Przedmowa tłumacza
Przedmowa tłumacza
Wśród literatury wspomnieniowej frontu
wschodniego zapiski Aleksandra Iljicza Szumilina stanowią niebywały
ewenement. Spośród weteranów Armii Czerwonej, w której, by posłużyć się
słowami autora, "kompanii wystarczało na tydzień", po wojnie za pióro
chwytali najczęściej ci, którzy "siedzieli pod czterema warstwami belek
pięć kilometrów od pierwszej linii". To naturalne -?oni przeżyli.
Szumilin nazywa ich "przyfrontowymi uczestnikami" wojny i wielokrotnie
daje jasno do zrozumienia, co o nich myśli.
Podczas wojny autor znajdował się bezustannie na linii frontu -?od 1941
do 1944 roku, kiedy to po kolejnym, piątym zranieniu i długim leczeniu
nie wrócił do służby liniowej i pełnił inne funkcje wojskowe. W początkowym okresie wojny prowadził nielegalny pamiętnik, który
instynktownie zniszczył. Sądząc po treści odtworzonych po latach
wspomnień, postąpił słusznie. Gdyby je odkryto, dla frontowego oficera
wyrok trybunału wojskowego mógł oznaczać tylko jedno...
Aleksander Iljicz pracował nad swoimi wspomnieniami do ostatnich dni
życia. Dokładną chronologię zdarzeń zrekonstruował głównie na podstawie
listów, które pisał do domu. Szczęśliwie, miał fenomenalną pamięć. W 2012 roku internauci rosyjscy ruszyli w podróż śladami Szumilina i okazało się, że jego opisy terenu i miejsc, w których walczył są tak
dokładne, że po latach można je było bez problemu odszukać. W swojej
książce autor wielokrotnie podkreśla, iż opisuje wyłącznie zdarzenia,
których był bezpośrednim świadkiem oraz że wszystkie osoby i nazwiska
ujęte w tekście są prawdziwe.
A. I. Szumilin nie zdążył doprowadzić swojej pracy do końca. Planował
rozwinięcie niektórych wątków i dodanie swoich ręcznie rysowanych
ilustracji, z których zdołał przygotować tylko kilka. Nieubłagany upływ
czasu sprawił, iż uporządkowanie rękopisu legło na barkach jego syna
Nikołaja, który wraz z grupą pomocników skanował i segregował zapiski
ojca, zamieszczając je w internecie.
Wspomnienia zostały dwukrotnie wydane w Rosji, jednak z jakiegoś powodu
były to wersje niepełne. Chciałoby się powiedzieć -?skrócone, choć
ciśnie się na usta słowo ocenzurowane. Jak inaczej ocenić fakt, iż z wydań zniknęło prawie dwie trzecie rękopisu? Zapewne to, o czym pisze
autor, zupełnie nie wpisuje się w martyrologię Wojny Ojczyźnianej, jaką
serwuje nieśmiertelna propaganda. W wydaniach tych zniknęły nie tylko
poszczególne słowa, zdania i akapity, ale i całe rozdziały. Nie
znajdziemy tam opisów branki na wyzwolonych terenach, nie dowiemy się,
za co autor stanął przed trybunałem i nie znajdziemy opisów wiosek,
które nie widząc wojny żyły w przepastnej głuszy Rosji na modłę jak
najbardziej kapitalistyczną, korzystając masowo z najemnej pracy
licznych dezerterów z Armii Czerwonej. Nie doszukamy się opisów głodu w okopach, rabunków dokonywanych przez jadących na front i wielu innych
obrazów, niepasujących do oficjalnej historii.
Szumilin zapamiętał dużo więcej, opisując przede wszystkim, co czuje
człowiek w mundurze, gdy jak skazaniec idzie po skrzypiącym śniegu na
wieś, zajętą przez przeciwnika. A może nie zajętą? Czy strach jest wtedy
inny? Jak sam zauważył, to nie sama śmierć jest straszna, lecz czekanie
na nią. Aleksander Iljicz czekał na nią codziennie.
Ogrom materiału i szczegółów zawartych w zapiskach może się niekiedy
wydać niemalże przytłaczający, ale może dlatego jest tak wyjątkowy.
Nigdzie indziej nie znajdziemy takich opisów nocy w opustoszałym
mieście, ogarniętym płomieniami, z którego uciekło wojsko i mieszkańcy i nie zajrzymy na samo dno strachu, gdy żołnierzowi przychodzi czołgać się
pod drutem kolczastym.
Wspomnienia A.I. Szumilina są prawdziwym rarytasem także z innego
powodu. To jedyny znany mi tak dokładny zapis działań zwiadowców na
pierwszej linii, nakreślony ręką ich bezpośredniego uczestnika.
Aleksander Iljicz Szumilin zmarł w 1983 roku i wraz z żoną Augustą i synem Nikołajem jest pochowany na cmentarzu św. Archanioła w mieście
Bałaszycha, na wschód od Moskwy.
Piotr Tymiński
Wstęp -?co to takiego wojna?
Wstęp -?co to takiego wojna?1
W październiku 1975
roku otrzymałem list od komsomolców z wojenno-patriotycznego oddziału
"Mariesjewiec" szkoły nr 42 w Kalininie2 z prośbą, aby podać
nazwiska tych, którzy pochowani są w bratniej mogile obok peronu stacji
Czuprianowka3. W liście napisałem o bojach o stację
Czuprianowka i o tym, jak polegli żołnierze stali się nieznani.
Okoliczności złożyły się tak, że od tamtego czasu postanowiłem
doprowadzić do porządku swoje wspomnienia. Tak naprawdę, ów list
posłużył za początek pracy nad książką -?dokładnym odtworzeniem w pamięci wszystkich dawnych przeżyć. Teraz, gdy mój "finisz" jest już
niedaleko, chciałoby się zdążyć z jak największą ilością pracy. Wolnego
czasu jest mało, a to choruję, to znowu pracuję, a czas przemija
szybciej niż myśl.
W tamte surowe dni wojny cały ciężar walki o oswobodzenie naszej ziemi
legł na piechotę, na barki prostych żołnierzy. Otrzymując uzupełnienia w ludziach, toczyliśmy bezustanne boje, nie zaznając ani snu, ani
odpoczynku. Zachłystując się krwią i zaściełając trupami żołnierzy tę
piękną ziemię, czepialiśmy się każdego pagórka, każdego krzaczka, skraju
lasu, każdej wioski, każdej spalonej chałupy i rozwalonej stodoły. Wiele
tysięcy i tysięcy naszych żołnierzy na wieki zostało na tych
bezimiennych rubieżach.
W grudniu 1941 roku byliśmy kiepsko uzbrojeni i brakowało amunicji.
Artylerii i pocisków praktycznie nie było. U nas, w kompaniach
strzeleckich, były tylko karabiny i dziesiątka patronów4 na
człowieka. Czas był ciężki, wróg stał pod Moskwą. Trudno wam będzie
sobie wyobrazić, jakie to były boje. Niemiec był uzbrojony po zęby, jego
artyleria roznosiła nasze pozycje, nie żałując pocisków...
Bardzo wielu z nas, mając powierzchowne wyobrażenie o tym, co to takiego
wojna, uważa, iż jest w dostatecznym stopniu uświadomiona. O wojnie
czytali w książkach i oglądali ją w kinie. Mnie na przykład, oburzają
broszury "o wojnie", napisane przez przyfrontowych "frontowców" i "okopowców" ze sztabów i służb tyłowych, literacko opracowane przez
dziennikarzy.
A co piszą ci, których wyniesiono do miana głosicieli prawdy?! Weźmy
bodaj takiego Konstantina Simonowa z jego powieściami o wojnie. Sam
Simonow5 wojny nie widział, śmierci w oczy nie patrzył. Jeździł
po przyfrontowych drogach, wycierał miękkie siedzenia w samochodzie
osobowym. O wojnie snuł domysły i przedstawiał ją z opowiadań innych, a wojny, aby o niej napisać, trzeba doświadczyć na własnej skórze! Nie
wolno pisać o tym, czego się nie zna. O czym może opowiedzieć człowiek,
jeśli od wojny dzieliło go kilkadziesiąt kilometrów?!
Wielu o wojnie uczy się z kina. Na przykład, pewien mój znajomy
twierdził, że gdy walka toczy się w lesie, to płoną drzewa.
-?A to dlaczego? -?zapytałem go.
-?Czyżbyś w kinie nie widział?
-?...
Wiedzę o wojnie wynoszą z kina tylko dzieci. Nie pojmują bólu
żołnierskiej duszy, bo w kinie serwują im strzelaninę, walkę wręcz z fikołkami i buchające ogniem drzewa, oblane przed zdjęciami benzyną.
Wytwór artystyczny, przedstawiony w kinie, lub też tak zwana "kronika
wydarzeń"6, daje zbiorczy obraz bojów i epizodów, mgliście
przypominający wojnę. Muszę was rozczarować: od kina do realnej
rzeczywistości wojny jest bardzo daleko. To, co wyczyniało się na
pierwszej linii podczas ataku kompanii strzeleckich, do kina nie
dotarło. Te straszne dni piechota zabrała ze sobą do grobu.
Wojny nie należy wyobrażać sobie na podstawie komunikatów Biura
Informacyjnego. Wojna to nie łzawe kino o miłości na "froncie". To nie
panoramiczne opowieści z ich romantyzacją i podmalowywaniem
rzeczywistości. To nie utwory owych prozaików-"frontowców", u których
wojna jest tylko drugim planem, tłem, podczas gdy na pierwszym planie,
zasłaniając całą przestrzeń koronkami literackich zwrotów i frędzelków,
widnieje artystyczny wymysł. To nie krzywa strzałka, narysowana
czerwonym ołówkiem, oznaczająca na mapie kierunek głównego uderzenia
dywizji. To nie wioska, zaznaczona kółkiem na mapie...
Wojna -?to żywy, ludzki krok żołnierza: na spotkanie wroga, na spotkanie
śmierci, na spotkanie wieczności. To ludzka krew na śniegu, dopóki
jeszcze jest jasna i dopóki jeszcze wycieka. To trupy żołnierzy
porzucone do wiosny. To wyprostowany chód z otwartymi oczami -?na
schadzkę ze śmiercią. To strzępy szorstkiego szynela z grudami krwi i wnętrzności, wiszące na sęczkach i gałązkach drzew. To różowa piana w dziurze koło obojczyka -?żołnierzowi urwało dolną szczękę i krtań. To
bucior, wypełniony różową breją. To bryzgi krwi w twarz -?krwi
rozerwanego pociskiem żołnierza. To setki i tysiące innych krwawych
widoków na drodze, którą przeszli za nami przyfrontowi "frontowcy" i "okopowcy" batalionowych, pułkowych i dywizyjnych służb.
Ale wojna to nie tylko krwawa breja. To ciągły głód, kiedy do żołnierza
do kompanii dociera tylko podsolona wodzianka, zamieszana na garści
mąki, wyglądająca niczym bezbarwna bałanda. To zimno na mrozie i śniegu,
w kamiennych piwnicach, gdy od lodu i szadzi zastyga szpik w kręgach. To
nieludzkie warunki czepiania się życia na pierwszej linii, pod gradem
odłamków i kul. To przekleństwa bez ogródek, oskarżenia i groźby ze
strony sztabowych "frontowców" i "okopowców"7.
Wojna to akurat to, o czym nie mówią -?bo nie wiedzą. Z kompanii
strzeleckich, z pierwszej linii, wrócili pojedynczy ludzie. Nikt ich nie
zna i do programów telewizyjnych ich nie zapraszają, a jeśli któryś z nich nawet decyduje się na powiedzenie prawdy o wojnie, to grzecznie
zamykają mu usta...
Nasuwa się pytanie: kto z ocalałych świadków może opowiedzieć o ludziach, którzy wojowali w kompaniach? Siedzieć pod stropem jak
najdalej od pierwszej linii, to jedno, a chodzić do ataku ze wzrokiem
utkwionym w Niemców, to drugie. Wojnę trzeba poczuć w kościach, zaznać
wszystkimi włóknami duszy. Wojna to zupełnie nie to, co napisali ludzie,
którzy nie walczyli w kompaniach!
Tych, którzy podczas wojny byli przydzieleni do czynnej Armii
Czerwonej8, dzielę na dwie grupy: na frontowców i "uczestników", na tych żołnierzy i oficerów, którzy byli w kompaniach na
pierwszej linii podczas walki i na tych, którzy siedzieli u nich za
plecami, na tyłach. Dla nich i dla tych drugich wojna wyglądała inaczej,
dlatego jedni i drudzy mówią o niej i wspominają ją w inny sposób.
To były nieludzkie doświadczenia. Krwawe, zaśnieżone pola były zasłane
ciałami zabitych, kawałkami rozrzuconego ludzkiego mięsa,
jasnoczerwonymi strzępami szyneli, ze wszystkich stron niosły się
rozpaczliwe krzyki i jęki żołnierzy... Wszystko to trzeba samemu przeżyć,
usłyszeć i zobaczyć, aby ze wszystkimi szczegółami uzmysłowić sobie te
koszmarne widoki wojny.
Teraz oto siedzę, piszę i widzę9 -?stoją przede mną, jak żywi...
Widzę wycieńczone, blade twarze żołnierzy, a każdy z nich, umierając,
chciał coś powiedzieć... Chciał powiedzieć coś tym, którym po nich
przyjdzie żyć na tej ziemi, nasiąkniętej ich krwią. I te myśli nie dają
mi spokoju.
Z jaką beznadziejną tęsknotą za życiem, w jak nieludzkim cierpieniu i z błagalnym spojrzeniem umierali ci ludzie! Nie ginęli niedbale i nie w ciszy głębokich tyłów, jak ci syci i przyfrontowi "frontowcy i "okopowcy", ogrzani ciepłem wiejskich chałup i ich
mieszkańców10.
Oni -?frontowcy i okopowcy kompanii strzeleckich -?przed śmiercią
okrutnie marzli, lodowacieli i na wietrze zastygali na śmierć w śnieżnych polach. Szli na śmierć z otwartymi oczami, wiedząc o tym,
oczekując końca w każdej sekundzie, w każdym mgnieniu oka, a te maleńkie
okruchy czasu ciągnęły się niczym długie godziny.
Skazany na śmierć w drodze na szafot, podobnie jak żołnierz z karabinem
w ręku, idący na Niemca, wszystkimi cząstkami swojej duszy czuje
nieocenioną wartość uchodzącego życia. Chce mu się po prostu oddychać,
widzieć światło, ludzi i ziemię. W takiej chwili człowiek oczyszcza się
z wyrachowania i zawiści, obłudy i fałszu. Prości, uczciwi, wolni od
ludzkich przywar, żołnierze za każdym razem zbliżali się do swojej
ostatniej tragicznej granicy.
Bez "Wańki-trepa" zołnierze naprzód nie ruszą. Ja byłem "Wańką-trepem" i szedłem razem z nimi. Śmierć nie oszczędzała nikogo. Jedni umierali w oka mgnieniu, inni w męczarniach ociekali krwią. Tylko nielicznym z setek i tysięcy żołnierzy przypadek pozwolił żyć dalej. Przy życiu
zostały nieliczne jednostki -?mam tu na myśli piechocińców z okopów. Los
podarował im życie niczym największe trofeum.
Wielu przyszło z frontu, za naszymi plecami była masa wszelakiego luda,
ale z piechoty, z owych kompanii strzeleckich, nie wrócił prawie nikt.
Na froncie przebywałem od września 1941 roku, byłem wielokrotnie ranny.
W bojach przyszło mi przejść długi i ciężki szlak po drogach wojny. Obok
mnie ginęły setki i tysiące żołnierzy i młodszych oficerów. Wiele
nazwisk zatarło się w pamięci. Niekiedy nawet nie znałem nazwisk swoich
żołnierzy, ponieważ kompanii w boju wystarczało na tydzień. Spisy
żołnierzy znajdowały się w sztabie pułku. Oni prowadzili rachunki i rozliczali się ze strat. Oni wysyłali rodzinom zawiadomienia.
Na kompanijnym poruczniku spoczywały ciężkie obowiązki. Własną głową
odpowiadał za wynik boju. A takie coś, powiem wam, to nie prosta sprawa!
Jak w kinie -?siadaj i patrz. Niemiec strzela -?głowy się podnieść nie
da, a "Wańka-trep", choćby sczezł, musi poderwać kompanię i wziąć wieś.
I ani kroku w tył -?tak brzmi rozkaz bojowy.
I znowu w tej samej chwili przed oczami wyraźnie pojawiły mi się tamte
koszmarne dni wojny. Wszystko nagle napłynęło. Błysnęły żołnierskie
twarze, cofający się i uciekający Niemcy, wyzwolone wsie, zaśnieżone
pola i drogi. Jakbym znowu poczuł zapach śniegu, mrocznego lasu i spalonych chałup. Raz jeszcze usłyszałem dudnienie i narastający grzmot
niemieckiej artylerii, przyciszone rozmowy swoich żołnierzy i niedalekie
bełkotanie przyczajonych Niemców.
Na pewno wielu z was sądzi, iż wojna to ciekawe przedstawienie,
romantyka, heroizm i epizody walk. Ale to nie tak. Nikt wtedy -?ani
młodzi, ani starzy -?nie chciał umierać. Człowiek rodzi się, aby żyć. I żaden z żołnierzy, poległych w boju, nie zamierzał tak szybko ginąć.
Każdy liczył tylko na lepsze. Lecz życie piechura w boju wisi na
cieniutkiej niteczce, którą z łatwością może zerwać niemiecka kula albo
malutki odłamek. Żołnierz nie zdąży dokonać niczego bohaterskiego, a już
dopada go śmierć.
W każdym człowieku drzemią siły do urzeczywistnienia czegoś wielkiego i znaczącego. Ale ku temu potrzebne są warunki. Muszą zajść okoliczności,
aby zryw człowieka został zauważony. A na wojnie, w boju piechoty, gdzie
pozostawiano nas samych sobie, najczęściej zdarzało się, iż taki zryw
kończył się śmiercią.
Podczas wojny nasza ziemia utraciła miliony swych najlepszych synów.
Czyż ci, którzy w czterdziestym pierwszym z karabinem w rękach i garścią
nabojów szli na pewną śmierć, nie byli bohaterami?! Sądzę, że to właśnie
oni są tymi jedynymi i prawdziwymi bohaterami. Oni ocalili naszą ziemię
przed najazdem i ich kości zostały w ziemi. Ale i do dziś leżą
bezimiennie -?ani mogił, ani nazwisk.
I tylko za to, co przecierpiał rosyjski żołnierz, zasługuje on na świętą
pamięć swojego narodu! Bez snu i odpoczynku, głodne i w straszliwym
napięciu, na mrozie i bezustannie w śniegu, pod huraganowym ogniem
Niemców, czołowe kompanie szły do przodu. Nieznośne męczarnie ciężko
rannych, których czasami nie było komu wynosić -?wszystko to stało się
udziałem idącego na wroga piechura.
Człowiekowi życie dane jest tylko jedno i jest tym, co dla każdego jest
najcenniejsze i najdroższe. Na wojnie bywało wielu, ale jeszcze więcej,
dziesiątki milionów11, na zawsze legło w martwej ciszy. Nie
wszyscy żyjący, którzy wrócili z wojny, wiedzą, co to znaczy iść na
pewną śmierć w składzie kompanii strzeleckiej.
W mojej książce "Wańka-trep" jest więcej ludzkiego smutku i cierpienia
niż radosnych i wesołych wojennych epizodów.
Niewykluczone, iż nie udało mi się w pełnej mierze i w sposób bezstronny
przekazać wszystkich dawnych przeżyć. Ale tak było -?w moim życiu, na
wojnie, w rzeczywistości i naprawdę. Powinniście poznać tę surową
prawdę!
Żołnierz z okopów zrozumiałby mnie od razu i bez domysłów. I nie tylko
zrozumiał, a i dodałby od siebie, że zbyt delikatnie nakreśliłem
niektóre obrazy wojny i że nie nazwałem jej od serca mocnym słowem.
Przeczytajcie książkę "Wańka-trep" i zastanówcie się, czym różni się
frontowy żołnierz od drugiego "frontowca" i co to takiego wojna!
Aleksander Iljicz Szumilin
3 maja 1983
Rozdział 1 -?Wyjazd na front (sierpień 1941 roku)
Rozdział 1
-?Wyjazd na front
(sierpień 1941 roku)
Jednostka wojskowa, do której zostałem
przydzielony po ukończeniu uczelni12, formowała się w letnich
obozach na brzegu jeziora Sienież13. Przez pierwsze dni nie
znaliśmy przeznaczenia bojowego ani numeru nowej jednostki. Jednego
byliśmy pewni -?od razu będziemy wysłani na front. Na punkt zborny
żołnierze przybywali do nas drużynami z Moskwy -?przyjeżdżając
pociągami, a potem pieszo maszerując wokół jeziora do obozów. Tam ich
przyjmowano, sortowano i rozdzielano po kompaniach. W owym czasie
mieszkaliśmy w namiotach, oddzielnie od letnich obozów uczelni.
Poborowi otrzymywali umundurowanie na punktach zbornych w Moskwie, do
których przybywali zgodnie z wezwaniem, stawiając się w towarzystwie
matek, żon i dzieci. Przechodząc przez żelazną bramę przedstawiali
wezwania, żegnali się z bliskimi i znikali w drzwiach koszar. Potem
przez jakiś czas pokazywali się gdzieś w wąskim oknie, machali rękami i spoglądali w tłum stojący za żelaznym ogrodzeniem. Skompletowane drużyny
wyjeżdżały samochodami z drugiej strony. A matki, dzieci i żony stały
dalej w nadziei, że zobaczą ich w wąskim oknie jeszcze raz.
Na drodze do stacji wkrótce zaturkotały dwukółki, kuchnie polowe i wojskowe podwody. Potem zakurzyły dwie kryte półtoratonówki i jedna
osobowa Emka. Furmanki, samochody i ludzie nie dołączali od razu do
wojskowego szyku. Najpierw była przepychanka, bieganina i zwyczajowy
bałagan. Decydowano, kogo gdzie skierować. Potem stopniowo wszystko
trafiało na swoje miejsce. Do kompanii trafiały furmanki, konie i woźnice. Moskiewscy woźnice koni pociągowych, wyselekcjonowani w obozie,
popatrywali z boku na żołnierzy drużyn ogniowych i byli zadowoleni, że
przydzielono ich do koni, a nie wepchnięto do karabinów maszynowych i dział.
Należy powiedzieć, że w naszych plutonach strzeleckich prostych
żołnierzy-strzelców nie było. Kompletowano nas specjalistami z obsad
dział i ciężkich karabinów maszynowych. Wśród naszych żołnierzy byli
dowódcy działonów, celowniczowie, ładowniczowie, rusznikarze,
telefoniści. Wiekiem żołnierze byli niemłodzi. Średnio mieli po
czterdzieści lat14. W plutonie było dwóch, trzech młodych
chłopaków, którzy pełnili rolę doręczycieli pocisków i nabojów.
Naszej jednostce przydzielono numer i zaczęła nazywać się 297
Samodzielnym Batalionem Broni Maszynowej i Artylerii RU15 Frontu
Zachodniego. Mieliśmy obsadzić DOT-y16 rejonu umocnionego, ciągnące
się od Jarcewa do Ostaszkowa17. Tego nam nie mówiono i nie
powinniśmy o tym wiedzieć.
Minęło kilka dni; do kompanii przybyli oficerowie rezerwy. Pojawił się i nasz dowódca kompanii, porucznik Archipow. Miał wtedy około
trzydziestki. Archipow był ciemnym blondynem średniego wzrostu, o prostej, szczerej twarzy. Miał ciepły uśmiech. Uśmiechał się jednak
nieczęsto, częściej bywał skupiony i zajęty sprawami kompanii. Był
kadrowym oficerem i przybył do naszego batalionu z innej jednostki
wojskowej. Ruchy i sposób wysławiania miał spokojne, rozkazy i polecenia
wydawał niegłośno, bez krzyku. Tak jakby nie rozkazywał, a niejako
prosił. Początkowo było to dziwne. Wcześniej wrzeszczano na nas i wymagano, abyśmy rozkazy wydawali gromkim głosem, a tutaj oto miała
miejsce prosta, rzeczowa rozmowa. Wkrótce przestaliśmy się uwijać,
wiercić na obcasach i salutować na baczność. Jego wyjątkowy spokój, a przede wszystkim rozwaga, udzieliły się nam i niezręcznie było
podchodzić do niego miarowym krokiem, szurać nogami i stukać obcasami,
jak wymagano tego od nas na uczelni.
Cała postura Archipowa i jego uważny wzrok świadczyły o tym, że na
wojnie potrzebna jest głowa, a nie postawa defiladowa. Dyscyplina nie
bierze się z brawury i dziarskości, a z prostych rosyjskich słów. Oto,
co teraz powinno zadomowić się w naszym życiu. Na wojnie nie trzeba
będzie salutować i strzelać obcasami. Na wojnie potrzebna jest
wytrwałość i opanowanie, cierpliwość i spokój, dokładne wykonywanie
rozkazu i komendy. Na wojnie żołnierz powinien rozumieć cię w pół słowa.
Pewnego pięknego dnia przywieziono i wydano nam hełmy. Dowódca kompanii
wezwał nas do siebie i powiedział:
-?Nauczcie żołnierzy nosić hełmy! I nie na tyłku przy pasie, a na
głowie, jak powinien robić to żołnierz według przepisów. Widzę, że łażą
i rozrzucają je gdzie popadnie.
Żołnierze byli personami wybitnie cywilnymi. Podczas obiadu i przy
paleniu ręce same się u nich wyciągały ku kości policzkowej -?cały czas
mieli odruch, aby poluzować pasek.
-?Jak się będą mogli uwinąć z menażką bez zdejmowania hełmu, możecie
przyjąć, że już ich żeście nauczyli!
Z dnia na dzień oczekiwaliśmy odjazdu na front. Na szkolnych placach
uczelni uczyliśmy żołnierzy walki na bagnety -?kłucia i posługiwania się
kolbą.
-?Towarzyszu poruczniku, nam to niepotrzebne! Będziemy jak Finowie w schronach siedzieć.
Nie zaprzeczałem, ale powiedziałem im tak:
-?Bez ćwiczeń fizycznych niemożliwe jest indywidualne wyszkolenie
żołnierza. Żołnierz bez wykształconych cech fizycznych -?nie żołnierz!
-?No, jeśli w ramach ćwiczeń, niech będzie. Komenderuj nami, poruczniku!
Już przy pierwszych krokach postanowili mnie wybadać i poddać próbie.
Chcieli wiedzieć, na ile jestem uparty i czepialski, a na ile zgodny i ustępliwy. Żołnierz zawsze rwie się, aby wszystko wiedzieć z wyprzedzeniem. Nie zamęczałem ich krzykami i spokojnie wymagałem
wypełniania poleceń. Niechętnie się podporządkowali, ale za każdym razem
próbowali się wymigiwać, trwała próba sił. Koniec końców powiedziałem
im:
-?Zostaliście powołani do służby czynnej i macie obowiązek wykonywania
tego, czego od was wymagają. Na tego, kto będzie stawać okoniem, będę
musiał złożyć raport celem przeniesienia go do piechoty!
Ostatnie moje słowa wywarły na nich wyjątkowo głębokie wrażenie.
* * *
I oto przyszedł dzień
wymarszu na stację i załadunku do wagonów. Kompanie ustawiły się w kolumnę marszową i znajoma, wyłożona kocimi łbami droga, przy wtórze
łomotu żołnierskich buciorów popełzła do tyłu. Podwody, załadowane
furażem, żywnością, ekwipunkiem i amunicją, postukując i podnosząc
tumany kurzu, pociągnęły na stację w ślad za kompaniami. Za nimi,
plutonami, pomaszerowali żołnierze. Pluton za plutonem, kompania za
kompanią, odchodzili na wojnę. I teraz ów wąski brukowany trakt wokół
Sienieża18 stał się dla nas początkiem nieznanej drogi.
Patrzeć na żołnierzy było i smutno i wesoło. Działały tu jakieś
pstrokate prawa żywego tłumu. Jedni maszerowali lekko, żywo i wręcz
wesoło, inni -?wręcz przeciwnie, szli ponuro, ze zmęczeniem i niechętnie. Jedni się śpieszyli, wyrywali z szyku gdzieś do przodu, inni
ledwo wlekli nogi po ziemi.
