Człowiek, państwo, wojna. Analiza teoretyczna - Kenneth N. Waltz

Kup ebooka

29.00 zł
23.78 zł (20,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa do wydania z 2001 roku

Minęło już przeszło pięć dekad od napisania przeze mnie rozprawy doktorskiej zatytułowanej Człowiek, państwo i system państw w teoriach przyczyn wojen (oryg. Man, the State, and the State System in Theories of the Causes of War). Po tylu latach przyjemnie jest przypomnieć sobie okoliczności powstania i ewolucję tego dzieła.

W 1950 roku, kiedy wraz z żoną studiowaliśmy na Uniwersytecie Columbia, poświęciłem cały rok akademicki dwóm wymagającym zadaniom - przygotowywaniu się do dwugodzinnego egzaminu ustnego, który decydował o losie każdego studenta, oraz uzyskaniu wystarczająco długiego odroczenia wezwania do wojska, abym mógł być przy narodzinach naszego pierwszego dziecka. W kwietniu 1951 roku skończyłem przygotowania w zakresie mojego kursu dodatkowego (minor field) - stosunków międzynarodowych, i planowałem spędzić kilka pozostałych tygodni na ostatecznym przeglądzie materiałów dotyczących mojego kursu podstawowego (major field) - teorii polityki. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że profesor Nathaniel Peffer, który miał być moim głównym egzaminatorem z zakresu stosunków międzynarodowych, znacząco podupadł na zdrowiu i z tego powodu nie będzie zasiadał w komisjach dla studentów zaliczających ten kurs jako dodatkowy. Poprosiłem więc profesora Williama T.R. Foxa o zastąpienie profesora Peffera i wyjaśniłem, że zgodnie ze zwyczajem tego ostatniego uzgodniliśmy, że skoncentruję się na pewnych tematach, takich jak imperializm i historia dyplomacji europejskiej, a pominę w dużej mierze inne, takie jak prawo międzynarodowe i organizacja. Po rozmowie telefonicznej z wszystkowiedzącą sekretarką wydziału, Edith Black, i stwierdzeniu, że takie ustalenia rzeczywiście często miały miejsce, profesor Fox uprzejmie zwrócił się do mnie słowami: "Tak czy inaczej, kiedy przedmiotem egzaminu są stosunki międzynarodowe, student powinien jednak objąć całą tę dziedzinę, a nie dzielić ją na kawałki i koncentrować się na kilku zagadnieniach".

W innych okolicznościach mógłbym odłożyć egzamin na jesień - byłby to rozsądny plan, skoro mówiło się, że dwie trzecie studentów oblewa egzaminy ustne. Do jesieni byłbym jednak znowu w wojsku. Profesora Foxa studenci określali mianem "Super- power Fox" - od tytułu jego książki The Superpowers, która dała nazwę całej epoce. Wraz z żoną zgromadziliśmy więc wszystkie książki, jakie mogliśmy znaleźć na temat zawsze trudnego do uchwycenia pojęcia potęgi w stosunkach międzynarodowych.

Kiedy próbowałem za jednym zamachem ogarnąć obszerną literaturę przedmiotu, zaintrygowały mnie rozbieżności między poglądami autorów, którzy - zajmując się pozornie tym samym zagadnieniem - dochodzili do odmiennych, często zupełnie sprzecznych ze sobą wniosków. Jak miałem cokolwiek z tego zrozumieć? Kiedy siedziałem w uniwersyteckiej Bibliotece Butlera, w moim umyśle błysnęło światełko. Na obecnie bardzo już pożółkłej kartce pospiesznie zapisałem to, co uznałem za trzy poziomy analizy stosowane w badaniach nad polityką międzynarodową. Znalazłem klucz, który pozwolił mi uporządkować i utrwalić oporną materię przedmiotu.

W trakcie czteromiesięcznego pobytu w Fort Lee w Wirginii dla zabicia czasu przygotowałem konspekt proponowanej rozprawy. Liczył około piętnastu stron i obejmował wszystko, od utopii, przez geopolitykę, po potencjalną eksplozję demograficzną, a wszystko to wpasowane w trójdzielny schemat. Wysłałem konspekt do profesora Foxa i udałem się do niego, gdy byłem na przepustce w północnym New Jersey. Jego zdaniem konspekt mógł być przydatny dla kursu, który mógłbym kiedyś prowadzić. Zasugerował, żebym tymczasem poświęcił jeden dzień na napisanie trzy- lub czterostronicowego konspektu rozprawy. Tak też zrobiłem. Wiele tygodni później, będąc już w Korei, otrzymałem list, z którego wynikało, że stali członkowie wydziału nie rozumieli moich założeń badawczych, ale postanowili pozwolić mi na kontynuowanie pracy nad dysertacją.

Jesienią 1952 roku wróciłem do Nowego Jorku - zbyt późno, by rozpocząć nauczanie, nawet gdyby posada była dostępna. Na szczęście profesor Fox, świeżo upieczony szef Instytutu Studiów nad Wojną i Pokojem, zaproponował mi stanowisko asystenta naukowego w swej jednostce. Połowę czasu miałem poświęcać pracy nad rozprawą, a drugą połowę na korektę pracy historyka Alfreda Vagtsa, której maszynopis, ułożony na biurku w instytucie, miał całe dziewięć cali wysokości. Wiosną 1954 roku ukończyłem rozprawę i prowadzenie rocznego kursu na temat polityki międzynarodowej; do końca lata skróciłem maszynopis Vagtsa do rozmiarów nadających się do publikacji1. Pięć lat później moja rozprawa została opublikowana jako Man, the State, and War: A Theoretical Analysis.

Tak przedstawia się geneza niniejszej książki. Pora na kilka słów na temat jej treści. Na początku sięgnąłem po termin "poziomy analizy", aby ustalić, gdzie leży domniemana główna przyczyna zdarzeń w polityce międzynarodowej. Żona przekonała mnie do użycia trafniejszego i bardziej eleganckiego określenia "obraz" (image) - trafniejszego, ponieważ myślenie w kategoriach poziomów może skłaniać do łatwego popadania w przekonanie, że wybór poziomu to tylko kwestia gustu i lepszego lub gorszego dopasowania do przedmiotu zainteresowania. "Obraz" jest lepszym terminem także dlatego, że choć dla niektórych problemów polityki międzynarodowej odpowiednie jest myślenie analityczne, to głębsze zrozumienie tej dziedziny wymaga podejścia systemowego, które od razu kieruje uwagę na efekty trzeciego obrazu i pozwala objąć wszystkie trzy "poziomy".

Słowo "obraz" wskazuje, że w umyśle powstaje jakieś wyobrażenie, że świat postrzegany jest w pewien sposób. "Obraz" jest trafnym określeniem zarówno dlatego, że polityki międzynarodowej nie można zobaczyć bezpośrednio, bez względu na to, jak wnikliwie byśmy się jej przyglądali, jak i dlatego, że stworzenie teorii wymaga właśnie zobrazowania odpowiedniej sfery działań. Określenie "obraz" wskazuje również, że, aby wyjaśnić przebieg zdarzeń w sferze międzynarodowej, trzeba wymazać z pola widzenia pewne elementy i skoncentrować się na tych, którym przypisuje się zasadnicze znaczenie. Odnosząc pierwszy i drugi obraz do trzeciego, postrzegałem ten trzeci jako "strukturę, w ramach której działają państwa" oraz jako "teorię uwarunkowań panujących w samym systemie międzynarodowym"2. Przyczynowe wyjaśnianie zdarzeń w stosunkach międzynarodowych wymaga analizy zarówno indywidualnych właściwości państw, jak i sytuacji, w jakich się znajdują3.

