwały swoich
komisarzy, którzy musieli być zdrowo znienawidzonymi typami.
Otrzymaliśmy wiadomość, że most na Niemnie został uchwycony w nienaruszonym stanie. Nasi zwiadowcy, którzy skryli się we mgle
otulającej rzekę, przeprawili się na drugą stronę specjalnie w celu
uniemożliwienia wrogowi wysadzenia mostu. W ślad za nimi po moście
przemknął, wchodzący w skład naszej dywizji, szwadron kawalerii von
Boeselagera i zlikwidował nieprzyjacielskie umocnienia na przedmościu.
Do tego czasu dotarły tam pierwsze pododdziały drugiego batalionu
piechoty, którymi dowodził Hök, podczas gdy nasza artyleria cały czas
przygniatała ogniem rosyjską baterię, osłaniającą most.
Rozłożyliśmy nasze mapy topograficzne. Niemen tworzył w tym rejonie
wielką pętlę, opływając tereny porośnięte ogromnymi lasami.
-?Nie jest tak źle -?zauważył z zadowoleniem Neuhoff. -?Za trzy godziny
my też tam będziemy.
Jednakże nasz pododdział otrzymał rozkaz specjalny, który położył kres
tym nadziejom. Brzmiał on następująco: "Trzeci batalion osiemnastego
pułku piechoty przechodzi na wschód od drogi na Niemen celem
przeczesania znajdującego się tam masywu leśnego".
Wkrótce zrozumieliśmy powody, dla których otrzymaliśmy taki rozkaz. Na
tej właśnie drodze, wiodącej z Kalwarii ku rzece, Rosjanie zastrzelili
już dwóch gońców-motocyklistów, a dzisiejszego ranka urządzili zasadzkę
na ambulans. Rozkaz o zmianie dotychczasowego kierunku marszu został
przekazany wzdłuż kolumny i wszyscy na kilka minut przystanęli. Klnąc w żywy kamień, piechurzy z dziesiątej kompanii Stolza i z jedenastej
Kramera zajęli rozciągniętą na sześć kilometrów pozycję równolegle do
drogi. Odległość między poszczególnymi żołnierzami w tej gigantycznej,
zaimprowizowanej tyralierze wynosiła około piętnastu kroków. Na komendę
wszyscy, nie kryjąc się, ruszyli przed siebie przez pola, pagórki i kępy
drzew. Zadanie było jasno określone -?nie przeoczyć ani jednego
Rosjanina w tym sektorze.
Dziewiąta kompania pod dowództwem porucznika Teitgena pozostała w rezerwie i wszyscy jej żołnierze od razu rozlokowali się tak, aby choć
na chwilę "złapać komara". Szybko zorganizowałem tymczasowy punkt
pierwszej pomocy w pobliżu punktu dowodzenia Neuhoffa i przygotowałem
wszelkie niezbędne środki i materiały na wypadek nagłej aktywności
bojowej. Potem od razu rozesłałem sobie koc i rozłożyłem się na
odpoczynek w promieniach porannego słońca. Hillemanns był jak zwykle
zajęty meldunkami, raportami i wszelaką korespondencją sztabową. Major
Neuhoff zasiadł na przydrożnym głazie i z uwagą wpatrywał się w dal.
Odwrócił się trochę w naszą stronę i sprawiając wrażenie, jakby mówił
sam do siebie, biadolił:
-?Major Hök ze swoim drugim batalionem właśnie sobie maszeruje po moście
przez Niemen. A nas znowu przytrzymali i zrzucili na łeb przeczesywanie
sześćdziesięciu kilometrów kwadratowych jakichś zapomnianych przez Boga
parowów. I to jeszcze bawiąc się w chowanego z garstką cholernych
Iwanów. Chłopaki w najlepszym wypadku pojawią się z powrotem grubo po
południu. Będą zdrowo skonani, a tu jeszcze do czarnej nocy trzeba
będzie doganiać resztę pułku. Dwa dni wojny i dwa dni ganiania za
najgorszymi ruskimi mętami.
-?No cóż... -?przytaknąłem z solidarności. -?Ktoś przecież musi zająć się
wypełnianiem zadań specjalnych.
-?A niech szlag trafi te wszystkie zadania specjalne! -?rozeźlił się
Neuhoff. -?To, co pięknie nazywacie zadaniami specjalnymi to po prostu
najgorsza czarna robota, którą musimy odwalać przez innych i za innych.
W tym momencie zauważyliśmy, że nasi ludzie prowadzą czterech jeńców,
pojmanych w pobliskim lesie. Trzech z nich miało na sobie ubrania
cywilne, ale ogolone go gołej skóry czaszki zdradzały w nich żołnierzy.
Dwaj z nich byli w typie mongolskim i ich skośne oczy patrzyły na nas z jakimś osobliwym, dzikim wyrazem. W czasie, gdy Neuhoff, wciąż
nieruchomo tkwiąc na swoim kamieniu, z zainteresowaniem przyglądał się
Iwanom, dowiedzieliśmy się, że jednym z zastrzelonych tu dzisiaj o świcie motocyklistów był starszy szeregowy Beltzer z naszego batalionu.
Gdy znaleziono jego ciało, miał wypatroszone kieszenie, a meldunki,
które przewoził, zniknęły. Usta Neuhoffa zacisnęły się w jedną, wąską
kreskę.
-?Zabity i okradziony... -?wyszeptał straszliwym głosem, ani na sekundę
nie spuszczając wzroku z rosyjskich jeńców. -?Jeden z moich ludzi zabity
i ograbiony... Tego człowieka -?kiwnięciem głowy wskazał Rosjanina
odzianego w mundur -?odesłać do punktu zbornego dla jeńców. A te trzy
straszydła... -?złowieszczo zmrużył oczy, patrząc na trzy postacie w niedopasowanej, cywilnej odzieży. -?Tych trzech śmierdzących złodziei
natychmiast rozstrzelam.
Neuhoff wezwał podoficera i sześciu żołnierzy z dziewiątej kompanii i po
kilku minutach pluton egzekucyjny stanął przed majorem. Nikt z będących
świadkami tej sceny nie tylko nie śmiał warknąć ani słowa, ale nawet bał
się poruszyć.
-?Co o tym sądzisz? -?odwracając się do Hillemannsa, zapytał Neuhoff.
-?Sądzę, że należy postąpić tak, jak pan powiedział -?jak zwykle
idealnie służbiście odpowiedział Hillemanns.
Uważnie przypatrywałem się trzem jeńcom. Było całkowicie jasne, że nie
rozumieją ani słowa po niemiecku i kompletnie nie zdają sobie sprawy z faktu, że ich życie wisi na włosku. Z całej trójki najbliżej mnie stał
wątły chłopaczek w wieku co najwyżej osiemnastu lat. Cywilne ciuchy
wisiały na nim luźno i było widać, że niedawno siedziały na cudzym
grzbiecie. Odpowiedział mi dziecięco naiwnym spojrzeniem, pełnym
całkowitego niezrozumienia dla zachodzących wokół niego wydarzeń.
Zupełnie nie wyglądał na rasowego mordercę, a przynajmniej ja nie mogłem
uwierzyć, aby nim był. Z dużą dozą pewności można było założyć, że
przebrał się w cywilne ubranie, aby rozmyć się gdzieś pośród litewskich
cywilów i tym samym uniknąć niewoli. Było też dla mnie jasne, że przed
podjęciem ostatecznej decyzji Neuhoff będzie potrzebował czyjegoś
moralnego wsparcia, bardziej konkretnego niż zwyczajowe, służbiste
potakiwania Hillemannsa i oficjalny, znany nam już, rozkaz Hitlera.
Realia współczesnej wojny nie były czymś, do czego przywykł Neuhoff,
który jako żołnierz starej daty, nauczony był wojować zgodnie ze ściśle
określonymi regułami. Wyraźnie potrzebował, aby ktoś jeszcze głośno
wyraził swoje poparcie dla jego mrocznego werdyktu.
-?Nie wydaje się panu, doktorze, że nie powinniśmy się ceregielić z tymi
rzeźnikami? -?nagle zwrócił się bezpośrednio do mnie.
-?Nawet nie wiem, co mam odpowiedzieć, panie majorze -?ledwie zdołałem z siebie wydusić.
Czułem wobec tych żałosnych, bezbronnych i nikomu niepotrzebnych
gołodupców tylko litość, z którą nic nie mogłem zrobić.
-?Panie majorze, czy jest pan całkowicie pewien, że to są przebrani w cywilne ubrania snajperzy? Gdybyśmy znaleźli przy nich jakąkolwiek broń
albo obciążające ich dokumenty, to ich śmierć byłaby jak najbardziej w zgodzie z prawami czasów wojny. Ale jeśli niczego takiego nie
znajdziemy, to przynajmniej ja nie chciałbym obciążać swego sumienia
taką decyzją.
Neuhoff obrzucił mnie szybkim i nie do końca usatysfakcjonowanym
spojrzeniem, w którym jednak zdążyłem zauważyć błysk zwątpienia.
-?Obszukać ich -?powiedział raptem.
Zwykłe cywilne papiery, kilka kawałków czerstwego chleba i garść
wysuszonej machorki -?to było wszystko, co mieli w kieszeniach.
-?Odesłać te łachudry na punkt zborny -?szorstkim głosem rozkazał
Neuhoff.
Nie patrząc więcej w moją stronę major, z wyrazem niezadowolenia na
twarzy, kołysał się nerwowo z pięt na palce, ale wiedziałem, że w tej
chwili odczuwa ulgę, iż nie stał się jednak uczestnikiem wykonania
wyroku kary śmierci. Ewidentnie, aby się czymś zająć, bez najmniejszej
potrzeby sprawdził dokładnie wszystkie nasze konie i drobiazgowo upewnił
się, czy aby są dobrze przywiązane i napojone. Czule poklepał po szyi
swojego karego wałacha i dał mu przygotowaną wcześniej kostkę cukru.
-?Będę teraz musiał napisać od nowa raport dla dowódcy pułku -?warknął
ze złością Hillemanns.
To niesamowite, ale podczas gdy ja miałem wolne ręce w czasie tej
krótkiej, lecz pełnej dramatyzmu sceny, Hillemanns zdążył już nasmarować
raport o wykonaniu rozkazu rozstrzelania! Dehorn zajął się sprawdzeniem
kompletności zestawu medykamentów w mojej torbie lekarskiej, a Müller,
który nigdy nie mógł wysiedzieć ani chwili bezczynnie, czyścił i smarował mój automat. Wegenera wysłałem moim służbowym Mercedesem, aby
spróbował zlokalizować naszą sanitarkę, która gdzieś się na dobre
zawieruszyła.
Słońce nieprzerwanie wędrowało po niebie i wiedziałem, że już niedługo
stanie w zenicie. Ułożyłem się na trawie w cieniu wiązu i przez
plątaninę jego konarów starałem się wyłowić okiem przepływające nad nami
białe obłoki.
* * *
Moje myśli błądziły to tu, to tam i od czasu do czasu wracały do mojego
przyjaciela Fritza. Zastanawiałem się na przykład, czy został już
pochowany, czy jeszcze nie. Wyobrażałem sobie gruby, brzozowy krzyż,
taki jak u Stocka, który będzie stanowić jedyny, prosty, lecz
przepełniony smutkiem pomnik na jego skromnej mogile. Ech, Fritz, biedny
Fritz! Młody, jak wielu innych, entuzjastyczny, ale daleki od fanatyzmu
narodowy socjalista. Fritz, dla którego jeden zwykły dzień był zbyt
krótką chwilą, aby upchnąć w niej jego całą, kipiącą energię. Fritz,
któremu życie wydawało się żałośnie małym przedziałem czasowym dla
wszystkich jego rozlicznych ambicji i pasji, a wojna była wielką i fascynującą przygodą. Właśnie taki był, gdy po raz pierwszy go
spotkałem.
To było południe, sam początek listopada 1940 roku. "Kolonia, dworzec
główny!" -?i tak już dostatecznie przenikliwy w swej wyrazistości żeński
głos, peronowe megafony przekształcały w sztuczny i ochrypły skrzek,
który pulsującym echem rozniósł się po wypełnionym dymem i parą, wysokim
sklepieniu kolońskiego dworca kolejowego. Dudniące echo zagłuszało nawet
gwizd parowozu, a dla wysypujących się z wagonów, niczym groch,
żołnierzy, było całkowicie zbędnym komunikatem. I tak nazwy każdej
stacji były rozwieszone gdzie tylko się dało: na ścianach wagonów, na
budynkach stacyjnych, na przęsłach mostów, kładkach dla pieszych, po
prostu wszędzie. Największe z nich były dodatkowo oświetlane jasnymi
snopami światła z reflektorów. Mówiono nam wtedy, że w Anglii usunięto
wszystkie nazwy stacji kolejowych, a nawet drogowskazy. Anglicy sądzili,
że zbiją nas w ten sposób z tropu, kiedy już wylądujemy na ich wyspie.
Ale u siebie w domu nie musieliśmy uciekać się do tego rodzaju sztuczek
-?kwestii czyjegoś ewentualnego wtargnięcia na terytorium Rzeszy nikt
nawet nie rozpatrywał poważnie. Sądzę, że tego rodzaju defetystyczna
myśl nikomu w życiu nie przyszła do głowy. Francja była na kolanach -
Linię Maginota załatwiono z łatwością, Anglicy z hukiem wylecieli z kontynentu, a wszystko to dzięki właśnie takim ludziom w szarozielonych
mundurach, którzy właśnie teraz przybywali na dworzec kolejowy w Kolonii, aby udać się w kierunku, w którym maszerował Wehrmacht. Nasza
armia w stanie pełnej gotowości bojowej, ale jakby niezdecydowanie,
stała na północnym wybrzeżu Francji, a my chciwie wlepialiśmy oczy w mgłę nad kanałem La Manche, aby dostrzec nasz kolejny cel -?Anglię. Dla
nas, wówczas pięciu młodych lekarzy-oficerów, niepozbawionych pewnych
ambicji, właśnie ona miała być osobistym punktem docelowym.
Z Niemcami na długie lata pożegnaliśmy się jeszcze w czasach
studenckich, odnotowując ten wiekopomny w naszym życiu krok obaleniem
pięciu flaszek reńskiego wina "Liebfraumilch" (z niem. "Mleko ukochanej
kobiety") na malowniczym tarasie widokowym nad Renem. W następnej
kolejności zamierzaliśmy zapakować się do pociągu, który poniesie nas do
kolejnego punktu na trasie naszej pasjonującej wędrówki -?do Granville w Normandii. Nasze podłe i przyziemne instynkty znowu zaczęły nas
niepokoić. Było to zaiste godne pożałowania, gdyż na wstępnym etapie
szkolenia wojskowego masa rozmaitej maści sierżantów wychodziła ze
skóry, aby tego typu odczucia całkowicie z nas wykorzenić. "Osobowość!"
-?pamiętam, jak bardzo emocjonalnie podchodził do tego tematu jeden z owych sierżantów... "Tak się wam wszystkim wydaje... że wszyscy macie niby
jakąś tam osobowość! Mylicie się! W każdym z was siedzi wewnętrzna
świnia! A Wehrmacht nie potrzebuje ludzi, w których siedzą wewnętrzne
świnie! Moje zadanie polega na tym, żeby pomóc wam pozbyć się niskich,
tchórzliwych, świńskich instynktów i uczynić z was prawdziwych
żołnierzy! Grenadierów!". Dlatego w lipcu i w sierpniu 1939 roku
uczyliśmy się strzelać z karabinów i trenowaliśmy pokazowy krok paradny
na placu apelowym. Wojna z Francją i Anglią zastała nas podczas nauki
rzucania granatem i zawiłości budowy sraczy dla wojska w warunkach
polowych. Działania bojowe w Zachodniej Europie szły pełną parą, podczas
gdy my studiowaliśmy stawianie błyskawicznej diagnozy i udzielanie
pierwszej pomocy w warunkach bojowych oraz dla odmiany w trybie pilnym
uczyliśmy się, jak skakać na koniu. Potem armia nagle przypomniała
sobie, że kiedyś tam, w cywilu, czyli "bardzo dawno temu", byliśmy
jednak dyplomowanymi lekarzami, i w końcu oddano nam z powrotem nasze
stetoskopy i skalpele. Ale, aby ocalić nas przed straszliwą
ewentualnością przebudzenia się w nas wewnętrznej, tchórzliwej świni,
dowództwo wojskowe zatroszczyło się o przetrzymanie nas przez jakiś czas
na bliżej nieokreślonym statusie kadetów-lekarzy. Innymi słowy, zgodnie
z tabelą stopni wojskowych, stanowiliśmy dziwaczną, przejściową formę
między kursantem a oficerem, co objawiało się między innymi tym, iż
zobowiązani byliśmy jako pierwsi salutować wszystkim, poza szeregowymi.
W rzeczywistości zaś i tak musieliśmy trzaskać obcasami absolutnie przed
wszystkimi i wszystkim -?od generała po skrzynkę na listy...
* * *
Ostatnią, prawdziwą balangę w życiu naszych wewnętrznych, tchórzliwych
świń zmajstrowaliśmy im z prawdziwie królewskim rozmachem w Paryżu.
Wykazując dumną pogardę dla możliwych konsekwencji naszego czynu,
pozwoliliśmy sobie poszaleć o cały jeden dzień (i jedną noc) dłużej, niż
wymagały tego nasze obowiązki służbowe. Dopiero potem wznowiliśmy nasz
dziarski i radosny pochód przez północną Francję, z następnym
przystankiem w Le Mans.
Szef służby medycznej dywizji stacjonującej w Granville błyskawicznie
sprowadził nas na ziemię -?używając kilku przemyślanych i brzmiących
bardzo przekonująco zdań, nie pozostawił nam cienia wątpliwości, co do
tego, że znajdujemy się obecnie na terenie objętym aktywnymi działaniami
bojowymi.
Ku naszemu nieopisanemu żalowi, rozdzielono nas i rozesłano do różnych
batalionów. Jadąc samochodem sztabowym między bezlistnymi już jabłoniami
niezliczonych sadów prowincji Calvados, zastanawiałem się, z jakimi
ludźmi przyjdzie mi stać ramię w ramię w czekającej mnie wojnie z prawdziwym i bardzo realnym przeciwnikiem. Trzeba zaznaczyć, że całkiem
niebezpodstawnie miałem do siebie znacznie więcej zaufania, jako do
wykwalifikowanego lekarza niż do dobrze wyszkolonego żołnierza. Miałem
nadzieję, że moi nowi przełożeni okażą w tym względzie logiczną
pobłażliwość.
Niemniej pojawienie się nowego lekarza nie zrobiło na majorze Neuhoffie
najmniejszego wrażenia, przynajmniej tak to z zewnątrz wyglądało.
Obojętnym wzrokiem zmierzył mnie od góry do dołu, podczas gdy ja z kolei
przypatrywałem mu się z niepodzielną i otwarcie prostoduszną uwagą.
Pewne drobne opóźnienie, z jakim pojawił się nowy lekarz osiemnastej
kompanii trzeciego batalionu, Neuhoff pozostawił bez głośnego
komentarza, ale nie omieszkał zauważyć, że mam niestety zerowe
doświadczenie bojowe. Niewykluczone, że założył, iż uda mi się nadrobić
zaległości, gdy wylądujemy już po drugiej stronie kanału La Manche. A może gram przypadkiem w skata albo w doko? Gram! No to może jednak od
biedy do czegoś się przydam... Być może po kolacji moja obecność przy
karcianym stole będzie miała jakiś sens.
-?Adiutant batalionu, porucznik Hillemanns, pokaże wam wasz pokój -?na
tym audiencja u nowego dowódcy zakończyła się.
Hillemanns był do bólu oficjalny i wiało od niego chłodną uprzejmością,
był niczym niezbyt przyjazne listopadowe słońce. Przypomniały mi się w tym momencie słowa majora-doktora Schultza: "Jeśli jeszcze tego nie
wiecie, to mogę was poinformować, że jesteście teraz oficerem służby
medycznej w jednym z trzech najbardziej elitarnych batalionów generała
von Rundstedta. Dowódcą pułku jest pułkownik Becker, wybitny oficer z ogromnym doświadczeniem zarówno z pierwszej wojny światowej, jak i obecnej. Wszystkiego dobrego!". Miałem ogromną nadzieję, że moja
wewnętrzna świnia będzie sprawować się przyzwoicie i nie przeszkodzi mi
w spełnieniu wymogów stawianych przed szczęśliwcami, służącymi w tak
przesławnej jednostce. Zacząłem też utwierdzać się w przekonaniu, że
major Neuhoff, mimo, iż pozornie grubiański, miał jednak w oku pewien
szelmowski błysk, co niewątpliwie świadczyło o jego wspaniałych,
ludzkich zaletach. Może i adiutant Hillemanns pokaże się w przyszłości z bardziej ludzkiej strony, bez względu na to, że gdy pokazywał mi
oficerską stołówkę, jego sposób zwracania się do mnie, aczkolwiek
absolutnie poprawny, był jednocześnie nieziemsko suchy. Celem
zakwaterowania swych oficerów i podoficerów, nasz trzeci batalion
zarekwirował część największego hotelu w niewielkim miasteczku Littry.
