Czerwona Seria. W śmiertelnym boju. Pamiętniki niemieckiego żołnierza z frontu wschodniego - Gottlob Herbert Bidermann

Kup ebooka

49.00 zł
40.60 zł (40,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Żoł­nie­rze 132 Dywi­zji Pie­choty nie­miec­kiego Wehr­machtu poma­sze­ro­wali w 1941 roku na Rosję, mając głę­bo­kie prze­ko­na­nie, iż ruszają na wielką kru­cjatę. Od mło­dych lat uczono ich, że mają obo­wią­zek uwol­nić świat od bol­sze­wi­zmu i z tym naiw­nym prze­świad­cze­niem, z pełną deter­mi­na­cją podą­żyli na wschód. Cztery lata póź­niej, resztki owej dywi­zji, zre­du­ko­wa­nej do wła­snego cie­nia, skąpo odzia­nej w wyświech­tane mun­dury i zmu­szo­nej do prze­trwa­nia na ści­śle racjo­no­wa­nym koń­skim mię­sie, pod­dały się sowiec­kiej armii.

Jako bli­ski przy­ja­ciel rodzimy Bider­man­nów, od dawna wie­dzia­łem, iż Got­tlob Bider­mann prze­słu­żył wiele lat na fron­cie wschod­nim, jed­nakże cał­ko­wi­tego zakresu tej służby nie ujrza­łem w peł­nym świe­tle aż do 1985 roku. W owym cza­sie mary­narka wojenna Repu­bliki Fede­ral­nej Nie­miec popro­siła mnie, bym słu­żył w roli tłu­ma­cza i ofi­cera łącz­ni­ko­wego komo­dora zespołu ame­ry­kań­skich okrę­tów wizy­tu­ją­cych Kilo­nię. Przy oka­zji wypeł­nia­nia tej misji mia­łem moż­li­wość zapro­sze­nia moich euro­pej­skich przy­ja­ciół na spe­cjalną wycieczkę po pokła­dach okrę­tów floty USA, sto­ją­cych w pół­noc­no­nie­miec­kim por­cie. Zapro­sze­nie do tego pokazu mocy NATO wysto­so­wa­łem także do G.H. Bider­manna, który uprzej­mie zgo­dził się je przy­jąć, doda­jąc jed­nak przy oka­zji, że dla niego owe zapro­sze­nie nade­szło "czter­dzie­ści lat za późno". To wła­śnie dzięki tej dziw­nej odpo­wie­dzi mia­łem poznać praw­dziwy wymiar jego doświad­czeń z bojów w Kur­lan­dii w 1945 roku i usły­szeć o nie­praw­do­po­dob­nej pogło­sce, w któ­rej osa­czeni żoł­nie­rze pokła­dali swą ostat­nią nadzieję. W maju 1945 roku wśród resz­tek armii Kur­lan­dii masowo sze­rzyły się plotki, iż Stany Zjed­no­czone i Wielka Bry­ta­nia jakoby wysłały na Bał­tyk flotę w celu ewa­ku­acji dywi­zji Bider­manna i uchro­nie­nia jej przed znisz­cze­niem przez armię sowiecką. Dalej mówiło się o tym, iż wete­rani z Kur­lan­dii dołą­czą do ame­ry­kań­skiej armii nad Łabą, gdzie będą wal­czyć z Armią Czer­woną w celu wypar­cia jej ze środ­ko­wej Europy.

Wkrótce potem poje­cha­łem do Szwar­cwaldu, aby odwie­dzić Bider­manna w ści­śle okre­ślo­nym celu: zre­kon­stru­owa­nia i prze­tłu­ma­cze­nia na język angiel­ski jego wspo­mnień z okresu wojny. Przy oka­zji mojej wizyty w połu­dnio­wych Niem­czech dostar­czono mi kopię dzien­nika, który wiele lat wcze­śniej autor samo­dziel­nie opu­bli­ko­wał na uży­tek wete­ra­nów swo­jej dywi­zji.

"Krim-Kur­land mit der 132 Infan­te­rie-Divi­sion 1941-1945" było owo­cem kil­ku­mie­sięcz­nej pracy, pod­ję­tej w 1964 roku, czyli mniej niż dwa­dzie­ścia lat po tym, jak obdarte resztki dywi­zji poma­sze­ro­wały do nie­woli i mniej niż dzie­sięć lat po zwol­nie­niu przez Sowie­tów ostat­niej grupy nie­miec­kich jeń­ców wojen­nych. Owe wspo­mnie­nia stały się fun­da­men­tem, na któ­rym oparta jest niniej­sza książka.

Wiele lat po powro­cie z labi­ryntu bez­i­mien­nych łagrów i obo­zów, leżą­cych gdzieś głę­boko na tere­nach Związku Radziec­kiego, byłych żoł­nie­rzy z Kur­lan­dii coraz bar­dziej nękały powra­ca­jące w pamięci sceny gwał­tow­nej śmierci na polu walki. Podob­nie jak wielu z tych, prze­ciwko któ­rym wal­czyli, oni także żyli w cie­niu nie­wy­po­wie­dzia­nego poczu­cia winy z powodu faktu, iż prze­trwali kata­klizm, w któ­rym stra­ciło życie tak wiele milio­nów ludzi; tym samym w coraz więk­szym stop­niu przy­szło im mie­rzyć się z nie­ule­czal­nymi, powra­ca­ją­cymi kosz­ma­rami pól bitew­nych. Noce były pełne krzy­ków umie­ra­ją­cych towa­rzy­szy, giną­cych pod ogniem pisto­le­tów maszy­no­wych lub w pło­mie­niach mio­ta­czy ognia sowiec­kich pie­chu­rów, prze­ry­wa­ją­cych skąpo obsa­dzoną linię obrony. Widoku i odgło­sów nie­przy­ja­ciel­skich żoł­nie­rzy, uwię­zio­nych w pło­ną­cym czołgu tylko kilka metrów dalej, nie można łatwo wyma­zać ze świa­do­mo­ści, a mija­jące lata nie pomo­gły w zagłu­sze­niu powra­ca­ją­cych wizji hor­roru.

Pisząc swoje wspo­mnie­nia, były ofi­cer Wehr­machtu pod­jął próbę uko­je­nia swych psy­chicz­nych ran i umiej­sco­wie­nia wojen­nych doświad­czeń w kon­tek­ście zro­zu­mia­łym dla tych, któ­rym oszczę­dzono tej walki i który byłby czy­telny dla wszyst­kich wete­ra­nów tej kon­kret­nej odsłony apo­ka­lipsy. Pole­ga­jąc na wła­snej pamięci, jak rów­nież dzie­ląc się dawno zapo­mnia­nymi doświad­cze­niami z byłymi żoł­nie­rzami jego dywi­zji, stwo­rzył ręko­pis, który z obiek­tywną dokład­no­ścią sku­tecz­nie oddaje atmos­ferę frontu wschod­niego, widzianą oczami żoł­nie­rza pie­choty.

G.H. Bider­mann zazna­czył we wstę­pie do ory­gi­nal­nego ręko­pisu, iż nie ma wiel­kiego sensu ponow­nie przed­sta­wia­nie bru­tal­nych wyda­rzeń histo­rycz­nych, które cha­rak­te­ry­zo­wały II wojnę świa­tową i do pew­nego stop­nia stały się dla niej repre­zen­ta­tywne. Pomi­nię­cia ich w tej książce nie należy poj­mo­wać nawet jako alu­zji, iż takowe wyda­rze­nia nie miały miej­sca. Celem książki nie jest także okre­śla­nie winy za przy­padki o monu­men­tal­nym zna­cze­niu i nie­go­dzi­wo­ści, które były ich wyni­kiem. Jest to opo­wieść o fron­cie, jakim widzieli go żoł­nie­rze, któ­rzy tam wal­czyli i wyda­rze­nia zamy­kają się wła­śnie w tej per­spek­ty­wie. Nie ma tu ana­lizy przy­czyn wojny. Nie znaj­dziemy tu także ukry­tego poczu­cia winy, żalu czy wyrzu­tów sumie­nia z powodu nie­za­prze­czal­nych wyda­rzeń poli­tycz­nych i kon­se­kwen­cji, które przy­szło pono­sić nie­miec­kiej armii w cza­sie jej ody­sei. Wiele lat temu puł­kow­nik Sepp Dre­xel napi­sał o "Krim-Kur­land mit der 132 Infan­te­rie-Divi­sion 1941-1945": "Ta książka jest dedy­ko­wana pole­głym -?jed­nakże została napi­sana dla żyją­cych". I w takim wła­śnie celu niniej­sze wyda­nie manu­skryptu zostało prze­tłu­ma­czone i wydane.

Zada­nie prze­pro­wa­dze­nia wywia­dów, prze­dys­ku­to­wa­nia wyda­rzeń i sta­ran­nego prze­stu­dio­wa­nia sta­rych doku­men­tów i foto­gra­fii roz­cią­gnęło się nam z G.H. Bider­man­nem -?z prze­rwami -?na okres kilku lat. Jako tłu­macz i współ­re­dak­tor zapisu jego doświad­czeń oraz wyda­rzeń, któ­rych był świad­kiem, sądzę, że trafne będzie zwró­ce­nie uwagi czy­tel­nika na kilka spraw.

Uwa­ża­łem, iż naj­sto­sow­niej­sze będzie zacho­wa­nie więk­szo­ści nazew­nic­twa stopni woj­sko­wych i jed­no­stek w ory­gi­nal­nym, nie­miec­kim brzmie­niu, aby unik­nąć prze­kła­mań w ter­mi­no­lo­gii doty­czą­cej tra­dy­cyj­nej struk­tury woj­sko­wej Wehr­machtu. Pro­fe­sjo­nalni histo­rycy mogą mieć odmienne zda­nie lub też mogą doszu­kać się nie­ści­sło­ści w nazew­nic­twie miej­sco­wo­ści, okre­śle­niu sił wal­czą­cych ze sobą jed­no­stek czy też popraw­no­ści dat nie­któ­rych wyda­rzeń. Należy jed­nak pamię­tać, że pod­sta­wo­wych źró­deł infor­ma­cji do niniej­szej książki szu­kano w listach pospiesz­nie pisa­nych na polu bitwy, na pożół­kłych foto­gra­fiach, które przy­wo­ły­wały z zaka­mar­ków pamięci dawno zapo­mniane nazwi­ska poszcze­gól­nych osób i wresz­cie, w nie­któ­rych przy­pad­kach, w zacie­ra­ją­cej się pamięci samego autora i kilku jego wciąż żyją­cych towa­rzy­szy broni z okresu służby na wscho­dzie. Nie­kiedy nale­żało także się­gnąć do ofi­cjal­nych mel­dun­ków i dzien­ni­ków bojo­wych jed­no­stek w celu odszu­ka­nia infor­ma­cji o kon­kret­nych datach i miej­scach, w któ­rych zacho­dziły różne wyda­rze­nia. Wiele danych, zawar­tych w ofi­cjal­nych doku­men­tach oraz pamięt­ni­kach, miało swoje źró­dło w prze­słu­cha­niach jeń­ców i doku­men­tach zdo­by­tych na polu walki. Z tego wła­śnie powodu, ofi­cjalne źró­dła także nie mogą ucho­dzić za nie­pod­wa­żalne.

Wiele z tych ofi­cjal­nych doku­men­tów zostało udo­stęp­nione przez wdowę po gene­rale Frit­zie Lin­de­man­nie i jego syna. Ist­nie­nie tych zbio­rów i ich dostęp­ność zawdzię­czamy wyłącz­nie temu, iż Gestapo, prze­szu­ku­jące po zama­chu na Hitlera rezy­den­cję Lin­de­man­nów w pół­noc­nych Niem­czech, prze­ga­piło drugi dom rodziny, poło­żony nad Jezio­rem Bodeń­skim na połu­dniu kraju. Na kilka mie­sięcy przed zama­chem, oso­bi­ste doku­menty gene­rała zostały prze­wie­zione do dru­giej rezy­den­cji w celu ich prze­cho­wa­nia i zabez­pie­cze­nia.

Celem tej książki nie jest sta­nie się wyłącz­nym źró­dłem wie­dzy i infor­ma­cji na temat wyda­rzeń zwią­za­nych z histo­rią frontu wschod­niego. Należy ją jed­nak postrze­gać jako dokładną chro­no­lo­gię doświad­czeń i wyda­rzeń, w jakich uczest­ni­czyli i na jakie reago­wali ludzie, któ­rzy łatwo­wier­nie poma­sze­ro­wali na wezwa­nie złej ide­olo­gii. Ci, któ­rzy prze­trwali ten marsz, prze­szli ogromną drogę od najeż­dża­ją­cych zdo­byw­ców do wycień­czo­nych, odcię­tych oddzia­łów, uwią­za­nych w nie­równą walkę, zaś histo­ria skryła ich doświad­cze­nia w cie­niu. Żyjąc w mroku owego cie­nia, ci ostatni świad­ko­wie naj­więk­szego w dzie­jach kon­fliktu zbroj­nego indu­strial­nych potęg, mogą prze­ka­zać nam nie­zli­czone nauki pły­nące z prze­trwa­nia i klę­ski w zło­wro­gim świe­cie. Na nas ciąży odpo­wie­dzial­ność, aby­śmy wynie­śli z owej lek­cji sto­sowną naukę i aby­śmy zasta­no­wili się nad prze­sła­niem, które nam prze­ka­zują.

Derek S. Zumbo

Dorn­stet­ten, Niemcy

Podziękowania

Pra­gnę wyra­zić moje naj­głęb­sze podzię­ko­wa­nia Larry'emu Mal­ley, dyrek­to­rowi Uni­ver­sity of Arkan­sas Press, któ­rego nie­oce­niona, pro­fe­sjo­nalna pomoc umoż­li­wiła publi­ka­cję tej książki. Jestem także głę­boko wdzięczny Micha­elowi Brig­g­sowi, redak­to­rowi naczel­nemu Uni­ver­sity Press of Kan­sas, który wyka­zał się nie­ogra­ni­czoną cier­pli­wo­ścią i udzie­lał mi facho­wych wska­zó­wek na całym eta­pie powsta­wa­nia książki, od czy­ta­nia luźno prze­tłu­ma­czo­nych frag­men­tów do ukoń­cze­nia całej pracy nad ręko­pi­sem. Przede wszyst­kim zaś chciał­bym wyra­zić moje uzna­nie dla Got­tloba H. Bider­manna za jego goto­wość do uczest­ni­cze­nia w nie­zli­czo­nych wywia­dach, dys­ku­sjach i pisem­nej kore­spon­den­cji ze mną, pod­czas któ­rych z nie­słab­nącą ener­gią udzie­lał mi spre­cy­zo­wa­nych odpo­wie­dzi na moje liczne pyta­nia. Jestem mu rów­nież wdzięczny za udo­stęp­nie­nie pry­wat­nych foto­gra­fii i mate­ria­łów archi­wal­nych, które pomo­gły w zobra­zo­wa­niu jego żoł­nier­skiej opo­wie­ści.

Pra­gnę także podzię­ko­wać niżej wymie­nio­nym wete­ra­nom 132 Dywi­zji Pie­choty, któ­rzy bez­in­te­re­sow­nie prze­ka­zali istotne infor­ma­cje doty­czące oso­bi­stych prze­żyć, zapi­ski, mate­riały zdję­ciowe i ofi­cjalne doku­menty, będące uzu­peł­nie­niem ory­gi­nal­nego ręko­pisu G.H. Bider­manna:

Fritz Lin­de­mann Dowódca dywi­zji. Mate­riały z jego pry­wat­nego archi­wum zostały uprzej­mie prze­ka­zane przez wdowę po Gene­rale, Panią Lin­de­mann oraz jego syna. Josef Dre­xel "Wuja­szek Sepp" dowódca 436 Pułku Pie­choty Jahn (obaj bra­cia) Dowódcy bate­rii w 132 Pułku Arty­le­rii Erich Bolte Dowódca bata­lionu w 132 Pułku Arty­le­rii Hans Gas­sner Dowódca bata­lionu w 132 Pułku Arty­le­rii Fritz Schuh­ma­cher Dowódca dru­żyny w 5 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów Fritz Schmidt Dowódca 437 Pułku Gre­na­die­rów Her­mann Wetz­stein Star­szy sier­żant 12 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów Erich Volle Adiu­tant 2 bata­lionu 437 Pułku Gre­na­die­rów Willi Bauer Dowódca 6 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów Erhardt Zoll Dowódca 14 kom­pa­nii 436 i 437 Pułku Gre­na­die­rów Hans Han­sel­mann 4 bate­ria 132 Pułku Arty­le­rii Dr Guen­ther Weisen­see Ofi­cer medyczny 1 bata­lionu 438 Pułku Gre­na­die­rów Albrecht Busch Sztab 437 Pułku Gre­na­die­rów Otto Selle Sztab 132 Dywi­zji Pie­choty Franz Lober­meyer Sztab 438 Pułku Gre­na­die­rów Otto Reis Sek­cja łącz­no­ści dywi­zji Richard Bitsch Sztab dywi­zji i dowódca bata­lionu Ulrich Erhardt Dowódca 1 bata­lionu 438 Pułku Gre­na­die­rów Got­t­fried Sper­ger 2 bata­lion 437 Pułku Gre­na­die­rów Horst Kohl Dowódca bata­lionu 132 Pułku Arty­le­rii Georg Geitz Star­szy sier­żant 9 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów Fritz Schramm 3 kom­pa­nia 436 Pułku Gre­na­die­rów Edu­ard Wun­de­rer Pro­te­stancki kape­lan dywi­zyjny Fritz Thiel­mann 132 Pułk Arty­le­rii Hans Her­rle Sztab 437 Pułku Gre­na­die­rów Arthur Albert Krentz Star­szy sze­re­gowy 14 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów Franz Ket­terl Dowódca kom­pa­nii i bata­lionu 438 Pułku Gre­na­die­rów Jakob Hohe­na­del Dowódca plu­tonu 14 kom­pa­nii 438 Pułku Gre­na­die­rów Frie­drich Moehle Star­szy sier­żant 1 kom­pa­nii sape­rów 132 Pułku Sape­rów Hans Ste­nit­zer Sztab 2 i 3 bata­lionu 437 Pułku Gre­na­die­rów Guen­ther Fleck Łącz­no­ścio­wiec 11 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów Frie­del Lang Adiu­tant i dowódca kom­pa­nii 2 bata­lionu 437 Pułku Gre­na­die­rów Ernst Luec­ker Sztab 1 i 2 bata­lionu 437 Pułku Gre­na­die­rów

i inni

Słowo wstępne

Każdy pamięt­nik z walk na fron­tach II wojny świa­to­wej rodzi dwa fun­da­men­talne pyta­nia: dla­czego autor robił to, co robił i w jaki spo­sób to wytrzy­mał? Got­tlob Bider­mann opo­wiada jedną z tych histo­rii, które na prze­ło­mie wie­ków są coraz mniej znane - histo­rię, która domaga się zarówno zaan­ga­żo­wa­nia inte­lek­tu­al­nego jak i emo­cjo­nal­nej reak­cji. Bider­mann był sza­rym żoł­nie­rzem. Nie był czoł­gi­stą czy pilo­tem, lecz żoł­nie­rzem pie­choty. Nie słu­żył w eli­tar­nej dywi­zji, takiej jak "Gross­deutsch­land" czy "Pan­zer Lehr", ale w ano­ni­mo­wych for­ma­cjach, któ­rych kolejne numery przy­po­mi­nają pozy­cje w książce tele­fo­nicz­nej. Bider­manna nie nagro­dzono naj­wyż­szymi odzna­cze­niami, jed­nymi z tych, które Adolf Hitler wrę­czał oso­bi­ście. Jego dwa Żela­zne Krzyże, Odznaka Krym­ska czy Odznaka za Walkę Wręcz były mniej wię­cej stan­dar­do­wymi odzna­cze­niami u wete­rana pie­choty z frontu rosyj­skiego, który żył na tyle długo, by je nosić.

To nie ozna­cza, że otrzy­mał je za nic. W 1942 roku Bider­mann był w pierw­szym sze­regu sztur­mu­ją­cych rosyj­ską twier­dzę w Sewa­sto­polu. To sześć mie­sięcy oblę­że­nia i zacie­kłych bojów, które kosz­to­wały Wehr­macht sto tysięcy ludzi, lecz mimo tego pozo­stają w cie­niu pochodu na Sta­lin­grad. W 1943 roku Bider­mann i jego dywi­zja zostali prze­rzu­ceni na pół­noc, na front lenin­gradzki -?lecz wyda­rzyło się to pod­czas ostat­nich mie­sięcy epic­kiej bata­lii o to mia­sto, kiedy kore­spon­denci wojenni i foto­gra­fo­wie w poszu­ki­wa­niu śwież­szych histo­rii roz­je­chali się w inne miej­sca. Bider­mann zakoń­czył wojnę w "kur­landz­kim worku", czę­ści całej grupy armii uwię­zio­nej nad brze­gami Bał­tyku przez wiel­kie rosyj­skie ofen­sywy z 1944 roku. Pod­czas zażar­tych walk 132 Dywi­zji Pie­choty na bagnach i w lasach pod Lenin­gra­dem, Bider­mannowi przy­znano bar­dziej pre­sti­żowe odzna­cze­nia -?Nie­miecki Krzyż w Zło­cie, złotą Odznakę za Rany i Odznakę do Wstęgi Hono­ro­wej Wojsk Lądo­wych. Póź­niej, w ostat­nich mie­sią­cach wojny, otrzyma także odznakę "Za wła­sno­ręczne znisz­cze­nie czołgu". Najbar­dziej zna­czą­cym aspek­tem tych póź­niej­szych odzna­czeń jest to, że ich wła­ści­ciel, jako młod­szy ofi­cer pie­choty, prze­trwał liczne zra­nie­nia i mie­siące nie­zli­czo­nych bitew, wyma­ga­nych do ich nada­nia. I znów jego doświad­cze­nia stały się uzu­peł­nie­niem, tym razem do histo­rii osta­tecz­nego upadku Trze­ciej Rze­szy.

Got­tlob Bider­mann nie jest "typowy". Nie ist­nieje arche­typ nie­miec­kiego żoł­nie­rza II wojny świa­to­wej, tak jak nie ist­nieje jego odpo­wied­nik w innych armiach. Mimo to wojenna histo­ria Bider­manna jest histo­rią ich wszyst­kich -?to saga wiecz­nych star­szych sze­re­go­wych i młod­szych ofi­ce­rów, któ­rzy, jak mawia Bruce Cat­ton, nie mając nadziei na gwiazdki na nara­mien­ni­kach, mają marną szansę na gwiazdy w koro­nie.

Więk­szość auto­bio­gra­ficz­nych zapi­sów z okresu II wojny świa­to­wej, wyda­nych w języku angiel­skim, uka­zuje życie wyso­kich rangą szta­bow­ców, pilo­tów myśliw­skich Luft­waffe, mary­na­rzy U-bootów Dönitza, pan­cer­nia­ków czy człon­ków Waf­fen-SS. Johan­nes Ste­in­hoff, Guy Sajer, Michael Wit­t­mann -?ich histo­rie wciąż na nowo poja­wiają się na pół­kach księ­gar­skich i w przy­pi­sach. Jed­nakże więk­szość z milio­nów żoł­nie­rzy, któ­rzy słu­żyli w siłach zbroj­nych Trze­ciej Rze­szy nie docze­kała się uczcze­nia swych doświad­czeń i poświę­ceń. Wal­czyli ano­ni­mowo i ano­ni­mowo umie­rali. Zatarto nawet ślady po gro­bach tych, któ­rzy pole­gli w Rosji. Cza­sami robił to cofa­jący się Wehr­macht, cza­sami Rosja­nie, szu­ka­jący pomsty za dwa­dzie­ścia milio­nów swo­ich zabi­tych.

Ci, któ­rym dane było prze­trwać, pró­bu­ją­cych odro­dzić się moral­nie i fizycz­nie w Niem­czech, poza krę­giem rodzin­nym nie zna­leźli wielu odbior­ców, któ­rzy mie­liby czas i ochotę na wysłu­chi­wa­nie ich opo­wie­ści. Pod koniec wieku Niemcy nie doświad­czyły znacz­nego wzro­stu liczby publi­ko­wa­nych wspo­mnień, jakiego byli­śmy świad­kami w Sta­nach Zjed­no­czo­nych czy Wiel­kiej Bry­ta­nii, kiedy to wete­rani ode­szli na eme­ry­turę i pootwie­rali swoje szu­flady i udo­stęp­nili wspo­mnie­nia lub kiedy dzieci szpe­rały w rze­czach swych ojców po ich pogrze­bach.

Te histo­rie w żad­nym razie nie tchną trium­fa­li­zmem. Mimo to opi­sują jed­nak "dobrą wojnę", tę toczoną prze­ciwko wro­gom, z któ­rymi nale­żało wal­czyć i któ­rych trzeba było poko­nać. Co Nie­miec z tego samego poko­le­nia może opo­wie­dzieć o swo­jej woj­nie? Rela­cja Bider­manna jest ukształ­to­wana ramami armii, w któ­rej wal­czył, naturą Rze­szy, któ­rej słu­żył i, co jest nie mniej istotne, zbio­rem kul­tu­ro­wych i inte­lek­tu­al­nych kon­wen­cji, tak bar­dzo róż­nych od ich ame­ry­kań­skich lub bry­tyj­skich odpo­wied­ni­ków.

Genezą nie­miec­kiego pamięt­ni­kar­stwa wojen­nego są doświad­cze­nia z lat 1914-1918. Podob­nie jak pamięt­ni­kar­stwo bry­tyj­skie, ame­ry­kań­skie i fran­cu­skie, jest ono pro­duk­tem nie­licz­nej grupy, w głów­nej mie­rze wywo­dzą­cej się z klasy śred­niej, czyli tych, któ­rych cecho­wała samo­świa­do­mość i zdol­ność do auto­re­flek­sji. Przy oka­zji stwo­rzyli one stan­dardy, które miały silny wpływ na lite­ra­turę wspo­mnie­niową, ponie­waż więk­szość auto­rów wspo­mnień nie była pisa­rzami ani inte­lek­tu­ali­stami. Chcąc po pro­stu opo­wie­dzieć swoją histo­rię, zwy­kle robili to w ramach usta­lo­nych kon­we­nan­sów. Nie­mieccy pamięt­ni­ka­rze z lat 1914-1918 mieli ten­den­cję do patrze­nia na wojnę przez pry­zmat doświad­czeń heglow­skich, jako część pew­nego kon­ti­nuum cha­rak­te­ry­zu­ją­cego się cyklami znisz­cze­nia i odro­dze­nia. Doświad­cze­nia wojenne poje­dyn­czego czło­wieka stały się czę­ścią Bil­dungs­ge­schichte, histo­rią roz­woju poprzez dia­lek­tykę pomię­dzy oso­bi­stym zaan­ga­żo­wa­niem i orga­nicz­nymi, wspól­nymi pro­ce­sami.

Niemcy, któ­rzy zapi­sali swoje doświad­cze­nia z wojny Hitlera, w głów­nej mie­rze wywo­dzili się z poko­le­nia, które uwa­żało owe wcze­śniej­sze pamięt­niki za normę opo­wia­da­nia o tym, co autor opi­su­jący okres wojny wiet­nam­skiej, Tim O'Brien, nazywa "praw­dziwą opo­wie­ścią o woj­nie" - kon­struk­cją przed­sta­wia­jącą prawdę, na którą nie ma słów. Uży­wali przy tym rów­nież stylu, który Niemcy okre­ślają jako "hero­isch-pate­tisch", nie w naszym rozu­mie­niu tego słowa, lecz w sen­sie sto­so­wa­nia swego rodzaju pod­nio­słej reto­ryki, łączą­cej roman­tyzm z meta­fi­zyką.

Zbyt czę­sto poj­muje się ową frazę jako formę bom­ba­stycz­nego roz­czu­la­nia się nad samym sobą, co wśród bry­tyj­skich i ame­ry­kań­skich czy­tel­ni­ków sprzyja ten­den­cji do inter­pre­to­wa­nia nie­miec­kiej lite­ra­tury wspo­mnie­nio­wej jako mili­ta­ry­stycz­nej i pro­fa­szy­stow­skiej. Oso­bi­ste wspo­mnie­nia fran­cu­skich i bry­tyj­skich uczest­ni­ków I wojny świa­to­wej sku­piają się na mar­no­ści i zdra­dzie, dys­junk­cji i frag­men­ta­cji. Świat anglo­ję­zyczny wiąże "praw­dziwe" wspo­mnie­nia z póź­niej­szych kon­flik­tów z roz­cza­ro­wa­niem Far­leya Mowata, rze­czową dyk­cją Audiego Mur­phy czy też z gro­te­sko­wym post­struk­tu­ra­li­zmem Tima O'Briena. Żeby jed­nak zapo­ży­czyć od O'Briena jesz­cze jeden kon­cept, wszyst­kie histo­rie wojenne są niepraw­dziwe -?ale wszyst­kie wojenne histo­rie są także prawdą. "W śmier­tel­nym boju" zasłu­guje na prze­czy­ta­nie na warun­kach autora.

Zasady Bider­manna to przede wszyst­kim reguły żoł­nie­rza pie­choty z pierw­szej linii. "W śmier­tel­nym boju" nie było począt­kowo napi­sane dla szer­szego grona odbior­ców ani nawet dla nie­miec­kich wete­ra­nów, lecz powstało dla zamknię­tej, wewnętrz­nej grupy: tych żoł­nie­rzy z pułku i dywi­zji Bider­manna, któ­rzy prze­trwali wojnę. Autor nie zaprzą­tał sobie głowy wyja­śnia­niem struk­tur orga­ni­za­cyj­nych i ter­mi­no­lo­gii, z któ­rymi jego czy­tel­nicy naj­praw­do­po­dob­niej byli za pan brat. Należy także pamię­tać, że jako młod­szy ofi­cer, Bider­mann nie­ko­niecz­nie musiał na bie­żąco orien­to­wać się we wszyst­kich aspek­tach dzia­łań jego nad­rzęd­nej for­ma­cji. Jego ame­ry­kań­ski odpo­wied­nik też by się nie orien­to­wał. Ostat­nie podej­rze­nia co do auten­tycz­no­ści kla­sycz­nego "Zapo­mnia­nego żoł­nie­rza" Guy Sajera oparte są głów­nie na szcze­gó­łach doty­czą­cych nazew­nic­twa, wypo­sa­że­nia, struk­tury dowo­dze­nia i pew­nych loka­li­za­cji, choć jest bar­dzo mało praw­do­po­dobne, by szary żoł­nierz mógł odno­to­wać i zapamię­tać podobne rze­czy. To samo doty­czy dowód­ców plu­to­nów czy kom­pa­nii.

Tym samym będzie tu na miej­scu przy­bli­że­nie czy­tel­ni­kowi nie­miec­kiej pie­choty okresu II wojny świa­to­wej. Podob­nie jak we wszyst­kich armiach, pod­sta­wową czę­ścią jej struk­tury była dywi­zja. Jed­nak w odróż­nie­niu od prak­tyki armii ame­ry­kań­skiej, pole­ga­ją­cej na two­rze­niu homo­ge­nicz­nych, wymien­nych for­ma­cji, nie­miec­kie dywi­zje pie­choty były orga­ni­zo­wane i wypo­sa­żane na zasa­dzie fal mobi­li­za­cyj­nych -?Wel­len -?któ­rych w cza­sie wojny było nie mniej niż trzy­dzie­ści pięć. 132 Dywi­zja Pie­choty Got­tloba Bider­manna była jed­nostką "jede­na­stej fali", sfor­mo­waną we wrze­śniu 1940 roku do służby pod­czas inwa­zji Rosji, którą Hitler i Dowódz­two Naczelne już wów­czas pla­no­wali. Jed­nostka weszła do boju w cza­sie krót­kiej kam­pa­nii na Bał­ka­nach w kwiet­niu i maju 1941 roku, ale jej praw­dziwa wojna zaczęła się wraz z prze­kro­cze­niem gra­nicy rosyj­skiej w dniu 30 czerwca. To wła­śnie wtedy Bider­mann zaczyna swoją opo­wieść.

Począt­kowo dywi­zje każ­dej fali mobi­li­za­cyj­nej miały nieco inne uzbro­je­nie, w zależ­no­ści od tego, co było dostępne w arse­na­łach lub co Rze­sza była w sta­nie ścią­gnąć z ostat­nio pod­bi­tych tery­to­riów. Nie­które dywi­zje poma­sze­ro­wały na Rosję, uzbro­jone w zdo­byczne fran­cu­skie działka prze­ciw­pan­cerne i z kolum­nami zaopa­trze­nio­wymi wypo­sa­żo­nymi we fran­cu­skie pojazdy. Na przy­kład kom­pa­nia prze­ciw­pan­cerna, w któ­rej począt­kowo słu­żył Bider­mann, do holo­wa­nia swo­ich dzia­łek uży­wała lek­kich fran­cu­skich cią­gni­ków gąsie­ni­co­wych -?Che­ni­lette Lor­ra­ine.

