Prolog
Niedziela, 22 stycznia
Mężczyzna nazywał się Jarosław Stanowski i do niedawna był znanym dziennikarzem. Wisiał na skórzanym pasku przymocowanym do masywnego, stalowego haka wkręconego w sufit. Ciało zsiniało już i zaczęło śmierdzieć. Przy drzwiach posterunkowy kończył wstępne przesłuchanie jednego z sąsiadów, a dwaj inni policjanci pilnowali na klatce schodowej nielicznych gapiów, wymieniających spiskowym szeptem uwagi i podejrzenia.
Trzej technicy oznaczali ślady, zabezpieczali odciski palców, fotografowali poprzewracane meble, stłuczone szklanki, zalane kawą papiery, siniaki i zadrapania na ciele. Śledczy z wydziału kryminalnego łamali procedury, paląc papierosy przy oknie. Gdy zobaczyli przybysza, zmieszani zdusili niedopałki w słoiku. Taka szycha? Tutaj?
Generał uspokoił ich gestem dłoni, jakby chciał powiedzieć: nie przeszkadzajcie sobie, mnie tu nie ma.
Uważnie, tak jak go poproszono, obejrzał całe pomieszczenie, a potem ciało - i był już pewien, że to ściema. Drań próbował wyprowadzić ich w pole, wciągnąć na minę. Do czego to doszło?! Tyle razy ostatnio mieli do czynienia z pozorowaniem samobójstwa, a ten szaleniec wymyślił sobie coś zupełnie odwrotnego. Niby taki niepokorny, zaangażowany i przejęty dziennikarz, a w rzeczywistości zwykły furiat. Nie da się tak łatwo zmylić tropów, chłopcze.
- Rozmawiałem z lekarzem, jest przekonany, że próbował upozorować morderstwo - powiedział do śledczych z ledwie wyczuwalnym naciskiem i sugestią: dobrze by było, żebyście odnieśli podobne wrażenie. - Oczywiście trzeba poczekać na sekcję, jednak na moje oko też to tak wygląda.
- Tylko po co?
- To szajbus. - Śledczy odchrząknął i powiedział już całkowicie poważnie: - Jeden z tych... wie pan, szefie, przeświadczonych, że cały świat skrzyknął się przeciwko nim, wszędzie są szpiedzy, zabójcy na zlecenie, podsłuchy i pułapki. Jak taki wchodzi do knajpy, od razu myśli, że kelner mu wsadzi pluskwę pod serwetkę.
- Hm...
- Rok temu złożył doniesienie na Wilczej, że niby poluzowano mu śruby w kołach, żeby spowodować wypadek.
- O, nie wiedziałem - skłamał generał. Dokładnie przejrzał informacje na temat denata z policyjnych baz danych. Trochę tego było - i dobrze. W razie problemów łatwo będzie zrobić z niego paranoika. Ech, chłopie, po co ci były te wszystkie wojny? Nie wiedziałeś, że przyciągną czarne wizje, nieoczekiwane kontrole, nagłe zatrzymania i błędy w wynikach testów na obecność alkoholu we krwi? Wybrałeś sobie wrogów, którzy mają duże możliwości w kreowaniu alternatywnej rzeczywistości.
- Zarzekał się, że widział kogoś przy samochodzie, dał nam nawet jakieś lewe ekspertyzy. Oczywiście oskarżył Wolaka. - Śledczy wskazał na stół wypełniony po brzegi stosami materiałów o Romanie Wolaku, jednym z najbogatszych ludzi w Polsce, przedsiębiorcy kontrolującym biznesy głównie w sektorze chemicznym, ale też w branży nowych technologii, medycynie, na rynku surowcowym i wielu innych. - To był jego konik. Dopaść Wolaka.
Generał uśmiechnął się nieszczerze.
- Już widzę, jak miliarder na kolanach luzuje mu koła w aucie - zadrwił, choć doskonale wiedział, że śledczemu chodziło o sprawstwo kierownicze, zlecenie lub podżeganie, a nie czynny udział. Nie miało to żadnego znaczenia wobec faktu, że prokurator po sprawdzeniu odmówił wszczęcia śledztwa.
- Każdy ma swojego hyzia.
- Ale żeby od razu popełniać samobójstwo? - Generał obszedł ciało i wskazał na tkwiący w suficie solidny hak. Poza kwadratową sztabą przytwierdzoną czterema śrubami zabezpieczał go jeszcze specjalny płaskownik. Konstrukcja robiła wrażenie solidnej i trwałej. - On sobie specjalnie pod szubienicę to zamocował?
- Hak na worek bokserski. Sąsiedzi mówią, że dawniej boksował. Bardzo dawno temu.
- Aha.
- Gdyby nie dorwał go prawicowy świr, to może byłby całkiem fajny facet. Podobno w młodości nieźle sobie poczynał. Można było z nim normalnie wypić i pobalować. Potem... zwariował.
- Coś tam z młodości mu zostało - wtrącił drugi śledczy. - Tuż przed... zdarzeniem przynajmniej sobie pociupciał.
Policjanci zarechotali. Na widok uniesionych brwi generała jeden z nich wyjaśnił:
- Parę godzin przed śmiercią spotkał się z przyjacielem, wykładowcą z uniwersytetu, niejakim Jaworskim. To niezły knur, nie przepuszcza żadnej, jeśli tylko może. Rąbie te studentki, aż wióry lecą. Wiem, bo wykładał też u nas, w Legionowie. Naprawdę ma fatalną opinię, mimo że dzieli się z przyjaciółmi.
- Stanowski był jego przyjacielem?
- Najlepszym. Razem mieszkali na studiach. Wciąż się spotykali. No i ten Jaworski w sobotę sprowadził na imprezę do knajpy dwie laski. Młode, zabawowe. Skończyli we czworo w jego mieszkaniu na Starówce.
- Docentom teraz nieźle się powodzi - dodał drugi śledczy.
- Jaworski to telewizyjna szycha - wyjaśnił jego partner. - Sporo bierze za występy w TV.
Generał nie przyznał się, że stosunkowo dobrze zna Jaworskiego. Kilka razy mieli okazję porozmawiać na różnych imprezach i balach obstawianych przez celebrytów.
- Ktoś go już przesłuchał?
- Wstępnie, przez telefon. Sąsiad, który znalazł zwłoki, zanim dał sygnał na sto dwanaście, zadzwonił do Jaworskiego. Docent zgłosił się do nas i powiedział, że jest kompletnie zaskoczony, bo Stanowski nigdy nie mówił o samobójstwie. Tak jak mówiłem: dobrze się bawili w nocy, przeleciał jakąś Biankę czy Dankę, następnie wyszedł od Jaworskiego i wrócił do domu.
- A potem się okaleczył i powiesił - podsumował generał.
- Właśnie.
- Ten Jaworski sądzi, że to morderstwo?
Generał napiął mięśnie w oczekiwaniu na odpowiedź. Mogła być bardzo znacząca.
- Nie, nie. Nie był specjalnie przekonany do swojej tezy. Przyznał, że Stanowski był przegrany, zgorzkniały, porywczy i nieprzewidywalny. Nie szło mu ostatnio. Media nie chciały z nim współpracować, założył jakiegoś bloga, ale i tam prawnicy ciągle blokowali mu wpisy. Mógł targnąć się na życie pod wpływem nagłego impulsu. Dodatkowo mocno schudł, chorował, skarżył się na jakieś bolesne dolegliwości, ale szczegółów Jaworski nie znał.
"Choroba dobrze koresponduje z samobójstwem w protokołach prokuratorskich - pomyślał generał. - Ileż to pięknych dolegliwości można dopisać w rubryce: motyw. A tu dodatkowo mamy kłopoty finansowe, kryzys osobowości powiązany z przekwitaniem, porażki zawodowe i osobiste. Może z tą Bianką czy Danką też mu nie poszło najlepiej i oto efekt. Pięknie się składa".
Śledczy chyba nie miał już nic do dodania, więc tylko pokręcił głową w zadumie.
- Kto się zabija zaraz po seksie? Musiał być naprawdę szurnięty.
Generał zasalutował niedbale, uścisnął dłoń oficerom i mruknął coś pod nosem na pożegnanie. Przed wyjściem jeszcze raz zerknął na dziennikarskie materiały na stole. Nie było wątpliwości, że Stanowski celowo je tam poukładał. Z pewnością marzył o tym, by zostały włączone do akt śledztwa. Dowody, które śledczym i mediom mogłyby podpowiedzieć: "Tu znajdziecie odpowiedź na pytanie, kto jest winny. To on mnie zamordował!".
"Problem w tym, chłopcze - pomyślał jeszcze - że nikt cię nie zamordował. Sam sobie założyłeś stryczek i nie możesz nawet liczyć na dołączenie do teczki "seryjny samobójca", którą pewnie kiedyś, za dwadzieścia pięć lat, weźmie pod lupę jakieś Archiwum X. Ale i ono nie powiąże tej sprawy z żadnym miliarderem, bo materiały o Wolaku... wyciągnę z akt, kiedy już umorzymy sprawę. Był trup, a za chwilę już nie będzie".
Z tego, co przeczytał dziś w pospiesznie przygotowanym przez rzecznika prasowego researchu, ten dziennikarz nie był lubiany i prawie nie miał przyjaciół. Nawet Jaworski nie będzie szukał dziury w całym, żeby nie narażać się na zerwanie współpracy z Wolak Investments.
Był przyjaciel, nie ma przyjaciela.
Generał wyszedł z mieszkania dziennikarza i powoli ruszył do niepozornego prywatnego auta. Przysługiwał mu samochód służbowy, luksusowa limuzyna z kierowcą, ale w tego typu sprawach wolał uniknąć tłumu świadków. Są spotkania, na które nawet ministrowie chadzają piechotą i bez ochrony BOR-u. "Co niestety - dodał w myślach z przekąsem - nie zawsze ich chroni".
Wsiadł do samochodu, zapiął pasy, pomodlił się, by silnik zapalił bez problemów, co w wypadku starego, mało używanego kombi wcale nie było takie pewne, wrzucił bieg i ruszył niespiesznie w kierunku domu. Jednak zanim dojechał do siebie, przystanął nieopodal pobliskiego parku, wyszedł z auta z kupioną niedawno komórką na kartę i oddalił się od wozu na kilkanaście kroków. Za drzewem rozpakował komórkę, włożył kartę i uruchomił telefon. Bateria pokazała stan połowicznego naładowania. Wystarczy, jak zwykle. Wystukał numer, który znał na pamięć, i przyłożył aparat do ucha.
- Byłem na miejscu - powiedział bez wstępów, gdy usłyszał głos Pierwszego. - Nie wygląda za dobrze.
- Hm... Jak bardzo niedobrze?
- Upozorował to tak, żeby... sam wiesz... Trzeba będzie się trochę... napracować, żeby nie było kłopotów. - Generał delikatnie sugerował, że jego rola w tej sprawie wciąż może być istotna i CENNA. Niezwykle cenna. W końcu ryzykuje karierę, stawia na szali dwadzieścia pięć lat nieskazitelnej służby. No, może prawie nieskazitelnej. - Nie wiem, co znajdziemy w jego komputerach, ale cały się obłożył papierami na temat naszego... figuranta.
- Dasz radę... coś z tym zrobić? - Pierwszemu chodziło o usunięcie "niezwiązanych z samobójstwem dokumentów", tak by nie robiły bałaganu w aktach. Prokuratura szybko wykluczy udział osób trzecich w zdarzeniu, ale lepiej zadbać też o akta. Kto wie, czy kiedyś nie trafią do jakiejś sejmowej komisji, gazet czy innego gówna.
- Jak tylko prorok umorzy, się posprząta. No, chyba że coś jeszcze zostawił...
- Gówno może. Trup i tyle.
- No, trup.
- Dziennikarzy nie było?
- Żadnego. Mają to w dupie. W razie czego przygotowaliśmy odpowiedni PR. Sprawa pewnie w końcu trafi na afisz, jak się dowiedzą prawicowe gazety, ale nie sądzę, żebyśmy musieli się przejmować.