To, co wówczas nazwałem "systemem państw", później zdefiniowałem bardziej precyzyjnie jako strukturę międzynarodowego systemu politycznego. Ściśle rzecz biorąc, w książce Człowiek, państwo, wojna... nie przedstawiłem teorii polityki międzynarodowej; położyłem jednak podwaliny pod taką teorię. Podjąłem w niej rozważania i zidentyfikowałem problemy, które wciąż należą do podstawowych zagadnień zajmujących decydentów i badaczy polityki. Rozdział IV, najdłuższy w książce, zawiera analizę podstaw i kwestionuje słuszność tego, co niesłusznie nazywa się "teorią demokratycznego pokoju" (jest to teza, względnie rzekomy fakt, ale nie teoria). Przeprowadziłem rozróżnienie pomiędzy liberałami interwencjonistycznymi i nieinterwencjonistycznymi, przestrzegając przy tym przed zagrożeniami związanymi ze skłonnościami tych pierwszych - zagrożeniami często dziś lekceważonymi przez twórców amerykańskiej polityki zagranicznej. Pokój jest wszak najszlachetniejszym celem wojny, a jeśli jedynym niewojowniczym typem państwa mają być demokracje, to można usprawiedliwić sięgnięcie po wszelkie środki dla zdemokratyzowania całego świata. Liberałowie nieinterwencjonistyczni wzdrygają się na samą myśl o metodach, które mogą zostać zastosowane do realizacji wysuniętego przez administrację prezydenta Clintona planu "szerzenia demokracji". Zasadność tezy o demokratycznym pokoju zakwestionowałem, zestawiając drugi obraz z trzecim i powołując się na autorytet Jana Jakuba Rousseau. Aby wśród państw jakiegokolwiek rodzaju, funkcjonujących w warunkach anarchii, niezawodnie panował pokój, musiałyby one wszystkie być stale i jednakowo idealne.

Amerykanom od dawna towarzyszy przekonanie, że ich kraj promuje na arenie międzynarodowej wartości uniwersalne. Przekonanie to ma dwie konsekwencje. Po pierwsze, gdy Stany Zjednoczone podejmują działania w celu utrzymania równowagi, jak w przypadkach przystąpienia do pierwszej wojny światowej czy przeciwstawienia się Związkowi Radzieckiemu w okresie zimnej wojny, polityka ta nie jest uzasadniana kalkulacjami potęgi politycznej, ale walką o wolność na świecie i wspieraniem sprawy demokracji. Po drugie, Amerykanom trudno uwierzyć, że rozszerzanie przez Stany Zjednoczone ich wpływów i władzy w sferze międzynarodowej może wśród innych państw budzić obawy i sprzeciw. Amerykanie niechętnie przyjmują do wiadomości, że ich obecna potęga, nawet jeżeli towarzyszą jej dobre intencje, jest źródłem niepokoju dla państw żyjących w jej cieniu. Książka Człowiek, państwo, wojna... wyjaśnia, w jaki sposób równoważenie sił w polityce międzynarodowej wynika nie z wrogości ludzi czy państw, ale z warunków, w jakich wszystkie państwa funkcjonują4.

Skłonność państw do równoważenia, podobnie jak inne ich obawy i praktyki, ma źródło w anarchii międzynarodowej. Wojna może wybuchnąć teraz z obawy, że zadowalająca równowaga zmieni się w przyszłości w nierównowagę na niekorzyść danego państwa. To, co obecnie trafnie nazywa się "cieniem przyszłości" i często uważa się za czynnik sprzyjający współpracy między państwami, może być istotną przyczyną wojen, czego doskonałym przykładem jest pierwsza wojna światowa5. Co więcej, okazuje się, że konflikt leży nie tyle w naturze ludzi czy państw, co w naturze aktywności społecznej6. Konflikt jest produktem ubocznym konkurencji i wysiłków na rzecz współpracy. W systemie polegania na sobie, w którym konflikty są nieuniknione, państwa muszą dbać o środki niezbędne do funkcjonowania i samoobrony. Im ostrzejsza konkurencja, tym bardziej państwa dążą do osiągania korzyści względnych, a nie bezwzględnych7.

Odporność książki Człowiek, państwo, wojna... na upływ czasu świadczy o niezmienności polityki międzynarodowej. Ostatnie dziesięciolecia, choć brzemienne w doniosłe wydarzenia, nie naruszyły anarchicznej struktury polityki międzynarodowej, co sprawia, że książka pozostaje aktualna. Zagadnienia o zasadniczym znaczeniu - dominacja polityki równowagi sił, znaczenie czynników identyfikowanych w ramach poszczególnych obrazów, wpływ cienia przyszłości, kwestia korzyści względnych i bezwzględnych - wciąż nurtują badaczy polityki międzynarodowej.

1 A. Vagts, Defense and Diplomacy, New York 1956.

2 Zob. s. 272-273.

3 Zob. s. 205-206.

4 Zob. w szczególności s. 237-264.

5 Zob. rozdział V, w szczególności s. 162 i n.

6 Zob. s. 203.

7 Zob. s. 237, 265.

Przedmowa do wydania z 1959 roku

Niniejsza książka jest wyrazem bezpośredniego zainteresowania stosunkami międzynarodowymi oraz wieloletniej fascynacji teorią polityki. Ta druga towarzyszy mi począwszy od lat spędzonych w Oberlin College, gdzie John i Ewart Lewis zarazili mnie pasją do teorii i pomogli zrozumieć jej znaczenie w badaniu polityki. Później, na Uniwersytecie Columbia, miałem szczęście być jednym ze studentów nieżyjącego już Franza Neumanna, którego błyskotliwości i kompetencji nauczycielskich nigdy nie zapomną ci, którzy go znali.

Najważniejszy i największy dług wdzięczności mam wobec Williama T.R. Foxa, który od pierwszych mglistych zarysów pracy do przedstawionej tu ostatecznej wersji nie żałował rad i wnikliwej krytyki. Co więcej, jako dyrektor Instytutu Studiów nad Wojną i Pokojem Uniwersytetu Columbia pozwolił, bym poświęcił badaniom i pisaniu okresy letnie a także część roku akademickiego. Nie wystarczy więc powiedzieć, że dzięki niemu ta książka jest lepsza, ponieważ trudno sobie wyobrazić, by bez jego zachęty i rad w ogóle powstała.

Niezwykłe szczęście miałem również w przypadku innych krytyków: Herberta A. Deane'a i Johna B. Stewarta, obu z Uniwersytetu Columbia, oraz Kennetha W. Thompsona z Fundacji Rockefellera. Każdy z nich był na tyle uprzejmy, by przeczytać cały tekst na którymś z stadiów jego przygotowania, a profesor Stewart na tyle cierpliwy, by przeczytać go na dwóch różnych etapach pracy. Każdy z nich poczynił sugestie, które uchroniły mnie przed wieloma błędami i, co ważniejsze, skłoniły do powtórnego rozważenia, a często do przeformułowania znaczących partii tekstu, choć nie zawsze dochodziłem do wniosków, z którymi gotowi byliby się zgodzić.

Moja żona zrobiła coś więcej niż tylko zajmowanie się dziećmi i przestawianie przecinków, więcej także niż wykonanie korekty i zrecenzowanie tekstu: zgromadziła większość materiałów do jednego rozdziału, a swoje pomysły i wiedzę wniosła do wszystkich. Podziękować chciałbym również wydawnictwu Columbia University Press za zrozumienie problemów, z jakimi musi się zmierzyć niedoświadczony autor, i gorliwą pomoc w ich przezwyciężeniu.

Myśli, które chciałem przekazać, często wyrażone zostały w dziełach innych autorów znacznie trafniej, niż sam mógłbym to kiedykolwiek zrobić. W związku z tym sięgałem swobodnie po cytaty i pragnę podziękować następującym wydawcom za ich uprzejmą zgodę na przytaczanie fragmentów dzieł chronionych prawem autorskim: George Allen and Unwin, Ltd. za Imperialism Johna Hobsona; Constable and Company, Ltd. za A Lasting Peace through the Federation of Europe Jana Jakuba Rousseau w tłumaczeniu C.E. Vaughana; E.P. Dutton and Company, Inc. za The Social Contract Rousseau w tłumaczeniu G.D.H. Cole'a (wydanie w ramach "Everyman's Library"); William Morrow and Company, Inc. za Coming of Age in Samoa Margaret Mead (copyright 1928 by William Morrow and Company) oraz And Keep Your Powder Dry (copyright 1942 by Margaret Mead); Philosophical Library za Psychological Factors of Peace and War pod redakcją T.H. Peara; Social Science Research Council za Tensions Affecting International Understanding Otto Klineberga.