W porów­na­niu z wypo­sa­że­niem, sama orga­ni­za­cja była już bar­dziej ustan­da­ry­zo­wana. Nie­miecka dywi­zja pie­choty skła­dała się z trzech trzy­ba­ta­lio­no­wych puł­ków. W przy­padku 132 Dywi­zji Pie­choty były to pułki o nume­rach 436, 437 i 438. Jed­nostka miała też w skła­dzie pułk arty­le­rii, zło­żony z czte­rech bata­lio­nów ponu­me­ro­wa­nych od I do IV, w prze­ci­wień­stwie do ame­ry­kań­skiej zasady, pole­ga­ją­cej na przy­po­rząd­ko­wa­niu czte­rech samo­dziel­nych bata­lio­nów szta­bowi arty­le­rii. Co rów­nież nie­spo­ty­kane w armii ame­ry­kań­skiej, nie­miecka dywi­zja posia­dała bata­lion prze­ciw­pan­cerny i bata­lion roz­po­znaw­czy, wypo­sa­żony w konie, rowery i nie­wielką liczbę lek­kich samo­cho­dów pan­cer­nych. Zgod­nie z nie­miec­kim stan­dar­dem, pod­od­działy te miały nume­ra­cję zgodną z nume­rem macie­rzy­stej dywi­zji.

Służby medyczne, saper­skie oraz zaopa­trze­nie i łącz­ność były zor­ga­ni­zo­wane podob­nie jak w armii ame­ry­kań­skiej, choć ist­niała jedna, bar­dzo istotna róż­nica. Nie­miec­kie dywi­zje pie­choty pole­gały pra­wie wyłącz­nie na ciągu kon­nym. W 1939 roku, peł­no­eta­towa jed­nostka pierw­szej fali mobi­li­za­cyj­nej, z prio­ry­te­to­wym przy­dzia­łem sprzętu, posia­dała ponad pięć tysięcy koni, ale tylko nie­całe sześć­set cię­ża­ró­wek. Wymu­szony, cha­otyczny pro­ces dozbro­je­nia, przy­pa­da­jący za cza­sów wła­dzy nazi­stow­skiej na lata 1933-1939, nie pozwo­lił nawet na marze­nia o roz­wi­nię­ciu nie­miec­kiego prze­my­słu moto­ry­za­cyj­nego do poziomu wystar­cza­ją­cego dla zmo­to­ry­zo­wa­nia potęż­nej armii. Naczelne dowódz­two, które byłoby nikim, o ile nie pod­da­łoby się pew­nej logice, odpo­wie­działo na owe zapo­trze­bo­wa­nie opra­co­wa­niem całej gamy naj­no­wo­cze­śniej­szych wozów cią­gnię­tych przez konie -?z takimi udo­sko­na­le­niami jak łoży­sko­wane koła czy gumowe opony. Dostar­czano je jed­nost­kom, które i tak miały prze­miesz­czać się na wła­snych nogach. Jedy­nym wyjąt­kiem były tu kom­pa­nie i bata­liony prze­ciw­pan­cerne, albo­wiem ocze­ki­wano od nich szyb­kiego reago­wa­nia na manewry nie­przy­ja­ciel­skiej broni pan­cer­nej. W innych przy­pad­kach, jeśli żoł­nierz jechał, było to wyjąt­kiem od ogól­nie przy­ję­tej reguły i nazbyt czę­sto sta­no­wiło oznakę sytu­acji kry­zy­so­wej.

Straty w sile żywej i sprzę­cie bojo­wym wymu­siły w cza­sie wojny kilka mody­fi­ka­cji. W 1944 roku naj­istot­niej­szą zmianą orga­ni­za­cyjną w 132 Dywi­zji Pie­choty było zre­du­ko­wa­nie każ­dego pułku pie­choty do dwóch bata­lio­nów i prze­kształ­ce­nie bata­lionu roz­po­znaw­czego w tak zwany bata­lion fizy­lie­rów, co w prak­tyce ozna­czało, iż dowódca dywi­zji miał bez­po­śred­nią zwierzch­ność nad sied­mioma bata­lionami pie­choty.

Zre­du­ko­wa­nie liczby żoł­nie­rzy było, przy­naj­mniej w teo­rii, rekom­pen­so­wane nowym uzbro­je­niem. Naj­lep­szym spo­so­bem na prze­śle­dze­nie tego pro­cesu jest nieco dokład­niej­sze prze­ana­li­zo­wa­nie struk­tury 437 Pułku Pie­choty, w któ­rym Bider­mann słu­żył przez więk­szość wojny. Ci, któ­rzy inte­re­sują się armią ame­ry­kań­ską okresu II wojny świa­to­wej, nie znajdą tu wielu nie­spo­dzia­nek. Ame­ry­kań­ski pułk pie­choty z lat 1941-1945 był, przy­naj­mniej na papie­rze, nie­malże iden­tyczny ze swym nie­miec­kim odpo­wied­ni­kiem. W rze­czy­wi­sto­ści, struk­tura orga­ni­za­cyjna przy­jęta przez Stany Zjed­no­czone w 1940 roku była świa­domą kopią nie­miec­kiego sche­matu.

Każdy nie­miecki bata­lion pie­choty posia­dał trzy kom­pa­nie i tak zwaną kom­pa­nię kara­bi­nów maszy­no­wych, choć podob­nie jak ame­ry­kań­ska kom­pa­nia broni cięż­kiej, miała ona w skła­dzie plu­ton moź­dzie­rzy. Dwa­na­ście kom­pa­nii wcho­dzą­cych w skład pułku ame­ry­kań­skiego było ozna­czo­nych lite­rami A do M, przy czym omi­jano literę J. Nie­miec­kie kom­pa­nie pie­choty były ponu­me­ro­wane od 1 do 12. Nie­miecki pułk pie­choty posia­dał także trzy­na­stą kom­pa­nię o ciągu kon­nym, wypo­sa­żoną w działka krót­kiego zasięgu, prze­zna­czone do bez­po­śred­niego wspar­cia pie­choty. Ame­ry­kań­ski pułk pie­choty dys­po­no­wał orga­niczną kom­pa­nią dział o takim samym prze­zna­cze­niu. W skład każ­dego nie­mieckiego pułku pie­choty wcho­dziła rów­nież kom­pa­nia prze­ciw­pan­cerna -?nosząca numer 14 -?wypo­sa­żona w dwa­na­ście dzia­łek.

Kom­pa­nia prze­ciw­pan­cerna była jedy­nym w pełni zmo­to­ry­zo­wa­nym pod­od­dzia­łem nie­miec­kiego pułku. Przez więk­szość okresu służby Bider­manna w 14 kom­pa­nii 437 Pułku Pie­choty, posia­dała ona na sta­nie tuzin 37-mili­me­tro­wych dzia­łek. Były one odpo­wied­ni­kami, lub raczej pier­wo­wzo­rami dzia­łek, które armia ame­ry­kań­ska zabie­rze ze sobą do Tune­zji pod koniec 1942 roku. Przy­jęte na uzbro­je­nie w 1936 roku, działka te były na tyle lek­kie, iż na krót­kich dystan­sach można je było prze­ta­czać ręcz­nie. W poło­wie 1941 roku było to już jed­nak ich nie­malże jedyną zaletą. Małe 37-mili­me­trowe poci­ski odbi­jały się od pan­ce­rzy rosyj­skich czoł­gów tak sku­tecz­nie, że broń doro­biła się wąt­pli­wego miana "kołatki". Szcze­gól­nie w walce z czoł­gami T-34 oraz cięż­kimi KW, które weszły do służby w ciągu pierw­szych sze­ściu mie­sięcy kon­fliktu z Rosją, nie­miec­kie obsady dzia­łek musiały ucie­kać się do metod pole­ga­ją­cych na wstrzy­ma­niu się z ostrza­łem do ostat­niej chwili i celo­wa­niu we wraż­liwe miej­sca, takie jak pier­ścień obro­towy wieży czołgu lub też zmu­szone były do prze­pusz­cza­nia wro­gich maszyn w nadziei na uzy­ska­nie tra­fie­nia w bok lub tył pojazdu. Zarówno jedna, jak i druga metoda wią­zała się z ogrom­nym ryzy­kiem i wyma­gała sta­lo­wych ner­wów i abso­lut­nie ide­al­nego zgra­nia obsługi.

Ów aspekt tak­tyczny jest istotny, albo­wiem przez więk­szą część wojny na wscho­dzie, holo­wana arty­le­ria prze­ciw­pan­cerna była pod­sta­wo­wym środ­kiem nie­miec­kiej obrony przed opan­ce­rzo­nymi pojaz­dami nie­przy­ja­ciela. W prze­ci­wień­stwie do ame­ry­kań­skiej dywi­zji pie­choty, zwy­kle mogą­cej liczyć na wspar­cie przy­dzie­lo­nego bata­lionu pan­cer­nego lub samo­bież­nych nisz­czy­cieli czoł­gów, nie­miecka jed­nostka mogła w naj­lep­szym wypadku pole­gać na paru tuzi­nach zaim­pro­wi­zo­wa­nych dział samo­bież­nych dostęp­nych na szcze­blu dywi­zji. Reszta zale­żała od arty­le­rzy­stów i ich Pak-ów w puł­kach pie­choty. Na póź­niej­szym eta­pie wojny działka 37mm ustą­piły miej­sca naj­pierw kali­browi 50 mm, a następ­nie dzia­łom 75 mm i 76 mm, które cha­rak­te­ry­zo­wały się odpo­wied­nio więk­szą sku­tecz­no­ścią w walce z rosyj­skimi czoł­gami i dzia­łami sztur­mo­wymi. Jed­nakże spo­sób myśle­nia żoł­nie­rzy kom­pa­nii prze­ciw­pan­cer­nych i pie­choty, u boku któ­rej wal­czyli, pozo­stał nie­zmienny. Jeśli nie­miecki land­ser z II wojny świa­to­wej był w bli­skim boju rów­nie sku­teczny jak każdy żoł­nierz w histo­rii, to w znacz­nej mie­rze zawdzię­czał to temu, iż nie miał wyboru.

W 1943 roku, po powro­cie ze szko­le­nia ofi­cer­skiego, Bider­mann nie tra­fił już do broni prze­ciw­pan­cer­nej. Zamiast dział­kami, przy­szło mu dowo­dzić pod­od­dzia­łami pie­choty, któ­rych uzbro­je­nie i dyna­mika dzia­ła­nia odbie­gały znacz­nie od wzor­ców z 1941 roku. Podob­nie jak w przy­padku armii ame­ry­kań­skiej, pod­sta­wo­wym ele­men­tem kom­pa­nii pie­choty była gruppe, lub dru­żyna. Tak­tyka ame­ry­kań­skiej pie­choty zale­żała od indy­wi­du­al­nego strzelca i jego samo­pow­ta­rzal­nego kara­binu M1 Garand. Auto­ma­tyczny kara­bin, orga­niczny dla każ­dej dru­żyny, był bro­nią wspar­cia. Nato­miast nie­miecka dru­żyna zbu­do­wana była wokół swego lek­kiego kara­binu maszy­no­wego. W dru­giej czę­ści wspo­mnień Bider­manna, MG-42 odgrywa ogromną rolę. Czy to w obro­nie, czy w ataku, reszta dru­żyny ze swymi powta­rzal­nymi Mau­se­rami miała za zada­nie chro­nić obsługę kara­binu maszy­no­wego i dbać o zaopa­trze­nie jej w amu­ni­cję. Dopóki kara­bin maszy­nowy był sprawny, ist­niała dobra szansa na utrzy­ma­nie danej pozy­cji w boju z każ­dym prze­ciw­ni­kiem, poza przy­pad­kami, kiedy wróg dys­po­no­wał przy­tła­cza­jącą prze­wagą ilo­ściową - lub czoł­gami.

Ze swoją ogromną szyb­ko­strzel­no­ścią i łatwą do wymiany lufą, MG-42 przy­naj­mniej w czę­ści rekom­pen­so­wał osła­bie­nie pierw­szo­li­nio­wych jed­no­stek nie­miec­kich. Każdy żoł­nierz, który miał tylko ku temu oka­zję, zamie­niał swój kara­bin z prze­łomu wie­ków na pisto­let maszy­nowy, czy to nie­miecki MP-40, czy też któ­ryś z jego rosyj­skich odpo­wied­ni­ków. Te ostat­nie były popu­larne ze względu na swoją pro­stotę, nie­za­wod­ność, a zwłasz­cza róż­nicę w sile ognia i to pomimo ryzyka wpad­nię­cia pod ostrzał wła­snych sił ze względu na swój cha­rak­te­ry­styczny odgłos wystrza­łów. Podobny sta­tus, dokład­nie z tych samych powo­dów, osią­gnie kie­dyś wśród Ame­ry­ka­nów w Wiet­na­mie słynny AK-47.

Z począt­kiem 1943 roku, przy­ci­śnięta do muru nie­miecka pie­chota zacznie także otrzy­my­wać dostawy pierw­szego na świe­cie kara­binka sztur­mo­wego - Sturm­ge­wehr. Mając lżej­szy i mniej­szy nabój niż jego poprzed­nicy, kara­bi­nek był w sta­nie strze­lać w try­bie w pełni auto­ma­tycz­nym oraz był odporny na naj­gor­sze warunki pogo­dowe. Ni­gdy nie stał się bro­nią powszech­nie uży­waną, nie­mniej był dostępny nawet w tak naj­zwy­klej­szych for­ma­cjach jak 132 Dywi­zja Pie­choty. Choć Bider­mann tego nie mówi, można logicz­nie zało­żyć, iż sko­rzy­stał z faktu posia­da­nia stop­nia ofi­cer­skiego i zadbał o to, by przez więk­szość czasu mieć tę broń przy sobie.

Nie­miecka dywi­zja pie­choty posia­dała jesz­cze jedną jed­nostkę orga­ni­za­cyjną, nie­znaną w dywi­zji ame­ry­kań­skiej -?bata­lion kadrowy czy też zapa­sowy. Było to czę­ścią prze­my­śla­nej poli­tyki. Niemcy były podzie­lone na dwa­dzie­ścia jeden okrę­gów woj­sko­wych i każda dywi­zja Wehr­machtu była przy­po­rząd­ko­wana do jed­nego z okrę­gów jako źró­dła swych uzu­peł­nień. Okręgi były na tyle małe, by zacho­wać regio­nalną odręb­ność i jed­no­cze­śnie na tyle duże, by nie dopu­ścić do sytu­acji, w któ­rej okre­ślone mia­sto czy region traci w jakiejś kata­stro­fie swych wszyst­kich mło­dych ludzi, jak to bywało w przy­padku bry­tyj­skich pals bat­ta­lions1 z 1916 roku. 132 Dywi­zja Pie­choty zaczęła swoje ist­nie­nie jako for­ma­cja bawar­ska z VII Okręgu. Następ­nie prze­nie­siono ją do Okręgu XII, w któ­rego skład wcho­dziła Saara, Pala­ty­nat Eifel, a po 1940 roku także ponow­nie przy­łą­czona do Rze­szy Lota­ryn­gia -?gdzie Bider­mann zamel­do­wał się po zakoń­cze­niu kursu ofi­cer­skiego.

Ogólna zasada pole­gała na tym, iż rekruci, wyle­czeni ranni i żoł­nie­rze, któ­rzy ukoń­czyli kursy spe­cja­li­styczne, mel­do­wali się w bazie macie­rzy­stego pułku, skąd byli wysy­łani na front, zwy­kle jako zor­ga­ni­zo­wane pod­od­działy mar­szowe. Po zgło­sze­niu się w bata­lio­nie zapa­so­wym, byli roz­sy­łani zgod­nie z zapo­trze­bo­wa­niem. Lata wojny dopro­wa­dziły jed­nak do pew­nej ero­zji tego sys­temu. Dowolna baza wysy­łała ludzi do dowol­nych jed­no­stek -?tam, gdzie ich aku­rat naj­bar­dziej potrze­bo­wano. Z żoł­nie­rzy tych for­mo­wano także doraźne grupy bojowe, aby reago­wać na sytu­acje kry­zy­sowe. Zatra­cała się regio­nalna toż­sa­mość puł­ków i dywi­zji, co można wyczy­tać w opo­wie­ści Bider­manna. Tak czy ina­czej, kon­cep­cja mak­sy­mal­nego zacho­wa­nia toż­sa­mo­ści poszcze­gól­nych jed­no­stek ni­gdy nie ule­gła osta­tecz­nemu roz­kła­dowi.

Do samego końca wojny owa spój­ność w zna­czący spo­sób przy­czy­niła się do utrzy­ma­nia efek­tyw­no­ści nie­miec­kich jed­no­stek na pierw­szej linii, w szcze­gól­no­ści impro­wi­zo­wa­nych for­ma­cji, jak te, któ­rymi przy­szło nie­kiedy dowo­dzić Bider­man­nowi. To, co okre­śla on mia­nem "rezerwy sztur­mo­wej" czy "kom­pa­nii alar­mo­wej" było stwo­rzoną ad hoc grupą bojową, która dzia­łała jako awa­ryjna siła ude­rze­niowa. Grupy takie, two­rzone zwy­kle wokół puł­ko­wego plu­tonu sape­rów, mogły mieć w skła­dzie pisa­rzy, kucha­rzy, mogą­cych cho­dzić ran­nych, maru­de­rów -?wszyst­kich tych, któ­rych nie­wielu ame­ry­kań­skich ofi­ce­rów wybra­liby do nie­bez­piecz­nych misji, nawet gdyby byli jedy­nymi pod ręką. Jed­nakże w ostat­nich mie­sią­cach wojny ci Sad Sacks2 437 Pułku Pie­choty przy­czy­nili się do ura­to­wa­nia sytu­acji w wielu peł­nych despe­ra­cji chwi­lach.

Żoł­nie­rze ni­gdy nie wal­czyli lepiej niż Got­tlob Bider­mann, land­se­rzy ze 132 Dywi­zji Pie­choty i miliony innych żoł­nie­rzy w mun­du­rach feld­grau. I ni­gdy żad­nym żoł­nie­rzom nie przy­szło bić się o gor­szą sprawę. Czy Bider­mann i jego towa­rzy­sze broni byli, jak sami czę­sto się upie­rają, zwy­kłymi ludźmi wyko­nu­ją­cymi swój obo­wią­zek w nie­zwy­kłych cza­sach? Czy obsce­niczna rze­czy­wi­stość Nowego Ładu Adolfa Hitlera była tak odle­gła od oko­pów na pierw­szej linii frontu? Tutaj, rzecz jasna, nie ma opi­sów scen masa­kro­wa­nia jeń­ców wojen­nych czy mor­do­wa­nia cywi­lów. Wręcz prze­ciw­nie, Bider­mann dokłada sta­rań, aby opi­sać cie­płe sto­sunki z miesz­kań­cami Krymu. Wie­lo­krot­nie powta­rza, że wzięci do nie­woli Rosja­nie byli "porząd­nie" trak­to­wani. Wśród kilku odle­głych nawią­zań do holo­cau­stu znaj­dziemy opis zażar­tego boju na "żydow­skim cmen­ta­rzu" w pobliżu Lenin­gradu -?iro­nii, która zapewne umknęła auto­rowi i jego ludziom pod­czas ich walki o prze­trwa­nie w oto­cze­niu, które niczego nie wyba­cza.

W tek­ście Bider­manna nie znaj­dziemy też ide­olo­gicz­nego napię­cia, które w ogól­nych zary­sach szki­cuje Ste­phen Fritz i Omer Bar­tov, jako coś cha­rak­te­ry­stycz­nego dla Wehr­machtu w miarę postępu wojny. To typowe dla wspo­mnień nace­cho­wa­nych pięć­dzie­się­cioma latami reflek­sji i czte­rema latami doświad­czeń. Byłoby nie­zwy­kłe, gdyby samo­zwań­czy "zwy­kły Nie­miec", pró­bu­jący odszu­kać prawdę, którą zapa­mię­tał, przy­znał po tylu latach, jak ważny w życiu codzien­nym był naro­dowy socja­lizm pra­cu­jący dla utrzy­ma­nia morale i woj­sko­wej efek­tyw­no­ści. Podob­nie nie należy cał­ko­wi­cie brać za dobrą monetę licz­nych alu­zji do roz­cza­ro­wa­nia, pesy­mi­zmu i cyni­zmu.

Tam, gdzie Bider­mann zbliża się do uzna­nia ide­olo­gii, to miej­sca, w któ­rych bez­kry­tycz­nie zakłada, iż ponie­waż Niemcy są lep­szymi żoł­nie­rzami niż Rosja­nie, muszą też być lep­szymi isto­tami ludz­kimi. Zde­cy­do­wa­nie nie będąc sym­bo­lem ani punk­tem odnie­sie­nia, Adolf Hitler jest dla żoł­nie­rzy 437 Pułku rów­nie odle­gły, jak Niemcy, któ­rymi rzą­dzi. A mimo to te dwa pod­tek­sty łączą się, by opo­wie­dzieć "praw­dziwą wojenną histo­rię". Jakim­kol­wiek połą­cze­niem inten­cji i pamięci nie byłoby "W śmier­tel­nym boju", jest ono syn­tezą poglą­dów. Świat Bider­manna to jego oddział, jego towa­rzy­sze broni -?jego "zgraja", der Hau­fen. "Spo­łecz­ność ludowa" staje się zbio­rem obra­zów z wybla­kłych zdjęć i zaka­mar­ków gasną­cej pamięci. "Nie­miecka misja na wscho­dzie" jest zre­du­ko­wana do prze­trwa­nia w walce z prze­możną siłą.

Nawet "bra­ter­stwo" staje się kon­struk­cją. Jed­nym z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych zapi­sów w tych wspo­mnie­niach jest rela­cja Bider­manna z woj­sko­wej egze­ku­cji. Pier­wot­nym prze­stęp­stwem ofiary była kra­dzież żyw­no­ści i papie­ro­sów z prze­syłki pocz­to­wej -?z pew­no­ścią nie bła­hostka w żad­nej armii żad­nego okresu w histo­rii. Jed­nak w armii Hitlera taki wystę­pek pocią­gał za sobą tak surowe kon­se­kwen­cje, że zło­dziej wolał posu­nąć się do mor­der­stwa niż ryzy­ko­wać donie­sie­nie. To, co w armii bry­tyj­skiej czy ame­ry­kań­skiej ucho­dzi­łoby za drobne prze­wi­nie­nie, w Wehr­mach­cie było czę­ścią tak bru­tal­nego sys­temu dys­cy­pli­nar­nego, że posłał on pod ścianę pięt­na­ście tysięcy wła­snych żoł­nie­rzy, a ponad sto tysięcy ska­zał na kary wię­zie­nia dłuż­sze niż jeden rok. Kolejne tysiące zesłał do bata­lio­nów kar­nych, w któ­rych warunki, według słów jed­nego z tych, któ­rzy przez nie prze­szli, były "podobne do celi śmierci". "To", jak powie­dział wybitny histo­ryk Man­fred Mes­ser­schimdt, "było tym, co nazi­ści nazy­wali 'ludową wspól­notą'!"

Cha­rak­te­ry­styczną dla współ­cze­snych wojen "deper­so­na­li­za­cję" i "uprzed­mio­to­wie­nie" nie­przy­ja­ciół okre­śla się jako waru­nek wstępny do "odczło­wie­cze­nia", które jest z kolei pierw­szym kro­kiem do zabi­ja­nia, czy to na polu wali, czy na tyłach, czy w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. Ale uprzed­mio­to­wie­nie wymaga inte­rak­cji. Aby kogoś odczło­wie­czyć, trzeba go zoba­czyć. Wojna także izo­luje, stwa­rza­jąc śro­do­wi­ska, gdzie wszystko "poza" jakimś istot­nym cen­trum jest postrze­gane przez żoł­nier­ski odpo­wied­nik szkla­nego klo­sza Syl­wii Plath. Pod koniec opo­wie­ści Got­tloba Bider­manna, Rosja­nie są mniej odczło­wie­czeni niż nie­wi­doczni. Niemcy nie ule­gli demo­der­ni­za­cji, lecz zostali odcy­wi­li­zo­wani. Ci żoł­nie­rze 437 Pułku Pie­choty, któ­rzy oca­leli, przy­po­mi­nają nie­jako pre­hi­sto­ryczną zgraję ści­śnięta przy ogni­sku, ślepo wpa­trzoną w pło­mień niczym w tali­zman, mający ich ochro­nić przed nie­na­zwa­nym hor­ro­rem, który maja­czy poza małym krę­giem świa­tła.

Den­nis Sho­wal­ter

Rozdział 1 -?Marsz na wschód

Roz­dział 1 Marsz na wschód

Jeśli jest coś potęż­niej­szego niż prze­zna­cze­nie, to odwaga, która mu się nie­ugię­cie prze­ciw­sta­wia. Geibel

30 CZERWCA 1941 roku. Letni żar roz­lał się po bez­kre­snych rów­ni­nach wschod­niej Pol­ski i tylko ruch lekko koły­szą­cego nami pociągu przy­no­sił ulgę od gorąca. Ciężko zała­do­wany esze­lon toczył się powoli przez roz­rzu­cone tu i ówdzie sosnowe zagaj­niki i poła­cie piasz­czy­stej, leżą­cej odło­giem ziemi. W naszej dro­dze na wschód mija­li­śmy malut­kie wio­ski i prze­kra­cza­li­śmy wijące się rzeki.

Poza dziećmi, które nie­kiedy machały do nas z zaku­rzo­nych dróg i pobo­czy, miej­scowa lud­ność w więk­szo­ści nas igno­ro­wała. Męż­czyźni i kobiety w burych ubra­niach, któ­rych obser­wo­wa­li­śmy z daleka, roz­pły­wali się w drga­ją­cym żarem powie­trzu, pod­czas gdy koła pociągu zosta­wiały ich coraz dalej w tyle. Wszyst­kie te godziny spę­dza­li­śmy sie­dząc lub leżąc, odpo­czy­wa­jąc pod bez­chmur­nym nie­bem na wago­nach-plat­for­mach pomię­dzy sta­ran­nie zamo­co­wa­nymi pojaz­dami i uzbro­je­niem.

W prze­ci­wień­stwie do prze­pi­sów czasu pokoju, które rzą­dziły naszym dotych­cza­so­wym życiem, zezwo­lono nam na roz­pię­cie gór­nego guzika naszych sza­ro­zie­lo­nych mun­du­rów i na pod­wi­nię­cie ręka­wów, aby­śmy w palą­cym upale mogli poczuć przy­naj­mniej odro­binę ulgi. Pierw­sze donie­sie­nia z frontu wojny z Rosją pocho­dziły sprzed kilku dni i nie roz­ma­wia­li­śmy wiele na temat per­spek­tyw szyb­kiego wej­ścia do boju. Wszy­scy byli pewni, że wojna ze Związ­kiem Radziec­kim, podob­nie jak kon­flikty z Pol­ską i Fran­cją, zakoń­czy się szybko.

Nad ranem uka­zały nam się mury i wieże Kra­kowa, świę­tego mia­sta Pol­ski, gdzie w kate­drze zło­żono serce Pił­sud­skiego. Poskrzy­pu­jąc hamul­cami, nasz skład zatrzy­mał się na małym, pokry­tym pyłem przy­stanku kole­jo­wym i w ciągu paru sekund oto­czył nas wia­nu­szek zanie­dba­nych dzie­cia­ków, igno­ro­wa­nych przez stró­żu­ją­cych w pobliżu żoł­nie­rzy żan­dar­me­rii o kamien­nych twa­rzach. "Bidde um bror, Herr," wołały żało­snym tonem w łama­nym nie­miec­kim, brud­nymi rącz­kami chwy­ta­jąc łap­czy­wie smaczne kęski, które wycią­ga­li­śmy dla nich z chle­ba­ków. Pozwo­lono nam na opusz­cze­nie wago­nów i dzie­ciaki obstą­piły nas ze wszyst­kich stron.

"Biedna Pol­ska," pomy­śla­łem w duchu. Wrę­czy­łem kawa­łek chleba spryt­nej małej dziew­czynce w zamian za wymiętą gazetę. Została wydru­ko­wana dzień wcze­śniej w języku nie­miec­kim i pol­skim i można w niej było zna­leźć pierw­sze wia­do­mo­ści o ope­ra­cji na wscho­dzie: mar­szu na Lwów. W ręce nie­miec­kie szybko wpa­dły Grid­now, Wilno, Brześć Litew­ski, Kowno i Dyne­burg. Eks­ta­tyczne nagłówki obwiesz­czały o znisz­cze­niu 2.582 sowiec­kich samo­lo­tów i 1.297 pojaz­dów pan­cer­nych. Oku­po­wana przez Sowie­tów Pol­ska była uwal­niana spod jarzma bol­sze­wi­ków.

Wkrótce żan­dar­me­ria woj­skowa oży­wiła się, za pomocą gwizd­ków, krzy­ków i gesty­ku­la­cji dając nam do zro­zu­mie­nia, iż powin­ni­śmy wra­cać do pociągu, więc ponow­nie zała­do­wa­li­śmy się na plat­formy. Wagony jęk­nęły w pro­te­ście, napięły się pod cię­ża­rem i gdy powoli zaczę­li­śmy posu­wać się do przodu, na głos odczy­ta­łem wia­do­mo­ści z gazety kole­gom z obsługi naszego działa. Wszy­scy apa­tycz­nie wyle­gi­wali się na plat­for­mie, nie prze­ja­wia­jąc więk­szego zain­te­re­so­wa­nia. Pod­nio­słem wzrok znad gazety i spoj­rza­łem do tyłu na peron, teraz zajęty tylko przez grupkę małych obdar­tu­sów. Nasza podróż ku nie­zna­nemu prze­zna­cze­niu trwała dalej.

1 lipca zatrzy­ma­li­śmy się dzie­sięć kilo­me­trów na zachód od wsi Peł­ki­nie, nie­da­leko Jaro­sła­wia, gdzie wyła­do­wa­li­śmy się i ruszy­li­śmy w kie­runku wschod­nim. Pie­chota wycią­gnęła się w długą kolumnę mar­szową, sma­ku­jąc nie­uchronny los każ­dego pie­cho­cińca. Nasze działko prze­ciw­pan­cerne jechało daleko przed nami, pod­cze­pione do cią­gnika gąsie­ni­co­wego Che­ni­lette, zdo­by­tego w cza­sie kam­pa­nii fran­cu­skiej.

Nasz zmysł powo­nie­nia natych­miast wychwy­cił utrzy­mu­jący się w powie­trzu zapach dymu i popiołu i wkrótce mogli­śmy ujrzeć wiel­kie leje i wypa­lone wraki pojaz­dów, będące dowo­dem na dzia­łal­ność nie­miec­kich bom­bow­ców nur­ku­ją­cych -?Stu­ka­sów. Zatrzy­ma­li­śmy się na postój przy tym­cza­so­wej, przy­droż­nej kan­ty­nie, gdzie pod czuj­nym okiem wszę­do­byl­skiej żan­dar­me­rii woj­sko­wej, sio­stry nie­miec­kiego Czer­wo­nego Krzyża cho­chlami nabie­rały zimną kawę z cią­gnię­tej przez konie kuchni polo­wej i nale­wały w pod­sta­wiane przez nas kubki. Na próżno zada­wały nam pyta­nia o ostat­nie wie­ści z domu.

Kon­ty­nu­owa­li­śmy marsz długą, szarą kolumną, zosta­wia­jąc w tyle sio­stry Czer­wo­nego Krzyża i posu­wa­jąc się dalej w kie­runku wschod­nim. Kiedy zaczął zapa­dać zmierzch, odna­leź­li­śmy nasze pojazdy i działa pod drze­wami, które z rzadka pora­stały pobo­cze wąskiej drogi. Roz­ka­zano nam zama­sko­wać się przed obser­wa­cją z powie­trza, co usi­ło­wa­li­śmy zro­bić za pomocą cien­kich gałą­zek.

O świ­cie wyprze­dziły nas kolumny zaopa­trze­niowe, toczące się główną szosą w kie­runku odle­głego wschodu słońca. Kolejny dzień spę­dzi­li­śmy na mar­szu po śla­dach zaopa­trze­niow­ców, zaś póź­nym popo­łu­dniem po raz pierw­szy ujrze­li­śmy nie­przy­ja­ciela.

Pokrytą kurzem drogą w prze­ciw­nym kie­runku cią­gnęły nie­ma­jące końca kolumny rosyj­skich jeń­ców wojen­nych w wymię­tych, zie­lono-brą­zo­wych mun­du­rach. Wielu spo­śród tych żoł­nie­rzy, któ­rzy nie mieli cza­pek, osła­niało głowy przed palą­cym słoń­cem za pomocą kępek trawy lub szmat, owi­nię­tych wokół ogo­lo­nych na gładko głów. Niektó­rzy szli boso, na wpół ubrani, dając dowód szyb­ko­ści, z jaką nasze ata­ku­jące oddziały prze­ła­mały ich pozy­cje.

