I. Wprowadzenie
Ktoś powiedział, że pytać o to, kto wygrał daną wojnę, to jak pytać o to, kto był zwycięzcą trzęsienia ziemi w San Francisco. Teza, że w wojnach nie ma zwycięstw, a jedynie różne stopnie porażki, zyskuje w XX wieku coraz więcej zwolenników. Czy jednak wojny, podobnie jak trzęsienia ziemi, są także zjawiskami naturalnymi, nad którymi człowiek nie jest w stanie zapanować ani nie może ich wyeliminować? Mało kto podpisałby się pod takim twierdzeniem, a jednak próby wyeliminowania wojny, niezależnie od tego, z jak szlachetnych podejmowane pobudek i jak wytrwale prowadzone, przyniosły niewiele więcej niż przelotne chwile pokoju. Mamy tu do czynienia z wyraźną dysproporcją między staraniem a efektem, między pragnieniem a rezultatem. Mówi się nam, że pragnienie pokoju w narodzie rosyjskim jest silne i głębokie; jesteśmy też przekonani, że to samo można powiedzieć o Amerykanach. Z tych stwierdzeń można czerpać pewną pociechę, niemniej w świetle historii, a także bieżących wydarzeń, trudno być przekonanym, że pragnienie to przyniesie pożądany efekt.
Przedstawiciele nauk społecznych, świadomi, dzięki własnym badaniom, jak mocno teraźniejszość związana jest z przeszłością i jak ściśle poszczególne części systemu powiązane są ze sobą, pozostają raczej sceptyczni wobec możliwości stworzenia radykalnie lepszego świata. Jeżeli ktoś pyta, czy możemy teraz zachować pokój tam, gdzie w przeszłości toczyła się wojna, to odpowiedzi są najczęściej pesymistyczne. Być może nie jest to właściwe pytanie. Istotnie, odpowiedzi będą nieco mniej zniechęcające, jeżeli ujmiemy problem w sposób następujący: czy istnieją sposoby zmniejszenia częstotliwości wojen, zwiększenia szans na pokój? Czy w przyszłości pokój może trwać dłużej aniżeli w przeszłości?
Pokój jest tylko jednym z wielu celów, które można realizować. Do pokoju można dążyć na wiele różnych sposobów. Realizacja tego celu - i stosowanie rozmaitych środków - odbywa się czasem w takich, a czasem w innych warunkach. Nawet jeżeli trudno uwierzyć, że istnieją drogi do pokoju, które nie zostały jeszcze wypróbowane przez mężów stanu lub nie były zalecane przez publicystów, sama złożoność problemu wskazuje na możliwość stosowania rozmaitych kombinacji działań w nadziei, że któraś z nich pozwoli zbliżyć się do celu. Czy można zatem wyciągnąć wniosek, że mądrość polityczna polega na podejmowaniu raz takich, a kiedy indziej odmiennych działań, na robieniu tego, co wydaje się konieczne w danej chwili? Odpowiedź twierdząca sugerowałaby, że nadzieja na poprawę leży w polityce oddzielonej od analizy, w działaniu oderwanym od myśli. Każda próba złagodzenia jakiegoś stanu zakłada jednak istnienie jakiegoś wyobrażenia o jego przyczynach: by wyjaśnić, jak skuteczniej zabiegać o pokój, trzeba najpierw zrozumieć przyczyny wojny. Do takiego właśnie zrozumienia będziemy dążyli w dalszej części niniejszej książki. Przedmiotem rozważań będzie, parafrazując tytuł książki Mortimera Adlera, zagadnienie: "jak myśleć o wojnie i pokoju". Kolejne rozdziały są w pewnym sensie esejami z zakresu teorii polityki. Takie określenie uzasadnione jest w części przez metodę rozważań, polegającą na analizie kolejnych założeń i poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o implikacje każdego z nich, w części zaś przez fakt, że dorobkowi wielu myślicieli politycznych przyjrzymy się bezpośrednio - czasem pobieżnie, jak w przypadku św. Augustyna, Machiavellego, Spinozy i Kanta, a czasem bardziej kompleksowo, jak w przypadku Rousseau. W innych partiach książki zajmiemy się pewnymi szkołami myślenia: behawiorystami, liberałami i socjalistami. Jakie jest jednak znaczenie myśli tych ludzi, żyjących często w odległej przeszłości, dla palących i straszliwych problemów teraźniejszości? Odpowiedź na to pytanie znajdzie Czytelnik w dalszych rozdziałach, niemniej warto już na początku nakreślić drogę, którą będziemy podążać.
