Człowiek, który pokochał Yngvego - Tore Renberg

Kup ebooka

21.00 zł
17.43 zł (17,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

4. SOBOTA, 20 STYCZNIA 1990 r.

it was a worldwhat a world!what a world?what a big worldbut a world to be drow­ned in

Pere Ubu

Obu­dzi­łem się, gdyż po­czu­łem, jak wali mi ser­ce. By­łem wła­śnie w trak­cie jed­ne­go z tych go­rącz­ko­wych, wy­jąt­ko­wo re­ali­stycz­nych po­ran­nych snów i na­gle się zbu­dzi­łem. Nie­mal drża­łem z pod­nie­ce­nia. Gdy­bym tyl­ko spoj­rzał na swo­ją pierś, uj­rzał­bym wła­sne ser­ce za­ry­so­wa­ne pod skó­rą przy że­brach.

Yn­gve Lima. Ten­ni­sve­ien 56.

To była moja pierw­sza myśl, ostat­nia rzecz, jaką usły­sza­łem po­przed­nie­go wie­czo­ru.

- Lima? Nie chce pan nu­me­ru te­le­fo­nu?

- Nie, wy­star­czy ad­res.

- Ten­ni­sve­ien 56.

Uli­ca znaj­du­je się na Tjen­svoll, nie­da­le­ko je­zio­ra Mo­svan­net, hali spor­to­wej i lo­do­wi­ska. Może pół go­dzi­ny ro­we­rem od miej­sca, gdzie miesz­ka­łem z mamą.

Za­ko­cha­nie żyje wła­snym ży­ciem. Przez więk­szość cza­su jest ni­czym drze­mią­ce zwie­rząt­ko, któ­re spo­koj­nie żywi się, le­ni­wie re­je­stru­jąc, co dzie­je się wo­kół. Nie przej­mu­je się głup­stwa­mi. To nie w jego sty­lu. "Wszyst­ko mi jed­no" - my­śli zwie­rząt­ko, gdy ma się usto­sun­ko­wać do co­dzien­nych spraw. "Nie chce mi się do tego mie­szać" - my­śli, uno­sząc le­ni­wie jed­ną po­wie­kę, kie­dy ktoś chce, by wy­nio­sło śmie­ci czy za­pa­rzy­ło kawę. Zwie­rząt­ko leży. Za­raz po­tem za­pa­da w pół­sen, po­chra­pu­je z za­do­wo­le­niem we wła­snym świe­cie, bez­czyn­ne. Lecz to drze­mią­ce zwie­rząt­ko kry­je w so­bie ogrom­ny po­ten­cjał, tre­ści­wą i twór­czą ener­gię sza­leń­stwa. Nie wi­dać jej, do­pó­ki ktoś na­gle jej nie roz­pa­li, tak samo jak pio­run sta­je się wi­docz­ny do­pie­ro, gdy znie­nac­ka roz­dzie­ra nie­bo. Za­ko­cha­nie to małe, nie­bez­piecz­ne zwie­rząt­ko. Ma tyl­ko je­den cel: eks­plo­do­wać, krót­ko i in­ten­syw­nie. Prze­żyć swo­je wła­ści­we je­ste­stwo w groź­nej ra­do­ści za­ko­cha­nia. Na­gle bu­dzi się do ży­cia, by z gwał­tow­ną siłą wy­wrzeć pięt­no na oto­cze­niu, a za­ata­ko­wa­na przez nie oso­ba jest na­ra­żo­na na pa­lą­cą, bez­li­to­sną uwa­gę. Wszyst­ko inne prze­sta­je się li­czyć, a do­pie­ro co prze­bu­dzo­ne zwie­rząt­ko pę­dzi przez ni­zi­ny ze swą sza­leń­czą lo­gi­ką, w po­ści­gu za upa­trzo­ną ofia­rą. Gdy jest ak­tyw­ne, może góry prze­no­sić, by osią­gnąć swój cel. Prze­bu­dzo­ne zwie­rząt­ko cha­rak­te­ry­zu­je ol­brzy­mi brak zro­zu­mie­nia sa­me­go sie­bie - nig­dy nie roz­glą­da się wo­kół, jest nie­grzecz­ną, nie­zdar­ną istot­ką, ce­chu­ją­cą się dziw­nym ro­dza­jem głu­po­ty, idio­ty­zmu, któ­ry każe mu żyć w cią­głym ry­zy­ku, lek­ko­myśl­nie gnać na­przód, bez za­sta­no­wie­nia prze­bie­gać w go­dzi­nach szczy­tu przez ośmio­pa­smo­wą au­to­stra­dę. Jed­nak w głę­bi tej po­tęż­nej głu­po­ty moż­na do­strzec in­te­li­gen­cję i na­głą próż­ność. Pier­wot­ną siłę, re­zo­lut­ność i ela­stycz­ność, któ­re mogą się mie­rzyć je­dy­nie z odzie­dzi­czo­ny­mi wła­ści­wo­ścia­mi naj­bar­dziej po­my­sło­wych ga­tun­ków. Jak prze­bra­nie ka­me­le­ona może być i pięk­ne, i ochron­ne, tak zwie­rząt­ko za­ko­cha­nia w stre­su­ją­cych sy­tu­acjach po­tra­fi po­chleb­stwem ura­to­wać wła­sną skó­rę, na­śla­du­jąc nie­zwy­kłą szyb­kość nie­któ­rych owa­dów - kie­dy w jed­nej se­kun­dzie pod­no­si się rękę w prze­ko­na­niu, że się je tra­fi, by po chwi­li zo­ba­czyć, że zwie­rząt­ko zwie­trzy­ło nie­bez­pie­czeń­stwo i ucie­kło. Tak wła­śnie za­cho­wu­je się za­ko­cha­nie, ów sza­lo­ny mistrz kre­atyw­no­ści, gdy - głu­pie i in­te­li­gent­ne za­ra­zem - wy­ru­sza w dro­gę. Zo­rien­to­waw­szy się na­gle, że zo­sta­ło za­pę­dzo­ne w kozi róg, bo prze­kro­czy­ło już wszel­kie gra­ni­ce, po chwi­li znaj­du­je roz­wią­za­nie pro­ble­mu. Czę­sto dość kar­ko­łom­ne. Ale za­wsze ja­kieś roz­wią­za­nie. Zwie­rząt­ko może opu­ścić te­ren ka­ta­stro­fy, czę­sto jesz­cze moc­niej za­ko­cha­ne, z jesz­cze więk­szą ener­gią, wzmoc­nio­ne opo­rem, i scho­wać się za ja­kimś ka­mie­niem, by po­cze­kać na ko­lej­ny atak.

Za­ko­cha­nie nig­dy się nie boi. Gdy­by­śmy do­rów­ny­wa­li mu od­wa­gą, by­li­by­śmy nie­po­ko­na­ni.

Usia­dłem na łóż­ku. By­łem cał­ko­wi­cie przy­tom­ny, my­śla­łem zu­peł­nie ra­cjo­nal­nie, przy­go­to­wa­łem wszyst­kie pla­ny. Mój wcze­śniej­szy sen był rów­nie nie­ustra­szo­ny i zde­ter­mi­no­wa­ny jak ja - sen po­zwa­la ze­brać siły czło­wie­ko­wi, któ­ry wsta­je, by do­ko­nać wiel­kich czy­nów.

Yn­gve Lima. Ten­ni­sve­ien 56.

Po­sze­dłem do ła­zien­ki. Sły­sza­łem, jak mama sor­tu­je na par­te­rze pu­ste bu­tel­ki. Była so­bo­ta i jak co ty­dzień wy­bie­ra­ła się na więk­sze za­ku­py. Wzią­łem prysz­nic, do­kład­nie się umy­łem, wy­tar­łem. Ob­cią­łem pa­znok­cie. Ucze­sa­łem wło­sy. Uży­łem na­wet su­szar­ki mamy, co nor­mal­nie zda­rza­ło mi się tyl­ko 17 maja11 i pod­czas gwiazd­ki. Wyj­rza­łem przez okno w ła­zien­ce - nad re­gio­nem Ro­ga­land nadal sza­la­ła bu­rza.

Zsze­dłem na dół. Rów­no stą­pa­łem po każ­dym stop­niu. Usta­li­łem tra­sę: z domu w Bjerg­sted, w stro­nę skrzy­żo­wa­nia L?k­ke­ve­ien ze Stok­ka­ve­ien, pod górę Stok­ka­ve­ien, obok cu­kier­ni Rom­s?e, przez Stok­ka od po­łu­dnio­wej stro­ny sta­dio­nu, koło Wil­ber­ga, skle­pu, do któ­re­go za­wsze jeź­dzi­ła mama, "bo mają tam ta­kie do­bre de­li­ka­te­sy", pod górę, by zo­ba­czyć przed sobą skrzy­żo­wa­nie z Ma­dla­ve­ien z wi­do­kiem na Mo­svan­net, halę spor­to­wą, lo­do­wi­sko, Ho­tel Al­stor i po­łu­dnio­we Tjen­svoll. Wie­le ulic, wie­le na­zwa­nych od dys­cy­plin spor­tu: łyż­wiar­stwa fi­gu­ro­we­go, ban­dy, ho­ke­ja, po­nie­waż ta część dziel­ni­cy to uspor­to­wio­ne miej­sce, a wśród nich rów­nież uli­ca Te­ni­so­wa - Ten­ni­sve­ien. Da­lej, tam gdzie pół­noc­na część Tjen­svoll prze­cho­dzi w osie­dle Haug­tus­sa, alej­ki mają na­zwy w nor­dyc­kim sty­lu: Ben­dik­stien, ?ro­lil­ja­stien, Hal­ling­stien, Gan­gar­stien i Sprin­gar­stien, a tuż obok znaj­du­je się za­ką­tek ko­smicz­ny, jak gdy­by pra­daw­na Nor­we­gia była bez­po­śred­nim są­sia­dem wszech­świa­ta: Ju­pi­te­rve­ien, Si­rius­ga­te, Plu­to­kro­ken.

Wy­obra­zi­łem so­bie, jak za­trzy­mam się na wznie­sie­niu, by ode­tchnąć. Za­sta­no­wię się, nim po­now­nie usią­dę na ro­we­rze i po­ko­nam ostat­ni od­ci­nek tra­sy. Pla­no­wa­łem każ­de na­stęp­ne po­su­nię­cie ni­czym prze­stęp­ca, któ­ry nie prze­wi­du­je, że go zła­pią. Nie­po­wo­dze­nie było zu­peł­nie nie­re­al­ne. Mu­sia­ło mi się udać.

Yn­gve Lima. Ten­ni­sve­ien 56.

Dzia­ła­łem jak ma­szy­na. Nie do­pa­da­ły mnie żad­ne wąt­pli­wo­ści, by­łem prze­ko­na­ny o sku­tecz­no­ści swo­je­go pla­nu. Przy­po­mi­nam so­bie ten sza­leń­czy po­ra­nek, ale pa­mię­tam go, jak­bym pa­trzył na sie­bie z boku. Wiem, że to ja otwo­rzy­łem lo­dów­kę i wy­ją­łem kar­ton mle­ka, to ja po­sma­ro­wa­łem ka­nap­ki, to ja po­sze­dłem do ga­ra­żu po ro­wer - a jed­nak to nie by­łem ja. W cią­gu na­stęp­nych ty­go­dni mia­łem wy­ko­nać im­po­nu­ją­cą se­rię ry­zy­kow­nych, kom­pro­mi­tu­ją­cych i bez­myśl­nych czyn­no­ści, spo­śród któ­rych więk­szość mia­ła udać mi się go­rzej niż ta, a wszyst­kie mia­ły do­ty­czyć bied­ne­go, pięk­ne­go Yn­gvego, jed­nak nig­dy bar­dziej niż tam­te­go po­ran­ka nie przy­po­mi­na­łem w swym za­cho­wa­niu żoł­nie­rza. Moje ko­lej­ne kro­ki miał cha­rak­te­ry­zo­wać przy­najm­niej cień pew­no­ści sie­bie i, od cza­su do cza­su, odro­bi­na wsty­du. Ale nie tam­te­go ran­ka. Gdy­bym był wy­słań­cem gru­py ter­ro­ry­stycz­nej, któ­ry otrzy­mał roz­kaz za­bi­cia bur­mi­strza wraz z całą ro­dzi­ną, dziś żad­na z tych osób by już nie żyła. Za­mor­do­wał­bym je wszyst­kie, w so­bo­tę, 20 stycz­nia 1990 roku, efek­tyw­nie i pręd­ko. Póź­niej zo­stał­bym szyb­ko zła­pa­ny - po pró­bie obro­ny i za­bi­ciu kil­ku po­li­cjan­tów - i wy­lą­do­wał­bym w wię­zie­niu. Na 21 lat, pod nad­zo­rem ku­ra­to­ra. 20 stycz­nia 1990 roku był­by pa­mięt­ną datą, któ­rą każ­dy wspo­mi­nał­by jako dzień, kie­dy Jar­le Klepp nie był sobą.

Ale te­raz tyl­ko ja - i może też Yn­gve - pa­mię­tam ten dzień. Pa­mię­tam go do­brze, z mie­szan­ką zdu­mie­nia i po­dzi­wu. Co pa­mię­ta Yn­gve - tego nie wiem.

Mama we­szła do kuch­ni ubra­na w płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy, z sza­lem na szyi i w ko­za­kach. W dło­ni trzy­ma­ła klu­czy­ki do sa­mo­cho­du. Spoj­rza­ła na mnie nie­co zdzi­wio­na, kie­dy sie­dzia­łem przy śnia­da­niu.

- Wy­da­wa­ło mi się, że cię sły­szę. Tak wcze­śnie wsta­łeś.

Ski­ną­łem gło­wą.

- Tak, wy­cho­dzę.

Po­pa­trzy­ła na mnie, po czym uśmiech­nę­ła się i zbli­ży­ła dłoń do mo­ich wło­sów. Od­su­ną­łem się, nie chcąc, by znisz­czy­ła mi fry­zu­rę.

- Ład­nie dziś wy­glą­dasz - po­wie­dzia­ła.

Od­wró­ci­ła się, chcąc odejść.

- Idę na za­ku­py. A ty do­kąd się wy­bie­rasz?

- Na łyż­wy - od­par­łem i od­gry­złem kęs ka­nap­ki.

- Co? - Za­trzy­ma­ła się. - Gdzie idziesz?

- Na łyż­wy - po­wtó­rzy­łem. - Na lo­do­wi­sko.

Mama za­czę­ła się śmiać.

- Idziesz na lo­do­wi­sko?

- Tak, czy coś w tym złe­go?

- Nie, nie, skąd­że, ale... nig­dy nie... masz w ogó­le łyż­wy?

- Po­ży­czę - od­po­wie­dzia­łem. - Na miej­scu moż­na wy­po­ży­czyć. Otwie­ra­ją o je­de­na­stej.

Po­krę­ci­ła gło­wą.

- No tak... mhm. Łyż­wy.

- Idź do skle­pu - po­wie­dzia­łem.

- Ale... ty prze­cież nie lu­bisz spor­tu - cią­gnę­ła. - I jesz­cze te łyż­wy?

- Nie, ale te­raz chcę iść na łyż­wy - stwier­dzi­łem.

Po­przed­nie­go wie­czo­ru ra­zem z mamą wo­le­li­śmy nie oglą­dać łyż­wiar­stwa w te­le­wi­zji ze wzglę­du na tatę, a te­raz chcia­łem iść na łyż­wy. Mama zmarsz­czy­ła nos.

- Chcesz je­chać na ro­we­rze? W taką po­go­dę?

Ski­ną­łem gło­wą.

Mama sta­ła, wpa­tru­jąc się we mnie przez kil­ka se­kund. Na­stęp­nie znów unio­sła dłoń do mo­ich wło­sów i po­wie­dzia­ła, że je­stem jej Jar­lem. Dała mi też sto ko­ron na łyż­wy.

3. OJCIEC HEBBELILLE NIE ŻYJE

eve­ry­bo­dy knows it hurts to grow upbut eve­ry­bo­dy does

Ben Folds

Kie­dy wró­ci­łem w tam­ten pią­tek do domu, za­dzwo­ni­łem do taty, aby po­wie­dzieć mu, że nie od­wie­dzę go w week­end.

- Mam tyle do ro­bo­ty - tłu­ma­czy­łem. - Wiesz, dużo pra­cy w szko­le.

- Aha - od­parł, nie­co ura­żo­ny, cho­ciaż wie­dzia­łem, że cie­szył się, kie­dy w week­en­dy nie spo­ty­ka­łem się z nim, a zo­sta­wa­łem u mamy. Pa­so­wa­ło mu to, bo nie mu­siał si­lić się, by mnie nie stra­cić, nie mu­siał w te śmiesz­ne week­en­dy być po­my­sło­wym su­per­oj­cem, nie mu­siał spe­cjal­nie go­to­wać obia­du dla swe­go utra­co­ne­go syna, nie mu­siał ście­lić łóż­ka w po­ko­ju go­ścin­nym, ście­rać ku­rzy i sprzą­tać, mógł ro­bić, co chciał - je­chać do mia­sta i pod­ry­wać ko­bie­ty, w sa­mot­no­ści pić wód­kę do póź­na w nocy, o czwar­tej nad ra­nem za­dzwo­nić do G?rild, młod­szej sio­stry miesz­ka­ją­cej w Mol­de, i na­wy­my­ślać jej przez te­le­fon, przy­po­mnieć sta­rą śpiew­kę o tym, że jest zdraj­czy­nią, bo wy­pro­wa­dzi­ła się z mia­sta i zo­sta­wi­ła w nim wszyst­kich, wy­po­mnieć, że nig­dy ich nie od­wie­dza, za­py­tać z wy­rzu­tem, czy kie­dy­kol­wiek da im po­znać swo­je dzie­ci i cze­go szu­ka tam w Mol­de, fe­sti­wa­li jaz­zo­wych? Prze­cież kie­dy była młod­sza, nig­dy nie lu­bi­ła jaz­zu. I dla­cze­go mu­sia­ła gło­so­wać na Czer­wo­nych? Póź­niej tata mógł za­snąć na ka­na­pie, beł­ko­cząc i słu­cha­jąc sta­rych płyt Lo­uisa Arm­stron­ga, ob­wi­nia­jąc się i uża­la­jąc nad sobą, a w nie­dzie­lę prze­spać kaca mo­ral­ne­go - ro­bić wszyst­ko to, co spo­wo­do­wa­ło, że pół­to­ra roku wcze­śniej mama ze­bra­ła się na od­wa­gę, spa­ko­wa­ła wa­liz­ki i go opu­ści­ła.