- Kto je czyta? To nie media, tylko oszołomy. Nikt nie traktuje ich poważnie.
- Właśnie.
Generał cmoknął, oblizując wargi tak głośno, że w uszach jego rozmówcy zabrzmiało to jak namiętny odgłos z artystycznego filmu pornograficznego. Od wakacji Pierwszy miał sporo do czynienia z takimi filmami i ciągle o nich myślał. Szczególnie że ostatnie problemy, które rozwiązywał, także dotyczyły sfer... intymnych.
- A ten... jak mu tam... - spytał tymczasem generał, by zwrócić uwagę, że nie tylko jego rola w tej sprawie jest istotna.
- Olsson?
Generał oczyma wyobraźni zobaczył, jak przegrany, przygnębiony samobójca Stanowski siada do komputera i coraz bardziej nerwowo klika wielokrotnie w przycisk ściągania poczty. Nie nadchodziła, a on mógł tylko klikać i przeklinać. Pieprzony Sven Olsson. Szwed tyle razy opowiadał o tym, że trzeba pomagać dziennikarzom śledczym w innych krajach, a gdy przyszło co do czego, nawet nie odpowiedział na mejla.
- Właśnie, co z nim?
- Pewnie nawet nie wie, że jest... zamieszany. Nie odpowiedział na mejla i he, he - Pierwszy zarechotał - już nie odpowie. Problem rozwiązany.
- Mamba pożarła, tematu nie ma?
- Otóż to.
- Jesteś pewny, że hakerka nie zostawiła śladów?
- Jest najlepsza.
- No to git. Sprawa zamknięta.
- Tak. Zamknięta...
Zaraz po pożegnaniu generał rozłożył telefon na części i rozrzucił je w różnych kierunkach, a trochę dalej upuścił zniszczoną kartę. Pierwszy - człowiek, z którym przed chwilą rozmawiał - preferował inny sposób zacierania śladów po kontaktach ze swoimi wiewiórkami, ale trudno zmienić stare nawyki.
Wrócił do domu w doskonałym humorze. Zarwał noc, jednak dzięki temu spółka ochroniarska, w której miał niejawne udziały, zyska kolejny niezły kontrakt i będzie mogła wypłacić niemal równie znaczącą premię jego żonie, zatrudnionej na mało wymagającym i pozornie źle płatnym stanowisku konsultanta do spraw szkoleń.
Nie będzie mu żaden chuj mówił, że jest frajer, bo byle dyrektorzy w Komendzie Głównej potrafią się lepiej ustawić niż całe szefostwo.
Wchodząc do ciepłego łóżka, wygrzanego przez nieco może za duże, rumiane ciało Basi, po raz ostatni tego dnia pomyślał o Romanie Wolaku - człowieku, który zarabiał miliardy na kontraktach z państwem, uczestniczył w niemal każdej złodziejskiej prywatyzacji, miał w kieszeni polityków, agentów, dziennikarzy i... policjantów. To dzięki takim ludziom jak on Wolak mógł przez tyle lat kosić kasę z funduszy emerytalnych, wykorzystywać cynki przy prywatyzacjach, robić złote interesy z państwowymi spółkami, zawsze liczyć na korzystny kredyt w banku oraz pobłażliwość wszelkich tajnych i jawnych państwowych służb. Nikt nie prześwietlał podejrzanych interesów przedsiębiorcy, nie zadawał trudnych pytań, nie oczekiwał szczerych odpowiedzi. Mimo wielu politycznych zawieruch biznesmen pozostawał nietykalny.
Rozdział 1
Czwartek, 16 lutego
Dziewczynka mogła mieć najwyżej trzynaście lat. Stała nago na środku pokoju i niezgrabnie zasłaniała dłońmi miejsca intymne. Zwisająca z sufitu słaba żarówka rzucała wątłe światło na jej ciało i wilgotne, pomarszczone ściany.
- Odsłoń je! - padło polecenie zza kadru. - Opuść ręce!
Dziewczynka nie posłuchała. Ktoś w czarnej panterce i masce podszedł do niej i ułożył jej ramiona wzdłuż ciała. Małe piersi sterczały jak u afrykańskich nastolatek. Czarny, gęsty zarost pomiędzy nogami nikł w cieniu rzucanym przez postać czającą się z boku.
- Klęknij!
Nie posłuchała kolejnego polecenia. Mężczyzna w panterce znów podszedł i zmusił ją, by uklękła. Cień poruszył się niespokojnie, jakby zadrżał. Dziewczynka klęczała przez dłuższy czas bez ruchu, wokół nic się nie działo. Cień nagle urósł i okrył ją całą. Plecy mężczyzny w czarnym garniturze wypełniły większą część ekranu. Biały kołnierzyk koszuli przykleił się do spoconej szyi.
Mężczyzna pogmerał przy rozporku. Dziewczynka uniosła dłoń, by zasłonić się przed strumieniem moczu. Oprawca skończył i odszedł. Została sama, opadła na ziemię i wtedy kamera zrobiła zbliżenie na jej twarz, przepełnioną bólem i strachem. Jednak nie płakała. Zbyt często z nią to robiono, by płakała.
Drzwi trzasnęły głośno, co wyrwało z zadumy siedzącego przy komputerze wysokiego, szczupłego pięćdziesięciolatka o białych włosach i błękitnych oczach. Sven Olsson wyłączył nagranie i w ostatniej chwili zasłonił plecami ekran monitora. Nie chciał, by ktokolwiek widział ten film. Nawet Carla.
- Co oglądasz? - zapytała.
- Materiał z Polski - skłamał, uciekając wzrokiem. Równocześnie kliknął na teczkę z bieżącymi reportażami.
- Wciąż dręczy cię poczucie winy?
Spojrzał na nią przeciągle, nie odpowiedział od razu. Carla była jego najbliższą współpracownicą i powiernicą. Znali się od ponad dwudziestu lat i ufali sobie niemal bezgranicznie. Jednak tego sekretu nie chciał jej wyjawiać. Przynajmniej na razie.
- Powinniśmy potraktować chłopaka poważnie - mruknął.
Carla skinęła głową, choć nie wyglądała na przejętą. W przeciwieństwie do Svena, który często działał impulsywnie i raptownie, ona zawsze starała się zachować chłodny profesjonalizm. Wiedziała, że emocje, choć nieuniknione, nie pomogą w naprawieniu błędów. Stało się, co się stało, i skoro nie mogli tego naprawić, powinni skoncentrować się na zadaniach, na które mieli wpływ. Jeśli zbyt często spoglądasz za siebie, znów się potkniesz.
- Potraktowaliśmy poważnie. Po prostu mieliśmy ważniejsze rzeczy.
- Chłopak zginął - szepnął Sven.
- Sam przecież wiesz, ile mieliśmy pracy. Może rozbudujemy redakcję i zwiększymy liczbę kolumn?
- To w niczym nie pomoże. Dla części materiałów zawsze zabraknie miejsca...
Sven upewnił się, że odtwarzacz wideo zniknął z ekranu, odsłonił monitor i otworzył folder z tekstami nadesłanymi do redakcji "Reportera". Żółte teczuszki zapełniły trzy długie rzędy, a po przewinięciu myszką pojawiły się jeszcze dwa. Dużo, zadziwiająco dużo. Na pewno nie zdołają wszystkich opublikować.
- Sam sobie jesteś winien. Stworzyłeś niebezpieczny precedens i oto efekt - westchnęła Carla.
Miała rację. W ubiegłym roku Sven opublikował materiał rumuńskiego dziennikarza o współczesnym niewolnictwie i prostytucji na Bałkanach. W ten proceder zamieszani byli oficerowie sił pokojowych ONZ. Tekst w dużej mierze historyczny, przywołujący dość znane wydarzenia, miał niewątpliwe walory publicystyczne oraz dramatyczny finał z opisem najnowszych faktów, które próbowano zatuszować. Sven i cała redakcja byli pod wrażeniem. Jedynie Carla miała wątpliwości - słusznie zauważyła, że trudno zweryfikować takie materiały.
Sven postawił na swoim i już w dniu publikacji rozkręcił aferę, atakując w telewizyjnym studiu adwersarza z ONZ. Zrugał biednego, niewinnego przecież urzędnika, jakby to on osobiście gwałcił kobiety. "Jest tak samo winny - wyjaśniał później, nie bez racji. - Nic nie robi, tuszuje sprawę, mydli oczy, zatem odpowiada za te czyny. Nie mniej i nie bardziej. Dla nas liczy się proceder, który nie ustanie, dopóki nie zostaną podjęte właściwe działania władz. Jeśli ONZ pragnie oczyszczenia, musi działać".
Kłótnia Svena z urzędnikiem poszła w wiadomościach BBC i tak "Reporter" po raz kolejny zyskał nie do końca oczekiwany światowy rozgłos. Właśnie wtedy padło to nieszczęsne zdanie. Prezenterka BBC zapytała, czy zdaniem Svena dziennikarstwo śledcze w Europie przeżywa kryzys, na co Szwed odpowiedział z właściwą sobie swadą: "Skoro w niektórych krajach gazety nie chcą publikować tekstów śledczych, bo wolą nie narażać się władzy i reklamodawcom, to najwyraźniej tak jest. Nasz "Reporter" jest otwarty dla każdego. Dla nas zawsze czytelnik jest na pierwszym miejscu. Jeśli jakiś dziennikarz ma problem z publikacją w swoim kraju, zapraszam na nasze łamy".
Deklaracja szybko rozeszła się w sieci. W ciągu tygodnia dostali dziesięć dużych materiałów, z czego dziewięć nadawało się do kosza, a dziesiąty był zwykłą manipulacją białoruskiej bezpieki. Po miesiącu mieli już z pięćdziesiąt tekstów z całej Europy. Były reportaże czeskie, albańskie, włoskie, hiszpańskie czy francuskie. Zawierały opisy korupcji, handlu kobietami i bronią, nielegalnych badań genetycznych, zabójstw na zlecenie, mafii urzędniczych, restytucji majątków żydowskich, ruchów neofaszystowskich i terrorystycznych. Część tych artykułów przetłumaczono na angielski, ale żaden nie nadawał się do publikacji. Potem sytuacja się uspokoiła, teksty zaczęły przychodzić rzadziej, a Sven wykorzystywał niemal każdą wolną chwilę na ich przeglądanie i weryfikowanie. Dzięki temu wyłowił na przykład bardzo ciekawy materiał na temat mafii transplantacyjnej i nielegalnego handlu ludzkimi organami z udziałem znanych naukowców i lekarzy. Materiał Stanowskiego jednak zlekceważył i nie mógł sobie tego darować.
- Ten Polak mógł mieć rację - skwitował teraz.
Nie zmienił jednak zdania w sprawie rozbudowy redakcji. Ilość nie przejdzie w jakość, a to ona jest najważniejsza. Dla niej czytelnicy co miesiąc kupują płatnego "Reportera", mimo że większość sensacji mogą w pigułce przejrzeć na darmowych portalach internetowych. Dla niej chcą czytać długie artykuły, poczuć klimat prawdziwych dziennikarskich śledztw, a nie przygotowanych w pośpiechu, fatalnych warsztatowo, często powierzchownych tekstów w tabloidach. Oczekują materiałów na najwyższym poziomie.
?
Na pomysł stworzenia "Reportera" wpadli kilka lat temu, gdy w wyniku kryzysu finansowego oboje padli ofiarą wymuszonych restrukturyzacji. Zrodził się z wściekłości i niemocy Svena oraz pasji i daru przekonywania Carli.
Pozornie nic ich nie łączyło. On - dziennikarz z trzydziestoletnim stażem, zaniedbany, często niechlujny i roztrzepany, ale jednocześnie niezwykle pracowity i uparcie zaciekły. Ona - pięć lat młodsza finansistka, wciąż zjawiskowa, oryginalnie piękna była modelka, która wbrew przeciwnościom i stereotypom zrobiła niezwykłą karierę w świecie pieniądza.
Sven dobrze pamiętał tamten dzień. Siedzieli w kawiarence przy Kungsträdg?rden, z wypowiedzeniami w kieszeniach. Wtedy Carla, jakby w ogóle nie przejmowała się sytuacją, zapytała:
- Dlaczego właściwie nie założyłeś swojej gazety, Sven?
Proste pytanie, na które dziennikarz mógł znaleźć tysiąc odpowiedzi. Nie miał kapitału, umiejętności organizacyjnych ani pojęcia o biznesowej odpowiedzialności. Jak miałby sfinansować taką działalność? Jak zadbać o codzienne kwestie budżetowe i podatkowe? Jak poprowadzić zespół? Prawda była taka, że nie chciał, nie potrafił być szefem, nie nadawał się na prezesa i organizatora. Był zwykłym dziennikarzem i kochał ten zawód. Czy zatem można było tę jego miłość ot tak przekreślić jednym świstkiem papieru, wypełnionym przez byłego pracodawcę? Nie zasłużył na zwolnienie - to miał ochotę powiedzieć Carli, ale przecież nie o to pytała.
- A dlaczego ty nie założyłaś własnego funduszu?
Tak to się zaczęło. Carla szybko go podpuściła, przypominając, że przecież nigdy się nie poddawał i nie płynął z prądem. Wszak dzięki temu są przyjaciółmi, bo gdy inni dziennikarze z ironicznym politowaniem przyglądali się Carli, jednej z nielicznych zarządzających w świecie finansów, wciąż opanowanym przez mężczyzn, Sven zdawał się nie dostrzegać jej płci. Zawsze rzetelnie opisywał jej dokonania i nie traktował sukcesów jak przypadków.
Potem było dużo słów, parę kłótni, uścisków dłoni, podekscytowania znaczonego podnieceniem i odrobinę niezdrowymi rumieńcami na twarzy. Czuli się, jakby płodzili dziecko.
Minął zaledwie miesiąc, a oni opijali otwarcie wspólnego biura na poddaszu kamienicy przy Blecktornsgränd. Cztery pokoje, dwie firmy: Wydawnictwo Śledcze "Reporter" oraz Towarzystwo Inwestycyjne Carli Schyman. Po roku podnajęli jeszcze opuszczone w popłochu przez upadającą firmę handlową biuro naprzeciwko, a Carla zawiesiła niezależną działalność finansową, by zająć się zarządzaniem operacyjnym redakcją "Reportera", pozyskiwaniem pieniędzy dla gazety z emisji akcji i papierów dłużnych oraz skutecznym lokowaniem na giełdzie nadwyżek finansowych. Okazało się, że to pisma śledczego, a nie nowego funduszu inwestycyjnego, oczekiwał rynek.
- Pamiętasz, co ci tłumaczyłam? Co jest ważne w biznesie?
- Bądź wielki albo znajdź niszę - powtórzył wyświechtany slogan. - Wolałbym być wielki.
- Ale znalazłeś niszę. Wielcy teraz upadają. Jeśli zawsze płyniesz z prądem, nigdy nie trafisz na coś wyjątkowego.
Carla nie wtrącała się w sprawy redakcyjne. Skupiała się wyłącznie na finansach i tylko w wyjątkowych sytuacjach, na wyraźną prośbę partnera, służyła mu radą.
- Każde z nas powinno robić swoje. Ja pieniądze, ty dobre teksty.
"Reporter" pod kierownictwem Svena był pismem z założenia dość staroświeckim. Nie miał nowoczesnej szaty graficznej, nie obudowywał artykułów dziesiątkami kolorowych zdjęć i infografik, unikał wydawania jednoznacznych sądów i przyciągania czytelników za pomocą sensacyjnych tytułów. Główną ideą pisma było zaprezentowanie jak najszerszego kontekstu każdej sprawy, wielu punktów widzenia i różnych możliwości ich interpretacji. Nierzadko poświęcali dwadzieścia kolumn na jeden temat.
- I ktoś ma to kupić? - pytali zdziwieni inni dziennikarze, przyzwyczajeni do lekkich, obrazkowych magazynów, które próbowały dostosować się do praw rządzących informacją i rozrywką w dobie internetu i wciąż nie dostrzegały, że to droga donikąd.
Być może nikt by nie kupował, gdyby nie zadziwiający zbieg okoliczności. Właśnie wtedy ukazała się słynna powieść jednego ze szwedzkich dziennikarzy, opowiadająca historię pisma bliźniaczo podobnego do "Reportera". Po światowym sukcesie książki szybko wychwycono podobieństwa, a Svena często pytano, czy jest pierwowzorem dziennikarza opisanego w powieści.
- No, przyznaj wreszcie - śmiała się z niego Carla. - Mikael to ty.
- Pewnie z setka nam podobnych chciałaby, żeby zadano im to pytanie - odpowiadał.
Prawda była taka, że Stieg i Sven nigdy się nie poznali. Larssona interesowały zupełnie inne kwestie, był dziennikarzem zaangażowanym w ruchy antyfaszystowskie, często mocno lewicującym, podczas gdy Olsson, mimo podobnej wrażliwości na społeczne dysonanse i niesprawiedliwości, trzymał się twardo ekonomii oraz analizy sytuacji międzynarodowej. Owszem, miał zbliżone podejście do wielu kwestii, bo uważał, że w demokracji taką postawę nakazuje zwykła przyzwoitość. Jednocześnie jednak nie ulegał poprawnym politycznie nowofalowym tezom, twardo przeciwstawiał się socjalistycznym zakusom kolejnych rządów, był zdecydowanie bardziej konserwatywny i mimo wielu własnych przykrych doświadczeń wypowiadał się przeciwko zwiększaniu wydatków na pomoc społeczną. Wychodził z założenia, że państwo opiekuńcze przynosi czasem więcej szkody niż pożytku. Zaliczano go raczej do grona niewrażliwych, mało empatycznych pragmatyków, którzy zamiast o parytetach, przemocy wobec kobiet, rasizmie, patologiach woleli rozmawiać o wątpliwej skuteczności mnożników Keynesa albo o pomijaniu w dyskusjach o rosnących podatkach oczywistych wniosków wypływających z teorii Laffera. Należał do zdeklarowanych zwolenników ograniczania deficytu, wydatków państwa i biurokracji. Uważał, że tylko rozwój przedsiębiorczości wyeliminuje niekorzystne tendencje w szwedzkiej gospodarce, dlatego tak bolała go mała skuteczność reform centroprawicowego rządu Carla Bildta i powrót do władzy socjaldemokratów.
Do czasu powstania "Reportera" Olsson nie miał większej styczności z dziennikarstwem śledczym. Powątpiewał wręcz w jego znaczenie. Rzeczywistość zbyt często dostarczała mu dowodów, że reporterzy wykonujący ten zawód są tak naprawdę żurnalistami przeciekowymi, a nie śledczymi. Cóż to za trudność, przepisać akta prokuratorskie czy policyjne? Relacjonowanie chorych urojeń zawistnych agentów i funkcjonariuszy miałoby być więcej warte niż umiejętność analizowania trendów gospodarczych i giełdowych? W duchu upierał się przy zdaniu, że każde prawdziwe dziennikarstwo jest tak naprawdę śledcze, bo wymaga wygrzebywania ukrytych informacji, a nie bezkrytycznego powielania notek prasowych czy twierdzeń oficjeli. Jednak od czasu pewnej wpadki na forum poświęconym zmianom w mediach zachowywał te poglądy raczej dla siebie.
- Nie podejmowanie tematyki morderstw i mafii czyni kogoś dziennikarzem śledczym, tylko chęć dochodzenia do prawdy wszelkimi możliwymi metodami i odwaga w prezentowaniu ustaleń. W mechanizmach gospodarczych można znaleźć więcej tajemnic i społecznie istotnych kwestii niż w kaburach gangsterów i sejfach prokuratorów - powiedział wówczas nieopatrznie.
- Tak? A w "Przeglądzie Ekonomicznym" szuka pan tajemnic czy budżetów reklamowych? - zawołał w odpowiedzi ktoś z sali, co skwitowano śmiechem, gdyż gazeta, w której Olsson był zatrudniony, znana była z omijania trudnych tematów i schlebiania reklamodawcom.
Z jednej strony unikał więc konfrontacji, nie wchodził głębiej w dyskusję o upadku dziennikarstwa, bo wiedział, że musiałby krytykować również siebie. Z drugiej - nie chciał, by odbierano jego uwagi jako brak szacunku dla grupy "śledczych", narażających życie w rejonach świata targanych zawieruchami wojennymi czy rządzonych przez mafię. Łatwo było dokonywać ocen zza bezpiecznego biurka, w ciepłym mieszkaniu, w bogatym i spokojnym kraju. A jednocześnie doceniał zdjęcia i reportaże realizowane z narażeniem życia, nawet jeśli nie do końca wierzył w czyste pobudki reporterów.
Stworzenie własnego pisma całkowicie zmieniło jego perspektywę. Chłodne uznanie, wstrzemięźliwe poparcie dla idei, połączone z wątpliwościami co do używanych środków i intencji, zastąpił żarliwy entuzjazm. Nagle stał się zapalonym zwolennikiem dziennikarstwa śledczego i jego najwierniejszym obrońcą. Mimo to jedyne, co naprawdę łączyło go z Larssonem, to pasja do science fiction i pisania - ale o tym dowiedział się dopiero po śmierci słynnego kolegi po fachu. Nie był Mikaelem, Carla w żaden sposób nie przypominała Eriki, ich przyjaźń nigdy nie przerodziła się w miłość, a tym bardziej w seks, a "Reporter"... cóż, akurat tu podobieństwa mogły wcale nie być takie przypadkowe. Gdy opracowywali z Carlą koncepcję nowego tytułu, uznali, że właśnie pisma o profilu śledczym brakuje na rynku najbardziej i miałoby ono największe szanse na sukces. Wiedzieli też, że w jednym z wydawnictw przygotowywana jest kontrowersyjna publikacja, która może wywołać szeroką dyskusję na temat dziennikarstwa, roli mediów, mainstreamu i innych kwestii. Działali więc pragmatycznie - chcieli powołać do życia nowatorskie pismo, takie, o którym marzyło wielu dziennikarzy. Chcieli współtworzyć coś, co po sukcesach Wikileaks i ProPublica.org miało zostać nazwane piątą władzą.
"A Rose?" - pytał czasem sam siebie, wspominając osobę, której niesamowitą, pełną dwuznaczności sprawę "Reporter" opisał na początku swojej działalności. Czy Stieg mógł ją kiedyś poznać i wykorzystać do stworzenia postaci literackiej? Raczej wątpliwe. Niesamowity zbieg okoliczności - a może to Sven na siłę próbował dopasować książkową fikcję do rzeczywistości?
?
Tak czy inaczej, dzięki sukcesom powieści Larssona i wielowątkowej historii zakończonej zeznaniami Rose Friedman "Reporter" zyskał uznanie. Co miesiąc rosło grono jego czytelników, z czasem zasilających krąg gorliwych fanów. Po dwóch latach ze skromnych dziesięciu tysięcy nakład wzrósł do trzydziestu, a potem ta liczba uległa podwojeniu. Dziś sprzedawali osiemdziesiąt pięć procent pisma wydawanego w stu tysiącach egzemplarzy. Mimo internetowego dostępu do części najważniejszych tekstów czytelnicy "Reportera" byli mu wierni i wciąż chcieli kupować egzemplarze papierowe lub specjalne wydania na tablety. Traktowali je niemal jak kolekcjonerskie trofea. Zaangażowane, dobre dziennikarstwo okazało się potrzebne, chodliwe i godne zapłaty. Było zwyczajnie dobrym biznesem.
Niewyobrażalny sukces jak na tak małą redakcję.