Droga wyłożona brukowcami była tylko jedna -?w bok nie skręcisz. Dzień
był upalny i duszny. Niektórym żołnierzom z braku wprawy zrolowane koce
ocierały i parzyły szyje, więc przekładali je bez końca na ramionach i kręcili głowami. Spod hełmów po skroniach i policzkach ściekały strużki
potu. Bluzy na plecach szybko namokły od potu i pociemniały. Jedni
zołnierze pod brzemieniem ciężaru szli w milczeniu, o niczym nie myśląc.
Inni wręcz przeciwnie, rozmawiali, żartowali, ciesząc się, że skończyli
ze starym życiem. U trzecich na spoconej twarzy gościła tęsknota i w myślach grzebali siebie, żegnając się z bliskimi i z życiem. Jak widać,
w kolumnie marszowej byli różni ludzie, odziani w żołnierskie mundury.
Byli tu silni, trzymający się prosto, byli i zgarbieni, niczym na
pogrzebie. Nad drogą kołysał się żywy potok żołnierzy. To rozpływał się
na całą szerokość do pobocza, to stłoczywszy się obok wybitej dziury,
dreptał w miejscu.
Było gorąco, bezchmurnie i bezwietrznie. Kurz z drogi właził do oczu.
Pachniało cielęcą skórą, nową kierzą, uprzężą, dziegciem zaprzęgów i końskim łajnem.
W ruchu, w upale i w kurzu maszerowali żołnierze i pocili się ze
zdenerwowania. U jednego hełm zsunięty na tył głowy, u innego -?na nos.
Spod hełmów spozierały zaczerwienione i spocone twarze. Kolumna
poruszała się to zwalniając, to przyśpieszając kroku.
Potem, na froncie, na przyfrontowych drogach, przyswoją sobie swój
niespieszny rytm i krok, pójdą bez szarpaniny, oszczędzając siły. Pójdą
powoli i jakby od niechcenia, nie zachowując szyku i nie myląc kroku. Z czasem zapomną, jak żołnierze chodzą w nogę. "Raz, dwa, lewa!" -?to nie
na wojnie. Potrafić przejść pół setki kilometrów bez odpoczynku i postojów, w pełnym oporządzeniu -?to, powiem wam, wyższa szkoła jazdy
dla żołnierza.
Tymczasem eszelon stał na bocznicy towarowej19. Kompania
wyszła na zakręt drogi i wtedy zobaczyliśmy stojący na torach skład. Ze
dwadzieścia wagonów towarowych, odkryte platformy i jeden zielony wagon
pasażerski.
Dla żołnierzy i koni -?dwuosiowe wagony towarowe, na podwody, ładunek i kuchnie -?odkryte dwuosiowe platformy. Zielony pasażerski -?dla
personelu medycznego i naszego sztabu. Wagony towarowe dla żołnierzy
były wyposażone w dwupoziomowe drewniane prycze z grubych nieheblowanych
desek.
Żołnierzy ustawiono wzdłuż pociągu i pozostawało tylko dowiedzieć się,
do jakiego wagonu trzeba ich prowadzić. Lecz skład nie był w pełni
skompletowany i trzeba było zmienić plan załadunku. Kiedy już wszystko
było rozdysponowane i rozpisane, żołnierze, przepychając się, pobiegli
do wagonów. Nie mogli się doczekać, by wyrwać do przodu. Włażąc do
wagonów robili harmider, rozpychali się i sprzeczali. Każdy starał się
zająć jak najlepsze miejsce. Niczym uczniaki na wycieczce, niedorzecznie
czepiali się jeden drugiego, pracowali łokciami i torowali sobie drogę.
Jakby to było ważne, gdzie im się na narach dostanie miejsce. Włazili po
nasypie, rozpościerali ręce, krzyczeli, że tu zajęte i machali do swoich
koleżków. Wszyscy wrzeszczeli i usiłowali przekrzyczeć się nawzajem.
Oto ludziska! Jadą na front i nawet wtenczas nie chcą być stratni.
Starałem się utrzymać swoich żołnierzy i w szyku poprowadzić do wagonu,
w zorganizowany sposób wpuścić ich do środka drużynami. Ale gdzie tam!
Utrzymasz ich, skoro sąsiednie plutony tłumnie rzuciły się do schodków?
Kiedy wspiąłem się do wagonu, żołnierze zdążyli się rozlokować. Opadły
namiętności i uspokoili się. Teraz, gdy wywalczyli miejsca leżące i każdy miał przy wezgłowiu worek i zrolowany koc, zwyczajne leżenie na
pryczy zrobiło się mało ciekawe. Teraz wszyscy znowu zleźli na dół,
pozeskakiwali na ziemię i grupkami stali koło wagonu.
Kazałem starszynie zagonić wszystkich z powrotem. Tym razem stało się
dla nich istotne, by zająć miejsce przy otwartych drzwiach wzdłuż
schodka. Chcieli mieć dobry widok i wiedzieć, co się dzieje na zewnątrz,
kto chodzi wzdłuż składu i o czym dyskutuje. Sterczeli w drzwiach do
czasu, aż wróciłem od dowódcy kompanii i kazałem im zająć miejsca na
pryczach. Dowództwo zapragnęło sprawdzić, czy w żołnierskich wagonach
nie ma wolnych miejsc.
-?Na dole przy wagonie może stać tylko starszy sierżant i ja, przy
poręczy w drzwiach -?dyżurni plutonu!
Żołnierze niechętnie poleźli na prycze.
Wszyscy żołnierze byli jednakowo ubrani, choć odzież leżała na nich
rozmaicie, a i charakterami też się różnili. Zdążyli dobrać się po
dwóch, trzech i razem mościli się na pryczach. A tak ogólnie rzecz
biorąc, to nie znali nawet swoich nazwisk. Byli wśród nich milczkowie i ponuracy, byli, jak to bywa, gaduły i wiercipięty. Ci wszędzie wtykali
swoje nosy. Bali się, że coś przegapią, wszędzie węszyli za korzyściami
i nowinkami, pchali się ze swoimi radami. Choćby rozmowa ich nie
dotyczyła i nikt ich o radę nie prosił.
Patrzyłem na wszystkich i zastanawiałem się: kto z nich stchórzy na
froncie, kto rozsieje panikę, porzuci rannego towarzysza, gdy zwierzęcy
strach odejmie mu rozum. Kto? Może tamten milczek albo ten spryciarz, a może -?ten rudzielec z piegami na nosie? Teraz, kiedy do wojny nie tak
daleko, po wyglądzie nie określisz, kto okaże się człowiekiem, a kto
będzie ratować skórę. Miałem mało czasu, by ich przestudiować i określić, kto jest do czego zdolny. Jak to leci w piosence? "Ten w płonący dom wejdzie...".
Na dole wzdłuż wagonów biegali oficerowie i łącznicy, przedefilowali
kolejarze, pobrzękując maźnicami i postukując w koła malutkimi młotkami
na długich trzonkach. Tu i ówdzie przy wagonach dreptały jeszcze
spóźnione grupki żołnierzy. Na odkryte platformy doładowywano jeszcze
skrzynki i tłumoki. Słychać było krzyki, komendy i przekleństwa
żołnierzy-taborytów. Z jednej strony świstanie i krótkie gwizdy
parowozu, z drugiej -?głosy ludzi, rżenie koni. Ludziska, niczym mrówki,
krzątali się koło eszelonu, popędzając i przynaglając się wzajemnie.
Lecz oto, jak pierwsza kropla deszczu, przeciągły gwizd parowozu pogonił
wszystkich, którzy teraz rozbiegli się do wagonów. Wagony szarpnęły,
brzęknęły dźwięcznie sprzęgi i dzwonienie, jak echo, jak narastający
zardzewiały zgiełk, przetoczyło się wzdłuż składu. Szarpnięcie za
szarpnięciem, skrzypiąc i zgrzytając, wagony powoli ruszyły z miejsca i potoczyły się po szynach.
Wszyscy oczekiwali, że eszelon pojedzie w kierunku Klina20, a ten,
skrzypiąc i postukując, wytoczył się ku wyjazdowemu semaforowi głównej
linii. Parowóz przeczepili z drugiej strony i od razu zrozumieliśmy, że
skład skieruje się na Moskwę. Nikt nie wiedział dokładnie, jakiej trasy
będzie się trzymać pociąg. Chodziły najrozmaitsze słuchy.
Pociąg nabrał prędkości i obok wagonów mignęły pola i lasy. Potem po
drodze zaczęły trafiać się peryferyjne stacyjki i perony z ludźmi,
czekającymi na podmiejską kolejkę. Nie dojeżdżając do Moskwy, eszelon
przejechał na obwodnicę21 i kołując po niekończących się
skrzypiących torowiskach, wyjechał na Lichobory. Na obwodnicy skład
często stawał, czekając na swobodny przejazd22.
W Lichoborach postaliśmy około godziny. Ktoś postanowił wypuścić
żołnierzy na peron, aby wydali pieniądze, które mieli ze sobą. W budkach
brali wszystko: jedni ciasteczka i cukierki, a niektórzy, oczywiście,
flaszki z wódką i winem. Ten, kto na to pozwolił, popełnił gruby błąd.
Po jakiejś pół godzinie w wagonach huczała już pijacka zabawa.
Byłem młody i w kwestiach życiowych specjalnie się nie orientowałem. Nie
dopilnowałem i nie byłem w stanie dostrzec, jak w Lichoborach moi
zołnierze przemycili do wagonu z dziesięć butelek wódki i wina. Nie
widziałem, jak sprytnie wciskali babom pieniądze, a one, obróciwszy w minutę, sprzedawały im z toreb butelki ze "świętą wodą". Nie od razu
zauważyłem zaczerwienione gęby swoich ludzi. Siedzieli cicho i pociągali
z butelek, wcisnąwszy się głębiej na prycze. Potem znalazł się jeden
spryciarz, przywołał mnie i zaproponował, abym dla kurażu wypił nieco
czerwoniutkiego winka.
-?Wypijcie, towarzyszu poruczniku! Skombinowaliśmy dla was trochę
czerwonego cerkiewnego kagora! Wszystkie nasze chłopaki was proszą! O,
popatrzcie, nawet i starszyna!
Popatrzyłem w stronę starszego sierżanta, któremu ze szczęścia
rozpływała się gęba. Raz jeszcze zerknąłem na swojego pomocnika dowódcy
plutonu, obrzuciłem uważnym spojrzeniem żołnierzy siedzących na pryczach
i odwróciłem się, nic nie mówiąc. Dla starszyny moje milczenie było
niczym policzek.
Wszyscy od razu zrozumieli, że nie pochwalam popijawy. Że wszystko to
należy natychmiast zakończyć, zanim dowie się o tym dowódca kompanii.
Nie robiłem wymówek starszemu sierżantowi i żołnierzom, ale na jednym z postojów, zeskoczywszy z wagonu na ziemię, dostrzegłem, jak w sąsiednim
plutonie porucznik Łukonin stukał się kubkami ze swoimi żołnierzami. A potem, podczas jazdy, gdy stałem w otwartych drzwiach wagonu, opierając
się na poprzecznej desce, założonej w charakterze poprzeczki w otworze
drzwiowym, ujrzałem, jak w jadącym z tyłu wagonie przez taką samą deskę
przewieszają się żołnierze -?i rzygają.
"Sprawa jest poważna -?pomyślałem. -?Jadą na front. Po drodze wszystko
może się zdarzyć, niewykluczone jest bombardowanie, w każdej chwili może
nadlecieć niemieckie lotnictwo". Nie rozumiałem szczególnej radości
tych, którzy urżnęli się bez żadnego powodu. Nie znajdowałem na to
racjonalnego wytłumaczenia. Oczywiście nie mogłem kategorycznie zabronić
swoim żołnierzom nie brać do ust wina, kiedy cały eszelon huczał,
przekrzykując się pijackimi głosami.
Mówiono, że jedną dywizje MWD23 wyładowali z eszelonu i zaprowadzili do lasu, a żołnierze położyli się na trawce i nie
pomyśleli, aby się okopać. Byli trzeźwi, nie tak jak ci. Przyleciało
niemieckie lotnictwo, rozniosło cały las i wszystkich powybijało
odłamkami i drzazgami z drzew.
Na jednym z postojów wezwano mnie do dowódcy kompanii, który był miły,
choć na wskroś zaskoczony, iż z czterech dowódców plutonów to ja byłem
całkowicie trzeźwy. Porucznik sam nie przymierzał się w eszelonie do
wina, ale i mi nic na ten temat nie powiedział. Po prostu zapamiętał ów
fakt na przyszłość.
-?Eszelon podjedzie do stacji Sieliżarowo, będziemy się wyładowywać o świcie. Wyładunek powinien się odbyć w sposób zorganizowany. Bez żadnego
zamętu i bieganiny. Plutonu nie rozpuszczać, trzymać wszystkich w szyku!
Z wagonu w szyku i od razu biegiem na stację! Twój pluton pójdzie jako
ostatni. Jeśli się odłączę, zastąpisz mnie. Wszystko jasne?
-?Pozwólcie odmaszerować.
-?Wszystkie butelki wywalić po drodze! Przy wyładunku żadne flaszki nie
mogą pozostać w wagonach!
-?Wszystko będzie zrobione, towarzyszu poruczniku!
-?Liczę na ciebie. Marsz do swojego wagonu!
Nastrój mi się poprawił i, stąpając szeroko, poszedłem w kierunku
swojego wagonu. Oto miałem ważkie potwierdzenie swojego stosunku do
wódki i pijaństwa moich żołnierzy.
Podniósłszy nogę na drabinkę, wskoczyłem lekko w otwarte drzwi,
przeskoczyłem nad deską-poprzeczką24 i zawołałem do
siebie starszego sierżanta.
-?Wezwał mnie do siebie dowódca kompanii i nakazał skończyć z winem.
Jeśli za godzinę znajdę w wagonie choć jedną butelkę alkoholu, miej
pretensje do siebie. Daję ci dwadzieścia minut na wykonanie rozkazu
dowódcy kompanii! I żadnych dobitek i dopijania! Zrozumiałeś? Dopilnuj,
żeby ani w workach, ani w torbach na maski przeciwgazowe, ani za pazuchą
nic u nikogo nie zostało!
-?Wszystko będzie zrobione, towarzyszu poruczniku!
Żołnierze, widząc ostry zwrot i nie czekając, aż starszyna zacznie
przetrząsać ich worki, zaczęli wyrzucać butelki przez otwarte drzwi.
Ciskali puste, niedopite, rzucali i całe. Wzdychali, stękali, żartowali
i nawet jęczeli.
-?To dopiero człeka szczęście spotka! Przejdzie się skrajem lasu wzdłuż
nasypu, patrzeć, a pod nogami, jak boży dar, leży butelka z białą
szyjką!
-?Słyszysz, Spiridonicz?
-?Dobra, przestań szczerzyć żeby, i bez ciebie ciężko się na sercu robi!
-?Nie, Spiridonicz, ty tu nie kombinuj! Rzucaj leciutko, mądrze, żeby
się nie rozbiła, żeby człowiek mógł ją calutką znaleźć! Ależ by dusza
śpiewała, gdyby takie coś mi się przytrafiło po drodze!
-?Wszystkie flaszki wywalić, zrobię kontrolę! -?powiedział starszyna i dodał: -?Jeśli u kogoś coś znajdę, rozmowa będzie krótka! Zrozumieli?
Ruszać się szybciej!
-?Nie, ty sam posłuchaj! Od takiego czegoś można jąkałą zostać. Idziesz,
idziesz, a tu calutka butelka wódki przed tobą leży!
Nadciągnęła noc i spadła niepostrzeżenie wraz z rozmowami i rwetesem.
Żołnierze pozbyli się butelek, zalegli na pryczach i przycichli. Leżeli
na narach nie rozbierając się, podetknąwszy pod głowy swoje worki i zrolowane szynele.
Koła miarowo stukały na złączach szyn. Wyjrzysz przez na wpół otwarte
drzwi -?a tu długi skład pełznie po jednotorowym szlaku. Wagony kołyszą
się, deski skrzypią, a eszelon pędzi po szynach, to zwalniając, to
przyspieszając biegu.
Gdzieś pod Sieliżarowem powinniśmy zająć obronę. Niemiec podszedł do tej
rubieży czy nie? Nocą pociąg kilka razy się zatrzymał. Parowóz
gwałtownie prychał, wydając krótkie, piskliwe sygnały. Potem,
najwyraźniej nabrawszy sił, wydawał przeciągły dźwięk, z wściekłością
targał wagony i wzdłuż składu niosło się granie łańcuchów. Wagony
szarpnięciami ruszały z miejsca i pociąg, ponownie nabierając prędkości,
jechał śpiesznie przed siebie.
Budziłem się kilkakrotnie i za każdym razem słyszałem to uderzenia
talerzy buforów, to miarowy stukot jadących kół, to absolutną ciszę i zgodne chrapanie żołnierzy. Unosiłem głowę i patrzyłem w otwór drzwi,
gdzie na czarnym tle przemykającej ziemi majaczył szary kontur
wartownika, siedzącego przy wejściu. Albo spał na siedząco, albo po
prostu się zamyślił, opuściwszy głowę.
W wagonie nie było światła, nie pozwalano go palić. Postać wartownika
było widać wtedy, gdy palił. Po ogniku papierosa, zaciśniętego w garści,
można było określić, w którą stronę się patrzy, czy siedzi, czy stoi.
Dyżurni siedzieli w drzwiach bez słowa i albo palili, albo na wpół
sennie kiwali głowami w takt jazdy. Siedzieli cicho i bez pośpiechu
dymili tytoniem i wsłuchiwali się w dźwięki przemykającej nocy. Ale
przez hałas stukotu kół i skrzypienia wagonu pewnie nie da się usłyszeć
ryku samolotu. Nocą przejechaliśmy Zubcow, zrobiliśmy postój w Rżewie i skręciwszy w bok na inny tor, potoczyliśmy się na Torżok i Kuwszynowo.
Gdzieś w Kuwszynowie do składu podczepiono jeszcze jeden parowóz. Poszło
sprawniej. A to dlatego, że przez cały czas pełźliśmy pod górę. Nad
ranem parowozy, dymiąc i wyrzucając iskry, nagle przyśpieszyły i pogwizdując do siebie, zaczęły nabierać prędkości. Po prawej i lewej
stronie wesoło przemykała linia lasu. Ciemne kształty pagórków i zagajników zakręciły się to w jedną, to w drugą stronę. A wagony
kołysząc się pędziły po stalowym szlaku, poskrzypując i wzdychając, jak
żywe.
Żołnierze pochrapywali na pryczach. Nie wiedzieli, że po raz ostatni
słyszą miarowy stukot kół, spazmatyczny, głośny gwizd parowozu,
pobrzękiwanie łańcuchów, przeraźliwe skrzypienie buforów, kolebanie się
rozpędzonych wagonów.
Przed świtem pociąg wyhamował, zadudnił na zwrotnicach wjazdowych przy
semaforze, podtoczył się do jakiejś stacji i zamarł w miejscu. Potem
jakby z niechęcią cofnął się i wzdłuż wagonów zakrzątali się ludzie.
Początkowo trudno było się zorientować, co krzyczeli. Ale oto wzdłuż
składu poniósł się jeden, drugi rozkaz. I wreszcie, donośny głos gońca,
który wsunął głowę w otwarte drzwi, obwieścił, że oto przyjechaliśmy i przystępujemy do wyładunku.
Trzeba było z wieczora uprzedzić swoich żołnierzy, żeby do ranka
przygotowali całe swoje oporządzenie. Za to teraz grzebali się z szynelami i pasami, hełmami i workami-plecakami. W tłumie ktoś może
nawet zapomnieć o własnym karabinie, przecież nie są do nich przyuczeni
tak, jak od dzieciństwa uczono ich zakładać rankiem portki.
Trzeba powiedzieć starszynie, aby sprawdził całe oporządzenie. A i tak,
ku mojemu niezadowoleniu, ten sam natrętny i cwany żołnierz znalazł
sposób, by pozostawić na pryczy hełm i maskę przeciwgazową.
Starszy sierżant podał komendę i zołnierze zgodnie wysypali się z wagonu. Pluton ustawił się i pośpieszył poza granice stacji. W mroku
przedświtu słychać było głosy, krzyki i tupot żołnierzy biegnących po
ulicy.
Posłałem łącznika do dowódcy kompanii i zacząłem czekać na ustawienie
się kompanii w szyku. Z ogólnego ścisku furmanek, koni i żołnierzy
zaczęły stopniowo oddzielać się plutony, podwody, kompanie i w końcu
cały rozładowany eszelon wyciągnął się na drodze w kolumnę marszową.
Przy wagonach i odkrytych platformach zostali jeszcze ludzie, którzy
pakowali ładunki na furmanki i staczali po deskach na ziemię ciężkie
kuchnie.
Kompania ruszyła i poszła w ślad za odchodzącą kolumną. Brukowana droga
stopniowo pięła się coraz wyżej i po jakimś czasie wyszliśmy z obniżenia
terenu na świat. Zza pleców dobiegł nas odgłos kilku gwizdków parowozu,
niczym ostatni pożegnalny głos żywego świata. Dźwięki te roztopiły się w przedświcie.
* * *
Szliśmy brukowaną drogą, powoli pnąc się pod
górę. Przed nami stopniowo zaczynał roztaczać się odległy i mroczny
horyzont. Wspiąwszy się na grzbiet, po raz pierwszy ujrzeliśmy
niekończącą się dal. Pierwsze spojrzenie zawsze pozostawia w pamięci
niezatarty obraz. Z każdym krokiem oddalając się od Sieliżarowa, szliśmy
w milczeniu, nie zmieniając i nie przyspieszając kroku.
Kolumna rozciągnęła się na drodze i podzieliła. W końcu jedna z kompanii
skręciła w bok, a my dalej szliśmy gdzieś przed siebie. Każda z kompanii
samodzielnie wybierała swoją marszrutę. Szliśmy po nierównej nawierzchni
niezbyt szerokiej drogi, postukując żelaznymi gwoździami butów. Obok,
powoli, zamieniając się miejscami, przepływały pola i lasy. Żołnierze
rozglądali się na boki, sądząc, że zbliżają się do linii frontu, ale
wokół wciąż było po staremu, cicho i ponuro. Cisza! Złowieszcza cisza!
Wokół panował taki spokój, takie milczenie, iż wydawało się, że po
zgrzycie i stukocie kół pociągu towarowego teraz dzwoni nam w uszach.
Łoskot pociągu i hałas ludzkich głosów zostały daleko z tyłu.
Szary poranek powitał nas chłodem i drobnym deszczem. Brukowana jezdnia
skończyła się i szliśmy po gruntowej drodze.
Jeśli idący na czele dowódca kompanii nie przyśpiesza kroku, oznacza to,
że trzeba będzie daleko iść. Długie odcinki wojska zwykle pokonują bez
pośpiechu, oszczędzając siły, rozkładając je na całą marszrutę.
Doświadczony dowódca zaraz po wymarszu podaje nieśpieszny i miarowy
krok. Choć podczas marszu szyk szybko się łamie, to nie ma znaczenia,
czy ktoś idzie na przedzie, czy wlecze się z tyłu, powłócząc nogami.
Szedłem z tyłu i pilnowałem, aby nikt się nie odłączał. Otrzymałem
polecenie rozglądania się za żołnierzami pozostającymi w tyle.
Zdejmowałem bagaż z ramion spóźnialskiego żołnierza, usadzałem go na
podwodzie i wracałem na koniec szyku. Po jakimś czasie wypoczęty
żołnierz ruszał, aby dogonić swoich towarzyszy, a jego miejsce na
furmance zajmował nowy, który opadł z sił.
Niedaleko od drogi, po prawej stronie, ukazała się wieś. Szare dachy,
kryte deszczułkami, przylepiały się do siebie. Chałupy stały bez żadnego
ładu i składu. Gdy zrównaliśmy się z domami, zauważyliśmy, że nie
rozlega się pianie kogutów, w ogóle nie słychać szczekania psów, że
nigdzie nie przemykają kobiety z wiadrami, a na płotach nie wiszą
gliniane garnki. Miało się wrażenie, że wieś wymarła od jakiejś
strasznej zarazy.
Pomyślałem, że najprawdopodobniej mieszkańców wsi ewakuowano. Czy wojna
jest blisko? Czy gdzieś obok przebiega linia frontu? Według mojej
rachuby, zdążyliśmy przejść około trzydzieści kilometrów. Za wsią
ponownie ukazał się las, a za lasem -?pole. Droga skręciła ostro w lewo
i pobiegła w dół. Poszliśmy po rozsypanym chruście, omijając bagno i weszliśmy w rzadki las. Krzaki i trawa, błoto i ziemia, szerokie pasy
usuniętej darni, hałdy nawalonych po budowie śmieci, piasku i tłucznia,
podmokłe worki z szarym cementem -?wszystko to były ślady jakichś robót
budowlanych. Tu ryli, tam kopali, gdzie indziej osadzali bierwiona i stawiali słupy, lali beton, sypali piasek, równali ziemię, układali
darń, przybijając ją drewnianymi kołkami. Tutaj przebiegała linia
obrony. Przybyliśmy na przedni skraj rejonu umocnionego25.
Po krótkiej naradzie z dowódcami plutonów, dowódca kompanii oznajmił:
-?Map rejonu do ręki nie dostaniecie, dowódcom plutonów nie przysługuje.
Pójdziemy zapoznać się z okolicą, obejdziemy na piechotę cały sektor
obrony.
I poprowadził nas po pierwszej linii kompanii. Gęsiego przedzieraliśmy
się przez gęste kępy krzewów i drzew, pochyleni przeskakiwaliśmy nad
transzejami, nieodłącznie krocząc za nim. Wspinaliśmy się na nasypy,
przeskakiwaliśmy rowy łącznikowe i w niedługim czasie obeszliśmy cały
sektor obrony kompanii. Teraz, uściśliwszy granice podziału plutonów,
sektory ostrzału i obserwacji, mieliśmy rozprowadzić swoich żołnierzy po
okopach.
Rozkaz do zajęcia obrony jeszcze nie nadszedł, dlatego urządzenie i doposażenie pozycji nie należało do nas. Plutony miały rozśrodkować się
na całej szerokości odcinka i czekać rozkazu bojowego z góry. Zajęliśmy
niewielką ziemiankę, wystawiłem warty, wyznaczyłem zmiany wartowników i ustaliłem plan dnia. Na to wszystko nie zejdzie za wiele żołnierskiego
czasu. Żołnierze są w wojsku raptem od tygodnia, nie są przyzwyczajeni
do polowego życia na wolnym powietrzu. Wszystko robią nie tak i bardzo
powoli, często dyskutują i dają niepotrzebne rady.
W czasie przemarszu czterech żołnierzy obtarło nogi, nieumiejętnie i w pośpiechu zawijając onuce. Do zajęć szkoleniowych i przygotowania
bojowego nie doszliśmy, a teraz istotnym było, aby przyzwyczaić
żołnierzy do rytmu życia w warunkach polowych. Pod wieczór niektórzy z nich zaczęli popatrywać na drogę, zakładając, że na nocleg poprowadzą
ich do wsi. Nie brali pod uwagę, iż zostaną na noc po prostu na ziemi i będą leżeć na dnie wilgotnego okopu. Nie sądzili, że od teraz ich domem
i pościelą będzie wyłącznie ziemia.
Okopowe życie zaczęło się dla żołnierzy jakoś tak od razu, bez żadnych
wstępów i przygotowania. Cały pluton nie mógł pomieścić się w ziemiance,
część ludzi pozostała na noc w odkrytych okopach bez daszków. Na miejsce
noclegu każdy mógł przynieść sobie naręcze chrustu albo słomy, jeśli
gdzieś pod bokiem była szansa na ich znalezienie.
Jeszcze wczoraj, leżąc w wagonie na suchych, chropowatych i nieheblowanych deskach, pociągali z szyjki słodkawy portwajn, palili
papierosy i beztrosko wypuszczali pod sufit tytoniowy dym. Dzisiaj,
umęczeni forsownym marszem, trafili do wilgotnych i lepkich okopów. Z braku przyzwyczajenia ręce i nogi zrobiły się ciężkie, bolał grzbiet i szyja, a zdjąć coś z siebie i cisnąć na ziemię żołnierzowi nie było
wolno. W co tam żołnierz obuty, w tym się kładzie! No i lepiej niech
jeszcze mocniej ściska swój karabin. Tu nie będziesz się kotłować objęty
z babą w miękkiej pościeli!
