Przedmowa
Żołnierze 132 Dywizji Piechoty niemieckiego
Wehrmachtu pomaszerowali w 1941 roku na Rosję, mając głębokie
przekonanie, iż ruszają na wielką krucjatę. Od młodych lat uczono ich,
że mają obowiązek uwolnić świat od bolszewizmu i z tym naiwnym
przeświadczeniem, z pełną determinacją podążyli na wschód. Cztery lata
później, resztki owej dywizji, zredukowanej do własnego cienia, skąpo
odzianej w wyświechtane mundury i zmuszonej do przetrwania na ściśle
racjonowanym końskim mięsie, poddały się sowieckiej armii.
Jako bliski przyjaciel rodzimy Bidermannów, od dawna wiedziałem, iż
Gottlob Bidermann przesłużył wiele lat na froncie wschodnim, jednakże
całkowitego zakresu tej służby nie ujrzałem w pełnym świetle aż do 1985
roku. W owym czasie marynarka wojenna Republiki Federalnej Niemiec
poprosiła mnie, bym służył w roli tłumacza i oficera łącznikowego
komodora zespołu amerykańskich okrętów wizytujących Kilonię. Przy okazji
wypełniania tej misji miałem możliwość zaproszenia moich europejskich
przyjaciół na specjalną wycieczkę po pokładach okrętów floty USA,
stojących w północnoniemieckim porcie. Zaproszenie do tego pokazu mocy
NATO wystosowałem także do G.H. Bidermanna, który uprzejmie zgodził się
je przyjąć, dodając jednak przy okazji, że dla niego owe zaproszenie
nadeszło "czterdzieści lat za późno". To właśnie dzięki tej dziwnej
odpowiedzi miałem poznać prawdziwy wymiar jego doświadczeń z bojów w Kurlandii w 1945 roku i usłyszeć o nieprawdopodobnej pogłosce, w której
osaczeni żołnierze pokładali swą ostatnią nadzieję. W maju 1945 roku
wśród resztek armii Kurlandii masowo szerzyły się plotki, iż Stany
Zjednoczone i Wielka Brytania jakoby wysłały na Bałtyk flotę w celu
ewakuacji dywizji Bidermanna i uchronienia jej przed zniszczeniem przez
armię sowiecką. Dalej mówiło się o tym, iż weterani z Kurlandii dołączą
do amerykańskiej armii nad Łabą, gdzie będą walczyć z Armią Czerwoną w celu wyparcia jej ze środkowej Europy.
Wkrótce potem pojechałem do Szwarcwaldu, aby odwiedzić Bidermanna w ściśle określonym celu: zrekonstruowania i przetłumaczenia na język
angielski jego wspomnień z okresu wojny. Przy okazji mojej wizyty w południowych Niemczech dostarczono mi kopię dziennika, który wiele lat
wcześniej autor samodzielnie opublikował na użytek weteranów swojej
dywizji.
"Krim-Kurland mit der 132 Infanterie-Division 1941-1945" było owocem
kilkumiesięcznej pracy, podjętej w 1964 roku, czyli mniej niż
dwadzieścia lat po tym, jak obdarte resztki dywizji pomaszerowały do
niewoli i mniej niż dziesięć lat po zwolnieniu przez Sowietów ostatniej
grupy niemieckich jeńców wojennych. Owe wspomnienia stały się
fundamentem, na którym oparta jest niniejsza książka.
Wiele lat po powrocie z labiryntu bezimiennych łagrów i obozów, leżących
gdzieś głęboko na terenach Związku Radzieckiego, byłych żołnierzy z Kurlandii coraz bardziej nękały powracające w pamięci sceny gwałtownej
śmierci na polu walki. Podobnie jak wielu z tych, przeciwko którym
walczyli, oni także żyli w cieniu niewypowiedzianego poczucia winy z powodu faktu, iż przetrwali kataklizm, w którym straciło życie tak wiele
milionów ludzi; tym samym w coraz większym stopniu przyszło im mierzyć
się z nieuleczalnymi, powracającymi koszmarami pól bitewnych. Noce były
pełne krzyków umierających towarzyszy, ginących pod ogniem pistoletów
maszynowych lub w płomieniach miotaczy ognia sowieckich piechurów,
przerywających skąpo obsadzoną linię obrony. Widoku i odgłosów
nieprzyjacielskich żołnierzy, uwięzionych w płonącym czołgu tylko kilka
metrów dalej, nie można łatwo wymazać ze świadomości, a mijające lata
nie pomogły w zagłuszeniu powracających wizji horroru.
Pisząc swoje wspomnienia, były oficer Wehrmachtu podjął próbę ukojenia
swych psychicznych ran i umiejscowienia wojennych doświadczeń w kontekście zrozumiałym dla tych, którym oszczędzono tej walki i który
byłby czytelny dla wszystkich weteranów tej konkretnej odsłony
apokalipsy. Polegając na własnej pamięci, jak również dzieląc się dawno
zapomnianymi doświadczeniami z byłymi żołnierzami jego dywizji, stworzył
rękopis, który z obiektywną dokładnością skutecznie oddaje atmosferę
frontu wschodniego, widzianą oczami żołnierza piechoty.
G.H. Bidermann zaznaczył we wstępie do oryginalnego rękopisu, iż nie ma
wielkiego sensu ponownie przedstawianie brutalnych wydarzeń
historycznych, które charakteryzowały II wojnę światową i do pewnego
stopnia stały się dla niej reprezentatywne. Pominięcia ich w tej książce
nie należy pojmować nawet jako aluzji, iż takowe wydarzenia nie miały
miejsca. Celem książki nie jest także określanie winy za przypadki o monumentalnym znaczeniu i niegodziwości, które były ich wynikiem. Jest
to opowieść o froncie, jakim widzieli go żołnierze, którzy tam walczyli
i wydarzenia zamykają się właśnie w tej perspektywie. Nie ma tu analizy
przyczyn wojny. Nie znajdziemy tu także ukrytego poczucia winy, żalu czy
wyrzutów sumienia z powodu niezaprzeczalnych wydarzeń politycznych i konsekwencji, które przyszło ponosić niemieckiej armii w czasie jej
odysei. Wiele lat temu pułkownik Sepp Drexel napisał o "Krim-Kurland
mit der 132 Infanterie-Division 1941-1945": "Ta książka jest dedykowana
poległym -?jednakże została napisana dla żyjących". I w takim właśnie
celu niniejsze wydanie manuskryptu zostało przetłumaczone i wydane.
Zadanie przeprowadzenia wywiadów, przedyskutowania wydarzeń i starannego
przestudiowania starych dokumentów i fotografii rozciągnęło się nam z G.H. Bidermannem -?z przerwami -?na okres kilku lat. Jako tłumacz i współredaktor zapisu jego doświadczeń oraz wydarzeń, których był
świadkiem, sądzę, że trafne będzie zwrócenie uwagi czytelnika na kilka
spraw.
Uważałem, iż najstosowniejsze będzie zachowanie większości nazewnictwa
stopni wojskowych i jednostek w oryginalnym, niemieckim brzmieniu, aby
uniknąć przekłamań w terminologii dotyczącej tradycyjnej struktury
wojskowej Wehrmachtu. Profesjonalni historycy mogą mieć odmienne zdanie
lub też mogą doszukać się nieścisłości w nazewnictwie miejscowości,
określeniu sił walczących ze sobą jednostek czy też poprawności dat
niektórych wydarzeń. Należy jednak pamiętać, że podstawowych źródeł
informacji do niniejszej książki szukano w listach pospiesznie pisanych
na polu bitwy, na pożółkłych fotografiach, które przywoływały z zakamarków pamięci dawno zapomniane nazwiska poszczególnych osób i wreszcie, w niektórych przypadkach, w zacierającej się pamięci samego
autora i kilku jego wciąż żyjących towarzyszy broni z okresu służby na
wschodzie. Niekiedy należało także sięgnąć do oficjalnych meldunków i dzienników bojowych jednostek w celu odszukania informacji o konkretnych
datach i miejscach, w których zachodziły różne wydarzenia. Wiele danych,
zawartych w oficjalnych dokumentach oraz pamiętnikach, miało swoje
źródło w przesłuchaniach jeńców i dokumentach zdobytych na polu walki. Z tego właśnie powodu, oficjalne źródła także nie mogą uchodzić za
niepodważalne.
Wiele z tych oficjalnych dokumentów zostało udostępnione przez wdowę po
generale Fritzie Lindemannie i jego syna. Istnienie tych zbiorów i ich
dostępność zawdzięczamy wyłącznie temu, iż Gestapo, przeszukujące po
zamachu na Hitlera rezydencję Lindemannów w północnych Niemczech,
przegapiło drugi dom rodziny, położony nad Jeziorem Bodeńskim na
południu kraju. Na kilka miesięcy przed zamachem, osobiste dokumenty
generała zostały przewiezione do drugiej rezydencji w celu ich
przechowania i zabezpieczenia.
Celem tej książki nie jest stanie się wyłącznym źródłem wiedzy i informacji na temat wydarzeń związanych z historią frontu wschodniego.
Należy ją jednak postrzegać jako dokładną chronologię doświadczeń i wydarzeń, w jakich uczestniczyli i na jakie reagowali ludzie, którzy
łatwowiernie pomaszerowali na wezwanie złej ideologii. Ci, którzy
przetrwali ten marsz, przeszli ogromną drogę od najeżdżających zdobywców
do wycieńczonych, odciętych oddziałów, uwiązanych w nierówną walkę, zaś
historia skryła ich doświadczenia w cieniu. Żyjąc w mroku owego cienia,
ci ostatni świadkowie największego w dziejach konfliktu zbrojnego
industrialnych potęg, mogą przekazać nam niezliczone nauki płynące z przetrwania i klęski w złowrogim świecie. Na nas ciąży odpowiedzialność,
abyśmy wynieśli z owej lekcji stosowną naukę i abyśmy zastanowili się
nad przesłaniem, które nam przekazują.
Derek S. Zumbo
Dornstetten, Niemcy
Podziękowania
Pragnę wyrazić moje najgłębsze podziękowania
Larry'emu Malley, dyrektorowi University of Arkansas Press, którego
nieoceniona, profesjonalna pomoc umożliwiła publikację tej książki.
Jestem także głęboko wdzięczny Michaelowi Briggsowi, redaktorowi
naczelnemu University Press of Kansas, który wykazał się nieograniczoną
cierpliwością i udzielał mi fachowych wskazówek na całym etapie
powstawania książki, od czytania luźno przetłumaczonych fragmentów do
ukończenia całej pracy nad rękopisem. Przede wszystkim zaś chciałbym
wyrazić moje uznanie dla Gottloba H. Bidermanna za jego gotowość do
uczestniczenia w niezliczonych wywiadach, dyskusjach i pisemnej
korespondencji ze mną, podczas których z niesłabnącą energią udzielał mi
sprecyzowanych odpowiedzi na moje liczne pytania. Jestem mu również
wdzięczny za udostępnienie prywatnych fotografii i materiałów
archiwalnych, które pomogły w zobrazowaniu jego żołnierskiej opowieści.
Pragnę także podziękować niżej wymienionym weteranom 132 Dywizji
Piechoty, którzy bezinteresownie przekazali istotne informacje dotyczące
osobistych przeżyć, zapiski, materiały zdjęciowe i oficjalne dokumenty,
będące uzupełnieniem oryginalnego rękopisu G.H. Bidermanna:
Fritz Lindemann
Dowódca dywizji. Materiały z jego prywatnego archiwum
zostały uprzejmie przekazane przez wdowę po Generale, Panią Lindemann
oraz jego syna.
Josef Drexel "Wujaszek Sepp"
dowódca 436 Pułku Piechoty
Jahn (obaj bracia)
Dowódcy baterii w 132 Pułku Artylerii
Erich Bolte
Dowódca batalionu w 132 Pułku Artylerii
Hans Gassner
Dowódca batalionu w 132 Pułku Artylerii
Fritz Schuhmacher
Dowódca drużyny w 5 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Fritz Schmidt
Dowódca 437 Pułku Grenadierów
Hermann Wetzstein
Starszy sierżant 12 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Erich Volle
Adiutant 2 batalionu 437 Pułku Grenadierów
Willi Bauer
Dowódca 6 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Erhardt Zoll
Dowódca 14 kompanii 436 i 437 Pułku Grenadierów
Hans Hanselmann
4 bateria 132 Pułku Artylerii
Dr Guenther Weisensee
Oficer medyczny 1 batalionu 438 Pułku Grenadierów
Albrecht Busch
Sztab 437 Pułku Grenadierów
Otto Selle
Sztab 132 Dywizji Piechoty
Franz Lobermeyer
Sztab 438 Pułku Grenadierów
Otto Reis
Sekcja łączności dywizji
Richard Bitsch
Sztab dywizji i dowódca batalionu
Ulrich Erhardt
Dowódca 1 batalionu 438 Pułku Grenadierów
Gottfried Sperger
2 batalion 437 Pułku Grenadierów
Horst Kohl
Dowódca batalionu 132 Pułku Artylerii
Georg Geitz
Starszy sierżant 9 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Fritz Schramm
3 kompania 436 Pułku Grenadierów
Eduard Wunderer
Protestancki kapelan dywizyjny
Fritz Thielmann
132 Pułk Artylerii
Hans Herrle
Sztab 437 Pułku Grenadierów
Arthur Albert Krentz
Starszy szeregowy 14 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Franz Ketterl
Dowódca kompanii i batalionu 438 Pułku Grenadierów
Jakob Hohenadel
Dowódca plutonu 14 kompanii 438 Pułku Grenadierów
Friedrich Moehle
Starszy sierżant 1 kompanii saperów 132 Pułku Saperów
Hans Stenitzer
Sztab 2 i 3 batalionu 437 Pułku Grenadierów
Guenther Fleck
Łącznościowiec 11 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Friedel Lang
Adiutant i dowódca kompanii 2 batalionu 437 Pułku
Grenadierów
Ernst Luecker
Sztab 1 i 2 batalionu 437 Pułku Grenadierów
i inni
Słowo wstępne
Każdy pamiętnik z walk na frontach II wojny
światowej rodzi dwa fundamentalne pytania: dlaczego autor robił to, co
robił i w jaki sposób to wytrzymał? Gottlob Bidermann opowiada jedną z tych historii, które na przełomie wieków są coraz mniej znane -
historię, która domaga się zarówno zaangażowania intelektualnego jak i emocjonalnej reakcji. Bidermann był szarym żołnierzem. Nie był czołgistą
czy pilotem, lecz żołnierzem piechoty. Nie służył w elitarnej dywizji,
takiej jak "Grossdeutschland" czy "Panzer Lehr", ale w anonimowych
formacjach, których kolejne numery przypominają pozycje w książce
telefonicznej. Bidermanna nie nagrodzono najwyższymi odznaczeniami,
jednymi z tych, które Adolf Hitler wręczał osobiście. Jego dwa Żelazne
Krzyże, Odznaka Krymska czy Odznaka za Walkę Wręcz były mniej więcej
standardowymi odznaczeniami u weterana piechoty z frontu rosyjskiego,
który żył na tyle długo, by je nosić.
To nie oznacza, że otrzymał je za nic. W 1942 roku Bidermann był w pierwszym szeregu szturmujących rosyjską twierdzę w Sewastopolu. To
sześć miesięcy oblężenia i zaciekłych bojów, które kosztowały Wehrmacht
sto tysięcy ludzi, lecz mimo tego pozostają w cieniu pochodu na
Stalingrad. W 1943 roku Bidermann i jego dywizja zostali przerzuceni na
północ, na front leningradzki -?lecz wydarzyło się to podczas ostatnich
miesięcy epickiej batalii o to miasto, kiedy korespondenci wojenni i fotografowie w poszukiwaniu świeższych historii rozjechali się w inne
miejsca. Bidermann zakończył wojnę w "kurlandzkim worku", części całej
grupy armii uwięzionej nad brzegami Bałtyku przez wielkie rosyjskie
ofensywy z 1944 roku. Podczas zażartych walk 132 Dywizji Piechoty na
bagnach i w lasach pod Leningradem, Bidermannowi przyznano bardziej
prestiżowe odznaczenia -?Niemiecki Krzyż w Złocie, złotą Odznakę za Rany
i Odznakę do Wstęgi Honorowej Wojsk Lądowych. Później, w ostatnich
miesiącach wojny, otrzyma także odznakę "Za własnoręczne zniszczenie
czołgu". Najbardziej znaczącym aspektem tych późniejszych odznaczeń jest
to, że ich właściciel, jako młodszy oficer piechoty, przetrwał liczne
zranienia i miesiące niezliczonych bitew, wymaganych do ich nadania. I znów jego doświadczenia stały się uzupełnieniem, tym razem do historii
ostatecznego upadku Trzeciej Rzeszy.
Gottlob Bidermann nie jest "typowy". Nie istnieje archetyp niemieckiego
żołnierza II wojny światowej, tak jak nie istnieje jego odpowiednik w innych armiach. Mimo to wojenna historia Bidermanna jest historią ich
wszystkich -?to saga wiecznych starszych szeregowych i młodszych
oficerów, którzy, jak mawia Bruce Catton, nie mając nadziei na gwiazdki
na naramiennikach, mają marną szansę na gwiazdy w koronie.
Większość autobiograficznych zapisów z okresu II wojny światowej,
wydanych w języku angielskim, ukazuje życie wysokich rangą sztabowców,
pilotów myśliwskich Luftwaffe, marynarzy U-bootów Dönitza, pancerniaków
czy członków Waffen-SS. Johannes Steinhoff, Guy Sajer, Michael Wittmann
-?ich historie wciąż na nowo pojawiają się na półkach księgarskich i w przypisach. Jednakże większość z milionów żołnierzy, którzy służyli w siłach zbrojnych Trzeciej Rzeszy nie doczekała się uczczenia swych
doświadczeń i poświęceń. Walczyli anonimowo i anonimowo umierali.
Zatarto nawet ślady po grobach tych, którzy polegli w Rosji. Czasami
robił to cofający się Wehrmacht, czasami Rosjanie, szukający pomsty za
dwadzieścia milionów swoich zabitych.
Ci, którym dane było przetrwać, próbujących odrodzić się moralnie i fizycznie w Niemczech, poza kręgiem rodzinnym nie znaleźli wielu
odbiorców, którzy mieliby czas i ochotę na wysłuchiwanie ich opowieści.
Pod koniec wieku Niemcy nie doświadczyły znacznego wzrostu liczby
publikowanych wspomnień, jakiego byliśmy świadkami w Stanach
Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, kiedy to weterani odeszli na
emeryturę i pootwierali swoje szuflady i udostępnili wspomnienia lub
kiedy dzieci szperały w rzeczach swych ojców po ich pogrzebach.
Te historie w żadnym razie nie tchną triumfalizmem. Mimo to opisują
jednak "dobrą wojnę", tę toczoną przeciwko wrogom, z którymi należało
walczyć i których trzeba było pokonać. Co Niemiec z tego samego
pokolenia może opowiedzieć o swojej wojnie? Relacja Bidermanna jest
ukształtowana ramami armii, w której walczył, naturą Rzeszy, której
służył i, co jest nie mniej istotne, zbiorem kulturowych i intelektualnych konwencji, tak bardzo różnych od ich amerykańskich lub
brytyjskich odpowiedników.
Genezą niemieckiego pamiętnikarstwa wojennego są doświadczenia z lat
1914-1918. Podobnie jak pamiętnikarstwo brytyjskie, amerykańskie i francuskie, jest ono produktem nielicznej grupy, w głównej mierze
wywodzącej się z klasy średniej, czyli tych, których cechowała
samoświadomość i zdolność do autorefleksji. Przy okazji stworzyli one
standardy, które miały silny wpływ na literaturę wspomnieniową, ponieważ
większość autorów wspomnień nie była pisarzami ani intelektualistami.
Chcąc po prostu opowiedzieć swoją historię, zwykle robili to w ramach
ustalonych konwenansów. Niemieccy pamiętnikarze z lat 1914-1918 mieli
tendencję do patrzenia na wojnę przez pryzmat doświadczeń heglowskich,
jako część pewnego kontinuum charakteryzującego się cyklami zniszczenia
i odrodzenia. Doświadczenia wojenne pojedynczego człowieka stały się
częścią Bildungsgeschichte, historią rozwoju poprzez dialektykę
pomiędzy osobistym zaangażowaniem i organicznymi, wspólnymi procesami.
Niemcy, którzy zapisali swoje doświadczenia z wojny Hitlera, w głównej
mierze wywodzili się z pokolenia, które uważało owe wcześniejsze
pamiętniki za normę opowiadania o tym, co autor opisujący okres wojny
wietnamskiej, Tim O'Brien, nazywa "prawdziwą opowieścią o wojnie" -
konstrukcją przedstawiającą prawdę, na którą nie ma słów. Używali przy
tym również stylu, który Niemcy określają jako "heroisch-patetisch",
nie w naszym rozumieniu tego słowa, lecz w sensie stosowania swego
rodzaju podniosłej retoryki, łączącej romantyzm z metafizyką.
Zbyt często pojmuje się ową frazę jako formę bombastycznego rozczulania
się nad samym sobą, co wśród brytyjskich i amerykańskich czytelników
sprzyja tendencji do interpretowania niemieckiej literatury
wspomnieniowej jako militarystycznej i profaszystowskiej. Osobiste
wspomnienia francuskich i brytyjskich uczestników I wojny światowej
skupiają się na marności i zdradzie, dysjunkcji i fragmentacji. Świat
anglojęzyczny wiąże "prawdziwe" wspomnienia z późniejszych konfliktów z rozczarowaniem Farleya Mowata, rzeczową dykcją Audiego Murphy czy też z groteskowym poststrukturalizmem Tima O'Briena. Żeby jednak zapożyczyć od
O'Briena jeszcze jeden koncept, wszystkie historie wojenne są
nieprawdziwe -?ale wszystkie wojenne historie są także prawdą. "W śmiertelnym boju" zasługuje na przeczytanie na warunkach autora.
Zasady Bidermanna to przede wszystkim reguły żołnierza piechoty z pierwszej linii. "W śmiertelnym boju" nie było początkowo napisane dla
szerszego grona odbiorców ani nawet dla niemieckich weteranów, lecz
powstało dla zamkniętej, wewnętrznej grupy: tych żołnierzy z pułku i dywizji Bidermanna, którzy przetrwali wojnę. Autor nie zaprzątał sobie
głowy wyjaśnianiem struktur organizacyjnych i terminologii, z którymi
jego czytelnicy najprawdopodobniej byli za pan brat. Należy także
pamiętać, że jako młodszy oficer, Bidermann niekoniecznie musiał na
bieżąco orientować się we wszystkich aspektach działań jego nadrzędnej
formacji. Jego amerykański odpowiednik też by się nie orientował.
Ostatnie podejrzenia co do autentyczności klasycznego "Zapomnianego
żołnierza" Guy Sajera oparte są głównie na szczegółach dotyczących
nazewnictwa, wyposażenia, struktury dowodzenia i pewnych lokalizacji,
choć jest bardzo mało prawdopodobne, by szary żołnierz mógł odnotować i zapamiętać podobne rzeczy. To samo dotyczy dowódców plutonów czy
kompanii.
Tym samym będzie tu na miejscu przybliżenie czytelnikowi niemieckiej
piechoty okresu II wojny światowej. Podobnie jak we wszystkich armiach,
podstawową częścią jej struktury była dywizja. Jednak w odróżnieniu od
praktyki armii amerykańskiej, polegającej na tworzeniu homogenicznych,
wymiennych formacji, niemieckie dywizje piechoty były organizowane i wyposażane na zasadzie fal mobilizacyjnych -?Wellen -?których w czasie
wojny było nie mniej niż trzydzieści pięć. 132 Dywizja Piechoty Gottloba
Bidermanna była jednostką "jedenastej fali", sformowaną we wrześniu 1940
roku do służby podczas inwazji Rosji, którą Hitler i Dowództwo Naczelne
już wówczas planowali. Jednostka weszła do boju w czasie krótkiej
kampanii na Bałkanach w kwietniu i maju 1941 roku, ale jej prawdziwa
wojna zaczęła się wraz z przekroczeniem granicy rosyjskiej w dniu 30
czerwca. To właśnie wtedy Bidermann zaczyna swoją opowieść.
Początkowo dywizje każdej fali mobilizacyjnej miały nieco inne
uzbrojenie, w zależności od tego, co było dostępne w arsenałach lub co
Rzesza była w stanie ściągnąć z ostatnio podbitych terytoriów. Niektóre
dywizje pomaszerowały na Rosję, uzbrojone w zdobyczne francuskie działka
przeciwpancerne i z kolumnami zaopatrzeniowymi wyposażonymi we
francuskie pojazdy. Na przykład kompania przeciwpancerna, w której
początkowo służył Bidermann, do holowania swoich działek używała lekkich
francuskich ciągników gąsienicowych -?Chenilette Lorraine.
W porównaniu z wyposażeniem, sama organizacja była już bardziej
ustandaryzowana. Niemiecka dywizja piechoty składała się z trzech
trzybatalionowych pułków. W przypadku 132 Dywizji Piechoty były to pułki
o numerach 436, 437 i 438. Jednostka miała też w składzie pułk
artylerii, złożony z czterech batalionów ponumerowanych od I do IV, w przeciwieństwie do amerykańskiej zasady, polegającej na
przyporządkowaniu czterech samodzielnych batalionów sztabowi artylerii.
Co również niespotykane w armii amerykańskiej, niemiecka dywizja
posiadała batalion przeciwpancerny i batalion rozpoznawczy, wyposażony w konie, rowery i niewielką liczbę lekkich samochodów pancernych. Zgodnie
z niemieckim standardem, pododdziały te miały numerację zgodną z numerem
macierzystej dywizji.
