Strzelnice dośrodkowe
Ten, kto trafi do więzienia śledczego w Czeboksarach, dowie się najpierw, że znajduje się w najstarszym rosyjskim zakładzie penitencjarnym. O tym nowo przybyłemu, czy to będzie funkcjonariusz, czy też więzień, powiedzą praktycznie od razu. Chociaż nikogo to nie interesuje. Dla tych pierwszych ważne są pobory, a tych drugich - proces i wyrok.
Nie jest to zwyczajny gmach. Nigdy nie był wykorzystywany jako "wolna" instytucja. Od początku, od XVII wieku, kiedy go zbudowano, służył jako więzienie i do dzisiaj nim pozostał.
Funkcjonariusze też się raczej nie zmieniali. Klawisz nie ma powodu się zmieniać. Co za różnica, kto siedzi za żelaznymi drzwiami, w celi, która ma prawie pięćset lat? Ważne jest tylko to, co aresztantowi wolno, a czego nie wolno, kiedy trzeba mu przynieść jedzenie, a kiedy prowadzić na spacer i do kąpieli.
W tym celu stworzono regulamin wewnętrzny, absolutnie prosty i cykliczny: codziennie wszystko się powtarza w tych samych godzinach i tylko łaźnia raz na tydzień wprowadza chaos.
Cel jest niewiele, w sumie trzydzieści dziewięć. Dziesięć z nich to jeszcze tamte starodawne.
Mury wiekowej budowli są szerokie, okna zwieńczone łukami. Od wewnątrz na takie stare okno patrzy się długo i zaczyna myśleć: co z nim jest nie tak? Niby okno jak okno. No nie, ściany boczne i parapety są mocno ukośne, jak w strzelnicach. Tyle że normalna strzelnica służy do tego, żeby strzelać Z TWIERDZY, bronić się przed oblegającym ją wrogiem, i ukośne obramowania takich otworów są na zewnątrz, po to, by zwiększyć kąt widzenia. I ostrzału.
A tutaj skosy są do wewnątrz. Niewygodnie z nich strzelać.
Potem przychodzi zrozumienie. Niewygodnie jest, kiedy się strzela na zewnątrz. Ale jeśli z zewnątrz strzela się do tych, którzy siedzą w środku, to nawet bardzo wygodnie. Ukryć się praktycznie nie sposób, w celi nie ma martwych stref, chroniących przed strzałami z zewnątrz. Genialnie proste.
Kiedy człowiek trafi do takiej celi, nie ma już wątpliwości, że ci, którzy go pilnują, mogą do niego strzelać, a fakt, że okna w celi są otworami strzelniczymi, zwróconymi do środka, nie budzi jego zdziwienia.
Już przechodził rytuał rewizji, już rozbierał się do naga, zawsze przy ludziach - w korytarzu lub przy biurku dyżurnego. Obok chodzili mężczyźni i kobiety w mundurach, z naramiennikami, niektórzy mieli klucze u pasa, a wszyscy - pałki. Żartowali sobie, bo "nowy" to zawsze powód do śmiechu. Człowiek przysiadał kilka razy, nisko - tak każą, żeby się upewnić, że do więzienia nie wnosi niczego w odbycie. Potem się ubierał ciągle jeszcze w swoje rzeczy, bo to jeszcze nie kolonia, gdzie wszyscy mają takie same ubiory. Ale to własne ubranie przestało już być dla niego własnym, skoro cudze ręce wielokrotnie już je obmacały i zrzuciły. Jeśli się stawiał, to go bili. Tak profilaktycznie. Bili z wprawą i beznamiętnie.
Po rewizjach i formalnościach aresztanta prowadzi się do "przejściówki" na tzw. kwarantannę, rzekomą kwarantannę, kiedy nowo przybyłego rzekomo badają medycy. Tak naprawdę nikt go nie bada, po prostu wsadzają go do karceru i zostawiają samego. To zawsze odbywa się tuż przed zapadnięciem nocy. Nawet jeśli aresztowano go rankiem, to dzień spędza w karetkach i boksach. Do karceru prowadzą już wyciśniętego. Odpina od ściany kojo, ścieli na niej materac, wygnieciony i zmiętoszony przez tysiące ciał, które się na nim kręciły. Innych nie ma. Człowiek kładzie się i zasypia, ale nie na długo: więzienie budzi się i nie daje człowiekowi spać.