- To do zo­ba­cze­nia za parę ty­go­dni - po­wie­dział z ra­do­ścią w gło­sie. - Wszyst­ko u cie­bie w po­rząd­ku?

- Tak - od­par­łem. - Mi­łe­go week­en­du.

Już mia­łem odło­żyć słu­chaw­kę. Ulży­ło mi, po­szło gład­ko.

- Hej? A może pój­dzie­my w ty­go­dniu do kina, co?

Boże. Za­wsze to samo. Kie­dy ze sobą roz­ma­wia­li­śmy, na przy­kład przez te­le­fon, na po­cząt­ku szło jak po gru­dzie. Wiecz­nie te same, su­che py­ta­nia. Jak szko­ła. Jak ma się mama. A jak bab­cia. Co po­ra­biasz. A ja od­po­wia­da­łem: No, do­brze i No, w po­rząd­ku. Lecz kie­dy mi­jał czas i roz­mo­wa wy­raź­nie do­bie­ga­ła koń­ca, przez tatę za­czy­na­ły prze­ma­wiać wy­rzu­ty su­mie­nia. Zro­bi­my coś ra­zem? Ty i ja, Jar­le, co? Cza­sem na­gle wy­do­by­wał ja­kieś sta­re wspo­mnie­nie, ja­kieś zda­rze­nie, któ­re w jego wy­biór­czej pa­mię­ci roz­ja­śnia­ło ciem­ne lata: Pa­mię­tasz? Jak po­je­cha­li­śmy ro­we­ra­mi do klasz­to­ru Utste­in, je­dli­śmy lody na pro­mie i oglą­da­li­śmy ryb­ki przy molo? Naj­czę­ściej gro­te­sko­wo prze­ja­skra­wiał te wspo­mnie­nia, któ­re nie przy­po­mi­na­ły już ża­ło­snych, praw­dzi­wych zda­rzeń - to, co nie­gdyś było męt­ne, może bo­le­sne, te­raz sta­wa­ło się czy­ste i pięk­ne, jak wy­ję­te z wa­ka­cyj­ne­go pro­gra­mu dla dzie­ci, gdzie lu­dzie jeż­dżą na ro­we­rach na gru­bych opo­nach i zbie­ra­ją mle­cze. Za­wsze tak ro­bił, a tym ra­zem jego fan­ta­zja pod­po­wie­dzia­ła mu wyj­ście do kina.

- Nie gra­ją te­raz przy­pad­kiem no­we­go fil­mu z Ja­me­sem Bon­dem? - usły­sza­łem.

Jak­by kino z tatą było dla mnie wy­ma­rzo­ną roz­ryw­ką na wie­czór, jak­bym chciał na­ra­żać się na to cier­pie­nie, ja­kim było snu­cie się po uli­cach Sta­van­ger i wy­sta­wa­nie w ko­lej­ce do kina w domu kul­tu­ry ra­zem z moim ża­ło­snym oj­cem, jesz­cze raz nie­zdar­nie pró­bu­ją­cym na­pra­wić mi dzie­ciń­stwo. Prze­pra­szam, tato, jest już za póź­no, nie po­mo­że ci po­sta­wie­nie sie­dem­na­sto­lat­ko­wi po­pcor­nu i coli i za­bra­nie go na film z Bon­dem. Poza tym i tak na pew­no nie spodo­bał­by mi się film, któ­ry on chciał zo­ba­czyć - rze­czy­wi­ście gra­li wła­śnie Li­cen­cję na za­bi­ja­nie, ale Bond fi­gu­ro­wał na mo­jej naj­czar­niej­szej li­ście ma­so­wej, idio­tycz­nej roz­ryw­ki, więc w tym przy­pad­ku tata spu­dło­wał. Zresz­tą nie ro­bi­ło­by róż­ni­cy, gdy­by­śmy po­szli na film wy­bra­ny prze­ze mnie - coś po­li­tycz­ne­go albo ar­ty­stycz­ne kino bel­gij­skie - bo tyl­ko po­głę­bi­ło­by to i tak już dra­ma­tycz­ną prze­paść mię­dzy ro­dzi­cem a po­tom­kiem. Gdy­bym zgo­dził się na któ­rąś z jego pro­po­zy­cji, któ­rych je­dy­nym ce­lem było po­móc jemu sa­me­mu, ry­zy­ko­wał­bym, że zo­ba­czy mnie ktoś z kla­sy, w naj­gor­szym przy­pad­ku Hel­ge, a nic nie wy­da­wa­ło mi się bar­dziej kom­pro­mi­tu­ją­ce. Że ktoś mógł­by zo­ba­czyć tatę i mnie, dwóch lu­dzi­ków drep­czą­cych po mie­ście, jak na wy­sta­wie, dwóch dur­niów usi­łu­ją­cych się do sie­bie zbli­żyć.

Tak, oto Jar­le i oj­ciec.

- Niee, nie są­dzę, nie mam cza­su - po­wie­dzia­łem.

- Nie, nie - po­śpie­szył tata z od­po­wie­dzią. - Po pro­stu... my name is Bond. Ja­mes Bond. Tak. Ale na­stęp­nym ra­zem, jak przyj­dziesz, pój­dzie­my na wy­ciecz­kę, co? Tyl­ko ty i ja, jak kie­dyś. Mo­że­my po­je­chać do J?ren, co?

- No - po­wie­dzia­łem. - Do usły­sze­nia.

Odło­ży­łem słu­chaw­kę.

Rzad­ko czu­łem lęk przed tatą pod­czas na­szych week­en­do­wych spo­tkań sam na sam, bo wi­dy­wa­li­śmy się w kon­tro­lo­wa­nych oko­licz­no­ściach, jak­by z ła­ski sądu, któ­ry wy­zna­czył mu na to czas. Nie mia­łem się też cze­go oba­wiać, chy­ba że po­ni­że­nia i przy­tła­cza­ją­cej nudy, gdy­bym po­szedł z nim do kina, bo by­li­śmy prze­cież wśród lu­dzi. Mia­łem wte­dy nad nim prze­wa­gę, a pod­czas na­szych roz­mów przez te­le­fon to ja roz­da­wa­łem kar­ty.

Pod­sze­dłem do mamy. Sta­ła w kuch­ni z far­tu­chem prze­wią­za­nym w ta­lii.

- To był twój oj­ciec? - za­py­ta­ła, od­wró­co­na do mnie ple­ca­mi. Za­wsze tak mó­wi­ła: "twój oj­ciec", jak gdy­by nig­dy nie mia­ła z tym czło­wie­kiem nic wspól­ne­go.

- Mhm.

Przez parę se­kund pa­no­wa­ła ci­sza. Wi­dzia­łem cia­ło mamy nad ku­chen­ką i pa­tel­nią, na­pi­na­ją­cy się kark i żyły wi­docz­ne na wierz­chu dło­ni trzy­ma­ją­cej pa­tel­nię.

- Ko­tle­ty mie­lo­ne? - za­py­ta­łem ła­god­nym gło­sem.

Na­pię­cie kar­ku znik­nę­ło, dłoń od­ży­ła, a mama od­wró­ci­ła się. Ski­nę­ła gło­wą z uśmie­chem.

- Ka­pi­tal­nie - po­wie­dzia­łem i przy­tu­li­łem ją. - Na­kry­ję do sto­łu.

Mama wy­chy­li­ła się i wyj­rza­ła przez okno.

- Po­patrz na to - ode­zwa­ła się.

Drze­wa na ze­wnątrz skrzy­pia­ły, a wiatr ostro i zde­cy­do­wa­nie dął przez uli­ce.

- Chy­ba bę­dzie bu­rza - po­wie­dzia­ła mama.

Zo­sta­wi­li­śmy te­mat. Roz­mo­wa o ta­cie tyl­ko ze­psu­ła­by nam wie­czór. Za­miast tego cie­szy­li­śmy się sobą. Tak nie­wie­le było nam po­trzeb­ne.

Zje­dli­śmy ra­zem. Nie smu­ci­łem się, nie by­łem krnąbr­ny, ale też nie mó­wi­łem zbyt dużo. Czę­sto­wa­łem się ko­tle­ta­mi, bu­racz­ka­mi, za­sma­ża­nym ma­słem, go­to­wa­ny­mi wa­rzy­wa­mi i ziem­nia­ka­mi. Był po­czą­tek lat dzie­więć­dzie­sią­tych, ale wszyst­ko wy­glą­da­ło nadal jak w po­przed­niej de­ka­dzie, a mama go­to­wa­ła wła­śnie ta­kie obia­dy - nor­we­skie do­mo­we po­sił­ki, któ­rych już nie­mal się nie przy­rzą­dza. Nie żeby cięż­ko straw­na, nie­zdro­wa, ba­zu­ją­ca na so­sach kuch­nia nor­we­skiej so­cjal­de­mo­kra­cji sma­ko­wa­ła mi bar­dziej niż je­dze­nie, któ­re dzi­siej­si ro­dzi­ce przy­go­to­wu­ją swo­im dzie­ciom - wręcz prze­ciw­nie, od­czu­wam tyl­ko strasz­li­wy smu­tek na samą myśl, że znik­nę­ła. Tyl­ko tyle. Że kie­dyś przy­rzą­dza­no ta­kie obia­dy, go­to­wa­ła je moja mat­ka, a te­raz już nikt tego nie robi.

Ja­dłem po­wo­li. Zwy­kle wy­glą­da­ło to in­a­czej - mó­wi­łem dużo i ja­dłem szyb­ko. Te­raz pró­bo­wa­łem na­śla­do­wać Yn­gvego. By­łem pe­wien, że on spo­ży­wał po­sił­ki wol­no i nie mó­wił tyle co ja pod­czas obia­dów z mat­ką. Wy­cią­gną­łem gło­wę, lek­ko ją prze­krzy­wi­łem, pró­bo­wa­łem być ci­chy i ła­god­ny, ozdo­bić twarz pro­stym uśmie­chem. Wy­obra­zi­łem so­bie, że mam wy­raź­ne czer­wo­ne usta, bla­dą skó­rę i za­ru­mie­nio­ne po­licz­ki.

- Co ci się dzi­siaj sta­ło? - za­py­ta­ła mama po chwi­li. Odło­ży­ła nóż i spoj­rza­ła na mnie.

- Nic - od­po­wie­dzia­łem.

- Czy cho­dzi o... - Od­chrząk­nę­ła. - Two­je­go ojca?

Po­trzą­sną­łem przy­jaź­nie gło­wą.

- Nie, on... - mama sama się po­wstrzy­ma­ła.

Znów po­trzą­sną­łem gło­wą i uśmiech­ną­łem się do niej.

Pod­nio­sła nóż, prze­kro­iła ziem­nia­ka. - Tak, coś ci jest. - Na­gle spo­waż­nia­ła. - Chy­ba nie cho­dzi o Ka­tri­ne, co?

Mama bar­dzo lu­bi­ła Ka­tri­ne, na­zy­wa­ła na­szą zna­jo­mość moim pierw­szym "po­waż­nym związ­kiem", wy­obra­ża­ła so­bie, że to z nią się oże­nię, że to ona bę­dzie mat­ką mo­ich dzie­ci, że to Ka­tri­ne będę się zaj­mo­wał tak, jak tata nig­dy nie za­jął się nią samą. W pe­wien spo­sób się z nią zga­dza­łem - two­rzy­li­śmy uda­ną parę.

- Nie, nie, spo­koj­nie - po­wie­dzia­łem. - Ka­tri­ne ma się do­brze. Je­stem tyl­ko tro­chę... to nic ta­kie­go.

Póź­niej za­pa­rzy­łem kawę. Za­nio­słem ją ma­mie, któ­ra sie­dzia­ła w zie­lo­nym fo­te­lu i czy­ta­ła ga­ze­tę. Co ja­kiś czas od­kła­da­ła ją na ko­la­na i wy­glą­da­ła przez okno. Wiatr wył mię­dzy mu­ra­mi, a drzwi wej­ścio­we za­czę­ły stu­kać.

- Do­brze być w taką po­go­dę w domu - po­wie­dzia­ła mama.

- Mhm.

- Gdy na dwo­rze wie­je.

Spoj­rza­łem na nią.

- Może pój­dzie­my kie­dyś do kina, co?

- Ra­zem? - Mama po­pa­trzy­ła na mnie za­sko­czo­na. - Tyl­ko ty i ja? Chcesz?

- Tak - od­rze­kłem.

Tak wte­dy mię­dzy nami było. Do­brze. Tyl­ko mama i ja. W domu by­łem zu­peł­nie inny niż gdzie in­dziej. Nie mu­sia­łem ni­cze­go udo­wad­niać, nie mu­sia­łem oka­zy­wać swo­jej aro­gan­cji, nie mia­łem nic do stra­ce­nia. Nie by­łem tym Jar­lem, któ­ry mó­wił "nie" chwi­lę po tym, jak ktoś po­wie­dział "tak". Cho­ciaż mama pod wie­lo­ma wzglę­da­mi re­pre­zen­to­wa­ła tę samą miesz­czań­skość, któ­rej tak czę­sto jaw­nie nie­na­wi­dzi­łem, przy niej się uspo­ka­ja­łem. Mie­li­śmy wspól­ny sys­tem, któ­re­go trzy­ma­łem się przez więk­szość cza­su. Ja pa­rzy­łem kawę, mama przy­go­to­wy­wa­ła po­sił­ki.

- Kto by po­my­ślał, że ze­chcesz iść ze mną do kina - po­wie­dzia­ła z uśmie­chem.

Po­zwo­li­łem jej wy­pić kawę w fo­te­lu, a sam zmy­łem na­czy­nia.

Cza­sem na nią spo­glą­da­łem. "Mama jest pięk­na" - my­śla­łem. - "Świet­na z niej dziew­czyn­ka". Tak, czę­sto my­śla­łem o niej jak o ma­łej dziew­czyn­ce, może dwu­na­sto­let­niej. Nie wiem dla­cze­go, to mi do niej po pro­stu pa­so­wa­ło. Nadal tak my­ślę, cho­ciaż mama jest już o trzy­na­ście lat star­sza i ma pra­wie 58 lat. Cały czas przy­po­mi­na dziew­czyn­kę. Cho­ciaż tro­chę przy­ty­ła i nie wy­glą­da już tak lek­ko jak wte­dy, gdy zbli­ża­ła się do pięć­dzie­siąt­ki, a wło­sy ma te­raz krót­sze i sre­brzy­sto­si­we, ja cały czas cze­kam, aż na­gle wsta­nie, za­cznie mó­wić jak mała dziew­czyn­ka, wy­bie­gnie do ogro­du, na łąkę, na­zbie­ra po­lnych kwia­tów, pod­sko­czy, zro­bi gwiaz­dę, prze­bie­gnie przez traw­nik, za­trzy­ma się przy li­nii ko­le­jo­wej, obej­rzy prze­jeż­dża­ją­ce po­cią­gi, po­bie­gnie do lasu, znaj­dzie drze­wo, na któ­re moż­na się wspiąć, ma­li­nę, któ­rą moż­na po­ło­żyć na ję­zyk, pla­żę, po któ­rej moż­na się tur­lać, ska­łę, z któ­rej moż­na sko­czyć do wody, chłop­ca, na któ­re­go moż­na się ga­pić. 57-let­nia pani, po­wszech­nie uwa­ża­na za ra­do­sną du­szę, wiel­ka mi­ło­śnicz­ka mu­zy­ki kla­sycz­nej - przede wszyst­kim utwo­rów for­te­pia­no­wych - oraz li­te­ra­tu­ry ro­syj­skiej - zwłasz­cza Do­sto­jew­skie­go - a tak­że José Sa­ra­ma­go, Sel­my La­ger­löf, Hal­l­dó­ra La­xnes­sa i szwedz­kich pie­śnia­rzy, Nil­sa Fer­li­na, Cor­ne­li­sa Vre­eswij­ka, to­wa­rzy­ska, szcze­gól­nie wśród star­szych lu­dzi, któ­rych tak bar­dzo ko­cha.

- Lu­bię star­szych lu­dzi - po­wta­rza czę­sto. - Przy nich czu­ję się bez­piecz­na.

- Cho­ciaż są cho­rzy i prze­stra­sze­ni? - za­py­ta­łem kie­dyś.

- Tak - od­par­ła mama. - To po­ru­sza się w nich ży­cie. My­ślę też, że są mą­drzy. Jak twoi dziad­ko­wie. Spójrz na nich.

- Tak - zgo­dzi­łem się. - To praw­da.

- Wiesz, oni swo­je prze­ży­li. O to wła­śnie cho­dzi. Swo­je prze­ży­li.

Po po­sił­ku obej­rza­łem z mamą se­rial de­tek­ty­wi­stycz­ny Ber­ge­rac. O prze­my­cie, w któ­ry wplą­ta­ni byli lu­dzie z wyż­szych sfer. Ni­cze­go wię­cej nie chcia­łem. Gdy­bym oglą­dał go z kim in­nym, na przy­kład z Hel­gem albo Ka­tri­ne, mu­sie­li­by prze­brnąć przez od­ci­nek, wy­słu­chu­jąc se­rii mo­ich ty­rad o tym, jak pry­mi­tyw­ny, idio­tycz­ny, dra­ma­tur­gicz­nie nie do znie­sie­nia i ama­tor­ski pod wzglę­dem gry ak­tor­skiej jest ten film. Nic z tych rze­czy nie po­wie­dzia­łem pod­czas oglą­da­nia go z mamą, a już na pew­no nie tego wie­czo­ru, gdy pró­bo­wa­łem na­śla­do­wać Yn­gvego. "On taki nie jest" - my­śla­łem.