Kenneth N. Waltz

Swarthmore College

kwiecień 1959

I. Wprowadzenie

Ktoś powiedział, że pytać o to, kto wygrał daną wojnę, to jak pytać o to, kto był zwycięzcą trzęsienia ziemi w San Francisco. Teza, że w wojnach nie ma zwycięstw, a jedynie różne stopnie porażki, zyskuje w XX wieku coraz więcej zwolenników. Czy jednak wojny, podobnie jak trzęsienia ziemi, są także zjawiskami naturalnymi, nad którymi człowiek nie jest w stanie zapanować ani nie może ich wyeliminować? Mało kto podpisałby się pod takim twierdzeniem, a jednak próby wyeliminowania wojny, niezależnie od tego, z jak szlachetnych podejmowane pobudek i jak wytrwale prowadzone, przyniosły niewiele więcej niż przelotne chwile pokoju. Mamy tu do czynienia z wyraźną dysproporcją między staraniem a efektem, między pragnieniem a rezultatem. Mówi się nam, że pragnienie pokoju w narodzie rosyjskim jest silne i głębokie; jesteśmy też przekonani, że to samo można powiedzieć o Amerykanach. Z tych stwierdzeń można czerpać pewną pociechę, niemniej w świetle historii, a także bieżących wydarzeń, trudno być przekonanym, że pragnienie to przyniesie pożądany efekt.

Przedstawiciele nauk społecznych, świadomi, dzięki własnym badaniom, jak mocno teraźniejszość związana jest z przeszłością i jak ściśle poszczególne części systemu powiązane są ze sobą, pozostają raczej sceptyczni wobec możliwości stworzenia radykalnie lepszego świata. Jeżeli ktoś pyta, czy możemy teraz zachować pokój tam, gdzie w przeszłości toczyła się wojna, to odpowiedzi są najczęściej pesymistyczne. Być może nie jest to właściwe pytanie. Istotnie, odpowiedzi będą nieco mniej zniechęcające, jeżeli ujmiemy problem w sposób następujący: czy istnieją sposoby zmniejszenia częstotliwości wojen, zwiększenia szans na pokój? Czy w przyszłości pokój może trwać dłużej aniżeli w przeszłości?

Pokój jest tylko jednym z wielu celów, które można realizować. Do pokoju można dążyć na wiele różnych sposobów. Realizacja tego celu - i stosowanie rozmaitych środków - odbywa się czasem w takich, a czasem w innych warunkach. Nawet jeżeli trudno uwierzyć, że istnieją drogi do pokoju, które nie zostały jeszcze wypróbowane przez mężów stanu lub nie były zalecane przez publicystów, sama złożoność problemu wskazuje na możliwość stosowania rozmaitych kombinacji działań w nadziei, że któraś z nich pozwoli zbliżyć się do celu. Czy można zatem wyciągnąć wniosek, że mądrość polityczna polega na podejmowaniu raz takich, a kiedy indziej odmiennych działań, na robieniu tego, co wydaje się konieczne w danej chwili? Odpowiedź twierdząca sugerowałaby, że nadzieja na poprawę leży w polityce oddzielonej od analizy, w działaniu oderwanym od myśli. Każda próba złagodzenia jakiegoś stanu zakłada jednak istnienie jakiegoś wyobrażenia o jego przyczynach: by wyjaśnić, jak skuteczniej zabiegać o pokój, trzeba najpierw zrozumieć przyczyny wojny. Do takiego właśnie zrozumienia będziemy dążyli w dalszej części niniejszej książki. Przedmiotem rozważań będzie, parafrazując tytuł książki Mortimera Adlera, zagadnienie: "jak myśleć o wojnie i pokoju". Kolejne rozdziały są w pewnym sensie esejami z zakresu teorii polityki. Takie określenie uzasadnione jest w części przez metodę rozważań, polegającą na analizie kolejnych założeń i poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o implikacje każdego z nich, w części zaś przez fakt, że dorobkowi wielu myślicieli politycznych przyjrzymy się bezpośrednio - czasem pobieżnie, jak w przypadku św. Augustyna, Machiavellego, Spinozy i Kanta, a czasem bardziej kompleksowo, jak w przypadku Rousseau. W innych partiach książki zajmiemy się pewnymi szkołami myślenia: behawiorystami, liberałami i socjalistami. Jakie jest jednak znaczenie myśli tych ludzi, żyjących często w odległej przeszłości, dla palących i straszliwych problemów teraźniejszości? Odpowiedź na to pytanie znajdzie Czytelnik w dalszych rozdziałach, niemniej warto już na początku nakreślić drogę, którą będziemy podążać.

Dlaczego Bóg, skoro jest wszechwiedzący i wszechmocny, pozwala na istnienie zła? Takie pytanie zadaje prosty Huron z opowieści Woltera i w ten sposób wprawia w zakłopotanie uczonych mężów Kościoła. Zagadnienie teodycei w jej świeckiej wersji - sposób, w jaki człowiek wyjaśnia sobie istnienie zła - jest tak intrygujące, jak i kłopotliwe. Choroby i zarazy, bigoteria i gwałty, kradzieże i morderstwa, grabieże i wojny są stałymi elementami historii świata. Dlaczego tak jest? Czy wojnę i nikczemność można wyjaśnić w ten sam sposób? Czy wojna jest po prostu masową nikczemnością, a zatem zrozumienie nikczemności będzie równoznaczne ze zrozumieniem zła, którego ofiarą padają ludzie w życiu społecznym? Wielu tak myślało.

Bo choć z Bożej łaski zostaliśmy uwolnieni od wszystkiego, co może nam zaszkodzić z zewnątrz - pisał John Milton - to jednak w swym szaleństwie jesteśmy tak zawzięcie perwersyjni, że nigdy nie przestaniemy wykrzesywać z własnych serc, niczym z krzemienia, nasion i iskier nowych nieszczęść dla nas samych, aż wszystko znów stanie w płomieniach1.

Nieszczęścia, które nas spotykają, są nieuchronnym wytworem naszej natury. Źródłem wszelkiego zła jest człowiek, a zatem to on jest też źródłem szczególnego zła, jakim jest wojna. Taka ocena przyczyny, szeroko rozpowszechniona i głęboko zakorzeniona wśród wielu jako artykuł wiary, wywarła ogromny wpływ. Przekonanie to podzielali św. Augustyn i Marcin Luter, Thomas Malthus i Jonathan Swift, William Inge i Reinhold Niebuhr. W ujęciu świeckim - w ramach którego ludzie definiowani są jako istoty będące mieszanką rozumu i namiętności, w których namiętności co i raz triumfują - przenikało ono filozofię Spinozy, w tym jego filozofię polityczną. Można twierdzić, że przekonanie to miało taki sam wpływ na działania Bismarcka, z jego niską oceną ludzi, jak na rygorystyczne i surowe pisma Spinozy. Jeżeli przekonania człowieka decydują o jego oczekiwaniach, zaś oczekiwania determinują jego czyny, to przyjęcie lub odrzucenie stwierdzenia Miltona ma dla spraw ludzkich duże znaczenie. Milton mógł też oczywiście mieć rację, nawet jeżeli nikt by mu nie uwierzył. W takim wypadku próby wyjaśnienia częstotliwości wojen poprzez na przykład analizę czynników ekonomicznych, mogłyby być nadal interesującą zabawą, ale nie miałyby większego znaczenia. Jeżeli prawdą jest, jak powiedział kiedyś dziekan Swift, że "ta sama zasada, która popycha opryszka do wybijania okien w mieszkaniu dziwki, która go rzuciła, w naturalny sposób sprawia, że książę zbiera potężną armię i nie marzy o niczym innym, jak tylko o oblężeniach, bitwach i zwycięstwach"2, to powody, jakimi książęta uzasadniają prowadzone przez siebie wojny, są jedynie racjonalizacjami przykrywającymi motywacje, z których być może sami nie zdają sobie sprawy, a nawet jeśli, to nie mogą sobie pozwolić na ich otwarte wyrażenie. Wynikałoby z tego również, że plany francuskiego męża stanu Sully'ego, jeżeli naprawdę miały na celu zapewnienie większego pokoju na świecie, były równie jałowe jak marzenia mnicha Crucégo - i pozostaną jałowe, dopóki nie będzie można zwalczyć pychy i kapryśności, będących źródłem tak wojen, jak i innych plag nękających ludzkość.