Tu trze pas, tu uwiera szelka od maski przeciwgazowej, wrzynają się w plecy postronki od worka-plecaka, ramię rani pas nośny od karabinu i nie
można ich ani zrzucić, ani zdjąć. Wszystko, co nałożyli i powiesili na
żołnierzu, to jak pieprzyki na własnej skórze, nie zdejmuje się ich na
noc, gdy idzie się spać. A tu hełm, maska przeciwgazowa, karabin,
ładownica wypchana nabojami, pas, łopatka saperska, worek na plecy,
manierka, kubek, menażka, para granatów, nienaruszalny zapas sucharów,
zapasowe onuce, kawałek mydła i inne graty. Wszystko to żołnierz
powinien nosić na sobie razem z butami, szynelem i własnym ciałem,
dopóki go nie zabiją, dopóki nie wyciągnie gdzieś nóg. Od teraz powinien
w tej uprzęży chodzić, jeść, spać, stać, siedzieć, biegać, pełzać,
strzelać. Żołnierz powinien zawsze być w pełnym oporządzeniu, nawet
ogłuszony, przebity kulą, rozerwany bombą na drobne kawałki. Żołnierz
morze się oswobodzić od amunicji i ciężaru tylko wtedy, gdy go zabiją.
Dopiero wtedy będą mu przeszkadzać i można rzec, że wtedy się bez nich w pełni obejdzie. Ale wszystko to czekało żołnierza w przyszłości, a ten
dzień był dopiero początkiem.
Teraz żołnierze padali ze zmęczenia na dno wilgotnych okopów i transzei.
Myśleli tylko o tym, żeby się rozluźnić. Obojętna była im otaczająca ich
przyroda, kwitnąca jesień, płonące purpurowym ogniem wierzchołki
wiejskich chat i sina dal. Na uczelni ganiano nas bezlitośnie pochodami
i forsownymi marszami -?co jak co, ale w sensie fizycznym staliśmy
krzepko na nogach. Przejść trzydzieści wiorst -?to dla mnie sama
przyjemność, żadnego zmęczenia. Chodziłem jak na sprężynach.
Od rana podłączyłem żołnierzy do roboty. Niczego nie pojmując, ryli w ziemi. Wiedziałem z doświadczenia, że żołnierzom trzeba od razu narzucić
rytm pracy i surowego reżimu. Przede wszystkim -?nie pozwolić
żołnierzowi rozluźnić się i oklapnąć. Czeka nas niemało ciężkich przejść
i po każdym trzeba mieć zapas sił. W tym najpewniej tkwi mądrość
fizycznego zahartowania żołnierza. Teraz, kiedy kompania wyszła na
rubież obronną, sytuacja mogła ulec zmianie w każdej chwili, o czym
uprzedził mnie dowódca kompanii.
Staliśmy na zboczu wzgórza, a przed nami w podmokłym obniżeniu terenu
widać było ubarwiony jesienią las. Za lasem w każdej chwili mogli
pojawić się Niemcy, ale na razie tam, przed nami, było spokojnie i cicho.
Wieczorem, gdy wezwano mnie do dowódcy kompanii, usłyszałem tam rozmowę
na temat Niemców. Oficer przybyły ze sztabu batalionu opowiadał, że
konno pojechali jakieś dwadzieścia kilometrów do przodu i na zachodzie
słyszeli huk artylerii. Działa strzelały salwami. Prawdziwa kanonada!
Słowo "kanonada" w opowieści oficera brzmiało poważnie i ciężko. Ja sam
nigdy nie słyszałem dudnienia artyleryjskiej kanonady i mogłem sobie ją
tylko wyobrazić na podstawie fabuły kinowej. A ów nieznajomy oficer
słyszał ją z oddali. Miał wyjątkowe szczęście! Zdążył pobyć na linii
frontu i ognia26.
Wróciwszy na pozycje swojego plutonu, wezwałem starszego sierżanta.
Popatrzyłem na niego i oznajmiłem:
-?Ludzie słyszeli z przodu kanonadę!
-?To na pewno nasi! -?obwieścił starszyna z przekonaniem.
-?Ja też tak myślę -?zgodziłem się -?inaczej być nie może! Urządzić
kanonadę mogli tylko nasi!
Przypomniało mi się, że jako mały chłopak bawiłem się w wojnę. "Ty po
jakiej stronie?", "Ja po stronie czerwonych!"
-?Wszyscy chcieli być po stronie czerwonych -?powiedziałem na głos w zadumie.
-?Dlaczego czerwonych? -?zapytał starszyna.
-?A tak, nic takiego! -?odpowiedziałem z westchnieniem.
Bynajmniej nie przypuszczałem, że na froncie zachodnim nie mamy ani
pocisków, ani artylerii. W przyfrontowych magazynach wogóle nie było
amunicji, a u cofających się żołnierzy dawno skończyły się naboje do
broni ręcznej. Oto dlaczego wielu z tych, którzy uciekali i cofali się
przed Niemcami, porzuciło swoje karabiny.
Minęło parę dni i zza lasu, gdzie, według relacji oficera ze sztabu,
grzmiała kanonada, pojawiły się malutkie grupy żołnierzy. Szli bez masek
przeciwgazowych, bez hełmów i bez karabinów, w rozpiętych szynelach -
jak to mówią, dusza na wierzchu. Gdy ich zatrzymaliśmy i zapytaliśmy,
kim są i skąd idą, gdzie teraz trwa bój i dudni nasza kanonada, bardzo
się zdziwili i przecząco pokręcili głowami.
-?Stamtąd idziemy! -?i w nieokreślony sposób pokazali w stronę lasu.
-?Żadnej kanonady tam nie było -?odpowiedział sierżant.
Niczego konkretnego o bojach i o naszej artylerii powiedzieć nie byli w stanie. Szli przez lasy i błota, bez jedzenia i bez tytoniu.
Przechodzili przez dużą wieś i widzieli, jak mieszkańcy wyciągali z kołchozowych spichlerzy ziarno i wywozili je na furmankach do swoich
domów. We wsi wzbogacili się o dwie piętki chleba. Miejscowi brali
ziarno bez skrępowania, nie kryjąc się. Jak mówili, zabierają swoją
krwawicę, zdobytą pracą.
-?Kołchozowych ziemniaków nie kopią -?wyjaśnił opowiadający. -?Zimą
zostaną na polach, swoich po ogródkach pełno.
"Co to takiego? -?pomyślałem. -?Bezrząd i powrót do prywatnej własności,
do indywidualnej gospodarki?"
-?Dopóki byli swoi, gospodarka była wspólna. A teraz każdy sam dla
siebie! -?powiedział żołnierz w rozpiętym szynelu.
-?We wsi baby i dziadkowie bez ogródek chodzą po ziarno, a chłopy i młodzieńcy w wieku poborowym po chałupach się chowają. W oczy nie lezą.
Wojnę we wsi chcą przeczekać. -?wyjaśnił jeden z żołnierzy.
-?A czemu ich wcześniej nie ewakuowali? -?zapytał któryś z naszych
żołnierzy. -?Tutaj w okolicy wszystkich ze wsi wywieźli!
-?My o tym nic nie wiemy!
Wychodzącym z okrążenia pokazano drogę na Sieliżarowo, gdzie znajdowały
się sztaby i pododdziały tyłowe i gdzie na posterunkach trwała radziecka
władza.
Wystarawszy się u naszych chłopaków o chleb na drogę i garść machorki na
wszystkich, "okrużeńcy" ruszyli drogą na Sieliżarowo.
* * *
Noc minęła niespokojnie. W duszy pozostał zamęt
i nieprzyjemny niepokój. Wokół było po staremu cicho i z wojskowego
punktu widzenia najzupełniej spokojnie. Nie wiedzieliśmy, że przed nami
naszych wojsk już dawno nie ma.
Rankiem nad pozycjami znowu pojawiły się deszczowe chmury. Uderzył
gromki grzmot i przetoczył się nad lasem. Być może nasz oficer ze sztabu
pomylił uderzenia piorunów z frontową kanonadą i "zalewał" nam w kwestii
pierwszej linii? Zaczął siąpić kapuśniaczek. Nad ziemią zawisła siwa
nieprzenikniona mgła.
Po raz pierwszy widziałem, aby kudłate ciemne chmury zaczepiały ogonami
o ziemię. I wtedy sobie przypomniałem. Przecież znajdowaliśmy się na
Grzędzie Wałdajskiej. Pluton zajmuje pozycje pomiędzy jeziorami Sig i Wołgo. Z tyłu za nami biegnie szosa Ostaszków -?Sieliżarowo, a we wsi
Janowo rozlokował się nasz dowódca kompanii. Znajdowaliśmy się na linii
obrony, która przechodziła skrajem wsi Wiązownia27.
Z przodu las. Za lasem -?droga i wsie Jasieńskie, Pustosza i Siemienowo.
Za drogą wzgórze 288, a dalej wieś Kosarowo i linia kolejowa ze stacją
Sigowo28.
U oficera sztabowego, gdy przyjeżdżał, oglądałem mapę. Naszkicowałem
plan okolicy bez nanoszenia schronów bojowych i rubieży obrony. Zgodnie
z ogólnym schematem obrony rejonu umocnionego, pluton nie zajmował
najbardziej wysuniętej linii okopów i DOT-ów. Dowiedziałem się, że
wyprowadzono nas na tę rubież tymczasowo. Budowle
inżynieryjno-fortyfikacyjne na tej linii nie były jeszcze gotowe.
Mieliśmy doglądać jakości robót i odbierać od budowniczych każdy obiekt.
Pilnowaliśmy jakości betonu, czystości sypanego żwiru, użyteczności
szalunków, grubości betonowych stropów.
Nikt nie wiedział, że za tydzień ze sztabu frontu nadejdzie rozkaz, aby
w trybie pilnym przerzucić nas na inny odcinek rejonu umocnionego, w okolice Syczewki29. Przez wiele dni będziemy musieli iść pieszo
przez lasy, pola i wsie po rozjeżdżonych i zalanych deszczem i błotem
drogach. Będziemy pokonywać stromizny i spadki terenu, aż na koniec, 20
września30, wyjdziemy na lewe skrzydło naszego rejonu
umocnionego, gdzie wśród wielu wsi jedną nazywają Szentrapałowką.
Faktycznie, po tygodniu otrzymaliśmy rozkaz, aby się zwijać i maszerować
w nakazany rejon. Wyleźliśmy na górę z rowów łącznikowych i pokręciliśmy
się u obwisłych krzewów. Ustawiwszy żołnierzy tyle o ile, podałem
komendę:
-?Na wprost, marsz! -?i pluton ruszył, idąc po drodze na nowe miejsce.
Obraliśmy kierunek na Jazowo, gdzie czekał na nas dowódca kompanii.
Zbliżywszy się do jazowskich chałup, zatrzymaliśmy się przy skrajnej
chacie koło ganku. Na miejscu tłoczył się naród, nasza brać i miejscowi
mieszkańcy. Na ganku stali i siedzieli chłopaki z trzeciego plutonu. To
byli zołnierze Łukonina, a wśród nich kilka miejscowych dam. Przemiłe
kobietki, w kaftanach okrytych barwnymi chustami, siedziały na
balustradzie i machały nogami. Na ulicy było ciemno. Kolorów na szalach
nie było widać, dziewczyny siedziały przyciśnięte do żołnierzy i niekiedy śpiewająco mówiły:
-?Oj! Aj! -?i bez przerwy piskliwie chichotały.
Żołnierze bardziej posunięci w latach, ci starsi, trzymali się na
uboczu. Dymili skrętami i spozierali na balustrady.
Zatrzymałem swoich żołnierzy przy ganku, wspiąłem się po stopniach i wszedłem do chałupy, by zameldować porucznikowi, iż przybył czwarty
pluton w pełnym składzie.
-?Trzeba będzie zaczekać, poruczniku, jeszcze nie wszyscy są na miejscu!
Jak tylko wszyscy podejdą, wyjdę na ganek i wydam komendę na zbiórkę
kompanii.
-?Mogę wyjść na ulicę?
-?Tak! Idź, baw się!
Wyszedłem z chałupy, zszedłem z ganku i powiedziałem starszynie:
-?Niech nikt się nie rozchodzi! Zbiórka kompanii będzie tu, na miejscu!
Ja się przejdę, dopilnuję podwód. Zostajesz w moim zastępstwie!
Poszedłem wzdłuż wsi ku stodołom, gdzie rozłożyły się tabory kompanii.
Wieś nieduża, wszystkie domy stoją po jednej stronie. Droga biegnie
pochyło i domy schodkowo podnoszą się ku górze. Zapytałem
żołnierza-woźnicę, czy wszystko jest gotowe, ponieważ znowu będę szedł z tyłu i zbierał żołnierzy, którzy pozostaną w tyle za kompanią.
Przeszedłem się po wsi, po prostu tak, bez celu, zapaliłem papierosa i wróciłem.
Niebo było ciemne, zakryte gęstymi chmurami. Niech no tylko wydadzą
komendę, by iść bez mapy bez styczności z kompanią, to w takiej ciemnicy
można z łatwością zgubić drogę. Kompas w mapniku jest, a mapy na całą
marszrutę nie ma. Na wszelki wypadek trzeba przepatrzeć drogę na mapie
dowódcy kompanii. Kiedy podszedłem do ganku, dwie pannice już się
kręciły koło moich żołnierzy. Coś tam mówiły i machały rękami. "Brakuje
harmoszki" -?pomyślałem.
Młodsi żołnierze byli ożywieni. Ale oto na ganek wybiegł łącznik i przekazał rozkaz dowódcy kompanii, by ustawiać się na zbiórkę. Zołnierze
nierównymi szeregami ruszyli po grząskiej i śliskiej ziemi, zostawiwszy
dziewczęta na progu w mroku nocy, nie objąwszy ich na pożegnanie i nie
powiedziawszy im serdecznych słów. Na ganku pojawił się dowódca
kompanii.
Pluton dołączył z tyłu kompanii, przyjąłem stosowne polecenie na
okoliczność pozostających w tyle żołnierzy i kompania powoli, kołysząc
się, zaczęła przemieszczać się pod górę po rozmytej deszczem drodze.
W ciemności uparcie przebieraliśmy nogami i wkrótce dotarliśmy do
kolejnej wsi. Minąwszy ją, zaczęliśmy ponownie iść pod górę. Dopiero gdy
wkroczyliśmy na brukowaną drogę, przyjęliśmy miarowy krok, ruszając
pewnie, czując pod stopami twarde podłoże. Na błoto i kałuże nikt już
nie zwracał uwagi. Szliśmy na przełaj, bryzgając to wodą, to błotem. I kiedy starszyna podał komendę do śpiewu, pluton, rozkołysując się i równając krok, zaciągnął żołnierską pieśń.
Gdy idziesz w rytm żołnierskich głosów, kiedy wsłuchujesz się w słowa
zapiewajły, w nierówny stukot butów, to zapominasz o drodze, o wodzie, o kałużach i błocie. I o zmęczeniu, pokonanych kilometrach i długiej
drodze, która jeszcze cię czeka. Jeśli żołnierze rozśpiewają się z własnej woli, to po pierwszej marszowej piosence następuje kolejna. Tak
maszerują pośród nocy, pogwizdując stosowne kuplety. Ale wystarczy
zrobić po drodze niewielki postój, to wychodzą potem na drogę w milczeniu, z niechęcią stają w szyku i potem już w marszu nie śpiewają.
Zapiewajła zanuci swój pierwszy kuplet, a podciągnąć nie ma komu, nikt
nie chce i wychodzi tak, że odezwał się niczym kogut. Zaśpiewał, a po
nim choćby potop!
Po drodze kompania przeszła porzuconą wieś. W ciemności stały chaty,
kryjąc się jedna za drugą. Pośród chałup kręciły się niewyraźne postacie
żołnierzy, dobiegał odgłos ściszonych rozmów, pobrzękiwanie uprzęży i parskanie koni. Nasze służby tyłowe i taboryci batalionu zbierali się do
dalszej, niełatwej drogi. Tu i ówdzie pośród niezgrabnych chałup migały
ogienki papierosów i dzięki nim można było dostrzec, ilu się tam
tłoczyło ludzi. W ciemności słychać było trzaskanie drzwi, skrzypienie
otwieranych wierzei i tupot żołnierskich nóg na schodkach. Wszystkich
skupisk nie można było dostrzec, noc odgradzała od nas ludzi i furmanki.
Powietrze było zimne i wilgotne. W zagłębieniach terenu i wzdłuż skraju
lasu zbierała się gęsta mgła. Bliżej nocy w powietrzu pojawił się chłód.
I oto wioska została z tyłu. Przed nami i po bokach, gdzie nie spojrzeć,
wszędzie mrok i niczego nie widać. Czujesz pod nogami drogę, a zakrętów
nie widzisz. Droga to wspina się na pagórek, to pełźnie w dół i opada w zagłębienie terenu. Niewyraźne kształty linii lasu przesuwają się do
tyłu. Droga meandruje w nieprzeniknioną ciemność lasu i ponownie wybiega
w szarą zasłonę pól i krzewów. A niekończące się dale horyzontu, które
zadziwiały nas poprzedniego dnia, teraz są niewidoczne. Straciwszy
rachubę czasu i pokonanych kilometrów, nie byłem w stanie dokładnie
określić, gdzie się w danej chwili znajdujemy. My, porucznicy, nie
posiadaliśmy zegarków, by określać czas według wskazówek.
Według zegarka można by obliczyć, ile przeszliśmy i w którym punkcie
drogi się znajdujemy. Mówią, że u Niemców wszyscy żołnierze mają
zegarki. A tutaj drepczesz drogą i nie wiesz, ile jeszcze przyjdzie ci
iść.
Już dawno zauważyłem, że jeden z żołnierzy zaczął zostawać w tyle za
plutonem. Gdy zaczynał odstawać, przyspieszał kroku i doganiał idących z tyłu żołnierzy. Pod koniec marszu zaczął to robić częściej. Zrównałem
się z nim i spojrzałem mu w twarz. To był starszy wiekiem żołnierz,
niewielkiego wzrostu. Utykał jakoś tak nienaturalnie, starając się
przenieść ciężar ciała na piętę. Oceniłem, że zapewne obtarł nogi i zwróciłem się do niego:
-?Ty co, bracie, nie umiesz wiązać onuc?
-?Nie, towarzyszu poruczniku. Nie mam palców w prawej nodze!
-?Że niby jak nie masz?
-?Odcięli mi palce w szpitalu. Kiedy jeszcze byłem młody. Mocno je
odmroziłem, to i obcięli!
-?Przepraszam, ale jak ty trafiłeś na front?
-?Nie wiem. Na komisji powiedzieli "zdolny".
-?Jaki zdolny? Może do służby na tyłach to się nadajesz. A u nas nawet
starszych wiekiem żołnierzy, byle z rękami i nogami, uważa się za
zdolnych do służby na wojnie.
-?Palce u rąk mam. Strzelać mogę. Powiedzieli, że będę siedzieć pod
ziemią w schronie, tam chodzić nie ma potrzeby.
-?Ale gadka! Mówiłeś na komisji, że ci brakuje palców u nogi?
Pokazywałeś nogę lekarzom?
-?Myślałem, że sami to wiedzą.
-?A więc tak! Do Sieliżarowa zostało dwie godziny marszu, właź na wóz!
Dojedziesz na miejsce -?pójdziesz do batalionowej kompanii sanitarnej.
Powiesz, że cię odesłałem na komisję lekarską, pokażesz im nogę.
Rozumiesz?
-?Dobrze, towarzyszu poruczniku!
-?Nie "dobrze", ale "tak jest, na komisję lekarską". Tak trzeba
odpowiadać.
-?Tak jest!
Wziąłem od niego karabin, maskę przeciwgazową i magazynki, położyłem na
kompanijną podwodę i powiedziałem woźnicy, że wszystko to zostaje u niego.
-?Dowieziesz żołnierza furmanką do Sieliżarowa i pokażesz, gdzie stoi
kompania sanitarna. Swoich tyłowników znasz.
Po krótkim dziesięciominutowym odpoczynku kompania ponownie się ustawiła
i ruszyła naprzód. Pozostał ostatni niewielki odcinek31.
Pod koniec marszu postoje są zwykle częstsze i ma się wrażenie, że
szybko się kończą. Żołnierzy poinformowano, że pozostało jeszcze
pięć-sześć kilometrów marszu. Usłyszawszy, że niedługo dotrą do miejsca
biwaku, ludzie ożywili się i przyspieszyli kroku.
Wszyscy chcieli czym prędzej dotrzeć na miejsce, powalić się na ziemię,
wyciągnąć nogi i zamknąć oczy. Przed nami nie pokazały się jeszcze
budynki stacyjne Sieliżarowa, gdy kompania skręciła z drogi i znalazła
się w lesie. Tam kompanię zatrzymano, rozśrodkowano, a żołnierze od razu
padli na ziemię i wyciągnęli się tu i tam. Rozkazałem ustawić karabiny w kozły, a dla ochrony i utrzymania porządku wyznaczyć wartowników.
Ktoś tam jeszcze znalazł siły, aby zatupać nogami, pokręcić się,
zaszurać obcasem po trawie, starając się znaleźć w ciemności suche
miejsce. Ale większość położyła się tam, gdzie ich zatrzymano. Walili
się na ziemię tak, jak padają martwe ciała, trafione kulą. I tylko
wartownicy przez resztę nocy sterczeli pionowo niczym pnie.
Ja i starszy sierżant nie mogliśmy się od razu ułożyć, mieliśmy różne
sprawy do załatwienia, wezwał nas do siebie Archipow. Gdy się
uwolniliśmy, na niebie już zaległa szara smuga świtu. Dzień zapowiadał
się jasny, bezdeszczowy, ale i bezsensowny. Bez końca nas wzywali,
oznajmiali coś ważnego i na koniec kazali siedzieć i na coś tam czekać.
Służby tyłowe wiecznie nie dają ludziom spokoju. A to im pokaż
zestawienia, to rozlicz się z pobrania książeczki zaopatrzeniowej, a to
chcą ci wydać buty z cielęcej skóry, które już dawno otrzymałeś i masz
je na nogach.
O świcie, kiedy wstało jesienne słońce i nadciągający wiatr zaczął
rozganiać chmury, od strony drogi nagle przyjemnie zaciągnęło dymkiem.
Stukocząc po brukowanej nawierzchni, z drogi skręciła batalionowa
kuchnia. Z płonącym paleniskiem miękko wtoczyła się w las i pobudki
żołnierzom nie trzeba było robić. Ów znajomy i wyczekiwany zapach oraz
parskanie koni, pobrzękiwanie uprzęży i łańcuchów w oka mgnieniu
poderwały na nogi leżących na ziemi. W takiej chwili nawet śpiący, nie
otwierając oczu, jest w stanie podetknąć swoją menażkę pod chochlę.
Starszy sierżant od razu ustanowił żelazny porządek, aby żaden
kombinator nie wkręcił się bez kolejki. Za takie coś przebiegłych
cwaniaków surowo karano. Odstawiano ich na bok na oczach wszystkich i mieli podchodzić do kuchni jako ostatni. Owa metoda była dla żołnierzy
wielce wychowawcza, wyrabiała u nich szacunek do innych i rozwijała
poczucie koleżeństwa.
A kucharz jest nieubłagany, liczy w myślach każdą chochlę i automatycznie zatrzyma się na jakiejś tylko jemu znanej cyfrze. Najpierw
z mocą zatrzaskuje metalową pokrywę gorącego kotła i jeśli przy kuchni
zostali żołnierze z pustymi menażkami, to naszemu starszynie od razu
dostanie się od kucharza. Oto dlaczego treściwy zapach kuchni powinien w pierwszej kolejności wyczuć sam starszy sierżant.
W tym celu nad ranem postawi na posterunku rozgarniętego wartownika,
który powinien pilnie obserwować drogę, aby odpowiednio wcześniej
wykryć, skąd pokaże się para koni z jedną hołoblą pośrodku. I gdy tylko
dostrzeże dymiący grzybek kuchennego komina, a w powietrzu poczuje
zapach żarcia, powinien bezwarunkowo budzić starszynę.
Starszy sierżant od razu, bez pośpiechu, przystępuje do rzeczy. Zgodnie
z wypiską musi otrzymać n-tą liczbę bochenków chleba, pryzmę cukru
według wagi i machorkę, nasypaną miarką. I cały ten stos produktów
powinien rozdzielić i rozdać swoim żołnierzom. Porcje powinny być dość
dokładne, aby żaden z żołnierzy nie miał wątpliwości i by nikomu nie
stała się krzywda. Każdy żołnierz będzie się przyglądać porcji sąsiada.
Wobec kuchni i starszyny, niczym wobec Boga, wszyscy są równi.
Zaopatrywano nas dobrze i żołnierzy w batalionie karmiono do syta.
Jedzenie w kotłach było gęste, tłuste, smaczne i sycące. Wszyscy
kucharze, woźnice, szefowie kompanii, magazynierzy i oficerowie
zaopatrzenia byli świeżo powołanymi moskwianami. Nie zdążyli się zgrać,
oswoić i skumać jeden z drugim. Jeszcze się nie "zestroili" i wystrzegali się jawnego lub skrytego podkradania ze wspólnego kotła. Tu
nie było sfory stołowników, szantażystów i złodziei. Wszystko to
poznaliśmy później, kiedy trafiliśmy do kadrowej syberyjskiej dywizji. A póki co, można było rzec, iż napychaliśmy sobie żołądki. A nasz
kompanijny woźnica na sytym żarciu wyhodował karczek.
Wszystko to byli w armii ludzie nowi. Byli specjalnie wyselekcjonowani i powołani z rezerwy. Całkiem niedawno opuścili swoje rodziny, swoich
przyjaciół, swoje miejsca pracy. Nie zdążyli nauczyć się, jak chwytać i kraść. Każdy miał sumienie i ludzką świadomość. W pierwsze dni wojny
przed żołnierskim kotłem, jak przed Bogiem, stali czyści i niewinni.
Produkty wykładano i otrzymywano pod czujnym okiem oficerów. Mistrzowie
magazynów i kucharze nie wyławiali z kotła kawałków mięsa, nie chowali i nie wynosili ich na handel. Produkty z żołnierskiego przydziału w całości trafiały do brzucha żołnierza i były dzielone równo i sprawiedliwie.
Dzień od samego świtu był jasny. Po rannym apelu i posiłku, żołnierzom
pozwolono na odpoczynek. Ponownie uwalili się na ziemię, ale już w jakimś naturalnym porządku. Po sytym obiedzie nie ma co tracić czasu,
zatem nie marnując ani minuty ułożyli się tam, gdzie było bardziej sucho
i miękko, podłożywszy pod głowy swoje worki.
Około południa w rejon kompanii podjechała kryta półtoratonówka.
Wszystkich oficerów i starszych sierżantów wezwano celem pobrania żołdu.
Otrzymywaliśmy grube paczki banknotów za okres miniony oraz za przyszły.
Co to takiego? Dlaczego tak szczodrze wydawali pieniądze? Może szosa
została przecięta? Albo worki z pieniędzmi zrobiły się niepotrzebne na
tyłach? Pierwszy raz w życiu32 trzymałem w rękach cały majątek.
-?Skąd przyjechaliście? -?zapytałem szefa służby finansowej, który
wydawał nam pieniądze.
-?Skąd trzeba! Dostałeś, zmywaj się czym prędzej! W Sieliżarowie działa
telegraf, idźcie na stację i przesyłajcie pieniądze do domu. A ty sam
skąd?
-?Z Moskwy!
-?Łączność telegraficzna z Moskwa na razie działa.
Wypchawszy kieszenie pieniędzmi, nie będziesz ich taszczyć po okopach na
pierwszej linii. "Trzeba się przejść!" -?pomyślałem. Na stację wraz ze
mną poszło jeszcze kilku oficerów z kompanii.
Tego dnia nic szczególnego się nie wydarzyło. Po raz drugi wydano
posiłek. Wieczorem kompania ustawiła się i wyszła na drogę. Robiąc
krótsze i dłuższe przerwy oraz obrawszy kierunek na Rżew,
kontynuowaliśmy przemieszczanie się do Kuwszynowa.
* * *
Z Sieliżarowa na Rżew
prowadziły dwie drogi. Jedna prosta i krótka, ale całkowicie zrujnowana.
Druga droga -?okrężna i twarda -?przejezdna dla wojskowych taborów i pojazdów. Pierwsza, bezpośrednia, szła przez Bolszuju Koszu, Suchodół i Bachmutowo33. Jednak na tym odcinku przecinała mnóstwo
strumieni i małych rzeczek. Mosty były na wpół zniszczone, a wokół
nieprzebyte błota. Tamtędy nawet w suchą pogodę nie dało się przejść z taborami.