- Może powinniśmy oddać temat tego Polaka telewizji? - zapytała Carla, przerywając Svenowi te niewątpliwie wzruszające i miłe wspomnienia.
Telewizja pewnie by pomogła. Tak jak wsparła pismo przez nagłośnienie przed dwoma laty jednego z najważniejszych tekstów. Wówczas ów wybór nie był jednak przypadkowy: ważna szycha telewizyjna została oszukana przez ludzi opisanych w "Reporterze". W przypadku Polaka nie było takiego przełożenia.
- Drumman. To o niego chodzi, prawda? - Pytanie Carli sprawiło, że przeszedł go dreszcz złości pomieszanej ze skruchą. Wszak obiecywał, że nie będzie ganiał za duchami, a jednocześnie wiedział, że to obietnica bez pokrycia. Wciąż nie wierzył, że sprawa Drummana znalazła już finał.
- Boisz się, że wrócił z krainy zmarłych?
- Powraca jak bumerang - przyznał. - Jakby ta historia miała wciąż odrastające macki.
- Ośmiornica albo podobne paskudztwo.
Helg Drumman, chrzaniony Helg Drumman. Zabrał Svenowi masę zdrowia i kto wie, o ile lat skrócił życie. W pierwszym roku działalności "Reportera" stał się jednym z głównych reklamodawców. Przekonywał, że chce wesprzeć niezależne i dobre media. Twierdził, że mocno stawia na etykę, w swoich przedsiębiorstwach nie akceptuje działań pozaprawnych, korupcji, a nawet wyścigu szczurów.
"Jestem wzorcem biznesowej etyki" - taki wizerunek budował dzięki dobrym PR-owcom i przyjętej strategii. Przedsięwzięcia, w które się angażował, też musiały być takie. Ekologia, energia odnawialna, badania naukowe, aktywizacja społeczna, oczyszczalnie, nowoczesna medycyna, pomoc zwierzętom. Samo dobro. Chodzący święty.
Sven delikatnie o niego wypytywał, ale nie słyszał żadnych głosów krytyki. Helg był lubiany, gładki, piękny, czysty. Żadnych narkotyków, ekscesów, oszustw. Żona, dzieci, życie, które może służyć za przykład.
Olsson powinien się zorientować, powinien sprawdzić dokładniej. Ale odpuścił - z pełną świadomością, że nie wykorzystał wszystkich dostępnych środków do sprawdzenia człowieka i jego aktywności biznesowej. Dał się osaczyć draniowi, wpadał w coraz większe uzależnienie od jego uroku. Po wielu miesiącach współpracy, prezentowania różnych pozornie prospołecznych kampanii, w których Helg namawiał do inwestycji w swoje nowatorskie pomysły, reklamodawca i prawie przyjaciel w jednej osobie nagle zniknął, a całe przedsięwzięcie okazało się zwykłą, starą jak świat, oszukańczą piramidą.
Drumman rozpłynął się w powietrzu, a z nim blisko miliard euro wpłaconych przez inwestorów. Większość tej kasy została wyprana w dziwnych inwestycjach w mało atrakcyjne aktywa w Polsce, Rumunii i Albanii. "Reporter" tylko dlatego uniknął krytyki innych mediów, że tamte dostawały jeszcze więcej z ogromnego budżetu reklamowego i sponsoringowego przedsiębiorcy. Prawie całe życie Drummana okazało się wymyślone. Niesamowite: gość wynajął nawet dziewczynę z dziećmi na żonę, stworzył sobie świat fikcji, w którym świetnie się poruszał, a nikt - włącznie z policją, organami skarbowymi i dziennikarzami - się w tym nie zorientował.
Media zamierzały zamieść całą sprawę pod dywan, żeby nie ponieść konsekwencji i ograniczyć krytykę swojej własnej postawy. Jak najszybciej zapomnieć - oto strategia czyszczenia brudów. Nie odpowiadać na pytania, nie komentować, nie pisać, nie mówić. Nie ma tematu. Te same pełne banałów i patosu media, rozliczające polityków, biznesmenów i notabli, w momencie własnej wtopy siedziały cicho jak trusie.
Na rozgłosie nie zależało nawet nabranym klientom, bo wśród nich było wiele gwiazd i mnóstwo celebrytów, próbujących uniknąć rozgłosu i towarzyszących mu szyderstw. Nie bez znaczenia był też zapewne fakt, że część z pozostałych klientów inwestowała w fundusze Drummana nielegalnie zdobyty majątek lub próbowała uniknąć płacenia wysokich podatków. Chcieli wykorzystać tę firmę do prania pieniędzy i nie podejrzewali, że pranie będzie aż tak skuteczne.
Sven jednak nie odpuścił. Po trzech miesiącach opublikował numer niemal w całości poświęcony Drummanowi i prezentujący jego ciemne sprawki, włącznie z rolą "Reportera".
"Nie myślcie, że tylko wy jesteście idiotami - przekonywał - ja sam jestem największym kretynem".
Przeprosiny za głupotę i posypanie głowy popiołem niewiele dały oszukanym ofiarom cwanego biznesmena, za to Svenowi przyniosły cień uznania w pewnych środowiskach. Ostatecznie zaowocowało to wizytą, którą złożyła w redakcji niezwykła agentka służb specjalnych, i dało początek działaniom na rzecz rozpracowania zdecydowanie największej afery, którą zajmowało się pismo Olssona.
Finalnie, choć kilka informacji naraziło "Reportera" na konflikty i procesy, śledztwo przeciwko oszustowi nabrało tempa i pewnie zakończyłoby się wielkim procesem, gdyby Helg Drumman nie uległ "przypadkowemu" wypadkowi samochodowemu w Izraelu. Sprawa ucichła na długie miesiące. Do chwili, gdy do gabinetu Olssona zapukała Rose Friedman.
?
Carla w jednym niewątpliwie miała rację. Jeśli Sven miałby świadomość, że reportaż Stanowskiego może pomóc w odkryciu kolejnych wątków w sprawie Drummana, rzuciłby wszystko, by śledzić ten trop. Polski dziennikarz popełnił jednak zasadniczy błąd: z niewiadomych powodów nie podkreślił powiązania swojego materiału ze sprawą Helga. Wystarczyłoby jedno zdanie na początku: "Panie Olsson, oto tekst o związkach afery Drummana z Polską". Wtedy na pewno zwróciłby na niego baczną uwagę. A tak... cóż, artykuł Jarosława Stanowskiego był tylko kolejnym materiałem z setek tekstów przesłanych do redakcji, a na dodatek dotyczył sprawy nieznanej szwedzkim czytelnikom.
Sven spojrzał na ekran komputera.
MAFIJNE POWIĄZANIA SŁYNNEGO PRZEDSIĘBIORCY! autor: Jarosław Stanowski
Słynnego przedsiębiorcy? Poza swoim krajem ten biznesmen był prawie nieznany. Co to mogło obchodzić Szwedów? Tekst otrzymali dwa miesiące temu, w połowie grudnia, z anonimowej skrzynki pocztowej założonej na Yahoo. Wiadomość podpisał Jarosław Stanowski, przedstawiający się jako dziennikarz śledczy. Napisał, że od ponad roku prowadzi dochodzenie w sprawie podejrzanych transakcji Romana Wolaka, jednego z najbogatszych polskich przedsiębiorców, znanego również na świecie z inwestycji na rynkach ropy i gazu oraz w koncerny medialne i przedsiębiorstwa z branży dóbr szybko zbywalnych.
Roman Wolak? Nazwisko nic wówczas nie mówiło Svenowi i prawdopodobnie było obce dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom czytelników "Reportera". Może z wyjątkiem imigrantów z Polski.
Mejl był napisany dość pokraczną angielszczyzną. Tezy niezbyt jasne. Reportaż równie kiepsko przetłumaczony. Stanowski prosił o umieszczenie tekstu w "Reporterze". Argumentował, że żadna polska gazeta nie chce go opublikować. We wstępie ani słowa o Drummanie. Czy Polak mógł nie wiedzieć o obsesji Olssona? Czyżby nie chciał jej wykorzystywać? A może uważał, że podkreślanie tego wątku jest niepotrzebne, bo tak rzetelna osoba jak Olsson sama jest w stanie wyciągnąć wnioski?
Sven przesłał materiał Carli oraz dwóm innym dziennikarzom z prośbą o opinię. Sam początkowo przeczytał jedynie lid i jakiś fragment ze środka. Niezbyt poruszony, zamknął plik i o nim zapomniał. Na dobre kilka tygodni.
Czuł się usprawiedliwiony. W tym samym czasie dostali wielki materiał o Julianie Assange'u, oskarżanym o gwałt na Szwedce twórcy Wikileaks, oraz wywiad z przyjaciółką rzekomo zgwałconej kobiety. Ponadto obrabiali teksty o Ruchu Oburzonych i umowach ACTA, a ktoś ze źródeł rządowych zaproponował im publikację tajnych raportów środowiskowych dotyczących budowy gazociągu Nord Stream oraz korupcji na wielką skalę przy realizacji innej politycznie kretyńskiej umowy. Zachód oddał Rosji ekonomiczne panowanie nad Europą Wschodnią w zamian za uśmiech towarzysza-byłego-szpiega i nowego cara Rosji. Dużo się działo. Dużo ważniejszych rzeczy niż sprawa jakiegoś pomniejszego polskiego kacyka i kłopotów nieznanego dziennikarza.
Świąteczno-noworoczny numer "Reportera" rozszedł się błyskawicznie i był rzeczywiście mocny. Olsson po raz kolejny robił rundę po studiach telewizyjnych i cieszył wzrok wiadomościami na czerwonych paskach:
"REPORTER" ZARZUCA ROSJI KORUPCJĘ POLITYCZNĄ! SZOKUJĄCE SZCZEGÓŁY W SPRAWIE ASSANGE'A CZY DOSZŁO DO MIĘDZYNARODOWEGO SPISKU PRZY UMOWACH ACTA?
Pismo ponownie było na ustach innych dziennikarzy, co sprzyjało budowaniu mocnych więzi w redakcji. Wieczorami podekscytowani i szczęśliwi przesiadywali z zespołem do późna w barze "Płonąca Tęcza". Opijali sukces, a jeśli zbyt dużo wypili i nie mogli prowadzić samochodów, Sven z Carlą trafiali do mieszkania wynajmowanego po drugiej stronie ulicy. Formalnie należało ono do spółki, którą Olsson powołał kiedyś dla wyjaśnienia cypryjskich transakcji holdingu stalowego.
Poddasze nazywali Dziuplą. Było przytulne, ale mocno niepraktyczne, stąd decyzja, żeby ewentualnie traktować je jako lokal konspiracyjny lub sypialnię dla informatorów spoza Sztokholmu. Ostatnio mieszkał w nim uciekinier z Afryki Środkowej, którego ostatecznie ledwie się pozbyli. Szczęśliwie lub pechowo dziki lokator został aresztowany, oskarżony o serię gwałtów i celowe zarażanie dziewcząt AIDS, co zniweczyło wielomiesięczną walkę Svena i redakcji o ocieplenie wizerunku czarnoskórych imigrantów. Po tym incydencie Sven zamierzał wynająć lub sprzedać lokal, ale po rozmowie z Carlą zrezygnował.
- Nie potrzebujemy pieniędzy, a mieszkanie zawsze się może przydać - argumentowała.
Strata Dziupli byłaby bolesnym ciosem, bo miała ona wyjątkowy klimat. Z okien można było podziwiać niesamowite widoki - z jednej strony wychodziły na Riddarholmen i Stare Miasto, a z drugiej na zatokę Riddarfjärden. Olsson mógł podziwiać zadbane mury i wąski trakt zmierzający nad wodę.
Dziupla miała otwarty charakter. Jedynie barek oddzielał niewielką kuchnię od salonu przechodzącego dalej w sypialnię, wyposażoną w duże łóżko z wygodnym materacem, na którym kładli się obok siebie i rozmawiali z zamkniętymi oczami.
