PRZYGODY MŁODEGO UMYSŁU[2]
W zakończeniu Wyprawy w dwudziestolecie Miłosz pisze, że tamta, międzywojenna Polska ukształtowała jego myśli, uczucia, "łącznie z uczuciami gniewu i rozpaczy". Po klęsce wrześniowej dzielił "wiele żalów i oskarżeń, którymi obdarzano tamtą Polskę międzywojenną"[3]. A jak tę Polskę postrzegał, jak ją oceniał, jak mógł reagować na różne przejawy tamtej rzeczywistości i w konsekwencji, jak formowała ona jego postawę - na te pytania odpowiada właśnie wspomniana Wyprawa w dwudziestolecie, złożona z fragmentów prozy i reportażów powstałych w międzywojniu. Jest to Polska pełna konfliktów i nierozwiązanych problemów narodowościowych i społecznych, z ujawniającymi się tendencjami faszystowskimi. Właśnie ta polska rzeczywistość spowodowała, że stał się kimś, kto tak wspominał siebie z tamtych lat: "Wcześnie pojawiły się u mnie skłonności socjalistyczne, bo rozumiałem, że gmach państwa ma też piwnice zamieszkane przez nędzarzy, bezrobotnych i więźniów. Uświadomienie sobie tego umieszczało mnie na lewicy już wtedy, kiedy w 1929 roku wstępowałem na Uniwersytet Stefana Batorego"[4].
Oceną współczesności, społecznymi sympatiami, skłonnością do ideowego wyboru Czesław Miłosz w latach trzydziestych był bliski tej części swojego pokolenia, które dostrzegało zjawisko kryzysu, zwiastuna zbliżającej się katastrofy kultury, cywilizacji, polskiego państwa. Razem ze swą ideowo-pokoleniową wspólnotą, w poszukiwaniu wyjścia i nadziei zwracał się "jeszcze do wschodu" - jak to napisał w wierszu ogłoszonym w 1931 roku w "Żagarach" (nr 3).
A my ciągle myślimy o wichrze surowym
Który kiedyś te wieże nieprawości złamie
O ludziach, którym dane będzie wyhodować
Powagę życia twardą i prostą jak kamień.
A my już upadamy. I jeszcze do wschodu
Obracamy swe oczy. Ale przecie ziemia
Zaspokoić naszego nie potrafi głodu.
Z przeklętego jesteśmy bowiem pokolenia.
(Wam)
Twórczość artystyczną pojmował - zgodnie z marksistowskim myśleniem, które wówczas nie było mu obce - jako narzędzie w walce o sprawiedliwość między ludźmi i poprawę warunków ich życia. "Był to czas, kiedy prąd lewicowy przebiegał ciałem młodej literatury i kiedy wychodziło bardzo wpływowe pismo komunistyczne Aleksandra Wata, "Miesięcznik Literacki", którego byłem gorliwym czytelnikiem"[5]. W rozmowie z Aleksandrem Watem zanotował: "Wpadały mi w ręce kolejne kolekcje "Miesięcznika Literackiego", który drukował przeważnie reportaże o losach robotników i chłopów, odsłaniając podszewkę rzeczywistości. Komunistyczne czy sympatyzujące periodyki ukazywały się i gasły w owym dwudziestoleciu napotykając trudności cenzuralne większe czy mniejsze. Ich linia ciągnie się od tego "Miesięcznika" poprzez "Lewar", "Poprostu". "Kartę", "Sygnały""[6].
W programowym artykule Bulion z gwoździ[7] opowiadał się Miłosz za pojmowaniem sztuki jako narzędzia w budowaniu psychiki ludzkiej w celu "urobienia takiego typu człowieka, jaki ze względów społecznych jest w najbliższej przyszłości potrzebny. A więc artysta kieruje hodowlą ludzi"[8].
Marksizm przenikał do środowiska, z którym młody autor artykułu był związany, "drogą osmozy i marksiści nie bez racji podawali go za nieunikniony punkt dojścia wszystkich, którzy naukowy światopogląd XIX wieku doprowadzili do jego konsekwencji"[9]. Poza możliwościami poznawczymi marksizmu pozostawały obszary ludzkiej rzeczywistości, które - w otoczeniu Miłosza - uchodziły za drugoplanowe, co po latach poeta skomentował: "Im bardziej prymitywny był umysł, tym większe rozkosze ze sprowadzenia rozsypującej się wielości do wspólnego mianownika"[10].