Z powodu owej dziw­nej pstro­ka­ci­zny ubio­rów w naszych oczach led­wie przy­po­mi­nali żoł­nie­rzy, będąc mie­sza­niną Rosjan, ciem­no­skó­rych miesz­kań­ców Kau­kazu, Kir­gi­zów, Uzbe­ków, noma­dów o mon­gol­skich rysach, przy­by­szów z dwóch kon­ty­nen­tów, na któ­rych roz­cią­gał się Zwią­zek Radziecki. Prze­cho­dzili obok nas smęt­nie, ze spusz­czo­nym wzro­kiem; gdzie­nie­gdzie można było dostrzec grupki pod­trzy­mu­jące innych, któ­rzy naj­wy­raź­niej doznali obra­żeń, byli cho­rzy lub wycień­czeni. W szkole uczono nas, że góry Uralu oddzie­lają Europę od Azji; a jed­nak tutaj widzie­li­śmy Azję w miej­scu, które uwa­ża­li­śmy za śro­dek Europy. Długa kolumna nie­szczę­ścia znik­nęła nam za ple­cami i wraz z nadej­ściem ciem­no­ści zatrzy­ma­li­śmy się na odpo­czy­nek. Pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem okrę­ci­li­śmy się masku­ją­cymi pałat­kami i spa­li­śmy do samego świtu.

14 kom­pa­nia prze­ciw­pan­cerna została prze­su­nięta do szpicy i dokład­nie o godzi­nie pią­tej rano ruszy­li­śmy w dal­szą drogę. Roz­sy­pu­jące się ruiny wypa­lo­nych domów stały, jak niemi świad­ko­wie walk, które o Jaro­sław toczono w cza­sie pol­skiej kam­pa­nii, która, choć zakoń­czona tylko dwa lata temu, teraz wyda­wała się odle­gła o całe wieki. Prze­kra­cza­jąc San w Radym­nie, posta­wi­li­śmy pierw­sze kroki na rosyj­skiej ziemi.

Minę­li­śmy duży nie­miecki cmen­tarz z I wojny świa­to­wej. Nad bramą wybla­kłe litery na drew­nia­nym tle infor­mo­wały: "Pamięci naszych towa­rzy­szy broni pole­głych pod Dubro­wicą". Naszej kolum­nie nie pozwo­lono zatrzy­mać się na tyle długo, byśmy mogli obej­rzeć nagrobki. Wtedy nie zda­wa­li­śmy sobie jesz­cze sprawy, jak wiele naszych wła­snych cmen­tarzy pozo­sta­wimy wzdłuż dróg naszego mar­szu w głąb Rosji. Wkrótce natra­fi­li­śmy na świeże wzgórki ziemi ozna­czone cio­sa­nymi z brzozy krzy­żami i zwień­czone cha­rak­te­ry­stycz­nymi sta­lo­wymi heł­mami nie­mieckiego Wehr­machtu. Pierw­szych, mil­czą­cych i krwa­wych świad­ków przy dro­dze na wschód usta­wiono w regu­lar­nych rzę­dach i kolum­nach, a my pró­bo­wa­li­śmy odwra­cać od nich wzrok, który jed­nak cią­gle powra­cał do gro­bów. Szli­śmy dalej bez słowa, a ciche czer­wono-brą­zowe kop­czyki zda­wały się wzy­wać nas, jakby chciały powie­dzieć, "Nie zosta­wiaj­cie nas tutaj... nie porzu­caj­cie nas w tym dziw­nym miej­scu".

Od strony Lwowa dobie­gały przy­tłu­mione odgłosy ognia arty­le­ryj­skiego. Stan dróg stop­niowo się pogar­szał i na ludziach, koniach i pojaz­dach zaczął grubą war­stwą osia­dać kurz. Gdy słońce stało w zeni­cie niczym wielka poma­rań­czowa kula, z tru­dem prze­bi­ja­jąc się przez duszące chmury kurzu, przed sobą mogli­śmy ujrzeć wyłącz­nie nie­wy­raźną syl­wetkę pojazdu naszego plu­tonu. Pot i brud łączyły się, two­rząc dzi­waczne kształty na twa­rzach pobły­sku­ją­cych spod cięż­kich, zie­lo­nych heł­mów. W pobliżu Kra­kowca ponow­nie połą­czy­li­śmy nasze pałatki w namioty i spę­dzi­li­śmy tam noc.

Nasza ody­seja doni­kąd trwała, a my podą­ża­li­śmy ku nie­zna­nemu prze­zna­cze­niu. Mija­li­śmy pry­mi­tywne wsie, sto­jące wzdłuż dróg, gdzie rosyj­skie kobiety i dzieci wpa­try­wały się w nas z zacie­nio­nych sieni i przy­glą­dały się nam zza zasłony nie­he­blo­wa­nych okien. Jed­nymi męż­czy­znami, któ­rych mogli­śmy dostrzec, byli sta­rzy wete­rani daw­nych wojen.

Pytani, miesz­kańcy wio­sek opo­wia­dali nam o bol­sze­wi­kach. Gdy mówili, w ich oczach czaił się strach i obawa przed sybe­ryj­skimi łagrami. Twier­dzili, że w szko­łach wiszą obrazy Chry­stusa i Sta­lina, a kiedy wiej­scy nauczy­ciele zada­wali pyta­nie, "Komu dzię­ku­je­cie za wasz codzienny chleb?", dzieci zmu­szano do odpo­wia­da­nia: "Sta­li­nowi". Z ulgą stwier­dza­li­śmy, że o skut­kach komu­ni­zmu możemy się dowie­dzieć z pierw­szej ręki, a tego, co pozna­jemy, nie można tak po pro­stu zło­żyć na karb naszej pro­pa­gandy. Nie­der­meyer zauwa­żył: "Dopiero po ujrze­niu Rosji wiemy, jakie to szczę­ście być Niem­cem".

5 lipca prze­szli­śmy przez Lwów. W począt­ko­wym okre­sie wojny mia­sto dwu­krot­nie doznało poważ­nych znisz­czeń i z poran­nej mgły wynu­rzyły się spa­lone fabryki, zruj­no­wane domo­stwa i znisz­czone czołgi. Z ich tłu­stych, wciąż jesz­cze gorą­cych wra­ków biły w niebo kłęby czar­nego dymu. W jed­nej z czę­ściowo oca­la­łych dziel­nic długa kolejka ludzi stała przed pie­kar­nią. Gdy prze­cho­dzi­li­śmy, patrzyli na nas pustym wzro­kiem.

Rosyj­skie lot­ni­sko we Lwo­wie zostało zruj­no­wane przez Stu­kasy. Poczer­niałe samo­loty i roz­bity sprzęt walały się po oko­licy. W cza­sie prze­rwy w mar­szu żoł­nie­rze wałę­sali się po wra­ko­wi­sku, foto­gra­fu­jąc się na tle znisz­czo­nych sowiec­kich samo­lo­tów i ostroż­nie grze­bali w rumo­wi­sku, pamię­ta­jąc o suro­wych roz­ka­zach zabra­nia­ją­cych rabunku i nie­le­gal­nego przy­własz­cza­nia zdo­bycz­nego sprzętu nie­przy­ja­ciela. Wojna ze Związ­kiem Radziec­kim trwała dopiero od kilku dni, więc wszystko, co miało zwią­zek z sowiecką armią, budziło nasze zacie­ka­wie­nie.

* * *

Nasze prze­mar­sze trwały przez pierw­szą połowę lipca. Nasz szlak całymi dniami wiódł pośród ogrom­nej ilo­ści znisz­czo­nych rosyj­skich czoł­gów, a wywró­cone do góry nogami cią­gniki z zaprzod­ko­wa­nymi dzia­łami polo­wymi leżały roz­rzu­cone wzdłuż dróg. Na polach można było zauwa­żyć porzu­cone sta­no­wi­ska rosyj­skiej arty­le­rii, które wyda­wały się nie­na­ru­szone, co było dowo­dem na to, jak szybko nasza ofen­sywa zła­mała sowiec­kich obroń­ców.

Byli­śmy zdu­mieni stop­niem nasy­ce­nia sowiec­kiej armii środ­kami moto­ro­wymi, pod­czas gdy nasza wła­sna arty­le­ria wciąż bazo­wała na ciągu kon­nym, przy­po­mi­na­ją­cym czasy I wojny świa­to­wej. Mogiły nie­miec­kich i rosyj­skich żoł­nie­rzy napo­ty­kało się teraz razem; nie­miec­kie, przy­ozdo­bione krzy­żami z suro­wego drewna, stały po pra­wej stro­nie drogi, rosyj­skie po lewej. Mogiły Rosjan były bez­i­mienne, ozna­czone tylko wbi­tymi w świeżą zie­mię kara­bi­nami z zatknię­tymi bagne­tami. Na nie­miec­kich gro­bach, jak zawsze, zwy­cza­jowo zatknięte były sta­lowe hełmy, a na nie­któ­rych wisiały na sznur­kach nie­śmier­tel­niki, cze­ka­jące na zebra­nie i opi­sa­nie.

8 lipca, kiedy zbli­ża­li­śmy się do Bro­dów, idąc po sze­ro­kiej, pokry­tej kole­inami dro­dze, minęły nas pojazdy zaopa­trze­niowe i wozy łącz­no­ści z 72 Dywi­zji Pie­choty 6 Armii. Tele­fo­ni­ści powie­dzieli nam, że dywi­zja wzięła Lwów przy stra­cie sze­ściu­set ludzi i z ufno­ścią donie­śli, że wojna zakoń­czy się w ciągu kilku tygo­dni.

Nasz prze­marsz wstrzy­mano na sta­rej gra­nicy rosyj­sko-gali­cyj­skiej. 6 i 17 Armia pode­szła do Linii Sta­lina, ciągu beto­no­wych umoc­nień i sil­nie bro­nio­nych punk­tów oporu. Spo­dzie­wa­li­śmy się, iż nie­przy­ja­ciel będzie się tam zażar­cie bro­nić i byli­śmy zawie­dzeni, gdy nade­szły wie­ści, że 132 Dywi­zja Pie­choty otrzy­mała roz­kaz przej­ścia do odwodu, bowiem więk­szość z nas chciała docze­kać się akcji jesz­cze przed nie­uchronną kapi­tu­la­cją Związku Radziec­kiego.

14 lipca prze­szedł bez echa. Życie wypeł­niła nuda; nasza rze­czy­wi­stość skur­czyła się do sze­ro­kiego na sto metrów traktu, kurzu, błota, palą­cego słońca, burz i nie­skoń­czo­nej, pustej prze­strzeni, gdzie tylko od czasu do czasu rzad­kie kępy drzew cią­gnęły się ku hory­zon­towi. W oddali widać było kryte słomą dachy koł­cho­zo­wych cha­łup i to na nich sku­pia­li­śmy wzrok, niczym na pal­mach na pustyni, aby zwio­dły nas ku pry­mi­tyw­nym stud­niom. Poin­for­mo­wano nas, że Armia Czer­wona w cza­sie odwrotu czę­sto zatru­wała uję­cia wody. Mar­szowi towa­rzy­szył wszę­do­byl­ski smród ze szkie­le­to­wa­tych pozo­sta­ło­ści koń­skich tru­pów, leżą­cych wzdłuż szlaku. Fetor ten zawsze już będzie nam przy­po­mi­nać o sowiec­kim raju, w który przy­szło nam teraz coraz bar­dziej się zagłę­biać.

Po minię­ciu Jam­pola nasze tempo spa­dło. Nie­kiedy mie­li­śmy na tyle szczę­ścia, by w mija­nych wio­skach zdo­być parę cebul albo mar­che­wek, rza­dziej kur­czaka czy kilka jajek, co uroz­ma­icało nieco nasze mono­tonne wyży­wie­nie z kuchni polo­wych. Z roz­rzew­nie­niem wspo­mi­na­li­śmy czasy spę­dzone w Karyn­tii i Zagrze­biu, zanim jesz­cze nastą­pił atak na Rosję, gdzie raczy­li­śmy się zim­nym piwem i śli­wo­wicą.

Pie­chota kon­ty­nu­owała marsz od świtu do zachodu słońca. Pokryci kurzem, spo­ceni i lepcy, bez szans na ucieczkę przed okrut­nym kli­ma­tem, wcho­dzi­li­śmy coraz głę­biej na tery­to­rium Związku Radziec­kiego. Choć było to wbrew regu­la­mi­nowi, aby odcią­żyć nas od nie­sie­nia ple­ca­ków, rekwi­ro­wano małe fur­manki ("panje"), cią­gnięte przez nie­złomne rosyj­skie koniki. Gdy cywi­li­za­cja, jaką zna­li­śmy, pozo­sta­wała coraz bar­dziej z tyłu, ten oby­czaj robił się coraz powszech­niej­szy. Nie­liczne ludz­kie osady były pry­mi­tywne i praw­do­po­dob­nie zawszone, tak więc noce spę­dza­li­śmy w namio­tach, sto­gach siana lub naj­czę­ściej na gołej ziemi, owi­ja­jąc się do snu w ćwiartkę pałatki namio­to­wej, którą przy­dzia­łowo otrzy­my­wał każdy land­ser. Żoł­nie­rze z pod­od­dzia­łów o ciągu kon­nym budzili się ran­kami, muskani nosami przez głodne i spra­gnione zwie­rzęta.

Prze­cho­dzi­li­śmy obok drew­nia­nych szkół, które były niczym innym, jak pro­stymi budyn­kami ude­ko­ro­wa­nymi cha­rak­te­ry­styczną czer­woną gwiazdą i poma­lo­wa­nymi na czer­wono mów­ni­cami, słu­żą­cymi do spo­tkań człon­ków par­tii komu­ni­stycz­nej. Postrzę­pione, pokryte kurzem por­trety Lenina i Sta­lina wisiały na ścia­nach. Sta­lin wpro­wa­dził przy­mu­sowe naucza­nie tam, gdzie uprzed­nio, w epoce caratu, alfa­bet był czymś pra­wie nie­zna­nym. Byli­śmy zasko­czeni fak­tem, że wiele dzieci w wieku szkol­nym potra­fiło poro­zu­mie­wać się łama­nym języ­kiem nie­miec­kim. Ze zdo­bycz­nych mate­ria­łów pro­pa­gan­do­wych dowie­dzie­li­śmy się, iż edu­ka­cja poli­tyczna była prio­ry­te­to­wym przed­mio­tem dla dzieci.

17 lipca, po raz pierw­szy od momentu roz­po­czę­cia naszego mar­szu, otrzy­ma­li­śmy pocztę z domu. Dzie­sięć dni póź­niej dywi­zja wkro­czyła na Ukra­inę i prze­szła przez Kozia­tyn, masze­ru­jąc na połu­dniowy wschód, w kie­runku Różyna. Ukra­ina goto­wała się w let­nim skwa­rze. Po sze­ro­kich, piasz­czy­stych i wyło­żo­nych kamie­niem dro­gach weszli­śmy w kraj bez­kre­snych hory­zon­tów.

Nie­koń­czące się sze­ro­kie stepy, pola zbóż i sło­necz­ni­ków gra­ni­czyły z dro­gami, po któ­rych szli­śmy na wschód. Hory­zont usiany był pry­mi­tyw­nymi, drew­nia­nymi wia­tra­kami, które słu­żyły nam za miej­sca postoju i odpo­czynku w tym samot­nym mar­szu przez kra­inę, która pozo­sta­wiła u nas wra­że­nie wol­no­ści, połą­czo­nej z przy­tła­cza­ją­cym poczu­ciem pustki.

Zatrzy­ma­li­śmy się w zapusz­czo­nym zagaj­niku aka­cji, który dawał odro­binę cie­nia w oce­anie traw. Kom­pa­nia na bole­śnie otar­tych i posi­nia­czo­nych nogach prze­szła sześć­dzie­siąt kilo­me­trów w cza­sie krót­szym niż dwa­dzie­ścia cztery godziny. Pokryte kurzem, w któ­rym pot poro­bił bruzdy, ogo­rzałe w słońcu i wie­trze twa­rze patrzyły spod cięż­kich heł­mów na nasze "kró­le­stwo". Ręce śli­skie od potu chwy­ciły łopatki saper­skie, aby ryć dziury w ziemi. Padła komenda: "Oko­pać się."

Roze­brani do pasa, w mil­cze­niu wgry­za­li­śmy się w zie­mię. Opo­dal, brzę­cze­nie psz­czół przy­po­mi­nało mi o ich wła­snym, nie­koń­czą­cym się znoju. Cle­mens i Gehr, kie­rowcy cią­gni­ków, wpa­dli na pomysł odszu­ka­nia ula w nadziei na zna­le­zie­nie miodu. Wypo­sa­żeni w menażki, celty namio­towe i maski prze­ciw­ga­zowe, znik­nęli mię­dzy zabu­do­wa­niami koł­chozu za pozy­cjami naszych dzia­łek.

Po godzi­nie pracy, po lewej stro­nie sta­no­wi­ska naszego Paka skon­stru­owa­łem praw­dziwy sza­niec, na któ­rym poło­żymy kara­biny i gra­naty; jego wyż­sza ściana zwró­cona była w stronę naszego frontu. Działko prze­ciw­pan­cerne, dokład­nie zama­sko­wane gałę­ziami i trawą, stało na skraju zagaj­nika. Przed nami, przez otwarte pole, po osi wschód-zachód bie­gła piasz­czy­sta droga. W falu­ją­cym od popo­łu­dnio­wego słońca powie­trzu, na hory­zon­cie widać było zabu­do­wa­nia odle­głej wsi.

Po lewej stro­nie drogi, na tyłach zagaj­nika, star­szy sze­re­gowy Poell usta­wił swój pojazd pół­gą­sie­ni­cowy, po czym zabrał się za masko­wa­nie swo­jego Paka. Obser­wa­to­rzy arty­le­ryj­scy z pod­od­dzia­łów arty­le­rii i moź­dzie­rzy wysu­nęli się do przodu, nio­sąc na ple­cach bębny z kablem tele­fo­nicz­nym. Ciszę pozor­nie spo­koj­nego świata zakłó­cało tylko spo­ra­dyczne pobrzę­ki­wa­nie łopa­tek saper­skich, mena­żek i manie­rek.

Wła­śnie zwi­ną­łem sobie pod głowę moją zaku­rzoną bluzę, robiąc z niej poduszkę i w popo­łu­dnio­wym słońcu zaczy­na­łem zapa­dać w drzemkę, kiedy ciszę roz­darł wystrzał z kara­binu. Jed­nym ruchem sto­czy­łem się do świeżo wyko­pa­nego dołka strze­lec­kiego, zało­ży­łem ciężki, sta­lowy hełm i przy­ło­ży­łem do ramie­nia kolbę broni. Wpa­tru­jąc się przed sie­bie, byłem w sta­nie dostrzec jedy­nie pustkę i koły­szące się trawy. W cza­sie szko­le­nia pie­choty wbi­jano nam do głowy, by strze­lać przy naj­mniej­szych ozna­kach ruchu, do każ­dego poru­sza­ją­cego się liścia i każ­dego źdźbła chwie­ją­cej się trawki. Wszystko po to, by zabić wroga. A teraz, z biją­cym ser­cem łapa­łem myśli, kłę­biące mi się w gło­wie: czy to dzi­siaj będzie ten dzień, w któ­rym będę musiał zabić innego czło­wieka? Kto strzeli pierw­szy, kto pierw­szy trafi? On czy ja? Czy będę musiał dzi­siaj zabi­jać, by oca­lić życie swoje i swo­ich towa­rzy­szy? Pamięć przy­wo­łała obrazy mija­nych po dro­dze rzę­dów mogił ze sta­ran­nie usta­wio­nymi krzy­żami i z zawie­szo­nymi na nich nie­śmier­tel­ni­kami. Pró­bo­wa­łem wyrzu­cić je z głowy.

Po lewej stro­nie, jakieś sześć­set metrów od naszych pozy­cji, ciszę prze­rwał odgłos broni ręcz­nej. Dźwięki, począt­kowo przy­po­mi­na­jące zna­jomy odgłos wystrza­łów na strzel­nicy, prze­ro­dziły się w sza­leń­cze wystrzały i nad naszymi gło­wami zagwiz­dały ryko­szety. W dal­szym ciągu wyba­łu­sza­li­śmy pie­kące oczy, ale przed naszymi sta­no­wi­skami nie dostrze­ga­li­śmy niczego nie­zwy­kłego. W oddali, poprzez ogień kara­bi­nowy prze­bił się cha­rak­te­ry­styczny trzask działka prze­ciw­pan­cer­nego.

Po kilku minu­tach wszystko się uspo­ko­iło. W powie­trzu uno­sił się kurz i słaby, draż­niący zapach spa­lo­nego pro­chu. Po naszej pra­wej stro­nie w błę­kitne popo­łu­dniowe niebo bił słup czar­nego dymu. Sku­leni, pozo­sta­li­śmy na sta­no­wi­skach; przy­ci­szo­nymi gło­sami, z ser­cami biją­cymi z nie­po­koju, pró­bo­wa­li­śmy oce­nić, co się wyda­rzyło. Jakiś czas póź­niej dowie­dzie­li­śmy się od łącz­nika, iż działko prze­ciw­pan­cerne Poella znisz­czyło sowiecki samo­chód pan­cerny oraz że odparto atak kom­pa­nii rosyj­skiej pie­choty.

Nie mogli­śmy wie­dzieć, że w nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach i latach ta krótka utarczka będzie uwa­żana za nic innego, jak zwy­kłą i nie­istotną potyczkę z nie­przy­ja­cie­lem. To pierw­sze drobne star­cie pułku nie wyglą­dało na zwia­stun maka­brycz­nych lat walki, nace­cho­wa­nej wyrze­cze­niami, smut­kiem i nie­zli­czo­nymi ofia­rami. To miało dopiero nadejść. Wielu z nas miało ni­gdy nie powró­cić z tych prze­past­nych prze­strzeni, ale wtedy nikt nie zaprzą­tał sobie głowy takimi myślami.

Wró­ci­łem do mojego dzien­nika, małego, kie­szon­ko­wego notat­nika opra­wio­nego w czarną ceratę, z rogami już nieco postrzę­pio­nymi i kart­kami popla­mio­nymi potem i desz­czem, by opi­sać w nim ten incy­dent.

Nasi dwaj kie­rowcy powró­cili z menaż­kami kapią­cymi od miodu, który stał się wspa­nia­łym dodat­kiem do naszych wie­czo­ro­wych racji. Zje­dli­śmy miód z komi­śnia­kiem, cie­sząc się z odmiany i zastą­pie­nia nim zwy­cza­jo­wej pusz­ko­wa­nej kaszanki. Spłu­ka­li­śmy chleb z mio­dem zimną her­batą i przy­go­to­wa­li­śmy się do kolej­nego wymar­szu o świ­cie.

30 lipca zastał nas na postoju w Michaj­łowce. W ciągu kilku ostat­nich dni nie­które z naszych oddzia­łów doświad­czyły nalo­tów sowiec­kich bom­bow­ców i samo­lo­tów sztur­mo­wych, które jed­nak nie przy­czy­niły się do spo­wol­nie­nia tempa naszego mar­szu. Kom­pa­nie pie­choty i jed­nostki o ciągu kon­nym masze­ro­wały nocą i prze­były około sześć­dzie­się­ciu pię­ciu kilo­me­trów, docho­dząc w dniu 31 lipca do Kahar­łyka. Podano nocne hasło i roze­szły się pogło­ski o zbli­ża­ją­cym się ataku na sze­ro­kim fron­cie, który miał się roz­po­cząć o godzi­nie siód­mej następ­nego ranka. Spę­dzi­li­śmy noc zawi­nięci w nasze namio­towe "ćwiartki", sku­leni w wyście­lo­nych trawą doł­kach strze­lec­kich.

Plotki się spraw­dziły i 1 sierp­nia, dokład­nie o godzi­nie siód­mej rano, roz­po­czę­li­śmy natar­cie w kie­runku sowiec­kich umoc­nień pod Mirowką. Przed nami roz­cią­gało się gigan­tyczne, puste pole, gdzie wzro­kiem można było ogar­nąć step, który poza łagod­nie pofał­do­wa­nym tere­nem i zagłę­bie­niami nie­wi­docz­nymi dla nie­wpraw­nego oka, nie dawał żad­nej osłony. Sowie­tom zapew­niało to dużą prze­wagę, gdyż obrońcy mogli wgryźć się w zie­mię, mając przed swymi sta­no­wi­skami czy­ste pole ostrzału. Poczy­ni­li­śmy ostat­nie przy­go­to­wa­nia do opusz­cze­nia naszych pozy­cji i do rusze­nia przez otwarty step.

Przy nie­wiel­kim wysiłku wysu­nę­li­śmy nasze działko na sta­no­wi­sko na skraju pola psze­nicy, skąd mie­li­śmy dosko­nały widok w kie­runku wschod­nim, na falu­jące, zie­lone morze, tylko gdzie­nie­gdzie z rzadka pozna­czone polet­kami ziem­nia­ków. Pierw­sze pro­mie­nie poran­nego słońca tań­czyły na źdźbłach ukra­iń­skiej psze­nicy i w mgiełce poranka mogli­śmy roz­po­znać na hory­zon­cie odle­głe syl­wetki domów dwóch wsi. Usie­dli­śmy na lawe­cie działka, popi­ja­jąc cie­płą kawę i pró­bu­jąc roz­pro­szyć uczu­cie chłodu, które się w nas zalę­gło. Każdy chciał wyglą­dać non­sza­lancko, mówiąc o rze­czach nie­zwią­za­nych z wojną, usi­łu­jąc poprzez roz­mowę ukryć nie­po­kój, dobrze widoczny na spa­lo­nych słoń­cem twa­rzach. Kil­ka­dzie­siąt metrów dalej ofi­ce­ro­wie kom­pa­nii zbili się w cia­sne gro­madki, dys­ku­tu­jąc przy­ci­szo­nymi gło­sami, spo­glą­da­jąc w stronę pozy­cji nie­przy­ja­ciela i od czasu do czasu pod­no­sząc do oczu lor­netki.

O godzi­nie szó­stej pięć­dzie­siąt nasza arty­le­ria otwo­rzyła ogień. Cięż­kie poci­ski wyły nad naszymi gło­wami w dro­dze na usta­lone cele na pozy­cjach wroga, a pie­chota, obcią­żona bro­nią, amu­ni­cją, sprzę­tem łącz­no­ści i ładun­kami wybu­cho­wymi ruszyła do przodu na sze­ro­kim fron­cie. Wyda­wało się, że natar­cie w każ­dym szcze­góle posuwa się dokład­nie tak, jak zapla­no­wano, co począt­kowo spra­wiało wra­że­nie, iż są to kolejne ćwi­cze­nia w Pffar­kir­chen czy w Dugo Selo.

Zdo­byczny fran­cu­ski cią­gnik z gło­śnym stu­ko­tem pod­je­chał na nasze sta­no­wi­sko. Pod­cze­pi­li­śmy działko, wspię­li­śmy się na pojazd i poje­cha­li­śmy, zosta­wia­jąc za sobą wielką chmurę kurzu. Minę­li­śmy zwia­dow­czy samo­chód pan­cerny, znisz­czony dzień wcze­śniej przez Poella i nasz wzrok przy­kuł wciąż jesz­cze nie­co­dzienny, maka­bryczny widok na wpół spa­lo­nego trupa z nagim tuło­wiem, zwi­sa­ją­cego z jed­nego z luków.

Dwa działka prze­ciw­pan­cerne naszego plu­tonu wyrwały przed sie­bie po pofał­do­wa­nym tere­nie, towa­rzy­sząc pod­od­dzia­łom prze­miesz­cza­ją­cym się po piasz­czy­stej dro­dze w kie­runku Kahar­łyka. Kara­biny maszy­nowe naszej wysu­nię­tej do przodu pie­choty weszły już do akcji; dobrze sły­szalne serie MG-34 nio­sły się w naszą stronę ponad kło­sami psze­nicy. Za nami, działa arty­le­ryj­skie i moź­dzie­rze tłu­kły głu­chym łomo­tem, kon­tra­stu­ją­cym z wyso­kim dźwię­kiem wyda­wa­nym przez broń mało­ka­li­brową.

Nagle zaświ­stały ryko­szety, odbi­ja­jąc się wokół nas i w poszu­ki­wa­niu ukry­cia wylą­do­wa­li­śmy pośród bruzd i kolein na dro­dze.

"Kryć się!", krzyk­nął Hart­mann, dowódca dzia­łonu.

W coraz gło­śniej­szym huku broni wszel­kiego kali­bru widzie­li­śmy jego gesty­ku­lu­jące ramiona i poru­sza­jące się usta. Jego komendy uto­nęły w dud­nią­cym grzmo­cie. I oto nad­szedł ten moment. Przy­szła chwila, w któ­rej będziemy musieli sta­wić czoła nie­przy­ja­cie­lowi. Pomimo gnio­tą­cego nas stra­chu, to, co nie­unik­nione, przy­ję­li­śmy z głę­boką ulgą, co było dowo­dem na zmianę naszych prio­ry­te­tów od czasu roz­po­czę­cia mar­szu.

Obsługi dział rzu­ciły się do pracy auto­ma­tycz­nie, jak to robiły już nie­zli­czoną ilość razy w cza­sie ćwi­czeń. Kano­nie­rzy numer jeden i dwa polu­zo­wali łoże i zablo­ko­wali koła. Kano­nie­rzy numer trzy i cztery odcią­gnęli sze­roko na bok ogony łoża, pod­czas gdy celow­ni­czy jed­no­cze­śnie usta­wiał zasięg strzału i obni­żał lufę do poło­że­nia w pozio­mie. Ładow­ni­czy otwo­rzył zamek, a amu­ni­cyjni wyrzu­cali skrzynki z amu­ni­cją z jasz­cza. Wystar­czył jeden ruch, by płyn­nie wpro­wa­dzić pierw­szy nabój do komory. Szczęk­nął zamek i działo było gotowe do strzału. Hart­mann przy­klęk­nął obok działa z lor­netką w ręku i regu­la­mi­nowo wyda­wał roz­kazy celow­ni­czemu: "Prawy skraj żywo­płotu... odle­głość czte­ry­sta... gniazdo kara­binu maszy­no­wego. Ognia!" W odpo­wie­dzi na jego wyuczone komendy, w ciągu naj­bliż­szych kilku sekund jeden pocisk za dru­gim zaczął opusz­czać lufę.

Mogli­śmy dostrzec, jak plu­ton pie­choty z 5 kom­pa­nii zaległ w płyt­kim zagłę­bie­niu terenu, przy­gwoż­dżony cięż­kim ogniem nie­przy­ja­ciel­skich kara­bi­nów maszy­no­wych. Pod osłoną ognia z działka prze­ciw­pan­cer­nego - nasze poci­ski spa­dały teraz bez­po­śred­nio na sta­no­wi­ska wroga -?plu­ton zaczął prze­su­wać się do przodu. Obju­czeni opo­rzą­dze­niem pie­chu­rzy, powoli brnący przez pole psze­nicy, byli dosko­nale widoczni. Smużki dymu wska­zy­wały miej­sca, w któ­rych suche źdźbła zostały pod­pa­lone przez serie poci­sków smu­go­wych.

Koł­choz o nazwie Mały Kahar­łyk, w któ­rym zgod­nie z donie­sie­niami znaj­do­wali się sowieccy obser­wa­to­rzy arty­le­ryj­scy, został wzięty na cel przez dru­giego Paka i ostrze­lany z odle­gło­ści sze­ściu­set metrów. Sło­miane strze­chy zabu­do­wań koł­chozu zaczęły palić się jasnym ogniem, a w czy­ste niebo pod­nio­sły się słupy gęstego, czar­nego dymu.

Otrzy­ma­li­śmy roz­kaz zmiany sta­no­wisk i prze­su­nę­li­śmy się na skrzy­żo­wa­nie dróg w stronę pło­ną­cej wsi. W huku roz­ry­wa­ją­cych się gra­na­tów moź­dzie­rzo­wych i dud­nie­niu kara­bi­nów maszy­no­wych sły­sze­li­śmy wła­sne wiwaty, wyry­wa­jące nam się ze spie­czo­nych gar­deł na widok Rosjan opusz­cza­ją­cych swoje pozy­cje. Usi­ło­wali uciec z gospo­dar­stwa wzdłuż zaku­rzo­nej drogi wio­dą­cej w kie­runku wschod­nim i wtedy oży­wiły się nasze szyb­ko­strzelne szpan­dały3 MG-34, pole­wa­jąc seriami nabo­jów, odzia­nych w pla­te­ro­wane mie­dzią łuski, umy­ka­jące grupki ludzi w zie­lono-brą­zo­wych mun­du­rach. Po pra­wej stro­nie, z prze­ra­żo­nymi spoj­rze­niami i rękoma pod­nie­sio­nymi w górę, poka­zali się pierwsi jeńcy. Szybko zdarto z nich hełmy i opo­rzą­dze­nie, oni zaś instynk­tow­nie pobie­gli truch­tem w stronę naszych tyłów, trzy­ma­jąc ręce zało­żone na tył głowy.