W owym czasie w Rosji było wiele dróg, oznaczonych na mapie grubą linią.
Lecz wszystkie, lub większość z nich, nadawała się tylko dla chłopskich
wozów. Jesienią i w roztopy mógł nimi przepełznąć co najwyżej wiejski
konik z pustą lub niedoładowaną furmanką. Druga, okrężna droga, którą
szliśmy, biegła przez Kuwszynowo i Torżok34. Tu droga była
brukowana i w zupełności przejezdna dla kół załadowanych wojskowych
podwód. Jednak odległość do Rżewa była dwa razy większa. No i tą właśnie
drogą poszliśmy.
Z Sieliżarowa nasza kompania wyszła o świcie. Na drodze nie widzieliśmy
pozostałych kompanii naszego batalionu. Po drodze zrobiliśmy kilka
postojów i pod wieczór zbliżyliśmy się do Kuwszynowa. Po drodze nie
napotkaliśmy nic godnego uwagi, wokół same bezludne pola i lasy, jak
wszędzie.
Kuwszynowo
Gdy ze skraju lasu zaczęliśmy iść pod górę po
zboczu niegłębokiego wąwozu, za nasypem kolejowym dostrzegliśmy dachy
domów i poczuliśmy zapach spalenizny i dymu. Skręciwszy na tory
kolejowe, przyśpieszywszy kroku po podkładach, kompania podeszła do
skraju miasta. Miasteczko było niewielkie, w czterdziestym pierwszym
mieszkało tu w sumie osiem tysięcy miejscowych. Popatrzyliśmy przed
siebie. Na torach przy stacji stały zniszczone i wypalone wagony. Unosił
się z nich jeszcze gryzący zapach i dym. Przed naszym nadejściem Niemcy
zbombardowali stację. Wokół świeże leje po bombach, opalone szkielety
wagonów towarowych i dopalające się stacyjne budynki magazynowe...
Po raz pierwszy ujrzeliśmy żywy obraz wojny. Tak się nam przynajmniej
wtedy wydawało. Z jakiejś przyczyny przystanęliśmy. Staliśmy i długo
przyglądaliśmy się w milczeniu, starając się wyobrazić sobie, jak to się
wszystko odbywało, samo bombardowanie i wybuchy bomb zapalających. Dla
nas było to nowe i całkiem nieznane. Trudno jest wyobrazić sobie coś,
czego się samemu nie widziało i nie doświadczyło na własnej skórze. Samo
Kuwszynowo nie ucierpiało od nalotu niemieckiego lotnictwa. Niemcy
bombardowali wyłącznie stację. Wszystkie domy, w których mieszkali
ludzie, były całe. Zapach dymu i spalenizny unosił się tylko od strony
stacji.
Ominąwszy osiedle bokiem i wyszedłszy na drogę prowadzącą na Torżok,
kompania zatrzymała się w sosnowym lesie. Przy drodze pod sosnami były
wykopane długie ziemianki z dwuspadowymi dachami. W jednej takiej
ziemiance można było zmieścić całą kompanię. Nad ziemią sterczały tylko
spiczaste dachy, pokryte trawiastą darnią. Od góry, poza darnią,
przykrywały je mechate gałęzie drzew. To były przedwojenne budowle. Przy
porządnym bombardowaniu, gdy w taką ziemiankę trafi pojedyncza bomba, z siedzącej w środku kompanii nic by nie zostało. Później, na froncie,
takich ziemianek nie budowaliśmy. Lecz wtedy, rozlokowawszy swych
żołnierzy na narach z desek, przy świetle lamp naftowych, byliśmy
przekonani, że jest tam całkiem bezpiecznie. Wystawiwszy na zewnątrz
wartowników i wyznaczywszy w środku dyżurnych przy wejściu,
przystąpiliśmy do czyszczenia broni i sprawdzania stanów amunicji u żołnierzy. Starszynie nakazałem wyszukać żołnierzy z obtartymi nogami
oraz chorych. Zakończywszy kontrolę, zameldowałem dowódcy kompanii, iż
wszystko jest w idealnym porządku i wyszedłem na zewnątrz pooddychać
świeżym powietrzem.
W sąsiedniej ziemiance, w której rozlokowała się druga kompania, miałem
przyjaciela, również porucznika i także dowódcę plutonu -?Żeńkę
Michajłowa, z którym uczyłem się na uczelni wojskowej. Jako kursanci
byliśmy w jednej drużynie. Dawno się nie widzieliśmy i nie spotkaliśmy
od dnia załadunku do eszelonu. Dziś zrządzeniem losu znaleźliśmy się po
sąsiedzku. Żołnierze jeszcze wiercili się na pryczach, bolały ich nogi,
a dla nas, poruczników, taki przemarsz nie stanowił większego problemu.
Nawet teraz, po marszu, chodziliśmy jak na sprężynach. Oto, co znaczy
przyzwyczajenie!
Na uczelni zdrowo nas ganiali. O wojnie i o Niemcach praktycznie nic nie
wiedzieliśmy. Nie znaliśmy ich sprzętu i taktyki, zdolności bojowej i współpracy czołgów z lotnictwem i piechotą. Byliśmy dobrze przygotowani
fizycznie, potrafiliśmy doskonale strzelać, czytać mapy i orientować się
w topografii, lecz do wojny w sensie moralnym, teoretycznym i praktycznym nie byliśmy gotowi.
Moi zołnierze ułożyli się do snu, więc dysponowałem wolnym czasem.
Dowódca kompanii pozwolił mi się przejść i pobawić przez dwie godziny.
Udałem się do swojego przyjaciela do sąsiedniej ziemianki. Przy
powitaniu Żeńka zaproponował, by przejść się po Kuwszynowie.
-?Pójdziemy, rozejrzymy się. Dzisiaj mają tam tańce.
Uprzedziwszy dyżurnego kompanii, że pójdę na godzinkę do miejscowego
klubu, wyszliśmy na ulicę i powędrowaliśmy wzdłuż parkanu. Na ulicy
nikogo. Wszędzie w domach pozamykane okiennice i nieprzenikniony mrok,
nigdzie ni dźwięku, ni jednego ogieńka.
Szliśmy wąskim drewnianym trotuarem. Na jezdnię nie należało wchodzić.
Nieprzebyte błoto, głębokie po kolana! A my z Żeńką wyczyściliśmy buty i wytarliśmy je do blasku.
Wykonana z desek nawierzchnia chodnika leżała na okrągłych poprzeczkach,
a one z kolei opierały się na wbitych w ziemię palach. Trotuar nie był
szeroki. Wiele desek w nawierzchni było powyginanych, niektóre całkiem
przegniły, a w niektórych miejscach w ogóle ich nie było. Aby nie wpaść
nogą między deski i w ciemności nie zrobić kroku w wielką dziurę, trzeba
było przez cały czas patrzeć sobie pod nogi. Szliśmy w milczeniu i nie
rozglądaliśmy się na boki. I gdyby teraz raz jeszcze kazać mi iść tą
drogą, nie znalazłbym jej, bowiem patrzyłem wyłącznie pod nogi.
Na pierwszym rogu trafił nam się miejscowy chłopak. Miał ze dwanaście
lat i doprowadził nas do miejscowego klubu. Weszliśmy do drewnianego
domu z bali.
Najpierw był wąski i ciemny korytarz, a dalej duży pokój oświetlony
lampą naftową. Po drodze zapytaliśmy chłopaka:
-?A do jakiej muzyki tutaj tańczą? Pod harmonię czy patefon?
-?Nie! -?odpowiedział z niejaką dumą. -?Pod orkiestrę dętą!
Rzeczywiście! W rogu przestronnej i skąpo oświetlonej izby w blasku
naftowej lampy pobłyskiwały miedziane i niklowane tuby instrumentów
dętych. Było ich niewiele. Wszystkiego parę sztuk. Ale muzykanci! Oto,
co nas zadziwiło! Patrzyły na nas ważne, skupione twarze dzieci.
Siedziały rzędem na szerokiej ławce i czekały na koniec przerwy. Po
jakimś czasie orkiestra poruszyła się, dźwignęła trąby na wąskie ramiona
i dmuchnęła parę niestrojnych dźwięków. Potem, zahuczawszy, niczym stary
parostatek, całkiem nierozpoznawalną melodię, orkiestra nastroiła się i wykonała coś w stylu marszu lub fokstrota.
Młodzież, stojąca pod ścianami i przy drzwiach zaczęła dzielić się na
pary. Głównie tańczyły dziewczęta -?same ze sobą. A młodzieńcy, którzy
wyprowadzali swoje wybranki na środek, przytupywali i szurając nogami po
podłodze z desek, dymili papieroskami. Pewnie było to dla nich
ważniejsze od samych tańców. To wszystko byli nierozumni chłopacy,
którzy na tańcach zajęli miejsca swoich starszych braci, którzy zdążyli
już pójść na wojnę.
Starsi poszli na front, zostawiwszy miedziane trąby i chętne do tańców
dziewczęta i przyjaciółki pokoleniu malców. Wokół wojna. W ciągu dnia
bombardowali stację. A tutaj tańczą, nie zdejmując czapek i płaszczy,
szurają starymi ojcowymi butami po drewnianej podłodze i dmuchają w miedziane trąby. Naprawdę byliśmy zdziwieni.
Trzeba jednak zauważyć, że prawdziwej wojny jeszcze nie widzieliśmy, nie
odczuliśmy jej na sobie i nie mieliśmy o niej żadnego pojęcia. Do tej
pory wykonywaliśmy wyłącznie marsze z jednego odcinka frontu na drugi.
Nasz wolny czas dobiegał końca i trzeba było wracać do swoich żołnierzy.
Zaliczywszy jeszcze jeden taniec i obrzuciwszy wzrokiem orkiestrę,
mrocznym korytarzem wyszliśmy na ulicę. Wokół było ciemno i cicho.
Wzdłuż płotów nie było słychać nawet psów, które zwykle obszczekują
przechodzących.
Kuwszynowo dało się zapamiętać błotnistą rozmytą drogą, drewnianymi
trotuarami, zachmurzonym nocnym niebem, zapachem sadzy, orkiestrą dętą i tańcami przy świetle lampy naftowej.
Nocne Kuwszynowo zapisało się w pamięci, ponieważ wszystkie kolejne dni
i przemarsze niczym szczególnym się nie wyróżniały. Ja i moi żołnierze
przebyliśmy długą i ciężką drogę.
Jednostajny szary pejzaż zamilkłych wiosek, rozmyte deszczem drogi i odcinki wyłożone brukowcami, zmęczone i nieogolone twarze żołnierzy -
oto, co pozostało w pamięci z tego przemarszu.
Gdzie zatrzymywała się kompania? Kiedy podjeżdżała do niej kuchnia
polowa? Ilu chorych i pozostających w tyle żołnierzy posadziliśmy na
furmanki taborytów? Wszystko to się pomieszało i zlało w niekończące się
mlaskanie butów, tupot żołnierskich fleków po kamiennych nawierzchniach
w jeden zupełnie szary i monotonny obraz pełznącej drogą masy żołnierzy.
Podczas marszu człowiek tak bardzo opada z sił, że wokół siebie niczego
nie widzi i nie zauważa.
Rozdział 2 -?Rejon umocniony (wrzesień 1941 roku)
Rozdział 2
-?Rejon umocniony
(wrzesień 1941 roku)
W pewien wrześniowy
dzień35, o świcie, minąwszy kilka lichych chałup, rozrzuconych
przy drodze36, kompania skręciła w stronę lasu i weszła pod
drzewa. Pododdział zatrzymał się i żołnierze powalili się na ziemię to
tu, to tam. Ile przeszliśmy przez te dni?37 Straciliśmy rachubę
czasu, kilometrów, dziennych postojów i nocnych przemarszów.
Dowódca kompanii przez cały czas szedł na przedzie i wzywano mnie do
niego celem otrzymania dalszych poleceń. Żołnierze sądzili, że to zwykły
codzienny postój. Lecz minęło całkiem niewiele czasu, a ja już byłem z powrotem. Żołnierze dopiero co usiedli na ziemi, a już pojawił się
podporucznik i wydał rozkaz, aby się ustawiać.
-?Wstawać! -?zakrzyknął starszy sierżant.
Żołnierze, wzdychając i stękając, zaczęli się niechętnie podnosić.
-?Ruszać się! -?dodał basem starszyna.
Po niejakim zamieszaniu i przepychance, żołnierze ustawili się,
wyrównali szyk i poszli za mną w głąb lasu.
Gdy na jasnym niebie pojawiło się słońce i oświetliło wszystko wokół
miękkim i ciepłym światłem, gdy wszystkimi kolorami tęczy zagrało
jesienne listowie, wyszliśmy na skraj lasu.
Barwy jesieni we wszystkich kolorach i odcieniach płonęły w listowiu
przycichłych drzew. A trochę dalej, pośród zielonych krzewów i białych
brzóz, dostrzegliśmy DOT, zamaskowany darniną i nasadzeniem. To był nasz
DOT, stojący na skraju lewego skrzydła rżewskiego odcinka rejonu
umocnionego. Na lewo od nas i dalej umocnień nie było, rozpościerał się
tam masyw leśny i bagna. Tylko za lasem, bardziej na południe, gdzieś
pod Syczewką, znowu ciągnęła się linia wiaziemskiego rejonu
umocnionego38. Wyszliśmy na rubież, na której powinniśmy
powstrzymać Niemców, nacierających na Moskwę, Rżew i Kalinin.
Umocnienia i betonowe schrony bojowe odchodziły od
Szentrapałowki39 w kierunku stacji Mostowa i dalej, do
miasteczka Ostaszków. Na naszym odcinku linia obrony przebiegała po
zboczach wzgórza 254. Dalej zakręcała na Wiązowachę, Borki, Dubrowkę i Mostową. To był odcinek obrony naszego batalionu. Dalsza linia obrony
przecinała wzgórze 280 i szła na Titniewo, Zagwoździe, wzgórze 291, po
brzegu jeziora Wołgo na wieś Sieliszcze i na Wiązownię, skąd dopiero co
przybyliśmy. Potem szła jeziorem Sig, a dalej na Sieliżarowo, Zamosze i miasteczko Ostaszków. Kto był w tych rejonach po wojnie, to zapewne
napotykał na wpół zniszczone umocnienia i betonowe kaponiery.
Pod wsią Szentrapałowka mieliśmy obsadzić gotowy betonowy DOT40.
W części czołowej schronu bojowego wmontowana była płyta pancerna. W niej obracało się półmetrowe jarzmo kuliste, w którego centrum znajdował
się przechodzący na wylot otwór dla działa.
Od strony wewnętrznej DOT-a w jarzmo wstawiona była lufa
45-milimetrowego działa. Wewnątrz schronu jarzmo kuliste i lufa były
połączone z mechaniczną obrotnicą i siedzeniem dla celowniczego.
Obrotnica, laweta, lufa działa i siedzenie celowniczego obracały się
wraz z jarzmem.
Jeśli popatrzeć na schron od strony zewnętrznej, to wyglądem przypominał
niewielki wzgórek obsadzony trawą, krzakami i rosnącymi na nim niedużymi
drzewkami. I tylko przy samej ziemi, z bliskiej odległości, można było
dostrzec szare stalowe jabłko z czarną źrenicą pośrodku. Niczym u żywego
cyklopa kręciło się we wszystkie strony i czujnie obserwowało, oczekując
pojawienia się Niemców i ich czołgów.
Przy otwartym zamku działa, przez lufę, na której był zamocowany
celownik optyczny, można było widzieć całą okolicę, leżąca przed
schronem. Wokół, przed DOT-em, na planie szachownicy rozmieszczono
dziesięciometrowe wilcze doły, zamaskowane kratami i trawą. Te głębokie
jamy służyły za przeszkodę dla czołgów przeciwnika, na wypadek, gdyby
zachciało im się podejść w bezpośrednie sąsiedztwo schronu w celu
zakrycia jego ambrazury swoim pancerzem.
Dalej za dołami w pasie obrony przed schronem, szły zasieki z drutu
kolczastego i szerokie pole minowe z minami przeciwczołgowymi i przeciwpiechotnymi. Podczas przekazywania zabezpieczeń inżynieryjnych
saperzy pokazali nam wąskie i kręte przejścia w polu minowym. Były
oznaczone niemalże niewidocznymi drewnianymi kołeczkami.
Następnego dnia, po podpisaniu aktu o przejęciu umocnień, otrzymaliśmy
rozkaz bojowy, nakazujący obronę zajmowanej rubieży. 297 Samodzielny
Batalion Broni Maszynowej i Artylerii Frontu Zachodniego zajął swoje
pozycje i był gotów do odparcia ataków przeciwnika.
Po pierwszym dniu odpoczynku, żołnierze wolni od dyżurów bojowych
przystąpili do robót ziemnych i budowlanych. Doposażaliśmy podziemne
przejścia, łączyliśmy je z podziemnymi schronami mieszkalnymi i wzmacnialiśmy na nich stropy oraz przystąpiliśmy do budowy obiektów
gospodarczych. Wystawiwszy posterunki na polu minowym, wartowników na
podejściu do schronu bojowego i ochronę tam, gdzie przechowywano
amunicję, z werwą zajęliśmy się budową podziemnych magazynów i bani.
Po kilku dniach do okopów i transzei w odstępy między DOT-ami weszły
pododdziały piechoty 119 Dywizji Strzeleckiej41. Żołnierze
kompanii strzeleckich także zajęli się robotami ziemnymi. Odcinki
pomiędzy schronami bojowymi, gdzie siedziała piechota, mierzyły od dwóch
do trzech kilometrów.
Nasze betonowe kazamaty posiadały rozmaite urządzenia techniczne i wyposażenie.
W schronie było elektryczne oświetlenie z akumulatorów, system
sygnalizacji i dwie podziemne linie łączności telefonicznej, które
głęboko pod ziemią szły do kompanijnego stanowiska dowodzenia i rejonu
umocnionego. Słuchawki telefoniczne były niezwykłej wielkości. Można
było przez nie rozmawiać podczas strzelania z cekaemu i działa. Zaś w czasie prowadzenia ognia w schronie był taki huk, że nie było słychać
krzyków i basa starszego sierżanta.
W głównej komorze betonowego DOT-a, tam, gdzie stało działo i ciężki
karabin maszynowy, strzelający przez lufę samej armaty42, za
żelbetową ścianką od góry wmontowany był podnoszony peryskop do
obserwacji pola walki.
Peryskop można było podnosić i opuszczać, obracać we wszystkie strony i zmieniać kąt nachylenia. Ja i celowniczy mieliśmy ogólne punkty
orientacyjne. Od nich wyliczaliśmy punkty odniesienia według skali
optyki w tysięcznych.
Wiele tysięcy mieszkańców Rżewa i Kalinina, Torżka, Staricy i Ostaszkowa
oraz innych miast obwodu kalinińskiego pracowało przy budowie tego
samego pasa obrony. Rżewski rejon umocniony wydłużył się na setki
kilometrów. W krótkim czasie w rejonie tym wzniesiono kilkaset ziemnych
i żelbetowych schronów bojowych oraz wybetonowanych stacjonarnych
stanowisk artylerii. Lecz głębokość pasa obrony była niewielka,
praktycznie była rozciągnięta w jedną wąską linię. Jej przerwanie przy
zmasowanym uderzeniu artylerii i lotnictwa nie nastręczało większych
trudności.
(Wybiegnę nieco w przyszłość i wyjaśnię na przykładzie. Pod Wiaźmą w rejonie umocnionym w okrążenie wpadły cztery armie Frontu Zachodniego).
W pracy czas na naszej pozycji mijał niezauważenie. Do podziemnych
składów sypaliśmy ziemniaki i kapustę, piłowaliśmy i rąbaliśmy drzewo na
opał, gruntownie przygotowując się do długiego pozostania na owej
rubieży.
Jakoś tak przed świtem na polu minowym grzmotnęła mina. Z ciemności
dobiegły krzyki i zaniepokojone głosy. Momentalnie ogłoszono alarm
bojowy. Już wcześniej uczyliśmy żołnierzy zajmowania swoich miejsc
podczas alarmu. A tym razem stanowiska zgodne z wytycznymi bojowymi
obsadzono akurat z dużym opóźnieniem.
To zwykłe zjawisko, kiedy żołnierze na poważnie nie oczekują ogłoszenia
alarmu bojowego. Przedtem wszędzie było cicho i spokojnie. Uprzedzono
nas, że Niemcy powinni już gdzieś podchodzić, ale przed nami jeszcze się
nie pojawili.
O gotowości bojowej zameldowali wszyscy, ale noc i ciemność nie
pozwoliły nam od razu sprawdzić, co wydarzyło się na polu minowym.
Odczekałem jakiś czas. Nowych wybuchów nie było. Wezwałem swojego
starszynę Sienina.
-?A więc tak, pomocniku dowódcy plutonu! Poślij dwóch żołnierzy na skraj
pola minowego, niech wyjaśnią z nocnym posterunkiem, kto wyleciał w powietrze na minie. Daję ci pięć minut! Masz szybko wrócić i meldować!
Wkrótce zołnierze wrócili i powiedzieli:
-?Posterunek słyszał, że po wybuchu krzyczano po rosyjsku.
Przypomniało mi się, jak w rejonie Sieliżarowa na naszą obronę wyszła
grupa żołnierzy. "Może oni też z okrążenia?" -?pomyślałem i kazałem
przynieść żelazną tubę, którą poprzedniego dnia zmajstrowaliśmy z blachy. Dyżurny wartownik poszedł krzyczeć przez tubę, aby ci, którzy
trafili na pole minowe, nie poruszali się i pozostali na miejscu, dopóki
nie nadejdzie świt.
Po sygnale alarmu bojowego, obsady bojowe pozostały na swoich miejscach.
Stanąłem przy peryskopie, celowniczy siedział za obrotnicą cekaemu,
ładowniczowie z nabojami w rękach stali w gotowości nieco z tyłu.
-?Zostajecie na miejscu! -?rozkazałem i poleciłem dowódcy działa, by
otworzył obrotowe gwintowane zasuwy na tylnej części drzwi pancernych.
Wyszedłem na górę, na powierzchnię ziemi i zapaliłem. Postanowiłem
popatrzeć na pole minowe. Z ogienkiem papierosa i w otwartym terenie nie
należy pchać się na widok. Z dużej odległości mogą określić, gdzie leży
schron.
Doskonale o tym pamiętałem, albowiem sam ustaliłem taki porządek.
Przysiadłem przy drzwiach za przedpiersiem i zacząłem wsłuchiwać się w nocną ciszę.
Wewnątrz też nie wolno palić, wszystkim zabroniłem. Niewielka wewnętrzna
kubatura posiadała dwa wentylatory -?jeden elektryczny, drugi z napędem
ręcznym -?ale jak rozkaz to rozkaz. Ja również powinienem do rozkazu się
dostosować. Pozwól palić w środku, a z rury wentylatora dym będzie
lecieć kominem. Dopaliwszy papierosa i zdusiwszy niedopałek nogą,
wspiąłem się na nasyp DOT-a i zacząłem patrzeć na niewyraźne kształty
pola minowego.
Na gorę na szczyt DOT-a wspiął się starszy sierżant i kazałem mu posłać
łącznika do nocnej warty, by dowiedział się, jak się sprawy mają u tych,
którzy trafili na pole minowe. Starszyna zawołał dyżurnego i ten pobiegł
naprzód.
-?Leżą w miejscu, towarzyszu poruczniku. Jak rozkazaliście, czekają na
świt.
-?A dużo ich tam?
-?Chłopaki z posterunku mówią, że ośmiu!
-?Dobra, idź! Poczekamy do rana!
* * *
7 września 1941 roku rozkazem, jak to u nas
mówią, trzy-zera-pięćset-dziewiętnaście dla wojsk Moskiewskiego Okręgu
Wojskowego, nadano mi stopień podporucznika, a 22 września, piętnaście
dni po odprawie na front, zostałem ranny w nogę.
A było to tak. Wezwał mnie do siebie dowódca kompanii w celu odebrania
amunicji dla schronu bojowego. Dzień był gorący i słoneczny. Szliśmy ze
starszym sierżantem Sieninem po wąskiej leśnej dróżce, skwarno było
nawet w cieniu.
-?No i mamy pogodę! -?nadawał basem. -?Prawdziwe babie lato! Ciekawe,
jaka zima będzie?
Podeszliśmy do wsi, gdzie stały nasze kompanijne podwody i w tym samym
czasie podjechały dwa samochody załadowane amunicją. Dowódca kompanii
skierował je na skraj lasu. Wjechały na linię lasu, podeszliśmy, aby
odebrać sobie amunicję i w tej samej chwili przyleciał skądś niemiecki
samolot. Skąd on się wziął? Wszystko wydarzyło się tak nagle i szybko!
Nie zdążyliśmy odbiec od pojazdu, gdy tamten zdążył zrzucić parę bomb
zapalających. Zrzucił i poleciał. Na tym wszystko się zakończyło.
Samochodom i amunicji nic się nie stało, przelatujący Niemiec zdrowo
chybił, ale mnie odłamek rykoszetem trafił w nogę. Przebił but, od góry
trafił w stopę, pociekła krew, ale bólu żadnego nie poczułem. Starszyna
pomógł mi ściągnąć but z nogi, rana była niewielka. Odłamek przeciął mi
powierzchownie nogę na jakieś dwa centymetry. Spód stopy był cały.
Przybiegł kompanijny sanitariusz, posmarował mi czymś ranę i nałożył
opatrunek. Nawet do głowy mi nie przyszło, że moi żołnierze w plutonie
nie mają środków opatrunkowych. Dopiero później sobie o tym
przypomniałem.
Starszyna Sienin pobrał amunicję, a ja na kompanijnej podwodzie
pojechałem do siebie. Przez jakiś czas kulałem i chodziłem nawet z laską, którą zmajstrowali mi żołnierze. Ale wkrótce rana przestała
boleć, najwyraźniej się zabliźniła.
O tym zranieniu nawet nie chciałem wspominać, to było draśnięcie w porównaniu z kolejną raną. Lecz wydarzenia następnych dni, moje
utykanie, które utrudniało mi chodzenie i gwałtowna zmiana sytuacji w jeden dzień odmieniły całe nasze spokojne życie.
Nikt nie przypuszczał, że pewnego razu nasz pobyt w rejonie umocnionym,
i to z miejsca, nieoczekiwanie się zakończy. Wszystkie podziemne budowle
i betonowe umocnienia przyjdzie nam nagle porzucić i wiać.
9 października, w piątek, w plutonie zorganizowano banię. Zakończono
obtykanie jej wysuszonym na słońcu mchem. Na obręczach ułożono kamienie
do palenia jak w dymnej chacie, żeby dymkiem pachniało i postanowiono
zacząć palić. Starszy sierżant ogłosił dzień łazienny i żołnierze, wolni
od dyżurowania, poszli wyparzać się jako pierwsi, żeby potem zamienić
się z pozostałymi. Kiedy polewali je wodą, rozpalone kamienie syczały i prychały...
Po bani wszyscy oklapnęli i poczerwienieli, mieli zamiar wziąć się za
picie herbatki, grę w karcioszki, by odsapnąć po łaźni, po lekkości, po
świeżości, po miotełkach i myciu. Dzień zbliżał się do końca.
A pod wieczór do plutonu przybiegł dowódca sąsiedniej kompanii
strzeleckiej i w biegu wypalił:
-?Zbieramy się! Mamy rozkaz cofać się za Wołgę! Wasi na całej linii
poszli ze schronów jeszcze za dnia! Zostaliście ostatni! Ja się zbieram
za dziesięć minut! Mam rozkaz natychmiast zostawić okopy!
Rzuciłem się do swoich telefonów, których na dwóch liniach miałem dwie
sztuki. Ale podziemna łączność rejonu umocnionego już nie działała.
Dlaczego do nas nie zadzwonili i nie przekazali rozkazu? Doszedłem do
wniosku, że zwyczajnie o nas zapomnieli.
-?Nie mam rozkazu do odejścia. Nie mogę porzucić sprzętu i amunicji,
zostawić schronu i samowolnie pójść sobie za Wołgę! -?powiedziałem
dowódcy kompanii strzeleckiej.
-?Chodźmy do mnie! -?powiedział. -?Mam jeszcze łączność z naszym
pułkiem. Pogadaj z szefem sztabu. Powie ci, co robić.
Poszedłem do kompanii strzeleckiej, połączyłem się telefonicznie ze
sztabem pułku i zapytałem:
-?Kto mówi?