Cóż, przyjmując to stwierdzenie za trafne i posługując się słowami poety, przyjąć trzeba, że wśród tych "prymitywnych umysłów" znajdował się również on sam, Czesław Miłosz, w okresie pisania wierszy, które weszły do zbioru Poemat o czasie zastygłym, wydanego nakładem Koła Polonistów Słuchaczy Uniwersytetu Stefana Batorego w 1933 roku; także jako autor programowego artykułu Bulion z gwoździ. Posługiwał się pojęciami: "klasa", "burżuazja", "masy proletariatu". Oczekiwał od literatury służenia celom ideologicznym. Opowiadał się za kulturą "opartą na zupełnym podporządkowaniu jednostki celom zbiorowości"[11]. O tym artykule on sam po latach powiedział: "Robi wrażenie, jakby go pisał młodociany Żdanow"[12].
Na szczęście artykuł ten nie okazał się najbardziej charakterystyczny dla Czesława Miłosza z lat trzydziestych XX wieku.
Pięć lat później sam skazywał na zapomnienie własne wiersze pisane pod urokiem Włodzimierza Majakowskiego, gdy zobaczył w nich "samobójczą wolę, aby wytępić w sobie, pominąć, zepchnąć na dalszy plan to, co nas od innych odróżnia [...]. Próbę samozniszczenia i przemiany człowieka w tłum"[13].
Był w Paryżu, gdy odbywał się tam Kongres Międzynarodowy Pisarzy (21-25 VI 1935), którego celem była obrona kultury zagrożonej przez faszyzm. Przyglądał się spotkaniu wybitnych pisarzy rosyjskich, francuskich, angielskich. Samą ich obecność uważał za duży sukces inicjatorów Kongresu, którego intencje nie ulegały dla niego wątpliwości: "Rozgrywka komunistyczna pod szyldem "obrony kultury" zechciała skupić wszystkie niemal popularne dzisiaj w świecie nazwiska"[14].
Własny stosunek do Kongresu, do spraw na nim poruszanych zawarł w refleksji kończącej jego korespondencję z Paryża, zamieszczoną w "Buncie Młodych": "Taki to był kongres, dużo dymu, rezolucji, uchwał, oklasków; wybuchy magnezji raz po raz oślepiały, a gorąco gnębiło. Dla tych, co ani w komunizmie, ani w żadnej z form państwa totalnego nie znajdują ratunku dla współczesnego świata ni podwalin istotnej kultury - był jeszcze jedną chwilą gorzkiego namysłu"[15].
Skutkiem "gorzkiego namysłu" Czesława Miłosza były dwa jego wystąpienia publicystyczne: List do obrońców kultury, opublikowany w "Poprostu" 20 stycznia 1936 roku, oraz Rozmowy nad Wisłą i Niemnem w "Karcie" z 20 czerwca tegoż roku.
List... był odpowiedzią na apel lewicy literackiej o podpisywanie się pod deklaracją programową Za porozumieniem[16]. Stwierdzano w niej, że groźny dla kultury i coraz konsekwentniej realizowany nawrót barbarzyństwa "zmusza każdego niezależnego pisarza i artystę do zajęcia wyraźnej i zdecydowanej postawy wobec dzisiejszej rzeczywistości". Wskazywano, że stary porządek społeczny, czując się zagrożony przez siły postępu, pozbawia masy resztek ich praw politycznych, a także atakuje "wszelką niezależną twórczość literacką i artystyczną. Prześladuje niezależnych pisarzy skazując ich na niedostatki i milczenie. Za pomocą korupcji i ucisku deprawuje i wypacza charaktery, by poddać literaturę swym celom. Sfaszyzowana literatura urabia szerokie masy w duchu nacjonalistycznym, wojennym. Literatura na usługach reakcji, literatura faszyzmu - to literatura upadku".
Deklaracja była wyrazem przekonania, że w aktualnej sytuacji "tylko socjalizm prowadzi dzieło postępu kulturalnego, zaniechane i niweczone przez ginący kapitalizm", że nie pora na "umywanie rąk" od problematyki politycznej, na wyniosłą izolację od "zmagań świata pracy"; wykluczała możliwość zajmowania stanowiska neutralnego: "rzekoma aspołeczność literatury ułatwia tylko faszyzmowi opanowanie życia artystycznego i kulturalnego, ułatwia faszyzację kultury".
Deklaracja wzywała artystów, intelektualistów i pisarzy, by stanęli w jednym szeregu z masami ludowymi w ich walce przeciw faszyzmowi, "niezależnie od różnic dzielących nas w dziedzinie politycznej, filozoficznej, artystycznej, niezależnie od języka, w którym tworzymy, występujemy łącznie w celu współdziałania z jednolitofrontowym ruchem mas". Zawierała też protest przeciwko ograniczaniu swobód demokratycznych i "wszelkim próbom wzniecania pożaru wojennego", wyrażała solidarność z uchwałami paryskiego kongresu w obronie kultury.