Dlaczego Bóg, skoro jest wszechwiedzący i wszechmocny, pozwala na istnienie zła? Takie pytanie zadaje prosty Huron z opowieści Woltera i w ten sposób wprawia w zakłopotanie uczonych mężów Kościoła. Zagadnienie teodycei w jej świeckiej wersji - sposób, w jaki człowiek wyjaśnia sobie istnienie zła - jest tak intrygujące, jak i kłopotliwe. Choroby i zarazy, bigoteria i gwałty, kradzieże i morderstwa, grabieże i wojny są stałymi elementami historii świata. Dlaczego tak jest? Czy wojnę i nikczemność można wyjaśnić w ten sam sposób? Czy wojna jest po prostu masową nikczemnością, a zatem zrozumienie nikczemności będzie równoznaczne ze zrozumieniem zła, którego ofiarą padają ludzie w życiu społecznym? Wielu tak myślało.
Bo choć z Bożej łaski zostaliśmy uwolnieni od wszystkiego, co może nam zaszkodzić z zewnątrz - pisał John Milton - to jednak w swym szaleństwie jesteśmy tak zawzięcie perwersyjni, że nigdy nie przestaniemy wykrzesywać z własnych serc, niczym z krzemienia, nasion i iskier nowych nieszczęść dla nas samych, aż wszystko znów stanie w płomieniach1.
Nieszczęścia, które nas spotykają, są nieuchronnym wytworem naszej natury. Źródłem wszelkiego zła jest człowiek, a zatem to on jest też źródłem szczególnego zła, jakim jest wojna. Taka ocena przyczyny, szeroko rozpowszechniona i głęboko zakorzeniona wśród wielu jako artykuł wiary, wywarła ogromny wpływ. Przekonanie to podzielali św. Augustyn i Marcin Luter, Thomas Malthus i Jonathan Swift, William Inge i Reinhold Niebuhr. W ujęciu świeckim - w ramach którego ludzie definiowani są jako istoty będące mieszanką rozumu i namiętności, w których namiętności co i raz triumfują - przenikało ono filozofię Spinozy, w tym jego filozofię polityczną. Można twierdzić, że przekonanie to miało taki sam wpływ na działania Bismarcka, z jego niską oceną ludzi, jak na rygorystyczne i surowe pisma Spinozy. Jeżeli przekonania człowieka decydują o jego oczekiwaniach, zaś oczekiwania determinują jego czyny, to przyjęcie lub odrzucenie stwierdzenia Miltona ma dla spraw ludzkich duże znaczenie. Milton mógł też oczywiście mieć rację, nawet jeżeli nikt by mu nie uwierzył. W takim wypadku próby wyjaśnienia częstotliwości wojen poprzez na przykład analizę czynników ekonomicznych, mogłyby być nadal interesującą zabawą, ale nie miałyby większego znaczenia. Jeżeli prawdą jest, jak powiedział kiedyś dziekan Swift, że "ta sama zasada, która popycha opryszka do wybijania okien w mieszkaniu dziwki, która go rzuciła, w naturalny sposób sprawia, że książę zbiera potężną armię i nie marzy o niczym innym, jak tylko o oblężeniach, bitwach i zwycięstwach"2, to powody, jakimi książęta uzasadniają prowadzone przez siebie wojny, są jedynie racjonalizacjami przykrywającymi motywacje, z których być może sami nie zdają sobie sprawy, a nawet jeśli, to nie mogą sobie pozwolić na ich otwarte wyrażenie. Wynikałoby z tego również, że plany francuskiego męża stanu Sully'ego, jeżeli naprawdę miały na celu zapewnienie większego pokoju na świecie, były równie jałowe jak marzenia mnicha Crucégo - i pozostaną jałowe, dopóki nie będzie można zwalczyć pychy i kapryśności, będących źródłem tak wojen, jak i innych plag nękających ludzkość.