-?Nie ważne, kto! Jest rozkaz natychmiast zwijać pozycję i jak
najszybciej cofać się za Wołgę. Niemcy przebili się pod Mostową.
Niezajęty przesmyk o szerokości trzech kilometrów znajduje się nieco na
zachód od Rżewa. Jutro pod wieczór trzeba go przeskoczyć. Wysadzajcie
wyposażenie wojskowe i natychmiast się zwijajcie. Za dziesięć minut
ściągam kompanię z okopów. Dowódca kompanii ci wyjaśni, z kim
rozmawiałeś.
Na wypadek alarmowej zbiórki mieliśmy zawieszoną szynę. Po bani
ogłoszono czas wolny i wielbiciele zbierania grzybów mogli pójść do
lasu. Starszy sierżant uderzył w szynę i żołnierze od razu się zebrali.
Obrzuciłem ich okiem -?wszyscy stali w szyku. Poinformowałem ich o rozkazie i dałem pięć minut na rozmyślania i przygotowania. Po pięciu
minutach starszyna jeszcze raz uderzył w szynę -?wszyscy byli w komplecie i w pełnym oporządzeniu. Wysadziwszy zamki w dziale i cekaemie
i oblawszy benzyną zapasy produktów, ruszyliśmy na pozycję kompanii
strzeleckiej.
Rozdział 3 -?W okrążeniu (październik 1941 roku)
Rozdział 3
-?W okrążeniu
(październik 1941 roku)
Na drogę opadł
wieczorny zmierzch. Szliśmy za kompanią strzelecką i każdy był zajęty
swoimi myślami.
Kulejąc, rozmyślałem, dlaczego nas nie uprzedzili i porzucili w schronie
bojowym? Jak to się stało, że zostaliśmy sami? Ciekawe, gdzie teraz
znajdują się Niemcy? Nie zamknęli aby trzykilometrowego przesmyku, do
którego będziemy musieli iść przez całą dobę? Zastanawiając się i snując
domysły, zupełnie nie zauważyłem, że noc otuliła ziemię.
Kilka kroków z przodu prawie bezszelestnie idą żołnierze kompanii
strzeleckiej. Kompanię prowadzi oficer, przedstawiciel pułku43. Ma
mapę i plan marszruty. W ślad za pułkiem moja kompania cofa się
ostatnia, jak to mówią, w roli straży tylnej pułku. Pododdziały pułku
zdążyły zwinąć się wcześniej. Ze wszystkich cofających się wojsk my
maszerujemy na końcu jako ostatni.
Przed nami idzie kompania, a za nią drepczemy my. I kim my jesteśmy? Dla
nich to tylko postronni i obcy ludzie. Jest im wszystko jedno, czy za
nimi nadążymy, czy nie. Dobrze, że nas uprzedzili, a nie zostawili w schronie bojowym, siedzących i czekających na Niemców.
Podczas marszu, kiedy w przedzie idą inni zołnierze, drogi nie pilnujesz
i nie myślisz o niej. Podłączyliśmy się z tyłu i szliśmy u nich na
ogonie, starając się nie zostawać w tyle. Idziesz sobie spokojnie,
dumasz o czymkolwiek, to doganiasz kompanię strzelecką, to zostajesz w tyle. I oto moje zamyślenie i utykanie miało dla nas nieoczekiwany
finał.
Za którymś ostrym zakrętem kompania strzelecka dała nura w ciemność,
oderwała się od nas i zniknęła z oczu. Przyśpieszyliśmy kroku, czego
podczas marszu zwykle się nie robi i próbowaliśmy ją dogonić. W ciemnicy
gnaliśmy za nią dobre dwadzieścia minut, ale na drodze nikogo nie
znaleźliśmy.
Na drodze przed nami po staremu pusto, cicho, żadnego ruchu. Miało się
takie wrażenie, że ludzie zapadli się pod ziemię. Rozpędziwszy się, nie
zorientowaliśmy się od razu, że biegniemy na próżno i że powinniśmy się
zatrzymać. Ciężko dysząc, stanęliśmy zakłopotani, próbując słuchem
wyłowić tupot oddalających się od nas żołnierskich nóg. Ale nocą
żołnierze chodzą po drodze gruntowej po cichu, o ile razem z nimi drogą
nie turkoczą podwody i nie skrzypią koła i nie prychają konie ani nie
awanturują się woźnice.
Zgubiliśmy kompanię strzelecką i samotnie stanęliśmy w ciemności na
drodze. Ciężko westchnąwszy, pełen skruchy, potoczyłem okiem po swoich
żołnierzach. Zbili się w gromadkę i patrzyli na mnie w milczeniu.
"To fajtłapa!" -?musieli sobie pomyśleć. Porucznik, dowódca plutonu,
lezie na czele, prowadzi za sobą cały pluton, a sam śpi idąc. Przegapił
kompanię strzelecką! Od tej jednej myśli zrobiło mi się gorąco. Na nosie
pot, ze zdenerwowania i wstydu pieką uszy. Ot, masz swoją pierwszą gafę,
poruczniku! Kiedyś musiałeś popełnić błąd! To nie kolumna marszowa,
gdzie prowadzą cię w szyku i wręcz wskazują kierunek na zakrętach drogi.
Oto pouczający przykład twojej beztroski i braku uwagi. Teraz, niczym
sowa, będziesz się gapić przed siebie. Nie na darmo powiadają -?"Za
jednego bitego dwóch niebitych dają!"44
"Co teraz zrobisz, poruczniku?" -?zapytałem sam siebie.
Stało się coś absolutnie niepojętego, przykrego i niemal nie do
naprawienia! Wszystko na raz! Ale żeby akurat teraz zgubić w ciemności
kompanię strzelców -?tego w żaden sposób nie przewidziałem.
Stałem na drodze, patrzyłem na swoich żołnierzy, ścierałem ręką pot z twarzy i nie znajdowałem ani jednego słowa na swoje usprawiedliwienie.
Żadnego planu marszruty! Żadnej mapy okolicy! Zupełnie nie miałem
pojęcia, dokąd iść. Po wyjściu z lasu, kiedy podłączaliśmy się do ogona
kompanii strzeleckiej, zapomniałem, by poprosić sztabowca o możliwość
rzucenia okiem na jego mapę. Teraz miałem tylko kompas i głowę na karku.
Myśl! Zastanów się! Co będzie dalej? Co powiesz swoim ludziom?
Cofnęliśmy się do miejsca, gdzie w naszej ocenie kompania mogła skręcić
z drogi w bok. Pokręciliśmy się w miejscu, pomyszkowaliśmy w ciemności,
starając się odszukać ślady na drodze i tracąc przy tym niemało czasu.
Ale wszystkie drogi wojny są tak samo rozjeżdżone, rozmyte i wydeptane,
zatem nasze poszukiwania nic nie dały.
Przemknęła mi myśl, aby rozesłać żołnierzy na różne strony. Ale następna
podpowiedziała coś całkiem przeciwnego. Nocą możesz biegać, albo i nie,
a i tak niczego nie znajdziesz! Poślesz żołnierzy na poszukiwania w różne strony i wszystkich pogubisz w ciemności! Przede wszystkim,
dookoła pustka i nie ma kogo zapytać! Dokąd prowadzą te drogi? Jaką
wybrać? Którą z nich iść?
Strzelać w powietrze i krzyczeć nie ma sensu. Na taką okoliczność nie
było umowy z kompanią. Usłyszą krzyki i wystrzały, pomyślą, że
nadzialiśmy się na Niemców. A potem to już nie wiadomo -?może Niemcy
faktycznie stoją gdzieś blisko drogi i tylko się zdradzimy. Nie można
zapominać o tym, że cały rejon jest okrążony przez niemieckie wojska i trudno powiedzieć, gdzie się na nie natkniemy.
Popatrzyłem na kompas, wsłuchałem się w nocną ciszę, spojrzałem na
czarne niebo i poluzowałem blokadę na strzałce. Błękitny trójkąt,
świecący w ciemności, drgnął i zakołysał się wraz ze strzałką. Wziąwszy
azymut na północny wschód, gdzie według moich wyliczeń powinien leżeć
Rżew, odwróciłem się twarzą w stronę wycięcia.
Kiedyś widziałem mapę tego rejonu. W pamięci pozostały mi miasta i punkty, rozrzucone w przestrzeni. Wyobraziłem sobie krętą linię Wołgi i położenie rżewskiej linii kolejowej. Podczas przemarszu widziałem mapę
tego rejonu u dowódcy kompanii. Ruszyłem z miejsca i poszliśmy drogą
przed siebie.
Ciemne i gęste gałęzie krzewów i kosmate rozłożyste łapy kłujących
świerków wyciągają się ku nam z obu stron drogi. Ma się wrażenie, że w ciemności stoją jak żywe, rozłożyły ręce na boki i chcą nas pochwycić,
zatrzymać, ostrzec przed niemiecką zasadzką. Jakieś nieruchome czarne
sylwetki przygięły się do ziemi i czekają, aż podejdziemy bliżej.
Niewykluczone, że właśnie za tym pagórkiem trafimy pod niemieckie kule.
Chcą nas podpuścić jeszcze bliżej i uderzyć z najbliższej odległości.
Nie będziemy przecież padać plackiem za każdym razem, gdy wyda nam się,
że za krzakiem czy wzgórkiem czeka zasadzka, nie będziemy przyginać się
do ziemi, pełzać po drodze i chyłkiem podchodzić do podejrzanego
miejsca. Poza tym w ogóle nie mamy pojęcia, kiedy i gdzie na naszej
drodze faktycznie powitają nas Niemcy. Może gdzieś tam, a może za dwa
albo trzy kroki?
Wokół ciemno, drogi też nie widać. Nieprzenikniona noc zasłoniła sobą
cały przestwór! Kroczymy po drodze i wyczuwamy ją tylko nogami.
Niewielki rów i każdy z nas się o niego potyka. Co leży przed nami w owej ciemnej i mrocznej przestrzeni? Można się tylko domyślać i fantazjować sobie w wyobraźni.
Nigdy nie chodziliście w ciemną noc po polnych i leśnych drogach lub
głuchych polach i krzakach? W ciemności, gdy jesteś czujny, zawsze jawią
ci się wszelakie bzdury. Dokąd zakręca ta droga, dlaczego przez cały
czas kręci i kołuje? Wyraźnie czuję, że idziemy w przeciwnym kierunku.
Jeszcze chwila i pokaże się skraj lasu i podejdziemy do samego DOT-a.
Bezsensowna myśl zmusza mnie do ocknięcia się. Wyciągam z mapnika
kompas, szybko odciągam kółeczko blokady, patrzę na strzałkę i upewniam
się, że idziemy we właściwym kierunku, choć w okolicy nie ma się czego
uczepić okiem. Stopniowo się uspokajam i odpycham na bok wszelkie myśli.
I tak idziemy i idziemy w mroku i ciszy nocy.
Złapałem się na myśli, że do głowy lezą mi jakieś bzdury i diabelstwa. A co, jeśli w tym głębokim i wąskim parowie czeka na nas zasadzka i powitanie ołowiem? Dobre miejsce na zasadzkę, nie ma co gadać! Zaraz
wejdziemy do parowu, podejdziemy bliżej i gruchną strzały! Spotkania z niemieckimi czołgami z jakiejś przyczyny sobie nie wyobrażałem.
Co powinienem zrobić, jeśli rozlegną się strzały? Jaki rozkaz powinienem
wydać swoim żołnierzom? W takich sprawach nie mieliśmy żadnego
doświadczenia. Moi żołnierze to jednostki wybitnie cywilne z zacięciem
technicznym, pod względem wieku i zdrowia do działań bojowych w czasie
służby wojskowej słabo się nadają. Ani razu nie byli w boju pod kulami
i, poza znajomością sprzętu, w niczym nie są przeszkoleni. Czyli co?
Wpadniemy teraz pod ogień, a ja podam komendę -?"Padnij!". Powalą się w ciemności jak kłody, a potem ich nie ruszysz z miejsca.
Przeszliśmy wąwóz, po którego dnie ciągnęła się droga, wspięliśmy się na
wzgórek i nieoczekiwanie wyszliśmy na gościniec. Więcej tu szerokiej i otwartej przestrzeni. W każdą stronę od drogi widać na większą
odległość. Było nawet widać pobocza drogi. Wtedy nie wiedziałem, że po
leśnych drogach, krzakach i gęstwinie można było iść, niczego się nie
bojąc. Niemcy takich miejsc unikali. A na gościńcu, gdzie widok był na
obie strony, gdzie zwykle towarzyszyły im czołgi i samobieżne działa
pancerne, istniała konkretna możliwość, że się na nich nadziejemy. No,
ale wtedy nie miałem o tym pojęcia45.
Przygniatała nas ciemność i własna samotność, poczucie oderwania od
całego świata, a przede wszystkim -?niepewność. My wszyscy, błądzący po
nocnych drogach, a ja w szczególności, doświadczaliśmy wówczas uczucia
niepokoju i fatalizmu. Idziesz w ciemności nie wiedząc dokąd, nie
panując nad kierunkiem i bez końca wątpisz. Samo z siebie pojawia się
przygnębiające uczucie i świadomość marności.
To nawet nie lęk czy strach. Nie byliśmy pod ostrzałem, nie widzieliśmy
krwi, trupów i śmierci, w ogóle nie zaznaliśmy strachu. Zapewne tak
właśnie nierozumni chłopacy, nieostrzelani żołnierze, bez strachu lezą
do przodu i giną w pierwszym boju. Potem, jeśli po pierwszych walkach
zostaną przy życiu, poznają mądrość żołnierskiej śmierci i żołnierskiego
życia.
Wtedy nie bałem się wojny, nie znałem jej i nie widziałem. Nie byłem pod
ogniem i nie wąchałem prochu, poza wystrzałami na uczelni. Wydawało mi
się, że wojna to manewry i strzelanie z ogniowych rubieży.
Zagrożenie zasadzką rodzi się w wyobraźni na pierwszych etapach, na
pierwszych kilometrach, na początku drogi, kiedy idziesz w ciemności, do
której stopniowo przywykasz. A kiedy już przejdziesz z dziesięć
kilometrów to zapominasz o wszystkim, nie myślisz o Niemcach,
przyzwyczajasz się do samotności, do poplątanych skrzyżowań dróg,
mrocznych sylwetek i nocnej ciszy. I wszystko to wraz z drogą przepływa
do tyłu w rytm powolnych żołnierskich kroków i na zawsze zostaje za
tobą. Każdy nowy dzień i każda noc pozostawiają w twojej pamięci
rozmaite wyobrażenia. I jeśli wczoraj miałeś jakieś wątpliwości, to
dzisiaj sam się sobie dziwisz. Wszystko jest proste i logiczne. A potem
nawet te nowe rzeczy odkładasz na bok. Doświadczenie to wielka sprawa!
To, co zostało za nami, zostało nam na zawsze.
Nad nami rozpostarło się ciemne niebo. Nad ziemią zwiesił się
bezgraniczny nocny przestwór. Kim my jesteśmy? Maleńkimi drobinkami,
zagubionymi w przestrzeni nocy, marnymi robaczkami, pełzającymi po
ziemi. I jakież my mamy znaczenie na tej ogromnej nieskończonej ziemi?
Gdzie my jesteśmy? W jakim punkcie globu się teraz znajdujemy? Czy los
umyślił sobie, że ujrzymy świt i jasny poranek, który przyjdzie na
zmianę nocy? A noc, jak niebo, jest niezmierzona i niepojęcie wielka.
W którymś momencie, schodząc z pagórka, dostrzegliśmy przed sobą
niewyraźne ludzkie kształty. Od razu wytężyliśmy uwagę i zaczęliśmy
nasłuchiwać. Widać było, jak ciemne sylwetki ludzi, przestawiając nogi,
chwieją się nad drogą. Oddalały się od nas w milczeniu.
Postanowiliśmy ich ostrożnie dogonić. Podejść bliżej i przyjrzeć im się
z pewnej odległości. Tym sposobem znowu znaleźliśmy się na ogonie grupy
żołnierzy, maszerujących po tej samej drodze. Ale byli to zupełnie inni
żołnierze, nie ci, których żeśmy zgubili. Było ich niewielu -?wszystkich
raptem ze dwudziestu. Podłączyliśmy się do nich z tyłu i przeszliśmy
pozostałą część nocy.
Rankiem na naszą drogę zaczęły wychodzić coraz to nowe i nowe grupy
żołnierzy. Pojawiali się nieoczekiwanie i dołączali do naszej dzikiej
kolumny, która szła, postukując podkutymi butami po kamienistej drodze.
Z jakiegoś zagłębienia terenu wyjechały na drogę dwie wojskowe podwody,
a w ślad za nimi na drodze pojawiło się działo. Skręciło w naszą stronę
i wsączyło się w ogólny potok. Ale wszystko to, działo, furmanki i zołnierze, idący przed nami i za nami, wyglądało jak niewielkie
rozproszone grupy. Przypadkowo zeszły się na jednej drodze i teraz,
rozciągnąwszy się, maszerowały nieśpiesznie jedna za drugą. Nikt z nich
dokładnie nie wiedział, dokąd ta droga prowadzi i dlaczego po niej
idzie. Nikt nie był w stanie precyzyjnie określić, gdzie znajduje się
trzykilometrowe wyjście z pętli okrążenia.
Początkowo żołnierze dołączający do kolumny sądzili, że drogą ciągnie
zorganizowana jednostka z piechotą i artylerią. Jedno działo na pułk to
w owych czasach było solidne uzbrojenie!
Nikt z nas nie myślał wtedy, iż na współczesnej wojnie na wąskich
odcinkach frontu będą uczestniczyć w bojach od razu całe setki samolotów
i czołgów i po kilkaset luf artylerii. A piechoty będzie używać się po
prostu do wymiatania po nawale.
Na naszym szlaku pojawiały się niekiedy nowe grupy żołnierzy, ale
przeszedłszy razem z nami z dziesięć kilometrów i wyjaśniwszy, że
jesteśmy dzikusami i niezorganizowanymi włóczęgami, że nie mamy zapasu
machorki i sucharów, odbijały w bok i odchodziły gdzieś do wiosek.
Byliśmy zdumieni i zakłopotani.
Podwody i działo oderwały się od nas. Nie mogliśmy ganiać pod górę za
turkoczącymi furmankami. Powolny i miarowy rytm marszu, przyjęty na
początku drogi, gwarantował nam nieprzerwany ruch bez zbędnego wysiłku i potrzeby postojów. Na całej długości przemarszu szliśmy bez przystanków.
Każdy żołnierz naszego plutonu niósł na sobie broń, amunicję i łopatkę
saperską. Szedł w pełnym oporządzeniu i dźwigał na plecach wszystko to,
co żołnierz powinien mieć na wojnie. W plutonie był karabin maszynowy z zapasem dysków i nieco blaszanych skrzynek z nabojami. Cały ten ciężar
był równomiernie rozdzielony i sprawiedliwie rozłożony według możliwości
każdego żołnierza. Ciężki krok nie pozwalał nam na bieganie po drodze.
Nie poganiałem swoich ludzi i nie chciałem podkręcać tempa marszu.
Jednakże w kwestii ekwipunku wojskowego, broni i amunicji ostrzegłem
każdego, że niczego nie wolno gubić ani porzucać. Teraz to nasze główne
i podstawowe zadanie. Nie zważając na zmęczenie, każdy musi dotrzeć do
swoich z bronią i w pełnym oporządzeniu. To nasza twarz, nasz żołnierski
obowiązek. Według tego będą nas sądzić i według tego witać i okazywać
zaufanie.
Żołnierze idą powoli, ciężko przestawiając nogi. Każdy wie i czuje, że
cokolwiek by się nie działo, to trzeba iść. Dziś trzeba wyjść z okrążenia. To nasze zadanie numer jeden. W tym nasza nadzieja! A czym
tak naprawdę żyje człowiek, jeśli nie nadzieją? Żołnierze sądzili i mieli nadzieję, że jeśli wyniosą to wszystko na sobie, to nie przerzucą
ich tak po prostu do piechoty. Ufali, że gdzieś tam z przodu znowu
wyszykują im schrony bojowe. Inaczej być nie mogło! Tak myśleli.
W tym roku jesień jest sucha i krótka. Dziś mamy 10 października.
Rankiem wszystkie przydrożne rowy i krzewy pokrywają się szronem. W ruchu, podczas marszu, nie czuje się zimna. Ale w zimnym powietrzu
wyraźnie widać kłęby wydychanej gorącej pary. Początek października, a w nocy ziemię już zdążył złapać przymrozek! Dzień był jasny i słoneczny.
Na niebie przepływają lekkie obłoczki. Nad drogą wisi jakiś mglisty i pełen kurzu opar. Ścięta szronem trawa i krzewy ciągną się jednostajnie
po obu stronach drogi i odpływają do tyłu. Przed nami i po bokach nie ma
nikogo, ani ludzi, ani bydła na polach i pastwiskach, tylko nieruchoma
pustka i oczekiwanie nie wiadomo na co.
Około południa przechodzimy przez jakąś wioskę. Nie pytaliśmy, jak się
nazywa, nic nas nie obchodzi. Wieś jak wieś, na kilka podgrodzi. Na
ganku jednego z domów stoi chłop, mający na oko ze czterdzieści lat,
ubrany w skórzane buty, żołnierską bluzę i furażerkę z gwiazdką, zamiast
szynela ma nałożoną wiejską kapotę. Wszystko wskazuje na to, że cofając
się, doszedł do swojej chałupy i dalej iść nie miał zamiaru.
Na chudej i nieogolonej twarzy -?malutkie i żywe oczka. Albo oczekiwał
od nas wsparciu i zrozumienia, albo potępienia. Widać jednak, że idąca
przez wieś kolumna żołnierzy obudziła w nim wątpliwości i zażenowanie.
-?Dokąd to idziecie, bracia Rosjanie? -?zwrócił się do nas , gdy
przechodziliśmy koło ganku. -?Dość tam młodych, głupich i nierozumnych.
Wy chyba wszyscy dorośli i wiekowi!
I popatrzył ponad hełmami żołnierzy gdzieś w niebieską dal.
-?Naprawdę i wy żadnego rozumu nie macie?
Z uwagą przyglądał się moim zmęczonym żołnierzom, a przed jego bystrym
spojrzeniem nie umknąłem i ja, porucznik.
-?Niemiec wziął wczoraj Staricę i Zubcow. Dzisiaj rzucił wojska na
Kalinin. Nie ma się gdzie podziać! Tylko patrzeć, jak za tydzień i Moskwę weźmie! Oczywiście, oficerowie i porucznicy muszą uciekać w las i kryć się jak najdalej. A ja jestem żołnierzem, doszedłem do domu i stop!
Wystarczy, nawojowałem się! Nie ma gdzie iść dalej. Cała ta wojna
niedługo się skończy!
Mówił, przekonywał, macał żołnierzy spojrzeniem, a w duszy miał
niepewność i zwątpienie. Gdyby był zdecydowany i twardy w swym
postanowieniu, nie stałby na ganku i nie szukałby u nas uznania i wsparcia -?u nas, przechodzących obok, wycieńczonych i umęczonych
żołnierzy. Patrzył na nas ze współczuciem, a sam czegoś się bał.
Żołnierze milcząc, powoli przebierając nogami, przechodzili obok niego,
opuszczając głowy jeszcze niżej. Szli niczym na własnym pogrzebie.
"Możliwe -?pomyślałem -?że jeśli ktoś całkiem opadł z sił, to zachce mu
się zostać po drodze gdzieś we wsi. Ludzie nie mają siły, by nieść na
sobie chorego czy beznogiego".
Tak pomyślałem, ale nie powiedziałem nic swoim żołnierzom i nie
odpowiedziałem mówcy, stojącemu na wysokim ganku.
Za takie rzeczy mogli go rozstrzelać na miejscu. Ale na jego szczęście,
wśród nas nie było ludzi, którzy zajmowali się tym jako swym rzemiosłem.
Oni już dawno, przy pierwszych oznakach niemieckiego przełamania,
podebrali długie poły szyneli, wsiedli do samochodów i odtoczyli się na
głębokie tyły.
Wszyscy moi zołnierze byli moskwianami. A to, muszę wam powiedzieć, ma
niebagatelne znaczenie. Żaden z nich bez specjalnej ku temu potrzeby nie
zechce osiadać w pierwszej napotkanej wiosce. Ponadto wierzyliśmy, że
dobrniemy do Wołgi i że na tamtym stromym brzegu na nas czekają i powitają z szacunkiem. Nie tylko mieliśmy nadzieję, ale byliśmy
przekonani, że za Wołgą przebiega jeszcze jedna linia umocnień, że
zostawiono tam dla nas miejsce w betonowej kazamacie, a oni tylko
czekają, abyśmy czym prędzej tam dotarli. Do głowy nam nie przyszło, że
za Wołgą nie ma żadnych fortyfikacji, że w pośpiechu po prostu o nas
zapomniano i że nikt już na nas nie czeka.
Obrona naszego rżewskiego rejonu umocnionego była uszykowana w jednej
linii i już przy pierwszym uderzeniu Niemców została przerwana. Droga na
Zubcow, Staricę, Pogoriełe Gorodiszcze, Kalinin i Moskwę stała otworem.
Łączność ze sztabem została przerwana. Powstał "kocioł", z którego,
teraz już tracąc oddech, uciekała żołnierska ciżba. A to, że idziemy i obieramy sobie drogę, chcemy wyrwać się z niemieckiego okrążenia,
zależało wyłącznie od naszej chęci, świadomości i sumienia. Skręćmy
teraz tylko w byle jaką stronę, obierzmy niechcący zły kierunek i na
zawsze pozostaniemy poza teatrem wojny.
Byliśmy pozostawieni sami sobie, ale w duszy mieliśmy wiarę i chęć. Z trudem przestawialiśmy ciężkie nogi, całe ciało ćmiło i nieskończenie
bolało od marszu. Na początku drogi nie wiedzieć czemu bolała tylko
szyja, potem ból dosięgał lędźwi, a pod wieczór niemożliwie bolały nogi
i po prostu wlekliśmy je za sobą.
Ważne dla nas było jedno: trzymaliśmy się siebie, nikogo nie zgubiliśmy
i nikt nie został z tyłu. To był chyba nasz największy sukces. Niech no
ktoś zostanie sam, legnie chory we wsi, a tam mu nikt nie pomoże, nikt
nie ma wobec niego zobowiązań. Tak więc trzymaj się, żołnierzu, swoich!
I cóż z tego, żeśmy się nachodzili i opadli z sił, nie mamy, braciszku,
innego wyjścia! Trzeba iść! Sam rozumiesz!
Na drugim końcu wsi popróbowaliśmy wypytać staruszkę. Lecz o drodze nie
mogła nam nic powiedzieć. Sama była uchodźczynią i dopiero co, nocą,
przyjechała wozem spod Zubcowa.
Choć wszystkie drobne grupki szły jedną kolumną i w jednym kierunku, to
jedności w sensie wojskowym wśród nich nie było. Wraz z upadkiem Zubcowa
i Staricy, idący na przedzie zauważalnie zwolnili kroku. Pośród
pojedynczych grup żołnierzy byli również porucznicy, lecz oni, podobnie
jak ja, nie dysponowali marszrutą ani mapami. Szli na ślepo i sprawowali
opiekę wyłącznie nad swoimi żołnierzami.
Nad głowami bez końca latały nam grupy niemieckich samolotów. Leciały w tym samym kierunku, gdzie i my zmierzaliśmy. Widząc to, pojedyncze grupy
żołnierzy zaczęły odłączać się od ogólnego potoku. Schodzili z drogi i skręcali gdzieś w bok.
Jedna z grup żołnierzy, która szła razem z nami, proponowała, by obrać
kurs na wschód, od razu iść na Moskwę. Inni, wręcz przeciwnie, podsuwali
myśl, aby iść na Olenino.
Lecz oto na spotkanie nam, drogą od strony Zubcowa wysypuje się na
gościniec duża grupa żołnierzy. Gdzieś tam z przodu nadziali się na
Niemców, postrzelali i sami zostali ostrzelani. Porzuciwszy zabitych i rannych, wyprzedzając jeden drugiego, uciekali wprost na nas. Śmiesznie
i smutno było na nich patrzeć. Brudni, zmęczeni, z przerażonymi
twarzami. Zobaczywszy nas, ucieszyli się, zamachali rękami,
przyśpieszyli kroku i poszli nam na spotkanie. Podszedłszy bliżej,
zatrzymali się i przekrzykując się wzajemnie, od razu wzięli się za
gardłowanie. Zaczęli opowiadać o tym, co przytrafiło im się po drodze.