W cza­sie zmiany sta­no­wi­ska, nasz Che­ni­lette zgu­bił gąsie­nicę. Cią­gnik zakrę­cił się nie­for­tun­nie wokół wła­snej osi i sta­nął, bez­na­dziej­nie utknąw­szy pośrodku gołego pola na oczach nie­przy­ja­ciela. Kie­rowcy wysko­czyli z pojazdu i gorącz­kowo usi­ło­wali usu­nąć awa­rię, my zaś odcze­pi­li­śmy działko, zarzu­ci­li­śmy uprzęże i pró­bo­wa­li­śmy ręcz­nie prze­cią­gnąć je do przodu. W tym cza­sie Pak ozna­czony w naszej kom­pa­nii nume­rem 1 minął nas i zosta­wił z tyłu, pod­ska­ku­jąc na dro­dze i odda­la­jąc się w kie­runku odgło­sów wystrza­łów.

Pot prze­sią­kał nasze sza­ro­zie­lone mun­dury i zosta­wiał ślady na twa­rzach pokry­tych pyłem i bru­dem, a ukra­iń­skie słońce roz­grze­wało cięż­kie hełmy. Zmę­czeni, ciężko łapiąc powie­trze, napie­ra­li­śmy na szelki do cią­gnię­cia działka, pod­czas gdy wystrzały kara­bi­nowe trza­skały dobrze już zna­nym echem i kule dzio­bały suchą, zesko­ru­piałą nawierzch­nię drogi. Od czasu do czasu małe fon­tanny pia­sku wystrze­li­wały nie­re­gu­lar­nymi ście­gami wzdłuż drogi, gdy kule wystrze­li­wane z ceka­emu usta­wio­nego na skraju Małego Kahar­łyka ude­rzały nie­da­leko nas. Z tar­czą ochronną zwró­coną do przodu, raz jesz­cze gwał­tow­nie szarp­nę­li­śmy za uprząż, aby pod­cią­gnąć działko dalej. Na naszych twa­rzach malo­wało się znu­że­nie i strach. Nie­kiedy roz­le­gał się ostry brzęk, gdy kula niczym mło­tek ude­rzała w pan­cerną tar­czę, co w straszny spo­sób przy­po­mi­nało nam, że wciąż jeste­śmy pod ogniem poje­dyn­czych strzel­ców.

Hart­mann pobiegł przo­dem, aby zna­leźć odpo­wied­nie sta­no­wi­sko dla działka. Na szyi dyn­dał mu pisto­let maszy­nowy, w pra­wym ręku ści­skał gra­nat. Gdy zeszli­śmy z drogi, zauwa­ży­li­śmy ślady świeżo wzru­szo­nej ziemi, które ukła­dały się w kształt nie­wy­raź­nej sza­chow­nicy. Rosja­nie blo­ko­wali nam przej­ście swo­imi pudeł­ko­wa­tymi minami. Reko­ne­san­sowi Hart­manna zawdzię­czamy, że przy­pad­kowo nie zabłą­ka­li­śmy się w to miej­sce.

Zatrzy­ma­li­śmy się na chwilę, by pod skąpą osłoną tar­czy zła­pać oddech. Ni­gdzie nie było widać budynku, drzewa czy krzaczka, który mógłby zapew­nić choćby naj­lżej­szą ochronę przed palą­cym połu­dnio­wym słoń­cem. Z płu­cami pra­cu­ją­cymi jak mie­chy na chwilę zasty­głem na czwo­ra­kach. Inni padli w rowie na skraju drogi w próż­nej nadziei na zna­le­zie­nie cie­nia; nie­któ­rzy po pro­stu roz­cią­gnęli się na ukra­iń­skiej ziemi.

Wciąż mia­łem mgli­stą świa­do­mość ude­rza­ją­cych bli­sko kul z Mak­sima, ale gdy leża­łem na pia­sku łomot serca nieco się uspo­koił. Nio­sące śmier­telne zagro­że­nie kule dalej gwiz­dały nam nad gło­wami.

Rosja­nie usi­ło­wali wstrze­lać się w nasz zepsuty cią­gnik, sto­jący teraz jakieś sto metrów od miej­sca, do któ­rego dzięki naszym wysił­kom dowle­kli­śmy działko. Do góry wyska­ki­wały fon­tanny ziemi i Che­ni­lette skrył się w chmu­rze sza­rego dymu, gdy obra­mo­wały go pada­jące poci­ski. Pomimo gradu kul, dziu­ra­wią­cych powie­trze nad ich gło­wami, kie­rowcy nie zostali nawet dra­śnięci i zdo­łali zre­pe­ro­wać gąsie­nicę. Cle­mens wsko­czył na sie­dze­nie, gwał­tow­nie wrzu­cił bieg i rycząc sil­ni­kiem wyrwał do przodu, pod­ska­ku­jąc na wybo­jach w naszym kie­runku.

Dru­gie działko, sto­jące po lewej stro­nie i odda­lone od nas o jakieś sto metrów, otwo­rzyło ogień, pró­bu­jąc znisz­czyć Mak­sima. Cią­gnik arty­le­ryj­ski popełzł lewą stroną drogi i skrę­cił gwał­tow­nie w ogromne, roz­cią­ga­jące się po hory­zont pole psze­nicy. Kara­bin maszy­nowy bez­u­stan­nie trzy­mał cią­gnik pod ogniem, ale amu­ni­cja małego kali­bru nie wywie­rała wiel­kiego wra­że­nia na opan­ce­rze­niu pojazdu.

Przy­by­cie naszego kie­rowcy wraz z cią­gni­kiem powi­ta­li­śmy z mie­sza­nymi uczu­ciami. Bar­dzo chcie­li­śmy zmie­nić pozy­cję i Che­ni­lette mógł teraz pocią­gnąć cięż­kie działko, z dru­giej strony jed­nak byli­śmy w pełni świa­domi faktu, iż pojazd sku­pia na sobie dodat­kowy ogień nie­przy­ja­ciela. Przez głowę prze­mknęła mi myśl, by porzu­cić działo i poszu­kać osłony przed ostrza­łem Rosjan, ale szybko zre­zy­gno­wa­łem z tej nie­do­rzecz­nej idei i ze zdwo­joną siła napar­łem na uprząż. Po chwili, która trwała wiecz­ność, działko zostało pod­cze­pione do cią­gnika. Wyjąc sil­ni­kiem, cią­gnął je w pod­sko­kach po nie­rów­nym grun­cie.

Rosja­nie skró­cili ogień swo­jej arty­le­rii i prze­nie­śli go teraz bli­żej wła­snych pozy­cji. Eks­plo­zje cięż­kich, wypeł­nio­nych sil­nym mate­ria­łem wybu­cho­wym poci­sków kła­dły się coraz bli­żej nas, roz­ry­wa­jąc się pomię­dzy naszymi naj­bar­dziej wysu­nię­tymi do przodu pod­od­dzia­łami. Erup­cje nad­la­tu­ją­cych poci­sków trzę­sły zie­mią i wyda­wane komendy można było dosły­szeć tylko z wiel­kim wysił­kiem.

7 kom­pa­nia, po naszej lewej stro­nie, uwi­kłała się w ciężki bój. Gdy posu­wa­li­śmy się do przodu, Rosja­nie opusz­czali swoje sta­no­wi­ska i ucie­kali przez pole psze­nicy w stronę Kahar­łyka, odle­głego o około pięć­set metrów. W się­ga­ją­cym do pasa zbożu, strzelcy kara­bi­nów maszy­no­wych, chcąc mieć czy­ste pole ostrzału, strze­lali ze swo­ich MG-34 w pozy­cji sto­ją­cej, opie­ra­jąc broń na ramio­nach kole­gów z obsługi. Wielu Rosjan zostało tra­fio­nych seriami broni maszy­no­wej, prze­wra­ca­jąc się na zie­mię i zni­ka­jąc w psze­nicy.

Kawa­łek dalej wpa­dli­śmy pod spo­ra­dyczny ogień kara­bi­nowy pro­wa­dzony przez grupę Rosjan, któ­rzy potem się pod­dali i nad­bie­gli w naszą stronę z pod­nie­sio­nymi rękami. Na ich twa­rzach wyraź­nie było widać zmę­cze­nie i strach.

Cel na dzi­siej­szy dzień -?nasyp linii kole­jo­wej przed wsią -?został osią­gnięty. W ciągu sze­ściu godzin cięż­kiej walki zdo­byto dwa­na­ście kilo­me­trów terenu. Nie mogłem opę­dzić się od myśli, jak bar­dzo nie­istotne jest te dwa­na­ście kilo­me­trów na mapie prze­past­nego kraju, gdzie od świtu do nocy przed oczami cią­gnęły się po hory­zont puste pola. Zasta­na­wia­łem się, ile jesz­cze bojów o kolejne tuziny kilo­me­trów czeka nas pod­czas naszego mar­szu, coraz dalej od zacho­dzą­cego słońca.

Natknę­li­śmy się na jed­nego z naszych zabi­tych, leżą­cego bez ruchu w pyle drogi, z heł­mem wciąż sta­ran­nie zapię­tym pod brodą i nie­wi­dzą­cymi oczami wpa­trzo­nymi w niebo.

Rosyj­scy jeńcy zostali szybko zatrud­nieni przy prze­no­sze­niu ran­nych na punkt opa­trun­kowy. Eskor­to­wana przez naszych lekko ran­nych, masze­ru­ją­cych skra­jem drogi, godna poża­ło­wa­nia kolumna popeł­zła na tyły w kie­runku punktu zbor­nego 2 bata­lionu.

Takim oto spo­so­bem nasz pułk doświad­czył swo­jego pierw­szego boju z nie­przy­ja­cie­lem oraz poniósł swoje pierw­sze straty. Nie prze­peł­niała nas radość ze zwy­cię­stwa i uczu­cie pod­nie­ce­nia szybko z nas wypa­ro­wało, zastą­pione przez smu­tek i prze­możną chęć opusz­cze­nia tego miej­sca. Do tej pory nie doświad­czy­li­śmy jesz­cze praw­dzi­wych efek­tów nie­koń­czą­cej się walki, która spra­wia, że wszyst­kie dotych­cza­sowe więzi łączące czło­wieka z rodziną i jego krę­giem kul­tu­ro­wym zostają nie­uchron­nie wyparte przez poczu­cie bli­sko­ści z towa­rzy­szami broni. To miało dopiero nadejść w tygo­dniach, mie­sią­cach i latach, które nas cze­kały. Przy oka­zji, dzien­ni­ka­rze przy­dzie­leni do kom­pa­nii pro­pa­gan­do­wej napi­szą barwne rela­cje z wyda­rzeń i nie omiesz­kają dodać, że pole­gli i ranni speł­nili swój obo­wią­zek w służ­bie ojczy­zny i Führera.

Obsługa naszego działka została wyzna­czona do peł­nie­nia roli osłony. Kiedy zapadł zmierzch, usta­wi­li­śmy działo przy dro­dze w pobliżu pozy­cji obron­nych bata­lionu. Poje­dyn­cze wybu­chy poci­sków moź­dzie­rzo­wych nio­sły się echem ponad polem psze­nicy i spra­wiały wra­że­nie, iż gonią za słoń­cem, toną­cym powoli na zacho­dzie, od strony Nie­miec. Nasze myśli towa­rzy­szyły opusz­cza­ją­cej się za hory­zont pło­mie­ni­stej kuli, któ­rej blask prze­bi­jał się przez wie­czorną mgiełkę. Myśle­li­śmy o naszej ojczyź­nie, którą zosta­wi­li­śmy tysiąc pięć­set kilo­me­trów za sobą.

Front nie chciał zasnąć tej nocy. Pod­od­działy zwia­dow­cze obu stron były w cią­głym ruchu, prze­my­ka­jąc w ciem­no­ści i pró­bu­jąc wyma­cać pozy­cje prze­ciw­nika. Raz za razem ogień rosyj­skiego Mak­sima rwał ciem­ność i zawsze odpo­wia­dał mu stu­kot naszego szpan­dała, do któ­rego szybko dołą­czał bez­ładny ogień kara­bi­nowy. Cza­sem po polu niósł się huk eks­plo­zji gra­na­tów i ostre wystrzały pisto­le­tów maszy­no­wych, a wtedy linie obronne przez dłuż­szy czas roz­świe­tlały skwier­czące, wzla­tu­jące w niebo flary. Nad ranem wyco­fano nas z linii i prze­rzu­cono dwa kilo­me­try dalej na połu­dnie, gdzie szy­ko­wano nowy atak.

2 sierp­nia zapa­mię­ta­li­śmy odmianę w mono­ton­nym wyży­wie­niu opar­tym na suchym pro­wian­cie. Ugo­to­wa­li­śmy sobie ziem­niaki, świeżo nako­pane w jakiejś bez­i­mien­nej ukra­iń­skiej wsi. Oberschütze Fehr zdą­żył już osku­bać kurę, którą zje­dli­śmy z ziem­nia­kami i obra­nymi ze skórki ogór­kami.

W odle­gło­ści kil­ku­set metrów, na pod­jeź­dzie do wsi, na małym wzgórku stał wypa­lony trans­por­ter pół­gą­sie­ni­cowy, nale­żący do kaprala Aignera. W cza­sie wczo­raj­szej walki wje­chał pro­sto na dobrze zama­sko­wane pole minowe, na któ­rym trzech żoł­nie­rzy z obsługi działa spo­tkało swoją śmierć. Dwóch zgi­nęło natych­miast, zaś Aigne­rowi mina urwał obie nogi i zmarł jesz­cze tej samej nocy na punk­cie medycz­nym. Widać stąd było ich hełmy, zło­żone razem pod brzo­zo­wym krzy­żem; ich mogiła dopi­sała się do rosną­cej liczby strat, któ­rymi nie­miecka armia pła­ciła za wojnę w Związku Radziec­kim.

Nie­da­leko od ich pro­stego kop­czyka leżał rząd kil­ku­dzie­się­ciu min w drew­nia­nych pudeł­kach, wyko­pa­nych przez sape­rów. Żoł­nie­rze zdą­żyli już wyna­leźć sto­sowną nazwę dla tych śmier­cio­no­śnych, małych pude­łek i nazy­wali je "tru­mien­kami dla dzieci".

W sze­re­gach pie­choty roze­szła się wieść o tym, jak dywi­zyjny kape­lan, Sat­zger, ryzy­ko­wał życie, aby ścią­gnąć kilku ran­nych, któ­rzy leżeli przed pozy­cjami wroga w cza­sie wczo­raj­szego ataku. Dla nas zawsze istotne było, jak trak­tuje się ran­nych, gdyż zda­wa­li­śmy sobie sprawę, że w każ­dej chwili, bez żad­nego ostrze­że­nia możemy dołą­czyć do ich grona.

Wielu żoł­nie­rzy, któ­rzy wcze­śniej nie zdra­dzali takich inkli­na­cji, zaczęło uczest­ni­czyć w obrząd­kach reli­gij­nych, a rosnąca świa­do­mość naszej wła­snej śmier­tel­no­ści spra­wiła, że zaczę­li­śmy doce­niać obec­ność kape­lana. Gdy lista ofiar zaczęła się wydłu­żać, kape­lan, który nie nosił w armii nie­miec­kiej oznak stop­nia woj­sko­wego, zaczął odgry­wać coraz istot­niej­szą rolę w naszym życiu. Dla wielu -?zbyt wielu -?będzie miał ostat­nie słowo pocie­chy i będzie ostat­nim, który udzieli im wspar­cia zanim i oni umrą od śmier­tel­nych ran.

Z każ­dym dniem nasze linie zaopa­trze­nia sta­wały się coraz bar­dziej roz­cią­gnięte, a kiedy nasz impet wyha­mo­wał, zaczę­li­śmy w coraz więk­szym stop­niu doświad­czać spo­ra­dycz­nych ostrza­łów arty­le­ryj­skich. Któ­re­goś razu odła­mek poci­sku zerwał moją maskę prze­ciw­ga­zową wraz z saperką, dziu­ra­wiąc przy oka­zji moją bluzę, ale poza sinia­kiem na bio­drze obyło się bez zra­nie­nia. Rosyj­skie oddziały osło­nowe wyco­fy­wały się przed naszym nadej­ściem, dokła­da­jąc sta­rań, by spa­lić jak naj­więk­szą liczbę gli­niano-sło­mia­nych chat i pozo­sta­wia­jąc za sobą wiecz­nie aktywną kadrę snaj­pe­rów, któ­rzy za cenę wła­snego życia powoli wyry­wali z naszych sze­re­gów śmier­telną daninę krwi.

3 sierp­nia więk­szą część nocy spę­dzi­li­śmy leżąc pośrodku pola rzepy. Plu­ton roz­po­znaw­czy usta­lił ponad wszelką wąt­pli­wość, iż nie­znisz­czony koł­choz, poło­żony w odle­gło­ści około pół kilo­me­tra od nas, nie był zajęty przez nie­przy­ja­ciela, więc we wcze­snych godzi­nach przed świ­tem prze­nie­śli­śmy się do małego sku­pi­ska chat. Kom­pa­nijna kuch­nia pode­słała do przodu tro­chę gorą­cej kawy oraz chleb ze smal­cem. Obsada naszego działa zajęła dla sie­bie jedną z cha­łup, w któ­rej zasła­li­śmy gli­nianą pod­łogę sia­nem i drze­ma­li­śmy tam przez kilka godzin, zado­wo­leni, że nie leżymy gdzieś w ciem­no­ści pośród rzepy.

Następ­nego dnia posu­wa­li­śmy się jesz­cze dalej na wschód aż do momentu, kiedy nasza wysu­nięta szpica dotarła do sze­ro­kiego Dnie­pru. Gdy zbli­ża­li­śmy się do brze­gów rzeki mie­li­śmy wra­że­nie, że gigan­tyczna masa wojsk wcho­dzą­cych w skład sowiec­kiej armii wypa­ro­wała i że zwy­cię­stwo wydaje się pewne.

Przez całe tygo­dnie nasz usta­lony porzą­dek skła­dał się z nie­koń­czą­cych się prze­mar­szów, prze­ry­wa­nych tylko spo­ra­dycz­nym opo­rem nie­wiel­kich gru­pek sowiec­kich maru­de­rów, któ­rych prze­ga­niała nasza awan­garda. Napo­ty­kane co jakiś czas trupy nie­przy­ja­ciół nie budziły już więk­szego zain­te­re­so­wa­nia, zaś widok nie­odmien­nie pod­no­szą­cych się z ziemi i pod­cho­dzą­cych do nas z unie­sio­nymi rękami jeń­ców cał­kiem spo­wsze­dniał. Naj­czę­ściej po pro­stu ich roz­bra­jano i ruchem ręki kie­ro­wano na tyły, czę­sto bez żad­nej eskorty, aby tam zajęły się nimi nasze tyłowe oddziały.

Wie­czór 5 sierp­nia zastał nas na nowo pobu­do­wa­nych sta­no­wi­skach obron­nych pod wsią Prucki Wiel­kie. Zło­wiesz­czy grzmot cięż­kiej nawały nie milkł nawet na chwilę, gdy nasza arty­le­ria kon­ty­nu­owała ostrzał pozy­cji nie­przy­ja­ciela gdzieś za linią hory­zontu. Przez całą noc ner­wowo wycze­ki­wa­li­śmy momentu ataku, który miał się roz­po­cząć następ­nego ranka.

Ruszy­li­śmy do przodu dokład­nie za dzie­sięć szó­sta, mając za cel Dniepr. Bate­rie naszej arty­le­rii strze­lały poci­skami dym­nymi i burzą­cymi na góru­jące nad oko­licą wzgó­rze, ozna­czone jako wzgó­rze 197. Z miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­li­śmy, widać było sowiecką pie­chotę ucie­ka­jącą w chmu­rach dymu, zasła­nia­ją­cego pole walki. Jeńcy zeznali póź­niej, że wiele ogar­nię­tych paniką pod­od­dzia­łów ucie­kło, bojąc się, iż w ataku na ich umoc­nie­nia zasto­so­wa­li­śmy gazy bojowe. Fak­tycz­nie, mel­dunki z placu boju potwier­dzały, że w cza­sie naszego ataku nie­przy­ja­ciel­scy żoł­nie­rze zakła­dali maski prze­ciw­ga­zowe.

W ciągu kilku godzin wzgó­rze zostało zajęte przez naszą pie­chotę przy mini­mal­nych stra­tach. Dzie­sięć minut przed siódmą prze­ciw­nik pro­wa­dził dzia­ła­nia opóź­nia­jące, cofa­jąc się na wzgó­rze 160, gdzie sta­wił zacięty opór na przy­go­to­wa­nych sta­no­wi­skach.

Prze­słu­cha­nia wycień­czo­nych jeń­ców potwier­dziły, iż głów­nym czyn­ni­kiem pozba­wia­ją­cym obroń­ców woli walki była silna kon­cen­tra­cja cięż­kiego ognia arty­le­rii. Póź­nym popo­łu­dniem nasze oddziały zostały zaata­ko­wane przez samo­loty sztur­mowe, ale ich naloty spo­wo­do­wały tylko mini­malne znisz­cze­nia.

Ran­kiem 7 sierp­nia mozo­li­li­śmy się nad kopa­niem sta­no­wisk obron­nych w oko­li­cach wsi Bałyka, około stu metrów od brze­gów Dnie­pru. Z naszych pozy­cji roz­po­ście­rał się widok na sze­roką rzekę. W ocze­ki­wa­niu na ataki wro­gich sztur­mow­ców, jak rów­nież dla zabez­pie­cze­nia się przed ostrza­łem ze strony sowiec­kich kano­nie­rek, sta­ra­li­śmy się wgryźć w zie­mię naj­szyb­ciej, jak tylko się dało.

Po paru godzi­nach cięż­kie poci­ski moź­dzie­rzowe, wystrze­li­wane z moni­to­rów manew­ru­ją­cych na Dnie­prze, zaczęły spa­dać na zbo­cza wzgó­rza wokół nas. Działo z pierw­szego plu­tonu pró­bo­wało ostrze­lać jedną z kano­nie­rek, ale bez powo­dze­nia. Wkrótce nasze sta­no­wi­ska roz­cią­gnięte wzdłuż rzeki zna­la­zły się pod ogniem wro­giej arty­le­rii i moź­dzie­rzy. Pomimo naszych gorącz­ko­wych przy­go­to­wań, byli­śmy zmu­szeni do wyco­fa­nia się z naszych sta­no­wisk w celu unik­nię­cia strat, powo­do­wa­nych przez ogień nie­przy­ja­ciela, znaj­du­ją­cego się poza naszym zasię­giem.

W tym sek­to­rze sta­nę­li­śmy naprze­ciwko nie­przy­ja­ciela, który posia­dał prze­wagę w cięż­kiej broni, a nasze wła­sne bate­rie arty­le­rii zostały zobli­go­wane do oszczę­dza­nia amu­ni­cji, co było efek­tem wydłu­że­nia linii zaopa­trze­nio­wych. Głę­bo­kość naszego wła­ma­nia na tereny Związku Radziec­kiego zaczy­nała zbie­rać swoje żniwo i racjo­no­wa­nie amu­ni­cji było pierw­szym prze­ja­wem bra­ków, któ­rych strasz­liwe efekty miały o sobie dać znać w ocze­ku­ją­cych nas zma­ga­niach.

Odle­gły grzmot sto­ją­cych gdzieś daleko cięż­kich dział roz­brzmie­wał sła­bym echem w naszych uszach i został szybko przy­tłu­miony rykiem poci­sków roz­ry­wa­ją­cych się w otwar­tym tere­nie. Wie­czór przy­niósł nowe ataki ze strony "Szczu­rów"4 lata­ją­cych nisko nad naszymi pozy­cjami i prze­la­tu­ją­cych nam nad gło­wami w spo­sób, który nie przy­po­mi­nał żad­nego sko­or­dy­no­wa­nego nalotu. Pró­bo­wa­li­śmy odpę­dzić je ogniem kara­bi­nów i erka­emów, ale bez powo­dze­nia.

Któ­re­goś wie­czoru obser­wo­wa­łem dwóch żoł­nie­rzy z bate­rii arty­le­rii, roz­lo­ko­wa­nej poni­żej nas, któ­rzy roz­no­sili jedze­nie. Szli wzdłuż niżej poło­żo­nej czę­ści wzgó­rza, kie­ru­jąc się w stronę linii frontu. Pro­wa­dzący niósł na ple­cach cylin­dryczny ter­mos umo­co­wany na szel­kach i widać było, jak wybie­rają drogę na nie­rów­nym grun­cie, brnąc powoli w pofał­do­wa­nym, prze­ora­nym przez poci­ski arty­le­ryj­skie tere­nie, błot­ni­stym i nasiąk­nię­tym wodą po ulew­nych burzach.

Nie­ocze­ki­wa­nie zosta­li­śmy raz jesz­cze zmu­szeni do szu­ka­nia ukry­cia, zasko­czeni przez "Szczura", który wysko­czył z nisko wiszą­cych chmur. Dwie nad­cho­dzące posta­cie rzu­ciły się pod osłonę ściany jed­nej z gli­nia­nych cha­łup na skraju wsi. Samo­lot, prze­la­tu­jąc nam nad gło­wami, prze­je­chał serią z broni maszy­no­wej po wsi i znik­nął w burzo­wej chmu­rze tak samo nagle, jak się poja­wił.

Chwilę póź­niej dwóch żoł­nie­rzy uka­zało się znowu, powoli posu­wa­jąc się obok naszych sta­no­wisk. Czła­pali z tru­dem, grzę­znąc w bło­cie, idąc bli­sko jeden za dru­gim. Bez­wietrzny wie­czór wyraź­nie niósł do nas ich prze­kleń­stwa. Drugi z idą­cych prze­wie­sił kara­bin i wol­nymi rękami z obu stron obej­mo­wał ter­mos, usi­łu­jąc oca­lić to, co zostało z wie­czor­nego posiłku. Sta­lowy pojem­nik był ewi­dent­nie prze­strze­lony poci­skiem z działka pokła­do­wego myśliwca, który prze­wier­cił go na wylot. Gorąca zawar­tość dwoma stru­my­kami lała się na zie­mię z obu stron ter­mosu. W pół­mroku wie­czoru, omi­ja­jąc leje po poci­skach, żoł­nie­rze bro­dzili w błot­ni­stej, roz­ora­nej mazi, kie­ru­jąc się w stronę sta­no­wisk bate­rii i ocze­ku­ją­cych ich towa­rzy­szy. Poty­ka­jąc się, szli do celu, klnąc Iwa­nów. Tego wie­czoru zupa u arty­le­rzy­stów będzie wydzie­lana skąpo, ale jak mało by jej nie było, wciąż będzie o niebo lep­sza od mono­ton­nej "żela­znej racji" kiszki i twar­dego chleba, które czę­sto przy­cho­dziło nam kon­su­mo­wać w cza­sie mar­szu.

Wie­czo­rem 9 sierp­nia ura­czono nas pie­cze­nią wie­przową, dostar­czoną z kuchni polo­wej przez roz­no­si­cieli, a następ­nego ranka ponow­nie ruszy­li­śmy w drogę. Siły pan­cerne nie­przy­ja­ciela podej­mo­wały próby prze­bi­cia się na odcinku zaj­mo­wa­nym przez sąsied­nią dywi­zję i ele­menty 68 i naszej 132 Dywi­zji Pie­choty zostały skie­ro­wane do wzmoc­nie­nia tego sek­tora.

Wymarsz prze­wi­dziano na godzinę ósmą. Przed wyru­sze­niem wydano nam kawę i chleb ze smal­cem. Pomimo mdlą­cego odoru mar­twego konia, któ­rym zala­ty­wało ze skraju drogi, chęt­nie zje­dli­śmy nasz pierw­szy posi­łek od czasu sław­nej pie­czeni z poprzed­niego dnia. W cza­sie naszej krót­kiej prze­rwy prze­le­ciała nad nami for­ma­cja Stu­ka­sów. Mogli­śmy popa­trzeć, jak wyła­mują się z szyku i niczym jastrzę­bie nur­kują na nie­wi­dzialne ofiary. W cza­sie, gdy Stu­kasy zrzu­cały bomby na kolumny rosyj­skich czoł­gów i miej­sca kon­cen­tra­cji oddzia­łów, skry­tych przed naszym wzro­kiem za zało­mami terenu, ich wyjące syreny siały panikę i zamie­sza­nie w sze­re­gach wroga. Grzyby czar­nego dymu pod­no­siły się do nieba, zna­cząc miej­sca, w któ­rych pojazdy padły ofiarą bom­bow­ców nur­kujących.

Rosja­nie wkrótce odpo­wie­dzieli wła­snymi ata­kami z powie­trza. Nie mając czasu na przy­go­to­wa­nie pozy­cji obron­nych, rzu­ci­li­śmy się pod osłonę płyt­kiego zagłę­bie­nia terenu, jed­nakże samo­loty prze­ciw­nika prze­le­ciały obok nas. Kilka bomb spa­dło nam za ple­cami w pobliżu punktu opa­trun­ko­wego, ale obe­szło się bez strat.

12 sierp­nia nasze lot­nic­two doko­nało zrzu­tów amu­ni­cji dla bate­rii arty­le­rii sto­ją­cych na naszych tyłach. W ciągu ostat­nich dni nasza arty­le­ria pro­wa­dziła nie­prze­rwany ogień, odpie­ra­jąc silne sowiec­kie kontr­ataki, a obser­wa­to­rzy lot­ni­czy mel­do­wali, że Rosja­nie pod Kanio­wem wyco­fują swoje siły przez Dniepr i dalej w kie­runku wschod­nim. Nasze jed­nostki pona­wiały ataki, lecz opór nie­przy­ja­ciela stę­żał i nasze zdo­by­cze tere­nowe były nikłe.

Moje działo zajęło sta­no­wi­sko w pobliżu nasypu kole­jo­wego w celu zabez­pie­cze­nia linii kole­jo­wej bie­gną­cej w kie­runku Kaniowa i dalej przez Dniepr. Popo­łu­dnie było na naszym odcinku spo­kojne i wraz z Hart­man­nem wybra­łem się na krótki reko­ne­sans oko­licy.

Za linią kole­jową w kie­runku wschod­nim, na skraju małego zagaj­nika, nagle sta­nę­li­śmy jak wryci, gapiąc się wprost w otwór lufy Mak­sima, usta­wio­nego mniej niż dzie­sięć metrów od nas. Ukryte w cie­niu nisko zwie­sza­ją­cych się gałęzi, odziane w mun­dur koloru khaki i zbry­zgane krwią ciało leżało bez ruchu na łożu ceka­emu, jakby odpo­czy­wa­jąc.

Cicho zwal­nia­jąc bez­piecz­niki naszych pisto­le­tów maszy­no­wych, ostroż­nie posu­nę­li­śmy się do przodu, lustru­jąc wzro­kiem scenę przed nami. Wzdłuż nasypu kole­jo­wego, w nie­rów­nej linii leżało bli­sko sie­bie około trzy­dzie­stu mar­twych Rosjan. Z pozy­cji, w jakich zasty­gli, jasno wyni­kało, iż pod­czas wczo­raj­szych walk wystrzał z czołgu lub ostrzał broni pokła­do­wej samo­lotu zła­pał ten plu­ton flan­ku­ją­cym ogniem, w jed­nej chwili zabi­ja­jąc i raniąc wszyst­kich.

Powoli pod­kra­dłem się, by obej­rzeć pole­głych i dostrze­głem, że mar­twa dłoń jed­nego z tru­pów wciąż ści­skała otwarty opa­tru­nek oso­bi­sty z ban­da­żem w środku. Ciężko ranny Rosja­nin na próżno pró­bo­wał go sobie nało­żyć i nie będąc w sta­nie zaha­mo­wać krwo­toku, umarł tam, gdzie leżał. Jego bluza była odpięta do pasa, a cały mun­dur aż czarny od zakrze­płej krwi ze śmier­tel­nej rany. Mój wzrok prze­śli­zgnął się z pierw­szej postaci i zatrzy­mał się na ciele żoł­nie­rza z naszyw­kami sier­żanta. Pod­ofi­cer trzy­mał w uści­sku jedno z kół łoża Mak­sima, jego nic już nie­wi­dzące oczy wle­pione były w pas z amu­ni­cją w miej­scu, gdzie wcho­dzi do komory ceka­emu. Inny wciąż trzy­mał w swych zim­nych dło­niach kara­bin i opie­rał głowę o zie­mię, jakby spał. Pasek jego oliw­ko­wego hełmu wciąż był sta­ran­nie zapięty pod brodą.

Hart­mann prze­śli­zgnął się koło mnie i powoli pod­szedł do dwóch żoł­nie­rzy leżą­cych bli­sko obok sie­bie. Jeden z nich obej­mo­wał ramie­niem dru­giego, jakby ostat­nim uści­skiem chciał przy­nieść pocie­chę umie­ra­ją­cemu towa­rzy­szowi. Gdy Hart­mann pod­szedł do nich, w powie­trze wzbiła się pro­te­stu­jąca chmara much, prze­ry­wa­jąc śmier­telną ciszę. Pod­sze­dłem do niego, by także spoj­rzeć na kosz­marną scenę.