Deklarację podpisało wielu twórców literatury z Warszawy, Krakowa, Lwowa. Ze środowiska wileńskiego złożyli pod nią swe podpisy: Teodor Bujnicki, Henryk Dembiński, Stefan Jędrychowski, Aleksander Rymkiewicz, P.L. Słucki, Maria Żeromska, z zastrzeżeniem Jerzy Orda.[17]
Czesław Miłosz w swym Liście do obrońców kultury zarzucał lewicy barbarzyński stosunek do kultury, nieliczący się z artyzmem dzieła; stosowanie szantażu: nie wystarczają już głosy protestu przeciw faszyzmowi. Protest ten musi się wyrażać "w sposób przepisowy, w odpowiedniej postawie na baczność i z głową zwróconą w odpowiednim kierunku"[18].
Wskazuje, że motywy, dla których staje się po stronie lewicowych sił społecznych, są różne, zależne od osobowości, cech indywidualnych, wykształcenia i pochodzenia społecznego. Humaniści wypowiadający się przeciw faszyzmowi nie mogą być podporządkowani normom ustalonym dla robotnika czy małorolnego chłopa.
Miłosz solidaryzował się z lewicą, lecz chciał przy tym zachować wartości mu bliskie, swój własny świat, w którym jest miejsce dla problemów etycznych, psychologicznych; dla introspekcji i symbolizmu.
Sceptyczny wobec podsuwanych przez lewicę przykładów z życia Związku Radzieckiego podkreślał, że negowanie obecnego porządku społecznego w Polsce nie może oznaczać, że wystarczy zastąpić go jakąkolwiek już istniejącą formą. "Zdobycze kulturalne, jakie dadzą się osiągnąć w kraju mesjanizmu i Króla-Ducha będą inne od zdobyczy kraju Dostojewskiego i Gogola"[19]. Mimo to jednak, przy wszystkich wyłuszczonych zastrzeżeniach wobec poglądów lewicy, konkluzja Miłosza jest następująca:
Zastrzeżenia te nie przeszkadzają mi oceniać potrzeby wspólnej akcji przeciwko niebezpieczeństwom, jakimi grozi kulturze faszyzm. Dlatego wyrażam swoją solidarność z pisarzami podpisującymi odezwę porozumienia lewicy literackiej. Nie chciałbym tylko, aby od urzędowych poskramiaczy kultury bronili jej ci, co mają ochotę wypruć z niej bebechy[20].
Na wystąpienie Miłosza z Listem do obrońców kultury zareagował polemicznie Jan Paweł Niemrawa (pod tym pseudonimem krył się najprawdopodobniej Jerzy Putrament). Już sam tytuł jego artykułu zawierał szyderczą ironię i poczucie wyższości nad "humanistą": "Tępi wyznawcy" w odpowiedzi "humaniście". Pouczał, że poeta może podejmować różne tematy, z różnych środowisk, ale musi wyrazić "klasowy interes mas". W przeciwieństwie do "poetów burżuazyjnych", którzy "nie mają o czym pisać" - nie tylko przyszłość, ale i wyższość artystyczną ma poezja proletariacka. Wobec tego, że milionowe masy żyją w nędzy, przymierają głodem - twórca, który chce tworzyć prawdziwe dzieła literackie musi przyjąć "ideologię tej klasy, do której przyszłość należy". Za fikcję trzeba uznać ponadklasowość, niezależność poety. Kończył swój wywód protekcjonalną, pełną poczucia wyższości nad "humanistą" konkluzją:
Autor Listu, pomimo wahań, przystąpił także do wspólnego frontu walki, o której mówimy. Nie wątpimy, że znajdzie on w tym obozie zgodny ze swym sumieniem swój własny dział, swoje pole działania [...]. My, "tępi wyznawcy" nie będziemy robić zarzutu ze zbytniej klasyczności. Więc śmiało, na nowe ścieżki z Mickiewiczem i Dantem pod pachą! Zapewniamy, że my także lubimy Mickiewicza i Puszkina, bo to nie przeszkadza nam stać mocno na stanowisku klasowym[21].