Na głównej drodze zeszły się dwie partie, podążające w przeciwnych
kierunkach. Jedna szła na Rżew, druga przybiegła spod Zubcowa. A gdzie
był ów przesmyk, szeroki na trzy kilometry, nikt dokładnie nie wiedział.
Pohałasowawszy, pogadawszy i zdrowo się nakląwszy, żołnierze wyjaśnili
sobie stanowiska, strategiczną sytuację na froncie i, niczym niespokojny
rój pszczół, zahuczeli, zakołysali się i zerwali się z miejsca. Pognali
w bok od drogi, tłumnie stoczyli się z traktu i, obrawszy kierunek na
Olenino, oddalili się od nas. Powstrzymywanie ich nie miało sensu.
Zadziałał tu instynkt tłumu.
W jednej chwili wszystko się zmieniło. Spokojnie idący, zmęczony potok
wykończonych żołnierzy nagle się poderwał i śpiesznie przebierając
nogami, skrył się za zakrętem drogi, za linią lasu. Polnymi i leśnymi
drogami, na które bali się wchodzić Niemcy, zołnierze rozbiegli się i przepadli bez wieści. Być może niektórzy z nich śpieszyli się do domu, a inni nie mieli nic przeciwko temu, aby urządzić się na garnuszku u niezamężnej gospodyni.
Patrząc w ślad za nimi, byliśmy zdumieni i nie wiedzieliśmy, co robić.
Oto jesteśmy sami! Jak wcześniej, dalej staliśmy na trakcie. Teraz raz
jeszcze musieliśmy obrać sobie własną drogę.
Niemieckie samoloty, ciężko zawodząc, leciały nam nad głowami w grupach
bojowych. Szły zgrabnymi kluczami, w ogóle nie zwracając na nas uwagi.
Miały do załatwienia sprawy gdzieś dalej.
Rozmówiwszy się ze starszym sierżantem i wysłuchawszy, co powiedzą
żołnierze, w myślach wycelowałem w to miejsce, do którego leciały
samoloty. Podałem komendę i pluton ruszył z miejsca.
Doszedłem do wniosku, że tam, dokąd lecą samoloty, trwają walki i powinno być wyjście z "kotła". Idziemy tym samym gościńcem, lecz nastrój
jest nietęgi, pełen zakłopotania i tupiemy po drodze w milczeniu.
Czasami odnosimy wrażenie, że idziemy nie tam, gdzie trzeba i że nasza
droga będzie ciągnąć się bez końca. Na drodze, niczym na pustyni,
dookoła bezludnie i nic się nie rusza.
Dopiero później uświadomiłem sobie, że wojna z Niemcami to nie zajęcia z taktyki koło skrzyni z piaskiem. To nie zajęcia polowe na uczelni, gdy z karabinem model 1891 i z rozdziawioną gębą biegaliśmy i krzyczeliśmy
"Ura!". Wtedy trójgraniastymi bagnetami kłuliśmy na lewo i prawo
wyimaginowanego przeciwnika. Teraz wojnę należało poznać od kuchni,
doświadczyć empirycznie, poznać ją z zupełnie innej, drapieżnej strony.
Czasami nad głowami pojawiała nam się niemiecka "ważka"46. Nieco
nas to ożywiało w drodze i odciągało od ponurych rozmyślań. Niemiecki
"kostur" (ów przydomek przyklejono mu potem) kręcił się nad drogą, po
której szliśmy. Przewracał się ze skrzydła na skrzydło, obniżał lot tak,
że w kabinie widać było pojedynczego lotnika. Potem wbijał się w górę,
wylatywał do przodu i po jakimś czasie znowu wracał. Ponieważ jednak nie
strzelał i nie zrzucał bomb, a tylko warczał natrętnie i krążył nad
drogą, szliśmy z zupełnym spokojem. Czasami wręcz spozierałem w górę i starałem się dokładnie mu przyjrzeć.
Wojna trwała już w najlepsze, a my nie znaliśmy ani typów, ani znaków
rozpoznawczych niemieckich samolotów. Krzyże na skrzydłach i kadłubach
miały czerwoną obwódkę, więc z dołu wyglądały nam na czerwone gwiazdy.
Zatrzymywaliśmy się i zadarłszy głowy, przyglądaliśmy się im.
Niewykluczone, że w kierunku, w którym odlatywał niemiecki "kostur",
leżał wąski przesmyk, do którego zmierzaliśmy.
11 października, w sobotę, rozbiwszy nasze ubezpieczenie pod Staricą,
Niemcy skierowali się na Kalinin. Przeciąwszy linię kolejową pod
Zubcowem, rzucili się na drugą główną magistralę. Ludzie, błąkający się
w tym czasie w okrążeniu, wszystkich najświeższych nowin dowiadywali się
od innych rozproszonych żołnierzy i uciekinierów.
Tak szliśmy przez końcówkę dnia i cały wieczór. Dzień gasł, nadciągał
zmierzch. Pod nogami na drodze to piasek, to kamienie, to stwardniała od
zimna ziemia. A kiedy weszliśmy do lasu, droga miejscami poprzecinana
korzeniami drzew. Czas biegnie, a my z uporem po staremu powoli posuwamy
się do przodu. Gdy zrobiło się całkiem ciemno, skręciliśmy na szeroką
polanę, wspięliśmy się na wzgórek i weszliśmy na nawierzchnię z porządnie ułożonych brukowców, po której zołnierze od razu zastukali
gwoździami butów.
Po stanie drogi wyczuwało się bliskość dużego miasta. Pod nogami
należycie utwardzona droga. Na terenach podmiejskich takie odcinki
zwykle nie są długie i ciągną się na stosunkowo niewielką odległość.
Można powiedzieć, że władze miejskie utrzymują wyłącznie paradny wjazd.
Idziemy, a wokół po staremu wszystko w bezruchu, mroku i nieuchwytnej
ciszy. Za poboczem drogi widać czarne kształty parterowych domów i otwory okienne zabite deskami. Niektóre z domów mają metalowe dachy.
Ale to nie Rżew tylko wąski pas domów, które wyciągnęły się jednym
rzędem wzdłuż drogi. Wydają się posępne, a ludzie jakby wymarli. Otwarte
drzwi poskrzypują gdzieś na wietrze. Na tle niezbyt głośnego odgłosu
żołnierskich nóg, przebierających po nawierzchni, owe skrzypienie
słychać podczas marszu i nie trzeba się zatrzymywać, aby się wsłuchać.
Być może ludzie gdzieś są. Nie wszyscy rozstali się ze swoimi gratami i uciekli. Udają tylko, że domy są puste i porzucone przez wszystkich, a sami kryją się przed nami i tym, co nieznane. Kto tam kroczy w ciemności
z bronią na ramieniu?
Idziemy przed siebie i nie czujemy nóg. Wokół ciemność i przed nami nic
nie widać.
"Nocą Niemcy nie wojują!" -?mówili nam cofający się żołnierze, którzy
zdążyli doświadczyć bojów i strzelaniny. -?"W niedzielę Niemcy mają
wolne!"
Dzisiaj mamy jedenastego, a jutro dwunastego -?niedzielę. Być może nam
się poszczęściło i można będzie przeskoczyć Wołgę. Teraz mamy przed sobą
pusty gościniec, który według naszych ocen powinien nas wyprowadzić na
brzeg Wołgi. Rzecz jednak w tym, iż na razie nie wiemy, gdzie i jak się
przez nią przeprawimy.
Niech no tylko trafi się nam ktoś po drodze i powie, że jesteśmy na
podejściach do Zubcowa, to od razu uwierzymy i czym prędzej zawrócimy. I tak oto poruszaliśmy się w ciemności, jakby na macanego, w bezdźwięcznej
przestrzeni, nie wiedząc, co jeszcze nas czeka.
-?Zaraz będzie Rżew -?powiedział starszy sierżant.
I rzeczywiście, przed nami zaczął się rozpalać blady zachód słońca.
Popatrzyłem na strzałkę kompasu. Zachód był na północy. Co to takiego?
Złudzenie optyczne, północna zorza, anomalia magnetyczna czy odblask
pożaru? Jeszcze raz obieram azymut na jasną plamę, która odbija się na
niebie.
Pierwsza doba skończyła się w momencie naszego wyjścia z rejonu
umocnionego. Przez godzinę robimy trzy kilometry, nie więcej. Ile
zdążyliśmy przejść, jeśli przez całą drogę ani razu się nie
zatrzymaliśmy, nie przysiedliśmy?
Lecz oto za zakrętem drogi ponownie ukazały się jasno oświetlone chmury
i w ciemnym obniżeniu terenu dostrzegliśmy na brzegu niewyraźne kształty
mostu. Drewniany most był cały. Pod mostem cicho pluskała woda.
-?Myślę, że podeszliśmy do Rżewa! -?powiedziałem starszynie,
maszerującemu obok. -?Oto Wołga, a na tamtym brzegu Rżew. Poznajesz,
starszyna? Kiedyś żeśmy razem tędy przechodzili! Tyle, że szliśmy w drugą stronę. Poznajesz? To ta sama droga, którą skręciliśmy, kiedy
robiliśmy przemarsz w rejon umocniony. Nie poznaliśmy jej po ciemku!
Rżew
Zza skraju stromego brzegu, po tamtej stronie
Wołgi, widać było ciemne dachy domów i nawisłe nisko chmury,
podświetlone od dołu ogniem. Dopiero teraz, schodząc do mostu,
dostrzegliśmy przed sobą łunę wielkiego pożaru. Płomienie wisiały nad
miastem i złowieszczo miotały się nad dachami. Snopy lecących iskier
krążyły w powietrzu i unosiły się w niebo. Blask ognia oświetlał kłęby
czarnego dymu. Ciężkie, nalane dymem chmury płynęły nad miastem.
Wszedłszy na most przez Wołgę, pokryty drewnianymi balami, od razu
zauważyliśmy ludzi, przebiegających od balustrady do balustrady. Jakieś
niewyraźne postacie miotały się w ciemnym przelocie mostu.
"Być może utkwiła tam furmanka? -?przyszło mi do głowy. -?Koń nogę
wsadził przez poszycie. Teraz trzeba go wyciągać na własnym grzbiecie.
Na pewno myślą, że to dobrze, żeśmy w porę nadeszli!"
Jednakże żołnierze, zajęci na moście swoimi sprawami, nie zwrócili na
nas żadnej uwagi. Podszedłszy bliżej i przyjrzawszy się im,
zatrzymaliśmy się, chcąc zapytać, gdzie są nasi i dokąd mamy iść.
-?Dawaj szybciej! -?zakrzyknęli tamci, zobaczywszy nas na moście. -
Galopem na drugą stronę! Wysadzamy most!
I to było wszystko, czego zdołaliśmy się w biegu od nich dowiedzieć. To
byli saperzy z tej samej 119 Dywizji Strzeleckiej. Pluton, ciężko
stąpając, zagruchotał po drewnianym poszyciu, przebiegł łuki mostu i zaczął powoli podchodzić w górę po bocznej drodze. Brzeg Wołgi od strony
Rżewa był stromy.
Spóźnilibyśmy się o minutę -?i pofrunęlibyśmy razem z mostem. Nie
zdążyliśmy zrobić nawet paru kroków po drodze, gdy za naszymi plecami,
nad rzeką, rozległy się dwie potężne eksplozje. W powietrze poleciały
deski i bale, poderwała się ziemia, ku niebu wbiły się fontanny wody.
Od razu powaliliśmy się na drodze. Upadliśmy, gdzie kto stał, nie
wiedząc, jak się ukryć przed wybuchami. Przez jakiś czas leżeliśmy,
przylepieni do zimnych kamieni nawierzchni. Sądziliśmy, że saperzy nie
zdetonowali jeszcze wszystkich założonych ładunków. Z góry zaczęły na
nas spadać drewniane odłupki, oblało nas wodą. W powietrzu niosły się
bryzgi i mgła wodna. Miało się takie wrażenie, jakby nasiąknięte
deszczem chmury, zawieszone nad rzeką, nie wytrzymały własnego ciężaru i z hukiem lunęły na ziemię.
Byliśmy przekonani, że saperzy, wysadziwszy most, od razu nas dogonią i wskażą nam drogę i kierunek, w którym należy iść. Jednak zanim
ogłuszeni, mokrzy i krańcowo umęczeni, podnosiliśmy się, otrzepywaliśmy
i dochodziliśmy do siebie, saperzy zniknęli bez śladu w ciemnościach.
Wspięliśmy się na górę i wyszliśmy na wzniesienie. Przed naszymi oczami
leżało miasto, skąpane w ogniu. Wszystko wokół -?i domy, i parkany,
rozbite szyby i wyrwane z zawiasów ramy, obalone ściany, zapadnięte
dachy, bezludne ulice -?odbijało się, jak w krzywym zwierciadle i kołysało się w potokach rozgrzanego powietrza. Wszystko w oczach dokądś
płynęło.
Miasto zostało porzucone. Na ulicach nie było widać ludzi. Gdzie szukać
drogi? Gdzie się obrócić? I w ogóle, dokąd mamy iść? Staliśmy i patrzyliśmy na płonące domy. Ogromne czarne kłęby dymu, jak kule
gigantycznych rozmiarów, przewalały się, kręciły i powoli wypełzały w górę. Nie było słychać ani huku, ani strzelaniny. Potrzaskiwały i syczały objęte płomieniami drewniane przepierzenia domów. W powietrzu
wisiał wstrętny zapach spalenizny. Pod nogami -?szara warstwa popiołu.
Przejdziesz po niej pierwszy i widać twoje ślady. Lecąca z góry sadza i popiół osiadają ci na ramionach i hełmie. Jaskrawe iskry i żarzące się
ogienki węgli unoszą się w powietrzu i pobłyskują na ciemnym tle.
Wepchnęliśmy się w jedną z ulic, ale gorące powietrze odrzuciło nas z powrotem. Rozejrzawszy się wokół, rzuciliśmy się w drugą stronę, gdzie
było mniej ognia. Co tam powietrze i tlen! Nie było czym odetchnąć, nie
było jak złapać tchu!
Żołnierze padali z nóg, droga zupełnie ich wyczerpała. Przez dobę marszu
ani razu nie przysiedliśmy! Kiedyś odległość od tego miasta do rejonu
umocnionego pokonaliśmy w trzech przemarszach. Po każdym nocnym marszu
żołnierze mieli cały dzień odpoczynku plus gorący posiłek. Trzy
przemarsze! A teraz? Cały siedemdziesięciokilometrowy odcinek
przeszliśmy w dobę!
Zakładaliśmy, że w mieście stoją wojska, że oto tutaj, na stromym
brzegu, jest dobra pozycja obronna. Myśleliśmy, że nas tutaj powitają,
dadzą odpocząć oraz, rzecz jasna, nakarmią. A potem już poślą na nowe
stanowisko. Poza niewielkim zapasem chleba i sucharów nic ze sobą nie
mieliśmy.
Zmęczony i wycieńczony człowiek zawsze pokłada w kimś nadzieję. Ufa, że
ktoś inny pomoże mu i zatroszczy się o niego. Żołnierz wyszedł z bronią,
wyniósł na sobie amunicję, pokonał taką drogę, a tutaj? Poza ogniem i dymem żywego ducha! Tu nie tylko nikt nas nie powitał, ale i nie
ugotował menażki zupy. Czym oni właściwie byli tu zajęci?
W ogóle nie liczyliśmy się z tym, że w takim dużym mieście będziemy
sami, że miasto porzucono, że będziemy musieli znowu iść i szukać sobie
drogi. Do tej pory mieliśmy nadzieję i wiarę, że musimy tylko dotrzeć do
Rżewa. Wszystkie swe siły przeznaczyliśmy i zużyliśmy na ten przemarsz.
Ale gdzie rozminęliśmy się z Niemcami, dlaczego nie ostrzelali nas przy
podejściu do miasta? A może skryła nas ciemność? Być może wzięli nas za
swoich, za pluton niemieckich żołnierzy, spokojnie maszerujących drogą
ku brzegowi Wołgi... Nie, to raczej wykluczone!
To raczej nasi saperzy się pośpieszyli, krzycząc nam jeszcze, gdy
przebiegaliśmy most -?"Ruszać się szybciej! Niemieckie czołgi podchodzą
do brzegu!". Żadnych czołgów na tamtym brzegu nie było widać. Nie było
słychać odgłosu silników. Po prostu chcieli czym prędzej zakończyć swoją
robotę na moście.
Na ulicach i w domach było zupełnie pusto, Ani jednej żywej duszy! Nawet
nocni mieszkańcy, ulubieńcy staruszek -?koty, gdzieś zniknęły. O psach
nawet nie mówię!
Staliśmy na rozwidleniu dróg, przed nami stał zniszczony bombą,
buchający ogniem dom. Jego wnętrze ogarnęły płomienie. Widać, że dom
zapalił się później od zrzuconych bomb zapalających albo padających z góry węgli. Bomba burząca nie podpali budynku.
Piegowaty żołnierz, młody chłopak, najmłodszy i najsprytniejszy w plutonie, pobiegł ku płonącemu domowi. Chciał wskoczyć na parter,
jeszcze nie objęty pożogą.
-?Gdzieś w piekło polazł? -?zakrzyknął starszyna. -?Wracaj tutaj!
Zachciało mu się spłonąć żywcem!
-?Łyżkę chciałem znaleźć -?odpowiedział tamten, wracając do pozostałych.
-?Nie ma łyżki! -?podchwycił któryś ze stojących żołnierzy.
-?Zgubił po drodze. Fajtłapa!
-?No i masz!
-?On, towarzyszu poruczniku, chciał kapuśniaczku ze świninką pochlipać.
Wsadził łapę do kieszeni, a łyżki na miejscu nie ma!
-?Ty przypadkiem nie do teściowej na bliny?
-?Nie. Niby dlaczego? Czego się śmiejecie?
-?A łyżka ci po co?
-?Myślisz, że zaraz podjedzie kuchnia?
-?Wszyscy mają zostać na miejscu! Nie szperać po domach! Wszyscy
słyszeli? To rozkaz porucznika! -?powiedział basem starszyna.
Stałem i patrzyłem w ogień. Wspominałem, jak we wczesnej młodości,
podkładając drwa do rozpalonego pieca47, siedziałem i patrzyłem,
jak poruszają się ogniste polana, otoczone kolorami płomieni. Długo
można było patrzeć na palące się drwa i ogień -?i myśleć. I teraz
stałem, patrzyłem w ogień i zastanawiałem się. Musiałem zebrać myśli.
Musiałem rozwiązać zadanie z wieloma niewiadomymi. W którą stronę
poprowadzić swoich żołnierzy, gdzie ich najlepiej ułożyć na nocleg?
Przypomniałem sobie, że w ciągu dnia, gdy szliśmy tutaj, klucz za
kluczem przelatywały nad nami samoloty. Oto ich robota! Niemcy, zająwszy
Zubcow, przerwali się na Staricę. Obawiali się flankującego uderzenia od
strony Rżewa, więc zbombardowali go i podpalili. Kierując na miasto
lotnictwo, zrobili to podręcznikowo. Bombardowaniem miasta osłonili
swoje wojska, przerywające się na Kalinin. Działając wyrachowanie i według reguł, tym razem jednak popełnili błąd. Założyli, że w mieście
znajdują się nasze wojska i że rozlokowane są po domach, czekając tylko
na dogodny moment do ataku. Ogromny zapas bomb zrzucili na zupełnie
puste miasto. 10 października przez cały dzień bombardowali wyludnione
ulice, zaś nasze wojska, które dzień wcześniej ściągały do miasta,
opuściły je jeszcze w nocy. Z góry nie widać, czy idą wojska czy też
pojedyncze drobne grupy. Również miejscowa ludność porzuciła miasto
jeszcze przed świtem. Tak więc Niemcy na próżno bombardowali i podpalili
miasto.
I oto my, ostatni pluton żołnierzy, przechodzimy po płonących ulicach
Rżewa.
Sami widzicie na ilu stronach rozłożyła się tylko jedna noc. Długa,
niemająca końca oraz jeden ciężki dzień 10 października 1941 roku. A ile
ich jeszcze będzie potem, bezsennych, nie do zniesienia, krwawych i ciężkich ponad siły!
Rozdział 4 -?Rżew (październik 1941 roku)
Rozdział 4
-?Rżew
(październik 1941 roku)
Zanim opowiem o naszym pobycie w płonącym
Rżewie, chciałbym powiedzieć nieco o historii i obliczu miasta, które
stanęło wtedy przed naszymi oczami. Nie dysponuję dokładnymi danymi o historii tej krainy. Jednakże interesują mnie miasta, takie jak Rżew,
Starica, a w szczególności Biełyj. To z nimi związane są długie i ciężkie lata wojny.
Rżew to dość stare miasto na Rusi. Wspomina o nim jedna z wczesnych
kronik. Rżew po raz pierwszy wspomniany jest w kronikach w roku 1216,
kiedy to kniaź Światosław wraz ze swoją drużyną próbował opanować
miasto. Rżew się wtedy nie poddał. Jednak na początku następnego wieku
miasto padło po najazdach Litwy. I dopiero po bitwie na Kulikowym Polu i rozgromieniu Ordy Mamaja, miasto wyzwoliło się spod obcego ucisku.
W 1485 roku Rżew wszedł w skład Księstwa Moskiewskiego. Podczas wojen
inflanckich Rżew został ponownie opanowany przez Litwinów i Polaków. Gdy
Polacy wtargnęli na ziemie Rusi, w Rżewie przebywał przez jakiś czas
Dymitr Samozwaniec III.
Od najdawniejszych lat w górnym biegu Wołgi kwitł ożywiony handel i rozwijało się rzemiosło. W tych odległych czasach ludzie osiedlali się
zwykle na brzegach rzek i przewozili towary szlakami wodnymi. Łódki i struganki były na pewno pierwszymi środkami transportowymi i pojawiły
się wcześniej niż wozy i drogi dla zaprzęgów. W dawnych wiekach Wołga
stanowiła główny szlak transportowy.
Gdy przez Rżew przeszła windawska kolej żelazna (dziś nazywana ryską), w mieście nastąpił bujny rozwój rzemiosła i handlu. W 1941 roku Rżew
liczył 54 tysiące mieszkańców. Do wojny miasto posiadało głównie
drewnianą zabudowę. Okoliczne lasy zapewniały obfitość taniego budulca.
Także i dziś Rżew jest otoczony od zachodu dużymi masywami leśnymi.
Ulice w owym czasie były krzywe i wąskie. Drewniane domy były parterowe,
kryte blachą oraz łupanym i ciętym gontem. Po mieście były rozrzucone
kamienne budowle i domy. Stały głównie w centrum i na stromym brzegu
rzeki, przy wjeździe do miasta.
Nawierzchnie, trotuary i lampy gazowe były tylko na głównych
przelotowych ulicach, które służyły za magistrale. To po nich w czasach
pokoju od wczesnego ranka do późnego wieczoru dudniły wozy z towarami i skrzypiały powolne chłopskie furmanki.
Z miasta w głównych kierunkach wychodziło pięć dróg. Pierwsza główna
droga szła na Staricę i Kalinin. Druga brukowana droga biegła na Zubcow
i Wołokołamsk. Trzecia, niemalże całkowicie zdewastowana, wiła się przez
lasy i bagna w stronę Nielidowa. Czwarta, zupełnie nieprzydatna dla
wojskowych taborów i artylerii, szła wzdłuż lewego brzegu Wołgi na
Sieliżarowo. Od niej, jeśli skręcić na północ, można było odbić na
Torżok. I ostatnia, piąta, podchodziła do Rżewa zza Wołgi i to właśnie
po niej weszliśmy nocą do miasta. I to są właściwie wszystkie szlaki i drogi, które przechodzą przez Rżew.
Miałem w pamięci przybliżoną lokalizację tych pięciu dróg, ale znajdując
się wśród wąskich i poplątanych ulic, nie mogłem złapać orientacji i nie
byłem w stanie wybrać odpowiedniego kierunku. Kiedyś widziałem mapę tego
rejonu, lecz wówczas nie sądziłem, iż przyjdzie mi prowadzić żołnierzy
przez puste i wyludnione miasto. Gdybym wiedział to wcześniej,
zapamiętałbym wszystko jak należy. A teraz szedłem i z wysiłkiem
wyszukiwałem w pamięci rozmieszczenie tych pięciu dróg.
Według kompasu wybrałem ulicę prowadzącą w kierunku północnym.
Ruszyliśmy z miejsca i poszliśmy nią, ale ta wkrótce ostro zawinęła i wyprowadziła nas z powrotem na brzeg Wołgi. Bez mapy trudno było
określić, gdzie się w danym momencie znajdujemy i którędy będzie lepiej
iść.
Nie mieliśmy ze sobą planu miasta, a z płonącego Rżewa trzeba było
uciekać jak najszybciej. Pożar objął całą południową część oraz dworcową
stronę miasta.
Patrzyłem na morze ognia i myślałem -?miasto spłonie w ciągu
najbliższych dni. Wszędzie buszują płomienie, ryczą i nabierają siły!
Ogień w okamgnieniu przerzuca się z jednego budynku na drugi. Dzieje się
to tak szybko, że nie zdążysz nawet mrugnąć okiem. Rozgrzana do granic
ściana sąsiedniego drewnianego domu pokrywa się warstwą ognia w sekundę.
Ogień tylko ją liźnie swym szerokim pędzlem czerwonego płomienia i z bladoszarej nagle robi się jaskrawa i dyszy pożogą. Za kilka dni w mieście pozostaną gołe kamienne ściany i puste pudełka domów, opalone
szkielety pieców i kominy, samotnie sterczące do góry. Tu i ówdzie z sadzy i popiołu będą wystawać oparcia żelaznych łóżek i opalone arkusze
dachowej blachy. Nad miastem zawiśnie szaroniebieskoczarną chmurą
duszący zapach zetlonych ludzkich siedzib, spalonych szmat i odpadków.
Stoimy na rogu dwóch brukowanych ulic, po lewej i prawej stronie palą
się domy. Muszę na nowo wybrać kierunek. Którą z tych ulic lepiej iść?
Dokąd prowadzą te drogi? Którą z nich wyjdziemy na północne peryferia
miasta? Moi zołnierze stoją z tyłu. Nie mają sił, by niepotrzebnie
przebierać nogami. Stoją i czekają, kiedy ja wraz ze starszym sierżantem
Sieninem wybierzemy ulicę. Wyczekująco patrzą mi w plecy. Czuję to i śpieszę się.
W końcu decyduję się i robię krok w stronę ulicy odbijającej w lewo.
Żołnierze ruszają z miejsca i powoli odchodzimy gdzieś w ciemność. Idąc
jesteśmy często zmuszeni , by przyciskać się do jednej strony ulicy -
druga ogarnięta jest buchającym ogniem i gryzącymi kłębami dymu, który
pali i kłuje w oczy. Bywa, że zakrywając twarz rękawem szynela,
przychodzi nam pojedynczo przebiegać wąskie przestrzenie pomiędzy
pożarami.
Powiadają, że podczas kremacji zmarłych ludzi, ci zaczynają się chybotać
w ogniu i poruszają stawami. Nie podejmuję się oceny czy tak się dzieje,
czy nie. Ale w Rżewie w płonących domach sam widziałem, jak sprzęty
domowe, dziecięce wózki, żelazne łóżka, cynowane samowary kurczyły się
we wściekłym ogniu, wykrzywiały się i gięły, jak żywe.
W ogniu waliło się wszystko, nie tylko dachy i ściany. W powietrze
frunęły arkusze blachy z dachów, płonęły i łamały się jak zapałki grube
bale, od ognia rozsypywały się rozpalone ściany z cegieł.
Ale oto płomienne kłęby dymu i gorejące budynki zostały z tyłu. Powoli
oddalamy się w ciemność pustynnych ulic i zaułków. Wyłożona brukowcami
jezdnia powinna nas wyprowadzić na ciche przedmieście.
Zołnierze potrzebują odpoczynku. Zważcie, że jesteśmy na nogach już całą
dobę! Ludzie są u kresu sił!
Długo i powoli idziemy, postukując stalowymi podkowami butów po
nawierzchni, a ten dźwięk żołnierskich buciorów roznosi się w grobowej
ciszy szczególnie złowieszczo. Ciemna ulica nieoczekiwanie skręciła i równie niespodziewanie urwała się na skraju gołego nieprzeniknionego
pola. Znaleźliśmy się na przedmieściu Rżewa.