Od kiedy zaczęli razem pracować, powtarzali ten rytuał i wciąż chyba zastanawiali się, dlaczego nie znajduje on zakończenia w wiadomy sposób. Być może gdyby Sven spróbował, gdy trafili tu po raz pierwszy, dziś wyglądałoby to inaczej. Ale wtedy oboje byli straszliwie zmęczeni godzinami przesiedzianymi przed komputerem, raportami finansowymi i innymi biurokratycznymi rzeczami. A potem... okazja minęła, a dodatkowo Sven wdał się w gorący romans z Rose. Z jakiegoś nie do końca wypowiedzianego powodu zamknęło mu to drogę do ewentualnego związku z Carlą.
Zostali zatem tylko przyjaciółmi. Dzielili się obawami i radością, strachem i nadzieją. Jak brat i siostra, najlepsi towarzysze. Bez seksu.
Sven zastanawiał się, czy dlatego tak dobrze im ze sobą, że nigdy nie dopuścili do cielesnego zbliżenia, choć bardzo często rozmawiali również o sprawach intymnych, sercowych, zdradzając sobie wzajemnie najskrytsze, najbardziej osobiste przeżycia. Także te, o których nie mówili nikomu, nawet kochankom. Nie widział w tym niczego niestosownego. Uważał ten układ za bardzo zdrowy i dawno już przestał rozważać, jak to by było, gdyby choć raz spróbowali.
?
Pewnej lutowej nocy, właśnie po takiej oczyszczającej rozmowie w Dziupli i chwili uspokajającego wyciszenia, które następowało zawsze po wydaniu kolejnego numeru pisma, Sven przypomniał sobie o mejlu z Polski. Następnego dnia przez całe popołudnie próbował odnaleźć tekst w skrzynce pocztowej. Bezskutecznie. Mejla nie było też w wysłanej poczcie, a Carla i inni, którym przesłał artykuł do przeczytania, także nie mogli odnaleźć wiadomości i pliku z reportażem.
Chwycił za telefon i poprosił Paulę Sonig, niedawno zatrudnioną dwudziestolatkę, zajmującą się w "Reporterze" ochroną danych i zabezpieczeniami komputerowymi.
- Ktoś chyba usunął mi jednego mejla ze skrzynki - wyjaśnił.
Paula trochę przypominała Rose. Była równie chuda i chłopięca, niska i niemal tak samo żywiołowa. Tylko jasne włosy, ładna cera i typowa dla dzieciaków w tym wieku dziewczęco-chłopięca twarz odróżniały je od siebie. Żując gumę, pogmerała w komputerze. Od czasu do czasu zadawała krótkie pytania. Z którego dnia był mejl, co zawierał, czy był pusty czy z załącznikami, z jakiego serwera i kraju przyszedł? Odpowiadał, na ile potrafił, bo nie pamiętał ani dokładnej daty, ani kraju, ani serwera. Kurwa, nic nie pamiętał.
- Mam! - zawołała Paula po godzinie. - Cholera, dobry jest.
- Kto jest dobry?
- Haker. Włamał się i wykasował wiadomość dwudziestego drugiego stycznia, w niedzielę. Musiałam nieźle pogrzebać w rejestrach, by to znaleźć. Nie zostawił żadnych brudów, logów, żadnych śladów. Naprawdę dobry - dodała z nieskrywanym podziwem.
Sven poznał w życiu tylko jedną osobę, która potrafiła włamywać się do komputerów, choć nie pozwalała nazywać się hakerką czy cyberterrorystką. Rose. Przywołana w pamięci drobna, brązowowłosa kobieta o ostrych rysach, spiczastym, nieco zadartym nosie i trądzikowej cerze nastolatki wzruszyła wirtualnymi ramionami i szepnęła: "Dziś każdy szpieg musi umieć korzystać z internetu i włamywać się do kompów. Nie od razu czyni to z niego hakera. Tak jak umiejętność konstruowania bomb niekoniecznie musi być wyłącznie cechą terrorysty".
- Możemy odzyskać tę wiadomość?
- Zobaczymy.
Przez następną godzinę dziewczyna pracowała, niecierpliwie stukając w klawiaturę i coraz szybciej żując gumę, jakby toczyła z nią jakiś pojedynek. Od czasu do czasu przeklinała, potem zaczęła się pocić, w końcu roześmiała się głośno i krzyknęła:
- Mam!
Wypuściła głośno strumień powietrza, wprawiając grzywkę prostych, przyciętych równo nad brwiami włosów w łagodne falowanie.
- Udało się odzyskać pliki - zakomunikowała z dumą. - Nie tylko tego mejla, ale i parę innych rzeczy.
- Jak to zrobiłaś?
- U ciebie na dysku, podobnie jak w komputerze Carli, nic nie wskórałam. Ktoś wpuścił nam takiego robaka, że pożarł ślady, a następnie samego siebie. Czarna mamba. Nie wiem, co to było za gówno, nigdy o czymś takim nie słyszałam. Na naszym serwerze odnalazłam tylko informację o przesyłce i dane serwera wysyłającego. No i właśnie haker go nie wyczyścił. Pewnie się nie spodziewał, że aż tak daleko będziemy szukać.
- Dziwne.
- Czy ja wiem? Nawet jakby chciał coś zrobić, nic by nie poradził. Ten serwer to nie byle co, nie daje możliwości kasowania danych nawet użytkownikom.
- Są takie komputery? - Sven ponownie pomyślał o Rose, więc dodał w duchu: "Znam kogoś, kto na pewno nie zgodziłby się z twoją teorią, Paula. Zdaniem tej osoby wszystko, co da się nagrać, da się też wykasować".
Dziewczyna energicznie i z przekonaniem pokiwała głową.
- Dane zostały zapisane w serwisie Notariusz, gwarantującym zachowanie informacji nawet w razie najgorszych kataklizmów czy włamań najlepszych hakerów. Po to właśnie powstał i tak się reklamuje: "Boisz się czegoś, zostaw nam kwity na przechowanie". W czasach lawinowego przyrostu wyznawców teorii spiskowych taki serwis musiał się kiedyś pojawić.
- Wyznawców teorii spiskowych, hm - powtórzył Sven znacząco, rozbawiony mgiełką strachu na twarzy dziewczyny. W pewnych kręgach był wszak uznawany za guru spiskowych teorii.
- Nie chciałam, żeby to zabrzmiało...
- W porządku, Paula, sam czasem tak siebie nazywam.
Dziewczyna chrząknęła.
- Tak czy inaczej. Notariusz to taka wirtualna kancelaria do składania kwitów "w razie czego". Ja przynajmniej nie potrafiłabym wykasować zamieszczanych tam wiadomości.
"A Rose? Czy ona by potrafiła? Może nie chciała?".
- Co zatem zrobiłaś? - dopytał.
- Włamałam się na konto nadawcy wiadomości i pobrałam dane jeszcze raz.
- To takie proste? Dlaczego haker, który pousuwał dane z naszych skrzynek, nie zrobił tego samego i nie skasował potem całej zawartości?
- Już ci mówiłam, że usunięcie danych z konta jest niemożliwe, przynajmniej teoretycznie. Nawet jeśli to zrobisz, zasoby są codziennie ponownie ładowane z backupu. Tak to niby działa. Raz dziennie backup do supertajnego ośrodka, raz dziennie automatyczna kontrola stanu skrzynek i ich uzupełnienie w przypadku zmian.
- No dobrze, ale tak łatwo jest tam się dostać?
- Właśnie dlatego, że domena ma służyć do bezpiecznego przechowywania plików, użytkownicy rzadko stosują skomplikowane zabezpieczenia. Na stronie głównej jest nawet instrukcja, co powinniśmy zrobić i jakie hasła zastosować, jeśli chcemy dać możliwość oglądania i pobierania plików nieznajomym. To działa na podobieństwo portali społecznościowych czy serwisów blogowych, ale dzięki temu, że konta są zamknięte, nie można nikogo oskarżyć o naruszenie dóbr, pomówienie czy inne przestępstwa. Nie rozpowszechniają przecież tych treści. To jak prywatne sejfy, tylko z półotwartym dostępem. No i ten nasz nadawca zastosował się do instrukcji, czyli stworzył hasło otwarte praktycznie dla każdego. Dzięki temu i ja nie miałam problemu z dostaniem się do skrzynki.
- Rozumiem. - Sven wciąż to trawił.
Paula rozparła się wygodnie na krzesełku i zaczęła nim kiwać w przód i w tył. Miała młode, silne, gibkie ciało. Jak Rose.
"Tak, jest zdecydowanie podobna do Friedman - pomyślał Sven. Do diabła - skarcił się zaraz - może przestałbyś w końcu o niej myśleć?".
- Bardziej martwi mnie to, Sven, że ktoś złamał nasze zabezpieczenia - mruknęła Paula. - Pozwolisz, że zabiorę twój sprzęt na weekend i przyjrzę się temu?
- Pewnie. Mnie też to martwi.
- Tymczasem wgram ci twój dysk na tego lapka. - Wskazała stary, oklejony papierem fotograficznym komputer IBM, z którym się nie rozstawała. - Nie ma możliwości korzystania z internetu bezprzewodowego, więc nic ci tu nie grozi. Czasem stare jest jare.
Ostatnie zdanie zabrzmiało dwuznacznie i Sven bał się podnieść wzrok.
"Nie, Paula, nie jestem aż tak przystojny ani tak dobry, by warto było tracić na mnie młodość. Kochaj się w chłopakach urodzonych po 1980 roku".
Podpięła starego laptopa i w ciągu kwadransa przekopiowała na niego dysk Svena. Nie było tego dużo. Miał zaledwie parę większych plików, a teksty z edytorów zajmowały niewiele miejsca. Ważniejsze materiały redakcyjne i dokumentację trzymali wyłącznie na bezpiecznym serwerze. Choć jak się okazało, wcale nie był taki bezpieczny.
- Ten zagubiony mejl jest na pulpicie w folderze z innymi dokumentami twojego nadawcy - powiedziała. - To pewnie coś ważnego?
- Być może.
Zanim zdążył otworzyć dokument, zobaczył w żółtej teczuszce na pulpicie serię wiadomości, które go zmroziły. Potem pomyślał, że informacje wyglądają dziwnie, bo zawierają nazwisko Stanowskiego i krzykliwe ostrzeżenia.
- Paula, co to jest?
Spojrzała.
- Google Alerts. Nigdy nie słyszałeś?
- Nie.
- Możesz sobie ustawić taką opcję w przeglądarce. Jeśli w sieci pojawi się jakaś wiadomość na twój temat, wyszukiwarka wyśle alert na wskazany adres. Nasz nadawca włączył tę opcję i wskazał Notariusza jako adres docelowy. Mądrze. W wypadku gdyby coś mu się stało, właśnie na to konto musiałyby wpływać informacje dla potencjalnych zainteresowanych. I nikt nie mógłby ich usunąć.
- Aha.
- No, tak to działa.
Paula zniknęła. Ponownie zerknął do folderu wiadomości odebranych, gdzie widniało dziesięć alertów od Google. Miały podobny tytuł, który brzmiał:
ALERT DLA ZAPYTANIA: "JAROSŁAW STANOWSKI": ZNANY DZIENNIKARZ ZAMORDOWANY!
Otworzył jeden z linków i polecił przeglądarce przetłumaczenie napisanego po polsku tekstu z gazety "Nowa Polska". Materiał był krótki i informował o wszczęciu przez warszawską policję śledztwa w sprawie śmierci jednego z najbardziej niegdyś znanych dziennikarzy śledczych, Jarosława Stanowskiego.
Zapomniany i skompromitowany w aferze samolotowej Stanowski miał ostatnio duże trudności z publikacją swoich reportaży. Według nieoficjalnych informacji dziennikarz został znaleziony w swoim mieszkaniu, a mordercy próbowali upozorować samobójstwo przez powieszenie. Nasi informatorzy twierdzą, że Stanowski nie zostawił listu pożegnalnego, zacieranie śladów przeprowadzono zaś dość nieudolnie. Dodatkowo na ciele ofiary znaleziono ślady walki i materiał biologiczny innych osób. Policja apeluje o zgłaszanie się świadków mogących pomóc w śledztwie.