Stołówka znajdowała się na parterze, a mój pokój, do którego zaprowadził
mnie Hillemanns, położony był w przeciwległym skrzydle budynku. Zanim mi
go pokazał, nie omieszkał rozkazać jednemu z podoficerów, aby oprowadził
mnie po oddziale medyczno-sanitarnym, gdzie miałem pracować...
Gdy znalazłem się we wnętrzu starej willi, która miała stać się moim
pierwszym wojskowym szpitalem, trzech znajdujących się tam żołnierzy
natychmiast skoczyło na równe nogi i wyprężyło się w postawie "na
baczność". Pierwszym z nich, jak się później okazało, był kapral
Wegener. Niezwykle rozmowny, ze wszystkich sił starał się pokazać, jako
wielce obyty wojak. Drugi żołnierz, starszy szeregowy Müller, był za to
przesadnie milczący. To był wysoki, jasnowłosy dzieciak, od razu
wzbudzający sympatię swoją dobrodusznością. Wkrótce zorientowałem się,
że niezawodnie i bez szemrania wykonuje tutaj całą prawdziwą robotę.
Trzecim z nich był Dehorn, wiecznie czujny, ciemnooki konus, dopiero co
przybyły z Niemiec w ramach najnowszych uzupełnień. Pochodził z mojego
rodzinnego Duisburga i od razu wyznaczyłem go za jednym zamachem swoim
asystentem medycznym i ordynansem. Wegener był najwyraźniej bardzo rad,
iż nie wybrałem w tym celu naszego "jucznego konia" Müllera. Jak
pokazało późniejsze doświadczenie, absolutnie nie pomyliłem się, co do
Dehorna -?w przyszłości miał się okazać niebywale rzutkim i kompetentnym
pomagierem, posiadającym niesamowitą zdolność odgadywania moich potrzeb
jednym spojrzeniem. Po tym jak pomógł mi przytargać moje manatki do
hotelu, zapragnąłem pobyć trochę sam na sam ze sobą i dałem mu wolne.
Wyciągnąłem od razu na wierzch kilka moich ulubionych książek oraz
zdjęcie Marty, które ustawiłem w widocznym miejscu na nocnym stoliku. W plecaku miałem też wciąż pudełko z szykownymi pantoflami i innymi
drobiazgami, które kupiłem dla niej jeszcze w Le Mans. Ciągle nie mogłem
złapać nikogo, kto akurat wracałby do Niemiec i mógłby zabrać ze sobą te
prezenty, choć właśnie teraz był okres, kiedy powinni masowo dawać
przepustki żołnierzom, którzy brali udział w kampanii francuskiej.
Wszyscy byli święcie przekonani o tym, że szybki i zwycięski marsz
Wehrmachtu przez Francję, ku wybrzeżom kanału La Manche, zwieńczony
zostanie niezwłoczną inwazją Anglii. W portach północnej Francji
zgromadzono tak imponującą ilość barek, holowników, łodzi motorowych i nawet zwyczajnych łódek rybackich, iż nie pozostawiało to żadnych
wątpliwości, co do naszych zamiarów. W teorii operacja "Lew Morski" była
ćwiczona tyle razy, że każdy niemiecki żołnierz zdążył wykuć na pamięć
swoją przyszłą w niej rolę, jednak los sprawił, że ostatecznie niedane
nam było podnieść kurtyny w tym ostatnim akcie wielkiego przedstawienia...
* * *
Tamtego wieczoru stawiłem się na kolacji punktualnie o wpół do siódmej i Hillemanns przedstawił mnie pozostałym oficerom batalionu. Porucznik
Graf von Kageneck, dowódca dwunastej kompanii, przywitał się ze mną po
przyjacielsku. Zachowywał się z wdzięczną i wyrafinowaną arystokratyczną
manierą, a na ustach co i raz błądził mu ledwie zauważalny uśmiech.
Następnie wesoło i głośno powitał mnie porucznik Stolz, który był
przedstawicielem zupełnie innego typu niemieckiego oficera. Był to
dobroduszny wesołek ogromnego wzrostu, wręcz olbrzym, o pewności siebie
godnej wielmoży i głośnym śmiechu, którego wybuchami raczył nas raz za
razem podczas kolacji. Podczas rozmowy jego rechotowi często
towarzyszyło solidne, przyjacielskie klepnięcie współrozmówcy w plecy,
który, jeśli akurat stał, miał od razu trudności z utrzymaniem się na
nogach. Stolz dowodził dziesiątą kompanią i szybko zorientowałem się, że
jego podwładni kochali go i szanowali, zawsze będąc gotowi do pójścia za
nim dosłownie w ogień i wodę. Całkowitym przeciwieństwem Stolza był
batalionowy oficer do specjalnych poruczeń, podporucznik Lammerding,
który nie tylko cechował się bystrością i zdolnością do błyskawicznych
reakcji, ale miał też cięty język, co pomagało mu podtrzymać godny
pozazdroszczenia autorytet, jakim cieszył się w batalionie i prawie
zawsze pozwalało mu postawić na swoim. Głównym i ulubionym orężem
Lammerdinga podczas potyczek słownych był sarkazm i ironia, z którymi
najwidoczniej radził sobie tylko von Kageneck, ze swoją inwencją i wyjątkowym, wrodzonym dowcipem. Należy jednak podkreślić, że
sarkastyczny sposób bycia Lammerdinga objawiał się tylko w określonych
przypadkach i wyłącznie podczas rozmów z ludźmi, którzy potrafili
dzielnie dać odpór w dyskusji, nigdy zaś w sytuacjach, gdy taka maniera
mogłaby uchodzić za niegodziwą czy zdradziecką. Generalnie rzecz biorąc,
był to bardzo poukładany i skromny człowiek, który pod maską
niefrasobliwości skrywał żelazny hart ducha, odwagę i chłodną
determinację. Dwaj inni dowódcy kompanii, kapitan Noack z dziewiątej i porucznik Kramer z jedenastej, byli tego wieczoru nieobecni na kolacji,
gdyż stacjonowali wraz ze swymi pododdziałami w pewnej odległości od
Littry. Szybko zdałem sobie sprawę z faktu, że lekarzyna taki jak ja,
niemający realnego doświadczenia bojowego, nie może liczyć w trzecim
batalionie na żadne poważne traktowanie. Mogę od razu podać przykład:
poza majorem Neuhoffem byłem jedynym oficerem w batalionie, któremu
nominalnie, zgodnie z przydziałem, przysługiwał samochód i teoretycznie
miałem do dyspozycji Mercedesa. Właśnie tak, teoretycznie. W rzeczywistości nigdy nie mogłem go używać, gdyż bez przerwy używali go
Hillemanns i Lammerding w ramach różnorakich zadań sztabowych. Liczne
moje rozjazdy uskuteczniałem konno -?tym sposobem w moim życiu pojawił
się niezapomniany Westwall. Bez wątpienia była to najchudsza i najbardziej żałosna chabeta w całym batalionie, na której widok nawet
Rosynant Don Kichota rżałby za śmiechu. I to wszystko, weźcie łaskawie
pod uwagę, w czasie, gdy na mnie przypadało najwięcej wyjazdów ze
wszystkich oficerów batalionu. Któregoś dnia, odczuwając kolejny
przypływ wściekłości z tego powodu, odkryłem niespodziewanie, że można
ten czworonożny cud natury zmusić do galopu i natychmiast znaleźliśmy
się w centrum zainteresowania. Sukces zależał teraz tylko od tego, czy
uda mi się wyglądać równie głupio jak mój koń. Tylko w takim przypadku -
i w żadnym innym -?mogliśmy działać jak jeden bojowy tandem. Neuhoff
całkiem jasno dał mi do zrozumienia, że nie oczekuje na serio Bóg wie
czego od swojego nowego lekarza batalionowego. Żebym chociaż mógł być
godziwym partnerem do gry w karty! Ale jako czwarty do gry w doko nie
zdobyłem wielkiego poważania, gdyż nawet w tej dziedzinie wlokło się za
mną pasmo straszliwych klęsk. Musiałem się jeszcze zdrowo napracować,
zanim mogłem liczyć na zyskanie prawdziwego szacunku. Mając trzydzieści
jeden lat byłem najstarszym oficerem w batalionie, za wyjątkiem, rzecz
jasna, samego Neuhoffa oraz porucznika Kramera, ale w rzeczywistości mój
nijaki i niezupełnie zrozumiały stopień wojskowy kadeta-lekarza czynił
ze mnie najmłodszego rangą członka wspólnoty oficerskiej o nieuchronnie
najmniejszym autorytecie.
Pułkownik Becker, dowódca naszego pułku, który pewnego razu zajechał do
nas na inspekcję, wbrew moim nadziejom nie uczynił nic, co mogłoby
wzmocnić moje moralne oblicze w oczach mych nowych towarzyszy broni.
Pomimo swoich pięćdziesięciu lat i rany odniesionej w czasie pierwszej
wojny światowej, która sprawiła, że jego lewa ręka była prawie
całkowicie bezwładna, Becker był przykładem męskości, stanowczości i stanowił wręcz ideał oficera. Spojrzeniu jego czujnych oczu nic nigdy
nie umykało. Na początek zwrócił mi uwagę, że oddawałem honory wojskowe
tak samo jak inni oficerowie naszego batalionu, chociaż jako kadet nie
miałem do tego prawa. Jednak tego samego wieczoru, na wspólnej kolacji w stołówce oficerskiej, pobłażliwie znalazł czas, aby przedyskutować ze
mną różne aspekty mojej pracy, w rezultacie czego żartobliwie ogłosił
mnie "Haltenpunktem".
Stopniowo, bardzo powoli, Neuhoff zaczął mnie traktować bardziej serio -
nie tylko jako partnera do gry w doko, ale co najważniejsze, jako
lekarza wojskowego. Ze swojej strony, po cichu, także wyrabiałem sobie
zdanie o tym człowieku, cechach jego charakteru, nawykach i skłonnościach. Było to możliwe, po pierwsze, dzięki wszystkim tym
spotkaniom przy stole karcianym, a po drugie, dzięki rozmowom z Lammerdingiem. Neuhoff jeszcze za czasów Reichswery wybił się na oficera
z prostego szeregowego, a z czasem dorobił się swojej obecnej rangi i stanowiska. Z wiekiem nabrał maniery rozmyślania nad tym, iż zdarł już w swoim życiu zbyt wiele par wojskowych buciorów, oraz że pod pewnymi
względami jest już ciut za stary na współczesne metody prowadzenia
wojny. Pod wpływem tego typu dekadenckich nastrojów nabawił się pewnej
lekkiej, lecz chronicznej formy zapalenia ocznych kanalików łzowych.
Objawiało się to tym, że od czasu do czasu oczy łzawiły mu tak mocno, iż
wydawało się, że zaraz się rozpłacze. Lammerding dla żartu ochrzcił go
wtedy mianem "majora płaczka".
Hillemanns, podobnie jak jego dowódca, także wywodził się z szeregowych,
ale był przy tym nadzwyczajnie ambitny. Był stuprocentowym pedantem,
zarówno w stosunku do samego siebie, jak i swoich podwładnych. Jego buty
były zawsze wyglansowane na nieludzki błysk, nawet pięć minut po tym,
jak wracaliśmy z treningowego, forsownego marszu po listopadowym błocie.
Na głowie miał zawsze nienaganny przedziałek i był idealnie
podstrzyżony, dokładnie tak, jak wymagały tego przepisy. Deficyt w kwestii indywidualności, charyzmy i uroku osobistego starannie
kompensował dogłębną znajomością wszelkich możliwych przepisów, zasad i regulaminów, a także nienaganną postawą i wyglądem.
Podporucznik Stock, jeden z najmłodszych oficerów w batalionie, w osobistych rozmowach ze mną opowiedział mi mnóstwo interesujących
szczegółów o innych naszych kolegach. Sam był mogącym się podobać
dwudziestojednoletnim młodzieńcem o delikatnej, wrażliwej naturze i dobrym sercu. Między innymi był rewelacyjnym pianistą. Jakże on potrafił
być wzruszająco wdzięczny, gdy udawało mu się znaleźć kogoś, z kim mógł
choć troszkę porozmawiać o muzyce! Jednakże, pomimo tych bezspornych
duchowych zalet, stosunek innych oficerów do młodego Stocka był dość
powściągliwy, a czasami wręcz chłodny, przede wszystkim ze względu na
jego młody jeszcze wiek. Lammerding, według słów Stocka, prawie nigdy
nie uczestniczył w dyskusjach na jakiekolwiek tematy polityczne. Po
zakończeniu nauki i uzyskaniu świadectwa dojrzałości prawie natychmiast
wstąpił do akademii wojskowej, ale potem, jak powiadali, spowodował
jakiegoś grubego kalibru rozłam we własnej rodzinie, jakoby za przyczyną
tego, że kategorycznie odmawiał wstąpienia do partii nazistowskiej,
podczas gdy jego rodzony brat był jednym z wysoko postawionych liderów
SS. Lammerding na zewnątrz przejawiał niewiele szacunku dla kogokolwiek,
nawet Neuhoffa, ale był tym typem nienagannego oficera, na którego
przełożony zawsze może liczyć. Porucznik Graf von Kageneck
charakteryzował się dokładnie takim samym beztroskim i, zdawałoby się,
nawet lekkomyślnym stosunkiem do życia. Wywodził się ze starego,
arystokratycznego rodu, jego ojciec w czasie pierwszej wojny światowej
był znanym i bardzo szanowanym generałem, a jego czterej bracia, wszyscy
bez wyjątku, byli wyróżniającymi się oficerami. Jednym z jego przodków
był słynny książę Metternich, a sam von Kageneck ożeniony był z bawarską
księżniczką. Młody Stock był bardzo uważnym i bystrym obserwatorem i byłem wielce zmartwiony, gdy przydzielono go do kompanii Kramera,
stacjonującej daleko od Littry...
* * *
Listopad zamienił się w grudzień, a my wciąż przerabialiśmy inwazję,
ćwicząc desantowanie na specjalnie wydzielonym do tego celu kawałku
linii brzegowej na wschód od półwyspu Cotentin. Nasze wojska znajdowały
się w stanie pełnej gotowości bojowej, a po zwycięskim marszu przez
Francję ich morale i wiara w zwycięstwo były niezachwiane. Zdawaliśmy
sobie sprawę, że gdy tylko postawimy stopę na angielskim wybrzeżu, cały
wysiłek obronny jednostek wroga skupi się na nas, czyli na piechocie.
Oczywiste było, że w ślad za oddziałami desantowymi przyjdą transporty
czołgów i artylerii, co w znacznej mierze ułatwi nam zadanie, ale
świadomi też byliśmy tego, iż nastąpi to dopiero wtedy, gdy uda nam się
dobrze umocnić na uchwyconych przyczółkach i zapewnić pozycje wyjściowe
do ataku w głąb angielskiego terytorium. Największą siłą Wehrmachtu była
bez wątpienia jego piechota. Świadczył o tym fakt, iż każdy bez wyjątku
pluton i każda kompania nieprzerwane ćwiczyły desantowanie i były
przygotowane do działania, jako autonomiczne, zupełnie niezależne i samowystarczalne pododdziały. Niezbędne do dalszych działań zapasy
amunicji i żywności zostałyby oczywiście dostarczone, ale dużo później,
dlatego w pierwszych godzinach, czy nawet dniach po lądowaniu, jednostki
desantowe musiałyby liczyć wyłącznie na własne siły i zasoby. Tylko
spełniając taki warunek mogliśmy zapewnić sobie punkt wyjściowy do
ostatecznego zwycięstwa -?mocne uchwycenie przyczółków. Jeśli dodać do
tego świadomość faktu, że wesprą nas rozlokowane wzdłuż francuskiego
wybrzeża silne i znakomicie wyposażone armie, 9-ta i 16-ta, to nasza
wspólna przewaga nad przeciwnikiem powinna się wyrażać w stosunku
dziesięć do jednego. Pamiętając o tym wszystkim, byliśmy w podniosłych
nastrojach, pełni odwagi, wiary i zdecydowania i mieliśmy niezachwianą
pewność, że pomimo nieuchronnych strat, odniesiemy w tej wielkiej
batalii przeciwko brytyjskiej armii zdecydowane zwycięstwo. Nie peszyły
nas regularne naloty bombowe lotnictwa angielskiego, których efektem
było zatopienie w niektórych portach na wybrzeżu pojedynczych statków
przygotowanych do inwazji, ani dochodzące nas słuchy o tym, jakoby
Anglicy zamierzali wylać do kanału La Manche ogromne ilości łatwopalnych
substancji, co miałoby rzekomo przeszkodzić w przeprawie naszych sił.
Bombardowania koncentrowały się na rejonach oddalonych od nas i skupiały
się na stosunkowo niewielkim odcinku francuskiego wybrzeża, czyli
głównie portach, z których było najbliżej do brzegów Anglii. U nas
jedynymi gośćmi były niezliczone stada czajek, czasami wlatujące w głąb
lądu, ale głównie krążące nad ciemniejącym ponuro, zimnym morzem.
Zbliżało się Boże Narodzenie i ze smutkiem zaczynaliśmy się domyślać, iż
operacja "Lew Morski" zostanie zapewne przełożona na początek następnego
roku kalendarzowego. Najprawdopodobniej operacja przeciwko Anglii
powinna być przedsięwzięta w styczniu lub w lutym, w zależności od
warunków pogodowych, wiatrów i przypływów...
Niemiecka armia czekała na święta, które po raz pierwszy od dwudziestu
pięciu lat miała spędzać we Francji. Wydano wiele przepustek, a ja sam
załatwiłem taką dla Dehorna, aby mógł spędzić Boże Narodzenie ze swoją
czarującą, młodziutką żoną. Pojechał do domu promieniejący, szczęśliwy i niczym świąteczna choinka obwieszony prezentami dla rodziny, mojej
Marty, a także rodzin Wegenera i Müllera.
Kageneck zobowiązał się dostarczyć na nasz bożonarodzeniowy stół
prawdziwą, świąteczną pieczeń i w tym celu zaprosił mnie na polowanie na
jelenia we wspaniałych lasach Balleroy. Biorąc pod uwagę jego zawadiacką
naturę, mogłem być tylko skromnym pomocnikiem w tym przedsięwzięciu,
ponieważ, jak się okazało, polowanie w tych lasach było surowo zakazane
i zarezerwowane wyłącznie dla przedstawicieli najwyższego dowództwa i ich zaproszonych gości. Najwyraźniej nie martwiło to grafa, a wręcz
dostarczało mu dreszczyku emocji. W czasie samego polowania napotkaliśmy
majora-artylerzystę, który ewidentnie uprawiał tam dokładnie takie same
kłusownictwo, jak my. Kageneck zdołał tak kompletnie ogłupić majora
swoimi wywodami na temat zakazów w ogóle, a zakazu polowania w tym lesie
w szczególności, że przestraszony myśliwy od siedmiu boleści uważał się
za niesamowitego szczęśliwca, gdy udało mu się wykręcić z całej sytuacji
tylko z "przyjacielskim ostrzeżeniem" Kagenecka. Po czym, gdy
pospiesznie brał nogi za pas, przedzierając się przez gęstwinę, ironią
losu wypłoszył prosto na nas wspaniałego jelenia. Bożonarodzeniową
pieczeń odebraliśmy nie inaczej, niż jako osobisty podarunek od naszego
niezrównanego i nieosiągalnego generała, dowódcy naszego korpusu.
Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem spadł gęsty śnieg. Oficerowie
naszego batalionu zorganizowali wigilijną kolację w stołówce, ale w żaden sposób nie potrafiłem przestawić się na świąteczny nastrój -?do
tej pory nie otrzymałem jeszcze od Marty żadnych życzeń. Po wspólnej
kolacji, Kageneck, Stolz i inni kontynuowali wesołą biesiadę w swoich
kompaniach, a ja i Lammerding postanowiliśmy poszwendać się trochę po
zaśnieżonych zaułkach otulonego nocą Littry. Dochodzący do naszych uszu
dźwięk muzyki zwabił nas do maleńkiej kafejki, gdzie mimo późnej pory i obowiązującej godziny policyjnej, w najlepsze bawili się miejscowi
mieszkańcy. Lammerding uspokoił przestraszonego właściciela knajpki
tłumacząc mu, że w takim dniu może trzymać swój przybytek otwarty tak
długo, jak chce. Z butelczyną wina usadowiliśmy się w przytulnym kąciku
i popatrywaliśmy na tańczących, którzy w tym momencie odprawiali szalone
pląsy. Wirująca obok nas w tańcu ciemnowłosa Francuzeczka chwyciła nagle
czapkę Lammerdinga, wetknęła ją sobie zabawnie na głowę i w rytm tanga
swobodnie odpłynęła w tłum tancerzy. Jednak sytuacja stała się bardzo
wybuchowa, gdy jakiś pełen temperamentu Francuz, najwyraźniej mąż owej
damulki, gwałtownym ruchem zerwał furażerkę z głowy swojej ukochanej i cisnął ją w stronę Lammerdinga, obrzucając go przy tym wyzywającym
spojrzeniem. Tego było już za wiele dla Lammerdinga i tak już bladego ze
wściekłości, który zerwał się ze swojego miejsca z zaciśniętymi zębami
i, co gorsza, z pistoletem w dłoni. Muzyka przestała grać i zapadła
nagła, pełna napięcia cisza. Wszyscy patrzyli z przestrachem na
Lammerdinga. Ostrożnie podszedłem do niego i zacząłem szeptać mu na
ucho, aby odłożył osąd całego zdarzenia do jutra, kiedy Francuz
wytrzeźwieje. Właściciel kafejki zapewnił ze swojej strony, że
dopilnuje, aby człowiek ten sam zgłosił się rano do komendantury
batalionu. Następnego dnia ów narwaniec faktycznie grzecznie stawił się
w naszym sztabie, gdzie osobiście przeprosił Lammerdinga za swój
obraźliwy wyskok, który, jak by nie było, trącił brakiem szacunku dla
munduru niemieckiego oficera.