Ostatnim budynkiem przy drodze był niewielki drewniany dom. Okna
zasłonięte grubymi okiennicami. Drzwi przepasane w poprzek stalową
sztabą z zawieszonym na niej masywnym zamkiem. Magazyn, nie magazyn?
Sklepu też nie przypomina! Pośrodku domu widać ganek wysoki na cztery
stopnie. Dach żelazny, a poniżej żadnego państwowego szyldu.
Z miasta wyszliśmy nieoczekiwanie i dlatego od razu się zatrzymaliśmy. W ciemność odchodziła tylko brukowana droga, którą dopiero co szliśmy.
Rozejrzałem się wokoło. Obok mnie jest starszyna Sienin, żołnierze nieco
z tyłu stoją pod płotem. Niewielkie drewniane domki, bardziej podobne do
wiejskich chat -?wszystkie czernieją z tyłu po obu stronach ulicy. Przed
nami odkryte pole i na sto kroków praktycznie żadnej widoczności.
Powietrze jest tu czyste. Pociągniesz nosem -?ani smrodu, ani
spalenizny. W gardle drapie tylko sadza, która osiadła wcześniej.
-?Gdzie zanocujemy? -?zapytałem starszynę. -?Domy wszędzie są maleńkie.
Wszyscy do jednego nie wlezą.
Starszy sierżant nie zdążył odpowiedzieć. Któryś ze stojących z tyłu
żołnierzy potarł zapałką i postanowił zapalić. Na błysk ogieńka, z ciemności, od strony odsłoniętej drogi, gorącymi smugaczami wygarnął
karabin maszynowy. Kule szły wyżej nad głową, na poziomie dachów,
doszedłem zatem do wniosku, że nie trzeba padać na ziemię. Starszyna
Sienin również pozostał na nogach, odprowadzając kule wzrokiem.
Patrzeliśmy przed siebie, tam, gdzie droga uchodziła w mrok i gwałtownie
opadała w dół. Stamtąd, z zagłębienia terenu, leciały w naszą stronę
rozpalone kule. W ślad za pierwszymi strzałami ciemność przecięło
jeszcze kilka długich serii, które zabrzęczały po sąsiednim blaszanym
dachu. Mimowolnie pochyliliśmy głowy, lecz staliśmy dalej. Słychać było,
jak kule świszczą i uderzają w metalowe pokrycie.
Lecz co było w owym ostrzale dziwacznego i niezwykłego? Ani okrzyku -
"Stój! Kto idzie?", -?ani innych rosyjskich czy niemieckich słów i przekleństw. Nie wydałem moim żołnierzom komendy "padnij!". Wszystko
stało się samo z siebie w mgnieniu oka. Żołnierze ujrzeli kule, szybko
odbiegli do tyłu i teraz, przycisnąwszy brzuchy, leżeli w przydrożnym
rowie. Ja i starszyna staliśmy i patrzyliśmy, skąd bije karabin
maszynowy.
-?Kto to, nasi czy Niemcy? -?powiedziałem głuchym i ściszonym głosem. -
Jeśli nasi, to dlaczego na nas nie zawołali jak należy i tłuką po
swoich, nie patrząc?
-?To Niemcy, towarzyszu poruczniku! -?odrzekł starszy sierżant
zachrypniętym basem. -?Mogli podejść do miasta po linii kolejowej od
strony Olenina!
Wspiąłem się po schodkach na otwarty ze wszystkich stron ganek i postanowiłem popatrzeć z góry, skąd strzela karabin maszynowy. Doszedłem
do wniosku, że w ciemności nie powinni mnie zauważyć, więc bezpośrednie
trafienie jest prawie niemożliwe.
Starszyna obejrzał się do tyłu i powiedział coś do leżących w rowie
żołnierzy. Wiekiem wszyscy wojacy byli dużo starsi ode mnie. Ich
doświadczenie życiowe podpowiedziało im, że stać tu nie należy, bo można
złapać kulkę. Od razu odbiegli w tył i schowali się w rowie. A ja po to
jestem porucznikiem, żeby stać na ganku i patrzeć przed siebie na drogę.
Powinienem decydować, co robić dalej.
Wraz z sierżantem przeczekałem ostrzał, choć każdy z nas mógł zaliczyć
zabłąkaną kulę w brzuch -?niech no tylko strzelec obniży trochę
celownik.
Pod kulami znaleźliśmy się po raz pierwszy i naturalnie nie do końca
rozumieliśmy, jak zabijają ludzi. Nie mieliśmy przy sobie nawet środków
opatrunkowych. Przy odjeździe z Moskwy wszyscy myśleli, że po przybyciu
na front wszystko nam zapewnią i wydadzą. Lecz sprawy potoczyły się tak,
że zostaliśmy bez środków opatrunkowych.
Tak jak wcześniej, staliśmy i patrzyliśmy w ciemność -?ja na ganku, a starszyna cztery stopnie niżej.
-?A może to nasi? -?zapytałem starszynę, schodząc po schodkach na
ziemię.
-?U naszych, poruczniku, pocisków smugowych nie widywałem.
Staliśmy w zadumie, milczeliśmy i nie wiedzieliśmy, co robić. Świst kul
na jakiś czas ucichł. Ale oto znowu z brzękiem uderzyły w dach i zmusiły
nas do pochylenia się. Po raz pierwszy nad głowa gwizdały mi prawdziwe
kule. Wydawały jakiś wstrętny brzęczący dźwięk. Nie wyobrażałem sobie,
aby mogły tak po prostu pozbawić człowieka życia. Za to moi żołnierze
pojmowali to lepiej ode mnie. Od razu wykalkulowali, że nie powinni
pchać się do przodu.
Przed sobą widziałem jak kule, przelatując nad samym grzbietem pagórka,
zaczepiały o ziemię i rozlatywały się wachlarzem w górę na różne strony.
Od razu zrozumiałem, że nie ma najmniejszego sensu kłaść się na ziemię.
Karabin maszynowy raz jeszcze wygarnął w naszą stronę, a strzelec
widocznie chciał wycelować nieco niżej, bo na brukowanej drodze wyrósł
rozcapierzony snop gorących smugaczy. Uderzały o kocie łby i leciały
wachlarzem w górę. Stało się dla mnie jasne, że znajdujemy się w martwej
strefie ostrzału. Stoimy w takim miejscu, w takim punkcie terenu, do
którego kule nie dolecą. Starszyna najwidoczniej również o tym pomyślał.
"Niechaj pomyślę -?zwróciłem się w myślach sam do siebie. Jak zatem
mogli dostrzec ogieniek zapalonej zapałki czy skręta, jeśli kule
karabinu maszynowego zaczepiają o kamienie na drodze, gdy strzelec
usiłuje celować trochę niżej? Ktoś tam u nich stoi wyprostowany i koryguje ogień, a strzelec bije z pozycji leżącej. Karabin maszynowy
ewidentnie próbuje nas wymacać i stara się puścić serię na poziomie
podnóża ściany domu, ale to mu się nie udaje."
Odeszliśmy z Sieninem od ganku, a kule grzechotały teraz po blaszanym
dachu od naszej strony. Nie wiedząc, co robić i jakie podjąć kroki,
stałem niezdecydowanie za węgłem i myślałem. Patrzyłem na drogę i usiłowałem sobie przypomnieć pasujący przykład z kursanckiej praktyki na
uczelni wojskowej, ale nie znajdowałem odpowiedzi. Nie mogę przecież
haniebnie umykać przed pierwszą napotkaną kulą czy serią z erkaemu.
Obejrzałem się za siebie. Żołnierze już nie palili. Nad krawędzią rowu
spod hełmów wyzierały ich twarze. Na twarzach -?niedowierzanie.
-?Na co on czeka? O co mu tak naprawdę chodzi?
-?Trzeba czmychać czym prędzej! A on stoi i marnuje czas!
-?Niech no jeszcze wymyśli -?"Pełzaniem, naprzód marsz!"
Niestety było ciemno i nie mogłem przywiązać nazwisk do twarzy. A tak po
prawdzie, należałoby znać swoich żołnierzy i wiedzieć, który z nich
bojaźliwie skulił się w rowie.
Strzelanina ustała. Dokładnie zanotowałem w pamięci, skąd strzelał
karabin maszynowy. Wzgórek, za którym skrywała się droga, był bliżej
niemieckiego erkaemu niż mnie. Mogłem go dosięgnąć płaskim ogniem,
celując według lecących na spotkanie pocisków smugowych. Mógłbym ściąć
tych, którzy stali koło karabinu maszynowego.
-?Starszyna! -?powiedziałem zdecydowanym tonem. -?Szybko erkaem na
ganek!
-?Co wy, towarzyszu poruczniku! Nie mamy środków opatrunkowych!
-?Dwaj erkaem! Mówię do ciebie przecież! Sam będę strzelać! Celowniczego
zostaw pod płotem!
Żołnierze w rowie cofnęli się.
"Całe życie sobie nie daruję, że na oczach wszystkich przestraszyłem się
niemieckiego karabinu maszynowego!" -?pomyślałem.
Starszy sierżant wezwał strzelca, wziął od niego erkaem, ustawił go na
ganku, położył obok dysk nabity nabojami i odszedł za róg domu.
"Dobrze zrobił -?pomyślałem. -?Nie ma sensu ryzykować we dwóch naraz."
Ustawiłem listwę celownika na odpowiednią odległość, uderzeniem dłoni
wcisnąłem dysk pod blokadę w komorze, zarzuciłem pas nośny za łokieć,
przycisnąłem kolbę erkaemu do ramienia i policzka i zacząłem spokojnie
czekać na ukazanie się smugowego ognika nad załamaniem drogi. Z broni
strzeleckiej kropiłem doskonale. Długo czekałem na pojawienie się błysku
smugaczy. Ale oto wreszcie zalśnił w ciemności. I wtedy nacisnąłem
spust.
Pięć kul, jeszcze pięć i ponownie krótka seria w tamtą stronę.
Uspokajałem sam siebie, że mierzony ogień należy prowadzić krótkimi
seriami.
"Strzelaj celując, spokojnie, bez pośpiechu!" -?mówiłem sam do siebie,
puściwszy jeszcze trzy krótkie serie nad krawędzią drogi.
-?Towarzyszu poruczniku! Karabin maszynowy zamilkł! Zatkał się zaraz po
waszym pierwszym wystrzale! -?powiedział basem starszyna, wychodząc zza
węgła.
Daję jeszcze trzy krótkie serie, wpatruję się i czujnie wsłuchuję w ciemność, po czym podnoszę się z ganku. Rozkazuję starszynie zabrać
erkaem i oddać go celowniczemu.
-?No i teraz, starszyna, mamy porządek! A w sercu mam błogość i spokój!
Jak ci to lepiej wytłumaczyć?
-?Teraz można spokojnie podreptać z powrotem i poszukać nowej drogi!
-?Ale z naszymi żołnierzykami to się jeszcze goryczy nałykamy!
Zapamiętaj moje słowa!
I faktycznie, potem starszy sierżant trafił wraz z nimi do niewoli, a mi
te słowa na długo utkwiły w pamięci.
Miałem dobry nastrój. Zmusiłem do milczenia niemiecki karabin maszynowy.
Choć tak naprawdę nie zrobiłem niczego szczególnego.
-?Idziemy z powrotem! -?zakomenderowałem, odwróciłem się i poszedłem
wzdłuż parkanu. Być może Niemcy zdążyli przeprawić się przez Wołgę i podejść do miasta z tej strony. Czy nie strzelałem aby po swoich?
Żołnierze wylegli z rowu, wyprostowali plecy, zarzucili karabiny na
ramiona i poszli, skrobiąc flekami butów po nawierzchni.
"No i płochliwi jacyś są" -?pomyślałem, patrząc z ukosa w ich stronę.
Wszyscy w konkretnym wieku i o solidnym wyglądzie. Kiedy nie strzelają,
rozmawiają, wszystkiego dociekają z przekonaniem, a nawet z uporem.
Zapewne im mniej człowiek wie, tym bardziej jest przekonany o własnym
zdaniu. I oto idą, skrobiąc buciorami po bruku, moi żołnierze, z którymi
jutro mam zaczynać prawdziwą wojnę. Usłyszeli poświstywanie kul i pochowali się! Trafili pod ostrzał i wpadli do rowu!
A może ja tak... niepotrzebnie, może nie mam racji? Być może się mylę? W tej chwili faktycznie wyglądają na umęczonych i skonanych. Przecież
przeszliśmy bez mała siedemdziesiąt kilometrów i przez całą dobę ani
razu nie przysiedliśmy. Szliśmy cały wieczór, całą noc i potem cały
dzień. Teraz jest już noc, a końca drogi nie widać! Oni zwyczajnie
opadli z sił i padają z nóg, więc uwalili się w rowie, żeby odpocząć. Ja
jestem młodszy i trzymam się na nogach, a dla nich takie leżenie w rowie
to od dawna wyczekiwany odpoczynek.
Jak odebrać ten ostrzał? Jako początek wojny? Chrzest bojowy? Czy
pierwsze przerażenie? Moi czterdziestoletni żołnierze nie tylko nie
zechcieli odpowiedzieć ogniem, ale byli głęboko przekonani, że powinni
wojować wyłącznie w podziemnych schronach. Nigdy nie przypuszczali, że
trafią do piechoty niczym prości żołnierze-strzelcy. Nie uważali się za
odpowiednich do służby liniowej , ponieważ zostali wybrani do siedzenia
pod ziemią w betonowych kaponierach. Na powierzchni ziemi mogłem wojować
ja, starszyna Sienin i żołnierz Zacharkin. Wszyscy pozostali byli
specjalistami i mogli obsługiwać wyłącznie podziemną technikę. Nawet na
front wysłano ich z myślą, aby siedzieli w rejonie umocnionym, a nie
biegali jak głupcy z karabinami przez pierś i krzyczeli pod kulami
"Ura!". Wtedy, maszerując po mrocznych ulicach Rżewa, wiele
przemyślałem.
Zawinąwszy za róg, poszliśmy z powrotem do miasta. Po jakimś czasie
dotarliśmy do drugiej brukowanej ulicy, odchodzącej na północ.
Skręciliśmy nią w ciemność i pomaszerowaliśmy w nowym kierunku.
W mieście nadal było bezludnie, głucho i cicho. I tylko dźwięczne
uderzenia stalowych fleków żołnierskich butów ostro i głośno grzmiały na
kamiennej jezdni.
Idę i przyglądam się fasadom domów, dębowym wierzejom i niewyraźnym
płotom. Kroczę środkiem brukowanej ulicy, rozglądam się na boki i usiłuję zrozumieć, co tak naprawdę jest szczególnego i godnego uwagi w wyglądzie tego miasta. Gdzie się podziała pięćdziesięciotysięczna
ludność? Za dwa dni domy, ulice i całe miasto znikną w ogniu i obraz
starego grodu pozostanie tylko w pamięci żywych ludzi. Całkiem niedawno
kotłowało się tu prawdziwe życie i kipiały ludzkie namiętności. Dni
mijały na troskach i pracy. W domach mieszkali ludzie, w piecach wrzały
gary, na kuchniach syczały patelnie, na węglach sapały samowary,
skrzypiały deski podłogowe, trzaskały drzwi, bielizna wisiała na
sznurkach, przy szopach rąbano drewno i składano je w stosach pod
płotami, a po ulicach turkotały wozy. I co jest charakterystyczne: gdzie
nie spojrzeć, wszędzie parterowe, otoczone na głucho płotami, prywatne
domy i bramy, zamknięte na zasuwy i rygle. Okna domów szczelnie
zasłonięte dwuskrzydłowymi okiennicami. Oszczędzają szyby czy boją się
złodziei?
Stoją wśród nich i zmurszałe, całkiem pochylone domeczki kryte gontem,
zzieleniałym od starości. W niektórych dachy porosły drobnym mchem
przypominającym aksamit.
Rżew jest różnorodny. Jednak większość domów jest jeszcze solidna i przyzwoicie zbudowana. Przy ulicy stały także jednopiętrowe drewniane
domy mieszkalne. Zapewne mieszkali w nich robotnicy. Wychodziły fasadami
bezpośrednio na ulicę, okna miały otwarte na oścież, drzwi majtały się
na obwisłych zawiasach. Wewnątrz hulały przeciągi i wiatr, z wnętrza
wylewały się na ulicę rozmaite zapachy. Pachniało mieszkaniami,
sprzętami kuchennymi, spalenizną nafty, czymś skisłym, jakby
skwaśniałymi gotowanymi ziemniakami albo kiszoną kapustą. Już całą dobę
niczego nie jedliśmy i od tych kuchennych zapachów burczało w brzuchu,
mąciło świadomość, zbijało z nóg.
Starszyna Sienin to prawdziwy niegodziwiec! Niepotrzebnie wtedy przy
pożarze zrugał żołnierza Zacharkina. Z otwartego okna jawnie zawiało
zapachem kiszonej kapusty. A gdyby tak teraz kapuśniak ze świninką? Całe
zmęczenie by przeszło!
Starszy sierżant Sienin maszeruje obok. Pociąga z kułaka papieroska i milczy. Oto i jego nos prowadził ku otwartemu oknu, ale potrząsnął głową
jak byk i nic nie powiedział. Milczą też zołnierze, wychwytując zapach.
Dosyć tego! -?postanawiam. Nie będę rozpoczynać dyskusji z powodu
kapuśniaku. Starszyna ma lepszy węch niż ja. Kiedy zza Wołgi
podchodziliśmy do Rżewa, światła i samego pożaru za lasem nie było
widać. Obrócił wtedy do mnie głowę i powiedział:
-?Pachnie spalenizną, poruczniku! Rżew jest gdzieś niedaleko, miasto
musi się palić.
Szedłem wtedy drogą i zapachu spalenizny nie czułem. Teraz, gdy
przechodziłem obok otwartych okien, uderzył mnie w nozdrza zapach
przypalonych ziemniaków na słoninie. Starszyna pokręcił nosem,
poczochrał się dłonią za uchem, potarł podbródek, spojrzał ze złością w tamtą stronę i westchnąwszy głęboko w milczeniu przyspieszył kroku.
-?Bracia, pachnie jedzeniem! -?powiedział głośno któryś z żołnierzy.
-?Wędruj, wędruj! -?usłyszałem głos Zacharkina. -?Na mnie za łyżkę się
wydzierali! A sami? Tylko przypalonymi ziemniaczkami zapachniało, a już
ślinka poleciała!
-?Nie zostawać! -?krzyknął basem starszyna.
Żołnierze przyśpieszyli kroku i od razu jakoś się zgarbili i stracili
humor.
Nie wszystkie domy mieszkalne były tak samo szare i podobne do siebie.
Komunalne budynki patrzą na ulicę fasadami. A prywatne głównie kryją się
za płotami. W leciwych domach przyzby są z ziemi, a te całkiem stare i na wpół zniszczone osiadły w ziemi i wrosły w nią po same okna. Stały
przez całe wieki, a teraz wraz z innymi dożywają swego ostatniego dnia.
Ulica, ulica! Wszystko tu przycichło i czeka, aż zbliży się ogniowa
burza!
Domy są niczym żywi ludzie. Mają różne charaktery, wygląd i styl: szare,
ciemne, gładkie i sękate, przygarbione i wyprostowane o wielkiej urodzie
i posturze, z wyglądu nieco jak nasz starszyna. Każdy jest inny, a jednocześnie w czymś podobny wyglądem swych okiennic, obramowań, drzwi i okien.
Wszystkie zostały kiedyś zbudowane od nowa wprawną i pokrytą odciskami
ręką. Przestały wiele lat, służyły ludziom, były dla nich bliskie. Wielu
ludzi spędziło tu dzieciństwo i młodość, cicho i niezauważalnie upłynęło
tu całe ich życie. Każdy miał tu swój kącik, swoją furtkę, rozpoznawalną
po omacku, drzwi otwarte szeroko na ulicę, skrzypiące schody i deski
podłogi, niewielki pokój i tanie tapety na ścianach.
Tam w ramce pod szkłem wiszą na ścianie fotografie ludzi, którzy tu
kiedyś mieszkali i dawno odeszli z tego świata, nie pozostawiając po
sobie śladu na ziemi. Oto otwarte okienko z kretonową zasłonką i doniczką geranii na parapecie. Wszystko to dziś stoi i czeka swej
ostatniej godziny. Jutro wszystko spłonie, zamieni się w hałdę szarego
żużlu i niepotrzebnego popiołu. Nie będzie ani miasta, ani znajomej
ulicy, ani rodzinnego domu, gdzie wcześniej był i mieszkał człowiek.
Potem będą do niego wracać tylko w snach. Rodzinnego domu nigdy nie da
się zapomnieć!
Gdzieś z tyłu buszuje i ryczy pożoga. Płomienie pędzą ulicami coraz
szybciej.
A może w tych domach otoczonych płotami siedzą ukryci żywi ludzie?
Powiedzmy, właściciel domu -?były handlarz z bazaru albo furman z prywatnym zezwoleniem, który nagromadził złotka czy innego dobra. Siedzi
w środku i czeka na zmianę władzy. A dopóki idziemy i postukujemy butami
po jezdni to znaczy, że władza jest na miejscu i jeszcze się nie
zmieniła.
Spalicie się odszczepieńcy żywcem ze swoim dobrem, jeśli w oczekiwaniu
na nowe rządy będzie zawzięci i uparci. Nie wolno sprzedawać swej ziemi
i narodu. Na darmo się ukryliście i zamknęliście na zasuwy. Dach i ściany domu, płoty, oka i drzwi nagrzeją się nie wiadomo kiedy,
płomienie w jednej chwili ogarną wszystko wokół. Spłoniecie w strasznym
ogniu i nie zdążycie pisnąć.
Żołnierze idą po brukowanej jezdni, grzmią stalowymi flekami wśród
milczenia nocy.
Niepotrzebnie chowają się i kryją przed nami. Jesteśmy prostymi
żołnierzami i takimi samymi Rosjanami. Nas także czeka nieznane. My
chcemy tylko zapytać, dokąd prowadzi ta droga? Nie mamy sił, aby stukać
po kolei do każdego domu i pytać o drogę odludków, zamkniętych i pochowanych, siedzących po cichu, którzy nie wiedzą, że w "Wielkich
Niemczech" prawo chroni prywatną własność, ale tylko niemiecką. A pozostałe, inne nacje, podlegają likwidacji wraz z majątkiem. Nam,
żołnierzom wojny, cudze dobro i graty nie są potrzebne. Nam, biedakom,
pożar w Rżewie nie straszny. Żołnierzowi pas od karabinu przetarł ramię,
worek-plecak, nabity amunicją, tnie trokami kark. Tak rozmyślałem,
maszerując po martwym mieście.
Ulica, ulica! Cicha jesteś niczym pustynia! Drżysz i kołyszesz się w blasku płomieni pożaru i mroku nocy! Jaka będziesz jutro w jasnym
świetle słońca? Jesteśmy ostatnimi, którzy kroczą po twojej nawierzchni!
Przy rogu piętrowego domu, wprost na jezdni, twarzą do ziemi leżał
człowiek w żołnierskim szynelu. Leżał i nie ruszał się.
Do tej pory ani razu nie widzieliśmy zabitego. Oczywiście było to dla
nas coś nowego i niezwykłego. Żołnierze od razu go obstąpili. Stali i patrzyli na niego z góry, szukając oczami plam krwi na ulicy. Każdy
myślał po swojemu i wyobrażał sobie, jak to się stało i jak dopadła go
śmierć. Weźmy takie smugacze, gorejące w ciemności ołowiane kule. Jedna
taka, szybka i zwinna, nadleciała jak maleńka pszczółka, użądliła i nie
ma człowieka, nie ma żołnierza! Został szynel, buty i bezkształtne ciało
zabitego, leżące na jezdni.
To był prosty szeregowy, w pomiętym szynelu, bez pasa, bez hełmu czy
furażerki na głowie i bez swojego karabinu.
Wielu z naszych dziadków, popatrzywszy nań, obnażyło głowy. Stali nad
martwym ciałem żołnierza i tak, jak jest to przyjęte, przez jakiś czas
milczeli.
Starszy sierżant Sienin podszedł do tłumku, rozepchnął żołnierzy i pochylił się nad trupem.
"Czego on tam węszy? -?pomyślałem. -?Chce poznać po zapachu, czy dawno
go zabili?"
Starszyna pochwycił leżącego na brzuchu za rękaw i pociągnął do siebie,
przewracając go ostrożnie na plecy. I ciało żołnierza nagle drgnęło i zaczęło oddychać. Wybełkotał coś niezrozumiałego i wszystkim od razu
wyrwało się -?"żyje!"
Starszyna nachylił się jeszcze niżej i z niesmakiem odwrócił nos w bok.
Następnie się wyprostował, chrząknął, pokręcił głową i odwrócił się do
mnie.
-?Pijany, towarzyszu poruczniku! -?wyjaśnił, spozierając na żołnierzy.
-?A to gagatek! -?krzyknął ktoś.
Dziadkowie z niezadowoleniem zaczęli zakładać furażerki i hełmy.
-?Dobrze by wiedzieć, skąd się wziął?
-?Sam widzisz, słowa nie wyciśniesz!
-?Bełkocze ze szczęścia!
-?Na pewno myśli, że to żona go szturcha! -?zaczęli mówić zołnierze.
Leżącego pociągnęli jeszcze raz za rękaw, ale poza przeciągłym "Mu!"
niczego nie uzyskali. Był nie do obudzenia.
Podszedłem do starszyny, popatrzyłem na leżącego pijaczynę i zwróciłem
się do swoich ludzi:
-?Który poniesie? Nie można porzucać człowieka w płonącym mieście!
Żołnierze stali, patrzyli na pijanego i uparcie milczeli. Rozumiałem to.
Każdy z nich był skrajnie zmęczony. Nikt nie wiedział, ile nas jeszcze
czekało wędrówki po mieście. Nikt nie chciał nieść na sobie pijanego.
Nie nalegałem i nie zmuszałem ich do tego. Każdy już ponad dobę był na
nogach. Idąc, przestawiali nogi, jakby ważyły tonę. Kończyny im opuchły,
kolana nie chciały się zginać. A tu jeszcze nieść na sobie taki ciężar.
Raz jeszcze obrzuciłem swych żołnierzy pytającym spojrzeniem, zobaczyłem
ich ponure, zapadnięte i poczerniałe twarze, odszedłem na środek ulicy i zdecydowanym głosem powiedziałem:
-?Idziemy!
Żołnierze westchnęli z ulgą i od razu przyśpieszyli. Dopiero co stali
przed nim z obnażonymi głowami, a teraz żywy stał się im niepotrzebnym
ciężarem.
Domy, oświetlone rozbłyskami pożogi , znowu popłynęły do tyłu. Przez
czarne kłęby dymu przebijały się niekiedy blaski płomieni i refleksy
pożaru.
Po jakimś czasie zobaczyliśmy pod płotem jeszcze jednego pijanego
żołnierza. Ten leżał wygodnie na miękkiej trawie i chrapał, jak to
mówią, na całe gardło. Żołnierze nie próbowali go szturchać ani budzić.
Na rogu ciemnego zaułka leżało jeszcze dwóch żołnierzy, pijanych w trupa. Jeden ułożył się na ganku, a drugi, jakby niższy stopniem,
zalegał na ziemi u nóg tego wyżej.
Dobrze, że nie ponieśliśmy na plecach tego pierwszego! Tu, żeby zebrać
wszystkich pijanych i wywieźć ich z miasta, trzeba całego taboru! Nic
to! Podejdzie ogień, dziobnie ich czerwony kur w dupska, od razu
otrzeźwieją i poderwą się na nogi!
-?Idziemy dobrym tropem! -?mówi mi starszyna.
I faktycznie, skręciwszy za róg, podeszliśmy do otwartej żelaznej bramy.
Na półokrągłej tabliczce z metalowej siatki, obramowanej odlewanymi
zawijasami i monogramami, przyciągał wzrok wypukły napis -?"Rżewskie
Zakłady Spirytusowe". A poniżej, o wiele mniejszymi, ale też odlewanymi
literami było powiedziane, że zakład został założony w 1901 roku.
Żołnierze zadarli nosy, bo spod hełmów słabo widać, i zaczęli czytać
napis na tabliczce. Rozkazałem, aby wszyscy pozostali na miejscu i nie
podchodzili do otwartej bramy.
-?Czytać z daleka! Nie odczepiać menażek!
-?Ja mam słaby wzrok, towarzyszu poruczniku! -?powiedział zachrypniętym
basem żołnierz-drągal.