Cho­dząc cicho po polu tej masa­kry, Hart­mann nagle odwró­cił się i bez słowa prze­szedł obok mnie, kie­ru­jąc się w stronę, z któ­rej przy­szli­śmy. Sta­ran­nie uni­ka­jąc patrze­nia w oczy zabi­tym, szybko posze­dłem w jego ślady.

W tym przy­bytku śmierci tylko drzewa, nie­ru­chome i ciche, wyda­wały się być jedy­nymi świad­kami walki, która roze­grała się w cie­niu leśnej polany. Pomimo, że na prze­strzeni ostat­nich mie­sięcy przy­szło mi wiele razy patrzeć na śmierć, nie­świa­do­mie dla samego sie­bie pozo­sta­łem wciąż wraż­liwy na bru­talną i prze­ra­ża­jącą rze­czy­wi­stość wojny. W owym cza­sie nie wyobra­ża­łem sobie nawet, że po mie­sią­cach i latach stanę się obo­jętny wobec śmierci na polu walki, a sceny, takie jak ta, staną się dla mnie chle­bem powsze­dnim. W mie­sią­cach, które miały nadejść, nasza reak­cja na śmierć, któ­rej będziemy świad­kami, sta­nie się bez­duszna i przy­zwa­la­jąca. Będziemy obma­cy­wać trupy w poszu­ki­wa­niu doku­men­tów, będziemy zbie­rać ich broń i opo­rzą­dze­nie, aby samemu zro­bić z nich uży­tek. Na tym wstęp­nym eta­pie naszego chrztu bojo­wego wciąż byli­śmy obcią­żeni naiw­nymi wyobra­że­niami o współ­czu­ciu dla pole­głych i naszą wła­sną awer­sją do fizycz­nego kon­taktu z okrwa­wio­nymi i roz­szar­pa­nymi cia­łami, roz­rzu­co­nymi tam, gdzie cisnęła je śmierć.

13 sierp­nia zaję­li­śmy byłe rosyj­skie pozy­cje polowe, znaj­du­jące się około dzie­sięć kilo­me­trów na pół­nocny wschód od Kaniowa nad Dnie­prem. Prze­ję­li­śmy dziury, wyryte w gli­nie przez nie­przy­ja­ciela, który zasia­dał na wzgó­rzach zale­d­wie kilka dni temu. Rosja­nie, eks­perci w budo­wie i masko­wa­niu umoc­nień w otwar­tym tere­nie, wyko­nali tam roboty ziemne, pole­ga­jące na wyko­pa­niu okrą­głych, głę­bo­kich do pasa dziur, które roz­sze­rzały się na dnie tak, by można się było tam wygod­nie poło­żyć i swo­bod­nie roz­pro­sto­wać nogi. Glina zna­ko­mi­cie się trzy­mała i była świet­nym mate­ria­łem do drą­że­nia tuneli, więc śmiało ulep­szy­łem swoje sta­no­wi­sko przy pomocy mojej łopatki saper­skiej. Przed naszym ata­kiem, ten kon­kretny dołek strze­lecki musiał zaj­mo­wać Rosja­nin raczej małego wzro­stu.

Stwier­dzi­łem, że pomimo par­nej pogody, która cha­rak­te­ry­zo­wała ukra­iń­skie lato, chłodna zie­mia mojego nowego przy­bytku zapew­nia pewien kom­fort. W swo­jej dziu­rze czu­łem się bez­piecz­nie, w tym zna­cze­niu, że nic nie mogło mi się tam stać szybko czy bez ostrze­że­nia. Ostroż­nie wyczoł­gi­wa­li­śmy się na otwarty teren, by zebrać tro­chę trawy i słomy, któ­rymi zama­sko­wa­li­śmy nasze działko prze­ciw­pan­cerne. O zmierz­chu ktoś przy­tasz­czył wielką naręcz słomy, którą podzie­li­li­śmy na poszcze­gólne obsady dział. Tak zaopa­trzeni, mie­li­śmy nadzieję na spę­dze­nie wygod­nej nocy, o ile, oczy­wi­ście, Iwan nie będzie nas nie­po­koić.

Wie­czorne cie­nie znik­nęły i sza­rówka prze­szła w mrok, pozo­sta­wia­jąc naprze­ciwko nas tylko poszar­pane zarysy nie­rów­nych wzgórz i głę­bo­kich jarów, widoczne po dru­giej stro­nie Dnie­pru. Te głę­bo­kie wąwozy, "bałki", przyj­dzie nam dobrze poznać w cza­sie cze­ka­ją­cych nas bojów.

Nie­przy­ja­ciel ponow­nie zajął pozy­cje obronne w małym lasku w odle­gło­ści około trzy­stu metrów od miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­li­śmy. Po lewej stro­nie zaczy­nała się mała dolinka poro­śnięta brzo­zami i gęstymi zaro­ślami. Robi­łaby wra­że­nie spo­koj­nej samotni, gdyby nie oka­zjo­nalna seria z Mak­sima, który nie­po­koił nas z tam­tego kie­runku. Zosta­wi­li­śmy na straży jed­nego czło­wieka, sku­lo­nego za grubą osłoną pan­cer­nej tar­czy Paka, chro­nią­cej go przed zabłą­kaną kulą z kara­binu maszy­no­wego lub ostrza­łem snaj­pera. Zmie­nia­li­śmy go co godzinę, pod­czas gdy reszta spę­dzała noc w wyło­żo­nych słomą doł­kach.

W natu­rze wojny leży nie­ocze­ki­wane przy­po­mi­na­nie o sobie. Żoł­nierz może przez chwilę ulec fał­szy­wemu poczu­ciu bez­pie­czeń­stwa -?sku­lony w pry­mi­tyw­nym schro­nie obok cie­płego ogni­ska roz­nie­co­nego w zimną noc albo zwi­nięty w oko­pie, śpiąc głę­boko -?by nagle zostać rzu­co­nym w sam śro­dek bez­li­to­snej i bru­tal­nej kon­fron­ta­cji. Raz jesz­cze nasz odpo­czy­nek został prze­rwany przez dwóch żoł­nie­rzy roz­no­szą­cych jedze­nie, któ­rzy wynu­rzyli się z ciem­no­ści przy­no­sząc nie­mile widziane wie­ści, iż znowu mamy zmie­niać sta­no­wi­ska w celu przy­go­to­wa­nia się do kolej­nego ataku nad ranem.

Z dobrze nam już zna­nym uczu­ciem chłodu w żołąd­kach, nie­długo przed pół­nocą opu­ści­li­śmy nasze wygodne dołki strze­lec­kie i już wkrótce pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem mozo­li­li­śmy się nad budową nowych pozy­cji, bar­dziej na prawo, które nale­żało ukoń­czyć przed świ­tem. Przy­pad­kowy, przy­tłu­miony brzęk łopa­tek saper­skich był dobrze sły­szalny dla nie­przy­ja­ciela i gdy pra­co­wa­li­śmy, flary z sykiem wystrze­li­wały w nocne niebo ze skraju pobli­skiego lasku. Raz za razem trzeba było przy­pa­dać do ziemi i leżeć nie­ru­chomo, by skryć się przed Mak­si­mem, który macał ogniem nasze pozy­cje. Kule pruły powie­trze nad naszymi gło­wami, a poci­ski smu­gowe zosta­wiały poma­rań­czowo-czer­wone ślady, wygi­na­jące się i drga­jące w ciem­no­ści.

We wcze­snych godzi­nach ran­nych otrzy­ma­li­śmy wspar­cie w postaci dwóch dział samo­bież­nych, które dud­niąc cięż­kimi gąsie­ni­cami pod­to­czyły się na nasze sta­no­wi­ska. Nasze począt­kowe obawy sku­piały się na tym, iż war­kot ich May­ba­chów nie­po­trzeb­nie przy­cią­gnie uwagę nie­przy­ja­ciela do naszych pozy­cji. Pomimo naszych lęków, ich obec­ność nie sku­piła na nas ognia broni maszy­no­wej, gdyż Rosja­nie naj­praw­do­po­dob­niej nie chcieli ujaw­niać swo­ich sta­no­wisk pojaz­dom pan­cer­nym.

Nasz atak roz­po­czął się 14 sierp­nia o godzi­nie pięt­na­stej. Po dzie­się­cio­mi­nu­to­wej nawale arty­le­ryj­skiej, którą moź­dzie­rze poło­żyły na las, wysu­nięte grupy sztur­mowe posu­nęły się na odle­głość stu metrów od linii drzew. Wtedy ogień otwo­rzył rosyj­ski czołg, ukryty na lewym skrzy­dle. Został zauwa­żony przez jedno ze wspie­ra­ją­cych nas dział sztur­mo­wych i po krót­kiej wymia­nie ognia zapa­lił się. Nasze cięż­kie kara­biny maszy­nowe i moź­dzie­rze ostrze­li­wały skraj lasu, pró­bu­jąc przy­du­sić wszę­do­byl­skich snaj­pe­rów i dołą­czy­li­śmy do nich, strze­la­jąc z naszego Paka po koro­nach drzew poci­skami odłam­ko­wymi.

Po znisz­cze­niu nie­przy­ja­ciel­skiego czołgu nasz atak posu­nął się głę­biej w las. Pomimo naszych obaw z zeszłego wie­czoru, teraz wspar­cie cięż­kich dział samo­bież­nych doda­wało nam otu­chy. Pozy­cję wro­giego czołgu mogli­śmy okre­ślić po kłę­bach czar­nego dymu, bucha­ją­cych z pło­ną­cej wieży pojazdu. Usły­sze­li­śmy pogło­ski, ze zanim został wykryty i znisz­czony, zdo­łał przy­spo­rzyć jed­nej z kom­pa­nii spo­rych strat.

To była ostat­nia prze­szkoda na dro­dze do Kaniowa. Mimo, że osią­gnę­li­śmy wyzna­czone cele, po otrzy­ma­niu posił­ków ponow­nie naka­zano nam ruszać do przodu. O godzi­nie osiem­na­stej atak został wzno­wiony.

Nasze zaprzod­ko­wane działo pod­ska­ki­wało za cią­gni­kiem, jadąc w kie­runku mia­sta po śla­dach sztur­mo­wej kom­pa­nii pie­choty, kiedy to nagle wpa­dli­śmy pod flan­ku­jący ogień, pro­wa­dzony z polo­wych pozy­cji nie­przy­ja­ciela. Prze­ciw­nik, odcze­kaw­szy w ukry­ciu aż przej­dzie nasza szpica, otwo­rzył teraz do naszego plu­tonu ogień z broni ręcz­nej i kule zaczęły gwiz­dać nam nad gło­wami i bęb­nić w cienki pan­cerz naszego cią­gnika. I w tej wła­śnie chwili sil­nik Che­ni­lette'a zadła­wił się i pojazd sta­nął bez ruchu pod gra­dem kul.

Z walą­cymi ser­cami chwy­ci­li­śmy za pisto­lety maszy­nowe i kara­biny, despe­racko poszu­ku­jąc ukry­cia. Świa­do­mość, że ostrzał zła­pał nas w otwar­tym tere­nie, napeł­niała nas prze­ra­że­niem. Nasz kaemi­sta, Robert, z któ­rym słu­ży­łem jesz­cze od cza­sów rekruc­kich, chwy­cił swój MG-34 i pode­rwaw­szy się na równe nogi pognał przed sie­bie, tasz­cząc broń pod pachą. Biegł w kie­runku bły­sków wystrza­łów, ujaw­nia­ją­cych poło­że­nie sta­no­wisk wroga, nie zatrzy­mu­jąc się i strze­la­jąc z bio­dra seriami.

Kom­plet­nie zasko­czeni tym sztur­mem, nie­któ­rzy Rosja­nie pod­no­sili się i poty­ka­jąc się, szli w naszym kie­runku z rękoma unie­sio­nymi w górę. Na moment dostrze­gli­śmy Roberta, który, zanim znik­nął za nie­rów­no­ścią terenu, strze­lał seriami do gru­pek Rosjan wciąż sta­wia­ją­cych opór. Bły­ska­wicz­nie odcze­pi­li­śmy Paka, przy­go­to­wu­jąc go do strzału, jed­nakże nie wie­dząc, w któ­rym miej­scu znaj­duje się Robert, byli­śmy zmu­szeni wstrzy­mać się z otwar­ciem ognia.

Z pisto­le­tami maszy­no­wymi i kara­bi­nami przy­go­to­wa­nymi do strzału, prze­su­nę­li­śmy się na nie­wiel­kie wznie­sie­nie, na któ­rego szczy­cie zna­leź­li­śmy Roberta leżą­cego przy swoim MG. Jedna, jedyna kula prze­szyła mu klatkę pier­siową, tra­fia­jąc w serce. Kula wyszła ple­cami i z rany szkar­łat­nym stru­mie­niem pły­nęła krew. Hart­mann ukląkł przy bez­wład­nym ciele, odwró­cił je ostroż­nie na plecy i potwier­dził, że Robert nie żyje. Chwy­cił sznu­rek, na któ­rym zawie­szony był nie­śmier­tel­nik, roz­ła­mał go na pół wzdłuż per­fo­ro­wa­nej linii, po czym roz­piął jego bluzę, by zabrać ksią­żeczkę woj­skową i zega­rek. W pół­mroku gapi­li­śmy się na oczy, utkwione w nie­bie, w któ­rych szo­kiem zamarło pyta­nie: "Dla­czego muszę teraz umie­rać? Dla­czego?"

Ciem­ność skryła nas, gdy nie­śli­śmy ciało z powro­tem na nasze sta­no­wi­sko. Doświad­cze­nia ostat­nich tygo­dni teraz wła­śnie przy­tło­czyły moje myśli i przed oczami sta­nęły mi rzędy przy­droż­nych mogił, pozo­sta­wio­nych gdzieś za nami. Po raz pierw­szy w moim doro­słym życiu szlo­cha­łem po stra­cie wyjąt­kowo bli­skiego przy­ja­ciela. Następ­nego dnia dowódca kom­pa­nii napi­sał listy do rodzin pię­ciu żoł­nie­rzy, któ­rzy pole­gli w naszych ostat­nich bojach z sowiecką armią.

17 sierp­nia płyt­kie pie­czary wyryte w ścia­nach wąwozu zapew­niły nam osłonę przed ata­kami myśliw­ców bom­bar­du­ją­cych. Dotar­li­śmy do wyso­kiego, zachod­niego brzegu Dnie­pru i zna­leź­li­śmy się w zasięgu nie­sko­or­dy­no­wa­nego ostrzału ze strony sowiec­kiej arty­le­rii, ukry­tej na wschod­nim brzegu rzeki. Na połu­dniowy wschód od nas leżało mia­steczko Kaniów, w któ­rym na wschod­nią stronę Dnie­pru pro­wa­dził most kole­jowy. Wraz ze zdo­by­ciem tej rubieży prze­ję­li­śmy ostat­nią lądową drogę odwrotu, którą Rosja­nie usi­ło­wali wyko­rzy­stać ostat­niej nocy w celu dal­szego wyco­fa­nia się na wschód. We wcze­snych godzi­nach ran­nych drobne grupki żoł­nie­rzy prze­ciw­nika pró­bo­wały ucie­kać na drugą stronę rzeki łodziami. W nocy sły­chać było spo­ra­dyczne wystrzały z broni ręcz­nej. To umy­ka­jący Rosja­nie wpa­dali pod ogień naszych szpe­ra­ją­cych oddzia­łów zwia­dow­czych.

W nasze ręce wpa­dły ogromne ilo­ści wypo­sa­że­nia i pojaz­dów, w tym wiele ame­ry­kań­skich cię­ża­ró­wek Forda. Nie­da­leko jaru zna­leź­li­śmy dwa porzu­cone, za to cał­ko­wi­cie sprawne czołgi T-34. Były gotowe do boju i miały pełen kom­plet amu­ni­cji. Wspię­li­śmy się na czołgi, na próżno poszu­ku­jąc cze­goś, co mogłoby być dla nas przy­datne.

Przez kilka dni cier­pia­łem na ostrą bie­gunkę i wkrótce cał­ko­wi­cie obez­wład­nił mnie potworny ból głowy połą­czony z dresz­czami i sil­nymi skur­czami żołądka. Zaraz po tym poja­wiła się gorączka, więc roz­ka­zano mi, abym wraz z kil­koma lekko ran­nymi udał się na tyły do punktu medycz­nego.

Po dro­dze mija­li­śmy pole boju z poprzed­niego dnia. Naszym zmę­czo­nym oczom małe zagłę­bie­nia terenu, poro­śnięte krze­wami i brzo­zami, wyda­wały się pełne spo­koju, niczym nie­zdra­dza­jące, iż działy się tu tak kosz­marne wyda­rze­nia. Poza poje­dyn­czymi lejami i przy­pad­ko­wymi bli­znami po odłam­kach nie było widać śla­dów wojny, która prze­szła po tej ziemi.

U stóp dłu­giego wzgó­rza prze­szli­śmy obok trzech pro­stych, brzo­zo­wych krzyży, przy­ozdo­bio­nych zie­le­nią i polnymi kwia­tami. Pod świeżo usy­pa­nym kop­czy­kiem, pod wspól­nym krzy­żem, wraz ze swymi towa­rzy­szami spo­czy­wał mój przy­ja­ciel Robert, zawi­nięty w ćwiartkę namio­to­wej płachty. Jego sza­ro­zie­lony hełm zatknięty był na krzyżu, wska­zu­jąc miej­sce pośród zmar­łych.

Szybko odwró­ci­łem myśli od mogił, gdy tylko w oczach, gdzieś z tyłu, powró­ciło bole­sne pul­so­wa­nie. W mali­gnie gorączki kuś­ty­ka­li­śmy przez nasze wysu­nięte pozy­cje, opusz­czone trzy dni wcze­śniej. Wypa­lony wrak czołgu był dobrym punk­tem orien­ta­cyj­nym.

Jakieś sto metrów dalej natknę­li­śmy się na zata­cza­jącą się postać ze zwi­sa­ją­cymi rękoma i roz­chwia­nym cia­łem. Dwóch z nas zdjęło z ramion kara­biny i pode­szło na tyle bli­sko, iż pod war­stwami kurzu i brudu roz­po­znało okrwa­wiony rosyj­ski mun­dur. Gim­na­stiorka żoł­nie­rza, pozba­wiona pasa, wisiała luźno na jego ciele. Pod­sze­dłem do niego i chwy­ci­łem go za ramię, patrząc w twarz o wyglą­dzie per­ga­minu, nale­żącą do czło­wieka w wieku około dwu­dzie­stu ośmiu lat. Szczu­pła twarz odpo­wie­działa mi nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem sze­roko otwar­tych oczu. "Oczy sza­leńca", pomy­śla­łem w duchu. Zakrzep­nięta krew na jego szyi i tuło­wiu pozwa­lała mi wysnuć wnio­sek, że otrzy­mał ciężki postrzał w głowę. Szara masa mózgowa ster­czała z gładko ogo­lo­nej głowy. Chmara much roiła się wokół rany, pokry­tej sko­rupą czar­no­czer­wo­nej krwi i było oczy­wi­ste, iż kula lub odła­mek poci­sku ode­rwał mu część czaszki już kilka dni temu; musiał zatem leżeć w zaro­ślach nie­przy­tomny i ock­nął się nie­długo przed naszym nadej­ściem. Dwóch z nas chwy­ciło go pod ramiona i popro­wa­dziło razem z nami w kie­runku punktu medycz­nego, usi­łu­jąc go pod­trzy­mać, kiedy tak poty­kał się, nie mogąc odzy­skać rów­no­wagi.

Poprzez mgłę bólu zare­je­stro­wa­łem bate­rię arty­le­rii, cią­gniętą przez konie, która zatrzy­mała się obok nas w chmu­rze kurzu. Kilku arty­le­rzy­stów pomo­gło nam wdra­pać się na jasz­cze. Dali nam wody ze swo­ich manie­rek, a żoł­nierz w rosyj­skim khaki, usa­dzony cia­sno mię­dzy nami, zaczął się jąkać. W skrze­ko­cie jego głosu mogłem wychwy­cić słowo "Woti!" (wody).

Wyczer­pani, dotar­li­śmy do punktu medycz­nego, gdzie zza zasłony gorączki obser­wo­wa­łem, jak zaj­mo­wano się ran­nymi, któ­rzy mi towa­rzy­szyli i jak ban­da­żo­wano głowę Rosja­ni­nowi. Dano mi pewną ilość table­tek, zaś ofi­cer medyczny stwier­dził, że ter­mo­metr wska­zuje u mnie tem­pe­ra­turę 39,8 stop­nia Cel­sju­sza. Następ­nie dano mi kubek cie­płej her­baty i sani­ta­riusz odpro­wa­dził mnie na wymosz­czone słomą łózko w budynku byłej szkoły.

Nie obu­dzi­łem się aż do popo­łu­dnia następ­nego dnia, prze­spaw­szy jed­nym cią­giem osiem­na­ście godzin. Czu­jąc się wyspany i odświe­żony, zosta­łem ura­czony posił­kiem, skła­da­ją­cym się z porząd­nej por­cji zupy gro­cho­wej i gru­bo­ziar­ni­stego czar­nego chleba, który łap­czy­wie pochło­ną­łem. Roz­glą­da­jąc się wokół, stwier­dzi­łem z zasko­cze­niem, że oko­lica jest nie­malże pusta; ran­nych pacjen­tów punktu medycz­nego już tam nie było. Albo ich ewa­ku­owano, albo zdia­gno­zo­wano jako na tyle zdro­wych, by mogli wra­cać do swo­ich jed­no­stek. Na miej­scu pozo­stała tylko nie­wielka liczba cho­rych żoł­nie­rzy, któ­rymi opie­ko­wał się młody sani­ta­riusz, ten sam, który poma­gał mi przy przy­jeź­dzie. Poin­for­mo­wał mnie, że wcze­snym ran­kiem ciężko ranni zostali prze­trans­por­to­wani, a woj­skowy lekarz bez powo­dze­nia pró­bo­wał mnie dobu­dzić.

Następ­nego ranka moja gorączka znik­nęła i naka­zano mi wra­cać do mojej kom­pa­nii. Po podróży przy­god­nymi cię­ża­rów­kami i wozami kon­nymi, udało mi się zlo­ka­li­zo­wać moje działo wraz z obsługą. Oka­zało się, że pod­czas mojej nie­obec­no­ści raz jesz­cze posłano ich do akcji prze­ciwko nie­przy­ja­cie­lowi, który chwi­lowo prze­rwał się w oko­licy Kaniowa.

Rozdział 2 -?Przez Dniepr

Roz­dział 2 Przez Dniepr

Obraz obszar­pa­nych osob­ni­ków... pod­cho­dzą­cych do naszych sta­no­wisk z unie­sio­nymi w górę rękami stał się codzien­nym wido­kiem...

26 SIERP­NIA cały wolny czas, jakim dys­po­no­wa­li­śmy, poświę­ci­li­śmy na roz­bu­dowę naszych pozy­cji. Nad­mier­nie roz­cią­gnięty sek­tor, który przy­dzie­lono naszej dywi­zji, dawał nie­przy­ja­cie­lowi moż­li­wość lądo­wa­nia w kilku miej­scach, ale na szczę­ście nasza ciężka broń była w sta­nie zapew­nić ogień zapo­rowy i osło­nowy w razie ataku.

Nocą 28 sierp­nia prze­su­nę­li­śmy się pod Cho­do­rów nad Dnie­prem, aby wzmoc­nić kom­pa­nię arty­le­rii, która zaj­mo­wała ważne wzgó­rze na pierw­szej linii. Góro­wało ono nad oby­dwoma brze­gami rzeki i było obsa­dzone przez nie­liczne, roz­pro­szone siły. Sama wio­ska leżała przy grun­to­wej dro­dze w miej­scu, gdzie zbie­gały się dwa wąwozy; pry­mi­tywne, poje­dyn­cze cha­łupy stały roz­rzu­cone wzdłuż całego jaru aż do rzeki. Z miej­sca, w któ­rym stało nasze działo, widok na rzekę zasła­niały nam drzewa, krza­cza­ste żywo­płoty i siel­skie gli­niane chaty o sło­mia­nych dachach i bie­lo­nych ścia­nach. Za główny punkt orien­ta­cyjny słu­żył duży, rzu­ca­jący się w oczy budy­nek z kamie­nia. Przed naszą nie­ocze­ki­waną i nie­pro­szoną wizytą peł­nił zapewne rolę wiej­skiej szkoły. Mniej niż sto metrów od naszego sta­no­wi­ska, pod stro­mym i wyso­kim brze­giem leni­wie pły­nęła rzeka, tocząc swe wody nikt nie wie dokąd, zaś na wschod­nim skraju wio­ski znaj­do­wało się pole obsa­dzone pomi­do­rami. Z brzegu dobrze było widać spory odci­nek rzeki, która opły­wała nie­wielką grupę wyse­pek. Wschodni brzeg był gęsto poro­śnięty krze­wami i drze­wami. Pła­ska wysepka, wprost naprze­ciwko nas, pokryta była bujną roślin­no­ścią, która sku­tecz­nie skry­wała wszelką obec­ność Sowie­tów.

Nasza arty­le­ryj­ska kom­pa­nia wspar­cia, ulo­ko­wana na góru­ją­cym nad oko­licą wznie­sie­niu, była oko­pana w pobliżu koł­chozu, w któ­rym hodo­wano pomi­dory i skąd roz­cią­gał się dosko­nały widok na tery­to­rium zajęte przez wroga. Miej­sca, gdzie kon­cen­tro­wały się oddziały prze­ciw­nika można było odróż­nić po pio­no­wych smuż­kach dymu, wzno­szą­cych się z licz­nych ognisk, na któ­rych goto­wano jedze­nie. Nasza arty­le­ria pod­trzy­my­wała aktyw­ność, podej­mu­jąc próby zakłó­ce­nia dostaw zaopa­trze­nia prze­ciw­nika poprzez spo­ra­dyczny ostrzał dróg, nie­wi­docz­nych dla naszych oczu. Poza tym na fron­cie było spo­koj­nie.

Jakiś czas po naszym przy­by­ciu sie­dzie­li­śmy przed jedną z cha­łup. Z wewnętrz­nej kie­szeni bluzy, jej zwy­cza­jo­wego miej­sca, wyją­łem moją har­mo­nijkę ustną. Gdy zaczą­łem wygry­wać ludowe pio­senki, szybko oto­czyła mnie gro­madka cywi­lów, któ­rzy poja­wili się przed nami niczym duchy, wynu­rza­jąc się z oko­licz­nych zabu­do­wań. Melo­dia "Nie­ogo­lony i daleko od domu" oży­wiła publicz­ność, która klasz­cząc w dło­nie, odśpie­wała swoją pio­senkę ludową "Stieńka Razin". Kobiety i dziew­częta, ubrane w jaskrawe chu­sty, kiwały gło­wami w takt melo­dii, a męż­czyźni i chłopcy przy­tu­py­wali na rosyj­skiej gli­nie przy dźwię­kach nie­miec­kiej har­mo­nijki.

Po godzi­nie nad­szedł roz­kaz dowódcy plu­tonu prze­ciw­pan­cer­nego, aby roz­ście­lić słomę w budynku maga­zynu, który miał być użyty jako kwa­tera. Zawie­dzeni, iż nie będziemy spać w wol­no­sto­ją­cych cha­tach, nie­chęt­nie pod­po­rząd­ko­wa­li­śmy się roz­kazowi. Wielu z nas czuło się, jakby wpa­dło w pułapkę, ponie­waż budy­nek miał tylko jedno wej­ście i stał w samym środku wsi, co nie zapew­niało czy­stego pola ostrzału w żadną stronę. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku wole­li­by­śmy obo­zo­wać po chmurką, do czego byli­śmy przy­zwy­cza­jeni.

Nasze działo pozo­sta­wało pod­cze­pione do cią­gnika dwa­dzie­ścia czy trzy­dzie­ści metrów od nas, ukryte w kępie drzew. Wyzna­czy­li­śmy warty, by czu­wały przy poje­dyn­czych drzwiach naszych "koszar". Po bez­chmur­nym dniu przy­szła chłodna let­nia noc i około trzy­dzie­stu z nas roz­ło­żyło się w zaim­pro­wi­zo­wa­nej kwa­te­rze, gdzie szybko pogrą­ży­li­śmy się w głę­bo­kim śnie.

Tuż przed świ­tem ze snu wyrwały nas nagłe deto­na­cje gra­na­tów ręcz­nych, rwą­cych się w pobliżu naszego maga­zynu. Seria z pisto­letu maszy­no­wego zastu­kała o drew­nianą, tylną ścianę budynku, a war­tow­nik wpadł przez drzwi w ciemne wnę­trze, krzy­cząc:

"Rosja­nie tu są! Rosja­nie tu są!"

Wsko­czy­łem w buty, chwy­ci­łem moje opo­rzą­dze­nie i ładow­nice i wraz z Hart­man­nem i kil­koma innymi kole­gami rzu­ci­łem się do jedy­nego wyj­ścia. Wierni wyuczo­nej dys­cy­pli­nie nie­miec­kiego Wehr­machtu, naj­pierw pomy­śle­li­śmy o naszym Paku, więc ruszy­li­śmy w jego stronę, poty­ka­jąc się w ciem­no­ści. Kątem oka dostrze­głem roz­ża­rzony węgie­lek, lecący łukiem w naszym kie­runku od strony stru­mie­nia i natych­miast roz­po­zna­łem palący się lont gra­natu ręcz­nego. Instynk­tow­nie dałem nura pod cią­gnik, a gra­nat eks­plo­do­wał sekundę póź­niej, nie robiąc nikomu szkody.

Żoł­nie­rze, któ­rzy na początku zaska­ku­ją­cego ataku zdo­łali zgro­ma­dzić się w oko­licy działka Hart­manna, teraz otwie­rali ogień z kara­bi­nów i pisto­le­tów maszy­no­wych, klę­cząc za cią­gni­kiem lub leżąc wprost na ziemi. Dwa gra­naty, które mia­łem przy pasie, prze­rzu­ci­łem sze­ro­kim łukiem nad cią­gni­kiem, ciska­jąc je w stronę brzegu stru­mie­nia. Hart­mann doło­żył trzeci, rzu­ca­jąc go do wąwozu.

Gdy zdu­si­li­śmy ogień wroga, trzask rosyj­skich pisto­le­tów maszy­no­wych przy­cichł i od strony stru­mie­nia nie rzu­cano już wię­cej gra­na­tów. W mię­dzy­cza­sie z maga­zynu wybie­gło wię­cej ludzi z naszego plu­tonu i teraz pró­bo­wało do nas dołą­czyć. W miej­scu, w któ­rym znaj­do­wał się drew­niany most, około stu metrów od nas, roz­pę­tała się nowa strze­la­nina.

Nagle ujrze­li­śmy dowódcę plu­tonu, który prze­bie­ga­jąc obok nas, krzyk­nął; "Jestem ranny!", po czym znik­nął w ciem­no­ści obok maga­zynu. Korzy­sta­jąc z prze­rwy w strze­la­ni­nie, odcze­pi­li­śmy działko prze­ciw­pan­cerne i roz­po­czę­li­śmy ostrzał gęstych krze­wów wzdłuż stru­mie­nia, gdzie wciąż można było dostrzec bły­ski wystrza­łów rosyj­skiej broni. Dosko­nale sły­chać było kule, ude­rza­jące o tar­czę ochronną naszego Paka, ale parę tuzi­nów poci­sków odłam­ko­wych uci­szyło ogień nie­przy­ja­ciela i Rosja­nie zaprze­stali dal­szych ata­ków.

Wszystko trwało nie dłu­żej niż dzie­sięć minut. Hart­mann i ja pobie­gli­śmy do maga­zynu, w któ­rym leżał porucz­nik z prze­strze­lo­nym udem. Cho­ciaż sani­ta­riusz wła­śnie go ban­da­żo­wał, rana bar­dzo mocno krwa­wiła, ale według jego słów nie ule­gła uszko­dze­niu żadna arte­ria ani też nie było widać zła­mań. Zosta­wi­li­śmy z porucz­nikiem jego kie­rowcę i dwóch łącz­ni­ków, a sami wró­ci­li­śmy do naszego plu­tonu.

Hart­mann objął dowódz­two nad plu­to­nem i roz­ka­zał Bur­chard­towi i mnie nawią­zać kon­takt ze znaj­du­ją­cym się we wsi szta­bem kom­pa­nii. Ostroż­nie weszli­śmy na drew­niany most i natych­miast zauwa­ży­li­śmy mar­twe ciało Rosja­nina, leżące kilka metrów od nas; w świe­tle księ­życa kon­tury ciała sta­no­wiły ostry kon­trast wobec jasnego drewna. Nie­przy­ja­ciel naj­wy­raź­niej prze­rwał atak i wyco­fał się. Po kilku minu­tach dotar­li­śmy do sztabu kom­pa­nii, ulo­ko­wa­nego w jed­nym z gospo­darstw.