Wielu myślicieli zgadzało się z Miltonem, że aby zrozumieć wydarzenia społeczne i polityczne, trzeba przyjrzeć się człowiekowi, ale różniło się między sobą co do tego, jaka jest lub jaka może być natura człowieka. Wielu innych de facto podważało zasadnicze założenie Miltona. Czy człowiek tworzy społeczeństwo na swój obraz, czy też społeczeństwo tworzy człowieka? Można było się spodziewać, że w czasach, gdy filozofia była nieledwie gałęzią teologii, teologowie-filozofowie będą przypisywać ludzkiemu działaniu to, co wielu filozofów wcześniej i później opisywało jako efekty oddziaływania samego systemu politycznego. Rousseau, jako jeden z wielu, których można by tu wymienić, zdecydowanie zrywa z poglądem, jakoby - skoro człowiek jest zwierzęciem społecznym - jego zachowanie w społeczeństwie można było wyjaśnić, odwołując się do jego zwierzęcych namiętności i/lub ludzkiego rozumu. Człowiek rodzi się i w swoim stanie naturalnym nie jest ani dobry, ani zły. To społeczeństwo jest siłą rozkładową w życiu człowieka, będąc jednocześnie czynnikiem umoralniającym. Tego ostatniego wpływu Rousseau zaś nie chciałby utracić, nawet gdyby uważał, że człowiek może powrócić do stanu natury. Takie jest jego stanowisko, konsekwentnie podtrzymywane w kolejnych dziełach, choć utrzymuje się zmyślenie, jakoby wierzył on w mit szlachetnego dzikusa i ubolewał nad narodzinami społeczeństwa3. Postępowanie człowieka, sama jego natura, którą niektórzy biorą za przyczynę, jest, zdaniem Rousseau, w dużej mierze wytworem społeczeństwa, w którym człowiek żyje. Społeczeństwo zaś, jak twierdzi Rousseau, jest nierozerwalnie związane z organizacją polityczną. Bez zorganizowanej władzy, która w najgorszym przypadku musi przynajmniej pełnić funkcję organu rozstrzygającego, żadna społeczność ludzka nie może zaznać choćby namiastki pokoju. Nauka o społeczeństwie nie może być oddzielona od nauki o władzy, a nauka o człowieku od żadnej z tych pierwszych. Rousseau, podobnie jak Platon, uważa, że zły system polityczny czyni ludzi złymi, a dobry system - dobrymi. Nie znaczy to, że państwo jest rzeźbiarzem, a człowiek - bryłą gliny, niestawiającą oporu kształtom nadawanym przez artystę. Jak zauważył Rousseau, między ludźmi istnieją podobieństwa, niezależnie od tego, gdzie żyją. Istnieją także różnice, a poszukiwanie przyczyn jest próbą wytłumaczenia tych różnic. Aby wyjaśnić skutki - czy niepokoi nas notoryczność kradzieży, czy wojny - trzeba badać zróżnicowane relacje społeczne między ludźmi, a to z kolei wymaga badania polityki.
Czy człowieka w społeczeństwie można zrozumieć lepiej poprzez badanie samego człowieka czy też poprzez badanie całego społeczeństwa? Najbardziej satysfakcjonującym rozstrzygnięciem wydaje się być odebranie temu pytaniu charakteru alternatywy i odpowiedź: "poprzez oba". To, od czego zaczynamy wyjaśnianie wydarzeń, nie jest jednak bez znaczenia. Wielebny Thomas Malthus napisał kiedyś, że "mimo iż instytucje ludzkie wydają się być istotną i wprost oczywistą przyczyną wielu nieszczęść, które ludzkość przechodzi, to jednak w rzeczywistości mają one znaczenie drugorzędne w porównaniu z głębokimi i istotnymi przyczynami rozpusty, które mącą cały bieg życia ludzkiego"4. Rousseau patrzył na ten sam świat, na ten sam wachlarz zdarzeń, ale ich zasadniczych przyczyn doszukiwał się gdzie indziej.
Podążanie tropem Rousseau rodzi kolejne pytania. Tak jak ludzie żyją w państwach, tak państwa istnieją w świecie państw. Jeżeli teraz będziemy chcieli poszukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego dochodzi do wojen, to czy powinniśmy podkreślać rolę państwa, z jego społeczną i ekonomiczną treścią oraz jego polityczną formą, czy też powinniśmy skupić się przede wszystkim na tym, co czasami nazywane jest społecznością państw? I znów można by powiedzieć, że działania te nie muszą być traktowane jako alternatywne i można prowadzić je równolegle, niemniej wielu myślicieli kładło nacisk bądź na pierwszą, bądź na drugą kwestię, przez co dochodzili do rozbieżnych wniosków. Ci, którzy podkreślają rolę państwa, w pewnym sensie podążają śladem Miltona. On tłumaczy bolączki świata istnieniem zła w człowieku, oni wyjaśniają wielką dolegliwość, jaką jest wojna, złem tkwiącym w niektórych lub wszystkich państwach. Stwierdzenie to jest następnie często odwracane: jeżeli złe państwa prowadzą wojny, to dobre państwa żyłyby ze sobą w pokoju. Pogląd ten można przypisać, w zróżnicowanym zakresie, Platonowi i Kantowi, XIX-wiecznym liberałom i socjalistom-rewizjonistom. Zgadzają się oni co do samej zasady, ale różnią w kwestii definicji państw dobrych oraz tego, jak je powołać do istnienia.