Póź­niej le­cia­ły Mi­strzo­stwa Eu­ro­py w łyż­wiar­stwie na 5 tys. me­trów w He­ere­nve­en, ale wy­łą­czy­li­śmy je w ocze­ki­wa­niu na wie­czor­ne wia­do­mo­ści, bo za­rów­no ma­mie, jak i mnie przy­po­mi­na­ły one o ta­cie, któ­ry - jak więk­szość męż­czyzn z po­ko­le­nia po­wo­jen­ne­go - in­te­re­so­wał się łyż­wiar­stwem i tak samo jak oni ubo­le­wał nad tym, że ten sport nie jest już taki jak kie­dyś. Do­kład­nie tak samo ko­lej­ni męż­czyź­ni będą ubo­le­wać w przy­szło­ści nad tym, że ska­te­bo­ar­ding nie przy­po­mi­na już tego z daw­nych cza­sów. Mama wy­ję­ła parę ga­zet z koń­czą­ce­go się ty­go­dnia, a ja po­sze­dłem do kuch­ni po cze­ko­la­dę.

- Oj - usły­sza­łem głos mamy z sa­lo­nu.

- Co? - za­py­ta­łem.

- Oj­ciec Heb­be­lil­le nie żyje - po­wie­dzia­ła, wy­raź­nie po­ru­szo­na.

- Oj­ciec Heb­be­lil­le? - Wsze­dłem do po­ko­ju, gdzie mama roz­kła­da­ła stro­nę dzien­ni­ka "Sta­van­ger Aftel­blad".

- Za­wsze był taki za­baw­ny - od­par­ła i wska­za­ła pal­cem ar­ty­kuł.

- A tak, ten ak­tor, Al­bert i Her­bert, ci od skle­pu ze sta­rzy­zną. Zmarł?

- Tak, w nie­dzie­lę. Uwie­rzysz? - za­py­ta­ła.

Usia­dłem. Na zdję­ciu w ga­ze­cie wid­niał Sten-?ke Ce­der­hök, ko­cha­ny przez pu­blicz­ność ak­tor. Miał 76 lat. Wy­da­wa­ło mi się, że wy­glą­da na prze­stra­szo­ne­go. Spoj­rza­łem na mamę, któ­ra z praw­dzi­wym za­in­te­re­so­wa­niem czy­ta­ła o ojcu Heb­be­lil­le. Ar­ty­kuł trak­to­wał o sta­rych fil­mach i jego ka­rie­rze w re­wii. Na­zy­wa­no go szwedz­kim "kró­lem te­atru ulicz­ne­go".

- No tak - po­wie­dzia­ła mama. - Tak to już jest.

Chcia­łem tyl­ko spo­koj­nie z nią po­sie­dzieć, po­czy­tać ga­ze­tę, jeść z nie­bie­skich pu­char­ków lody z po­le­wą kar­me­lo­wą, czę­sto­wać się ka­wał­ka­mi mlecz­nej cze­ko­la­dy z ta­le­rza na sto­le, oglą­dać te­le­wi­zję i my­śleć o Yn­gvem. By­łem tego wie­czo­ru nie­zwy­kle wy­ci­szo­ny. Po tak roz­trzę­sio­nym, peł­nym emo­cji dniu, po­zo­sta­wa­łem spo­koj­ny, nie­co zmę­czo­ny i bar­dzo pew­ny sie­bie. Ni­cze­go się nie oba­wia­łem. Ni­cze­go się nie wsty­dzi­łem, poza tym nie mo­głem się wsty­dzić, bo nie za­czą­łem jesz­cze ana­li­zo­wać tego, co mia­ło mi się przy­tra­fić. Czu­łem je­dy­nie pew­ność, któ­rą wią­za­łem z Yn­gvem. Nie mam po­ję­cia, jak po­ukła­da­łem so­bie w gło­wie te je­dy­nie na pół wy­ra­żo­ne ele­men­ty, ale wszyst­ko znaj­do­wa­ło się na swo­im miej­scu. Tata, Ka­tri­ne, Yn­gve, ja sam. Wszyst­ko było w po­rząd­ku.

Mój umysł pra­co­wał jak­by w ode­rwa­niu ode mnie. Gdy wie­czór mi­nął, uło­ży­łem so­bie - a ra­czej ta część mnie, któ­ra my­śla­ła, pra­gnę­ła i dzia­ła­ła - wy­raź­ny i przej­rzy­sty plan, jak w cią­gu nie­co po­nad pół dnia znów zo­ba­czyć się z Yn­gvem.

Wy­da­wa­ło się, że wszyst­ko jest w jak naj­lep­szym po­rząd­ku.

Mama cie­szy­ła się, że zo­sta­łem w piąt­ko­wy wie­czór w domu, ale dzi­wi­ła się też, że nie wy­cho­dzę.

Gdy skoń­czył się wy­ścig łyż­wiar­ski na 5 tys. me­trów, włą­czy­ła wie­czor­ne wia­do­mo­ści.

- Mu­si­my zo­ba­czyć, co się dzie­je.

Za­wsze oglą­da­li­śmy wia­do­mo­ści. Wia­do­mo­ści i po­go­dę. Dzień nie był­by pod­su­mo­wa­ny, a noc nie mo­gła­by nad nami za­paść, gdy­by­śmy nie obej­rze­li wia­do­mo­ści, a je­śli nie obej­rze­li­by­śmy pro­gno­zy po­go­dy, na­stęp­ne­go dnia po­go­dy nie by­ło­by wca­le. Czę­sto my­ślę o po­ko­le­niu mamy i taty jako o po­ko­le­niu wia­do­mo­ści. Pod­czas gdy ja - zu­peł­nie nie­do­bro­wol­nie - na­le­żę do ge­ne­ra­cji se­ria­li te­le­wi­zyj­nych, oni two­rzy­li wiel­kie po­ko­le­nie wia­do­mo­ści. Kie­dy my wie­my, co dzie­je się w ba­rze Zdrów­ko, u ro­dzi­ny So­pra­no, wśród Przy­ja­ciół, w ta­jem­nych ak­tach Mul­de­ra i Scul­ly, w za­gad­ko­wym mia­stecz­ku Twin Pe­aks, w każ­dej go­dzi­nie pie­kiel­nej doby agen­ta FBI Jac­ka Bau­era, oni wie­dzie­li, co dzie­je się na świe­cie. Kie­dy ktoś za­in­te­re­so­wał się Taj­wa­nem, oj­ciec biegł do pół­ki, otwie­rał en­cy­klo­pe­dię na li­te­rze T i czy­tał na głos ca­łej ro­dzi­nie. Po śmier­ci tego po­ko­le­nia sta­cje te­le­wi­zyj­ne mogą zwy­czaj­nie za­mknąć dzia­ły in­for­ma­cyj­ne, a Gro Holm, Hans-Wil­helm Ste­in­feldt i In­golf H?kon Te­ige­ne10 - spa­ko­wać wa­liz­ki i za­jąć się ogrod­nic­twem albo stu­dio­wa­niem na uni­wer­sy­te­cie ję­zy­ka arab­skie­go, bo nie bę­dzie już ich miał kto oglą­dać. Nie­któ­rzy do­ro­śli, pa­mię­ta­ją­cy jesz­cze za­chwyt, ja­kim ich ro­dzi­ce da­rzy­li Wia­do­mo­ści, chcą wie­dzieć, kim był In­golf H?kon Te­ige­ne, wi­dząc, jak wra­ca z cam­pu­su Blin­dern w Oslo, gdzie cały dzień po­chy­lał się nad książ­ka­mi na uni­wer­sy­tec­kiej czy­tel­ni, idzie w stro­nę skle­pu tuż koło Ma­jor­stua, mija sie­dzi­bę ra­dia i te­le­wi­zji pu­blicz­nej, gdzie kie­dyś pra­co­wał w dzia­le in­for­ma­cyj­nym, w spo­łe­czeń­stwie za­in­te­re­so­wa­nym jesz­cze świa­tem i jego wy­da­rze­nia­mi. Nie­licz­ni, któ­rzy chcą wie­dzieć, kim jest, po­wie­dzą: "Pa­trz­cie, to on pra­co­wał w tak zwa­nych Wia­do­mo­ściach, na imię ma chy­ba In­golf, czy ja­koś tak", a słu­cha­ją­ce tego dziec­ko od­wró­ci się do mat­ki, któ­ra uży­ła dziw­ne­go sło­wa, i za­py­ta: "Co? Wia­do­mo­ści? A co to?". "Wia­do­mo­ści - od­po­wie mat­ka, spo­glą­da­jąc na ple­cy daw­ne­go pra­cow­ni­ka te­le­wi­zji - ist­nia­ły w daw­nych cza­sach, te­raz już ich nie ma". Mat­ka po­pa­trzy na eme­ry­ta mi­ja­ją­ce­go bu­dy­nek, w któ­rym kie­dyś pra­co­wał, i po­my­śli, że może wspo­mi­na on wła­śnie po­szcze­gól­ne wy­da­rze­nia, prze­cho­dząc koło Ma­rien­lyst w dro­dze do swo­je­go sta­re­go domu, może przy­po­mniał so­bie woj­nę, o któ­rej kie­dyś miał za za­da­nie po­in­for­mo­wać nor­we­ski na­ród?

Po­mi­mo ja­snych sy­gna­łów za­gro­że­nia w roku 1990 zda­wa­ła się jesz­cze ist­nieć dla nas na­dzie­ja - tak bar­dzo moż­na się po­my­lić. Ja rów­nież pró­bo­wa­łem śle­dzić wia­do­mo­ści. Na ekra­nie zo­ba­czy­li­śmy wy­raź­nie przy­ci­śnię­te­go do muru Gor­bie­go wy­po­wia­da­ją­ce­go się po ostat­niej ra­dziec­kiej na­pa­ści na Azer­bej­dżan. Mama nie da­wa­ła wia­ry, że Gor­bi miał z tym coś wspól­ne­go. Mimo tych wszyst­kich lat spę­dzo­nych z tatą chcia­ła po­strze­gać świat jako do­bry. Wi­dząc coś brzyd­kie­go, za­wsze ubar­wia­ła wi­dok cie­pły­mi ko­lo­ra­mi, bio­rą­cy­mi się z jej wła­snej do­bro­ci, a nie ze świa­ta. Po­sia­da­ła tę odro­bi­nę nie­re­ali­stycz­ne­go po­dej­ścia do ży­cia, któ­rej trze­ba, by przez nie przejść. Nig­dy nie zło­ści­ła się na ko­go­kol­wiek poza tatą. Za­miast tego ma­wia­ła: "Bie­da­czy­na". Gdy ktoś spra­wił jej przy­krość, w pra­cy lub gdzie­kol­wiek in­dziej, ona pierw­sza go bro­ni­ła: "Bie­da­czy­na. Nie ma się naj­le­piej".

- Bied­ny Gor­ba­czow - po­wie­dzia­ła.

- Jed­no su­per­mo­car­stwo nie jest lep­sze od dru­gie­go - od­par­łem. - Pój­dę się po­ło­żyć.

Mama pod­nio­sła wzrok.

- Już te­raz? Nie obej­rzysz fil­mu? Z Au­drey Hep­burn.

Do­sko­na­le wie­dzia­ła, jak bar­dzo lu­bi­łem sta­re czar­no-bia­łe fil­my.

- Może pusz­czą też ten se­rial, jak on się na­zy­wa, ten, któ­ry tak lu­bisz? - po­wie­dzia­ła, po­chy­la­jąc się, by spoj­rzeć na pro­gram te­le­wi­zyj­ny.

- Czar­ną Żmi­ję - od­rze­kłem z uśmie­chem.

- Tak, Czar­ną Żmi­ję.

Po­krę­ci­łem gło­wą.

- Nie. Chcę ju­tro wstać wcze­śnie, mam spo­ro do za­ła­twie­nia - w mie­ście i w ogó­le.

- Je­steś dzi­siaj dziw­ny - stwier­dzi­ła.

"Je­stem Yn­gvem - po­my­śla­łem. - Na­zy­wam się Yn­gve Lima, a ty o tym nie wiesz".

Uści­sną­łem ją i wy­sze­dłem do przed­po­ko­ju. Za­mkną­łem drzwi. Przez szy­bę wi­dzia­łem, jak mama oglą­da w sa­lo­nie te­le­wi­zję. Sta­łem przed te­le­fo­nem. Pod­nio­słem słu­chaw­kę, wy­bra­łem nu­mer.

- Tu in­for­ma­cja.

- Do­bry wie­czór... chciał­bym spy­tać o pe­wien ad­res.

Po­sze­dłem na pię­tro.

Z za­mknię­ty­mi ocza­mi umy­łem zęby.

Kie­dy wpeł­złem pod koł­drę, przy­ło­ży­łem do po­licz­ka pra­wą dłoń. Zo­sta­wi­łem ją tam. Zga­si­łem świa­tło i le­ża­łem w łóż­ku, słu­cha­jąc ude­rza­ją­cych w dom po­dmu­chów. Na stry­chu skrzy­pia­ły de­ski. Za­sną­łem.

Śni­łem o Yn­gvem. Sie­dział przede mną na krze­śle. Pa­trzył na mnie. Sta­łem tuż przed nim wy­pro­sto­wa­ny i po­wta­rza­łem w kół­ko: "To nic ta­kie­go". Yn­gve nic nie mó­wił. Tyl­ko się uśmie­chał, aż w koń­cu, gdy mia­łem wra­że­nie, że mi­nę­ło wie­le go­dzin, wstał. Pod­szedł do okna. Za­trzy­mał się. Otwo­rzył je. Wy­sta­wił gło­wę. We śnie ga­pi­łem się na jego cia­ło. Wte­dy od­wró­cił się i po­wie­dział: "Na­stęp­nym ra­zem, jak przyj­dziesz, pój­dzie­my na wy­ciecz­kę".

Za­raz po­tem sie­dzia­łem z Yn­gvem w nie­bie­skim sa­mo­cho­dzie. Je­cha­li­śmy przez nie­zna­ną rów­ni­nę. Trzy­ma­li­śmy się za ręce. Jego dłu­gie pal­ce, wą­ska dłoń na mo­jej, nie­co mniej­szej.

Na­wet tam, we śnie, nie od­wa­ży­łem się go po­ca­ło­wać.

1. MATHIAS RUST BAND

isto­tą ży­cia jest te­raź­niej­szość

To­masz Mann

Okej - nie ist­nie­je UE, nie ist­nie­je Ro­sja, nie mówi się: Either you are with us or you are with the ter­ro­ri­sts. Nie ma woj­ny w Za­to­ce ani lu­do­bój­stwa na Bał­ka­nach, a ża­den na­sto­la­tek nie umie­ra od LSD. E-mail to scien­ce fic­tion, a in­ter­net jest tyl­ko teo­rią. Ni­ko­mu nie śni­ło się wy­pa­la­nie wła­snych płyt kom­pak­to­wych. Nikt nie sły­szał, jak Kurt Co­ba­in śpie­wa "Smells like teen spi­rit", grun­ge wca­le się nie li­czy, w ga­ze­tach nie moż­na prze­czy­tać, że Co­ba­in zmarł z przedaw­ko­wa­nia. Świat nie po­znał Spi­ce Girls, Boy­zo­ne czy De­sti­ny's Child, Bono pod­czas tra­sy kon­cer­to­wej nie pro­wa­dził roz­mów na żywo z naj­waż­niej­szy­mi przy­wód­ca­mi państw, a chłop­cy z Blur nie kłó­ci­li się z Oasis o nowy brit­pop. Ke­anu Re­eves nie po­ko­nał siły cią­że­nia w Ma­trik­sie, nikt też nie zo­ba­czył, jak Ernst Hugo Järe­g?rd stoi na da­chu ko­pen­ha­skie­go Kró­le­stwa1 i - wy­ma­chu­jąc pię­ścią w stro­nę Bał­ty­ku - wy­krzy­ku­je: "Ci cho­ler­ni Duń­czy­cy!". Ross, Mo­ni­ca, Chan­dler, Ra­chel, Pho­ebe i Joey nie przy­ku­wa­ją 20- i 30-lat­ków do te­le­wi­zo­rów w każ­dy wtor­ko­wy wie­czór. Nikt nie mówi o pro­jek­to­wa­niu stron in­ter­ne­to­wych, nie moż­na zna­leźć pra­cy jako go­spo­darz cha­tro­omu, nikt nie sły­szał też o SMS- ach. Bill Clin­ton nie mu­siał przy­znać, pła­cząc na kon­fe­ren­cji pra­so­wej, że upra­wiał seks ze sta­żyst­ką, księż­na Dia­na nie wy­stę­po­wa­ła w te­le­wi­zji jako ano­rek­tycz­ka, poza tym nadal żyje. Żyje tak­że Gre­ta Gar­bo, żyje Astrid Lind­gren, żyje Pol Pot i żyje też król Olav. An­giel­scy chłop­cy Ro­bert Thomp­son i Jon Ve­na­bles nie za­mor­do­wa­li dwu­lat­ka Ja­me­sa Bul­ge­ra w po­cią­gu w Man­che­ste­rze, osiem­na­sto­let­ni Eric Har­ris i rok młod­szy Dy­lan Kle­bold nie za­strze­li­li dwu­na­stu uczniów i jed­ne­go na­uczy­cie­la w Co­lum­bi­ne High Scho­ol w Jef­fer­son Co­un­ty, Co­lo­ra­do.

Poj­mu­jesz, że nic z tego się nie wy­da­rzy­ło?

My­ślisz, że to brzmi do­brze?

To się nie wy­da­rzy­ło.