31 grudnia nadeszła w końcu moja długo wyczekiwana poczta i postanowiłem
spędzić Sylwestra w samotności, czytając listy od Marty. Müller, który
dobrowolnie zastąpił nieobecnego Dehorna w roli mojego ordynansa,
rozpalił w kominku wonne, sosnowe polana i dostał wolne.
Z przesyłki od Marty wyjąłem miniaturową i pięknie przez nią ubraną
świąteczną choineczkę, rozstawiłem wokół równie kruche, malutkie
świeczki i rozłożyłem otrzymane prezenty. Aromatyczna, miodowa świeca
rzucała dość światła, abym mógł zagłębić się w listy otrzymane od Marty,
a jodłowe gałązki, dorzucone do kominka, wypełniły pokój zapachem, który
uwielbiałem od dzieciństwa...
W pamięci stanął mi obraz innej wigilii, którą spędziłem z Martą, gdy
przyjechała odwiedzić moją rodzinę. Jak na jawie słyszałem teraz jej
czysty i dźwięczny głos, kiedy śpiewała świąteczne kolędy. Po raz
pierwszy zobaczyłem ją kilka miesięcy wcześniej, gdy śpiewała partię
Małgorzaty w "Fauście" w operze w Duisburgu. Od tamtej chwili młody
lekarz oddziału traumatologii szpitala imienia cesarza Wilhelma każdy
wolny od dyżuru wieczór spędzał niezmiennie wrośnięty w miejsce na
widowni opery. Ów młody lekarz, czyli ja, z drżeniem chłonął zaklętą w jej głosie wyrafinowaną subtelność Madamme Butterfly, pikanterię Mimi i temperament Carmen. Byłem absolutnie zachwycony jej artyzmem, a gdy
poznałem ją bliżej, poza sceną, jej spontaniczność i szczerość
wypowiedzi sprawiły, iż zapłonąłem do niej gorącym uczuciem. Niedługo
jednak przyszło mi odjechać tam, gdzie odbywałem służbę wojskową i nie
zdążyliśmy się nawet zaręczyć...
Po jakimś czasie, stopniowo i wbrew mojej woli, myśli powoli zaczęły
wracać do małego pokoju hotelowego we francuskim Littry.
Na zewnątrz było chłodno, jak to zimą, ale jednocześnie było jakoś
zupełnie nie po zimowemu wilgotno. Na dachach leżały grube czapy śniegu,
zaś na ulicach królowało błoto. Od kanału wiał ostry, wilgotny wiatr i zwisające z krawędzi dachów sople zaczynały się topić. Nowy, 1941 rok,
przyszedł cicho, w akompaniamencie delikatnego szmeru zsuwającego się z dachów śniegu...
Stopniowo i nie od razu, batalion powoli zaakceptował niemającego
doświadczenia bojowego kadeta-lekarza. Neuhoff w końcu uznał, że można
złożyć na moje barki wszystkie obowiązki związane z prowadzeniem naszego
lazaretu. Udało mi się nawet wyfasować całkiem nieźle prezentującego się
konia, choć trzeba przyznać, że nastąpiło to dopiero po tym, jak
postawiłem majorowi twarde ultimatum w tej kwestii. Na konia wołali
Szachraj i oczywiście swoje najlepsze lata miał dawno poza sobą. Nie był
zbyt posłuszny i kiedy szedł kłusem, sytuację jeźdźca można było
określić jakkolwiek, tylko nie jako wygodną i bezpieczną. Przy tym
wszystkim natura bez wątpienia obdarzyła go prawdziwie kawaleryjskim
duchem, gdyż zawsze, kiedy miał wybór, wolał gnać dzikim galopem niż
truchtać spokojnym kłusem. Gdy jechaliśmy w grupie, z trudem udawało mi
się go utrzymać na wodzy, gdyż bezustannie próbował wyrwać się do
przodu. Wszystko to dawało się łatwo wytłumaczyć -?zanim trafił w moje
ręce, przez całe lata jego właścicielem był major Hök, który przyuczył
go do życia na pierwszej linii. Czasami odnosiłem wrażenie, że
Szachrajowi absolutnie nie w smak było, iż oddano go w ręce jakiegoś
żałosnego lekarzyny. Westwall został natomiast zdegradowany do bardziej
odpowiedniej dla niego roli w zaprzęgu sanitarnym. Ostatecznym etapem na
mojej męczeńskiej drodze zdobywania autorytetu w batalionie było
oświadczenie pułkownika Beckera, który przedłożył wniosek o awansowanie
mnie do stopnia porucznika. Tę radosną wiadomość uroczyście przekazał mi
w osobistej rozmowie po tym, jak wpadł do mojego lazaretu z "nieoczekiwaną" inspekcją, o której na szczęście zawczasu poinformował
mnie Kageneck. Przy okazji wiedziałem też o tym, iż inspekcja była
między inny rezultatem niejednokrotnych zażaleń kierowanych pod moim
adresem przez kapitana Noacka, dowódcę naszej dziewiątej kompanii, z którym posprzeczaliśmy się o jakąś bzdurę od razu w czasie naszego
pierwszego spotkania. Jednakże, dzięki pośrednictwu Kagenecka i Stolza,
udało nam się wyjaśnić to drobne nieporozumienie, które kładło się
cieniem na naszym pokojowym współistnieniu. Zresztą niedługo potem
Noack, rozkazem Beckera, został przeniesiony na stanowisko dowódcy
czternastej kompanii niszczycieli czołgów naszego batalionu. Dziewiątą
kompanię objął porucznik Teitgen, któremu wróżono wielką i wspaniałą
karierę wojskową. Będąc niewysokiego wzrostu, odznaczał się niesłychanie
aktywną naturą, kipiącą wręcz energią. Jego podwładni nigdy się nie
nudzili. Do mnie, na przykład, regularnie zwracał się z prośbami, aby
zrobić jego kompanii wykład o udzielaniu pierwszej pomocy albo
podszkolić ją w kwestii potrzeby utrzymywania higieny osobistej, to
znowu wymyślał coś tam jeszcze. Teitgen był życzliwym i przyjaźnie
nastawionym konusem, ale nasze nieoficjalne, pozasłużbowe spotkania w gronie oficerskim traktował bez specjalnego entuzjazmu i radości, jako
poniekąd obowiązkowe i, co prawda, całkiem sympatyczne, ale niezupełnie
konieczne przedsięwzięcia, które chętnie zamieniłby na inny rodzaj
zajęć. Powód ku temu był bardzo prosty i całkowicie go
usprawiedliwiający: myślał tylko o tym, jakby tu się urwać i czym
prędzej wrócić do wypełniania obowiązków służbowych w powierzonej mu
kompanii.
Nawiasem mówiąc, przyszłość pokazała, że Noack także był dobrym kompanem
i świetnym żołnierzem, o naszej drobnej scysji wspomniałem wyłącznie po
to, aby zobrazować, jak niełatwo było mi wpasować się w społeczność
oficerów naszego batalionu i stać się jej pełnoprawnym członkiem. Ale
taki, na przykład, porucznik Kramer, dowódca jedenastej kompanii, był
typem człowieka, który nigdy nie budził we mnie przyjacielskich uczuć, a moją antypatię do niego podzielała większość oficerów batalionu. Pewnego
pogodnego, słonecznego dzionka, gdzieś pod koniec stycznia, razem ze
Stolzem wpadliśmy na pomysł, aby podczas konnej przejażdżki po okolicy
złożyć Kramerowi niespodziewaną wizytę. Jego kompania kwaterowała w wielkim, starym zamku, położonym siedem czy osiem kilometrów od Littry i nasz porucznik żył tam jak jakiś średniowieczny feudał. Stolz zresztą
tak właśnie nazywał to miejsce: "chateau Kramer". I rzeczywiście, ów
niemożliwie cudny zespół architektoniczny był prawdziwym pomnikiem
chronicznego poczucia niższości Kramera, które brało się wyłącznie stąd,
iż on sam, podobnie zresztą jak wielu innych, do kasty oficerskiej
wydźwignął się z prostego szeregowego. Fakt ten na wielu działał
odpychająco. I choćby z tej przyczyny trudno go było zaliczyć do
prawdziwych oficerów...
W drodze powrotnej dywagowaliśmy na temat skromnego budyneczku, w którym
Stolz dla odmiany zakwaterował swoją kompanię -?w porównaniu z tym, co
zobaczyliśmy u Kramera, kontrast był przeogromny. Jednakże w dziesiątej
kompanii Stolza panowała idealna dyscyplina, starannie, z własnej woli
podtrzymywana przez samych żołnierzy. Dyscyplina ta była bezpośrednim
następstwem ich szacunku, sympatii i bezgranicznego przywiązania do
swojego wspaniałego dowódcy. Szczerze mówiąc, Stolz miał też kupę
szczęścia. Wśród podoficerów miał absolutnie unikalnego faceta,
starszego sierżanta Schnittgera, najlepszego podoficera w całym naszym
batalionie. Gdy przybyliśmy na kwatery, zastaliśmy go, gdy troskliwie
przypatrywał się warzeniu potrawy z ogromnej ilości gołębi, które
zakupił dla swoich żołnierzy na miejscowym rynku. Kucharzami, którzy
celebrowali to wielkie gotowanie, było dwóch braci-bliźniaków -
całkowicie identycznych, krzepkich blondynów. Obydwaj piękni kawalerowie
czerpali ogromną przyjemność z faktu, że zawsze, gdy pojawiali się na
uliczkach Littry, powodowali zamieszanie i popłoch wśród piękniejszej
części lokalnej społeczności. Według słów Schnittgera, miejscowy rynek
był dosłownie zawalony gołębiami, a to z takiej przyczyny, iż dosłownie
przed kilku dniami Wehrmacht zarządził, aby odstrzelić absolutnie
wszystkie, co do jednego, gołębie pocztowe w Normandii. Powodem tej
decyzji były jakoby przypadki używania przez Francuzów gołębi do
przesyłania tajnych meldunków na drugą stronę kanału, do Anglii. Rzecz
jasna, miejscowi hodowcy nie byli uszczęśliwieni tym zarządzeniem i z własnej inicjatywy starali się ubiec wojskowe patrole "egzekutorów",
które z nadmiernej gorliwości, lub też za przyczyną mizernej wiedzy z zakresu ornitologii, wzięły się za ukręcanie łbów wszystkim bez wyjątku
gołębiom w mieście, małym i dużym, zwykłym pocztowym, jak również
cennym, rasowym egzemplarzom...
Styczeń i luty przeleciały jak z bicza strzelił i do Normandii zawitała
wiosna. Jednak mimo krążących słuchów, jej nadejście nie zbiegło się w czasie z dostarczeniem nam różnych rodzajów sekretnych broni, które
rzekomo tylko czekały na rozkaz użycia podczas inwazji i już, już za
chwilę miały być przetestowane w walce z prawdziwym przeciwnikiem.
Jedyną rzeczą, którą realnie przyniosła wiosna, było mnóstwo nowych
pogłosek i plotek oraz, oczywiście, wieści o wielce zuchwałym rajdzie,
który uskutecznił w naszym rejonie angielski oddział
desantowo-dywersyjny. Słuchy o tym wypadzie uparcie powtarzano w całej
niemieckiej armii, pomimo wysiłków Wehrmachtu, aby utrzymać zajście w tajemnicy. Tak więc, niewielki oddział Anglików wylądował na naszym
brzegu w rejonie Grandcamp, niedaleko od miejsca, w którym wciąż uparcie
czekały na inwazję nasze środki przeprawowe. Problem bynajmniej nie
leżał w samym fakcie ich lądowania, ale w tym, że udało im się
niepostrzeżenie podkraść do naszej stacji radarowej, ulokowanej na
praktycznie pionowym nadbrzeżnym urwisku, gdzie bez jednego wystrzału
powiązali w pęczki cały personel i ochronę. Następnie całą instalację,
stanowiącą obiekt o najwyższej skali tajności, rozmontowali na drobne
kawałki i wszystkie elementy w komplecie i w nienaruszonym stanie
zabrali ze sobą. Żeby nam jeszcze bardziej dopiec, i to nie jakoś tam
zwyczajnie, ale w szyderczej i żartobliwej formie, porwali ze sobą
tamtejszego kucharza -?także w jednym kawałku.
Ten nadzwyczajny rajd angielskich dywersantów stał się dla nas
odczuwalnym psychologicznym, a także i moralnym wstrząsem; w szczególności odczuły to te pododdziały, które rwały się do walki i były
już skrajnie znudzone monotonią codziennych, szablonowych ćwiczeń i przygotowań. Wreszcie odnieśliśmy wrażenie, że już za moment nadejdzie
rozkaz rozpoczęcia operacji "Lew Morski". Neuhoff zwołał wszystkich
oficerów na ogólną naradę. Nowiny, które nam ogłosił, wywarły na nas nie
mniejsze wrażenie, niż nagła eksplozja bomby: inwazja na Anglię zostaje
odłożona na czas nieokreślony, zaś my mamy niezwłocznie przygotować się
do przegrupowania, czyli dalekiej podróży koleją. Punkt docelowy tej
dyslokacji lub bodaj przybliżony teatr działań wojennych był, jak na
razie, nieznany. Wszystkich obowiązywała ścisła tajemnica.
Tej samej nocy w trybie przyspieszonym opuściliśmy Littry i przez kilka
następnych, męczących dni, pociąg wiózł nas przez Francję i Niemcy w ogólnym kierunku na wschód, przy czym nasz skład omijał duże miasta i często przestawiany był na boczne tory, gdzie za każdym razem stał przez
jedną czy dwie godziny. W Normandii, podczas przygotowywania do
załadunku naszej amunicji i wyposażenia, zdrowo się pociliśmy. Teraz za
to, im bardziej zagłębialiśmy się w strefę klimatu kontynentalnego, tym
więcej zimowych pejzaży przemykało nam przed oczami. W Olsztynie śnieg
leżał jeszcze grubą warstwą, mróz szczypał w twarze, a jeziora Prus
Wschodnich wciąż były skute lodem. Wyładowaliśmy się z pociągu i kontynuowaliśmy podróż na wschód pieszo. Pogoda była ostro zimowa, w dokładnym znaczeniu tego słowa. Poruszaliśmy się wyłącznie nocami, w ciągu dnia spaliśmy po stogach siana, spichlerzach i z rzadka w domach
oddanych nam do dyspozycji przez miejscową ludność, ale tylko wtedy, gdy
otrzymywaliśmy specjalne zezwolenie z góry. W przededniu oczekujących
nas wydarzeń wszystko to hartowało nas i wzmacniało.
W naszych rozmowach zamiast określenia "Lew Morski" coraz częściej
pojawiało się nowe słowo -?"Barbarossa". W jakiś sposób udanie kojarzyło
się z krajobrazami słabo zaludnionych, równinnych połaci wschodnich
Niemiec -?dawnej krainy teutońskich rycerzy i krzyżowców. Na koniec
doszliśmy do Filipowa w rejonie polskich Suwałk, trzynaście kilometrów
od linii demarkacyjnej, ustalonej ze Związkiem Radzieckim... Znaczyło to,
że przygotowują nas do wojny na froncie wschodnim, czyli na terenach,
których ogrom i bezmiar był trudny do ogarnięcia. Krążyły słuchy, że do
wojny z Rosją wystawimy sto siedemdziesiąt dywizji, których ogólna
liczebność wynosiła ponad trzy miliony żołnierzy. Gdy doszliśmy do
naszych pozycji nad granicą, dotarło do nas w końcu znaczenie tajnego
słowa "Barbarossa"...
* * *
-?Czy mogę przynieść panu porucznikowi coś do jedzenia? -?usłyszałem
nagle głos Dehorna, który w wyczekującej pozie stał za moimi plecami.
Z pewnym wysiłkiem otrząsnąłem się z głębokiej zadumy i kiwnąłem mu
głową. Zauważyłem, że Müller skończył w tym czasie czyścic mój automat i teraz starannie sortuje różne rodzaje bandaży opatrunkowych. Neuhoff i Hillemanns dyskutowali o czymś z ożywieniem, nie przerywając jedzenia, a Dehorn powolutku zbliżał się do mnie, niosąc ostrożnie talerz po brzegi
szczodrze wypełniony gulaszem.
Jeden z naszych łączników minął nas na rowerze. Dowiedzieliśmy się od
niego, że nasze kompanie na całej długości odcinka doszły do Niemna i wzięły po drodze dziewięciu jeńców. Dwustu czy trzystu Rosjan ratowało
się przy tym ucieczką wpław, porzucając na brzegu całe swoje uzbrojenie
i wyposażenie.
-?Niewdzięczna robótka, szkoda gadać! -?doleciał do mnie powściągliwy
komentarz Neuhoffa. -?Nie zdziwię się, jak nasi ludzie odpoczną gdzieś
po drodze w tych lasach godzinkę lub dwie i wrócą na miejsce koło
czwartej-piątej po południu. Czyż nie tak Hillemanns? Zobaczysz! Żarcia
mamy dużo i to całkiem dobrego. Jeszcze gorącą kawę dla nich trzymamy.
Cierpliwie czekaliśmy na powrót naszych kompanii, wysłanych do
oczyszczenia lasu, aby wspólnie ruszyć w dalszą drogę w kierunku rzeki.
Z tego, co mówił łącznik-rowerzysta, żadna robota tam na mnie nie
czekała. Strasznie, ale to strasznie się mylił -?pracy miało być aż w nadmiarze.
Ran odniesionych w boju na szczęście faktycznie nie było. Za to każdy z żołnierzy zapragnął przed wymarszem umyć poranione i obolałe nogi w chłodnej rzece. Rozmoczone w wodzie nogi opuchły jednak jeszcze bardziej
i pokrywające je bąble popękały. Kiedy ludzie z trudem ponaciągali buty,
stopy obtarły im się jeszcze bardziej, niż wcześniej... Nalegałem po tym,
aby w rozkazie dla batalionu zawarta była specjalna instrukcja służb
medycznych mówiąca, że "wszystkim żołnierzom zabrania się kąpieli i mycia nóg, za wyjątkiem tych przypadków, kiedy wiadomo, że w ciągu
najbliższych dwudziestu czterech godzin nie będą podejmowane żadne
marsze. Zamiast mycia nóg rekomenduje się smarowanie stóp olejem
słonecznikowym, lub innym tłuszczem pochodzenia zwierzęcego. Olej
słonecznikowy zostanie wydany wszystkim kompaniom, natomiast w tej
chwili można go otrzymać od kaprala Wegenera." Wydawało mi się wtedy, że
ośmiuset ludzi ze śmierdzącymi nogami jest wartych znacznie więcej, niż
ośmiuset żołnierzy z nogami pokrytymi bolesnymi bąblami, które
uniemożliwiają marsz i wymagają leczenia.
Niekończący się marsz
Niekończący się marsz
Niemen został już czterdzieści kilometrów za
nami, a stojące w zenicie słońce prażyło niemiłosiernie maszerujące
kolumny. Z suchymi, spękanymi wargami, rozpalonymi i zaczerwienionymi
oczami i z twarzami pokrytymi warstwą pyłu, ludzie niezłomnie brnęli na
wschód. W głowach tłukła się im jedna, jedyna myśl -?paść plackiem i przespać się chociaż kilka godzin. Jednak nieprzerwany marsz trwał i trwał, polnymi drogami bezustannie szliśmy przez pola i lasy...
Nasze jednostki uderzeniowe, szwadrony kawalerii i ruchliwe pododdziały
cyklistów były już daleko przed nami. Oczyszczali nam drogę, osłaniali
nasz przemarsz i uparcie deptali po piętach wrogowi, który stosował w naszym sektorze frontu wszelkie możliwe sposoby z arsenału taktyki
obronnej, aby nas spowolnić. Jednocześnie, mijając przydrożne wsie,
zaczęliśmy zauważać zupełnie inny nastrój ducha wśród okolicznej
ludności. W porównaniu z dwoma pierwszymi dniami było widać ogromną
różnicę: jeśli wcześniej ulice i drogi były kompletnie opustoszałe i wyludnione, jakbyśmy co najmniej przechodzili przez jakieś osady-widma,
tak teraz wzdłuż dróg zaczęło pojawiać się coraz więcej i więcej
Litwinów. To tu, to tam, ledwie odczuwalne podmuchy lekkiego wiatru
leniwie kołysały pojawiającymi się żółto-zielonymi flagami. Teraz
Litwini wierzyli już w nadchodzące zwycięstwo Niemiec i wywieszane flagi
symbolizowały nową erę wolności dla ich ojczyzny. Niektórzy mieszkańcy
wciskali żołnierzom papierosy, kubki z wodą i bochny świeżo wypieczonego
chleba. Po ich spojrzeniach było widać, że robią to zarówno z radością,
jak i z rozpaczliwą nadzieją, że Ruscy już nigdy tu nie wrócą.
Po południu stanęliśmy na kilka godzin odpoczynku w cieniu przydrożnego
lasu. Żołnierze momentalnie zasypiali, podkładając sobie pod głowę torby
z maskami przeciwgazowymi, kamienie lub po prostu zgiętą rękę. Każdy z takich postojów zwiastował dla mnie mnóstwo pracy. Do mojego namiociku
ustawiała się od razu długa kolejka ludzi cierpiących na rozliczne
niedomagania, zranienia czy po prostu mających otarte do krwi stopy.
Dzisiaj zdarzyło się jeszcze kilka przypadków udaru słonecznego. Na taką
okoliczność miałem przygotowane specjalne zastrzyki. Kolejnym
nieszczęściem okazała się zanieczyszczona woda, więc dopóki kuchnia
polowa nie zdążyła zagotować herbaty, rozdawałem wszystkim chętnym wodę,
przepuszczoną przez specjalny aparat filtrujący, który woziliśmy ze
sobą. Cały skład osobowy został kilkakrotnie zaszczepiony przeciwko
tyfusowi plamistemu, paratyfusowi i dezynterii, ale na wszelki wypadek
wolałem nie ryzykować. Wydano zresztą specjalną instrukcję, zabraniająca
picia nieprzegotowanej lub niefiltrowanej wody.
Ale żołnierz, wycieńczony wielogodzinnym pragnieniem skorzysta z pierwszej, nadarzającej się okazji i wypije każdą wodę, jaka wpadnie mu
w ręce i nie powstrzyma go żaden, nawet najbardziej specjalny rozkaz
dowództwa. Rozwiązanie tego problemu znalazł nieoczekiwanie Müller.
Któregoś ranka znalazł rozsypaną koło jednej ze studni całą masę
podejrzanych, nieoznakowanych ampułek. Od razu przyniósł je do mnie, a ja oczywiście wysłałem je do analizy do najbliższego szpitala. Na
szczęście, w ampułkach nie było niczego, co zagrażałoby życiu czy
zdrowiu, ale historia obrosła w szybko rozprzestrzeniająca się legendę,
jakoby Rosjanie zatruwali wszystkie źródła wody pitnej jakąś nieznaną
nam trucizną. Zrozumiałe było, że nie miałem zamiaru zaprzeczać tym
pogłoskom. W czasie wieczornego postoju Müller i Dehorn przyprowadzili
przed moje oblicze sześciu zupełnie upadłych na duchu żołnierzy, którzy
przyznali się do picia wody z "zatrutej" studni. Jednym z nich był
Kolończyk Zemmelmayer, pomocnik naszego kucharza i wielki żartowniś. Z jego wesołości nie pozostało ani śladu, gdyż fakt, że jest nie tylko
żołnierzem, ale jeszcze pomocnikiem kucharza, pogrążał go w tej sytuacji
całkowicie.
-?Jak ich złapałeś? -?zapytałem Müllera.
-?Bardzo łatwo, panie poruczniku -?odpowiedział Müller półgłosem,
odciągając mnie na bok. -?Rozpuściłem pogłoskę, że za pomocą specjalnego
antidotum będziemy w stanie uratować życie każdemu, kto pił wodę ze
studni. W przeciwnym razie śmierć murowana.
-?Sprytnie... I co teraz mamy z nimi zrobić, "panie doktorze"?
-?A bo ja wiem... Może by im zrobić ostrą lewatywę z oleju rycynowego?
Dehorn, przypatrując się roztrzęsionym i nic nierozumiejącym biedakom,
roześmiał się gromko, czym wprawił ich w jeszcze większe zakłopotanie.
-?Ależ z ciebie nielitościwy konował, Müller. Myślę, że oni są zbyt
wykończeni marszem, aby wytrzymać prawdziwe płukanie żołądka. Dajmy im
po trzy łyżki aktywnego węgla i po dużej łyżce oleju rycynowego. Szkody
im to nie przyniesie, a będzie dobrą nauczką na przyszłość.
Następnego ranka jeszcze osiemnastu ludzi przyznało się Müllerowi, że
piło "zatrutą" wodę. Sam już wydał im "antidotum" w postaci tegoż węgla
i rycyny. Po tej zabawnej historii jedyne narzekania związane z dolegliwościami żołądkowymi kierowane były pod adresem kucharzy, którzy
przyżądzali posiłki wyłącznie w oparciu o filtrowaną i przegotowaną
wodę, zaś na postojach musieli pracować do upadłego, aby napoić
wszystkich kawą i herbatą.
Pokonywaliśmy kilometr za kilometrem, obeszliśmy Grodno z boku i skierowaliśmy się w stronę Lidy. Od czasu do czasu przelatywały nad nami
rosyjskie samoloty -?być może ich celem był most na Niemnie, przez który
przechodziliśmy. Nasi przeciwlotnicy upiększali trajektorię ich lotu
sympatycznymi białymi obłoczkami rozrywających się pocisków, ale ludzi,
ponuro wlokących się drogą, interesowało wyłącznie to, co dotyczyło ich
samych i nie kierowali już wzroku na nic innego, niż na ich własną,
osobistą wojnę. Na tym etapie własna wojna ograniczała się dla każdego
do kilku bardzo prostych spraw: ciężkiej drogi, bólu w schodzonych
nogach, suchości w ustach, ciężaru karabinu i generalnie tego, co może
się wydarzyć podczas kilku najbliższych kroków. Otuchę w serca wlewała
wyłącznie myśl o następnym postoju. Każdy marzył wyłącznie o tym, aby
nie wlec krok za krokiem stutonowych, zdrętwiałych nóg, wreszcie się
zatrzymać i ukraść kilka godzin snu. Nie było słychać żadnych śpiewów,
żadnych żartów, żadnych głupich rozmów -?wyłącznie krótkie, proste
odpowiedzi i to tylko wtedy, gdy było to niezbędne. Kolumna posuwała się
drogą praktycznie w całkowitym milczeniu. Od czasu do czasu organizowano
nieoczekiwane wypady na pola i do przydrożnych lasków celem wyłapania i unieszkodliwienia mogących ukrywać się tam Rosjan. Było to konieczne,
więc polecenia wykonywano z całą pedanterią, ale już bez entuzjazmu,
który był zarezerwowany wyłącznie po to, by zmusić się do dalszego
marszu po zakurzonej drodze.
Purpurowo czerwone słońce powoli tonęło coraz niżej we wzbijanych przez
nas tumanach kurzu. W końcu skryło się zupełnie za horyzontem, ale w gęstniejącym mroku nasz posępny pochód trwał nieprzerwanie dalej.
Zaczynaliśmy powoli marzyć o tym, żeby Rosjanie gdzieś się w końcu
zatrzymali... Marzyliśmy o czymkolwiek, nawet o walce, która przerwałaby
niedającą się wytrzymać monotonię i ten zabójczy marsz bez końca. W końcu około północy oznajmiono, że zatrzymujemy się na nocleg w dużym
gospodarstwie położonym w pewnej odległości od drogi. W ciągu całego
dnia przeszliśmy ponad sześćdziesiąt kilometrów!
Godzinę później łącznik ze sztabu pułku przyniósł niewiarygodną
wiadomość: jutrzejszy dzień miał być dla naszego batalionu dniem
odpoczynku! Wielu już zdążyło do tego czasu twardo zasnąć, pozostali
powitali nowinę głośnymi, radosnymi okrzykami. Dzikie wrzaski w najmniejszym stopniu nie przeszkodziły śpiącym kolegom.
* * *
Żołnierze, kąpiący się na golasa w stawie obok gospodarstwa, głośnymi
krzykami, gwizdami i śmiechem witali niebrzydką dojareczkę, która, jakby
nigdy nic, szła do obory. Po długim, nocnym śnie, myśli młodych,
zdrowych mężczyzn kierowały się ku bardziej normalnym sprawom, niż w ostatnich dniach i dojarka jawnie nie pozostawała obojętna na takie
dowody zainteresowania swoją skromną osobą. Na ten dzień odwołałem swój
zakaz kąpieli i mycia nóg, ponieważ szczęśliwym zrządzeniem losu nigdzie
się dzisiaj nie wybieraliśmy. Ci, którzy nie kapali się w stawie,
rozebrani do pasa biegali na bosaka, prali skarpetki i onuce i doprowadzali do porządku umundurowanie. Wszyscy bez wyjątku byli w doskonałym, niemal świątecznym nastroju.
Od czasu do czasu dobiegały do nas dalekie, przytłumione odległością,
odgłosy kanonady. Wydawało się, że słychać je tak samo dobrze, jak
poprzedniego wieczoru i poczułem, że staję się trochę niespokojny.
Później, w ciągu dnia, Kageneck skądś wyniuchał, że pod Białymstokiem
okrążyliśmy dwie całe rosyjskie armie, które przez dwie doby zawzięcie
próbowały przerwać zaciskający się wokół nich stalowy pierścień.
Natomiast kanonada, którą słyszeliśmy, niosła się od strony otoczonej
przez nas twierdzy Grodno.
Ustawiła się do mnie kolejka żołnierzy ze starannie wymytymi nogami.
Wszyscy przyszli na kontrolę i ewentualne leczenie. W końcu mogłem im
poświęcić dokładnie tyle uwagi, na ile naprawdę zasługiwali. Teraz
nigdzie nie musiałem się spieszyć. Powoli przemywałem jodem bąble,
większe przekłuwałem i dezynfekowałem, nożycami chirurgicznymi usuwałem
skórę z najbardziej zaognionych miejsc i zaklejałem je specjalnym,
cienkim plastrem tak, aby potem można było w miarę sprawnie i bezboleśnie wcisnąć nogę w wojskowy but. Nigdy w życiu nie usunąłem tylu
kawałków obumarłej skóry w ciągu jednego dnia! Tylko w kilku przypadkach
trzeba było skierować delikwentów do szpitala na tyłach. Były i prostsze
dolegliwości, włącznie z biegunką, najpewniej wywołaną piciem
zanieczyszczonej wody. Jeden żołnierz spadł z konia, dwóch cierpiało na
ostre zapalenie spojówek w rezultacie długiego przebywania w gęstych
tumanach kurzu. Generalnie jednak, stan naszych ludzi po pierwszych
trzech dniach kampanii był całkiem zadowalający. Uważałem, że to na
moich barkach spoczywa osobista odpowiedzialność za takie działanie,
które sprawi, że gdy dojdzie już do prawdziwych walk, Neuhoff będzie
dysponował batalionem stuprocentowo zdrowych żołnierzy. Gdy zaczną się
autentyczne działania bojowe, nie będziemy już mieli możliwości, aby
poświęcać tyle czasu na codzienną, zwykłą pomoc medyczną.
Stolz, bez butów i goły do pasa, rozkoszował się miękkim, popołudniowym
słońcem i malowniczo rozpostarty na wiązce siana pałaszował pieczonego
ziemniaka. Nagle dostrzegliśmy gwałtownie gestykulującego litewskiego
chłopa, który pędem gnał w naszym kierunku od strony pobliskich
zabudowań. Widać było, że ma nam do zakomunikowania coś bardzo pilnego.
-?Chodź no tutaj! -?przywołał go Stolz.
Ni w ząb nie mogliśmy zrozumieć nawet słowa z tego, co trajkotał
wystraszony Litwin. Znajomo brzmiały tylko powtórzone kilkakrotnie słowa
"Russke! Russke!". Mówiąc to, cały czas wyciągał rękę w kierunku
oddalonego od nas o kilkaset metrów lasu.
-?W lesie siedzą Ruscy -?"przetłumaczyłem" jego wywód.
-?Tak, czy inaczej, nie może ich być zbyt wielu -?z pełnymi ustami,
zupełnie spokojnie i wręcz niemrawo wydobył z siebie Stolz.
Z niezmąconym spokojem żując ziemniaczka, wziął do ręki swój automat,
wetknął w kieszenie spodni kilka granatów i, wciąż boso i goły do pasa,
nieśpiesznie pomaszerował w kierunku lasu w towarzystwie około
dziesięciu swoich ludzi. Po kilkunastu minutach zameldował się z powrotem, popychając przed sobą trzech rosyjskich jeńców -?jednego
oficera i dwóch żołnierzy.
Jeńców odprowadzono na fermę, gdzie w pokoju gościnnym z dużym kominkiem
Lammerding wziął się za ich przesłuchanie. Oficer, który pełnił funkcję
tłumacza, znał język rosyjski bardzo powierzchownie, ale mimo to, choć z ogromnym trudem, udało nam się wydobyć z pojmanej trójki tę informację,
która nas najbardziej interesowała.
Nasz atak całkowicie zaskoczył tych ludzi, którzy spokojnie spali w swoim żelbetonowych schronie bojowym na granicy. Nie mieli najmniejszego
pojęcia o tym, że znajdujemy się z nimi w stanie wojny, ale gdy w końcu
nasze pociski dużego kalibru zaczęły wstrząsać ścianami ich bunkra,
podjęli mężną, ale niezbyt rozsądną decyzję, by bronić swojego
stanowiska "do ostatniej kropli krwi". Niestety, szanse na to, by zostać
prawdziwymi bohaterami zostały zniweczone przez nasze wojska, które,
kolumna za kolumną, po prostu przechodziły obok i zagłębiały się w rosyjskie terytorium. Dzielni obrońcy schronu bojowego doszli w końcu do
wniosku, że ich postawa nie tylko nie ma sensu, ale zwyczajnie grozi im
śmiercią. Cała grupa oficerów i żołnierzy wyślizgnęła się na zewnątrz z zamiarem dołączenia do swoich wycofujących się jednostek. Gdy Stolz
natknął się na trzech z nich, mijała już czwarta doba z rzędu, odkąd
bezradnie błądzili nocami po lesie. Byli skrajnie wymęczeni i nieludzko
głodni, a poza tym nie mieli najmniejszego pojęcia o ogólnej sytuacji na
froncie i nie zdawali sobie sprawy, gdzie się znajdują. Fakt, że
ostatecznie trafili do niewoli nie miał dla nich w zasadzie żadnego
znaczenia. Najbardziej interesującym wnioskiem, płynącym z przesłuchania
było to, że w dniu 22 czerwca Armia Czerwona była kompletnie
nieprzygotowana do odparcia naszego ataku. Wyglądało na to, że na naszym
odcinku w gruncie rzeczy atakowaliśmy armię, która spała.
Wegener wrócił "moim" Mercedesem i przywiózł ze sobą młodego
podporucznika, którego wyznaczono do odbycia służby w naszym batalionie
na miejsce poległego Stocka. Oficer nazywał się Bolski i momentalnie, za
jego plecami, przechrzczono go na "Polski". To niewinne przezwisko
doprowadzało go do nieopisanej furii. Bolski, który wywodził się z bałtyckich Niemców, pałał zajadłą nienawiścią zarówno do Rosjan, jak i Polaków i nie znosił ich niczym czarnej dżumy. Jego straszliwa nienawiść
obejmowała też przy okazji Anglików i to pomimo faktu, iż jego rodzona
babka była Angielką. Odnosiło się wrażenie, że miał jakąś wewnętrzną,
chorobliwą potrzebę, aby zawsze i przy każdej okazji usilnie podkreślać,
że jest najprawdziwszym, czystej krwi Niemcem z Prus Wschodnich. Neuhoff
skierował go do dwunastej kompanii, którą dowodził von Kageneck. A u Kagenecka, który z pewnością był stuprocentowym Niemcem, i to jeszcze
błękitnej krwi, Bolski dosłownie wychodził ze skóry, aby udowodnić sobie
samemu i wszystkim, którzy chcieli z nim jeszcze gadać, że jest nie
tylko super prawdziwym, ale i stupięćdziesięcioprocentowwym Niemcem.
Niedługo przed tym, jak słońce zaczęło kryć się za horyzontem,
usłyszeliśmy delikatną melodię graną na lutni i dochodzącą gdzieś z altanki położonej koło zabudowań gospodarstwa. Lammerding i ja, zwabieni
niezwykłymi dźwiękami, udaliśmy się w tamtym kierunku i zobaczyliśmy
bardzo starego Litwina, który grał na swym osobliwym instrumencie dla
grupki naszych żołnierzy. Jego długa, śnieżnobiała broda upodabniała go
do barda z dawno minionych czasów. Zapytaliśmy, czy w domu może zagrać
nam coś jeszcze. Przeszliśmy do chałupy, starzec usadowił się przy piecu
i jego palce, drżąc lekko, na mgnienie oka zamarły w bezruchu na
strunach starego, jak on sam, instrumentu. Wszyscy oficerowie i żołnierze zamilkli jak na komendę i w zadumie stali, opierając się o ściany, wokół siwowłosego artysty, w pełnej szacunku ciszy czekając na
pokaz jego sztuki.
Pierwsze dwa akordy, ledwie dosłyszalne, wypłynęły niczym z jakiejś
odległej, tajemniczej głębiny. Początkowo jakby z niepewnością
wyszukiwały sobie drogę ku słuchającym, a następnie niezauważalnie
rozkwitły w nieskazitelną, wyrafinowaną melodię -?melancholijną i niemalże rozżaloną, ale przy tym nie smutną. Osobiście odbierałem tą
nostalgię zaklętą w melodii, jako muzykalne wyrażenie swojego "ja" przez
duszę narodu, który przez stulecia cierpiał od graniczącej z niewolnictwem zależności od innych. Po chwili nastrój nieuchwytnie
zaczął się zmieniać, coraz szybszy i szybszy rytm muzyki stawał się
pulsujący i niemalże agresywny. Wyraz twarzy starca, do tej pory
spokojny, beznamiętny i zupełnie oderwany od przyziemnych problemów,
teraz całkowicie się zmienił. W oczach barda zapłonął ogień i nagle z jego piersi wyrwała się pieśń. Głos, przytłumiony wiekiem, był jednak
czysty i wyraźny, czuliśmy, że starzec nie myli nawet jednej nuty.
Wydawało się, że jest niczym poeta, który opiewa chwałę swego narodu,
odzyskującego utraconą kiedyś wolność. Myślę, że ci, którzy po nas
przybyli na Litwę i obsadzili stanowiska w wojskowej i cywilnej
administracji, pokpili sprawę w jednej, bardzo ważnej kwestii: pozostali
głusi na przejmujące wołanie o wolność i narodowe samostanowienie.
Krótkowzroczność, z jaką odtrącili, w kwestii propagandy politycznej i czynnej walki z Rosją, pomoc ludzi, podobnych naszemu starcowi, była
największym i niewybaczalnym błędem. Wzgardzono bezcenną skarbnicą
dobrej woli tego narodu, która tylko czekała, aby ją otworzyć. W efekcie
nastąpiło coś zupełnie przeciwnego, co ostatecznie sprowadziło się do
takich samych prześladowań, gnębienia i wszystkiego tego, co przez
stulecia obcego ucisku było dla Litwinów codziennością.
Niektórzy z naszych żołnierzy, słuchając muzyki, zaczęli przy tym
oglądać z zachwytem wewnętrzy wystrój domostwa. Największe wrażenie
zrobił na nich ogromny, kamienny piec, zajmujący centralne miejsce w największym pokoju. Miał bardzo grube ściany, odkryte palenisko i kilka
wnęk, w których poustawiane były, dość prymitywne na pierwszy rzut oka,
gliniane naczynia. Imponujące rozmiary całej konstrukcji sprawiały, że
pomieszczenie było podzielone jakby na dwie osobne części.
-?Hej, dziadku! -?dobiegł głos jednego z żołnierzy. -?Na pewno masz dużą
rodzinę, ale po co ci aż taki wielki piec?
Starzec uśmiechnął się tajemniczo. Mówił po niemiecku na tyle dobrze, że
wiedział, o co go pytano.
-?Będziecie w Rosji tej zimy? -?zapytał żołnierza głosem, który nagle
zabrzmiał słabo i cicho.
-?Może i tak...
-?No to zrozumiecie, po co są takie piece. Ale niewykluczone, że wtedy
nie będzie wam już do śmiechu.
* * *
Południe następnego dnia zastało nas ponownie w kolumnie maszerującej na
wschód. Droga była paskudna, jak nigdy dotąd, w nocy zaś zaczął się
prawdziwy koszmar, gdy trzeba było brnąć po stromych, a miejscami wręcz
urwistych pagórkach, którymi usiana była ta okolica. Najgorsze były
jednak wypełnione wodą dziury, wyboje i niesamowicie głębokie koleiny. W nocnej ciszy co i raz rozlegały się głośne krzyki woźniców, bez przerwy
wrzeszczących na swoje konie. Biedne, wymęczone zwierzęta, zaprzęgnięte
do ciężkich wozów, z najwyższym trudem pokonywały głębokie, piaszczyste
jamy, których pełno było na stokach pagórków. Bez przerwy trzeba było
robić krótkie przystanki, aby dać choć chwilę wytchnienia kompletnie
opadłym z sił koniom. Po chwili jednak poganiacze znowu ciągnęli je za
wodze i nieszczęsne zwierzaki, rozdymając chrapy i ciężko dysząc,
ponownie próbowały wlec swoje ciężkie zaprzęgi. Momentami odnosiło się
zabawne wrażenie, że zaprzęgi ciągną ludzie, natomiast konie pomagają im
tylko na miarę resztek swoich sił. Wozy skrzypiały żałośnie, posuwały
się do przodu na niewielką odległość, a ich koła beznadziejnie
zagrzebywały się w głębokim piasku.