Miłoszowi odpowiedział również Lucjan Szenwald w artykule, którego pewne tezy redakcja uznała za sporne. Żądał od pisarzy uprawiania publicystyki politycznej, domagał się nawet rezygnacji z twórczości artystycznej na rzecz politycznego działania, jeśli zajdzie taka potrzeba. Można przypuścić, że to były owe tezy uznane przez redakcję za dyskusyjne. Szenwald bowiem sformułował tu poglądy budzące zapewne sprzeciw niejednego lewicowego twórcy:
Nie ma pełnowartościowej twórczości bez absolutnej konsekwencji, bez bezgranicznego oddania się sprawie. Prawdziwy artysta proletariacki, artysta kochający swoją sztukę, bardziej od niej kocha sprawę wyzwolenia ludu. Jeśli istnieje dla niego coś wyższego ponad sprawę, musi ta niekonsekwencja odbić się na jakości jego sztuki, musi zamącić jej krystaliczną czystość, jej moralne podłoże. Gwarancją rzetelności źródła, z którego płynie rewolucyjna twórczość, jest gotowość artysty do zrezygnowania, w razie potrzeby, z własnej muzy, aby zadośćuczynić koniecznościom walki. Lecz proletariat nie żąda takich ofiar od artystów. Oni sami, nie proszeni, powinni umieć je składać - skromnie i bez krzyku [22].
Świadectwem wewnętrznej rozterki Miłosza, wahania, po której z głównych stron konfliktu stanąć, ważenia argumentów jednej i drugiej strony, które dochodziły do głosu w jego własnych rozmyślaniach poprzedzających dokonanie wyboru, ważnego i - jak miało się okazać - przesądzającego o dalszej biografii, były jego Rozmowy nad Wisłą i Niemnem; dwugłos wewnętrzny, dialog między pokusą porzucenia lewicowych sympatii a społecznym sumieniem artysty.
Pierwszy z tych głosów odwoływał się do osobistej ambicji utalentowanej jednostki, obdarzonej licznymi walorami: nienaganne aryjskie pochodzenie, odbyte studia w kraju i w stolicach Europy, otwarta droga do pięknej kariery - wystarczy tylko obecnemu stanowi rzeczy udzielić milczącej aprobaty, a droga do tej kariery i artystycznej sławy, do "wolnej przestrzeni światła i słońca" stoi otworem.
Tej wizji towarzyszyło wyszydzenie "skowytu" Stefana Żeromskiego, wyśmiewanie bratania się z tłumem, czego nagrodą jest uzyskanie tytułu "najemnika wschodniej potęgi". I pokusa: "Wystarczy, żebyś przymknął oczy i pozwolił prowadzić się łagodnej fali codziennego życia".
Głos drugi stawiał opór tym pokusom. Odwoływał się do prawdy jako podstawy wszelkiej kultury. A realną rzeczywistość polską, obligującą do odmiennej postawy tak przedstawiał:
Ten kraj jest krajem kłamstwa, dziedziną łgarzy i ślepych [...]. Już nie litość, już nie humanitaryzm prowadzą mnie i moich rówieśników. Prowadzi nas nienawiść do kłamstwa, jakie ten kraj podbiło. W ryku megafonów, w wianiu chorągwi, w miamlaniu uroczystych obchodów: kłamstwo, kłamstwo. W parszywych kabaretowych piosenkach, w merdaniu dziennikarzy [...]. Był czas, że chciałem rzucić precz to wszystko, zapomnieć o plugawej, rozpaczliwej ojczyźnie. Ale jej głos biegł za mną i nie było dość odległego miejsca, aby od niej się uchronić. Kiedy wydawała się już tylko wspomnieniem, pełnym zbóż, pogody i serdeczności - nagle spotykał mnie jej obraz prawdziwy, w postaci gromady brudnych, głodnych, ciemnych i zbydlęconych. Wtedy na nowo postanawiałem walczyć przeciwko wszystkim tym, którzy rany ludu chcieliby zalepić farbą, przemalować, wygładzić, aby nic nie zmąciło święta ich optymizmu [...][23].
Podmiot obecny w Rozmowach nad Wisłą i Niemnem, za którym kryje się sam autor, odrzuca odebrane pokusy: "Idź precz, głupi uwodzicielu, nieumiejący sięgnąć poza granice zwątpienia i wiary [...]. Wizja przyszłości nie ma nic do gadania tam, gdzie teraźniejszość leży w oparach bezwładu. Nawet gdyby ta przyszłość miała być tysiąc razy gorsza - nie żałowałbym, że śledziłem w sobie nakaz protestu przeciwko złu, że nie umiałem rozważnie milczeć, w imię zwątpienia i w imię własnego spokoju".