Oczywiście tłumaczenie było znacznie gorsze, miejscami upstrzone fatalnymi błędami, ale ogólnie zrozumiałe.
"Może do was zadzwonię" - pomyślał Sven, czując, jak ogarnia go wściekłość. Nie powinien tak zostawić tej sprawy.
?
Natychmiast po przeczytaniu wiadomości o śmierci dziennikarza postanowił zlecić dokładne przetłumaczenie tekstu przesłanego do "Reportera". Szczęśliwie mieli w redakcji Polaka, który sprzątał pokoje w ich biurach i na dwóch innych piętrach budynku. Pół roku wcześniej okazało się, że Polak całkiem nieźle rysuje, i Sven zaproponował mu zilustrowanie dwóch tekstów w gazecie. Rysunki były zabawne i dobre. Pracownicy redakcji nie kryli szoku, że sprzątacz może narysować coś takiego. Staszek także był rozbawiony - ich zdziwieniem.
- Narysowanie obrazka to nic trudnego - wyjaśnił. - Po studiach na Akademii Sztuk Pięknych zrobiłem dwa kursy z marketingu i sprzedaży, ale nasze firmy wolą rysunki komputerowe. Przez rok uczyłem w szkole plastyki i zarabiałem w przeliczeniu dwieście dolarów miesięcznie. Nie wystarczało na czynsz za mieszkanie, a dodatkowo urodziło nam się dziecko. Żona pracuje jako urzędniczka w firmie maklerskiej. Zarabia całkiem nieźle, trzy razy więcej niż plastyk, jednak chce rzucić pracę, bo jej szefowie oszukują klientów. Wiesz, czasem nawet zwykłym pracownikom przeszkadza, że pracują dla złodziei, choć gdyby to było powszechne, to pewnie większość z nas musiałaby wylądować na bezrobociu. Trafił się wyjazd do Szwecji, to postanowiłem wyjechać. Zarabiam jako sprzątacz, ogrodnik po godzinach i nocny portier w hotelu dziesięć razy więcej niż moja żona i trzydzieści razy więcej niż plastyk w polskiej szkole. Nie mam co prawda na nic czasu, bo pracuję jednocześnie na trzech etatach, ale w sumie co miałbym tu robić poza pracą, jeśli rodzina siedzi w Polsce? Za pięć lat wrócę i otworzymy pensjonat w górach. Musimy tylko wyremontować dom dziadków.
Sven pomyślał o zarabiającym sto razy więcej dyrektorze dowolnego banku, który nie miał nawet promila talentu Staszka, i zrobiło mu się zwyczajnie smutno. Świat nie podąża w dobrym kierunku. Handlarze kupczą wiedzą i talentem - i robią wodę z mózgu przeciętniakom, którzy nie mogą wykazać się cwaniactwem.
- Jeśli ci mnie żal, to niepotrzebnie - dodał wówczas rysownik. - Byłem kiedyś, jeszcze na studiach, niezłym draniem. Zasłużyłem na pokutę. Mam za to wspaniałą rodzinę, której wielu mi zazdrości. Taki mój przyjaciel na przykład robi niezłą kasę na bezsensownych książkach, a wydaje ją w tydzień na dziwki i narkotyki. Biedak...
Sven polubił polskiego sprzątacza i dość często ucinał sobie z nim pogawędkę. Jednocześnie większość tekstów w kolejnych numerach starał się ilustrować rysunkami, a nie zdjęciami. Mimo że Polak zaczął zarabiać godziwie, nie zrezygnował ze sprzątania. Tłumaczył, że przyjechał tu dla pieniędzy i cokolwiek mu Sven zaproponuje, on i tak będzie pracował na trzech etatach, żeby wywieźć jak najwięcej zaoszczędzonej forsy.
- Dzięki temu wybuduję większy hotel i na starość będę szczęśliwszy. Ale dziękuję, Sven, to miło, że przejmujesz się losem takiego mało ważnego Polaczka jak ja - powiedział.
?
Odnalazłszy Polaka w kanciapie personelu obsługi, poprosił go na stronę.
- Przetłumaczysz mi tekst z polskiego? - zapytał. - Dostałem materiał w wersji angielskiej, ale szczerze mówiąc, jest nie do czytania. Chciałbym przeczytać wersję polską w twoim tłumaczeniu. Co powiesz na dwieście koron za stronę?
Staszek popatrzył badawczo i z szerokim uśmiechem zaproponował:
- Dwieście pięćdziesiąt i będziesz miał z... didaskaliami.
- Nie zamierzam tego wystawiać na scenie - roześmiał się Sven na językowe potknięcie Staszka.
- No wiesz przecież, o co mi chodzi...
Co prawda jego szwedzki był taki sobie, ale angielskie tłumaczenie trzymało się kupy. Dwa dni później Sven przeczytał po raz pierwszy w całości i w dobrym tłumaczeniu tekst Jarosława Stanowskiego. I poczuł do siebie obrzydzenie. Przeczytał drugi raz, cały czas szukając dla siebie usprawiedliwienia.
Nie znalazł go do dziś.
?
Teraz, w czwartek 16 lutego, przeglądając po raz dziesiąty polski reportaż ze świadomością, że jego autor od dawna nie żyje, być może właśnie z powodu tego materiału, pomyślał o danej sobie niegdyś obietnicy, że nigdy nie zlekceważy poważnego tematu i nie zostawi innego dziennikarza w potrzebie.
Cóż, nie po raz pierwszy okazało się, że słowa to tylko słowa.
Rozdział 2
Wtorek, 21 lutego
Rose Friedman cierpliwie czekała, aż makler sprawdzi dyspozycje. Zerkał na nią ukradkiem, rumienił się coraz bardziej i udawał, że część poleceń sprawia mu bliżej nieokreślone kłopoty. Była to w jego wypadku zwykła reakcja na trudne do zdefiniowania podniecenie, które nie mogło znaleźć ujścia w jakiś naturalny sposób. W końcu chrząknął i zagadnął:
- Jest pani pewna, że chce pani zdecydować się na tak duże zaangażowanie w obligacje hiszpańskie, Irene?
Znał ją pod nazwiskiem Irene Rossen i był wyraźnie pod urokiem tej niezbyt wysokiej, zgrabnej i zadbanej kobiety, z twarzą pokrytą dokładnym makijażem, ze wspaniałymi, podkreślonymi czerwoną szminką ustami oraz pełnymi piersiami. Nie wiedział, że jej stanik wypełnia dodatkowo spora porcja waty, skóra pozbawiona makijażu jest pełna skaz i śladów po źle leczonym trądziku, cała postać wydaje się wręcz chłopięca, a wspaniałe długie blond włosy to tylko dobra, markowa peruka, skrywająca niezbyt twarzową fryzurę z krótko przyciętych, brązowych loków. Nikt, kto widział prawdziwą Rose, nie śmiał o niej powiedzieć, że jest atrakcyjna, a tym bardziej piękna. Często brano ją za mężczyznę, na którym nie zawieszali wzroku nawet pijacy w knajpach. Ale ucharakteryzowana i przebrana za lalkę, w czerwonych, dziesięciocentymetrowych szpilkach robiła wrażenie na niemal każdym mężczyźnie znudzonym monotonnym małżeńskim pożyciem lub losem przymusowego singla.
- Rząd hiszpański dał przecież dodatkową zachętę, podnieśli oprocentowanie.
- Cóż, z powodu kłopotów budżetowych ma problem z pozyskaniem finansowania...
"Bardziej ufam Hiszpanom niż Włochom - pomyślała Rose - tak jak bardziej ostatnio wolę literaturę hiszpańską niż włoską, jeśli w ogóle mam czytać beletrystykę, bo prawdę mówiąc, musisz wiedzieć, Mark czy Clark, że ponad wszelką beletrystykę przedkładam biografie i książki historyczne. Fikcja kompletnie mnie nie interesuje. Niewiele można się z niej nauczyć, a ja jestem wyjątkowo praktyczną suką".
- Lubię ryzyko, Mark.
- Clark - poprawił z grymasem nieśmiałego uśmiechu.
- Właśnie, Clark.
- Cóż, zauważyłem, Irene. Ta ostatnia pozycja... no więc ona wydaje mi się szczególnie... no właśnie, ryzykowna.
- I taka jest. Sam lubisz powtarzać: więcej ryzyka, więcej zarobku, prawda?
- No risk no fun - powtórzył znów wyświechtany slogan i oblał się pąsowym rumieńcem.
Ech, ci Anglicy. Ciągle mają z tym problem.
- Właśnie - szepnęła z zalotnym uśmiechem.
Clark chrząknął, z trudem przełykając ślinę.
- Możesz stracić cały pakiet, Irene. Jeśli Rumuni nie przyznają koncesji SuperTV, może być niezwykle ciężko odzyskać te pięć milionów wpakowane w niezabezpieczone obligacje. Duże ryzyko. Nie wierzyłbym specjalnie w uczciwość lokalsów.
"Lokalsów? Ależ z ciebie dupek, Clark". Myśli Rose były dalekie od spokoju, ale nie zmieniła wyważonej pozy, którą przybrała specjalnie na użytek maklera. "Możesz uważać mnie za taką cipę, jaką jesteś sam, Clark. Irene to rzeczywiście cipa".
- Jeśli jednak to ja będę miała rację, dużo zarobimy, prawda?
- No tak - przyznał Clark. - Choć i tu musi zostać spełnionych parę warunków. Głównie debiut giełdowy, bo bez niego może być trudno odsprzedać taki pakiet akcji, jeśli byśmy zamienili bondy... to znaczy obligacje na udziały w spółce. Płynność jest niezwykle ważna. Bez płynności... No, chyba że trafi się inwestor branżowy. Poza tym...
- Tak?
- Nie będę ukrywał, Irene, że po twojej dyspozycji sam postanowiłem sprawdzić, czy to dobra inwestycja. No i przejrzałem gazety, zadzwoniłem, do kogo trzeba, no i...
- Nie podzielono mojego optymizmu?
- Delikatnie mówiąc... W tym rozdaniu zostanie przyznana tylko jedna koncesja, a największe szanse ma RumTV. Prawdę mówiąc, SuperTV nie jest wymieniana w gronie faworytów. Jest na ostatnim miejscu w konkursie. Musiałby się zdarzyć cud...
- Dzięki temu właśnie zarobek będzie największy, Clark. Czyż nie? - Irene wstała od stolika. - Czy wszystko omówiliśmy?
- Oczywiście. - Clark także wstał.
- W takim razie do zobaczenia, Clark.
Ujął jej dłoń i speszony uciekł wzrokiem. Przeklęte pąsowienie. Nigdy nie miał tak dziwnej, a zarazem seksownej klientki. Nigdy nie marzył nawet o takiej kobiecie, a wydawało mu się, że Irene go kokietuje. Gdy już wychodziła, chrząknął jeszcze.
- Zapytam wprost, Irene - zawołał za nią. - Czy sądzisz, że to dobry pomysł, żebym wpakował w te bondy swoje oszczędności?
- W które? Hiszpańskie czy SuperTV? - spytała z uśmiechem Irene.
- SuperTV.
Ledwo przeszło mu to przez usta. Nie powinien rozmawiać z klientką w taki sposób. No, ale raz się żyje. Poza tym musiał się upewnić. No risk no fun, ale lepiej nie iść na całość w kasynie, chyba że ma się znaczone karty. Ona musiała coś wiedzieć. Inaczej nie pakowałaby się w tę Rumunię. Miała cynk. Pewny cynk. Jak ci vipowscy klienci ze ślepymi portfelami, którzy zawsze potrafią w ostatniej chwili uciec z tonącego okrętu bądź trafić superokazję na pięć minut przed ogłoszeniem świetnego newsa. Znajomości były dziś łatwo przeliczalne na żywą gotówkę. Czasem bardzo ciężką gotówkę.