Mimo to forsowny marsz na wschód trzeba było kontynuować, a koła musiały
się kręcić. Każda kompania wydzieliła po dwie, a nawet trzy grupy
żołnierzy, którzy mieli za zadanie pomagać w pchaniu i ciągnięciu
zaprzęgów na trudno przejezdnych odcinkach drogi. Gdy tylko wóz zaczynał
niebezpiecznie zwalniać, grożąc zaryciem się po osie, żołnierze rzucali
się w jego stronę i napierając ze wszystkich sił, pomagali przepchnąć
zaprzęg przez zdradliwe miejsce. Słońce zdążyło już wstać nad wschodnim
horyzontem, a nasz nieubłagany i wręcz zażarty ruch do przodu zdawał się
nie mieć końca. Ludzie i konie, pracując razem i wypruwając z siebie
ostatnie siły, nieprzerwanie pchali i ciągnęli zapakowane po brzegi
furmanki. Wielu żołnierzy pozdejmowało swoje kurtki wojskowe i podkoszulki. Pot strumieniami spływał im po plecach i zaraz osiadał na
nich rudy pył, zamieniając się wkrótce w twardą, burą skorupę. Grupy
wyznaczone do pchania zaprzęgów kolejno się zmieniały i wracający do
kolumny żołnierze z wdzięcznością dziękowali Opatrzności za to, że przez
jakiś czas mogą po prostu iść pieszo sami.
Najlepsze drogi, z najtwardszą i najbardziej odporną na zniszczenie
nawierzchnią, były zarezerwowane dla naszych czołowych oddziałów
uderzeniowych, aby zapewnić im możliwość szybkiego posuwania się w głąb
Rosji. Zaliczały się do nich oddziały zmotoryzowane i baterie artylerii.
Piechota natomiast, której środki transportowe były oparte wyłącznie na
zaprzęgu konnym, miała zaszczyt posuwać się mniej lub bardziej
równoległymi, polnymi drogami o znanej nam już jakości. Te tak zwane
"drogi", będące głownie piaszczystymi szlakami, miejscami podobnymi do
miałkiego, rozsypanego wapna, zdążyliśmy obrzucić wszystkimi,
nienadającymi się do powtórzenia przekleństwami. Nie zwalniało nas to
jednak z konieczności ciągłego, bolesnego posuwania się do przodu. W połowie trzeciego dnia, równo po dwudziestu czterech godzinach
nieprzerwanego marszu (z dwoma krótkimi postojami), dobrnęliśmy
nareszcie do miejsca naszego kolejnego "biwaku". Po kilku zaledwie
godzinach odpoczynku, ponownie maszerowaliśmy dalej przez wzgórza oraz
lasy, które w miarę naszego posuwania się w głąb bezkresnych rosyjskich
przestrzeni, stawały się coraz bardziej gęste i nieprzebyte. Praktycznie
przestaliśmy sobie zdawać sprawę z przebytej odległości, po prostu
mechanicznie pokonywaliśmy kolejny kilometr za kilometrem.
Trzydziestego lipca, czyli dziewiątego dnia od rozpoczęcia wojny, po raz
pierwszy, specjalnym, oficjalnym komunikatem poinformowano nas o sytuacji na innych odcinkach frontu. Nadszedł on wraz z innymi,
codziennymi rozkazami generała Straussa, dowódcy 9 Armii, w której skład
wchodziła nasza dywizja. Neuhoff przekazał komunikat Lammerdingowi, z poleceniem odczytania go na głos całemu batalionowi -?ale, broń Bóg, bez
przerywania marszu.
"We współdziałaniu z 4 Armią i dwoma zgrupowaniami wojsk pancernych z powodzeniem przeprowadzono operację okrążenia i zniszczenia znacznych
sił rosyjskich. Straty wroga w samych tylko wziętych do niewoli
przekroczyły sto tysięcy ludzi, straty w zabitych i rannych są znacznie
wyższe. Rozbite i cofające się armie wroga pozostawiły na placu boju
1400 czołgów i 550 dział artyleryjskich. Znaczne ilości broni i wyposażenia, których ilość jest trudna do oszacowania, została porzucona
przez przeciwnika w lasach. Dotychczasowe walki stanowią wstęp do
ostatecznego zniszczenia armii rosyjskich, operujących na odcinku między
Białymstokiem i Mińskiem".
Słuchając tego lakonicznego, ale porażającego wyobraźnię komunikatu o zwycięstwach naszych wojsk, porozdziawialiśmy usta ze zdumienia.
-?Te liczby wprawią świat w osłupienie -?z ledwie ukrywanym triumfem
powiedział wtedy Neuhoff.
* * *
Przez kolejne dwa dni nasz niekończący się pochód trwał w najlepsze -?po
tak samo beznadziejnych drogach. Trzeba przyznać, że teraz już dużo
rzadziej organizowaliśmy wypady w okoliczne lasy i pola celem wyłuskania
snajperów. Sądząc na podstawie napływających meldunków, Rosjanie zostali
zmuszeni nie tyle do pospiesznego odwrotu, co wręcz do ucieczki, my zaś
deptaliśmy im po piętach tak gorliwie, że trudno było sobie wyobrazić,
iż dadzą radę się zatrzymać i stawić opór wcześniej, niż przyparci do
samych murów Moskwy.
Drugiego lipca Kageneck wyszperał gdzieś gazetkę dywizyjną, datowaną
trzy dni wcześniej. Nazywała się "Przełamanie", była autorstwa naszych
korespondentów wojennych i została wydrukowana przez drukarnię polową
Ministerstwa Propagandy. W gazetce prezentowano całkiem obszerny
przegląd sytuacji na całym froncie wschodnim. Tego typu biuletyn
informacyjny wpadł nam w ręce po raz pierwszy -?możliwe, że faktycznie
był to jego pierwszy numer. W czasie kolejnego postoju Kageneck odczytał
nam "Przełamanie", którego pierwsza strona stanowiła krótkie
streszczenie następujących dalej komunikatów i wydrukowana była dużymi
czcionkami w formie wpadających w ucho sloganów:
ZWYCIĘSKI MARSZ NA FRONCIE WSCHODNIM -?UDERZENIE W OSTATNIEJ CHWILI -
ATAK W MOMENCIE NIEZAKOŃCZONEGO STRATEGICZNEGO ROZWINIĘCIA SIŁ WROGA -
SILNE UMOCNIENIA NADGRANICZNE PRZERWANE PIERWSZEGO DNIA -?OKRĄŻENIE
ZNACZNYCH SIŁ ROSYJSKICH -?ROSYJSKIE PRÓBY WYRWANIA SIĘ Z OKRĄŻENIA
ZNIWECZONE -?ZNISZCZONO PONAD 4100 SAMOLOTÓW I CZOŁGÓW WROGA -?TWIERDZA
BRZEŚĆ ZAJĘTA -?WILNO I KOWNO W NASZYCH RĘKACH.
Żarliwość, z jaką żołnierze wsłuchiwali się w słowa Kagenecka,
czytającego dalej o szczegółach naszych sukcesów, świadczyła o tym, jak
bardzo przemyślane było każde słowo naszych speców od propagandy. Nowiny
dotarły do nas w najlepszym możliwym czasie, gdy wielu z nas, znużonych
do granic wytrzymałości niekończącym się marszem, zaczynało po cichu
powątpiewać, czy aby atak na Rosję był naprawdę uzasadniony i konieczny.
Teraz wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Wszyscy jasno zdali sobie
sprawę, że Niemcy zmuszone były zaatakować jako pierwsze, aby uprzedzić
atak wojsk rosyjskich, przygotowujących się do wtargnięcia w nasze
granice.
Kageneck tymczasem kończył czytać: "Całe eskadry rosyjskich samolotów
zostały zniszczone na ziemi, bezpośrednio na swoich lotniskach, zanim
zdążyły wzbić się w powietrze i wykonać swe zabójcze zadanie
bombardowania niewinnych niemieckich kobiet i dzieci. Dzięki wzorowemu
współdziałaniu niemieckich armii udało nam się zniszczyć ogromną ilość
samolotów, czołgów i innych rodzajów uzbrojenia, a także wziąć do
niewoli znaczną ilość jeńców. Wszystkie te cyfry dają wyobrażenie o śmiertelnym niebezpieczeństwie, jakie niosła za sobą koncentracja takich
sił na wschodniej granicy Rzeszy. Staje się całkowicie jasne, że
dosłownie w ostatniej chwili udało się zniweczyć rosyjskie plany
wtargnięcia do Europy Środkowej, których konsekwencje byłyby ponad
wszelką wątpliwość tragiczne. Cały naród niemiecki wyraża głęboką
wdzięczność swym mężnym obrońcom".
Gdy zostaliśmy sami, chwilowo szczęśliwie oswobodzeni od towarzystwa
lizusa Bolskiego, który niczym lokaj włóczył się za Kageneckiem w roli
dobrowolnego adiutanta, zapytałem:
-?No i co ty o tym myślisz, Franz?
-?Zakładam, że rozumiesz, kto na kogo napadł?
-?Absolutnie.
Kageneck wyłożył mi zatem wszystko całkiem szczerze i bezstronnie:
-?Bolszewizm i narodowy socjalizm nie byłyby w stanie koegzystować bez
końca. To nie ulega nawet najmniejszej wątpliwości. No i, rzecz jasna,
myśmy napadli pierwsi. Jedynym pytaniem jest, czy było to faktycznie
konieczne? Gdybyśmy mieli z Ruskimi obowiązujący w tej chwili pakt, że
nie będziemy przeszkadzać im w ich planach -?Konstantynopol, Persja,
Indie i tym podobne sprawy -?to dzisiaj nie bylibyśmy z nimi w stanie
wojny. Niewykluczone, że wtedy moglibyśmy zawrzeć pokój z Anglią i dalej
działać już przeciwko bolszewikom razem.
-?No, więc kto w końcu pierwszy zaczął wojnę?
-?Kto ją zaczął, tak naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia. Państwa
totalitarne mogą na siebie napadać, kiedy im pasuje. Po prostu, gdy
dojdą do wniosku, że nadszedł odpowiedni moment. I zapewniać sobie
czyjeś tam wsparcie, albo radzić się kogoś w tej kwestii, po prostu nie
muszą. Rosjanie wprowadzili wojska do krajów nadbałtyckich i Finlandii
bez żadnego uprzedzenia. Podobnie jak Włosi do Albanii! Przed
przystąpieniem do wojny Anglia i Francja powinny przede wszystkim
przygotować na to swoje narody, gdyż tam władze ponoszą odpowiedzialność
przed swoimi wyborcami. Swoim atakiem na Polskę postawiliśmy Anglików
przed moralnym problemem wypowiedzenia nam wojny. A Ruscy weszli sobie
do Polski dokładnie tak samo, jak my.
-?Kto był agresorem, sądzić będą zwycięzcy -?dorzucił Lammerding.
-?Niech Bóg ma nas w opiece, jeśli przegramy! -?powiedziałem.
-?Dokładnie! Niech Bóg nam pomoże! -?żarliwie zgodził się Kageneck. -
Ale nawet, jeśli wygramy, to we własnym domu mamy jeszcze co nieco spraw
do wyjaśnienia...
* * *
Następnego dnia znowu powtórzyła się ta sama, stara historia -?marsz,
marsz, marsz...
Stolz wyraził skromną nadzieję, że nigdy więcej nie zobaczymy na oczy
rosyjskiego żołnierza. Naszemu batalionowi dopisało szczęście w tym
sensie, że pętla, która zacisnęła się wokół rosyjskich wojsk pod
Białymstokiem była na tyle mocna, iż nasza północna flanka była
bezpieczna nawet w przypadku, gdyby Rosjanom udało się gdzieś wyrwać z okrążenia. Dowiedzieliśmy się też, że nasze wojska pancerne zostały
wciągnięte w zażarte boje pod Mińskiem, Grupa Armii "Północ" z powodzeniem atakowała w kierunku Leningradu, zajmując po drodze Rygę, a Grupa Armii "Południe" zajęła ważne, strategicznie położone, polskie
miasto Lwów. Kierując się na wschód, w stronę miejscowości Oszmiany,
wciąż jeszcze maszerowaliśmy po terenach należących poprzednio do
Polski.
Kageneck, Bolski i ja jechaliśmy obok siebie konno, gdy wręczono nam
ostatni komunikat informacyjny, z którego dowiedzieliśmy się o przerażających bestialstwach, jakich dopuścili się bolszewicy we Lwowie.
Zanim uciekli z miasta, zorganizowali tam istny karnawał śmierci.
Rozstrzelano setki "podejrzanych politycznie" osób, głównie Ukraińców i Polaków, w pierwszej kolejności tych, którzy mieli rodzinne lub służbowe
kontakty z Niemcami albo byli podejrzewani o nacjonalizm. Wśród zabitych
były starcy, kobiety i nawet dzieci. Tych, których nie wymordowano na
miejscu, pognano na wschód.
-?Dzwonią dzwony opactwa Westminster! -?strojąc miny, śpiewnie wygłosił
Bolski. -?A Jego Świątobliwość arcybiskup Canterbury wznosi modlitwy do
Najwyższego, aby ten dał zwycięstwo ich ukochanym, bezbożnym
braciszkom-bolszewikom...
Wygłosiwszy tą przepojoną jadowitym sarkazmem tyradę, Bolski z obrzydzeniem splunął na ziemie, najwyraźniej demonstrując tym sposobem
całkowite i ostateczne zerwanie ze swoją angielską babcią.
Po raz pierwszy od początku kampanii spróbowaliśmy użyć do ciągnięcia
naszego furgonu sanitarnego lokalnie pozyskane, zdobyczne konie. Tym
samym zmieniliśmy te, które do tej pory szły w zaprzęgu: stary Westwall
wyciągnął w końcu kopyta w czasie marszu, a jego towarzysz, z którym z heroicznym wysiłkiem ciągnął jakiś czas wóz, był także bliski śmierci z powodu skrajnego wycieńczenia. Razem z Müllerem naprędce zmajstrowaliśmy
niewielką, czterokołową furmaneczkę, idealnie nadającą się do pracy w warunkach polowych i zaprzęgliśmy do niej dwa małe, za to krępe,
rosyjskie koniki. Na furmance umieściliśmy cały mój ekwipunek medyczny,
materiały opatrunkowe oraz inne wyposażenie, za które odpowiadał Müller.
Nasi nowi, mali podopieczni, otrzymali imiona Maks i Moris. Maks był
karej maści, natomiast Moris przypominał brunatnego niedźwiedzia. Te
malutkie zwierzaki były naprawdę zadziwiające i wspaniale sprawdzały się
we wszelkiej pracy, w której potrzebna była pomoc konia, szczególnie
zaś, jeśli chodziło o przemieszczanie się po rosyjskich polnych
"drogach". Koniki nigdy nie grzęzły w piasku czy błocie, drobnym i szybkim krokiem, lekko i bez poganiania drobiły muskularnymi nóżkami i były w stanie nieprzerwanie ciągnąć swoją furmankę nie tyle godzinami,
co tygodniami. Takim sumptem, nasz mały zaprzęg dociągnęły po
nieprzebytych bezdrożach aż do wzgórz, z których widać było Moskwę i wlokły go po jesienno-zimowym błocie zmieszanym ze śniegiem podczas
najcięższych walk pod Rżewem. Nie wykazywały przy tym najmniejszych
oznak zmęczenia, słabości czy niezadowolenia ze swojego losu. Mogłem
całkowicie polegać na niezawodnym Maksie i Morisie. Od momentu przyjęcia
ich na służbę, mój niepokój związany z naszym znikającym co jakiś czas
furgonem sanitarnym, odszedł na dalszy plan -?wiedziałem, że koniec
końców, Maks z Morisem jakoś go przytaszczą. Bywało, że następowało to
nawet po tygodniu, a czasami i dwóch. Jeśliby nie te dwa małe koniki,
dawno pożegnalibyśmy się z naszym furgonem...
Potrzebowaliśmy raptem dwunastu pierwszych dni kampanii, aby dojść do
mało pocieszającego wniosku, że w tym kraju wszelkie nasze środki
transportu są całkowicie bezużyteczne. Zwykłe furmanki okazały się zbyt
ciężkie do normalnego posuwania się po tych niewiarygodnie ohydnych
drogach. Nasze przepiękne, rosłe konie były uzależnione od
pełnowartościowej karmy i w żaden sposób nie były w stanie na dobre
zaaklimatyzować się w nowych warunkach. Problem ten stał się szczególnie
widoczny w czasie zimowych bojów. Podczas gdy niemieckie konie wymagały
dłuższych odpoczynków i zwiększonych dawek jedzenia -?a odpowiednia dla
nich karma, i to jeszcze w wymaganej ilości, nieczęsto się nam trafiała
-?karłowate rosyjskie koniki doskonale radziły sobie z samodzielnym
wyszukiwaniem pożywienia, wynajdując sobie trawę w lasach i na poboczach
dróg. W pełni zachowywały doskonałą formę nawet na skąpych, zimowych
racjach, składających się najczęściej z wiązki słomy, mchu czy kory,
którą same potrafiły obdzierać z pni drzew. Rzecz jasna, koniki nigdy
nie gardziły lepszym jedzeniem, jeśli akurat takowe się znalazło, ale
jeśli go nie było, z powodu jej braku nigdy nie przejawiały
najmniejszych oznak niepokoju i potulnie szły dalej. Równie dobrze
znosiły nieludzką spiekotę, jak i trzaskający mróz, a jeśli brakowało
wody (bo, dajmy na to, zamarzły studnie) to bez problemu gasiły
pragnienie śniegiem. Cechował je także fantastyczny instynkt.
Wzruszające było to, jak podczas zamieci przytulały się do siebie i w ten sposób chroniły przed przenikliwym, lodowatym wiatrem. Na zimę ich
sierść stawała się włochata i gęsta niczym u niedźwiedzia i nie
przepuszczała nawet jednej śnieżynki. Koniki bezbłędnie wyczuwały
głębokie koleiny zawalone grubą warstwą białego puchu i nigdy nie
schodziły z drogi nawet wtedy, gdy nie można jej było odróżnić od
pobliskich zasp śnieżnych. Stawiały kroki pewnie niczym górskie kozice i pełne życia dreptały na wschód, podczas gdy nasze znacznie cięższe konie
zapadały się po brzuch w zaspach, w które na własne nieszczęście ciągle
same się pakowały. Wielu naszych żołnierzy zawdzięcza życie tym malutkim
i wiernym towarzyszom. Znaliśmy wiele przypadków, gdy człowiek błądzący
po pokrytych śniegiem lasach lub zagubiony na wielkich połaciach
śnieżnych pustyń, zdawał się na swoje małe i włochate rosyjskie kucyki,
które zawsze niezawodnie wyprowadzały go tam, gdzie byli ludzie. Często,
gdy byliśmy całkowicie odcięci od naszych głównych sił i nie mieliśmy z nimi absolutnie żadnego kontaktu, koniki ratowały nas od pewnej śmierci
głodowej -?za cenę własnego życia. Dla nas było to jednak tak, jakbyśmy
pożerali najwierniejszego przyjaciela...
Podczas marszu w kierunku polsko-rosyjskiej granicy, grupy żołnierzy
specjalnie wyznaczone do przepychania po bezdrożach naszych ciężkich
zaprzęgów, obficie oblewały się potem. Tego typu wozy konne były idealne
do przemieszczania się po drogach Francji, ale w tej kampanii okazały
się całkiem nieprzydatne. Podczas działań bojowych w warunkach mroźnej
zimy, podczas trzaskających mrozów, ciążyły nam wręcz niczym kamień u szyi. Neuhoff napisał specjalny raport, w którym dokładnie wyłożył, na
czym polegały problemy transportowe opóźniające nasz marsz. Nie ma
żadnych podstaw, aby sądzić, że raport nie dotarł tam gdzie trzeba,
jednak nie spowodował żadnej reakcji i niczego w tej kwestii nie
uczyniono. Miało się wrażenie, że naczelne dowództwo wolało reagować
wyłącznie na meldunki o naszych wspaniałych sukcesach.
Śladami Napoleona
Śladami Napoleona
Droga, którą szedł Napoleon, była teraz naszą
drogą. Maszerowaliśmy na Moskwę po śladach Wielkiej Armii, która
przechodziła tędy sto dwadzieścia dziewięć lat temu. Miejscowa ludność
nazywała ten szlak "traktem napoleońskim". Nieoczekiwanie, fatalna
polska droga nagle znacznie się poprawiła.
Dwie trzecie powierzchni tej drogi było wyłożone bardzo starymi, lecz
wciąż jeszcze niepokruszonymi kamieniami polnymi, a pozostała jedna
trzecia, na poboczach, była mocno ubita i wydeptana. Teraz poruszanie
się po piaszczystym dukcie było znacznie prostsze. Nasze kolumny
wreszcie przemieszczały się lekko i swobodnie -?cięższy transport jechał
po kocich łbach, a lżejszy, w tym nasze dzielne koniki, posuwał się
poboczem. Linię drogi wyznaczały posadzone wzdłuż niej stare, wysokie
brzozy, stojące tam niczym rzędy starej, doborowej napoleońskiej
gwardii. Nawiasem mówiąc, drogę wyłożono kamieniami w 1812 roku na
osobisty rozkaz francuskiego imperatora, a dokonali tego specjalnie
sprowadzeni korsykańscy mistrzowie-budowniczy. Ludzka rzeka sześciuset
tysięcy ludzi, których Napoleon wiódł po tej drodze na Rosję, musiała
przedstawiać sobą niesamowity, barwny i wspaniały widok. Tamtej
makabrycznej zimy do przedmieść Moskwy udało się dotrzeć tylko
dziewiętnastu tysiącom ludzi, drogę powrotną do ojczyzny pokonało zaś
tylko kilkuset.