O ile marksiści spychają liberalny obraz świata na drugi plan, o tyle inni wymazują go całkowicie. Sam Rousseau głównych przyczyn wojny nie doszukuje się ani w ludziach, ani w państwach, ale w samym systemie międzynarodowym. Rozważając postępowanie ludzi pozostających w stanie natury, zauważa on, że jeden człowiek nie może zacząć zachowywać się przyzwoicie, jeżeli nie ma żadnej pewności, że inni nie będą mogli go zniszczyć. Następnie w przyczynkowym eseju L'état de guerre (Stan wojny) oraz w komentarzach do dzieł abbé de Saint-Pierre'a Rousseau rozwija tę myśl i odnosi ją do państw funkcjonujących w stanie anarchii. Dane państwo może chcieć żyć w pokoju, ale może być zmuszone do rozważenia podjęcia wojny prewencyjnej; jeżeli bowiem nie uderzy w sprzyjającym momencie, może zostać zaatakowane później, gdy przewaga przechyli się na drugą stronę. Pogląd ten stanowi analityczną podstawę dla wielu podejść do stosunków międzynarodowych opartych na równowadze sił, a także dla programu federalizmu światowego. Przemycony między wierszami u Tukidydesa i Aleksandra Hamiltona, a wyrażony wprost przez Machiavellego, Hobbesa i Rousseau, stanowi zarazem najbardziej ogólne wyjaśnienie zachowania państw oraz podstawowy argument przeciwko tym, którzy źródeł polityki zagranicznej poszczególnych państw upatrują w ich strukturze wewnętrznej. Niektórzy uważają, że pokój nastąpi dzięki udoskonaleniu państw, inni zaś twierdzą, że o tym, jakie będzie państwo, będą decydować jego relacje z innymi państwami. Tę ostatnią tezę Leopold Ranke wyprowadził z (lub zastosował do) historii nowożytnej Europy. Została ona wykorzystana do wyjaśnienia organizacji wewnętrznej także innych państw5.
Zachowanie państw w czasie pokoju i wojny próbowali wyjaśnić nie tylko filozofowie i historycy, ale także mężowie stanu. Woodrow Wilson, w projekcie noty napisanym w listopadzie 1916 roku, zauważył, że przyczyny toczącej się wówczas wojny były niejasne, że narody neutralne nie wiedziały, dlaczego się ona rozpoczęła, a jeśli zostałyby w nią wciągnięte, nie wiedziałyby, o co miałyby walczyć6. Często jednak, aby działać, musimy przekonać samych siebie, że znamy odpowiedzi na takie pytania. Wilson, ku własnemu zadowoleniu, wkrótce do tego doszedł. Był on jedną z wielu postaci historycznych, które, wprowadzając ostre rozróżnienie między państwami pokojowymi a agresywnymi, przypisały demokracjom wszystkie cechy tych pierwszych, a państwom autorytarnym - wszystkie cechy tych drugich. Częstotliwość wojen łączona jest, w mniejszym lub większym stopniu (w zależności od autora), z rodzajem rządu danego kraju. Na przykład Cobden w przemówieniu w Leeds w grudniu 1849 roku mówił:
Gdzie wypatrujemy zbierających się czarnych chmur wojny? Gdzie możemy je dostrzec? Na despotycznej północy, gdzie od woli jednego człowieka zależy los czterdziestu milionów poddanych. Jeżeli chcemy wiedzieć, skąd płynie drugie niebezpieczeństwo wojny i niepokojów, to właśnie z Rosji - z tego nieszczęsnego i upodlonego kraju, Austrii - następnej w kolejności pod względem despotyzmu i barbarzyństwa, i tam też widzimy największe niebezpieczeństwo wojny; w im większym stopniu jednak ludność rządzi się sama - jak w Anglii, we Francji czy w Ameryce - tym łatwiej odkryjemy, że ludzie nie przejawiają skłonności do wojny, i że gdyby rząd jej pragnął, lud by ją powstrzymał7.