Wielu myślicieli zgadzało się z Miltonem, że aby zrozumieć wydarzenia społeczne i polityczne, trzeba przyjrzeć się człowiekowi, ale różniło się między sobą co do tego, jaka jest lub jaka może być natura człowieka. Wielu innych de facto podważało zasadnicze założenie Miltona. Czy człowiek tworzy społeczeństwo na swój obraz, czy też społeczeństwo tworzy człowieka? Można było się spodziewać, że w czasach, gdy filozofia była nieledwie gałęzią teologii, teologowie-filozofowie będą przypisywać ludzkiemu działaniu to, co wielu filozofów wcześniej i później opisywało jako efekty oddziaływania samego systemu politycznego. Rousseau, jako jeden z wielu, których można by tu wymienić, zdecydowanie zrywa z poglądem, jakoby - skoro człowiek jest zwierzęciem społecznym - jego zachowanie w społeczeństwie można było wyjaśnić, odwołując się do jego zwierzęcych namiętności i/lub ludzkiego rozumu. Człowiek rodzi się i w swoim stanie naturalnym nie jest ani dobry, ani zły. To społeczeństwo jest siłą rozkładową w życiu człowieka, będąc jednocześnie czynnikiem umoralniającym. Tego ostatniego wpływu Rousseau zaś nie chciałby utracić, nawet gdyby uważał, że człowiek może powrócić do stanu natury. Takie jest jego stanowisko, konsekwentnie podtrzymywane w kolejnych dziełach, choć utrzymuje się zmyślenie, jakoby wierzył on w mit szlachetnego dzikusa i ubolewał nad narodzinami społeczeństwa3. Postępowanie człowieka, sama jego natura, którą niektórzy biorą za przyczynę, jest, zdaniem Rousseau, w dużej mierze wytworem społeczeństwa, w którym człowiek żyje. Społeczeństwo zaś, jak twierdzi Rousseau, jest nierozerwalnie związane z organizacją polityczną. Bez zorganizowanej władzy, która w najgorszym przypadku musi przynajmniej pełnić funkcję organu rozstrzygającego, żadna społeczność ludzka nie może zaznać choćby namiastki pokoju. Nauka o społeczeństwie nie może być oddzielona od nauki o władzy, a nauka o człowieku od żadnej z tych pierwszych. Rousseau, podobnie jak Platon, uważa, że zły system polityczny czyni ludzi złymi, a dobry system - dobrymi. Nie znaczy to, że państwo jest rzeźbiarzem, a człowiek - bryłą gliny, niestawiającą oporu kształtom nadawanym przez artystę. Jak zauważył Rousseau, między ludźmi istnieją podobieństwa, niezależnie od tego, gdzie żyją. Istnieją także różnice, a poszukiwanie przyczyn jest próbą wytłumaczenia tych różnic. Aby wyjaśnić skutki - czy niepokoi nas notoryczność kradzieży, czy wojny - trzeba badać zróżnicowane relacje społeczne między ludźmi, a to z kolei wymaga badania polityki.

Czy człowieka w społeczeństwie można zrozumieć lepiej poprzez badanie samego człowieka czy też poprzez badanie całego społeczeństwa? Najbardziej satysfakcjonującym rozstrzygnięciem wydaje się być odebranie temu pytaniu charakteru alternatywy i odpowiedź: "poprzez oba". To, od czego zaczynamy wyjaśnianie wydarzeń, nie jest jednak bez znaczenia. Wielebny Thomas Malthus napisał kiedyś, że "mimo iż instytucje ludzkie wydają się być istotną i wprost oczywistą przyczyną wielu nieszczęść, które ludzkość przechodzi, to jednak w rzeczywistości mają one znaczenie drugorzędne w porównaniu z głębokimi i istotnymi przyczynami rozpusty, które mącą cały bieg życia ludzkiego"4. Rousseau patrzył na ten sam świat, na ten sam wachlarz zdarzeń, ale ich zasadniczych przyczyn doszukiwał się gdzie indziej.

Podążanie tropem Rousseau rodzi kolejne pytania. Tak jak ludzie żyją w państwach, tak państwa istnieją w świecie państw. Jeżeli teraz będziemy chcieli poszukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego dochodzi do wojen, to czy powinniśmy podkreślać rolę państwa, z jego społeczną i ekonomiczną treścią oraz jego polityczną formą, czy też powinniśmy skupić się przede wszystkim na tym, co czasami nazywane jest społecznością państw? I znów można by powiedzieć, że działania te nie muszą być traktowane jako alternatywne i można prowadzić je równolegle, niemniej wielu myślicieli kładło nacisk bądź na pierwszą, bądź na drugą kwestię, przez co dochodzili do rozbieżnych wniosków. Ci, którzy podkreślają rolę państwa, w pewnym sensie podążają śladem Miltona. On tłumaczy bolączki świata istnieniem zła w człowieku, oni wyjaśniają wielką dolegliwość, jaką jest wojna, złem tkwiącym w niektórych lub wszystkich państwach. Stwierdzenie to jest następnie często odwracane: jeżeli złe państwa prowadzą wojny, to dobre państwa żyłyby ze sobą w pokoju. Pogląd ten można przypisać, w zróżnicowanym zakresie, Platonowi i Kantowi, XIX-wiecznym liberałom i socjalistom-rewizjonistom. Zgadzają się oni co do samej zasady, ale różnią w kwestii definicji państw dobrych oraz tego, jak je powołać do istnienia.

O ile marksiści spychają liberalny obraz świata na drugi plan, o tyle inni wymazują go całkowicie. Sam Rousseau głównych przyczyn wojny nie doszukuje się ani w ludziach, ani w państwach, ale w samym systemie międzynarodowym. Rozważając postępowanie ludzi pozostających w stanie natury, zauważa on, że jeden człowiek nie może zacząć zachowywać się przyzwoicie, jeżeli nie ma żadnej pewności, że inni nie będą mogli go zniszczyć. Następnie w przyczynkowym eseju L'état de guerre (Stan wojny) oraz w komentarzach do dzieł abbé de Saint-Pierre'a Rousseau rozwija tę myśl i odnosi ją do państw funkcjonujących w stanie anarchii. Dane państwo może chcieć żyć w pokoju, ale może być zmuszone do rozważenia podjęcia wojny prewencyjnej; jeżeli bowiem nie uderzy w sprzyjającym momencie, może zostać zaatakowane później, gdy przewaga przechyli się na drugą stronę. Pogląd ten stanowi analityczną podstawę dla wielu podejść do stosunków międzynarodowych opartych na równowadze sił, a także dla programu federalizmu światowego. Przemycony między wierszami u Tukidydesa i Aleksandra Hamiltona, a wyrażony wprost przez Machiavellego, Hobbesa i Rousseau, stanowi zarazem najbardziej ogólne wyjaśnienie zachowania państw oraz podstawowy argument przeciwko tym, którzy źródeł polityki zagranicznej poszczególnych państw upatrują w ich strukturze wewnętrznej. Niektórzy uważają, że pokój nastąpi dzięki udoskonaleniu państw, inni zaś twierdzą, że o tym, jakie będzie państwo, będą decydować jego relacje z innymi państwami. Tę ostatnią tezę Leopold Ranke wyprowadził z (lub zastosował do) historii nowożytnej Europy. Została ona wykorzystana do wyjaśnienia organizacji wewnętrznej także innych państw5.