Na zewnątrz nasi żołnierze, odziani w jednolite, szarobrązowe mundury
polowe, z pewnością wyglądali jak marny cień w porównaniu z olśniewającą
swym widokiem armią napoleońską. Tym niemniej naturalne było, iż w tym
momencie myśli każdego, kto szedł po tej drodze, kierowały się ku małemu
Korsykaninowi, którego płonącą ambicję tak niesławnie zgasiły śnieg i lód rosyjskiej zimy. Wydawało się, że poboczem drogi idą
niedostrzegalnym pochodem razem z nami duchy cesarskiej armii i z pewnością niejednemu z naszych ludzi włos jeżył się na głowie, gdy
wspominał obrazki z podręczników szkolnych, ilustrujące straszliwą
klęskę armii francuskiej z 1812 roku.
Musiał rozmyślać o tym także Kageneck, który krytycznie porównywał marsz
Francuzów z naszymi własnymi sukcesami.
-?Napoleon nie był w stanie nawiązać styczności z wrogiem poza, rzecz
jasna, epizodycznymi potyczkami z ariergardą Rosjan -?powiedział,
wyrażając ogólnie panujący nastrój. -?Do momentu, aż doszedł do
przedniej linii obrony Moskwy, pod Borodino.
-?A czym zatem wytłumaczyć ogromne straty w ludziach, jeszcze w czasie
marszu na Moskwę? -?zapytał Jacobi, jeden z oficerów Kagenecka.
-?Wykończyły ich nieludzkie odległości -?odpowiedział Kageneck. -
Napoleon po prostu nie był w stanie zapewnić im odpowiedniego
zaopatrzenia.
-?Nie zapominajcie też o chorobach! -?wstrzeliłem się . -?Wiecie, na
przykład o tym, że w czasie wojny 1870 roku od chorób zmarło cztery razy
więcej ludzi niż poległo na polach bitew? Jakie więc, według was,
powinny być straty Napoleona? Weźcie pod uwagę dezynterię, cholerę,
tyfus latem i dur plamisty zimą, nie mówiąc o samych odmrożeniach. Tyfus
plamisty, jeśli już przy tym jesteśmy, dla armii Napoleona okazał się
istnym biczem bożym, starty od zachorowań były po prostu niewyobrażalne.
Nawet w dzisiejszych czasach chorobę mogą jakoś przetrwać
dwudziestolatkowie, ale ludzie w wieku czterdziestu czy pięćdziesięciu
lat, o ile się ich nie zaszczepi, są praktycznie skazani na śmierć.
-?A co jest przyczyną tyfusu plamistego? -?zaniepokojonym głosem wyraził
swoje zainteresowanie Jacobi.
-?Wszy. Ale chorobę przenoszą wyłącznie zainfekowane wszy. Uwierzcie mi,
jeszcze się z nimi nawojujemy. Inaczej po prostu nas wykończą.
-?A co ze szczepionkami?
-?Surowicy dla wszystkich nie wystarczy. W najlepszym wypadku jesteśmy w stanie zaszczepić około pięciu procent stanu osobowego całej niemieckiej
armii. A być może zapasów szczepionek wystarczy tylko na tyle, by
podawać ją wyłącznie najbardziej podatnym na zarażenie.
-?A ty, Heinz, jesteś zaszczepiony? -?zapytał mnie Kageneck.
-?Nie. Ale nie sadzę, aby to było konieczne. Przynajmniej dopóki służę w tak porządnej i dbającej o higienę kompanii, jak nasza. W szczególności,
jeśli Bolski odzwyczai się w końcu od ciągłego czochrania się po głowie.
Bolski nic nie odpowiedział, zupełnie jakby zatopił się w myślach lub
nie pojął mojej niedwuznacznej aluzji. Zamiast tego raptem zapalczywie
wykrzyknął:
-?A w sumie, to jakie znaczenie mają dla nas odległości?!
-?Do cholery, ogromne! -?warknął Kageneck. -?Dokładnie takie samo, jakie
miały dla Napoleona.
-?Bzdury! -?pogardliwie wycedził Bolski. -?Mamy dwudziesty wiek, a dowodzi Adolf Hitler, a nie Napoleon.
-?I co z tego wynika? -?zapytał Jacobi.
-?Ano to, że dysponujemy najpotężniejszą armią, na której czele stoi
największy militarny geniusz wszechczasów! Odległości nie mają teraz
najmniejszego znaczenia! -?Bolski zaczął wygłaszać wykute na blachę
teorie, wznosząc się przy tym na wyżyny swej sztuki oratorskiej. -?Nie
zapominajcie o jednym: nie jesteśmy pozbawioną rozumu chmarą oszczepów,
rzuconych na ślepo w tłum wroga, gdzie mogą, ale nie muszą, trafić w cel. Jesteśmy karzącym mieczem nowych Niemiec, który dzierżą
najsilniejsze ręce ojczyzny! Wezwani do jej obrony, jesteśmy gotowi
kruszyć opór i razić naszych wrogów aż do ich całkowitego zniszczenia!
-?Pięknie powiedziane! Naprawdę pięknie. Po prostu wspaniale! -
sarkastycznie przyklasnął Jacobi. -?Goebbels musi się pilnować, aby
Bolski nie zajął jego miejsca.
-?Mój drogi Bolski... -?z wytworną szczerością odezwał się Kageneck. -
Rozwiązał pan wszystkie nasze problemy. W szczególności zaś, mój jeden,
maleńki, całkiem osobisty problem.. Od samego ranka rozmyślam, czy
złożyć wreszcie wizytę mojej łaskawej cioteczce, która akurat
zamieszkuje w pobliżu. Utwierdził mnie pan w przekonaniu, że powinienem
to zrobić natychmiast i bez zbędnego ociągania się. Jestem wam głęboko
wdzięczny! O, tak! Jestem wielce zobowiązany!
Z tymi słowami, puścił konia galopem w kierunku widniejącego nieopodal
zagajnika.
* * *
Nasze zadowolenie, płynące z faktu wojażowania po drodze wymoszczonej
przez Napoleona kamieniami, nie okazało się wieczne. Otrzymaliśmy rozkaz
zejścia z traktu napoleońskiego i posuwania na północny wschód w kierunku Połocka. Do tego czasu szliśmy szybkim marszem na Mińsk, ale
walki o miasto już się zakończyły i nie byliśmy tam więcej potrzebni.
Zwiad lotniczy donosił, iż nieprzyjaciel podciąga rezerwy i przez
Smoleńsk i Witebsk kieruje na front znaczne siły. Wiązało się to z oczywistym zamiarem zatrzymania naszego pochodu na Moskwę na linii
Połock -?Orsza. Gdyby Rosjanom się to udało, pozbawiliby nas możliwości
korzystania z głównej arterii komunikacyjnej między Dźwiną i Dnieprem,
którą nasze oddziały pancerne mogły runąć na Moskwę z maksymalna
szybkością.
Tak więc znowu wylądowaliśmy w dobrze nam znanym kieracie: fatalne
drogi, kurz, upał, pragnienie i pchanie zaprzęgów ręcznie. Jutro będzie
tak samo -?kilometr za kilometrem zabójczo wyczerpującej monotonii.
Przeraźliwie nudne pola porośnięte wrzosem zaczęły ustępować miejsca
terenom podmokłym, a kręta linia drzew znaczyła w oddali bieg
niewielkiej rzeczki. Dla normalnego człowieka nie ma w tym, oczywiście,
nic nadzwyczajnego, ale dla zmęczonych i opadłych z sił żołnierzy,
wycieńczonych długim marszem, taka rzeczka to źródło niebiańskich
rozkoszy. Dlatego, gdy doszliśmy do jej brzegów, rozległa się oczekiwana
przez wszystkich komenda, aby stawać na odpoczynek. Gapimy się na nasze
mapy topograficzne, po czym uważnie i w całkowitym milczeniu spoglądamy
na przeciwległy brzeg. Rzeczka nazywa się Berezyna, na jej przeciwległym
brzegu leży Rosja. Stoimy na samym krańcu Polski i z pewnym zdumieniem
wpatrujemy się w dal, gdzie na horyzoncie ciemnieją gęste i nieprzebyte
rosyjskie lasy.
Nagle nasza pamięć podpowiada nam, że to właśnie tutaj, dokładnie nad
brzegami tej niewielkiej rzeki, zostało rozbite ostatnie dziesięć
tysięcy cofających się żołnierzy Napoleona. Całe dziesięć tysięcy, za
wyjątkiem kilkuset szczęściarzy, zostało wybite do nogi. Te kilka setek
ocalałych z pogromu ludzi przepłynęło na zachodni brzeg i poniosło do
Francji smutną nowinę o największym w historii militarnym fiasku. Była
to ostatnia bitwa resztek ogromnej, jak na owe czasy, liczącej sześćset
tysięcy głów cesarskiej armii, której wódz, porzuciwszy ją, był już
wtedy w Paryżu.
Naszym westfalskim grenadierom, żołnierzom przesławnej szóstej dywizji
piechoty, także dobrze przyjdzie zapamiętać Berezynę, a konkretnie
oddalone o dwieście czterdzieści kilometrów na południe miejsce pośród
pińskich błot. Ale póki co, nic jeszcze o tym nie wiedzieliśmy.
Absolutnie nie spieszymy się, aby przerwać długo wyczekiwany odpoczynek
na brzegu rzeki i kiedy jeden z naszych żołnierzy wygrzebuje z mokrego
piasku nad wodą brązowego orła z czaka napoleońskiego oficera, wszyscy
uważamy to za niewątpliwie dobry omen.
Ów emblemat francuskiej armii wyląduje potem w jednym z naszych
frontowych oddziałów propagandy, który zbije na nim całkiem niezły
kapitał. Wojskowa gazetka polowa głosiła wtedy: "Tak samo jak wtedy, gdy
naszemu wodzowi Adolfowi Hitlerowi udało się wcielić w życie plan
Schlieffena, którego efektem było błyskawiczne zwycięstwo nad Francją,
podobnie i teraz przyjmuje on symboliczne przesłanie wielkiego
Korsykanina i prowadzi Wehrmacht ku wielkiemu i ostatecznemu zwycięstwu
nad rosyjskim kolosem. Budzi nas świt nowej ery -?ery potężnej,
zjednoczonej Europy. Napoleon nie dał rady urzeczywistnić tego wielkiego
marzenia, ale my będziemy tego świadkami, gdy stanie się ono faktem pod
przewodnictwem naszego wodza Adolfa Hitlera".
Nasz postój nad Berezyną trwał około dwóch godzin. Z niebywałą ulgą
umyliśmy się do pasa i spłukaliśmy z włosów grubą warstwę zaskorupiałego
kurzu. Chłodna woda odświeżyła podrażnione potem i pyłem oczy i ukoiła
spękane od słońca usta. A po chwili -?znowu do przodu, kilometr po
kilometrze, ale tym razem już w samej Rosji.
Dwunastego lipca, dwudziestego piątego dnia wojny, otrzymaliśmy od razu
po kilka gazetek z komunikatami informacyjnymi o działaniach bojowych.
Widząc na piśmie potwierdzenie wieści o zajęciu Mińska, powitaliśmy je
radosnymi okrzykami. "Bitwa o Mińsk zakończona. Grupie Armii "Środek"
stawiały opór cztery armie rosyjskie. W wyniku walk poniosły one klęskę
-?zostały rozgromione lub zmuszone do panicznej ucieczki. Do niewoli
wzięto trzysta tysięcy rosyjskich oficerów i żołnierzy, ponadto zdobyto
lub zniszczono 2600 czołgów i 1500 dział artyleryjskich. Nieprzyjaciel
poniósł ogromne straty w zabitych...".
My szliśmy naprzód, a nieprzyjaciel kontynuował odwrót na wschód.
Wydawało się, że nasz batalion nigdy już go nie dogoni, a cała wojna
stała się jakby jednym, wielkim maratonem z metą na Uralu, albo i dalej.
W nadziei na uniknięcie dalszych, męczących przemarszów, z wielką ulgą
słuchamy raportów naszego szefa wywiadu, według których nieprzyjaciel
zajmuje pozycje obronne i okopuje się na linii Połock -?Orsza -?Witebsk.
Rzeki, jeziora i gęste lasy stanowią tam naturalne uzupełnienie linii
obrony. W połączeniu z żelbetonowymi schronami bojowymi i rowami
przeciwczołgowymi tworzą one jednolity, silnie ufortyfikowany rejon,
czyli tak zwaną "Linię Stalina". To pierwsza, prawdziwie poważna bariera
na drodze do Moskwy. Teraz nie mamy już wątpliwości, że wróg planuje
trzymać się na swoich pozycjach i walczyć. Jesteśmy szczęśliwi, że
wreszcie możemy drwić z kurzu, upału i pragnienia -?przecież do linii
frontu zostało nam raptem jeszcze trzydzieści, może trzydzieści pięć
kilometrów. Nasze wysunięte oddziały wraz z jednostkami pancernymi toczą
tam w tej chwili zacięty bój. Obrona wroga na wschodnim brzegu Dźwiny
krzepnie z każdą godziną. Z pierwszej linii dochodzą nas słuchy, że
nasze jednostki zmotoryzowane i pancerne otrzymały rozkaz wstrzymania
ataków, umocnienia się na zdobytych rubieżach i utrzymywania ich do
momentu podejścia posuwającej się za nimi piechoty.
W końcu czeka nas prawdziwa wojna!
Kolumna dziarskim krokiem maszeruje drogą, z przejęciem kierując się na
spotkanie swego losu. Teraz mamy konkretny cel i jasno określony punkt
docelowy, od którego dzieli nas już niewiele kilometrów.
Następnego dnia po przeprawie przez Berezynę nakazano nam zatrzymać się
i rozłożyć obozem pod osłoną wielkiego, pozbawionego roślinności
wzgórza. Z jego szczytu dobrze widać leżącą w dole przed nami niewielką
wieś Homiel, położoną na styku dwóch sąsiadujących ze sobą jezior. Przed
nami i lekko na prawo, jak wzrokiem sięgnąć, rozciąga się pierwsze z tych jezior -?całkiem duże -?cienki ciek wodny łączy je z drugim
jeziorem, mniejszym i znajdującym się na lewo od nas. Za jeziorami i wsią Homiel widać liczne rowy przeciwczołgowe, schrony bojowe i przeszkody z drutu kolczastego -?to stalinowska linia obrony, którą mamy
przerywać. Tym razem nasz batalion nie zostanie w rezerwie. Będzie nam
dane stać się pierwszą falą atakujących oddziałów i to właśnie my
będziemy szturmować owe przewężenie pod Homielą.
* * *
Wieści, które następnego dnia dotarły do nas od naszych pododdziałów
rozpoznawczych świadczyły o tym, że nasze zadanie zdecydowanie nie
będzie takie proste. Oddziały rosyjskie zajęły Homiel i wysadziły most
na przesmyku wodnym łączącym oba jeziora. Jeńcy wzięci przez naszych
zwiadowców dostarczyli bardzo cennych informacji. Wszelkie podejścia do
mostu są szczelnie kontrolowane przez dwa położone w pobliżu schrony
bojowe, natomiast wąskie jary, przez które mieliśmy zamiar się
przedrzeć, są przestrzeliwane krzyżowym ogniem z kolejnych pięciu
schronów. W głębi pozycji wróg posiadał jeszcze więcej stałych umocnień.
Przede wszystkim należało najpierw oczyścić wieś z czerwonych, następnie
zaś przeprawić się przez przesmyk wodny, jednocześnie wypierając wroga
ze schronów wokół wsi, a wreszcie, na sam koniec, złamać opór tyłowych
pozycji obronnych i rozmieszczonych tam bunkrów. Przed atakiem nie
planowano położenia ognia artylerii na tyłowe pozycje wroga.
Z pomocą moich sanitariuszy przekazałem do wiadomości żołnierzy
batalionu rozkaz zabraniający spożywania jakichkolwiek posiłków przez
ostatnie sześć godzin przed rozpoczęciem naszego ataku. Miało to na celu
zwiększenie szans przeżycia tych nieszczęśników, którym przytrafi się
postrzał w brzuch. Wyjaśniając żołnierzom powody tej decyzji
podkreślałem, że nawet najmniejszy kawałek chleba, lądujący w żołądku,
powoduje zwiększone ukrwienie jelit i w przypadku porażenia jamy
brzusznej wewnętrzny krwotok okaże się znacznie bardziej intensywny.
Celem przeprowadzenia krótkiej narady koordynującej z Neuhoffem,
Hillemannsem i Kageneckiem, przybył do nas pułkownik Becker w towarzystwie swojego adiutanta von Kalkreutha. W czasie, gdy odbywało
się spotkanie, rozdałem żołnierzom zielone siatki przeciw owadom, które
zakładało się na hełm. Miały stanowić ochronę przed chmarami komarów,
które na okolicznych, podmokłych terenach, występowały w niewyobrażalnych wręcz ilościach, ale przede wszystkich miały chronić
przed ukąszeniami nieznanych, ni to moskitów, ni to much o niewiarygodnych wręcz rozmiarach, które posiadały w swym arsenale nie
tylko trąbkę do wysysanie krwi, ale i żądło. Ich ciągłe ataki,
szczególnie w porze nocnej, były czymś strasznym. Ze względu na ich
drapieżność i rozmiary przezwaliśmy te monstra "sztukasami", na cześć
naszych bombowców nurkujących Junkers Ju-87 Stuka.
O godzinie ósmej wieczorem Neuhoff zwołał naradę wszystkich oficerów
batalionu. Upał już zelżał, ale słońce z uporem wisiało nad horyzontem,
jakby nie chciało, bodaj na krótką letnią noc, oddawać swej władzy nad
światem. Jakiś żołnierz grał na harmonijce ustnej popularny niemiecki
motyw, a grupka jego kolegów leniwie i trochę nie do końca w rytm,
podśpiewywała chórem. Lekki wiaterek zawiewał od kuchni polowej zapach
nieśmiertelnego gulaszu. A przecież tylko kilka kilometrów od nas, nie
tylko w zasięgu wzroku, ale i słuchu, siedzieli przyczajeni w swoich
schronach rosyjscy żołnierze, w napięciu oczekujący naszego jutrzejszego
szturmu.
Dowódca czternastej kompanii przeciwpancernej, kapitan Noack (całkiem
niedawno, w czasie kampanii francuskiej, będący jeszcze porucznikiem),
starszy sierżant Scheiter z trzynastej kompanii dział piechoty, razem z innymi oficerami uważnie słuchali wystąpienia Kagenecka, który wyjaśniał
kolejność naszych jutrzejszych działań zgodnie z opracowanym wcześniej
planem ataku.
W ślad za krótkim przygotowaniem artyleryjskim, którym, koniec końców,
nie pogardzono, mieliśmy wziąć szturmem wieś Homiel, a następnie
ostatecznie oczyścić ją z Rosjan. Noack i Scheiter mieli ze swoimi
lekkimi działkami zająć szybko pozycje na zdobytym przyczółku i bezpośrednim ogniem na wprost stłumić ogień najbliższych schronów wroga.
Pod ich osłoną nasze główne oddziały szturmowe, grupy saperów i miotaczy
ognia miały forsować przesmyk wodny między jeziorami oraz wykonać manewr
obejścia, przeprawiając się na gumowych łódkach przez wąską odnogę
jeziora -?wszystko celem ominięcia głównych ognisk oporu i uderzenia na
schrony i pozycje obronne wroga od tyłu. Wszystkie pododdziały
saperskie, niebiorące bezpośrednio udziału w tej operacji, miały być
rzucone do natychmiastowej odbudowy wysadzonego mostu, aby umożliwić
szybką przeprawę rezerwowym grupom piechoty, mającym za zadanie
umocnienia się na przyczółku mostowym po stronie nieprzyjaciela. Ich
dalsze i jedyne zadanie polegać miało na twardym trzymaniu tej ważnej
pozycji do czasu podejścia sił głównych. Po przywróceniu mostu do stanu
użytkowania, powinna przeprawić się po nim pozostała część batalionu
wraz z ciężką artylerią. Nie zwalniając tempa natarcia, batalion miał
następnie kierować się ku kolejnemu mostowi pod wsią Daleckije, około 5
kilometrów dalej, a następnie rozwinąć się w masywach leśnych w rejonie
wsi Saroczka, oznaczonej na naszych mapach jako "Punkt 62". Takie były
nasze zadania na pierwszy dzień.
Mojemu własnemu, małemu pododdziałowi medycznemu wydałem dyspozycje,
odpowiadające naszemu ogólnemu planowi ataku. Wegener miał w czasie
szturmu pozostawać cały czas przy sztabie Neuhoffa, Müller miał za
zadanie, nie podejmując zbędnego ryzyka, towarzyszyć mojemu furgonowi
sanitarnemu i uważać, by nie dostał się pod ostrzał wroga. Miał także
kierować sanitariuszy wszędzie tam, gdzie będą najbardziej potrzebni, a następnie dołączyć do pozostałych po zakończeniu walki. Petermann, razem
ze swoim koniem i z moim Szachrajem miał zostać przy koniach Neuhoffa i Lammerdinga. Dehorn i ja mieliśmy bezpośrednio towarzyszyć atakującym
oddziałom, aby móc okazywać natychmiastową pomoc rannym. Major-doktor
Schulz przydzielił mi dodatkową sanitarkę, którą oddałem pod stałą
opiekę Müllera.