Służby medyczne, saperskie oraz zaopatrzenie i łączność były
zorganizowane podobnie jak w armii amerykańskiej, choć istniała jedna,
bardzo istotna różnica. Niemieckie dywizje piechoty polegały prawie
wyłącznie na ciągu konnym. W 1939 roku, pełnoetatowa jednostka pierwszej
fali mobilizacyjnej, z priorytetowym przydziałem sprzętu, posiadała
ponad pięć tysięcy koni, ale tylko niecałe sześćset ciężarówek.
Wymuszony, chaotyczny proces dozbrojenia, przypadający za czasów władzy
nazistowskiej na lata 1933-1939, nie pozwolił nawet na marzenia o rozwinięciu niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego do poziomu
wystarczającego dla zmotoryzowania potężnej armii. Naczelne dowództwo,
które byłoby nikim, o ile nie poddałoby się pewnej logice, odpowiedziało
na owe zapotrzebowanie opracowaniem całej gamy najnowocześniejszych
wozów ciągniętych przez konie -?z takimi udoskonaleniami jak łożyskowane
koła czy gumowe opony. Dostarczano je jednostkom, które i tak miały
przemieszczać się na własnych nogach. Jedynym wyjątkiem były tu kompanie
i bataliony przeciwpancerne, albowiem oczekiwano od nich szybkiego
reagowania na manewry nieprzyjacielskiej broni pancernej. W innych
przypadkach, jeśli żołnierz jechał, było to wyjątkiem od ogólnie
przyjętej reguły i nazbyt często stanowiło oznakę sytuacji kryzysowej.
Straty w sile żywej i sprzęcie bojowym wymusiły w czasie wojny kilka
modyfikacji. W 1944 roku najistotniejszą zmianą organizacyjną w 132
Dywizji Piechoty było zredukowanie każdego pułku piechoty do dwóch
batalionów i przekształcenie batalionu rozpoznawczego w tak zwany
batalion fizylierów, co w praktyce oznaczało, iż dowódca dywizji miał
bezpośrednią zwierzchność nad siedmioma batalionami piechoty.
Zredukowanie liczby żołnierzy było, przynajmniej w teorii,
rekompensowane nowym uzbrojeniem. Najlepszym sposobem na prześledzenie
tego procesu jest nieco dokładniejsze przeanalizowanie struktury 437
Pułku Piechoty, w którym Bidermann służył przez większość wojny. Ci,
którzy interesują się armią amerykańską okresu II wojny światowej, nie
znajdą tu wielu niespodzianek. Amerykański pułk piechoty z lat 1941-1945
był, przynajmniej na papierze, niemalże identyczny ze swym niemieckim
odpowiednikiem. W rzeczywistości, struktura organizacyjna przyjęta przez
Stany Zjednoczone w 1940 roku była świadomą kopią niemieckiego schematu.
Każdy niemiecki batalion piechoty posiadał trzy kompanie i tak zwaną
kompanię karabinów maszynowych, choć podobnie jak amerykańska kompania
broni ciężkiej, miała ona w składzie pluton moździerzy. Dwanaście
kompanii wchodzących w skład pułku amerykańskiego było oznaczonych
literami A do M, przy czym omijano literę J. Niemieckie kompanie
piechoty były ponumerowane od 1 do 12. Niemiecki pułk piechoty posiadał
także trzynastą kompanię o ciągu konnym, wyposażoną w działka krótkiego
zasięgu, przeznaczone do bezpośredniego wsparcia piechoty. Amerykański
pułk piechoty dysponował organiczną kompanią dział o takim samym
przeznaczeniu. W skład każdego niemieckiego pułku piechoty wchodziła
również kompania przeciwpancerna -?nosząca numer 14 -?wyposażona w dwanaście działek.
Kompania przeciwpancerna była jedynym w pełni zmotoryzowanym
pododdziałem niemieckiego pułku. Przez większość okresu służby
Bidermanna w 14 kompanii 437 Pułku Piechoty, posiadała ona na stanie
tuzin 37-milimetrowych działek. Były one odpowiednikami, lub raczej
pierwowzorami działek, które armia amerykańska zabierze ze sobą do
Tunezji pod koniec 1942 roku. Przyjęte na uzbrojenie w 1936 roku,
działka te były na tyle lekkie, iż na krótkich dystansach można je było
przetaczać ręcznie. W połowie 1941 roku było to już jednak ich niemalże
jedyną zaletą. Małe 37-milimetrowe pociski odbijały się od pancerzy
rosyjskich czołgów tak skutecznie, że broń dorobiła się wątpliwego miana
"kołatki". Szczególnie w walce z czołgami T-34 oraz ciężkimi KW, które
weszły do służby w ciągu pierwszych sześciu miesięcy konfliktu z Rosją,
niemieckie obsady działek musiały uciekać się do metod polegających na
wstrzymaniu się z ostrzałem do ostatniej chwili i celowaniu we wrażliwe
miejsca, takie jak pierścień obrotowy wieży czołgu lub też zmuszone były
do przepuszczania wrogich maszyn w nadziei na uzyskanie trafienia w bok
lub tył pojazdu. Zarówno jedna, jak i druga metoda wiązała się z ogromnym ryzykiem i wymagała stalowych nerwów i absolutnie idealnego
zgrania obsługi.
Ów aspekt taktyczny jest istotny, albowiem przez większą część wojny na
wschodzie, holowana artyleria przeciwpancerna była podstawowym środkiem
niemieckiej obrony przed opancerzonymi pojazdami nieprzyjaciela. W przeciwieństwie do amerykańskiej dywizji piechoty, zwykle mogącej liczyć
na wsparcie przydzielonego batalionu pancernego lub samobieżnych
niszczycieli czołgów, niemiecka jednostka mogła w najlepszym wypadku
polegać na paru tuzinach zaimprowizowanych dział samobieżnych dostępnych
na szczeblu dywizji. Reszta zależała od artylerzystów i ich Pak-ów w pułkach piechoty. Na późniejszym etapie wojny działka 37mm ustąpiły
miejsca najpierw kalibrowi 50 mm, a następnie działom 75 mm i 76 mm,
które charakteryzowały się odpowiednio większą skutecznością w walce z rosyjskimi czołgami i działami szturmowymi. Jednakże sposób myślenia
żołnierzy kompanii przeciwpancernych i piechoty, u boku której walczyli,
pozostał niezmienny. Jeśli niemiecki landser z II wojny światowej był w bliskim boju równie skuteczny jak każdy żołnierz w historii, to w znacznej mierze zawdzięczał to temu, iż nie miał wyboru.
W 1943 roku, po powrocie ze szkolenia oficerskiego, Bidermann nie trafił
już do broni przeciwpancernej. Zamiast działkami, przyszło mu dowodzić
pododdziałami piechoty, których uzbrojenie i dynamika działania
odbiegały znacznie od wzorców z 1941 roku. Podobnie jak w przypadku
armii amerykańskiej, podstawowym elementem kompanii piechoty była
gruppe, lub drużyna. Taktyka amerykańskiej piechoty zależała od
indywidualnego strzelca i jego samopowtarzalnego karabinu M1 Garand.
Automatyczny karabin, organiczny dla każdej drużyny, był bronią
wsparcia. Natomiast niemiecka drużyna zbudowana była wokół swego
lekkiego karabinu maszynowego. W drugiej części wspomnień Bidermanna,
MG-42 odgrywa ogromną rolę. Czy to w obronie, czy w ataku, reszta
drużyny ze swymi powtarzalnymi Mauserami miała za zadanie chronić
obsługę karabinu maszynowego i dbać o zaopatrzenie jej w amunicję.
Dopóki karabin maszynowy był sprawny, istniała dobra szansa na
utrzymanie danej pozycji w boju z każdym przeciwnikiem, poza
przypadkami, kiedy wróg dysponował przytłaczającą przewagą ilościową -
lub czołgami.
Ze swoją ogromną szybkostrzelnością i łatwą do wymiany lufą, MG-42
przynajmniej w części rekompensował osłabienie pierwszoliniowych
jednostek niemieckich. Każdy żołnierz, który miał tylko ku temu okazję,
zamieniał swój karabin z przełomu wieków na pistolet maszynowy, czy to
niemiecki MP-40, czy też któryś z jego rosyjskich odpowiedników. Te
ostatnie były popularne ze względu na swoją prostotę, niezawodność, a zwłaszcza różnicę w sile ognia i to pomimo ryzyka wpadnięcia pod ostrzał
własnych sił ze względu na swój charakterystyczny odgłos wystrzałów.
Podobny status, dokładnie z tych samych powodów, osiągnie kiedyś wśród
Amerykanów w Wietnamie słynny AK-47.
Z początkiem 1943 roku, przyciśnięta do muru niemiecka piechota zacznie
także otrzymywać dostawy pierwszego na świecie karabinka szturmowego -
Sturmgewehr. Mając lżejszy i mniejszy nabój niż jego poprzednicy,
karabinek był w stanie strzelać w trybie w pełni automatycznym oraz był
odporny na najgorsze warunki pogodowe. Nigdy nie stał się bronią
powszechnie używaną, niemniej był dostępny nawet w tak najzwyklejszych
formacjach jak 132 Dywizja Piechoty. Choć Bidermann tego nie mówi, można
logicznie założyć, iż skorzystał z faktu posiadania stopnia oficerskiego
i zadbał o to, by przez większość czasu mieć tę broń przy sobie.
Niemiecka dywizja piechoty posiadała jeszcze jedną jednostkę
organizacyjną, nieznaną w dywizji amerykańskiej -?batalion kadrowy czy
też zapasowy. Było to częścią przemyślanej polityki. Niemcy były
podzielone na dwadzieścia jeden okręgów wojskowych i każda dywizja
Wehrmachtu była przyporządkowana do jednego z okręgów jako źródła swych
uzupełnień. Okręgi były na tyle małe, by zachować regionalną odrębność i jednocześnie na tyle duże, by nie dopuścić do sytuacji, w której
określone miasto czy region traci w jakiejś katastrofie swych wszystkich
młodych ludzi, jak to bywało w przypadku brytyjskich pals
battalions1 z 1916 roku. 132 Dywizja Piechoty zaczęła swoje
istnienie jako formacja bawarska z VII Okręgu. Następnie przeniesiono ją
do Okręgu XII, w którego skład wchodziła Saara, Palatynat Eifel, a po
1940 roku także ponownie przyłączona do Rzeszy Lotaryngia -?gdzie
Bidermann zameldował się po zakończeniu kursu oficerskiego.
Ogólna zasada polegała na tym, iż rekruci, wyleczeni ranni i żołnierze,
którzy ukończyli kursy specjalistyczne, meldowali się w bazie
macierzystego pułku, skąd byli wysyłani na front, zwykle jako
zorganizowane pododdziały marszowe. Po zgłoszeniu się w batalionie
zapasowym, byli rozsyłani zgodnie z zapotrzebowaniem. Lata wojny
doprowadziły jednak do pewnej erozji tego systemu. Dowolna baza wysyłała
ludzi do dowolnych jednostek -?tam, gdzie ich akurat najbardziej
potrzebowano. Z żołnierzy tych formowano także doraźne grupy bojowe, aby
reagować na sytuacje kryzysowe. Zatracała się regionalna tożsamość
pułków i dywizji, co można wyczytać w opowieści Bidermanna. Tak czy
inaczej, koncepcja maksymalnego zachowania tożsamości poszczególnych
jednostek nigdy nie uległa ostatecznemu rozkładowi.
Do samego końca wojny owa spójność w znaczący sposób przyczyniła się do
utrzymania efektywności niemieckich jednostek na pierwszej linii, w szczególności improwizowanych formacji, jak te, którymi przyszło
niekiedy dowodzić Bidermannowi. To, co określa on mianem "rezerwy
szturmowej" czy "kompanii alarmowej" było stworzoną ad hoc grupą bojową,
która działała jako awaryjna siła uderzeniowa. Grupy takie, tworzone
zwykle wokół pułkowego plutonu saperów, mogły mieć w składzie pisarzy,
kucharzy, mogących chodzić rannych, maruderów -?wszystkich tych, których
niewielu amerykańskich oficerów wybraliby do niebezpiecznych misji,
nawet gdyby byli jedynymi pod ręką. Jednakże w ostatnich miesiącach
wojny ci Sad Sacks2 437 Pułku Piechoty przyczynili się do
uratowania sytuacji w wielu pełnych desperacji chwilach.
Żołnierze nigdy nie walczyli lepiej niż Gottlob Bidermann, landserzy ze
132 Dywizji Piechoty i miliony innych żołnierzy w mundurach feldgrau. I nigdy żadnym żołnierzom nie przyszło bić się o gorszą sprawę. Czy
Bidermann i jego towarzysze broni byli, jak sami często się upierają,
zwykłymi ludźmi wykonującymi swój obowiązek w niezwykłych czasach? Czy
obsceniczna rzeczywistość Nowego Ładu Adolfa Hitlera była tak odległa od
okopów na pierwszej linii frontu? Tutaj, rzecz jasna, nie ma opisów scen
masakrowania jeńców wojennych czy mordowania cywilów. Wręcz przeciwnie,
Bidermann dokłada starań, aby opisać ciepłe stosunki z mieszkańcami
Krymu. Wielokrotnie powtarza, że wzięci do niewoli Rosjanie byli
"porządnie" traktowani. Wśród kilku odległych nawiązań do holocaustu
znajdziemy opis zażartego boju na "żydowskim cmentarzu" w pobliżu
Leningradu -?ironii, która zapewne umknęła autorowi i jego ludziom
podczas ich walki o przetrwanie w otoczeniu, które niczego nie wybacza.
W tekście Bidermanna nie znajdziemy też ideologicznego napięcia, które w ogólnych zarysach szkicuje Stephen Fritz i Omer Bartov, jako coś
charakterystycznego dla Wehrmachtu w miarę postępu wojny. To typowe dla
wspomnień nacechowanych pięćdziesięcioma latami refleksji i czterema
latami doświadczeń. Byłoby niezwykłe, gdyby samozwańczy "zwykły
Niemiec", próbujący odszukać prawdę, którą zapamiętał, przyznał po tylu
latach, jak ważny w życiu codziennym był narodowy socjalizm pracujący
dla utrzymania morale i wojskowej efektywności. Podobnie nie należy
całkowicie brać za dobrą monetę licznych aluzji do rozczarowania,
pesymizmu i cynizmu.
Tam, gdzie Bidermann zbliża się do uznania ideologii, to miejsca, w których bezkrytycznie zakłada, iż ponieważ Niemcy są lepszymi
żołnierzami niż Rosjanie, muszą też być lepszymi istotami ludzkimi.
Zdecydowanie nie będąc symbolem ani punktem odniesienia, Adolf Hitler
jest dla żołnierzy 437 Pułku równie odległy, jak Niemcy, którymi rządzi.
A mimo to te dwa podteksty łączą się, by opowiedzieć "prawdziwą wojenną
historię". Jakimkolwiek połączeniem intencji i pamięci nie byłoby "W śmiertelnym boju", jest ono syntezą poglądów. Świat Bidermanna to jego
oddział, jego towarzysze broni -?jego "zgraja", der Haufen.
"Społeczność ludowa" staje się zbiorem obrazów z wyblakłych zdjęć i zakamarków gasnącej pamięci. "Niemiecka misja na wschodzie" jest
zredukowana do przetrwania w walce z przemożną siłą.
Nawet "braterstwo" staje się konstrukcją. Jednym z najbardziej
przerażających zapisów w tych wspomnieniach jest relacja Bidermanna z wojskowej egzekucji. Pierwotnym przestępstwem ofiary była kradzież
żywności i papierosów z przesyłki pocztowej -?z pewnością nie błahostka
w żadnej armii żadnego okresu w historii. Jednak w armii Hitlera taki
występek pociągał za sobą tak surowe konsekwencje, że złodziej wolał
posunąć się do morderstwa niż ryzykować doniesienie. To, co w armii
brytyjskiej czy amerykańskiej uchodziłoby za drobne przewinienie, w Wehrmachcie było częścią tak brutalnego systemu dyscyplinarnego, że
posłał on pod ścianę piętnaście tysięcy własnych żołnierzy, a ponad sto
tysięcy skazał na kary więzienia dłuższe niż jeden rok. Kolejne tysiące
zesłał do batalionów karnych, w których warunki, według słów jednego z tych, którzy przez nie przeszli, były "podobne do celi śmierci". "To",
jak powiedział wybitny historyk Manfred Messerschimdt, "było tym, co
naziści nazywali 'ludową wspólnotą'!"
Charakterystyczną dla współczesnych wojen "depersonalizację" i "uprzedmiotowienie" nieprzyjaciół określa się jako warunek wstępny do
"odczłowieczenia", które jest z kolei pierwszym krokiem do zabijania,
czy to na polu wali, czy na tyłach, czy w obozach koncentracyjnych. Ale
uprzedmiotowienie wymaga interakcji. Aby kogoś odczłowieczyć, trzeba go
zobaczyć. Wojna także izoluje, stwarzając środowiska, gdzie wszystko
"poza" jakimś istotnym centrum jest postrzegane przez żołnierski
odpowiednik szklanego klosza Sylwii Plath. Pod koniec opowieści Gottloba
Bidermanna, Rosjanie są mniej odczłowieczeni niż niewidoczni. Niemcy nie
ulegli demodernizacji, lecz zostali odcywilizowani. Ci żołnierze 437
Pułku Piechoty, którzy ocaleli, przypominają niejako prehistoryczną
zgraję ściśnięta przy ognisku, ślepo wpatrzoną w płomień niczym w talizman, mający ich ochronić przed nienazwanym horrorem, który majaczy
poza małym kręgiem światła.
Dennis Showalter
Rozdział 1 -?Marsz na wschód
Rozdział 1
Marsz na wschód
Jeśli jest coś potężniejszego niż przeznaczenie,
to odwaga, która mu się nieugięcie przeciwstawia.
Geibel
30 CZERWCA 1941 roku. Letni żar rozlał się po
bezkresnych równinach wschodniej Polski i tylko ruch lekko kołyszącego
nami pociągu przynosił ulgę od gorąca. Ciężko załadowany eszelon toczył
się powoli przez rozrzucone tu i ówdzie sosnowe zagajniki i połacie
piaszczystej, leżącej odłogiem ziemi. W naszej drodze na wschód
mijaliśmy malutkie wioski i przekraczaliśmy wijące się rzeki.
Poza dziećmi, które niekiedy machały do nas z zakurzonych dróg i poboczy, miejscowa ludność w większości nas ignorowała. Mężczyźni i kobiety w burych ubraniach, których obserwowaliśmy z daleka, rozpływali
się w drgającym żarem powietrzu, podczas gdy koła pociągu zostawiały ich
coraz dalej w tyle. Wszystkie te godziny spędzaliśmy siedząc lub leżąc,
odpoczywając pod bezchmurnym niebem na wagonach-platformach pomiędzy
starannie zamocowanymi pojazdami i uzbrojeniem.
W przeciwieństwie do przepisów czasu pokoju, które rządziły naszym
dotychczasowym życiem, zezwolono nam na rozpięcie górnego guzika naszych
szarozielonych mundurów i na podwinięcie rękawów, abyśmy w palącym upale
mogli poczuć przynajmniej odrobinę ulgi. Pierwsze doniesienia z frontu
wojny z Rosją pochodziły sprzed kilku dni i nie rozmawialiśmy wiele na
temat perspektyw szybkiego wejścia do boju. Wszyscy byli pewni, że wojna
ze Związkiem Radzieckim, podobnie jak konflikty z Polską i Francją,
zakończy się szybko.
Nad ranem ukazały nam się mury i wieże Krakowa, świętego miasta Polski,
gdzie w katedrze złożono serce Piłsudskiego. Poskrzypując hamulcami,
nasz skład zatrzymał się na małym, pokrytym pyłem przystanku kolejowym i w ciągu paru sekund otoczył nas wianuszek zaniedbanych dzieciaków,
ignorowanych przez stróżujących w pobliżu żołnierzy żandarmerii o kamiennych twarzach. "Bidde um bror, Herr," wołały żałosnym tonem w łamanym niemieckim, brudnymi rączkami chwytając łapczywie smaczne kęski,
które wyciągaliśmy dla nich z chlebaków. Pozwolono nam na opuszczenie
wagonów i dzieciaki obstąpiły nas ze wszystkich stron.
"Biedna Polska," pomyślałem w duchu. Wręczyłem kawałek chleba sprytnej
małej dziewczynce w zamian za wymiętą gazetę. Została wydrukowana dzień
wcześniej w języku niemieckim i polskim i można w niej było znaleźć
pierwsze wiadomości o operacji na wschodzie: marszu na Lwów. W ręce
niemieckie szybko wpadły Gridnow, Wilno, Brześć Litewski, Kowno i Dyneburg. Ekstatyczne nagłówki obwieszczały o zniszczeniu 2.582
sowieckich samolotów i 1.297 pojazdów pancernych. Okupowana przez
Sowietów Polska była uwalniana spod jarzma bolszewików.
Wkrótce żandarmeria wojskowa ożywiła się, za pomocą gwizdków, krzyków i gestykulacji dając nam do zrozumienia, iż powinniśmy wracać do pociągu,
więc ponownie załadowaliśmy się na platformy. Wagony jęknęły w proteście, napięły się pod ciężarem i gdy powoli zaczęliśmy posuwać się
do przodu, na głos odczytałem wiadomości z gazety kolegom z obsługi
naszego działa. Wszyscy apatycznie wylegiwali się na platformie, nie
przejawiając większego zainteresowania. Podniosłem wzrok znad gazety i spojrzałem do tyłu na peron, teraz zajęty tylko przez grupkę małych
obdartusów. Nasza podróż ku nieznanemu przeznaczeniu trwała dalej.
1 lipca zatrzymaliśmy się dziesięć kilometrów na zachód od wsi Pełkinie,
niedaleko Jarosławia, gdzie wyładowaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku
wschodnim. Piechota wyciągnęła się w długą kolumnę marszową, smakując
nieuchronny los każdego piechocińca. Nasze działko przeciwpancerne
jechało daleko przed nami, podczepione do ciągnika gąsienicowego
Chenilette, zdobytego w czasie kampanii francuskiej.
Nasz zmysł powonienia natychmiast wychwycił utrzymujący się w powietrzu
zapach dymu i popiołu i wkrótce mogliśmy ujrzeć wielkie leje i wypalone
wraki pojazdów, będące dowodem na działalność niemieckich bombowców
nurkujących -?Stukasów. Zatrzymaliśmy się na postój przy tymczasowej,
przydrożnej kantynie, gdzie pod czujnym okiem wszędobylskiej żandarmerii
wojskowej, siostry niemieckiego Czerwonego Krzyża chochlami nabierały
zimną kawę z ciągniętej przez konie kuchni polowej i nalewały w podstawiane przez nas kubki. Na próżno zadawały nam pytania o ostatnie
wieści z domu.
Kontynuowaliśmy marsz długą, szarą kolumną, zostawiając w tyle siostry
Czerwonego Krzyża i posuwając się dalej w kierunku wschodnim. Kiedy
zaczął zapadać zmierzch, odnaleźliśmy nasze pojazdy i działa pod
drzewami, które z rzadka porastały pobocze wąskiej drogi. Rozkazano nam
zamaskować się przed obserwacją z powietrza, co usiłowaliśmy zrobić za
pomocą cienkich gałązek.
O świcie wyprzedziły nas kolumny zaopatrzeniowe, toczące się główną
szosą w kierunku odległego wschodu słońca. Kolejny dzień spędziliśmy na
marszu po śladach zaopatrzeniowców, zaś późnym popołudniem po raz
pierwszy ujrzeliśmy nieprzyjaciela.
Pokrytą kurzem drogą w przeciwnym kierunku ciągnęły niemające końca
kolumny rosyjskich jeńców wojennych w wymiętych, zielono-brązowych
mundurach. Wielu spośród tych żołnierzy, którzy nie mieli czapek,
osłaniało głowy przed palącym słońcem za pomocą kępek trawy lub szmat,
owiniętych wokół ogolonych na gładko głów. Niektórzy szli boso, na wpół
ubrani, dając dowód szybkości, z jaką nasze atakujące oddziały
przełamały ich pozycje.
Z powodu owej dziwnej pstrokacizny ubiorów w naszych oczach ledwie
przypominali żołnierzy, będąc mieszaniną Rosjan, ciemnoskórych
mieszkańców Kaukazu, Kirgizów, Uzbeków, nomadów o mongolskich rysach,
przybyszów z dwóch kontynentów, na których rozciągał się Związek
Radziecki. Przechodzili obok nas smętnie, ze spuszczonym wzrokiem;
gdzieniegdzie można było dostrzec grupki podtrzymujące innych, którzy
najwyraźniej doznali obrażeń, byli chorzy lub wycieńczeni. W szkole
uczono nas, że góry Uralu oddzielają Europę od Azji; a jednak tutaj
widzieliśmy Azję w miejscu, które uważaliśmy za środek Europy. Długa
kolumna nieszczęścia zniknęła nam za plecami i wraz z nadejściem
ciemności zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Pod rozgwieżdżonym niebem
okręciliśmy się maskującymi pałatkami i spaliśmy do samego świtu.
14 kompania przeciwpancerna została przesunięta do szpicy i dokładnie o godzinie piątej rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Rozsypujące się ruiny
wypalonych domów stały, jak niemi świadkowie walk, które o Jarosław
toczono w czasie polskiej kampanii, która, choć zakończona tylko dwa
lata temu, teraz wydawała się odległa o całe wieki. Przekraczając San w Radymnie, postawiliśmy pierwsze kroki na rosyjskiej ziemi.