Stałym interesem ludu jest pokój; żaden rząd kontrolowany przez lud nie będzie walczył, chyba że zostanie zaatakowany. Zaledwie kilka lat później Anglia, choć nie została zaatakowana, walczyła jednak przeciwko Rosji, a Cobden w 1857 roku stracił mandat z powodu swego sprzeciwu wobec wojny. Doświadczenie to było silnym, ale nie druzgocącym ciosem dla tego przekonania; odżyło ono choćby w wypowiedziach Wilsona, a po raz kolejny w słowach zmarłego niedawno senatora Roberta Tafta. W stylu Cobdena, ale ponad sto lat po nim, Taft pisał: "Historia pokazuje, że kiedy lud ma możliwość wypowiedzenia się, z reguły opowiada się za pokojem, o ile pokój jest możliwy. Dowodzi to, że samowolni władcy są zawsze bardziej skłonni do wojny niż lud"8. Czy to prawda - można się zastanowić - że istnieje jakaś szczególnie pokojowa forma państwa? Gdyby to była prawda, jakie miałoby to znaczenie? Czy dzięki temu państwa wiedziałyby, którym spośród pozostałych państw mogą zaufać? Czy państwa, które już są dobre, powinny szukać sposobów, by uczynić inne państwa lepszymi, a tym samym umożliwić wszystkim ludziom korzystanie z dobrodziejstw pokoju? Wilson był przekonany, że wspieranie politycznej reorganizacji innych państw jest nakazem moralnym; Cobden uważał, że jest to kompletnie nieuzasadnione. Zgadzając się co do tego, gdzie należy szukać przyczyn, różnili się w swych wnioskach dotyczących polityki.
Co jednak z tymi, którzy skłaniają się ku innej ocenie zasadniczych przyczyn? "Ludzie - mówił prezydent Dwight Eisenhower - generalnie nie chcą dzisiaj konfliktu. To tylko, jak sądzę, błądzący przywódcy stają się zbyt wojowniczy i wierzą, że ludzie naprawdę chcą walczyć"9. Najwyraźniej jednak nie wszyscy ludzie wystarczająco mocno pragną pokoju, ponieważ przy innej okazji Eisenhower stwierdził, że "gdyby tylko matki w każdym kraju wytłumaczyły swoim dzieciom, jak żyją i o czym marzą dzieci w pozostałych krajach - w Ameryce, w Europie, na Bliskim Wschodzie, w Azji - to z pewnością wspaniale przysłużyłoby się to sprawie pokoju na świecie"10. Tutaj prezydent wydaje się zgadzać z Miltonem co do tego, gdzie należy szukać przyczyny, ale bez Miltonowskiego pesymizmu, względnie - jeśli kto woli - realizmu. Agresywne skłonności mogą być wrodzone, ale czy ich niewłaściwe ukierunkowanie jest nieuniknione? Wojna, jak wszystkie działania, zaczyna się w umysłach i emocjach ludzi; ale czy umysły i emocje można zmienić? A jeżeli uznamy, że można, to jak bardzo i jak szybko można zmienić czyjeś umysły i uczucia? A jeżeli znaczenie mają również inne czynniki, to jak wielką różnicę spowodują te zmiany? Na te pytania oraz na te z poprzedniego akapitu trzeba znaleźć odpowiedzi, które bynajmniej nie są oczywiste. W jaki sposób najlepiej ich szukać?
Niektórzy proponowaliby, by możliwe odpowiedzi potraktować jako hipotezy, które należy zbadać i przetestować empirycznie. Jest to trudne. Większość angielskich liberałów w czasie pierwszej wojny światowej twierdziła, podobnie jak Wilson, że militarystyczny i autorytarny charakter państwa niemieckiego popchnął Niemcy do rozpętania wojny, która wkrótce rozprzestrzeniła się na większą część świata. Jednocześnie niektórzy liberałowie, a w szczególności G. Lowes Dickinson, twierdzili, że nie można obarczać winą żadnego konkretnego państwa. Procesy, które doprowadziły do wojny, można było zrozumieć i sprawiedliwie ocenić jedynie poprzez zrozumienie systemu międzynarodowego - lub jego braku - często zmuszającego przywódców państw do działania z niewielkim poszanowaniem konwencjonalnej moralności11. Dickinson był atakowany zarówno przez liberałów, jak i przez socjalistów za odwrócenie dominującego poglądu, wedle którego to struktura wewnętrzna państw decydowała o ich polityce zagranicznej. Przyjęcie lub odrzucenie wyjaśnień w tego rodzaju sprawach zależy najczęściej od umiejętności argumentujących i nastroju słuchaczy. Nie są to oczywiście odpowiednie kryteria, ale to nie znaczy, że przekonujące argumenty na rzecz jednej lub drugiej teorii wyjaśniającej można sformułować po prostu dzięki wnikliwszej analizie danych. Patrząc na ten sam zasób danych, strony sporu doszły do diametralnie odmiennych wniosków, ponieważ obrazy, jakie miały przed oczami, doprowadziły je do selekcji i interpretacji danych na różne sposoby. Aby zweryfikować hipotezę liberałów, musimy w jakiś sposób zdobyć pojęcie o wzajemnych powiązaniach wielu potencjalnie istotnych czynników, a te powiązania nie są zawarte w danych, które badamy. Sami je ustalamy, a raczej z góry zakładamy. Powiedzieć, że je "ustalamy", byłoby niebezpieczne, ponieważ w takich rozważaniach nie możemy uniknąć założeń filozoficznych (niezależnie od tego, czy je w taki sposób określimy, czy nie). Nasze wyobrażenia stają się filtrem, przez który przepuszczamy dane. Jeżeli dane są starannie dobrane, przejdą przez taki filtr jak mąka przez sito. W przeciwnym wypadku można zmienić jeden filtr na inny, można zmodyfikować lub odrzucić daną teorię - lub też można dokonywać coraz to bardziej pomysłowej selekcji i interpretacji danych, jak to miało miejsce w przypadku wielu marksistów próbujących utrzymać tezę, że wraz z rozwojem kapitalizmu masy stają się coraz biedniejsze.