Rozpiąłem kaburę, wyciągnąłem Nagana, przerzuciłem go w dłoni tak, jak
robią to w kinie, po czym pogroziłem lufą w jego stronę.
-?U mnie od razu odzyskasz wzrok! Wszyscy odejść pod płot i nie złazić z chodnika!
Żołnierze posłusznie, choć niechętnie, cofnęli się do parkanu.
-?Ledwie nogi wloką! A tu patrz! Poczuli wódeczkę i wywiesili jęzory! Do
gorzały, jak widać, gęba pierwsza! Niech tylko który zrobi krok, to
położę na miejscu! Nie żartuję! Wszyscy zrozumieli? Mało wam tych
czterech, którzy się walają po ulicy? Na zwiad pójdzie starszyna.
Pozwalam mu wziąć ze sobą jednego żołnierza! A wy stójcie w miejscu,
patrzcie na tabliczkę i wąchajcie z daleka! I niech nikt nie pali! Bo od
jednej zapałki wylecicie w powietrze!
Starszyna wziął ze sobą szeregowego Zacharkina. Starszy sierżant i żołnierz, któremu teraz okazano szczególne zaufanie, zniknęli w przejściu za żelazną bramą.
Od razu zrozumiałem, że żołnierzom należy wydać określoną porcję wódki.
Niech żołnierska dusza odrobinę odtaje, to i ustąpi drętwota w nogach.
Nakażę starszynie wydać każdemu po sto pięćdziesiąt gram, nie więcej. I to bez żadnego upraszania z ich strony -?gdy tylko dojdziemy na miejsce
noclegu.
Nasz dowódca kompanii, porucznik Archipow, którego teraz z nami nie
było, potępiłby mnie. W istocie rzeczy dałem starszynie milczącą zgodę.
"Ale wymyślił! -?powiedziałby mi porucznik. -?pozwolił starszynie iść po
spirytus!". Ale spróbuj nie pozwolić, utrzymaj ich siłą -?mówił mi
wewnętrzny głos. Nocą, kiedy wszyscy posną, pójdą i napiją się, ile
wlezie. Urżną się do utraty świadomości, a potem biegaj, szukaj ich,
zbieraj. Trudno przewidzieć, co to za naród i do czego jest zdolny.
Ponad miesiąc razem i żadnego z nich nie znam, jak należy. Przyglądać
się -?przyglądam. I od każdego oczekuję jakiegoś wybryku. Który jest
pewny? A który przez całe życie jest bałaganiarzem? Wiek nie ma tu
żadnego znaczenia. Wszystko zależy od przyzwyczajeń i charakteru
człowieka. Niech lepiej idą za wiadrem spirytusu, jak cielak za wiadrem
z wodą.
A w kwestii picia to już się kiedyś wykazali. W eszelonie, gdy jechali
na front, pociąg stał w Moskwie na stacji w Lichoborach i zdołali wtedy
w tajemnicy przed wszystkimi przynieść do wagonu butelki z alkoholem.
"Wypij, poruczniku! -?prosili. -?Dla ciebie się wystaraliśmy i skombinowaliśmy czerwonego cerkiewnego kagora!" -?przypomniały mi się
ich nadskakujące głosy.
A co się tak naprawdę zmieniło od tamtej pory? Że niby stali się lepsi?
Dlaczego dzisiaj nie zabroniłem starszynie? Zawsze to lepiej wydać im
według normy, niż z nimi wojować i trzymać na smyczy. Przyjdą na miejsce
noclegu, połkną stosowną porcję i od razu zasną. Rano się obudzą, a spirytusu już nie będzie. Nie będę wystawiać na noc wart. Postawisz czy
nie, i tak wszyscy usną!
Wkrótce w mroku bramy pojawił się starszy sierżant, za którym z tyłu
szedł Zacharkin. Niósł w ręku wiadro, wypełnione spirytusem. Żołnierze
stojący pod płotem od razu się ożywili. Zmęczenie gdzieś zniknęło,
wyprostowały się plecy i pojawiły uśmiechy. Gęby się im przy tym
rozciągnęły od ucha do ucha. Poleciały żarciki, dowcipy i rozmaite
nieprzyzwoite słówka.
-?Prowadzący! Zachować odstęp! Krokiem naprzód marsz! -?podałem komendę
i ruszyliśmy z miejsca.
Szedłem za czujką, starszyna Sienin obok, a Zacharkin z wiadrem trzy
kroki z tyłu. I kiedy ożywienie i żołnierskie żarty zamieniły się w ogólny poryw, odwróciłem się i powiedziałem:
-?Do wiadra na pięć kroków nie podchodzić! Kto nie chce zostać bez
wódki, niech trzyma dystans! To mój rozkaz! I żarciki na bok!
-?Towarzyszu poruczniku! Pozwolicie wiadro powąchać? Bo może starszyna
dla kawału zwykłej wody tam nalał. A my idziemy jak głupki i trzymamy
odległość.
-?Zacharkin! -?zwróciłem się do żołnierza. -?Życie ci drogie?
Odpowiadasz głową, jeśli któryś z nich podejdzie do ciebie choć na pół
metra bliżej! Wtedy nakazuję użyć broni! Strzelać z bliska i bez
uprzedzenia!
-?Oni do mojego wiadra nie podejdą!
Zacharkin postawił wiadro na jezdni, zdjął z ramienia karabin, odciągnął
ręką zamek, zagnał nabój do komory i zwolnił bezpiecznik. I wszyscy
żołnierze od razu zrozumieli, że z Zacharkinem żartów nie ma. Zacharkin
to ten sam żołnierz, z którego się śmiali, że po drodze zgubił swoją
łyżkę. Teraz można przyjąć, że był trzecią personą w plutonie. Po
poruczniku i starszym sierżancie, ze swoim wiadrem był na najbardziej
eksponowanym miejscu.
Tak oto utrata nic nieznaczącej łyżki nagle postawiła go w centrum
uwagi. Plutonowemu, dowódcy działonu, nie powierzono niesienia wiadra, a jego, będącego u wszystkich wiecznym chłopcem na posyłki, obdarzono
takim zaufaniem i szczególnym honorem.
Wróciliśmy zaułkiem i wyszliśmy na główną ulice. Ubezpieczenie poszło
przodem, Zacharkin z wiadrem dwadzieścia metrów z tyłu, potem ja i starszyna Sienin, a nieco za nami pozostali żołnierze.
Idę środkiem ulicy i rozglądam się na boki. Trzeba wybrać odpowiedni dom
na nocleg. O, myślę sobie, taki piętrowy będzie nam pasować, a jeśli
trafi się dalej, to wejdziemy i przenocujemy. Czuć już przedmieścia, ale
końca ulicy jeszcze nie widać.
Obok przepłynęły zamknięte okiennice, głuchy płot z desek i blaszany
dach. I nagle w sąsiednim domostwie przez szparę w dwuskrzydłowych
okiennicach mignęło światełko. Dostrzegłem całkiem wyraźnie, jak
błysnęło i zgasło. Od razu się zatrzymałem. "Może mi się wydawało" -
pomyślałem.
-?Co to, poruczniku? Zwichnęliście nogę? -?zapytał starszyna, odwracając
się za siebie.
-?Nie, Sienin! Ogieniek błysnął w oknie. Widziałem wyraźnie za tamtą
zamkniętą okiennicą. Widzisz no, w domu ciemno, okna pozamykane, ani
głosów, ani płaczu dzieci, żadnego ruchu ani szmeru. Ktoś od wewnątrz
patrzył przez szparę, zobaczył nas, zdusił ogień albo zasunął zasłonę.
Usłyszeli kroki na ulicy i postanowili popatrzeć, kto tam idzie -?swoi
czy Niemcy. Jeśli w tym domu są żywi ludzie, powinniśmy tam zajść i dowiedzieć się, dokąd prowadzi ta droga.
-?Zaraz wszystko zrobimy, towarzyszu poruczniku!
Starszyna przywołał do siebie czterech żołnierzy i powiedział im:
-?Pójdziecie ze mną! Trzeba sprawdzić ten dom!
Zrobiłem trzy kroki do tyłu i zacząłem uważnie obserwować okiennice.
Chciałem odszukać tę samą szczelinę, z której błysnął ogieniek, ale
więcej nie było go widać.
Starszyna podszedł do furtki, szarpnął za klamkę, lecz furtka była
zamknięta. Brama również była zamknięta od wewnątrz na zasuwę. Starszyna
odczepił od pasa swój bagnet, wsunął ostrze pod zasuwkę i pociągnął
furtkę do siebie. Żelazny rygiel ustąpił do góry, prosta zawora stuknęła
dźwięcznie i zamknięta na głucho furtka otworzyła się.
Starszyna wskazał żołnierzom zamkniętą bramę, kazał im zdjąć poprzeczną
belkę i otworzyć wierzeje szerzej.
-?Proszę, towarzyszu poruczniku, droga wolna!
Odwróciwszy się do żołnierzy, którzy pozostali na jezdni, w milczeniu
pokazałem na okna i dodałem:
-?Być w pogotowiu i mieć oczy otwarte!
A sam wraz ze starszyną i czterema żołnierzami wszedłem na wewnętrzny
podwórzec domu. Był niewielki, otoczony na głucho wysokim płotem.
Naprzeciwko szopa, po prawej płot, po lewej ganek z jednym schodkiem.
Przed nami elewacja czterościennego domu z bali. Dom nie ma okien
wychodzących na podwórzec. Starszyna zrobił krok na ganek i pociągnął za
klamkę drzwi. Były zamknięte od środka na zasuwę. Starszy sierżant
głośno i z rozmachem zadudnił kułakiem w drzwi, ale na stuk nikt nie
odpowiedział.
Do głowy nam nie przyszło, że w domu mogli się usadowić i przyczaić
Niemcy. Działaliśmy jawnie, niczego się nie bojąc, jak u siebie w domu.
Starszyna odwrócił się tyłem do drzwi i z całej siły kilka razy uderzył
w nie obcasem buta. I tym razem na łomot buta nikt nie odpowiedział.
Starszyna uderzył jeszcze parę razy. Jednak w środku dalej było martwo i głucho.
-?Może mi się pomyliło? -?powiedziałem do Sienina.
Lecz on, jak chart w gonitwie, już niczego nie chciał słyszeć.
-?Przynieść kwadratową belkę z bramy! -?nie odpowiadając mi, rozkazał
żołnierzom. -?Po co czas po próżnicy tracić! Jak sami nie otwierają,
wywalimy drzwi razem z zasuwą i zawiasami! Zaraz nam tu zatańcują!
Żołnierze podchwycili na ręce ciężką belkę i podali jej koniec
starszynie. Na komendę sierżanta rozkołysali bal i uderzyli w drzwi.
Pierwszy atak był nieudany. Zawiasy i zasuwa trzymały.
-?No, dajcie trochę w bok, tutaj! Tu rąbniemy! Brać razem! Raz, dwa,
rozmachać... Gotowi? Na moją komendę... poszło!
Drugie uderzenie trafiło w odpowiednie miejsce. Drzwi zachrzęściły i otworzyły się z hukiem. Deski, szczapy, gwoździe i złamana zasuwa -
wszystko poleciało na podłogę.
-?No i po robocie! Pełen sukces! -?powiedział starszyna, podając belkę
do tyłu na ręce żołnierzy.
Stanąłem przed otwartymi drzwiami. Przede mną był wąski ciemny korytarz.
Drzwi do wewnętrznej części domu znajdowały się po lewej stronie.
Pomiędzy drzwiami i nadprożem widać było wąski pasek światła. Wyglądało
na to, że te drzwi nie były zamknięte. A być może gospodarze domu
zawczasu zdjęli wewnętrzny haczyk zakładając, że i te podwoje mogą im
wywalić razem z zawiasami.
Starszyna delikatnie pociągnął je do siebie. Drzwi zaskrzypiały żałośnie
i uchyliły się. Na gest starszyny dwóch żołnierzy szybko stanęło po obu
stronach, podrywając karabiny.
Starszy sierżant jeszcze raz pociągnął za klamkę i drzwi ponownie
zaśpiewały cieniutkim głosem. Staliśmy w ciemnym korytarzu, patrząc w na
wpół otwarte wejście. W mroku korytarza za progiem widać było oświetloną
wewnętrzną część domostwa.
Zupełnie nie oczekiwaliśmy, że ujrzymy przed sobą zapalone świece i płonące lampki oliwne. Od wewnątrz, od strony ulicy i podwórca to był
zwyczajny i szary dom z bali, bardziej podobny do wiejskiej chaty. A zajrzawszy do środka, do oświetlonych migoczącym ogniem pokoi,
ujrzeliśmy coś na podobieństwo ołtarza, świątyni wiary, klasztoru.
Na środku pokoju stał długi stół. Na stole leżały wyszywane ściereczki,
na nich bochny chleba, solniczki z białą solą i cerkiewne prosfory.
Brakowało tylko czerwonego kagora, którym kiedyś w eszelonie chcieli
mnie poczęstować moi żołnierze. Na stole stały wyczyszczone na błysk
ciężkie lichtarze z brązu. Wetknięto weń woskowe świece, cienkie jak
gwoździe. Paliły się jasnym, żółtym płomieniem. Do głowy przychodziła
znana niegdyś piosenka: "Pamiętasz tę nockę ciemną ? W trojce mknęliśmy
we dwoje. I tylko latarnie palą się samotnie, matowym i żółtym
ogniem..."48. Płomienie niektórych świec zgasły, zdmuchnięte
powiewem, gdy otworzyły się drzwi. Teraz dymiły i wydawały nieprzyjemną
won. Bił od nich zapach niczym od spalonych odpadków. Weszliśmy do domu
ze świeżego powietrza i teraz w twarze uderzył nam z pokoju ciężki
zapach ludzkich ciał. Czuć było potem, olejem palących się lamp i cerkiewnym kadzidłem.
Niziutka izba, gdzie ręką można dosięgnąć sufitu, to nie kopuła i nie
sklepienie cerkwi.
-?Dookoła wojna, a tutaj boży raj! -?powiedział starszyna, przestępując
przez próg izby.
W pierwszej chwili byliśmy oszołomieni i wręcz zmieszani. Lecz
rozejrzawszy się i szybko doszedłszy do siebie, śmiało wkroczyliśmy do
środka, schyliwszy się pod niskim nadprożem. Na ścianach i na honorowym
miejscu w kącie wszędzie wisiały ikony, z których patrzyły na nas
spokojne twarze świętych. Gdzie byś się nie odsunął, gdzie byś nie
odszedł, spojrzenie świętego zawsze podążało za tobą, a oczy w skupieniu
patrzyły w twoją stronę. "Centralna perspektywa" -?pomyślałem. Kiedyś
mówiono nam o tym na kółku artystycznym.
Przed każdą ikoną stała płonąca lampka oliwna. Odblask jej płomienia
cicho kołysał się w przezroczystym naczyniu, wypełnionym olejem. W rogu
przed dużą ikoną pali się duża lampa z czerwonego szkła w srebrnej
oprawie. Jest podwieszona do sufitu na trzech ażurowych i rozchodzących
się ku dołowi łańcuchach z brązu. Pod oknem, wzdłuż ściany frontowej,
stała szeroka drewniana ława.
Przy niej na podłodze modliły się mniszki w czarnych okryciach. Ich
twarze były ukryte pod czarnymi pelerynkami, ale sterczały spod nich
nosy, kościste podbródki i usta, pokryte wokół zmarszczkami. Pątniczki w milczeniu poruszały wargami i raz za razem, jak na komendę, żegnały się
i biły pokłony.
Nie odwróciły głów, gdy weszliśmy. Nie drgnęły i nie poruszyły się,
kiedy przestępowaliśmy próg ich klasztoru. Nie rzuciły nawet spojrzenia,
gdy podeszliśmy blisko do stołu. Z jeszcze większym zapałem, z jeszcze
większą gorliwością i pasją zaczęły się żegnać, chcąc przebić drewnianą
podłogę własnymi czołami. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.
-?No, boże krówki! Dlaczego nie otwierałyście drzwi? -?zapytał
starszyna, ryknąwszy swym potężnym basem.
Nawet płomienie zakołysały się w lampach i świecznikach. Ale pątniczki
nie odpowiedziały i nawet nie drgnęły pod jego gromkim głosem. Przestały
się tylko żegnać, zamarły, skamieniały i wywróciły oczy do góry.
Starszyna podszedł bliżej stołu, rozcapierzył kciuk, nacisnął okrągły
bochen ciemnego chleba i powiedział:
-?Jeszcze ciepły i całkiem świeży!
Zebrał ze stołu parę bochenków na zgięty łokieć, spojrzał na mnie i podał je stojącemu z tyłu żołnierzowi.
-?Nie mamy chleba! Żołnierze gryzą suchary. Zostało po trzy suchary na
jednego. A tu się szykowali, żeby Niemców chlebem i solą witać! Nie mam
czym karmić ludzi! -?zwrócił się do mnie Sienin, jakby się
usprawiedliwiając.
Modlące się nie tylko na niego nie spojrzały, ale udały, że niczego nie
widziały i niczego nie słyszały. W martwym i płonącym mieście
zetknęliśmy się z istotami niezdolnymi do wymówienia słowa. Przed nami w świetle palących się lamp oliwnych mrocznie migotała przygnebiająca
rzeczywistość średniowiecza. Staruszki, od których wiało nieuchronnymi
zaświatami, siedziały w izbie wypełnionej ciężkim grobowym powietrzem i odrażającą mieszaniną woni płonącego w lampach oleju i zatęchłego
tłuszczu świec.
Wykorzystując nasze milczenie, staruszka, która klęczała przed
wszystkimi najbliżej wiszącej w rogu dużej ikony, zaciągnęła głuchym
piersiowym głosem jakąś modlitwę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. "Co to takiego wojna?" -?słowa autora, które zebrać w jeden tekst w 1984 roku przyszło mi już samemu. Nie chciałem pozostawiać ich poza rękopisem. [wróć]
2. Podczas "pierestrojki" w 1990 roku przemianowany na Twer. [wróć]
3. Stacja Czuprianowka -?drugi przystanek na linii kolejki elektrycznej Twer -?Moskwa. [wróć]
4. "Patron" -?wojskowy żargon określający naboje, w tekście książki pozostawiony bez zmian. [wróć]
5. K. Simonow kiedyś zauważył, iż "nie mając osobistego doświadczenia, w ogóle nie można pisać o wojnie". Zbiór "Literatura wielkiego czynu", M., 1970, wyd. 1, s. 61. [wróć]
6. Autor opowiadał, jak kręcono "kronikę wydarzeń" podczas wojny: "Kompanię odprowadzali na tyły i kazali biegać po polu". Oto, jakim sposobem nasi bohaterscy "frontowi" kinooperatorzy kręcili "dokumentalną kronikę". [wróć]
7. Dowództwa szczebla batalionu, pułku i dywizji. [wróć]
8. DKA (ros. ДКА -?Действующая Красная Армия) -?część sił zbrojnych, prowadzących podczas wojny działania bojowe oraz zabezpieczających te działania. [wróć]
9. To nie są tylko piękne słowa, to realność. Autor był z powołania artystą. 40 lat po wojnie, gdy zaczął pisać wspomnienia, widział swoją wojnę niczym film w kolorze. [wróć]
10. Początkowo autor napisał "kobiet", a później, w wariancie dla uczniów zmienił je na "mieszkańców". [wróć]
11. O stratach Rosji i Niemiec podczas drugiej wojny światowej. [wróć]
12. Odznaczona Orderem Czerwonego Sztandaru Moskiewska Wyższa Oficerska Szkoła Wojskowa Piechoty im. Rady Najwyższej RSFRR (zwana także Kremlowską, albowiem od 1918 do 1935 roku zapewniała ochronę i obronę Kremla i tam była rozmieszczona). 7 listopada absolwenci uczelni brali zwykle udział w paradzie na Placu Czerwonym. 22 czerwca 1941 roku kursanci uczelni przebywali na letnich poligonach na brzegu jeziora Sienież. Po mityngu na okoliczność wystąpienia Mołotowa w radiu, związanym z wypowiedzeniem wojny, prawie wszyscy kursanci złożyli wnioski o natychmiastowe skierowanie na front. Ze słów autora: on w owym czasie siedział w areszcie wojskowym. [wróć]
13. Miasto Sołnecznogorsk w obwodzie moskiewskim. [wróć]
14. Lista odnalezionych w "OBD Memoriał", 297 Samodzielny Batalion Broni Maszynowej i Artylerii Fortecznej. [wróć]
15. W oficjalnych źródłach: RU -?rejon umocniony, 297 OPAB -?Samodzielny Batalion Broni Maszynowej i Artylerii Fortecznej od 20.09.41 do 01.11.41. Front Rezerwowy 1 formowania utworzono 30 lipca 1941 r. w celu skoordynowania działań rezerwowych armii Frontu Zachodniego na rżewsko-wiaziemskiej linii obrony. W skład frontu weszły armie: 24, 31, 32, 33, 34, i od 7 sierpnia 43 i 49. Po dwóch miesiącach, 12 października, Front Rezerwowy połączono z Frontem Zachodnim. 30 lipca 1941 r. Grupa Armii "Środek" i wchodząca w jej skład 9 Armia Wehrmachtu pod dowództwem generała Straussa, zatrzymały natarcie na Moskwę i w ramach przygotowań do operacji "Tajfun" przystąpiły do budowy pozycji obronnych. -?przyp. aut. [wróć]
16. DOT -?betonowa fortyfikacja stała, schron bojowy. [wróć]
17. Rżewsko-wiaziemska linia obrony Frontu Rezerwowego ciągnęła się od Ostaszkowa na Sieliżarowo i Jelcy. Od Jelców skręcała na Olenino, wyginała się na zachód wokół Olenina i szła na południowy wschód ku źródłom Dniepru. Następnie w z biegiem Dniepru szła na Dorogobuż i Jelnię. Na początku października 1941 r., z planowanych 5 tysięcy żelbetowych umocnień stałych, zbudowano 853. Zamiast betonowych fortyfikacji stałych wzniesiono ponad 3 tysiące schronów drewniano-ziemnych. [wróć]
18. Jezioro Sienież. [wróć]
19. Zapasowy tor, przeznaczony dla ruchu towarowego. [wróć]
20. Miasto Klin w obwodzie moskiewskim. [wróć]
21. W owym czasie Moskwa leżała w granicach obwodnicy kolejowej. [wróć]
22. Ze słów autora: eszelon stał przez jakiś czas na rozjazdach w "Nikołajewce", czyli za obecną stacją metra Riżskaja. [wróć]
23. Dywizję NKWD. [wróć]
24. Gwardziści i zwiadowcy nie pochylają się -?przeskakują. [wróć]
25. Komunikat numer 113 z dnia 22.09.1941: "297 Batalion Broni Maszynowej zajął obronę na rubieży Raduchowo, Siemienowo, Wiązownia celem współdziałania z jednostkami 22 Armii" [wróć]
26. List z frontu z dnia 24.09.41, poczta polowa nr 812, 297 OPAB, 3 kompania. "Od 21 września znajduję się na froncie, w rejonie miejscowości Ostaszków. Przeciwnik jest 26 kilometrów od miasta. Trzeci dzień trwa kanonada. Lata lotnictwo. Samopoczucie dobre. Sądzę, że wojskowy nie jest zdolny do głębszych myśli. Przytyłem i nawet zgłupiałem". [wróć]
27. Sigowo -?Wiązownia -?Jazowo -?Sieliżarowo. [wróć]
28. Nazwy wsi podane przez autora według mapy "pięciokilometrówki" Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, data wydania, lipiec 1941 r. [wróć]
29. W rejon 19 km na południowy wschód od Olenina. [wróć]
30. Prawdopodobnie 4 października, ponieważ w liście z frontu autor pisze: "Od 21 września znajduję się na froncie". [wróć]
31. Słowa autora: "Będę opowiadać bez pośpiechu, wszystko według kolejności, dość dokładnie, dzień po dniu do samego końca wojny. Miałem szczęście, bo w bojach przeszedłem długą i ciężką drogę. Kto chce znać prawdę o wojnie, niech się nie śpieszy! [wróć]
32. 31 stycznia 1941 roku autor skończył 20 lat. [wróć]
33. Sieliżarowo -?Bolszaja Kosza -?Jelcy. [wróć]
34. Sieliżarowo -?Kuwszynowo -?Torżok -?Rżew. [wróć]
35. 04-05.10.1941. Rozkaz bojowy 31Armii nr 4 z dn. 06.10.1941, godz. 08:15. [wróć]
36. Zabrody. [wróć]
37. Około 300 km przez 7 dób. [wróć]
38. Linia umocnień ciągnęła się do źródeł Dniepru. [wróć]
39. Olenino -?Szentrapałowka. [wróć]
40. Na współczesnej mapie zaznaczono położenie wsi Szentrapałowka przy zarośniętej drodze "uroczysko Szeremietiew Bolszak". Autor, gdy pisał, miał pod ręką tylko pięciokilometrówkę z 1941 roku, dlatego koordynaty podane w rękopisie należy uważać za umowne. Artyleryjski DOT stoi 3 km na południowy wschód od Szentrapałowki -?to Sinergi. Schron znajduje się około 500 metrów na zachód od repera 254,7. W ustnych opowiadaniach autor wspominał o wieży triangulacyjnej. [wróć]
41. Od 22 czerwca do 10 lipca 1941 r. 119 DS wchodziła w skład 24 Armii Rezerwy Kwatery Głównej. Wysłana na front z Krasnojarska w pierwszych dniach lipca. Od 14 do 30 lipca 1941 r. w składzie 30 Armii Frontu Rezerwowego. Od 1 sierpnia do 12 października 1941 r w składzie 3 Armii Frontu Rezerwowego. 12 października Front Rezerwowy połączono z Frontem Zachodnim. 17 października 1941 r. utworzono Front Kaliniński. Od 19 października w składzie 29 Armii Frontu Kalinińskiego. ROZKAZ BOJOWY NR 02. SZTAB 30 ARMII, RŻEW. 14 lipca 1941, godz. 22:15. "3. 119 DS., 542 Pułk Artylerii Korpuśnej z 4 bateriami grupy art. morskiej, 3 kompania 263 Samodzielnego Bat. Saperów -?bronić rubieży Priwale, Olenino, Wasiliewo, Afanasiewo, Monczałowo, mając przedni skraj pasa obrony na linii Priwale, Plechanowo, Borodatowo, Olenino, Szentrapałowka, Gonczarowka, Wasiliewa. Gotowośc prac fortyfikacyjnych na głównej linii obrony -?18.7.41 r., w pasie zaporowym -?do końca 20.7.41 r. Pododdziały rozpoznania do godz. 20:00 15.7.41 r mieć na linii Ilińskoje, Biełyj Ług". (Olenino -?Szentrapałowka -?Gonczarowka -?Wasiliewa; Monczałowo -?Afanasowo). RAPORT OPERACYJNY SZTABU FRONTU REZERWOWEGO nr 9, 16.07.1941 r., godz. 20:00. "3. 30 armia kontynuuje prace fortyfikacyjne na froncie Sieliżarowo, Wasiliewo, kończąc ześrodkowanie jednostek. 119 DS. kontynuuje umacnianie pasa Priwolie, Olenino, Wasiliewo, Afanasiewo; artyleria dywizji zakończyła koncentrację". [wróć]
42. Zestaw DOT-4 -?przeciwczołgowa armata kalibru 45 mm sprzężona z ciężkim karabinem maszynowym DS kalibru 7,62 mm i celownikiem optycznym KT-1. W jarzmie kulistym nad lufą działa są dwa otwory: jeden dla lufy cekaemu, drugi dla celownika, który jest wspólny dla działa i sprzężonego z nim cekaemu. [wróć]
43. 421 Pułk Strzelecki 119 DS. [wróć]
44. "Piotr Pierwszy", Aleksy Nikołajewicz Tołstoj -?przyp. tłum. [wróć]
45. Piszę o przyrodzie i warunkach pogodowych, przytaczam swoje rozmyślania i opowiadam o wątpliwościach. Chcę, abyście mieli stosowne pojęcie o niejasnej i nerwowej sytuacji i żebyście byli w stanie pojąć naszą samotność i poczucie oderwania od całego żyjącego świata. -?przyp. aut. [wróć]
46. "Ważka", "kostur" -?niemiecki samolot zwiadowczy Henschel Hs-126. [wróć]
47. Drewniany dom w Moskwie na ulicy Bolszoj Pierejesławskoj był ogrzewany piecem. [wróć]
48. Przy okazji: motyw piosenki "Błękitna chusteczka" pochodził właśnie od niej -?przyp. autora. [wróć]