Minęliśmy duży niemiecki cmentarz z I wojny światowej. Nad bramą
wyblakłe litery na drewnianym tle informowały: "Pamięci naszych
towarzyszy broni poległych pod Dubrowicą". Naszej kolumnie nie pozwolono
zatrzymać się na tyle długo, byśmy mogli obejrzeć nagrobki. Wtedy nie
zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak wiele naszych własnych cmentarzy
pozostawimy wzdłuż dróg naszego marszu w głąb Rosji. Wkrótce
natrafiliśmy na świeże wzgórki ziemi oznaczone ciosanymi z brzozy
krzyżami i zwieńczone charakterystycznymi stalowymi hełmami niemieckiego
Wehrmachtu. Pierwszych, milczących i krwawych świadków przy drodze na
wschód ustawiono w regularnych rzędach i kolumnach, a my próbowaliśmy
odwracać od nich wzrok, który jednak ciągle powracał do grobów. Szliśmy
dalej bez słowa, a ciche czerwono-brązowe kopczyki zdawały się wzywać
nas, jakby chciały powiedzieć, "Nie zostawiajcie nas tutaj... nie
porzucajcie nas w tym dziwnym miejscu".
Od strony Lwowa dobiegały przytłumione odgłosy ognia artyleryjskiego.
Stan dróg stopniowo się pogarszał i na ludziach, koniach i pojazdach
zaczął grubą warstwą osiadać kurz. Gdy słońce stało w zenicie niczym
wielka pomarańczowa kula, z trudem przebijając się przez duszące chmury
kurzu, przed sobą mogliśmy ujrzeć wyłącznie niewyraźną sylwetkę pojazdu
naszego plutonu. Pot i brud łączyły się, tworząc dziwaczne kształty na
twarzach pobłyskujących spod ciężkich, zielonych hełmów. W pobliżu
Krakowca ponownie połączyliśmy nasze pałatki w namioty i spędziliśmy tam
noc.
Nasza odyseja donikąd trwała, a my podążaliśmy ku nieznanemu
przeznaczeniu. Mijaliśmy prymitywne wsie, stojące wzdłuż dróg, gdzie
rosyjskie kobiety i dzieci wpatrywały się w nas z zacienionych sieni i przyglądały się nam zza zasłony nieheblowanych okien. Jednymi
mężczyznami, których mogliśmy dostrzec, byli starzy weterani dawnych
wojen.
Pytani, mieszkańcy wiosek opowiadali nam o bolszewikach. Gdy mówili, w ich oczach czaił się strach i obawa przed syberyjskimi łagrami.
Twierdzili, że w szkołach wiszą obrazy Chrystusa i Stalina, a kiedy
wiejscy nauczyciele zadawali pytanie, "Komu dziękujecie za wasz
codzienny chleb?", dzieci zmuszano do odpowiadania: "Stalinowi". Z ulgą
stwierdzaliśmy, że o skutkach komunizmu możemy się dowiedzieć z pierwszej ręki, a tego, co poznajemy, nie można tak po prostu złożyć na
karb naszej propagandy. Niedermeyer zauważył: "Dopiero po ujrzeniu Rosji
wiemy, jakie to szczęście być Niemcem".
5 lipca przeszliśmy przez Lwów. W początkowym okresie wojny miasto
dwukrotnie doznało poważnych zniszczeń i z porannej mgły wynurzyły się
spalone fabryki, zrujnowane domostwa i zniszczone czołgi. Z ich
tłustych, wciąż jeszcze gorących wraków biły w niebo kłęby czarnego
dymu. W jednej z częściowo ocalałych dzielnic długa kolejka ludzi stała
przed piekarnią. Gdy przechodziliśmy, patrzyli na nas pustym wzrokiem.
Rosyjskie lotnisko we Lwowie zostało zrujnowane przez Stukasy.
Poczerniałe samoloty i rozbity sprzęt walały się po okolicy. W czasie
przerwy w marszu żołnierze wałęsali się po wrakowisku, fotografując się
na tle zniszczonych sowieckich samolotów i ostrożnie grzebali w rumowisku, pamiętając o surowych rozkazach zabraniających rabunku i nielegalnego przywłaszczania zdobycznego sprzętu nieprzyjaciela. Wojna
ze Związkiem Radzieckim trwała dopiero od kilku dni, więc wszystko, co
miało związek z sowiecką armią, budziło nasze zaciekawienie.
* * *
Nasze przemarsze trwały przez pierwszą połowę lipca. Nasz szlak całymi
dniami wiódł pośród ogromnej ilości zniszczonych rosyjskich czołgów, a wywrócone do góry nogami ciągniki z zaprzodkowanymi działami polowymi
leżały rozrzucone wzdłuż dróg. Na polach można było zauważyć porzucone
stanowiska rosyjskiej artylerii, które wydawały się nienaruszone, co
było dowodem na to, jak szybko nasza ofensywa złamała sowieckich
obrońców.
Byliśmy zdumieni stopniem nasycenia sowieckiej armii środkami
motorowymi, podczas gdy nasza własna artyleria wciąż bazowała na ciągu
konnym, przypominającym czasy I wojny światowej. Mogiły niemieckich i rosyjskich żołnierzy napotykało się teraz razem; niemieckie,
przyozdobione krzyżami z surowego drewna, stały po prawej stronie drogi,
rosyjskie po lewej. Mogiły Rosjan były bezimienne, oznaczone tylko
wbitymi w świeżą ziemię karabinami z zatkniętymi bagnetami. Na
niemieckich grobach, jak zawsze, zwyczajowo zatknięte były stalowe
hełmy, a na niektórych wisiały na sznurkach nieśmiertelniki, czekające
na zebranie i opisanie.
8 lipca, kiedy zbliżaliśmy się do Brodów, idąc po szerokiej, pokrytej
koleinami drodze, minęły nas pojazdy zaopatrzeniowe i wozy łączności z 72 Dywizji Piechoty 6 Armii. Telefoniści powiedzieli nam, że dywizja
wzięła Lwów przy stracie sześciuset ludzi i z ufnością donieśli, że
wojna zakończy się w ciągu kilku tygodni.
Nasz przemarsz wstrzymano na starej granicy rosyjsko-galicyjskiej. 6 i 17 Armia podeszła do Linii Stalina, ciągu betonowych umocnień i silnie
bronionych punktów oporu. Spodziewaliśmy się, iż nieprzyjaciel będzie
się tam zażarcie bronić i byliśmy zawiedzeni, gdy nadeszły wieści, że
132 Dywizja Piechoty otrzymała rozkaz przejścia do odwodu, bowiem
większość z nas chciała doczekać się akcji jeszcze przed nieuchronną
kapitulacją Związku Radzieckiego.
14 lipca przeszedł bez echa. Życie wypełniła nuda; nasza rzeczywistość
skurczyła się do szerokiego na sto metrów traktu, kurzu, błota, palącego
słońca, burz i nieskończonej, pustej przestrzeni, gdzie tylko od czasu
do czasu rzadkie kępy drzew ciągnęły się ku horyzontowi. W oddali widać
było kryte słomą dachy kołchozowych chałup i to na nich skupialiśmy
wzrok, niczym na palmach na pustyni, aby zwiodły nas ku prymitywnym
studniom. Poinformowano nas, że Armia Czerwona w czasie odwrotu często
zatruwała ujęcia wody. Marszowi towarzyszył wszędobylski smród ze
szkieletowatych pozostałości końskich trupów, leżących wzdłuż szlaku.
Fetor ten zawsze już będzie nam przypominać o sowieckim raju, w który
przyszło nam teraz coraz bardziej się zagłębiać.
Po minięciu Jampola nasze tempo spadło. Niekiedy mieliśmy na tyle
szczęścia, by w mijanych wioskach zdobyć parę cebul albo marchewek,
rzadziej kurczaka czy kilka jajek, co urozmaicało nieco nasze monotonne
wyżywienie z kuchni polowych. Z rozrzewnieniem wspominaliśmy czasy
spędzone w Karyntii i Zagrzebiu, zanim jeszcze nastąpił atak na Rosję,
gdzie raczyliśmy się zimnym piwem i śliwowicą.
Piechota kontynuowała marsz od świtu do zachodu słońca. Pokryci kurzem,
spoceni i lepcy, bez szans na ucieczkę przed okrutnym klimatem,
wchodziliśmy coraz głębiej na terytorium Związku Radzieckiego. Choć było
to wbrew regulaminowi, aby odciążyć nas od niesienia plecaków,
rekwirowano małe furmanki ("panje"), ciągnięte przez niezłomne rosyjskie
koniki. Gdy cywilizacja, jaką znaliśmy, pozostawała coraz bardziej z tyłu, ten obyczaj robił się coraz powszechniejszy. Nieliczne ludzkie
osady były prymitywne i prawdopodobnie zawszone, tak więc noce
spędzaliśmy w namiotach, stogach siana lub najczęściej na gołej ziemi,
owijając się do snu w ćwiartkę pałatki namiotowej, którą przydziałowo
otrzymywał każdy landser. Żołnierze z pododdziałów o ciągu konnym
budzili się rankami, muskani nosami przez głodne i spragnione zwierzęta.
Przechodziliśmy obok drewnianych szkół, które były niczym innym, jak
prostymi budynkami udekorowanymi charakterystyczną czerwoną gwiazdą i pomalowanymi na czerwono mównicami, służącymi do spotkań członków partii
komunistycznej. Postrzępione, pokryte kurzem portrety Lenina i Stalina
wisiały na ścianach. Stalin wprowadził przymusowe nauczanie tam, gdzie
uprzednio, w epoce caratu, alfabet był czymś prawie nieznanym. Byliśmy
zaskoczeni faktem, że wiele dzieci w wieku szkolnym potrafiło
porozumiewać się łamanym językiem niemieckim. Ze zdobycznych materiałów
propagandowych dowiedzieliśmy się, iż edukacja polityczna była
priorytetowym przedmiotem dla dzieci.
17 lipca, po raz pierwszy od momentu rozpoczęcia naszego marszu,
otrzymaliśmy pocztę z domu. Dziesięć dni później dywizja wkroczyła na
Ukrainę i przeszła przez Koziatyn, maszerując na południowy wschód, w kierunku Różyna. Ukraina gotowała się w letnim skwarze. Po szerokich,
piaszczystych i wyłożonych kamieniem drogach weszliśmy w kraj
bezkresnych horyzontów.
Niekończące się szerokie stepy, pola zbóż i słoneczników graniczyły z drogami, po których szliśmy na wschód. Horyzont usiany był prymitywnymi,
drewnianymi wiatrakami, które służyły nam za miejsca postoju i odpoczynku w tym samotnym marszu przez krainę, która pozostawiła u nas
wrażenie wolności, połączonej z przytłaczającym poczuciem pustki.
Zatrzymaliśmy się w zapuszczonym zagajniku akacji, który dawał odrobinę
cienia w oceanie traw. Kompania na boleśnie otartych i posiniaczonych
nogach przeszła sześćdziesiąt kilometrów w czasie krótszym niż
dwadzieścia cztery godziny. Pokryte kurzem, w którym pot porobił bruzdy,
ogorzałe w słońcu i wietrze twarze patrzyły spod ciężkich hełmów na
nasze "królestwo". Ręce śliskie od potu chwyciły łopatki saperskie, aby
ryć dziury w ziemi. Padła komenda: "Okopać się."
Rozebrani do pasa, w milczeniu wgryzaliśmy się w ziemię. Opodal,
brzęczenie pszczół przypominało mi o ich własnym, niekończącym się
znoju. Clemens i Gehr, kierowcy ciągników, wpadli na pomysł odszukania
ula w nadziei na znalezienie miodu. Wyposażeni w menażki, celty
namiotowe i maski przeciwgazowe, zniknęli między zabudowaniami kołchozu
za pozycjami naszych działek.
Po godzinie pracy, po lewej stronie stanowiska naszego Paka
skonstruowałem prawdziwy szaniec, na którym położymy karabiny i granaty;
jego wyższa ściana zwrócona była w stronę naszego frontu. Działko
przeciwpancerne, dokładnie zamaskowane gałęziami i trawą, stało na
skraju zagajnika. Przed nami, przez otwarte pole, po osi wschód-zachód
biegła piaszczysta droga. W falującym od popołudniowego słońca
powietrzu, na horyzoncie widać było zabudowania odległej wsi.
Po lewej stronie drogi, na tyłach zagajnika, starszy szeregowy Poell
ustawił swój pojazd półgąsienicowy, po czym zabrał się za maskowanie
swojego Paka. Obserwatorzy artyleryjscy z pododdziałów artylerii i moździerzy wysunęli się do przodu, niosąc na plecach bębny z kablem
telefonicznym. Ciszę pozornie spokojnego świata zakłócało tylko
sporadyczne pobrzękiwanie łopatek saperskich, menażek i manierek.
Właśnie zwinąłem sobie pod głowę moją zakurzoną bluzę, robiąc z niej
poduszkę i w popołudniowym słońcu zaczynałem zapadać w drzemkę, kiedy
ciszę rozdarł wystrzał z karabinu. Jednym ruchem stoczyłem się do świeżo
wykopanego dołka strzeleckiego, założyłem ciężki, stalowy hełm i przyłożyłem do ramienia kolbę broni. Wpatrując się przed siebie, byłem w stanie dostrzec jedynie pustkę i kołyszące się trawy. W czasie szkolenia
piechoty wbijano nam do głowy, by strzelać przy najmniejszych oznakach
ruchu, do każdego poruszającego się liścia i każdego źdźbła chwiejącej
się trawki. Wszystko po to, by zabić wroga. A teraz, z bijącym sercem
łapałem myśli, kłębiące mi się w głowie: czy to dzisiaj będzie ten
dzień, w którym będę musiał zabić innego człowieka? Kto strzeli
pierwszy, kto pierwszy trafi? On czy ja? Czy będę musiał dzisiaj
zabijać, by ocalić życie swoje i swoich towarzyszy? Pamięć przywołała
obrazy mijanych po drodze rzędów mogił ze starannie ustawionymi krzyżami
i z zawieszonymi na nich nieśmiertelnikami. Próbowałem wyrzucić je z głowy.
Po lewej stronie, jakieś sześćset metrów od naszych pozycji, ciszę
przerwał odgłos broni ręcznej. Dźwięki, początkowo przypominające
znajomy odgłos wystrzałów na strzelnicy, przerodziły się w szaleńcze
wystrzały i nad naszymi głowami zagwizdały rykoszety. W dalszym ciągu
wybałuszaliśmy piekące oczy, ale przed naszymi stanowiskami nie
dostrzegaliśmy niczego niezwykłego. W oddali, poprzez ogień karabinowy
przebił się charakterystyczny trzask działka przeciwpancernego.
Po kilku minutach wszystko się uspokoiło. W powietrzu unosił się kurz i słaby, drażniący zapach spalonego prochu. Po naszej prawej stronie w błękitne popołudniowe niebo bił słup czarnego dymu. Skuleni,
pozostaliśmy na stanowiskach; przyciszonymi głosami, z sercami bijącymi
z niepokoju, próbowaliśmy ocenić, co się wydarzyło. Jakiś czas później
dowiedzieliśmy się od łącznika, iż działko przeciwpancerne Poella
zniszczyło sowiecki samochód pancerny oraz że odparto atak kompanii
rosyjskiej piechoty.
Nie mogliśmy wiedzieć, że w nadchodzących miesiącach i latach ta krótka
utarczka będzie uważana za nic innego, jak zwykłą i nieistotną potyczkę
z nieprzyjacielem. To pierwsze drobne starcie pułku nie wyglądało na
zwiastun makabrycznych lat walki, nacechowanej wyrzeczeniami, smutkiem i niezliczonymi ofiarami. To miało dopiero nadejść. Wielu z nas miało
nigdy nie powrócić z tych przepastnych przestrzeni, ale wtedy nikt nie
zaprzątał sobie głowy takimi myślami.
Wróciłem do mojego dziennika, małego, kieszonkowego notatnika
oprawionego w czarną ceratę, z rogami już nieco postrzępionymi i kartkami poplamionymi potem i deszczem, by opisać w nim ten incydent.
Nasi dwaj kierowcy powrócili z menażkami kapiącymi od miodu, który stał
się wspaniałym dodatkiem do naszych wieczorowych racji. Zjedliśmy miód z komiśniakiem, ciesząc się z odmiany i zastąpienia nim zwyczajowej
puszkowanej kaszanki. Spłukaliśmy chleb z miodem zimną herbatą i przygotowaliśmy się do kolejnego wymarszu o świcie.
30 lipca zastał nas na postoju w Michajłowce. W ciągu kilku ostatnich
dni niektóre z naszych oddziałów doświadczyły nalotów sowieckich
bombowców i samolotów szturmowych, które jednak nie przyczyniły się do
spowolnienia tempa naszego marszu. Kompanie piechoty i jednostki o ciągu
konnym maszerowały nocą i przebyły około sześćdziesięciu pięciu
kilometrów, dochodząc w dniu 31 lipca do Kaharłyka. Podano nocne hasło i rozeszły się pogłoski o zbliżającym się ataku na szerokim froncie, który
miał się rozpocząć o godzinie siódmej następnego ranka. Spędziliśmy noc
zawinięci w nasze namiotowe "ćwiartki", skuleni w wyścielonych trawą
dołkach strzeleckich.
Plotki się sprawdziły i 1 sierpnia, dokładnie o godzinie siódmej rano,
rozpoczęliśmy natarcie w kierunku sowieckich umocnień pod Mirowką. Przed
nami rozciągało się gigantyczne, puste pole, gdzie wzrokiem można było
ogarnąć step, który poza łagodnie pofałdowanym terenem i zagłębieniami
niewidocznymi dla niewprawnego oka, nie dawał żadnej osłony. Sowietom
zapewniało to dużą przewagę, gdyż obrońcy mogli wgryźć się w ziemię,
mając przed swymi stanowiskami czyste pole ostrzału. Poczyniliśmy
ostatnie przygotowania do opuszczenia naszych pozycji i do ruszenia
przez otwarty step.
Przy niewielkim wysiłku wysunęliśmy nasze działko na stanowisko na
skraju pola pszenicy, skąd mieliśmy doskonały widok w kierunku
wschodnim, na falujące, zielone morze, tylko gdzieniegdzie z rzadka
poznaczone poletkami ziemniaków. Pierwsze promienie porannego słońca
tańczyły na źdźbłach ukraińskiej pszenicy i w mgiełce poranka mogliśmy
rozpoznać na horyzoncie odległe sylwetki domów dwóch wsi. Usiedliśmy na
lawecie działka, popijając ciepłą kawę i próbując rozproszyć uczucie
chłodu, które się w nas zalęgło. Każdy chciał wyglądać nonszalancko,
mówiąc o rzeczach niezwiązanych z wojną, usiłując poprzez rozmowę ukryć
niepokój, dobrze widoczny na spalonych słońcem twarzach. Kilkadziesiąt
metrów dalej oficerowie kompanii zbili się w ciasne gromadki, dyskutując
przyciszonymi głosami, spoglądając w stronę pozycji nieprzyjaciela i od
czasu do czasu podnosząc do oczu lornetki.
O godzinie szóstej pięćdziesiąt nasza artyleria otworzyła ogień. Ciężkie
pociski wyły nad naszymi głowami w drodze na ustalone cele na pozycjach
wroga, a piechota, obciążona bronią, amunicją, sprzętem łączności i ładunkami wybuchowymi ruszyła do przodu na szerokim froncie. Wydawało
się, że natarcie w każdym szczególe posuwa się dokładnie tak, jak
zaplanowano, co początkowo sprawiało wrażenie, iż są to kolejne
ćwiczenia w Pffarkirchen czy w Dugo Selo.
Zdobyczny francuski ciągnik z głośnym stukotem podjechał na nasze
stanowisko. Podczepiliśmy działko, wspięliśmy się na pojazd i pojechaliśmy, zostawiając za sobą wielką chmurę kurzu. Minęliśmy
zwiadowczy samochód pancerny, zniszczony dzień wcześniej przez Poella i nasz wzrok przykuł wciąż jeszcze niecodzienny, makabryczny widok na wpół
spalonego trupa z nagim tułowiem, zwisającego z jednego z luków.
Dwa działka przeciwpancerne naszego plutonu wyrwały przed siebie po
pofałdowanym terenie, towarzysząc pododdziałom przemieszczającym się po
piaszczystej drodze w kierunku Kaharłyka. Karabiny maszynowe naszej
wysuniętej do przodu piechoty weszły już do akcji; dobrze słyszalne
serie MG-34 niosły się w naszą stronę ponad kłosami pszenicy. Za nami,
działa artyleryjskie i moździerze tłukły głuchym łomotem, kontrastującym
z wysokim dźwiękiem wydawanym przez broń małokalibrową.
Nagle zaświstały rykoszety, odbijając się wokół nas i w poszukiwaniu
ukrycia wylądowaliśmy pośród bruzd i kolein na drodze.
"Kryć się!", krzyknął Hartmann, dowódca działonu.
W coraz głośniejszym huku broni wszelkiego kalibru widzieliśmy jego
gestykulujące ramiona i poruszające się usta. Jego komendy utonęły w dudniącym grzmocie. I oto nadszedł ten moment. Przyszła chwila, w której
będziemy musieli stawić czoła nieprzyjacielowi. Pomimo gniotącego nas
strachu, to, co nieuniknione, przyjęliśmy z głęboką ulgą, co było
dowodem na zmianę naszych priorytetów od czasu rozpoczęcia marszu.
Obsługi dział rzuciły się do pracy automatycznie, jak to robiły już
niezliczoną ilość razy w czasie ćwiczeń. Kanonierzy numer jeden i dwa
poluzowali łoże i zablokowali koła. Kanonierzy numer trzy i cztery
odciągnęli szeroko na bok ogony łoża, podczas gdy celowniczy
jednocześnie ustawiał zasięg strzału i obniżał lufę do położenia w poziomie. Ładowniczy otworzył zamek, a amunicyjni wyrzucali skrzynki z amunicją z jaszcza. Wystarczył jeden ruch, by płynnie wprowadzić
pierwszy nabój do komory. Szczęknął zamek i działo było gotowe do
strzału. Hartmann przyklęknął obok działa z lornetką w ręku i regulaminowo wydawał rozkazy celowniczemu: "Prawy skraj żywopłotu...
odległość czterysta... gniazdo karabinu maszynowego. Ognia!" W odpowiedzi
na jego wyuczone komendy, w ciągu najbliższych kilku sekund jeden pocisk
za drugim zaczął opuszczać lufę.
Mogliśmy dostrzec, jak pluton piechoty z 5 kompanii zaległ w płytkim
zagłębieniu terenu, przygwożdżony ciężkim ogniem nieprzyjacielskich
karabinów maszynowych. Pod osłoną ognia z działka przeciwpancernego -
nasze pociski spadały teraz bezpośrednio na stanowiska wroga -?pluton
zaczął przesuwać się do przodu. Objuczeni oporządzeniem piechurzy,
powoli brnący przez pole pszenicy, byli doskonale widoczni. Smużki dymu
wskazywały miejsca, w których suche źdźbła zostały podpalone przez serie
pocisków smugowych.
Kołchoz o nazwie Mały Kaharłyk, w którym zgodnie z doniesieniami
znajdowali się sowieccy obserwatorzy artyleryjscy, został wzięty na cel
przez drugiego Paka i ostrzelany z odległości sześciuset metrów.
Słomiane strzechy zabudowań kołchozu zaczęły palić się jasnym ogniem, a w czyste niebo podniosły się słupy gęstego, czarnego dymu.
Otrzymaliśmy rozkaz zmiany stanowisk i przesunęliśmy się na skrzyżowanie
dróg w stronę płonącej wsi. W huku rozrywających się granatów
moździerzowych i dudnieniu karabinów maszynowych słyszeliśmy własne
wiwaty, wyrywające nam się ze spieczonych gardeł na widok Rosjan
opuszczających swoje pozycje. Usiłowali uciec z gospodarstwa wzdłuż
zakurzonej drogi wiodącej w kierunku wschodnim i wtedy ożywiły się nasze
szybkostrzelne szpandały3 MG-34, polewając seriami nabojów,
odzianych w platerowane miedzią łuski, umykające grupki ludzi w zielono-brązowych mundurach. Po prawej stronie, z przerażonymi
spojrzeniami i rękoma podniesionymi w górę, pokazali się pierwsi jeńcy.
Szybko zdarto z nich hełmy i oporządzenie, oni zaś instynktownie
pobiegli truchtem w stronę naszych tyłów, trzymając ręce założone na tył
głowy.
W czasie zmiany stanowiska, nasz Chenilette zgubił gąsienicę. Ciągnik
zakręcił się niefortunnie wokół własnej osi i stanął, beznadziejnie
utknąwszy pośrodku gołego pola na oczach nieprzyjaciela. Kierowcy
wyskoczyli z pojazdu i gorączkowo usiłowali usunąć awarię, my zaś
odczepiliśmy działko, zarzuciliśmy uprzęże i próbowaliśmy ręcznie
przeciągnąć je do przodu. W tym czasie Pak oznaczony w naszej kompanii
numerem 1 minął nas i zostawił z tyłu, podskakując na drodze i oddalając
się w kierunku odgłosów wystrzałów.
Pot przesiąkał nasze szarozielone mundury i zostawiał ślady na twarzach
pokrytych pyłem i brudem, a ukraińskie słońce rozgrzewało ciężkie hełmy.