Jeśli badania empiryczne różnią się zakresem i rezultatami w zależności od idei, które przyświecają badaczom, to warto zadać sobie pytanie, czy analizie można poddać same idee. Niewątpliwie można. Nauka o polityce tym się wyróżnia na tle innych nauk społecznych, że jej podstawowym przedmiotem są instytucje i procesy sprawowania władzy. Nie oznacza to jednak, że badacze polityki nie mogą sięgać po materiały i techniki innych nauk społecznych12. To ostatnie nie stanowi problemu dla badacza stosunków międzynarodowych; napotyka on natomiast znaczącą trudność w tej pierwszej kwestii, ponieważ stosunki międzynarodowe charakteryzują się właśnie brakiem instytucji realnej władzy, co z kolei nadaje poszczególnym procesom radykalnie odmienny obrót. W pewnym jednak istotnym wymiarze tradycyjna filozofia polityczna, koncentrująca się na polityce wewnętrznej, ma znaczenie dla badacza stosunków międzynarodowych. Często mówi się, że problemem XX wieku jest pokój. Jest on również jednym z nieustających przedmiotów zainteresowania filozofii politycznej. W czasach względnego spokoju ludzie mogą stawiać pytanie: cóż warte jest życie bez sprawiedliwości i wolności? Lepiej umrzeć niż żyć jako niewolnik. W czasach niepokojów wewnętrznych, głodu, wojny domowej i narastającej niepewności wielu jednak zapyta: co komu po wolności, jeżeli nie ma władzy zdolnej do utrzymania porządku i zapewnienia bezpieczeństwa? Tak św. Augustyn, jak i Luter, Machiavelli, Bodin i Hobbes uznawali za rzecz oczywistą, że życie ma pierwszeństwo przed sprawiedliwością i wolnością. Jeżeli alternatywą dla tyranii jest chaos i jeżeli chaos oznacza wojnę wszystkich ze wszystkimi, to gotowość do znoszenia tyranii staje się zrozumiała. Bez porządku nie można cieszyć się wolnością. Problem określenia i osiągnięcia warunków pokoju, prześladujący człowieka i trapiący badacza stosunków międzynarodowych, nurtował, zwłaszcza w okresach kryzysów, także filozofów politycznych.
Robin George Collingwood zasugerował kiedyś, że najlepszym sposobem na zrozumienie pism filozofów jest ustalenie, na jakie pytania starali się oni odpowiedzieć. Naszym zdaniem najlepszym sposobem na zbadanie zagadnienia teorii polityki międzynarodowej jest postawienie zasadniczego pytania i ustalenie, jakich odpowiedzi można na nie udzielić. Można na przykład w pismach filozofów polityki poszukiwać odpowiedzi na pytanie: gdzie należy szukać głównych przyczyn wojny? Odpowiedzi wprawiają w konsternację swoją różnorodnością i wzajemnymi sprzecznościami. Aby zapanować nad tak różnorodnym materiałem, można uporządkować odpowiedzi pod następującymi trzema nagłówkami: 1) w człowieku; 2) w strukturze poszczególnych państw; 3) w systemie międzynarodowym. Podstawy tego uporządkowania określono już wyżej, wskazano także na jego adekwatność dla stosunków międzynarodowych. Do tych trzech sposobów określania przyczyny będziemy dalej odwoływać się jako, odpowiednio, do pierwszego, drugiego i trzeciego obrazu stosunków międzynarodowych, przy czym o zakwalifikowaniu do poszczególnych obrazów będzie decydowało to, gdzie lokowany jest splot istotnych przyczyn wojny.