Zachowanie państw w czasie pokoju i wojny próbowali wyjaśnić nie tylko filozofowie i historycy, ale także mężowie stanu. Woodrow Wilson, w projekcie noty napisanym w listopadzie 1916 roku, zauważył, że przyczyny toczącej się wówczas wojny były niejasne, że narody neutralne nie wiedziały, dlaczego się ona rozpoczęła, a jeśli zostałyby w nią wciągnięte, nie wiedziałyby, o co miałyby walczyć6. Często jednak, aby działać, musimy przekonać samych siebie, że znamy odpowiedzi na takie pytania. Wilson, ku własnemu zadowoleniu, wkrótce do tego doszedł. Był on jedną z wielu postaci historycznych, które, wprowadzając ostre rozróżnienie między państwami pokojowymi a agresywnymi, przypisały demokracjom wszystkie cechy tych pierwszych, a państwom autorytarnym - wszystkie cechy tych drugich. Częstotliwość wojen łączona jest, w mniejszym lub większym stopniu (w zależności od autora), z rodzajem rządu danego kraju. Na przykład Cobden w przemówieniu w Leeds w grudniu 1849 roku mówił:

Gdzie wypatrujemy zbierających się czarnych chmur wojny? Gdzie możemy je dostrzec? Na despotycznej północy, gdzie od woli jednego człowieka zależy los czterdziestu milionów poddanych. Jeżeli chcemy wiedzieć, skąd płynie drugie niebezpieczeństwo wojny i niepokojów, to właśnie z Rosji - z tego nieszczęsnego i upodlonego kraju, Austrii - następnej w kolejności pod względem despotyzmu i barbarzyństwa, i tam też widzimy największe niebezpieczeństwo wojny; w im większym stopniu jednak ludność rządzi się sama - jak w Anglii, we Francji czy w Ameryce - tym łatwiej odkryjemy, że ludzie nie przejawiają skłonności do wojny, i że gdyby rząd jej pragnął, lud by ją powstrzymał7.

Stałym interesem ludu jest pokój; żaden rząd kontrolowany przez lud nie będzie walczył, chyba że zostanie zaatakowany. Zaledwie kilka lat później Anglia, choć nie została zaatakowana, walczyła jednak przeciwko Rosji, a Cobden w 1857 roku stracił mandat z powodu swego sprzeciwu wobec wojny. Doświadczenie to było silnym, ale nie druzgocącym ciosem dla tego przekonania; odżyło ono choćby w wypowiedziach Wilsona, a po raz kolejny w słowach zmarłego niedawno senatora Roberta Tafta. W stylu Cobdena, ale ponad sto lat po nim, Taft pisał: "Historia pokazuje, że kiedy lud ma możliwość wypowiedzenia się, z reguły opowiada się za pokojem, o ile pokój jest możliwy. Dowodzi to, że samowolni władcy są zawsze bardziej skłonni do wojny niż lud"8. Czy to prawda - można się zastanowić - że istnieje jakaś szczególnie pokojowa forma państwa? Gdyby to była prawda, jakie miałoby to znaczenie? Czy dzięki temu państwa wiedziałyby, którym spośród pozostałych państw mogą zaufać? Czy państwa, które już są dobre, powinny szukać sposobów, by uczynić inne państwa lepszymi, a tym samym umożliwić wszystkim ludziom korzystanie z dobrodziejstw pokoju? Wilson był przekonany, że wspieranie politycznej reorganizacji innych państw jest nakazem moralnym; Cobden uważał, że jest to kompletnie nieuzasadnione. Zgadzając się co do tego, gdzie należy szukać przyczyn, różnili się w swych wnioskach dotyczących polityki.

Co jednak z tymi, którzy skłaniają się ku innej ocenie zasadniczych przyczyn? "Ludzie - mówił prezydent Dwight Eisenhower - generalnie nie chcą dzisiaj konfliktu. To tylko, jak sądzę, błądzący przywódcy stają się zbyt wojowniczy i wierzą, że ludzie naprawdę chcą walczyć"9. Najwyraźniej jednak nie wszyscy ludzie wystarczająco mocno pragną pokoju, ponieważ przy innej okazji Eisenhower stwierdził, że "gdyby tylko matki w każdym kraju wytłumaczyły swoim dzieciom, jak żyją i o czym marzą dzieci w pozostałych krajach - w Ameryce, w Europie, na Bliskim Wschodzie, w Azji - to z pewnością wspaniale przysłużyłoby się to sprawie pokoju na świecie"10. Tutaj prezydent wydaje się zgadzać z Miltonem co do tego, gdzie należy szukać przyczyny, ale bez Miltonowskiego pesymizmu, względnie - jeśli kto woli - realizmu. Agresywne skłonności mogą być wrodzone, ale czy ich niewłaściwe ukierunkowanie jest nieuniknione? Wojna, jak wszystkie działania, zaczyna się w umysłach i emocjach ludzi; ale czy umysły i emocje można zmienić? A jeżeli uznamy, że można, to jak bardzo i jak szybko można zmienić czyjeś umysły i uczucia? A jeżeli znaczenie mają również inne czynniki, to jak wielką różnicę spowodują te zmiany? Na te pytania oraz na te z poprzedniego akapitu trzeba znaleźć odpowiedzi, które bynajmniej nie są oczywiste. W jaki sposób najlepiej ich szukać?

Niektórzy proponowaliby, by możliwe odpowiedzi potraktować jako hipotezy, które należy zbadać i przetestować empirycznie. Jest to trudne. Większość angielskich liberałów w czasie pierwszej wojny światowej twierdziła, podobnie jak Wilson, że militarystyczny i autorytarny charakter państwa niemieckiego popchnął Niemcy do rozpętania wojny, która wkrótce rozprzestrzeniła się na większą część świata. Jednocześnie niektórzy liberałowie, a w szczególności G. Lowes Dickinson, twierdzili, że nie można obarczać winą żadnego konkretnego państwa. Procesy, które doprowadziły do wojny, można było zrozumieć i sprawiedliwie ocenić jedynie poprzez zrozumienie systemu międzynarodowego - lub jego braku - często zmuszającego przywódców państw do działania z niewielkim poszanowaniem konwencjonalnej moralności11. Dickinson był atakowany zarówno przez liberałów, jak i przez socjalistów za odwrócenie dominującego poglądu, wedle którego to struktura wewnętrzna państw decydowała o ich polityce zagranicznej. Przyjęcie lub odrzucenie wyjaśnień w tego rodzaju sprawach zależy najczęściej od umiejętności argumentujących i nastroju słuchaczy. Nie są to oczywiście odpowiednie kryteria, ale to nie znaczy, że przekonujące argumenty na rzecz jednej lub drugiej teorii wyjaśniającej można sformułować po prostu dzięki wnikliwszej analizie danych. Patrząc na ten sam zasób danych, strony sporu doszły do diametralnie odmiennych wniosków, ponieważ obrazy, jakie miały przed oczami, doprowadziły je do selekcji i interpretacji danych na różne sposoby. Aby zweryfikować hipotezę liberałów, musimy w jakiś sposób zdobyć pojęcie o wzajemnych powiązaniach wielu potencjalnie istotnych czynników, a te powiązania nie są zawarte w danych, które badamy. Sami je ustalamy, a raczej z góry zakładamy. Powiedzieć, że je "ustalamy", byłoby niebezpieczne, ponieważ w takich rozważaniach nie możemy uniknąć założeń filozoficznych (niezależnie od tego, czy je w taki sposób określimy, czy nie). Nasze wyobrażenia stają się filtrem, przez który przepuszczamy dane. Jeżeli dane są starannie dobrane, przejdą przez taki filtr jak mąka przez sito. W przeciwnym wypadku można zmienić jeden filtr na inny, można zmodyfikować lub odrzucić daną teorię - lub też można dokonywać coraz to bardziej pomysłowej selekcji i interpretacji danych, jak to miało miejsce w przypadku wielu marksistów próbujących utrzymać tezę, że wraz z rozwojem kapitalizmu masy stają się coraz biedniejsze.