Zmęczeni, ciężko łapiąc powietrze, napieraliśmy na szelki do ciągnięcia
działka, podczas gdy wystrzały karabinowe trzaskały dobrze już znanym
echem i kule dziobały suchą, zeskorupiałą nawierzchnię drogi. Od czasu
do czasu małe fontanny piasku wystrzeliwały nieregularnymi ściegami
wzdłuż drogi, gdy kule wystrzeliwane z cekaemu ustawionego na skraju
Małego Kaharłyka uderzały niedaleko nas. Z tarczą ochronną zwróconą do
przodu, raz jeszcze gwałtownie szarpnęliśmy za uprząż, aby podciągnąć
działko dalej. Na naszych twarzach malowało się znużenie i strach.
Niekiedy rozlegał się ostry brzęk, gdy kula niczym młotek uderzała w pancerną tarczę, co w straszny sposób przypominało nam, że wciąż
jesteśmy pod ogniem pojedynczych strzelców.
Hartmann pobiegł przodem, aby znaleźć odpowiednie stanowisko dla
działka. Na szyi dyndał mu pistolet maszynowy, w prawym ręku ściskał
granat. Gdy zeszliśmy z drogi, zauważyliśmy ślady świeżo wzruszonej
ziemi, które układały się w kształt niewyraźnej szachownicy. Rosjanie
blokowali nam przejście swoimi pudełkowatymi minami. Rekonesansowi
Hartmanna zawdzięczamy, że przypadkowo nie zabłąkaliśmy się w to
miejsce.
Zatrzymaliśmy się na chwilę, by pod skąpą osłoną tarczy złapać oddech.
Nigdzie nie było widać budynku, drzewa czy krzaczka, który mógłby
zapewnić choćby najlżejszą ochronę przed palącym południowym słońcem. Z płucami pracującymi jak miechy na chwilę zastygłem na czworakach. Inni
padli w rowie na skraju drogi w próżnej nadziei na znalezienie cienia;
niektórzy po prostu rozciągnęli się na ukraińskiej ziemi.
Wciąż miałem mglistą świadomość uderzających blisko kul z Maksima, ale
gdy leżałem na piasku łomot serca nieco się uspokoił. Niosące śmiertelne
zagrożenie kule dalej gwizdały nam nad głowami.
Rosjanie usiłowali wstrzelać się w nasz zepsuty ciągnik, stojący teraz
jakieś sto metrów od miejsca, do którego dzięki naszym wysiłkom
dowlekliśmy działko. Do góry wyskakiwały fontanny ziemi i Chenilette
skrył się w chmurze szarego dymu, gdy obramowały go padające pociski.
Pomimo gradu kul, dziurawiących powietrze nad ich głowami, kierowcy nie
zostali nawet draśnięci i zdołali zreperować gąsienicę. Clemens wskoczył
na siedzenie, gwałtownie wrzucił bieg i rycząc silnikiem wyrwał do
przodu, podskakując na wybojach w naszym kierunku.
Drugie działko, stojące po lewej stronie i oddalone od nas o jakieś sto
metrów, otworzyło ogień, próbując zniszczyć Maksima. Ciągnik
artyleryjski popełzł lewą stroną drogi i skręcił gwałtownie w ogromne,
rozciągające się po horyzont pole pszenicy. Karabin maszynowy
bezustannie trzymał ciągnik pod ogniem, ale amunicja małego kalibru nie
wywierała wielkiego wrażenia na opancerzeniu pojazdu.
Przybycie naszego kierowcy wraz z ciągnikiem powitaliśmy z mieszanymi
uczuciami. Bardzo chcieliśmy zmienić pozycję i Chenilette mógł teraz
pociągnąć ciężkie działko, z drugiej strony jednak byliśmy w pełni
świadomi faktu, iż pojazd skupia na sobie dodatkowy ogień
nieprzyjaciela. Przez głowę przemknęła mi myśl, by porzucić działo i poszukać osłony przed ostrzałem Rosjan, ale szybko zrezygnowałem z tej
niedorzecznej idei i ze zdwojoną siła naparłem na uprząż. Po chwili,
która trwała wieczność, działko zostało podczepione do ciągnika. Wyjąc
silnikiem, ciągnął je w podskokach po nierównym gruncie.
Rosjanie skrócili ogień swojej artylerii i przenieśli go teraz bliżej
własnych pozycji. Eksplozje ciężkich, wypełnionych silnym materiałem
wybuchowym pocisków kładły się coraz bliżej nas, rozrywając się pomiędzy
naszymi najbardziej wysuniętymi do przodu pododdziałami. Erupcje
nadlatujących pocisków trzęsły ziemią i wydawane komendy można było
dosłyszeć tylko z wielkim wysiłkiem.
7 kompania, po naszej lewej stronie, uwikłała się w ciężki bój. Gdy
posuwaliśmy się do przodu, Rosjanie opuszczali swoje stanowiska i uciekali przez pole pszenicy w stronę Kaharłyka, odległego o około
pięćset metrów. W sięgającym do pasa zbożu, strzelcy karabinów
maszynowych, chcąc mieć czyste pole ostrzału, strzelali ze swoich MG-34
w pozycji stojącej, opierając broń na ramionach kolegów z obsługi. Wielu
Rosjan zostało trafionych seriami broni maszynowej, przewracając się na
ziemię i znikając w pszenicy.
Kawałek dalej wpadliśmy pod sporadyczny ogień karabinowy prowadzony
przez grupę Rosjan, którzy potem się poddali i nadbiegli w naszą stronę
z podniesionymi rękami. Na ich twarzach wyraźnie było widać zmęczenie i strach.
Cel na dzisiejszy dzień -?nasyp linii kolejowej przed wsią -?został
osiągnięty. W ciągu sześciu godzin ciężkiej walki zdobyto dwanaście
kilometrów terenu. Nie mogłem opędzić się od myśli, jak bardzo
nieistotne jest te dwanaście kilometrów na mapie przepastnego kraju,
gdzie od świtu do nocy przed oczami ciągnęły się po horyzont puste pola.
Zastanawiałem się, ile jeszcze bojów o kolejne tuziny kilometrów czeka
nas podczas naszego marszu, coraz dalej od zachodzącego słońca.
Natknęliśmy się na jednego z naszych zabitych, leżącego bez ruchu w pyle
drogi, z hełmem wciąż starannie zapiętym pod brodą i niewidzącymi oczami
wpatrzonymi w niebo.
Rosyjscy jeńcy zostali szybko zatrudnieni przy przenoszeniu rannych na
punkt opatrunkowy. Eskortowana przez naszych lekko rannych,
maszerujących skrajem drogi, godna pożałowania kolumna popełzła na tyły
w kierunku punktu zbornego 2 batalionu.
Takim oto sposobem nasz pułk doświadczył swojego pierwszego boju z nieprzyjacielem oraz poniósł swoje pierwsze straty. Nie przepełniała nas
radość ze zwycięstwa i uczucie podniecenia szybko z nas wyparowało,
zastąpione przez smutek i przemożną chęć opuszczenia tego miejsca. Do
tej pory nie doświadczyliśmy jeszcze prawdziwych efektów niekończącej
się walki, która sprawia, że wszystkie dotychczasowe więzi łączące
człowieka z rodziną i jego kręgiem kulturowym zostają nieuchronnie
wyparte przez poczucie bliskości z towarzyszami broni. To miało dopiero
nadejść w tygodniach, miesiącach i latach, które nas czekały. Przy
okazji, dziennikarze przydzieleni do kompanii propagandowej napiszą
barwne relacje z wydarzeń i nie omieszkają dodać, że polegli i ranni
spełnili swój obowiązek w służbie ojczyzny i Führera.
Obsługa naszego działka została wyznaczona do pełnienia roli osłony.
Kiedy zapadł zmierzch, ustawiliśmy działo przy drodze w pobliżu pozycji
obronnych batalionu. Pojedyncze wybuchy pocisków moździerzowych niosły
się echem ponad polem pszenicy i sprawiały wrażenie, iż gonią za
słońcem, tonącym powoli na zachodzie, od strony Niemiec. Nasze myśli
towarzyszyły opuszczającej się za horyzont płomienistej kuli, której
blask przebijał się przez wieczorną mgiełkę. Myśleliśmy o naszej
ojczyźnie, którą zostawiliśmy tysiąc pięćset kilometrów za sobą.
Front nie chciał zasnąć tej nocy. Pododdziały zwiadowcze obu stron były
w ciągłym ruchu, przemykając w ciemności i próbując wymacać pozycje
przeciwnika. Raz za razem ogień rosyjskiego Maksima rwał ciemność i zawsze odpowiadał mu stukot naszego szpandała, do którego szybko
dołączał bezładny ogień karabinowy. Czasem po polu niósł się huk
eksplozji granatów i ostre wystrzały pistoletów maszynowych, a wtedy
linie obronne przez dłuższy czas rozświetlały skwierczące, wzlatujące w niebo flary. Nad ranem wycofano nas z linii i przerzucono dwa kilometry
dalej na południe, gdzie szykowano nowy atak.
2 sierpnia zapamiętaliśmy odmianę w monotonnym wyżywieniu opartym na
suchym prowiancie. Ugotowaliśmy sobie ziemniaki, świeżo nakopane w jakiejś bezimiennej ukraińskiej wsi. Oberschütze Fehr zdążył już oskubać
kurę, którą zjedliśmy z ziemniakami i obranymi ze skórki ogórkami.
W odległości kilkuset metrów, na podjeździe do wsi, na małym wzgórku
stał wypalony transporter półgąsienicowy, należący do kaprala Aignera. W czasie wczorajszej walki wjechał prosto na dobrze zamaskowane pole
minowe, na którym trzech żołnierzy z obsługi działa spotkało swoją
śmierć. Dwóch zginęło natychmiast, zaś Aignerowi mina urwał obie nogi i zmarł jeszcze tej samej nocy na punkcie medycznym. Widać stąd było ich
hełmy, złożone razem pod brzozowym krzyżem; ich mogiła dopisała się do
rosnącej liczby strat, którymi niemiecka armia płaciła za wojnę w Związku Radzieckim.
Niedaleko od ich prostego kopczyka leżał rząd kilkudziesięciu min w drewnianych pudełkach, wykopanych przez saperów. Żołnierze zdążyli już
wynaleźć stosowną nazwę dla tych śmiercionośnych, małych pudełek i nazywali je "trumienkami dla dzieci".
W szeregach piechoty rozeszła się wieść o tym, jak dywizyjny kapelan,
Satzger, ryzykował życie, aby ściągnąć kilku rannych, którzy leżeli
przed pozycjami wroga w czasie wczorajszego ataku. Dla nas zawsze
istotne było, jak traktuje się rannych, gdyż zdawaliśmy sobie sprawę, że
w każdej chwili, bez żadnego ostrzeżenia możemy dołączyć do ich grona.
Wielu żołnierzy, którzy wcześniej nie zdradzali takich inklinacji,
zaczęło uczestniczyć w obrządkach religijnych, a rosnąca świadomość
naszej własnej śmiertelności sprawiła, że zaczęliśmy doceniać obecność
kapelana. Gdy lista ofiar zaczęła się wydłużać, kapelan, który nie nosił
w armii niemieckiej oznak stopnia wojskowego, zaczął odgrywać coraz
istotniejszą rolę w naszym życiu. Dla wielu -?zbyt wielu -?będzie miał
ostatnie słowo pociechy i będzie ostatnim, który udzieli im wsparcia
zanim i oni umrą od śmiertelnych ran.
Z każdym dniem nasze linie zaopatrzenia stawały się coraz bardziej
rozciągnięte, a kiedy nasz impet wyhamował, zaczęliśmy w coraz większym
stopniu doświadczać sporadycznych ostrzałów artyleryjskich. Któregoś
razu odłamek pocisku zerwał moją maskę przeciwgazową wraz z saperką,
dziurawiąc przy okazji moją bluzę, ale poza siniakiem na biodrze obyło
się bez zranienia. Rosyjskie oddziały osłonowe wycofywały się przed
naszym nadejściem, dokładając starań, by spalić jak największą liczbę
gliniano-słomianych chat i pozostawiając za sobą wiecznie aktywną kadrę
snajperów, którzy za cenę własnego życia powoli wyrywali z naszych
szeregów śmiertelną daninę krwi.
3 sierpnia większą część nocy spędziliśmy leżąc pośrodku pola rzepy.
Pluton rozpoznawczy ustalił ponad wszelką wątpliwość, iż niezniszczony
kołchoz, położony w odległości około pół kilometra od nas, nie był
zajęty przez nieprzyjaciela, więc we wczesnych godzinach przed świtem
przenieśliśmy się do małego skupiska chat. Kompanijna kuchnia podesłała
do przodu trochę gorącej kawy oraz chleb ze smalcem. Obsada naszego
działa zajęła dla siebie jedną z chałup, w której zasłaliśmy glinianą
podłogę sianem i drzemaliśmy tam przez kilka godzin, zadowoleni, że nie
leżymy gdzieś w ciemności pośród rzepy.
Następnego dnia posuwaliśmy się jeszcze dalej na wschód aż do momentu,
kiedy nasza wysunięta szpica dotarła do szerokiego Dniepru. Gdy
zbliżaliśmy się do brzegów rzeki mieliśmy wrażenie, że gigantyczna masa
wojsk wchodzących w skład sowieckiej armii wyparowała i że zwycięstwo
wydaje się pewne.
Przez całe tygodnie nasz ustalony porządek składał się z niekończących
się przemarszów, przerywanych tylko sporadycznym oporem niewielkich
grupek sowieckich maruderów, których przeganiała nasza awangarda.
Napotykane co jakiś czas trupy nieprzyjaciół nie budziły już większego
zainteresowania, zaś widok nieodmiennie podnoszących się z ziemi i podchodzących do nas z uniesionymi rękami jeńców całkiem spowszedniał.
Najczęściej po prostu ich rozbrajano i ruchem ręki kierowano na tyły,
często bez żadnej eskorty, aby tam zajęły się nimi nasze tyłowe
oddziały.
Wieczór 5 sierpnia zastał nas na nowo pobudowanych stanowiskach
obronnych pod wsią Prucki Wielkie. Złowieszczy grzmot ciężkiej nawały
nie milkł nawet na chwilę, gdy nasza artyleria kontynuowała ostrzał
pozycji nieprzyjaciela gdzieś za linią horyzontu. Przez całą noc nerwowo
wyczekiwaliśmy momentu ataku, który miał się rozpocząć następnego ranka.
Ruszyliśmy do przodu dokładnie za dziesięć szósta, mając za cel Dniepr.
Baterie naszej artylerii strzelały pociskami dymnymi i burzącymi na
górujące nad okolicą wzgórze, oznaczone jako wzgórze 197. Z miejsca, w którym się znajdowaliśmy, widać było sowiecką piechotę uciekającą w chmurach dymu, zasłaniającego pole walki. Jeńcy zeznali później, że
wiele ogarniętych paniką pododdziałów uciekło, bojąc się, iż w ataku na
ich umocnienia zastosowaliśmy gazy bojowe. Faktycznie, meldunki z placu
boju potwierdzały, że w czasie naszego ataku nieprzyjacielscy żołnierze
zakładali maski przeciwgazowe.
W ciągu kilku godzin wzgórze zostało zajęte przez naszą piechotę przy
minimalnych stratach. Dziesięć minut przed siódmą przeciwnik prowadził
działania opóźniające, cofając się na wzgórze 160, gdzie stawił zacięty
opór na przygotowanych stanowiskach.
Przesłuchania wycieńczonych jeńców potwierdziły, iż głównym czynnikiem
pozbawiającym obrońców woli walki była silna koncentracja ciężkiego
ognia artylerii. Późnym popołudniem nasze oddziały zostały zaatakowane
przez samoloty szturmowe, ale ich naloty spowodowały tylko minimalne
zniszczenia.
Rankiem 7 sierpnia mozoliliśmy się nad kopaniem stanowisk obronnych w okolicach wsi Bałyka, około stu metrów od brzegów Dniepru. Z naszych
pozycji rozpościerał się widok na szeroką rzekę. W oczekiwaniu na ataki
wrogich szturmowców, jak również dla zabezpieczenia się przed ostrzałem
ze strony sowieckich kanonierek, staraliśmy się wgryźć w ziemię
najszybciej, jak tylko się dało.
Po paru godzinach ciężkie pociski moździerzowe, wystrzeliwane z monitorów manewrujących na Dnieprze, zaczęły spadać na zbocza wzgórza
wokół nas. Działo z pierwszego plutonu próbowało ostrzelać jedną z kanonierek, ale bez powodzenia. Wkrótce nasze stanowiska rozciągnięte
wzdłuż rzeki znalazły się pod ogniem wrogiej artylerii i moździerzy.
Pomimo naszych gorączkowych przygotowań, byliśmy zmuszeni do wycofania
się z naszych stanowisk w celu uniknięcia strat, powodowanych przez
ogień nieprzyjaciela, znajdującego się poza naszym zasięgiem.
W tym sektorze stanęliśmy naprzeciwko nieprzyjaciela, który posiadał
przewagę w ciężkiej broni, a nasze własne baterie artylerii zostały
zobligowane do oszczędzania amunicji, co było efektem wydłużenia linii
zaopatrzeniowych. Głębokość naszego włamania na tereny Związku
Radzieckiego zaczynała zbierać swoje żniwo i racjonowanie amunicji było
pierwszym przejawem braków, których straszliwe efekty miały o sobie dać
znać w oczekujących nas zmaganiach.
Odległy grzmot stojących gdzieś daleko ciężkich dział rozbrzmiewał
słabym echem w naszych uszach i został szybko przytłumiony rykiem
pocisków rozrywających się w otwartym terenie. Wieczór przyniósł nowe
ataki ze strony "Szczurów"4 latających nisko nad naszymi
pozycjami i przelatujących nam nad głowami w sposób, który nie
przypominał żadnego skoordynowanego nalotu. Próbowaliśmy odpędzić je
ogniem karabinów i erkaemów, ale bez powodzenia.
Któregoś wieczoru obserwowałem dwóch żołnierzy z baterii artylerii,
rozlokowanej poniżej nas, którzy roznosili jedzenie. Szli wzdłuż niżej
położonej części wzgórza, kierując się w stronę linii frontu. Prowadzący
niósł na plecach cylindryczny termos umocowany na szelkach i widać było,
jak wybierają drogę na nierównym gruncie, brnąc powoli w pofałdowanym,
przeoranym przez pociski artyleryjskie terenie, błotnistym i nasiąkniętym wodą po ulewnych burzach.
Nieoczekiwanie zostaliśmy raz jeszcze zmuszeni do szukania ukrycia,
zaskoczeni przez "Szczura", który wyskoczył z nisko wiszących chmur.
Dwie nadchodzące postacie rzuciły się pod osłonę ściany jednej z glinianych chałup na skraju wsi. Samolot, przelatując nam nad głowami,
przejechał serią z broni maszynowej po wsi i zniknął w burzowej chmurze
tak samo nagle, jak się pojawił.
Chwilę później dwóch żołnierzy ukazało się znowu, powoli posuwając się
obok naszych stanowisk. Człapali z trudem, grzęznąc w błocie, idąc
blisko jeden za drugim. Bezwietrzny wieczór wyraźnie niósł do nas ich
przekleństwa. Drugi z idących przewiesił karabin i wolnymi rękami z obu
stron obejmował termos, usiłując ocalić to, co zostało z wieczornego
posiłku. Stalowy pojemnik był ewidentnie przestrzelony pociskiem z działka pokładowego myśliwca, który przewiercił go na wylot. Gorąca
zawartość dwoma strumykami lała się na ziemię z obu stron termosu. W półmroku wieczoru, omijając leje po pociskach, żołnierze brodzili w błotnistej, rozoranej mazi, kierując się w stronę stanowisk baterii i oczekujących ich towarzyszy. Potykając się, szli do celu, klnąc Iwanów.
Tego wieczoru zupa u artylerzystów będzie wydzielana skąpo, ale jak mało
by jej nie było, wciąż będzie o niebo lepsza od monotonnej "żelaznej
racji" kiszki i twardego chleba, które często przychodziło nam
konsumować w czasie marszu.
Wieczorem 9 sierpnia uraczono nas pieczenią wieprzową, dostarczoną z kuchni polowej przez roznosicieli, a następnego ranka ponownie
ruszyliśmy w drogę. Siły pancerne nieprzyjaciela podejmowały próby
przebicia się na odcinku zajmowanym przez sąsiednią dywizję i elementy
68 i naszej 132 Dywizji Piechoty zostały skierowane do wzmocnienia tego
sektora.
Wymarsz przewidziano na godzinę ósmą. Przed wyruszeniem wydano nam kawę
i chleb ze smalcem. Pomimo mdlącego odoru martwego konia, którym
zalatywało ze skraju drogi, chętnie zjedliśmy nasz pierwszy posiłek od
czasu sławnej pieczeni z poprzedniego dnia. W czasie naszej krótkiej
przerwy przeleciała nad nami formacja Stukasów. Mogliśmy popatrzeć, jak
wyłamują się z szyku i niczym jastrzębie nurkują na niewidzialne ofiary.
W czasie, gdy Stukasy zrzucały bomby na kolumny rosyjskich czołgów i miejsca koncentracji oddziałów, skrytych przed naszym wzrokiem za
załomami terenu, ich wyjące syreny siały panikę i zamieszanie w szeregach wroga. Grzyby czarnego dymu podnosiły się do nieba, znacząc
miejsca, w których pojazdy padły ofiarą bombowców nurkujących.
Rosjanie wkrótce odpowiedzieli własnymi atakami z powietrza. Nie mając
czasu na przygotowanie pozycji obronnych, rzuciliśmy się pod osłonę
płytkiego zagłębienia terenu, jednakże samoloty przeciwnika przeleciały
obok nas. Kilka bomb spadło nam za plecami w pobliżu punktu
opatrunkowego, ale obeszło się bez strat.
12 sierpnia nasze lotnictwo dokonało zrzutów amunicji dla baterii
artylerii stojących na naszych tyłach. W ciągu ostatnich dni nasza
artyleria prowadziła nieprzerwany ogień, odpierając silne sowieckie
kontrataki, a obserwatorzy lotniczy meldowali, że Rosjanie pod Kaniowem
wycofują swoje siły przez Dniepr i dalej w kierunku wschodnim. Nasze
jednostki ponawiały ataki, lecz opór nieprzyjaciela stężał i nasze
zdobycze terenowe były nikłe.
Moje działo zajęło stanowisko w pobliżu nasypu kolejowego w celu
zabezpieczenia linii kolejowej biegnącej w kierunku Kaniowa i dalej
przez Dniepr. Popołudnie było na naszym odcinku spokojne i wraz z Hartmannem wybrałem się na krótki rekonesans okolicy.
Za linią kolejową w kierunku wschodnim, na skraju małego zagajnika,
nagle stanęliśmy jak wryci, gapiąc się wprost w otwór lufy Maksima,
ustawionego mniej niż dziesięć metrów od nas. Ukryte w cieniu nisko
zwieszających się gałęzi, odziane w mundur koloru khaki i zbryzgane
krwią ciało leżało bez ruchu na łożu cekaemu, jakby odpoczywając.
Cicho zwalniając bezpieczniki naszych pistoletów maszynowych, ostrożnie
posunęliśmy się do przodu, lustrując wzrokiem scenę przed nami. Wzdłuż
nasypu kolejowego, w nierównej linii leżało blisko siebie około
trzydziestu martwych Rosjan. Z pozycji, w jakich zastygli, jasno
wynikało, iż podczas wczorajszych walk wystrzał z czołgu lub ostrzał
broni pokładowej samolotu złapał ten pluton flankującym ogniem, w jednej
chwili zabijając i raniąc wszystkich.
Powoli podkradłem się, by obejrzeć poległych i dostrzegłem, że martwa
dłoń jednego z trupów wciąż ściskała otwarty opatrunek osobisty z bandażem w środku. Ciężko ranny Rosjanin na próżno próbował go sobie
nałożyć i nie będąc w stanie zahamować krwotoku, umarł tam, gdzie leżał.
Jego bluza była odpięta do pasa, a cały mundur aż czarny od zakrzepłej
krwi ze śmiertelnej rany. Mój wzrok prześlizgnął się z pierwszej postaci
i zatrzymał się na ciele żołnierza z naszywkami sierżanta. Podoficer
trzymał w uścisku jedno z kół łoża Maksima, jego nic już niewidzące oczy
wlepione były w pas z amunicją w miejscu, gdzie wchodzi do komory
cekaemu. Inny wciąż trzymał w swych zimnych dłoniach karabin i opierał
głowę o ziemię, jakby spał. Pasek jego oliwkowego hełmu wciąż był
starannie zapięty pod brodą.
Hartmann prześlizgnął się koło mnie i powoli podszedł do dwóch żołnierzy
leżących blisko obok siebie. Jeden z nich obejmował ramieniem drugiego,
jakby ostatnim uściskiem chciał przynieść pociechę umierającemu
towarzyszowi. Gdy Hartmann podszedł do nich, w powietrze wzbiła się
protestująca chmara much, przerywając śmiertelną ciszę. Podszedłem do
niego, by także spojrzeć na koszmarną scenę.
Chodząc cicho po polu tej masakry, Hartmann nagle odwrócił się i bez
słowa przeszedł obok mnie, kierując się w stronę, z której przyszliśmy.
Starannie unikając patrzenia w oczy zabitym, szybko poszedłem w jego
ślady.