Jak wynika z powyższych uwag, poglądy mieszczące się w poszczególnych obrazach mogą być pod pewnymi względami tak sprzeczne, jak różne obrazy pomiędzy sobą. Twierdzenie, że wojna jest nieunikniona, ponieważ ludzie są z natury źli, oraz twierdzenie, że wojnom można położyć kres, ponieważ ludzi można zmienić, są sprzeczne, ale ponieważ każde z nich przyczyny wojen upatruje w człowieku, oba zaliczane są do pierwszego obrazu. Podobnie przyjęcie perspektywy trzeciego obrazu może prowadzić do złudnego optymizmu orędowników federacji światowej lub do często błędnie przedstawianego pesymizmu rzeczników Realpolitik. Jako że w ramach poszczególnych obrazów we wszystkich aspektach - poza jednym - może występować różnorodność opinii i jako że formułowane zalecenia są wypadkową tak stawianego celu, jak i przeprowadzanej analizy, żaden z obrazów nie prowadzi do sformułowania jednego remedium na problem wojny. W każdym z obrazów mamy jednak do czynienia z zaleceniami logicznymi i nielogicznymi.
Zalecenia mogą być uznane za błędne, jeżeli można wykazać, że zastosowanie się do nich nie przynosi oczekiwanego rezultatu. Ale czy można kiedykolwiek wykazać, że zalecenia zostały rzeczywiście zrealizowane? Często słyszy się stwierdzenia typu: "Liga Narodów nie zawiodła; nigdy nie została wypróbowana", i takie stwierdzenia są nie do obalenia. Ale nawet gdyby empiryczne obalenie tego rodzaju tez było możliwe, pozostawałby do rozwiązania problem dowiedzenia poprawności samych zaleceń. Pacjent, który w czasie jednej choroby wypróbowuje dziesięć różnych leków, może się tylko zastanawiać, która tabletka spowodowała wyzdrowienie. Właściwe przypisanie zasługi jest często trudniejsze niż przypisanie winy. Jeżeli badania historyczne wykazałyby, że w kraju A po wzroście stawek celnych zawsze następował wzrost dobrobytu, niektórzy obserwatorzy mogliby uznać, że zdaje się to dowodzić, iż podnoszenie stawek celnych prowadzi do dobrobytu, inni - że oba te zjawiska mają inną, trzecią przyczynę, a jeszcze inni, że w ogóle nie można z tego wyciągać żadnych ogólnych wniosków. Podejście empiryczne, choć konieczne, nie jest wystarczające. Korelacja zdarzeń nic nie znaczy, a przynajmniej nie powinno się jej przypisywać żadnego znaczenia, jeśli nie towarzyszy jej analiza.
Jeżeli poprawności zaleceń nie da się zweryfikować empirycznie, to co można zrobić? Sformułowanie zaleceń jest, logicznie rzecz biorąc, niemożliwe bez analizy. Każda proponowana metoda umocnienia pokoju na świecie jest zatem związana z jednym z naszych trzech obrazów stosunków międzynarodowych lub z jakąś ich kombinacją. Zrozumienie kategorii analitycznych każdego z obrazów daje dwa dodatkowe sposoby przyjmowania lub odrzucania zaleceń. (1) Zalecenia oparte na wadliwej analizie prawdopodobnie nie doprowadzą do pożądanych skutków. Założenie, że uszlachetnienie ludzi w określony sposób przysłuży się pokojowi, opiera się na kolejnym założeniu: że pierwszy obraz stosunków międzynarodowych jest do pewnego stopnia prawidłowy. To drugie założenie powinno być poddane analizie przed przyjęciem pierwszego. (2) Zalecenia będą nie do przyjęcia, jeżeli nie będą logicznie wynikać z analizy. Osobie cierpiącej na zapalenie migdałków niewiele pomoże umiejętne usunięcie wyrostka robaczkowego. Jeżeli przyczyną przemocy w stosunkach między państwami jest zło drzemiące w człowieku, to z dążenia do wewnętrznej reformy państw nie będzie wiele pożytku. A jeśli przemoc wśród państw wynika z anarchii międzynarodowej, to niewiele dadzą starania o nawrócenie jednostek. Jedna diagnoza podważa zalecenia wynikające z drugiej. Jeżeli można ocenić poprawność samych obrazów, to krytyczne powiązanie zaleceń z obrazami może być sprawdzianem poprawności zaleceń. Istnieje jednak pewien dodatkowy czynnik komplikujący zagadnienie. Do rzetelnego zrozumienia stosunków międzynarodowych może być potrzebny nie jeden z naszych trzech obrazów, ale jakaś ich kombinacja. Być może nasza sytuacja nie pozwala na zajmowanie się tylko migdałkami pacjenta albo wyłącznie jego wyrostkiem robaczkowym. Jedno i drugie może być zakażone, ale usunięcie któregokolwiek z nich może zabić pacjenta. Innymi słowy, zrozumienie prawdopodobnego działania jednej z przyczyn może zależeć od zrozumienia jej związku z innymi przyczynami. Potencjalne współzależności między przyczynami sprawiają, że prawidłowa ocena rozmaitych zaleceń jest jeszcze trudniejsza.