Na miej­scu było pełno ran­nych, któ­rymi zaj­mo­wał się sier­żant służby medycz­nej. Powie­dziano nam, że w cza­sie ataku na nasze kwa­tery, Rosja­nie zaata­ko­wali jed­no­cze­śnie inny pod­od­dział sta­cjo­nu­jący na wschod­nim krańcu wsi. Zło­ży­li­śmy mel­du­nek i ku naszej uldze natych­miast naka­zano nam wra­cać w bar­dziej zna­jomą oko­licę, gdzie stał nasz plu­ton.

Po powro­cie prze­su­nę­li­śmy działo na lep­sze sta­no­wi­sko około pięć­dzie­się­ciu metrów od maga­zynu. Z tego miej­sca mogli­śmy pokryć ogniem odci­nek terenu od szczytu wąwozu do mostu i tym samym powi­tać każdą próbę ataku bez­po­śred­nim ostrza­łem. Bacz­nie obser­wo­wa­li­śmy jar i jego zbo­cza po pra­wej i lewej stro­nie od nas, ale nie wykry­li­śmy żad­nych dal­szych ruchów nie­przy­ja­ciela. Nie byli­śmy też ostrze­li­wani. Krą­żyły słu­chy, że atak Rosjan został odparty i że porucz­nik otrzy­mał "heimat­schuss."5

Wła­śnie zaczy­na­li­śmy się czuć cał­kiem bez­piecz­nie na naszych nowych pozy­cjach, kiedy zupeł­nie nagle, w jaśnie­ją­cym brza­sku dnia, dostrze­głem po naszej lewej stro­nie małą grupkę Rosjan, prze­cią­ga­ją­cych ciężki kara­bin maszy­nowy przez nie­wielki wzgó­rek za budyn­kiem szkoły. Jed­nym sko­kiem wylą­do­wa­li­śmy na wyzna­czo­nych sta­no­wi­skach obron­nych i natych­miast otwo­rzy­li­śmy do nich ogień. Strze­la­li­śmy poci­skami prze­ciw­pan­cer­nymi i burzą­cymi, gdyż amu­ni­cji odłam­ko­wej już nie mie­li­śmy. Rosja­nie rzu­cili się w poszu­ki­wa­niu ukry­cia, pozo­sta­wia­jąc na otwar­tym tere­nie kilku zabi­tych i ran­nych. Strze­la­li­śmy w miej­sce, w któ­rym się ukryli oraz ostrze­li­wa­li­śmy szkołę, aby unie­moż­li­wić im zaję­cie tam sta­no­wi­ska z kara­binem maszy­nowym. Po paru strza­łach zauwa­ży­li­śmy kilku szybko wyco­fu­ją­cych się Rosjan, ści­ga­nych gwał­tow­nym ogniem naszego MG-34.

Nie­spo­dzie­wa­nie, tuż przed nami, buch­nęła kano­nada z broni mało­ka­li­bro­wej. Zosta­li­śmy ostrze­lani z bli­skiej odle­gło­ści przez prze­są­cza­ją­cych się Rosjan -?z wąwozu wyraź­nie dobie­gały krzyki Iwa­nów. Prze­ciw­nik ponow­nie pró­bo­wał posu­nąć się w stronę naszych sta­no­wisk, prze­dzie­ra­jąc się przez gęste zaro­śla, mię­dzy drze­wami i warzyw­ni­kami peł­nymi sło­necz­ni­ków, pomi­do­rów i fasoli. Rosja­nie rzu­cali gra­naty, które zanim wybu­chły, pod­ta­czały się na dzie­sięć metrów od naszego działa.

Gorącz­kowo wycią­gnę­li­śmy ostat­nią skrzynkę poci­sków 37 mm z naszego cią­gnika gąsie­ni­co­wego, pod­czas gdy amu­ni­cyjni roz­gar­niali kop­nia­kami hałdę łusek, aby oczy­ścić miej­sce wokół działa. Zostało nam tylko trzy­dzie­ści sztuk amu­ni­cji prze­ciw­pan­cer­nej, a kiedy pako­wa­łem do kara­binu ostat­nią łódkę z nabo­jami, rzut oka na innych uświa­do­mił mi, że oni także wystrze­lali swoją amu­ni­cję. Hart­man­nowi pozo­stało tylko pół maga­zynka nabo­jów do jego pisto­letu maszy­no­wego.

Rosja­nie usi­ło­wali prze­sko­czyć przez drogę i dotrzeć do budynku maga­zy­no­wego i dla wszyst­kich stało się jasne, że za wszelką cenę musimy im w tym prze­szko­dzić, albo­wiem jeśli im się to uda, będzie to dla nas ozna­czać odcię­cie od reszty kom­pa­nii, co nie­chyb­nie skoń­czy się śmier­cią lub nie­wolą. Około godziny dzie­sią­tej z dymią­cej lufy naszego Paka wyle­ciał ostatni pocisk prze­ciw­pan­cerny. Aby unie­moż­li­wić nam sko­rzy­sta­nie z naszego cią­gnika gąsie­ni­co­wego, Rosja­nie zaata­ko­wali teraz budy­nek bez­po­śred­nio i wkrótce sta­nął on w ogniu, pod­pa­lony poci­skami smu­go­wymi lub "kok­taj­lami Moło­towa". Nie wie­dząc, czy było dosta­tecz­nie dużo czasu na ewa­ku­owa­nie maga­zynu, mogli­śmy mieć tylko nadzieję, że ranny ofi­cer został zabrany w bez­pieczne miej­sce.

Po wystrze­le­niu ostat­niego poci­sku, wycią­gną­łem rygiel zamka i cisną­łem go w zaro­śla, po czym dołą­czy­łem do Hart­manna. Poczoł­ga­li­śmy się jed­nym z jarów wio­dą­cych w kie­runku zachod­nim.

Od czasu do czasu peł­za­li­śmy na brzu­chach przez chasz­cze, a momen­tami prze­bie­ga­li­śmy z jed­nego ukry­cia w dru­gie, aż wresz­cie dotar­li­śmy do jaskini, wyry­tej w ścia­nie wąwozu. Tam odkry­li­śmy pewną liczbę miesz­kań­ców wsi, któ­rzy z prze­stra­chem na twa­rzach przy­słu­chi­wali się odgło­som boju. Było oczy­wi­ste, że wio­ska została ostrze­żona, iż szy­ko­wany jest atak i miesz­kańcy wpełźli do dziury, aby prze­cze­kać bitwę.

Nie zwra­ca­jąc uwagi na obec­ność prze­ra­żo­nych cywi­lów, wspię­li­śmy się na szczyt wąwozu. Z tego wysoko poło­żo­nego punktu mogli­śmy zaob­ser­wo­wać Rosjan roją­cych się wokół budynku maga­zynu w odle­gło­ści około trzy­stu metrów od nas. Ulo­ko­waw­szy się za drze­wem, wyce­lo­wa­łem sta­ran­nie i wła­śnie odda­łem kilka strza­łów z kara­binu do widocz­nych postaci, gdy nagle Hart­mann krzyk­nął, że nad­cho­dzi odsiecz. W zachod­niej czę­ści wsi zebrała się kom­pa­nia pie­choty i część roz­pro­szo­nego pod­od­działu, który sta­cjo­no­wał obok nas. Hart­mann i ja prze­do­sta­li­śmy się przez zaro­śla w dół, ku dro­dze i dostrze­gli­śmy naszego dowódcę kom­pa­nii, który pędził do wsi swoim moto­cy­klem z koszem.

Daleko za naszymi ple­cami sły­chać było wybu­cha­jące poci­ski rosyj­skiej arty­le­rii. Nasza wła­sna ciężka broń wzięła pod ostrzał brzegi Dnie­pru, aby odciąć Rosja­nom drogę odwrotu, po czym do przodu ruszyły nasze ata­ku­jące kom­pa­nie. Po trzy­dzie­stu minu­tach, kiedy to prze­szu­kano oko­licę, ponow­nie wsu­ną­łem rygiel w zamek naszego działka. Po kilku godzi­nach nie­przy­ja­ciel został wrzu­cony do rzeki kontr­ata­kami. Ci, któ­rzy oca­leli i usi­ło­wali prze­pra­wić się na wschodni brzeg na łodziach i tra­twach, zostali ostrze­lani przez naszą arty­le­rię.

Odpar­li­śmy atak wroga, któ­rego siły były cztery do pię­ciu razy licz­niej­sze niż nasze, po czym uda­li­śmy się na poszu­ki­wa­nia ran­nego porucz­nika. Pomimo, iż prze­cze­sa­li­śmy całą oko­licę, nie byli­śmy w sta­nie go zna­leźć. Jedyne, na co natra­fi­li­śmy, to zakrwa­wiony ofi­cer­ski but przed wypa­lo­nym budyn­kiem maga­zy­no­wym.

W cza­sie poszu­ki­wań ofi­cera natknę­li­śmy się na rosyj­skiego żoł­nie­rza, który w ogródku przy jed­nej z gli­nia­nych chat poja­dał sobie zia­renka sło­necz­nika. Nie sta­wiał oporu, pod­niósł ręce na znak pod­da­nia się i pod­szedł do nas ostroż­nie. Roz­glą­dał się przy tym bojaź­li­wie i lekko machał rękami. Po pobież­nym prze­szu­ka­niu, ode­sła­li­śmy go na prze­słu­cha­nie do sztabu pułku.

Następ­nego ranka kom­pa­nia pie­choty zamel­do­wała o zna­le­zie­niu nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego ciała w miej­scu, gdzie stru­mień wpa­dał do Dnie­pru. Póź­niej od dowódcy kom­pa­nii dowie­dzie­li­śmy się, że fak­tycz­nie było to ciało porucz­nika, który został roz­strze­lany za pomocą strzału w poty­licę, praw­do­po­dob­nie przez komi­sa­rza poli­tycz­nego. Nie natra­fiono na ślad dwóch innych zagi­nio­nych żoł­nie­rzy z jed­nego z plu­to­nów pie­choty, więc najpraw­do­po­dob­niej zostali upro­wa­dzeni za Dniepr jako jeńcy. Rosyj­ski ofi­cer medyczny, wzięty póź­niej do nie­woli w cza­sie okrą­że­nia pod Kijo­wem, zeznał, że nie­mieccy żoł­nie­rze wzięci do nie­woli w tym rejo­nie, zostali roz­strze­lani tuż przed tym, zanim Sowieci oddali mia­sto.

Sły­sze­li­śmy także opo­wie­ści o tym, że w noc ataku wiej­ski nauczy­ciel i młoda komu­nistka Olga (oboje dołą­czyli do nas, śpie­wa­jąc "Stieńkę Razina"), pod osłoną ciem­no­ści prze­śli­zgnęli się jarem i prze­pły­nęli na drugą stronę Dnie­pru. Po dotar­ciu do sowiec­kich pozy­cji prze­ka­zali dokładne dane na temat naszej liczeb­no­ści i loka­li­za­cji naszych sta­no­wisk, po czym nie­zau­wa­że­nie prze­pro­wa­dzili rosyj­ski bata­lion przez rzekę i wąwóz. Nasze kwa­tery znaj­do­wały się nie­da­leko mostu, któ­rym prze­cho­dziło się jar w dro­dze do wsi.

* * *

Wojna na wscho­dzie zaczy­nała ujaw­niać swe bru­talne obli­cze. Jed­nakże żaden z nas nie mógł prze­wi­dzieć lub pojąć tego, że gorycz i wście­kłość Rosjan z powodu najazdu na ich kraj będzie rosła z każ­dym mija­ją­cym rokiem. Więk­szość lud­no­ści cywil­nej była prze­ciwna tego typu reak­cjom, co szcze­gól­nie widać było na połu­dnio­wym odcinku frontu wschod­niego, gdzie przyj­mo­wano nas sto­sun­kowo dobrze. Wielu rosyj­skich jeń­ców wojen­nych, któ­rzy pod­dali się we wcze­snej fazie kam­pa­nii, wyra­żało chęć walki u naszego boku prze­ciwko Sta­li­nowi i sowiec­kiemu rzą­dowi.

Wraz z upły­wem czasu przy­wódcy komu­ni­styczni porzu­cili pomy­sły na wzy­wa­nie ludzi do poświę­ce­nia się w imię komu­ni­zmu i zamiast tego pró­bo­wali odwo­łać się do wro­dzo­nego patrio­ty­zmu narodu. Obrona "Matuszki Rosji" przed "napa­ścią faszy­stow­skich najeźdź­ców" stała się patrio­tycz­nym obo­wiąz­kiem każ­dego oby­wa­tela, bez naj­mniej­szego wyjątku. Takim spo­so­bem kon­flikt, zamiast walki o prze­trwa­nie par­tii, ewo­lu­ował w wojnę narodu rosyj­skiego prze­ciwko nie­miec­kim najeźdź­com.

Nie­stety, bru­talne metody Sowie­tów można porów­nać z postę­po­wa­niem nie­miec­kich oku­pan­tów na tyłach, daleko na zaple­czu frontu. Poprzez eks­cesy, jakich dopusz­czano się wobec narodu rosyj­skiego, żoł­nierz nie­miecki stał się dla pro­stego Rosja­nina sym­bo­lem kogoś, kto wspiera pogar­dzane, mor­der­cze insty­tu­cje poli­tyczne i wal­czy za nie z bro­nią w ręku. Z powodu dok­tryn, wymy­śla­nych i wcie­la­nych w życie w odle­głym Ber­li­nie, dopusz­czono się wielu okru­cieństw na żoł­nierzach z pierw­szej linii frontu, cho­ciaż my, żoł­nierze fron­towi, nie mie­li­śmy poję­cia o mor­do­wa­niu tysięcy nie­win­nych ludzi przez roz­ma­ite, wierne sys­te­mowi Son­der­kom­manda, czy też o środ­kach sto­so­wa­nych przez nasze złote bażanty spod znaku naro­do­wego socja­li­zmu pod­czas "pacy­fi­ka­cji" zaję­tych tery­to­riów.

Dowódcy dywi­zji na fron­cie, jak rów­nież wielu dowód­ców na szcze­blu pułku i bata­lionu, byli wete­ra­nami i uczest­ni­kami I wojny świa­to­wej, któ­rzy pro­wa­dzili walkę w spo­sób nie­wąt­pli­wie nace­cho­wany uczci­wo­ścią, do któ­rej przy­zwy­cza­jono ich w cza­sie służby w kor­pu­sie ofi­cer­skim armii kaisera. Muszę dodać, że w cza­sie całej kam­pa­nii na wscho­dzie ni­gdy nie byłem świad­kiem choćby poje­dyn­czego incy­dentu, kiedy to pod­da­jący się żoł­nie­rze rosyj­scy nie byliby odpo­wied­nio trak­to­wani albo ranni prze­ciw­nicy nie byliby opa­try­wani na równi z naszymi wła­snymi żoł­nie­rzami. W cza­sie ataku na Kaniów jeń­ców po pro­stu ode­słano na tyły bez żad­nej eskorty, ponie­waż każdy czło­wiek był despe­racko potrzebny na linii frontu. Mimo to uwa­żam, że w masach odsy­ła­nych w ten spo­sób na tyły jeń­ców, zna­la­zło się wielu komu­ni­stów, jak rów­nież rosyj­skich patrio­tów, któ­rzy sko­rzy­stali ze spo­sob­no­ści, by znik­nąć w zaro­ślach i osta­tecz­nie nawią­zać kon­takt z rosną­cymi w siłę gru­pami par­ty­zan­tów. Tego typu dobrze zor­ga­ni­zo­wane oddziały par­ty­zanc­kie staną się coraz poważ­niej­szym pro­ble­mem dla naszych tyłów. W miarę jak trwać będzie wojna, ludzie zaczną ufać par­ty­zan­tom i udzie­lać im znacz­nego wspar­cia do tego stop­nia, że będą oni w sta­nie zna­leźć schro­nie­nie i opiekę prak­tycz­nie wszę­dzie.

* * *

Przez pierw­szą połowę wrze­śnia bro­ni­li­śmy naszych pozy­cji nad Dnie­prem, zaś Rosja­nie usi­ło­wali odzy­skać zachodni brzeg rzeki. 14 wrze­śnia nasze pierw­sze jed­nostki prze­szły na drugi brzeg. Po roz­po­zna­niu wyspy na Dnie­prze na pół­noc od Bałyki, doko­nano sku­tecz­nego lądo­wa­nia i sowiec­kie pozy­cje obronne na wyso­kim brzegu zostały wzięte sztur­mem. Pomimo sil­nego oporu, w nasze ręce wpa­dła znaczna liczba jeń­ców.

Dwa dni póź­niej, nasza pozo­sta­jąca w rezer­wie kom­pa­nia ruszyła w ślad za pierw­szymi jed­nost­kami i wylą­do­wała na prze­ciw­le­głym brzegu. Korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia, jakie zapa­no­wało wśród oddzia­łów nie­przy­ja­ciela, uchwy­ci­li­śmy głę­boki przy­czó­łek, który był suk­ce­syw­nie wzmac­niany nowymi siłami prze­rzu­ca­nymi przez rzekę. Z Cho­do­rowa bate­rie nie­miec­kiej arty­le­rii nie­prze­rwa­nie ostrze­li­wały pozy­cje wroga na prze­ciw­le­głym brzegu. Jed­no­cze­śnie poło­żono ogień na wschód od dopływu Dnie­pru w oko­li­cach Bałyki. Przed zapad­nię­ciem nocy nasza szpica doszła pod Jasz­niki.

17 wrze­śnia wzmoc­niony 438 Pułk Pie­choty uzy­skał kolejne zdo­by­cze tere­nowe w walce z nie­licz­nym, choć upar­cie bro­nią­cym się prze­ciw­ni­kiem w oko­li­cach Bałyki i Rzysz­czowa, podej­mu­jąc jed­no­cze­śnie próby nawią­za­nia kon­taktu z sąsied­nim kor­pu­sem wzdłuż drogi na Jer­kowce. Cel ataku osią­gnięto póź­nym popo­łu­dniem, po zli­kwi­do­wa­niu ostat­nich gniazd oporu.

Par­li­śmy do przodu, posu­wa­jąc się do waż­nej drogi, wio­dą­cej z Kijowa w rejon Jer­kow­ców, odci­na­jąc tym samym szlak odwrotu Sowie­tów. Nocą nie zazna­li­śmy odpo­czynku, wgry­za­jąc się w twardą zie­mię w celu umoc­nie­nia naszej linii. W pocie i znoju pra­co­wa­li­śmy w wil­got­nym powie­trzu aż do świtu. Towa­rzy­szył nam bez­u­stanny war­kot sil­ni­ków i kle­kot gąsie­nic, nio­sący się od strony pozy­cji nie­przy­ja­ciela.

18 wrze­śnia przez cały dzień nie­prze­rwa­nie umac­nia­li­śmy nasze sta­no­wi­ska, choć od strony Rosjan było cicho i nie zauwa­ży­li­śmy poważ­nego ruchu. O zmierz­chu poczu­li­śmy się pew­nie, zakła­da­jąc, iż siły sowiec­kie wyco­fały się dalej na wschód, pozo­sta­wia­jąc tylko straż tylną dla spo­wol­nie­nia naszych postę­pów.

Noc buch­nęła nagle eks­plo­zjami poci­sków arty­le­ryj­skich i na pół­nocny-zachód od Jer­kow­ców, wzdłuż drogi Rogo­zów -?Pere­je­sław, pomię­dzy godziną 22:10 i 02:50 odparto jede­na­ście ata­ków wroga. Świt potwier­dził sku­tecz­ność naszej obrony, uka­zu­jąc nie­zli­czone ciała w zie­lono brą­zo­wych mun­du­rach, pię­trzące się w ster­tach przed naszymi sta­no­wi­skami. Kłęby dymu z pło­ną­cych pojaz­dów biły w niebo czar­nymi słu­pami.

Donie­siono nam, że cał­ko­wi­temu znisz­cze­niu ule­gło kilka jed­no­stek pan­cer­nych nie­przy­ja­ciela i ze sztabu pułku nade­szła dumna notatka, wyli­cza­jąca ilość zdo­by­tego sprzętu: szes­na­ście cięż­kich i lek­kich kara­bi­nów maszy­no­wych, osiem cięż­kich dział, dzie­więć cię­ża­ró­wek, dwa ambu­lanse, dwie cysterny i sześć pojaz­dów amu­ni­cyj­nych. Do nie­woli wzięto czte­ry­stu Rosjan, zaś do 19 wrze­śnia liczba ta wzro­sła do ośmiu­set. Pod­od­działy 436 Pułku Pie­choty, któ­rym przy­dzie­lono zada­nie oczysz­cze­nia wschod­niego brzegu rzeki z pozo­sta­ją­cych tam sił nie­przy­ja­ciela, także wyko­nały swoje zada­nie, pono­sząc przy tym tylko mini­malne straty.

W cza­sie następ­nych kilku dni, pod­czas prze­cze­sy­wa­nia brze­gów Dnie­pru poj­ma­li­śmy ponad tysiąc Rosjan. Prze­ko­nani, że Zwią­zek Radziecki prze­grał wojnę, dezer­te­rzy kra­dli łodzie i pod osłoną ciem­no­ści masowo prze­pra­wiali się przez Dniepr, pró­bu­jąc zna­leźć się jak naj­da­lej od sowiec­kiej armii. Obraz obszar­pa­nych osob­ni­ków, w poje­dynkę lub małymi grup­kami pod­cho­dzą­cych do naszych sta­no­wisk z unie­sio­nymi w górę rękami, stał się codzien­nym wido­kiem i umac­niał nasze prze­ko­na­nie, iż wojna zakoń­czy się przed pierw­szymi mro­zami.

23 wrze­śnia nasz bata­lion został zaata­ko­wany przez zaska­ku­jąco liczną rosyj­ską pie­chotę. Zdo­ła­li­śmy ode­przeć atak przy nie­wiel­kich stra­tach i nie­przy­ja­ciel został odrzu­cony, pozo­sta­wia­jąc na polu walki kilka lek­kich dział polo­wych i mnó­stwo broni ręcz­nej. Wszystko to leżało przed naszymi pozy­cjami. Pozo­sta­li­śmy na sta­no­wi­skach do chwili, kiedy to otrzy­ma­li­śmy infor­ma­cję, iż prze­ciw­le­gły brzeg Dnie­pru został oczysz­czony z sił sowiec­kich i że nasza dywi­zja ma zostać wyco­fana z tego sek­tora.

* * *

Wraz z zakoń­cze­niem walk na połu­dnie i połu­dniowy wschód od Kijowa, pod­li­czono nasze rosnące straty. Każda z kom­pa­nii ponio­sła śred­nie straty w wyso­ko­ści 15 do 20% składu oso­bo­wego, zaś kom­pa­nie strze­lec­kie 437 Pułku Pie­choty w ciągu ostat­nich dwóch mie­sięcy stra­ciły śred­nio czte­rech zabi­tych, dwóch zagi­nio­nych, czter­na­stu ran­nych i dwóch cho­rych, co daje razem dwu­dzie­stu dwóch ludzi. Liczeb­ność naszej kom­pa­nii prze­ciw­pan­cer­nej przed roz­po­czę­ciem ope­ra­cji wyno­siła od stu do stu dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy.

Broń i wypo­sa­że­nie były w sto­sun­kowo dobrym sta­nie. Zna­cze­nie odpo­wied­niego utrzy­ma­nia wszel­kiego woj­sko­wego dobra, co bez­u­stan­nie wbi­jano nam do głów w cza­sie szko­le­nia, przy­nio­sło widoczne efekty. Ofi­cjalne kanały zaopa­trze­nia, wio­dące z tyłów na pierw­szą linię, nabrały cha­rak­teru raczej nie­for­mal­nego, gdyż żoł­nie­rze nauczyli się korzy­stać z tego, co wpa­dło im w ręce, jak rów­nież żyć ze zdo­bycz­nych zapa­sów nie­przy­ja­ciela.

Wraz z przyj­ściem desz­czów, a więc i błota, oddziały pierw­szo­li­niowe szybko nauczyły się, że małe rosyj­skie zaprzęgi konne są dużo bar­dziej nie­za­wodne niż nasze wła­sne cięż­kie wozy zaprzę­gnięte w duże konie, które były prze­wi­dziane dla dróg o utwar­dzo­nej nawierzchni. Rosyj­skich fur­ma­nek ("panje") zaczęto uży­wać coraz powszech­niej, sto­su­jąc zdo­byczne zaprzęgi lub kon­fi­sku­jąc je lud­no­ści miej­sco­wej, co odby­wało się wbrew zarzą­dze­niom zabra­nia­ją­cym nie­au­to­ry­zo­wa­nych rekwi­zy­cji.

Nasza 14 kom­pa­nia prze­ciw­pan­cerna stra­ciła dwa cią­gniki gąsie­ni­cowe Che­ni­lette na minach, zaś pozo­stałe miały uszko­dze­nia i zużyte sil­niki i gąsie­nice. Pomimo wysił­ków naszych mecha­ni­ków, czę­ści zamienne były nie­osią­galne i to bez względu na fakt, iż w ich poszu­ki­wa­niu prze­cze­sy­wa­li­śmy zaple­cze kor­pusu i armii na głę­bo­kość stu kilo­me­trów.

Armia doszła do mistrzo­stwa w dba­niu o samą sie­bie. Od końca sierp­nia do początku wrze­śnia kom­pa­nia sta­rała się wyko­rzy­stać zdo­byczne cię­ża­rówki. Z ogrom­nej ilo­ści zdo­bycznego sprzętu porzu­co­nego przez cofa­ją­cego się nie­przy­ja­ciela, szcze­gól­nie na placu boju pod Kanio­wem, nasze oddziały zdo­łały wybrać dużą ilość spraw­nych pojaz­dów. Dowódca kom­pa­nii przy­pro­wa­dził pełną cysternę, dzięki któ­rej znacz­nie zwięk­szy­li­śmy zapas "czar­nego", czyli nie­ofi­cjal­nego paliwa.

Rosja­nie dys­po­no­wali wielką ilo­ścią solid­nych, cięż­kich cię­ża­ró­wek Forda, jak rów­nież pojaz­dów marki ZIS. Te dwa rodzaje pojaz­dów naj­wy­raź­niej sta­no­wiły cały park maszy­nowy prze­ciw­nika i zawsze, jeśli była tylko taka moż­li­wość, wybie­ra­li­śmy cię­ża­rówki Forda, ponie­waż czę­ści zamienne do nich były zawsze sze­roko dostępne.

Ze względu na takie metody odzy­sku i użyt­ko­wa­nia środ­ków loko­mo­cji, miało się wra­że­nie, iż nasza armia składa się z pojaz­dów każ­dego typu i rodzaju, pocho­dzą­cych z połowy Europy, co z kolei spra­wiało, że cza­sami nie­moż­li­wo­ścią było zdo­by­cie nawet naj­prost­szej czę­ści zamien­nej. Zaczy­na­li­śmy zazdro­ścić Rosja­nom ich nie­skom­pli­ko­wa­nego sys­temu zaopa­trze­nia. Choć ich inwen­tarz nie zawie­rał broni i sprzętu tak wyspe­cja­li­zo­wa­nego i róż­no­rod­nego jak nasz, to jed­nak wszystko, co posia­dali, było nie­za­wodne i prak­tycz­nie wszę­dzie posia­dało wspar­cie logi­styczne.

Tak jak we wszyst­kich armiach, jed­nym z głów­nych tema­tów roz­mów była ilość i jakość wyży­wie­nia. Nasze kom­pa­nijne kuch­nie polowe doko­ny­wały cudów, jeśli tylko zaopa­trze­niowcy radzili sobie z dostar­cza­niem nie­zbęd­nych pro­duk­tów. W cza­sie jed­nej z moich wizyt w kuchni polo­wej kom­pa­nijny kucharz z dumą poka­zał mi jaski­nię, w któ­rej na dłu­gich kijach wisiały setki kieł­bas i wędzo­nych mięs. W for­mie poda­run­ków dla per­so­nelu kuchni wrę­czy­łem kucha­rzowi narę­cze zdo­bycz­nych sowiec­kich medali i pisto­le­tów i od tam­tej pory mie­li­śmy zagwa­ran­to­wane coś wię­cej niż prze­wi­dy­wał to ofi­cjalny sys­tem dys­try­bu­cji zaopa­trze­nia.

* * *

25 i 26 wrze­śnia więk­sza część dywi­zji opu­ściła arenę bojów na zachod­nim brzegu Dnie­pru. Raz jesz­cze dłu­gie, szare kolumny poma­sze­ro­wały po pagór­ko­wa­tym tere­nie, kie­ru­jąc się na połu­dnie. Prze­ciw­nik, który przez ostat­nie tygo­dnie sta­wiał nam zacie­kły opór, spra­wiał wra­że­nie, iż wypa­ro­wał na wieść o naszym mar­szu.

Cały paź­dzier­nik dywi­zja prze­miesz­czała się przez Ukra­inę, wystro­joną w kolory jesieni. Plony zostały zebrane, na polach stały młoc­kar­nie i wyso­kie stogi siana -?widok przy­po­mi­na­jący obrazki z Ame­ryki.

Masze­ro­wa­li­śmy w kie­runku Krze­mień­czuka, co ozna­czało, że Ode­ssa nad Morzem Czar­nym jest wciąż oble­gana. Wśród żoł­nie­rzy roze­szły się pogło­ski, że wraz z jed­nost­kami rumuń­skimi zosta­li­śmy wyzna­czeni do jej zdo­by­cia.

17 paź­dzier­nika dowie­dzie­li­śmy się, że Ode­ssa została zajęta. Dywi­zja skrę­ciła na połu­dniowy wschód i jako nowy cel wyzna­czono nam Miko­ła­jów. Po dro­dze prze­cho­dzi­li­śmy przez obszary zamiesz­kałe przez etnicz­nych Niem­ców, któ­rych dwie­ście lat temu osie­dliła tu caryca Kata­rzyna Wielka. Z łatwo­ścią można było roz­po­znać nazwy wio­sek, nada­wane dla upa­mięt­nie­nia miast z naszej ojczy­zny: Karls­ruhe, Worms, Speyer, Helen­tal i innych. Spo­ty­ka­li­śmy wyłącz­nie kobiety, dzieci i star­ców, bowiem Sowieci depor­to­wali wszyst­kich męż­czyzn w wieku pobo­ro­wym.

W pro­stym, lecz czy­stym i porząd­nie zbu­do­wa­nym kamien­nym domu zna­la­złem pokoje miesz­kalne z sypial­nią, którą można byłoby zoba­czyć dwa wieki temu w Pala­ty­na­cie. Stało tam sze­ro­kie drew­niane łózko, pokryte kolo­ro­wymi podusz­kami i zwień­czone bal­da­chi­mem. Miej­scowe chłopki mówiły dia­lek­tem, który był podobny do tego, który można usły­szeć dzi­siaj w Pala­ty­na­cie. W takich warun­kach, czę­stu­jąc się świe­żym mle­kiem i bia­łym chle­bem, czu­li­śmy się abso­lut­nie swo­bod­nie.

Kilka dni póź­niej prze­kro­czy­li­śmy rzekę Boh po chwie­ją­cym się moście pon­to­no­wym z tru­dem wytrzy­mu­ją­cym napór prądu i weszli­śmy do por­to­wego mia­sta Miko­ła­jów. Wraz z dowódcą kom­pa­nii i kil­koma innymi żoł­nie­rzami mia­łem oka­zję obej­rzeć czę­ściowo ukoń­czone okręty wojenne o wypor­no­ści około tysiąca ton, sto­jące w suchych dokach.

Kon­ty­nu­owa­li­śmy marsz w kie­runku naszego nowego celu -?Cher­so­nia. 25 paź­dzier­nika ponow­nie prze­kro­czy­li­śmy potężny Dniepr, w któ­rego wody, jakieś sto kilo­me­trów na pół­noc stąd, polało się tyle naszego potu i krwi. Teraz było jasne, iż połu­dniowe skrzy­dło armii posu­nęło się do przodu wzdłuż wybrzeży Morza Azow­skiego i kie­ro­wało się na Rostów, a my mie­li­śmy nawią­zać z nim stycz­ność jako odwód. Wkrótce zna­leź­li­śmy się na zachod­nich podej­ściach do zło­wro­gich, opu­sto­sza­łych tere­nów zna­nych jako Stepy Nogaj­skie.

Po cięż­kich bojach, które trwały od 26 do 28 paź­dzier­nika, dywi­zje 11 Armii prze­biły się przez wąski prze­smyk Pere­kop­ski i oczy­ściły nam drogę do dal­szego natar­cia na Pół­wy­sep Krym­ski. Jako część rezerwy Naczel­nego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych (OKH), 132 Dywi­zja Pie­choty została pod­po­rząd­ko­wana armii von Man­ste­ina. Przy prze­ła­ma­niu obrony wąskiego kory­ta­rza można było użyć wyłącz­nie ogra­ni­czo­nych sił, nie­mniej teraz było konieczne wzmoc­nie­nie armii w celu dal­szego natar­cia na pół­wy­sep i jego osta­tecz­nej oku­pa­cji.