Jeśli badania empiryczne różnią się zakresem i rezultatami w zależności od idei, które przyświecają badaczom, to warto zadać sobie pytanie, czy analizie można poddać same idee. Niewątpliwie można. Nauka o polityce tym się wyróżnia na tle innych nauk społecznych, że jej podstawowym przedmiotem są instytucje i procesy sprawowania władzy. Nie oznacza to jednak, że badacze polityki nie mogą sięgać po materiały i techniki innych nauk społecznych12. To ostatnie nie stanowi problemu dla badacza stosunków międzynarodowych; napotyka on natomiast znaczącą trudność w tej pierwszej kwestii, ponieważ stosunki międzynarodowe charakteryzują się właśnie brakiem instytucji realnej władzy, co z kolei nadaje poszczególnym procesom radykalnie odmienny obrót. W pewnym jednak istotnym wymiarze tradycyjna filozofia polityczna, koncentrująca się na polityce wewnętrznej, ma znaczenie dla badacza stosunków międzynarodowych. Często mówi się, że problemem XX wieku jest pokój. Jest on również jednym z nieustających przedmiotów zainteresowania filozofii politycznej. W czasach względnego spokoju ludzie mogą stawiać pytanie: cóż warte jest życie bez sprawiedliwości i wolności? Lepiej umrzeć niż żyć jako niewolnik. W czasach niepokojów wewnętrznych, głodu, wojny domowej i narastającej niepewności wielu jednak zapyta: co komu po wolności, jeżeli nie ma władzy zdolnej do utrzymania porządku i zapewnienia bezpieczeństwa? Tak św. Augustyn, jak i Luter, Machiavelli, Bodin i Hobbes uznawali za rzecz oczywistą, że życie ma pierwszeństwo przed sprawiedliwością i wolnością. Jeżeli alternatywą dla tyranii jest chaos i jeżeli chaos oznacza wojnę wszystkich ze wszystkimi, to gotowość do znoszenia tyranii staje się zrozumiała. Bez porządku nie można cieszyć się wolnością. Problem określenia i osiągnięcia warunków pokoju, prześladujący człowieka i trapiący badacza stosunków międzynarodowych, nurtował, zwłaszcza w okresach kryzysów, także filozofów politycznych.

Robin George Collingwood zasugerował kiedyś, że najlepszym sposobem na zrozumienie pism filozofów jest ustalenie, na jakie pytania starali się oni odpowiedzieć. Naszym zdaniem najlepszym sposobem na zbadanie zagadnienia teorii polityki międzynarodowej jest postawienie zasadniczego pytania i ustalenie, jakich odpowiedzi można na nie udzielić. Można na przykład w pismach filozofów polityki poszukiwać odpowiedzi na pytanie: gdzie należy szukać głównych przyczyn wojny? Odpowiedzi wprawiają w konsternację swoją różnorodnością i wzajemnymi sprzecznościami. Aby zapanować nad tak różnorodnym materiałem, można uporządkować odpowiedzi pod następującymi trzema nagłówkami: 1) w człowieku; 2) w strukturze poszczególnych państw; 3) w systemie międzynarodowym. Podstawy tego uporządkowania określono już wyżej, wskazano także na jego adekwatność dla stosunków międzynarodowych. Do tych trzech sposobów określania przyczyny będziemy dalej odwoływać się jako, odpowiednio, do pierwszego, drugiego i trzeciego obrazu stosunków międzynarodowych, przy czym o zakwalifikowaniu do poszczególnych obrazów będzie decydowało to, gdzie lokowany jest splot istotnych przyczyn wojny.

Jak wynika z powyższych uwag, poglądy mieszczące się w poszczególnych obrazach mogą być pod pewnymi względami tak sprzeczne, jak różne obrazy pomiędzy sobą. Twierdzenie, że wojna jest nieunikniona, ponieważ ludzie są z natury źli, oraz twierdzenie, że wojnom można położyć kres, ponieważ ludzi można zmienić, są sprzeczne, ale ponieważ każde z nich przyczyny wojen upatruje w człowieku, oba zaliczane są do pierwszego obrazu. Podobnie przyjęcie perspektywy trzeciego obrazu może prowadzić do złudnego optymizmu orędowników federacji światowej lub do często błędnie przedstawianego pesymizmu rzeczników Realpolitik. Jako że w ramach poszczególnych obrazów we wszystkich aspektach - poza jednym - może występować różnorodność opinii i jako że formułowane zalecenia są wypadkową tak stawianego celu, jak i przeprowadzanej analizy, żaden z obrazów nie prowadzi do sformułowania jednego remedium na problem wojny. W każdym z obrazów mamy jednak do czynienia z zaleceniami logicznymi i nielogicznymi.

Zalecenia mogą być uznane za błędne, jeżeli można wykazać, że zastosowanie się do nich nie przynosi oczekiwanego rezultatu. Ale czy można kiedykolwiek wykazać, że zalecenia zostały rzeczywiście zrealizowane? Często słyszy się stwierdzenia typu: "Liga Narodów nie zawiodła; nigdy nie została wypróbowana", i takie stwierdzenia są nie do obalenia. Ale nawet gdyby empiryczne obalenie tego rodzaju tez było możliwe, pozostawałby do rozwiązania problem dowiedzenia poprawności samych zaleceń. Pacjent, który w czasie jednej choroby wypróbowuje dziesięć różnych leków, może się tylko zastanawiać, która tabletka spowodowała wyzdrowienie. Właściwe przypisanie zasługi jest często trudniejsze niż przypisanie winy. Jeżeli badania historyczne wykazałyby, że w kraju A po wzroście stawek celnych zawsze następował wzrost dobrobytu, niektórzy obserwatorzy mogliby uznać, że zdaje się to dowodzić, iż podnoszenie stawek celnych prowadzi do dobrobytu, inni - że oba te zjawiska mają inną, trzecią przyczynę, a jeszcze inni, że w ogóle nie można z tego wyciągać żadnych ogólnych wniosków. Podejście empiryczne, choć konieczne, nie jest wystarczające. Korelacja zdarzeń nic nie znaczy, a przynajmniej nie powinno się jej przypisywać żadnego znaczenia, jeśli nie towarzyszy jej analiza.

Jeżeli poprawności zaleceń nie da się zweryfikować empirycznie, to co można zrobić? Sformułowanie zaleceń jest, logicznie rzecz biorąc, niemożliwe bez analizy. Każda proponowana metoda umocnienia pokoju na świecie jest zatem związana z jednym z naszych trzech obrazów stosunków międzynarodowych lub z jakąś ich kombinacją. Zrozumienie kategorii analitycznych każdego z obrazów daje dwa dodatkowe sposoby przyjmowania lub odrzucania zaleceń. (1) Zalecenia oparte na wadliwej analizie prawdopodobnie nie doprowadzą do pożądanych skutków. Założenie, że uszlachetnienie ludzi w określony sposób przysłuży się pokojowi, opiera się na kolejnym założeniu: że pierwszy obraz stosunków międzynarodowych jest do pewnego stopnia prawidłowy. To drugie założenie powinno być poddane analizie przed przyjęciem pierwszego. (2) Zalecenia będą nie do przyjęcia, jeżeli nie będą logicznie wynikać z analizy. Osobie cierpiącej na zapalenie migdałków niewiele pomoże umiejętne usunięcie wyrostka robaczkowego. Jeżeli przyczyną przemocy w stosunkach między państwami jest zło drzemiące w człowieku, to z dążenia do wewnętrznej reformy państw nie będzie wiele pożytku. A jeśli przemoc wśród państw wynika z anarchii międzynarodowej, to niewiele dadzą starania o nawrócenie jednostek. Jedna diagnoza podważa zalecenia wynikające z drugiej. Jeżeli można ocenić poprawność samych obrazów, to krytyczne powiązanie zaleceń z obrazami może być sprawdzianem poprawności zaleceń. Istnieje jednak pewien dodatkowy czynnik komplikujący zagadnienie. Do rzetelnego zrozumienia stosunków międzynarodowych może być potrzebny nie jeden z naszych trzech obrazów, ale jakaś ich kombinacja. Być może nasza sytuacja nie pozwala na zajmowanie się tylko migdałkami pacjenta albo wyłącznie jego wyrostkiem robaczkowym. Jedno i drugie może być zakażone, ale usunięcie któregokolwiek z nich może zabić pacjenta. Innymi słowy, zrozumienie prawdopodobnego działania jednej z przyczyn może zależeć od zrozumienia jej związku z innymi przyczynami. Potencjalne współzależności między przyczynami sprawiają, że prawidłowa ocena rozmaitych zaleceń jest jeszcze trudniejsza.