Jakie więc przyjąć kryteria wartościowania? Załóżmy, że ponownie weźmiemy pod uwagę twierdzenie, że "złe" państwa wywołują wojny, a "dobre" państwa mogłyby żyć ze sobą w pokoju, w związku z czym powinniśmy doprowadzić do tego, aby państwa odpowiadały określonemu wzorcowi. Aby ocenić wartość takiego wywodu, trzeba zadać następujące pytania: (1) Czy końcowe zalecenie może zostać zrealizowane, a jeżeli tak, to w jaki sposób? (2) Czy istnieje logiczny związek między zaleceniem a obrazem? Innymi słowy, czy zalecone działania wywierają wpływ na określone przyczyny? (3) Czy obraz odpowiada rzeczywistości, czy też analityk po prostu sięgnął po najbardziej efektowną przyczynę lub tę, którą uznał za najbardziej podatną na manipulację, a zignorował inne przyczyny o równym lub większym znaczeniu? (4) Jak próby zrealizowania zaleceń wpłyną na realizację innych celów? To ostatnie pytanie jest konieczne, ponieważ pokój nie jest jedynym celem nawet najbardziej pokojowo nastawionych ludzi czy państw. Można na przykład wierzyć, że powołanie państwa światowego oznaczałoby nadejście ery wiecznego pokoju, ale jednocześnie być przekonanym, że rząd światowy byłby tyranią i z tego powodu preferować system państw narodowych, w którym zawsze może wybuchnąć wojna, a nie państwo światowe z towarzyszącą mu obietnicą wiecznego pokoju.
Odpowiedzi na postawione wyżej pytania poszukamy najpierw w krytycznej analizie każdego z obrazów, a następnie w rozważeniu ich wzajemnych powiązań. Rozdziały II, IV i VI zawierają zasadnicze wyjaśnienia odpowiednio pierwszego, drugiego i trzeciego obrazu, przede wszystkim w ujęciu tradycyjnej filozofii politycznej. W rozdziałach III, V i VII każdy z obrazów zostanie szerzej zilustrowany i omówiony na przykładach. Rozdział VIII to krótki esej na temat współzależności między obrazami, a jednocześnie podsumowanie całych rozważań.
1 J. Milton, The Doctrine and Discipline of Divorce, w: tegoż, The Prose Works of John Milton, t. III, London 1848, s. 180.
2 J. Swift, A Tale of a Tub.
3 Dalsze omówienie myśli Rousseau w rozdziale VI.
4 T.R. Malthus, Prawo ludności, wyd. objaśn. i poprz. przedm. A. Krzyżanowski, przetł. K. Stein, Warszawa 1925, s. 92-93.
5 L. Ranke, The Great Powers, przeł. H.H. Von Laue, w: T.H. Von Laue, Leopold Ranke, Princeton 1950. Zob. także np. L. Homo, Roman Political Institutions, London 1929, w szczególności s. 146, 364-369.
6 A.S. Link, Woodrow Wilson and the Progressive Era, New York 1954, s. 257 i n.
7 R. Cobden, Speeches on Questions of Public Policy, red. J. Bright, J.E.T. Rogers, t. I, London 1870, s. 432-433.
8 R.A. Taft, A Foreign Policy for Americans, New York 1951, s. 23.
9 Cyt. za: Robert J. Donovan, Eisenhower Will Cable Secret Geneva Reports, "New York Herald Tribune", 13 lipca 1955, s. 1.
10 D.D. Eisenhower, przemówienie na spotkaniu Narodowej Rady Kobiet Katolickich (National Council of Catholic Women). Tekst za: "New York Times", 9 listopada 1954, s. 14.
11 G.L. Dickinson, The European Anarchy, New York 1917, passim.
12 Por. David B. Truman, The Impact on Political Science of the Revolution in the Behavioral Sciences, w: S.K. Bailey et al., Research Frontiers in Politics and Government, Washington 1955, s. 202-231.