Gdy posu­wa­li­śmy się obok gro­bow­ców Tata­rów, sta­ro­żyt­nych obroń­ców Krymu przed najeźdź­cami z pół­nocy, wkro­czy­li­śmy do nowego sek­tora dzia­łań bojo­wych. Nasza dywi­zja, wraz z 50 Dywi­zją Pie­choty została włą­czona w skład 54 Kor­pusu Armij­nego i otrzy­mała roz­kaz bez­względ­nego pościgu za nie­przy­ja­cie­lem w kie­runku Bak­czy­sa­raju i Sewa­sto­pola. Nale­żało także prze­ciąć drogę do Sewa­sto­pola. Przed­nie ele­menty jed­no­stek zmo­to­ry­zo­wa­nych skon­cen­tro­wały się na przy­go­to­wa­niu do ataku.

31 paź­dzier­nika prze­ciw­nik zda­wał się być w peł­nym odwro­cie. Nasze szpice dłu­gimi kolum­nami szybko prze­bi­jały się na połu­dnie, pozo­sta­wia­jąc za sobą pod­od­działy o ciągu kon­nym, które powoli posu­wały się w kie­runku frontu. Pod Kara-Naj­ma­kiem konie całego pułku pie­choty i pułku arty­le­rii musiały pić wodę z jed­nej studni, gdyż inne źró­dła zostały zatrute przez cofa­ją­cych się Sowie­tów. Ogromne ilo­ści wozów i żywego inwen­ta­rza spra­wiała wra­że­nie, jakby zatrzy­mał się czas, a po ste­pie szły armie z innego wieku. Im głę­biej wcho­dzi­li­śmy na Krym, tym bar­dziej rosło nasze poczu­cie odizo­lo­wa­nia od zachod­niego świata.

Bory­ka­li­śmy się z poważ­nym bra­kiem wody pit­nej, bowiem nie­liczne, głę­bo­kie stud­nie i zbior­niki, które nie zostały zatrute przez cofa­ją­cego się wroga, zawie­rały sło­nawą wodę. Jej jakość wahała się od paskud­nej w smaku do zupeł­nie nie­na­da­ją­cej się do picia. Żoł­nie­rze i konie, pra­cu­jąc w nie­mi­ło­sier­nym upale, wal­czyli z nie­moż­li­wym do zaspo­ko­je­nia pra­gnie­niem, a brak wody dla zwie­rząt spra­wił, że nawet naj­sil­niej­sze i naj­zdrow­sze z nich musiały być czę­sto wymie­niane w zaprzę­gach.

Kom­pa­nijna kuch­nia pró­bo­wała przy­rzą­dzić kawę ze sło­na­wej wody, sło­dząc ją sacha­ryną, jed­nak otrzy­many napi­tek miał tak paskudny smak, że wypi­cie go wyma­gało praw­dzi­wie żela­znej siły woli.

Zasięg mar­szu kom­pa­nii pie­choty i pod­od­dzia­łów o ciągu kon­nym wyno­sił teraz śred­nio od pięć­dzie­się­ciu do sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów dzien­nie. Zmo­to­ry­zo­wane jed­nostki zwia­dow­cze oraz nisz­czy­ciele czoł­gów były w sta­nie osią­gać dużo lep­sze wyniki i szybko doszły do doliny Almy.

Z zachodu na wschód, w kie­runku Morza Czar­nego przez Pół­wy­sep Krym­ski bie­gną trzy pasma dolin: Alma, Kacza i Bel­bek. Pół­nocna część pół­wy­spu to ogromny, słony step. To tam znaj­dują się duże zasoby soli, które eks­plo­atuje się po odpa­ro­wa­niu wód Sywa­sza, kiedy to dro­go­cenna sól zalega w kotli­nach. W innych rejo­nach Rosji sól wystę­puje rzadko i trudno się ją wydo­bywa. W cza­sie mar­szu przez Ukra­inę mogli­śmy zaob­ser­wo­wać, jak miej­scowa lud­ność uży­wała soli w for­mie środka płat­ni­czego. Sól miała tu dużo więk­szą war­tość niż u nas w ojczyź­nie. Gdy prze­cho­dzi­li­śmy przez wsie, chłopki witały nas chle­bem i solą, co było dowo­dem na to, jak wiel­kie zna­cze­nie przy­wią­zy­wano do tego cen­nego pro­duktu.

Środ­kowy Krym jest pła­ską, nie­malże w zupeł­no­ści pozba­wioną drzew rów­niną, która jest jed­nak żyzna i dobrze utrzy­mana. Także i tutaj, podob­nie jak w całym sowiec­kim impe­rium, gospo­dar­stwa rolne funk­cjo­no­wały pod zarzą­dem kolek­ty­wów i miały formę koł­cho­zów. W okre­sie zimo­wym śniegi i burze śnieżne z tere­nów wschod­niej Ukra­iny buszują tu po oko­licy.

Na połu­dniu leżą Góry Jaiłu. Z poziomu wyso­ko­ści morza wzno­szą się stromo aż do dwóch tysięcy metrów, po czym na połu­dnio­wym krańcu pół­wy­spu opa­dają gwał­tow­nie ku brze­gom Morza Czar­nego. Góry te są pokryte gęstymi lasami, zaś cią­gnące się z połu­dnia na pół­noc doliny pora­sta bujna roślin­ność. Można tam spo­tkać plan­ta­cje owo­ców i malow­ni­cze tatar­skie wio­ski.

* * *

Wkrótce doszli­śmy do odcinka frontu, któ­rego nazwa nie będzie nam dawać spo­koju przez wiele mie­sięcy: Sewa­sto­pol. W ciągu naj­bliż­szych kilku dni pode­szli­śmy do jego umoc­nień od pół­nocy i pół­noc­nego wschodu.

Pierw­sze dni listo­pada cha­rak­te­ry­zo­wał mini­malny kon­takt z prze­ciw­ni­kiem, choć wysu­nięte bate­rie nie­przy­ja­ciel­skiej arty­le­rii ostrze­li­wały naszą odsło­niętą, zachod­nią flankę. 2 listo­pada pod­od­działy 436 i 437 Puł­ków Pie­choty opu­ściły rejon ześrod­ko­wa­nia w oko­licy osady Cza­nisz­koj i już wkrótce, we wcze­snych godzi­nach ran­nych, spo­tkały się z sil­nym opo­rem wroga. Pomimo naci­sku prze­ciw­nika na lewym skrzy­dle, posu­nę­li­śmy się w kie­runku Adszi-Bułata i prze­bi­li­śmy się przez pozy­cje obronne Sowie­tów, otwie­ra­jąc drogę do dal­szego natar­cia.

Wraz z zapad­nię­ciem zmroku silny nacisk nie­przy­ja­ciela na naszą lewą flankę stał się coraz bar­dziej dokucz­liwy i trzeba było dopiero ognia cięż­kiej arty­le­rii by roz­pro­szyć jego zgru­po­wa­nia. Cho­dziły słu­chy, że w związku z nie­do­bo­rem ludzi, w roli uzu­peł­nień dla obsługi dział uży­wano rosyj­skich ochot­ni­ków z obo­zów jeniec­kich.

Nocą sowiec­kie oddziały pie­choty mor­skiej podej­mo­wały despe­rac­kie próby prze­bi­cia się przez nasze linie obronne w kie­runku Sewa­sto­pola i wybrzeża, ale wszyst­kie ich ataki zała­mały się przed naszymi pozy­cjami.

Aby zabez­pie­czyć nasze nie­osło­nięte zachod­nie skrzy­dło oraz uci­szyć nie­przy­ja­ciel­skie bate­rie arty­le­rii brze­go­wej na skraju Morza Czar­nego, utrud­nia­jące dal­sze posu­wa­nie się dywi­zji, pod­od­działy 438 Pułku Pie­choty zaata­ko­wały w kie­runku zachod­nim i połu­dniowo-zachod­nim. Jakiś czas póź­niej nie­wielki oddział sztur­mowy z tego pułku dotarł na pozorne sta­no­wi­ska owej bate­rii, gdzie żoł­nie­rze zna­leźli drew­niane lufy dział, groź­nie lecz nie­szko­dli­wie ster­czące w niebo.

Rosja­nie zdo­łali ukryć fak­tyczne poło­że­nie bate­rii, która roz­lo­ko­wana była dalej na połu­dnie, w pobliżu Niko­ła­jewa. Wraz z nadej­ściem ciem­no­ści, po zacię­tej walce, zewnętrzne pozy­cje nad­brzeż­nej arty­le­rii zostały zdo­byte. Na wodach Morza Czar­nego zauwa­żono nie­przy­ja­ciel­ski sta­tek, który ostrze­la­li­śmy z naszego Paka. Nocą nie­przy­ja­ciel porzu­cił działa i oca­lałe sowiec­kie jed­nostki mor­skie zostały ewa­ku­owane z pół­wy­spu łodziami i zabrane na pokłady sowiec­kich stat­ków cze­ka­ją­cych na otwar­tym morzu.

W cza­sie tej ope­ra­cji śmier­cią żoł­nie­rza poległ pod­po­rucz­nik Diehl z 2 bata­lionu 438 Pułku Pie­choty oraz dwu­dzie­stu innych kole­gów. Daleko poza zasię­giem naszych dział krą­żyły sowiec­kie okręty wojenne, któ­rych syl­wetki widać było wyraź­nie na hory­zon­cie. Stało się dla nas jasne, że na Morzu Czar­nym cał­ko­wi­cie panują Rosja­nie. Pod­czas wczo­raj­szych walk w ogrom­nej licz­bie poka­zało się rosyj­skie lot­nic­two, ale myśliwce Möldersa już wkrótce oczy­ściły niebo z wro­gich samo­lo­tów.

W połu­dnie 3 listo­pada, wysu­nięte ele­menty mojego pułku, skła­da­jące się ze zmo­to­ry­zo­wa­nej 14 kom­pa­nii prze­ciw­pan­cer­nej oraz 9 kom­pa­nii cykli­stów weszły do malut­kiej tatar­skiej wio­ski na połu­dniowy zachód od Ewel-Szeik, gdzie odkry­li­śmy porzu­cony maga­zyn z rosyj­skim zaopa­trze­niem, w tym całym mnó­stwem paczek papie­ro­sów.

Kon­ty­nu­owa­li­śmy natar­cie doliną rzeki Kacza. W pro­mie­niach zacho­dzą­cego słońca kra­jo­braz wyda­wał się zadzi­wia­jąco piękny, z wąską drogą obsa­dzoną topo­lami, wijącą się mię­dzy owo­co­wymi plan­ta­cjami. Z odle­gło­ści około pół­tora kilo­me­tra mogli­śmy przy­glą­dać się ład­nym, małym tatar­skim domom z drew­nia­nymi gan­kami i niskimi dachami, które roz­rzu­cone były po całej doli­nie i na szczy­tach wzgórz.

Kiedy zbli­ża­li­śmy się do skraju osady, nasz czo­łowy pod­od­dział został nakryty sil­nym ogniem nie­przy­ja­ciela. Natych­miast roz­po­czą­łem ostrze­li­wa­nie nie­wi­docz­nego jesz­cze wroga z mojego działka. Pod osłoną naszego ognia do przodu ruszył ofi­cer dowo­dzący 9 kom­pa­nią. Ogień broni ręcz­nej zaczął ostu­ki­wać ścianę domo­stwa za naszymi ple­cami, pozo­sta­wia­jąc wiru­jące kłęby kurzu w miej­scach, gdzie kule dzio­bały zabu­do­wa­nia obok naszego sta­no­wi­ska. Pod­czas gdy my leże­li­śmy pła­sko lub kry­li­śmy się za sta­lową osłoną Paka, nasz dowódca kom­pa­nii stał nie­wzru­sze­nie w samym środku całego tego bała­ganu, igno­ru­jąc kule bęb­niące w ścianę.

W ogłu­sza­ją­cym huku kara­bi­nów maszy­no­wych usły­sza­łem przej­mu­jący krzyk ran­nego żoł­nie­rza. Ktoś zaczął krzy­czeć: "Postrzał w brzuch!". Naj­bliż­szy kara­bin maszy­nowy strze­lał prak­tycz­nie bez prze­rwy -?strze­lec posy­łał serię za serią w stronę szybko prze­miesz­cza­ją­cych się celów. My skon­cen­tro­wa­li­śmy się na łado­wa­niu i strze­la­niu do odle­głych postaci prze­bie­ga­ją­cych mię­dzy domami, pod­czas gdy strze­lec kara­binu maszy­no­wego prze­no­sił ogień w miarę prze­su­wa­nia się prze­ciw­nika.

Pró­bo­wa­li­śmy stwo­rzyć wra­że­nie, iż jeste­śmy tu co naj­mniej w sile pułku, a nie tyko jako słaba szpica w skła­dzie kom­pa­nii cykli­stów wspar­tej dwoma dział­kami prze­ciw­pan­cer­nymi. Pod­stęp się udał i ujrze­li­śmy grupę sowiec­kich żoł­nie­rzy ubra­nych w ciem­no­nie­bie­skie kurtki mary­narki, wyco­fu­ją­cych się dnem doliny w kie­runku zachod­nim, w stronę morza.

Ranny żoł­nierz leżał kilka kro­ków za nami, na skraju drogi. Jego odwró­cony hełm walał się kilka kro­ków od niego. Sani­ta­riusz ukląkł przy nim i roz­piął jego zaku­rzoną bluzę, aby prze­wią­zać mu ranę. Po paru sekun­dach krzyki leżą­cego w pyle drogi żoł­nierza, któ­rymi wzy­wał pomocy, prze­szły w nie­zro­zu­miałe mam­ro­ta­nie. Jego pełne gorączki oczy, dobrze widoczne na tle tru­pio­bla­dej twa­rzy, otwo­rzyły się sze­roko ze zdu­mie­nia; patrzyły przed sie­bie w ciem­ność i szybko osia­dał na nich cień śmierci. Sani­ta­riusz zdjął zega­rek z ręki pole­głego i pospiesz­nie prze­trzą­snął kie­sze­nie podar­tego, spla­mio­nego krwią mun­duru w poszu­ki­wa­niu rze­czy oso­bi­stych. Odwró­ci­li­śmy się, sta­ra­jąc się zająć wła­snymi myślami i obo­wiąz­kami.

Myśli tych, któ­rzy znaj­do­wali się w pobliżu, były bar­dzo oso­bi­ste i nikt nie był w sta­nie uciec od uczu­cia głę­bo­kiego współ­czu­cia dla naszego brata w sza­rym mun­du­rze, któ­rego dopa­dła śmierć. Jed­nak myśląc o nim, każdy z nas myślał o sobie samym, o tym, że być może będzie następ­nym, który zgi­nie, kolej­nym, któ­rego los dopełni się w Rosji. Nie­kiedy tego typu myśli zaczy­nały nas mocno prze­śla­do­wać, byli­śmy wobec nich bez­radni, tak jak bez­radni byli­śmy wobec śmierci, która tak szybko zabrała naszego towa­rzy­sza broni. Wtedy wła­śnie zaczę­li­śmy poj­mo­wać, że ta obca zie­mia zaczyna nas poże­rać.

Ludzie wahali się i usi­ło­wali stłu­mić te emo­cje gdzieś głę­boko w sobie. W cza­sie walki te zdu­szone dozna­nia spla­tały się z każ­dym ner­wem i napi­nały do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści za każ­dym razem, gdy doświad­cza­li­śmy uczu­cia nie­opi­sa­nego prze­ra­że­nia. Lekar­stwem na wewnętrzny nie­po­kój było wyłącz­nie dzia­ła­nie -?udzie­la­nie pomocy ran­nym, obsługa broni i sprzętu, pro­wa­dze­nie ognia do prze­ciw­nika. Żoł­nie­rza pie­choty w coraz więk­szym stop­niu ogar­niała nie­po­skro­miona, nara­sta­jąca fala wście­kło­ści, zaś roz­go­rącz­ko­wany umysł był w sta­nie skon­cen­tro­wać się wyłącz­nie na jed­nym: na zemście za pole­głych kole­gów, na zabi­ja­niu wro­gów, na nisz­cze­niu. Naj­wyż­sza forma takiej wście­kło­ści gra­niczyła ze sta­nami samo­bój­czymi, tak cienka była gra­nica mię­dzy tchó­rzo­stwem a odwagą. Cza­sami, gdy było spo­koj­nie, roz­ma­wia­li­śmy o tym, jaki wpływ na nasze życie ma codzienny kon­takt z nie­bez­pie­czeń­stwem i cier­pie­niem. Zga­dza­li­śmy się z opi­nią, iż ludzie pro­ści, o sil­nej natu­rze, nie­ule­ga­jący stre­sowi psy­chicz­nemu, z reguły radzą sobie z takimi sytu­acjami lepiej niż ci, któ­rych zwy­kle uważa się za ludzi inte­li­gent­nych czy wraż­li­wych. Jed­nakże i tak nie ist­nieją zasady, któ­rymi owa teo­ria mogłaby się kie­ro­wać; zależy ona wyłącz­nie od sytu­acji w danej chwili i ni­gdy się nie powta­rza, albo­wiem na woj­nie każda sytu­acja jest zupeł­nie inna. Oso­bo­wość żoł­nie­rza także zmie­nia się wraz z upły­wem czasu, w miarę jak nabiera on doświad­cze­nia.

Czę­sto mówi się, że można się do tego przy­zwy­czaić. Można przy­wyk­nąć do bez­u­stan­nej obec­no­ści śmierci czy cią­głego zagro­że­nia śmier­cią, jed­nakże pod­czas dłu­gich lat kam­pa­nii w Rosji bez­radne przy­glą­da­nie się ago­nii ciężko ran­nych żoł­nie­rzy zawsze wywie­rało na mnie daleko więk­szy wpływ niż sytu­acje, w któ­rych towa­rzy­sza broni spo­ty­kała szybka i bez­bo­le­sna śmierć. Gdy kogoś dopa­dła śmierć, po pro­stu odcho­dził, ale krzyki ran­nych, czy to naszych wła­snych, czy też nie­przy­ja­ciół leżą­cych samot­nie mię­dzy liniami, czę­sto sły­szy się godzi­nami po tym, jak zamilkną działa.

* * *

W nie­śmia­łym świe­tle wcze­snego, listo­pa­do­wego wschodu słońca sie­dzia­łem na łożu działa prze­ciw­pan­cer­nego, trzy­ma­jąc wartę. Nagle gdzieś bli­sko roz­legł się trzask wystrza­łów kara­bi­no­wych i buch­nęły serie z pisto­le­tów maszy­no­wych; kule zaświ­stały nade mną i obok mnie. Pode­rwa­łem się na równe nogi, okrę­ci­łem na pię­cie i w odle­gło­ści nie więk­szej niż pięć­dzie­siąt kro­ków za moim sta­no­wi­skiem dostrze­głem dużą grupę Rosjan, prze­miesz­cza­jącą się pomię­dzy drze­wami owo­co­wymi. Natych­miast ogar­nęło mnie uczu­cie dziw­nego chłodu, gdyż zro­zu­mia­łem, że nasz mały pod­od­dział został odcięty od reszty kom­pa­nii. Rzu­ci­łem się na zie­mię mię­dzy roz­su­nięte ogony łoża, ner­wo­wym ruchem przy­ci­sną­łem kolbę kara­binu do policzka, wzią­łem na cel jedną z wid­mo­wych postaci i naci­sną­łem spust. Lekki kara­bin dał o sobie znać odrzu­tem i para­li­żu­jący strach natych­miast ze mnie wypa­ro­wał. Gdy prze­ła­do­wy­wa­łem broń, obsługa naszego kara­binu maszy­no­wego, zaalar­mo­wana wystrza­łami, rzu­ciła się do swego MG i pospiesz­nie obró­ciła lufę ceka­emu do tyłu. Po kilku sekun­dach wymia­tali już ogniem zaro­śla i prze­strzeń mię­dzy drze­wami. Reszta obsługi mojego działka wysko­czyła z ukry­cia i bie­giem dopa­dła swo­ich sta­no­wisk przy Paku. Nie mogli­śmy jed­nak otwo­rzyć ognia bez nara­że­nia naszych wła­snych ludzi na nie­bez­pie­czeń­stwo

Rosja­nom udało się prze­mknąć mię­dzy nami i tatar­skimi dom­kami, w któ­rych kwa­te­ro­wali żoł­nie­rze 9 i 14 kom­pa­nii. Z daleka widzie­li­śmy, jak pode­rwani strze­la­niną ludzie wypa­dają bie­giem z domostw. Gęsta strze­la­nina szybko roz­pa­liła się pomię­dzy owo­co­wymi sadami, gdy Rosja­nie obło­żyli nasze sta­no­wi­ska hura­ga­no­wym ogniem i sami zostali wzięci pod ostrzał przez nasze główne siły. Kiedy nasze pod­od­działy ostrze­lały prze­ciw­nika sil­nym ogniem z dwóch stron, nie­przy­ja­ciel­ski oddział sztur­mowy został prak­tycz­nie zli­kwi­do­wany, a pozo­stali przy życiu żoł­nie­rze sowieccy pod­dali się.

Zezna­nia jeń­ców potwier­dziły, iż ata­ku­jąca nas grupa bojowa była czę­ścią oddziału, który poprzed­niego dnia pró­bo­wał prze­bić się przez nasze pozy­cje do brzegu morza. Wzięci do nie­woli Rosja­nie byli ubrani w ciem­no­nie­bie­skie mun­dury mary­narki wojen­nej, które wyglą­dały na nie­dawno wydane, gdyż wciąż były nie­ska­zi­tel­nie czy­ste. Jeńcy zeznali, iż należą do eli­tar­nej jed­nostki pie­choty mor­skiej, my zaś byli­śmy pod wra­że­niem ogrom­nej siły ognia, jaką dys­po­no­wała tak nie­wielka grupa ludzi. Wszy­scy byli uzbro­jeni w pół­au­to­ma­tyczne kara­binki lub krót­ko­lu­fowe pisto­lety maszy­nowe o okrą­głych maga­zyn­kach, w któ­rych mie­ścił się zapas amu­ni­cji w ilo­ści sie­dem­dzie­się­ciu dwóch nabo­jów.

Od jed­nego z jeń­ców wzią­łem pisto­let maszy­nowy i kilka okrą­głych maga­zyn­ków, gdyż w bez­po­śred­nim boju nie mia­łem już wiel­kiej wiary w sku­tecz­ność nie­zbyt szyb­ko­strzel­nego kara­binku "Kar98k". Posia­da­nie auto­ma­tycz­nej broni z dużym zapa­sem amu­ni­cji doda­wało mi pew­no­ści sie­bie. Potem uży­wa­łem jej przez wiele mie­sięcy.

Skra­jem warzyw­nika, wzdłuż wąskiej drogi, pomię­dzy roz­rzu­co­nymi domo­stwami, biegł stary kamienny mur, z któ­rego wybi­li­śmy kilka kamieni, aby stwo­rzyć strzel­nice zwró­cone w stronę prze­ciw­nika. Za naszym sta­no­wi­skiem zbu­do­wa­li­śmy z luź­nych kamieni bary­kadę dla ochrony przed ogniem moź­dzie­rzy i arty­le­rii wroga. Na naszym odcinku mie­li­śmy szczę­ście, albo­wiem z tyłu, daleko od nas, sły­chać było odgłosy rwą­cych się poci­sków burzą­cych.

Gdy pil­nie pra­co­wa­li­śmy nad umoc­nie­niem naszych pozy­cji, nasze zaję­cie raz jesz­cze prze­rwał nam kontr­atak nie­przy­ja­ciela. Korzy­sta­jąc z osłony gęstych zaro­śli, sowiecka pie­chota mor­ska pod­kra­dła się na bli­ską odle­głość i nagle z pół­mroku świtu wysko­czyły na nas mil­czące posta­cie odziane w nie­bie­sko-czarne mun­dury.

Znowu zaja­zgo­tał kara­bin maszy­nowy, któ­remu towa­rzy­szyły szczek­nię­cia naszych moź­dzie­rzy, sto­ją­cych nieco dalej za nami. Po kilku sekun­dach roz­le­gły się eks­plo­zje poci­sków, wyrzu­ca­jące w powie­trze grudy ziemi jakieś sto pięć­dzie­siąt metrów przed naszymi sta­no­wi­skami. Nie­przy­ja­ciel­ski atak zała­mał się i Rosja­nie roz­pły­nęli się w chasz­czach, zosta­wia­jąc za sobą zabi­tych i ran­nych.

Prze­cze­su­jąc oko­licę natknę­li­śmy się na zupeł­nie zdro­wego Rosja­nina, który zabłą­dził i leżał teraz za poszar­pa­nym pniem drzewa, pięć­dzie­siąt kro­ków od naszego działka. Krzy­cząc "Stoj! Ruki w wierch! Idi siuda!" (Stój! Ręce do góry! Podejdź tutaj!) naka­za­łem mu, aby się do nas zbli­żył. Poty­ka­jąc się, z rękoma wysoko unie­sio­nymi w górę, pod­szedł do nas z dobro­dusz­nym uśmie­chem na twa­rzy. Odpię­li­śmy mu od pasa pełen maga­zy­nek amu­ni­cji i dwa gra­naty, po czym łącz­nik odpro­wa­dził go do dowódz­twa kom­pa­nii.

Nie­usta­jący ogień moź­dzie­rzy uprzy­krzał nam życie w ciągu dnia, gdy na naszych liniach bez ostrze­że­nia wybu­chały poje­dyn­cze, spo­ra­dycz­nie wystrze­li­wane poci­ski. Któ­re­goś razu, gdy dowódca naszej kom­pa­nii stu­dio­wał przez lor­netkę poło­żony przed nami teren, nagle szarp­nął się do tyłu i wyrzu­cił w górę obie, poszar­pane ręce. Z otwar­tych ran chlu­snęła krew i lała się na rękawy jego mun­duru. Odła­mek gra­natu moź­dzie­rzo­wego, ostry jak brzy­twa, prze­ciął lor­netkę i czy­ściutko ampu­to­wał mu kilka pal­ców u obu rąk. Poza tym ofi­cer nie odniósł żad­nych obra­żeń. Jego radio­te­le­gra­fi­sta ode­skor­to­wał go do szpi­tala polo­wego.

5 listo­pada dywi­zja otrzy­mała roz­kaz opa­no­wa­nia doliny Bel­bek w oko­li­cach Duwan­koj, Gad­szi­koj i Bejuk-Otar­koj.6 Zada­nie wyko­nano tego samego wie­czoru, zaś ataki kon­ty­nu­owano przez kolejne dwa dni, co przy­nio­sło znaczne zdo­by­cze tere­nowe w obrę­bie zewnętrz­nego pier­ście­nia obrony i pozy­cji polo­wych na pół­nocny wschód od twier­dzy Sewa­sto­pol. Wzgó­rza Mekenzi, samo mia­sto i góru­jący nad oko­licą teren, ozna­czony jako wzgó­rze 363.5, zostały zajęte i utrzy­mane w cięż­kich bojach.

Póź­nym popo­łu­dniem 7 listo­pada nad­szedł roz­kaz z pułku, aby nasze działa zajęły pozy­cje na linii obrony na zachod­nim obrzeżu wzgórz Mekenzi. Wkrótce po tym jedno z dział prze­ciw­pan­cer­nych naszej kom­pa­nii znisz­czyło w cza­sie nie­przy­ja­ciel­skiego kontr­ataku sowiecki czołg.

Nasz cią­gnik pod­ska­ki­wał na wybo­istej dro­dze, kie­ru­jąc się w stronę nowego celu, zachod­niego pasma Gór Jaiłu. Leżący przed nami wysoki pła­sko­wyż był poro­śnięty gęstym lasem i krze­wami. Widziane z daleka, łagod­nie wzno­szące się wzgó­rza i płyt­kie doliny, z któ­rych wła­śnie wyje­cha­li­śmy, przy­po­mi­nały gładki kobie­rzec zie­leni i brązu. Przed naszymi oczami roz­po­ście­rał się wspa­niały widok pól wokół Bak­czy­sa­raju, gdzie na połu­dniu zacho­dzące słońce ską­pało wapienne skały w deli­kat­nej różo­wej poświa­cie. Wszystko spra­wiało wra­że­nie spo­koju, jed­nak ze wzgórz nasze bate­rie arty­le­rii nio­sły echo wojny, a w odpo­wie­dzi na pła­sko­wyżu Mekenzi z ostrym hukiem rwały się poci­ski wroga.

W odle­gło­ści około dwu­dzie­stu metrów od szlaku natknę­li­śmy się na masywną, beto­nową ambra­zurę, z któ­rej ster­czała lufa szyb­ko­strzel­nego sowiec­kiego działa ze sta­lową płytą wzno­szącą się ostro w wie­czorne niebo. To porzu­cone nie­dawno działo było naj­pew­niej jed­nym z tych, które przy­spo­rzyło nam tak wiele kło­po­tów, ostrze­li­wu­jąc nas w ostat­nich dniach z domi­nu­ją­cych nad oko­licą wznie­sień.

Ciężki ogień arty­le­rii wkrótce zaczął spa­dać na wzgó­rza i kry­jąc się przed roz­ża­rzo­nymi do bia­ło­ści odłam­kami poci­sków szu­ka­li­śmy schro­nie­nia w opusz­czo­nym bun­krze. Kon­struk­cja tego wiel­kiego działa przy­po­mi­nała nasze prze­ciw­lot­ni­cze osiem­dzie­siątki ósemki, choć w więk­szej skali. Na masyw­nym zamku wid­niały głę­boko wyryte infor­ma­cje tech­niczne w języku angiel­skim, kali­ber i data pro­duk­cji -?1938 rok. Zało­ży­li­śmy, że armata musiała zostać wypro­du­ko­wana jako angiel­skie lub ame­ry­kań­skie działo mor­skie.

Po kilku sekun­dach od chwili, gdy wsko­czy­li­śmy do bun­kra, Hart­mann zwró­cił naszą uwagę na trans­por­ter amu­ni­cyjny, powoli wspi­na­jący się na strome zbo­cze w ślad za nami. Szy­ko­wa­li­śmy się na jego przy­by­cie, gdy nie­ocze­ki­wa­nie, bez ostrze­że­nia, znaj­du­jący się w odle­gło­ści dwu­stu metrów trzy­osiowy Ford eks­plo­do­wał kulą ognia i skrył się w chmu­rze czar­nego dymu biją­cego w niebo.

Amu­ni­cja, nała­do­wana do pełna, zaczęła wyla­ty­wać w powie­trze gwał­tow­nymi eks­plo­zjami, zasy­pu­jąc nas desz­czem roz­pa­lo­nych odłam­ków i całych poci­sków. Jesz­cze przez kilka godzin, pojazd, naj­wi­docz­niej tra­fiony przez ukryte działo bez­po­śred­nio w nie­za­bez­pie­czony zbior­nik paliwa, zarzu­cał oko­licę sno­pami iskier i postrzę­pio­nymi kawał­kami metalu. Gdy deto­na­cje ustały, ostroż­nie zbli­ży­li­śmy się do pło­ną­cej cię­ża­rówki i po tym jak pło­mie­nie nieco przy­ga­sły, wycią­gnę­li­śmy z niej stłam­szone i spa­lone ciało mar­twego kie­rowcy.

Raz jesz­cze wraz z zacho­dem słońca przy­szedł deszcz. W stru­gach wody, spły­wa­ją­cej z pała­tek narzu­co­nych na zbo­lałe ramiona, obsługi dział ryły i wydzio­by­wały w kamie­ni­stej gle­bie mogiłę dla pole­głego star­szego sze­re­go­wego. Płytki grób powsta­wał w ciszy; każdy zagu­biony był w swo­ich wła­snych myślach, nie­uchron­nie nawie­dza­ją­cych nas za każ­dym razem, gdy śmierć zabie­rała jed­nego z towa­rzy­szy broni. Żoł­nie­rze ucze­pili się mokrych sape­rek, płytka mogiłka została wyko­pana, z ciała zdjęto nie­śmier­tel­nik i spa­lone szczątki zostały zło­żone na spo­czy­nek, szczel­nie zawi­nięte w gumo­wany płaszcz prze­ciw­ga­zowy. Łopat­kami nagar­nę­li­śmy nie­wielki kop­czyk i poło­ży­li­śmy na nim zno­szony i pogięty hełm.

I znowu tak trudno było sobie uzmy­sło­wić, że ludzka podróż przez życie dobie­gła końca, zosta­wia­jąc po sobie tylko sta­lowy hełm i malutki kop­czyk gdzieś na zbo­czu krym­skiej góry. Ulewa wzma­gała się, zmy­wa­jąc zie­mię z osy­pu­ją­cej się sterty kamieni, które poukła­da­li­śmy na mogile. Kamie­nie w ciem­no­ści wyda­wały się kre­do­wo­białe, odbi­ja­jąc blask odle­głych flar, uno­szą­cych się gdzieś daleko nad Mekenzi.