Dowódcy pododdziałów, czasowo oddanych pod naszą komendę, udali się do
swoich ludzi, natomiast oficerowie trzeciego batalionu siedzieli jeszcze
przez jakiś czas razem i o czymś dyskutowali. Neuhoff był bardzo poważny
i skupiony. Hillemanns, jak co dzień, zajmował się swoją "papierkową
wojną", a Kageneck, Stolz i Lammerding, hołdując zasadzie "nic po sobie
nie pokazuj", jakby nigdy nic żartowali z siebie nawzajem. I nawet
młodsi oficerowie, na myśl o tym, co przyniesie jutrzejszy poranek, nie
okazywali żadnego specjalnego zdenerwowania. W rzeczywistości jednak,
absolutna większość tych ludzi odczuwała coraz większa trwogę.
Hillemanns zebrał do kupy swoje papiery i przekazał do ogłoszenia całemu
batalionowi rozkaz o ataku, podpisany przez Neuhoffa. "Oficerowie,
podoficerowie i żołnierze trzeciego batalionu idą do boju za führera,
naród i ojczyznę z niezachwiana wiarą w zwycięstwo. Podpisano: major
Neuhoff. W marszu, dnia 14.07.1941".
W ostatniej godzinie przed zachodem słońca napisałem długi list do
Marty, nie wspominając ani słowem a tym, co czeka nas jutro. Czułem się
zmęczony i z radością myślałem o nieprzerwanym, kilkugodzinnym
odpoczynku, na który mogłem sobie pozwolić, zanim o trzeciej rano nasze
oddziały ruszą na pozycje wyjściowe do ataku.
* * *
Mijały ostatnie godziny przed świtem. Nasze kompanie, starannie
zamaskowane i ukryte przed wzrokiem wroga, zaległy w wysokiej trawie, za
krzakami i na polach żyta. Z tyłu za nami, rozciągnięte w długą linię,
przygotowało się do walki trzydzieści osiem działonów artyleryjskich
różnego kalibru. Poza ciężkimi moździerzami kalibru 210 milimetrów
mieliśmy jeszcze jedną "Grubaskę" -?ogromne działo kalibru 250
milimetrów, którego głównym zadaniem było zniszczenie wyjątkowo
potężnego schronu, który wstrzelany był w obydwa przyczółki mostowe.
Rzędem obok mnie rozstawione były 88-milimetrowe działa przeciwlotnicze,
które miały strzelać bezpośrednio po strzelnicach schronów.
Do początku operacji zostało jeszcze pół godziny i do tego czasu
zdecydowałem się ukryć przed chmarami tnących komarów w moim Mercedesie.
Dehorn poszedł za moim przykładem. Wegener wraz z moim etatowym
kierowcą, zasiadali już w środku popalając papierosy. Zapaliłem i ja, po
części, aby czymś się zająć, częściowo, aby jakoś odstraszyć te
koszmarne owady. "Sztukasy" i tak się do nas dobierały, więc
podnieśliśmy boczne szyby.
Zapadła jakaś ciężka cisza. Bardziej żeby coś powiedzieć, niż dlatego,
że było to potrzebne, zapytałem Wegenera:
-?Dobrze zapamiętałeś, jakie są twoje obowiązki?
-?Tak jest, panie doktorze.
-?Dobrze -?kiwnąłem głową. -?Kiedy my z Dehornem będziemy posuwać się z atakującymi pododdziałami, ty ślicznie przygotujesz punkt opatrunkowy.
Na wschodzie pokazał się rąbek purpurowo-czerwonego słońca. Gdzieś tam
od wschodniej strony, daleko od nas, słychać było bezładną strzelaninę
Ruskich, czasami przerywaną donośnymi wystrzałami wielkokalibrowych
dział ich pociągu pancernego. W naszym sektorze jak na razie panował
kompletny bezruch i złowieszcza cisza. Na wschodzie wyjątkowo wielka
tarcza słońca niespiesznie wynurzała się zza horyzontu, nie dając
jeszcze wiele światła i wysokie jodły na brzegu jeziora majaczyły
niewyraźnie niczym ogromne cienie jakichś odwiecznych strażników. Przed
nami -?za wsią Homiel i od naszej strony jezior -?podmokły teren
przechodził w łąki, które gdzieniegdzie ustępowały miejsca polom zboża.
Z tyłu za naszym samochodem, niedaleko od zamaskowanego gałęziami działa
przeciwlotniczego, stali żołnierze z obsługi i z widoczną nerwowością
palili jednego papierosa za drugim. Wszędzie wyczuwało się narastające z każdą chwilą napięcie.
Wegener zabrał swoją sanitarną torbę i zgodnie z planem oddalił się w stronę polowego sztabu Neuhoffa. Ale oto, koło nas, w towarzystwie
Hillemannsa i Lammerdinga, przeszedł i sam Neuhoff.
-?Jaki mamy dokładny czas? -?machinalnie zapytałem Lammerdinga.
-?W całym pułku zegarki zsynchronizowane są na za dwadzieścia jeden
czwarta. Za dwadzieścia minut zaczynamy!
-?Dzięki. Życzę powodzenia. I postarajcie się, Lammerding, nie wpadać mi
w łapy.
-?Nie martwcie się. Będę się starać -?jakoś tak nie całkiem wesoło
uśmiechnął się w odpowiedzi Lammerding.
Słońce nad wschodnim horyzontem podnosiło się coraz wyżej i wyżej. Już
całkiem niedługo powinno zrobić się na tyle jasno, aby 88-milimetrowe
działa mogły zacząć strzelać mierzonym, bezpośrednim ogniem. Stojący
nieopodal czterej podoficerowie -?artylerzyści zgasili swoje papierosy i nieśpiesznym krokiem skierowali się ku swoim działom.
Przełamanie Linii Stalina
Przełamanie Linii Stalina
-?Czas na nas, Dehorn -?powiedziałem, wyłażąc z samochodu i zatrzaskując
za sobą drzwi.
Dehorn wyskoczył z tylnego siedzenia na zewnątrz i zarzucił na plecy
szelki swojego plecaka sanitarnego. Staliśmy koło najbliższej
88-milimetrówki. Jej lufa nakierowana była na schron znajdujący się po
lewej stronie od wysadzonego mostu -?celowała prosto w strzelnice.
Dowódca działonu nie odrywał oczu od zegarka. "Gotowość za minutę... 30
sekund... 5 sekund" -?podniósł rękę -?"Jedna sekunda... ognia!". I szybkie machnięcie chorągiewką.
Z napięciem wpatrujemy się w schron bojowy. Pierwszy pocisk prawie
trafił, ale ciut-ciut za wysoko, chociaż zerwał cały kamuflaż i maskowanie. Ale wystrzał z 88-milimetrówki, koło której staliśmy, był
tylko jednym z tuzina. Wzniesienie, na którym się znajdowaliśmy w okamgnieniu ożyło mnóstwem jednoczesnych wystrzałów, ziemia zakołysała
się pod nogami. Zadrżały liście na drzewach, a skierowana do przodu fala
uderzeniowa od wystrzałów i lawina sprężonego powietrza, wywołana
pociskami lecącymi praktycznie nad samą ziemią, powodowała kołysanie i efektowne bruzdy w wysokiej trawie, idealnie wzdłuż trajektorii lotu
pocisku. Miało się wrażenie, że ogłuszający huk jednoczesnych wystrzałów
dziesiątków dział rozkołysał nie tylko trawę, ale i samo niebo, a na
nieszczęsną wieś Homiel i umocnienia wroga po drugiej stronie wody
zwalił się piekielny huragan ognia i stali.
Śmiercionośny ogień dział przeciwlotniczych, bijących bezpośrednim
ogniem po ledwie widocznym spod maskowania bunkrom, przerywany był
charakterystycznymi łupnięciami wystrzałów "Grubaski" i głuchym wyciem
jej wielkokalibrowych pocisków lecących na duży schron położony po lewej
stronie mostu. Pozostałe schrony także solidnie obrywały od
21-centymetrowych moździerzy, podczas gdy 10,5-centymetrowe haubice,
15-centymetrowe działa i dalekosiężne 100-milimetrówki gęstym ogniem
nakryły zajętą przez wroga wieś.
Płomienie szybko ogarniały, roznoszone prosto na naszych oczach, domy. W powietrze raz za razem wzlatywały fontanny ziemi przemieszane z cegłami
i drewnianymi belkami -?wieś Homiel metodycznie, dom po domu, ścierana
była z powierzchni ziemi. Widzieliśmy wyraźnie postacie rosyjskich
żołnierzy -?wybiegali z płonących budynków i padali martwi na ulicy.
Trudno było sobie wyobrazić, aby w tym huraganowym ostrzale, niosącym
śmierć wszystkiemu, co żywe, ktokolwiek mógł ocaleć. W tym czasie
ciężkie moździerze przerzucały wysoko nad jeziorem swoje potężne
21-centymetrowe pociski burzące, zwalając je na pozostałe betonowe
schrony i umocnienia ziemne. Po prostu niepojęte było, jak to możliwe,
aby cokolwiek wciąż tam jeszcze stało na swoim miejscu. Widok ogólnych
zniszczeń, które już zdążył spowodować ostrzał, był zupełnie
niewiarygodny. Zmasowany ogień artylerii kładł się na przednią pozycję
rosyjskiej linii obrony przez całą godzinę -?miałem wrażenie, że trwa to
całą wieczność. Przez cały ten czas piechota, starannie ukryta przed
wzrokiem wroga, czekała cierpliwie na sygnał do ataku.
Równo o piątej rano, praktycznie nie przerywając ognia, każde działo
podniosło kąt ostrzału do uzgodnionego wcześniej poziomu i przeniosło
nawałę na drugą linię obrony przeciwnika. Pociski ryczały przenikliwie
nad głowami naszych pododdziałów szturmowych, wchodzących w skład
dziewiątej i dziesiątej kompanii Teitgena i Stolza, które już zbiegały
po stoku wzgórza na płaski kawałek terenu, ciągnący się bezpośrednio aż
do samej wsi Homiel. Po kilku minutach obie kompanie były już w dymiącej
wsi, a ich trasę śledziły z natężeniem setki par oczu. Jedenastą
kompanię do ostatniej chwili trzymaliśmy w rezerwie.
-?Dawaj, Dehorn! -?rozkazałem. -?Teraz nasza kolej!
Zbiegliśmy do podnóża pagórka, przebiegliśmy płaski odcinek terenu i znaleźliśmy się na samym początku głównej ulicy Homieli. Wokół nas
natychmiast wystrzeliły fontanny ziemi od serii karabinów maszynowych, a kilka kul zaświstało nam nad samymi głowami. Stało się całkiem jasne, że
przynajmniej niektóre z pojedynczych wrogich schronów jakimś cudem
przetrzymały ten nieziemski ostrzał, chociaż na ile było widać,
większość z nich była w znacznym stopniu rozbita. Wtuliliśmy głowy w ramiona i daliśmy nura do rowu. Gęsty dym powoli snuł się po wsi,
ogarniał przesmyk wodny i wisiał nad taflą jeziora oraz uparcie
broniącymi się schronami. Gdy chmura dymu w którymś momencie na chwilę
się podniosła, zauważyłem że walka jest głównie skoncentrowana na końcu
wsi, w pobliżu wysadzonego mostu.
Starając się trzymać z daleka od uliczek, przestrzeliwanych przez
nieprzyjacielskie cekaemy, we dwóch z Dehornem próbowaliśmy przedzierać
się do przodu wykorzystując przy tym do ukrycia płonące domy. Na ulicach
i między domami leżeli zabici Rosjanie. Niektóre ciała były potwornie
okaleczone odłamkami naszych pocisków artyleryjskich. I wtedy
zobaczyliśmy rannego żołnierza z kompanii Teitgena. Lekki, prostopadły
postrzał w ramię. We trzech wbiegliśmy do domu, którego jedna połowa,
sądząc po obrysie fundamentu, była uniesiona niczym wichurą. Seria z cekaemu rozwaliła w drzazgi ramę okienną i uderzyła w ścianę naprzeciwko
okna.
-?Uważać! -?wrzasnąłem. -?W pokoju z tyłu będzie bezpieczniej.
Ocalała połówka domu była pusta. W kilka minut oczyściliśmy i przewiązaliśmy ranę. Kości ramienia były na szczęście całe. Aby
uśmierzyć ból, zrobiłem żołnierzowi zastrzyk z morfiny i zaraz mu to
pomogło.
-?Dobre miejsce na punkt opatrunkowy -?powiedziałem do Dehorna,
oceniając ocalałą część domu i następnie, zwracając się do rannego
żołnierza, powiedziałem:
-?Wkrótce pojawi się tu mój podoficer. Nazywa się Wegener. Czekajcie na
niego i powtórzcie, że ma tu organizować punkt opatrunkowy.
Dehorn wywiesił flagę z czerwonym krzyżem przed wejściem do domu i zaczęliśmy przemieszczać się dalej, tam gdzie trwał bój na podejściach
do zniszczonego mostu. Posuwaliśmy się bardzo ostrożnie, miejscami nawet
czołgając się i wykorzystując dla osłony, co się tylko dało, nawet kłęby
dymu. Z mostu zostały tylko sterczące z wody kikuty drewnianych pali,
wokół których woda bez przerwy gotowała się od serii z broni maszynowej.
Z przeciwległego brzegu praktycznie nieprzerwanie walił krzyżowy ogień.
Schron bojowy z lewej strony mostu, największy, i ten, którego ognia
najbardziej się obawialiśmy, stał teraz martwy i cichy -?efekt roboty
naszej "Grubaski". Za to bunkier po prawej stronie mostu wciąż
nieprzerwanie strzelał i w dodatku pomagał mu w tym ogień cekaemu z trzeciego schronu, położonego nieopodal na brzegu jeziora.
Od naszej strony, na podejściach do mostu, bezwładnie rozrzuciwszy ręce
i nogi, leżało mnóstwo martwych żołnierzy rosyjskich, a ciała dwóch z nich, na wpół zanurzone w wodzie, zwisały w poprzek drewnianych rozpór.
Wyglądało na to, że próbowali uniknąć walki i najwyraźniej zostali
zastrzeleni przez swoich w czasie gdy starali się przedostać po
resztkach mostu na drugi brzeg.
Nasze własne lekkie działka stopniowo przemieszczały się teraz w pobliże
mostu i jedna z 37-milimetrówek Noacka otworzyła już ogień do na wpół
zburzonego schronu po prawej stronie, który jakimś niepojętym sposobem
wciąż jeszcze kontynuował swój uparty bój. Wąska niegdyś strzelnica
przedstawiała teraz sobą wielki, ziejący czarną dziurą otwór i wkrótce
prosto w ten otwór wleciały nasze dwa pociski. Gęste zwały dymu, niczym
rzeka, waliły ulicą w naszą stronę i kłębiąc się otulały resztki mostu
wraz z kanałem. W tej zasłonie majaczyły jakieś sylwetki przedzierające
się do mostu; w jednej z nich z trudem rozpoznałem Schnittgera.
Wyglądało na to, że chcą pokonać przesmyk po ocalałych kawałkach mostu,
skacząc z jednego na drugi. Ze wszystkich sił wytężyłem wzrok starając
się śledzić ich ruchy, ale gęsty dym, który po tej stronie krył ich
przed Rosjanami i mnie nie pozwalał nic dostrzec.
Minęły dwie czy trzy minuty nerwowego oczekiwania. Dym stopniowo się
rozwiał. Schnittger i jego ludzie już wdrapywali się na przeciwległy
brzeg. Niektórzy przeprawili się wpław, a innym udało się przedostać po
sterczących z wody resztkach mostu w momencie, gdy szczęśliwie otulił go
obłok dymu. Teraz przedzierali się do walczącego uparcie schronu po
prawej stronie mostu, ale kolejne kłęby dymu przywiane od strony wsi
zasłoniły mi widok. Z tego dymu dobiegł trzask nielicznych niemieckich
automatów i wybuchy granatów ręcznych. Domyśliliśmy się, że Schnittger i jego ludzie walczą z Rosjanami zalegającymi w okopach wyrytych między
schronami. Dym w końcu się rozwiał i wtedy zauważyliśmy, że na drugim
brzegu pojawiło się jeszcze więcej niemieckich żołnierzy. 37-milimetrowe
działko przerwało ogień i znajdujący się w pobliżu schronu żołnierze z miotaczami zaczęli bezlitośnie polewać ambrazurę strugami żywego ognia.
Więcej już z tego schronu nie dobiegł nawet jeden dźwięk.
Metodycznie wszystkie pozostałe na tym odcinku umocnienia polowe
przeciwnika były stopniowo neutralizowane, walkę kontynuował tylko
trzeci schron -?ten, który znajdował się najdalej, nad samym jeziorem.
Trwało to dosłownie chwilę, gdy nasi saperzy uruchomili przeprawę przez
przesmyk, kładąc na pale długie i szerokie deski, po których grupy
szturmowe jedna za drugą przedostawały się na tamten brzeg. Dwóch
żołnierzy zostało przy tym trafionych z owego trzeciego schronu, wpadli
do wody i utonęli, ale główna masa ludzi bez przerwy przesączała się na
drugą stronę.
Wtedy usłyszałem kilkakrotnie powtarzane krzyki "Sanitariusz!
Sanitariusz!" i razem z nieodłącznym, dosłownie depczącym mi po piętach,
Dehornem pędem rzuciliśmy się w stronę mostu. Rozpaczliwie balansując
rękoma i ryzykując, że zwalimy się do wody, zdołaliśmy jakoś szczęśliwie
przebiec po tańczących nam pod stopami deskach. Wrogie kule świstały nam
nad głowami we wszystkich możliwych i niemożliwych kierunkach.
Zatrzymawszy się na mgnienie oka po drugiej stronie, aby bodaj na
sekundę złapać oddech, zaraz zaczęliśmy wdrapywać się na brzeg na
wysokości dopiero co uciszonego schronu. W najbliższym rowie
łącznikowym, którym nie omieszkaliśmy się posłużyć, byli już na
szczęście nasi żołnierze. Tuż obok, wywalony wybuchem naszego
21-centymetrowego pocisku, ział wielki i bardzo głęboki lej.
-?Wszystkich rannych tutaj! -?krzyknąłem jak najgłośniej i pierwszy
stoczyłem się do leja.
Dehorn zaraz umieścił na skraju zawczasu przygotowany długi kij z flagą
czerwonego krzyża. Za nami do leja wpełzło trzech lekko rannych a czwartego, ciężko rannego, przydźwigano na noszach. Miał przestrzelone
na wylot płuca, przy czym nie była uszkodzona żadna główna arteria.
Dałem mu zastrzyk przeciwbólowy i położyłem na boku.
-?Nawet nie drgnij! -?powiedziałem surowo. -?Krwawienie można
powstrzymać tylko przy całkowitym bezruchu.
A do leja taszczyli już kolejne nosze. Przynieśli półprzytomnego
żołnierza z koszmarnie głęboką raną gardła. Z pewnością utracił już
mnóstwo krwi. Puls był jeszcze wyczuwalny, ale wątpliwe było czy
wytrzyma dłużej taki szok. "Być może -?pomyślałem -?jeśli od razu dam mu
solidną dawkę morfiny i natychmiast i przetoczę krew, to mu się uda". To
była jego jedyna szansa, bez transfuzji niewątpliwie by zmarł.
Na szczęście na dnie leja było względnie bezpiecznie, a ja miałem ze
sobą przenośne urządzenie Braun -?Melsungen do transfuzji krwi. Nasze
działa przeniosły już ogień na następną linię obrony nieprzyjaciela, ale
wroga artyleria wciąż jeszcze się całkiem aktywnie odgryzała i to,
między innymi, strzelając po naszym przyczółku. Mieliśmy wielkie
szczęście, że żaden pocisk nie rozerwał się w naszym bezpośrednim
sąsiedztwie. Ale świst kul wystrzeliwanych z rosyjskich automatów i tak
sprawiał, że często mimowolnie zniżaliśmy głowy.
-?Dawca! -?ryknąłem do noszowego z dziesiątej kompanii. -?Potrzebuję
dawcy z grupą krwi "zero"!
-?Skąd wiecie, jaką ma grupę? -?usłyszałem głos Stolza. Żołnierz z szarpaną raną gardła był jednym z jego ludzi.
-?Grupa "zero" zawsze pasuje -?odpowiedziałem. -?A co to za krew na
ręku?
-?E tam, bzdura, po prostu zadrapanie.