Jakie więc przyjąć kryteria wartościowania? Załóżmy, że ponownie weźmiemy pod uwagę twierdzenie, że "złe" państwa wywołują wojny, a "dobre" państwa mogłyby żyć ze sobą w pokoju, w związku z czym powinniśmy doprowadzić do tego, aby państwa odpowiadały określonemu wzorcowi. Aby ocenić wartość takiego wywodu, trzeba zadać następujące pytania: (1) Czy końcowe zalecenie może zostać zrealizowane, a jeżeli tak, to w jaki sposób? (2) Czy istnieje logiczny związek między zaleceniem a obrazem? Innymi słowy, czy zalecone działania wywierają wpływ na określone przyczyny? (3) Czy obraz odpowiada rzeczywistości, czy też analityk po prostu sięgnął po najbardziej efektowną przyczynę lub tę, którą uznał za najbardziej podatną na manipulację, a zignorował inne przyczyny o równym lub większym znaczeniu? (4) Jak próby zrealizowania zaleceń wpłyną na realizację innych celów? To ostatnie pytanie jest konieczne, ponieważ pokój nie jest jedynym celem nawet najbardziej pokojowo nastawionych ludzi czy państw. Można na przykład wierzyć, że powołanie państwa światowego oznaczałoby nadejście ery wiecznego pokoju, ale jednocześnie być przekonanym, że rząd światowy byłby tyranią i z tego powodu preferować system państw narodowych, w którym zawsze może wybuchnąć wojna, a nie państwo światowe z towarzyszącą mu obietnicą wiecznego pokoju.

Odpowiedzi na postawione wyżej pytania poszukamy najpierw w krytycznej analizie każdego z obrazów, a następnie w rozważeniu ich wzajemnych powiązań. Rozdziały II, IV i VI zawierają zasadnicze wyjaśnienia odpowiednio pierwszego, drugiego i trzeciego obrazu, przede wszystkim w ujęciu tradycyjnej filozofii politycznej. W rozdziałach III, V i VII każdy z obrazów zostanie szerzej zilustrowany i omówiony na przykładach. Rozdział VIII to krótki esej na temat współzależności między obrazami, a jednocześnie podsumowanie całych rozważań.

1 J. Milton, The Doctrine and Discipline of Divorce, w: tegoż, The Prose Works of John Milton, t. III, London 1848, s. 180.

2 J. Swift, A Tale of a Tub.

3 Dalsze omówienie myśli Rousseau w rozdziale VI.

4 T.R. Malthus, Prawo ludności, wyd. objaśn. i poprz. przedm. A. Krzyżanowski, przetł. K. Stein, Warszawa 1925, s. 92-93.

5 L. Ranke, The Great Powers, przeł. H.H. Von Laue, w: T.H. Von Laue, Leopold Ranke, Princeton 1950. Zob. także np. L. Homo, Roman Political Institutions, London 1929, w szczególności s. 146, 364-369.

6 A.S. Link, Woodrow Wilson and the Progressive Era, New York 1954, s. 257 i n.

7 R. Cobden, Speeches on Questions of Public Policy, red. J. Bright, J.E.T. Rogers, t. I, London 1870, s. 432-433.

8 R.A. Taft, A Foreign Policy for Americans, New York 1951, s. 23.

9 Cyt. za: Robert J. Donovan, Eisenhower Will Cable Secret Geneva Reports, "New York Herald Tribune", 13 lipca 1955, s. 1.

10 D.D. Eisenhower, przemówienie na spotkaniu Narodowej Rady Kobiet Katolickich (National Council of Catholic Women). Tekst za: "New York Times", 9 listopada 1954, s. 14.

11 G.L. Dickinson, The European Anarchy, New York 1917, passim.

12 Por. David B. Truman, The Impact on Political Science of the Revolution in the Behavioral Sciences, w: S.K. Bailey et al., Research Frontiers in Politics and Government, Washington 1955, s. 202-231.

Stephen M. Walt Przedmowa do wydania jubileuszowego z 2018 roku

Książka Kennetha N. Waltza Człowiek, państwo, wojna. Analiza teoretyczna według wszelkich kryteriów zasługuje na miano klasyka. Napisana jako praca doktorska na Uniwersytecie Columbia w 1954 roku, a następnie opublikowana w 1959 roku, szybko została uznana za fundamentalne dzieło w dziedzinie stosunków międzynarodowych. Jej lekturę zadawano tysiącom studentów, a ponad sześćdziesiąt lat później nadal jest czytana, analizowana i szeroko cytowana1. O kultowym statusie tej książki najlepiej chyba świadczy wypowiedź nieżyjącego już profesora Uniwersytetu Harvarda, Stanleya Hoffmanna, który napisał kiedyś, że gdyby poproszono go o wybór trzech książek o stosunkach międzynarodowych do przekazania samotnikowi na bezludnej wyspie, to wybrałby Wojnę peloponeską Tukidydesa, Pokój i wojnę Raymonda Arona (który był mentorem Hoffmanna) oraz właśnie dzieło Waltza2.

Co jednak nadaje książce Człowiek, państwo, wojna... ten szczególny status? Z pewnością jedną z jej kluczowych cech jest ponadczasowość: dziesiątki lat po swym pierwszym wydaniu dzieło Waltza wciąż dostarcza użytecznych spostrzeżeń. Kolejnymi zaletami książki są głębia i subtelność rozważań: jak do wszystkich klasyków, można do niej wracać wielokrotnie i za każdym razem znajdować nowy materiał do przemyśleń.

Niemniej jednak główną zasługą autora jest uporządkowanie oraz objaśnienie szerokiego, różnorodnego i obejmującego często sprzeczne stanowiska nurtu myśli zachodniej, podejmującego próbę wyjaśnienia przyczyn wojen i wskazania sposobu, w jaki możemy uczynić świat bardziej pokojowym. Waltz pokazuje, że te różne teorie można pogrupować w trzy odrębne kategorie, które nazywa "obrazami" (images). Pierwszy obraz kładzie nacisk na naturę istot ludzkich, drugi podkreśla znaczenie wewnętrznej struktury państw, które tworzą system międzynarodowy. Trzeci obraz skupia się na strukturze lub architekturze samego systemu. W ramach każdego obrazu Waltz identyfikuje uderzające podobieństwa między pismami klasycznych teoretyków polityki, współczesnych badaczy społecznych oraz polityków i reformatorów różnych opcji. Ten przenikliwy wgląd w sposób organizacji dziedziny - wspominany później przez Waltza jako "światło [które] błysnęło w jego umyśle" - daje czytelnikom proste, ale mocne ramy do klasyfikowania i oceniania konkurencyjnych argumentów na temat genezy wojen3.