Zimny deszcz padał przez całą noc, ście­ka­jąc nam z heł­mów za koł­nie­rze, gdy w roz­mo­kłej gli­nie pcha­li­śmy nasze działko na nowe sta­no­wi­sko. W pierw­szych prze­bły­skach świtu podzie­li­li­śmy się namiastką naszej kawy z war­tow­ni­kiem dyżu­ru­ją­cym przy kara­bi­nie maszy­no­wym. Powie­dział nam o sil­nych sowiec­kich kontr­ata­kach, które miały miej­sce w tym sek­to­rze w ostat­nich dniach. Zmo­ty­wo­wani jego opo­wie­ścią, ponow­nie zaczę­li­śmy wgry­zać się w zie­mię, wko­pu­jąc się jesz­cze głę­biej i ukła­da­jąc kamie­nie wokół naszego działa dla ochrony przed odłam­kami.

Nie­ocze­ki­wa­nie, bez jed­nego dźwięku, z ciem­no­ści wylały się fale nie­przy­ja­ciel­skiej pie­choty. Rzu­cono prze­ciwko nam wybo­rowe jed­nostki sowiec­kiej pie­choty mor­skiej, wzmoc­nione oddzia­łami robo­czymi, rekru­to­wa­nymi w sewa­sto­pol­skich dokach i fabry­kach. Sztur­mo­wali nasze pozy­cje z gęstych zaro­śli na przed­polu Mekenzi, pędząc na nas ciem­nymi falami, z ochry­płymi okrzy­kami "Urrr-r-r-a!" bucha­ją­cymi ze zbli­ża­ją­cych się sze­re­gów. Rzu­ca­jąc się do naszych dział, z ata­ku­ją­cych prze­isto­czy­li­śmy się w obroń­ców, goto­wych do obrony swych pozy­cji z równą zacię­to­ścią, z jaką jesz­cze kilka dni temu na tych samych wzgó­rzach robili to Rosja­nie.

Z naj­bliż­szej odle­gło­ści otwo­rzy­li­śmy do ata­ku­ją­cej pie­choty ogień poci­skami odłam­ko­wymi. Ryk bitwy zagłu­szył krzyki Sowie­tów, a gorącz­kowe łado­wa­nie działa zdu­siło ogar­nia­jący nas strach. Sto­jący w pobliży ciężki kara­bin maszy­nowy poły­kał jedną taśmę błysz­czą­cej amu­ni­cji za drugą, bez końca wyplu­wa­jąc stru­mień łusek. Nasze moź­dzie­rze, sto­jące za nami, usi­ło­wały powstrzy­mać pędzące na nas fale i ich poci­ski eks­plo­do­wały na kamie­ni­stym grun­cie pięć­dzie­siąt metrów przed naszymi sta­no­wi­skami. Powoli atak zaczął się zała­my­wać. Otwarty teren przed nami był usiany ciem­nymi zary­sami zabi­tych i ran­nych. Przez dzwo­nie­nie w uszach, spo­wo­do­wane bli­skimi wystrza­łami setek broni, prze­bi­jały się krzyki pora­nio­nych. Wcze­sne powie­trze przed­świtu było cięż­kie i nie­malże duszące od gry­zą­cego zapa­chu spa­lo­nego pro­chu. Poprzez zasłonę dymu i kurzu widać było wiją­cych się w ago­nii ran­nych żoł­nie­rzy prze­ciw­nika, pozo­sta­wio­nych przed naszymi pozy­cjami.

W ciągu kilku minut spadł na nas kolejny atak, a wscho­dzące słońce pod­nio­sło się nad hory­zont, uka­zu­jąc pole walki w całej swej potwor­no­ści. Nie­na­wiść i żądza krwi, napę­dzane szczo­drymi racjami wódki, gnały rosyj­skich żoł­nie­rzy, zata­cza­ją­cych się, poty­ka­ją­cych i pędzo­nych do przodu pod lufami pisto­le­tów komi­sa­rzy. Grom­kie wrza­ski "Urraaa!" raz jesz­cze uto­nęły w ogłu­sza­ją­cym huku strze­la­ją­cej broni. W zgiełku dobiegł do mnie krzyk strzelca kara­binu maszy­no­wego: "Nie mogę tak ich zabi­jać!". Krzy­czał i nie spusz­czał palca ze spu­stu, śląc z dymią­cej lufy MG stru­mień śmierci pro­sto w masę ata­ku­ją­cych. Poci­ski z naszego Paka wyły i wyry­wały luki w chwie­ją­cych się sze­re­gach sztur­mu­ją­cych Rosjan. Tym razem atak zała­mał się zale­d­wie pięć­dzie­siąt kro­ków od wylotu lufy naszego działa.

Zaj­mo­wa­li­śmy pozy­cje na waż­nych wzgó­rzach, stra­te­gicz­nie poło­żo­nych w pobliżu Mekenzi i Armia Czer­wona w pełni zda­wała sobie sprawę z faktu, że jeśli pozwoli nam na przedar­cie się do Zatoki Pół­noc­nej, jej naj­istot­niej­sze szlaki komu­ni­ka­cyjne zostaną prze­rwane. Z tego wła­śnie względu, pod przy­mu­sem, pona­glane groź­bami i moty­wo­wane patrio­tycz­nymi ape­lami komi­sa­rzy poli­tycz­nych, rzu­cały się na nas coraz to nowe masy Rosjan. Raz za razem, roz­pa­lone hoj­nymi por­cjami wódki, patrząc w lufy pisto­le­tów komi­sa­rzy, cze­ka­ją­cych na naj­mniej­sze oznaki waha­nia, wyle­wały się na nas fale rosyj­skiej pie­choty.

W połu­dnie, zata­cza­jąc się w gęstych opa­rach pro­cho­wego dymu, led­wie trzy­ma­li­śmy się na nogach. Dzwo­niło nam w uszach, a fizyczne zmę­cze­nie, cią­głe napię­cie i strach towa­rzy­szący walce spra­wiały, że ciała odma­wiały nam posłu­szeń­stwa. Słab­nąc, poty­ka­li­śmy się o wła­sne nogi, usi­łu­jąc oczy­ścić rumo­wi­sko naszej pozy­cji. Strzel­com kara­bi­nów maszy­no­wych drę­twiały palce pra­wych dłoni, zaś moź­dzie­rzy­ści, wyczer­pani, z tru­dem uno­sili ramiona. Lufy szpan­da­łów, bły­ska­wicz­nie wymie­niane w cza­sie krót­kich przerw w oboju, walały się po ziemi. Łuski z wystrze­lo­nych poci­sków pię­trzyły się hał­dami i chrzę­ściły pod sto­pami wokół naszych sta­no­wisk.

I wresz­cie nad naszymi liniami zapa­dła ciężka cisza. Strze­lec i ładow­ni­czy kara­binu maszy­no­wego opa­dli wycień­czeni na swoje MG, patrząc pustym wzro­kiem na pustkę, z któ­rej wypeł­zały fale sztur­mu­ją­cych. Obsługa Paka legła wprost na ziemi, wciąż nie mogąc w pełni pojąć kosz­maru bitwy. Dzwo­nie­nie w uszach stop­niowo cichło i z tyłu, za naszymi pozy­cjami, dał się sły­szeć słaby odgłos pobrzę­ku­ją­cych łopa­tek saper­skich.

Przy­po­mniała mi się histo­ria o tym, jak to w sta­ro­żyt­no­ści obrońcy for­tecy ukła­dali w stosy ciała pole­głych, aby w razie koniecz­no­ści posłu­żyły za osłonę. Teraz porów­na­nie z tamtą sytu­acją samo przy­szło mi do głowy. Zabici i ranni Rosja­nie, skłę­bieni, gęsto zaście­łali przed­pole naszej linii obron­nej. Splą­tane krzewy, które osła­niały ich podej­ście, były poszat­ko­wane i pości­nane tysią­cami kul i odłam­ków.

Wraz z zacho­dem słońca z ulgą powi­ta­li­śmy zasłonę ciem­no­ści. Przez całą noc prze­śla­do­wały nas krzyki ran­nych Rosjan leżą­cych na ziemi niczy­jej przed naszymi sta­no­wi­skami. My zaś umac­nia­li­śmy nasze pozy­cje i mozol­nie nosi­li­śmy skrzynki z amu­ni­cją. Ze strony Rosjan nie zauwa­ży­li­śmy żad­nych prób ewa­ku­acji ran­nych, czy to skry­cie, czy też pod osłoną bia­łej flagi. Nie dało się spać. W sek­to­rze naszego bata­lionu, ryzy­ku­jąc ścią­gnię­cie ognia snaj­pe­rów, pospiesz­nie pod­li­czono setki ciał leżą­cych na przed­polu. Jesz­cze długo potem sły­sza­łem we śnie krzyk naszego strzelca kara­binu maszy­no­wego: "Nie mogę tak ich zabi­jać!"

Jakimś cudem obsługa mojego Paka nie odnio­sła żad­nych obra­żeń, choć bata­lion poniósł znaczne starty. Fale sowiec­kiej pie­choty zdo­łały w pew­nym miej­scu prze­rwać naszą linię i trzeba było je odrzu­cać w walce wręcz. Tego wie­czoru, gdy uda­li­śmy się na tyły po racje żyw­no­ściowe i amu­ni­cję, przy­szło nam prze­cho­dzić koło punktu opa­trun­ko­wego, gdzie uszy roz­darły nam jęki naszych wła­snych ran­nych. Poty­ka­jąc się, poszli­śmy w ich kie­runku.

W ciem­no­ści ruszy­li­śmy za dwoma noszo­wymi, któ­rzy obcho­dzili leje wypeł­nione błot­ni­stą wodą. Minę­li­śmy rzędy naszych pole­głych, owi­nię­tych w pałatki, cze­ka­ją­cych na swoją poże­gnalną podróż fur­man­kami na tyły. Tej nocy jed­nak, przed uda­niem się w ostatni marsz z nie­miecką armią, musieli zacze­kać na swoją kolej, bowiem prio­ry­tet miał trans­port ran­nych. Widzie­li­śmy mło­dego chi­rurga woj­sko­wego, w mdłym świe­tle lampy pochy­lo­nego nad nie­ru­chomą posta­cią, z pod­wi­nię­tymi ręka­wami bez­u­stan­nie pra­cu­ją­cego w asy­ście swo­ich sani­ta­riu­szy.

Prze­ciw­desz­czowe pałatki, cięż­kie od desz­czu, zwie­szały się nad jamami, w któ­rych leżeli ranni. W żół­tym bla­sku syczą­cych lamp poda­wano zastrzyki prze­ciw­tęż­cowe i mor­finę. Rany płuc były mocno ban­da­żo­wane, arte­rie ści­skano klam­rami, prze­wią­zy­wano koń­czyny i skła­dano potrza­skane kości. Ran­nych kła­dziono rzę­dami na ster­tach słomy i przy­cze­piano im karty infor­ma­cyjne do bluz. Gdy tak w swych brud­nych, poszar­pa­nych mun­du­rach, owi­nięci skrwa­wio­nymi ban­da­żami cze­kali na podróż w nie­znane, two­rzyli wokół sie­bie nie­po­ko­jącą atmos­ferę pełną krzy­ków, jęków, skom­leń i kamien­nej ciszy. Nie­wiel­kimi grup­kami wywo­żono ich na tyły fur­man­kami zaprzę­żo­nymi w małe koniki.

Ciężka rana była dla żoł­nie­rza wiel­kim szo­kiem psy­chicz­nym, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo silny i odważny by nie był. Pod wpły­wem tego, co go spo­tkało, szybko dopa­dała go trauma. Owład­nięty poczu­ciem bez­sil­no­ści, nie uwa­żał się już za wojow­nika, lecz a kogoś, kto pozo­staje na cał­ko­wi­tej łasce swo­ich towa­rzy­szy.

Jedyną nasza myślą było pra­gnie­nie ucieczki przed kosz­ma­rem, bru­dem, nie­szczę­ściem i śmier­cią i zna­le­zie­nie się w miej­scu, gdzie nie będą spa­dać poci­ski. Przy­spie­szy­li­śmy kroku i wró­ci­li­śmy do zna­jo­mego, bez­piecz­nego sąsiedz­twa naszego działa, zosta­wia­jąc cier­pie­nie za sobą.

Rozdział 3 -?Mekenzi

Roz­dział 3 Mekenzi

Nagle zorien­to­wa­łem się, że przez nitki celow­ni­cze patrzę pro­sto w okrą­gły, czarny otwór lufy nie­przy­ja­ciel­skiego działa...

Druga połowa listo­pada 1941 roku. Noce przy­nio­sły przy­mrozki. Na szczę­ście, na Kry­mie nikt nie ocze­ki­wał bru­tal­nej rosyj­skiej zimy i nie doświad­czy­li­śmy mie­sięcy cier­pień w minu­so­wych tem­pe­ra­tu­rach w takim stop­niu, jak nasi kole­dzy na pół­noc­nym odcinku frontu. W pół­noc­nej i cen­tral­nej czę­ści Pół­wy­spu Krym­skiego zimy są bar­dzo podobne do tych w Niem­czech, ze śnie­giem i mro­zem, ale na połu­dnio­wym wybrzeżu, na "rosyj­skiej Riwie­rze", są sto­sun­kowo łagodne.

Noce i dnie nauczyły nas już, że umun­du­ro­wa­nie zimowe, przy­słu­gu­jące zgod­nie z roz­po­rzą­dze­niami dywi­zjom pie­choty, było zbyt lek­kie, szcze­gól­nie dla żoł­nie­rzy na wysu­nię­tych, naj­bar­dziej odsło­nię­tych sta­no­wi­skach. Na pierw­szej linii byli­śmy zmu­szeni do życia w odkry­tych oko­pach lub za kamien­nymi ścia­nami, gdzie za dach słu­żyły nam płachty namio­towe ze spię­tych razem pała­tek. Tak pry­mi­tywne schro­nie­nie wysta­wiało nas na łaskę żywio­łów, zaś nasza dola stała się jesz­cze cięż­sza wraz z nadej­ściem desz­czów i mro­zów. Służby tyłowe, zaopa­trze­niowcy i sztaby z reguły wyko­rzy­sty­wali moż­li­wość kwa­te­ro­wa­nia w rosyj­skich domo­stwach i to pomimo faktu, że sowiec­kie działa okrę­towe dużego kali­bru oraz arty­le­ria for­teczna mogła z łatwo­ścią dosię­gnąć celów daleko za naszymi liniami.

Nie­przy­ja­ciel­skie myśliwce i bom­bowce Mar­tin7 codzien­nie ata­ko­wały sta­no­wi­ska bate­rii, szpi­tale polowe, kolumny z zaopa­trze­niem, sie­dziby dowództw i inne, wybrane cele. Jakby jesz­cze było za mało zmar­twień, zaczął się sezon błota. Gdy nastę­po­wała odwilż, szlaki i drogi zamie­niały się w bez­denny ocean mazi; wszelki ciężki ruch kołowy prak­tycz­nie usta­wał. Raz jesz­cze oka­zy­wało się, że linie zaopa­trze­niowe wio­dące do oddzia­łów na pierw­szej linii muszą w zupeł­no­ści pole­gać na nie­zmor­do­wa­nych, malut­kich ukra­iń­skich koni­kach, cią­gną­cych pry­mi­tywne zaprzęgi.

Nas, żoł­nie­rzy z jed­no­stek pierw­szo­li­nio­wych, mie­siące nie­do­stat­ków i cią­głej pracy fizycz­nej zdą­żyły już dobrze zahar­to­wać. Walki, mar­sze i życie pod chmurką, czę­sto o gło­dzie i chło­dzie, spra­wiły, że żoł­nie­rze stali się twar­dzi i wytrzy­mali. Ludzie zro­bili się żyla­ści, bez grama zbęd­nego tłusz­czu na żebrach.

Od wroga nauczy­li­śmy się sztuki impro­wi­za­cji i samo­wy­star­czal­no­ści. Pod­czas mroź­nych nocy ocie­pla­li­śmy nasze bun­kry i kamienne schrony nie­bie­skimi mary­nar­skimi szy­ne­lami, zdar­tymi z pole­głych nie­przy­ja­ciół leżą­cych przed naszymi pozy­cjami. Sowiec­kie trupy były także źró­dłem zaopa­trze­nia w grube, brą­zowe ręka­wice z fla­neli. Gdzieś z głę­bo­kich tyłów nade­szła instruk­cja zawie­ra­jąca porady, iż w cza­sie noc­nych mro­zów jako ręka­wic można uży­wać przy­dzia­ło­wych skar­pe­tek Wehr­machtu. Napi­sana pre­cy­zyj­nym języ­kiem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla ter­mi­no­lo­gii woj­sko­wej, zawie­rała instruk­cję dla oddzia­łów fron­to­wych doty­czącą spo­sobu wyci­na­nia dwóch otwo­rów w skar­petce tak, by wcho­dził w nie kciuk i palec naci­ska­jący spust broni. Ktoś naj­wi­docz­niej nie miał poję­cia o tym, że nasze buty były zno­szone do pode­szw, a nasze skar­petki przy­po­mi­nały co naj­wy­żej podarte szmaty z dosta­tecz­nie dużą ilo­ścią dziur, by swo­bod­nie prze­tknąć na wylot wszyst­kie pięć pal­ców.

Podob­nie jak błoto na mro­zie, które na nas osia­dało, linia frontu zasty­gła i usta­bi­li­zo­wała się. Nie­przy­ja­ciel nie­prze­rwa­nie podej­mo­wał próby odbi­cia Mekenzi i wzgórz na połu­dniu, podob­nie jak wsi Duwan­koj. Nasze siły były zaś zbyt słabe, by nie­spo­dzie­wa­nym ata­kiem wziąć nad­mor­ską for­tecę. Sytu­ację dodat­kowo kom­pli­ko­wał brak czoł­gów i cięż­kiej arty­le­rii. Sowiecki gar­ni­zon twier­dzy zyskał dosta­tecz­nie dużo czasu na roz­bu­dowę i wzmoc­nie­nie swo­ich pozy­cji oraz mobi­li­za­cję rezerw. Przy abso­lut­nym pano­wa­niu sowiec­kiej floty na Morzu Czar­nym, twier­dza mogła bez naj­mniej­szego pro­blemu otrzy­my­wać zaopa­trze­nie i uzu­peł­nie­nia z Kuba­nia i Kau­kazu.

Nasze wła­sne linie zaopa­trze­nia były roz­cią­gnięte na obsza­rze nie­moż­li­wym do ogar­nię­cia, wio­dąc z Krymu przez cały kon­ty­nent aż do Nie­miec. Bar­dziej na pół­noc plagą stały się awa­rie deli­kat­nych nie­miec­kich loko­mo­tyw, które psuły się, podró­żu­jąc przez Ukra­inę w tem­pe­ra­tu­rach dużo poni­żej zera. Za każ­dym razem, gdy nad­cho­dziła przej­ściowa odwilż, zmo­to­ry­zo­wane kolumny zaopa­trze­niowe grzę­zły w bło­cie, poja­wia­ją­cym się na mięk­kich, nie­bru­ko­wa­nych dro­gach połu­dnio­wej Ukra­iny i pół­nocnego Krymu. Twarde, gli­nia­ste szlaki, po któ­rych sto­sun­kowo łatwo można było prze­miesz­czać się w suchych let­nich mie­sią­cach, sta­wały się abso­lut­nie nie­prze­jezdne dla jed­no­stek zme­cha­ni­zo­wa­nych, któ­rych pojazdy brnęły po mięk­kiej, roz­mo­czo­nej desz­czami ziemi. Tylko sama kwe­stia zaopa­trze­nia stała się poważ­nym pro­ble­mem dla 11 Armii.

Ze względu na pogar­sza­jącą się sytu­ację zaopa­trze­niową ciężka amu­ni­cja była ści­śle racjo­no­wana i mogła być uży­wana wyłącz­nie przy zacho­wa­niu oszczęd­nych norm. Wyży­wie­nie stało się jesz­cze bar­dziej mono­tonne i skła­dało się głow­nie z pozba­wia­nej smaku polewki na bazie kaszy jęcz­mien­nej z dzi­wacz­nym bukie­tem suszo­nych warzyw, szy­der­czo okre­śla­nym przez żoł­nie­rzy pie­choty mia­nem "drah­tver­hau"8, wspo­ma­ga­nego stan­dar­do­wym woj­sko­wym serem topio­nym, wyci­ska­nym z tubki.

Wkrótce przed zlu­zo­wa­niem nas pod Mekenzi przez 24 Sak­soń­ską Dywi­zję Pie­choty, ponow­nie byli­śmy nękani przez machinę pro­pa­gan­dową bol­sze­wi­ków. Od dawna byli­śmy zazna­jo­mieni z ulot­kami nama­wia­ją­cymi nas do dezer­cji, któ­rych tony spa­dały nam na głowy od czasu prze­prawy przez Dniepr, całą wiecz­ność temu. Teraz noce czę­sto wypeł­niał skrzek gło­śni­ków, przez które nada­wano nie­koń­czące się prze­mowy poli­tyczne i nie­po­radne agitki, mające prze­ko­nać nas do przej­ścia na stronę wroga:

"Nie­mieccy żoł­nie­rze i robot­nicy! Zrzuć­cie jarzmo uci­ska­ją­cej was kliki impe­ria­li­stów i faszy­stów! Prze­chodź­cie do nas, do ojczy­zny chło­pów i robot­ni­ków. Cze­kają na was czy­ste i wygodne łóżka, piękne kobiety, dobre jedze­nie i słod­kie wino! Gwa­ran­tu­jemy, że oca­li­cie swoje życie!"

Namowy bywały wsparte ode­gra­niem "Mię­dzy­na­ro­dówki", na którą zwy­kle odpo­wia­da­li­śmy serią z naszego kara­binu maszy­no­wego. Jed­nak następ­nego ranka całe przed­sta­wie­nie roz­po­czy­nało się z regu­larną mono­to­nią.

Wkrótce po tym, jak nas zlu­zo­wano, dowie­dzie­li­śmy się, że odci­nek zaj­mo­wany przez nasz pod­od­dział został zajęty przez Rosjan. Zda­wa­li­śmy sobie sprawę, że to nie­szczę­ście rów­nie dobrze mogło przy­tra­fić się za naszej kaden­cji, nie­mniej nasi następcy byli wyszy­dzani przez land­se­rów, jako "dywi­zja tango" -?krok do przodu, dwa kroki do tyłu. Sto­sunki pomię­dzy dwoma dywi­zjami pie­choty zro­biły się tak napięte, że jeden z naszych pod­po­rucz­ni­ków i ofi­cer Sak­soń­czy­ków nie­malże otarli się o poje­dy­nek, co od wielu lat było w nie­miec­kiej armii zabro­nione. Poważ­nemu incy­den­towi zapo­biegł dopiero nasz dowódca, który inter­we­nio­wał w samą porę.

* * *

W grud­niu 1941 roku tyły i baza zaopa­trze­niowa kom­pa­nii roz­lo­ko­wane były w oko­li­cach Bak­czy­sa­raju, we wsi przy głów­nej dro­dze pro­wa­dzą­cej do Sym­fe­ro­pola. Była tam praw­dziwa droga bru­ko­wana kocimi łbami, po któ­rej toczyły się kolumny zaopa­trze­niowe na front pod Sewa­sto­po­lem. Przed naszą wsią roz­cią­gał się otwarty teren, po któ­rym pojazdy prze­miesz­czały się wyłącz­nie na peł­nym gazie, a fur­manki zaprzę­żone w koniki z kle­ko­tem gnały galo­pem.

Powszechne już okre­śle­nie "na oczach wroga" było teraz znane każ­demu kie­rowcy. Wszy­scy zda­wali sobie sprawę z zagro­żeń czy­ha­ją­cych na tym kon­kret­nym odcinku drogi i nie trzeba było do tego nawet zna­ków, które umiesz­czono, by ostrze­gać żoł­nie­rzy o nie­bez­pie­czeń­stwie. Można było być pew­nym, że prze­jeż­dża­jące pojazdy ścią­gną poci­ski wystrze­li­wane z pół­noc­nego sek­tora sewa­sto­pol­skiej twier­dzy. Cięż­kie poci­ski kali­bru 305 mm, wystrze­li­wane z opan­ce­rzo­nej bate­rii o nazwie "Mak­sym Gorki I" ryły wzdłuż drogi kra­tery robiące wiel­kie wra­że­nie. Więk­szość żoł­nie­rzy po raz pierw­szy usły­szała nazwi­sko wiel­kiego rosyj­skiego pisa­rza przy oka­zji wypy­ty­wa­nia o źró­dło tych wyją­cych i ryczą­cych poci­sków, które regu­lar­nie spa­dały nie­opo­dal naszych sta­no­wisk. W końcu nie wie­dzia­łem, czy Sowieci sami nadali potęż­nej bate­rii imię pisa­rza, czy też to land­se­rzy, któ­rym uprzy­krzała życie, tak ją ochrzcili.

Bak­czy­sa­raj leżał na wschód od owej drogi, pięk­nie poło­żony w malow­ni­czej doli­nie. Była to stara sto­lica krym­skich Tata­rów i miej­sce, w któ­rym znaj­do­wał się pałac -?sie­dziba cha­nów, ze swymi zgrab­nymi mina­re­tami i bogato zdo­bio­nymi łukami. Znany był ze swych stu dwu­dzie­stu sied­miu fon­tann, które, choć naru­szone zębem czasu, wciąż świad­czyły o świet­no­ści przed­sta­li­now­skiej ery. Na miej­sco­wym baza­rze widy­wa­li­śmy han­dla­rzy, któ­rzy czę­sto sprze­da­wali i wymie­niali przed­mioty, które my uwa­ża­li­by­śmy za śmieci.

Kiedy roze­szły się wie­ści, iż będziemy zlu­zo­wani, czym prę­dzej wysła­li­śmy naszych kie­row­ców, aby zabez­pie­czyli nam odpo­wie­dze­nie kwa­tery w rejo­nie nowej dys­lo­ka­cji. Ze swoją zwy­cza­jową sku­tecz­no­ścią zna­leźli nam dach nad głową w małej tatar­skiej osa­dzie. Dom miał małą werandę, ze sma­kiem ozdo­bioną rzeź­bio­nymi orna­men­tami. Wodę można było czer­pać z otwar­tego zbior­nika na zewnątrz. Cały dom skła­dał się z dwóch poko­jów i był skrom­nie ume­blo­wany. Wzdłuż ścian stały niskie ławy do spa­nia i sie­dze­nia. Dano nam dużą, mie­dzianą balię do kąpieli, co było luk­su­sem z dawna zapo­mnia­nym.

Dwie przy­gar­bione i pomarsz­czone Tatarki zajęły się przy­go­to­wy­wa­niem gorą­cej wody i pomimo naszych pro­te­stów nale­gały, aby­śmy ścią­gnęli z naszych chu­dych grzbie­tów ubło­cone mun­dury, po czym ze szcze­rym zapa­łem zabrały się do zeskro­by­wa­nia z nas warstw brudu, pod­czas gdy my pła­wi­li­śmy się w nie­co­dzien­nym, wod­nym luk­su­sie. Osta­tecz­nie więc pod­da­li­śmy się ich oczysz­cza­ją­cym zabie­gom, które zakoń­czy­li­śmy, goląc brody z uży­ciem gorą­cej wody i mydła.

Z miesz­kań­cami domu szybko nawią­za­li­śmy przy­ja­ciel­skie sto­sunki, wymie­nia­jąc z nimi chleb i sacha­rynę na tytoń i świeże warzywa. Dali nam jasno do zro­zu­mie­nia, że Tata­rzy ni­gdy nie byli przy­ja­ciółmi Sowie­tów i że czują do nich ogromną urazę za rusy­fi­ka­cję Krymu, która spra­wiła, iż stali się mniej­szo­ścią o niż­szym sta­tu­sie. W domu było kilka kobiet i dzieci, które bez prze­rwy wcho­dziły i wycho­dziły, jak rów­nież stary męż­czy­zna, który nie­wiele mówił. Naj­wy­raź­niej wszy­scy męż­czyźni w wieku pobo­ro­wym zostali w cza­sie odwrotu zgar­nięci przez sowiecką armię i wcie­leni do woj­ska. Stara kobieta o nie­moż­li­wym do okre­śle­nia wieku, trzy­ma­jąc fajkę w bez­zęb­nych ustach, sie­działa zawsze jak mumia w tym samym miej­scu na ławeczce. Jedyny przy­pa­dek, kiedy ujrza­łem jej twarz roz­ja­śnioną uśmie­chem, nastą­pił zaraz przed Świę­tami, kiedy uro­dziło się dziecko. Stara kobieta ożyła i nie­prze­rwa­nie drep­tała za młodą matką i nowo­rod­kiem.

Kilka dni wcze­śniej kobietę w ciąży tro­skli­wie przy­pro­wa­dzono do domu i mogli­śmy być świad­kami naro­dzin małego Iwana, któ­rego pierw­sze krzyki roz­le­gły się w sąsied­nim pokoju. Po naro­dzinach nasz sani­ta­riusz przy­niósł im czy­ste ban­daże, a my poda­ro­wa­li­śmy nowej matce nie­liczne cukierki, które jesz­cze posia­da­li­śmy.

W domu żoł­nie­rze i rosyj­skie kobiety świę­to­wali naro­dziny nowego życia, a kilka kilo­me­trów dalej sły­chać było odgłosy nisz­czy­ciel­skiego mecha­ni­zmu nowo­cze­snej wojny, któ­rej moc nio­sła się po łagod­nych zbo­czach wzgórz echem wybu­cha­ją­cych poci­sków.

W ciągu dnia kil­ka­krot­nie witały nas nawo­ły­wa­nia muzuł­mań­skiego imama, który ze szczytu mina­retu od świtu do zachodu słońca śpiew­nym gło­sem pię­cio­krot­nie wzy­wał wier­nych na modli­twę.

Przy oka­zji pod­wo­że­nia zaopa­trze­nia pod­czas walk o Mekenzi, dwóm zaopa­trze­niow­com udało się prze­do­stać przez strome, rojące się od par­ty­zan­tów Góry Jaiłu i dotrzeć do nad­brzeż­nej drogi nie­da­leko Jałty. Z wprawą wygłod­nia­łych sza­kali natych­miast zlo­ka­li­zo­wali zdo­byty rosyj­ski maga­zyn z żyw­no­ścią. Obok beczek z kiszoną kapu­stą i prze­cie­rem jabł­ko­wym znaj­do­wały się tam znaczne zapasy wina. Maga­zyn był już zamknięty i pil­no­wany przez żoł­nie­rzy rumuń­skich pod bacz­nym okiem suro­wego nie­miec­kiego ofi­cera inten­den­tury.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Bata­liony armii bry­tyj­skiej z okresu I wojny świa­to­wej, w któ­rych słu­żyli żoł­nie­rze rekru­to­wani zwy­kle przez tę samą lokalną komi­sję i któ­rym zagwa­ran­to­wano, iż na fron­cie będą słu­żyć razem ze swo­imi krew­nymi, sąsia­dami i kole­gami z cywila. Podobny mecha­nizm ist­niał w cza­sie ame­ry­kań­skiej wojny sece­syj­nej, szcze­gól­nie na Połu­dniu, gdzie ochot­nicy z naj­bliż­szej oko­licy two­rzyli całe kom­pa­nie i pułki. Krwawe straty pono­szone na polach bitew, gdzie nie­jed­no­krot­nie pod­od­działy były wybi­jane do nogi, pro­wa­dziły do prak­tycz­nego wylud­nie­nia całych miej­sco­wo­ści -?przyp. tłum. [wróć]

2. Sad Sack -?ame­ry­kań­ski boha­ter komik­sowy z okresu II wojny świa­to­wej, syno­nim bez­i­mien­nego, sza­rego żoł­nie­rza doświad­cza­ją­cego wszyst­kich moż­li­wych mąk i absur­dów woj­sko­wego życia. "Sad Sack" w swo­jej peł­nej for­mie ozna­czało "sad sack of shit", co można prze­tłu­ma­czyć jako "żało­sna kupa gówna" -?przyp. tłum. [wróć]

3. Potoczna nazwa nie­miec­kich kara­bi­nów maszy­no­wych, pocho­dząca od arse­nału Span­dau pod Ber­li­nem (dziś dziel­nicy Ber­lina), gdzie pro­du­ko­wano duże ilo­ści broni strze­lec­kiej -?przyp. tłum. [wróć]

4. I-16 Poli­kar­pow, jed­no­miej­scowy samo­lot myśliw­ski i myśliw­sko-bom­bowy -?przyp. tłum. [wróć]

5. Żoł­nie­rze nie­mieccy okre­ślali w ten spo­sób zra­nie­nie, które nie było na tyle poważne, by spo­wo­do­wać kalec­two lub trwałą nie­zdol­ność do służby, nie­mniej wyma­gało ewa­ku­acji z pierw­szej linii i lecze­nia na tyłach, czę­sto w szpi­talu w ojczyź­nie -?przyp. tłum. [wróć]

6. Obecna nazwa Duwan­koj to Werch­nio­sa­dowe, Gad­szi­koj to naj­praw­do­po­dob­niej Pyro­howka -?przyp. tłum. [wróć]

7. Autor ma naj­praw­do­po­dob­niej na myśli radziec­kie samo­loty bom­bowe SB -?przyp. tłum. [wróć]

8. Drah­tver­hau (niem.) -?zasieki z drutu kol­cza­stego -?przyp. tłum. [wróć]