W tym przybytku śmierci tylko drzewa, nieruchome i ciche, wydawały się
być jedynymi świadkami walki, która rozegrała się w cieniu leśnej
polany. Pomimo, że na przestrzeni ostatnich miesięcy przyszło mi wiele
razy patrzeć na śmierć, nieświadomie dla samego siebie pozostałem wciąż
wrażliwy na brutalną i przerażającą rzeczywistość wojny. W owym czasie
nie wyobrażałem sobie nawet, że po miesiącach i latach stanę się
obojętny wobec śmierci na polu walki, a sceny, takie jak ta, staną się
dla mnie chlebem powszednim. W miesiącach, które miały nadejść, nasza
reakcja na śmierć, której będziemy świadkami, stanie się bezduszna i przyzwalająca. Będziemy obmacywać trupy w poszukiwaniu dokumentów,
będziemy zbierać ich broń i oporządzenie, aby samemu zrobić z nich
użytek. Na tym wstępnym etapie naszego chrztu bojowego wciąż byliśmy
obciążeni naiwnymi wyobrażeniami o współczuciu dla poległych i naszą
własną awersją do fizycznego kontaktu z okrwawionymi i rozszarpanymi
ciałami, rozrzuconymi tam, gdzie cisnęła je śmierć.
13 sierpnia zajęliśmy byłe rosyjskie pozycje polowe, znajdujące się
około dziesięć kilometrów na północny wschód od Kaniowa nad Dnieprem.
Przejęliśmy dziury, wyryte w glinie przez nieprzyjaciela, który zasiadał
na wzgórzach zaledwie kilka dni temu. Rosjanie, eksperci w budowie i maskowaniu umocnień w otwartym terenie, wykonali tam roboty ziemne,
polegające na wykopaniu okrągłych, głębokich do pasa dziur, które
rozszerzały się na dnie tak, by można się było tam wygodnie położyć i swobodnie rozprostować nogi. Glina znakomicie się trzymała i była
świetnym materiałem do drążenia tuneli, więc śmiało ulepszyłem swoje
stanowisko przy pomocy mojej łopatki saperskiej. Przed naszym atakiem,
ten konkretny dołek strzelecki musiał zajmować Rosjanin raczej małego
wzrostu.
Stwierdziłem, że pomimo parnej pogody, która charakteryzowała ukraińskie
lato, chłodna ziemia mojego nowego przybytku zapewnia pewien komfort. W swojej dziurze czułem się bezpiecznie, w tym znaczeniu, że nic nie mogło
mi się tam stać szybko czy bez ostrzeżenia. Ostrożnie wyczołgiwaliśmy
się na otwarty teren, by zebrać trochę trawy i słomy, którymi
zamaskowaliśmy nasze działko przeciwpancerne. O zmierzchu ktoś
przytaszczył wielką naręcz słomy, którą podzieliliśmy na poszczególne
obsady dział. Tak zaopatrzeni, mieliśmy nadzieję na spędzenie wygodnej
nocy, o ile, oczywiście, Iwan nie będzie nas niepokoić.
Wieczorne cienie zniknęły i szarówka przeszła w mrok, pozostawiając
naprzeciwko nas tylko poszarpane zarysy nierównych wzgórz i głębokich
jarów, widoczne po drugiej stronie Dniepru. Te głębokie wąwozy, "bałki",
przyjdzie nam dobrze poznać w czasie czekających nas bojów.
Nieprzyjaciel ponownie zajął pozycje obronne w małym lasku w odległości
około trzystu metrów od miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Po lewej
stronie zaczynała się mała dolinka porośnięta brzozami i gęstymi
zaroślami. Robiłaby wrażenie spokojnej samotni, gdyby nie okazjonalna
seria z Maksima, który niepokoił nas z tamtego kierunku. Zostawiliśmy na
straży jednego człowieka, skulonego za grubą osłoną pancernej tarczy
Paka, chroniącej go przed zabłąkaną kulą z karabinu maszynowego lub
ostrzałem snajpera. Zmienialiśmy go co godzinę, podczas gdy reszta
spędzała noc w wyłożonych słomą dołkach.
W naturze wojny leży nieoczekiwane przypominanie o sobie. Żołnierz może
przez chwilę ulec fałszywemu poczuciu bezpieczeństwa -?skulony w prymitywnym schronie obok ciepłego ogniska roznieconego w zimną noc albo
zwinięty w okopie, śpiąc głęboko -?by nagle zostać rzuconym w sam środek
bezlitosnej i brutalnej konfrontacji. Raz jeszcze nasz odpoczynek został
przerwany przez dwóch żołnierzy roznoszących jedzenie, którzy wynurzyli
się z ciemności przynosząc niemile widziane wieści, iż znowu mamy
zmieniać stanowiska w celu przygotowania się do kolejnego ataku nad
ranem.
Z dobrze nam już znanym uczuciem chłodu w żołądkach, niedługo przed
północą opuściliśmy nasze wygodne dołki strzeleckie i już wkrótce pod
rozgwieżdżonym niebem mozoliliśmy się nad budową nowych pozycji,
bardziej na prawo, które należało ukończyć przed świtem. Przypadkowy,
przytłumiony brzęk łopatek saperskich był dobrze słyszalny dla
nieprzyjaciela i gdy pracowaliśmy, flary z sykiem wystrzeliwały w nocne
niebo ze skraju pobliskiego lasku. Raz za razem trzeba było przypadać do
ziemi i leżeć nieruchomo, by skryć się przed Maksimem, który macał
ogniem nasze pozycje. Kule pruły powietrze nad naszymi głowami, a pociski smugowe zostawiały pomarańczowo-czerwone ślady, wyginające się i drgające w ciemności.
We wczesnych godzinach rannych otrzymaliśmy wsparcie w postaci dwóch
dział samobieżnych, które dudniąc ciężkimi gąsienicami podtoczyły się na
nasze stanowiska. Nasze początkowe obawy skupiały się na tym, iż warkot
ich Maybachów niepotrzebnie przyciągnie uwagę nieprzyjaciela do naszych
pozycji. Pomimo naszych lęków, ich obecność nie skupiła na nas ognia
broni maszynowej, gdyż Rosjanie najprawdopodobniej nie chcieli ujawniać
swoich stanowisk pojazdom pancernym.
Nasz atak rozpoczął się 14 sierpnia o godzinie piętnastej. Po
dziesięciominutowej nawale artyleryjskiej, którą moździerze położyły na
las, wysunięte grupy szturmowe posunęły się na odległość stu metrów od
linii drzew. Wtedy ogień otworzył rosyjski czołg, ukryty na lewym
skrzydle. Został zauważony przez jedno ze wspierających nas dział
szturmowych i po krótkiej wymianie ognia zapalił się. Nasze ciężkie
karabiny maszynowe i moździerze ostrzeliwały skraj lasu, próbując
przydusić wszędobylskich snajperów i dołączyliśmy do nich, strzelając z naszego Paka po koronach drzew pociskami odłamkowymi.
Po zniszczeniu nieprzyjacielskiego czołgu nasz atak posunął się głębiej
w las. Pomimo naszych obaw z zeszłego wieczoru, teraz wsparcie ciężkich
dział samobieżnych dodawało nam otuchy. Pozycję wrogiego czołgu mogliśmy
określić po kłębach czarnego dymu, buchających z płonącej wieży pojazdu.
Usłyszeliśmy pogłoski, ze zanim został wykryty i zniszczony, zdołał
przysporzyć jednej z kompanii sporych strat.
To była ostatnia przeszkoda na drodze do Kaniowa. Mimo, że osiągnęliśmy
wyznaczone cele, po otrzymaniu posiłków ponownie nakazano nam ruszać do
przodu. O godzinie osiemnastej atak został wznowiony.
Nasze zaprzodkowane działo podskakiwało za ciągnikiem, jadąc w kierunku
miasta po śladach szturmowej kompanii piechoty, kiedy to nagle wpadliśmy
pod flankujący ogień, prowadzony z polowych pozycji nieprzyjaciela.
Przeciwnik, odczekawszy w ukryciu aż przejdzie nasza szpica, otworzył
teraz do naszego plutonu ogień z broni ręcznej i kule zaczęły gwizdać
nam nad głowami i bębnić w cienki pancerz naszego ciągnika. I w tej
właśnie chwili silnik Chenilette'a zadławił się i pojazd stanął bez
ruchu pod gradem kul.
Z walącymi sercami chwyciliśmy za pistolety maszynowe i karabiny,
desperacko poszukując ukrycia. Świadomość, że ostrzał złapał nas w otwartym terenie, napełniała nas przerażeniem. Nasz kaemista, Robert, z którym służyłem jeszcze od czasów rekruckich, chwycił swój MG-34 i poderwawszy się na równe nogi pognał przed siebie, taszcząc broń pod
pachą. Biegł w kierunku błysków wystrzałów, ujawniających położenie
stanowisk wroga, nie zatrzymując się i strzelając z biodra seriami.
Kompletnie zaskoczeni tym szturmem, niektórzy Rosjanie podnosili się i potykając się, szli w naszym kierunku z rękoma uniesionymi w górę. Na
moment dostrzegliśmy Roberta, który, zanim zniknął za nierównością
terenu, strzelał seriami do grupek Rosjan wciąż stawiających opór.
Błyskawicznie odczepiliśmy Paka, przygotowując go do strzału, jednakże
nie wiedząc, w którym miejscu znajduje się Robert, byliśmy zmuszeni
wstrzymać się z otwarciem ognia.
Z pistoletami maszynowymi i karabinami przygotowanymi do strzału,
przesunęliśmy się na niewielkie wzniesienie, na którego szczycie
znaleźliśmy Roberta leżącego przy swoim MG. Jedna, jedyna kula przeszyła
mu klatkę piersiową, trafiając w serce. Kula wyszła plecami i z rany
szkarłatnym strumieniem płynęła krew. Hartmann ukląkł przy bezwładnym
ciele, odwrócił je ostrożnie na plecy i potwierdził, że Robert nie żyje.
Chwycił sznurek, na którym zawieszony był nieśmiertelnik, rozłamał go na
pół wzdłuż perforowanej linii, po czym rozpiął jego bluzę, by zabrać
książeczkę wojskową i zegarek. W półmroku gapiliśmy się na oczy,
utkwione w niebie, w których szokiem zamarło pytanie: "Dlaczego muszę
teraz umierać? Dlaczego?"
Ciemność skryła nas, gdy nieśliśmy ciało z powrotem na nasze stanowisko.
Doświadczenia ostatnich tygodni teraz właśnie przytłoczyły moje myśli i przed oczami stanęły mi rzędy przydrożnych mogił, pozostawionych gdzieś
za nami. Po raz pierwszy w moim dorosłym życiu szlochałem po stracie
wyjątkowo bliskiego przyjaciela. Następnego dnia dowódca kompanii
napisał listy do rodzin pięciu żołnierzy, którzy polegli w naszych
ostatnich bojach z sowiecką armią.
17 sierpnia płytkie pieczary wyryte w ścianach wąwozu zapewniły nam
osłonę przed atakami myśliwców bombardujących. Dotarliśmy do wysokiego,
zachodniego brzegu Dniepru i znaleźliśmy się w zasięgu
nieskoordynowanego ostrzału ze strony sowieckiej artylerii, ukrytej na
wschodnim brzegu rzeki. Na południowy wschód od nas leżało miasteczko
Kaniów, w którym na wschodnią stronę Dniepru prowadził most kolejowy.
Wraz ze zdobyciem tej rubieży przejęliśmy ostatnią lądową drogę odwrotu,
którą Rosjanie usiłowali wykorzystać ostatniej nocy w celu dalszego
wycofania się na wschód. We wczesnych godzinach rannych drobne grupki
żołnierzy przeciwnika próbowały uciekać na drugą stronę rzeki łodziami.
W nocy słychać było sporadyczne wystrzały z broni ręcznej. To umykający
Rosjanie wpadali pod ogień naszych szperających oddziałów zwiadowczych.
W nasze ręce wpadły ogromne ilości wyposażenia i pojazdów, w tym wiele
amerykańskich ciężarówek Forda. Niedaleko jaru znaleźliśmy dwa
porzucone, za to całkowicie sprawne czołgi T-34. Były gotowe do boju i miały pełen komplet amunicji. Wspięliśmy się na czołgi, na próżno
poszukując czegoś, co mogłoby być dla nas przydatne.
Przez kilka dni cierpiałem na ostrą biegunkę i wkrótce całkowicie
obezwładnił mnie potworny ból głowy połączony z dreszczami i silnymi
skurczami żołądka. Zaraz po tym pojawiła się gorączka, więc rozkazano
mi, abym wraz z kilkoma lekko rannymi udał się na tyły do punktu
medycznego.
Po drodze mijaliśmy pole boju z poprzedniego dnia. Naszym zmęczonym
oczom małe zagłębienia terenu, porośnięte krzewami i brzozami, wydawały
się pełne spokoju, niczym niezdradzające, iż działy się tu tak koszmarne
wydarzenia. Poza pojedynczymi lejami i przypadkowymi bliznami po
odłamkach nie było widać śladów wojny, która przeszła po tej ziemi.
U stóp długiego wzgórza przeszliśmy obok trzech prostych, brzozowych
krzyży, przyozdobionych zielenią i polnymi kwiatami. Pod świeżo usypanym
kopczykiem, pod wspólnym krzyżem, wraz ze swymi towarzyszami spoczywał
mój przyjaciel Robert, zawinięty w ćwiartkę namiotowej płachty. Jego
szarozielony hełm zatknięty był na krzyżu, wskazując miejsce pośród
zmarłych.
Szybko odwróciłem myśli od mogił, gdy tylko w oczach, gdzieś z tyłu,
powróciło bolesne pulsowanie. W malignie gorączki kuśtykaliśmy przez
nasze wysunięte pozycje, opuszczone trzy dni wcześniej. Wypalony wrak
czołgu był dobrym punktem orientacyjnym.
Jakieś sto metrów dalej natknęliśmy się na zataczającą się postać ze
zwisającymi rękoma i rozchwianym ciałem. Dwóch z nas zdjęło z ramion
karabiny i podeszło na tyle blisko, iż pod warstwami kurzu i brudu
rozpoznało okrwawiony rosyjski mundur. Gimnastiorka żołnierza,
pozbawiona pasa, wisiała luźno na jego ciele. Podszedłem do niego i chwyciłem go za ramię, patrząc w twarz o wyglądzie pergaminu, należącą
do człowieka w wieku około dwudziestu ośmiu lat. Szczupła twarz
odpowiedziała mi nieruchomym spojrzeniem szeroko otwartych oczu. "Oczy
szaleńca", pomyślałem w duchu. Zakrzepnięta krew na jego szyi i tułowiu
pozwalała mi wysnuć wniosek, że otrzymał ciężki postrzał w głowę. Szara
masa mózgowa sterczała z gładko ogolonej głowy. Chmara much roiła się
wokół rany, pokrytej skorupą czarnoczerwonej krwi i było oczywiste, iż
kula lub odłamek pocisku oderwał mu część czaszki już kilka dni temu;
musiał zatem leżeć w zaroślach nieprzytomny i ocknął się niedługo przed
naszym nadejściem. Dwóch z nas chwyciło go pod ramiona i poprowadziło
razem z nami w kierunku punktu medycznego, usiłując go podtrzymać, kiedy
tak potykał się, nie mogąc odzyskać równowagi.
Poprzez mgłę bólu zarejestrowałem baterię artylerii, ciągniętą przez
konie, która zatrzymała się obok nas w chmurze kurzu. Kilku
artylerzystów pomogło nam wdrapać się na jaszcze. Dali nam wody ze
swoich manierek, a żołnierz w rosyjskim khaki, usadzony ciasno między
nami, zaczął się jąkać. W skrzekocie jego głosu mogłem wychwycić słowo
"Woti!" (wody).
Wyczerpani, dotarliśmy do punktu medycznego, gdzie zza zasłony gorączki
obserwowałem, jak zajmowano się rannymi, którzy mi towarzyszyli i jak
bandażowano głowę Rosjaninowi. Dano mi pewną ilość tabletek, zaś oficer
medyczny stwierdził, że termometr wskazuje u mnie temperaturę 39,8
stopnia Celsjusza. Następnie dano mi kubek ciepłej herbaty i sanitariusz
odprowadził mnie na wymoszczone słomą łózko w budynku byłej szkoły.
Nie obudziłem się aż do popołudnia następnego dnia, przespawszy jednym
ciągiem osiemnaście godzin. Czując się wyspany i odświeżony, zostałem
uraczony posiłkiem, składającym się z porządnej porcji zupy grochowej i gruboziarnistego czarnego chleba, który łapczywie pochłonąłem.
Rozglądając się wokół, stwierdziłem z zaskoczeniem, że okolica jest
niemalże pusta; rannych pacjentów punktu medycznego już tam nie było.
Albo ich ewakuowano, albo zdiagnozowano jako na tyle zdrowych, by mogli
wracać do swoich jednostek. Na miejscu pozostała tylko niewielka liczba
chorych żołnierzy, którymi opiekował się młody sanitariusz, ten sam,
który pomagał mi przy przyjeździe. Poinformował mnie, że wczesnym
rankiem ciężko ranni zostali przetransportowani, a wojskowy lekarz bez
powodzenia próbował mnie dobudzić.
Następnego ranka moja gorączka zniknęła i nakazano mi wracać do mojej
kompanii. Po podróży przygodnymi ciężarówkami i wozami konnymi, udało mi
się zlokalizować moje działo wraz z obsługą. Okazało się, że podczas
mojej nieobecności raz jeszcze posłano ich do akcji przeciwko
nieprzyjacielowi, który chwilowo przerwał się w okolicy Kaniowa.
Rozdział 2 -?Przez Dniepr
Rozdział 2
Przez Dniepr
Obraz obszarpanych osobników...
podchodzących do naszych stanowisk z uniesionymi w górę rękami
stał się codziennym widokiem...
26 SIERPNIA cały wolny czas, jakim
dysponowaliśmy, poświęciliśmy na rozbudowę naszych pozycji. Nadmiernie
rozciągnięty sektor, który przydzielono naszej dywizji, dawał
nieprzyjacielowi możliwość lądowania w kilku miejscach, ale na szczęście
nasza ciężka broń była w stanie zapewnić ogień zaporowy i osłonowy w razie ataku.
Nocą 28 sierpnia przesunęliśmy się pod Chodorów nad Dnieprem, aby
wzmocnić kompanię artylerii, która zajmowała ważne wzgórze na pierwszej
linii. Górowało ono nad obydwoma brzegami rzeki i było obsadzone przez
nieliczne, rozproszone siły. Sama wioska leżała przy gruntowej drodze w miejscu, gdzie zbiegały się dwa wąwozy; prymitywne, pojedyncze chałupy
stały rozrzucone wzdłuż całego jaru aż do rzeki. Z miejsca, w którym
stało nasze działo, widok na rzekę zasłaniały nam drzewa, krzaczaste
żywopłoty i sielskie gliniane chaty o słomianych dachach i bielonych
ścianach. Za główny punkt orientacyjny służył duży, rzucający się w oczy
budynek z kamienia. Przed naszą nieoczekiwaną i nieproszoną wizytą
pełnił zapewne rolę wiejskiej szkoły. Mniej niż sto metrów od naszego
stanowiska, pod stromym i wysokim brzegiem leniwie płynęła rzeka, tocząc
swe wody nikt nie wie dokąd, zaś na wschodnim skraju wioski znajdowało
się pole obsadzone pomidorami. Z brzegu dobrze było widać spory odcinek
rzeki, która opływała niewielką grupę wysepek. Wschodni brzeg był gęsto
porośnięty krzewami i drzewami. Płaska wysepka, wprost naprzeciwko nas,
pokryta była bujną roślinnością, która skutecznie skrywała wszelką
obecność Sowietów.
Nasza artyleryjska kompania wsparcia, ulokowana na górującym nad okolicą
wzniesieniu, była okopana w pobliżu kołchozu, w którym hodowano pomidory
i skąd rozciągał się doskonały widok na terytorium zajęte przez wroga.
Miejsca, gdzie koncentrowały się oddziały przeciwnika można było
odróżnić po pionowych smużkach dymu, wznoszących się z licznych ognisk,
na których gotowano jedzenie. Nasza artyleria podtrzymywała aktywność,
podejmując próby zakłócenia dostaw zaopatrzenia przeciwnika poprzez
sporadyczny ostrzał dróg, niewidocznych dla naszych oczu. Poza tym na
froncie było spokojnie.
Jakiś czas po naszym przybyciu siedzieliśmy przed jedną z chałup. Z wewnętrznej kieszeni bluzy, jej zwyczajowego miejsca, wyjąłem moją
harmonijkę ustną. Gdy zacząłem wygrywać ludowe piosenki, szybko otoczyła
mnie gromadka cywilów, którzy pojawili się przed nami niczym duchy,
wynurzając się z okolicznych zabudowań. Melodia "Nieogolony i daleko od
domu" ożywiła publiczność, która klaszcząc w dłonie, odśpiewała swoją
piosenkę ludową "Stieńka Razin". Kobiety i dziewczęta, ubrane w jaskrawe
chusty, kiwały głowami w takt melodii, a mężczyźni i chłopcy
przytupywali na rosyjskiej glinie przy dźwiękach niemieckiej harmonijki.
Po godzinie nadszedł rozkaz dowódcy plutonu przeciwpancernego, aby
rozścielić słomę w budynku magazynu, który miał być użyty jako kwatera.
Zawiedzeni, iż nie będziemy spać w wolnostojących chatach, niechętnie
podporządkowaliśmy się rozkazowi. Wielu z nas czuło się, jakby wpadło w pułapkę, ponieważ budynek miał tylko jedno wejście i stał w samym środku
wsi, co nie zapewniało czystego pola ostrzału w żadną stronę. W ostatecznym rozrachunku wolelibyśmy obozować po chmurką, do czego
byliśmy przyzwyczajeni.
Nasze działo pozostawało podczepione do ciągnika dwadzieścia czy
trzydzieści metrów od nas, ukryte w kępie drzew. Wyznaczyliśmy warty, by
czuwały przy pojedynczych drzwiach naszych "koszar". Po bezchmurnym dniu
przyszła chłodna letnia noc i około trzydziestu z nas rozłożyło się w zaimprowizowanej kwaterze, gdzie szybko pogrążyliśmy się w głębokim
śnie.
Tuż przed świtem ze snu wyrwały nas nagłe detonacje granatów ręcznych,
rwących się w pobliżu naszego magazynu. Seria z pistoletu maszynowego
zastukała o drewnianą, tylną ścianę budynku, a wartownik wpadł przez
drzwi w ciemne wnętrze, krzycząc:
"Rosjanie tu są! Rosjanie tu są!"
Wskoczyłem w buty, chwyciłem moje oporządzenie i ładownice i wraz z Hartmannem i kilkoma innymi kolegami rzuciłem się do jedynego wyjścia.
Wierni wyuczonej dyscyplinie niemieckiego Wehrmachtu, najpierw
pomyśleliśmy o naszym Paku, więc ruszyliśmy w jego stronę, potykając się
w ciemności. Kątem oka dostrzegłem rozżarzony węgielek, lecący łukiem w naszym kierunku od strony strumienia i natychmiast rozpoznałem palący
się lont granatu ręcznego. Instynktownie dałem nura pod ciągnik, a granat eksplodował sekundę później, nie robiąc nikomu szkody.
Żołnierze, którzy na początku zaskakującego ataku zdołali zgromadzić się
w okolicy działka Hartmanna, teraz otwierali ogień z karabinów i pistoletów maszynowych, klęcząc za ciągnikiem lub leżąc wprost na ziemi.
Dwa granaty, które miałem przy pasie, przerzuciłem szerokim łukiem nad
ciągnikiem, ciskając je w stronę brzegu strumienia. Hartmann dołożył
trzeci, rzucając go do wąwozu.
Gdy zdusiliśmy ogień wroga, trzask rosyjskich pistoletów maszynowych
przycichł i od strony strumienia nie rzucano już więcej granatów. W międzyczasie z magazynu wybiegło więcej ludzi z naszego plutonu i teraz
próbowało do nas dołączyć. W miejscu, w którym znajdował się drewniany
most, około stu metrów od nas, rozpętała się nowa strzelanina.
Nagle ujrzeliśmy dowódcę plutonu, który przebiegając obok nas, krzyknął;
"Jestem ranny!", po czym zniknął w ciemności obok magazynu. Korzystając
z przerwy w strzelaninie, odczepiliśmy działko przeciwpancerne i rozpoczęliśmy ostrzał gęstych krzewów wzdłuż strumienia, gdzie wciąż
można było dostrzec błyski wystrzałów rosyjskiej broni. Doskonale
słychać było kule, uderzające o tarczę ochronną naszego Paka, ale parę
tuzinów pocisków odłamkowych uciszyło ogień nieprzyjaciela i Rosjanie
zaprzestali dalszych ataków.
Wszystko trwało nie dłużej niż dziesięć minut. Hartmann i ja pobiegliśmy
do magazynu, w którym leżał porucznik z przestrzelonym udem. Chociaż
sanitariusz właśnie go bandażował, rana bardzo mocno krwawiła, ale
według jego słów nie uległa uszkodzeniu żadna arteria ani też nie było
widać złamań. Zostawiliśmy z porucznikiem jego kierowcę i dwóch
łączników, a sami wróciliśmy do naszego plutonu.
Hartmann objął dowództwo nad plutonem i rozkazał Burchardtowi i mnie
nawiązać kontakt ze znajdującym się we wsi sztabem kompanii. Ostrożnie
weszliśmy na drewniany most i natychmiast zauważyliśmy martwe ciało
Rosjanina, leżące kilka metrów od nas; w świetle księżyca kontury ciała
stanowiły ostry kontrast wobec jasnego drewna. Nieprzyjaciel
najwyraźniej przerwał atak i wycofał się. Po kilku minutach dotarliśmy
do sztabu kompanii, ulokowanego w jednym z gospodarstw.
Na miejscu było pełno rannych, którymi zajmował się sierżant służby
medycznej. Powiedziano nam, że w czasie ataku na nasze kwatery, Rosjanie
zaatakowali jednocześnie inny pododdział stacjonujący na wschodnim
krańcu wsi. Złożyliśmy meldunek i ku naszej uldze natychmiast nakazano
nam wracać w bardziej znajomą okolicę, gdzie stał nasz pluton.