Rana nie była głęboka i w oczekiwaniu na upragnionego dawcę oczyściłem
ją i opatrzyłem. Na szczęście dość dobrze przeszkoliłem się w kwestii
transfuzji w warunkach polowych jeszcze w czasach, kiedy przebywałem w Prusach Wschodnich. Każdego żołnierza w batalionie klasyfikowałem według
grupy krwi i zadecydowałem, celem uproszczenia działań podczas
przyszłych transfuzji, że zapoznam się z każdym, kto posiada uniwersalną
grupę "zero". Wszystkich przebadałem na okoliczność chorób wenerycznych
i przygotowałem ogólną listę dawców posiadających tę grupę krwi. Müller
i tak świetnie znał ich wszystkich osobiście bez żadnych list. Bez
względu na to, że zdecydowanie ignorowaliśmy znaczenie czynnika
odrzucenia dawcy, to i tak skrajnie rzadko napotykaliśmy na jakiekolwiek
komplikacje przy transfuzjach na pierwszej linii (w wojskach SS przyjęte
było tatuowanie grupy krwi na prawym ramieniu tak, aby lekarz na
pierwszy rzut oka mógł znać potrzebną grupę krwi. Takie oto, między
innymi, niezmywalne znamię, w przyszłości nieraz przyczyniło się do
rozstrzelania licznych jego posiadaczy.).
-?Szlag by trafił ten trzeci schron! -?ze złością wrzasnął Stolz,
wyłażąc z leja. -?Te śmierdziele nie mają zamiaru się poddać! Obeszliśmy
ich z boku a i tak trzeba ich stamtąd wykurzać. Strzelają po kolei do
każdego z naszych!
W końcu siedzi przede mną dawca. To potężny Westfalczyk z Lipperlandu z żyłami jak u konia.
-?Niech pan bierze, doktorze, ile trzeba -?mówi do mnie z uśmiechem -
krwi to ja mam całkiem sporo.
W tej sekundzie gdzieś niedaleko od nas rozległ się ogłuszający huk
wybuchu o ogromnej sile, który wręcz zakołysał ziemią pod naszymi
nogami. Zaskoczony, drgnąłem i igła wyskoczyła z żyły.
-?Co to było? -?zapytałem ze zdziwieniem.
-?To Schnittger wysadził właśnie drzwi pancerne do schronu, ot i tyle -
niewzruszenie odpowiedział z uśmiechem mój dawca. -?Żeby Schnittger nie
wlazł do środka trzeba sporo więcej niż tam jakiś kawałek ruskiego
pancerza!
Dzięki temu, że rannemu przetoczyłem pół litra krwi od dawcy, jego
trupioblade wargi zaczęły przybierać znowu swój normalny odcień, a puls
stał się bardziej wyczuwalny i miarowy. Puściłem mocarnego i tryskającego zdrowiem Westfalczyka i wprowadziłem rannemu do krwiobiegu
jeszcze pół litra płynu fizjologicznego. Praca serca wróciła prawie do
normalnego poziomu. Groźbie gwałtownej śmierci udało się zapobiec.
Delikatnie sprawdziłem opatrunek na gardle, aby upewnić się, że krwotok
się nie odnowi.
Ze wszystkich dzielnych obrońców rosyjskiego schronu bojowego przy życiu
został tylko jeden, ale miał na tyle poważne oparzenia, że raczej nie
dawałem mu nadziei na przeżycie. Tak czy inaczej, przykazałem dwóm
jeńcom, którzy potrafili udzielić pierwszej pomocy, aby go opatrzyli, a następnie dałem im więcej środków opatrunkowych żeby mogli pomóc innym
rannym Rosjanom.
W międzyczasie kilka naszych kompanii przeprawiło się już na wschodni
brzeg jeziora i rozwijało się celem kontynuowania ataku na głębiej
urzutowane pozycje rosyjskiej linii obrony. Ale najtrudniejsze zadanie
dnia było już wykonane. Zdobycie wsi Homiel i przecięcie przesmyku
między jeziorami udało się za pierwszym razem, a dobrze przygotowana
linia obrony Rosjan -?przełamana. Z pomocą rosyjskich jeńców nasi
saperzy zbudowali na resztkach starego całkiem nowy most i powoli
zaczęły się po nim przetaczać nasze pierwsze ciężkie działa.
-?No i pięknie! -?radośnie oznajmiłem Dehornowi. -?Müller już tu jest i wszystko idzie zgodnie z planem.
Wchodząc do domu, w którym założyliśmy punkt opatrunkowy, głośno
zawołałem Wegenera, ale nikt mi nie odpowiedział.
-?Wegener mocno oberwał... W głowę... -?cicho oznajmił Müller, na którego
natknąłem się w drzwiach do tylnego pokoju.
Wegener leżał razem z innymi rannymi na podściółce ze słomy. Był
całkowicie przytomny, ale mocno zakrwawiony bandaż na jego głowie
świadczył o tym, że rana jest bardzo poważna. Ostrożnie odwinąłem
opatrunek i zmroziło mnie: kula karabinowa weszła od tyłu prawą stroną
szyi, przeszła przez całą głowę i wyleciała przez prawe oko.
Pocieszające było tylko to, że nie było przy tym żadnych oznak paraliżu.
-?Gdzie to się stało? -?jakoś tak głupio zapytałem Wegenera. -?Jak można
w ogóle odnieść taką ranę?
-?Tu, za domem -?ochryple i ledwie zrozumiale wyszeptał. I chyba na tyle
mu wystarczyło sił, gdyż najwyraźniej nie mógł dalej mówić.
-?Zaraz za węgłem -?podchwycił Müller. -?Wegener wyszedł na zewnątrz
żeby przynieść więcej słomy, schylił się po nią i nagle padł plackiem.
Stałem z tyłu za nim i wszystko widziałem, wciągnąłem go zaraz do domu.
-?Co za cholerny niefart -?wymamrotałem. -?Załapać głupią kulkę, kiedy
cała walka o wieś już się skończyła!
Prawe oko Wegenera było po prostu wybite od wewnątrz kulą. Żałośnie
pusty oczodół przykrywała teraz, i to tylko częściowo, górna powieka i kilka podobnych do nitek kawałków ciała. Dolna powieka, a razem z nią
część kości twarzowej w górnej części szczęki też była zniesiona przez
kulę. "Co za cholerne nieszczęście", powtarzałem sobie cały czas w duchu. Otwór wlotowy w tylnej części szyi nie był nawet duży i dlatego
nie było dużego krwawienia -?może trochę więcej jak z kapilary.
Pozostawiając prawe oko odsłonięte, nałożyłem biednemu Wegenerowi nowy
opatrunek, zrobiłem zastrzyk dla poprawy krążenia i jeszcze jeden
zastrzyk przeciwbólowy.
-?Prawego oka już nie masz -?powiedziałem jak mogłem najspokojniej. -
Ale dobry protetyk zrobi ci takie oko, że z wierzchu będzie wyglądać jak
prawdziwe. Najważniejsze, że mózg nie jest uszkodzony, a lewym okiem
szybko nauczysz się widzieć nie gorzej niż dwoma. Nie upadaj na duchu
przyjacielu! No i podejdź do całej sytuacji jeszcze z tej strony, że
oznacza to dla ciebie koniec wojny.
Do chałupy podjechała nasza sanitarka. Trzech pozostałych żołnierzy
miało nieporównywalnie lżejsze obrażenia i Müller pomógł im usadowić się
w środku. Wegener w tym czasie usnął. Puls miał mocny i równomierny.
Razem z Dehornem wskoczyliśmy do sanitarki i ruszyliśmy w stronę mostu,
aby zabrać rannych leżących w leju. W drodze powrotnej chcieliśmy wpaść
po Wegenera. Ranni z lżejszymi postrzałami mieli zaczekać na kolejną
sanitarkę.
Ostrożnie przejechaliśmy przez most, ale tym razem z trzeciego schronu
już nikt nie strzelał. Chociaż Stolz patrzył już na ten schron jak na
swoją własną zdobycz, to ostatecznie wykończył go nie on a... Bolski!
Dokładnie w momencie, kiedy Stolz rozmawiał ze mną w leju o tym, że ma
zamiar wykurzyć stamtąd Ruskich podchodząc ich od tyłu, Bolski wziął
grupkę żołnierzy Stolza i odstawił prymitywny, frontalny atak na
bunkier. Co by nie mówić, było to z jego strony strasznie lekkomyślne,
ale efekty okazały się całkiem niezłe. Udowodniwszy tym sposobem swoją
(choć i bezmyślną) odwagę w walce, Bolski zaczął uważać, iż wyrobił
sobie w Homieli prawdziwe imię i wszechobecne uznanie dla swych
niewątpliwych rycerskich zalet.
Nasza artyleria skierowała teraz ogień na most koło wsi Daleckije i słyszeliśmy jak rosyjskie działa nieprzerwanie odpowiadają ogniem. Mimo
to, kiedy zabieraliśmy naszych rannych, nie było się czego bać, gdyż ich
ogień ześrodkowany był gdzieś z boku. Stan żołnierza, któremu robiłem
transfuzję okazał się całkowicie zadowalający i ten radosny fakt
wypełnił mi duszę najszczęśliwszym uczuciem -?przecież kiedy ujrzałem
tego biedaka pierwszy raz, byłem pewien, że ma marne szanse na
przeżycie. Sanitarka cichaczem wracała uliczkami Homieli, aby zabrać do
szpitala na tyłach Wegenera razem z rannym w gardło żołnierzem. Kiedy
odjeżdżali, odprowadzaliśmy z Dehornem ostrożnie kolebiący się na
wybojach samochód smutnymi spojrzeniami. Rozstanie z Wegenerem bardzo
mocno przeżył Dehorn, a poza tym nasz sanitariusz był przecież moim
ziomkiem. W ten sposób wojna, można powiedzieć, dotarła nam do domu.
Dołączywszy do głównej kolumny naszych wojsk, ruszyliśmy razem ze
wszystkimi drogą na Daleckije. Na poboczu zobaczyłem pięć świeżych
mogił, na których dopiero co postawiono brzozowe krzyże. Dwóch poległych
było z dziewiątej kompanii Teitgena, która wykonała bohaterski skok na
naszym lewym skrzydle, jeden był z kompanii Stolza i jeden z dwunastej
kompanii Kagenecka. Piąty był saperem. Popatrzyłem na zegarek. Było
dwadzieścia pięć po ósmej. Cała operacja zajęła mniej niż cztery
godziny.
-?Nazwiska poległych? -?zapytałem żołnierza, który stawiał krzyże a teraz właśnie mocował na nich stalowe hełmy.
Wymienił mi po kolei pięć nazwisk. Czterech z nich nie znałem, ale
piątym okazał się jeden z bliźniaków Stolza. Wróciłem pamięcią do
Filipowa gdzie w składzie swojej kompanii bliźniacy grali w piłkę ręczną
przeciwko drużynie z dziewiątej kompanii. Obaj grali doskonale i szaleli
po boisku jak tajfun; jeden z nich strzelił w samej końcówce spotkania
zwycięską bramkę. Po meczu, śmiejąc się, każdy utrzymywał, iż to właśnie
on wbił najważniejszego gola i nikt z nas nie wiedział, który mówi
prawdę, a który zwyczajnie żartuje. Teraz jeden z nich nie żył. Żarty
się skończyły.
-?Gdzie jest drugi brat? -?zapytałem żołnierza.
-?Dopiero co tu był. Jak tylko pochował brata, gdzieś poszedł... O, tam
jest!
Saperką wskazał na piaszczystą drogę wiodącą na wschód i oddalająca się,
zgarbioną sylwetkę pozostałego przy życiu bliźniaka. Tak, to był on...
wolny krok, spuszczona głowa... Pomyślałem wtedy o straszliwej samotności,
bez brata, która teraz będzie męczyć go do samej śmierci. "Trzeba się
spieszyć -?przywołałem się do porządku i szybko dołączyłem do innych. -
Czeka nas jeszcze mnóstwo roboty".
Gdzieś z przodu zaczęły dudnić długie serie naszych ciężkich karabinów
maszynowych. Wysoka, zgarbiona postać zwolniła kroku, bliźniak zszedł z drogi i skierował się do lasu.
-?Mam nadzieję, że nie zamierza palnąć sobie w łeb -?niespokojnym głosem
odezwał się Dehorn.
Rzuciliśmy się w ślad za nim. Bliźniak zdążył już skryć się między
drzewami. Gdy biegliśmy przez las, w każdej chwili oczekując wystrzału,
suche gałęzie opadłe z drzew z ogłuszającym trzaskiem łamały się nam pod
stopami. W końcu ujrzeliśmy go siedzącego na pniu powalonego drzewa.
Opuścił głowę na ręce skrzyżowane na kolanach, a szerokie plecy
wstrząsał szloch. Nie widział nas. Co tam zresztą my! W tej chwili nie
istniał dla niego nikt. Połowa jego własnego świata na zawsze została z tyłu -?pod grubym brzozowym krzyżem.
-?Zostawmy go samego -?wyszeptałem. -?Człowiek, który może jeszcze
płakać, nie zastrzeli się.
Na drodze spotkaliśmy Teitgena, który oznajmił nam, że większość
rosyjskich schronów bojowych na pierwszej linii obrony została
zniszczona. Prawie wszystkie ich załogi walczyły uparcie do samego
końca, do niewoli dostało się niewielu.
Główny kierunek natarcia naszego batalionu był teraz skierowany na most
pod wsią Daleckije. Jednakże wszyscy broniący się do tej pory uporczywie
Rosjanie umocnili się w gospodarstwie zaledwie kilkaset metrów od rzeki.
Nasi artylerzyści bardzo szybko podpalili je celnym ogniem swych dział i płomienie natychmiast ogarnęły wszystkie budynki mieszkalne i zabudowania gospodarcze. Atakując fermę, słyszeliśmy smutne muczenie i ryki płonących żywcem krów. Ale wkrótce w jednym z okien pokazała się
biała flaga zwiastująca koniec jeszcze jednego zaciętego boju.
Płaska jak stół łąka, całkiem duża z tej strony rzeki, łączyła się w oddali z ciemnym pasmem lasów. Jej przybrzeżna część była usiana
ospowatymi kraterami po wybuchach pocisków. Po przeciwnej stronie mostu
natknęliśmy się na jeszcze jeden schron, który mógł stanowić dla nas
śmiertelne zagrożenie. Z jakiegoś powodu był niezamaskowany. Jego
złowieszcze strzelnice patrzyły groźnie prosto na most -?to dla jego
obrony go tutaj postawiono. Przeciwpancerne działko Noacka grzmotnęło
kilka razy pod rząd prosto w ambrazury, ale w odpowiedzi nie zabrzmiał
nawet jeden strzał. Wtedy, aby nie kusić losu, schron ostrzelało nasze
wielkokalibrowe działo, ale i jemu nie udało się nikogo sprowokować do
jakiejkolwiek aktywności. Schron uparcie milczał. W szturmowym tempie
rzuciliśmy się przez most i szybko znaleźliśmy się po wschodniej stronie
rzeki. Od strony bunkra ciągle ta sama, podejrzana cisza. Z wielką
ostrożnością, poruszając się skokami od leja do leja, nasze grupki
szturmowe dotarły w bezpośrednie sąsiedztwo milczącego stanowiska, cały
czas nie spuszczając oczu ze strzelnic... Odczekawszy chwilę, żołnierze
wykonali ostatni, decydujący skok! Trzech z nich mocnym szarpnięciem
otworzyło ciężkie, stalowe drzwi i machnęło do środka kilka granatów.
Wewnątrz, z dziurą po kuli w potylicy, leżał martwy komisarz. I ani
żywego ducha więcej. Najwidoczniej został zastrzelony przez swoich
własnych podwładnych zanim ci salwowali się ucieczką.
Można rzec, że pierwsza faza boju była za nami. Na zegarkach mieliśmy
kwadrans po dwunastej, rosyjska linia obrony została przerwana, a batalion zebrano w jednym miejscu i Neuhoff wstępnie podsumował wyniki
działań. Dziewięć żelbetonowych schronów bojowych zostało zniszczonych a wszystkie umocnienia polowe całkowicie oczyszczone z ukrywających się w nich Rosjan. Rozlokowałem się w wygodnym miejscu niedaleko od mostu i udzieliłem pomocy ostatnim, ja się wydawało, rannym. Dla tych, którzy
faktycznie tego potrzebowali, zorganizowałem wysyłkę na tyły. Na
szczęście nie było więcej przypadków ciężkich zranień. Odebrałem
meldunki o wykonanych zadaniach od przydzielonego mi dodatkowego
personelu i złapałem się na całkiem przyjemnej myśli, iż w odróżnieniu
od pierwszych dni naszej kampanii, wszyscy ranni otrzymali
wykwalifikowaną i, co najważniejsze, błyskawiczną pomoc. Gdyby pojawił
się tutaj pułkownik Becker ze swoim zwyczajowym pytaniem dotyczącym
aktualnej sytuacji, mógłbym zupełnie szczerze odpowiedzieć, że "nic
szczególnego, o czym należałoby meldować" się nie wydarzyło. Spokojnie
przeanalizowałem wydarzenia dzisiejszego dnia i doszedłem do
interesującego wniosku, iż wraz z Dehornem wybraliśmy optymalny system
pracy -?towarzyszenie oddziałom szturmowym bezpośrednio na pierwszej
linii. Było to, oczywiście, dużo bardziej ryzykowne, ale gwarantowało
rannym sprawną i natychmiastową pomoc. Działając w ten sposób udało się
dziś uratować przynajmniej jedno ludzkie życie.
W międzyczasie dwa nasze patrole zwiadowcze doszły do masywu leśnego
leżącego w odległości około dwóch -?trzech kilometrów od nas i sygnalizowały stamtąd, że nieprzyjaciela w nim nie ma. Kiedy wreszcie
sami tam dotarliśmy, naszym oczom ukazała się imponująca liczba
schronów, transzei, okopów i innych dobrze przygotowanych umocnień
polowych, które Rosjanie albo porzucili, albo których -?mając na uwadze
szybkość naszego posuwania się -?po prostu nie zdążyli obsadzić.
Tymczasem nasz batalion kontynuował marsz w kierunku osady Saroczka
posuwając się przez gesty i prawie nieprzebyty las. Na czele kolumny
jechała haubica polowa i dwa działka przeciwpancerne, jedenasta kompania
zabezpieczała lewą flankę, dziesiąta kompania prawą. Następny w kolejności był sztab batalionu i pozostałe kompanie piechoty
W lesie panował złowieszczy półmrok. W obawie przed niespodziewanym
atakiem, każdy wytężał wzrok, aby wypatrzeć między drzewami wrogich
snajperów zanim zdążą oddać śmiertelny strzał. Puszcza wokół nas
wydawała się dziwna, straszna i jakby nie z tej ziemi. Im głębiej
wchodziliśmy w ostępy wiekowego lasu, tym bardziej byliśmy gotowi na
nieoczekiwane spotkanie z przyczajonym wrogiem. Jak nam było wiadomo,
Linia Stalina została zbudowana jeszcze w 1939 roku i miała stanowić
pierwszą, poważną linię obrony na drodze do Moskwy. Z tego względu
obsadzana była jednostkami specjalnie wyszkolonymi do walk obronnych w tego typu fortyfikacjach. Mimo to, przerwaliśmy umocnienia i zagłębiliśmy się na zaplecze linii wroga na ponad osiem kilometrów...
Jednak wciąż słyszeliśmy gdzieś z tyłu odgłosy toczącej się walki.
Ogarnęło nas nieprzyjemne uczucie, że być może jesteśmy jedynym
niemieckim pododdziałem, znajdującym się w tej chwili po drugiej stronie
rosyjskiej linii obrony. Dlatego też w każdej chwili spodziewaliśmy się
ataku zarówno z przodu, jak i z tyłu, a w zasadzie, z każdego dowolnego
kierunku. Nie zatrzymując się, co i rusz mijaliśmy rozbudowane, głęboko
urzutowane i silnie umocnione pozycje przeciwnika, na których jednak nie
było widać żywego ducha.
Spadł deszcz i z cienia wielkiego lasu szybko zaczął wypełzać mrok. W końcu osiągnęliśmy nasz cel dnia -?"Punkt 62" -?jednak Neuhoff nie
śpieszył się z rozkazem o postoju. W egipskich ciemnościach
przedzieraliśmy się przez las jeszcze przez około godzinę, nie
natrafiając na żadną drogę.
Ale oto wyrwaliśmy się wreszcie z leśnych ostępów i ujrzeliśmy kilka
chatek i stodół -?mieszkali tam biedni, rosyjscy chłopi. Wiele się od
nich nie dowiedzieliśmy. Wyjaśniło się tylko, że czerwoni przechodzili
tędy wczesnym wieczorem, zarówno w kierunku zachodnim, jak i wschodnim.
Niespecjalnie nas to uspokajało.
Na postój stanęliśmy około północy. Neuhoff od razu uprzedził nas, że
możemy liczyć najwyżej na czterogodzinny odpoczynek. O drugiej nad ranem
przyjechał łącznik ze sztabu pułku. Wszyscy, którzy spali w namiocie dla
dowódców momentalnie się obudzili. Dostarczony meldunek mówił o tym, iż
nasze silne jednostki pancerne przerwały Linię Stalina na północ od nas
i wklinowały się głęboko w terytorium wroga, natomiast nasze natarcie na
południu nie było już, niestety, tak efektywne. Niemieckie ataki grzęzły
w rozbudowanym systemie żelbetonowych schronów bojowych i licznych rowów
przeciwpancernych -?tam Linia Stalina wciąż się trzymała. Nasz batalion,
torujący drogę pozostałym oddziałom osiemnastego pułku, okazał się
jedynym związkiem piechoty, który przebił się przez linie obronne
Rosjan. Oznaczało to, że dopóki umocnienia nie zostaną przełamane także
na innych odcinkach, będziemy pozostawieni sami sobie na terytorium
wroga...