Po głęb­szym za­sta­no­wie­niu - bra­ku­je ci tej prze­szło­ści? Czy rów­nie do­brze mógł­byś bez niej żyć? Wy­obra­żasz so­bie ży­cie bez tych wszyst­kich zda­rzeń - za­rów­no tych do­brych, jak i złych? Czy chciał­byś po­że­gnać się ze wszyst­kim na­raz - Slo­bo­da­nem Mi­lo­se­vi­ciem i wrzą­cy­mi Bał­ka­na­mi, Le­onar­dem Di­Ca­prio i Kate Win­slet na po­kła­dzie Ti­ta­ni­ca, Ga­rym Bar­lo­wem, Rob­bie'em Wil­liam­sem i po­zo­sta­ły­mi chło­pa­ka­mi z Take That?

A co z resz­tą? Ze wszyst­kim co two­je? Z tą chwi­lą, kie­dy kil­ka lat temu sze­dłeś przez szpi­tal­ny park, za­trzy­ma­łeś się pod wiel­ki­mi dę­ba­mi, by na­gle po­jąć: Boże mój, zo­sta­nę pe­da­go­giem spe­cjal­nym, nie będę ak­to­rem. A co z dniem, gdy wró­ci­łeś z wa­ka­cji spę­dzo­nych u przy­ja­cie­la na Sy­cy­lii, a mama po­wi­ta­ła cię w drzwiach sło­wa­mi: Tata i ja się roz­wo­dzi­my, chcesz miesz­kać z nim czy ze mną? Co z fe­sti­wa­lem Ro­skil­de, kie­dy mia­łeś 20 lat i wy­pa­li­łeś tyle tra­wy, że w uszach czu­łeś cie­pło, a wszyst­kie koń­czy­ny mia­łeś bez­wład­ne; póź­no w nocy oglą­da­łeś Pri­mal Scre­am w po­ma­rań­czo­wym na­mio­cie i stwier­dzi­łeś - przy oka­zji ca­łu­jąc się z ja­kąś dziew­czy­ną z Mal­mö, któ­rej imie­nia, ku wła­snej iry­ta­cji, nig­dy po­tem nie mo­głeś so­bie przy­po­mnieć - że Bob­by Gil­le­spie jest na więk­szym haju niż ty?

Czy rów­nież tego mo­żesz się po­zbyć? Zmar­łej przed pa­ro­ma laty uko­cha­nej bab­ci, któ­ra go­to­wa­ła mar­chew­ki, aż sta­wa­ły się mięk­kie jak ba­na­ny, i mia­ła duży ogród ze sto­krot­ka­mi, któ­re zbie­ra­łeś jako dziec­ko? Mo­żesz so­bie wy­obra­zić ży­cie bez tę­sk­no­ty za nią?

Mo­żesz?

Okej - więc nie ist­nie­je UE, nie ist­nie­je Ro­sja, nie mówi się: Either you are with us or you are with the ter­ro­ri­sts.

Ist­nie­je EWG2 i je­ste­śmy jej prze­ciw­ni, ist­nie­je Zwią­zek Ra­dziec­ki, któ­ry zmie­nia się z dnia na dzień, trwa pie­re­stroj­ka, roz­bro­je­nie i gła­snost3. Ame­ry­kań­skie od­dzia­ły wy­sy­ła się prze­ciw­ko pa­nam­skie­mu dyk­ta­to­ro­wi Ma­nu­elo­wi No­rie­dze, In­ti­fa­da na Za­chod­nim Brze­gu Jor­da­nu i w Ga­zie za­czę­ła się dwa lata temu, a cał­kiem nie­daw­no woj­sko chiń­skie wje­cha­ło czoł­ga­mi na plac Tian'an­men w Pe­ki­nie z ga­zem łza­wią­cym, amu­ni­cją ostrą i smu­go­wą, otwo­rzy­ło ogień i zgła­dzi­ło ty­sią­ce de­mon­stran­tów. Nie mamy te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, ale ist­nie­je grup­ka dzia­nych ta­tuś­ków wo­żą­cych się z prze­no­śny­mi te­le­fo­na­mi w sa­mo­cho­dach, mało kto ma w domu kom­pu­ter, a je­śli na­wet to ra­czej nie do gier, za­czę­to jed­nak po­zby­wać się ma­szyn do pi­sa­nia z biur, a lu­dzie chęt­nie cho­dzą wie­czo­ra­mi na kur­sy in­for­ma­tycz­ne. Na cza­sie jest tak­że za­stę­po­wa­nie ko­lek­cji płyt wi­ny­lo­wych kom­pak­ta­mi. Bru­ce Spring­ste­en to zna­czą­ce na­zwi­sko, dwu­dzie­sto­let­nia Ce­li­ne Dion z Ka­na­dy wy­gra­ła kon­kurs Eu­ro­wi­zji, a R.E.M. będą wkrót­ce zna­ni szer­szej pu­blicz­no­ści, nie tyl­ko grup­ce fa­nów in­die. Cho­dzi­my w czar­nych płasz­czach i ara­fat­kach, je­że­li uwa­ża­my się za zwo­len­ni­ków le­wi­cy, a resz­ta spo­łe­czeń­stwa trzy­ma się trwa­łej, fry­zu­ry na cze­skie­go pił­ka­rza, cia­snych Le­wi­sów 501 i wą­sów. Nie ma ni­ko­go, kto nie wi­dział­by Ostat­nie­go ce­sa­rza, wszy­scy zgod­nie twier­dzą, że Tom Cru­ise jest zna­ko­mi­ty w Uro­dzo­nym 4 lip­ca, a Pel­le Zwy­cięz­ca to praw­dzi­wy try­umf kina skan­dy­naw­skie­go. Mar­ga­ret That­cher dzie­sią­ty rok z rzę­du jest pre­mie­rem Wiel­kiej Bry­ta­nii, Mi­cha­ił Gor­ba­czow prze­ma­wia do Zgro­ma­dze­nia Ogól­ne­go ONZ na te­mat koń­ca zim­nej woj­ny, jeź­dzi do­oko­ła świa­ta, opo­wia­da­jąc o roz­bro­je­niu, i zo­sta­je wy­bra­ny przez "The Ti­mes" czło­wie­kiem dzie­się­cio­le­cia. Uczu­cia na­ro­do­we wzbie­ra­ją w ma­łych gru­pach et­nicz­nych i pod­czas gdy re­pu­bli­ki bał­tyc­kie wal­czą o nie­pod­le­głość, kra­je ko­mu­ni­stycz­ne je­den za dru­gim ogła­sza­ją mniej lub bar­dziej bez­bo­le­sne przej­ście na ka­pi­ta­lizm i de­mo­kra­cję par­la­men­tar­ną. Go­rącz­ka re­form pa­nu­je w pań­stwach blo­ku wschod­nie­go i ani Biu­ro Po­li­tycz­ne, Sta­si, Ce­au­şe­scu, Egon Krenz, Układ War­szaw­ski, ani po­tęż­ny 28-let­ni mur ber­liń­ski nie po­tra­fią się przed nią ochro­nić. Cały świat, spo­sób my­śle­nia, całe krót­kie stu­le­cie walą się w gru­zy na na­szych oczach, a my nie wie­my, co zro­bić ze zglisz­cza­mi. Na­tu­ra robi to, co chce - or­kan Hugo sie­je spu­sto­sze­nie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i na Ka­ra­ibach. Re­agan wy­gła­sza przed ame­ry­kań­skim Kon­gre­sem ostat­nie prze­mó­wie­nie, w któ­rym nie kry­je dumy, że uda­ło mu się przy­czy­nić do przy­wró­ce­nia ame­ry­kań­skie­go po­czu­cia wła­snej war­to­ści. Geo­r­ge Bush w swo­jej mo­wie roz­po­czy­na­ją­cej pre­zy­den­tu­rę wy­ra­ża pra­gnie­nie, by Ame­ry­ka­nie sta­li się ła­god­niej­szym i przy­jaź­niej­szym na­ro­dem - ape­lu­je o lep­szą współ­pra­cę, wię­cej przy­jaź­ni i lo­jal­no­ści oraz praw­dziw­szą mo­ral­ność. W Nor­we­gii Gro Har­lem Brund­tland4 koń­czy 50 lat i mamy nowy re­kord wy­so­ko­ści bez­ro­bo­cia. W Szwe­cji 42-let­ni Chri­ster Pet­ter­son zo­sta­je aresz­to­wa­ny za za­mor­do­wa­nie pre­mie­ra Olo­fa Pal­me­go, ska­zu­ją go na do­ży­wo­cie, ale wy­cho­dzi na wol­ność już po kil­ku mie­sią­cach. Po­go­da jest do­bra, zda­niem wie­lu na­wet zbyt do­bra, a to przez dziu­ry w war­stwie ozo­no­wej, któ­re po­wsta­ły zresz­tą z na­szej winy. Mło­dzi za­pi­su­ją się do or­ga­ni­za­cji eko­lo­gicz­nych i pi­szą na brą­zo­wym, po­pla­mio­nym pa­pie­rze z od­zy­sku. Pró­bu­ją też uczyć swo­ich hoł­du­ją­cych kon­sump­cjo­ni­zmo­wi ro­dzi­ców re­cy­klin­gu, po­now­ne­go wy­ko­rzy­sty­wa­nia to­re­bek na chleb - Mamo, masz je wy­płu­kać, po­tem wy­su­szyć i użyć ich na nowo... Boże, jak moż­na być aż ta­kim ego­istą?

My­ślisz, że coś z tego bę­dzie, czy wszyst­ko szlag tra­fi?

Czy oj­ciec prze­sta­nie w zi­mo­we po­ran­ki zo­sta­wiać włą­czo­ny sil­nik, bo cór­ka mówi, że to nisz­czy śro­do­wi­sko? Czy sprze­da dru­gi sa­mo­chód i za­cznie do­jeż­dżać do pra­cy ro­we­rem? Opty­mi­ści twier­dzą, że moż­na nas jesz­cze ura­to­wać, je­śli wresz­cie kry­tycz­nie na sie­bie spoj­rzy­my i zro­zu­mie­my, co jest złe - za­nie­czysz­cze­nie śro­do­wi­ska, AIDS, zim­na woj­na i ko­mu­nizm - pe­sy­mi­ści zaś wi­dzą, jak szyb­ko ro­śnie dziu­ra ozo­no­wa, i mó­wią, że wszyst­ko zmie­rza wła­śnie w tym kie­run­ku. To jak nad­cho­dzą­cy wie­rzy­ciel, któ­ry bez­li­to­śnie wzy­wa do za­pła­ce­nia ra­chun­ków. Przy­zna­nie się do błę­dów na łożu śmier­ci nic nie da, może je­dy­nie zwięk­szyć wy­rzu­ty su­mie­nia w chwi­li za­koń­cze­nia ży­cia...

A ja?

Ja je­stem ma­łym męż­czy­zną z ma­łe­go mia­sta w ma­leń­kim kra­ju, w su­mie to le­d­wie męż­czy­zną - wkrót­ce skoń­czę sie­dem­na­ście i pół roku, bez ubra­nia o po­ran­ku ważę 69 ki­lo­gra­mów, mam metr sie­dem­dzie­siąt trzy cen­ty­me­try wzro­stu, prysz­cze wo­kół ust i na szyi, lek­kie skrzy­wie­nie pra­wej sto­py, a od pię­ciu mie­się­cy dziew­czy­nę. Miesz­kam w Sta­van­ger, nor­we­skiej sto­li­cy ropy naf­to­wej, ma­łym mie­ście han­dlo­wym, któ­re w ostat­niej de­ka­dzie nie­źle się wzbo­ga­ci­ło i za­pew­ni­ło ro­dzi­com wie­lu spo­śród mo­ich zna­jo­mych pra­cę w prze­my­śle naf­to­wym albo w go­spo­dar­ce, po dwa sa­mo­cho­dy i co naj­mniej je­den do­mek let­ni­sko­wy na wsi, a czę­sto tak­że łód­kę w por­cie miej­skim albo na po­łu­dniu kra­ju. Na­strój w Sta­van­ger jest rów­nie po­gma­twa­ny jak wszę­dzie in­dziej - wi­zja apo­ka­lip­sy to­wa­rzy­szy nie­stru­dzo­nej wie­rze w przy­szłość i bez­tro­skiej ra­do­ści in­we­sty­cji. W domu kul­tu­ry w cen­trum mia­sta stoi wy­rzu­co­ny z pra­cy urzęd­nik ko­ściel­ny ze swo­im sy­nem, trzy­ma­jąc ta­bli­cę ob­wiesz­cza­ją­cą czas koń­ca - Je­zus na­dej­dzie wkrót­ce. Pa­mię­tam, że wi­dzia­łem ją tu tak­że rok i dwa lata temu, pod­czas gdy w mie­ście sta­le bu­du­je się nowe ho­te­le, któ­re mają być tak ele­ganc­kie, jak­by Je­zus rze­czy­wi­ście miał na­dejść w tym roku.

Miesz­kam w Bjerg­sted, dziel­ni­cy zlo­ka­li­zo­wa­nej nie­da­le­ko cen­trum, z roz­wie­dzio­ną mat­ką, i cho­dzę do dru­giej kla­sy li­ceum w naj­star­szej szko­le w mie­ście, Kongs­g?rd, po­ło­żo­nej w sa­mym ser­cu mia­sta. Na­zy­wam się Jar­le Klepp - Klepp to pa­nień­skie na­zwi­sko mat­ki, któ­re mówi oso­bom przy­kła­da­ją­cym do tego wagę, że na­sza ro­dzi­na po­cho­dzi z J?ren. We­dług lo­kal­nej mi­to­lo­gii po­win­ni­śmy - dzię­ki geo­gra­ficz­ne­mu i du­cho­we­mu dzie­dzic­twu - być nie­co smut­ni, re­flek­syj­ni i skłon­ni do roz­my­ślań. Jed­nak żad­ne z nas - ani mama, ani ja - nig­dy nie miesz­ka­ło w J?ren i nie czu­ję, żeby te ce­chy w ja­ki­kol­wiek spo­sób mnie opi­sy­wa­ły. Je­stem nie­cier­pli­wy i względ­nie im­pul­syw­ny, po zie­mi stą­pam twar­do, choć czę­sto tak­że krzy­wo. A na py­ta­nie, jak się mam, mógł­bym chy­ba od­po­wie­dzieć, że do­brze. Je­stem może tro­chę ner­wo­wy, dość zmę­czo­ny szko­łą, sta­le w opo­zy­cji, ale tak: mam się do­brze. Taka jest moja od­po­wiedź.

Nie­praw­daż?

Mam prze­cież dziew­czy­nę, mam przy­ja­ciół, pla­ny, fa­scy­na­cje i am­bi­cje. Tak, chy­ba mam się do­brze? Mam prze­cież mat­kę i ojca - wpraw­dzie to dzi­wacz­na hi­sto­ria i strasz­li­we przy­mie­rze, któ­re na szczę­ście już się skoń­czy­ło, jed­nak obo­je mu­szą ze wzglę­du na mnie za­cho­wy­wać pew­ną dy­plo­ma­cję we wza­jem­nych sto­sun­kach. A za­tem mam się cał­kiem nie­źle w tym miej­scu, gdzie do­ra­stam mniej lub bar­dziej świa­do­mie, w cza­sach, któ­re mój na­uczy­ciel hi­sto­rii zwykł na każ­dej lek­cji na­zy­wać "wy­jąt­ko­wy­mi", jako że co­raz czę­ściej uczy nas hi­sto­rii naj­now­szej, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie omi­ja­jąc te­ma­ty z pro­gra­mu, pe­łen po­dzi­wu dla ży­cia w obec­nych cza­sach, wła­śnie te­raz, kie­dy aż wrze na Bli­skim Wscho­dzie, kie­dy Gor­bi jeź­dzi po ca­łym świe­cie ze swo­im zna­mie­niem na czo­le, na­pra­wia­jąc de­mo­kra­cję, i kie­dy już za chwi­lę - jak twier­dzi hi­sto­ryk uwiel­bia­ją­cy prze­po­wia­dać przy­szłość - coś wy­da­rzy się na Bał­ka­nach.

A ja, Jar­le Klepp, chy­ba mam się do­brze? Czyż nie? Czy cze­goś mi bra­ku­je?

Przy­szło­ści. Jak za­wsze. Tego, co się nie sta­ło. Przy­pad­ków, któ­re wy­peł­nia­ją ży­cie, mi­ja­ją­cych dni, nad­cho­dzą­cych wy­ni­ków tego, co już od daw­na jest za­pla­no­wa­ne - wszyst­kie­go, czym w ten lub inny spo­sób rzą­dzi moje po­żą­da­nie. Tego mi bra­ku­je, tego nie znam - przy­szło­ści. Mu­szę ją te­raz wy­ma­zać, spró­bo­wać cof­nąć się znów do tam­tych cza­sów - jest zima, na­stał sty­czeń 1990 roku i wła­śnie za­czą­łem dru­gi se­mestr w Kongs­g?rd. Mam dziew­czy­nę, je­stem dość aro­ganc­ki, wy­da­je mi się, że po­zja­da­łem wszyst­kie ro­zu­my, i uwa­żam, że po­nad 80% mo­ich ró­wie­śni­ków to nie­do­ro­zwi­nię­ci, kon­ser­wa­tyw­ni, nie­do­in­for­mo­wa­ni de­bi­le. Je­że­li cze­muś miał­bym być prze­ciw­ny, to jest to z pew­no­ścią EWG, nie lu­bię też chrze­ści­jan, a zwłasz­cza dzie­cia­ków z Ten Sing5, nie­na­wi­dzę ko­mer­cja­li­zmu, bra­ków w wie­dzy o ochro­nie śro­do­wi­ska, po­pu­lar­nej mu­zy­ki i ka­pi­ta­li­zmu.

Lu­bię lu­dzi ro­bią­cych to, cze­go nie ro­bią inni. Je­śli ktoś się na coś zga­dza, mo­żesz być pew­ny, że Jar­le Klepp się temu sprze­ci­wi. Je­śli zbyt wie­le osób lubi nowy al­bum, np. R.E.M. czy The Cure, Jar­le Klepp na pew­no stwier­dzi, że ka­pe­la kie­dyś gra­ła le­piej, nie, wy­pa­li­li się. Tak, lu­bię tych, co idą pod prąd po­wszech­nej opi­nii. Tych, któ­rzy ro­bią to, cze­go nie ro­bią inni.

Taki Ma­thias Rust, czy ktoś go pa­mię­ta?

Czy ktoś pa­mię­ta tego dzie­więt­na­sto­lat­ka, któ­ry wy­lą­do­wał ma­łym sa­mo­lo­tem Ces­sna tuż koło Krem­la i Pla­cu Czer­wo­ne­go w Mo­skwie? Rust le­ciał z Ham­bur­ga po­ży­czo­ną ma­szy­ną, miał mię­dzy­lą­do­wa­nia w Nor­we­gii i Hel­sin­kach, nim zmie­nił kurs na Zwią­zek Ra­dziec­ki. Nie­wia­ry­god­ne, jak uda­ło mu się prze­do­stać na te­ry­to­rium ra­dziec­kie i wy­lą­do­wać w sa­mym ser­cu ko­mu­ni­zmu. Pa­mię­tam, że wi­dzia­łem go w te­le­wi­zji w roku 1987, mia­łem wte­dy pięt­na­ście lat i po­my­śla­łem, że Rust jest ge­nial­ny. Gdy parę mie­się­cy póź­niej po­sta­wio­no go przed ra­dziec­kim są­dem, wy­glą­dał jak zwy­czaj­ny mło­dy czło­wiek - no­sił oku­la­ry, nie­bie­ską ka­mi­zel­kę oraz kra­wat i twier­dził, że jego prze­lot i lą­do­wa­nie w cen­trum Mo­skwy było dzia­ła­niem na rzecz po­ko­ju, ma­ją­cym po­ru­szyć świa­to­wą opi­nię pu­blicz­ną. Wy­cią­łem so­bie jego zdję­cie i za­wie­si­łem je na ta­bli­cy kor­ko­wej w swo­im po­ko­ju.

- Kto to jest? - spy­ta­ła mama.

- To Ma­thias Rust.

My­śla­łem, że za­kpił so­bie z nich wszyst­kich, my­śla­łem, że jest ge­nial­ny. Zo­stał ska­za­ny na czte­ry lata w ra­dziec­kim obo­zie pra­cy. Ale był prze­cież do­bry, nie? W kon­se­kwen­cji tego prze­lo­tu zdy­mi­sjo­no­wa­no ra­dziec­kie­go mi­ni­stra obro­ny i do­wód­cę obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej- nie­źle, co? Rust stał się dla mnie iko­ną, pod­nio­słem go do ran­gi ide­olo­ga i usta­wi­łem w jed­nym sze­re­gu z in­ny­mi opo­zy­cjo­ni­sta­mi z mo­jej ga­le­rii bo­ha­te­rów: Che, Ba­ku­ni­nem, Mark­sem, Ara­fa­tem. Tak, do­kład­nie ta­kich lu­dzi lu­bię.

Mó­wię to wła­śnie mo­je­mu naj­lep­sze­mu kum­plo­wi. Jest ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych, a my po­pi­ja­my piwo w la­sku Ul­lan­dhaug w pią­tek po szko­le. Mamy do­pie­ro po szes­na­ście lat i je­ste­śmy w pierw­szej kla­sie li­ceum.

- Kur­de, Hel­ge - mó­wię. - Je­śli kie­dyś za­ło­ży­my ze­spół, to na­zwie­my go Ma­thias Rust Band, co?

- Nie za­ło­ży­my żad­ne­go pie­przo­ne­go ze­spo­łu - od­po­wia­da Hel­ge. - Prze­cież nie umie­my grać.

- No nie - mó­wię. - No ale jed­nak, co? Ma­thias Rust Band?

- Ra­czej W Piz­dę Sza­ta­na Anar­cho­ko­man­do - stwier­dza Hel­ge.

- Kur­de, a może jed­nak?

- Co?

- Zro­bić coś ta­kie­go jak on? Tak po pro­stu prze­le­cieć i wpaść w sam śro­dek ZSRR.

- Ach - mówi Hel­ge, otwie­ra­jąc nowe piwo. - To tyl­ko drob­no­miesz­czań­skie pie­prze­nie, rów­nie do­brze mógł wpier­do­lić się tą Ces­sną w Bia­ły Dom i zo­sta­wić ko­mu­chów w spo­ko­ju.

Nig­dy nie zro­bi­łem cze­goś ta­kie­go jak Ma­thias Rust, ale cały czas cho­dzi­li­śmy z Hel­gem na wszel­kie moż­li­we mar­sze pro­te­sta­cyj­ne, a ja ku­pi­łem so­bie gi­ta­rę i po pro­stu ży­łem. W Sta­van­ger trwa­ła zima, szko­ła wła­śnie za­czę­ła się po prze­rwie świą­tecz­nej i do­oko­ła mnie ist­niał praw­dzi­wy świat, praw­dzi­we wy­da­rze­nia - ceny ropy wró­ci­ły do daw­ne­go po­zio­mu, zmarł Sa­mu­el Bec­kett, bez­ro­bo­cie ro­sło, w Ru­mu­nii stra­co­no Ce­au­şe­scu, Vac­la­va Ha­vla wy­bra­no na pre­zy­den­ta Cze­cho­sło­wa­cji, NRD za chwi­lę mia­ło przejść do hi­sto­rii po otwar­ciu muru 9 li­sto­pa­da i wie­lu lu­dzi twier­dzi­ło, że wła­śnie te­raz wszyst­ko dzie­je się w za­wrot­nym tem­pie, tak szyb­ko, że jest już tego zbyt wie­le, tak szyb­ko, że mu­si­my ku­pić jesz­cze je­den sa­mo­chód, aby nie zo­stać w tyle, a inni, jak mój na­uczy­ciel hi­sto­rii, ko­cha­li te cza­sy, w któ­rych przy­szło im żyć.

To, co się nie wy­da­rzy­ło, było przy­szło­ścią.

Jest rok 1990 - poj­mu­jesz to?

Nie mamy XXI wie­ku, jest wcze­sny ra­nek, pią­tek 19 stycz­nia 1990 roku, a ja jadę w desz­czu na ro­we­rze do szko­ły.

Za parę se­kund moje ży­cie wy­wró­ci się do góry no­ga­mi.

2. PIĘKNY CHŁOPAK

kry­ję się w wie­trzektó­ry ca­łu­je twe usta

Bob Hund

Czy to ta­kie nie­zwy­kłe? Czuć, jak­by od szczę­ścia dzie­lił cię je­den po­ca­łu­nek?

Usta Yn­gvego. Miał peł­ne war­gi, moc­ne, wca­le nie ko­bie­ce, sub­tel­nie wy­dę­te, two­rzą­ce lek­ko dziew­czę­cy łuk. Ką­ci­ki ust de­li­kat­nie opa­da­ły, co na pierw­szy rzut oka spra­wia­ło smut­ne wra­że­nie. Lecz kie­dy Yn­gve się uśmie­chał, ten mały szcze­gół zmie­niał całą jego twarz. Ką­ci­ki opa­da­ły jesz­cze bar­dziej, by prze­isto­czyć się w uśmiech za­ci­śnię­tych warg.

Jego usta mia­ły ko­lor cie­płej czer­wie­ni na tle bla­dej, ład­nej i nie­co wraż­li­wej skó­ry. Nad ja­sny­mi żu­chwa­mi po­licz­ki pa­ła­ły ru­mień­cem, któ­ry jed­nak nie był tak in­ten­syw­ny jak czer­wień ust - zda­wał się ra­czej jej sła­bą imi­ta­cją. Po­licz­ki Yn­gvego za­zdro­ści­ły jego ustom, chcia­ły się do nich bez­sku­tecz­nie upodob­nić, lecz stać je było je­dy­nie na tę mi­zer­ną ko­pię, chro­nicz­ny ru­mie­niec.

Ze wszyst­kich rze­czy, któ­rych nie zro­bi­łem, cho­ciaż mia­łem oka­zję, ta jed­na tra­pi­ła mnie naj­bar­dziej. Usta Ygnve­go. Dla­cze­go ich nie po­ca­ło­wa­łem? W moim wła­snym świe­cie ta czyn­ność zda­wa­ła się od­dzie­lać moje ży­cie od szczę­ścia.

Nie, nig­dy nie zo­ba­czy­łem Pi­xies na żywo. Nig­dy nie za­py­ta­łem dziad­ka o jego dzie­ciń­stwo, nim było za póź­no. A jed­nak nic nie może rów­nać się z tymi usta­mi, któ­re po­wi­nie­nem był po­ca­ło­wać.

Pró­bu­ję so­bie przy­po­mnieć tam­te­go Jar­le­go Klep­pa, ucznia dru­giej kla­sy li­ceum Kongs­g?rd, wła­śnie te­raz, w pią­tek, w stycz­niu 1990 roku, kie­dy jest pa­nem świa­ta, któ­ry za­raz za­wa­li mu się na gło­wę. Za chwi­lę przy­da­rzy mu się parę zwa­rio­wa­nych, go­rącz­ko­wych ty­go­dni. Te­raz zaś je­dzie na ro­we­rze z Bjerg­sted do szko­ły, żeby zdą­żyć na pierw­szą lek­cję dwa­dzie­ścia pięć po ósmej. Pró­bu­ję go so­bie wy­obra­zić i py­tam: Jar­le, dla­cze­go tego nie zro­bi­łeś? Je­den po­ca­łu­nek? Mam wra­że­nie, jak­bym stał tuż koło nie­go, wy­ko­ny­wał te same ru­chy, te same mniej lub bar­dziej kon­tro­lo­wa­ne czyn­no­ści, w na­pię­ciu to­wa­rzy­szę mu, pro­sząc, by uczy­nił wła­śnie to, cze­go pra­gnie - po­ca­ło­wał Yn­gvego.

Czyż­by Yn­gve cią­gle się uśmie­chał? Tak, zda­wa­ło się, jak­by uśmiech na sta­łe był przy­twier­dzo­ny do jego twa­rzy. Wca­le nie za­ro­zu­mia­ły, bez­czel­ny czy sztucz­ny, a ra­czej odro­bi­nę nie­pew­ny, bez roz­chy­la­nia ust.

Zna­łem wie­lu pięk­niej­szych dru­go­kla­si­stów. Dziew­czy­ny bez wąt­pie­nia wy­bra­ły­by In­ga­ra z 2D. Nie moż­na było mu się oprzeć. Już wte­dy, kie­dy więk­szość z nas nadal wal­czy­ła z nie­zdar­nym bra­kiem pew­no­ści i pro­por­cji póź­ne­go okre­su doj­rze­wa­nia, In­gar był jak wy­ku­ty z gra­ni­tu. Od­po­wied­nio za­okrą­glo­ne rysy, wy­sta­ją­ce ko­ści po­licz­ko­we, wy­raź­na szczę­ka. Po­sta­wę miał rów­nie do­brą jak wy­gląd. Za­rzu­ca­nie tor­ni­stra na ra­mię było w jego wy­ko­na­niu naj­na­tu­ral­niej­szą w świe­cie czyn­no­ścią. Kie­dy sia­dał na ro­we­rze, mia­ło się wra­że­nie, jak­by sio­deł­ko cze­ka­ło na nie­go cały dzień. Wszyst­ko, co In­gar ro­bił i cze­go do­ty­kał, do­sto­so­wy­wa­ło się do nie­go, sta­jąc się rów­nie pew­ne sie­bie jak on. Mę­czy­łem się z In­ga­rem od pod­sta­wów­ki, po­cho­dził z tego sa­me­go przed­mie­ścia co ja i tak było już od pierw­szej kla­sy: dziew­czy­ny kłę­bi­ły się wo­kół nie­go jak wró­ble wo­kół okru­chów chle­ba. Skąd się to, kur­czę, bra­ło? Może wy­dzie­lał z sie­bie coś, cze­mu dziew­czy­ny nie po­tra­fi­ły się oprzeć? Kie­dy na im­pre­zie bo­żo­na­ro­dze­nio­wej w 1983 za­grał na fle­cie pro­stym, dziew­czy­ny uzna­ły flet za naj­wspa­nial­szy in­stru­ment. Kie­dy biegł przez bo­isko, wzdłuż li­nii bocz­nej za­wsze sta­ły grup­ki chi­cho­czą­cych i ro­bią­cych ba­lo­ny z gumy dziew­czyn. Gdy In­gar pod ko­niec gim­na­zjum za­czął grać na gi­ta­rze, dziew­czy­ny sta­ły się jego stru­na­mi. Po­wie­dział, że nie pój­dzie do li­ceum, że może bę­dzie pra­co­wać, a może po­dró­żo­wać, ale nie - znów mu­siał się tu zna­leźć. In­gar, In­gar. Oczy­wi­ście wy­lą­do­wa­li­śmy w tym sa­mym ogól­nia­ku, gdzie co dzień do­świad­cza­łem po­wtór­ki z dzie­ciń­stwa: o, In­gar, o, In­gar! Pie­przo­ny In­gar! Był jak gąb­ka chło­ną­ca współ­cze­sność, jak­by współ­cze­sność w nim za­miesz­ka­ła. W la­tach osiem­dzie­sią­tych on pierw­szy od­krył bre­ak­dan­ce, a te­raz cze­ka­ło nas nowe dzie­się­cio­le­cie, lata dzie­więć­dzie­sią­te, któ­re oczy­wi­ście znów na­le­ża­ły do nie­go. In­gar za­li­czał się do tych prze­wi­du­ją­cych po­sta­ci, któ­re moż­na by po­są­dzać o to, że wi­dzia­ły przy­szłość. Bo jak in­a­czej wy­ja­śnić to, że wszyst­ko, co ro­bią, wy­da­je się wła­ści­we? Mia­ło się wra­że­nie, jak­by In­gar już prze­by­wał w przy­szło­ści, wie­dział, jak na­le­ży wy­glą­dać w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, jesz­cze za­nim de­ka­da na­bra­ła swo­je­go cha­rak­te­ru, że ple­re­zę na­le­ży skró­cić, a pa­ste­lo­wo zie­lo­ną je­dwab­ną ko­szu­lę od­dać Ar­mii Zba­wie­nia.

Yn­gve był cał­kiem inny. Jego pięk­no było nie­świa­do­me swe­go ist­nie­nia. Nie przy­po­mi­na­ło w ni­czym wy­ra­zi­stej, pro­ro­czej, uwo­dzi­ciel­skiej ma­nie­ry In­ga­ra, nie im­po­no­wa­ło ani nie fra­po­wa­ło, ale nie było też nie­zdar­ne czy słod­kie, jak u Ove­go, dru­gie­go spo­śród zwy­cięz­ców tego rocz­ni­ka. Ove, mały chło­pak z Flek­ke­fjord, wy­ra­sta­ją­cy le­d­wie metr i sześć­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów nad po­wierzch­nię zie­mi, przy­cią­gał dziew­czy­ny swą cał­ko­wi­tą bez­rad­no­ścią. Wy­gry­wał tym, że był nie­zdar­ny i dziw­ny, a w dru­giej kla­sie na­uczył się to wy­ko­rzy­sty­wać i od­tąd na za­wsze zmie­nił sła­bość w swój naj­więk­szy atut. Za­uwa­żyw­szy re­ak­cje dziew­cząt na swo­ją oso­bę, stał się pro­fe­sjo­nal­nym ner­dem6. Ove za­czął no­sić oku­la­ry w gru­bych opraw­kach, ja­kie wi­dział na ame­ry­kań­skich fil­mach o na­sto­lat­kach, za­wsze w obec­no­ści in­nych po­ty­kał się na scho­dach pro­wa­dzą­cych do kla­sy, zmie­nił gust mu­zycz­ny z lek­kich ka­pel na nie­co dzi­wacz­ne, al­ter­na­tyw­ne brzmie­nia in­die - ta­kie ze­spo­ły, jak The Sun­days czy Ho­use of Love. To w zu­peł­no­ści wy­star­cza­ło mu w roku 1990 - wy­bra­ne dziew­czy­ny lgnę­ły do nie­go jak psz­czo­ły do mio­du, za­chwy­co­ne ta­jem­ni­czo­ścią od­osob­nie­nia o świa­do­mie nie­zdar­nym za­bar­wie­niu.

Yn­gve był cał­kiem inny. Nie był nie­zdar­ny. Uśmie­chał się, usta miał za­ci­śnię­te, z łu­kiem le­d­wie wy­dę­tym nad dol­ną war­gą, i był nie­pew­ny sie­bie. Wy­stra­szo­ny. Nie za­uwa­ża­ło się tego od razu. Ale po pew­nym cza­sie moż­na było zdać so­bie spra­wę, że w środ­ku jego pro­sto­ty i pięk­na tkwił strach. To dla­te­go się uśmie­chał. Może da­ło­by się po­wie­dzieć, że miał w so­bie coś nie­po­ko­ją­ce­go? Nie strasz­ne­go, lecz nie­po­ko­ją­ce­go - trze­ba było na nie­go uwa­żać, w ocze­ki­wa­niu, że coś się wy­da­rzy. Yn­gve nie był za­baw­ny. Yn­gve nie był twar­dy. Yn­gve był pięk­ny i nie­po­ko­ją­cy.

Wte­dy o tym nie my­śla­łem, ale te­raz ude­rza mnie jego za­dzi­wia­ją­cy brak wy­ra­cho­wa­nia. Bla­da kar­na­cja, czer­wo­ne po­licz­ki, cie­płe usta, wą­ski nos, błę­kit­ne, ufne oczy. Pro­sta, tro­chę krzy­kli­wa grzyw­ka z nie­wiel­kim prze­dział­kiem z boku blond czu­pry­ny. Nie było w nim fał­szu ani próż­no­ści, nie­mal jak u ma­łych dzie­ci czy lu­dzi nie­do­ro­zwi­nię­tych. Ale Yn­gve nie był ma­łym dziec­kiem, nie był też w ża­den spo­sób upo­śle­dzo­ny. Był zwy­kłym uczniem, cho­dzą­cym ra­zem ze mną do kla­sy o pro­fi­lu spo­łecz­nym. Tak było w dru­giej kla­sie, w se­me­strze let­nim 1990 roku.

Przez pierw­sze pół­ro­cze, se­mestr zi­mo­wy 1989, jesz­cze go z nami nie było. Do­łą­czył po świę­tach do kla­sy C, pod­czas gdy ja cho­dzi­łem do B. Yn­gve prze­pro­wa­dził się do na­sze­go mia­sta z Hau­ge­sund, mó­wił ład­nym za­chod­nim dia­lek­tem o wy­raź­nych sa­mo­gło­skach. Był od nas o rok star­szy, uro­dził się w 1971, a mimo to cho­dził do kla­sy ra­zem z nami. Mó­wio­no, że jego ro­dzi­na przez rok po­dró­żo­wa­ła i dla­te­go za­czął tro­chę póź­niej. Yn­gve był pierw­szym hau­ge­sund­czy­kiem, ja­kie­go po­zna­łem. Jego oj­ciec, jak wie­lu in­nych w tam­tym okre­sie, do­stał pra­cę w bran­ży naf­to­wej w Sta­van­ger i ro­dzi­na prze­pro­wa­dzi­ła się tro­chę da­lej na po­łu­dnie - z mniej­sze­go naf­to­we­go mia­sta do więk­sze­go.

Co mógł wie­dzieć Yn­gve o uczu­ciach, ja­kie wy­wo­ła w in­nym czło­wie­ku? I co ja mo­głem wie­dzieć - pe­da­łu­jąc wzdłuż V?gen w dro­dze na pierw­szą lek­cję - o tym, co się wy­da­rzy?

Nie­spo­dzian­ki kry­ją się przed nami i to wła­śnie dla­te­go za­ska­ku­ją. Inne wy­da­rze­nia, o mniej­szej sile, nie prze­sta­ją się zdra­dzać, ni­czym nie­cier­pli­we ga­du­ły za­czy­na­ją szep­tać o tym, co się sta­nie, mia­sto aż hu­czy od plo­tek o ich na­dej­ściu, a lu­dzie drżą w ocze­ki­wa­niu. W prze­ci­wień­stwie do nie­spo­dzia­nek, któ­re czę­sto ro­dzą do­bre hi­sto­rie i któ­rym za­wsze to­wa­rzy­szy nut­ka no­stal­gii, po­nie­waż opo­wia­da się o nich tak samo czu­le jak o daw­nych wspo­mnie­niach, owe nie­cier­pli­we zda­rze­nia czę­sto wy­czer­pu­ją się, jesz­cze za­nim na­dej­dą. Z nie­spo­dzian­ka­mi tak nie jest. Cho­ciaż jak wszyst­ko inne sto­su­ją się do mi­to­lo­gicz­nych wzo­rów, są wiel­kie, bru­tal­ne i szo­ku­ją­ce. Jak to się im uda­je? Być tak dum­nym, po­tęż­nym, czę­sto nie­bez­piecz­nym, a kie­dy in­dziej wspa­nia­łym, i ani przez chwi­lę się nie zdra­dzić, aż wresz­cie pew­ne­go dnia ude­rzyć wła­śnie cie­bie?

Był pią­tek, 19 stycz­nia 1990 roku. Ze­ga­rek nad za­ci­śnię­tą na kie­row­ni­cy pię­ścią, po­ni­żej man­kie­tu swe­tra i pod ma­ją­cą chro­nić przed sil­nym wia­trem pu­cho­wą kurt­ką wska­zy­wał pra­wie wpół do dzie­wią­tej.

Sta­re, po­ma­lo­wa­ne na bia­ło, drew­nia­ne bu­dyn­ki szko­ły Kongs­g?rd znaj­du­ją się w sa­mym cen­trum Sta­van­ger, tuż koło ka­te­dry i sta­wu Bre­ia­van­net. Nie ma na zie­mi miej­sca pięk­niej­sze­go niż ów trój­kąt na­uki, chrze­ści­jań­stwa i wody - jak ma­wia­ją miej­scy pa­trio­ci. Rze­czy­wi­ście ład­nie tu - jak ma­wia­ją tu­ry­ści, któ­rym za­wsze na­le­ży bar­dziej wie­rzyć. Nie­któ­rzy z nich twier­dzą, że cen­trum Sta­van­ger przy­wo­dzi im na myśl is­landz­ki Rey­kja­vik - Przez ten staw, ko­ściół i góry. Mię­dzy tymi mia­sta­mi ist­nie­je ja­kieś po­do­bień­stwo, gdyż oba mają oko­ło 110 000 miesz­kań­ców i leżą nad mo­rzem.

Bu­dy­nek głów­ny Kongs­g?rd po­cho­dzi z XII wie­ku. Na sta­rym fun­da­men­cie wzno­si się sil­na, bia­ła kon­struk­cja z drew­na. Kie­dy cho­dzi­łem do szko­ły, cza­sem mę­czy­ło mnie uczu­cie, że je­stem tyl­ko ma­leń­kim czło­wiecz­kiem w stru­mie­niu wy­da­rzeń. Uczu­cie to rzad­ko po­ja­wia­ło się, gdy sze­dłem uli­cą koło szko­ły, gdzie nic wy­raź­nie nie łą­czy­ło mnie z prze­szło­ścią. Ser­wet­ki z bi­stro Oscars w ko­szu na śmie­ci nie opo­wia­da­ją daw­nych hi­sto­rii. Lecz we wnę­trzu li­ceum czu­łem, jak je­stem mały. Świa­do­mość, że - jak mówi le­gen­da - w bu­dyn­ku mo­jej szko­ły w śre­dnio­wie­czu zwykł za­trzy­my­wać się król, kie­dy aku­rat prze­jeż­dżał przez Sta­van­ger, że przed wie­ka­mi miesz­ka­li w nim za­rząd­cy okrę­gu ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go, onie­śmie­la­ła mnie. Z ko­lei myśl, że Kongs­g?rd peł­ni­ła funk­cję in­sty­tu­cji oświa­to­wej od roku 1826, za­rów­no mnie fa­scy­no­wa­ła, jak i draż­ni­ła. Trud­na to tra­dy­cja, trud­na hi­sto­ria - gdzie w niej miej­sce dla nas, dla mnie, dla na­sze­go ży­cia, dla roku 1990? Obec­ność 900-let­niej hi­sto­rii nie mia­ła związ­ku z du­cha­mi, była jak naj­bar­dziej kon­kret­na, ja­wi­ła się jako po­tęż­na licz­ba lat, gi­gan­tycz­ny zbiór lu­dzi i zda­rzeń, kró­lów, za­rząd­ców, uczniów szko­ły ła­ciń­skiej, miesz­czań­skiej, li­ce­ali­stów - a te­raz ist­nie­li­śmy w niej my, uro­dze­ni w roku 1972, w Nor­we­gii, prysz­cza­ci, z ro­dzi­ca­mi na gło­wie, za­da­nia­mi do­mo­wy­mi po­wy­żej uszu, w świe­cie, któ­ry ktoś z nas zmie­ni, lecz przede wszyst­kim z wła­sny­mi zmie­nia­ją­cy­mi się oso­bo­wo­ścia­mi.

Je­cha­łem w stro­nę tar­gu ryb­ne­go, mi­ną­łem róg przy An­ker­byg­get, a wiatr ude­rzył mi w twarz z taką siłą, jak gdy­by chciał prze­go­nić mnie z po­wro­tem do domu. Na­ci­sną­łem moc­niej pe­da­ły w dro­dze pod górę z V?gen. Sta­ną­łem na nich, wy­tę­ża­jąc mię­śnie ły­dek, na ple­cach czu­łem cię­żar ple­ca­ka, a na twa­rzy wiatr, któ­ry przy­ci­skał ją, jak­by ktoś owi­nął mnie fo­lią i cią­gnął do tyłu, pod­czas gdy ja mo­zol­nie po­ko­ny­wa­łem ostat­nie me­try dzie­lą­ce mnie od szkol­nej bra­my. Na szczy­cie, le­piej osło­nię­ty od pół­noc­ne­go wia­tru, wje­cha­łem na dzie­dzi­niec i za­trzy­ma­łem się pod za­da­sze­niem.

Pierw­szą lek­cją był nor­we­ski, więc - za­kła­da­jąc blo­ka­dę na tyl­ne koło - usi­ło­wa­łem w my­ślach od­mie­niać no­wo­nor­we­skie7 cza­sow­ni­ki, a jed­no­cze­śnie utrwa­lać szcze­gó­ły de­ba­ty ję­zy­ko­wej w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym. Mam do­brą pa­mięć krót­ko­trwa­łą, szyb­ko się uczę i za­pa­mię­tu­ję ma­te­riał na oko­ło dobę. Rów­nież tego ran­ka sko­rzy­sta­łem z tej umy­sło­wej ścią­gaw­ki i pew­nie spo­ro bym dzię­ki niej zy­skał, gdy­by coś in­ne­go nie ude­rzy­ło mnie jak grom z ja­sne­go nie­ba. Do­stał­bym do­brą oce­nę, za­pew­ne piąt­kę, po kwa­dran­sie na­uki po­przed­nie­go wie­czo­ru i krót­kiej po­wtór­ce przy śnia­da­niu.

Za­pi­na­łem blo­ka­dę, gdy naj­pierw usły­sza­łem od­głos, a po chwi­li uj­rza­łem koła za­trzy­mu­ją­ce­go się tuż koło mnie ro­we­ru.

Kie­dy wsta­łem, spoj­rza­łem pro­sto w jego twarz.

Zo­ba­czy­łem za­mknię­te usta, czer­wo­ne war­gi, ru­mia­ne po­licz­ki na tle bla­dej skó­ry oraz nie­bie­skie oczy.

Yn­gve uśmiech­nął się, za­ci­ska­jąc usta, ostroż­nie ski­nął gło­wą i od­szedł w kie­run­ku jed­ne­go z wejść.

Zo­sta­łem w tym sa­mym miej­scu. Wo­kół mnie hu­lał wiatr.

Yn­gve wszedł do szko­ły, lecz ja nadal wi­dzia­łem przed sobą tę uśmiech­nię­tą twarz, ostroż­nie ki­wa­ją­cą gło­wę. Na dźwięk dzwon­ka prze­bu­dzi­łem się i po­czu­łem drże­nie ką­ci­ków ust. Ści­snę­ło mnie w pier­siach, nie mo­głem zła­pać od­de­chu.

Co ta­kie­go się sta­ło?

Przy­sze­dłem na lek­cję nor­we­skie­go. Nie pa­mię­ta­łem żad­nej od­mia­ny cza­sow­ni­ków, de­ba­ty ję­zy­ko­wej, nic z rze­czy, o któ­re mia­ła za­dbać moja pa­mięć krót­ko­trwa­ła. Sie­dzia­łem w czwar­tym rzę­dzie i by­łem bar­dzo zde­ner­wo­wa­ny. Chcia­łem ko­goś za­py­tać, czy wie, co się sta­ło - jak gdy­by na­praw­dę wy­da­rzy­ło się coś re­wo­lu­cyj­ne­go, coś po­waż­nie do­ty­czą­ce­go wszyst­kich - do szko­ły przy­szedł nowy chło­pak. "Kim jest? - chcia­łem za­py­tać. - Skąd po­cho­dzi?"

W kla­sie szu­ka­łem in­nych za­fa­scy­no­wa­nych osób, ko­niecz­nie mu­sia­łem po­dzie­lić się z kimś swo­imi my­śla­mi. Chcia­łem, aby wszy­scy czu­li to samo co ja, nie mo­głem zro­zu­mieć, dla­cze­go po­zo­sta­łych 26 uczniów nie za­in­te­re­so­wa­ło się no­wym chło­pa­kiem. Koło mnie nie było ni­ko­go, kto wy­glą­dał­by in­a­czej niż dzień wcze­śniej. Wszy­scy jak zwy­kle oka­zy­wa­li zmę­cze­nie i znu­dze­nie no­wo­nor­we­ski­mi cza­sow­ni­ka­mi. Był piąt­ko­wy ra­nek i ucznio­wie wy­cze­ki­wa­li week­en­du. Pra­gną­łem wstać, sta­nąć przed nimi i za­py­tać, czy na­praw­dę ni­cze­go nie za­uwa­ży­li. Jak mo­że­cie tak sie­dzieć, jak gdy­by świat był cały czas taki sam? Kie­dy li­ście wró­ci­ły na drze­wa, chmu­ry wchło­nę­ły deszcz, pro­mie­nie słoń­ca prze­szy­ły mgłę, przez szkol­ny dzie­dzi­niec prze­szedł czło­wiek, zo­sta­wia­jąc za sobą zło­ty pył, a wy tak po pro­stu sie­dzi­cie, są­dząc, że wszyst­ko jest jak daw­niej?

My­śla­łem tyl­ko o Yn­gvem. Nie po­tra­fi­łem prze­stać. Czu­łem je­dy­nie zde­ner­wo­wa­nie i cie­pło.

Pod ko­niec dru­giej lek­cji za­czą­łem my­śleć ra­cjo­nal­niej, po­nie­waż nad­cho­dził czas dłu­giej prze­rwy i Yn­gve z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem mógł po­ja­wić się na dzie­dziń­cu. Chcia­łem od­kryć, do któ­rej kla­sy cho­dzi, czy ma ja­kichś przy­ja­ciół, a może tak­że, jak ma na imię. Za­czą­łem zer­kać na ze­ga­rek, nie pra­gnąc już, jak na po­cząt­ku, by wszy­scy po­czu­li to co ja. W krót­kim cza­sie Yn­gve prze­isto­czył się z ko­goś, kim chcia­łem po­dzie­lić się ze świa­tem, w moją wła­sną ta­jem­ni­cę. Tak mia­ło po­zo­stać na dłu­go.

Oczy­wi­ście nie wie­dzia­łem, że wkrót­ce się za­ko­cham. Żad­na z my­śli, któ­re te­raz przy­wo­łu­ję, nie po­ja­wi­ła się w mo­jej świa­do­mo­ści. Pa­mię­tam tyl­ko to, co wi­dzę: wy­dar­te­go świa­tu Jar­le­go Klep­pa, któ­ry na­gle za­czy­na tra­cić nad wszyst­kim kon­tro­lę, ale sam jesz­cze o tym nie wie.

Nie mo­głem trzeź­wo spoj­rzeć na swo­je my­śli i stwier­dzić, co ozna­cza­ją. Prze­cież Yn­gve był chło­pa­kiem. I ja też nim by­łem. Nie je­stem ge­jem. Wręcz prze­ciw­nie - za­wsze sza­la­łem za dziew­czy­na­mi, a w dniu, w któ­rym spo­tka­łem Yn­gvego, ubó­stwia­łem je, jak­by były ucie­le­śnie­niem do­bro­ci i pięk­na. Od pię­ciu mie­się­cy mia­łem dziew­czy­nę - Ka­tri­ne, w któ­rej by­łem za­ko­cha­ny i któ­ra była za­ko­cha­na we mnie. Nie by­łem ho­mo­fo­bem, a moje po­glą­dy po­li­tycz­ne uwzględ­nia­ły li­be­ral­ne spoj­rze­nie na kwe­stię ho­mo­sek­su­ali­stów - no da­lej, mó­wi­łem, niech się po­bie­ra­ją, mają dzie­ci, pro­szę bar­dzo - ale sam trzy­ma­łem się od tych spraw z da­le­ka. Nie by­łem taki. Nie my­śla­łem o chło­pa­kach. Nie uwa­ża­łem, że są pięk­ni. Czy brzyd­cy. Po pro­stu nie my­śla­łem o nich w ten spo­sób. Moje dzie­cię­ce fa­scy­na­cje lat osiem­dzie­sią­tych an­dro­gy­nicz­ny­mi an­giel­ski­mi ar­ty­sta­mi, ta­ki­mi jak Nick Rho­des z Du­ran Du­ran, Mar­tin Gore z De­pe­che Mode czy Boy Geo­r­ge, już daw­no mi­nę­ły. Mia­łem sie­dem­na­ście lat i my­śla­łem o dziew­czy­nach. Mia­łem mat­kę, któ­rą ko­cha­łem, bab­cię, któ­rą sza­no­wa­łem, i my­śla­łem o dziew­czy­nach. Za­wsze i wszę­dzie. Ko­cha­łem wszyst­ko, co z nimi zwią­za­ne: to, jak cho­dzi­ły, spo­sób, w jaki trzy­ma­ły ołó­wek, ich ja­sne gło­sy, małe pier­si, duże pier­si, dłu­gie wło­sy, któ­re zbie­ra­ły na kar­ku, po­chy­la­jąc się nad ław­ką, by coś za­pi­sać, krót­kie, za­cze­sa­ne wło­sy - wszyst­ko. Bez wa­ha­nia wziął­bym co­kol­wiek - drew­nia­ny pa­tyk, pa­sek kli­no­wy, bla­sza­ną pusz­kę - o ile do­ty­ka­ła tego dziew­czy­na. I wte­dy po­ja­wił się Yn­gve.

Za­dzwo­nio­no na prze­rwę. Cia­ło za­re­ago­wa­ło, nim na­uczy­ciel Ha­gen zdą­żył po­wie­dzieć "dzię­ku­ję na dziś" i za­nim sam tego chcia­łem, więc gdy ze­rwa­łem się z krze­sła, zu­peł­nie stra­ci­łem pa­no­wa­nie nad sobą. Hel­ge, któ­ry sie­dział za mną, spoj­rzał na mnie zza dłu­gich, brą­zo­wych, prze­tłusz­czo­nych wło­sów.

- Boże - po­wie­dział. - Uspo­kój się, Jal­la, mu­sisz so­bie zwa­lić, czy co?