Irene już kilka razy miała nosa. I była zbyt pewna siebie, by chodziło tylko o nos. Ktoś jej dał przeklęty cynk.
- Myślę, że to bardzo dobry pomysł, Clark. Ale sam musisz zdecydować.
- Oczywiście.
- W końcu ryzyko nie jest małe.
- Tak, Irene.
- Zatem do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
?
Wyszła z budynku starego banku Backly i taksówką udała się do robotniczej części Southwark, gdzie w niewielkim parku na ławce czekał już na nią samotny mężczyzna w dobrym garniturze i grubym, rozpiętym płaszczu. Mimo chłodu mężczyzna miał gołą głowę. Rose ucałowała go w oba policzki i chwyciła pod ramię.
- Przejdźmy się.
- Oczywiście, Mariko.
Obiecała sobie kiedyś, że nigdy już nie użyje nazwiska Mariki Shiraz, które kiedyś przydało jej się przy pierwszych kontaktach ze Svenem Olssonem, ale dla Jonathana Birminghama postanowiła zmienić swoje zasady. Przeczytała w jego komputerze, że najbardziej lubi oryginalne imiona na M. Dzięki temu, że Jonathan prowadził zadziwiająco szczery pamiętnik i nawet nie zabezpieczał go hasłem, wiedziała o wielu innych jego upodobaniach. Nie musiała zatem robić zbyt wiele, by pozyskać przyjaźń pana Birminghama.
On w końcu marzył tylko o prawdziwej miłości, którą można zdobywać miesiącami, o kobiecie, która nie pragnie od razu seksu, ceni za to długie spacery i szczere rozmowy, pełne wzniosłych słów. Z jego konta medycznego wyczytała, że przyjmuje leki antydepresyjne i ograniczające potencję. Wiedziała, że w tym przypadku nie będzie musiała specjalnie się starać. No sex no fun. Jonathan był wyjątkowym dżentelmenem.
- Nie mogę uwierzyć, że wciąż masz ochotę tracić na mnie czas.
- Och, jesteś zbyt skromny. Uwielbiam spacery z tobą.
- Powiedziałem mamie, że się spotykamy - wyznał.
Chwyciła go za obie dłonie i ścisnęła mocno.
- Cieszę się, Jonathanie.
- Ja również, Mariko.
"Jakież to kurewsko angielskie. Jakbym oglądała jakąś ekranizację Austen czy Forstera. Zaraz się popłaczę. Słyszałeś kiedyś o dzieciach nocy, o bachorach z dworca ZOO, pokręconych pokurczach przeznaczenia, diabelskich pomiotach, które nigdy nie powinny się narodzić? Z nimi takie sprawy załatwia się zupełnie inaczej i - wierz mi, Jonathanie - znacznie przyjemniej".
Zatrzymali się w cieniu wierzby i Jonathan zatonął w jej oczach. Przez chwilę miała wrażenie, że zbliży usta i wreszcie ją pocałuje. Rzeczywiście, zaczęło to przypominać jakąś powieść wiktoriańską. Pocałunek na dziesiątej randce. Jak na Jonathana to i tak całkiem nieźle. Jednak nie pocałował jej. Umknął wzrokiem speszony.
- Jak w pracy? - zapytała.
Odetchnął, szczęśliwy, że udało im się zejść na mniej drażliwy temat. Zadrżał, jakby było mu zimno, a Rose pomyślała, że specjalnie nie zapina płaszcza i nie nosi czapki, żeby w razie czego mieć wytłumaczenie dla tych latających rąk i nadmiernego podekscytowania.
- Wszystko idzie w dobrym kierunku. Powinniśmy do końca roku zamknąć transakcję rumuńską i zająć się rynkiem węgierskim.
- Dostaniesz premię?
- Mieliśmy z tym dużo pracy, więc liczymy na pokaźną gratyfikację. Na emerging markets zarabia się najlepiej, tak jak ci tłumaczyłem.
- Zupełnie nie mogę tego pojąć. - Rose nieco zbyt teatralnie przewróciła oczami. - Przecież to oni przyjeżdżają do nas po pracę. To jest niepojęte. Biedacy jadą do bogatych krajów, a bogaci biją się o kontrakty u biednych.
- Och, to całkiem proste. Rynki wschodzące są znacznie bardziej chłonne od rozwiniętych, na których nie ma takiego potencjału rozwojowego, Mariko. Każdy nowy towar wprowadzony na taki świeży rynek będzie się sprzedawał znacznie lepiej niż u nas, bo nie ma takiej konkurencji, a i społeczność lokalna jest teraz bardziej spragniona dóbr dawniej zakazanych. Społeczeństwo jest pozornie biedniejsze, ale można mu ów towar wcisnąć po wyższej cenie niż u nas, a jakością nie trzeba się tak przejmować. Dzięki wejściu do Unii społeczność staje się bogatsza, imigranci przesyłają pieniądze rodzinom w kraju, w gospodarce jest więcej pieniędzy, rośnie inflacja i zwiększa się popyt na towary luksusowe. Tak już jest. To taki obieg zamknięty. Oni zarabiają na przykład w Anglii, a ich ciężko zarobione pieniądze wracają do nas poprzez kontrakty z takimi firmami jak nasza.
- Żebyście mogli za nie zamawiać lodziki u Rumunek i Ukrainek w burdelach w Soho - syknęła po szwedzku. - Zrobić ci lodzika?
Jonathan rozdziawił usta, zdziwiony.
- Przepraszam, nie zrozumiałem.
- To po szwedzku - wyjaśniła. - W Szwecji mawia się: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze.
- U nas też tak się mawia, Mariko - uśmiechnął się Jonathan. - Anglia nie ma wiecznych wrogów ani wiecznych przyjaciół. Wieczne są tylko interesy.
Marika znów przewróciła oczami, a Rose uszczypnęła ją złośliwie w tyłek.
- Jesteś taki mądry, Jonathanie.
- To nic takiego, Mariko, po prostu moja praca. Ty w swojej branży przecież też wiesz znacznie więcej ode mnie. Ja nie mam zielonego pojęcia o hodowli kotów.
- Koty to mądre zwierzęta.
- Uwielbiam koty.
- Więc jesteście już pewni, że dostaniecie koncesję?
- Wciąż jeszcze nikt nie wie, że stoimy za SuperTV - szepnął. - Nie wolno ci nikomu o tym powiedzieć.
Uśmiechnęła się łagodnie, przycisnęła palec wskazujący do ust i mrugnęła do niego.
- Tajemnica. Będę milczeć jak grób.
Znów zadrżał, podekscytowany.
- Właśnie. Naprawdę pilnie strzeżona.
- Ale skąd macie taką pewność?
- Tak jak ci mówiłem, to transakcja wiązana. Rząd sprzeda Rumunom taniej transportery opancerzone, a oni przyznają nam prawa telewizyjne. To się nazywa umowa offsetowa. Tyle że w normalnych krajach takie ustalenia są dokonywane przy otwartych drzwiach - albo chociaż uchylonych. A tu jest tajne przez poufne, bo akurat w tym przypadku tak jest lepiej. Ich rząd nie chce przyznawać się do układów z Brytyjczykami, gdyż ostatnio opinia publiczna oczekuje zbliżenia z Rosją i Turcją, jakby zapominała o tych skandalach i zbrodniach, za którymi stoją ekstremiści popierani przez te kraje lub wręcz się z nich wywodzący. No więc robimy po cichu mały szacher-macher i nie ujawniamy się jako udziałowcy w SuperTV.
- Naszemu rządowi opłaca się sprzedać taniej te transportery?
- I tak wychodzą z użycia. W zasadzie moglibyśmy im je dać za darmo. - Jonathan roześmiał się wesoło.
"Ależ ty jesteś mądry, Jonathanie". Rose skrzywiła się w duchu.
- Genialne.
- Po prostu biznes.
- Skąd masz pewność, że was nie oszukają?
- Mamy odpowiednie umowy, a poza tym... Każdy zarobi, ich notable także. To niemal modelowi przedstawiciele predatory state.
- Predatory state?
- Państwa drapieżnika - wyjaśnił Jonathan. - W młodych demokracjach tworzy się kasta panująca, żerująca na państwie, prowadząca jego rabunkową eksploatację i uniemożliwiająca innym, spoza grupy, wejście do interesu.
- To wasi partnerzy?
- W biznesie nie ma sentymentów. Obecnie jedynym udziałowcem SuperTV jest fundusz celowy, który zbiera kapitał potrzebny spółce na wykup koncesji poprzez emisję obligacji na lokalnym rynku.
- Wystarczy tych pieniędzy? Co będzie, jeśli inni konkurenci zaproponują więcej, niż będzie miała SuperTV?
- Nie ma takiego zagrożenia. Głównym warunkiem przyznania koncesji nie jest cena, tylko propozycje programowe. Mamy już ustalone, że SuperTV zbierze pięćdziesiąt milionów funtów kapitału na inwestycje. To w zupełności wystarczy, nawet jeśli konkurenci zaproponują dwa razy więcej.
- Wy wpłacacie kapitał?
- Nie wolno nam. Ktoś mógłby odkryć powiązanie, nawet gdybyśmy użyli spółek cypryjskich. Ale mamy pewność, że obligacje się sprzedadzą. - Ściszył głos. - Lokalni kacykowie z Rumunii są wprowadzeni w temat, aktualnie wyprzedają całe majątki, żeby wpłacić kapitał na SuperTV. Wiedzą, że potem wykupimy te udziały ze stuprocentową premią. Świetnie zarobią.
- A wam... będzie się to opłacało?
- Wydamy sto milionów funtów, a za trzy lata będziemy mieli stację wartą miliard. Czy to nie jest opłacalne?
- Och, Jonathanie, jak ty to cudownie obejmujesz myślami!
?
Jonathan Birmingham nie był nikim szczególnie ważnym. Sprawował funkcję prostego analityka w dziale inwestycji podwyższonego ryzyka w funduszu Bena Statmana, specjalizującym się w rynkach wschodzących. Nie podejmował decyzji ani nie brał udziału w żadnych procesach decyzyjnych. Robił tylko analizy dla akcjonariuszy i kluczowych klientów. Jednak dzięki temu należał do niewielkiego grona osób dopuszczonych do sekretów firmy. Niezbyt dobrze czuł się z tajemnicami, dlatego dość chętnie dzielił się nimi z mamą i najbliższymi przyjaciółmi. A Marikę, choć znał ją zaledwie od kilkunastu tygodni, uważał za najbliższą przyjaciółkę, a nawet kogoś więcej.
?
Rozstali się tuż po czwartej. Rose musiała zadzwonić z telefonu na kartę do kolejnej osoby, z którą umówiła się na spotkanie. Jej rozmówca odebrał dopiero po dziesięciu sygnałach.
- Czekam już kwadrans - powiedział z wyrzutem.
- Przedłużyło mi się poprzednie spotkanie.
- Kiedy będziesz?
- Za dwadzieścia minut.
Rozłączył się.
Rose wróciła do City, wyjęła z torby chustę i zawiązała ją na głowie. Przed szybą wystawową Harry's Bar założyła dodatkowo duże okrągłe okulary z lat siedemdziesiątych i uśmiechnęła się do siebie. Cholera, wyglądała jak Doris Day albo Audrey Hepburn. Naprawdę niezła laska. Przeszła dwie przecznice i niemal wpadła na Donalda Prescota, czekającego przed barem wietnamskim. Weszli do środka i usiedli w rogu sali. Rozmawiali przyciszonym głosem.
- Kiedy w końcu pozwolisz mi o tym napisać?
- Jeśli to zrobisz teraz, nic się nie wydarzy. Spalisz transakcję i temat. Spłonie, uleci z dymem. Nie będzie go. Rozumiesz?
- A jak ktoś mnie ubiegnie?
- Nikt nie ma takiego źródła.