Zaczynają pracować "drogi". Po rozciągniętych w rurach wentylacyjnych niciach z celi do celi wędrują grypsy, herbata, papierosy i żywność. Klawisze jak gdyby tego nie widzą. Jak gdyby, bo nie ma z tego wielkiej szkody dla administracji, za to pożytku - wiele: drogi i korespondencja wewnątrz więzienia interesują operów, meldują o nich agenci, często operzy sami urządzają własne zabawy z drogami, żeby zaś zabawa się udała, zek[3] musi być pewien, że droga to jego święte prawo. Zresztą gdyby istotnie zaszła potrzeba, to ukrócić podobne kontakty osadzonych jest bardzo łatwo.
Ale słuchanie po raz pierwszy, jak się organizują i pracują nocne drogi, jest dla każdego czymś ohydnym. W wentylacji słychać krzyk, więźniowie przekazują sobie nawzajem prośby i informacje, uzgadniają drogi dostaw. Niekiedy logistyka bywa skomplikowana, bo przechodzi przez karcer, gdzie siedzi nowy. Mogą zwrócić się do niego, a on jeszcze nie wie, co odpowiadać. I dobrze, jeśli po prostu szczerze powie, że nic jeszcze nie wie i nic nie umie. I nikomu nie nawymyśla.
Najczęściej kończy się na jednej nocy, po której rytuał przejściówki uznaje się za zakończony i nowy więzień wysłany zostaje do celi. Najczęściej już tam na niego czekają. O tym, że ktoś przybył, kto i za co go aresztował, więzienie dowiaduje się od razu. Lokatorzy wiedzą nawet, do której w przybliżeniu celi trafi. Nie jest to trudne, zasady zapełniania cel są proste, więc ci, którzy w nich siedzą, znają je nie gorzej od tych, którzy są na zewnątrz cel.
Naprzeciwko więzienia znajduje się sobór, to właśnie są najstarsze czeboksarskie budowle. Kiedy człowieka wyprowadzają na pierwszy spacer po zamkniętym betonowym podwórzu z potrójną kratą u góry, z którego nigdy nie widać słońca i gdzie zawsze unosi się trwały zapach taniego tytoniowego dymu, zaczyna myśleć o tym, że tutaj w pobliżu często chodził i jeździł, że to centrum starego miasta, obok zaś - bulwar. Ale sobór widział, a tego budynku, wzniesionego wcześniej niż katedra, jakoś nie zauważał.
To ważny budynek. Kiedy pierwsze więzienie, jeszcze drewniane, na początku XVII wieku zniszczył pożar, wtedy od razu zbudowano nowy gmach kosztem wznoszonego akurat soboru. Cerkiew nie sprzeciwiła się opóźnieniu otwarcia świątyni.
Kiedy tworzono trakt syberyjski, wiódł on przez Czeboksary, i wtedy miasto zaczęło się gwałtownie rozwijać, tak jak wszystkie terytoria, przez które pędzono katorżników.
I sobór, i więzienie funkcjonowały we wszystkich kolejnych epokach i za wszystkich kolejnych reżimów. Co do soboru - zdarzało się, że go kwestionowano. Więzienia - nigdy, więzienie wyłącznie rozbudowywano.
Przeniesienie człowieka z wieku XXI w warunki późnego średniowiecza - taki jest sens zamknięcia pod strażą. Tyle że do cel doprowadza się zimną wodę. Teraz są tam też muszle klozetowe.
Ale ludzie za drzwiami są tacy, jacy byli. I te same dośrodkowe strzelnice.
Jeszcze długo będzie się tu trzymać więźniów. Wszystko zbudowano solidnie. Kontrolerzy wyjeżdżają zadowoleni.
Obiekt figuruje w przewodnikach turystycznych.
Opisany jest tak: "Dzisiaj, tak jak setki lat temu, drzwi instytucji IŻ-21/1 są szeroko otwarte dla nowych klientów". Zdjęcia publikują romantyczne, z grą świateł.
No więc dlaczego by nie mieli przyprowadzać tu wycieczek, skoro tak się wszystko złożyło?
Szkoda, że nie prowadzą ich do środka.