- Strasz­nie chce mi się lać - od­par­łem i po­pę­dzi­łem do drzwi.

Za sobą usły­sza­łem głos Hel­le­go:

- Za mnie też zrób.

By­łem pierw­szy na dzie­dziń­cu.

Gdzie on jest?

Za­cho­wy­wa­łem się jak że­la­zo przy ma­gne­sie, a nie jak oso­ba tak­tow­na i dys­kret­na. By­łem po­zba­wio­ną wszel­kiej kon­tro­li ma­rio­net­ką za­ko­cha­nia, kie­ro­wa­ła mną ogrom­na żą­dza, czy­sta fa­scy­na­cja. Cała moja isto­ta tań­czy­ła w rytm me­lo­dii za­ko­cha­nia, na­wet gdy usil­nie pró­bo­wa­łem tego unik­nąć. Po­czu­łem, że wszyst­kie dni nad­cho­dzą­cych ty­go­dni, po­cząw­szy od tego stycz­nio­we­go po­ran­ka, pod­po­rząd­ko­wa­ne będą jed­ne­mu - zbli­że­niu się do nie­go. By­ciu tam gdzie on, ro­bie­niu tego co on. Nie opra­co­wa­łem przy tym żad­nej stra­te­gii - je­dy­ne co mną po­wo­do­wa­ło, to ma­gnes, żą­dza, za­ko­cha­nie Jar­le­go.

Roz­glą­da­łem się po dzie­dziń­cu. Ści­ska­łem nie­cier­pli­wie opusz­ki pal­ców.

Gdzie on się po­dział?

Kla­sa po­ja­wi­ła się za mną.

- Kur­na, szyb­ko ci po­szło - Hel­ge wy­cią­gnął opa­ko­wa­nie Marl­bo­ro. - Faj­kę?

- Ee... nie - wy­mam­ro­ta­łem. Nie pa­trzy­łem na nie­go i pra­gną­łem, aby choć raz zna­lazł się z dala ode mnie.

Na prze­rwach za­zwy­czaj trzy­ma­łem się z Hel­gem. Czu­li­śmy się lep­si od in­nych. Aro­ganc­cy, upo­li­tycz­nie­ni, pun­ko­wi. Do­brze do sie­bie pa­so­wa­li­śmy. Dys­ku­to­wa­li­śmy o po­li­ty­ce, fil­mach, mu­zy­ce, li­te­ra­tu­rze, dziew­czy­nach i pi­wie, obaj są­dzi­li­śmy, że U2 już daw­no się wy­pa­li­li i sta­li się ko­mer­cyj­ni, są­dzi­li­śmy, że li­te­ra­tu­ra pre­zen­to­wa­na w szko­le to kon­ser­wa­tyw­ny szajs, uwiel­bia­li­śmy Ćmę ba­ro­wą Char­le­sa Bu­kow­skie­go, The Smi­ths, Dead Ken­ne­dys, Jima Jar­mu­scha, Stan­leya Ku­bric­ka i mó­wi­li­śmy NIE wszyst­kie­mu, co nie pa­so­wa­ło do na­sze­go al­ter­na­tyw­ne­go świa­to­po­glą­du. Dla ta­kich jak my li­czy­ły się w tam­tych cza­sach za­sa­dy, a wśród nich naj­waż­niej­sza - aby być ta­kim jak my, a nie ta­kim jak oni. Dzię­ki niech będą tym, któ­rzy po­mo­gli zde­fi­nio­wać nas jako in­nych. Gdy­by nie oni - czy to spo­łe­czeń­stwo, czy po­li­ty­cy, drę­twia­ki, ro­dzi­na, chrze­ści­ja­nie czy bo­ga­cze - Hel­ge­mu i mnie by­ło­by cięż­ko. Było nas nie­wie­lu i ko­rzy­sta­li­śmy z tego oraz ze swo­jej al­ter­na­tyw­no­ści. Sta­li­śmy obok sie­bie na dzie­dziń­cu szkol­nym, pa­ląc Marl­bo­ro i dys­ku­tu­jąc o ochro­nie śro­do­wi­ska, no­wej pły­cie Nic­ka Cave'a lub jed­nej z pio­se­nek Ma­thias Rust Band.

Za­ło­ży­li­śmy ze­spół, z któ­re­go Hel­ge śmiał się wte­dy w la­sku Ul­lan­dhaug. Ten po­mysł cią­gle za mną cho­dził, aż pew­ne­go dnia ku­pi­łem gi­ta­rę i za­czą­łem nią draż­nić Hel­ge­go - do­łą­czasz czy nie? Mó­wi­łem, że mu­si­my coś zro­bić, chcie­li­śmy być ka­pe­lą cięż­ko gra­ją­cą, in­te­li­gent­ną i upo­li­tycz­nio­ną. Hel­ge twier­dził, że nig­dy się nam nie uda, po­wta­rzał, że ma jesz­cze gor­szy słuch ode mnie - i kto w ogó­le bę­dzie nam, kur­wa, pi­sał pio­sen­ki? Ale z cza­sem się zgo­dził. Hel­ge był na­szym per­ku­si­stą, na ba­sie grał jego zna­jo­my z li­ceum St. Svi­thun, An­dre­as. Nie pi­sał pio­se­nek i nie przej­mo­wał się kształ­to­wa­niem ze­spo­łu, był ba­si­stą. Do­bry czło­wiek. Spo­koj­ny, wy­wa­żo­ny, w jego obec­no­ści za­wsze moż­na było czuć się bez­piecz­nie. Hel­ge i ja po­trze­bo­wa­li­śmy ko­goś ta­kie­go. Ale Ma­thias Rust Band to była na­sza spra­wa, więc przez spo­rą część przerw roz­ma­wia­li­śmy o ka­pe­li, a te dys­ku­sje czę­sto prze­ra­dza­ły się w kłót­nie. Hel­ge sta­le twier­dził, że na­sze brzmie­nie jest zbyt ła­god­ne, chciał wię­cej pun­ka i hard­co­re, bar­dziej w sty­lu Hüsker Dü, pod­czas gdy ja trzy­ma­łem się mie­szan­ki popu i no­wej fali. Uwa­żał, że mu­si­my wziąć się do ro­bo­ty i za­cząć śpie­wać po an­giel­sku, a gdy­by­śmy zy­ska­li jesz­cze dru­gie­go do­bre­go gi­ta­rzy­stę, wte­dy ja mógł­bym sku­pić się na śpie­wa­niu - bo, szcze­rze mó­wiąc, Jal­la, nie umiesz grać na gi­ta­rze. A sko­ro już o tym mowa, to na­zwę, prze­ciw któ­rej Hel­ge pro­te­sto­wał od sa­me­go po­cząt­ku, na­le­ża­ło­by, jego zda­niem, zmie­nić, i to szyb­ko. Nadal uwa­żam, że W Piz­dę Sza­ta­na Anar­cho­ko­man­do pa­su­je - twier­dził.

Ale te­raz nie od­po­wia­da­ło mi, że Hel­ge stoi obok, czę­stu­je mnie Marl­bo­ro i chce dys­ku­to­wać o EWG albo ze­spo­le.

Ro­zej­rza­łem się wo­kół.

- Za kim się tak, kur­de, roz­glą­dasz? Ka­tri­ne?

Ski­ną­łem gło­wą. Hel­ge wy­buch­nął śmie­chem. Zer­k­ną­łem na dzie­dzi­niec, nie poj­mu­jąc, z cze­go się śmie­je, i nie­zbyt mnie to ob­cho­dzi­ło. Nic nie mo­gło po­wstrzy­mać mo­je­go spoj­rze­nia.

Hel­ge da­lej się śmiał, sły­sza­łem go za ple­ca­mi.

- Halo, prze­cież ona tu stoi.

Nie zro­zu­mia­łem, co ma na my­śli, i od­wró­ci­łem się roz­draż­nio­ny. Ka­tri­ne sta­ła koło nie­go.

- Okej, tu je­steś! - po­wie­dzia­łem z ner­wo­wym uśmie­chem. Ka­tri­ne zro­bi­ła parę kro­ków w moją stro­nę i mnie przy­tu­li­ła. Ob­ją­łem ją i na­gle uświa­do­mi­łem so­bie, że daw­no nie czu­łem, jak bar­dzo ją ko­cham. Spoj­rza­łem na nią. Uwa­ża­łem, że jest pięk­niej­sza niż zwy­kle, zwró­ci­łem uwa­gę na wło­sy do ra­mion i za­sta­no­wi­łem się, czy je ści­na­ła. Mia­ła na so­bie czer­wo­ny swe­ter, któ­re­go chy­ba wcze­śniej nie wi­dzia­łem. Jej po­licz­ki były świe­że. Za­ko­cha­nie, któ­re wca­le jej nie do­ty­czy­ło, te­raz prze­nio­sło się na nią.

Do koń­ca prze­rwy roz­ma­wia­li­śmy o EWG. Hel­ge przy­po­mniał nam o re­fe­ren­dum z 1972 roku. Za­py­tał, czy po­par­li­by­śmy wów­czas Jana Pe­de­ra Sy­se­go8, i po­wie­dział: Słu­chaj­cie, oto twier­dza sił eu­ro­pej­skiej pra­wi­cy. Ka­tri­ne się z nim zga­dza­ła, "z hi­sto­rycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia", ale są­dzi­ła rów­nież, że Hel­ge ro­zu­mu­je zbyt jed­no­to­ro­wo: Dużo po­zy­tyw­ne­go wy­ni­ka też z prób or­ga­ni­zo­wa­nia się. Wie­dzia­ła, co po­wie­dzieć, by się w nim za­go­to­wa­ło. Or­ga­ni­zo­wa­nia się! Dżi­zas! Okres na mózg ci padł, czy co? My­ślisz, że to jest or­ga­ni­za­cja za­wo­do­wa?! Boże, Ka­tri! Tyl­ko się za­śmia­ła. Ja za­cho­wy­wa­łem scep­ty­cyzm "zwłasz­cza ze wzglę­du na kwe­stię sa­mo­sta­no­wie­nia", są­dząc, że wszy­scy po­win­ni­śmy nie­od­płat­nie pra­co­wać na rzecz sprze­ci­wu wo­bec EWG. Póź­niej się uspo­ko­iłem, bo obej­mu­jąc Ka­tri­ne, czu­łem jej cie­pło i w ja­kiś spo­sób uda­ło mi się uznać je za znak od nie­go - prze­ni­ka­ło przez nią cie­pło Yn­gvego. Już nie spo­glą­da­łem tak czę­sto na dzie­dzi­niec, nie uda­ło mi się go do­strzec.

- To nowy swe­ter? - za­py­ta­łem tuż po tym, jak Hel­ge przed­sta­wił kil­ka nie­zbi­tych ar­gu­men­tów prze­ciw­ko po­li­ty­ce za­gra­nicz­nej EWG.

- Nie, Boże - od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem. - Mam go od lat.

Uśmiech­ną­łem się i po­wie­dzia­łem jej, że ład­nie dziś wy­glą­da.

- Tyl­ko tyle - do­da­łem.

Kie­dy mie­li­śmy już wra­cać na lek­cje, po­ca­ło­wa­łem Ka­tri­ne. Dłu­żej niż zwy­kle. Moc­niej niż zwy­kle. Przy­cią­gną­łem ją do sie­bie i ostroż­nie przy­ci­sną­łem się do niej pod­brzu­szem. Póź­niej cof­nę­ła się ode mnie o krok, spoj­rza­ła ze zdzi­wie­niem, lek­ko prze­krzy­wi­ła gło­wę, wy­su­nę­ła pod­bró­dek, na jej twa­rzy na chwi­lę po­ja­wił się gry­mas, sła­bo się uśmie­cha­jąc, de­li­kat­nie marsz­czy­ła brwi.

Ostat­ni raz zer­k­ną­łem na dzie­dzi­niec. Nie było go tam. Więc raz jesz­cze po­ca­ło­wa­łem Ka­tri­ne.

Dla­cze­go nie wy­szedł na prze­rwę? Nie miał od­wa­gi? Nie­zręcz­nie było mu wśród tylu no­wych lu­dzi, więc wo­lał zo­stać w kla­sie? Gdy nie wi­dzia­łem go przez po­nad pół dnia, za­czą­łem od­czu­wać ból, za­schło mi w ustach, a my­śli ner­wo­wo kłę­bi­ły się w gło­wie.

Na każ­dej prze­rwie ści­ska­łem Ka­tri­ne, aż za­re­ago­wał na to Hel­ge: - Kur­na, ale z cie­bie przy­le­pa - po­wie­dział.

Czy w środ­ku je­ste­śmy ma­szy­na­mi? Czy mie­ści­my w so­bie koła zę­ba­te, dźwi­gnie i przy­ci­ski, któ­re w od­po­wied­ni, wcze­śniej za­pro­gra­mo­wa­ny spo­sób, uru­cha­mia­ją się, gdy coś się dzie­je? Mój me­cha­nizm wła­śnie ru­szył: im bar­dziej opę­ta­ny by­łem my­ślą o Yn­gvem, tym bar­dziej za­ko­chi­wa­łem się w Ka­tri­ne. Cze­go nie mo­głem wziąć od nie­go, bra­łem od niej. Cze­go nie mo­głem mu dać, da­wa­łem jej. Ten ma­newr sub­sty­tu­cji dzia­łał ni­czym ro­dzaj ka­mu­fla­żu. Prze­ży­wa­łem swo­je za­ko­cha­nie ra­zem z Ka­tri­ne, ży­wi­łem je, po­zwa­la­łem mu na niej ro­snąć jak pa­so­ży­to­wi.

Obej­mu­jąc Ka­tri­ne, czu­łem się bli­żej Yn­gvego, Ka­tri­ne zaś czu­ła się po­żą­da­na bar­dziej niż kie­dyś i od­wza­jem­nia­ła tę żą­dzę, co umoc­ni­ło nasz zwią­zek. Na po­cząt­ku.

Ale gdzie on się po­dział?

- Cie­ka­we, jak ma na imię - my­śla­łem, ca­łu­jąc Ka­tri­ne.

Na czwar­tej prze­rwie za­py­ta­łem Hel­ge­go i Ka­tri­ne, ja­kie mę­skie imio­na im się po­do­ba­ją.

Obo­je dziw­nie na mnie spoj­rze­li.

- No, nie... po pro­stu ja­kie imio­na wam się po­do­ba­ją?

- Kur­de, bę­dzie­cie mieć dziec­ko, czy co? - za­py­tał Hel­ge, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa. - Bę­dziesz te­raz na du­żej prze­rwie kar­mić pier­sią?

- Nie! - po­wie­dzia­ła Ka­tri­ne ze śmie­chem.

- To ja­kie imio­na wam się po­do­ba­ją? - nie da­wa­łem za wy­gra­ną.

- Hel­ge - po­wie­dział Hel­ge.

- Nie żar­tuj - od­par­łem. - Mó­wię po­waż­nie.

- P?l - po­wie­dzia­ła Ka­tri­ne. - I Gorm.

- Gorm? Gorm?! - za­wo­łał Hel­ge i przy­ło­żył dłoń do ucha na kształt słu­chaw­ki te­le­fo­nicz­nej: - Tak, tu Hel­ge Ombo, chciał­bym za­mó­wić ofia­rę szkol­nej fali. Gorm, tak, zga­dza się, Gorm.

Przez całą prze­rwę prze­rzu­ca­li­śmy się mę­ski­mi imio­na­mi. Obej­mo­wa­łem Ka­tri­ne, uśmie­cha­jąc się do niej i głasz­cząc po po­licz­ku. Roz­ma­wia­li­śmy o mę­skich imio­nach, a ja roz­glą­da­łem się po szkol­nym dzie­dziń­cu. Arne. Tom. Inge. Ta­rald, jak oj­ciec Ka­tri­ne. (Hel­ge: - Ta­rald! Ta­rald?! Nie star­czy nam jej oj­ciec?) Ste­in. Kri­stof­fer. Rolf. (Hel­ge: - Rolf! Rolf? Chcesz, żeby twój dzie­ciak był prze­stęp­cą?) Wszyst­kie te imio­na uspo­ka­ja­ły mnie. Pa­mię­tam, że czu­łem wiel­ką ra­dość, wy­obra­ża­jąc so­bie w nich jego i obej­mu­jąc Ka­tri­ne.

Po­ja­wił się po pią­tej lek­cji.

Yn­gve stał sam tuż przy środ­ko­wym wej­ściu do po­dłuż­ne­go bu­dyn­ku szko­ły.

"Kim je­steś? - po­my­śla­łem. - Jak się na­zy­wasz?"

Szczu­pły, bez­i­mien­ny chło­pak stał wy­pro­sto­wa­ny, z rę­ko­ma po bo­kach, lek­ko prze­krzy­wio­ną gło­wą i de­li­kat­nym uśmie­chem na ustach. Oczy­wi­ście z od­le­gło­ści oko­ło sześć­dzie­się­ciu me­trów nie wi­dzia­łem wy­raź­nie ry­sów jego twa­rzy, ale zda­wa­ło mi się, że spo­glą­da w górę, uno­sząc gło­wę, a jego war­gi le­d­wie się ze sobą sty­ka­ją.

Nikt z nim nie roz­ma­wiał. Nikt z no­wych ko­le­gów go o nic nie py­tał. Sta­li w swo­ich za­mknię­tych gru­pach, tych wza­jem­nie wy­łą­cza­ją­cych się sys­te­mach, hie­rar­chicz­nych pań­stwach, re­gu­lar­nie oba­la­nych za­ma­cha­mi sta­nu, ku wiel­kie­mu cier­pie­niu nie­któ­rych oby­wa­te­li. Chrze­ści­ja­nie, mło­dzie­żów­ka so­cja­li­stycz­na, człon­ko­wie Amne­sty i or­ga­ni­za­cji na rzecz ochro­ny śro­do­wi­ska, drę­twia­ki. Wszy­scy zda­wa­li się nie za­uwa­żać sa­mot­no­ści Yn­gvego. Ale ja ją za­uwa­ży­łem.