- Skąd mogę być pewien, że mnie nie oszukujesz?
- Czy kiedyś cię oszukałam?
- Nie, Irene.
Znał tylko jej imię i słusznie przypuszczał, że jest fałszywe. Nigdy nawet nie widział jej oczu. Tylko uszminkowane usta, pokryte grubym makijażem policzki i własną gębę odbijającą się od wielkich okularów. Ale to dzięki niej stał się gwiazdą. W ciągu ostatnich miesięcy opublikował dziesięć znaczących tekstów w "The Daily Blurb". Te artykuły wywołały poruszenie na szczeblu rządowym i błyskawicznie wywindowały jego karierę.
Cholera, kto by pomyślał, że w tabloidzie pojawią się tak dobre i poważne reportaże. Jeszcze rok temu mógł najwyżej pomarzyć o takich materiałach, o jedynkowych tekstach zmieniających historię. Dziś był niemal stałym komentatorem BBC w sprawach nadużyć władzy, afer budżetowych i porozumień z Unią Europejską. Podobno sama Margaret Thatcher doceniała jego teksty i od niedawna zaczynała dzień od lektury "The Daily Blurb". Rzekomo mawiała przy tym:
- Zawsze powtarzam, że siła tkwi w człowieku, a nie w instytucji.
Żelazna Dama była już emerytką, ale takie zdanie zamieszczone w plociuchu potrafiło zrobić celebrytę nawet z grubawego i niezbyt atrakcyjnego wizualnie Donalda.
W styczniu ubiegłego roku cieszył się, że jego tekst o gwałtach na nastolatkach w szkole specjalnej dostał się na drugą kolumnę, a niedawno odbierał zasłużone gratulacje za ujawnienie potężnych długów Grecji, zachwiań na rynkach walutowych i wycieku danych klientów VIP z niemieckich oraz szwajcarskich banków. Wszystko dzięki Irene - to ona jest źródłem informacji, na którym nigdy się nie zawiódł. Takim, o którym marzy każdy dziennikarz.
- No dobrze, to co robimy?
- Przygotuj się na przyszły tydzień. Po zamknięciu zapisów na obligacje nie będzie już odwrotu. Nikt nie zdoła się wycofać. Zostanie zaledwie tydzień do ogłoszenia zwycięzcy przetargu na koncesję i wtedy im przywalisz.
- Z siłą atomu - syknął Donald.
- Broń masowego rażenia. Czyż nie tak cię nazywają?
Poczerwieniał. To określenie podobno wymyśliła księżna Kate. Zanim jeszcze zaszła w ciążę. Stał się bronią masowego rażenia, ale tylko dzięki swojej tajemniczej informatorce.
- Jak sądzisz, na czym powinienem się skupić? Na co położyć główny nacisk?
- Nie wiesz?
- Wiem, tylko...
"Pieprzeni dziennikarze. Trzeba im tłumaczyć od początku do końca, po dziesięć razy. A i tak jest prawie pewne, że się pomylą w szczegółach i zaliczą wtopę".
- Tytuł powinien brzmieć tak: Brytyjski rząd korumpuje Rumunów w zamian za kontrakt na przestarzałe pojazdy opancerzone.
- Mocne. Ale... za długie.
- To go skrócisz. Duży tytuł: Rząd korumpuje Rumunów. A w podtytule dasz resztę.
- Dobrze.
- Dalej musisz uderzyć w manipulację i przejmowanie niezależnych mediów w sojuszniczym kraju. Próbujemy po cichu kupić telewizję. W tym celu podszywamy się pod mało znaną firmę, a jednocześnie obiecujemy lokalnym politykom odkupienie ich udziałów za znacznie wyższą cenę.
- Polityczna korupcja.
- Zwyczajna korupcja.
- Nieźle. Co jeszcze?
- Przetarg prawdopodobnie zostanie unieważniony. Albo wygra go ktoś inny, a cwaniacy, którzy byli ustawieni, stracą swoją kasę. Będzie śledztwo, które nic nie przyniesie, za to ty znów będziesz sławny.
- Jaki w tym twój interes, Irene?
- Co cię to obchodzi?
- Po prostu chciałbym wiedzieć.
- Prawda.
- Prawda nie istnieje.
Rose uśmiechnęła się tajemniczo. Po rozstaniu z Donaldem Prescotem wykonała jeszcze jeden telefon i upewniła się, że jej polecenia dla prawnika z Nikozji są wystarczająco jasne i zrozumiałe.
?
Do domu dotarła przed wieczorem. Zdjęła perukę i biustonosz wypakowany watą, starła z twarzy makijaż i weszła pod prysznic. Skóra piekła ją od zbyt długiego kontaktu z kosmetykami. Od dziecka nie mogła sobie poradzić z własną cerą, która reagowała mikrorankami i zaczerwienieniem na każdą próbę oszukania natury. W okresie dojrzewania miała chyba najgorszą twarz w szkole, co skutecznie odstraszało chłopaków. Dawali jej spokój, a ona mogła się oszukiwać, że jej to nie obchodzi.
Czasem okłamywała ludzi, że pewnie dlatego skończyła na kursach wojskowych, a następnie w tajnym rządowym ośrodku strategicznym dla kadr nowych służb specjalnych, które miały stawić czoło wyzwaniom związanym z terroryzmem, a zamiast tego same stały się państwem w państwie. Brak kontroli zawsze prowokuje zmianę priorytetów.
Władza staje się bardziej pociągająca od dbania o bezpieczeństwo obywateli.
Długo stała pod ciepłą wodą, próbując zmyć zmęczenie. Następnie, nie wyłączając gorącej wody, wyszła spod prysznica i stanęła przed lustrem. Delikatnie wytarła niezwykle twarde, mało kobiece mięśnie, wyrobione podczas długich narciarskich podbiegów, kościste ramiona i barki.
Znów była Rose Friedman, krnąbrną, energiczną, a zarazem unikającą ludzi dziewczyną z koszmaru. Wrzodem na dupie cwaniaków, amantów i drani uważających kobiety za gorszy gatunek, na którym można trochę poeksperymentować. O tym, że podpadli niewłaściwej osobie, dowiadywali się zwykle za późno.
Przymknęła oczy i poczekała, aż para z gorącej wody wypełni pomieszczenie i zamgli lustro. Dopiero wtedy mogła w nie spojrzeć i nawet się sobie spodobać. Wysoko osadzone kości policzkowe i dołeczki w policzkach nadawały jej twarzy rysy manekina z wystawy. W połączeniu ze spiczastym, odrobinę zadartym nosem, ostrymi łukami brwi i ustami Marilyn Monroe mogły intrygować. Jak to powiedział kiedyś Sven, gdy chciał sprawić jej przyjemność komplementem? Jej twarz zbudowana jest z pięknych szczegółów. Nie dodał, iż nie składają się one na jedną pociągającą całość.
I dobrze.
Zbyt małe, szare i pospolite oczy błysnęły złowrogo, jak zawsze, gdy ich właścicielka dawała sygnał ostrzegawczy osobom zamierzającym obsikać niewłaściwy krzaczek. Jednak ów znak był zwykle lekceważony lub błędnie odczytywany jako seksualne zainteresowanie. Oczy Rose zawsze patrzyły bardzo uważnie, fotografując rzeczywistość, wychwytując niuanse i nieścisłości. To czyniło z niej nie tylko doskonałą obserwatorkę, ale i świetną oszustkę.
Potrafiła wtopić się w tłum, nawet gdy przybierała postać wampa, który miał zupełnie inne zadanie. Odrobina (a może trochę więcej) starań czyniła z niej pociągającą, seksowną, dojrzałą kobietę o zjawiskowej urodzie. Jeszcze mniejszym nakładem sił brzydła w oczach, nabierała tępej, niemal męskiej chropowatości i odstraszała potencjalnych adoratorów. To wówczas stawała się sobą: kameleonem wyszkolonym w przybieraniu potrzebnego wcielenia. Ta niezwykła umiejętność przyczyniła się niegdyś do jej niebywałej, błyskawicznej kariery w strukturach szwedzkich służb specjalnych i do jeszcze szybszego upadku. Sto wcieleń w jednym. Nie wiadomo, które prawdziwe.
Dzwonek do drzwi wyrwał ją z zamyślenia. Zarzuciła szlafrok, zmierzwiła dłonią szorstkie jak druty kręcone włosy i poszła otworzyć. Po drodze minęła potężny regał na książki, na którym leżała tylko jedna pozycja: pierwsza część trylogii pewnego szwedzkiego pisarza. Powieść podarował jej Olsson, chociaż wiedział, że nie czytuje beletrystyki, a inne książki gromadzi na elektronicznym czytniku.
- Tę powinnaś przeczytać na papierze. Ze względu na jedną z bohaterek. Ciekawe, czy rozpoznasz którą - podpowiedział i mrugnął. Zrozumiała go dopiero kilka godzin później, gdy wsiąkła już w niesamowite przygody Mikaela i Lisbeth.
Olsson miał rację. Mimo że miała wstręt do tatuaży i kolczyków, różniła się wyglądem, seksualnymi preferencjami i innymi cechami od niesamowitej hakerki, miejscami odnosiła wrażenie, że czyta o sobie. Ta sama niechęć do zasad, upór, przywiązanie do niezależności, siła charakteru, pozorny brak empatii, egoizm. A przecież Larsson, pisząc tę znakomitą skądinąd powieść, nie mógł jej znać.
- Gdybyś istniała naprawdę, pewnie mogłybyśmy się zaprzyjaźnić, choć bardziej prawdopodobne, że byśmy się znienawidziły - szepnęła.
Zawahała się i schowała książkę do kartonowego pudła. Nie chciała, by gość dzwoniący do drzwi zobaczył ten opasły tom.
"Jeszcze pomyślisz, tajemniczy przybyszu, że jestem stuprocentową wariatką".
Chłopak w białej kurtce wyglądał na jakieś osiemnaście lat i był całkiem do rzeczy. Przynajmniej nie pąsowiał jak Jonathan, nie śmierdział wydzielinami Donalda i nie uśmiechał się cynicznie ani cwaniacko ustami Marka-czy-Clarka. W dłoni trzymał dwie reklamówki z chińszczyzną z restauracji "U Changa". Rose jadała tam zawsze, ilekroć miała czas, ale nigdy nie spotkała tego dostawcy.
- Jak ci na imię? - zapytała, usiłując stanąć tak, by półmrok maskował wady i nadawał jej ciału wyraz pociągającej tajemniczości.
- Bill - odparł trochę speszony.
- Wejdź, Bill, zaraz przyniosę pieniądze. - Wzięła od niego jedzenie i rachunek. Podeszła do stolika, na którym trzymała torebkę, i powabnie zakręciła biodrami. Żałośnie musiało to wyglądać, choć szlafrok może trochę kamuflował jej niezgrabność i mechaniczność ruchów.
"Dziewczyna techno - taka właśnie jestem. Chcę, byś tak myślał, Bill. Lubisz techno? Czyż Londyn nie jest dziś techno?!".
Bill nie wszedł, czekał przed drzwiami i przestępował z nogi na nogę. Rose odliczyła pięćdziesiąt funtów, znacznie więcej niż wynosiła należność, i wręczyła chłopakowi.
- To za dużo.
- Napiwek.
- Mimo wszystko za dużo.
- Bill - uśmiechnęła się - naprawdę masz zbyt wiele pieniędzy?
- Nie.
- To dlaczego po prostu ich nie weźmiesz?
Wzruszył ramionami, wziął banknoty i schował do kieszeni. Myślała, że odwróci się, zbiegnie szybko po schodach, ale wciąż tam tkwił, patrzył na nią coraz bardziej zaintrygowany tą niezwykłą postacią, jej zadziwiającym domem i całą sytuacją.
"Tak właśnie rodzi się porozumienie w tych sprawach" - pomyślała Rose.
- Lubisz krewetki, Bill?
- Pewnie.
- To może zjemy je razem?