Po powrocie przesunęliśmy działo na lepsze stanowisko około
pięćdziesięciu metrów od magazynu. Z tego miejsca mogliśmy pokryć ogniem
odcinek terenu od szczytu wąwozu do mostu i tym samym powitać każdą
próbę ataku bezpośrednim ostrzałem. Bacznie obserwowaliśmy jar i jego
zbocza po prawej i lewej stronie od nas, ale nie wykryliśmy żadnych
dalszych ruchów nieprzyjaciela. Nie byliśmy też ostrzeliwani. Krążyły
słuchy, że atak Rosjan został odparty i że porucznik otrzymał
"heimatschuss."5
Właśnie zaczynaliśmy się czuć całkiem bezpiecznie na naszych nowych
pozycjach, kiedy zupełnie nagle, w jaśniejącym brzasku dnia, dostrzegłem
po naszej lewej stronie małą grupkę Rosjan, przeciągających ciężki
karabin maszynowy przez niewielki wzgórek za budynkiem szkoły. Jednym
skokiem wylądowaliśmy na wyznaczonych stanowiskach obronnych i natychmiast otworzyliśmy do nich ogień. Strzelaliśmy pociskami
przeciwpancernymi i burzącymi, gdyż amunicji odłamkowej już nie
mieliśmy. Rosjanie rzucili się w poszukiwaniu ukrycia, pozostawiając na
otwartym terenie kilku zabitych i rannych. Strzelaliśmy w miejsce, w którym się ukryli oraz ostrzeliwaliśmy szkołę, aby uniemożliwić im
zajęcie tam stanowiska z karabinem maszynowym. Po paru strzałach
zauważyliśmy kilku szybko wycofujących się Rosjan, ściganych gwałtownym
ogniem naszego MG-34.
Niespodziewanie, tuż przed nami, buchnęła kanonada z broni
małokalibrowej. Zostaliśmy ostrzelani z bliskiej odległości przez
przesączających się Rosjan -?z wąwozu wyraźnie dobiegały krzyki Iwanów.
Przeciwnik ponownie próbował posunąć się w stronę naszych stanowisk,
przedzierając się przez gęste zarośla, między drzewami i warzywnikami
pełnymi słoneczników, pomidorów i fasoli. Rosjanie rzucali granaty,
które zanim wybuchły, podtaczały się na dziesięć metrów od naszego
działa.
Gorączkowo wyciągnęliśmy ostatnią skrzynkę pocisków 37 mm z naszego
ciągnika gąsienicowego, podczas gdy amunicyjni rozgarniali kopniakami
hałdę łusek, aby oczyścić miejsce wokół działa. Zostało nam tylko
trzydzieści sztuk amunicji przeciwpancernej, a kiedy pakowałem do
karabinu ostatnią łódkę z nabojami, rzut oka na innych uświadomił mi, że
oni także wystrzelali swoją amunicję. Hartmannowi pozostało tylko pół
magazynka nabojów do jego pistoletu maszynowego.
Rosjanie usiłowali przeskoczyć przez drogę i dotrzeć do budynku
magazynowego i dla wszystkich stało się jasne, że za wszelką cenę musimy
im w tym przeszkodzić, albowiem jeśli im się to uda, będzie to dla nas
oznaczać odcięcie od reszty kompanii, co niechybnie skończy się śmiercią
lub niewolą. Około godziny dziesiątej z dymiącej lufy naszego Paka
wyleciał ostatni pocisk przeciwpancerny. Aby uniemożliwić nam
skorzystanie z naszego ciągnika gąsienicowego, Rosjanie zaatakowali
teraz budynek bezpośrednio i wkrótce stanął on w ogniu, podpalony
pociskami smugowymi lub "koktajlami Mołotowa". Nie wiedząc, czy było
dostatecznie dużo czasu na ewakuowanie magazynu, mogliśmy mieć tylko
nadzieję, że ranny oficer został zabrany w bezpieczne miejsce.
Po wystrzeleniu ostatniego pocisku, wyciągnąłem rygiel zamka i cisnąłem
go w zarośla, po czym dołączyłem do Hartmanna. Poczołgaliśmy się jednym
z jarów wiodących w kierunku zachodnim.
Od czasu do czasu pełzaliśmy na brzuchach przez chaszcze, a momentami
przebiegaliśmy z jednego ukrycia w drugie, aż wreszcie dotarliśmy do
jaskini, wyrytej w ścianie wąwozu. Tam odkryliśmy pewną liczbę
mieszkańców wsi, którzy z przestrachem na twarzach przysłuchiwali się
odgłosom boju. Było oczywiste, że wioska została ostrzeżona, iż
szykowany jest atak i mieszkańcy wpełźli do dziury, aby przeczekać
bitwę.
Nie zwracając uwagi na obecność przerażonych cywilów, wspięliśmy się na
szczyt wąwozu. Z tego wysoko położonego punktu mogliśmy zaobserwować
Rosjan rojących się wokół budynku magazynu w odległości około trzystu
metrów od nas. Ulokowawszy się za drzewem, wycelowałem starannie i właśnie oddałem kilka strzałów z karabinu do widocznych postaci, gdy
nagle Hartmann krzyknął, że nadchodzi odsiecz. W zachodniej części wsi
zebrała się kompania piechoty i część rozproszonego pododdziału, który
stacjonował obok nas. Hartmann i ja przedostaliśmy się przez zarośla w dół, ku drodze i dostrzegliśmy naszego dowódcę kompanii, który pędził do
wsi swoim motocyklem z koszem.
Daleko za naszymi plecami słychać było wybuchające pociski rosyjskiej
artylerii. Nasza własna ciężka broń wzięła pod ostrzał brzegi Dniepru,
aby odciąć Rosjanom drogę odwrotu, po czym do przodu ruszyły nasze
atakujące kompanie. Po trzydziestu minutach, kiedy to przeszukano
okolicę, ponownie wsunąłem rygiel w zamek naszego działka. Po kilku
godzinach nieprzyjaciel został wrzucony do rzeki kontratakami. Ci,
którzy ocaleli i usiłowali przeprawić się na wschodni brzeg na łodziach
i tratwach, zostali ostrzelani przez naszą artylerię.
Odparliśmy atak wroga, którego siły były cztery do pięciu razy
liczniejsze niż nasze, po czym udaliśmy się na poszukiwania rannego
porucznika. Pomimo, iż przeczesaliśmy całą okolicę, nie byliśmy w stanie
go znaleźć. Jedyne, na co natrafiliśmy, to zakrwawiony oficerski but
przed wypalonym budynkiem magazynowym.
W czasie poszukiwań oficera natknęliśmy się na rosyjskiego żołnierza,
który w ogródku przy jednej z glinianych chat pojadał sobie ziarenka
słonecznika. Nie stawiał oporu, podniósł ręce na znak poddania się i podszedł do nas ostrożnie. Rozglądał się przy tym bojaźliwie i lekko
machał rękami. Po pobieżnym przeszukaniu, odesłaliśmy go na
przesłuchanie do sztabu pułku.
Następnego ranka kompania piechoty zameldowała o znalezieniu
niezidentyfikowanego ciała w miejscu, gdzie strumień wpadał do Dniepru.
Później od dowódcy kompanii dowiedzieliśmy się, że faktycznie było to
ciało porucznika, który został rozstrzelany za pomocą strzału w potylicę, prawdopodobnie przez komisarza politycznego. Nie natrafiono na
ślad dwóch innych zaginionych żołnierzy z jednego z plutonów piechoty,
więc najprawdopodobniej zostali uprowadzeni za Dniepr jako jeńcy.
Rosyjski oficer medyczny, wzięty później do niewoli w czasie okrążenia
pod Kijowem, zeznał, że niemieccy żołnierze wzięci do niewoli w tym
rejonie, zostali rozstrzelani tuż przed tym, zanim Sowieci oddali
miasto.
Słyszeliśmy także opowieści o tym, że w noc ataku wiejski nauczyciel i młoda komunistka Olga (oboje dołączyli do nas, śpiewając "Stieńkę
Razina"), pod osłoną ciemności prześlizgnęli się jarem i przepłynęli na
drugą stronę Dniepru. Po dotarciu do sowieckich pozycji przekazali
dokładne dane na temat naszej liczebności i lokalizacji naszych
stanowisk, po czym niezauważenie przeprowadzili rosyjski batalion przez
rzekę i wąwóz. Nasze kwatery znajdowały się niedaleko mostu, którym
przechodziło się jar w drodze do wsi.
* * *
Wojna na wschodzie zaczynała ujawniać swe brutalne oblicze. Jednakże
żaden z nas nie mógł przewidzieć lub pojąć tego, że gorycz i wściekłość
Rosjan z powodu najazdu na ich kraj będzie rosła z każdym mijającym
rokiem. Większość ludności cywilnej była przeciwna tego typu reakcjom,
co szczególnie widać było na południowym odcinku frontu wschodniego,
gdzie przyjmowano nas stosunkowo dobrze. Wielu rosyjskich jeńców
wojennych, którzy poddali się we wczesnej fazie kampanii, wyrażało chęć
walki u naszego boku przeciwko Stalinowi i sowieckiemu rządowi.
Wraz z upływem czasu przywódcy komunistyczni porzucili pomysły na
wzywanie ludzi do poświęcenia się w imię komunizmu i zamiast tego
próbowali odwołać się do wrodzonego patriotyzmu narodu. Obrona "Matuszki
Rosji" przed "napaścią faszystowskich najeźdźców" stała się
patriotycznym obowiązkiem każdego obywatela, bez najmniejszego wyjątku.
Takim sposobem konflikt, zamiast walki o przetrwanie partii, ewoluował w wojnę narodu rosyjskiego przeciwko niemieckim najeźdźcom.
Niestety, brutalne metody Sowietów można porównać z postępowaniem
niemieckich okupantów na tyłach, daleko na zapleczu frontu. Poprzez
ekscesy, jakich dopuszczano się wobec narodu rosyjskiego, żołnierz
niemiecki stał się dla prostego Rosjanina symbolem kogoś, kto wspiera
pogardzane, mordercze instytucje polityczne i walczy za nie z bronią w ręku. Z powodu doktryn, wymyślanych i wcielanych w życie w odległym
Berlinie, dopuszczono się wielu okrucieństw na żołnierzach z pierwszej
linii frontu, chociaż my, żołnierze frontowi, nie mieliśmy pojęcia o mordowaniu tysięcy niewinnych ludzi przez rozmaite, wierne systemowi
Sonderkommanda, czy też o środkach stosowanych przez nasze złote bażanty
spod znaku narodowego socjalizmu podczas "pacyfikacji" zajętych
terytoriów.
Dowódcy dywizji na froncie, jak również wielu dowódców na szczeblu pułku
i batalionu, byli weteranami i uczestnikami I wojny światowej, którzy
prowadzili walkę w sposób niewątpliwie nacechowany uczciwością, do
której przyzwyczajono ich w czasie służby w korpusie oficerskim armii
kaisera. Muszę dodać, że w czasie całej kampanii na wschodzie nigdy nie
byłem świadkiem choćby pojedynczego incydentu, kiedy to poddający się
żołnierze rosyjscy nie byliby odpowiednio traktowani albo ranni
przeciwnicy nie byliby opatrywani na równi z naszymi własnymi
żołnierzami. W czasie ataku na Kaniów jeńców po prostu odesłano na tyły
bez żadnej eskorty, ponieważ każdy człowiek był desperacko potrzebny na
linii frontu. Mimo to uważam, że w masach odsyłanych w ten sposób na
tyły jeńców, znalazło się wielu komunistów, jak również rosyjskich
patriotów, którzy skorzystali ze sposobności, by zniknąć w zaroślach i ostatecznie nawiązać kontakt z rosnącymi w siłę grupami partyzantów.
Tego typu dobrze zorganizowane oddziały partyzanckie staną się coraz
poważniejszym problemem dla naszych tyłów. W miarę jak trwać będzie
wojna, ludzie zaczną ufać partyzantom i udzielać im znacznego wsparcia
do tego stopnia, że będą oni w stanie znaleźć schronienie i opiekę
praktycznie wszędzie.
* * *
Przez pierwszą połowę września broniliśmy naszych pozycji nad Dnieprem,
zaś Rosjanie usiłowali odzyskać zachodni brzeg rzeki. 14 września nasze
pierwsze jednostki przeszły na drugi brzeg. Po rozpoznaniu wyspy na
Dnieprze na północ od Bałyki, dokonano skutecznego lądowania i sowieckie
pozycje obronne na wysokim brzegu zostały wzięte szturmem. Pomimo
silnego oporu, w nasze ręce wpadła znaczna liczba jeńców.
Dwa dni później, nasza pozostająca w rezerwie kompania ruszyła w ślad za
pierwszymi jednostkami i wylądowała na przeciwległym brzegu. Korzystając
z zamieszania, jakie zapanowało wśród oddziałów nieprzyjaciela,
uchwyciliśmy głęboki przyczółek, który był sukcesywnie wzmacniany nowymi
siłami przerzucanymi przez rzekę. Z Chodorowa baterie niemieckiej
artylerii nieprzerwanie ostrzeliwały pozycje wroga na przeciwległym
brzegu. Jednocześnie położono ogień na wschód od dopływu Dniepru w okolicach Bałyki. Przed zapadnięciem nocy nasza szpica doszła pod
Jaszniki.
17 września wzmocniony 438 Pułk Piechoty uzyskał kolejne zdobycze
terenowe w walce z nielicznym, choć uparcie broniącym się przeciwnikiem
w okolicach Bałyki i Rzyszczowa, podejmując jednocześnie próby
nawiązania kontaktu z sąsiednim korpusem wzdłuż drogi na Jerkowce. Cel
ataku osiągnięto późnym popołudniem, po zlikwidowaniu ostatnich gniazd
oporu.
Parliśmy do przodu, posuwając się do ważnej drogi, wiodącej z Kijowa w rejon Jerkowców, odcinając tym samym szlak odwrotu Sowietów. Nocą nie
zaznaliśmy odpoczynku, wgryzając się w twardą ziemię w celu umocnienia
naszej linii. W pocie i znoju pracowaliśmy w wilgotnym powietrzu aż do
świtu. Towarzyszył nam bezustanny warkot silników i klekot gąsienic,
niosący się od strony pozycji nieprzyjaciela.
18 września przez cały dzień nieprzerwanie umacnialiśmy nasze
stanowiska, choć od strony Rosjan było cicho i nie zauważyliśmy
poważnego ruchu. O zmierzchu poczuliśmy się pewnie, zakładając, iż siły
sowieckie wycofały się dalej na wschód, pozostawiając tylko straż tylną
dla spowolnienia naszych postępów.
Noc buchnęła nagle eksplozjami pocisków artyleryjskich i na
północny-zachód od Jerkowców, wzdłuż drogi Rogozów -?Perejesław,
pomiędzy godziną 22:10 i 02:50 odparto jedenaście ataków wroga. Świt
potwierdził skuteczność naszej obrony, ukazując niezliczone ciała w zielono brązowych mundurach, piętrzące się w stertach przed naszymi
stanowiskami. Kłęby dymu z płonących pojazdów biły w niebo czarnymi
słupami.
Doniesiono nam, że całkowitemu zniszczeniu uległo kilka jednostek
pancernych nieprzyjaciela i ze sztabu pułku nadeszła dumna notatka,
wyliczająca ilość zdobytego sprzętu: szesnaście ciężkich i lekkich
karabinów maszynowych, osiem ciężkich dział, dziewięć ciężarówek, dwa
ambulanse, dwie cysterny i sześć pojazdów amunicyjnych. Do niewoli
wzięto czterystu Rosjan, zaś do 19 września liczba ta wzrosła do
ośmiuset. Pododdziały 436 Pułku Piechoty, którym przydzielono zadanie
oczyszczenia wschodniego brzegu rzeki z pozostających tam sił
nieprzyjaciela, także wykonały swoje zadanie, ponosząc przy tym tylko
minimalne straty.
W czasie następnych kilku dni, podczas przeczesywania brzegów Dniepru
pojmaliśmy ponad tysiąc Rosjan. Przekonani, że Związek Radziecki
przegrał wojnę, dezerterzy kradli łodzie i pod osłoną ciemności masowo
przeprawiali się przez Dniepr, próbując znaleźć się jak najdalej od
sowieckiej armii. Obraz obszarpanych osobników, w pojedynkę lub małymi
grupkami podchodzących do naszych stanowisk z uniesionymi w górę rękami,
stał się codziennym widokiem i umacniał nasze przekonanie, iż wojna
zakończy się przed pierwszymi mrozami.
23 września nasz batalion został zaatakowany przez zaskakująco liczną
rosyjską piechotę. Zdołaliśmy odeprzeć atak przy niewielkich stratach i nieprzyjaciel został odrzucony, pozostawiając na polu walki kilka
lekkich dział polowych i mnóstwo broni ręcznej. Wszystko to leżało przed
naszymi pozycjami. Pozostaliśmy na stanowiskach do chwili, kiedy to
otrzymaliśmy informację, iż przeciwległy brzeg Dniepru został
oczyszczony z sił sowieckich i że nasza dywizja ma zostać wycofana z tego sektora.
* * *
Wraz z zakończeniem walk na południe i południowy wschód od Kijowa,
podliczono nasze rosnące straty. Każda z kompanii poniosła średnie
straty w wysokości 15 do 20% składu osobowego, zaś kompanie strzeleckie
437 Pułku Piechoty w ciągu ostatnich dwóch miesięcy straciły średnio
czterech zabitych, dwóch zaginionych, czternastu rannych i dwóch
chorych, co daje razem dwudziestu dwóch ludzi. Liczebność naszej
kompanii przeciwpancernej przed rozpoczęciem operacji wynosiła od stu do
stu dwudziestu żołnierzy.
Broń i wyposażenie były w stosunkowo dobrym stanie. Znaczenie
odpowiedniego utrzymania wszelkiego wojskowego dobra, co bezustannie
wbijano nam do głów w czasie szkolenia, przyniosło widoczne efekty.
Oficjalne kanały zaopatrzenia, wiodące z tyłów na pierwszą linię,
nabrały charakteru raczej nieformalnego, gdyż żołnierze nauczyli się
korzystać z tego, co wpadło im w ręce, jak również żyć ze zdobycznych
zapasów nieprzyjaciela.
Wraz z przyjściem deszczów, a więc i błota, oddziały pierwszoliniowe
szybko nauczyły się, że małe rosyjskie zaprzęgi konne są dużo bardziej
niezawodne niż nasze własne ciężkie wozy zaprzęgnięte w duże konie,
które były przewidziane dla dróg o utwardzonej nawierzchni. Rosyjskich
furmanek ("panje") zaczęto używać coraz powszechniej, stosując zdobyczne
zaprzęgi lub konfiskując je ludności miejscowej, co odbywało się wbrew
zarządzeniom zabraniającym nieautoryzowanych rekwizycji.
Nasza 14 kompania przeciwpancerna straciła dwa ciągniki gąsienicowe
Chenilette na minach, zaś pozostałe miały uszkodzenia i zużyte silniki i gąsienice. Pomimo wysiłków naszych mechaników, części zamienne były
nieosiągalne i to bez względu na fakt, iż w ich poszukiwaniu
przeczesywaliśmy zaplecze korpusu i armii na głębokość stu kilometrów.
Armia doszła do mistrzostwa w dbaniu o samą siebie. Od końca sierpnia do
początku września kompania starała się wykorzystać zdobyczne ciężarówki.
Z ogromnej ilości zdobycznego sprzętu porzuconego przez cofającego się
nieprzyjaciela, szczególnie na placu boju pod Kaniowem, nasze oddziały
zdołały wybrać dużą ilość sprawnych pojazdów. Dowódca kompanii
przyprowadził pełną cysternę, dzięki której znacznie zwiększyliśmy zapas
"czarnego", czyli nieoficjalnego paliwa.
Rosjanie dysponowali wielką ilością solidnych, ciężkich ciężarówek
Forda, jak również pojazdów marki ZIS. Te dwa rodzaje pojazdów
najwyraźniej stanowiły cały park maszynowy przeciwnika i zawsze, jeśli
była tylko taka możliwość, wybieraliśmy ciężarówki Forda, ponieważ
części zamienne do nich były zawsze szeroko dostępne.
Ze względu na takie metody odzysku i użytkowania środków lokomocji,
miało się wrażenie, iż nasza armia składa się z pojazdów każdego typu i rodzaju, pochodzących z połowy Europy, co z kolei sprawiało, że czasami
niemożliwością było zdobycie nawet najprostszej części zamiennej.
Zaczynaliśmy zazdrościć Rosjanom ich nieskomplikowanego systemu
zaopatrzenia. Choć ich inwentarz nie zawierał broni i sprzętu tak
wyspecjalizowanego i różnorodnego jak nasz, to jednak wszystko, co
posiadali, było niezawodne i praktycznie wszędzie posiadało wsparcie
logistyczne.
Tak jak we wszystkich armiach, jednym z głównych tematów rozmów była
ilość i jakość wyżywienia. Nasze kompanijne kuchnie polowe dokonywały
cudów, jeśli tylko zaopatrzeniowcy radzili sobie z dostarczaniem
niezbędnych produktów. W czasie jednej z moich wizyt w kuchni polowej
kompanijny kucharz z dumą pokazał mi jaskinię, w której na długich
kijach wisiały setki kiełbas i wędzonych mięs. W formie podarunków dla
personelu kuchni wręczyłem kucharzowi naręcze zdobycznych sowieckich
medali i pistoletów i od tamtej pory mieliśmy zagwarantowane coś więcej
niż przewidywał to oficjalny system dystrybucji zaopatrzenia.
* * *
25 i 26 września większa część dywizji opuściła arenę bojów na zachodnim
brzegu Dniepru. Raz jeszcze długie, szare kolumny pomaszerowały po
pagórkowatym terenie, kierując się na południe. Przeciwnik, który przez
ostatnie tygodnie stawiał nam zaciekły opór, sprawiał wrażenie, iż
wyparował na wieść o naszym marszu.
Cały październik dywizja przemieszczała się przez Ukrainę, wystrojoną w kolory jesieni. Plony zostały zebrane, na polach stały młockarnie i wysokie stogi siana -?widok przypominający obrazki z Ameryki.
Maszerowaliśmy w kierunku Krzemieńczuka, co oznaczało, że Odessa nad
Morzem Czarnym jest wciąż oblegana. Wśród żołnierzy rozeszły się
pogłoski, że wraz z jednostkami rumuńskimi zostaliśmy wyznaczeni do jej
zdobycia.
17 października dowiedzieliśmy się, że Odessa została zajęta. Dywizja
skręciła na południowy wschód i jako nowy cel wyznaczono nam Mikołajów.
Po drodze przechodziliśmy przez obszary zamieszkałe przez etnicznych
Niemców, których dwieście lat temu osiedliła tu caryca Katarzyna Wielka.
Z łatwością można było rozpoznać nazwy wiosek, nadawane dla
upamiętnienia miast z naszej ojczyzny: Karlsruhe, Worms, Speyer,
Helental i innych. Spotykaliśmy wyłącznie kobiety, dzieci i starców,
bowiem Sowieci deportowali wszystkich mężczyzn w wieku poborowym.
W prostym, lecz czystym i porządnie zbudowanym kamiennym domu znalazłem
pokoje mieszkalne z sypialnią, którą można byłoby zobaczyć dwa wieki
temu w Palatynacie. Stało tam szerokie drewniane łózko, pokryte
kolorowymi poduszkami i zwieńczone baldachimem. Miejscowe chłopki mówiły
dialektem, który był podobny do tego, który można usłyszeć dzisiaj w Palatynacie. W takich warunkach, częstując się świeżym mlekiem i białym
chlebem, czuliśmy się absolutnie swobodnie.
Kilka dni później przekroczyliśmy rzekę Boh po chwiejącym się moście
pontonowym z trudem wytrzymującym napór prądu i weszliśmy do portowego
miasta Mikołajów. Wraz z dowódcą kompanii i kilkoma innymi żołnierzami
miałem okazję obejrzeć częściowo ukończone okręty wojenne o wyporności
około tysiąca ton, stojące w suchych dokach.
Kontynuowaliśmy marsz w kierunku naszego nowego celu -?Chersonia. 25
października ponownie przekroczyliśmy potężny Dniepr, w którego wody,
jakieś sto kilometrów na północ stąd, polało się tyle naszego potu i krwi. Teraz było jasne, iż południowe skrzydło armii posunęło się do
przodu wzdłuż wybrzeży Morza Azowskiego i kierowało się na Rostów, a my
mieliśmy nawiązać z nim styczność jako odwód. Wkrótce znaleźliśmy się na
zachodnich podejściach do złowrogich, opustoszałych terenów znanych jako
Stepy Nogajskie.
Po ciężkich bojach, które trwały od 26 do 28 października, dywizje 11
Armii przebiły się przez wąski przesmyk Perekopski i oczyściły nam drogę
do dalszego natarcia na Półwysep Krymski. Jako część rezerwy Naczelnego
Dowództwa Wojsk Lądowych (OKH), 132 Dywizja Piechoty została
podporządkowana armii von Mansteina. Przy przełamaniu obrony wąskiego
korytarza można było użyć wyłącznie ograniczonych sił, niemniej teraz
było konieczne wzmocnienie armii w celu dalszego natarcia na półwysep i jego ostatecznej okupacji.
Gdy posuwaliśmy się obok grobowców Tatarów, starożytnych obrońców Krymu
przed najeźdźcami z północy, wkroczyliśmy do nowego sektora działań
bojowych. Nasza dywizja, wraz z 50 Dywizją Piechoty została włączona w skład 54 Korpusu Armijnego i otrzymała rozkaz bezwzględnego pościgu za
nieprzyjacielem w kierunku Bakczysaraju i Sewastopola. Należało także
przeciąć drogę do Sewastopola. Przednie elementy jednostek
zmotoryzowanych skoncentrowały się na przygotowaniu do ataku.
31 października przeciwnik zdawał się być w pełnym odwrocie. Nasze
szpice długimi kolumnami szybko przebijały się na południe,
pozostawiając za sobą pododdziały o ciągu konnym, które powoli posuwały
się w kierunku frontu. Pod Kara-Najmakiem konie całego pułku piechoty i pułku artylerii musiały pić wodę z jednej studni, gdyż inne źródła
zostały zatrute przez cofających się Sowietów. Ogromne ilości wozów i żywego inwentarza sprawiała wrażenie, jakby zatrzymał się czas, a po
stepie szły armie z innego wieku. Im głębiej wchodziliśmy na Krym, tym
bardziej rosło nasze poczucie odizolowania od zachodniego świata.
Borykaliśmy się z poważnym brakiem wody pitnej, bowiem nieliczne,
głębokie studnie i zbiorniki, które nie zostały zatrute przez cofającego
się wroga, zawierały słonawą wodę. Jej jakość wahała się od paskudnej w smaku do zupełnie nienadającej się do picia. Żołnierze i konie, pracując
w niemiłosiernym upale, walczyli z niemożliwym do zaspokojenia
pragnieniem, a brak wody dla zwierząt sprawił, że nawet najsilniejsze i najzdrowsze z nich musiały być często wymieniane w zaprzęgach.
Kompanijna kuchnia próbowała przyrządzić kawę ze słonawej wody, słodząc
ją sacharyną, jednak otrzymany napitek miał tak paskudny smak, że
wypicie go wymagało prawdziwie żelaznej siły woli.
Zasięg marszu kompanii piechoty i pododdziałów o ciągu konnym wynosił
teraz średnio od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu kilometrów dziennie.
Zmotoryzowane jednostki zwiadowcze oraz niszczyciele czołgów były w stanie osiągać dużo lepsze wyniki i szybko doszły do doliny Almy.
Z zachodu na wschód, w kierunku Morza Czarnego przez Półwysep Krymski
biegną trzy pasma dolin: Alma, Kacza i Belbek. Północna część półwyspu
to ogromny, słony step. To tam znajdują się duże zasoby soli, które
eksploatuje się po odparowaniu wód Sywasza, kiedy to drogocenna sól
zalega w kotlinach. W innych rejonach Rosji sól występuje rzadko i trudno się ją wydobywa. W czasie marszu przez Ukrainę mogliśmy
zaobserwować, jak miejscowa ludność używała soli w formie środka
płatniczego. Sól miała tu dużo większą wartość niż u nas w ojczyźnie.
Gdy przechodziliśmy przez wsie, chłopki witały nas chlebem i solą, co
było dowodem na to, jak wielkie znaczenie przywiązywano do tego cennego
produktu.
Środkowy Krym jest płaską, niemalże w zupełności pozbawioną drzew
równiną, która jest jednak żyzna i dobrze utrzymana. Także i tutaj,
podobnie jak w całym sowieckim imperium, gospodarstwa rolne
funkcjonowały pod zarządem kolektywów i miały formę kołchozów. W okresie
zimowym śniegi i burze śnieżne z terenów wschodniej Ukrainy buszują tu
po okolicy.
Na południu leżą Góry Jaiłu. Z poziomu wysokości morza wznoszą się
stromo aż do dwóch tysięcy metrów, po czym na południowym krańcu
półwyspu opadają gwałtownie ku brzegom Morza Czarnego. Góry te są
pokryte gęstymi lasami, zaś ciągnące się z południa na północ doliny
porasta bujna roślinność. Można tam spotkać plantacje owoców i malownicze tatarskie wioski.
* * *
Wkrótce doszliśmy do odcinka frontu, którego nazwa nie będzie nam dawać
spokoju przez wiele miesięcy: Sewastopol. W ciągu najbliższych kilku dni
podeszliśmy do jego umocnień od północy i północnego wschodu.
Pierwsze dni listopada charakteryzował minimalny kontakt z przeciwnikiem, choć wysunięte baterie nieprzyjacielskiej artylerii
ostrzeliwały naszą odsłoniętą, zachodnią flankę. 2 listopada pododdziały
436 i 437 Pułków Piechoty opuściły rejon ześrodkowania w okolicy osady
Czaniszkoj i już wkrótce, we wczesnych godzinach rannych, spotkały się z silnym oporem wroga. Pomimo nacisku przeciwnika na lewym skrzydle,
posunęliśmy się w kierunku Adszi-Bułata i przebiliśmy się przez pozycje
obronne Sowietów, otwierając drogę do dalszego natarcia.
Wraz z zapadnięciem zmroku silny nacisk nieprzyjaciela na naszą lewą
flankę stał się coraz bardziej dokuczliwy i trzeba było dopiero ognia
ciężkiej artylerii by rozproszyć jego zgrupowania. Chodziły słuchy, że w związku z niedoborem ludzi, w roli uzupełnień dla obsługi dział używano
rosyjskich ochotników z obozów jenieckich.
Nocą sowieckie oddziały piechoty morskiej podejmowały desperackie próby
przebicia się przez nasze linie obronne w kierunku Sewastopola i wybrzeża, ale wszystkie ich ataki załamały się przed naszymi pozycjami.
Aby zabezpieczyć nasze nieosłonięte zachodnie skrzydło oraz uciszyć
nieprzyjacielskie baterie artylerii brzegowej na skraju Morza Czarnego,
utrudniające dalsze posuwanie się dywizji, pododdziały 438 Pułku
Piechoty zaatakowały w kierunku zachodnim i południowo-zachodnim. Jakiś
czas później niewielki oddział szturmowy z tego pułku dotarł na pozorne
stanowiska owej baterii, gdzie żołnierze znaleźli drewniane lufy dział,
groźnie lecz nieszkodliwie sterczące w niebo.
Rosjanie zdołali ukryć faktyczne położenie baterii, która rozlokowana
była dalej na południe, w pobliżu Nikołajewa. Wraz z nadejściem
ciemności, po zaciętej walce, zewnętrzne pozycje nadbrzeżnej artylerii
zostały zdobyte. Na wodach Morza Czarnego zauważono nieprzyjacielski
statek, który ostrzelaliśmy z naszego Paka. Nocą nieprzyjaciel porzucił
działa i ocalałe sowieckie jednostki morskie zostały ewakuowane z półwyspu łodziami i zabrane na pokłady sowieckich statków czekających na
otwartym morzu.
W czasie tej operacji śmiercią żołnierza poległ podporucznik Diehl z 2
batalionu 438 Pułku Piechoty oraz dwudziestu innych kolegów. Daleko poza
zasięgiem naszych dział krążyły sowieckie okręty wojenne, których
sylwetki widać było wyraźnie na horyzoncie. Stało się dla nas jasne, że
na Morzu Czarnym całkowicie panują Rosjanie. Podczas wczorajszych walk w ogromnej liczbie pokazało się rosyjskie lotnictwo, ale myśliwce Möldersa
już wkrótce oczyściły niebo z wrogich samolotów.
W południe 3 listopada, wysunięte elementy mojego pułku, składające się
ze zmotoryzowanej 14 kompanii przeciwpancernej oraz 9 kompanii cyklistów
weszły do malutkiej tatarskiej wioski na południowy zachód od
Ewel-Szeik, gdzie odkryliśmy porzucony magazyn z rosyjskim
zaopatrzeniem, w tym całym mnóstwem paczek papierosów.
Kontynuowaliśmy natarcie doliną rzeki Kacza. W promieniach zachodzącego
słońca krajobraz wydawał się zadziwiająco piękny, z wąską drogą
obsadzoną topolami, wijącą się między owocowymi plantacjami. Z odległości około półtora kilometra mogliśmy przyglądać się ładnym, małym
tatarskim domom z drewnianymi gankami i niskimi dachami, które
rozrzucone były po całej dolinie i na szczytach wzgórz.
Kiedy zbliżaliśmy się do skraju osady, nasz czołowy pododdział został
nakryty silnym ogniem nieprzyjaciela. Natychmiast rozpocząłem
ostrzeliwanie niewidocznego jeszcze wroga z mojego działka. Pod osłoną
naszego ognia do przodu ruszył oficer dowodzący 9 kompanią. Ogień broni
ręcznej zaczął ostukiwać ścianę domostwa za naszymi plecami,
pozostawiając wirujące kłęby kurzu w miejscach, gdzie kule dziobały
zabudowania obok naszego stanowiska. Podczas gdy my leżeliśmy płasko lub
kryliśmy się za stalową osłoną Paka, nasz dowódca kompanii stał
niewzruszenie w samym środku całego tego bałaganu, ignorując kule
bębniące w ścianę.
W ogłuszającym huku karabinów maszynowych usłyszałem przejmujący krzyk
rannego żołnierza. Ktoś zaczął krzyczeć: "Postrzał w brzuch!".
Najbliższy karabin maszynowy strzelał praktycznie bez przerwy -?strzelec
posyłał serię za serią w stronę szybko przemieszczających się celów. My
skoncentrowaliśmy się na ładowaniu i strzelaniu do odległych postaci
przebiegających między domami, podczas gdy strzelec karabinu maszynowego
przenosił ogień w miarę przesuwania się przeciwnika.
Próbowaliśmy stworzyć wrażenie, iż jesteśmy tu co najmniej w sile pułku,
a nie tyko jako słaba szpica w składzie kompanii cyklistów wspartej
dwoma działkami przeciwpancernymi. Podstęp się udał i ujrzeliśmy grupę
sowieckich żołnierzy ubranych w ciemnoniebieskie kurtki marynarki,
wycofujących się dnem doliny w kierunku zachodnim, w stronę morza.
Ranny żołnierz leżał kilka kroków za nami, na skraju drogi. Jego
odwrócony hełm walał się kilka kroków od niego. Sanitariusz ukląkł przy
nim i rozpiął jego zakurzoną bluzę, aby przewiązać mu ranę. Po paru
sekundach krzyki leżącego w pyle drogi żołnierza, którymi wzywał pomocy,
przeszły w niezrozumiałe mamrotanie. Jego pełne gorączki oczy, dobrze
widoczne na tle trupiobladej twarzy, otworzyły się szeroko ze zdumienia;
patrzyły przed siebie w ciemność i szybko osiadał na nich cień śmierci.
Sanitariusz zdjął zegarek z ręki poległego i pospiesznie przetrząsnął
kieszenie podartego, splamionego krwią munduru w poszukiwaniu rzeczy
osobistych. Odwróciliśmy się, starając się zająć własnymi myślami i obowiązkami.
Myśli tych, którzy znajdowali się w pobliżu, były bardzo osobiste i nikt
nie był w stanie uciec od uczucia głębokiego współczucia dla naszego
brata w szarym mundurze, którego dopadła śmierć. Jednak myśląc o nim,
każdy z nas myślał o sobie samym, o tym, że być może będzie następnym,
który zginie, kolejnym, którego los dopełni się w Rosji. Niekiedy tego
typu myśli zaczynały nas mocno prześladować, byliśmy wobec nich
bezradni, tak jak bezradni byliśmy wobec śmierci, która tak szybko
zabrała naszego towarzysza broni. Wtedy właśnie zaczęliśmy pojmować, że
ta obca ziemia zaczyna nas pożerać.
Ludzie wahali się i usiłowali stłumić te emocje gdzieś głęboko w sobie.
W czasie walki te zduszone doznania splatały się z każdym nerwem i napinały do granic wytrzymałości za każdym razem, gdy doświadczaliśmy
uczucia nieopisanego przerażenia. Lekarstwem na wewnętrzny niepokój było
wyłącznie działanie -?udzielanie pomocy rannym, obsługa broni i sprzętu,
prowadzenie ognia do przeciwnika. Żołnierza piechoty w coraz większym
stopniu ogarniała nieposkromiona, narastająca fala wściekłości, zaś
rozgorączkowany umysł był w stanie skoncentrować się wyłącznie na
jednym: na zemście za poległych kolegów, na zabijaniu wrogów, na
niszczeniu. Najwyższa forma takiej wściekłości graniczyła ze stanami
samobójczymi, tak cienka była granica między tchórzostwem a odwagą.
Czasami, gdy było spokojnie, rozmawialiśmy o tym, jaki wpływ na nasze
życie ma codzienny kontakt z niebezpieczeństwem i cierpieniem.
Zgadzaliśmy się z opinią, iż ludzie prości, o silnej naturze,
nieulegający stresowi psychicznemu, z reguły radzą sobie z takimi
sytuacjami lepiej niż ci, których zwykle uważa się za ludzi
inteligentnych czy wrażliwych. Jednakże i tak nie istnieją zasady,
którymi owa teoria mogłaby się kierować; zależy ona wyłącznie od
sytuacji w danej chwili i nigdy się nie powtarza, albowiem na wojnie
każda sytuacja jest zupełnie inna. Osobowość żołnierza także zmienia się
wraz z upływem czasu, w miarę jak nabiera on doświadczenia.
Często mówi się, że można się do tego przyzwyczaić. Można przywyknąć do
bezustannej obecności śmierci czy ciągłego zagrożenia śmiercią, jednakże
podczas długich lat kampanii w Rosji bezradne przyglądanie się agonii
ciężko rannych żołnierzy zawsze wywierało na mnie daleko większy wpływ
niż sytuacje, w których towarzysza broni spotykała szybka i bezbolesna
śmierć. Gdy kogoś dopadła śmierć, po prostu odchodził, ale krzyki
rannych, czy to naszych własnych, czy też nieprzyjaciół leżących
samotnie między liniami, często słyszy się godzinami po tym, jak
zamilkną działa.
* * *
W nieśmiałym świetle wczesnego, listopadowego wschodu słońca siedziałem
na łożu działa przeciwpancernego, trzymając wartę. Nagle gdzieś blisko
rozległ się trzask wystrzałów karabinowych i buchnęły serie z pistoletów
maszynowych; kule zaświstały nade mną i obok mnie. Poderwałem się na
równe nogi, okręciłem na pięcie i w odległości nie większej niż
pięćdziesiąt kroków za moim stanowiskiem dostrzegłem dużą grupę Rosjan,
przemieszczającą się pomiędzy drzewami owocowymi. Natychmiast ogarnęło
mnie uczucie dziwnego chłodu, gdyż zrozumiałem, że nasz mały pododdział
został odcięty od reszty kompanii. Rzuciłem się na ziemię między
rozsunięte ogony łoża, nerwowym ruchem przycisnąłem kolbę karabinu do
policzka, wziąłem na cel jedną z widmowych postaci i nacisnąłem spust.
Lekki karabin dał o sobie znać odrzutem i paraliżujący strach
natychmiast ze mnie wyparował. Gdy przeładowywałem broń, obsługa naszego
karabinu maszynowego, zaalarmowana wystrzałami, rzuciła się do swego MG
i pospiesznie obróciła lufę cekaemu do tyłu. Po kilku sekundach
wymiatali już ogniem zarośla i przestrzeń między drzewami. Reszta
obsługi mojego działka wyskoczyła z ukrycia i biegiem dopadła swoich
stanowisk przy Paku. Nie mogliśmy jednak otworzyć ognia bez narażenia
naszych własnych ludzi na niebezpieczeństwo
Rosjanom udało się przemknąć między nami i tatarskimi domkami, w których
kwaterowali żołnierze 9 i 14 kompanii. Z daleka widzieliśmy, jak
poderwani strzelaniną ludzie wypadają biegiem z domostw. Gęsta
strzelanina szybko rozpaliła się pomiędzy owocowymi sadami, gdy Rosjanie
obłożyli nasze stanowiska huraganowym ogniem i sami zostali wzięci pod
ostrzał przez nasze główne siły. Kiedy nasze pododdziały ostrzelały
przeciwnika silnym ogniem z dwóch stron, nieprzyjacielski oddział
szturmowy został praktycznie zlikwidowany, a pozostali przy życiu
żołnierze sowieccy poddali się.
Zeznania jeńców potwierdziły, iż atakująca nas grupa bojowa była częścią
oddziału, który poprzedniego dnia próbował przebić się przez nasze
pozycje do brzegu morza. Wzięci do niewoli Rosjanie byli ubrani w ciemnoniebieskie mundury marynarki wojennej, które wyglądały na niedawno
wydane, gdyż wciąż były nieskazitelnie czyste. Jeńcy zeznali, iż należą
do elitarnej jednostki piechoty morskiej, my zaś byliśmy pod wrażeniem
ogromnej siły ognia, jaką dysponowała tak niewielka grupa ludzi. Wszyscy
byli uzbrojeni w półautomatyczne karabinki lub krótkolufowe pistolety
maszynowe o okrągłych magazynkach, w których mieścił się zapas amunicji
w ilości siedemdziesięciu dwóch nabojów.
Od jednego z jeńców wziąłem pistolet maszynowy i kilka okrągłych
magazynków, gdyż w bezpośrednim boju nie miałem już wielkiej wiary w skuteczność niezbyt szybkostrzelnego karabinku "Kar98k". Posiadanie
automatycznej broni z dużym zapasem amunicji dodawało mi pewności
siebie. Potem używałem jej przez wiele miesięcy.
Skrajem warzywnika, wzdłuż wąskiej drogi, pomiędzy rozrzuconymi
domostwami, biegł stary kamienny mur, z którego wybiliśmy kilka kamieni,
aby stworzyć strzelnice zwrócone w stronę przeciwnika. Za naszym
stanowiskiem zbudowaliśmy z luźnych kamieni barykadę dla ochrony przed
ogniem moździerzy i artylerii wroga. Na naszym odcinku mieliśmy
szczęście, albowiem z tyłu, daleko od nas, słychać było odgłosy rwących
się pocisków burzących.
Gdy pilnie pracowaliśmy nad umocnieniem naszych pozycji, nasze zajęcie
raz jeszcze przerwał nam kontratak nieprzyjaciela. Korzystając z osłony
gęstych zarośli, sowiecka piechota morska podkradła się na bliską
odległość i nagle z półmroku świtu wyskoczyły na nas milczące postacie
odziane w niebiesko-czarne mundury.
Znowu zajazgotał karabin maszynowy, któremu towarzyszyły szczeknięcia
naszych moździerzy, stojących nieco dalej za nami. Po kilku sekundach
rozległy się eksplozje pocisków, wyrzucające w powietrze grudy ziemi
jakieś sto pięćdziesiąt metrów przed naszymi stanowiskami.
Nieprzyjacielski atak załamał się i Rosjanie rozpłynęli się w chaszczach, zostawiając za sobą zabitych i rannych.
Przeczesując okolicę natknęliśmy się na zupełnie zdrowego Rosjanina,
który zabłądził i leżał teraz za poszarpanym pniem drzewa, pięćdziesiąt
kroków od naszego działka. Krzycząc "Stoj! Ruki w wierch! Idi siuda!"
(Stój! Ręce do góry! Podejdź tutaj!) nakazałem mu, aby się do nas
zbliżył. Potykając się, z rękoma wysoko uniesionymi w górę, podszedł do
nas z dobrodusznym uśmiechem na twarzy. Odpięliśmy mu od pasa pełen
magazynek amunicji i dwa granaty, po czym łącznik odprowadził go do
dowództwa kompanii.
Nieustający ogień moździerzy uprzykrzał nam życie w ciągu dnia, gdy na
naszych liniach bez ostrzeżenia wybuchały pojedyncze, sporadycznie
wystrzeliwane pociski. Któregoś razu, gdy dowódca naszej kompanii
studiował przez lornetkę położony przed nami teren, nagle szarpnął się
do tyłu i wyrzucił w górę obie, poszarpane ręce. Z otwartych ran
chlusnęła krew i lała się na rękawy jego munduru. Odłamek granatu
moździerzowego, ostry jak brzytwa, przeciął lornetkę i czyściutko
amputował mu kilka palców u obu rąk. Poza tym oficer nie odniósł żadnych
obrażeń. Jego radiotelegrafista odeskortował go do szpitala polowego.
5 listopada dywizja otrzymała rozkaz opanowania doliny Belbek w okolicach Duwankoj, Gadszikoj i Bejuk-Otarkoj.6 Zadanie
wykonano tego samego wieczoru, zaś ataki kontynuowano przez kolejne dwa
dni, co przyniosło znaczne zdobycze terenowe w obrębie zewnętrznego
pierścienia obrony i pozycji polowych na północny wschód od twierdzy
Sewastopol. Wzgórza Mekenzi, samo miasto i górujący nad okolicą teren,
oznaczony jako wzgórze 363.5, zostały zajęte i utrzymane w ciężkich
bojach.
Późnym popołudniem 7 listopada nadszedł rozkaz z pułku, aby nasze działa
zajęły pozycje na linii obrony na zachodnim obrzeżu wzgórz Mekenzi.
Wkrótce po tym jedno z dział przeciwpancernych naszej kompanii
zniszczyło w czasie nieprzyjacielskiego kontrataku sowiecki czołg.
Nasz ciągnik podskakiwał na wyboistej
drodze, kierując się w stronę nowego celu, zachodniego pasma Gór Jaiłu.
Leżący przed nami wysoki płaskowyż był porośnięty gęstym lasem i krzewami. Widziane z daleka, łagodnie wznoszące się wzgórza i płytkie
doliny, z których właśnie wyjechaliśmy, przypominały gładki kobierzec
zieleni i brązu. Przed naszymi oczami rozpościerał się wspaniały widok
pól wokół Bakczysaraju, gdzie na południu zachodzące słońce skąpało
wapienne skały w delikatnej różowej poświacie. Wszystko sprawiało
wrażenie spokoju, jednak ze wzgórz nasze baterie artylerii niosły echo
wojny, a w odpowiedzi na płaskowyżu Mekenzi z ostrym hukiem rwały się
pociski wroga.
W odległości około dwudziestu metrów od szlaku natknęliśmy się na
masywną, betonową ambrazurę, z której sterczała lufa szybkostrzelnego
sowieckiego działa ze stalową płytą wznoszącą się ostro w wieczorne
niebo. To porzucone niedawno działo było najpewniej jednym z tych, które
przysporzyło nam tak wiele kłopotów, ostrzeliwując nas w ostatnich
dniach z dominujących nad okolicą wzniesień.
Ciężki ogień artylerii wkrótce zaczął spadać na wzgórza i kryjąc się
przed rozżarzonymi do białości odłamkami pocisków szukaliśmy schronienia
w opuszczonym bunkrze. Konstrukcja tego wielkiego działa przypominała
nasze przeciwlotnicze osiemdziesiątki ósemki, choć w większej skali. Na
masywnym zamku widniały głęboko wyryte informacje techniczne w języku
angielskim, kaliber i data produkcji -?1938 rok. Założyliśmy, że armata
musiała zostać wyprodukowana jako angielskie lub amerykańskie działo
morskie.
Po kilku sekundach od chwili, gdy wskoczyliśmy do bunkra, Hartmann
zwrócił naszą uwagę na transporter amunicyjny, powoli wspinający się na
strome zbocze w ślad za nami. Szykowaliśmy się na jego przybycie, gdy
nieoczekiwanie, bez ostrzeżenia, znajdujący się w odległości dwustu
metrów trzyosiowy Ford eksplodował kulą ognia i skrył się w chmurze
czarnego dymu bijącego w niebo.
Amunicja, naładowana do pełna, zaczęła wylatywać w powietrze gwałtownymi
eksplozjami, zasypując nas deszczem rozpalonych odłamków i całych
pocisków. Jeszcze przez kilka godzin, pojazd, najwidoczniej trafiony
przez ukryte działo bezpośrednio w niezabezpieczony zbiornik paliwa,
zarzucał okolicę snopami iskier i postrzępionymi kawałkami metalu. Gdy
detonacje ustały, ostrożnie zbliżyliśmy się do płonącej ciężarówki i po
tym jak płomienie nieco przygasły, wyciągnęliśmy z niej stłamszone i spalone ciało martwego kierowcy.
Raz jeszcze wraz z zachodem słońca przyszedł deszcz. W strugach wody,
spływającej z pałatek narzuconych na zbolałe ramiona, obsługi dział ryły
i wydziobywały w kamienistej glebie mogiłę dla poległego starszego
szeregowego. Płytki grób powstawał w ciszy; każdy zagubiony był w swoich
własnych myślach, nieuchronnie nawiedzających nas za każdym razem, gdy
śmierć zabierała jednego z towarzyszy broni. Żołnierze uczepili się
mokrych saperek, płytka mogiłka została wykopana, z ciała zdjęto
nieśmiertelnik i spalone szczątki zostały złożone na spoczynek,
szczelnie zawinięte w gumowany płaszcz przeciwgazowy. Łopatkami
nagarnęliśmy niewielki kopczyk i położyliśmy na nim znoszony i pogięty
hełm.
I znowu tak trudno było sobie uzmysłowić, że ludzka podróż przez życie
dobiegła końca, zostawiając po sobie tylko stalowy hełm i malutki
kopczyk gdzieś na zboczu krymskiej góry. Ulewa wzmagała się, zmywając
ziemię z osypującej się sterty kamieni, które poukładaliśmy na mogile.
Kamienie w ciemności wydawały się kredowobiałe, odbijając blask
odległych flar, unoszących się gdzieś daleko nad Mekenzi.
Zimny deszcz padał przez całą noc, ściekając nam z hełmów za kołnierze,
gdy w rozmokłej glinie pchaliśmy nasze działko na nowe stanowisko. W pierwszych przebłyskach świtu podzieliliśmy się namiastką naszej kawy z wartownikiem dyżurującym przy karabinie maszynowym. Powiedział nam o silnych sowieckich kontratakach, które miały miejsce w tym sektorze w ostatnich dniach. Zmotywowani jego opowieścią, ponownie zaczęliśmy
wgryzać się w ziemię, wkopując się jeszcze głębiej i układając kamienie
wokół naszego działa dla ochrony przed odłamkami.