Człowiek, państwo, wojna... to jednak coś więcej niż tylko uporządkowanie istniejącej literatury; Waltz ma również do powiedzenia istotne rzeczy na temat mocnych i słabych stron argumentów zawartych w każdym obrazie. Docenia wartość rozmaitych pism, które analizuje, ale jest też w pełni świadomy ich ograniczeń. Jego krytyka poszczególnych dzieł jest przenikliwa i przekonująca; w każdym przypadku Waltz dociera do sedna argumentów danego myśliciela i pokazuje nam, gdzie się bronią, a gdzie nie wytrzymują krytyki.

Co najważniejsze, podkreśla, że przyczyny wojen można znaleźć w obrębie każdego obrazu oraz że brak centralnej władzy politycznej w systemie międzynarodowym - co powszechnie nazywa się anarchią - jest czynnikiem jednocześnie umożliwiającym wojny i zmuszającym państwa do konkurowania ze sobą, czy tego chcą, czy nie. Z tego powodu środki zaradcze umiejscowione w ramach jednego obrazu są z góry skazane na niepowodzenie. Człowiek, państwo, wojna... nie tylko porządkuje więc istniejącą literaturę, ale uczy nas krytycznego myślenia o zawartości wszystkich obrazów oraz o relacjach zachodzących między nimi.

W książce Człowiek, państwo, wojna... Waltz nie przedstawił, jak sam później przyznał, teorii polityki międzynarodowej. Dokonał tego dwie dekady później w innym przełomowym dziele4. Niemniej Człowiek, państwo, wojna... zawiera kilka kluczowych idei, które Waltz wykorzystał w późniejszej pracy, co podkreśla wagę, jaką przywiązywał do teorii jako podstawowego narzędzia, pozwalającego człowiekowi na rozumienie otaczającego go świata. Jak pisze we wstępie: "Podejście empiryczne, choć konieczne, nie jest wystarczające. Korelacja zdarzeń nic nie znaczy, a przynajmniej nie powinno się jej przypisywać żadnego znaczenia, jeśli nie towarzyszy jej analiza"5. Już na samym początku swojej długiej i znakomitej kariery Waltz dostrzegł, że teorie są niezbędnym ogniwem łączącym obserwację i zrozumienie. Bez teorii, która nas prowadzi, piętrzenie empirycznych skojarzeń jest w najlepszym wypadku bezcelowe, a w najgorszym wiedzie nas na manowce.

Człowiek, państwo, wojna... to wreszcie klasyk, ponieważ czyta się go z przyjemnością, co jest cechą coraz rzadziej spotykaną w piśmiennictwie naukowym dotyczącym spraw międzynarodowych. Wśród zalet Waltza są też błyskotliwość i talent pisarski; swobodnie czerpie on z literatury, filozofii, historii i ekonomii, dzięki czemu nie tylko dostarcza swym czytelnikom wiedzy, ale potrafi też wzbudzić fascynację prezentowanymi zagadnieniami. Jego erudycja oraz stopień opanowania materiału są imponujące: jest jasne, że czytał dużo i gruntownie przemyśliwał, toteż nie dziwi fakt, że jego rozważania poświęcone myślicielom od Spinozy do Kanta, od Wilsona do Lenina czy od Morgenthaua do Machiavellego (i wielu innych) mają same w sobie wielką wartość edukacyjną.

Waltz nie upraszcza swoich rozważań ze względu na czytelników, ani też nie stara się sztucznie wywoływać wrażenia głębi poprzez używanie niezrozumiałego języka. Jego styl pisarski jest wyrafinowany, ale jednocześnie przystępny, nawet wtedy, gdy odnosi się do złożonych argumentów i trudnych do zrozumienia koncepcji. Dzięki temu Człowiek, państwo, wojna... jest idealną książką dla studentów: ułatwia im zdobycie umiejętności klarownego myślenia o polityce międzynarodowej, nie utrudniając tego procesu bardziej niż to konieczne. Sprawia wręcz, że nauka o przyczynach wojny staje się przyjemna.

Po raz pierwszy zetknąłem się z tą książką jako student, jesienią 1975 roku. Była to lektura obowiązkowa na moim wstępnym kursie dotyczącym stosunków międzynarodowych i jedna z pierwszych książek naukowych z tej dziedziny, jakie kiedykolwiek przeczytałem. Doświadczenie to było tak porywające, jak i pouczające: nagle poczułem, że pojmuję zagadnienie wojny w sposób, którego nigdy wcześniej nie brałem pod uwagę. Wciąż, rzecz jasna, musiałem się jeszcze wiele nauczyć, ale lektura książki Człowiek, państwo, wojna... pomogła mi przekonać się, że można zrozumieć coś tak wszechobecnego, trwałego i strasznego jak konflikt międzyludzki, a może nawet zbliżyć się do jego rozwiązania. Lektura książki wzbudziła we mnie również zainteresowanie jej autorem i odegrała niemałą rolę w decyzji, by kształcić się u niego na kolejnym etapie studiów.

Każdy uczony chciałby, aby jego dzieło zyskało rangę klasyka, acz niewielu udaje się ta sztuka. Napisanie przełomowej książki wymaga stawiania wielkich pytań i udzielania śmiałych, nowatorskich odpowiedzi, co łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ponowna lektura Człowieka, państwa, wojny... po czterdziestu latach od pierwszego zetknięcia się z tą książką umacnia mój głęboki szacunek dla jej autora i jego osiągnięć, a także wdzięczność za to, że trafiłem na nią w takim, a nie innym momencie życia. Jeżeli zamierzacie przeczytać ją po raz pierwszy, mam nadzieję, że doświadczycie tego samego poczucia odkrycia i uznania.

1 W momencie pisania niniejszej przedmowy książka miała prawie 6 tys. cytowań w Google Scholar, co stawia ją daleko przed wieloma nowszymi pracami. [Obecnie książka ma już ponad 9 tys. cytowań - przyp. tłum.].

2 Zob. Stanley Hoffmann, An American Social Science: International Relations, "Daedalus", t. 106, nr 3 (lato 1977), s. 51.

3 K.N. Waltz, Preface to the 2001 edition, w: tegoż, Man, the State, and War: A Theoretical Analysis, Columbia University Press, New York 2001, s. viii.

4 Zob. K.N. Waltz, Theory of International Politics, Addison-Wesley, Reading, Mass. 1979 (pol. wyd. K.N. Waltz, Struktura teorii stosunków międzynarodowych, przeł. Renata Włoch, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2010 - przyp. tłum.).

5 Człowiek, państwo, wojna..., s. 34.

Spis treści

Stephen M. Walt, Przedmowa do wydania jubileuszowego z 2018 roku

Przedmowa do wydania z 2001 roku

Przedmowa do wydania z 1959 roku

Człowiek, państwo, wojna

I. Wprowadzenie

II. Obraz pierwszy. Konflikty międzynarodowe a zachowanie człowieka

Analiza krytyczna

Podsumowanie

III. Pewne implikacje pierwszego obrazu. Nauki behawioralne a ograniczenie stosowania przemocy między państwami

Podsumowanie

IV. Obraz drugi. Konflikty międzynarodowe a wewnętrzna struktura państw

Liberalizm a polityka wewnętrzna

Liberalizm a stosunki międzynarodowe

Trudności w praktyce

Luki w teorii

Podsumowanie

V. Pewne implikacje drugiego obrazu. Międzynarodowy socjalizm a początek pierwszej wojny światowej

Partie socjalistyczne wobec pierwszej wojny światowej

Próba dostosowania teorii do rzeczywistości (Lenin)

Próba dostosowania teorii do rzeczywistości (rewizjoniści)

Podsumowanie

VI. Obraz trzeci. Konflikty międzynarodowe a anarchia międzynarodowa

Jan Jakub Rousseau

Od stanu natury do państwa

Państwo wśród innych państw

Podsumowanie

VII. Pewne implikacje trzeciego obrazu. Przykłady z ekonomii, polityki i historii

Cła krajowe a handel międzynarodowy

Równowaga sił w polityce międzynarodowej

Historyczne odzwierciedlenia trzeciego obrazu

VIII. Zakończenie

Pierwszy i drugi obraz w odniesieniu do trzeciego

Bibliografia

Indeks nazwisk