Jak mo­głem się do nie­go zbli­żyć? Prze­rwa trwa­ła tyl­ko dzie­sięć mi­nut. Sta­łem na szczy­cie scho­dów z Hel­gem i Ka­tri­ne, któ­rzy na au­to­pi­lo­cie dys­ku­to­wa­li o ochro­nie śro­do­wi­ska. Co mo­głem zro­bić, by stać się jego pierw­szym zna­jo­mym - pierw­szym przy­ja­cie­lem Yn­gvego w szko­le?

- Hel­ge, ty je­steś tyl­ko moc­ny w gę­bie - po­wie­dzia­ła Ka­tri­ne z iry­ta­cją.

- Jak to w gę­bie? - za­re­ago­wał Hel­ge.

- Prze­cież ty nic sam nie ro­bisz. La­tem by­łeś w Oslo i po­sze­dłeś do McDo­nal­da, praw­da?

- A co z nim nie tak? - od­parł Hel­ge i wy­dmu­chał dym.

- No wi­dzisz. - Ka­tri­ne wy­wró­ci­ła oczy. - Sam do­brze wiesz, że McDo­nalds przy­czy­nia się do wy­ci­na­nia la­sów desz­czo­wych. Ochro­na śro­do­wi­ska to nie tyl­ko po­glą­dy, lecz tak­że czy­ny. Praw­da, Jar­le?

- Hm? McDo­nalds? Tak, pew­nie - od­rze­kłem.

- Bzdu­ry ga­dasz, Ka­tri - po­wie­dział Hel­ge. - W cza­sie, któ­ry ty po­świę­casz na dys­ku­sje, ja zro­bi­łem wszyst­ko, nad czym za­sta­na­wiasz się la­ta­mi.

- Te­raz zwy­czaj­nie kła­miesz - stwier­dzi­ła Ka­tri­ne.

Hel­ge się za­śmiał. Prze­rwa do­bie­ga­ła koń­ca i za chwi­lę znów mia­łem stra­cić Yn­gvego z oczu. Spoj­rza­łem na wia­tę ro­we­ro­wą. Na­sze ro­we­ry sta­ły obok sie­bie, ale ja by­łem tu, a on sześć­dzie­siąt me­trów ode mnie.

- O kur­de - po­wie­dzia­łem na­gle, pod­czas gdy Ka­tri­ne od­py­ty­wa­ła Hel­ge­go z se­gre­ga­cji śmie­ci.

- Co? - za­py­ta­ła.

- Ro­wer - od­par­łem.

- Co z nim? - zdzi­wił się Hel­ge.

- Chy­ba za­po­mnia­łem go za­piąć.

- To chodź­my to zro­bić - po­wie­dział Hel­ge z re­zy­gna­cją, a Ka­tri­ne ski­nę­ła gło­wą.

O Boże. We tro­je bę­dzie­my za­pi­nać ro­wer. Nie mia­łem wy­bo­ru, nie mo­głem im za­bro­nić, aby ze­szli po scho­dach, prze­szli przez dzie­dzi­niec w stro­nę wia­ty i mi­nę­li Yn­gvego w od­le­gło­ści dzie­się­ciu me­trów. Może pię­ciu, je­śli uda­ło­by mi się prze­cią­gnąć ich tro­chę na lewo.

Za­piąć ro­wer.

"Świet­ny po­mysł" - po­my­śla­łem, zły na sie­bie. Ze­szli­śmy po scho­dach. Idąc przez dzie­dzi­niec, mi­ja­li­śmy wie­le osób, rów­nież Yn­gvego, któ­ry stał le­d­wie osiem me­trów ode mnie, kie­dy zna­la­złem się na jego wy­so­ko­ści. Zwol­ni­łem. Resz­ta za­cho­wa­ła nor­mal­ne tem­po. Nie po­tra­fi­łem iść szyb­ciej. Ści­snę­ło mnie w żo­łąd­ku, a ser­ce pod­sko­czy­ło do gar­dła.

Do­szli­śmy do wia­ty. Ro­wer był oczy­wi­ście za­pię­ty. Hel­ge klep­nął mnie w tył gło­wy.

- No tak, głup­ku. A wy­łą­czy­łeś rano eks­pres do kawy?

Za parę mi­nut za­brzmi dzwo­nek. Wi­dzia­łem, że Yn­gve stoi w do­kład­nie ta­kiej sa­mej po­zy­cji jak wcze­śniej. Ta sama po­sta­wa, ten sam uśmiech. Wy­bra­łem naj­gło­śniej­sze, naj­bar­dziej nie­zręcz­ne, ale też naj­szyb­sze roz­wią­za­nie. Gdy nie­co go mi­nę­li­śmy, nie­zdar­nie ude­rzy­łem się dło­nią w czo­ło, mó­wiąc, że mu­szę dać coś Arve­mu z kla­sy C, któ­re­go zna­łem z gim­na­zjum. Jego kla­sa znaj­do­wa­ła się za drzwia­mi, przy któ­rych stał Yn­gve; ra­zem cho­dzi­li­śmy na fa­kul­tet z fo­to­gra­fii. Po­bie­głem.

Za­trzy­ma­łem się pod drzwia­mi, uda­jąc, że bar­dziej brak mi tchu i bar­dziej mi śpiesz­no niż w rze­czy­wi­sto­ści. Le­d­wie rzu­ci­łem okiem na Yn­gvego, któ­ry na mnie nie spoj­rzał, po czym otwo­rzy­łem drzwi do pro­wa­dzą­ce­go do sal lek­cyj­nych ko­ry­ta­rza na par­te­rze. Sie­dzia­ło tam trzech uczniów z otwar­ty­mi książ­ka­mi na ko­la­nach. Je­den z nich po­pa­trzył na mnie, a ja po­krę­ci­łem gło­wą. Na szczę­ście nie zo­ba­czy­łem Arve­go. Wy­co­fa­łem się o krok, za­mkną­łem drzwi i sta­ną­łem tuż obok Yn­gvego. Póki co wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem.

- Kur­de - szep­ną­łem sam do sie­bie, ale wy­star­cza­ją­co gło­śno, by Yn­gve mógł mnie usły­szeć i zwró­cić na mnie uwa­gę.

Nie zro­bił tego.

Za­trzy­ma­łem się. Od­wró­ci­łem gło­wę w jego stro­nę, ale on pa­trzył je­dy­nie po sko­sie w górę, z de­li­kat­nym uśmie­chem na twa­rzy. Otwo­rzy­łem usta, chcia­łem coś po­wie­dzieć, jed­nak szczę­ki za­ci­snę­ły się, jak gdy­by Yn­gve był zbyt pięk­ny, by móc z nim po­roz­ma­wiać.

Co ty ze mną ro­bisz?

Od­chrząk­ną­łem. Sta­łem już tak dłu­go, że za­czy­na­ło to być nie­na­tu­ral­ne. Yn­gve opu­ścił gło­wę i spoj­rzał na mnie. Uśmie­chał się.

Mu­sia­łem coś po­wie­dzieć.

- Nie... nie wi­dzia­łeś może Arve­go? - wy­du­si­łem z sie­bie.

- Nie, je­stem tu nowy.

Je­stem tu nowy.

Jego głos nie był ani ja­sny, ani ciem­ny, ale miał wy­raź­ne brzmie­nie. "Przy­pusz­czal­nie do­brze na­da­je się do śpie­wu - po­my­śla­łem - wy­raź­ny dia­lekt z Hau­ge­sund". Od­prę­ży­łem się.

- Je­steś nowy. Ach tak... okej.

Po­da­łem mu pra­wą dłoń. "Chwyć ją - po­my­śla­łem. - Chwyć ją".

- Jar­le.

Wy­cią­gnął do mnie bia­łą dłoń o dłu­gich pal­cach. Chwy­ci­łem ją, ści­sną­łem i pu­ści­łem.

- Yn­gve.

Oczy­wi­ście, że masz na imię Yn­gve.

- Hau­ge­sund? - za­py­ta­łem.

- Tak. - Ski­nął gło­wą. - Tak, wła­śnie się tu prze­pro­wa­dzi­łem. To wła­ści­wie mój pierw­szy dzień.

- Okej. To... po­do­ba ci się tu?

- Tu? W szko­le?

- Tak, tu, i w mie­ście.

- Tak, jest ład­nie, cał­kiem jak w domu, tyl­ko wszyst­ko więk­sze - od­parł.

Spoj­rze­li­śmy na sie­bie. Oczy miał ja­sne, bar­dziej dzie­cię­ce niż resz­tę twa­rzy. Yn­gve mu­siał być pięć do sied­miu cen­ty­me­trów wyż­szy ode mnie, był też szczu­plej­szy. Jak mnie po­strze­gał? Czy by­łem dla nie­go przy­pad­ko­wym chło­pa­kiem, któ­ry wyj­rzał zza drzwi, po­nie­waż wcze­śniej ko­goś szu­kał? Jed­nym z ró­wie­śni­ków, któ­rzy mi­nę­li go w pew­ne piąt­ko­we, stycz­nio­we przed­po­łu­dnie? Tak są­dzę. Nie mógł spo­dzie­wać się, że oto ma przed sobą czło­wie­ka, któ­ry się w nim za­ko­chał, któ­ry był go­tów zro­bić dla nie­go wszyst­ko. Sam prze­cież tego nie wie­dzia­łem. Po pro­stu dzia­ła­łem.

- A więc masz na imię Yn­gve.

Ski­nął gło­wą z uśmie­chem, opa­tu­la­jąc się moc­niej nie­bie­ską kurt­ką i chro­niąc się w ten spo­sób przed wia­trem.

- Wi­ta­my u nas - po­wie­dzia­łem i za­uwa­ży­łem, jak nie­zgrab­nie za­brzmia­ły te sło­wa.

- Dzię­ku­ję. - Yn­gve ro­zej­rzał się wo­kół. - Nie zna­la­złeś go?

- Co? - Po­trzą­sną­łem pręd­ko gło­wą. - Kogo?

- Tego... jak mu było? Tron­da?

- Co?

Sta­łem na żwi­rze przed nim, nad nami wi­sia­ło nie­bo, chmu­ry prze­su­wa­ły się nad na­szy­mi gło­wa­mi, a wiatr kłuł w po­licz­ki.

Za­dzwo­nił dzwo­nek. Roz­legł się nad dzie­dziń­cem ni­czym sy­re­na za­gra­ża­ją­ca Yn­gvemu i mnie. Wszyst­ko nam za­gra­ża­ło.

- To nic - po­wie­dzia­łem. - Znaj­dę go póź­niej.

Yn­gve zro­bił krok w bok i chciał wejść do środ­ka. Sta­łem tam jak głu­pek. Wte­dy się za­trzy­mał.

- Czy ja cię już gdzieś wi­dzia­łem? - za­py­tał, marsz­cząc brwi.

- Nie - od­par­łem. - Nie są­dzę.

Spoj­rzał na mnie. Po raz pierw­szy jego wzrok się zmie­nił, wy­ostrzył się, a Yn­gve za­czął mi się przy­glą­dać. Czy by­łem pięk­ny?

- Nie, chy­ba nie - po­wie­dział. - Okej, to do po­ga­da­nia.

- A tak w ogó­le - do­da­łem pręd­ko. - Jak masz na na­zwi­sko?

- Lima - od­po­wie­dział.

Yn­gve od­wró­cił się, zmie­szał z po­zo­sta­ły­mi ucznia­mi i wszedł do środ­ka.

- Yn­gve - szep­ną­łem. - Na­zy­wasz się Yn­gve Lima i wi­dzia­łeś mnie dziś rano.

By­łem jed­nym z ostat­nich, któ­rzy we­szli po tej prze­rwie do szko­ły. Cze­ka­ła mnie lek­cja hi­sto­rii. Prze­sze­dłem po żwi­ro­wym dzie­dziń­cu, wspią­łem się po scho­dach do wej­ścia, zbli­ży­łem się do drzwi i wy­cią­gną­łem rękę. Za­trzy­ma­łem się. Dłoń za­wi­sła w po­wie­trzu, parę cen­ty­me­trów od klam­ki. Tej sa­mej, któ­rą parę mi­nut temu ści­snął Yn­gve. Nie chcia­łem, żeby do­ty­ka­ła cze­go in­ne­go.

Po lek­cjach wy­pa­try­wa­łem Yn­gvego wśród wy­cho­dzą­cych uczniów. Nie zna­la­złem go. Kie­dy pod­sze­dłem do wia­ty, zo­ba­czy­łem, że jego ro­we­ru już nie było.

- Ale wiem, jak się na­zy­wasz - po­my­śla­łem.

Pod­szedł do mnie Hel­ge.

- To co, week­end?

Od­wró­ci­łem się i po­wie­dzia­łem, że chy­ba jed­nak nie pój­dę w so­bo­tę na kon­cert w Fol­ken. Gra­ły tam trzy lo­kal­ne ka­pe­le, Sild, Kro­ko­dill and the Salt­pa­still; Be­ver i He­lve­tes For­g?rd9. Kum­pel Hel­ge­go z trze­ciej gim­na­zjum był per­ku­si­stą w HF.

- Nie pój­dziesz? Kur­de, mu­si­my się po­ka­zać, na­wet je­śli sami nie gra­my!

- To nie dla­te­go - od­po­wie­dzia­łem. - Nie je­ste­śmy prze­cież jesz­cze go­to­wi, żeby się po­ka­zać in­nym.

- Nie, ale nie­dłu­go bę­dzie­my. O co, kur­na, cho­dzi? Gra He­lve­te!

Na po­cze­ka­niu zmy­śli­łem, że mu­szę po­móc ta­cie prze­nieść tro­chę rze­czy z ma­ga­zy­nu do miesz­ka­nia, któ­re wła­śnie ku­pił w Fo­rus:

- W koń­cu mu­szę utrzy­mać przy­mie­rze z oj­cem, a poza tym - po­wie­dzia­łem - dość mam wy­cho­dze­nia na mia­sto co week­end.

Hel­ge spoj­rzał na mnie z po­wąt­pie­wa­niem. Nig­dy wcze­śniej ni­cze­go ta­kie­go nie mó­wi­łem, wręcz prze­ciw­nie - na­le­ża­łem do tych, któ­rzy usil­nie wy­ry­wa­li się do klu­bów, cho­ciaż mie­li tyl­ko sie­dem­na­ście lat.

- Boże, to ja­kiś nowy styl? - Wzru­szył z iry­ta­cją ra­mio­na­mi. - Ale w nie­dzie­lę? Ćwi­czy­my?

- Tak, ja­sne - od­par­łem.

Przy­szła Ka­tri­ne i po­ga­da­li­śmy tro­chę, kie­dy Hel­ge już nas opu­ścił. Roz­ma­wia­jąc z nią, czu­łem odrę­twie­nie. W dro­dze z dzie­dziń­ca ko­lej­ny raz ją przy­tu­li­łem, ale dużo mniej en­tu­zja­stycz­nie niż na po­przed­nich prze­rwach. Po­wie­dzia­łem, że tro­chę kiep­sko się czu­ję i wo­lał­bym po­sie­dzieć wie­czo­rem w domu.

- Je­steś pe­wien?

Dziew­czy­na ze szkol­ne­go te­atru prze­szła obok nas, mó­wiąc, że dziś gra­ją ostat­nie do­dat­ko­we przed­sta­wie­nie. Była Pu­kiem w Śnie nocy let­niej.

- Ach tak. - Ka­tri­ne spoj­rza­ła na mnie. - Chy­ba mu­si­my pójść, co?

Przy­po­mnia­ła mi się sar­ka­stycz­na uwa­ga Hel­le­go - Sen nocy let­niej? Sen nocy let­niej? Cho­ler­na far­sa, dla­cze­go nie wy­sta­wią Brech­ta - i za­sło­ni­łem się nią:

- Nie, to nie dla mnie - po­wie­dzia­łem.

- To wi­dzi­my się ju­tro? - za­py­ta­ła Ka­tri­ne, kie­dy dziew­czy­na ze szkol­ne­go te­atru so­bie po­szła.

- Taa... zo­ba­czy­my, może będę mu­siał po­móc w czymś ta­cie - po­wie­dzia­łem i po­ca­ło­wa­łem ją. - Ale za­dzwo­nię.

Usia­dłem na ro­we­rze i po­mkną­łem w dół w stro­nę V?gen. Za ro­giem za­czą­łem pe­da­ło­wać wzdłuż na­brze­ża. Nad fior­dem ciem­nia­ły chmu­ry. Kie­ru­nek wia­tru zmie­nił się w cią­gu dnia, te­raz zno­wu po­dmu­chy ude­rza­ły w moją twarz, trud­niej było mi na­ci­skać na pe­da­ły. Ze­bra­łem siły, nogi ru­sza­ły się prę­dzej, ob­rę­cze kół stu­ka­ły po bru­ku, fla­gi wzdłuż V?gen ło­po­ta­ły, lu­dzie okrę­ca­li się wo­kół wła­snej osi, ści­ska­jąc po­ry­wa­ne wia­trem pa­ra­so­le, a ja mru­ży­łem oczy w bla­dym słoń­cu, któ­re usi­ło­wa­ło prze­bić się na nie­bie, prze­pę­dza­ne przez nad­cią­ga­ją­cą bu­rzę. Mia­łem otwar­ty umysł i cia­ło, szu­mia­ło mi w uszach i gdy­bym nie wie­dział, że te dźwię­ki po­cho­dzą od po­dmu­chów wia­tru ude­rza­ją­cych w czer­wo­ne, zim­ne chrząst­ki i prze­do­sta­ją­cych się do or­ga­nu słu­chu, po­my­ślał­bym, że ten ha­łas ro­dzi się we­wnątrz mnie. Moja twarz po­ja­śnia­ła, uśmiech­ną­łem się, sta­ną­łem na pe­da­łach. Wła­śnie od tej chwi­li za­czę­ło się moje ży­cie. Nie by­łem już odrę­twia­ły.