Nieoczekiwanie, bez jednego dźwięku, z ciemności wylały się fale
nieprzyjacielskiej piechoty. Rzucono przeciwko nam wyborowe jednostki
sowieckiej piechoty morskiej, wzmocnione oddziałami roboczymi,
rekrutowanymi w sewastopolskich dokach i fabrykach. Szturmowali nasze
pozycje z gęstych zarośli na przedpolu Mekenzi, pędząc na nas ciemnymi
falami, z ochrypłymi okrzykami "Urrr-r-r-a!" buchającymi ze zbliżających
się szeregów. Rzucając się do naszych dział, z atakujących
przeistoczyliśmy się w obrońców, gotowych do obrony swych pozycji z równą zaciętością, z jaką jeszcze kilka dni temu na tych samych
wzgórzach robili to Rosjanie.
Z najbliższej odległości otworzyliśmy do atakującej piechoty ogień
pociskami odłamkowymi. Ryk bitwy zagłuszył krzyki Sowietów, a gorączkowe
ładowanie działa zdusiło ogarniający nas strach. Stojący w pobliży
ciężki karabin maszynowy połykał jedną taśmę błyszczącej amunicji za
drugą, bez końca wypluwając strumień łusek. Nasze moździerze, stojące za
nami, usiłowały powstrzymać pędzące na nas fale i ich pociski
eksplodowały na kamienistym gruncie pięćdziesiąt metrów przed naszymi
stanowiskami. Powoli atak zaczął się załamywać. Otwarty teren przed nami
był usiany ciemnymi zarysami zabitych i rannych. Przez dzwonienie w uszach, spowodowane bliskimi wystrzałami setek broni, przebijały się
krzyki poranionych. Wczesne powietrze przedświtu było ciężkie i niemalże
duszące od gryzącego zapachu spalonego prochu. Poprzez zasłonę dymu i kurzu widać było wijących się w agonii rannych żołnierzy przeciwnika,
pozostawionych przed naszymi pozycjami.
W ciągu kilku minut spadł na nas kolejny atak, a wschodzące słońce
podniosło się nad horyzont, ukazując pole walki w całej swej
potworności. Nienawiść i żądza krwi, napędzane szczodrymi racjami wódki,
gnały rosyjskich żołnierzy, zataczających się, potykających i pędzonych
do przodu pod lufami pistoletów komisarzy. Gromkie wrzaski "Urraaa!" raz
jeszcze utonęły w ogłuszającym huku strzelającej broni. W zgiełku
dobiegł do mnie krzyk strzelca karabinu maszynowego: "Nie mogę tak ich
zabijać!". Krzyczał i nie spuszczał palca ze spustu, śląc z dymiącej
lufy MG strumień śmierci prosto w masę atakujących. Pociski z naszego
Paka wyły i wyrywały luki w chwiejących się szeregach szturmujących
Rosjan. Tym razem atak załamał się zaledwie pięćdziesiąt kroków od
wylotu lufy naszego działa.
Zajmowaliśmy pozycje na ważnych wzgórzach, strategicznie położonych w pobliżu Mekenzi i Armia Czerwona w pełni zdawała sobie sprawę z faktu,
że jeśli pozwoli nam na przedarcie się do Zatoki Północnej, jej
najistotniejsze szlaki komunikacyjne zostaną przerwane. Z tego właśnie
względu, pod przymusem, ponaglane groźbami i motywowane patriotycznymi
apelami komisarzy politycznych, rzucały się na nas coraz to nowe masy
Rosjan. Raz za razem, rozpalone hojnymi porcjami wódki, patrząc w lufy
pistoletów komisarzy, czekających na najmniejsze oznaki wahania,
wylewały się na nas fale rosyjskiej piechoty.
W południe, zataczając się w gęstych oparach prochowego dymu, ledwie
trzymaliśmy się na nogach. Dzwoniło nam w uszach, a fizyczne zmęczenie,
ciągłe napięcie i strach towarzyszący walce sprawiały, że ciała
odmawiały nam posłuszeństwa. Słabnąc, potykaliśmy się o własne nogi,
usiłując oczyścić rumowisko naszej pozycji. Strzelcom karabinów
maszynowych drętwiały palce prawych dłoni, zaś moździerzyści,
wyczerpani, z trudem unosili ramiona. Lufy szpandałów, błyskawicznie
wymieniane w czasie krótkich przerw w oboju, walały się po ziemi. Łuski
z wystrzelonych pocisków piętrzyły się hałdami i chrzęściły pod stopami
wokół naszych stanowisk.
I wreszcie nad naszymi liniami zapadła ciężka cisza. Strzelec i ładowniczy karabinu maszynowego opadli wycieńczeni na swoje MG, patrząc
pustym wzrokiem na pustkę, z której wypełzały fale szturmujących.
Obsługa Paka legła wprost na ziemi, wciąż nie mogąc w pełni pojąć
koszmaru bitwy. Dzwonienie w uszach stopniowo cichło i z tyłu, za
naszymi pozycjami, dał się słyszeć słaby odgłos pobrzękujących łopatek
saperskich.
Przypomniała mi się historia o tym, jak to w starożytności obrońcy
fortecy układali w stosy ciała poległych, aby w razie konieczności
posłużyły za osłonę. Teraz porównanie z tamtą sytuacją samo przyszło mi
do głowy. Zabici i ranni Rosjanie, skłębieni, gęsto zaściełali przedpole
naszej linii obronnej. Splątane krzewy, które osłaniały ich podejście,
były poszatkowane i pościnane tysiącami kul i odłamków.
Wraz z zachodem słońca z ulgą powitaliśmy zasłonę ciemności. Przez całą
noc prześladowały nas krzyki rannych Rosjan leżących na ziemi niczyjej
przed naszymi stanowiskami. My zaś umacnialiśmy nasze pozycje i mozolnie
nosiliśmy skrzynki z amunicją. Ze strony Rosjan nie zauważyliśmy żadnych
prób ewakuacji rannych, czy to skrycie, czy też pod osłoną białej flagi.
Nie dało się spać. W sektorze naszego batalionu, ryzykując ściągnięcie
ognia snajperów, pospiesznie podliczono setki ciał leżących na
przedpolu. Jeszcze długo potem słyszałem we śnie krzyk naszego strzelca
karabinu maszynowego: "Nie mogę tak ich zabijać!"
Jakimś cudem obsługa mojego Paka nie odniosła żadnych obrażeń, choć
batalion poniósł znaczne starty. Fale sowieckiej piechoty zdołały w pewnym miejscu przerwać naszą linię i trzeba było je odrzucać w walce
wręcz. Tego wieczoru, gdy udaliśmy się na tyły po racje żywnościowe i amunicję, przyszło nam przechodzić koło punktu opatrunkowego, gdzie uszy
rozdarły nam jęki naszych własnych rannych. Potykając się, poszliśmy w ich kierunku.
W ciemności ruszyliśmy za dwoma noszowymi, którzy obchodzili leje
wypełnione błotnistą wodą. Minęliśmy rzędy naszych poległych, owiniętych
w pałatki, czekających na swoją pożegnalną podróż furmankami na tyły.
Tej nocy jednak, przed udaniem się w ostatni marsz z niemiecką armią,
musieli zaczekać na swoją kolej, bowiem priorytet miał transport
rannych. Widzieliśmy młodego chirurga wojskowego, w mdłym świetle lampy
pochylonego nad nieruchomą postacią, z podwiniętymi rękawami bezustannie
pracującego w asyście swoich sanitariuszy.
Przeciwdeszczowe pałatki, ciężkie od deszczu, zwieszały się nad jamami,
w których leżeli ranni. W żółtym blasku syczących lamp podawano
zastrzyki przeciwtężcowe i morfinę. Rany płuc były mocno bandażowane,
arterie ściskano klamrami, przewiązywano kończyny i składano potrzaskane
kości. Rannych kładziono rzędami na stertach słomy i przyczepiano im
karty informacyjne do bluz. Gdy tak w swych brudnych, poszarpanych
mundurach, owinięci skrwawionymi bandażami czekali na podróż w nieznane,
tworzyli wokół siebie niepokojącą atmosferę pełną krzyków, jęków,
skomleń i kamiennej ciszy. Niewielkimi grupkami wywożono ich na tyły
furmankami zaprzężonymi w małe koniki.
Ciężka rana była dla żołnierza wielkim szokiem psychicznym, niezależnie
od tego, jak bardzo silny i odważny by nie był. Pod wpływem tego, co go
spotkało, szybko dopadała go trauma. Owładnięty poczuciem bezsilności,
nie uważał się już za wojownika, lecz a kogoś, kto pozostaje na
całkowitej łasce swoich towarzyszy.
Jedyną nasza myślą było pragnienie ucieczki przed koszmarem, brudem,
nieszczęściem i śmiercią i znalezienie się w miejscu, gdzie nie będą
spadać pociski. Przyspieszyliśmy kroku i wróciliśmy do znajomego,
bezpiecznego sąsiedztwa naszego działa, zostawiając cierpienie za sobą.
Rozdział 3 -?Mekenzi
Rozdział 3
Mekenzi
Nagle zorientowałem się,
że przez nitki celownicze patrzę prosto w okrągły, czarny otwór lufy
nieprzyjacielskiego działa...
Druga połowa listopada 1941 roku. Noce
przyniosły przymrozki. Na szczęście, na Krymie nikt nie oczekiwał
brutalnej rosyjskiej zimy i nie doświadczyliśmy miesięcy cierpień w minusowych temperaturach w takim stopniu, jak nasi koledzy na północnym
odcinku frontu. W północnej i centralnej części Półwyspu Krymskiego zimy
są bardzo podobne do tych w Niemczech, ze śniegiem i mrozem, ale na
południowym wybrzeżu, na "rosyjskiej Riwierze", są stosunkowo łagodne.
Noce i dnie nauczyły nas już, że umundurowanie zimowe, przysługujące
zgodnie z rozporządzeniami dywizjom piechoty, było zbyt lekkie,
szczególnie dla żołnierzy na wysuniętych, najbardziej odsłoniętych
stanowiskach. Na pierwszej linii byliśmy zmuszeni do życia w odkrytych
okopach lub za kamiennymi ścianami, gdzie za dach służyły nam płachty
namiotowe ze spiętych razem pałatek. Tak prymitywne schronienie
wystawiało nas na łaskę żywiołów, zaś nasza dola stała się jeszcze
cięższa wraz z nadejściem deszczów i mrozów. Służby tyłowe,
zaopatrzeniowcy i sztaby z reguły wykorzystywali możliwość kwaterowania
w rosyjskich domostwach i to pomimo faktu, że sowieckie działa okrętowe
dużego kalibru oraz artyleria forteczna mogła z łatwością dosięgnąć
celów daleko za naszymi liniami.
Nieprzyjacielskie myśliwce i bombowce Martin7 codziennie
atakowały stanowiska baterii, szpitale polowe, kolumny z zaopatrzeniem,
siedziby dowództw i inne, wybrane cele. Jakby jeszcze było za mało
zmartwień, zaczął się sezon błota. Gdy następowała odwilż, szlaki i drogi zamieniały się w bezdenny ocean mazi; wszelki ciężki ruch kołowy
praktycznie ustawał. Raz jeszcze okazywało się, że linie zaopatrzeniowe
wiodące do oddziałów na pierwszej linii muszą w zupełności polegać na
niezmordowanych, malutkich ukraińskich konikach, ciągnących prymitywne
zaprzęgi.
Nas, żołnierzy z jednostek pierwszoliniowych, miesiące niedostatków i ciągłej pracy fizycznej zdążyły już dobrze zahartować. Walki, marsze i życie pod chmurką, często o głodzie i chłodzie, sprawiły, że żołnierze
stali się twardzi i wytrzymali. Ludzie zrobili się żylaści, bez grama
zbędnego tłuszczu na żebrach.
Od wroga nauczyliśmy się sztuki improwizacji i samowystarczalności.
Podczas mroźnych nocy ocieplaliśmy nasze bunkry i kamienne schrony
niebieskimi marynarskimi szynelami, zdartymi z poległych nieprzyjaciół
leżących przed naszymi pozycjami. Sowieckie trupy były także źródłem
zaopatrzenia w grube, brązowe rękawice z flaneli. Gdzieś z głębokich
tyłów nadeszła instrukcja zawierająca porady, iż w czasie nocnych mrozów
jako rękawic można używać przydziałowych skarpetek Wehrmachtu. Napisana
precyzyjnym językiem charakterystycznym dla terminologii wojskowej,
zawierała instrukcję dla oddziałów frontowych dotyczącą sposobu
wycinania dwóch otworów w skarpetce tak, by wchodził w nie kciuk i palec
naciskający spust broni. Ktoś najwidoczniej nie miał pojęcia o tym, że
nasze buty były znoszone do podeszw, a nasze skarpetki przypominały co
najwyżej podarte szmaty z dostatecznie dużą ilością dziur, by swobodnie
przetknąć na wylot wszystkie pięć palców.
Podobnie jak błoto na mrozie, które na nas osiadało, linia frontu
zastygła i ustabilizowała się. Nieprzyjaciel nieprzerwanie podejmował
próby odbicia Mekenzi i wzgórz na południu, podobnie jak wsi Duwankoj.
Nasze siły były zaś zbyt słabe, by niespodziewanym atakiem wziąć
nadmorską fortecę. Sytuację dodatkowo komplikował brak czołgów i ciężkiej artylerii. Sowiecki garnizon twierdzy zyskał dostatecznie dużo
czasu na rozbudowę i wzmocnienie swoich pozycji oraz mobilizację rezerw.
Przy absolutnym panowaniu sowieckiej floty na Morzu Czarnym, twierdza
mogła bez najmniejszego problemu otrzymywać zaopatrzenie i uzupełnienia
z Kubania i Kaukazu.
Nasze własne linie zaopatrzenia były rozciągnięte na obszarze
niemożliwym do ogarnięcia, wiodąc z Krymu przez cały kontynent aż do
Niemiec. Bardziej na północ plagą stały się awarie delikatnych
niemieckich lokomotyw, które psuły się, podróżując przez Ukrainę w temperaturach dużo poniżej zera. Za każdym razem, gdy nadchodziła
przejściowa odwilż, zmotoryzowane kolumny zaopatrzeniowe grzęzły w błocie, pojawiającym się na miękkich, niebrukowanych drogach południowej
Ukrainy i północnego Krymu. Twarde, gliniaste szlaki, po których
stosunkowo łatwo można było przemieszczać się w suchych letnich
miesiącach, stawały się absolutnie nieprzejezdne dla jednostek
zmechanizowanych, których pojazdy brnęły po miękkiej, rozmoczonej
deszczami ziemi. Tylko sama kwestia zaopatrzenia stała się poważnym
problemem dla 11 Armii.
Ze względu na pogarszającą się sytuację zaopatrzeniową ciężka amunicja
była ściśle racjonowana i mogła być używana wyłącznie przy zachowaniu
oszczędnych norm. Wyżywienie stało się jeszcze bardziej monotonne i składało się głownie z pozbawianej smaku polewki na bazie kaszy
jęczmiennej z dziwacznym bukietem suszonych warzyw, szyderczo określanym
przez żołnierzy piechoty mianem "drahtverhau"8,
wspomaganego standardowym wojskowym serem topionym, wyciskanym z tubki.
Wkrótce przed zluzowaniem nas pod Mekenzi przez 24 Saksońską Dywizję
Piechoty, ponownie byliśmy nękani przez machinę propagandową
bolszewików. Od dawna byliśmy zaznajomieni z ulotkami namawiającymi nas
do dezercji, których tony spadały nam na głowy od czasu przeprawy przez
Dniepr, całą wieczność temu. Teraz noce często wypełniał skrzek
głośników, przez które nadawano niekończące się przemowy polityczne i nieporadne agitki, mające przekonać nas do przejścia na stronę wroga:
"Niemieccy żołnierze i robotnicy! Zrzućcie jarzmo uciskającej was kliki
imperialistów i faszystów! Przechodźcie do nas, do ojczyzny chłopów i robotników. Czekają na was czyste i wygodne łóżka, piękne kobiety, dobre
jedzenie i słodkie wino! Gwarantujemy, że ocalicie swoje życie!"
Namowy bywały wsparte odegraniem "Międzynarodówki", na którą zwykle
odpowiadaliśmy serią z naszego karabinu maszynowego. Jednak następnego
ranka całe przedstawienie rozpoczynało się z regularną monotonią.
Wkrótce po tym, jak nas zluzowano, dowiedzieliśmy się, że odcinek
zajmowany przez nasz pododdział został zajęty przez Rosjan. Zdawaliśmy
sobie sprawę, że to nieszczęście równie dobrze mogło przytrafić się za
naszej kadencji, niemniej nasi następcy byli wyszydzani przez landserów,
jako "dywizja tango" -?krok do przodu, dwa kroki do tyłu. Stosunki
pomiędzy dwoma dywizjami piechoty zrobiły się tak napięte, że jeden z naszych podporuczników i oficer Saksończyków niemalże otarli się o pojedynek, co od wielu lat było w niemieckiej armii zabronione.
Poważnemu incydentowi zapobiegł dopiero nasz dowódca, który
interweniował w samą porę.
* * *
W grudniu 1941 roku tyły i baza zaopatrzeniowa kompanii rozlokowane były
w okolicach Bakczysaraju, we wsi przy głównej drodze prowadzącej do
Symferopola. Była tam prawdziwa droga brukowana kocimi łbami, po której
toczyły się kolumny zaopatrzeniowe na front pod Sewastopolem. Przed
naszą wsią rozciągał się otwarty teren, po którym pojazdy przemieszczały
się wyłącznie na pełnym gazie, a furmanki zaprzężone w koniki z klekotem
gnały galopem.
Powszechne już określenie "na oczach wroga" było teraz znane każdemu
kierowcy. Wszyscy zdawali sobie sprawę z zagrożeń czyhających na tym
konkretnym odcinku drogi i nie trzeba było do tego nawet znaków, które
umieszczono, by ostrzegać żołnierzy o niebezpieczeństwie. Można było być
pewnym, że przejeżdżające pojazdy ściągną pociski wystrzeliwane z północnego sektora sewastopolskiej twierdzy. Ciężkie pociski kalibru 305
mm, wystrzeliwane z opancerzonej baterii o nazwie "Maksym Gorki I" ryły
wzdłuż drogi kratery robiące wielkie wrażenie. Większość żołnierzy po
raz pierwszy usłyszała nazwisko wielkiego rosyjskiego pisarza przy
okazji wypytywania o źródło tych wyjących i ryczących pocisków, które
regularnie spadały nieopodal naszych stanowisk. W końcu nie wiedziałem,
czy Sowieci sami nadali potężnej baterii imię pisarza, czy też to
landserzy, którym uprzykrzała życie, tak ją ochrzcili.
Bakczysaraj leżał na wschód od owej drogi, pięknie położony w malowniczej dolinie. Była to stara stolica krymskich Tatarów i miejsce,
w którym znajdował się pałac -?siedziba chanów, ze swymi zgrabnymi
minaretami i bogato zdobionymi łukami. Znany był ze swych stu dwudziestu
siedmiu fontann, które, choć naruszone zębem czasu, wciąż świadczyły o świetności przedstalinowskiej ery. Na miejscowym bazarze widywaliśmy
handlarzy, którzy często sprzedawali i wymieniali przedmioty, które my
uważalibyśmy za śmieci.
Kiedy rozeszły się wieści, iż będziemy zluzowani, czym prędzej
wysłaliśmy naszych kierowców, aby zabezpieczyli nam odpowiedzenie
kwatery w rejonie nowej dyslokacji. Ze swoją zwyczajową skutecznością
znaleźli nam dach nad głową w małej tatarskiej osadzie. Dom miał małą
werandę, ze smakiem ozdobioną rzeźbionymi ornamentami. Wodę można było
czerpać z otwartego zbiornika na zewnątrz. Cały dom składał się z dwóch
pokojów i był skromnie umeblowany. Wzdłuż ścian stały niskie ławy do
spania i siedzenia. Dano nam dużą, miedzianą balię do kąpieli, co było
luksusem z dawna zapomnianym.
Dwie przygarbione i pomarszczone Tatarki zajęły się przygotowywaniem
gorącej wody i pomimo naszych protestów nalegały, abyśmy ściągnęli z naszych chudych grzbietów ubłocone mundury, po czym ze szczerym zapałem
zabrały się do zeskrobywania z nas warstw brudu, podczas gdy my
pławiliśmy się w niecodziennym, wodnym luksusie. Ostatecznie więc
poddaliśmy się ich oczyszczającym zabiegom, które zakończyliśmy, goląc
brody z użyciem gorącej wody i mydła.
Z mieszkańcami domu szybko nawiązaliśmy przyjacielskie stosunki,
wymieniając z nimi chleb i sacharynę na tytoń i świeże warzywa. Dali nam
jasno do zrozumienia, że Tatarzy nigdy nie byli przyjaciółmi Sowietów i że czują do nich ogromną urazę za rusyfikację Krymu, która sprawiła, iż
stali się mniejszością o niższym statusie. W domu było kilka kobiet i dzieci, które bez przerwy wchodziły i wychodziły, jak również stary
mężczyzna, który niewiele mówił. Najwyraźniej wszyscy mężczyźni w wieku
poborowym zostali w czasie odwrotu zgarnięci przez sowiecką armię i wcieleni do wojska. Stara kobieta o niemożliwym do określenia wieku,
trzymając fajkę w bezzębnych ustach, siedziała zawsze jak mumia w tym
samym miejscu na ławeczce. Jedyny przypadek, kiedy ujrzałem jej twarz
rozjaśnioną uśmiechem, nastąpił zaraz przed Świętami, kiedy urodziło się
dziecko. Stara kobieta ożyła i nieprzerwanie dreptała za młodą matką i noworodkiem.
Kilka dni wcześniej kobietę w ciąży troskliwie przyprowadzono do domu i mogliśmy być świadkami narodzin małego Iwana, którego pierwsze krzyki
rozległy się w sąsiednim pokoju. Po narodzinach nasz sanitariusz
przyniósł im czyste bandaże, a my podarowaliśmy nowej matce nieliczne
cukierki, które jeszcze posiadaliśmy.
W domu żołnierze i rosyjskie kobiety świętowali narodziny nowego życia,
a kilka kilometrów dalej słychać było odgłosy niszczycielskiego
mechanizmu nowoczesnej wojny, której moc niosła się po łagodnych
zboczach wzgórz echem wybuchających pocisków.
W ciągu dnia kilkakrotnie witały nas nawoływania muzułmańskiego imama,
który ze szczytu minaretu od świtu do zachodu słońca śpiewnym głosem
pięciokrotnie wzywał wiernych na modlitwę.
Przy okazji podwożenia zaopatrzenia podczas walk o Mekenzi, dwóm
zaopatrzeniowcom udało się przedostać przez strome, rojące się od
partyzantów Góry Jaiłu i dotrzeć do nadbrzeżnej drogi niedaleko Jałty. Z wprawą wygłodniałych szakali natychmiast zlokalizowali zdobyty rosyjski
magazyn z żywnością. Obok beczek z kiszoną kapustą i przecierem
jabłkowym znajdowały się tam znaczne zapasy wina. Magazyn był już
zamknięty i pilnowany przez żołnierzy rumuńskich pod bacznym okiem
surowego niemieckiego oficera intendentury.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Bataliony armii brytyjskiej z okresu I wojny światowej, w których służyli żołnierze rekrutowani zwykle przez tę samą lokalną komisję i którym zagwarantowano, iż na froncie będą służyć razem ze swoimi krewnymi, sąsiadami i kolegami z cywila. Podobny mechanizm istniał w czasie amerykańskiej wojny secesyjnej, szczególnie na Południu, gdzie ochotnicy z najbliższej okolicy tworzyli całe kompanie i pułki. Krwawe straty ponoszone na polach bitew, gdzie niejednokrotnie pododdziały były wybijane do nogi, prowadziły do praktycznego wyludnienia całych miejscowości -?przyp. tłum. [wróć]
2. Sad Sack -?amerykański bohater komiksowy z okresu II wojny światowej, synonim bezimiennego, szarego żołnierza doświadczającego wszystkich możliwych mąk i absurdów wojskowego życia. "Sad Sack" w swojej pełnej formie oznaczało "sad sack of shit", co można przetłumaczyć jako "żałosna kupa gówna" -?przyp. tłum. [wróć]
3. Potoczna nazwa niemieckich karabinów maszynowych, pochodząca od arsenału Spandau pod Berlinem (dziś dzielnicy Berlina), gdzie produkowano duże ilości broni strzeleckiej -?przyp. tłum. [wróć]
4. I-16 Polikarpow, jednomiejscowy samolot myśliwski i myśliwsko-bombowy -?przyp. tłum. [wróć]
5. Żołnierze niemieccy określali w ten sposób zranienie, które nie było na tyle poważne, by spowodować kalectwo lub trwałą niezdolność do służby, niemniej wymagało ewakuacji z pierwszej linii i leczenia na tyłach, często w szpitalu w ojczyźnie -?przyp. tłum. [wróć]
6. Obecna nazwa Duwankoj to Werchniosadowe, Gadszikoj to najprawdopodobniej Pyrohowka -?przyp. tłum. [wróć]
7. Autor ma najprawdopodobniej na myśli radzieckie samoloty bombowe SB -?przyp. tłum. [wróć]
8. Drahtverhau (niem.) -?zasieki z drutu kolczastego -?przyp. tłum. [wróć]