Między dwiema postawami ukazanymi w Rozmowach nad Wisłą i Niemnem nie ma równowagi. Wprawdzie pokusy pierwszej z nich robią wrażenie, nie mijają bez śladu, pozostają w pamięci, a nawet zdarzy się, że w przyszłości przypomną o sobie, to jednak szala przechyla się na stronę drugiej postawy. Tego potwierdzeniem jest między innymi omówienie przez Miłosza książki Jeana Cassou o komunie paryskiej[24]. Kończy się ono odejściem od katastrofizmu, solidaryzowaniem się z buntem paryskich komunardów i uznaniem go za dziedzictwo wszelkiej kultury.
Taki wybór nie przychodził Miłoszowi łatwo. O cenie, jaką za niego trzeba zapłacić, pisał w 1934 roku, w wierszu ze zbioru Trzy zimy:
My niespokojni, ślepi i epoce wierni,
gdzieś daleko idziemy, nad nami październik
szumi liściem, jak tamten łopotał sztandarem.
Wawrzyn jest niedostępny nam, świadomym kary,
jaką czas tym wyznacza, którzy pokochali
doczesność, ogłuszoną hałasem metali.
Więc sławę nam znaczono stworzyć - bezimienną,
jak okrzyk pożegnalny odchodzących - w ciemność.
(O książce)
Im bliżej katastrofy 1939 roku, tym bardziej prawica polska skłaniała się ku faszyzmowi, a lewica - ku stalinizmowi. Miłosz znajdował się między tymi biegunami. Wiedza o Związku Radzieckim odpychała go od lewicowych przyjaciół. Prawica była dla niego "odrażająca i w perspektywie czasu skazana na klęskę". Odrzucała go od niej natrętna ideologia narodowa, brak zainteresowań intelektualnych, powierzchowny, obrzędowy katolicyzm[25].
Wówczas to zaczynały się już tworzyć przesłanki wyboru dalszej drogi. Utrwalał się uraz na tle polskiego nacjonalizmu, a z drugiej strony - umacniały się powinowactwa lewicowe. Napisze o tym później: "Doświadczenie marksistowskie - ostatecznie bardzo złożone - było dla mnie jak najbardziej potrzebne i rzadko udaje mi się znaleźć wspólny język z ludźmi, którzy sami tego nie przeszli"[26].
W owym czasie, to znaczy w drugiej połowie lat trzydziestych, stanowisko Miłosza nie spotykało się z poparciem środowiska, do którego był zbliżony. Rozterki, wahania, dylematy artysty, nieufność do wschodniego totalitaryzmu krytykowała Maria Żeromska przeciwstawiając Miłoszowi, jako godne naśladowania, postawy pisarzy francuskich (Barbusse'a, Gide'a, Malraux, Rollanda), którzy w "obronie zagrożonego humanitaryzmu, demokracji, swobody jednostki, pokoju bez wahania podporządkowali się ideowej dyscyplinie". Dodawała przy tym, że niebezpieczeństwa, których Miłosz się obawiał, nie grożą "silnej indywidualności i wielkiemu talentowi. Zniszczyć to może tylko miernotę"[27].
Po ukazaniu się Trzech zim (1936) Ignacy Fik zarzucił mu "grzech anielstwa"[28]. Wywołał tym gniew Miłosza, "jak zwykle bywa, kiedy ktoś odsłoni nasz bolesny sekret"[29]. Ale też wywarł na niego pewien wpływ, do którego po latach się przyznawał:
Powiększając mój strach przed "anielstwem", mógł być jednym z głównych bodźców, które później popchnęły mnie do trzymania się Polski Ludowej. Ale znalazłem się po wojnie wśród nowej elity i niestety już ze wzmocnionym smakiem do tego, co ziemskie i materialne, tak że wielomilionowa masa ludzi wyzyskiwanych i terroryzowanych tym bardziej mnie przygnębiała[30].
Kazimierz Wyka natomiast przyjął Trzy zimy jako głos pokoleniowej wspólnoty, skierowany do ludzi podobnego wieku, o podobnych przeżyciach i przemyśleniach. Dla niego były sygnałem wywołującym doznanie, które nazwał "mistyką wspólnego czasu", poezją umożliwiającą przekroczenie samotności człowieka, dokonujące się "przez świadomość wspólnego czasu, przez narzucenie tym, co go równocześnie, choć niezależnie przeżywali, swych własnych i odrębnych wniosków"[31]. Zobaczył w Miłoszu głównego poetę swego pokolenia, "nowy, dojrzały glos poezji przyszłości, która nie da się wytłumaczyć ani duchem Skamandra, ani duchem awangardy w jej wszelkich odmianach"[32].
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki